Gracias =D
Jo... szybkie rysunki "na dowalenie" czasem wychodzą znacznie lepiej niż te po 3 godziny pracy XD
Arvee
Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
Posty
-
Arvee art -
Arvee artOk. No to skoro mamy taki temat, no to i ja spróbuję sięgnąć po jakieś tanie endorfinki.
Ostatnimi czasy próbuję nauczyć się rysować i jakoś już zaczyna wychodzić. Nie ma fajerwerków, ale jest frajda.Na razie skupiam się na odtwarzaniu, zakładając, że tworzenie to dalszy etap, kiedy już będę w stanie zadowolająco odtwarzać =]



-
Powitania, pożegnania i powrotyYup. Podpisuję pod tym co Zell mówi =D
Fajnie Ciebie tu widzieć! -
Sharn: Mrocznymi ŚcieżkamiGrałem u Sinda dwie sesje i walki są wymagające, ale mogę potwierdzić, że popełniałem w nich błędy (nieraz głupie, czy wynikłe z niedoczytania zdolności) i przeżyliśmy =p
Choć jedno Nat20 sprawiło, że BBE zwiał, zamiast trafić do niewoli i na osąd XD
Ale to osobny temat =p -
Sharn: Mrocznymi ŚcieżkamiInfo dla pozostałych współgraczy:
Efektem moich szenanigans będę w stanie oferować innym BG (maksymalnie do pięciu sztuk) mały semi-permanetny bonusik + ~10 tHP oraz +2 enh bonus do wybranego fizycznego statu, oraz do psychicznego =]
Każdy będzie mógł sobie personalnie wybrać. -
[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór
Viktor uśmiechnął się do Daviona pokrzepiająco, jakby mówiąc “już po wszystkim”. Sam był zadowolony, że interakcja skończyła się polubownie i bez nawet jednej obrażonej minki.
- Skoro werdykt zapadł to pojedynek na kiece uznaję za zakończony! Więc: rozejm i świętowanie. Filio, skoro będziesz organizowała romantyczną kolację… - nachylił się niby konspiracyjnie - … a wszyscy wiemy, co Kay naprawdę kręci. - Wrócił do wcześniejszej postawy, jakby nigdy tego nie wypowiedział - Powiedz mi, co według ciebie bardziej zdradza szlachtę. Maniery przy stole, czy gust i styl?
Wzniósł dłoń, aby gestem zwrócić na siebie uwagę kelnerki, zastanawiając się, czemu to sobie zrobił? Mógł wybrać prosty i bezpieczny temat, ale pozwolił ciekawości wygrać.
- Zależy co rozumiesz przez "zdradza". Jak Kaylie pokazała, byle ulicznica może ubrać się w gustowny ciuch. - mówiąc to Filia puściła Galtiance oko na znak żartu - Manier też da się nauczyć. Co najczęściej zdradza szlachtę to ich negatywne cechy. Wywyższanie się, udawanie edukacji.
A Kaylie mimo początkowej irytacji na słowa Filii o kreacji, powróciła do wtulania się w ramię Viktora, gdy zobaczyła, że to miało być droczenie się i żart. Wolała dalej okazywać uczucie w ten uroczy sposób.
- Zła opinia o szlachcie, widzę… - stwierdził Viktor, bez żadnego nacisku - Jestem w stanie zrozumieć. Z drugiej strony pycha nie jest przywilejem samej szlachty. I tacy wychowani na ulicy - nieznacznym, łatwym do niezauważenia gestem wskazał siebie samego - mogą wyrosnąć na aroganckich dupków, o przerośniętym ego. Tytuły można odziedziczyć. Klasę, edukację, czy styl trzeba wypracować. A jednak wciąż pospólstwo chce się upodabniać do szlachty, a nie odwrotnie.
- Ponieważ szlachta ma pieniądze. Pospólstwo może ich nie mieć, ale może udawać, że je ma. Czasem ludzie pragną okłamywać samych siebie. - Filia westchnęła nieco ciężej - Ludzie robią dużo rzeczy kiedy są nieszczęśliwi…
- Masz wiele racji, ale to nie tylko to. Pieniądze i szczęście to nie to samo. Uwierz mi, żyłem w obu tych światach i choć oczywiście proporcje są zgoła różne, to jednak widziałem lordów ze smutkiem w sercu, którego nie potrafili zrzucić i widziałem uliczną biedotę śmiejącą się tak głośno, że mógł rozboleć brzuch. Jeśli to jakoś doda ci otuchy… moje skrzypce nie są jednorazowe. Nie podejmowałbym się ponownie aż takiego wyczynu jak dziś… on mnie wiele kosztował. Ale możemy, w przyszłości, poczynić realne zmiany na lepsze dla tych co dziś są na tych ulicach, jak byłem ja.
- W sumie skąd to pytanie? - zagaiła Filia - Mam wrażenie, że chcesz mnie wciągnąć w kolejny "Wielki Plan".
- Ależ oczywiście… w końcu ja tylko pracuję, a relaxatio to dla mnie obcy koncept. - Viktor prychnął, przykładając opuszki do piersi, w teatralnej urazie - Dziś moim Magnum Consilium jest poznać Filię i Daviona, jacy są po cywilu. Znam już komendant straży. Chcę wiedzieć kim jesteś gdy zrzucasz pancerz. Znam też kapłana z misją, ale dopiero teraz człowiek mi się wyłania - dodał także, patrząc na Daviona. - A przede wszystkim, największy z planów, to miło spędzić czas, a może i wspomóc cię moim doświadczeniem, jeśli będziesz miała ochotę uhonorować pierwotne plany. Ten aspekt jednak spokojnie można przełożyć na kiedy indziej. Tylko Ty oceniasz jak bardzo czas goni.
Filia uniosła ręce w przepraszającym geście. W tym czasie podeszła też kelnerka oczekując zamówienia od Viktora.
- Przepraszam, przepraszam… Po prostu… odkąd pojawiłeś się w moim życiu wszystko stanęło na głowie. Za każdym razem kiedy z tobą rozmawiam staję się częścią świata, który jest zbyt duży i straszny na moje doświadczenie…
Kaylie dalej się przytulała, jakby dumna, że to ona go ma.
- Humpf… wybaczone - odpowiedział z niby-urażoną miną, ale do kelnerki uśmiechał się już zupełnie serdecznie - Karty bym prosił. Cztery. Nie mielibyście jakiejś butelki wina z Zachodniego Wybrzeża? Ugh… Cheliax, może Isger, Ravounel, ale nie Nidal. Hmmm?
- Uh… zapytam mistrza sali i przy tym przyniosę karty, dobrze?
- Yhym… - przytaknął Viktor, a dziewczyna odchodziła już przy pierwszej głosce zgody. Znów spojrzał na Filię.
- Dziś nie chcę poszerzać twoich horizontes o to co trudne i straszne. Wolałbym aby to było w drugą stronę… Albo o kompletnych bzdurach rozmawiać. Na przykład… jak się poznaliście? I chciałbym coś więcej “ja byłam w kościele, on był w kościele i jakoś tak fortuna zadecydowała.”
Filia i Davion zesztywnieli na to pytanie i spojrzeli na siebie z nie lada konsternacją. Pierwszy odezwał się Davion.
- Ty chcesz, czy…?
- Ty faktycznie to pamiętasz, więc może ty opowiedz… - odparła komendant straży zakopując twarz w dłoniach.
Davion przytaknął i odchrząknął.
- No.. nasze pierwsze spotkanie… nie było zbyt romantyczne. Znalazłem Filię… - zniżył głos do poziomu konspiracyjnego - W rynsztoku… - kobieta zdawała się próbować zakopać pod ziemię im bardziej jej kochanek opowiadał.
- Była w naprawdę ciemnym miejscu i zaczęła sięgać do butelki, aby o tym zapomnieć. Nie miała na sobie munduru… ledwo co na sobie miała… ja wtedy byłem nowy w mieście i nie wiedziałem jeszcze kto jest kim. Zabrałem ją do kościoła, aby otrzeźwiała… coś zjadła. Dużo płakała kiedy się obudziła…
- I myślałeś, że to jakaś biedaczka z dolnych dzielnic, co się zachlała po ostatnim kliencie.
Kaylie nie zapytała. Kaylie stwierdziła wciąż wtulona w Khala.
- Romantyczne.
Davion westchnął.
- W sumie… tak. - Filia wyprostowała się.
- CO!? - Davion uniósł dłonie w obronie.
- Nie znałem cię, byłaś w łachach w rynsztoku. Co powinienem myśleć? - komendant uspokoiła się i znowu wróciła do prób wtopienia się w krzesło - Więc po tym, zaoferowałem jej pomoc. Wsparcie w trudnych czasach… po kilku tygodniach… przybliżyło to nas.
- Nie przeszkodziło, że zmusiłam cię do seksu kilka razy… - Filia mruknęła, czerwona na twarzy.
- ... a kiedy dowiedziałeś się kim ona jest? - zapytała i spojrzała przelotnie na Khala.
- Po jakimś tygodniu. - przyznał Davion - Głównie dlatego, że przyszła do mnie w mundurze… wcześniej udawała zwykłą dziewczynę z miasta.
- Hah… Filio… na pewno pamiętasz jaką miał wtedy minę. Nie trzymaj nas w niewiedzy - negocjował Viktor.
Kelnerka zdążyła wrócić z winem i kartami.
- Dam państwu chwilkę i wrócę przyjąć zamówienie. - Filia odrazu złapała kartę i schowała się za nią.
- Pierdol się… - mruknęła jedynie.
- Wybacz… ona naprawdę nie wspomina dobrze tamtego czasu. Byłem w szoku, chociaż to mało powiedziane. - ujął delikatnie dłoń komendant, która starała się ciągle trzymać kurczowo kartę.
Viktor skrzywił się, ale w ręku już trzymał wino i czytał etykietę.
- Custodia Aurea. Tsk… kiepskie. Przygotowane tak jak obcym by się mogło wydawać, że cheliańskie powinno smakować.
Mimo to otworzył butelkę. Nie wierzył, by mieli cokolwiek innego, skoro nie proponowali.
- Uwierz lub nie, ale byłem w gorszym miejscu niż to co opisałaś. Nie spotkasz się z kszytyną oceny z mojej strony. A ty Davionie? Masz jaka jest twoja najbardziej zawstydzająca historia którą gotów jesteś się podzielić?
Kapłan westchnął.
- Dawno temu… będzie ze stulecie. Zostałem zaproszony na przyjęcie w… Isger jeżeli się nie myle. Dużo alkoholu, więcej niż przystoi, ale nie pamiętam kiedy straciłem kontrolę. Obudziłem się z grupą mężczyzn w fontannie, wszyscy mieliśmy pawie pióra między pośladkami.
- Moje najwstydliwsze… ale takie odpowiednie do towarzyskiej dyskusji… - mruknął Viktor w zastanowieniu, bo jak pytał to wypadało aby i on się podzielił.
Palce uderzały rytmicznie w stół, gdy rozważał póki nie znalazł.
A wtedy rytm został przerwany i jego oczy otworzyły się szerzej na moment.
- Ughh… - stęknął pochylając głowę by oprzeć ją na dłoni - to wydawało się znacznie łatwiejsze póki było abstrakcyjne… Kiedyś próbowałem reakwizycjonować kilka jaj. To było blisko granicy Andoranu i Isger, ale nie wiem po której stronie. Ogara pasterskiego przekupiłem jelenimi kośćmi, które niedźwiedź zostawił. Dostałem się do gęśnika na podwórzu i powoli wybierałem jajka w worek z porwanej koszuli. Wszystko szło świetnie póki spod gąsiora nie spróbowałem wybrać jaj. Musicie zrozumieć, że ja wtedy już dawno nie byłem dzieckiem. Nie w środku. Ale jak dziecko krzyczałem gdy przed nim uciekałem. Najpierw mnie podziobał i pogryzł, aż miło a potem dwa miesiące mi się rany paskudziły. Do dziś… te dwadzieścia trzy lata później, jak gęś zobaczę to potrafię się wzdrygnąć. Wielki prawnik. Trzecie Pióro Cheliax. Boi się gęsi. Hah!
- Gęsie Pióro. - podśmiała się Kaylie.
Filia spojrzała zza karty.
- Mamy kilka gęsi w biedniejszej dzielnicy, jeżeli chcesz zmierzyć się ze swym lękiem ponownie.
- Masz na myśli, że zorganizujesz dla mnie akcję eksterminacji wszystkich zębatych ptaków hodowlanych? Filio, jak ja ciebie uwielbiam. Tak, poproszę.
- Miałam bardziej na myśli takie mini zoo, gdzie dzieci się oswajają z groźnymi i niebezpiecznymi stworzeniami ze wsi. Byłbyś wśród swoich. I dostaniesz słodycza jeżeli będziesz dzielny.
- Niebezpieczne bestie… rozumiem czemu wybraliście do tego gęsi.Tak czy siak podziękuję… od ponad dwóch dekad uskuteczniam sukcesywne unikanie tych piekielnych stworzeń i sprawdza się to doskonale.
- Mój dzielny mężczyzna... - zażartowała Kaylie dając Viktorowi cmok w policzek.
- No to twoja kolej, Kaylie. Wszyscy się wyzwierzaliśmy. - rzuciła wyzwanie Galtiance Filia.
Kaylie spojrzała trochę spanikowana. Zaczęła myśleć nad tym, co może powiedzieć, ale... wszystko co wymyśliła było gorsze od drugiego, a przecież nie na tym to wszystko miało polegać by innych traumą zalewać.Khal mógł zobaczyć jak ciężko jej odnaleźć coś, co uznane byłoby za śmieszne, gdy myśli zbaczały do ciemniejszych rejonów.
- Ja... - zaczęła chcąc czas sobie kupić - ...budziłam się często z przypadkowymi osobami... wiecie, alkohol... - zaśmiała się nerwowo - Najemnicza wolność... I... Był też bogaty kupiec co nas wynajął... I po wykonanym zadaniu impreza... Na jakiej i on był... Oczywiście jak zawsze zaszalałam... I był też on... - wiedziała, że historia żałosna, ale nie mogła wpaść na inną - Po miesiącu myślałam, że jestem w ciąży. Może z nim. Tak brzuch męczył, niedobrze... - westchnęła - Ale miałam tylko problemy żołądkowe. Duże gazy i przeszły.
Filia pokręciła głową.
- Widzę, że wszystkie nasze wstydliwe grzeszki mają jeden temat. - westchnęła - Więc, widzisz Viktor. Tak wyglądam kiedy "jestem sobą". Nie najlepszy widok, co?
- Meh… - wzruszył Viktor ramionami bez przejęcia - Nie jestem już dzieciakiem, co kradł gęsie jaja, by nie zdechnąć jak pies. Nie jesteś kobietą, która nie potrafiła kontroli zachować. Davion nie ma już pawiego pióra gdzie słońce nie dociera, a Kay nie jest już nie jest najemniczką z problemami z przywiązaniem. Nie jesteśmy definiowani nawet przez te historie, których nie ważymy się opowiedzieć przy tym stole. Jesteśmy tu i teraz. A teraz siedzimy przy Stole Arkadowym i chłopak po twojej lewej niedługo dostanie od swojej partnerki w twarz, bo zbyt chętnie jego wzrok ucieka w twoim kierunku.
