Tak mówił.
MG wierzy, że jesteśmy dorośli i nie będziemy oszukiwać =p
Arvee
Posty
-
Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecię -
Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecięTak przypomnę...
@slann22 napisał w Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecię:
Nie musicie udowodnić jakie mieliście rzuty, jeśli zechcecie losować postaci.
Możecie sobie sami porzucać =p
Mistrzu pozwolił. -
Gniew BurzyZod dał Jinowi wyjaśnić wszystko, ze wszystkimi jego notatkami i mądrymi słowami. Lepiej się do tego nadawał.
- Daruthek ma teraz dwie prawdopodobne drogi przed sobą. Albo pogodzi się z tym, że wytrącono mu z rąk wszystkie karty i pogodzi się z porażką, albo stanie się desperatem. Bardowie lubią drugą opcję. Jest bardziej dramatyczna… ale kij go tam wie… jednak to jest opcja która musimy brać pod uwagę. Ale Jin ma rację… znalezienie go jest praktycznie niemożliwe. Może Dzieci Bagien byłyby w stanie… na pewno nie my. A propos ich… masz rację. Niedawno chciały nas powybijać. Dokładnie tak samo jak mieszkańcy Pridons Heart chcieliby powybijać je, jakbyśmy ci tu nakłamali o tym jakimi potworami one są i, że nie ma innego wyjścia jak je wybić… to właśnie się z nimi stało. Dzieci Bagien zostały okłamane. I miały znacznie lepsze powodu mu ufać, niż ty masz by ufać nam. Dżungla jest wystarczająco duża dla nas wszystkich i wszyscy mamy potencjalnego wroga w postaci boggartów.Zod zdawał sobie sprawę, że powtórzył – innymi słowami – argumetny Jina, ale cóż poradzić? Miał, nekrochemik, rację.
- Delegaci Dzieci Bagien też są upoważnieni do wstępnych rozmów o wymianie handlowej. Ona może bardzo pomóc obu plemionom.
-
Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecięOsobiście nie widzę przeszkód (poza samym arbitralnym założeniem systemu) aby BG mieli dwóch róznych patronów i każdy z nas korzystał z innego zestawu boonów/liabilitek. Jeśli tylko nasi patroni byli by jednomyślni w tym jak misja ma wyglądać to, imho, będzie tak tylko ciekawiej =p
Więęęc... argumentowałbym w tym kierunku. Może dlatego, że na ten moment Kane przegrywa XD
-
Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecięJeśli mówisz o autopistolu, to źle zrozumiałeś =]
Amunicja to metagamingowa jednostka mogąca określać co innego, zależnie od broni.
Dla wielu oznacza to ilośc amunicji zużytą na jedną akcję strzelania.Ale jeśli broń posiada cechę burst, albo rapid fire, to zasady się zmieniają.
Tego typu bronie mają na tyle pojemne magazynki, że pojedyncze pociski nie są, w ogóle, liczone.
Taki Auto Pistol, gdy strzelasz nim normalnie, mechanicznie w ogóle nie zużywa amunicji.
Gdy skorzystasz z opcji Rapid Fire (3) zużywasz od razu 3 jednostki amunicji, w zamian otrzymując przewagę na teście ataku i +3 obrażenia.
Poza tym Rapid Fire zawiera w sobie cechę Burst i za cenę 1 jednostki amunicji możesz dodać sobie 1 SL do testu ataku.Moja postać korzysta z tej mechaniki. Mam Stub Pistol, co jest tani i ma cechę Burst, więc załadowałem do niego specjalną amunicję i z Bursta nie zamierzam nigdy korzystać, aby tox roundy się nigdy nie zużyły =p
-
Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecięMyślałem, że będziemy mieć różnych patronów, którzy nam kazali pracowac razem.
Ja bym preferował rogue tradera, ale to dlatego, że jestem chciwym gnojkiem, a ten RT oznacza dużo solarów na sprzęt i jeszcze więcej w przyszłości =pA to, że inkwizycja jest jedną z możliwości to jest fajne!
W sesji którą na zmianę prowadzę z dwoma innymi, naszym patronem jest prefektus dziesięciny z Administratum... cała sesja jest pod hasłem "Do NOT frick with IRS!" XD -
Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecięOk. Z mojej strony poszedł psyker ze shrine wrolda.
Slann, sprawdź chat. Nie wiem czy tu się wyświetla, że masz wiadomość =pHistoria króka, mogę rozwinąć.
-
Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecięW mojej grze IM, gdzie BG są koło 1500 expa, problemem balansu jest głównie pancerz. Mechanika [base dmg]+SL'e daje bardzo wąski zakres jakie dmg można faktycznie zadać.
Rozwiązałem to tworząc grupy przeciwników bardziej jak oddziały wojskowe. Podwieszane granatniki z krakami, albo krak rakiety dla najtwardszych.
Ale jeśli walka nie ma być główną osią gry to W&G raczej nie jest odpowiedni =p
Dla scenariusza o tej pompie, jaką widzę we wstępniaku, myślę, że postaci na ~2000 expa i jakieś 20 000 solarów w EQ to punkt wyjścia =p
Ale jeśli nie prowadziłeś wcześniej IM na przynajmniej średnich expach to może być mocno problamatyczne.Ewentualnie... można by uznać, że wstępniak mówi o grze 2-3 poziomy ponad głowami BG. Coś czego nie wiedzą, ale pracują dla kogoś, kto pracuje dla Interrogatora inkwizytor Detris =p
-
Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecięMeh... trza było wymyślic jakichs BS.
Np oczy przekrwione z niewyspania, wysiłku i toksycznych wyziewów, ale źrenice niebieskie jak lodowiec <wink wink>.Mam pewną dysocjację związaną z brakiem wspomnienia czegokolwiek o większym expie, czy dodatkowym EQ oraz sceną ze wstępniaka... Ktokolwiek dopuszczony do skrawka przed-wiedzy o tym co tam jest, to musi być ktoś uber-kompetentny. Początkowe postaci takie nie są =p
-
Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecięNie wiem czy będę brał udział, ale rozważam =p
Chciałbym jednak zapytać:- Jakiego typu to będzie gra? Inaczej bym stworzył postać na dungeon crawla, inaczej na dworową dramę =p
- To jest króka przygoda, czy kampania?
- Przewidujesz rozwój postaci?
-
[Pathfinder 1e, 18+] Popielny DwórViktor na wiecu

Viktor stał z boku kręgu mówców, nie wchodząc między nich. Nie było potrzeby. Na ten moment słuchał. Mapa rozłożona na skrzyni była stara, poprawiana wielokrotnie. Różne odcienie atramentów zaznaczały granice wydarzeń, nowe młyny, zanikłe osady, jedną nową tamę. Na niej skupiano wzrok, ale sam Viktor poświęcał więcej uwagi twarzom nad nimi pochylonymi.
\ - Od trzech lat obserwujemy zmniejszone opady w południowej Numerii - mówił Mirok z Martwego Mostu, nerwowo pocierając dłonie - Ale wciąż mieszczą się w granicach naturtalnej zmienności.
- A jednak studnie wysychają - odpowiedziała Soraya, mieszkająca w tych okolicach. - Nawet te co przetrwały lata znacznie gorsze niż te.Rozmowa trwała dalej i zaczęła zataczać bezproduktywne koło, gdy liczono, że burza umysłów pozwoli coś nowego dostrzec.
- Pozwolicie, że dopytam… - wtrącił się wreszcie Viktor, ale nie podnosił głosu - Czy porównywano poziomy wód gruntowych z latami w których zaobserwowano przesunięty spływ, a nie realne niedobory?
Krótka cisza zaległa nad mapą, gdy w twarzach próbowano zrozumieć w jaki sposób jest to na temat.
- Przesunięty… spływ… - zapytał ktoś z tłumku.
- Oh, bogowie… - rozdrażnił się starszy Luriz, który przybył z Gralton - Sytuacja gdy opady powinny wystarczyć, ale woda nie chce się wchłaniać w ziemię. Jak po zbyt długiej suszy grunt jest utwardzony na kamień i potrzebuje długiego czasu aby w ogóle zmięknąć.
- Wiemy, dziadku o czym on mówi, ale jaki masz wektor logiczny w tym panie…
- Viktor. Viktor Goodman, tu z Evercrest. Rozważam tylko czy susza nie jest objawem. Nie mam jeszcze żadnych wniosków. Dołączam się tylko swoje dwa miedziaki.
- To… zmienia nieco bieg rozmowy - ktoś przytaknął. - Więc… czy mamy te dane?
Krąg “kapłański” był spokojniejszy. Mniej emocji, więcej symboli i teologii. Trochę nadmiar rozmów o bogach jak na opinie Viktora, ale w końcu gdy ma się młotek wszystko zaczyna wyglądać jak gwóźdź. Erato rozważała zaburzoną harmonię. Pieśń natury, która straciła rytm. Selyth odpowiadała teoriami o gniewie duchów i zaniedbanych obrzędach.
Viktor stał nieco z tyłu. Dłonie splecione na plecach, wzrok opuszczony. Słuchał. Pozwał by teologia przebrzmiała i dopiero gdy temat rytuałów został poruszony w końcu powoli wszedł do rozmowy.
- Chciałbym się podzielić obserwacją…
- Oczywiście, panie Goodmann - odpowiedziała Erato.
- Goodmann? Vik…tor? - niemal zastrzygła uszami Selyth, kapłanka bogini – między innymi – rządz. - Chyba obiło mi się ostatnio o uszy to imię. Nie spodziewałam się ciebie na wiecu. Nie miałeś innych celów w mieście?
- Mam wiele celów i dobrobyt okolicy jest jednym z nich. Po heroicznej walce z moim grafikiem udało mi się wyszarpnąć ten jeden wieczór na sprawy suszy.
- Chwali się, chwali… więc co to za obserwacja?
- Wydaję mi się, że jakby nałożyć na mapę zaobserwowanych efektów suszy aktywne konflikty graniczne byśmy dostrzegli pewien wzór. Tymon z Razmiranem w górnych częściach Tolemaidy. Gralton z Touvette na północy Yhalt… te dwa spory zdają się oszczędzone, mimo, że pogorszenie opadów jest obserwowane w ich bezpośrednich okolicach.
- Rozwiniesz myśl? - zapytano go po nieco dłuższej chwili.
- Konflikty zbrojne, nawet jeszcze niedokonane, dodają pobożności lokalnej populacji.
- Prowokując intensywniejsze modlitwy… - zamyśliła się Erato.
- Ale konflikt Numerii z Brevoy, przy górach Golushkin już ich tak nie wyratował i susza uderza tam silniej niż w okolicach - skontrowała Selyth.
- To może być przypadek. Tak samo jak moje dwie wcześniejsze obserwacje. Za mało obserwacji aby mówić o schemacie, ale dosyć aby to zauważyć.
- Nie przekonuje mnie to zbytnio - krzywiła się arcykapłanka Calistrii, ale była w tym jakaś przekora.
- I słusznie. Mnie też wcale nie przekonuje… Ale budzi ciekawość.
- Jeśli by się okazała ona zasadna… - zaczęła powoli Erato.
- … to teoria o gniewnych duchach jest obalona - dokończyła Selyth.
- A możliwość potrzeby rytuałów przebłagalnych nabiera siły.
- Przy czym wciąż mamy definitywnie za mało wiedzy. - zakończył Viktor i niedługo potem wymówił się z rozmowy.
Przy tym ognisku rozmowa była ostrzejsza. Davion mówił o kontraktach, klauzulach, zabezpieczeniach. Ku zdziwieniu Viktora... Elanna też tu była. Zimna jak lód. Ręce skrzyżowane na piersi i ledwie dało się zauważyć, że w ogóle dostrzegła przybycie Viktora, a potem nie bardzo na niego, w ogóle, patrzyła.
- Drobna korekta - wtrącił się w końcu, tonem uprzejmym i przyjaznym. - To nie “wywłaszczenie”.
- Słucham? - zapytał Davion, mierząc go chłodnym spojrzeniem.
- Pitax nikogo nie wywłaszczyło. Nazwali to prewentcyjną redystrybucją zasobów, maskując ją klauzulą siły wyższej - wyjaśnił Viktor, znosząc wzrok partnera swojej siostry. Nie znał go z tej… agresywniejszej strony. Ciekaw był czy zawsze jest taki w formalniejszych rozmowach, czy tylko w tej… - Technicznie legalne działanie. Moralnie… mocno dyskusyjne.
Elanna uniosła brew.
- Twierdzisz, że ktoś sprowadza suszę?
- Raczej ktoś ją wykorzystuje. Jeśli da się przewidzieć, które miasta pierwsze poczują zimne dreszcze z jej powodu… da się dużo na tym zarobić.
Davion zamruczał nisko, popadając w głębokie rozmyślania.
To wyglądało… wręcz uroczo, gdy aż tak zamknął się w swoim wewnętrznym świecie.
- To oznaczałoby świadome złamanie ze trzech traktatów - powiedział w końcu.
- Tylko jeśli by udowodnić intencję - skontrowała Elanna. Wszyscy wiedzieli jak trudno udowodnić intencję.
- Intencja często zostawia ślad… - skontrował Viktor - W umoach. W harmonogramach. W logistyce.
- A masz, w ogóle, metody aby tego szukać? - zapytała Brevoyka.
- Ja sam? Mowy nie ma. Ale jakby się zorganizować…
Calithia Wren zachowywała się zupełnie inaczej niż we Dworze, po powrocie z wyprawy po Ahaira. Viktorowi… podobało się to. Mówiła szybko i rzeczowo. Zupełnie inaczej niż powolne wymiany haseł-zagadek. Nie oczekiwał nic innego… w końcu wciąż była ambasadorką Sevenarches. Ale przyjemnie było potwierdzić przypuszczenia. Słuchał jej uważnie. Zapamiętywał nazwy, pory… kierunki.
- Sevenarches nie odnotowało podobnych zjawisk? - zapytał w końcu.
- Nie. Najwyżej drobne anomalie. W granicach normy.
- A w Daggermark widzi się tego dużo. Hmmm… czyżby zjawisko miało granicę?
- Albo gradientowy zasięg. Na południu Daggermark niewiele już tego się obserwuje.
- Ale się obserwuje. A za granicą już nic. Przypadek? Tsk… jest możliwe.
Wiec trwał głęboko w noc. Ogniska rozpalone na obrzeżach rzucały nieregularne światło na twarze wciąż dyskutujących ludzi. Były to cichsze rozmowy. Mniej gwałtowne. Wiele przerodziło się w zakrapiane imprezy towarzyskie, a i wiele namiotów miało w tamtej chwili więcej rezydentów niż przewidywano. Viktor siedział na beczce z boku. Niemal na granicy światła i cienia. Nie uczestniczył już w rozmowach. Chłonął klimat. Dobrze się tam czuł.
Fern odnalazł go bez trudu. Zawsze znajdował łatwo tych, którzy nie ustawiali się w centrum.
- Nie zabierałeś głosu na forum - powioedział, stając obok, bez ceremonialnego tonu, ani nazbytniego dystansu.
- Nie było potrzeby - odparł Viktor.
Fern przez chwilę nic nie mówił. Patrzył na ogniska, ludzi… wielkich mędrków, którzy teraz nie dyskutowali czy problem istnieje, ale jak złożony on jest. W końcu prychnął cicho.
- A jednak, twoje pytanie przebrzmiały wielokrotnie na zgromadzeniu.
Viktor uniósł wzrok nad horyzont. Ogień tańczył w jego oczach i pozwolił sobie na okazanie odrobiny satysfakcji.
- Bo dobre pytanie jest warte więcej niż i dziesięć odpowiedzi. Twierdzenia zamykają rozmowę. Odpowiednie wątpliwości ją ukierunkowują.
Fern uśmiechnął się ciężko.
- Nie myśl, że nie widzę co tu robiłeś.
- W żadnym momencie się nie łudziłem, że przechytrzę królewskiego arcywieszcza.
- Wielu uznało ciebie za aroganckiego.
- Owszem. I nie mylą się - w odpowiedzi nie brzmiał nawet ślad zawahania - Ludzie czasem wolą gdy ktoś się myli razem z nimi, niż gdy ma on rację sam… ale nie sympatię dziś chciałem zebrać.Znów milczeli chwilę, patrząc w gwiazdy.
- Skąd wiesz, że dostrzegą to co chcesz?
- Nie wiem. Ale jakbym wszedł między nich i zaczął pokazywać palcem czego oczekuję to by się opierali. Gdy dają im dojść do moich wniosków stają się współautorami.
- Widzę przyszłość, a czasem zazdroszczę i tego jak manipulujesz głowami, co sądzą, że są zbyt na to mądre.
- To bardziej edukacja… - sprostował Viktor - róznica polega na tym, że po interakcji zostawiam ich mądrzejszymi, a nie posłusznymi.Przez chwilę stali w milczeniu. W oddali ktoś śmiał się zbyt głośno, ktoś inny kłócił się o szczegół, który jeszcze rano uznano by za nieistotny.
- Możesz być wkrótce przydatny bliżej decyzyjnego kręgu - powiedział w końcu Fern - Nie dziś, ale wkrótce.
- Jak trzeba… - odpowiedział Viktor, jakby przyjmował to jako obywatelski obowiązek, a moment potem jego oczy dostrzegły w mroku… sylwetkę.
- Wiesz Fern… jestem zmęczony…
- A myślałem, że nie łudzisz się w oszukanie wieszcza…
- Wciąż użyję tej wymówki i bronić się będę klauzują domniemanej niewinności - odgryzł się rozbawionym głosem - Wiesz gdzie mnie znaleźć.Viktor podszedł do tajemniczej sylwetki.... Elanna wzięła go pod ramię i odeszli razem w mrok.
-
[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór- Innymi słowy - kontynuował Tyrel, mierząc Viktora chłodnym spojrzeniem - przysługa, o którą prosiłeś, staje się znacznie bardziej złożona. Jedno: to zlokalizować cel w Numerii. Drugie: ingerować w działanie moich kolegów, nawet gdy nie kategoryzuję ich koniecznie pozytywnie. - Położył palec na notatniku, jakby wskazywał zależności między układami. - Zakładam, że przy rozliczeniu długu zostanie to uwzględnione. Logika wymaga, by moje naruszenie lojalności wobec nich było odpowiednio zbilansowane.
- Oczywiście, Tyrelu - odpowiedział Viktor. - Rozumiem koszty takiego działania i przyjmuję je do wiadomości.
Viktor stał w ciemnym pokoju. Zasłony były zaciągnięte, a okiennice zamknięte. Na łóżku kołdra zawinięta była w kulkę wielkości jakby ktoś się w nią zawinął. Goodmann odchylił głowę w tył, nagle czując zmęczenie i niechęć. Kolejna drama. Kolejne tłumaczenia. Zamknął za sobą drzwi i usiadł przy Kaylie.
- Wszystko w porządku? - zapytał kładąc dłoń na kołdrze, nie wiedząc która część ciała Kaylie znajdowała się w tym konkretnym miejscu.
Kołdra się lekko uniosła i wysunęła się z niej twarz Kaylie. Mężczyzna zobaczył zaczerwienienie pod jej oczyma i lekkie sińce. Dłoń trzymał na jej barku najpewniej.
- ...Mhm. - mruknęła cicho w potwierdzeniu - Jak było? - zapytała szeptem.
- W porządku. Rozmówiłem się jeszcze z kilkoma ludźmi po drodze. Czemu tak w ciemności leżysz?
Kaylie wzruszyła ramionami.
- Tak jakoś...
- Aż takie znaczenie miało dla ciebie pójść ze mną? Czy o coś innego chodzi?
- To nie tak... Po prostu... Myśli i wspomnienia aktywowała sytuacja... - uniosła się i zarzuciła ręce na szyi Khala by utulić go - To nie twoja wina.
Viktor objął ją ramieniem. Cicho zaskoczony i niejako zadowolony, że nie było znów tłumaczyć jej – i zagłaskiwać – jak dziecku.
- Rozumiem. Postaram się to brać pod uwagę, na przyszłość.
- Opowiesz co się działo? - zapytała wciąż wtulona jak dziecko.
- Mój kontakt znalazł coś o Philipie i Dorii… są w jednej z akademii Ligii Technicznej. Z Elanną kilka słów zamieniłem, ku niezadowoleniu kółka jej adoratorów… Porozmawiałem z Varianem trochę… to ambasador z Pitax. Spotkaliśmy się pięć lat temu w Andoranie na szczycie politycznym. Ah… i nauczyłem manier jednego młodzika, co myślał, że jest twardy…
- Jakiego młodzika? Co się stało? Ktoś cię zaatakował? - zapytała z troską i spojrzała na twarz mężczyzny by sprawdzić czy nie jest obity.
- Liczył, że nazbiera kilka punktów społecznych na mnie. Zmusiłem go by sam się pokonał… w stylu jak bandytów przed trzema laty. Tylko mniej krwawo. Pamiętasz to, prawda?
- Tak, tak. - wróciła do przytulanek - A ten twór krocza Azazela? - zapytała ze słabo ukrywaną niechęcią.
- Dogadalibyście się, myślę. Też nie jest chętny Kozłowi, choć mniej intensywnie niż ty.
- Naprawdę mi się dziwisz? Popełniłam najgorszą zdradę w Galt. Nieważne, że chciałam ratować rodzinę... - ukryła twarz w jego szyi.
- Meh… może w idei. Jestem przekonany, że nawet Obywatel Drannoch miałaby większe pretensje do kogoś kto, hipotetycznie, by jej rodzinę zabił niż do ciebie.
Nadal przytulała się w szyję prawnika, uwieszona na jego barkach.
- I jestem zakochana w kapłanie diabła... - mruknęła pod nosem.
- Ah… no rzeczywiście… w takim razie Obywatel Drannoch rzeczywiście, by rozkazała wstrzymać poszukiwania tego mordercy jej rodziny. “To już nieważne. Musimy znaleźć prawdziwego zbrodniarza! Sprowadźcie mi JĄ”. Tak to sobie wyobrażasz, dziecino?
- Wyobrażam sobie, że to byłoby jak dowód. Zdradziłam i teraz się kręcę z diabolistami z Cheliax. - połasiła się o jego policzek - Ale to w sumie nieważne. Nic nie odkręcę. Nie zmienię przeszłości.
- Nie pierwszy raz w historii oskarżenie o konszachty z jakąś grupą wepchnęła oskarżonego prosto w łapy tej grupy. Gdyby nie Yasperhyde, albo Aegon nigdy bym nie zawarł paktu z Azazelem.
- Tylko z Asmodeuszem? - uśmiechnęła się.
- Mógłby być problem w spotkaniu jego kleru w Evercrest - odpowiedział z podobnym uśmiechem. - Tak naprawdę to nie mam pomysłu jak moja historia potoczyłaby się jakby nie tamte wydarzenia. Łatwo zgadywać, że bym został kapłanem-prawnikiem Abadara, ale bez mojej obsesji… nie wiem jak by to mogło wyglądać, ale diabłów w tej historii by – niemal na pewno – nie było.
- Jak w ogóle różniłbyś się, gdybyś został kapłanem pana Piekieł? Byłaby to ciekawa różnica?
- Hmmm… na pewno musiałbym trochę ugiąć moje poglądy. Dopasować do kleru. Oczekiwano by ode mnie konkretnych interpretacji prawa. Naginania go pod cele Czerwonej Loży i samego Księcia. By oczekiwano ode mnie posiadania znacznie większej liczby niewolników. Jako jego kapłan oraz Trzecie Pióro by oczekiwano ode mnie organizowania przyjęć których klimat by mi nie odpowiadał. Również miałbym znacznie większe wsparcie i zdobyłbym naturalne dojście do Thrune’ów. Niekoniecznie od razu do samej królowej Abrogail Drugiej… ale z czasem… tak. Jestem pewny, że tak. Chciałbyś abym poteoretyzował o jakimś konkretnym aspekcie tej fantazji?
- Zastanawiam się jaki byś był. Jako osoba. Blisko ci było do zostania jego kapłanem? Jak byś mnie traktował i czy miałbyś też rotację? - zapytała ciekawa i rozbawiona.
