Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
ArveeA

Arvee

@Arvee
Mecenas
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
61
Tematy
1
Udostępnień
0
Grupy
1
Obserwujący
1
Obserwowani
1

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Sharn - Mrocznymi Scieżkami
    ArveeA Arvee

    Chwilę wcześniej...

    - A dzięki, dzięki… Wy równieżście się starali. Łatwo nam nie było, oj nie… Można się było napocić, albo kości przekrzywić..
    Borin zerknął na ramię zbrojnokutego, które przed chwilą prowizorycznie opatrzył, a teraz już wyglądało jak nowe.
    - Teraz, jeśli pozwolicie, wolałbym uniknąć dalszego rozlewu krwi… albo smaru. Jeśli Boromarowie dotrą tu przed strażą miejską, a na wachcie akurat trafi się kapitan bardziej…. temperamentny, to zrobi się z tego bardzo nieprzyjemna sytuacja.
    Westchnął i zaczął powoli zwijać pasek narzędziowy.
    - Dlatego zabierz tylu swoich, ilu zdołasz. Zbierzcie rannych i wynoście się stąd, póki jesteście w stanie. Swoją porcję przemocy dzisiaj już miałem i niemiła mi dokładka.

    Zbrojnokuty obejrzał się tylko w stronę zmasakrowanego trupa drugiego ochroniarza.
    - Z Trzydziestki niewiele już zostało, a Syrrix tu nie ma. Kontrakt był na nią, pozostali się nie liczą - powoli podniósł się na nogi - Ale jeszcze raz dzięki, tym razem za ostrzeżenie, długo tu nie zostanę.
    - No to w ramach podziękowania weźże kogo zdołasz na plecy i przenieś ich ze dwie przecznice stąd, najlepiej do jakiegoś rowu, zaułka czy innego miejsca, które zmniejszy szansę, że Boromarom w ręce wpadną. Da im to jeszcze szansę przeżyć i trochę oleju sobie między uszy wlać z wiekiem. Zaczynając od tamtej Reilru, jeśli możesz… chyba oficeruje, a takich to się gorzej traktuje.
    - Dziwna prośba, ale skoro nalegasz - konstrukt wzruszył ramionami w geście, który musiał podpatrzeć u innych ras. Ruszył w stronę nieprzytomnej gnollki i z wysilkiem zarzucił ją sobie na ramię, co spotkało się z groźnym warknięciem ostatniego przytomnego gnolla. Zbrojnokuty, nie wydawał się tym przejęty - miał swoje zadanie i szedł już w stronę wyjścia.
    - Ty się, Thraz, nie buntuj mi tutaj, tylko pomóż mu, bo szkoda czasu na takie przedstawienia! Chwytaj kogo możesz i ewakuujcie się stąd czym prędzej, bo jak Boromarowie się pojawią to nie na popołudniową herbatkę was zaproszą!
    Gnoll przez chwilę obserwował krasnoluda z głuchym warczeniem, ale widać że wystarczyła mu na przemyślenie swojej sytuacji. Dobro sfory ostatecznie wygrało z dumą - powoli podniósł się na nogi, dźwignął leżącego jak worek ziemniaków towarzysza ruszył za zbrojnokutym.