Filia walczyła z chęcią spojrzenia w kierunku, o którym wspomniał Viktor.
- Więc… - westchnęła - … Szczerze… nie mam osobowości poza bycia Komendant Straży. Ojciec i… ogólnie wszyscy, kierowali mnie w kierunku bycia częścią systemu prawnego, jedyna moja wolność polegała na tym gdzie skończę… bez zaczęcia.
- I uważasz, że dwa słowa “komendant straży” w pełni oddają twoją osobę?
Filia zastanowiła się chwilę i kiwnęła smutno głową.
- Z mojej perspektywy…
- Zacznij chodzić na szlacheckie imprezy. To na pewno cię rozbudzi. - zasugerowała Kaylie.
- Ćśś… nie teraz, Kruszyno… - poprosił ją Viktor, wciąż patrząc w Filię - Ile znasz osób piastujących stanowisko odpowiadające temu co w Evercrest nazywamy komendantem straży?
Kaylie zamilkła, choć nie była zadowolona ze słów Viktora. Nie podobało jej się, że została uciszona i odstawiona na bok.
- W sensie "koledzy po fachu"? Kilku z okolicznych królestw.
- Czy jakbyś dostała niemożliwie-kompletne dossier was wszystkich, ale z usuniętymi wszystkimi nazwami własnymi oraz osiągnięciami zawodowymi. Byłabyś w stanie siebie wśród nich znaleźć? Czy byłyby one wszystkie identyczne i inherentnie nierozróżnialne?
- Byłabym jedyną kobietą, jeżeli o to ci chodzi…
Viktor pokręcił głową z nieco zażenowanym uśmiechem na twarzy.
- Czy płeć byłaby jedyną rzeczą, cechą osobowości, elementem stylu zarządzania, które pozwoliłyby ci rozpoznać siebie?
- Ech… nie… - kobieta nalała sobie kieliszek wina i upiła łyk, po czym opróżniła cały kielich- Głównym elementem byłoby to że zaczęłam jako Komendant Straży… a nie, że skończyłam na tej pozycji.
- A zatem dalsze pytanie będzie takie samo jak poprzednie. Czy ten element byłby jedynym co pozwoliłoby ci rozpoznać siebie? Możesz zarzucać mnie całym szeregiem irreleventia, które doskonale wiesz, że nie stanowią sedna. Wówczas ja – za każdym razem – zawężę pytanie aby wykluczyć kolejny zbędny detal, aż dojdziemy do właściwego essentia. Więc sama decyduj… przejdziemy od razu do rzeczy o realnej wartości, czy kontynuujemy dalej w tą socjalną ciu-ciu-babkę?
Kaylie wciąż się nie odzywała, ale wiedziała, że on ma teraz zamiar wejść w te nudne i zagmatwane rozprawy intelektualne, jakich osobiście nienawidziła.
- Jedynym? Nie. Ale gdybyś powiedział "To jest lista wszystkich Komendantów Straży Rzecznych Królestw", to uwierz mi, nie musiałabym szukać głębiej jakbym zobaczyła "Baba, która została Komendant, bo jej ojciec jest głównym sędzią"...
- Mógłbym otworzyć disputatio o zasięgu praktykowanego nepotyzmu wśród tych u władzy… gdyby nie była to nieistotna dygresja. Dyskutujemy o tym, czy osobowość Filii Blackfyre można by skutecznie zdefiniować słowami “komendant straży”. W contextusie tego tematu… nawet tak niekorzystna dla ciebie interpretacja rzeczywistości udowadnia jedynie MOJĄ tezę. Nie da się. Oczywiście, rozumiem, że bycie definiowaną jako “komendant straży; baba; nepo-dziecko” to nie jest pochlebną “definitia”, ale dopiero zaczęliśmy burzyć mury twojej błędnej percepcji swojej osoby. Jakbyśmy byli sami i wyraziłabyś chęć to bym chętnie pomógł ci przejść przez to powoli, tak abyś sama do wszystkiego doszła, jedynie naprowadzana przeze mnie… ale z szacunku dla poczytalności naszych partnerów trochę to przyspieszę… Jesteś własną, wyjątkową osobą. Jesteś mieszanką tysiąca i jednej cechy, które tworzą niepowtarzalną mieszankę i to mówiąc tylko o warstwie zawodowej. Jesteś kapitan straży która jest gotowa ścigać prawdę, mimo tego jak bardzo wygodniej byłoby schować głowę w piasek i udawać, że nic nie widzisz. Nie każdy, by się tego podjął. Jesteś kapitan straży, która osobiście poprowadziła wyprawę, aby uratować ludzi których przysięgała chronić. Nie każdy, by się tego podjął. Jesteś kapitan straży którą coś – nie pytam co – wepchnęło tak głęboko w butelkę, że jakakolwiek godność wyleciała przez okno… i się z tego podniosła. Nie każdy, by dał radę. Jesteś kapitan straży, która dla dobra swoich ludzi zaryzykowała sojusz z kapłanem Piekielnego Duke'a, mimo, że znacznie łatwiej intelektualnie byłoby się nie zastanawiać i to odrzucić. Uwierz mi: nie każdy by się tego podjął. To wszystko wykracza daleko ponad “kapitan straży”, a to dopiero warstwa zawodowa. Nie mam tak długiej listy dla Filii-w-cywilu, bo to pierwsze nasze rzeczywiście prywatne spotkanie, ale daj mi takie trzy to stworzę identyczną listę prywatnych atrybutów. Jednak już teraz mogę powiedzieć… jesteś moją siostrą i z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu… stałaś się dla mnie ważna. Nie oczekuję od ciebie odpowiedzi wzajemności. Zamiast tego powiedz mi, która z wymienionych decyzji, nie była twoja?
- Viktor… a ile tych decyzji musiałabym podjąć i podjęłabym, gdybym nie była komendant? - Filia westchnęła - Tak, wiem… mało istotne, ale nie możesz powiedzieć, że nie ma korelacji… nawet wyciągnięcie się z dołka… nie było MOJĄ decyzją… było czymś co ktoś inny pomógł mi osiągnąć. Nie ma różnicy między mną komendant, a mną cywil. Mundur schodzi tylko wizualnie.
- Davion. Jaka jest – w Domie Odnowy – skuteczność rzeczywistego pomagania tym, co szczerze chcą aby się od nich odczepić i dać wrócić do trucia się?
- Viktor… wiem o co ci chodzi, ale przestań. Ignorujesz to co ją naprawdę męczy. - odparł kapłan Abadara, i położył dłoń na ramieniu Filii - Powiedz mu… po cichu…
Filia zamknęła oczy i odetchnęła kilka razy.
- Myszkowałam trochę… wiesz, po tym jak mi powiedziałeś o naszym pokrewieństwie. Myślałam… "Może to nie takie złe. Może matka Vitkora po prostu przeżyła noc pasji z moim ojcem."... Taty nie było w Evercreast, królestwie, przez cały okres twojego poczęcia i narodzin… Nie ma marginesu błędu.
Kaylie w milczeniu spojrzała na Viktora, choć i jej się to mniej i mniej podobało.
Viktor miał ochotę wytknąć różnice między “ignorowaniem” a “brakiem informacji”... póki Filia nie powiedziała o co rzeczywiście chodzi. Wtedy przestało to być takie ważne.
Spojrzał na nią z jakąś niemocą i powoli rozłożył dłonie.
- Spodziewałem się tych wniosków, do których nas to prowadzi. Przykro mi, że się potwierdziły.
- A mnie jest przykro, że nie potrafię spojrzeć w lustro i nie czuć obrzydzenia i lęku. Że nie kwestionują każdego oddechu który biorę… bogowie.. czy ty… - Davion momentalnie przytulił Filię chowając jej twarz w swojej piersi.
- Ciii… cii… - kapłan Abadara zerknął na Viktora - Naprawdę ją to wstrząsnęło. Stara się być silna, ale nie śpi już któryś dzień…
Viktor patrzył chwilę na scenę… w jego oczach odbijał się siostrzany ból. Szukał w głowie sposobu jak jej pomóc. Jak wymanipulować z tego wszystkiego może odwrócić uwagę coś wyznając, albo…
- Ja… nie mam… ja chciałbym… ehhh… Nie mam tu słów pocieszenia. Nawet nie wyobrażam sobie jak się czujesz. Wiem jak to jest nie móc patrzeć w lustro, ale… mamy kategoryczną różnicę w przyczynach. Wyobrażam sobie, że nic co zrobię, albo powiem nie byłoby w stanie ci teraz pomóc, więc przyjmij proszę, przynajmniej intencję… bardzo bym chciał ci pomóc i jeśli bym był w stanie bym zrobił co mogę, aby to osiągnąć.
Filia siedziała tak chwilę wtulona w Daviona, do Viktora dotarły ciche dźwięki jej chlipania. W końcu się uspokoiła i odsunęła od narzyczone, kładąc delikatnie dłoń na jego policzku. Spojrzała potem twardo na Azazelitę.
- Daruj sobie obietnice o pomocy - spojrzenie Viktora uciekło w dół, by nie ujawnić słabości w nim - Obiecaj mi coś. Mówisz, że Azazel będzie bogiem sprawiedliwości dla tych, których zawiódł system. Udowodnij mi to…
- Jaki test proponujesz? - zapytał z jakąś rezygnacją.
- Daj sprawiedliwość mnie i nasz… naszej… - kobieta zamknęła oczy starając się uspokoić - naszej matce. Dobrze? Obiecaj mi to.
Spojrzenie Viktora wzniosło się. Było twarde, bystre i błyszczały w nim nienawistne iskry.
- Dlaczego – ci się wydaje – zostałem adwokatem w kraju diabłów? - pytał, niemal sycząc przez zęby, gdy pod stołem Kaylie uchwyciła jego dłoń poza wzrokiem innych, gotowa by ją ścisnął.
- Dlaczego – ci się wydaje – właśnie Azazela wybrałem?
- Dlaczego – ci się wydaje – porzuciłem wpływy, bogactwa i moc, by tu przybyć?
- Zostałem adwokatem, bo wpadłem w obsesję. “Jak mógłbym uzyskać sprawiedliwość?”. Dla niej. Wybrałem Azazela, bo obiecał mi właśnie to o co mnie prosisz. A wróciłem tutaj, bo nadszedł już Czas. Prowadzę wiele gier i mam wiele Wielkich Planów, jednak… Na wszystko co kiedykolwiek było mi drogie, na własną przeklętą duszę i wszelkie moje nadzieje… jeśli miałbym spełnić tylko jeden z nich to właśnie będzie sprawiedliwość dla mojej… naszej matki. Tisis Frey.
- Nie wiem co pcha ludzi do podjęcia decyzji takich jak twoja… ale wierzę w twoją motywację. Po prostu… czuję się splugawiona… tak dogłębnie, że nie wiem jak ze sobą teraz żyć. Nie wiem czy sprawiedliwość, czy zemsta czy jak chcesz to nazwać, przyniesie mi ulgę… Ale KTOŚ musi za to zapłacić… tylko. - kobieta starała się uspokoić rzucające nią emocje - Daj mojemu ojcu szansę… przynajmniej, aby to wszystko wyjaśnił.
- Własnoręczne grzebanie matki robi z ludzką psychiką nieprzyjemne rzeczy - odpowiedział, z nieszczerym uśmieszkiem, ale szybko go zmazał z twarzy - Wciąż przyjmuję opcję, że był tylko “oszukanym głupcem”. Widziałem podobnie nieprawdopodobne scenariusze okazujące się prawdą… scenariusz - poprawił się - jeden. Ale to daje mu pewne święte przywileje. Jeśli tylko okoliczności umożliwią to dostanie swoją możliwość wyjaśnień.
- Dziękuję… - Filia powoli zaczęła się uspokajać - Trochę… trochę mi lepiej jak się tym podzieliłam. Przepraszam, że zepsułam tą sytuację moimi… problemami. - komendant uśmiechnęła się, chociaż smutno - Więc… - odchrząknęła starając się zmienić temat - Ktoś zamawia?
Viktor wziął dłuższy wdech… gdy się prostował poczuł opór… to jego dłoń zaciśnięta na dłoni Kaylie. Świadomie zmusił się, aby rozluźnić palce.
- Wybacz, Kruszyno… nie chciałem… - przeprosił, bo dopiero po fakcie poczuł z jaką siłą je zaciskał.
Kaylie jedynie blado się uśmiechnęła na znak, że nie szkodzi, ale Khal mógł poczuć jak pod stołem lekko głaszcze trzymaną wcześniej dłoń.
Wrócił do swego rytuału. Długi wdech… i powolny, prawie świszczący wydech, przedłużony aż płuca zaczęły palić z braku tlenu. Gdy podniósł wzrok miał w nim już swój zwyczajowy spokój i kontrolę.
- Jeśli dobrze pamiętam to miałem swój udział w inicjacji tego tematu… - zagadnął lekko, spoglądając w kartę - Więc roszczę sobie prawo do części “winy”. Ja dziś świętuję moją świątynię. Więc biorę stek… z orzechami… - mówił powoli, na bieżąco zczytując wzrokiem opcje - i rozmarynem. Do niego pieczywo czosnkowe i jakąś sałatkę dla złamania smaku. Kay, coś wpada tobie w śliczne oko? Ah… i, oczywiście, dziś ja się zajmę rachunkiem i jak ktoś mi spróbuje się sprzeciwiać, to klnę się na moją umiarkowaną poczytalność, że przy dramie którą urządzę, ta sprzed chwili wydawać się będzie kulturalną rozmówką o zeszłorocznej pogodzie.
- Chateau de Beaucastel Chateauneuf-De-Pape. - Kaylie powiedziała idealnym galtiańskim - I Crostini z serem Brie i smażonymi figami, proszę.Kelnerka zamrugała kilka razy i spojrzała do kart dań wertując strony. W końcu zatrzymała się w pewnym momencie i delikatnie ruszała kącikiem ust czytając nazwę wina.
- Oczywiście, milady.
- Dwie butelki. - rzuciła Filia.
- Oczywiście, pani Kom… - dziewczynę zmroziło kiedy zobaczyła spojrzenie Filii - Lady Blackfyre.
- Dobrze i poproszę Terrine z dziczyzny zapiekane w cieście Galtianskim. Wasz kucharz wie o co mi chodzi. - kelnerka zapisała zamówienie. Kaylie spostrzegła, że jej oponentka w ubiorze nawet dobrze wypowiedziała nazwę potrawy.
- Ja poproszę naleśniki z twarogiem i owocami leśnymi, polane miodem. - Filia pokręciła oczami.
- Ten twój elfi metabolizm nie jest wymówką, abyś jadł jak dziecko.
- Zazdrościsz. - kapłan ucałował policzek swej narzeczonej. Kelnerka przyjęła zamówienia i ruszyła w stronę kuchni. Filia zerknęła na Kaylie.
- Faktycznie miałaś na to ochotę, czy chciałaś się pochełpić swoim "szlachetnym językiem"?
- Na co ochotę? - zapytała Kaylie.
- Drogie Galtiańskie wino i potrawę z Galtianskiej części potraw?