- Dosyć blisko, ale… jakbym chciał to bym mógł zostać, ale wiesz pewnie jak to jest… póki cel był odległy to niuanse nie raziły w oczy. Jednak kiedy się przybliżał coraz bardziej i bardziej nad ambicje i cele wynurzały się… różnice filozoficzne. Więc zacząłem szukać alternatyw. Kozioł był jedną z nich. Gdy udało mi się z nimi dogadać powoli wycofałem się z procesu zostania kapłanem. Ale jakbym nie znalazł Azazela, ani żadnej innej zadowalającej alternatywy… to bym został tym kapłanem… ale nie wiem ile by się zmieniło. Kwestia na ile bym dał radę rozdzielić moją publiczną personę od prywatnego-mnie. Myślę, że w ramach czystej teorii, można by założyć nieco by się przesączyło. To by oznaczało, że byłbym nieco twardszy. Nieco mniej wyrozumiały. Trochę bardziej wierzący, że najłatwiej ci pomóc strukturą.
- A jak byś najprawdopodobniej zachowywał się do niewolników? Widziałbyś ich jako rzeczy? - pytanie mogło się wydawać niepokojące, ale wychodziło bardziej z ciekawości niż próby znalezienia czegoś, co się nie spodoba - Jak w sumie standardowo kapłan Asmodeusza podchodzi?
- Kler Księcia Ciemności musi, przynajmniej oficjalnie, zgadzać się z generalną polityką Cheliax. Wedle tej polityki niewolnicy to raz rzeczy, a raz istoty gorszego sortu, a raz zwierzęta potrzebujące tresury i kierownictwa. Zależnie co jest w danej chwili wygodniejsze. Oficjalnie, poza kręgiem najbliższych zaufanych znajomych, musiałbym się z tym nie tylko zgadzać, ale potwierdzać swoim zachowaniem. Prywatnie jednak by dla mnie wciąż byli ludźmi. Sam zbyt blisko byłem zostania niewolnikiem abym był w stanie uwierzyć w którąkolwiek z tych bzdur. Zbyt dobrze rozumiem jak skuteczny jest ludzki umysł, gdy potrzebuje zracjonalizować sobie zasadność zła, które jest dla niego wygodne.
Zadała w końcu niepokojące pytanie.
- A co sądziłbyś o Thrunie, który mnie maltretował? Miałbyś jaja powiedzieć mu "nie"?
- Jakbyś była pod moją opieką i by przyszedł o ciebie prosić?
- Hmm. Kilka sytuacji. Jakbyś go miał jako gościa i nigdy wcześniej nie spał ze mną. Jakbyś miał go jako gościa, ale on już mnie miał wcześniej. Jakbyś po prostu słyszał co on robi z jakąś niewolnicą.
- Hmmm… Nigdy nie zaoferowałem gościowi żadnej z moich podopiecznych. Wybacz, że eufemizmów używam, ale… No… - wierzył, że powiedział wszystko co potrzebuje - Nigdy też nie zgodziłem się na żadną taką prośbę. Jak raz szlachcic myślał, że może Céline sam wziąć i wypłacić potem mi odszkodowanie, to pożałował. Bardzo. Dray Thrune był znacznie potężniejszą osobą z racji samego swojego nazwiska, więc musiałbym być ostrożniejszy. Zachować wiarygodną zaprzeczalność… ale walczyłbym o ciebie. Niezależnie czy byłabyś kolejną niewolnicą, czy rzeczywiście łączyłoby nas coś jak teraz. Najpewniej nie miałby dość posłuchu w swojej rodzinie aby mnie zmusić do oddania mu ciebie. Prędzej bym upozorował twoją śmierć i odesłał daleko z Cheliax, jako wolną kobietę, niż pozwolił mu robić z tobą to co robił. Tak… myślę, że w tym kierunku bym kombinował.
- A jeżeli byś tylko o tym wiedział, ale nie byłabym twoja? Jakoś byś mu nagadał?
Viktor skrzywił się nieco i myślał dłużej.
- Zależy od niuansów… ich miliona i jeszcze trzech. Nie zrozum mnie źle… otwarcie pogardzałem takim traktowaniem niewolników. Wielu ludzi wiedziało, że walczę przeciw ich oczyszczaniu przed przesłuchaniami… ale nie byłaś jedyna. I miałbym bardzo słabe roszczenia do czegokolwiek. Jakby mnie Nyer zapytał jak ciebie z tego wyciągnąć to by dostał czterdziestostronnicowy list z instrukcjami jak to wywalczyć, na jakie precedensy się powoływać, jak to bronić… może sam bym się pojawił. I bym ciebie wybronił. Są stare prawa, zapomniane przez większość i od początku ich istnienia mało stosowane… ale są. Kodeksy Prawne Cheliax są labiryntami. Przepisy są pisane niejednoznacznie i odwołują się do innych, które często są w innych księgach i te inne też się odwołują dalej. Tworzą splątaną sieć, której nikt nie jest w stanie pojąć w całości, a zrozumienie w małych kawałkach jest bezwartościowe. To nie jest wada, to nie jest błąd. Taka była intencja. To niemal sztuka poruszać się w ich ramach, ale jak jest się artystą w tej dziedzinie… wywalczyć można niemal wszystko. A ja byłem trzecim największym artystą Cheliax… Jednak to gdyby to była wola Nyera i ja bym go reprezentował… bez tego byłoby mi bardzo trudno coś zdziałać. Choć może… niższy trybun Westcrown był mi winny dużą przysługę. Jakbym był w klerze Księcia i miał jeszcze kilka znajomości i przysług… mógłbym spróbować pójść drogą, że z własnej próżności chcę ciebie dla siebie samego… byłoby to kosztowne i trudne, ale myślę, że przy najmniejszej odrobinie szczęścia dałbym radę to ugrać.
Kaylie utuliła silniej prawnika.
- Ten Thrune był zwykłym psychopatą. Robił krzywdę dla własnej satysfakcji z jej robienia. Swoje problemy wyładowywał na mojej skórze... - spuściła głowę - Jakkolwiek próbowałam... jakkolwiek okazywałam uległość i posłuszeństwo... Rzadko to wystarczało. Bardzo rzadko.
- Bo nie o to mu chodziło… ale masz to już za sobą i nigdy więcej cię to nie spotka.
- ...są sny, rozumiesz?
- Wiem. Cała nasza wesoła ferajna jest dręczona koszmarami. Ja sobie radzę, po prostu, nie śpiąc. Bardzo zdrowe, wiem… - zachichotał dudniąco i krótko - Te sny miną. Kiedyś. Tak jak i moje, a co z baltizarowymi to mnie średnio interesuje.
- A czasem... są jakby na jawie. Nie mogę przestać myśleć o nich.
- Znaczy… zmysło dostrzegasz obrazy i wydarzenia, czy to kompulsywne myśli, których nie możesz przegnać?
- Czasem sytuacje mi przypominają wydarzenia, nawet niekoniecznie powiązane... I wtedy myślę bez mojej zgody o tym co się stało. Zatapiam się w sytuacji i ciężko wypłynąć. Najłatwiej w to wpaść jak jest się samotnie, bez czegokolwiek na głowie. - powiedziała smutno.
- Trauma. Tak ona działa. Mi też wiele lat zajęło sobie z moją poradzić i tak średnio mi to wyszło… to dlatego siedziałaś w ciemności, pod kołdrą?
- Nie chciałam słyszeć tych wszystkich myśli... - odsunęła się puszczając Khala by spojrzeć mu na twarz - Głęboko wiedziałam, że nie to miałeś na myśli, ale... Myśli i tak gadały. Słyszałam głosy z przeszłości, pamiętałam sytuacje. Uciekałam od nich. - ściszyła głos - Przecież mnie nie chciałeś odrzucić...
- Oczywiście, że nie - odpowiedział patrząc jej w oczy - I dlatego też tutaj teraz jestem.Kaylie pokiwała smutno głową.
- Mam rzeczy mi potrzebne do stworzenia umeblowania świątyni. - powiedziała cicho.
- Dobra robota - Viktor poklepał ją po główce jak zdolne dziecko - Rzeczy mówisz? Masz na myśli komponenty?
- Nie... Dostałam różdżkę i berło od Ferna. - wyjaśniła.
Viktor uniósł brew w konsternacji.
- I czego za nie chciał?
Spojrzała podejrzliwie.
- Czy ty mnie już o coś oskarżasz czy tylko tak brzmi?
- Możliwe, że w twojej główce rzeczywiście brzmi jak oskarżenie, ale zapewniam ciebie, że jest to zupełnie zasadne pytanie. Przecież nie oddał ci ich z dobroci serca, więc zastanawiam się co takiego za to dostał. I nie… “dupa” nie nie rodzajem waluty jakiej użycia się spodziewam…
- Straciłam świadomość w pewnym momencie i obudziłam się w łóżku, więc zapytałam go po przebudzeniu... - westchnęła - W końcu mi powiedział wcześniej, że jeżeli miałby taką uczennicę jak ja to zapełniłby uczniami Galarion...
Viktor zamrugał kilka razy oczami.
- Chyba nie do końca rozumiem co ja słyszę. Rozwiń proszę temat nim zupełnie błędne wnioski wyciągnę, proszę.
- Więc jak to wcześniej mówił to teraz sama byłam niepewna, ale jak zapytałam o to, to... wiesz co mi powiedział?! - odezwała się z irytacją.
- Hmmm?
- Że nie jestem w jego typie! - parsknęła.
Viktor spuścił powietrze i zachichotał głęboko w swojej piersi.
- Pardon, ale w takim razie… jaki jest jego typ?
- Wspomniał barbarzynkę o wielkiej budowie co go mogła na łóżko rzucić i jak podczas łamała mu kości... a on uwielbiał każdą chwilę. - pokręciła głową.
- Uuu… To jest… ciekawe. Cenna informacja, dziękuję… W porządku, to ustaliliśmy to co już wcześniej wiedzieliśmy… co cię kosztowała ta różdżka i berło? No bo przecież to nie był prezent, prawda?
Wzruszyła ramionami.
- Polubił mnie przez ten tydzień nauki i jak zapytałam czy miałby rady co do magii mi potrzebnej do umodelowania wnętrza świątyni to dał mi te rzeczy... bo przewidział nim w Evercrest się pojawiłam, że będą potrzebne komuś. Wieszcze...
- Hmmm… to… optymistycznie mnie nastawia. Raz: cieszę się, że odnaleźliście wspólny grunt. Szczególnie, że po fachu. Dwa: arcywieszcz wspierający nasze działania… wygląda jak dobra wróżba. Świetnie. Doedukowałaś się odpowiednio? Możliwe, że jutro postawię już świątynię i wtedy będzie twoja kolei…
- Mhm... Jak pójdziecie na wiec przejdę się do sądu... Pewnie jego wnętrze da mi pomysły... Na świątynię tego maniaka prawa... - mruknęła.
- Ale… żmudną pracę poznawania procesów rzemieślniczych też już odbębniłaś, lub masz zamiar odbębnić, prawda? - zapytał ostrożnie.
- A czy ja ci wyglądam na robola?
Viktor powoli wskazał ręką swoje biurko. Zawalone zwojami, księgami i kodeksami. Część otwarta, w większości po kilka zakładek.
- Też to przerabiam. Wiesz dobrze jak działa zaklęcie Wytwarzania. Zrozumienie procesu twórczego jest kluczowe. Nie każę ci iść do zakładu ciesielskiego i własnymi rękami wystrugać krzesła. Edukacja chyba nie jest poniżej twojej szlacheckiej godności…
- Zrobię to na czuja. - machnęła ręką i spojrzała w sufit - Na tyle ile zasługuje. - powiedziała powoli.
- A czy JA zasługuję tylko na “czuja”? - zapytał równie powoli.
Kaylie spojrzała na niego zaskoczona.
- Khal... Nie ufasz mi?
- W jaki sposób dochodzisz do takich wniosków, gdy ja, po prostu, wierzę ci w to co mi mówisz wprost?
- Przecież... - spuściła głowę - Tak, tak. Odbębniłam. - wymruczala pod nosem - Nie chcę by pan chochlik był zły.
- Dziękuję - ucałował ją w pochylone czoło - Zbyt się fiksujesz na nim. Spróbuj może myśleć o tym bardziej jak coś robionego dla mnie, hmmm? Nie brzmi to lepiej? A im szybciej to pójdzie, czego elementem jest świątynia, tym szybciej będziemy mieć czas aby, po prostu, żyć.
- Co z twoją kancelarią? - zapytała nagle.
- Będzie częścią świątyni, więc jak tylko materiały dotrą się tym zajmę. Czemu pytasz?
- Zastanawiałam się gdzie chcesz ją w mieście, ale najwyraźniej nie chcesz daleko ruszać tyłka między pracami. Ale ciągle tu będziesz mieszkał, prawda?
- To jest adekwatne by arcykapłan diabła prawa miał kancelarię w budynku świątyni. Będę też miał tam swoją sypialnię. To rozsądne mieć łóżko obok biura. Spać zamierzam gdzie akurat wygodnie - wzruszył ramionami.
- Czyli... To znaczy, że głównie raczej nie tu? - zapytała cicho ze smutkiem w spojrzeniu.
- Tam gdzie akurat wygodnie - powtórzył swoje słowa - I będzie dla ciebie tam miejsce. Czy coś innego ciebie martwi?
- Gdzie będzie miejsce? I czy ja nie jestem wystarczająco wygodna?
- Kaylie… nie jesteś niewygodna. O co tobie – rzeczywiście – chodzi? Nie odpycham ciebie. Jak będę spał w świątyni będziesz mogła spać ze mną. Jak będę tam pracował całą noc będziesz mogła być obok.
Galtianka westchnęła ciężko.
- Najwyraźniej nie jestem wystarczająco. - położyła się na łóżku i wyciągnęła ręce jakby się przeciągając, a jednocześnie eksponując kształty w byłej koszuli Khala - Naprawdę stary jesteś, jak dla ciebie jestem niewygodna.
Viktor milczał chwilę, ale jego oczy wyrażały, że wreszcie zrozumiał co Glatianka chciała przekazać… Odkaszlnął i wdrapał się powoli na nią.
- Ah.. la damme... czy pani mnie próbuje uwieść? - pytał niskim, przyjemnym głosem, pochylając się nad nią, a dłonią wyczuwając jej talię. To, że kryła się pod jego ubraniami dodawało scenie pewnej… personalnej intymności.
Kaylie zaczęła się wiercić niżej prawnika jak kotka.
- Masz iść na wiec i przecież Elanna jest na dole. Nie masz co marnować czasu na taką jak ja. - głos magini wyrażał drażniącą się z nim nutę.
Viktor uśmiechnął się drapieżnie, chwytając ją za policzki, aż wydął jej usta.
- Oh… myślę, że dam radę nieco czasu wysupłać, aby pokazać “takiej” gdzie jej miejsce… - mówił powoli chwytając jeden jej nadgarstek, drugi i unosząc obie dłonie nad jej głowę.
Na samym początku Kaylie patrzyła zdziwiona i jakby oczekiwała czegoś strasznego, ale zaraz się rozluźniła jak zrozumiała, że nie ma zagrożenia. Patrzyła na Khala badawczo, szukała znaków ostrzegawczych.
- Biedaku, na Brevoykę zabraknie sił. - uśmiechnęła się półgębkiem.
- Ohuhuhh… jeszcze zobaczymy kto z tego pokoju wyjdzie, a kto ledwie wypełznie…
Khal szarpnął koszulę na ciele Kaylie w górę, odsłaniając jej walory, ale ciągnął wyżej i wyżej, aż zasłoniła ona jej twarz i jeszcze odrobinkę wyżej, tworząc pseudo-węzeł na jej wzniesionych rękach. Magiczne kajdany spętały jej nadgarski i ściągnęły do siebie.
Nachylił swoje usta do jej ucha ukrytego pod koszulą.
- Grzeczne dziewczynki dostają nagrody. Niegrzeczne są rżnięte jak zwierzęta - mówił powoli rozpinając jej pasek. Pozwalając jej czuć gorąc swego oddechu uwięzionego pod materiałem, swoją niemal-ślepotę, gdy starała się dostrzegać cokolwiek między drobniutkimi szwami materiału a nawet niemoc spętanych dłoni.
- To ty... Powinieneś znać... Miejsce... - dyszała jednocześnie z podekscytowania jak ukłuć niepewności z obawy - Śmietnikowcuah… - obelga zakończyła się lekkim jękiem, gdy Viktor uszczypnął ją w sutka. Spodziewał się wyższego dźwięku. Już brał poprawki w jak na niej grać.
- Znajduję jednak w tym więcej godności niż na przykład… no nie wiem… byciem zabawką smietnikowca? - zapytał i szybkim ruchem przerzucił ją na twarz, by zszarpnął z niej spodnie. Taka naga i skrępowana zdążyła ledwo biodrami ruszyć nim nie poczuła jego dłoni na swoim karku i jego bioder na swoich. Siła wcisnęła jej twarz w poduszkę ledwie pozwalając oddychać.
- Coś jeszcze masz, zabawko, do powiedzenia? - pytał rozpinając swój pasek.
- Nie j.. - zaczęła mówić póki nagle nie przycisnął mocniej jej twarzy do poduszki. Jedynie pozostały jej niezgrabne szarpnięcia.
- Och… nie słyszę cię - jęknął z niby-zmartwieniem - Mów wyraźnie. Wyprostuj się. Głowa wysoko i spojrzenie godne! - kpił z niej, radując się z jej bezradności.
Męczył się jeszcze chwilę z paskiem nie przystosowanym do operaowania jedną dłonią, ale gdy “się” wyswobodził zmienił chwyt, poprzez swoja koszulę chwytając ją za włosy i wzniósł na kolana. Ręce wciąż uwięzione w koszuli i kajdanach były jedyną, poza jej głową, częścią ciała której skromność nie została odebrana.
Zwolnił nagle nachylając się do jej ucha i wsłuchując się w jej oddech, a przede wszystkim… oznak nadmiernego napięcia, strachu, czy przeciążenia emocjonalnego. Grał ostro i musiał powziąć środki ostrożności…
Kobieta nie rozumiała swoich uczuć. Braku strachu... przecież powinien być!
Ale była tylko ekscytacja jakiej nie mogła stłumić biorąc głęboki oddech… i zadowoliła ona Viktora. Uciszyła niepokój.
- Teraz ciebie zerżnę - mówił powoli, niskim głosem - Będziesz jęczeć i kwiczeć, aż ledwie będziesz w stanie się ruszać. Musisz tylko być grzeczną suką i powiedzieć “poproszę”.
- Pierdol się. - powiedziała jedynie, choć w tonie czuć było napięcie i podekscytowanie.
Lekkie pchnięcie. Tylko tyle było potrzebne aby znów runęła twarzą w przód. Próbowała ratować się i oprzeć na łokciach…
- Mocne słowa…
… jednak nacisk na kark znów odebrał jej autonomię, wciskając okrytą koszulą twarz w poduszkę, odbierając oddech. Ale tym razem tyle Viktorowi nie starczyło. Poczuła jego dłoń między swoimi nogami. Jednak nie był to pieszczotliwy dotyk, a niemalże–brutalny i całkowicie-zaborczy chwyt, który uniósł jej biodra w górę aż kolana rozdzieliły się z materacem i prawie odruchowo nóżkami zamajtała, próbując wyczuć swoją sytuację.
- … jak na kogoś kto cieknie tak bardzo, że ledwie mogę ten chwyt utrzymać. Poproś.
Rozkazał, osłabiając nacisk na karku.
- ...Proszę... - powiedziała przez zaciśnięte zęby.
Viktor opuścił ją, z drobnym zawodem. W swoich wyobrażeniach już zdążył zarumienić jej pośladki klapsami za nieposłuszeństwo… ale to też miało swój urok.
- Grzeczna dziewczynka.
I jak zaczęli to kolejne godziny nie skończyli…
Naga Kaylie leżała wspierając głowę o tors swojego partnera. Pomrukiwała z zadowoleniem odpoczywając po ostatnich godzinach, jakich odwaga ją zadziwiła, a jednocześnie wskazywała na jej własne zaufanie w stosunku do Khala. Wcześniej nie zgodziłaby się na coś takiego nie po pijaku. Nie zaufałaby i nie powstrzymała powodzi wpomnień jakich przecież panicznie się bała.
To było... nowe.Przytulała się z radością i z jeszcze większą przyjmowała delikatny dotyk na swojej gorącej i zroszonej potem skórze. Przypominał on pieszczotę oferowaną ulubionej kochance czy pupilowi o aksamitnym futrze.
Oddychała głęboko, ciągle czując drżenie napiętych mięśni. Spod półprzymkniętych oczu wodziła wzrokiem po liniach tatuażu Khala kręcącego meandry po skórze. Przesunęła palcami delikatnie po tym labiryncie na torsie i zaraz zaczęła składać delikatne pocałunki wokół czarnych kresek, a muskanie ust było tak delikatne, że miękkie usta lekko łaskotały.
Viktor pozostawał średnio przytomny po tym jakże przyjemnym wymęczeniu. Najchętniej oddałby się błogości i zdrzemnął godzinkę, albo dwie, ale… wiec się zbliżał. Magia go wspomoże, ale chwilowo nie było jeszcze takiej potrzeby, a relaks wciąż z siłą wibrował w jego mięśniach.
Wzniósł rękę. Przeczesał palcami jej włosy i leniwie podrapał za uchem.
- Dobra… dziewczynka… - wymruczał zadowolony.
Kaylie zatrzymała pocałunki.
- Pierdol się z tym. - i powróciła do pocałunków.
Pierś Viktora uniosła się rytmicznie w cichym chichocie.
Miał już trzy odpowiedzi, włącznie ze “zmuszeniem” jej do przyznania zachwytu tym potraktowaniem (pod groźbą, czy obietnicą, nie powtórzenia tego)... ale nie było potrzeby dalszych przepychanek. Chwilowo był zadowolony…
- Śliczny ten tatuaż... - uniosła głowę - Też mi taki zrobisz?
- Huh… Może jakbym trochę poćwiczył? Miałoby dla ciebie wartość, że tatuaż byłby zrobiony przeze mnie? Czy po prostu chciałabyś taki sam?
Arkanistka lekko posmutniała.
- Pewnie tatuażysta by zauważył ten drugi... i się domyślił co oznacza, a do tego... Będę w tym bezbronna. - położyła policzek na torsie mężczyzny i szepnęła - Może i to śmiesznie naiwne po takim czasie, jak jedna z głupiutkich siks jakie przetaczały się przez twoje pościele... - umilkła na może trzy sekundy - ...ale tylko tobie jestem w stanie tak zaufać...
Viktor aktywnie musiał się powstrzymać przed napompowaniem swojej piersi w jakiejś dumie, czy satysfakcji. Na ogół zrywał jakąkolwiek znajomość z jagniętami na długo nim miały okazję wytworzyć takie emocje. Nie zdusił ich, ale schował w kieszeń. Zachował do późniejszej celebracji.
- Bez większej wiary wspomnę tylko, ponownie, że mógłbym go usunąć… byłoby to tylko umiarkowanie bolesne… Poza tym… dobrze. W pewnym momencie liznąłem tematu. Będę potrzebował kilku dni, może tygodni aby opanować tę umiejętność i fuszerki ci nie odwalić… ale jeśli nie chcesz nic bardziej skomplikowanego niż to co ja mam to dam radę.
- Ja... Nie wiem. Na razie zostawmy... - szepnęła niepewnie - I raczej nic bardziej skomplikowanego nie chcę... A ten twój w sumie ma magię w sobie?
- Nic nie naciskam. Wiem, że blizny przeszłości mogą być powodem masochistycznej dumy… “Przetrwałem pomimo”... części mojego tatuażu mają w sobie magię, ale ja nie potrafię zawierać magii w tuszu, więc moje usługi byłyby czysto estetyczne.
- Szkoda... - przeciągnęła się wciąż wtulona w ciepłe ciało Khala - A jaką mają magię? - zapytała z ciekawością.
- Nadwymiarowy, niewykrywalny dla magii, schowek na piersi - klepnął prezentując - Na barkach mutiplikator udźwigu. To on, wraz z dodatkową magią, pozwolił mi unieść tamtą bramę u Ahaira. Na przedramionach pozwalają mi na te iluzoryczne ubiory. Bardzo hmmm… przydatne. Przy czym drogie. Dużo droższe niż ta sama magia zaklęta w przedmiotach.