    Borin obserwował wychodzącą parkę. Westchnął powątpiewając lekko czy to była dobra decyzja. Pakt Znir doceni troskę o życie swoich ludzi? Czy za słabość i “zaproszenie” uzna? Co Boromarowie pomyślą o ratowaniu żyć ich konkurentów? To plus wydarzenia z rana w Brzegu… mogło okazać się rysą na ich relacjach.
    - Będzie co będzie. Najwyżej to rozwiążę…
    Spojrzał dalej po Królu Ognia i do loży, gdzie chwilę temu towarzysze zlecieli ratować Alestaira.
    - Proponuję się stąd zwijać jak sugeruje gospodarz. - warknął Gundrik rozluźniając się trochę.
    Nadal trzymał w dłoniach swoją broń, załadowaną i gotową do strzału. Nie patrzył na Borina tylko na potencjalnych przeciwników, miejsca skąd mógł nadejść atak… smocze znamię zdążyło przygasnąć pozostawiając tylko na ramieniu kurtki wypaloną dziurę.
    - Idziemy na balkon. Sprowadzę nas na dół śladem pozostałych.
    - Jeśli miłe to twoim uszom… - zaczął Borin do gospodarza - …to za kilka godzin, albo jutro, jeśli sytuacja nie pozwoli, zawitać mogę i zreperować zniszczone meble. Dobry jestem w takie zabawy.
    - Mam od tego fachowców na kontrakcie - odparł niziołek, niechętnie odnosząc się do propozycji.
    Borin spojrzał na Gundrika, kiwnął mu głową i ruszył za nim.
    Idąc zgrabnie i płynnie młodszy krasnolud omiótł jeszcze raz wzrokiem główne pomieszczenie.
    - Jeden ślad młotka na tych mebelkach i ubezpieczenie szlag trafi. Tak tylko mówię. - rzucił do Borina i machnął lekko ręką na co ukształtowana w łódź tafla energii wpłynęła za krasnoludami na balkon.
    - Zapraszam na pokład.
    - Ah, dziękuję, dziękuję. Oddaję się w twoje ręce, kapitanie - zachichotał starszy krasnolud wchodząc na magiczny transport.

    Rozgrywka

  • Sharn - Mrocznymi Scieżkami
    ArveeA Arvee

    Borin przeszedł się pośród pokonanych, szukając ran wymagających opatrzenia, ale nie znalazł nikogo czyjemu życiu zagrażałoby niebezpieczeństwo… po drodze tylko rozbroił pokonanych z tych oczywistych broni. Nie miał zamiaru ich teraz dokładniej przeszukiwać.

    Skierował swoje spojrzenie na nieprzytomną, teraz już opartą o szynkwas, Reilru. Jego lewe oko zalśniło pomarańczowo na krótki moment. Spojrzał na ostatniego przytomnego gnolla, Gundrik właśnie nim dysponował, aby upozycjonować w niezagrażającej nikomu pozycji, więc uwagę miał zajętą. Świetnie. Borin stanął tak aby nawet jakby spojrzał nie było czystego widoku i – poprzez materiał koszuli – dotknął palcem amulet na swojej piersi. Gdy znów podniósł oczy tym razem błyszczały na fioletowo i w parze.

    Róża

    Borin podszedł z drobną dozą niepewności do duo: Thalamera z Varokiem. Nieco ostentacyjnie, z drobnym rozbawionym uśmieszkiem.
    - Wyczuwam tu subtelnie cierpką woń olejów wypływających z metalicznych żył. Niekoniecznie cię doprowadzę do świetności z jaką dzisiaj witałeś poranek, ale myślę, że mogę tu sporo pomóc.

    Varok rzucił spojrzenie na Borina, jakby Thalamer nawet nie istniał. Pomimo swej wielkiej sylwetki, konstrukt milczał; niepodobna było rzec, czy była to duma, czy też Varok po prostu rozważał, czy oferta pomocy mogła być jakimś rodzajem krotochwili tudzież obelgi.

    Wreszcie, rzekł Thalamer:

    – Będziemy potrzebować jakąkolwiek pomoc, tedy dzięki ci, panie Borin – mag skłonił się lekko. – Varok, zaakceptujesz pomoc cnego pana Borina który sam ze się, w ramach kooperacji, chce dokonać ulepszenia mocy uderzeniowej szwadronu.

    Varok drgnął, słysząc głos maga, którego uśmieszek nie wydawał się spełzać z twarzy. Konstrukt przez jedną chwilę spojrzał ognistym wejrzeniem na Thala, jak gdyby obiecując mu zemstę także i za to. Rzekł wreszcie:

    – Zaiste, pracuj – nadstawił swój potężny bark i pancerz, który został rozerwany przez pomagierów Syrrix.

    Borin kiwnął i ściągnął ściągnął brunatną rękawiczkę z lewej dłoni, ujawniając magitechową protezę, którą jeszcze dalej odsłaniał podwijając rękaw aż za mechaniczny łokieć. Szarpnął równie gwałtownie co zdawkowo, pozwalając sile bezwładności uchylić skrytkę z której wytoczył się pas z narzędziami, wyraźnie pojemniejszy niż miał prawo się zmieścić w tak ciasnej przestrzeni, bez choćby sporej szczypty magii. Wybrał narzędzia i zaczął pracę, która też wyraźnie zasilana była jakiegoś rodzaju magią, bo metal ciała Varoka giął się w jego dłoniach nie trudniej niż glina o wyjątkowo kooperatywnym stosunku. Łaty pasował jak ulał przy pierwszym przyłożeniu i trzymały się jakby smarowane były klejem, co chwytał w idealnym momencie.