- Przypominają mi dom. Nie mam też często na nie okazji, a do tego to nie ja płacę. W domu mogły w piwnicach leżeć, tutaj mi jakieś sikacze ze spelun zostają.
- Myślisz, że czemu poprosiłam o dziczyznę? - Filia uśmiechnęła się kiedy usłyszała "to nie ja płacę" od Kaylie - A ta restauracja jest faktycznie dobra… chociaż nie wiem, czemu narzekasz. Otto pewnie mógłby ci wyczarować każde wino, z każdego planu. - kobieta pokręciła głową - Skoro mowa o tym… czymś. Macie jakieś pojęcie CZEGO on tu chce? Nie robi problemów i kiedy pierwszy raz poruszyłam temat, po prostu odpowiedział: "Odnalazłem to czego szukam od dawna". Ale już minęło… pięć, sześć lat i nic nie zrobił.
- Jego miejsce tak. Ale ja jako najemnik podróżowałam. A co chce... a masz go dość? Miły jest.
- Wiem czym on jest, nawet jeżeli nie możemy tego powiedzieć. Pomysł, że taka istota jest praktycznie w samym centrum miasta nie napawa mnie spokojem.
- Więc nasza obecność jest ci na rękę, bo na pewno póki my jesteśmy... póty nie będzie robił problemów. - wzruszyła ramionami - Może brzmieć jak szantaż, ale tym nie jest. To po prostu tak działa w jego przypadku.
- Tak, wiem. Poczuje się sto razy lepiej jednak, kiedy zniknie. Nawet jeżeli będę trochę tęsknić za jego córkami i jedzeniem. - Filia westchnęła - Właśnie, czy ja dobrze widziałam, że kolejna się pojawiła?
- Wyrastają prawie jak grzyby po deszczu, nie? - zażartowała - Choć to może być bardziej prawda niż się wydaje.
- Nie wiem czy to dobry, czy zły omen. Mimo wszystko miło będzie ją poznać.
- Lawenda ma na imię - wtrącił Viktor, zadowolony, że nie potrzebował – w żadnym momencie – skorygować słów Kaylie. Zgrabnie rozwiązała temat. - Śliczne dziewczę, ale to już tylko potwierdzenie zastanego wzorca. Nie miałem jeszcze okazji jej poznać. Trochę zbyt się ekscytowałem na dzisiejsze wydarzenia, aby zwolnić i złapać ją na kilka słów.
- Lawenda? Ah, Lilia mi o niej opowiadała. - Filia zamyśliła się chwilę - Mówiła, że jest najspokojniejsza i najbardziej dojrzała z nich wszystkich. W sumie dobrze, nie wiem czy bym zniosła kolejnej flirtującej ze mną…
- Flirtują z tobą? - twarz Daviona obrazowała duże spektrum emocji.
- Głównie Lilia, ale Piwonia też potrafi. Czasem trudno odmówić…
Davion otworzył i zamknął kilka razy usta.
- Nie jestem pewny co o tym sądzić.
Filia prychnęła.
- Facet.
- Lawenda istotnie daje wrażenie… hmmm… dojrzałości - dodał Viktor, nie wyrażając swojej opini o tym co Davion powinien sądzić. - Choć to mało warta opinia, w kontekście, że widziałem ją piętnaście sekund i nie zamieniłem z nią słowa. Ha.
- Lilia i mnie chce zapylić. Coś mi się tak widzi. - galtianka stwierdziła bez wstydu.
- Zapewnia mnie, że tak okazuje przyjaźń i ogólne ciepłe uczucia. - oznajmiła Filia.
- Gdyby Otto nie zabronił... - podśmiała się cicho - Byś jeszcze listki wypuściła. - zerknęła na Daviona - Ktoś inny zasadziłby nasionka w twojej narzeczonej.
Mężczyzna się zaczerwienił, a Filia zachichotała.
- Och daj spokój, one nie ściągają sił życiowych z kobiet, więc my mamy wolną rękę. Do tego one nie zasadzają nasionek.
- Więc pozostaje nam szukać innych dawców... Kiedy Davion zasieje?
Mężczyzna zakrztusił się pijąc wino, a Filia sama się zaczerwieniła.
- Niestety… nie jestem w stanie. Lekarze i Kapłani mówią, że nic nie da się zrobić…
- Odpowiednio silna magia kapłańska da radę. Tu pewnie tak silnych kapłanów nie ma. - stwierdziła.
- Mnie… brakuje odpowiednich części… - odparła Filia - Trudno uleczyć coś czego nie ma…
- Nadal można odpowiednią magią zbudować, a w razie co... Pakty działają. - zasugerowała.
- Może kiedyś, ale nie ma pośpiechu… - odparła Filia - A wy planujecie coś? Poważniejszy związek?
Viktor zachichotał dudniąco.
- W poważniejszy związek próbujemy. Na swój własny sposób. A na rozważania dzieci jest trochę za wcześnie po ledwie dwóch tygodniach takich prób.
- Mhm... - Kay nie widziała sensu ciągnąć tematu, kiedy już widziała, że jest on po prostu przegrany. Filia i Davion nie wiedzieli, ale szanse na szczęśliwy związek i potomstwo nie były wysokie dla tej dwójki azazelitów.
- No cóż, jeżeli będziecie potrzebowali zaślubin, wiecie gdzie pytać. - odparł Davion z uśmiechem.
- Skoro o planach mowa, co teraz z tym waszym kościołem? Zbieracie pewnie wiernych, ale… no nie wiem, zaczniesz wymyślać jakieś święta? - Filia zerknęła na Viktora.
- Święta będę raczej ustanawiał na bieżąco… jak coś ważnego się wydarzy, godnego własnego święta. Na pewno pierwszym będzie oficjalne otworzenie kościoła. Ale nie chcę robić nic na siłę. Wolę stawiać na oddolną pracę organiczną. Będę robił swoje, będę świecił przykładem moich wartości, będę pomagał ludziom i wierzę, że to się samo rozrośnie. Jednocześnie muszę pomyśleć o jakimś zewnętrznym finansowaniu… a propos tematu… podobno baron jakieś przyjęcie wyprawia, gdzie pojawią się bardzo wpływowe persony… - pozwolił aby niezakończona wypowiedź pobrzmiewała pytaniem.
Filia zatrzymała się na sekundę.
- Cholera… zapomniałam kompletnie. To już teraz? - komendant westchnęła - Taa, sfinansował jakąś wyprawę do Mwangi i będzie się popisywał co mu tam nie przynieśli.
- Yhym. Z tego co wiem ma być za czte…
- Taka PRAWDZIWA impreza za cztery dni! - podekscytowana galtianka wcięła się Khalowi w słowa.
Filia wydawała z siebie delikatne zawodznie.
- Wieeeeem… nienawidzę takich imprez. Wszyscy są fałszywie uprzejmi i pytają mnie o rzeczy, o których nie chce gadać…
Humor komendant nieco się poprawił kiedy kelnerka zaczęła przynosić potrawy dla gości. Komendant zaczęła częstować się swoim daniem.
- Będą lokalni możni, kilku z okolicznych królestw i jacyś cudzoziemcy spokrewnieni z baronem. Śmietanka towarzyska, rozpoznasz bo wszyscy są bladzi jakby z Ustlav…
- To takie ekscytujące! - Kaylie wydawała się nie słyszeć niechęci komendant - Przyjęcie szlachty, piękne stroje i maniery! Drogie jedzenie! - galtianka się naprawdę w tym zagłębiła i wtuliła w Khala - Powiedział mi, że z nim idę! Tak się cieszę!
- Przynajmniej ktoś się cieszy… - mruknęła Filia.
- Na razie, Kaylie, to my jeszcze nie mamy zaproszeń - studził nieco zapał Viktor, wkrajając się w swój stek. Mięso bardzo przyjemnie rozstępowało się pod nożem.
- Znałabyś może kogoś, komu mógłbym się podlizać, aby je dostać? - zapytał wznosząc spojrzenie na Filię.- Ha, ha, ha… - odparła sucho komendant - Załatwię wam te zaproszenia. Tylko proszę nie rób żadnych scen… już i tak będę się czuła nędznie…
- Będę tam w interesach, a nie dla przyjemności, więc raczej nie musisz się o to martwić. I dziękuję. Wiele mi to ułatwia.
- Będzie idealnie! - Kaylie nawet zapomniała o swoim posiłku będąc tak podekscytowaną. Silnie przytuliła Khala, jakby chciała miłością z niego życie wycisnąć. - Mogę się tobą opiekować! - rzuciła w stronę Filii.
- Super… w sumie możemy się lepiej przygotować na to przyjęcie. Zwalimy facetów z nóg?
- Tak! - radośnie zgodziła się Kaylie.
- Drogie panie…. już jesteśmy zwaleni. Przy czym – oczywiście – wyczekuję z niecierpliwością czym nas zaskoczycie na przyjęciu.
- A kto mówi o was? - odparła Filia - Już udowodniliście, że wasza opinia jest nic niewarta. Miałam nosa przygotowując zaklęcie, ale nie jesteście nawet warci zachodu.
- Wiadome było, że będą kłamać. - machnęła ręką.
- Nawet nie zamierzam zaszczycić tych oskarżeń obroną - Viktor wgryzł się w kęs swojego zamówienia i mruknął zadowolony - Mój stek jest wyśmienity. Jak wasze zamówienia?
- Byłyby lepsze gdybyście bawili się z nami w ten konkurs kreacji, myśmy się specjalnie starały, a twardzi faceci stchórzyli. - mruknęła galtianka.
- Miałoby to sens tylko i wyłącznie przy kategoryzacji względem płci - odpowiedział Viktor, odkrawając kolejny kawałek - Niemożliwe jest porównanie mody męskiej z żeńską bez wchodzenia w stosunkowo dziwne obszary. Jakbyś mi sie pochwaliła w czym przychodzisz to dobrałbym kreację współgrającą i uzupełniającą się z twoją, ale nie dostałem takiej możliwości.
Filia pokręciła głową.
- Odpuść sobie Kaylie, większe szanse masz w wyjaśnieniu konceptu koloru ślepej osobie. - zerknęła na talerz Galtianki - Dasz spróbować swojego?
Galtianka podsunęła swój talerz Filii.
- Chciałyśmy wiedzieć, która z nas będzie lepiej i bardziej szlachecko wyglądać od drugiej w waszych oczach, nie która para będzie bardziej pasująca ubiorem do siebie.
- I wyszło, że jesteśmy sobie równe. Jak na faceta, który twierdzi, że jest obrotny, mało rozumiesz kobiety, Viktorze. - Fillia ugryzła kęs dania Kaylie i oddała spowrotem talerz - Dobre, weź zjedz bo szkoda, aby się zmarnowało.
- Kiedyś coś takiego twierdziłem? - zapytał między kęsami i wzruszył ramionami. Powoli przestawała mu się podobać ta dwuosobowa obława na niego. - I chciałbym głęboko oprotestować bezpodstawne zarzuty o kłamstwo - bardziej prosił, niż karcił, a głos miał spokojny i serdeczny - Same zorganizowałyście zawody, ich zasady i ustanowiłyście parzystą liczbę głęboko nieobiektywnych sędziów. Wyniki wam nie pasują? Same jesteście sobie winne. Pretensje nie do mnie.
/- To nie tak jakbyśmy miały wybór. Większość osób wolałaby być po dobrej stronie komendant Blackfyre, więc i to nie byłoby szczere. - Kaylie burknęła i włożyła do ust kawałek crostini
- Dlatego proponuję, abyśmy poszły po całości. Słowa kłamią, ale oczy i ciała już mniej. - odparła Filia.
- Czyli przyjdziesz odkryta? - zapytała galtianka.
- Dziękuję za komplement. - odpowiedziała Filia z uśmiechem - Ale pamiętaj, wyobraźnia jest silniejsza. Odkryj tyle, aby umysł sam zaczął wypełniać luki.
- Hej… - zaczął Davion, a Filia zamknęła jego oburzenie pocałunkiem.
- Cii… lubisz kiedy ubieram się tylko w moją zbrójkę…
- Przecież to rani ciało... - zaprotestowała Kaylie.
- Dlatego nie noszę jej długo. - Filia mrugnęła do Galtianki, a Davion postarał się zniknąć we własnym posiłku.
- Pożycz mi go! - radośnie poprosiła Kaylie - Zawsze chciałam by mnie elf miał!
Komendant pacnęła Galtiankę po czubku głowy.
- Już spokojnie. Wy możecie mieć luźną interpretację związku, ale my nie. - ton Filii był stanowczy, ale nie surowy - Poza tym, masz Ferna.
- Upodobania Ferna nie są ze mną kompatybilne... Więc chciałabym Daviona spróbować. Najemnicy to co innego i zazwyczaj elfa w nich nie uświadczysz za dużo, a na pewno nie rasowego.
- No niestety, ten jest mój i nie masz niczego co by mnie zainteresowało na tymczasową wymianę.
- Przepraszam?! - Davion nie chował oburzenia bycia traktowanym jak przedmiot.
- Mogę pożyczyć mojego faceta. Jest naprawdę dobry w łóżku. Czy gdziekolwiek indziej się legnie. - zaoferowała galtianka.
- Tak, brałam go pod uwagę i nie, nie jest wart.
Niewidzialny Fisuś pod stołem zastrzygł uszami nerwowo, czując emocje Khala.
- CO!? - kapłan Abadara wydawał się tracić zmysły.
- Cicho kochanie, poważne sprawy kobiet omawiamy. - Filia wróciła do Kaylie - Więc wybacz moja droga, Viktor może i kręci ciebie, ale jest za stary na moje upodobania… czy czasem ten cały Harpeness nie miał jakiegoś elfa w swojej trupie?
- Po prostu daj im sobie pogadać… - Viktor machnął dłonią do Daviona lekceważąco, bardziej zainteresowany swoim stekiem niż psiapsiółczymi bla-blaniami. - To nie tak, że którakolwiek z nich mówi poważnie.
Kaylie spojrzała na Viktora jakby zasmucona, że nie wywołała w nim zazdrości i silnej reakcji jak Filia w Davionie.
- Nie mój typ. - szturchnela głową policzek Khala, chcąc by jakoś zareagował - Nie przeszkadzałoby ci, gdybym z Davionem się przespała?
Odpowiedział własnym i wesołym szturchnęłam swoim policzkiem jej głowy.
- Przeszkadzałoby, jak najbardziej… Ale nie uświadczysz ode mnie tego uroczego oburzenia. Niekoniecznie jestem wciąż do niego zdolny. To wymaga pewnej… niewinności, której od lat nie posiadam. Ty ją, Davionie, wciąż masz. Na lepsze, na gorsze… ale masz. Zachowaj ją. Gdy ją tracisz coś w tobie umiera i już nigdy nie jesteś taki sam. Można by argumentować o większej samokontroli, ale to puste słowa cyników podobnych mnie, ale mniej niż ja samoświadomych.
Galtianka bardzo posmutniała na te słowa. Były one dla niej przyznaniem, że nie ma szans na to o czym marzyła. Na prawdziwe emocje z książek. Na to wszystko na czym została stworzona jej bajka.
- Znaczy... - zaczęła ostrożnie - nigdy nie pokażesz tego oburzenia kochanka?
- A sprawisz kiedyś, że w ciebie zwątpię?