Kobieta zachichotała i położyła dłoń na policzku Khala.
- A to na dole... też zaklęte? - zapytała ze słodkim uśmieszkiem.
- Ah… - zafrasował się odrobinę Viktor nim znalazł odpowiedź - Kiedyś pewna wiedźma odgrażała mi się jakimś urokiem, ale chyba nie poszło jej najlepiej… o ile rzeczywiście chciała mi zaszkodzić. W sumie to bardziej tobie oceniać… - puścił jej oczko i pozwolił głowie opaść na poduszkę.
- ...czy później masz zamiar się z nią spotkać? - zapytała po chwili milczenia jednocześnie wciąż wtulając się w jego tors policzkiem jakby w poduszkę. Głos miała zadziwiająco spokojny choć raczej po prostu dysocjacyjny.
- Zakładam, że nie pytasz o wiedźmę… Elanna? Nie. Przynajmniej nie dziś. Dzisiaj jest wiec.
- Mhm... - bawiła się kosmykiem włosów - Ale masz zamiar, prawda?
- Tsk… to trochę bardziej skomplikowane. Zapraszała mnie dziś wieczorem do siebie… a ja będę na wiecu. Nie wiem czy dobrze zniesie ona tą “wzgardę”. Raczej przyzwyczajona jest, że to ona wzgardza amantami, a nie widzę siebie znajdującego ochotę na odzyskanie jej łask…
- Więc ci zniszczyłam plany... Mogłeś z nią być teraz. - nie wiedziała czy czuje się z tym źle.
- Kaylie… czy ja wyglądam jakbym na cokolwiek narzekał?
- Teraz nie... Ale możesz później żałować.
- Kruszyno… Jakie to konsekwencje przewidujesz, z których ja sobie nie zdaję sprawy?
- Można żałować po fakcie. Można sobie pluć w brodę.
- I w jakiej sytuacji można żałować – po fakcie – swojej decyzji? - pytał spokojnym i nieco “edukacyjnym” tonem.
- Że nie wybrało się tego co zaraz może zniknąć.
- I każda taka decyzja prowadzić będzie do żalu?
- Nie, ale chyba byłeś szczęśliwy z ostatniego razu z nią...
- I każda decyzja rezygnacji z czegoś, co w przeszłości przyniosło satysfakcję, prowadzić będzie do żalu?
- Jeśli to co dostaniesz w zamian nie było tego warte.
- I czemu miałbym podjąć błędną decyzję?
- Nie jestem tak niesamowita... - powiedziała przybitym głosem.
- Kaylie… zaadresujemy tę bzdurę za chwileczkę… niech ci nie przyjdzie do głowy, że zgadzam się z nią. Ale nie odpowiedziałaś na moje pytanie… nie pytam czemu uważasz, że ta konkretna decyzja mogłaby być błędna. Pytam hipotetycznie… z jakich powodów ludzie podejmują decyzje których potem żałują?
- Pomyłki. Błędne spojrzenia na sytuacje i osoby...
- Dokładnie. Błędy. Nieprzewidziane konsekwencje. Żal z podjętej decyzji to moment, w którym człowiek orientuje się, że wybór który podjął ma skutki, których wcześniej nie przewidział, lub konsekwencje są bardziej dotkliwe niż oczekiwał. Do tego stopnia, że gdyby mógł cofnąć czas, podjąłby inną decyzję… Więc mówiąc mi, że mogę później żałować mówisz mi, że mogą być konsekwencje których teraz nie widzę… cóż to miały by być za konsekwencje?
- ... - Kaylie umilkła i spuściła wzrok.
- Podjąłem w pełni świadomą decyzję, znając jej zyski i konsekwencje. Nie będę jej żałował. Jeśli spędzenie kilka godzin z tobą kosztować mnie spotkanie z nią… warto było. Wolę ciebie nad nią. Rozumiesz?
Spojrzenie Kaylie uległo zmianie. Jej twarz wyrażała szczere zdziwienie słowami kochanka. Ona naprawdę się ich nie spodziewała, co było bardzo widoczne. Uniosła się na rękach by obserwować Khala w ten sposób, starając się go oceniać?
- Naprawdę? - głos galtianki był wyższy, wyrażający zaskoczenie pomieszane z jakąś... ulgą? - Ty byś był w stanie sprzedać mi największe kłamstwo, a ja bym została wiernym w jego prawdę. Nie płacą ci, tak, ale... Nie umiałabym określić czy i to nie jest kłamstwem.Te słowa nie były zarzutem. Były silnym stwierdzeniem, że ona rozumie, iż jest bezsilna, jeżeli on by chciał ją okłamać.
- Jesteś za dobry w tym.
- Tajemnicą kłamstwa nie jest sam proces kłamania. Dobry blef wymaga inteligentnego wplecenia go w rzeczywistość i inteligencją można go odkryć. Jakbym próbował ci wmówić, że jestem reinkarnowanym martwym bóstwem, ale odmawiam ci udowodnienia tego w jakikolwiek sposób czyste nieprawdopodobieństwo tego scenariusza uniemożliwiłoby mi okłamania średnio rozgarniętego dziewięciolatka. Jak nie ufasz sobie, że rozgryziesz mnie “tu i teraz” z moich samych słów, przyglądaj się temu co rzeczywiście robię na dłuższą metę. Przykład pierwszy… jestem tutaj z tobą, a nie z nią. O czym to świadczy?
- ...że wybrałeś to? - odparła niepewnie.
Viktor zachichotał cichutko.
- To jest obserwacja faktu. Spróbuj wejść głębiej. DLACZEGO to wybrałem? Stwórz listę potencjalnych przyczyn. Choćby absurdalnych. Ja zacznę… Mogłem wybrać Ciebie bo to jakaś długa gra. Potrzebuję tobą zmanipulować i stworzyć poczucie przywiązania… No i to by wymagała dalszego dywagowania dlaczego musiałbym to robić właśnie w ten sposób, co byłoby nie mniej przekombinowane niż pierwsza część… widzisz jakieś inne możliwości? Może prostsze?
- By nasycić własną potrzebę dominacji nad inną osobą. By poczuć się lepszym w ten sposób. - powiedziała ostrożnie.
- Można by tak rozważać… ale rodzi to więcej pytań. Dlaczego ty? Dlaczego nie Sigrun? Która jadłaby mi z ręki gdybym jej tylko pozwolił… Dlaczego nie Elanna?
- Bo ja potrafię być ci niemiła...
- Oh, dziewczę drogie… jakby TO był wyznacznik to definitywnie siedziałbym teraz z Elanną… Pudło. Masz jakiś inny rozsądny powód? Zaznaczam, że jego brak nie oznacza od razu odrzucenia możliwości…
- Chciałeś mi pokazać... moje miejsce?
- Szukasz w złych miejscach. Jeśli chodzi o klimat ustawiania knąbrnej dziewczynki... Również byłby teraz z Elanną w tym momencie. Zostawmy motyw potrzeby dominacji za sobą. Czy widzisz jakieś inne powody abym wybrał być tu z tobą, a nie kimkolwiek innym?
- Chcesz ten eksperyment realizować, jak to nazwałeś...
- Zbliżamy się… ale nazywasz bardzo bezosobowo coś bardzo osobistego. Dlaczego mi na tym eksperymencie zależy?
- By zobaczyć czy w ogóle jesteś w stanie kochać i być kochanym? - zaryzykowała.
- Woah… - westchnął Viktor - Znacznie mroczniej niż oczekiwałem… Melodramatyczniej… Dobrze, to jest pewna interpretacja, ale wciąż unikasz najprostszej. Najoczywistszej. Wymagającej najmniej tłumaczeń, wyjaśnień i najkrótszych łańcuchów logicznych. Wypowiesz ją na głos, czy na moje barki to spadnie?
Zamilkła nie wiedząc co dalej.
- Ehh… najprostszym wyjaśnieniem, wymagającym najmniej wyjaśnień i nie tworzącą żadnych kolejnych pytań, jest, że – zwyczajnie – zależy mi na tobie i uwielbiam z tobą spędzać czas. Bardziej niż z alternatywnymi opcjami. To jak teraz zebraliśmy kilka możliwych opcji mojej motywacji musisz sama rozważyć która z nich brzmi najwiarygodniej… oczywiście wiarygodność opcji nie jest wyznacznikiem prawdziwości… ale jak zbierzesz setkę takich sytuacji, gdzie odpowiedź “bo mu zależy” będzie najwiarygodniejszą opcją będziesz mogłą, z czystym sumieniem, przyjąć, że taka jest prawda. Tak się rozszyfrowuje kłamstwa intelektem. Bo kłamcy niemal zawsze popełnią gdzieś błąd. Zaplączą się w pajęczynie swoich fałszów. To jest jeden z powodów dla których sam nie kłamię… Jest tylko jedna rzeczywistość, ale kłamstw może być nieskończona ilość. Jakbym rutynowo kłamał to bym musiał zapamiętywać nową rzeczywistość dla każdego jednego człowieka którego okłamała. Korelować je między sobą, gdy dwóch okłamanych się zna. To jest absurdalnie trudny projekt, którego nie da się wykonać w pełni poprawnie. Znacznie prościej jest nie kłamać… ale chyba znów wpadłem w słowotok… przemyśl co powiedziałem i wyciągnij własne wnioski…
Znów pozwolił głowie opaść na poduszkę.
Zapadła wręcz niezręczna cisza w pokoju. Jedynym dźwiękiem mógł być szelest pościeli poruszonej lekkim ruchem nagiego ciała siedzącej na kołdrze kobiety jakie było wyeksponowane na widoku Khala. Blade światło nadchodzącego wieczora ledwie prześlizgnęło sie przez materiał zasłony nadając sylwetce Kaylie szarości poświaty, a jednocześnie obmywając kontrastem czerwieni jej wyeksponowany biust.
- Nie wiem... - odezwała się kuląc lekko jak pod ciężarem - Nie wiem czy jestem godna... być kochana... ważna komuś...
Viktor westchnął powoli.
- Naprawdę straszliwie siebie nie doceniasz. Jesteś pokrzywiona. Prawda. Bardziej nawet niż ja… ale widziałem już kobiety pokrzywione bardziej niż ja, które były kochane. Jesteś dla mnie ważna. To jest fakt. Twoje poczucie nieadekwatności w żaden sposób tego nie zmienia…
Ważna... Bolało ją, że tylko tyle, choć połknęła ten ból.
- Wcześniej jakaś była tak jak ja ważna dla ciebie? W takim stopniu?
- Valerie - odpowiedział chłodno, smutno i krótko.
Valerie...
- Śnisz o niej... - szepnęła bardzo delikatnym tonem.
- Czasami - przytaknął, jakby rzeczywiście miał nadzieję, że to zaspokoi Ciekawość Kaylie.
- Słyszałam jak mówiłeś jej imię przez sen. Val...
- Taaa… - przytaknął niechętnie - Fisuś też mi mówił.
Kobieta znowu położyła się obok kochanka. Nie chciała go zmuszać, choć chciała zrozumieć co się stało...
- Zaraz musisz na wiec iść. - powiedziała tuląc się do jego torsu.
Viktor pilnował czasu i wiedział, że ma jeszcze kilka chwil… ale to był dobry moment.
- Tak. Masz rację - przytaknął drapiąc ją za uchem - I potrzebuję się szybko wykąpać. Nie jestem świeży…- Khal... - szepnęła do niego gdy zaczął już się unosić na rękach - Jak będziesz potrzebował... Zawsze możesz wylać swoje serce i myśli do mnie.
- Wiem - przytaknął - I jestem ci wdzięczny…- Choć nie spodziewał się kiedykolwiek opowiedzieć tej historii.
Potem wszystko się potoczyło szybko.
Viktor zamknął się w łaźni dworu. Zanużył w wodzie pachnącej lekko ziołami i gorącej aż piekła w skórę. Zagryzł nieprzyjemność, graniczącą z bólem i wyszorował się. Bez zwłoki. Bez relaksu. Bez rozkoszowania się. Zużył swój chwilowy przydział przyjemności i teraz trzeba było zająć się obowiązkami.
Pewnie jeszcze przed wyjściem Kaylie się do niego przyssie, by swój zapach zostawić, więc musiał liczyć jeszcze trzy minuty “straty”.
Mylił się… po kąpieli, gdy odnosił swoje brudne ubrania do pokoju, jej już nie było. Ani w pokoju, ani we Dworze.
- A gdzie wiedźmę wywiało? - zapytał turkusowy wąż spod jego kołnierza.
- Milion możliwości… możesz średnio w to wierzyć, ale ona ma swoje życie poza mną.
- …
- …
- Masz rację. Obserwując was, gołąbeczki, trudniej i trudniej mi w to uwierzyć…
- Hmmm? Co masz na myśli?
- Doskonale wiesz.Nie kontynuowali rozmowy.
-
[Pathfinder 1e, 18+] Popielny DwórViktor

Kapłan Kozła Ofiarnego pozwolił sobie ostatniej nocy spać. Rzeczywiście zamknąć oczy na kilka godzin i pozwolić ciału odpocząć, a że koszmary go, tak wyjątkowo, nie męczyły, Fisuś go nie wzbudzał.
Ostatni tydzień był pracowity. Wiele osiągnięto i zbliżali się do finału pierwszego aktu.
Zrujnowany browar o dwie przecznice od ratusza Evercrest należał już do niego, wraz z prawem rozbiórki i przebudowy. Materiały już zmierzały do stolicy i miały pojawić się na dniach.
Ekscytował się na samą myśl o tym jak zacznie budowę, bo spotkanie Filii z Azazelem także poszło po jego myśli…
Uchylona okiennica rozwarła się bardziej i zamknęła, a Fisuś porzucił płaszcz niewidzialności, w trakcie przeistaczania się w turkusowego węża.
- Wciąż nic?
- A gdzie tam… speluna tam wyrosła zeszłego wieczora, ale Philipka i spółki ni widu, ni słychu. W pozostałych lokacjach to samo.
Viktor kiwnął głową. Stracił już nadzieję, że bandyterka wróci. Dwa dni po spotkaniu ich wszyscy zniknęli. Jak kamień w wodę. Tak samo strażnik z bielactwem, którego widział Fisuś i pozostałe grupy którymi on zawiadywał. Kontakt urwany. Zupełnie.
- Tsk… - strzelił śliną do własnej myśli. Dostrzegał w tym możliwość swojego błędu. Nie zakładał go jeszcze, ale najprostszy scenariusz był taki, że Pan Bielaty rozpytał o Ralpha Hillsburego, co w straży robił. Dowiedział się, że kogoś takiego nie ma i postanowił pozbyć się śladów. Oczywiście miał gotowe i dziesięć innych możliwych scenariuszy, nawet bez starania się, ale ten jeden wskazywałby jego błąd. A nie lubił swoich błędów.Jego biurko, przyniesione do pokoju Kaylie, zawalone było stosami ksiąg, zwojów i traktatów. Doszkalał się. Przyswajał nową wiedzę i powstarzał starą, bo miał jej niedługo BARDZO potrzebować. Gdzieś w szufladzie miał schowany odcisk klucza do pokoju Zoryii, który Fisuś zdobył pod osłoną zaklęcia ciszy, gdy nienaturalny strażnik spał.
Również jego budżet powoli puchł i Zmierzchowcy bardziej i bardziej polegali na nim jako głównym kliencie. Macki kontroli które tam zapuszczał jeszcze długo miały się rozwijać nim je zaciśnie i Owlkin już w ciągu tych kilku dni pytał go o ważną radę. Okazywało się, że stosunkowo młody Guntar nie doceniał problematyki prowadzenia takiej organizacji. Na szczęście Khal służył pomocą, budując głębszą i głębszą zależność od siebie… oczywiście przy okazji pilnował aby nie robili nic głupiego. Jakby do Filii dotarło, że ma z nimi konszachty… negatywnie by się to odbiło na relacji z siostrzyczką.
- Viktor? - Lilia zajrzała przez drzwi upewniając się, że prawnik nie śpi. Kiwnęła mu głową na przywitanie kiedy ich spojrzenia się spotkały - Masz gościa.
Kapłan Azazela usłyszał szybką wymianę zdań po drugiej stronie drzwi i po chwili do pokoju weszła Filia Blackfyre.
- Mamy problem. - żadnego "Hej", "Dzień dobry". Kobieta chodziła w kółko, od okna do drzwi i z powrotem - Szlachta napiera na mnie, chcą rozprawy teraz. Nie będę w stanie odwlekać tego dłużej…
Viktor zmrużył brwi w konsternacji.
- Jakbyś mi powiedziała, że lud chce sprawiedliwości to bym się nie zdziwił… ale szlachta? Ta sama której to nie obchodziło gdy pospólstwo ginęło teraz się obudziła gdy już nic nie jest w stanie zrobić?
- Wiem, dlatego się martwię. - oparła się o ścianę, nerwowo stukając palcami o drewno - Śmierdzi gównem i polityką, wybacz za słownictwo. Ojciec również zaczyna kręcić nosem od ich naporu. Obawiam się, że mamy maksymalnie tylko kilka dni.
- Ktoś się boi czegoś co Ahair może wypaplać. Wiemy, że panicz Crawcolt z nim kooperował. Wiemy, że alchemik jest członkiem Ligii Technicznej… i wciąż we dworze mamy ich ambasadora. Istnieje przynajmniej kilka wektorów z których te naciski mogą nadchodzić. Hmmm… Mógłbym sam sprawdzić, ale skoro ciebie tutaj mam… czy prawo Evercrest w jakikolwiek odnosi się do klonów?
Kobieta zaśmiała się pusto.
- Jasne, jest w tym samym dziale co homunculusy, golemy i mimiki… - pokręciła głową - Jeżeli istota wydaje się posiadać namiastki autonomii, a Ahair je posiada, to jest traktowana jako autonomiczna istota. Kropka.
- Świadkowie koronni? Odroczenie egzekucji celem wykorzystania w śledztwie za oryginałem? Brzmi jak coś co lokalne prawo mogłoby uznać za rozsądne?
- Viktor. Zakładam, że w Isger i Cheliax bawiłeś się ze szlachtą. Co się dzieje z prawem, kiedy szlachta chce czegoś, co nie jest dokładnie nielegalne?
- Wynajmowali odpowiedniego adwokata aby sprawił, że prawo zagra wespół z ich wolą. Wiesz Filio… jeśli mówisz, że sprawa już jest przegrana i nic nie da się zrobić… - wzruszył ramionami - To stare prawidło, że niektóre wektory podejścia zawodzą niezależnie od nas. Jedynym pewnym sposobem jest mieć ich wiele w garści. Nie jest on niezbędny, w zasadzie, do niczego. I może powinniśmy dać mu zginąć… jeśli te naciski byłyby manifestacją wzniesionej gardy takiego Crawcolta to po śmierci Ahaira pewnie ją opuści… o ile nic nie przekona go, że problem nie został rozwiązany. Jedyny problem byłby jeśli na procesie wypapla za dużo i nasze Trio zrozumie, że jesteśmy na tropie ich przeszłości. To definitywnie nie jest jeszcze moment aby odkryć karty… Hmmm… zajmę się tym.
Kiwnęła głową.
- Mówiłam ci już, że nienawidzę jak bardzo twoja obecność w mieście komplikuje mi życie?
Viktor milczał chwilę rozważając słowa, jakby przyjął je głębiej niż była intencja.
- Mam szczerą nadzieję, że gdy ta historia się zakończy, będziesz uznawała moje przybycie za jednak dobrą rzecz.
- Ja też… - Filia najwyraźniej ciągle nie była pewna słuszności swojej decyzji - Ciągle ciężko mi to przyjąć…
- Nie dziwię się. Masz na barkach wielki ciężar trudnych decyzji, których konsekwencje będą równie wielce poważne co odroczone w czasie. Nie zazdroszczę ci w moim kościele będziesz miała potężnego sojusznika. Niekoniecznie zawsze prostego i łatwego, ale wiele dobrego razem zdziałamy.
- Chociaż raz bym chciała, abyś przestał to ubierać w duże słowa o wspaniałej przyszłości, potężnych sojuszach… powiedz mi proszę, że to nie jest dla ciebie polityczna gra… że NAPRAWDĘ chcesz sprawiedliwości. Prosto w moje oczy.
Viktor zachichotał dudniąco. Nie odpowiedział od razu, ale po dwóch wdechach wstał i spojrzał siostrze w oczy, tak jak go prosiła.
- Nie jestem aniołem, ani paladynem dla którego “działanie w imię dobra” jest wystarczające…
Filia uśmiechnęła się i wcięła się adwokatowi w słowo.
- Znam różnicę między dobrem a sprawiedliwością… To, że ktoś je zrównuje, nie oznacza, że to prawda.
Viktor kiwnął głową krótko.
- To do czego zmierzałem to to, że moja wizja sprawiedliwości może być okrutniejsza od twojej, ale jednak o tę sprawiedliwość mi chodzi. Nie chcę obcinać rąk dzieciom kradnącym chleb, ale nim kto się dopuści mordu powinien zadrżeć na myśl tego co z nim Prawo zrobi jeśli zostanie schwytany… Szczerze chcę dla tego królestwa jak najlepiej i żaden z moich celów nie koliduje z tym jednym. Nie obiecam ci, że nigdy nie zniżę się do polityki… ale możesz być pewna, że TERAZ nie politykuję.
Komendant straży nie odrywała oczu od kapłana. W końcu kiwnęła głową.
- Wierzę ci… dokładniejsze szczegóły wkładu twojego kościoła w sprawiedliwość miasta obgadamy jak wszystko skończymy. - westchnęła - Cieszę się, że chcesz nam pomóc… wszystkim. Po prostu nie cierpię faktu… że czuję się jakbym była absolutnie bezsilna.Viktor ostrożnie podszedł do kobiety i powoli uchwycił ją za ramiona, jakby chcąc dodać jej siły.
- Filio… Nie jesteś bezsilna. Jedynie nie jesteś samowystarczalna. Nikt nie jest. Myślisz, że bez mojej magii byśmy nie schwytali Ahaira? Prawda. Ale bez ciebie, twoich ludzi i twoich zdolności organizacji też bym sam nic nie zrobił i ludzie wciąż by umierali. Odkryłaś właśnie nowy świat. Znacznie mroczniejszy niż ten który znałaś. Nic dziwnego, że czujesz się w nim ślepa. Jednak z czasem nauczysz się w nim operować. Niezależnie czy będziesz chciała skorzystać z mojej w tym pomocy, czy sama w nim manewrować.
Viktor wycofał się pół kroku w tył, oddając kobiecie przestrzeń, do wkroczenia w którą wcale nie został zaproszony.
- Damy radę, ale potrzebujemy siebie nawzajem.
- … Masz szczęście, że jesteśmy spokrewnieni. Bo jestem zestresowana a mój narzeczony pojechał na jakiś Wiec… - kobieta zachichotała i wypuściła powoli powietrze - Więc, jaki jest plan?
- Myślę… że to nie byłaby aż taka tragedia, jakbym nie był chroniony tym konwenansem - uśmiech Viktora stał się nieco bezczelny, nim nie nabrał powagi - Wciąż działamy ostrożnie. Korzystne sytuacje da się prowokować, ale jest to niebezpieczne. Gdy czas nie goni lepiej czekać aż się one narodzą niezależnie i tak będziemy robić. Proces pójdzie do przodu. Ja z Ahairem ustalę jego zachowanie. Sądzę, że dojdziemy do porozumienia. Nie odkładaj procesu na siłę. Ktoś pociąga za sznurki szlachty i nie chcemy aby zauważył, że masz motywacje ponad rzetelny osąd. W pewnym momencie nastąpi okazja bym się spotkał z Aegonem i miło byłoby wtedy potwierdzić którego rodzica dzielimy, ale przede wszystkim muszę się do niego zbliżyć. Równolegle rozwijam kilka innych projektów, o których mógłbym ci opowiedzieć, ale nie wydaje mi się aby ciebie interesowały. Przede wszystkim… bez pośpiechu. Mamy czas i będziemy go mieć póki nie pozwolimy się zauważyć. Dopiero wtedy klepsydra ruszy.