    - No. Wstępnie gotowe. Na tę chwilę jest to, rzecz jasna, rozwiązanie tymczasowe, ale dajże mi moment, a utwardzę to należycie, żeby już zostało tak, jak jest.
    – Twa ofiara zostanie dodana do Ołtarzu Bitew – zimny głos, pozbawiony emocji, wydobył się z hełmu Varoka.
    - Tsk… to dla ciebie. Wojna dawno dostała ode mnie wszystko co zamierzałem jej dać, ale podumać możemy o tym później. Teraz gdzie indziej jestem potrzebny.
    – Dzięki ci, cny panie Borin! – Thalamer jowialnie zrobił ukłon, wirując swoimi powłóczystymi szatami, w tym samym czasie sięgając po uprzednio przyrządzone eliksiry. – Varok, nie spodziewam się twej wdzięczności, tedy weź to, i to, i tamto.

    Leczące mieszaniny - fiole wypełnione złotawym, podobnym do miodu napojem błysnęły w zręcznych palcach Thalamera, który przekazał je do konstruktu.

    – Tam, gdzie idziemy, będziemy potrzebować jakiejkolwiek siły oporu. Rzekłbym, że zapomnianym przez bogów mieście, ależ wszak obecność magii boskiej jest niezaprzeczalna w tej dziurze, niestety! Chociaż nie opatrzności… Ha-ha. Panie Borin, tysiąc podziękowań dla ciebie. Potrzeba mi wyruszyć czym prędzej, żeby zabezpieczyć resztki naszego chlebodawcy. W onym nieszczęsnym wypadku chciałbym ogłosić, że zaklepałbym sobie mózg naszego drogiego przyjaciela, sądzę, że mógłby mi się przydać do wielu interesujących eksperymentów, które pominąć chciałbym na wypadek pozostania wrażliwych niewiast w tym dostojnym przybytku. Varok?

    Konstrukt, dopijając ostatnią z mieszanin, skinął głową.

    – Gotów na zadanie śmierci – Varok mruknął.
    – Wspaniale! Niebostatkiem w dół! Czy znajdzie się dla nas miejsce? Ach, wszakże nie potrzeba, przygotowałem się właśnie na możliwość braku miejsca.

    Mag i Varok ruszyli w stronę hobgoblina, który zdawał się majstrować w niebostatku.

    Róża

    Krasnolud, z pewnym stresem, podszedł do zbrojnokutego, który przybył jako ochroniarz Syrrix. Jego towarzysz leżał w częściach, między stołami. Z nim już nic nie dałoby się zrobić. Ten teraz wcale nie wyglądał wiele lepiej.

    Leżał oparty o przewrócony stół, z jedną nogą wygiętą pod nienaturalnym kątem. Płyty pancerza na torsie miał wgniecione tak głęboko, że nachodziły na siebie a jedna wprost pękła. Z rozszczelnionych przegubów wystawały pęki stalowych linek i miedzianych przewodów, a do tego sączyły się smary i oleje. Mechanizm barkowy ledwie się trzymał na miejscu. Drobna dźwignia i łatwo byłoby go urwać. Twarz miał częściowo oderwaną odsłaniając skomplikowany układ soczewek, przekładni i zębatek.
    Borin strzyknął śliną.
    - No dobrze… zobaczymy co da się zrobić.
    Najpierw zabezpieczył ostrze twardo wmontowane w rękę. Tego nie był w stanie rozbroić, ani nie chciał go okaleczać pozbawiając całej kończyny. Zadowolił się obwiązaniem dwoma obrusami. Zabezpieczenie łatwe do pozbycia się, ale wymagające cennych sekund. Potem przeszukał czy nie posiada więcej ukrytych ostrzy, czy broni i nic nie znalazł. To oczywiście niewiele oznaczało, ale pracował z tym co miał. Na całkowite rozłożenie go nie było czasu. Potem powtórzył procedurę z Railru. Potwierdzenie, że Gnuuth – ostatni przytomny gnoll – nie widzi… Pomarańczowy odblask w oku a potem fioletowe światło. Skrzywił się i strzelił - śliną niezadowolony gdy ono zgasło.
    - No nic. Do roboty.
    Odnowił magiczną protekcję i zaczął pracę. Najpiew pozbył się tego co teraz już tylko przeszkadzało. Niektóre przewody po prostu odciął, inne łączył roboczo, a jeszcze inne udało się wyplątać z pogiętych elementów konstrukcji. Wymontował najbardziej zdruzgotane płyty fragmenty pancerza. Nie próbował ich prostować. Właściciel zrobi z nimi potem co sam uzna za słuszne, ale raczej były do utylizacji… Ten demontaż pozwolił mu zajrzeć wgłąb piersi.
    - Aha. Niedobrze.
    Kilka zębatek głównych przekładni napędowych było wyszczerbione. Jedna zupełnie strzaskana, ale mechanizm wciąż się obracał. Łącza energetyczne były niemal całkowicie zerane z mocowania. Borin docisnął je na miejsce i unieruchomił kawąłkiem drutu. Zamiast właściwego zacisku użył śrubki z własnej kolekcji.