- Więc nigdy... - westchnęła boleśnie z wyraźnym smutkiem malującym się na twarzy. Miała głęboką nadzieję, że otrzyma coś tak książkowego.
- Pamiętasz golema-masażystę? Wtedy miałaś “oburzonego kochanka”. Podobało ci się to? - zapytał lekko, znów wkrajając się w stek.
- Na pewno było urocze jak źle zrozumiałeś sytuację. - wróciła do posiłku i napełniła kieliszek alkoholem - Więc zabawne w retrospekcji.
- Więc czy chciałabyś abym częściej tak źle rozumiał sytuację? Jakbym teraz się oburzył o coś co misinterpretowałem, to byłabyś teraz z tego zadowolona?
- Bym widziała, że ci zależy... Że jesteś naprawdę mną... zaaferowany i... czasem po prostu tracisz głowę w uczuciach.
Kaylie wyginała palce nerwowo pod stołem, czując się jednocześnie głupio, jak i zestresowana możliwą odpowiedzią.
- Raz straciłem głowę. Źle się skończyło. Dla wszystkich zaangażowanych i jeszcze kilkorga postronnych. Nigdy więcej. Musisz się zadowolić czynami które są moim wyborem. Wyjście do teatru. Zabranie ciebie na przyjęcie u barona. Ciągła praca emocjonalna z tobą, którą przyjmuję bez przymusu i z satysfakcją, ale dla kogoś innego nie miałbym motywacji aż tak się starać. Nawet w ten zakład z braćmi-barbarzyńcami wszedłem, co jest stricte dla ciebie i twojej przyjemności. Wymieniać dalej?
Kaylie patrzyła w dół na swoje dłonie. Marzenie zostało odkopane z drogi jak śmieć ją zagradzający. Nie będzie wyłączności, nie będzie pięknych emocji jakie nim zawładną, tracenia dla niej głowy. Po prostu... nie.
- Nie... - szepnęła unikając jego wzroku - Rozumiem. - wróciła do powolnego przeżuwania jedzenia.
Viktor przechylił głowę w bok i ugryzł się w język. Nie tutaj…
- Kaylie, to nie jest rozmowa na teraz. Ale zależy mi na tobie i dbam o ciebie. Wierzę, że widzisz to każdego dnia, nawet jeśli teraz skupiasz się bardziej na moich słabościach i rzeczach które straciłem lata temu.
Spojrzał na Daviona z Filią przepraszającym spojrzeniem, ale nie zwerbalizował tego gestu.A Fisuś – pod stołem – coraz bardziej i bardziej kusiło, aby ugryźć Kaylie w łydkę.
Davion i Filia patrzyli po sobie widząc interakcję między parą. W końcu komendant się odezwała.
- Słuchajcie, nie moje miejsce mieszać się wasze relacje. Sądzę jednak, że potrzebujecie mediatora. Kogoś kto pomoże wam rozgryźć swoje emocje do siebie i przekazać je bez wylewania ich…
- Doceniam próbę pomocy… - odpowiadał powoli Viktor - Może to rozważymy, ale to nie jest ten dzień.
- Po prostu mówię, może dla was to działa, ale patrząc z zewnątrz… zdrowsze relacje widziałam między dziwkami i nowymi klientami.
Viktor uniósł brew w powątpiewaniu po czym weschnął zrezygnowany, na moment pozwalając swojej głowie nieco opaść. Szanse na konstruktywny wieczór malały i malały, ale niech im będzie.
- Odnosisz się do czegoś jeszcze, poza ostatnią minutą interakcji? Bo jeśli tylko o niej mówisz to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że twoje słowa były odrobinkę przesadzone.
- Sądzisz, że potrzeba czegoś więcej niż oczywista asymetria w związku, aby zobaczyć, że coś jest nie tak? - Filia spojrzała na Viktora - Mówisz, że myślicie, aby związek był "poważniejszy". Co to oznacza z twojej strony?
Viktor skrzywił się niezadowolony, ale szybko zmazał ten wyraz twarzy.
- Zaznaczam, że to ty chciałaś wejść na ten temat. Asymetria nie oznacza nic. Każdy związek jest bardziej lub mniej asymetryczny, więc jeśli to jest stosowane jako zarzut “w moim kierunku” to najpierw to omówimy. Więc temat: dlaczego, asymetria – inherentnie – ma być czymś “nie tak”?
- Nie mówię, że jestem specjalistką w tej sprawie. Ale wiem czemu jestem szczęśliwa w swoim związku. Asymetria, masz rację zawsze istnieje. Zapewne znasz się na handlu, więc koncept zysku i straty jest ci znany. Kaylie otrzymuje od ciebie ciepłe słowa, wsparcie, w zamian ogranicza się do bycia tylko z tobą i upewniania się, że nie zezłości cię i robi jak zechcesz. Czy możesz powiedzieć, że tak samo to wygląda w sprawie twojego wkładu w ten związek?
- To już jest odejście od generalnej rozmowy o czymś zewnętrznym i wejście na tematy głęboko personalne. Nie sądzę, aby to był dobry moment na nią - zdawkowym gestem głowy wskazał wciąż przybitą Kaylie - Zachęcam ciebie jednak do znacznego zdystansowania się od sytuacji. Ja dziś tylko powiedziałem, że nie jestem nastoletnim księciem z bajki, którego da się wmanipulować w brak zaufania do partnerki, “bo to takie romantyczne”.
- Nie to miałam na myśli. - odparła Filia - Ale dobrze, chcesz ogólniki czemu asymetria jest zła? Bo nikt nie jest naiwny na zawsze. W końcu ktoś zauważy, że w związku więcej daje niż otrzymuje i jeżeli różnica jest duża, zacznie to rodzić niepokój, gniew i zawiść.
- Filio... - Kaylie odezwała się w końcu - To... to nie jest tak jak myślisz... Ja się zgodziłam na to, tylko... jest ciężkie... Khal mi daje naprawdę dużo wsparcia jakiego od nikogo nie otrzymywałam... Opiekuje się mną, czego też nie miałam. Znosi moje nagłe akcje i pomaga mi pożary ugasić…
- Kaylie, ja tego nie neguję i widzę, że nie do końca jesteś tak szczęśliwa jak byś chciała. Coś się gnębi, ale nie będę naciskać. Viktor zapytał mnie o coś, to dałam odpowiedź.
Vikor zemł w ustach adwokacką formułkę o słowach i ich intencjach, albo kto faktycznie zaczął temat i w niego lgną. Kogo by to miało obejść?
- Doceniam, Filio, że zależy ci na Kaylie na tyle, aby ten temat poruszyć. Czy możemy uznać temat za zamknięty, przynajmniej na dzisiejszy wieczór?
- Oczywiście, złych intencji nie miałam, ani nikogo nie chciałam oskarżyć. Dla mnie wyglądało jak brak doświadczenia, który może zaszkodzić czemuś pięknemu.
- Rozumiem Filio i wiem, że chciałaś dobrze - odpowiedział Viktor, powstrzymując jad, który chciał się wylać przez jego głos i ton. - Mieliśmy plany na dzisiejszy wieczór… chciałabyś już do nich przejść, czy wolisz mi opowiedzieć o co chodzi z tymi robotami na rynku, przed ratuszem?Zaczął rozmowę na zupełnie inny temat, aby uratować jeszcze to spotkanie i dać Kay czas i przestrzeń. Nie podobało mu się, że musiał sięgnąć po “techniki”. Miał nadzieję na zwykłą, towarzyską rozmowę o niczym. Bez nieszczerości, czy wyrachowania. Miał nadzieję… zbliżyć się do siostry? Ta myśl pobrzmiewał obco w jego głowie.
Powoli wyratował sytuację. Nie była tak beztroska na jaką liczył i cień pozostał na spotkaniu.
Kilka godzin później przeszli w końcu do rozmowy o straży. Wymianie doświadczeń i obserwacji. Analogii i różnic między strażą miejską, a kancelarią Viktora w Cheliax. To był dopiero początek. Goodmann ostrzegał, że to będzie seria dłuższych spotkań, ale Filia była chętna, otwarta i inteligentna. Szybko chłonęła wiedzę, nawet bez Viktora wykładającego jej ją na talerzu. Nie miał wątpliwości, że – z jego pomocą – Filia da radę z największymi wyzwaniami.
Komendant straży słuchała uważnie porad adwokata i o ile miała kilka uwag, wydawała się akceptować jego sugestie, nawet jeżeli nie zaimplementuje ich od razu.
Dwie pary rozeszły się w dobrych humorach i propozycji, aby zrobić z tego może cotygodniowe zdarzenie, szczególnie jeżeli Viktor stawia.
Kaylie stała pod ścianą restauracji ze spuszczoną głową, czekając aż dwójka azazelitów pozostanie sama. Wyglądała jak zawstydzone dziecko, jakie ma powiedzieć ojcu, że nie zachowywała się grzecznie i pewnie dostanie w tyłek oraz nie będzie słodyczy następny miesiąc.
Viktor patrzył na nią z intensywnością która tylko… malała. Był zły. Był niezadowolony i przez dłuższą chwilę zdążył już żałować, że w ogóle zabrał Kaylie na tą kolację. I o ile przed chwilą był pewien, że da jej po uszach i potencjalnie wrócą osobno do Dworu… to ta złość szybciej w nim topniała niż Filia z Davionem znikali w mroku nocy.
- Uhhh… - spuścił powoli powietrze, godząc się, że nie ma już w sobie “pary” by ją skarcić. - Dzięki, że się za mną wstawiłaś. Myślałem już, że sam zostałem z tymi nie-zarzutami.
- To jedyne co mi pozostało... - wymamrotała unikając patrzenia Khalowi w oczy - Ja... Przepraszam, że zepsułam... Nie tak miało być..
- Nie chciałaś źle i – ostatecznie – nie skończyło się źle. Możemy udawać, że się nie wydarzyło.
Podszedł bliżej i wsunął w zasięg jej widzenia swoje ramię. Ujęła je nieśmiało i ruszyli w powolną wędrówkę nocnym miastem.
- Czujesz się jeszcze na wyczarowanie bramy świątynnej i tylnych drzwi? Materiały są ciężkie i nieporęczne, ale wolałbym nie ułatwiać potencjalnym złodziejom.
- Obiecałam, więc to zrobię. - powiedziała pewnie, choć patrzyła na Viktora z wyraźną nutką przestrachu... Niepewności?
Viktor westchnął zmęczony nieco.
- Kay… wyjaśnij mi co ci po główce chodzi?
- Że jesteś na mnie teraz tak zły. Że przekroczyłam granice. Że jesteś już tylko dla mojej magii, a tak będziesz chciał ode mnie uciec, bo znowu zawaliłam wszystko. Że to moja wina, zniszczyłam kolejny związek... - galtianka zapętlała się.
Viktor uchwycił Kaylie za podróbek i pchnął ją w ścianę kamienicy. Była w tym pozorna moc, ale… w jakiś sposób wynikała ona z jakiejś woli i inicjatywy, a nie rzeczywistej siły. Zamknął jej usta pocałunkiem. Długim aż dech odrobinę straciła.
- Byłem zły, ale już nie jestem - powiedział cichutko, ledwie oderwawszy swoje usta od jej. Kaylie była jednocześnie zaskoczona, jak i bardzo podekscytowana. Jej obawa w oczach przerodziła się w rozanielenie tym nagłym uczuciem, jakie spowodowało drżenie na ciele. Wyglądała jak dziewczyna co właśnie została po raz pierwszy pocałowana przez nowego chłopaka.
- I wciąż oferuję ci wsparcie i opiekę. Znoszenie twoich “nagłych akcji” i gaszenie pożarów. Wiem, że nie chciałaś. I wszystko wyszło dobrze. Zależy mi na tobie i jedno potknięcie nie starczy aby to zmienić. Rozumiesz?
- T... tak... - szepnęła gdy rumieniec pojawiał się na jej policzkach, jaki zakryła dłońmi we wstydzie - ...tak mężatki łowiłeś...
- Zdarzało się - przytaknął cicho i odsunął się nieco, aby móc spojrzeć jej w oczy. - Już dobrze w główce?
Pokiwała lekko głową.
- I naprawdę podoba ci się suknia?
- Yhym… - kiwnął głową, zaplatając jej dłoń znów wokół swojego przedramienia i kontynuowali powolny powrót. - Nie sądziłem, że uda ci się coś takiego zorganizować. Lady Barabii pracuje teraz dla zwykłych ludzi. To coś odłożonego? Jakaś pamiątka?
- Nie mów nikomu, ale to zlepek z tanich produktów. Ta siateczka jest z firanek, po prostu jej nadałam koloru. Lady Barabii kanibalizowała co miała i swoim kunsztem nadała kształtu ukrywając czym oryginalnie było! - powiedziała rozemocjonowana.
- I w jeden dzień dała radę? Ho ho… No to gratulacje. W mojej opinii zwycięstwo a to jeszcze tylko podkreśla je. Dobra robota.
- To jej zasługa, nie moja. Główny materiał też taki jak biedniejsi mają. - powiedziała z jakąś dumą, że nikt nie zauważył - Oczywiście zapłaciłam. I powiedziałam, że następnym razem przyniosę lepsze materiały.
- Hmmm… może, z czasem, uda się jeszcze jej na tym skorzystać. Jakby to odpowiednio sprzedać… i właśnie dać wcześniej odpowiednie materiały… można by jej pomóc wrócić do pracy dla szlachty. Należałoby się jej to. Cieszę się, że tak się to potoczyło.
- I tyle historii mi o małym Khalim opowiedziała! - zachichotała.
Stara Sonia, która kiedyś była Lady Barabii, wcale nie wymagała wiele przekonywania aby przynajmniej spróbować z suknią dla Kaylie. Wciąż czasem – głównie nocami – przyznawała przed sobą, że tęskno jej do czasów gdy tworzyła cuda szlachty, zamiast cerować kieszenie i łatać dziury pospólstwu. A jak Galtianka, jeszcze nim temat zdążył zostać poruszony, zaproponowała kwotę o którą Barabii dziś nawet nie śmiała by prosić, jednocześnie godząc się z możliwością porażki… poczuła się prawie jakby wytrącono jej z rąk wszelkie argumenty, by nie zjeść podwójnej porcji lodów w ramach śniadania…
A gdy weszła w pracę… z czasem język jej się rozwiązał. Khala może tu nie było, ale jego towarzyszka przyniosła… jakąś jego aurę? I nawet ten jej skrawek przypominał jej o szczęśliwszych czasach.
- Aaa… Tisis, powiadasz. Dzielna była dziewucha. Jedna z takich co się patrzyło i zastanawiało “skąd w niej tyle siły?” Nie myśl sobie… moja praca też była niełatwa, ale miałam wtedy jeszcze wiele szczęścia. Ale ona? Ona sama nauczyła się po dachach chodzić! Za parę miedziaków kominy czyściła. Połowę tego co prawdziwi kominiarze. A sadzy zabrać ze sobą z komina i dwa wory wielkie dawała radę. Ludzie myśleli “o taka, biedna i wdzięczna, że jeszcze dla nas sprząta”. Ale, ona głupia nie była. Tę sadzę potem w brykiet przerabiała.
Stara Sonia uśmiechała się w czasie pracy, oczami wspomnień widząc lepsze czas.