- Kusisz… - mruknęła kobieta - Mogę tak zrobić, iść im na rękę i niech myślą, że wychodzi na ich… Kiedy przyjdzie ci na to spotkanie z moim ojcem… staraj się powstrzymać. Wiem, że masz konkretne emocje co do niego.
Viktor znów milczał kilka chwil, jak to miewał w zwyczaju.
- To było trzy dekady temu. Nabrałem dość chłodu i dystansu, oraz mam dość zrozumienia sytuacji, aby wiedzieć, że chcę aby uznał mnie za kogoś wartościowego. Idealnie byłoby jakby udało mi się wkraść w jego kręgi, ale to dalsze plany.
Kobieta kiwnęła głową.
- No to ja ci przyniosłam kiepskie nowiny, ty masz coś, co sprawi, że zacznę kwestionować wstawanie z łóżka przez miesiąc?
- Hmmm… Skoro sama pytasz… miałem poruszyć temat później, ale niech będzie… Jeśli miałbym zrobić coś zgodnego z ogólną moralnością oraz zgodnego z lokalnym prawem, co jednak zostanie odebrane jako poważne przestępstwo, ale niemożliwe do powiązania ze mną… wolałabyś zostać o tym poinformowana wcześniej, czy aby pozostawać w niewiedzy? To jest szczere pytanie. Gdy nie wiesz nie będzie w stanie ci to zaszkodzić.
Filia podniosła wzrok rozważając słowa Viktora.
- Potrafisz dać praktyczny przykład tego scenariusza?
- Hmmm… - Viktor myślał chwilę, tworząc w głowie scenariusz dosyć daleki od realnych zamiarów, ale dosyć bliski aby być adekwatny do nich. - Kradzież rodowego dziedzictwa, które wiem, że jest zaklętym magicznie człowiekiem, celem odczynienia uroku? Myślę, że to jest adekwatne porównanie.
- Czysto hipotetyczne, mam nadzieję. Jeżeli scenariusz trzymałby się tych kryteriów? Możesz mi mówić, mogłabym jakoś wtedy pomóc.
Viktor dał sobie czas.
- Zapytam ciebie tylko… chcesz abym ciebie w to wprowadził? To nie jest konieczne. Dam radę sam. Jeśli tobie opowiem to będzie pewien ciężar. Jeśli nie powiem to usłyszysz o tym i nie niekoniecznie będziesz wiedziała, że to moja sprawka. Przepraszam, że nie mam tutaj scenariusza który nie przyprawi ciebie o ból głowy.
- To po co wogóle pytałeś? - kobieta pokręciła głową - Czy bym chciała? Nie zaszkodzi jak sądzę, jeżeli uważasz ŻE zaszkodzi to nie mów.
Goodmann półuśmiechnął się do siebie, po chwili rozważań. Nie dawała my wygodnych opcji, ale trudno.
- Moja przyjaciółka została zmuszona do małżeństwa wbrew własnej woli, a jej dzieci są daleko w Numerii jako zakładnicy. Kontrola męża jest absolutna do poziomu, gdzie nawet w toalecie towarzyszy jej silnoręki. Ostatni raz widziała matkę na oczy dekadę temu, a jedyne listy od niej, które otrzymała, osobiście jej przemyciłem. Moim planem jest ją stamtąd wydostać, co na pewno zostanie przedstawione jako uprowadzenie. Najlepiej po odnalezieniu dzieci. Ale awaryjnie również przed tym. Ta przyjaciółka to Zorya Crawcolt. Żona Hieronima Crawcolta. Jeśli chcesz to z radością pozwolę ci z nią porozmawiać i potwierdzić moją wersję, gdy będzie pod moją opieką.
Filia stała jak wryta kilka chwil.
- Ciocia Zorya… żyje? I dzieciaki też?
Viktor zmarszczył brwi w konsternacji.
- Ah, tak… - przypomniał sobie dziwne relacje Filii z Trio. - Zorya jest uwięziona w willi Crawcolta o sześćdziesiąt mil na zachód od Evercrest. Phlip i Doria są gdzieś w Numerii na edukacji. Cz… czemu myślałaś, że są martwi? Co Hieronim wam opowiedział?
- Kilka lat temu wyprowadził się z miasta, zabrał Zoryę, dzieciaki. "Dobrze im zrobi z dala od zgiełku". Ciężka zima przyszła, na wiosnę Hieronim odwiedził mnie i… ojca. Powiedział, że się rozchorowali i… - łzy spłynęły po policzkach kobiety, jej głos zaczął się łamać - … nic im nie jest? Żyją?
Viktor powoli i ostrożnie, z powolnością i gestykulacją dającą do zrozumienia, że w każdej chwili był gotów przerwać, objął Filię rękoma.
- Tak, siostrzyczko… - mówił cicho i uspokajająco - Widziałem się z Zoryą trzy dni temu. Jest cała, zdrowa… fizjologicznie nic jej nie brakuje i wreszcie zaczyna mieć jakąś nadzieję w oczach. Philipa i Dorię też odnajdę. Już zacząłem wici zapuszczać. Mam stosunkowo pewne przekonanie, że Liga Techniczna jest z tym powiązana i mam już kontakt z kimś od niej. Koła się kręcą, zębatki już skrzypią. Machina idzie do przodu i odnajdę ich. W porządku? Hmmm?
Kobieta rozpłakała się w objęciach Viktora. Drżała kiedy emocje, których nie potrafiła zatrzymać wylewały się z niej potokami.
-...Nie… nienawidzę cię… - odparła po chwili z delikatnym uśmiechem - Jesteś… jesteś jednocześnie największym źródłem frustracji i radości dla mnie. - jej oddech zaczął się uspokajać - W-więc… Phili i Dori są w Numerii… mam nadzieję, że nic im nie jest. Co masz na myśli, że chcesz zabrać Zoryę? Gdzie?
- Mam prawie wszystko czego potrzebuję aby ją zabrać stamtąd w nocy. Planuję ją umieścić we Dworze, muszę tylko z Otto to omówić. Jego efekt antydywinacyjny jest tutaj kluczowy. Zorya mówi, że Hieronim robi się bardziej i bardziej zaborczy, ale dałem jej sposób by mnie wezwać gdy przesadzi.
Wciąż obejmując Filię pokazał jej srebrną obrączkę na swoim palcu.
- Pierścień Przysięgi, ona ma drugi od pary. Ma go zdjąć gdyby potrzebowała pomocy.
- To dobrze… jeżeli ją jeszcze zobaczysz, zanim ją zabierzesz. Pozdrów ją ode mnie i powiedz… że ją odwiedzę, jak już będzie bezpieczna.
- Przekażę - kiwnął głową adwokat, powoli wyplątując się z objęć. - Ostatnie pytanie z mojej strony. Masz w straży kogoś ze zmianami bielaczymi na twarzy?
Kobieta westchnęła.
- Pewnie tak… o co chodzi? Zakładam, że coś co przyprawi mnie o migrenę…
Viktor pstryknął palcami, przypominając coś sobie.
- Moment.. - poprosił sięgając za kaftan by wygrzebać z podwymiarowej przestrzeni kartkę papieru. Potwierdził, że jest na niej portret pamięciowy który naszkicował z relacji Fisusia i wręczył go Filii.
- To on. Mój szpieg widział go zawiadującego handlarzami zmierzchu... trzy dni temu wszyscy zapadli się jak kamień w wodę i on jest jednym z moich ostatnich tropów, choć nie mam co do niego wielkich nadziei.
Kobieta przyjrzała się rysunkowi.
- Ech… kilka lat temu jeszcze byłam w stanie rozpoznać każdego strażnika… było ich wtedy około trzydziestu. Teraz będziesz mi musiał dać czas, aby go znaleźć.
- Zachowaj szkic. To brudny strażnik i możesz chcieć sama go dopaść… mówisz, że ile wtedy ich było? Teraz ich ilość jakoś zauważalnie wzrosła? Czemu brzmisz jakby to coś złego było?
Kobieta westchnęła.
- Ponieważ straciłam prywatną koneksje. Wtedy znałam ich po imieniu, znałam ich rodziny, marzenia. Teraz, jest ich za dużo abym to spamiętała
Viktor uniósł brew powątpiewająco.
- Jesteś chyba pierwszą kapitan straży w historii, co jest niezadowolona z tego, że dostała więcej ludzi. Ilu ich teraz masz? Dwa razy więcej? Trzy?
- Stu osiemdziesięciu trzech strażników. Setka w mieście, reszta na rotację patrolując ziemie barona.
- To dosyć… drastyczna zmiana… skąd się oni, tak nagle, wzięli? To nie tak, że nagle ci się stu pięćdziesięciu strażników zaciągnęło na służbę, co?
- Inwestycja i rozrost. Zaczęliśmy rekrutować z okolicznych wsi. Wyszkoleni na tyle, aby wiedzieć jak trzymać włócznię i się nią nie zabić. Jesteśmy jak napompowany pęcherz, ale i tak muszę na nich zwracać uwagę… przynajmniej powinnam.
Viktor usiadł na rogu swojego biurka.
- W Cheliax prowadziłem kancelarię Malcador & Marcelion. Pracowało w niej około dwustu ludzi, wliczając w to sześćdziesięciu siedmiu auxilii. Chciałabyś… porady?
- Nie muszę się raczej martwić o noże w plecach, więc to możesz pominąć. - uśmiechnęła się - Szczerze, każda pomoc się przyda.
- Struktura hierarchiczna. Miałem pod sobą troje partnerów i piętnastu starszych adwokatów. Tyle. Trzon Malcador & Marcellion, czyli prawie setka socii, była podzielona na płynne zespoły – zwykle po pięć do siedmiu osób – i każdy zespół był zarządzany przez któregoś starszego adwokata. Problemem tego systemu był dobór tych osiemnaściorga ludzi których charakterom i zdolnościom ufałem wystarczająco, aby móc dać im wolną rękę. Kładę nacisk na charaktery, bo one były tu ważniejsze. Jeden nad wyraz zdolny starszy adwokat, ze sterroryzowany zespołem socii jest dwakroć mniej wart niż jeden o umiarkowanych zdolnościach, z zespołem o wysokim morale. Nie mówiąc już o drastycznie mniejszej ilości komplikacji w drugiej wersji. Nauczyłem się tego w bolesny sposób…. masz trzydziestu ludzi których znasz od podszewki. Znajdziesz wśród nich piętnastu którym ufasz, że nie nadużyją pozycji władzy?
Kobieta pokiwała głową.
- Ale trafiamy na problem jak teraz. Jeżeli znam tylko tych bezpośrednio pode mną, to nie będę wiedziała kim są wszyscy inni… i nie będę mogła sama ocenić sytuacji.
- Problem leży ciut-ciut gdzie indziej. Przy małych organizacjach, jaką była straż licząca trzydzieści osób, lider ma możliwość poznania każdego i mikrozarządzania wszystkim. Przy średnich, do których teraz się straż zalicza, nie ma takiej możliwości. Cassian Ulrex, w pewnym momencie, był moim głównym rywalem. Jego kancelaria była wspaniała. Był bardzo zdolny i miał świetny zespół. Miał wszelkie powody aby wygryźć Malcador & Marcelion z jej pozycji. Jednak zawiódł w bardzo ważnym teście, który ty teraz właśnie przechodzisz. Gdy jego kancelaria się rozrosła wciąż próbował operować nią jak wtedy kiedy miał pod sobą dziesięciu ludzi. Chciał mikrozarządzać każdą możliwą decyzją, bo nie ufał nikomu, że ma dość kompetencji by poradzić sobie bez jego światłego przywództwa. Jednak był tylko jednym człowiekiem. Na koniec prawie nie spał, wciąż decydował o wszystkim, ale przeciążony i wykończony umysł najpierw podejmował złe decyzje, a potem wybuchał i wyżywał się na współpracownikach próbujących ratować kancelarię przed tymi złymi decyzjami, by na koniec obwiniać ich o nie poradzenie sobie z “prostymi zadaniami”. W tym czasie ja miałem swój wewnętrzny krąg, któremu oddałem część odpowiedzialności i zajmowałem się tylko tym co rzeczywiście jedynie ja mogłem sobie poradzić.
Viktor skończył opowieść, nie przedstawiając wprost żadnych wniosków, dając Filii samej je wyciągnąć.
Komendant zastanowiła się chwilę nad słowami adwokata.
- Sądzisz, że to zadziała? Straż to nie to samo co kancelaria… ale chyba tak też działa wojsko, co nie?
Viktor kiwnął głową.
- W wojsku nazywają to łańcuchem dowodzenia. I wiem, że to by zadziałało, bo już przynajmniej raz to sama zrobiłaś.
Lekki, ale serdeczny uśmiech osładzał krótką pauzę, którą zostawił Filii na zastanowienie się.
- Gdy wyruszyliśmy po Ahaira, straż w Evercrest nie przestała funkcjonować, prawda?
- No… nie. Przekazałam swoje obowiązki mojemu zastępcy.
- I jak sobie poradził?
- Miasto wciąż stoi co nie? - Filia się uśmiechnęła trochę pusto - Więc radzisz, że powinnam wprowadzić system piramidowy… Nie wiem jak się z tym czuje… brzmi zbyt rygorystycznie.
- System piramidowy, łańcuch dowodzenia, struktura hierarchiczna… zwał jak zwał. Ważne jest to, że nie jesteś w stanie zarządzać tak jak to robiłaś dotąd. Możesz świadomie zmienić metodykę i na swoich regułach ją wprowadzić, albo piętrzące się kryzysy wymuszą to na tobie w znacznie boleśniejszy sposób. Nie mogę ci w tym oficjalnie pomóc, ale zawsze znajdę czas na konsultacje z tobą.
Filia odetchnęła i kiwnęła głową.
- Brzmi lepiej, niż żebym znowu szukała rozwiązania na dnie butelki…
- Na pewno będzie zdziebko produktywniejsze. Aby nie być gołosłownym… chciałabyś się już teraz umówić na spotkanie dedykowane twojej nowej sytuacji w straży? To będzie nie rozmowa, a seria długich rozmów i rozważań, które zaczną się od tego, że szczegółowo opowiesz mi o swoich najbardziej zaufanych ludziach. Tak abyśmy spośród nich mogli wybrać dziesiętników, którym nie będziesz bała się zaufać. Ja może ten łańcuch dowodzenia przedstawiłem w kilku zdaniach, ale tam jest wiele mankamentów które będą musiały być zaadresowane.
Filia już chciała odpowiedzieć kiedy drzwi do pokoju się otworzyły i przeszła przez nie Kaylie. Chód był trochę chwiejny, oczy odrobinę przekrwione, ubrania w nieładzie. Zdołała złapać Viktora za koszulę.
- Boli mnie głowa… pomóż.
Filia zerknęła na nowo przybyłą Galtiankę.
- Jakbym widziała swoje życie z zewnątrz…
Viktor zmarszczył brwi w pewnym niezadowoleniu.
- W porządku - odpowiedział, ale jeszcze zapytał Filię na szybko - Jutro wieczorem byś chciała może? - pytanie było delikatne i nienachalne. Nie wywierające nacisku, ale uciszające ewentualne nieśmiałości. Zaczął mruczeć infernalną inkantację, jedną dłoń opierając na skroni Kaylie, a wierzch drugiej na jej barku, dając tym też czas Filii na spokojnie rozważyć.
- Nosz… proszę. Lepiej? - zapytał serdecznie pacjentkę.
- Mmmmmhmmm... - magini mruknęła przeciągle i objęła Khala za szyję uwieszając się jego karku - Nawet już nie jest niedobrze…
-... Uważaj, jeżeli rozpoznanie wzorców mnie nie zawodzi, to zaraz zaciągnie cię do łóżka. - uśmiechnęła się się - Jutro może być. Możesz jakaś kolacja? Dawno nie byłam na czymś mniej wiążącym.
- Wspaniale. Purpurowy Indor? Tylko go znam lokalnie... chyba, że sama coś zaproponujesz?
- Brzmi dobrze… mam się wystroić, czy chcesz mnie bardziej po cywilu?
- A może by się wystroić po cywilu? - zapytał z półuśmieszkiem. Ciekaw bardziej wieczorowych kreacji siostrzyczki.
- Idziemy na kolację? - wtrąciła nagle Kaylie za wyraźnym uśmiechem.
- Jeśli masz ochotę się zabrać to jasne - przytaknął jej Viktor - Przy czym to będzie biznesowe spotkanie i tylko nasza osobista wspaniałość uchroni je przed byciem nieziemsko wręcz nudnym.To spotkanie zostało przerwane pukaniem, potem ktoś… a dokładnie to gnom… nie czekając na odpowiedź wszedł wprowadzając za sobą szaroskórego aasiamara.
- Jego ekscelencjo poznaj Paimona Aslina… specjalnego wysłannika i doradcę do twojej dyspozycji.- rzekł oficjalnym tonem, po czym zwrócił się do Paimona.- Paimon… eee… poznaj jego ekscelencję i… Filię.-
Paimon poklepał delikatnie gnoma po plecach.
- Dziękuję mistrzu Harpeness, ale nie potrzebuję zapowiedzi. - po czym wysunął się przed gnoma i skłonił przed Viktorem - Paimon Aslin, do twej dyspozycji. - zerknął na stojącą w pokoju Filię - Nie wiem czy to odpowiedni moment na introdukcje…
Komendant straży westchnęła.
- Bogowie… kolejny?
- To bezpańska przybłęda. - Kaylie szepnęła nie ukrywając tego - Po prostu się pojawił.
Tym razem Viktor nie zmarszczył brwi. Dlatego, że jego niezadowolenie było poważniejsze.
- Ohoh… tłoczno się zaczyna robić. Uwierzyć by się chciało, że zaraz jeszcze Otto z córami nas zaszczycą.
Prawnik wstał z biurka i wygładził swój kaftan.
- Do dyspozycji mówisz… niech będzie. Jestem Viktor Goodmann, ale pewnie to już wiesz. Jadłeś śniadanie? Ja jeszcze nie, a tak zgrabniej będzie porozmawiać i wyjaśnić o co tu, w zasadzie, chodzi. Hmm?
- Ja jadłam. - wtrąciła Kaylie na ucho Khalowi wciąż się tuląc do niego.
- Mogę coś niewielkiego zjeść. A sytuacja do rozmowy jak najbardziej mile widziana. - aasimar wyciągnął dłoń w stronę kapłana - Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie produktywna.
Gnom przyglądał się temu z obojętnością, co najwyżej zerkając na Fillę i przyglądając się jej reakcji na to wszystko.
Niby diabełek Kaylie znowu wyszeptała słowa do ucha Khala, tym razem tylko by on usłyszał: "Gnom nakłamał o tobie.
Viktor mruknął do Kaylie równo wdzięcznie co apologetycznie, gdy wyplątywał się z jej objęć, aby oddać gościowi należną uwagę. Uścisnął jego rękę pewnym chwytem.
- To zależy tylko od nas - odpowiedział serdecznie i wesoło. - Aslin… z tych Aslinów od sieci najemniczej?
- Mam nadzieję, bo jeżeli nie to nakłamałem naprawdę niebezpiecznym ludziom. - mężczyzna odwzajemnił uśmiech i rozejrzał się po pokoju - Więc, takie nagrody załatwia ci Azazel? Przytulnie, dostojnie.
- Pośrednio tak - przytaknął Viktor z uśmiechem, ale niby-żal zaraz wypełzł na jego twarz - Paimonie, czy byłbyś uprzejmy poczekać na mnie w głównej sali jakieś pięć do dziesięciu minut? Właśnie kończę tu rozmowę, ale chciałbym ją dokończyć poprawnie. Zamów sobie kawałek – albo dwa – jabłecznika. Robią go tutaj wspaniale i nim skończysz jeść powinienem już do ciebie dołączyć, hmmm?
- Och, oczywiście, gdzież moje maniery. Wtargnąłem w coś prywatnego. Przeprosiny w twoim kierunku i twych gości. - aasimar ponownie się skłonił i opuścił pomieszczenie. Filia przechyliła głowę na spektakl.
- Przynajmniej jest uprzejmy.
- Będę potrzebny przy tym doradzaniu? Bo jeśli nie to mam sprawy które muszę załatwić, miejsca które muszę odwiedzić. - wtrącił Baltizar beznamiętnie.
- Będziesz udawał się na dzisiejszy wiec? - zapytał Viktor w odpowiedzi.
- Tak. W końcu go zorganizowałem.- wzruszył ramionami Bajarz tłumacząc. - Chętnie posłucham co mędrcy Evercrest potrafią wykoncypować w związku przedstawionym im problemem. Mam wrażenie, że prędzej czy później będzie to dla nas ważne.
- Spodziewasz się, że ile będzie trwał? Ten jeden wieczór? Czy trochę dłużej?
- Pewnie wieczór. Może całą noc jeśli się rozgadają lub pokłócą. Mądrzy ludzie mają zwykle wysokie o sobie mniemanie… i niskie o głupcach. Przy czym często do głupców zaliczają każdego, kto nie zgadza się z ich tezami.- wzruszył ramionami Bajarz i potarł kciukiem o drewno kostura przyglądając się mu.- A ja lubię głupców… bywają bardziej nieprzewidywalni.-
- Nie pokrzyżuje żadnych twoich planów, jeśli też się na niego zabiorę, prawda?
- Ani trochę… - odparł gnom drapiąc się po karku.- Co prawda, nie będzie tam jego ekscelencja potrzebny. Nie wiesz czego szukamy w tym przypadku.-
- Oh, nie mam arogancji, by uzurpować sobie moc rozwiązania problemów, które was tam zbierają, samą swoją obecnością… ale jeśli coś poważnego się dzieje w okolicy to chcę sam wiedzieć co takiego.
- Cóż… wiec jest otwarty dla wszystkich. A ja sam też będę tylko widzem. Nie mnie uzurpować władzę do decydowania kto tam ma być, a kto być nie może. - ocenił gnom i spojrzał na Filię.- Zakładam że tutejsi mędrcy i świętobliwi kapłani zazwyczaj walczą na argumenty i nie będzie potrzeba straży by ich rozdzielać?-
Filia przekrzywiła głowę.
- "Mędrcy"... to duże słowo. Mamy kilku wyedukowanych, kapłaństwo się zjawi, z tego co słyszałam wezwali też lokalny krąg druidów. Nikt kto miałby tendencje do agresji… na trzeźwo. - zastanowił się chwilę - Co prawda mają tam też być służki Calistry, więc sądzę, że one utrzymają porządek… w ten czy inny sposób.
Kaylie widząc, że kapłan już się pobawił w uprzejmości, po prostu ponownie się uczepiła jego ramienia wtulając w nie.
- Dziękuję ci, Baltizarze… - Viktor położył dłoń na głowie Kaylie i opiekuńczo ją pogłaskał - …za twój wkład. Widzimy się na wiecu.
- Nie ma za co jego ekscelencjo.- odparł Bajarz, skłonił się i opuścił pospiesznie pomieszczenie.Viktor odchylił głowę w tył, rozciągając kark i wziął dłuższy wdech. Wydarzyło się wiele i nagle. Ale w porządku… to były nowe możliwości. Obdarował Filię przyjaznym uśmiechem.
- Więc podsumowując… jutro. Nas troje. O zmroku. Purpurowy Indor. Ubiór umiarkowanie wieczorowy? Brakuje mi trochę okazji by się wystroić. Wciąż nie mogę uwierzyć, że całe miesiące przyjdzie mi czekać na najbliższy planowany bal, czy galę.
Kaylie wyglądała jak bardzo ucieszona nastolatka.
- Ubierzemy się pięknie, jak wyżej urodzeni! Będziemy piękni! - spojrzała na Filię - Nawet ty!
Komendant zamrugała kilka razy, po czym uśmiechnęła się wyzywająco.
- Dziewczyno wyglądałabym lepiej od ciebie w łachach!
Viktor strzyknął śliną kilkukrotnie, w jakiejś zadumie.
- Czy ja tu usłyszałem… wyzwanie? - zapytał przekornie i prowokacyjnie.