    Więcej czasu zajęło poskładanie najważniejszych mechanizmów. Nie celował w pełną operatywność. Doprowadzenie się do pełnej funkcjonalności będzie jego własnym zmartwieniem.

    Jeszcze nim to dokończył zabrał się za nogę. Staw był zniszczony. Wymagałby dłużej pracy, więc zrobił najlepsze co się dało. Wsunął stalowy pręt i ustabilizował go, aby usztywnić całe kolano.
    - Chodzić będziesz. Tylko niezbyt elegancko.

    Najwięcej czasu zajęła mu ręka. Bo z niej zbrojnokuty miał jeszcze skorzystać w najbliższej przyszłości. Borin znalazł oderwane ściegno ze stalowej linki. Długimi szczypczykami przeciągnął je przez prowadnice i połączył z gniazdem w głębi “pachy”. Jeden z brakujących elementów dał radę zastąpić odpowiednio opiłowanym fragmentem pancerza, wcześniej odrzuconym do “utylizacji”. Cóż… został zutylizowany!

    Sięgnął w głąb piersi konstruktu i ostrożnie zakręcił jedną z przekładni. Ręka drgnęła. Dokonał kilku korekt i był już w stanie zacisnąć ją w pięść.
    - To teraz, prosiłbym, o więcej zdziwienia i wdzięczności niż agresji…
    Mruknął rozcierając dwa magitechowe smary, a wraz z tym jak się mieszały błyskały coraz intensywniej błękitnymi wyładowaniami.
    Rzucił spojrzenie do Gundrika, potwierdzając, że towarzysz go ubezpiecza i włożył obie dłonie w głąb piersi konstruktu, obydwoma chwytając jego swoiste “serce”. Smary nagle wymieszane z znacznie gwałtowniejszej objętości błysnęły raz, drugi… z każdym ciałem zbrojnokutego wstrząsał skurcz. Chwilę po tym jak krasnolud wyciągnął dłonie ze środka błysnęło po raz trzeci. Nie nie intensywniej, ale dłużej.

    Rozgrywka

  • [Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór
    ArveeA Arvee

    Przeddzień procesu Ahaira chylił się już ku końcowi. Słońce powoli poczęło zachodzić za horyzontem, a życie miasta cichło... a przynajmniej to praworządne życie.
    Dlatego zapracowany prawnik i kapłan diabła pewno nie spodziewał się, że cisza w świątynnej kancelarii zostanie przerwana, gdy rozległo się delikatne pukanie do uchylonych drzwi, a pukający nie zakłócał nawet tej ciszy swym chodem.

    Viktor uniósł spojrzenie znad kodeksu karnego Evercrest wespół z wężykiem zwiniętym na jego masywnym biurku.
    - Kaylie! - zawołał uradowany - Wchodź, wchodź. Rozgość się, tylko daj mi – proszę – dokończyć akapit, nim mi myśli uciekną…
    Zaprosił ją słowem oraz gestem i wcisnął znów nos w papier.
    Kaylie wsunęła się przez drzwi niosąc w obydwu rękach zakrytą tacę. Poruszała się powoli i uważnie podchodząc do biurka Khala. Ubrana była w czarno-czerwony strój, jaki od kochanka otrzymała i najwyraźniej bardzo jej przypadł do gustu.