- Pokazała mi kiedyś. Oczy aż świeciły się jej z radości, bo w końcu znalazła proporcje co rzeczywiście działały. Jak ona to robiła? Hmm… na pewno kruszyła tę sadzę na mąkę prawie. Mieszała z trocinami, które Khali podbierał z tartaku. Takimi mokrymi i ciężkimi od żywicy w nich. Jeszcze z kruszonym węglem. Trochę popiołu, nie rozumiem po czemu, a na koniec wody i łoju ze świec, co po pół miedziaka kupowała. Pewnie jeszcze coś było, czego dziś już nie pomnę. Ale pokazała mi. Kuleczki. Ładne. Prawie błyszczące. Małe jak śnieżki i twarde jak.. no może nie “jak kamień”, ale w rękach nie rozkruszysz. A jak ona wtedy wyglądała.. ho ho! Cała umorusana w tej czerni. Ręce, twarz, szyja i pod nią, jakby ją górnik w obroty wziął! Kilka dni spod paznokci tego wymyć nie mogła, a nawet jedno oko jej się czerwieniło jakiś czas od tego wszystkiego.
- A Khali… no… o nim to mniej ci opowiem. On częściej się przy ścianie bawił, gdy Tisis uwagę poświęcałam. Albo moja Zoryenka go zabierała gdzieś. Oj, jak on wtedy promieniał, kiedy ona go brała. - Staruszka na moment przestała szyć i uśmiechnęła się tak, jakby pod sufitem rozgrywały się właśnie tamte dni. - Ona by więcej historii miała do opowiedzenia. Jak to się wszystko skończy i Khal już ją uratowaną będzie miał to sama ci nagada.
- Ale jedno pamiętam. Czas taki był… Khali miał z siedem lat. Może osiem i w głowę mu weszło, że generałem będzie. Wojennym prawdziwym. I ćwiczyć zaczął. Tylko z kim miał musztrę robić, jak inne dzieci wolały biegać i się korzeniami traw obrzucać? No to sobie sam zebrał armię. Ze dwa tuziny ślimaków na murku i krzyczał na nie, że mu formację łamią. A innym razem jakiś chłopak od Zoryi go przyłapał, jak do wypolerowanej pokrywki od garnka miny ćwiczył. Takie poważne. Generalskie. Oh, jak się naśmiewali z małego Khaliego, aż trochę przykro się robi jak teraz wspominam…

- Byłeś taki słodki, taki niewinny. - wtuliła głowę w szyję Khala - Generał ślimaczej armii.
Viktor zmarszczył brwi w konsternacji.
- O czym ty… - zająknął się i zamilkł z intensywną mimiką. - Ah… ja… nie pamiętałem tego - powiedział powoli, wciąż zalewany szczegółami dawno utraconego wspomnienia. - Ahh… - zakrył dłonią górne pół twarzy w zażenowaniu. - To nieuczciwe, że ja nie mam kogo wypytywać o twoje wstydliwe historie!
- To nie moja wina! Choć Zorya pewnie ma więcej ciekawych historii do opowiedzenia o Khalim! - powiedziała z wyraźną radością na możliwość.
- To… muszę wprowadzić to jako dodatkowy koszt do rachunku zysku i strat z całej tej akcji. Ale tak. Aż mnie nieco stres łapię gdy pomyślę jakie historie jeszcze te dwie mogą pamiętać, które ja dawno wyrzuciłem z głowy. Hah.
- To będzie urocze! Poznać prawdziwą część Khala!
Viktor uśmiechnął się tylko odpychając od siebie chęć wytknięcia dramatycznej różnicy między Khali-przed-procesem i tym po. Nie chciał psuć tego uśmiechu na jej twarzy.
- Jak tylko ją z tego wyciągnę będziesz mogła podjąć próby wywiadowcze. Zobaczymy czy coś z niej wyciągniesz.Milczenie przedłużyło się po tym temacie, choć wyraźnie coś gryzło Kaylie, ale dopiero po dłuższym czasie to z siebie mogła wywalić.
- Czy ty ją kochasz?
Viktor nie od razu wiedział jak, w ogóle, odpowiedzieć.
- Narodziłaś się w jedwabiach. Nie zrozumiesz jak to jest pierwszy raz poczuć się człowiekiem gdy całe życie byłaś szczurem. Po prostu uznaj, że czuję się jej dłużny tak bardzo, że wyciągnięcie jej z tej sytuacji nie starczy by go spłacić. Brzmi to rozsądnie w twojej główce?
- Rozumiem, ale... to nie odpowiada na pytanie. Skoro jest tak ważna dla ciebie mogłaby być o wiele lepszą partią niż ja byłabym kiedykolwiek i oboje to wiemy. - powiedziała smutno, choć poważnie.
- Ona jest… zbyt czysta. Zbyt niewinna. Nawet musiałem jej obiecać, że nie zabiję Hieronima, jeśli to nie będzie konieczne. Bałaby się mnie jakby poznała kim – naprawdę – jestem. Więc całkowicie się tutaj mylisz. Skąd to pytanie?
- Chcę wiedzieć... czy nie będę przeszkodą jak się pojawi... - wymamrotała. wyraźnie wciąż mając w sobie niepewność i poczucie nieadekwatności.
- Ja… nawet nie bardzo wiem jak na to odpowiedzieć. Popełniasz tutaj błąd kategoryczny. Ona nie jest potencjalnym jagnięciem, ani członkinią rotacji. Nie postrzegam jej jako możliwej partnerki. Ty nią jesteś i nie chcę tego zmieniać.
- Ale jest bardziej ważną osobą w twoim życiu niż ja kiedykolwiek... Bo znamy się ledwo ledwo. A to osoba z twojej przeszłości, istotna osoba, jaka ci pomogła przeżyć i ukształtować się... Fisuś o niej nawet wspominał... - przypomniała sobie jak chowaniec o niej mówił jeszcze na wyprawie.
- Nie wiem co ten gamoń ci o niej mówił, ale rozmówię się z nim na temat paplania… Może w ten sposób spróbuję to wyjaśnić… Lady Barabii też jest dla mnie ważna. Znam ją dłużej od ciebie i bardzo wiele jej zawdzięczam. Czy czujesz jakbyś nam “była przeszkodą” w jakimś sensie?
- Nie miej mu za złe, on serio chce dobrze dla ciebie... Ja po prostu potrafię być czymś, co jest przeciwnością twojego dobrego samopoczucia... I nie czuję w jej sensie.
- Dlaczego nie?
- Bo... Nie sądzę abyś kiedykolwiek widział ją jako osobę interesującą seksualnie. - wytłumaczyła z zażenowaniem.
- Czyli zgadzamy się, że nie każda kobieta z pulsem musi być dla mnie interesująca seksualnie, tak?
- Ale jej córka to nie każda kobieta z pulsem...
- Kaylie… Przestań walczyć z moimi słowami, zacznij słuchać co rzeczywiście mówię. Bo mówię tobie, po raz czwarty, że nie postrzegam Zoryi jako potencjalną partnerkę. Rozumiesz wreszcie? - zapytał z lekkim naciskiem.
- Przepraszam, że jestem tak zazdrosna...
- W porządku. Przeżyjemy to. Musisz tylko zrozumieć, że wybrałem ciebie i nie był to przypadek, ani nie jest to “na przeczekanie”. Nie jesteś “póki się lepsza nie trafi”. Hmm?
- Tylko w sumie to tak szybko było... Miałeś wiele partnerek. pewnie sporo sądziło, że jest na dłużej. Jaka teraz różnica?
- Partnerek? No niech będzie. Różnica jest taka, że nigdy nie oferowałem próby. Oferowałem zabawę. Przyjemnie spędzony czas. Wejście do wyższego świata, nawet jeśli tylko na chwilę. To nigdy nie była “próba” niczego. Zawsze, od samego początku, było tylko na chwilę i nie próbowałem im wmawiać nic innego.
- I wszystkie to zawsze tylko za to widziały?
- Jeśśśli… rozumiem o co pytasz… to niektóre wyobrażały sobie, że są bohaterkami romantycznej powieści i przypisywały sobie wielką wyjątkowość. Taką, by spodziewać się, że zmienią moje danie. Zwykle, szybko wypadały z rotacji. Były problematyczne.
- Zajmijmy się tymi drzwiami, co? Chcę odpocząć w łóżku... Będziesz spał obok? - zapytała nagle z nadzieją, urywając temat.
Viktor przytaknął, bo istotnie zbliżali się już do świątyni.
- Poczekam aż zaśniesz, a resztę nocy będę pracował o wyciągnięcie ręki od ciebie.
- ...czy kiedyś będziesz ze mną zasypiał? - zapytała ze smutkiem.
- Kay. Możliwe, że na przyjęciu barona uda mi się znaleźć patrona, który by finansował kościół i zdejmie z moich barków ten obowiązek, ale nie zmieni to wtedy tego jak wyczerpujący emocjonalnie jest dla mnie sen.
- Dlaczego? Sen z kimś kto cię będzie chronił emocjonalnie?
Wzrok Viktora złagodniał i posmutniał jednocześnie.
- Kruszyno. To z kim śpię nie ma nic do mar które mnie nawiedzają we śnie.
- Dla mnie to ma znaczenie. Nie czuję się z tobą samotna i pozostawiona bez opieki... Nawet jeżeli koszmar się pojawi to po przebudzeniu czuję, że nie jestem porzucona i zdana na siebie samą. Że komuś zależy na mnie i będzie się opiekował jak zajdzie potrzeba... wtedy koszmary... są łatwiejsze do przetrwania ich.
Viktor zmarszczył brwi w niezadowoleniu.
-I… to, że pracuję dziesięć cali od ciebie, zamiast na nowo przeżywać moje własne koszmary, w jakiś sposób inwaliduje te wszystkie razy rzucałem wszystko aby ci pomóc i się tobą zaopiekować?
Kaylie spojrzała zaskoczona nagłymi słowami Khala. Nie spodziewała się ich.
- Khal... - zatrzymała się i położyła dłoń mu na policzku - Ja po prostu mówię jak sama sobie radzę, jak dużo mi daje przebywanie z tobą blisko i miałam nadzieję, że i tobie by to ulgi mogło dać. Nie chciałam cię do niczego zmuszać, a jedynie podać mój sposób... Ja nie cierpię, jako że koszmary bym miała, choć po przebudzeniu łatwiej mi z nich się otrząsnąć, gdy jesteś chociaż w tym samym pokoju.
Spojrzenie Viktora złagodniało.
- Próbowałem sobie z nimi radzić na tysiąc i dwa sposoby. Wszystkie zawiodły, albo koszta były gorsze niż same koszmary. Od ponad dekady śpię po dwie godziny, co dwa do pięciu dni i radzę sobie wystarczająco. Doceniam twoje próby pomocy, ale są one bezcelowe, poza samą deklaracją intencji.
Kaylie patrzyła z prawdziwym smutkiem, ale skinęła głową na zgodę. -
Sharn: Mrocznymi ŚcieżkamiOk, na pewno ja się piszę =]
-
[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór
- I tobie dobrego, Otto… - odpowiedział Viktor, przez wpatrzony w nową dziewczynę we Dworze. - Dziś mam wielki dzień… ale wolę nie zapeszać. Jednak nie przejmuj się… jestem przekonany, że dotrze do ciebie informacja albo o moim wielkim tryumfie, albo przytłaczającej hańbie… Słusznie bym zgadywał, że to Lawenda? - zapytał z rozbawieniem. Słyszał jeszcze imię Chante, ale… łamało ono schemat.
Karczmarz kiwnął głową.
- Piwonia sprowadziła ją dziś w nocy. Lilia opowiada jej… między innymi o was. - Otto zerknął na kapłana - Zabierasz się w końcu za budowę świątyni?
- Mhm... - mruknęła Kaylie już ładując w policzki rogala ze śniadania, jakiego porwać musiała z kontuaru przy kuchni do wydawania jedzenia - Gpffazda dzie.
Otto uniósł brew i zerknął na Viktora.
- Przetłumaczysz? Mój Galtianski najwyraźniej kuleje.
- Przykro mi, wciąż mi umykają niuanse niektórych akcentów… - wzruszył ramionami. - I mówiłem, że nie zamierzam zapeszać, więc nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. - Pomimo protestu, puszczone oczko z uśmieszkiem jasno tę odpowiedź dawały.
Kaylie wciąż z rogalikiem w ustach (już drugim!) uwiesiła się na szyi Viktora.
- Mfój! - przełknęła jedzenie - Będzie gwiazdą dziś!
Otto zerknął ponownie na Viktora, oceniając go jakby w nowym świetle.
- Nie za późno na zmianę kariery? Nie bronię oczywiście… ale chyba nie to Azazel miał na myśli mówiąc słowo "kult".
- To będzie przedstawienie jakich ta wieś jeszcze nie zaznała! - zachichotała Galtianka tuląc silnie Khala.
- Myślę, że fanów wystarczy dla nas obu - zaśmiał się Viktor do Otto, obejmując Kay ramieniem. - Przy czym ochłodził bym trochę przedwczesne zachwyty… Nie wiem czy dam radę dziś ją dokończyć. Jestem dobrej myśli, ale nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiłem.
- Uda ci się, wierzę w ciebie. - Kaylie wkładając mu do ust kawałek rogalika z czekoladą.
- W porządku, Kaylie… - powiedział, nieco poważniej, gdy już przegryzł - Jeśli chcesz jeść śniadanie to mogłabyś się do tego wziąć? Wybacz, ale niecierpliwię się i chcę wreszcie to zacząć. Hmmm?
Kobieta fuknęła na niego i pokazała wyczyszczony talerz po rogalikach jakie musiała pochłaniać.Evercrest obudziło się tego dnia nieco wcześniej niż zwykle.
Nieco żwawiej.Nie dlatego, że coś się wydarzyło — ale dlatego, że coś miało się wydarzyć.
W ruinach dawnego browaru od świtu panował ruch. Straż opróżniała je z pijaków i włóczęgów. Wyznaczano obszary wyłączone z ruchu. Naprzeciw wejścia rosła niewielka góra materiałów… już nie wyższa, lecz coraz dłuższa, gdy kolejne wozy opróżniano z kamieni, stali i drewna.
Ludzie zbierali się powoli. Najpierw kilkoro, potem kilkunastu, aż w końcu wiele tuzinów. Rozmawiano, dywagowano, zgadywano, jaki los wreszcie dosięgnął starą ruinę.
Wszystko odbywało się z osobliwą sprawnością ludzi skupionych na swoim małym fragmencie zadania, nieprzejmujących się szerszym kontekstem. Ktoś inny musiał mieć plan. Prawda?
Tym kimś był Viktor Goodmann.
Przyszedł w zwiewnej białej koszuli z purpurowymi mankietami, na jednym z których krył się złoty sygnet Azazela, i w czarnych spodniach. Bez kaftana, bez kamizelki. Skromnie — niemal jak bard przed występem. Skrzypce pod ramieniem tylko potwierdzały to wrażenie.
Urzędnik z karawany podtruchtał do niego z dokumentami. Viktor nie chciał ich czytać. Był zbyt podekscytowany tym, co miało się wydarzyć. Wymruczał inkantację i pozwolił, by sens sam spłynął w głąb jego świadomości. Złożył podpis.