- Ty? - Kaylie wyglądała na rozśmieszoną szlachetkę - Ja wiem, że łachy do ciebie od narodzin pasują, więc nie próbuj wyrosnąć poza poziom wychodka, jaki służył ci za łaźnię obok stodoły, gdzie się rodziłaś. - machnęła ręką jakby odganiając owada - Znaj swoje miejsce i nie próbuj stawać na szczeblach społecznych jakich czubkiem głowy nie dotkniesz.
Viktor zmrużył trochę oczy, wczytując jak Filia to odbierała i oceniając, czy wymaga to jego interwencji… ale rozluźnił się widząc jej spojrzenie.
- Och, proszę. Tobie do szlachty jak mnie do czarowania. Pewnie ubrałabyś się jak dziewka uliczna i sądziła, że to szczyt mody. - uśmiech nie znikał z twarzy komendant, najwyraźniej potrzebowała odrobinę pasyno-agresywnej rozrywki.
- Słyszysz co ta plebejka sobie bzdura? - zapytała Khala obejmując jego ramię mocno - Może będziemy musieli na kolację przyjść z mydłem, jakby ta zapomniała o nim.
Filia złapała i zaczęła obejmować drugie ramię Viktora.
- Ja plebejka? Patrzcie szlachciankę trzech krów i świni. - spojrzała na adwokata - Pamiętaj, aby zabrać worek na paszę dla niej, aby biedactwo głodne nie było. - rozmowa zaczęła eskalować coraz bardziej, podjudzana tylko przez Viktora krótkimi prowokacjami. Kobiety przerzucały się "obelgami" ciągnąc go każda w swoją stronę kiedy była jej kolej na wyzwiska. Niby-oburzenie gościło na jego mimice, ale sytuacja naprawdę bawiła, a na swój sposób była nawet prymitywnie przyjemna.
- W porządku, dziewczęta. Stop - zatrzymał je ze śmiechem w głosie - Myślę, że ostatnim etapem eskalacji jaki nam tutaj jest walna bitwa. Albo na pięści i pazury, albo na kiecę i styl jutro wieczorem.
Adwokat w żadnym momencie nie krył która wersja bardziej mu się podoba.
- I żadnego korzystania z usług Otto! - postawiła warunek komendant - Nie dam ci wygrać bo masz dostęp do nieskończonej garderoby. Idziesz na miasto jak ja.
- Że niby jak plebs?! - oburzyła się - Od tego jest służba!
- A zaufałabyś nie-nieśmiertelnej służbie w doborze twojej kreacji? - pytanie Viktora było tylko odrobinę prowokacyjne.
- Jeżeli się oferujesz. - odparła Kaylie do mężczyzny wtulając twarz w jego ramię.
- Oj, wybacz, ale tu chciałbym pozostać bezstronny. Raczej mi chodzi, że nudna i uwłaczająco prosta byłaby to gra, jakbyś w ramach “służby” zaciągnęła dla siebie kogoś kategorii jak Otto z rodziną. I tak poważniej… nie dasz rady Filii pokazać bez supernaturalnego wsparcia, hmmm?
- Nie znam dobrze tego miasteczka. Nie wiem czy znajdę coś odpowiedniego dla gustu szlacheckiego. - powiedziała siląc się na przerysowany ton łaskawej wyższości.
- Myślę, że będzie uczciwie, jeśli weźmiesz Lilię do pomocy, póki ograniczy się ona do wsparcia ciebie swoją myślą i gustem, prawda Filio?
- Jeżeli jaśnie pani, nie potrafi sama się ubrać, to niech idzie z nią i cały orszak. - kobieta pokazała Galtiance język.
Galtianka prychnęła.
- Jutro zobaczysz, wieśniaro gdzie twoje miejsce.
- Nawzajem. Chcesz dodać odrobinę dreszczyku tej rywalizacji?
- Jakiego dreszczyku? - zapytała nieufnie.
- Zakład. Powiedzmy… jeżeli wygram będziesz musiała pracować dla straży przez tydzień i wykonywać wszystkie moje polecenia.
Uniosła brew.
- Tak serio? - przekręciła głowę - Czy ta wizja cię podnieca?
Komendant się zaśmiała.
- Zważając, że to ty tak to zinterpretowałaś? Zastanawiam się, kto tu jest podniecony.
- Czyli chciałabyś by mnie to podniecało!
- Lubię kiedy moi podkomendni cieszą się z pracy.
- Może być, o ile nie będziesz dawała mi pracy odrzucającej. A co jak - nie powiedziała "jeżeli" - ja wygram?
Filia zastanowiła się chwilę.
- Zorganizuje tobie i Viktorowi jakąś romantyczną randkę?
Kaylie spojrzała na Viktora.
- Czy ona sugeruje, że ty takiej robić nie potrafisz? - uśmiechnęła się wrednie.
- Adwokat z Cheliax. - zauważyła komendant.
- Myślę, Kruszyno, że mogła do Filii nie dotrzeć informacja o moich… o moim powodzeniu i kreatywności. Ale pikuś to. Jeśli w tle będzie nam grała orkiestra straży miejskiej to przyjmę to dla samej draki. Macie swoją orkiestrę w straży, prawda? - zapytał, w sumie nie wiedząc czy może swobodnie ekstrapolować reguły Cheliańskie na Evercrest… tam straż każdej dzielnicy miała własny zespół grajków i czasem ścierali się na tej płaszczyźnie.
- Ty sądzisz, że ja wam jakąś imprezę w remizie zorganizuje? Nie wiem, czy to nie jest większa poczwarz niż wszystko co Kaylie do mnie dziś powiedziała. Za karę zorganizuję randkę na siebie i Kaylie. Platoniczną. - zapewniła Galtiankę - A ty będziesz siedział sam w pokoju i wcinał suchary.
Chichot Viktora zadudnił nisko w jego piersi.
- Czyli ty wygrywasz – Kaylie jest twoją niewolnicą. Kaylie wygrywa – obie ryzykujecie wydrapanie sobie oczu? Tsk, tsk… przynajmniej nie będę wtedy stronniczy.
- Więc jak? - zerknęła na Galtiankę - Stoi? Tylko kto będzie sędzią?
- Coś wymyślimy w trakcie? - wzruszyła ramionami.
- Niech będzie. Przygotuj się na mało wygodny mundur.
Kaylie spojrzała na prawnika.
- To idziemy do tego wypierdka spod ogona Azazela? Bo wiesz... on się rozmnożył. - pół szeptem przekazała.
- Trzeba będzie. Filio, jesteśmy umówieni. Szlachty nie trzymaj bardzo na siłę. Zgodnie z ostatnimi informacjami materiały mają dotrzeć jutro bądź pojutrze i wtedy od razu zacznę budowę. Wypożyczyłabyś mi dwóch do czterech strażników, co przypilnują by nikt postronny nie wlazł mi na plac budowy i nie stracił kończyny? Czy kogoś niezależnego mam wynająć?
- Kilku świeżaków mogę ci dać. Spodziewasz się problemów?
- Tylko jeśli ktoś postanowi pozwolić ciekawości zwyciężyć nad instynktem samozachowawczym i nikt go nie uratuje przed własną… decyzją.
- Powinni sobie poradzić w takim razie. Nie będę wam przeszkadzać. I pamiętaj Kaylie… - komendant rzuciła Galtiance wyzywający uśmiech - zaczynamy pracę z porannym słońcem.
Gdy, po pożegnaniach, Filia zamknęła za sobą drzwi Viktor spojrzał na Kaylie.
- No, no… pewności na pewno ci nie braknie, skoro na tak nierówne szale zakładu się zgadzasz - zachichotał nisko.
- Ależ to idealna sprawa! - Kaylie wyraźnie była podekscytowana - Wątpliwe bym przegrała, ale w razie co... przecież i tak chciałam pójść do straży!
- W takim razie cieszę, że stworzyłaś sytuację gdzie zawsze wygrywasz. Słuchaj Kay. Chciałbym z Paimonem na razie porozmawiać sam na sam. Poznać go i podpytać o relacje z Kozłem. Miałabyś coś przeciwko?
- Dlaczego sam na sam? - zdziwiła się - Wstydzisz się mnie?
- Absolutnie nie, ale masz swoiste podejście do Kozła i chwilowo chciałbym przeprowadzić wywiad z nim bez tej dodatkowej komplikacji. Rozumiesz, prawda?
- O czym ty mówisz?
Viktor westchnął z drobnym zawodem.
- Nienawidzisz Kozła i masz do tego swoje powody. To będzie rozmowa dwóch istot które go szanują i nie chcę by twoje relacja z moim patronem skomplikowała rozmowę. Nie wiem kim on jest, jakie ma cele, ani czego można się po nim spodziewać czy oczekiwać. To ważny moment socjalny i preferowałbym go uprościć. Sądzisz, że twoje niekryte odczucia co do Kozła ułatwią mi ten moment?
- Ale... - Kaylie chyba nie spodziewała się tego i jednocześnie nie miała gotowej odpowiedzi, więc wpierw zbyt długo milczała robiąc pauzę - Ale on już wie co o Azazelu myślę... Byłam na kacu, ale mówiłam do niego...
- Kaylie… - Viktor złapał ją dłońmi za ramiona, patrząc w oczy z zauważalną, aczkolwiek delikatną stanowczością - … to nie chodzi o ciebie. Nie wstydzę się ciebie i w przyszłości bardzo chętnie się tobą przed nim pochwalę, a jak przyjdzie etap planowania definitywnie będziesz zaangażowana. Jednak teraz chciałbym z nim porozmawiać sam. Proszę.
Kobieta już otworzyła usta by oprotestować i nie zgodzić się z tym co mówił jej kochanek. Czy on naprawdę sądził, że była tak nieokiełznana, aby nie umieć się zachować, gdy tego wymaga sytuacja?
Zamknęła usta porzucając chęć protestu.
- Dobrze... To twój żywioł. - stwierdziła cicho.
- Dziękuję - ucałował ją w czule ponad brwiami - Widzimy się potem.
Kaylie od wyjścia Khala nie mogła wyzbyć się atakujących ją wspomnień, jakie cała sprawa przypomniała. To było bardzo dawno, jakby w innym życiu, bez diabłów, bez najemniczej krwi i lodu łańcuchów. Wtedy była inna, była spokojniejsza i bez wszystkich blizn, a jednak...
Taka sama...
Kobieta przewróciła się na łóżku, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Czy zawsze tak będzie?
- Niechciana... - szepnęła ledwo słyszalnie.Co ona tu robi?
Po co w ogóle tu przyszła?Silnie zamknęła oczy, jakby miały one zagłuszyć myśli szepczące wokół głowy.
*Przyniesie nam jedynie wstyd. *
Narzuciła na głowę aksamitną pościel.
Obraz grzechu swojej matki.

Szmer poranka we Dworze miał przyjemny klimat. Potrawy pachniały dla nosa, rozmowy grały dla uszu, a córy Otto… lśniły dla oczu. Viktor bez większego trudu wynalazł spojrzeniem niebieskoskórą sylwetkę.
- Wybacz, że kazałem czekać - czysto grzecznościowo przeprosił siadając przy wolnym krześle.
- Och, żaden problem. - aasimar podał Viktorowi kubek z jakimś sokiem - Trochę za wcześnie na coś mocniejszego. Więc… zapewne masz pytania?
- Oczywiście - przytaknął Viktor wesoło - Zacznijmy może podstaw. Paimonie… co ciebie do mnie sprowadza?
- Krótka odpowiedź? Kozioł. Długa odpowiedź? Kilka dni po tym jak tu wylądowaliście zaczął się martwić, że jesteście rozkojarzeni. Zajmujecie się jakimiś pobocznymi rzeczami zamiast budowaniem jego kultu. Ja rozumiem sprawy prawno-logistyczne, trzeba pogłaskać populację zanim otworzycie drzwi świątyni istoty z Piekieł. Azazel niestety najpewniej zaczyna czuć nacisk… chciałem powiedzieć, że z góry, ale to piekło.
- Hmmm… - Viktor zastanawiał się chwile, rozważając czy oficjalny powód istotnie był właściwym. W końcu nie spotkał się z żadnym ponagleniem ze strony patrona. - I jesteś tutaj jako bat, czy jako wsparcie?
- Wsparcie. Jeszcze za wcześnie na bat. - aasimar rozejrzał się i ściszył głos - Jak rozumiem, kobieta z którą cię przyłapałem to potencjalna rekrutka? Mistrz Harpeness sugerował, że podkradasz kapłaństwo innym bóstwom.
Viktor zmarszczył brwi niezadowolony
- Baltizarowi wydaje się, że rozumie znacznie więcej niż rzeczywiście rozumie. Na szczęście nie na jego wnioskowaniu mi zależy. Filia to komendant straży i miała – w sumie wciąż MA możliwości – aby uniemożliwić nam założenie legalnej religii. Jaka jest natura twojej relacji z Kozłem? Oczywiście ta część którą jesteś gotów wyjawić na pierwszym spotkaniu - uśmiech Viktora nie zobowiązywał do szczerej odpowiedzi. Nawet nieszczera mogła mu wiele powiedzieć.
- Och… gdzie tu zacząć… - Paimon zerknął na Viktora - Zakładam, że wiesz, że kiedyś był aniołem?
- Jak sam Mroczny Książę we własnej osobie i wiele innych diabłów. Jakby to nie było nasze pierwsze spotkanie to przynajmniej jednego z nas to pytanie by obrażało - śmiech Viktora nie zdradzał aby krył jakąkolwiek urazę.
- Asmodeus był bardziej bóstwem niż aniołem, ale przystanę na twoje. Sęk w tym, że Azazel przyłączył się do piekieł długo po tym jak Pierwszy się obraził, bo nie poszło po jego myśli. Zanim to nastało, moja przodkini nawiązała z Kozłem kontakt. Było to tak dawno, że traktujemy całą sprawę jak mit, nie sądzę, aby sam Azazel pamiętał szczegóły. Wersja, którą ja słyszałem, to taka, że moja przodkini była w ciąży i życie dziecka było zagrożone… ponieważ. Azazel, wtedy Fenuel, użyczył swoich mocy i uratował nienarodzone życie. Stąd masz mnie. - Paimon się uśmiechnął, tym uśmiechem, który bynajmniej nie widzi humoru w sytuacji - To był jeden z wielu długów, który moja rodzina u niego zaciągnęła. I teraz go spłacam.
- I po ugruntowaniu jego pozycji jako legalnego i, przede wszystkim, stabilnie czczonego bóstwa będziesz wolny ze swoich zobowiązań?
- Tych związanych z wami? Owszem… chociaż ciągle jest sprawa JEGO długu wobec… gospodarza.
- Ich spłacenie, niestety, będzie ważną częścią gruntowania pozycji Kozła. Cóż… mogę ci obiecać, że dołoże starań abyś możliwie szybko odzyskał swoją niezależność… Opowiedz mi może teraz, jeśli możesz, o tym czego mogę od ciebie oczekiwać. Jakie zadanie mogę ci oddelegować, jakie twoje zdolności mogę wykorzystać?
- Szeroki zakres wiedzy i metod jej pozyskiwania. - zaczął aasimar - Nie spodziewaj się, że będę dobrym wsparciem religijnym, pomimo mojego… pokrewieństwa z Azazelem, nie jestem wyznawcą jego ani nikogo innego. Znam się na nadzorze, organizacji i logistyce. Plus moja… bliska relacja z Kozłem ma benefity magiczne. Słyszałeś pewnie o czaroklepach, co to nie muszą siedzieć nad księgami bo ich przodek był bardem i zamoczył z czym nie powinien? Ta sama zasada, tylko ja jestem bardziej jak kapłan.
- To definitywnie będzie przydatne. Może udało mi się oszukać tutaj większość, ale tak naprawdę wcale nie wiem wszystkiego - szepnął konspiracyjnym tonem - Wsparcie magiczne na pewno będzie przydatne, a rzetelna wiedza logistyczna niezastąpiona. Moje ekstrapolacje z prowadzenia kancelarii są dobre na tyle na ile są dobre.W porządku, to daje mi obraz. Czy ty chcesz o nas coś wiedzieć? Czy zostałeś wprowadzony?
- Tylko podstawy. Ty masz… historię związaną z tym miastem i wiem, że to mało powiedziane. Galtianka ma masę własnych problemów, plus nienawidzi Azazela. Gnom jest absolutnie szalony a i tak najstabilniejszy z waszej trójki.
- To jest… definitywnie ciekawa interpretacja sytuacji, ale nie zniżę się do obrony własnych cnót. Na pewno będziesz miał okazję zrewidować ten dziwny pogląd. Więc może trochę ciebie wprowadzę w to z kim współpracujesz…Viktor zaczął opowiadać, możliwie rzetelnie, choć raz pozwolił sobie na drobną szpilę wycelowaną w Baltizara. Gdzieś w połowie historii Lilia przyniosła im słodkie bułeczki i cienkie wino do zapicie, o które Viktor poprosił przed dołączeniem do Paimona.
- To zaraz. Abym dobrze zrozumiał. Ty i Kaylie nie jesteście ekskluzywni? Chcę wiedzieć jakie mam opcje.
Viktor uniósł brew.
- Mam swoje oczekiwania wobec niej, ale technicznie nie umawialiśmy się na wyłączność.
Aasimar również uniósł brew rozbawiony.
- A kto mówi o Kaylie?
Adwokat zamrugał kilka razy oczami, szukając logiki w niby-pytaniu Paimona. Oczy latały z lewa do prawa, odrzucając jedną opcję po drugiej aż zrozumienie przyszło.
- Oooo… To… Ah… - Viktor zamilkł na kilka chwil, składając dłonie przed ustami, w konsternacji.
- Co? Pierwsze pióro Isger i Trzecie Cheliax nigdy nie próbowało złapać klientów na ten sposób? - aasimar wyraźnie się świetnie bawił - Dobrze już, już. Nie jestem zwyrodnialcem. Rozumiem kiedy zainteresowanie nie jest wzajemne. I jeżeli nie chcesz, aby Kaylie szukała pociechy u innego, to to też uszanuję.
- To… - śmiech który wyrwał się z piersi Viktora tym razem był naturalny i całkowicie szczery, choć wcale nie różnił wiele od jego wystudiowanych. Dopiero odkaszlnięciem go przerwał.
- Może się zdarzało, może nie. Tego się nigdy nie dowiemy. Twoja uwaga definitywnie jest doceniona i ciepło przyjęta, ale to tyle… ale jakbyś skrzydłowego szukał, to definitywnie mogłoby być ciekawe ćwiczenie kooperacyjne - zaśmiał się znowu i upił łyk wina.
Paimon uśmiechnął się ciepło.
- Trzymam cię za słowo. - klasnął i zatarł dłonie - Dobrze, granice ustalone i szturchnięte.
- Coś mi mówi, że się naprawdę dobrze dogadamy. Dobrze. Część formalną mamy za sobą, to poznajmy się lepiej. Zagrajmy w Opowieści...Nim opowieści się skończyły i nowi towarzysze odeszli w swoje strony, sala jadalna Popielnego Dworu zdążyła się, w znacznej mierze, wypełnić. W jednym z kątów dostrzec można było drobne zgromadzenie i zgromadzenie to żądało od Viktorowej ciekawości zbadania. Nie opierał się uczuciu. Ciekawość nie zawsze była jednym z filarów jego działań, ale dziś… pozwolił jej.
Viktor zbliżył się do tłumu, wynajdując pretekst w krótkiej rozmowie ze strażnikiem miejskim co siedział niedaleko zgromadzenia. Rozmowa o niczym rozegrała się niemal bez udziału viktorowej świadomości, bo ona wypatrywała i wsłuchiwała się w to co działo się obok.
Wśród roztrajkotanej grupki, składającej się głównie z młodych mężczyzn, nieregularne centrum tworzyła, nie kto inny, jak z gracją siedząca na blacie stolika Elanna. Uśmiech miała przyjemny na twarzy, ale spojrzenie zimne. Z jakąś nieco-nawet-okrutną satysfakcją, bo o ile sprawiała jej uwagę satysfakcja to wiedziała, że próżny jest ich trud.

Dostrzegła Viktora jedyne pół oddechu później niż on ją. Nie wstała by się z nim przywitać, a jedynie odchyliła lekko głowę… jakby w drobnej prowokacji. On też wcale nie przerwał niby-rozmowy ze strażnikiem i czekał. Pozwolił poczuć jej niecierpliwość (a może samo zainteresowanie?)
- Ciekawa jestem, Goodmann - zagadnęła gdy Viktor wreszcie zakończył dialog ze strażnikiem. Głos miała lekki, jakby senny - Czy brak interakcji jest oznaką obojętności… czy może subtelnej wzgardy?
- Ani jedno, ani drugie - odpowiedział siadając na pobliskim krześle. Nie przesadnie blisko, aby nie prowokować adoratorów swoją obecnością akceptując, bez krępacji, jej wyższa pozycję - Po prostu obserwuję i jeszcze nie jestem przekonany, czy jakakolwiek moja reakcja jest – bądź będzie – potrzebna.
Elanna przesunęła spojrzeniem po jego twarzy. Powoli i dokładnie. Z lekko uniesionymi brwiami i rozchylonymi ustami, z których uśmieszek prawie zniknął. Każdy gest miał znaczenie.
- Hmmm… - wymruczała, opuszczając powieki na pół sekundy, testując jego cierpliwość - Czyli jakby ktoś chciał twoje miejsce zająć… nie dotknęłoby cię to?
- Moje miejsce? Kochana… nie roszczę sobie prawa posiadania do żadnego miejsca w twoim kontekście. Tylko ty możesz je komukolwiek przyznać.
Uśmiech Elanny skrzywił się minimalnie. Niemal niewidoczny jak niewidoczny jest cień w półmroku. Była w nim satysfakcja i zadowolenie.
- Cóż, Viktorze… W takim razie… być może znajdziesz mnie później, gdy teatr dziennych obowiązków się zakończy.- Dzieciaku, nie chcesz tego robić… - Viktor mierzył spojrzeniem jednego z adoratorów Elanny. Grupka ucichła, na czele z ambasadorką Brevoy, co wyciągała szyję aby widzieć co się dzieje nad barkami mężczyzn… ale nie na tyle by wyglądała na nazbyt zainteresowaną… jednak w jej oczach Viktor widział to zainteresowanie. Mroczne i karmione agresją. Prymitywna satysfakcja, której samego istnienia by odmówiła, ale jednak karmiąca się walką samców o dominację… walką o nią.
- Ależ oczywiście, że chcę! - odwarknął młody brunet z kozią bródką. Był młody. Był silny… niewątpliwie silniejszy od niespomaganego magią, powoli starzejącego się już Viktora. Prawnik rozumiał skąd ta błędna pewność siebie. - Chyba, że sądzisz, ze panna Orlovsky nie jest warta walki o nią!?
- Ughh… - Viktor spuścił powoli powietrzem, nie pozwalając młodzikowi dyktować tempa tej interkacji. Spojrzał jeszcze raz na Elannę i widząc jej spojrzenie… posłał jej porozumiewawcze oczko. - Jak masz na imię?
- Lavel Orlock! Zapamiętaj je!
- Więc Lavel… ostatnia szansa. Nie chcę się z tobą bić… ale jeśli mnie zmusisz… to będzie wyglądało dużo inaczej niż sobie wyobrażasz.
- Nie przestraszysz mnie, dziadku.
Viktor znów westchnął i stanął z nim twarzą w twarz.
- Więc niech będzie… Lavel… czy byłbyś tak uprzejmy... - wyrecytował powoli - I zdzielił się w ten umiarkowanie-inteligentny pysk?
- Hmmm? Aughh… - początkowe zdziwienie przerwał ból, gdy pięść Lavela rzeczywiście wymierzyła cios w jego szczękę.
- Jeszcze raz - grupka adoratorów rozstąpiła się w przestrachu, odsłaniając Elannie widok na scenę. Drugi cios, z drugiej strony, powalił Lavela na ziemię.
- Splot słoneczny… - polecił Viktor i następne uderzenie wypompowało z chłopaka powietrze.
- Starczy ci?
Ale nie starczyło… potrzeba było jeszcze dwóch ciosów, z Viktorem nonszalancko kucającym nad nim… nieporuszony w żaden sposób bliskością pięści pana Orlocka (kimkolwiek Orlock miał być), nim Lavel pogodził się, że przegrał jeszcze nim zaczął.
- Wiesz, w ogóle, kim jestem?
- Dź-dziadem… starym.
- Nie do końca. Jestem Viktor Goodmann. I pamiętaj. Viktor Goodmann to twój przyjaciel.
Puścił mu oczko i uwolnił go wreszcie z zaklęcia. Tylko w przelocie spojrzał na Elannę, ale tylko tego momentu potrzebował by potwierdzić, to co już wiedział. Pod maską zimnej suki, Elanna była kobietą jak każda inna i jak większośc kobiet… uwielbiała u mężczyzn akty dominacji.
Po “rozładowaniu” napięcia z młodym Orlockiem, Viktor chciał już wrócić do Kaylie, ale spojrzeniem i gestem zawołał go do siebie nie kto inny jak Varion Letalle… ambasador Pitax. Zmarszczki wokół oczu zdradzały wiek i doświadczenie, ale spojrzenie wciąż było bystre i przebiegłe.
- Viktorze! - Varion zaprosił go gestem by zasiadł mu naprzeciw i zawołał po kielich wina dla niego - Pamiętałem ciebie jako bardziej… zdystansowanego… choć nie kryję, że czułem w tobie… alternatywne możliwości.
Viktor uśmiechnął się pół-tajemniczo.
- Mam wiele narzędzi w moim repertuarze, nie preczę.
- Ale powiedz mi… dzisiejsza “lekcja dla młodzików” była częścią większego planu? Zalotami? Czy po po prostu przejawem zranionej pychy?
- Och, Tym wszystkim… - odpowiedź była spokojna i przyjazna - … i jeszcze więcej. Zyskałem tym kilka rzeczy, kilka innych straciłem… ale czasem trzeba postawić granice.
- Prawda. Młodzi zawsze będą chcieli wycyckać starców i zrobią to jeśli im pozwolimy.
- Starców? Letalle, proszę cię… daj mi zachować moje złudzenia.
- Tsk, tsk, tsk… nie da rady. Moje wyrwano mi z piersi już dawno, więc zostało mi zawistne wciąganie innych w to bagno.
- Ty potworze…
Dyskusja trwała jeszcze dobry kwadrans. Ze wszystkich obecnych na sali Viktor chyba właśnie Variona dażył największą sympatią. Ten człowiek nie próbował już nic ugrać. Miał swoją pozycję i był z niej zadowolony. Robił swoje, bez zabaw w intrygi… albo był w nich tak dobry, że nawet Viktora oszukał. A wtedy należał mu się tylko większy respekt.
Przed powrotem do pokoju znów ktoś zwrócił jego uwagę… Z pergaminami i notatnikiem przy ścianie, w wiecznej gotowości, skrupulatnie rejestrował obserwacje konsul Tyrel Nex, z Ligii Technicznej. Viktor znał moralności Ligii Technicznej, ale potrzebował go teraz. Podszedł do jego stolika, zwracając na siebie uwagę.
- Viktorze, dobrze, że znalazłeś czas - powiedział Tyrel, jego ton był spokojny, precyzyjny, bez zbędnych ozdobników. - Usiądź tutaj. - Wskazał miejsce obok siebie, nie naprzeciw. Nachylili się do siebie, jakby knuli. - Mam dla ciebie aktualizację. Sprawa, o którą pytałeś, zaczyna przybierać konkretny kształt. Wymagać będzie dokładności i ostrożności w wykonaniu.
Goodmann kiwnął głową, ale nie odpowiedział.
- Zidentyfikowałem dwoje, których szukasz. Nazwisko Crawcolt zostawia po sobie sygnaturę rozchodzącą się jak kręgi na wodzie, łatwą do śledzenia dla kogoś z odpowiednimi możliwościami - Tyrel odchrząknął i przesunął kilka notatek, jakby chciał je poukładać według własnej logiki. - Są w jednej z akademii Ligii Technicznej. Nie w mojej. Trzy inne pozostają opcjami. Konkretne dane dopiero otrzymam. Nie wiem, czy będę w stanie uzyskać precyzyjne informacje przed opuszczeniem Evercrest. Ich obecność jest… nieoptymalna. - Tyrel ujął to swoistymi słowami, jakby opisywał usterkę w maszynie. - Zostali przyjęci alternatywnymi kanałami. Zasoby, fundusze i procedury, zostały przekierowane w sposób, który nie jest standardem. Może to spowodować dodatkowe komplikacje w operacji.
Viktor milczał, przyswajają informacje. -
Pytania, problemy i życzeniaJakaś opcja dla miniaturek obrazów była by fajna. Jak na LI był [tmb].
Ale niski priorytet. Nie widziałem nikogo kto tego używał, poza mną samym XD -
Gniew BurzyAlchemik oparł się o ścianę, z trudem łapiąc oddech. Ta.. walka była niemal jednostronna rzeźnią. Nie spodziewał się takiego poziomu kompetencji z strony prymitywnych jaszczuroludzi. Na szczęście obyło się bez większych strat własnych, a jaszczuroludzie stracili dwóch wojów. Zakładając że upadek do wody ich zabił, lub istotnie uszkodził. Istniało ryzyko że da się ich wyłowić i znowu staną z nimi w szranki.
- Amos, masz, wypij. - powiedział wciskając piratowi w dłonie kolejna lecznicza miksturę. Zaczął badać rannych. Cieszył się że w pobliżu nie było luster. Skóra jego, jak i pozostałych członków drużyny zaczynała nabierać delikatnie zielonego odcienia, ewidentny objaw przeładowania trollowym wywarem. Miał delikatne podejrzenie że dalsze zwiększanie dawki może się wiązać z “intensyfikacją” procesu regeneracji, aż do ucieczki spod kontroli organizmu. Nie podzielił się jednak tymi przemyśleniami. Musiał zadbać o to żeby wszyscy przeżyli, a potem będzie się martwił nowotworami.
- Proponuję zmienić taktykę. - stwierdził gdy odzyskał już nieco animuszu - musimy się pozbyć tego szamana który posiada umiejętność telekinezy. Jeśli go spacyfikujemy ja oślepię, lub unieruchomienie resztę, ale nie chciałbym ponownie dostać swoim wytworem.- Szaman lata… - stwierdził Zod - A nasze możliwości dystansowe, gdy wyłączymy twoje alchemikalia, nie są bardzo imponujące… bez urazy Edward.
- Nie, nie… nie przejmuj się. Nie moja główna dziedzina zainteresowań…
- Poza tym… ubicie szamana to jest nasz specyficzny cel. Jak go wykończymy to możemy się zbierać do domu. Więc jeśli masz jakiś pomysł jak go dorwać… to tylko tym bardziej jest warte rozważań.
- Potencjalnie Edward mógłby teleportować ciebie, albo Amosa na szamana, żebyście go złapali i dociążyli. Albo któryś z moich rozpraszających granatów mógł zaburzyć magię która utrzymuje go w powietrzu, albo obydwie rzeczy na raz. Nie będzie to jednak proste, a moje granaty nie działają za każdym razem. Równie dobrze mogę spędzić cały dzień rzucając w niego kolejnymi wiązkami.
- Możliwe, że powinniśmy się wycofać… - stwierdził Zod smętnie - Przygotować się lepiej na latającego wroga. Jakieś sieci z linami, aby go ściągnąć do siebie. Jak zniszczymy czwarty kryształ… to na pewno nie przyspieszy jego pracy, ani tej burzy. To może być błąd i byśmy się spóźnili, ale jeśli damy się zabić to już nikt go nie powstrzyma.
- Pamiętaj że musimy się przedostać przez pomieszczenie w którym on teraz urzęduje, wraz z swoimi przybocznymi. A platforma która służyła nam za transport poleciała dalej, raczej nie spodziewam się żeby uprzejmie ja zostawili przy naszym tunelu. Minimum którego musimy oczekiwać to dwa teleporty Edwarda, jeden do centrum, drugi do wyjścia. Dość dużo czasu żeby uniemożliwili nam swobodstarczy odczekać odpowiedniego momentu i wtedy czas gdy będziemy na nich wystawieni ną ucieczkę.
- Jeśli jej nie zablokowali to wybędzie drastycznie krótszy niż ten którego potrzebowaliśmy z poprzedniej odnogi tutaj. Nie wierzę by kontrolowali platformę. Wtedy by ją zablokowali daleko od nas i byśmy byli w kropce. Tak czy siak… to rozważania na później, kiedy ostatni klejnot zniszczymy… będziemy musieli uważać by nam jaszczurki na plecy nie wyskoczyły…
- Zgadzam się, trzeba zająć się ostatnią kulą. Ale może zanim zniszczymy kolejny bezcenny artefakt spróbujemy go przeanalizować? Nie wierzę że Daruthek jest tak silnym magiem bez zewnętrznego wsparcia.
- Przeanalizować? Jeśli sądzisz, że masz sposób to proszę cię bardzo, ale okoliczności pozostałych trzech nie sprzyjały choćby widzeniu ich za bardzo…
- Ciężko powiedzieć, poprzednie po prostu zniszczyliśmy. Pewnie da się okiełznać ich energię, ale będzie się to wiązało ze sporą ilością bólu. Powoli zaczynam się przyzwyczajać. - Jin mruknął smutno.
- Yhym… bo samo podejście do nich było morderczym przedsięwzięciem. Jeśli masz jakiś pomysł to spróbuj, ale mając tę wesołą bandę gekonów za plecami nie jesteśmy w stanie poświęcić temu wiele czasu. Tak czy siak… chyba warto zrobić przerwę. Ja zablokuję te drzwi, aby przynajmniej im utrudnić marsz za nami, ty masz jakąś alchemię do przygotowania… bo w kolejnych pomieszczeniach coś nas będzie czekać…
- Paradoksalnie nie zużyłem tak dużo jak mogłoby się wydawać. Tamten szaman-kinetycysta groził zwrotem rzuconych formuł. To czego potrzebuję to dobre kilka godzin w łóżku, ale ten odpoczynek pozwoli też jaszczuroludziom odzyskać swoją magię. Ruszajmy na przód.
- Nie tak szybko… - zaprzeczył Zod spoglądając przez szczelinę między odrzwiami - Powinniśmy potwierdzić co oni robią… jeśli mają pójść za nami lepiej byśmy wiedzieli i czekali na nich…Kawałek korytarza za drzwiami był pusty - wyglądało na to, że jaszczuroludzie nie próbowali gonić drużyny. Zamiast tego po chwili znad wyjącego wiatru zaczęły wznosić się gorączkowe odgłosy inkantacji.
- Chyba starają się dokończyć rytuał. - odezwał się Jin - Śpieszmy się!
- Powoli będzie płynnie. Płynnie będzie szybko - zaprotestował Zod, ale wziął już swój topór i maszerował na front drużyny - Idziemy swoim tempem. Jak głupio stracimy głowy na pułapce to nikomu nie pomożemy…
- Celna uwaga. - zgodził się Jin i szybko przetrząsnął kieszenie swojego bandoliera. - Jestem gotów.
Prowadzeni przez znajomą już linię energii, bohaterowie korytarzem dotarli do wąskich schodów prowadzących kilka metrów niżej. Schodząc po nich, wyszli na większe pomieszczenie o nierównych ścianach, liczących sobie dobrych kilka kondygnacji wysokości. Było zupełnie puste, jeśli nie liczyć słabo widocznych śladów wyrytych na kształt okręgu naprzeciw wejścia, oraz wirującego w samym jego centrum tornada, rozszerzającego się od wąskiej na ledwie pół metra podstawy przy podłodze do zajmującego niemal cały sufit leja. Nieustanny wicher szarpał ubraniami i włosami, ale wydawał się słabszy, niż należałoby oczekiwać tak blisko tego miniaturowego kataklizmu. W jego wnętrzu, wśród poruszających się z ogromną prędkością kamieni, fragmentów mebli i innych śmieci, migotało jaśniejsze światło magicznego klejnotu. Wirując, ciągnął za sobą warkocz energii, który nie tylko łączył się z główną komorą, ale najpewniej zasilał także samo tornado.- Niepokoi mnie brak strażników. - stwierdził alchemik, uważnie oglądając otoczenie w poszukiwaniu pułapek. Albo skrytych wrogów - żadnych dodatkowych zagrożeń jednak nie dostrzegał. Po oględzinach zbliżył się nieco do kuli energii i zaczął ją analizować, wyciągając z pamięci skrawki przeczytanych w przeszłości traktatów o magicznych przedmiotach, starając się skonfrontować swoją wiedzę z tym co było przed nim.
Zbliżenie polegało na zrobieniu zaledwie kilku kroków w stronę tornada - gdyby zbliżył się bardziej, niechybnie wiatr porwałby go z ziemi. Wystarczyło to jednak, by móc przyjrzeć się wirującemu klejnotowi i wyciągnąć wnioski, bazując na poprzednich napotkanych artefaktach. Wyglądało na to, że ten połączony był z Planem Powietrza, a nieokiełznane tornado musiało być efektem skazy lub uszkodzenia, znacząco zwiększającego przepływ energii żywiołów. Tak jak w przypadku pozostałych, zniszczenie go lub odcięcie połączenia międzyplanarnego mogło załatwić sprawę - to pierwsze wymagało jednak wejścia w środek tornada…
- Spróbujmy ponownie z moimi rozpraszającymi granatami. Może tym razem zadziałają, zakładając że wiatr nie porwie ich w dal. - stwierdził Jin i przygotował kolejny pocisk. Nauczony poprzednią porażką nieco zmodyfikował skład osłonki która okrywała granat, dosypał nieco więcej srebra i sproszkowanych pereł, zdjął za to żelazny płaszcz który rozsyłał w koło odłamki.Spokojnie zebrał się do rzutu i cisnął granat pełen zaburzających magię reagentów w wirujący klejnot. Ten przeleciał ledwie parę metrów, nim został porwany przez wicher, dołączając do wirujących wewnątrz tornada przedmiotów, a alchemik zaklął pod nosem. Zebrał swoją odwagę i rzucił się w kierunku klejnotu, starając się go unieruchomić choć na chwilę.
Zod skrzywił się widząc co Jin robi. Był zbyt daleko by go powstrzymać i zaproponować linę wokół pasa…
- Amos, pilnuj za nas dwóch. Idę Jina ubezpieczać!
- Edward! - zakrzyknął nad wiatrem gdy się zbliżył. - Jakby go porwało to go wyteleportuj stamtąd!
Sugestia Zoda okazała się bardzo trafna - czarodziej ledwie zdążył przygotować inkantację, gdy Jin wskoczył do tornada. Alchemik nie zrobił nawet kroku, gdy wichry porwały go niczym szarpniętą za sznurki marionetką i gdyby nie nagła teleportacja, zupełnie straciłby kontrolę nad swoim ciałem, obijając się o wirujące przedmioty.
Padnięcie plackem na posadzkę kilka metrów dalej i lekkie obicie twarzy było niską ceną.
- Wybacz, ale nie opanowałem jeszcze zmiany wektorów i prędkości przy przenoszeniu - powiedział Edward, pomagając mu wstać.
Jin podniósł się i otrzepał z kurzu. Prawdę mówiąc dzięki szybkiej reakcji Edwarda ta przygoda nie zrobiła na nim większego wrażenia.
- To była cenna lekcja. Jak przy tym jesteśmy, mógłbyś mnie teleportować w zasięg klejnotu, tak abym miał szansę go złapać i dezaktywować? W razie niepowodzenia wyteleportuj mnie w tył.
- Rozumiesz, że z tym wiąże się cały PAKIET problemów, prawda? Wteleportuję ciebie w klejnot to oznacza, że dostaniesz nim precyzyjnie jakbyś stał w miejscu i on w ciebie wleciał… plus dezorientacja poteleportacyjna. I POTEM, choćbym natychmiast zaczął inkantację, to nie zajmie mi mniej niż te pięć sekund, by ciebie stamtąd wyciągnąć. To dużo czasu aby kark złamać…
- Tak czy inaczej musimy go deaktywować. Wierzę w siłę moich wynalazków. Jak do tej pory regeneracja jaką nas obdarzyły pozwoliły nam przyjąć dość ran by powalić pułk wojska. Alternatywą jest ponowna walka z Daruthekiem wzmocnionym przez ten odłamek planarnej siły.
- Zawsze mogę go rozbić… - wtrącił Zod - Jak poprzednie. Mam nieco więcej wiary, że ja się utrzymam dość długo w tym wirze by się zamachnąć. Jeśli chcesz próbować to jasne, swój kark ryzykujesz i nie do końca mamy prawo ci zabraniać, ale oceń czy to będzie z korzyścią dla całej wyprawy…
- To bezcenny artefakt. Portal do wewnętrznych planów i zawartej tam energii, który potencjalnie można wykorzystać do setek ratujących życie i zdrowie wynalazków. W najgorszym wypadku fascynujący przedmiot badań, który pozwoli nam rozwinąć nasze zrozumienie otaczającego nas świata. Jestem gotów na ryzyko. - w słowach Jina słyszalna była determinacja.
- Oby to tylko nie kosztowało nas żyć, lub porażki - odpowiedział Zod, ale nie kłócił się już z Jinem.
- Czekajcie. Myślę o tym w złych kategoriach. Edward, czy jesteś w stanie teleportować same przedmioty? Moglibyśmy teleportować ciśnięty wcześniej granat w sferę, tak aby zaburzyć działanie magii. Albo zrobię nowy. Ewentualnie teleportować sferę do pojemnika, by ograniczyć jej mobilność. Albo w tłum zgromadzonych jaszczuroludzi.
- Niestety nie - pokręcił mag głową - teleportacje to tak jakby mój poboczny temat. Puste przedmioty są dla mnie zbyt niewyraźną kotwicą. Mogę spróbować, ale najpewniej więcej go nie zobaczymy… i to jest optymistyczna opcja.
-W takim razie plan ryzykowny. Dajcie mi jedną szansę, jak się nie uda oddamy sferę toporowi Zoda. - Jin powiedział z odrobiną żalu w głosie. - Na twój sygnał Edwardzie.
- Yhym… - mruknął Edward podchodząc bliżej wiru, ale nie na tyle by ryzykować, że sam zostanie porwany. Obserwował zachowanie i wiatru i kryształu przez kilka dłuższych chwil.
- Przygotuj się… zaraz… zaaaraz… - rozpoczął inkantację, przedłużając ją nieco, aby w idealnym momencie ją zakończyć…
Wymagało to ogromnego skupienia i bezbłędnego wyliczenia trajektorii ruchu. Edward był pewien, że wszystko policzył dobrze do momentu, w którym Jin nie pojawił się wewnątrz tornada - dwie stopy za daleko od kryształu, który ułamek sekundy wcześniej zmienił prędkość! Alchemik miotał się przez moment, obijany przez wirujące fragmenty mebli i gruzu, bezskutecznie próbując odzyskać kontrolę, zanim następna inkantacja nie wyrwała go na wolność, solidnie potłuczonego.
Niezrażeni tą porażką bohaterowie naradzili się szybko, wymieniając spostrzeżeniami, po czym podjęli kolejną próbę. Modyfikując nieco inkantację pod kątem chaotycznych trajektorii i wektorów ruchu, Edward bezbłędnie “wrzucił” Jina wprost na tor lotu kryształu, który wręcz uderzył w alchemika, pchając go z wielką siłą. Ten jednak był już przygotowany i od razu przystąpił do instalowania thaumatycznej blokady, która miała powstrzymać wyciek energii ze sfery żywiołu powietrza. Wirowanie kilka metrów nad ziemią, będąc tłuczonym przez fragmenty gruzu, nie ułatwiało pracy, ale umiejętności Jina wzięły górę nad warunkami i już po paru sekundach tornado zniknęło niczym przerwane zaklęcie, a alchemik zwalił się na posadzkę. W dłoni zamknięty miał kryształ, który aż wibrował od energii, chcącej wyrwać się na wolność.
Jin uniósł w górę pięść, w znanym każdej rasie geście sukcesu.
- Świetna robota Edward. W najgorszym wypadku wykorzystamy go jako broń przeciwko jaszczuroludziom, w najlepszym jako fascynujący obiekt badań. - alchemik mówiąc to już przyglądał się kryształowi dokładniej. Był ciekaw skąd dokładnie brała się jego gigantyczna energia. Mały portal do planu żywiołu powietrza?
Ta teoria wydawała się najbardziej prawdopodobna - kryształy musiały być jednokierunkowymi, stabilnymi połączeniami ze sferami żywiołów. Jin nie miał pewności, czy były dziełem Pasterzy Burz, czy ci tylko znaleźli sposób na zapanowanie i wykorzystanie ich mocy - stanowiły wspaniałe źródła energii, jednocześnie będąc dużym zagrożeniem, tak jak widzieli to tutaj czy w sali, gdzie uszkodzona aparatura sprawiła, że kamień bezustannie miotał błyskawicami.
- Wygląda na to, że odcięliśmy dopływ energii. Opatrzmy rany i próbujemy ponownie walczyć z Daruthekiem?
- Tak - przytaknął Zod - I tym razem już na poważnie… będziemy musieli się rozproszyć bardziej. I odsunąć od krawędzi platformy. Dla jaszczurek wpadnięcie do wody to nieprzyjemność i po kilku minutach wrócą do walki. Mi by to zajęło znacznie więcej czasu. Powinniśmy rozważyć czy część z nas nie powinna zostać poza centralną wyspą… W ogniu walki nie damy rady oddzielić was wrogów, ale fosa już by mogła. Co myślicie?
- Taktyka tej walki jest skomplikowana. Z drugiej strony dobrze by było żebyście byli w zasięgu moich rąk i leczenia i żebym wezwał niosący strach totem w środku komnaty. Musimy też koniecznie unieszkodliwić jaszczuroludzia który wykazał się telekinezą. Jestem bezużyteczny w jego obliczu.
- Z tym będzie problem, bo dupek lata… W takim razie… jeśli nie popełni błędu to zostaje Edward.
- Cóż… - zaczął miłośnik smoków, rozważając możliwości - Spróbuję. Ale to nie będzie rach-ciach i po telekinecie.
- Tak czy inaczej musimy spróbować. Nie wyjdziemy stąd bez walki. -
Gniew BurzyKoniec walki został przyjęty z ulgą przez całą drużynę, a w szczególności przez Jina. Nie był zagrożony nawet przez moment, ale czuł się niekomfortowo nie mając nadzoru nad swoimi “pacjentami”. Teraz zaaferowany podbiegł do Zoda, ignorując wykrwawiających się pod nogami jaszczuroludzi.
- Zod! Jesteś cały? Jak obrażenia? Mikstury się spisały? Jakieś rany są niezamknięte? Odczuwasz ból? Odczuwałeś w trakcie walki? W skali od zera do dziesięciu, jak bardzo był intensywny? - zasypał diablęcie potokiem pytań, a w jego dłoniach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawił się wierny notes i przybory pisarskie.
- Jest w porządku… to twoje przesączenie regeneracyjne, czy jakkolwiek sensownie można by to nazwać, spisała się na medal i Edward… świetna robota. Mieszanka utrudnionego terenu, ograniczania ich ruchawości oraz teleportowania mnie…
- Translokacja jest poprawnym słowem…
- Nazywaj to jak chcesz, choćbyś miał mnie blabladurować, póki efekty są tak dobre! - zaśmiał się Zod i zwrócił się do Jina.
- Nie chciałeś kogoś żywcem? Część może jeszcze żyje? - zapytał spoglądając po pokonanych jaszczurach, których może dałoby się doprowadzić do stanu przesłuchiwalności…
- Nie. Wątpię by wygadali nam cokolwiek użytecznego po dobroci, a złożyłem przysięgę że moje umiejętności medyczne wykorzystam tylko dla znoszenia cierpienia. - odpowiedział Jin - Niech umrą w spokoju, a potem wykorzystam ciała. Jak przy tym jesteśmy. Nie dałbyś rady naprawić tego pogruchotanego topora? - spytał wskazując dzieło “sztuki” Zoda - Nieumarli są lepsi z ciężkimi, dużymi broniami
Zod kiwnął głową.