Rozładunek wciąż trwał.
Tłumek się zbierał.
Jakaś matka ściągnęła swoje dziecko z góry materiałów.Khal szybko zrozumiał, że czterech strażników to za mało. Postronni mogli zrobić sobie krzywdę nie tylko na budowie, ale też wśród materiałów.
Łatwo wynalazł w tłumie Filię i z jej pomocą, niedobór został zażegnany.
Na skośnym blacie Viktor rozłożył plany budowy, lecz już na nie nie patrzył. Przez ostatnie wieczory wypaliły się w jego umyśle. Były częścią rytuału.
Uniósł twarz ku niebu i w ostatnich spokojnych chwilach chłonął atmosferę. Wiedział, że za moment czeka go wysiłek ponad ludzkie siły — i wiedział, że mu podoła. Wiele razy już dawał radę. A teraz miał do pomocy magię, o jakiej kiedyś nawet nie śnił.Pomruki tłumu były mu potrzebne. Pomagały wejść w rytm.
Pierwsze nuty były niemal nieśmiałe.
Nie łamały praw natury.
Nie unosiły kamieni w powietrze.
…ale budziły uwagę.Tłum zamilkł.
Kamienie drgnęły. Ruina przestała być obojętna. Drewno zatrzeszczało, jakby budziło się po długim śnie. Pierwsza dachówka oderwała się od dachu i opadła na ziemię. Za nią trzy kolejne. Potem dziesięć następnych. Układały się spokojnie w stos obok materiałów.
Ktoś zachłysnął się powietrzem.
Ktoś zakrzyknął w ekscytacji.
Ktoś oniemiały tylko patrzył.A kilkoro dzieci wybuchło wiwatem.
Budowa ruszyła. Zaczynając od rozbiórki. Dachówki, krokwie, kamienie odrywały się od zaprawy i gromadziły, by za chwilę znów zostać użyte. Viktor grał bez przerwy. Czasem patrzył na to, co się działo. Czasem przymykał ocz, jakby to nie on kierował magią, lecz instrument prowadził jego.
Wydobywał dźwięki, o które nigdy nie posądziłby własnych dłoni. Były piękne.
Viktor grał bez przerwy. Nie stał w miejscu jak zwycięzca, ale przechadzał się między lewitującymi kamieniami, opadającymi belkami, a czasem nawet naprzeciw ludzi, chłonąc ich… atmosferę.
Po godzinie browar zniknął. Pozostały fundamenty i piwnice — część z nich zamierzał wykorzystać.
Wtedy zaczęła się właściwa praca.
Niewidzialne dłonie kopały rowy i przestrzenie jednocześnie. Belki wzmacniały konstrukcję. Wozy wywoziły nadmiar ziemi i gruzu poza miasto.
Po trzech godzinach widać było już zarys świątyni. Nie gotowy kształt — raczej intencję. Fundamenty były stabilne. Ściany miejscami sięgały czterech metrów, w innych dopiero półtora. Z browaru zostało tylko wspomnienie.
Gawiedź nie rozchodziła się. Wsłuchana w muzykę. Wpatrzona w cud, jakiego Evercrest nie pamiętało. Przynoszono jedzenie i wodę. Dzieci liczyły kolumny. Strażnicy mogli wreszcie odetchnąć, gdy nieroztropni przestali pchać się pod lewitujące belki.
Ktoś zauważył, że Viktor jest blady.
Po czterech godzinach jego palce krwawiły. Struny nie były ostre, lecz magia, która dała mu lata wprawy, nie dała opuszkom hartu, jaki te lata by przyniosły. Gdyby przerwał, choćby na chwilę, zaklęcie rozsypałoby się i mógłby do niego wrócić dopiero po siedmiu dniach.
Muzyka stała się cięższa.
Magia już nie żądała. Negocjowała.
Dach nie chciał się domknąć. Kolumna pękła i trzeba było ją rozebrać. Ramy przyszłych witraży nie dawały się osadzić, jakby to jeszcze nie był ich moment.
W siódmej godzinie fasada była gotowa, a ostatnie dachówki zamknęły dach. Praca przeniosła się do wnętrza. Kamienne płyty wykładały posadzkę. Belki budowały antresolę nad wejściem, gdzie kiedyś staną organy. Marmurowe obeliski ustawiano między otworami okiennymi, które w przyszłości staną się niszami na posągi.
Nie pozwolił nikomu dostrzec grymasu bólu, gdy kolejny skurcz próbował odebrać mu władzę w dłoni. Jak kuszące było zostawić resztę na później. Zrobił już swoje. To, co powinno zająć dziesięć lat, wykonał w jeden dzień.
Legenda kiełkowała.
Muzyka ucichła dopiero godzinę później.
Baltizar obserwował to gdzieś z tłumu. Trzymał się z tyłu i starał nie zwracać na siebie uwagi. Całe “przedstawienie” z budową niespecjalnie mu imponowało. Niemniej był zadowolony. Świątynia stanęła i będzie mógł pozbyć się broszur ze swojego pokoju. Ostatecznie… możliwe, że jedynie będzie co jakiś czas sprawdzać sytuację i wreszcie będzie mógł skupić się na swojej prawdziwej misji.
Kaylie natomiast nie było w okolicy od samego początku, jako że zniknęła w uliczkach miasta nic nie tłumacząc. W połowie występu Khal mógł zauważyć swoją partnerkę krzątającą się po okolicy, głównie ogarniającą zbyt podekscytowane dzieci chcące się przybliżyć do latających kamieni. Widział jak zajmuje się wykonywaniem dla nich większej ilości magicznych sztuczek i opowiadaniem jakiś niestworzonych historii, jak nosiła jedno z mniejszych dzieci na barana.
I naprawdę wyglądała na szczęśliwą w tym jednym momencie, gdy zafascynowane dzieciaki kłóciły się kogo następnego weźmie na ręce.Kay dopadła do Viktora, który zachwiał się, gdy tylko przestał grać i wiedział, że nikt z zewnątrz go nie widzi.
- Stoję… - sapnął słabo, odzyskując równowagę.
Rękoma drżącymi jak w chorobie wcisnął jej skrzypce i smyczek do rąk, nim prawa ręka przykurczyła mu się do torsu w skurczu, który od godzin zwalczał i odsuwał. Był blady, wyczerpany. Struny instrumentu zbrązowiałe od krwi, mimo, że dwa razy proszono kapłana aby uzdrowił go magią… sam nie mógł czarować w czasie gry.Kaylie była naprawdę zaniepokojona, jak i podczas przedstawienia co pewien czas podawała Khalowi wody do ust.
- Co ty sobie zrobiłeś?! - położyła instrumenty na ziemi i chwyciła kapłana w swoje ramiona starając się tym razem sama go podtrzymywać.- Nic strasz-sznego… - stęknął, próbując przeprostować skurcz w ręce, bo z nim nie był w stanie składać pieczęci błogosławieństw. - Dam-m radę. Ta magia jest wyczerpująca… i myślana dla znacznie krótszych prac… Ciało nie przyzwyczajone do tak długiego wysiłku. Zwykłe przeciążenie… Dasz mi stać samemu? - Poprosił, czując się już pewniej na nogach.
Kaylie ostrożnie puściła Khala.
- Nie powinieneś tak zamęczać swojego ciała... Nie jesteś już chłopcem w sile wieku... - syknęła mu na ucho.
Viktor skrzywił się w grymasie bólu, gdy forsownie rozciągał skurcz w mięśniu. Czuł jak się włókna przeciągają i uszkadzają, ale nie dbał o to. Magia zaraz miała je wszystkie uzdrowić.
- Sam będę to osądzał - odpowiedział krótko wwiercając spojrzenie w swoją drżącą pięść, jakby samym gniewem i pogardą chciał zmusić ją do posłuszeństwa i spokoju. Działało… Powoli.
- Uparcie zaprzeczając nie zmienisz faktów... - w jej głosie słychać było troskę, gdy położyła dłoń na ramieniu kochanka
- Dałem radę. To jedyny fakt który ma znaczenie.
Rozluźnił w końcu dłoń. Wciąż lekko drżała, ale było w niej wystarczająco opanowania.
Złożył ją w pieczęć i wymruczał inkantację.
Błogosławieństwo przepływało przez jego ciało, wypłukując zmęczenie i ból. Spokojna, posłuszna i znajoma, jak jego własna krew. Z ulgą się wyprostował. Bladość ustąpiła ciepłu. Ramiona przestały drżeć. Oczy znów miały w sobie światło… ale nie takie jak na budowie. Ekscytacja ustąpiły innemu… stabilnemu.
- Znam swoje granice i potrzebuję ciebie, abyś jednak mi trochę bardziej ufała. Możesz się martwić i doradzać, ale proszę ciebie…
Kaylie po prostu się poddała.Viktor wyszedł przez główny portal. Tak pozbawiony wrót, jak pozbawiona witrażu pozostawała rozeta nad nim. Kościół pachniał świeżym pyłem. Drewno nosiło ślady narzędzi. Świątynia stała naga przez obywatelami Evercrest. Szczera i nie udająca niczego.
Stanął przed tłumem. Nie do końca naprzeciw, ale prawie, że z nimi. Idealnie by się wyróżniać, w jakiś taki swojski sposób.
Ludzie w większości milczeli. Część szeptała. Ktoś patrzył z niepokojem, ktoś z nadzieją, a wszyscy z jakąś ekscytacją ostatniego akordu epickiej sagi.
- To nie jest mój kościół - powiedział spokojnie. Nie musiał unosić głosu - I nie jest on dla Niego - uniósł lekko dłoń, nie wskazując jednak ani nieba, ani ziemi. - Jest on dla was.
Zapadła cisza, nakrapiana niezrozumieniem.
- Jest dla każdego kto czuje się skrzywdzony. Dla każdego kto widział jak potężni naginają prawo dla samych siebie. Dla tych co wierzą, że Sprawiedliwość musi być ślepa i bezlitosna.
Zrobił krótką pauzę, aby dać ludziom czas zrozumieć.
- Azazel nazywany jest Kozłem Ofiarnym. Tym który przyjmuje na siebie ciężar decyzji, aby wspólnota mogła trwać. Nie jest bogiem gniewu. Nie jest bogiem zemsty, okrucieństwa, ani chaosu. Jest manifestacją Prawa takiego jakim prawo powinno być. Takiego które rozumiane winno być jako odpowiedzialność.
Przeszedł spojrzeniem po twarzach.
- Uczy, że decyzje mają wagę. Że władza wymaga odwagi. Że porządek to więcej niż sama litera prawa, ale także jego egzekucja.
Nie padały imiona innych bóstw. Nie było porównań. Tylko subtelne różnice, które nie trafiły, by do nikogo kto już nie był zawiedziony.
- Ta świątynia nie powstała, by rywalizować z innymi wiarami. Powstała aby wypełnić pewną przestrzeń, która – głęboko wierzę – do dziś była porzucona.
Zrobił krok w bok, gestem prezentując wejście.
- Wejdźcie. Zobaczcie. Oceńcie, czy właśnie dla was jest to miejsce.
Nie uśmiechał się szeroko. Nie musiał.
Świątynia czekała.
A spośród tłumu pierwsi ruszyli ci, którzy swe życie zawdzięczali łaskom Kozła Ofiarnego.
A Bajarz stał w cieniu pobliskiej kamienicy, obserwował i liczył potencjalnych wiernych. Ciekaw jak spora to będzie grupka.Do kapłana podeszła Sunfall i szepnęła trochę poirytowanym tonem, uważając by nie usłyszał nikt inny.
- Czemu już ich tam wpuszczasz? To pusty budynek!
Viktor spojrzał na nią z lekkim uniesieniem brwi. Jego głos był miękki i ciepły, ale kryło się w nim coś więcej.
- Jest doskonały. Ci którzy teraz wchodzą i rzeczywiście zostaną, będą czuć, że są z kościołem od samego początku. - mówił idąc powoli, wzdłuż wchodzącego tłumu - Będą czuć się z tego powodu wyjątkowi, a ciężko o lepsze źródło lojalności - mówił cicho, głosem specyficznie takim aby nie było słychać, że słowa przeznaczone są tylko dla uszu Kaylie.
Kaylie skrzywiła się z wyraźnym brakiem zgody z jego słowami.
- Jak tam sobie sądzisz. To w końcu ty jesteś arcykapłanem. - mruknęła i zatrzymała się sama nie widząc sensu by wejść.
- Nie wygłupiaj się… - plany zepsuł jej chwyt za dłoń, który wciągnął ją w głąb świątyni pustej, gołej i szczerej. Viktor zaprowadził ją do środka i dłoń puścił dopiero gdy mijali ostatnich gapiów. Sam przekroczył te trzy schodki, wyznaczające strefę sacrum... jednak nic nie mówił. Obserwował ludzi z uśmiechem na ustach. Co do kilku twarzy nie miał wątpliwości, że zostaną tu dłużej. Jednak większość była tu zwiedzać. Pierwsza homilia miała poczekać na moment, gdy zostaną już sami prawdziwie zainteresowani.Arkanistka oczekiwała cierpliwie, aż gapie rozejdą się wreszcie i pozostawią nowinkę w spokoju. Cały czas trzymała się z boku pod ścianą, nie chcąc wychodzić na przód i stać obok kapłana, więc zdecydowała się jedynie partycypować nic nie mówiąc o ile Khal nie postanowi jej wciągnąć w dyskusję z ludem... co byłoby pewnie ryzykownym posunięciem.
Powoli zbliżyła się do Viktora rozmawiającego z zafascynowaną nim rudowłosą dziewczyną jakiej malutki nosek dodawał uroku jej piegowatej młodej twarzy. Zbyt delikatna na zwykły plebs, ubrania za bardzo pospolite na szlachectwo czy bogactwo. Wyraźnie czyny i słowa prawnika ją wzięły silnie i prawie nieśmiale się uśmiechała, jakby nie była pewna co dalej. Nie był to ten wstyd, jaki okazywała Kaylie, ale wstyd mimo wszystko.
Galtianka stała blisko mężczyzny jedynie tnąc dziewczynę wzrokiem, a jednocześnie trzymając dłoń na pochwie Rhaasta.
… - ci za dobre słowa, Veroniko. Zostań proszę, jeśli masz czas - proponował Viktor, ujmując dziewczę za dłonie i patrząc mu w oczy. Kaylie widziała, że rudzina połknęła już haczyk, z linką i wędką… a i na wędkarza jeszcze liczyła.
- Gdy te mury opuszczą ci, których tylko płonna ciekawość przywiała, wygłoszę pierwszą – nawet jeśli symboliczną – homilię.
Rumieniąca się dziewczyna wzniosła na niego swoje spojrzenie.
- Bardzo nie chciałbym jej przegapić… - przyznała cicho, z pewnym przejęciem - Ale.. nie dziś.
Uśmiechnęła się nieśmiało, trochę jakby sama ta rozmowa była dla niej wyróżnieniem.