- Ogarnę w czasie tej przerwy… skoro nie chcemy ich przesłuchiwać… i tak im pomóżmy. Zwiążemy ich by nie przeszkadzali i zabierzemy na górę wracając. To będzie bardzo silny gest i utwierdzi on pokój między nami. Co myślisz?
- Niektórzy z nich widzieli jak wskrzeszam nieumarłych. Inni zobaczą jeśli ich doleczę. Ale… masz rację. Pomóżcie z unieruchomieniem. - zgodził się Jin I podszedł do pierwszego jaszczura, oceniając czy ma jeszcze szansę wyciągnąć ich przed sądem Pharasmy. Ci jednak dawno byli już po drugiej stronie - wojownicy byli w stanie walczyć nawet w obliczu obezwładniających ran i dopiero sama śmierć mogła ich zatrzymać.- Są już po drugiej stronie. Nie ma w nich nawet krzty życia. - zwrócił się do towarzyszy. Przyzwał swoją nekrotyczną magię i wyskandował w mieszaninie otchłannego i smoczego
- Życie. Śmierć. Odwrócenie. Prędkość. Gniew. - a gdy skończył trup podniósł się z gracją atlety. Jin był coraz lepszy w animowaniu nieumarłych.
- Ty, pilnuj tego korytarza, ty, pilnuj drugiego. Jeśli coś żywego, sięgającego wyżej niż do waszych kolan pojawi się w polu widzenia wejdźcie tutaj i uderzcie dwa razy ogonem w podłogę. - wydał komendy. Gdy nieumarli posłusznie stanęli na czatach Jin wyjął z torby zwłoki szczura i również wypełnił je negatywną energią. Ten miał mu służyć jako asystent podczas pracy z alchemikaliami.
- Odpocznijmy póki możemy. - zasugerował towarzyszom, samemu rozstawiając już swoją aparaturę. Animowany szczur dzielnie asystował w tych działaniach, pchany wolą swojego pana.Zod przysiadł i wsłuchał się w sztorm, oceniając czy może pozwolić sobie na odrobinę uderzania młotem… i ocenił, że tak. Jeśli Mówca już nie był ostrzeżony to praca również nie powinna.
Kolejne kwadranse uderzał młotem, skuwając szczątki magicznego topora w jedną całość. Chybotliwą i tylko tymczasową, ale “tymczasowo” to było dość dużo czasu w tym momencie.
-
Gniew BurzyZod czuł się… lepiej.
Dopiero teraz docierało do niego co zrobił. Pamiętał lekcje Vrana. Pamiętał je i wykorzystał… i to on wynegocjował ten pokój. Nie Amos, nie Edward, definitywnie nie Jin. Wszyscy oni mieli swój udział w dotarciu tu i w żadnym razie nie podważał, że bez nich sam nie miałby szans… ale jakimś dziwnym żartem negocjacje spadły na niego. Diablę co boi się własną twarz pokazać. I dał radę. Dał, cholera, radę.
I uratował tym oba ludy od wojny. Uratował dziesiątki żyć. Może setki lub tysiące…
Opierał się barkiem o kamienną ścianę i obserwował z oddali jaszczuroludzi gdy Jin tworzył swoje amulety, a reszta odpoczywała. Sprawiało mu satysfakcję oglądać normalne życie jaszczuroludziach nie-wojowników. Cywilów. Dzięki niemu właśnie odeszło poważne zagrożenia, które wisiało nad ich szyjami. Zagrożenie w postaci, między innymi, zodowego topora… bo w czasie wojny wielu z nich stanęłoby do walki.
Opuścił głowę chłonąc wrażenie. Uśmiechając się, nawet jeśli czysto mentalnie, bo pseudo-chitynowy pysk na to nie pozwalał. W tej krótkiej chwili… czuł się ze sobą dobrze i chciał zapamiętać to uczucie.
- Ty. Dobry… chce?
Podniósł wreszcie spojrzenie i dostrzegł przed sobą jaszczura. Chyba samicę, ale nie był pewny na ile głos i sylwetka oznaczały to samo co miękkoskórych. Pytała w bardzo łamanym wspólnym i wyciągała nieco przed siebie drewnianą tacę z paroma połówkami owoców, kawałkiem mięsa i kilka tłustymi owadami.
- Możemy… spróbować w smoczy - odpowiedział Zod, nieporadnie składając głoski w tymże języku, gdy sięgał po grubą larwę czegoś dużego
- Mówisz po naszemu?
- Dawno mówiłem. Dłużej nie ćwiczyłem. Zupełnie mało dla rozmowy z wodzem. Z Edwardem trochę… powtarzał w wolny czas, ale mało - wyjaśnił łamanie i włożył larwę pod maskę. Zgryzł ją i silnym językiem rozsmarował na podniebieniu. Nie smakowała źle.
- Mówisz bardzo dobrze. Jestem Basheba.
- Ja Zod. Usiądź…iemy? - zapytał czując się niezręcznie, z tacą jedzenia wciąż wyciągniętą do niego.
Rozmowa była niezręczna i na swój sposób dziwna, ale pomiędzy łamanym smoczym Zoda (w którym nabierał coraz więcej pewności) a niejasnymi regułami co Bathsheba mogła powiedzieć, a co nie aby nie złamać praw plemienia udało im się znaleźć dla siebie zrozumienie i cierpliwość
Od słowa do słowa, pomiędzy kolejnymi kęsami i nieudanymi żartami zaczęli się sparingować. Powoli. Bardziej prezentowali sobie, w kontrolowanych warunkach, jak walczy się z kimś takim jak sparing-partner. Zod nie był pewny czy Bathsheba nie chce w ten sposób ominąć praw plemiennych i wspomóc go w walce z Mówcą i jego zwolennikami… ale jeśli tak to spełniało to swoją rolę. To było zupełnie inne doświadczenie niż aktywna walka o życie. Na spokojnie dostrzegał znacznie więc otwarć i problemów oraz przewag jakie dawała im inna anatomia. To definitywnie dało się wykorzystać…
Zod z Amosem i Edwardem zebrali kości. Jin był zajęty tworzeniem amuletów, ale wiedzieli już jakim sposobem powinni pożegnać zmarłych. Jaszczuroludzie dziwnie patrzyli gdy obcy wynosili stare kości z przeklętej części świątyni, ale gdy im wyjaśniono nie oponowali w żaden sposób. Oni rozumieli potrzebę obrządku.
Wykopanie mogiły zajęłoby czas. Wiele, wiele czasu, ale szybko dołączyło do nich blisko pół tuzina Dzieci Burz, z chęcią, werwą, a co najważniejsze… narzędziami i wiedzą, gdzie ziemia będzie wdzięczna.
Wciąż pół godziny zajęło kopanie wystarczająco głębokiego dołu, a poprawne ułożenie szczątków kolejne.
- Wasza droga się skończyła… - zaczął Zod, wciąż do końca nie rozumiejąc jakim sposobem został mistrzem ceremonii. Shimye-Magalla… Podniebny Ojcze i Ty Która Prowadzisz Wiatry i Fale… przyjmij swych ludzi i poprowadź ich na Drugą Stronę. Posyłamy ich do ciebie wiatrem…
Zebranie na hasło wzięłam głęboki wdech i dmuchnęło symbolicznie na kości, wypełniając żagle prowadzące ich w zaświaty.
- Burzą…
Cztery wiadra słonej wody oczyściły ich z doczesnych grzechów i cierpień.
- I gromem…
Ryk który zrodził się, zdało się w sekundę, szybko rósł w mocy, gdy kolejni, zachęceni wspólnotą, dołączali do gromu ich gardeł, tupnięć i uderzeń broni w tarcze. Narastał on w mocy bardziej i bardziej, aż urwała go wzniesiona pięść Zoda.
- Bracia. Siostry. Zbłądziliście w życiu, ale… - przerwał, bo nagle… poczuł to. I głos zechciał mu się zbuntować. Odkaszlnął by ukryć chwilę słabości i nagle podjął decyzję, że dalsze słowa będą jego, nie te należące do obrządku - … ale wybaczamy wam. Bo każdy zasługuje na drugą szansę, nie ważne jak plugawe by nie były wasze błędy, jak okrutne grzechy. Odnajdźcie w spokój, którego wam odmówiono.
Zamknął oczy i wziął głębszy wdech, gdy między uszami obijały mu się słowa… słodkie jak miód i bolesne jak grom jednocześnie.
”To. Nie była. Twoja. Wina.”
- Ależ była… - szepnął ledwie do siebie, wiedząc doskonale, że ten cudowny głos kłamał i nie były to “dobre kłamstwa”. Choć wciąż nie wiedział co takiego zrobił, ale… z niepamięci wyrwała mu się sylwetka. Umierający mężczyzna, z zodowym toporem w plecach. Umęczone diablę wiedziało, że go zdradziło, gdy ten za nic by się tego nie spodziewał… Wyciągnął zaciśniętą pięść nad mogiłę.
- Matko… ojcze… zaopiekujcie się nimi i kochajcie ich jak my ich kochaliśmy.
Z pięści wysypała się ziemia, a gdy pierwsze jej ziarenka spadły na kości, osiem innych zostało wyciągnięte i otwarte.Tym samym ceremoniał został ukończony.
Zostało już tylko ich zakopać.
-
Gniew BurzyZod oparł się o ścianę łapiąc oddech. Ta walka była niemal śmieszna. Amos pewnie jej tak nie postrzegał, ale najgorzej skoczyły nieumarłe pseudo-trolle, a one to w ogóle niewiele miały już do powiedzienia.
- Wszyscy są cali? Oh nie… Jin, nie wiem jak ci to powiedzieć, ale twój ulubieniec chyba… jest martwy…
Zaśmiał się cierpko Zod odbijając łopatkami od ściany by wrócić do pionu. Pobitewne rozliźnienie było najlepszym momentem na drugie uderzenie. Ścisnął solidniej toporzysko i przeszedł się po sali i spojrzał za róg a potem w gąszcz który wdarł się do świątyni, szukając zagrożeń które mogłyby zagrozić towarzyszom. -
Gniew BurzyJaszczuroludzie obserwowali Zoda jeszcze przez chwilę, powoli odzyskując równowagę. Szeptali coś do siebie o szalonych przybyszach, ale w końcu ten znający wspólny machnął pazurzastą łapą w geście nakazującym podążanie za nim. Wyszli ze świątyni, kierując się w stronę gęstwin otaczających ruiny i wioskę. Droga miała ledwie kilkadziesiąt metrów, ale wymagała kluczenia i paru miejscach zupełnego zatrzymania się, by przewodnik mógł rozbroić jedną z licznych pułapek. W końcu jednak wyszli na otwartą przestrzeń, gdzie przywitała ich niewielka wioska Dzieci Bagien - zbiorowisko prymitywnych chat rozciągających się pomiędzy świątynią a brzegiem rzeki.
Idąc przez nią, bohaterowie mieli okazję, by dokładnie przyjrzeć się żyjącym w niej jaszczuroludziom. Ledwie połowa z nich wyglądała na zdolnych do walki, a nawet ci różnili się od tych, z którymi walczyli w Pridon’s Hearth i okolicach. Żaden z nich nie miał łusek przyozdobionych niebieskimi malunkami, a tym bardziej kryształowymi naroślami, zaś w ich oczach, zamiast dzikiego fanatyzmu, tliła się jedynie niechęć, zmieszana ze strachem i rezygnacją. Paradoksalnie, wydawali się niewiele szczęśliwsi niż Achahut i jego wygnani towarzysze…
Widząc, że intruzi mają już swoją obstawę (czy też strażników), nie interesowali się nimi zbytnio – ledwie paru wojowników sięgnęło po schowane w chatach terbutje, pewnie raczej by groźniej wyglądać niż być gotowym do ewentualnej potyczki, a reszta szybko wracała do przerwanych prac. Zarówno ich broń, jak i narzędzia czy domostwa, proste chatynki z trzcin i szerokich liści, były zdecydowanie prymitywne, ale przemyślne i utrzymane w dobrej kondycji. Był to dobry dowód na to, że jaszczuroludzie nie zajmowali się tylko próbami wyrżnięcia przybyszy zza morza: na brzegu leżało kilka zmyślnie skonstruowanych łodzi, obok których na drewnianych żerdziach suszyły się ryby i kawałki mięsa. Biorąc pod uwagę ich liczebność oraz bogactwo natury w tych okolicach, Dzieci Bagien miały szansę na spokojną egzystencję i rozwój z dala od wrogich im boggardów, za sąsiadów mając tylko pokojowo nastawionych Song’O. Dlaczego więc wcale nie wydawali się zadowoleni ze swojej sytuacji, a do tego jeszcze próbowali zniszczyć Pridon’s Hearth?
I dlaczego wśród nomen omen Dzieci Bagien nie było żadnych dzieci?
Chata wodza znajdowała się wewnątrz zrujnowanych murów świątyni Pasterzy Burz – to ją właśnie widział Amos przez wyrwę w ścianie. Była ponad dwukrotnie większa niż pozostałe siedliska, ozdobiona zarówno futrami wielkich kotów, jak i całkiem imponującymi trofeami w postaci masywnych czaszek dinozaurów – uwagę zwracały też trzy ususzone głowy zawieszone przed wejściem (Jin z trudem skonstatował, że należały kiedyś do boggardów). Wnętrze było luksusowe jak na te warunki: podłogi pokrywały skóry i płachty materiału, a na środku znajdował się stojak ze świecącą delikatnie kamienną kulą, zapewniającą dobre oświetlenie w całym pomieszczeniu. Przed chatą ustawiono zbudowane z masywnych kości siedzisko, które przy dobrej wierze można było nazwać tronem – na nim zaś rozsiadła się przywódczyni Dzieci. Potężna jaszczuroludka, wzrostem i muskulaturą co najmniej dorównująca Zodowi, odziana była w zdobioną skórzaną zbroję, a jedną dłoń opierała na maczudze zrobionej z pojedynczej kości wielkiego gada, pokrytej runami. Spojrzenie jej pokrytej czarnymi wzorami twarzy podążało za wprowadzanymi przed nią bohaterami, lecz żaden inny mięsień jej ciała nawet nie drgnął, emanując jedynie aurą siły i autorytetu. Po obu stronach jej tronu siedzieli dwaj męscy przedstawiciele jej rasy, o smukłej budowie i wypielęgnowanych łuskach, które wydawały się wręcz wypolerowane.
- Jesstem Shathva, wódz Dzieci Bagien - oświadczyła mocnym, władczym głosem, gdy bohaterowie zostali ustawieni dwa metry przed nią, a strażnicy wycofali się o kilka kroków - Czemu zakłócacie sspokój naszej wiosski, miękkosskórzy? Przybyliście nas zniszczyć, tak jak zapowiedziano? - jej wspólny miał mocny akcent, ale był zrozumiały
- Jestem Jin Dhis - lekarz, alchemik, to są Amos Wyatt - wojownik, żeglarz, Edward Dragonson - mag, naukowiec, oraz Zod - kowal i zbrojny. - Jin zaprezentował swoich towarzyszy w smoczym - Przybywamy z poselstwem od władcy Pridon’s Hearth. Chcemy abyście zaprzestali ataków na nasze osady i mordów na niewinnych pisklętach.
- Dzieci Bagien muszą zadbać o sswoje terytoria! - jaszczurzyca zacisnęła pięść, alchemik na bieżąco tłumaczył jej słowa - To nasze ziemie i nie pozwolimy, by kolejni intruzi nam je odbierali! -
- Wiemy o waszych problemach z boggardami i wiemy że wypchnęli was z waszych dawnych terytoriów. Nie widzimy podstaw by ziemię na której my jesteśmy nazwać waszą, tym bardziej że sami niedawno tutaj dotarliście. Nie macie prawa do całej dżungli. Ani siły by to wyegzekwować, inaczej boggardy nie stanowiłby dla was kłopotu i my nie prowadzilibyśmy teraz tej rozmowy. Tak samo jak my nie mamy do jej całej prawa, ale respektujemy potrzeby innych ludów. Nie planujemy wam niczego odebrać, proponujemy współpracę. Ale ataki na naszych kolonistów muszą się skończyć. - Jin z premedytacją przemilczał fakt że oni też tej siły nie mają. Niech wódz się zastanawia czym tak naprawdę dysponują.
Edward postanowił się wtrącić.
-Boggardy przegnały was z waszych terenów, teraz część z was zaczęła napadać na ludzkie osady i dopuszczać się okropnych czynów. Nawet na pisklętach i nie wojownikach. Takie czyny toczą za sobą tylko więcej okropieństw. To widoki które ciężko zapomnieć.. Jeśli można przywołać obraz tego co widzieliśmy..
Mag gdy tylko dostał przyzwolenie powoli by nie dawać nikomu dużych powodów do obaw stanął nieco bokiem przywołująć chwilowo moc swego pierścienia by uzyskać dostęp do magii iluzji po czym zaczął tworzyć obrazy których był świadkiem w trakcie ich okolicznych ekspedycji.
-Jeśli tak dalej pójdzie, możecie zostać otoczeni przez wrogów z każdej strony. Co jeśli Boggarty zechcą podbić i te ziemie? Magia którą posługuje się wasz szaman Darutekh nie dość że nie jest bezpieczna to jeszcze zdaje się że jej działanie jest przed wami ukrywane. Czy nie lepszą opcją i dla was i dla nas nie byłoby połączyć siły? Wtedy nie musielibyście się tak martwić ludźmi, a boggarty stanowiłyby znacznie mniejszy problem stając przeciw naszym połączonym siłom.
Jaszczuroludzie z kamiennymi twarzami obserwowali stworzoną przez Edwarda iluzję, przedstawiającą zmasakrowaną rodzinę na plantacji. Na ich gadzich twarzach ciężko było odczytać emocje, oburzenie czy obrzydzenie, ale dało się usłyszeć gniewne syknięcia. Po chwili przywódczyni uderzyła mocno ogonem o ziemię, uciszając współplemieńców.
- Sskąd mamy wiedzieć, że miękkosskórzy tak samo nie potraktowaliby nas? - wskazała na obraz - Może nie ma nas wielu, ale magia Mówcy Bagien jest potężna i zmiecie intruzów. Wtedy plemię się odrodzi!- rzuciła triumfalnie, ale Amos wyczuł, że w jej słowach jest coś jeszcze. Żal? Gorycz? Niepewność?
Alchemik pokręcił przecząco głową.
- W naszej kulturze osoby które dopuszczają się takich czynów wiesza się na suchej gałęzi, a ciało zostawia krukom. Nawet jeśli robią to innym ludom. Jak mają szczęście trafiają do końca życia do celi gdzie mają 2 łokcie szerokości i 3 łokcie długości dla siebie i gniją tam do śmierci. Nigdy was nie zaatakowaliśmy, nigdy was nie zaatakujemy, jeśli wy nie zaatakujecie nas. Prawdę mówiąc po tym co zobaczyliśmy na farmie - tutaj Jin wskazał wciąż istniejąca iluzję - planowaliśmy was wyrżnąć do ostatniego szponu. Ale w trakcie naszych podróży spotkaliśmy waszych wygnanych współplemieńców. Przesłuchaliśmy tych którzy z nakazu Darutheka zaatakowali nasze osady. Wiemy że nie wszystkie Dzieci Bagien odrzuciły honor. Chcemy pokoju z tymi którzy też go chcą. Ale tego nie chce wasz Mówca. Pytanie kto dowodzi Dziećmi? Ty czy on?
O ile z początku słowa Jina wydawały się trafiać do jaszczurzycy, to na sam koniec musiał poruszyć jakąś bardzo czułą strunę, bo gadzie oczy rozszerzyły się gniewnie. Shathva zerwała się ze wściekłym sykiem, opierając się na maczudze, gotowej do użycia.
- Jak śmiesz! Zdobyłam władzę w honorowej walce, jak Orthak przede mną! Żaden miękki robak nie będzie mnie obrażał i jej kwestionował! - jej współplemieńcy wyraźnie się spięli, gotowi na wszystko.
Zod spiął się podobnie jak jaszczury, czekając aż Edward skończy mu tłumaczyć słowa Jina.
- Kurwa… poważnie? Edward, tłumacz mnie.
Diablę wystąpiło krok w przód przed Jina. To nie było łatwe… odchrząknął próbując znaleźć siłę którą mógłby przyozdobić swe słowa, ale czuł słabość w kolanach.
- Towarzysz zbyt mocno ujął swoje słowa, ale w zabijaniu dzieci nie ma krztyny honoru. - Zdanie po zdaniu dawał Edwardowi czas by przełożył jego słowa - Byliśmy tam osobiście. Wciąż widzę dziecko złamane w pół z siłą które rozerwało mu brzuch wylewając flaki na wierzch. Dziecko. Małe, delikatne, bezbronne. Widzicie ten obraz? Widzicie w wyobraźni jak ktoś zgina je w pół, łamie kręgosłup aż flaki wytryskują z rozerwania z przodu? Wierzycie, że zrobiono mu to PO śmierci? Jesteśmy tutaj, bo wierzymy, że budzi w was to taką samą odrazę jak w nas.
“Odnieś się do emocji…” - wspominał słowa przyjaciół ze starego kontynentu.
- Jeśli się mylę… to nie mamy o czym rozmawiać. Pytałaś skąd wiecie czy byśmy nie zrobili tego samego… nie masz nic poza naszymi zapewnieniami i faktem, że dotąd tylko jednej ze stron to zrobiono. I to nie z braku możliwości.
Potężna postura Zoda, w połączeniu ze spokojnymi słowami jego i Edwarda, nieco przystopowały gniew Shathvy. Jaszczuroludka zrobiła pół kroku w tył i wyprostowała się, by móc spojrzeć na wojownika chociaż trochę z góry - albo łypnąć groźnym spojrzeniem na Jina.
- Dzieci Bagien wiedzą, co to honor. A w niszczeniu jaj i zabijaniu piskląt nie ma go ani trochę - i znowu, ta gorycz w głosie - Wasze słowa brzmią rozsądnie. Ale jeśli między nami ma być szczerość, nie możecie nic ukrywać. Ani za magią, ani za maską - wskazała szponem najpierw na iluzję, która i tak zaczynała się już rozwiewać, a potem na twarz Zoda.Wielkie diablę aż cofnęło się ćwierć kroku i musiało wstrzymać odruchowy obronny ruch rąk. Zod cieszył się, że miał maskę na twarzy. Kryła go. Dawała pewne poczucie społecznego bezpieczeństwa. I miał ją zdjąć? Publicznie? Czemu jego twarz miała mieć znaczenie!
Zagryzł język aż do bólu. Miotał się chwilę sam ze sobą.
- Ja… - odrzucił myśl nim się do końca uformowała. Jaszczuroludzie nie potrzebowali tłumaczenia by usłyszeć słabość w głosie.
- Prosz… - znów idea nie zasłużyła by zostać wypowiedziana.
Westchnął głębiej, próbując na siłę odzyskać równowagę.
- Mam w sobie krew diabłów… - mówił powoli, gdy sięgał drżącymi rękoma do twarzy - Moja twarz reprezentuje we mnie wszystko to czego nie akceptuję… prosze… nie oceniajcie mnie poprzez jej pryzmat… - z każdym słowem słabł i jakiekolwiek próby Edwarda by przedstawić słowa silniejszymi niż rzeczywiście były nie mogły zmazać drżenia głosu jakie jaszczury słyszały.
Trzymał już i maskę z przodu i opaskę z tyłu. Potrzeba było tylko ostatniego ruchu, ale czuł jakby miał nie dać rady. Może przywódczyni już zobaczyła jakie to dla niego trudne i by się zlitowało gdyby poprosić? Dobre sobie. Wziął ostatni wdech i…
Wciąż nie. Szarpnięcie zatrzymał ułamek sekundy po rozpoczęciu.
- Zod, dawaj… tak trzeba… - szepnął sam do siebie.
Alchemik podszedł do wojownika i położył delikatnie dłoń na jego ramieniu.
- Jesteś tym co sobą prezentujesz, nie tym czym byli twoi rodzice. Dasz radę.
- Ona nawet nie jest ludzka… - bardziej nawet jęknął niż szepnął Zod, ale mimo to kiwnął głową. Co tylko dziwnie wyglądało gdy wciąż praktycznie trzymał się za czoło i potylicę.