- Ale wrócę! Obiecuję… ojcz-e Viktorze? - Niepewność pojawiła się w jej ostatnich słowach, ale kapłan wciąż się uśmiechał łagodnie i zachęcająco. Ledwie zauważalne kiwnięcie głową przywróciło jej tej uszczkniętej pewności. Wysunęła palce z jego dłoni, spojrzała raz jeszcze – trochę z zachwytem, trochę nadzieją, trochę… czymś… – po czym odsunęła się i odeszła w tłum, do przyziemnych spraw, które wiedziała, że są ważne.. ale jakoś nie wydawały się już AŻ TAK ważne.
- Ojcze... Viktorze... - Kaylie wycedziła pod nosem przez zaciśnięte zęby. Jej zazdrość była aż wyczuwalna przez skórę.
- Eh… w moich uszach tytuł “mistrz” brzmi naturalniej, ale przyjmę co dają… - żachnął się niepoważnie, w fałszywej skromności.
- Jak ci tak zależy możesz przecież ich poprawić, w końcu jesteś prawnikiem w świątyni diabła. - mruknęła.
- Niestety to słowo nie niesie odpowiedniego przekazu emocjonalnego… “Ojciec” prowadzi i opiekuje się. “Mistrz” nakazuje i informuje. Niby-podobne, ale to gigantyczna różnica… w kancelarii będę “mistrzem” i to mi będzie musiało wystarczyć.
- Będziesz wolał by wyjękiwały "mistrzu" czy "ojcze"? - prychnęła złośliwie.
Uśmiech Viktora tylko odrobinę złagodniał. Widział zazdrość w Kaylie. Była dla niego jasna, jakby sobie to słowo wypisała na dekolcie… ale musiała się nauczyć. Jeśli ten związek miał działać to nie miała wyboru.
- Myślę, że to nie jest miejsce na tą rozmowę. Możemy ją kontynuować potem, jeśli ci zależy… - odpowiedział, dostrzegając kogoś w tłumie.
- Sello! - półzawołał niskawą blondynkę z pieprzykiem na skroni. Wyszedł jej naprzeciw.
Ujęli się za przedramiona, jak ludzie nie na tyle bliscy aby witać się uściskiem, ale wystarczająco aby uścisk dłoni zdawał się zbyt suchy.
- I… - pstryknął trzy razy palcami, wyszukując umienia towarzyszącego jej mężczyzny, aby dać mu znać, że nie chce podpowiedzi. Oboje byli ocaleńcami z jaskiń Ahaira - Daren. Daren… Holt?
Oblicze kasztanowłosego chłopak z blizną z tyłu żuchwy rozjaśniło się.
- Zgadza się, panie Viktorze. Chciałem powiedzieć, że to co zrobiliście… po prostu łał. To jest niesamowite, że jeszcze rano były tu te ruiny browaru, a teraz? Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Tatko opowiadał, że świątynię Calistry budowano dwanaście lat!
- Proszę… proszę… odpuśćmy królewskie “wy”, dobrze? Przynajmniej dzisiaj. Przed-ostatni akt tego dzieła należał do mnie, ale nie osiągnąłbym tego bez wsparcia.
Kay dostrzegała jak fałszywa skromność Khala zdawała się trafiać, bez żadnych oporów, prosto w lędźwia Selli. Galtianka miała wrażenie, że zaraz wyjdzie z siebie. Albo zacznie krzyczeć. Może w nieartykułowanej złości, a może im w twarze, że to tylko jego gra i wszyscy (a przede wszystkie wszystkie) wokół tańczą bezkrytycznie pod viktorową melodię… nie wiedziała jeszcze.
- W porządku… - odpowiedział Daren z drobną niezręcznością. - Panie Viktorze. Ojcze?
- Jakkolwiek jest ci wygodniej - zapewnił kapłan, wiedząc dobrze, że “ojciec” już niedługo się przyjmie niezależnie od jego nastawienia.
Daren kiwnął głową, łapiąc Sellę za dłoń, a ona odpowiedziała własnym uściskiem.
- Chcieliśmy zapytać, kiedy oficjalne otwarcie… I pierwsze nabożeństwo.
Viktor uśmiechnął się ciepło do dwojga młodych, z jakimś rozrzewnieniem. Wiedział jak bardzo wspólnego tragedie mogą łączyć ludzi, a oni byli razem w klatkach goblinów. Zdziwiłby się wielce, jakby wśród ocaleńców nie było jeszcze ze trzech świeżych par.
- W ciągu najbliższych dni. Jutro postawię tablicę z ogłoszeniami przed wrotami i tam będzie rozpisany plan. Planujecie obecność? - zapytał skromnie, jakby wcale nie znał na to pytanie odpowiedzi już kilka dni temu, w czasie obiadu we Dworze.
- Bez dwóch zdań!
Ta rozmowa nie trwała długo, ale płynnie przeszła do kolejnej i jeszcze kolejnej i, w efekcie, dopiero niemal kwadrans (i ośmioro ludzi później) Kaylie znów miała Viktora dla siebie… nawet jeśli na krótką chwilę.
- Durna, płytka cipa... - wysyczała przez zęby patrząc za odchodzącymi - Wszystko łyknęła jak z ciebie łyknie... - złość jaka przechodziła przez Galtiankę tylko wzrastała, a uścisk na broni pobielał kłykcie.
Viktor stanął przed Kaylie, zasłaniając ją przed resztą zgromadzonych.
- Kruszyno… Chciałbym móc pójść z tobą teraz na stronę i to wszystko przepracować, ale to jest dla nas bardzo ważny moment. Dałabyś radę wykrzesać z siebie przynajmniej neutralny wyraz twarzy? Dla mnie? Hmmm? - w głosie brzmiała przymilna prośba, a nie nagana… choć miał ochotę ją przynajmniej odrobinę skarcić za psucie tego momentu.
Z Kaylie opadła czysta złość zastąpiona gorzkim smutkiem, takim co przylepia się do ściśniętego gardła.
- Tak, tak... Po prostu lepiej będzie jak stąd pójdę na zewnątrz... Powiedz mi jak już będę miała wolne miejsce, by zacząć pracować nad wystrojem...
- Dziękuję… Myślę, że potrzebuję tutaj jeszcze godziny… Jak masz ochotę to możesz do Dworu wrócić i Fisusia po Ciebie poślę, gdy nadejdzie odpowiedni moment.
- Mhm... - mruknęła poprawiając maskę, jaką założyła teraz na twarz ukrywając swój wyraz, choć krótkie słowa ukazywały, że nie chce mówić więcej by nie pokazać łamiącego się głosu - Tak.Viktor obserwował wychodzącą Kaylie nie pozwalając sobie na żaden smutek, który mógłby chcieć się wydobyć z tego widoku. Nie mógł. Zamiast tego uśmiechnął się szeroko do kolejnej twarzy, aby znaleźć dla niej miejsce na swojej szachownicy.
-
Gniew BurzyCztery lata później
Suchy ląd, nareszcie!
Serce Próżności wypłynęło blisko tydzień temu z Portu Wolność na południe, tuż poza obecne granice Sargavy. Żegluga wzdłuż wybrzeża zwykle należała do wygodniejszych i szybszych sposobów transportu, ale tym razem tak nie było. W głębi Zatoki Desperacji od dłuższego czasu utrzymywały się ciemne chmury burzowe, co jakiś czas zbliżając się do lądu, przynosząc ze sobą sztormy i potężne wiatry. Kapitan Serca, stosunkowo młoda elfka o jasnej karnacji, była mało doświadczonym wilkiem morskim, ale załoga ją kochała i braki nadrabiała intelektem. Jednak nawet ona szybko doszła do wniosku, że najwyraźniej Gozreh wystawiało ją na jakąś próbę, bo od lat nie musiała zmagać się z tak nieprzychylną pogodą. Mimo tego i kilku groźniejszych incydentów w rodzaju uszkodzenia wyposażenia czy wypadnięcia jednego z goblińskich majtków za burtę, podróż upłynęła bez poważnych strat, co nie znaczy, że była komfortowa. Wielu nieprzyzwyczajonych do morskich wojaży pasażerów albo kryło się większość czasu w swoich kajutach, albo co i rusz biegało „podzielić się obiadem z rybami”, jak to ze śmiechem kwitowali marynarze. Szczególnie przodował w tym pan Menius, któremu te kilka dni męki pozwoliło zauważalnie stracić na wciąż jednak pokaźnej wadze. Na szczęście te męki dobiegały już końca - w oddali widać już było skromne zabudowania Pridon’s Hearth, usytuowanego w spokojnej delcie rzeki Korir.Zaref miał dosyć tego statku. Serce Próżności kapryśnie kołysało się na grzbietach fal. Podróż była męcząca. Wiatr wdzierał się w szpary pokładu, a słona woda nigdy nie pozwalała ubraniom do końca wyschnąć. Mimo to twarz miał jasną, spokojną i zdobył ją uśmiech. Włosy lekko rozwiane przez morską bryzę, a spojrzenie żywe i przenikliwe.
Gdy statek zacumował w przystani Pridons Hearth opuścił Serce niemal bez pośpiechu. ZZ gracją i wdzięcznością przechodził obok ludzi, którzy z zaciekawieniem przyglądali się jego niebieskiej skórze i srebrnym źrenicom. Zaref rozglądał się po miasteczku, prowadząc swoje kroki… przed siebie. Po prostu przed siebie. Chłonąc atmosferę. Poznając.
- Hmmm… - Stary Vitold. Jeden z najsędziwszych mieszkańców Pridons Hearth spędzał większość swoich dni na ocenianiu innych, bez krztyny wkładu własnego. Zapytany o znajomośc wielkiego diablęcia, latającego z równie wielkim toporem i maską na twarzy skrzywił się jakby młodzik zadał pytanie co najmniej tak głupie, że dające mu już szansy z tej głupoty wyrosnąć.
- Jak ma na imię?
- Hmmm?
- Jak żeś jego dawny towarzysz, to będziesz wiedział jak ma na imię, prawda?
- Ach… Wierzę, że wciąż posługuje się imieniem Zod.
- Hmpf… To znajdziesz go pewnie w kuźni, na końcu tamtej ulicy.
Zaref podziękował pięknie Vitoldowi i ruszył we wskazanym kierunku rozważając na ile mu się wydawało, a na ile… stary pryk go sprawdzał. A jeśli tak, to dlaczego? Wnioski nieco poszerzyły mu uśmiech na gębie.
W otwartej kuźni panował przyjemny gwar. Zod z zaciętością uderzał młotem w czerwono-gorący metal. Para unosiła się leniwie nad ogniem, a w powietrzu unosił się zapach palonego węgla i koksu. Vera siedziała przy stoliku, dopracowując grafik patroli dla strażników kolonii, od czasu do czasu spoglądając na Zoda.
- Wyrobisz się z zamówieniem Otisa?
- Tylko jeśli Ignac da mi tym razem porządnej stali. Bez porządnej stali nie zrobię porządnych lemieszy.
- Jeszcze jesteś na niego zły?
- Vera… - odrobinę oburzył się tiefling - Jakby do straży dotarły do ciebie kruche miecze to byś szybko zapomniała?
- Hmmm… powiedziałabym, że to coś trochę innego. Kruchy lemiesz nie oznacza martwego farmera, a kruchy miecz… Poza tym osobiście ciebie przepraszał!
- Eh… no niech ci będzie.
Zod spojrzał przez okno na panoramę Pridons Hearth. Dzieci biegały po ubitej ziemi, powoli zastępowanej prez bruk. Kilku mieszkańców dźwigało kosze z dostawami. Do przystani powoli wracały łodzie rybackie i nawet jakaś większa jednostka towarowa niedawno przybiła do portu.
- A powiedz mi, Zod… jak twoje… chwilowe strachy? - zapytała troską, korzystając, że Berti – zodowy czeladnik – był na mieście po tą stal od Ignaca.
Tiefling nie odpowiadał przez dłuższy czas, zastanawiając się.
- W sumie… ostatni to był ten trzy miesiące temu… cztery?
- To bardzo dobrze. A jak się czujesz wśród nas? Wciąż czujesz się przybyszem?
- Nie… już nie. I wiesz co? Chyba rzeczywiście jestem tu szczęśliwy… jakby wszystko się wreszcie ułożyło.
Vera uśmiechnęła się szeroko.
- Nawet nie wiesz jak mi ciepło na sercu teraz, Zod… - uśmiech zrobił zadziorniejszy - No bo ile można ci powtarzać w kółko i w kółko, aby twój kapuściany łeb to wreszcie przyjął, co?!
- Hej!Śmiech dwojga przyjaciół nie dał się przerwać nowoprzybyłą postacią. Nie krępowała się ona i pozwalała radości przebrzmieć w swoim własnym tempie, samej czerpiąc z niej przyjemność. Dopiero po dłuższej chwili Zod podniósł na nią wzrok i śmiech natychmiast zastygł mu w gardle.
- Zod! - zawołał błękitnoskóry aasimar - Jak dobrze cię widzieć!
Zod zastygł. Nerwowym ruchem poprawił maskę na twarzy. Gest który Vera nauczyła się już rozpoznawać. Zaciśnięte pięści były natomiast tak oczywiste, że nigdy, by nie musiała specjalnie się ich uczyć.
- Zod… wszystko w porządku? - spytała wstając, z dłonią już na pałce przy pasie - Chcesz, żebym…
- Nie… - wysyczał tiefling - Zostaw nas… chcę… sam z nim…
Vera zmarszczyła brwi, ale po chwili kiwnęła głową i zebrała notatki.
- I tak miałam iść do Valerego. Widzimy się potem.
Na to odkiwnął jej głową Zod. Wiedział, że wcale nie planowała tego. Wiedział też, że Valery mieszkał tuż blisko. O-zasięg-głosu-blisko.- Uhuh… powiem szczerze… miałem nadzieję na trochę inne przywitanie…
- Zaref… - szepnał Zod z jakąś trwogą, choć coś w nim sądziło, że powinien czuć ulgę.
- Czyli mnie pamiętasz. To dobrze. Jak się trzymasz? Popytałem trochę o ciebie i nie powiem… bardzo mnie cieszyło to wszystko co słyszałem.
- Daję radę… - odpowiedział mechanicznie. Bez ciepła w głosie.
Uśmiech Zerefa zelżał. Życie w oczach zastąpiło ciepło i zrozumienie.
- Wiesz po co tu jestem, prawda?
- Prosz… nie… - głos miał był słaby. Jak skazańca.
- Zod…
Z mimiki Zarefa zniknęła wszelka radość. Zod nagle poczuł, że ta rozmowa będzie znacznie cięższa, niż się spodziewał w najczarniejszych scenariuszach.
- Tak… trzeba… Valara powiedziała mi… - tłumaczył się, nagle pozbawiony swojej pewności.
Zod oparł się ciężko na blacie, jakby nagle przygniótł go ciężar z którym nie miał jak sobie poradzić.
- Zam-amknij drzwi… proszę…
- Zod… - aasimar wykonał prośbę.
- Zaref… czemu tu jesteś?
- Przywrócić… ci pamięć…? - słowa pobrzmiewały niepewnością tak głęboką, że aż brzmiały jak pytanie. Aasimar spodziewał się wiele, ale nie, że poczuje się tu katem.
- Dziękuję. Pamiętam już dosyć. Nie potrzeba nic więcej. Możesz to zostawić w spokoju.
Cisza przedłużała się pozornie w nieskończoność, torturując ich obu swoją natarczywością.
- Zaref słuchaj… ja nigdy… pamiętam co ci zrobiłem.
- Daj spokój…
- Nie. Nie “daj spokój”. Chcę… MUSZĘ ciebie przeprosić. Więc… przepraszam… proszę, wybacz mi co ci wtedy uczyniłem - Zod był wielki i groźny, ale w tym momencie zdawał się skurczony i słaby jak dziecko.
- Pamiętasz… tamtą noc?
- Pamiętam dość. Dość aby wiedzieć, że i przed nią przez trzy dni ciebie… ja cie-ciebie…
- To nie była tw…
- Co? Co “nie była”?! - Zod uderzył oboma pięściami w blat, w nagły uniesienie - “Nie moja wina” chcesz powiedzieć?! Oczywiście, że moja! Brałem w tym udział, bo chciałem! Nie zostałem zmuszony! Nie zostałem zmanipulowany! Nie cierpiałem wcale strasznych katuszy gdy… gdy-dy ciebie…
Tiefling znów się skurczył w sobie po uderzeniu gniewu.
Znów nastała cisza. Ta okropna… ciężka cisza.
- Przepraszam - martwy głos Zoda zdawał się lepszą dla niej alternatywą - Ja… nie zawsze panuję nad gniewem. Przepraszam.
- N-nie… nic się nie stało. Miałeś rację. Właśnie to chciałem powiedzieć, ale… to właśnie cały problem, prawda?
Tiefling zagryzł zęby i kiwnął głową, tłumiąc złość, która znów chciała się wyrwać.
- Ja nie chcę pamiętać. Nie chcę. Pamiętam już dość… ten rytuał. Przyzwanie sukkuba i pakt który zawarłem.
- Zod…
- Pamiętam, co rytuał ode mnie wymagał. Pamiętam, jak cię zamęczałem przez te dni. Pamiętam też, jak wbiłem topór w plecy mojemu mistrzowi, a on stał się ofiarą – tą, którą planował, abym był ja.
- Zod.
- Pamiętam jak mówiłem jej czego chcę… daj mi nie pamiętać co to było. - z każdym słowem Zod zdawał się maleć. - Wiem, że moja dusza należy do niej i po śmierci czeka mnie Otchłań. Pozwól mi nie pamiętać dla jakich dalszych krzywd to wszystko zrobiłem. Mam w sobie dosyć nienawiści. Mam dosyć bólu… ja chcę tylko aby on się wreszcie skończył… i przeżyć te moje pół wieku w ułudzie, że wszystko będzie dobrze.
- Zod! - Zaref pogodził się wreszcie z tym, że tiefling go nie słucha i podszedł do niego. Uchwycił jego twarz i skierował spojrzenie w swoim kierunku, zmuszając go aby wreszcie go zauważył.
- Nie zawarłeś z nią paktu!
Tym razem cisza wcale nie była ciężka.
- C-co?
- Nie zawarłeś tego paktu! Sukkub oferowała ci zemstę, miłość, pieniądze, człowieczeństwo, a nawet wybaczenie win. Dawała ci wszystko, co tylko marzyłeś, ale w przebłysku cholernego geniuszu poprosiłeś o coś, czego nie mogła dać. Poprosiłeś o moc, by samemu wybaczyć!Zod zastygł w bezruchu i szoku. Zaref cofnął się o pół kroku i odkaszlnął.
- W tamtym momencie chciałeś już tylko przestać cierpieć. I gdzieś tam zrozumiałeś, że nienawiść którą miałeś w sobie, ten gniew i cały syf, przez który przeszedłeś ci to uniemożliwiał… że zawsze poprowadziły by ciebie one drogą destrukcji i samozniszczenia. I poprosiłeś o to. Ale tej jednej rzeczy ona ci dać nie mogła… za to zwróciłeś na siebie uwagę Valary… pamiętasz Valarę?
Zod pokręcił powoli głową.
- Potężna azata. Wyciągnęła ciebie stamtąd. Na łąkach Elizjum wysłuchała twojego życzenia. Pamiętasz je?
Zod nie spieszył się i wyglądał jakby próbą miał się złamać zupełnie. Zaref dawał mu czas. Nie poganiał.
- Daj… daj mi moc… b-by wybaczyć tym co mnie skrzywidzili… i… i tym… co nig-dy nie zasługiwali na… moją ni-nienawiść… - głos Zoda się łamał bardziej i bardziej z każdym słowem. Nie miał łez które mogłyby płynąć, ale ciężar na jego barkach pękał z każdym z nich. Nie skazał się na wieczne potępienie… była dla niego nadzieja…
- Tak! I wtedy odpowiedziała? “Przede wszystkim ja wybaczę tobie. W imieniu Jasności. Wybaczam.” A teraz trudna część… powiedziała także…- To nie będzie łatwe.
Z Zoda zeszło powietrze, jak wypompowane ciosem w brzuch.
- Ale…
- Pomogę ci. Nakieruję. A przede wszystkim to ja wybaczę tobie - azata kontynuowała - w imieniu Jasności. Wybaczam - to słowo… brzmiało nieludzko. Miało ono moc. Czuł to.
Cała Łąka (a może całe Elizjum?) wybuchło w wiwacie a Zeref objął oniemiałego Zoda podskakując w miejscu, szczęśliwy jakby obejmował odzyskanego przyjaciela, a nie diablę co go niedawno porwało i torturowało.
- W oczach Niebios jesteś teraz niewinny jak noworodek. Wszystko zostało ci wybaczone, ale nie sądź, że zostało zapomniane. Myśl o tym w ten sposób, że osobiście będę cię teraz doglądać i każde zło którego się dopuścisz po dwakroć będzie mnie koleć w oczy.
- Ale… - zapytał Zod po nietrwałej uldze - ta nienawiść… ten ogień we mnie… błagam, nie potrafię z nimi. One mnie…
Azata wstrzymała go gestem dłoni.
- Nie mogę ci nic odebrać. Nie różniłoby się to od odebrania ci woli i zmienienia w posłusznego automatona. To mogła ci zaoferować Nierządnica, nie ja, ale też nie uratowałoby to twojej duszy. Ukryję twoje wspomnienia i przeszłość, zostawiając tylko to, czego potrzebujesz – na pewien czas. Twoje wspomnienia wrócą, wraz z nienawiścią i gniewem. Do tego czasu musisz zdobyć więcej Potrzebujesz wypełnić serce litością, łaską, miłością, dobrem… musisz otoczyć się przyjaciółmi którym ufać będziesz z całego swojego serca. Musisz pokochać świat, bo wszystkie twoje demony powrócą i będziesz je musiał wtedy pokonać.
Gniew łagodnością.
Podejrzliwość zaufaniem.
Nienawiść miłością i Zło Dobrem…
Własną przeszłość swoją przyszłością.
Nie zostałeś jeszcze uratowany. Sam się musisz uratować.
Czekają cię próby po dwakroć trudniejsze niż innych i wszystkim musisz sprostać.- Valara opowiadała mi co widzi… - mówił Zaref powoli i ostrożnie, gdy Zod drżał jakby miał zaraz się rozsypać. - Widziała twoją łagodność z Bashebą i z Song’o. Widziała twoje dobro gdy burza pierwszy raz uderzyła. Widziała jak ludzie ciebie pokochali i jak stałeś się częścią społeczności.
- Ale wciąż nie kocham… i wciąż nienawidzę. Rozumiesz?!
- Zod…
- Pamiętam co mi zrobiono. Pamiętam co musiałem robić. Pamiętam agresję i przemoc. Pamiętam tortury i samotność. Pamiętam regułę “będziesz pierwszy lub martwy.” Wciąż to mam… nic nie pokonałem. Wciąż jestem tym samym potworem co kiedy zabijałem Marhi i Douga. Tłumacząc sobie, że… no “pierwszy lub martwy”. I wiesz co? Miałem rację. Wiem, że miałem rację! I nienawidzę tego, że wiem! Nie powinienem tego “wiedzieć”!
- Zod…
- I kusi… wciąż kusi… Ragdan, do stu czortów, on jest jak ja byłem. Wiem to. Ale nic jeszcze nie zrobił… I nie mogę nic udowodnić. - Zod ściszył swój głos do wściekłego syku - Nie mogę nic zrobić. Chciałbym go zabić w nocy. Choćby dziś… i pozwolić, by ciało zabrał odpływ. Jeśli tego nie zrobię ludzie zginął, prędzej czy później… Czy tak powinien myśleć ktoś z “tych dobrych”? Ktoś godny wybaczenia?
Zaref nie odpowiedział od razu. Zamiast tego podszedł… objął Zoda ramionami i ścisnął go równo z siłą i ciepłem.
- Wiem, że jesteś skonfliktowany. Wiem, że potrzebujesz pomocy. I po to tu jestem. Rozumiesz? Pozwól mi sobie pomóc…
Kolejny mały kawałek ciężaru na barkach Zoda skruszył się. Tiefling nie wiedział co odpowiedzieć… wszystkie zarzuty i niemal cały gniew momentalnie wyparowały. Objął tieflinga, jak dawno nie widzianego przyjaciela i stęknął tylko.
- Sam nie dam rady…
- Nie jesteś już sam. -
Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecięPodpisuję się pod tym co Ketharian pisze =]
Powodzenia! -
Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecięJa także =]
Priv. -
Imperium Maledictum - cyferkowa rzeźnia zasadWszystko co twierdzę jest już w moich wypowiedziach. Nie jestem w stanie ciebie zmusić abyś to dostrzegł.
-
Imperium Maledictum - cyferkowa rzeźnia zasadPo co mam uzupełniać coś co jest pełne i skończone?
To ty potrzebowałeś go "uzupełnić" na własną rękę, aby być w stanie na niego odpowiedzieć.
I aby to uzupełnienie usprawidliwić potrzebowałeś zarzucić mi nieszczerość.Przykro mi, że nie jesteś zdolny do uczciwej dyskusji, ale nie jestem twoim rodzicem, aby moim obowiązkiem było wykładanie ci gdzie zbłądziłeś w życiu.
Mam tylko jedno pytanie... czy Ty jesteś małoletni? I pytam tutaj szczerze, nie w ramach zarzutu.
Bo jeśli np masz 16-20 lat to ZUPEŁNIE zmienia postać rzeczy. Wtedy masz prawo nie rozumieć pewnych konceptów i niusanów. Wtedy bym znalazł dość cierpliwości (oraz wiary w tego sens) aby na spokojnie i uśmiechem na gębie, wyjaśnić Ci gdzie się mylisz.Ale jeśliś dorosły facet (te 25+) to jest to skazane na porażkę i tym samym nie warte mojego czasu =]
-
Imperium Maledictum - cyferkowa rzeźnia zasad@ArchiwumX napisał w Imperium Maledictum - cyferkowa rzeźnia zasad:
Przytoczyłem twój argument całości...
Jestem ciekawy czy faktycznie w to wierzysz, czy intencjonalnie jesteś niefaktualny... (tak, to jest eufemizm).
To zostanie do oceny tym mistycznym "czytelnikom".
-
Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecięPriv zaraz pójdzie.
Może pomoże Ci jak pokażę Ci moją postać i pomogę z Twoją =] -
Imperium Maledictum - cyferkowa rzeźnia zasadBardzo to wszystko fajne, ale nie na temat. A zarzuty o nieszczerość stawiają ciebie w bardzo złym świetle.
Mój argument nie brzmi "mogę podtrzymywać 10-12 mocy bez żadnego ryzyka, w sposób jaki Ty sobie sam wymyśliłeś", ale "mogę podtrzymywać 10-12 mocy bez żadnego ryzyka".
Korekta po szybkim fact-checku: Jakieś 8-9 mocy. Jest (chyba) tylko 6 sustainowanych mocy o Warp Charge'u 1.Nie przysługuje ci wypaczanie mojego argumentu, wedle twojego własnego widzi-mi-sia.
A twoja niechęć do choćby odniesienia się do niego, na rzecz obalenia czegoś co sam wymyśliłeś mówi tym "czytelnikom" wszystko co muszą wiedzieć.Następnym razem jak będziesz chciał komukolwiek zarzucić nieszczereść, proszę... przemyśl to trzy razy i bądź pewny, że masz ku temu podstawy.
Ta dyskusja nie ma sensu. Nie zdajesz się zdolny zrozumieć czym różni się twoja opinia od poważnego argumentu. W kółko ciebie proszę o coś więcej niż "mi się tak wydaje" i w kółko tylko to dostaję. Tylko gorsze i gorsze.
Trzymaj się.
Mój udział w tej dyskusji jest skończony.
Nie zagramy razem. -
Imperium Maledictum - cyferkowa rzeźnia zasadWciąż słyszę tylko i wyłącznie "ja tak uważam".
A ja uważam, że to nie jest stresujące, bo mechanicznie nie jest, w żaden sposób, niebezpieczne. Mogę spokojnie podrzymywać nawet i 10-12 mocy przez caaały dzień i w żadnym momencie nie ryzykować absolutnie nic. Udowodnij mi, że się mylę.@ArchiwumX napisał w Imperium Maledictum - cyferkowa rzeźnia zasad:
Zobaczenie horrora liczy się jak kontakt z ze żródłem spaczenia.
Udawajmy przez chwilę, że miałem na myśli to jedno konkretne znaczenie słowa "horror"...
W jaki sposób argumentuje to w kierunku tego, że podtrzymywanie mocy jest jak "walka, albo inne stresujące sytuacje"? -
Imperium Maledictum - cyferkowa rzeźnia zasadBrak podtrzymywania mocy również nie dusi.
Co rzuty na spaczenie mają do rzeczy to mogę tylko zgadywać.Nie dostrzegam tu żadnej arguemntacji wykraczającej ponad "ja tak uważam".
Powiedz mi dlaczego, wedle podręcznika, a nie "ja tak uważam", podtrzymywanie mocy miałoby być stresujące? -
Imperium Maledictum - cyferkowa rzeźnia zasadNo to przeklejając z naszej dyskusji:
Twoja argumentacja tutaj brzmi "Poderek NIE mówi, że X jest nie-stresujące więc powinno się rzucać warp charge'a w sposób jakby było strsujące!"
Pod X wstawiasz "podtrzymywanie mocy".
(Chyba, że się mylę i gdzieś on determinuje, że podtrzymywanie mocy jest stresujące... wtedy proszę o wskazanie palcem =p)Jeśli uznajemy ten argument za zasadny to powiedz mi czemu, wedle litery podręcznika, a nie "ja tak uważam", nie mógłbym wstawić pod X "oddychanie", albo "posiadanie oczu".
Posiadanie oczu w Wh40k może być bardzo stresujące, bo widzisz te całe horrory =pPrzy czym interpretacja, nawet jeśli frywolna, podoba mi się.
Mogłaby nieco ograniczać supremację psykerów. Choć wcale nie tak bardzo jakby się chciało... -
Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecię@ArchiwumX napisał w Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecię:
A z kolei co do tej amunicji... w obu wersja masz inne sformułowania, ale sens jest ten sam. Strzały pojedyńcze z broni z zdolnościami prucia, nie zmniejszają zawartości magazynka.
Przeczytaj jeszcze raz co tam jest napisane. Bo tam zmienia się podmiot zdania, zupełnie zmieniając jego znaczenie.