Powoli, siłą woli eliminując gwałtowność ze swoich ruchów zdjął maskę, kierując twarz w dół. Jin i pobliscy zobaczyli bladoróżową, błyszczącą mokro skórę, sprawiającą wrażenie bardziej zbliżone do chityny. Nie miała w sobie krztyny elastyczności czy miękkości. Ani jeden włosek nie próbował tego kryć. Nie posiadał uszu, a jedynie otwory. Gdy powoli podniósł twarz zaprezentował równie puste, zdawałoby się nienaturalnie ciemne oczodoły. Nawet nie posiadał ust. Jedynie szczelinę sięgającą niemal spod jednego pustego ucha do drugiego. Twardą, nieelastyczną szczelinę.
- Oto ja… - warknął z niemal gniewnym wyrzutem. Szczelina ledwie się uchyliła, ukazując rzędy setek długich i ostrych jak igły zębów. Tylko się uchyliła. Nie składała ona głosek jak ludzkie usta. Żuchwa się nie poruszała w rytm słów.
Był zły. Strach i słabość ustępowały wściekłości. Wściekłości, że został zmuszony pokazać swoją nieludzką twarz i jakby jego myśli krążyły w tych okolicach to cieszyłby się, że nie jest ona w ogóle w stanie wyrażać żadnych emocji. Sama w sobie była niejako maską, ale w odróżnieniu od jego maski… ona nie powinna być. I nienawidził jej za to.
Jin odruchowo zrobił pół kroku w tył, nim opanował emocje. Musiał przyznać że tego się nie spodziewał. W szczególności te czarne jak otchłań piekieł oczodoły… Ale trening zawodowy szybko wziął górę. Poklepał Zoda po plecach, wspierająco.
- Cóż, w barze żadnych panien nie poderwiemy. Ale może coś się da zaradzić. - wyszeptał i spojrzał oczekująco na jaszczuroludzi.
Edward nie mógł ukryć ciekawości która go nagle złapała. Ich towarzysz miał w końcu pokazać im jak wygląda pod maską.. a co jeśli to jakiś półsmok?! I cały czas to przed nim ukrywał? Cały entuzjazm i ekscytacja jednak bardzo szybko znikły z jego twarzy. Tego grymasu osoby która ujrzała coś tak okropnego jak jeszcze nigdy w życiu, no może z paroma wyjątkami z ostatnich dni. Chwilę zajęło mu ponowne przybranie spokojnego oblicza jakie zwykle prezentował. Nie było tajemnicą że widok lica Zoda był szokiem, po tym jak wyglądała twarz Jina i tych rozszarpanych ludzi w wiosce nie spodziewał się że zobaczy tu coś jeszcze gorszego.. czy wszyscy w tej drużynie skończą z takimi twarzami?
- Kurwa… - sapnął Amos, który również z trudem utrzymał kontrolę nad sobą. Nic dziwnego, że ukrywał taką mordę za maską. Postanowił jednak milczeć, nie dając dodatkowego pretekstu jaszczurom, ani nie zmieniając tematu.Co prawda emocje na gadzich twarzach jaszczuroludzi były dla obcych trudne do odczytania, ale w tym przypadku nie było to problemem. Szok, obrzydzenie, strach przemieszany z podejrzliwością - te uczucia wymalowały się u każdego z obecnych, nawet u Shathvy. Ona jednak szybko się opanowała i przywróciła spokój na swoją twarz, podczas gdy pozostali jaszczuroludzie szeptali między sobą. Edward i Jin doszli do wniosku, że tym razem nieznajomość ich narzecza będzie dla Zoda zbawienna…
- Dziękuję ci, Zodzie, za ten gesst - przywódczyni odezwała się po przedłużającym milczeniu - Twój ssekret pozostanie ssekretem tu obecnych. Wierzę w waszą szczerość. Mówicie jednak, że wasze plemię nie szuka zwady z Dziećmi Bagien. Mówca Daruthek spoglądał w przyszłość i zapewniał, że miękkoskórzy będa chcieli zająć całe te ziemie, i musimy zrobić wszystko, by ich powstrzymać. Wy kłamiecie, czy on?- ta ostatnia sugestia wcale wydawała się być oburzająca dla Shathvy, ale kilku jej podwładnych wyraźnie się skrzywiło.
- To pozostaje do określenia przez ciebie, wodzu Dzieci Bagien. Ale spytaj wojowników którzy nas tu przyprowadzili o magiczne symbole które Mówca rysował w waszej nowej siedzibie. Jeśli nie mówi wam całej prawdy o jednym rodzaju magii, to czemu miałby nie robić tego samego przy drugim? - odezwał się Jin widząc że potężna wojowniczka została udobruchana.
Ta gestem przywołała jednego ze strażników, który zdał jej dokładną relację z tego, co zadziało się w wejściu do świątyni.
- Wracajcie do swoich obowiązków - poleciła na koniec jemu i jego towarzyszom.
- Plemię jak dotąd tylko traciło przez pomysły tego pierzastego łba - warknęła po chwili - Ciężko mi uwierzyć, że to miałoby być bez żadnego powodu… - złość mieszała się u niej z niepewnością.Zod już dwa razy musiał sam siebie przekonać, “nie, nie powinieneś zakładać maski, pomimo, że już widzieli”. Tak długo miał ją na sobie, że czuł się bez niej zwyczajnie nagi. Jakby przyrodzenie tutaj dumnie prezentował i wszyscy je krytycznie oceniali.
- JEŚLI zakładamy jego dobre intencje… jest u nas idea samospełniającej się przepowiedni. - Zod spojrzał na Edwarda przypominając, że musi zostać przetłumaczony.
- Scenariusz wyglądałby tak:
- Mówca przewiduje wojnę Dzieci Bagien z ludźmi.
- Aby chronić swój lud chce ich osłabić i podejmuje działania.
- Te działania zmuszają ludzi aby pójść na wojnę z Dziećmi Bagien.
- Wojnę do której by nigdy nie doszło gdyby Mówca nie próbował jej przeciwdziałać.
Gdy Edward tłumaczył Zod zbierał się aby uderzyć agresywniejszym słowami.
- Ale czy możemy być pewni jego dobrych intencji? W chatce, gdzie doszło do zmasakrowania bezbronnych piskląt, część Dzieci Bagien była… skażona ciemnoniebieskiemi kryształami. I mogę źle interpretować, ale wyglądali oni prymitywniej niż wy tutaj. Nie widzę nic takiego wśród was, więc wierzę, że to kolejny wytwór Mówcy. I dlatego też wierzę, że pomysł tej masakry wyszedł od niego, a stawiam wielki znak zapytania nad moralnością kogokolwiek kto do tego doprowadził. Nasz posterunek został wyrżnięty i winę za to próbowano podstępem zrzucić na lud Song’O. Zaszkodzili oni wam jakoś by chcieć nas wrobić w zaatakowanie ich?
- Pokój, a nawet przymierze, nie są łatwe - kontynuował po kolejnej przerwie na tłumaczenie. Miał nadzieję, że nie niecierpliwią się za bardzo. Ta forma rozmowy była długa. - Po obu stronach byliby tacy co by tego nie chcieli i próbowali by nas skłócić, bo zawsze będą tacy co zbyt chętnie ocenią nas po wyglądzie. - Zodowi głos aż zadrżał przy tych słowach. Naga twarz przywoływała wspomnienia gdy przeganiano go z miejsca które liczył, że kiedyś nazwie domem. Szczelina jego ust rozchyliła się o cal i sino-fioletowy język wypełzł między rzędy szpilkowatych zębów by pozwolić im się na nim zacisnąć, nabijając go aż do najdrobniejszych kropelek krwi. Pocieszające było jedynie to, że była tak samo czerwona jak wszystkich tu obecnych. Szybko go schował, gdy zdał sobie sprawę co robi.
- Ale jeśli uda nam się ich pokonać, a jeszcze lepiej: nauczyć… to oba ludy mogą rozkwitnąć. Mamy stal, mamy technologię, mamy nasze techniki rolnicze, mamy nasze zwierzęta hodowlane. Mamy też przyprawy, płótna, egzotyczne skóry… wiele wiele więcej rzeczy które w pierwszej chwili mogą wydać się zbędne i niepotrzebne, ale za dziesięć lat byśmy zrozumieli jak bardzo nasze życie się poprawiło dzięki wymianie handlowej. Co ważniejsze od wszystkiego co wymieniłem… mamy też wspólnego wroga. Boggarty. Czy możemy wierzyć, że nie będą one chciały dalej rozwijać swoich terenów? Nam też by wtedy zagrażały.
- Może warto skonfrontować się z tym Mówcą, teraz. Widzę, że nie pałają do niego miłością - podzielił się cicho swoimi spostrzeżeniami milczący do tej pory Amos.
- Nie wiem czy jesteśmy w pozycji by żądania stawiać. - pokręcił nieludzką gębą Zod, wciąż nie ruszając żuchwą. - Może sami do tego dojdą…
- Wolałbym żebyście mieli broń pod ręką jeśli będziemy w jego polu widzenia. Podejrzewam że zealota byłby gotów zaatakować natychmiast. - wyszeptał Jin do towarzyszy.
- Będzie jak będzie - stwierdził Zod nieco ostrzej - to szeptanie między sobą źle wygląda…
- Masz rację, w obecnośści wodza się nie szepcze - warknęła Shathva, wracając do wspólnego. Chwilę wcześniej zamyślona po wysłuchaniu Zoda, teraz wydawała się nieco pewniejsza siebie - Ty także masz rację - kiwnęła głową na Amosa - Nie wszysscy popierają to, co robi Mówca, szszczególnie w osstatnim czasie. Ale prawa plemienia są jassne: szaman jest nietykalny dla Dzieci Bagien - machnęła dłonią, jakby chciała zmienić temat, i znów spojrzała na Zoda, unikając jednak patrzenia na jego twarz - Czy twoje ssłowa oznaczają, że miękkosskórzy nie chcą wojny, tylko pokoju? Przychodzicie do nas z wyciągniętą dłonią i propozycjami, bez noża za plecami?- zapytała.
- Bez noża, bez pułapki. - przytaknęło diablę - Chcemy pokoju. Chcemy współpracy. Chcemy się razem rozwijać i chcemy zostawić pisklętom NAS WSZYSTKICH lepszy świat niż ten który my zastaliśmy.
Przywódczyni jaszczuroludzi milczała przez chwilę, trawiąc te słowa, aż w końcu pokiwała głową.
- Odsłoniłeś sswoją twarz, w twoich ssłowach nie kryje się fałsz - stwierdziła, a po kolejnej chwili zastanowienia podniosła się - Wolę zaryzykować kontakty z obcymi niż pośświęcić Dzieci Bagien w kolejnej wojnie. Nie złamię praw plemiennych i nie pomogę wam, jeśli będziecie chcieli powsstrzymać Darutheka - sięgnęła do pasa i podała Zodowi pięknie wyrzeźbiony dysk z jadeitu wielkości dłoni - Ale ani ja, ani wierne mi Dzieci Bagien nie będą wam przeszkadzać. Mówca jesst ze swymi poplecznikami w podziemiach, tutejsze duchy mają go w opiece i pozwalają mu otwierać wrota na dół. Pozosstali potrzebują dwóch takich pieczęci jak ta - gestem wskazała na kawałek jadeitu - Druga powinna być w przeklętej części świątyni, tam gdzie plemię nie wchodzi -
Zod kiwnął głową przyjmując dysk. Ciężar i stres z niego schodziły. Nigdy nie sądził, że przyjdzie mu negocjować pokój. Ale wraz ze stresem opuszczała go też siła i czuł słabość w kolanach.
- Uwolnimy oba nasze ludy od niego. Wskażcie nam tylko tę przeklętą część świątyni i podziemia.
- Jest po drugiej sstronie ruin - Shathva wskazała w stronę, z której bohaterowie przyszliby, gdyby nie wybrali drogi naokoło - A drzwi do serca świątyni są na środku, za fontanną. Jesteście teraz gośćmi Dzieci Bagien - dodała po chwili - Jeśli będziecie tego potrzebować, możecie zająć jedną z pustych chat na skraju wioski -
Alchemik pokiwał głową, dostali to czego chcieli, choć nie był pewien czy tego potrzebowali.
- Dziękujemy za zaufanie. Nie będziemy opóźniać, zabierzemy się za to przykre zadanie możliwie szybko. Śmierć powinna być szybka i czysta. A im dłużej będziemy czekać tym więcej czasu będzie miał na przygotowania. -
Gniew BurzyZod obserwował jaszczury z daleka. Nie śmiąc się ruszyć dalej niż powoli-głębiej za wielkie drzewo aby się jak najmniej w oczy rzucać.
- Ja się nie przeskradam. Może jest tu inne wejście? Świątynia nie jest w najlepszym stanie.
- Niziołki podarowały mi proszek niewidzialności. Zamaże nasze sylwetki na kilkadziesiąt sekund, dość by pokonać dystans do strażników i ich szybko spacyfikować, nim podniosą alarm. Ale potrzebuję czasu na przygotowania - odpowiedział Jin, wycofując się nieco głębiej w las, tak by ukryć się w gęstym podszyciu.
- Grupa. Obrona. Wytrwałość - wyskandował w smoczym, a cienista, obronna energia pokryła skórę jego i jego towarzyszy.
- Życie. Śmierć. Odwrócenie. - dodał w dziwnej mieszance języków planów i wepchnął dłoń w swoje własne ciało. Skóra nekromanty zafalowała, jakby coś próbowało się z niej wydostać na zewnątrz. - Siedź w środku. Oczekuj komendy gdy cię wyrzucę. - powiedział najwyraźniej do nikogo i ponownie skupił się na towarzyszach.
- Mam przygotowane mikstury dla każdego z was. - jego słowom towarzyszym cichy brzęk szkła uderzającego o szkło, niemal totalnie stłumiony przez gęstą ulewę - Wypijcie teraz, da wam trollową regenerację na kilka solidnych ciosów.
Edward będąc przekonany że Jin znowu zacznie rzygać jakimś trupem odwrócił na chwile wzrok, jednak dostając butelkę przyjął ją bez zbędnych pytań. Spoglądał na strażników w oddali z widoczną niepewnością.
-Zwyczajne ominięcie ich pewnie dużo by nie dało.. rozmawiać pokojowo pewnie też nie zamierzają. Nie wiem czy mamy inną opcję niż to co proponuje Jin. Ciekawe jak duża może być ta jaskinia..
- Czort… - zaklął Zod gdy dotarł do wspomnień z wydarzeń sprzed kilku dni. - Tej jaszczurzycy… Achut, czy jak ona miała, obiecaliśmy, że nie będziemy zabijać niesprowokowani… I mówiła, że ich wodza… wodzę? Ich przywódczynię może dałoby się przekonać. Mamy sposób aby ich nie zabić?
- Mogę spróbować ich zamrozić na… jakieś pół minuty, a potem można ich na spokojnie związać. Jednak jeśli są ponadprzeciętnie silni to mogą się wyrwać z lodowego więzienia, nie wspominając o tym że trafienie ich z odległości przy tej pogodzie nie będzie łatwe. - odpowiedział alchemik po odrobinie namysłu - Możemy spróbować, ale szanse są raczej znikome.
- Obiecaliśmy coś - przytaknął Zod - I przekonanie ich wodzyni jest naszą najlepszą opcją, a argumentacja “możemy żyć w pokoju” zaraz po zabiciu jej ludzi nie spotka się z uznaniem… Nie musimy teraz od razu działać. Poczekajmy. Poobserwujmy. Może nadarzy się okazja, może jest jakieś inne wejście… może wyjdzie ona na polowanie… Jak na razie nawet nie wiemy w co się pakujemy. Świątynia może być mała i w środku byłby tuzin jaszczurów, albo może to być cały kompleks wykuty w skale z dziesiątkami, bądź setkami.
- Czekając też wiele nie zyskamy. To zimnokrwiste humanoidy, mogą siedzieć we wnętrzu tygodniami i nie musieć wyjść. - odpowiedział alchemik - Możemy zaatakować frontalnie, czekać, albo spróbować pertraktacji. Tego ostatniego jeszcze nie rozważaliśmy, ale nie wiem czy tutejsi jaszczuroludzie honorują funkcje posła… - Jin wyglądał na zamyślonego. - Najprościej będzie wyjść przed nich, rozpalić ognisko, wrzucić na ruszt mięso i czekać.
-Czego nie zrobimy, jestem przekonany że powinniśmy robić to jak najszybciej.
Mag wskazał krótko na niebo.
-Ostatnio burza zwiastowała kłopoty, jako że się nasila to wątpię żeby urządzali sobie teraz polowania. Nie wyjdą do nas, to my musimy wyjść z inicjatywą Powiedziałbym że nie dość że nie zyskujemy, to nawet tracimy zwlekając. A każda jedna opcja niesie za sobą równie wielkie ryzyko. Nie ukrywam chyba najlepszą opcją by było gdybyśmy mogli się z nimi dogadać żeby pozwolili nam wyzwać ich lidera na pojedynek czy coś i ominęli mierzenia się z całym plemieniem.. ale czy będą chętni na ugodę czy wezwą alarm? Kto wie.. możemy tylko zgadywać.
- Poddajmy to głosowaniu. Ja jestem za próbą pertraktacji.
- Poczekajmy i zobaczmy co się wydarzy. Dodatkowo, obejdę okolice. Muszą tu być domostwa, płatnerzy, rzemieślnicy. Trzeba sprawdzić i oszacować na co napadamy.
- Cierpliwość nas uratuje. Zaatakować możemy w przeciągu minuty. Spróbować pertraktacji w pięć. Jedynym ryzykiem czekania jest, że nas zauważą za szybko i uznają za szpiegów…
- Niech będzie. Czekamy. - podsumował wszystko Jin i oparł się plecami o najbliższe drzewo.
Zod kiwnął głową zadowolony. Wolał nie porzucać jedynej szansy rozwiązania tego bez użycia siły.
- Pozwolicie, że ja po prostu się schowam gdzieś głęboko. Ja jestem najłatwiejszy do wypatrzenia z naszej paczki.
Diablę cofnęło się kilka kroków i usiadło pod drzewem celowo pozycjonując się tak aby sam nie wiedział niemal nic, ale też aby go nie widziano…
Amos usiadł nieopodal i wyjął z plecaka zawiniątko. Ostrożnie rozwiązał paczuszkę odkrywając zestaw do tatuażu wraz z farbami. Z odrębnej kieszeni plecaka wyjął drugą paczuszkę z moździerzem i fiolkami z różnymi dziwnymi substancjami. Wyjął drewnianą miseczkę, obmył i odłożył na bok. Fiolki zawierały przeróżne płyny, proszki w różnych kolorach, oraz grudki, które z pewnością trzeba rozdrobnić w moździerzu. Gdy wszystko było gotowe, sięgnął z powrotem po miseczkę i zaczął mieszać przeróżne składniki dodając nieco wody. Substancja dość szybko zgęstniała i zmatowiała przypominając w konsystencji bazarze błoto, lub smolę, choć nie wydzielała żadnego zapachu. W końcu półork był zadowolony z efektu, bo skrupulatnie odłożył na swoje miejsce wszystkie składniki. Nie sięgnął po igłę, ale rękoma naniósł farbę na skórę. Po kilku minutach farba na ciele zeschła i pirat zdjął ką jak zeschnięte błoto. Farba miała za zadanie ukryć rosłego mężczyznę przed wzrokiem i w sumie wyglądało na to, że działa, bowiem odchodząc, Amos zaczął wtapiać się w otoczenie.
W czasie, gdy jego towarzysze skryli się w zaroślach, Amos ruszył wzdłuż ściany zieleni, przemykając dyskretnie w stronę świątyni. Z każdym krokiem coraz lepiej słyszalny był szum rzeki, płynącej najpewniej ledwie kilkadziesiąt metrów za budynkiem. Miał też wrażenie, że raz czy drugi usłyszał jakiś sykliwy głos, może okrzyk, w oddali – ktoś ewidentnie był po drugiej stronie kamiennych ruin. Upewnił się o tym, gdy udało mu się dotrzeć na kilkanaście kroków od świątyni i mógł w końcu wyjrzeć za jej róg. Dostrzegł tam kilka prostych chatek z trzcin, przykrytych dachem z ogromnych liści tutejszych drzew, stojących na skrawku ziemi między świątynią a rzeką, która w tym miejscu tworzyła niewielką plażę. Wokół nich kręcili się i pracowali jaszczuroludzie, w większości zupełnie nie wyglądający na wojowników: kilkunastu drobniejszych, wręcz wychudzonych, osowiałych osobników. Przyglądając się im przez chwilę zwrócił uwagę na dwie rzeczy, a raczej ich brak. Żaden z jaszczuroludzi nie miał na sobie malunków czy kryształowych narośli, które widzieli wcześniej. Brakowało też jakichkolwiek młodszych osobników…
Półork przyjrzał się także budynkowi świątyni, w której ścianie ziała ogromna wyrwa. Przez nią wewnątrz dało się dostrzec kolejną parę chatek, w tym jedną zdecydowanie większą niż wszystkie inne, ozdobioną dodatkowo różnymi trofeami, głównie z czaszek i kości różnych bestii, a także…
- Tvuq! Wo ot vjisi? - usłyszał pytający okrzyk w nieznanym mu, syczącym języku. Zauważyli go. Trójka strażników, odzianych w wykonane z kamiennych płytek pancerze, skierowała w jego stronę długie włócznie, osłaniając się jednocześnie tarczami obciągniętymi łuskowatą skórą. Ewidentnie czekali na jego reakcję.
Stojący dalej Edward i Jin usłyszeli, jak jeden ze strażników krzyknął „Stój! Kto idzie?”
Półork przyjrzał się strażnikom jakby chciał ocenić swoje szanse, po czym uśmiechnął się i podniósł ręce do góry.
- Parley? -
Jaszczuroludzie spojrzeli zdziwieni po sobie, nie rozumiejąc tych słów.
- Tir wux kampiun jacion? -
- Thric ulhyrr -
Mówili cicho między sobą, podchodząc dwa kroki bliżej - Amos szybko zauważył, że ustawiają się tak, by łatwo go okrążyć w razie potrzeby. Ten, który pierwszy go dostrzegł, machnął końcem włóczni w stronę dżungli.
- Gethrisj mojka! -
Półork zrozumiał przesłanie, ale spróbował jeszcze swojej szansy. Pokazał na siebie, po czym palcami wykonał ruch jakby szedł, wskazał jaszczuroludzi i pokazał rękami pióropusz symbolizujący kapłana. Następnie wykonał kilka gestów opisujących mówienie, ludzi i niziołków i jaszczuroludzi i zrobił piracki znak braterstwa. Wskazał jeszcze na chudych Jaszczuroludzi, a potem naprężył biceps wskazując siłę i jedzenie. Pierwsze gesty były drobne i spokojne, ale w miarę „mówienia” gesty stawały się większe, bardziej ekspresyjne. Amos liczył, że w razie czego będzie mógł przejść bezpośrednio do ataku.
Jin zaklął pod nosem w otchłannym. Pojedyncze słowo które niosło w sobie obietnicę wiecznego cierpienia, skóry oddzielonej od ciała tak że pozostawała żywa, aby ofiara mogła patrzeć i czuć jak demoniczni oprawcy ją zakładają jak rękawiczkę. Musiał przyznać że był to piękny język gdy rzeczy szły nie po jego myśli.
- Musimy mu pomóc. - oznajmił już w wspólnym i ruszył po cichu w kierunku z którego doszły go głosy, starając się nie rzucać w oczy.
- Szybko poszło… - mruknął Zod stając spod drzewa i ruszył za Jinem. Trochę z tyłu. Aby możliwie później zdradzić swoją obecność.
-No i tyle z planu..
Powiedział pod nosem czarodziej i ruszył do przodu.
-Jeśli jeszcze go nie zabili to może są skorzy do rozmowy..
Mag wyszedł z uniesionymi rękoma w pokojowym geście starając się nie dawać strażnikom powodu do agresji zaczynając przemawiać w smoczym dialekcie.
-Bądźcie pozdrowieni. Przybyliśmy porozmawiać jeśli tylko zechcecie nas wysłuchać.