    Wężyk uniósł brew, w geście stricte nienaturalnym dla generalnej populacji tych gadów, ale nie sprawiającym problemu jego diabelskiej wersji… Syknął znacząco w kierunku Viktora zwracając jego uwagę, co kapłan objawił niemal lustrzanie powtarzając uniesienie brwi i posyłając chowańcowi pytające spojrzenie. Turkusowy wężyk gestem ogona wskazał na Kaylie i dopiero wtedy Viktor rzeczywiście na nią spojrzał.
    - Oh… - stęknął i zamrugał dwa razy, odrzucając myśl, że pod pokrywką tacy skryta może być czyjaś głowa… zamknął księgę, zostawiając w niej zakładkę i odsunął na bok, poświęcając kobiecie całą swoją uwagę.
    Kaylie położyła dużą tacę na biurku przed Khalem.
    - Założyłam, że będziesz potrzebował Apéro Dînatoire. - powiedziała i uniosła pokrywkę.
    I oczom kapłana ukazała się wielość wytwornych serów i wędlin, małe tartaletki z boczkiem, mini szaszłyki na wykałaczkach z pieczonymi klopsikami.
    - I wsparcia przed nadchodzącym spotkaniem ojca Filii.
    Viktor gwizdnął przeciągle. Od półtorej dnia zjadł tylko talerz kanapeczek… technicznie nie musiał jeść, z powodu magicznego pierścienia… ale tworzyło to pewien dyskomfort. I niski grom grający mu w brzuchu dał o tym znać światu.

    Nie skomentował z początku nic o Aegonie, a sięgnął po szaszłyczek i z zadowoleniem powoli go przeżuł przed połknięciem.
    - Dziękuję. Przyda się… ale to później. Co porabiałaś? Drugi dzień już się jakoś omijamy… wiem, wiem… głównie to ja się zatrzasnąłem w biurze… pytanie jednak pozostaje bez zmian.
    - Starałam się... znaleźć coś sobie. Czytałam romanse. Siedziałam w bibliotece z nimi... Do najemników chodziłam. Piłam tu czy tam. Nie chciałam zawracać głowy.
    “Tu czy tam” – pomyślał Viktor – “Mówimy o niecałych dwóch dniach!”
    Postanowił, że musi coś zrobić. Powziąć… pewne środki zaradcze.
    - Coś ciebie trapiło? - zapytał z łagodnością.
    - Nic takiego. Typowe moje rzeczy. - powiedziała wymijająco - Jedz, bo jeszcze wino czeka. - powiedziała pokazując butelkę jakiej wcześniej nie było widać.
    - La damme Myamtharsar. Czy próbuje mnie pani poderwać? - zapytał biorąc kolejne kęsy. - Bo jeśli tak, to myśli la damme w dobrym kierunku.
    Kaylie uśmiechnęła się lekko.
    - To czy ja muszę podrywać?
    - A czy potrzeba jest tutaj konieczna?
    - Przyszłam, aby cię wesprzeć, bo rozumiem, że to będzie ciężkie dla ciebie. Nie chciałam cię samego z tym zostawiać. - powiedziała szczerze.
    Spojrzenie Viktora spoważniało.
    - Oby więcej takich ciężkich momentów mnie spotkało. To będzie ważny moment. Ważniejszy niż jutrzejszy proces. - przytaknął.
    - Sądzę, że zaiste spotka. - wzięła mały widelczyk z tacy i nabiła nań jeden z serów nim przesunęła go do ust Khala.
    - Bez ciebie byłoby to trudniejsze… - szepnął, przyjmując łakoć.
    Kobieta powoli karmiła prawnika i nawet nie wiadomo skąd wzięły się na biurku kryształowe kieliszki przy butelce drogiego, galtiańskiego białego wina.
    - Pojawię się jako publika na rozprawie. Nie zostawię cię. - obiecała - Nim zacznie się będę obok, jeżeli chcesz.
    - Heh… na rozprawie chciałbym abyś była, ale to jedynie moja próżność. Muszę jedynie się upewnić, że jakiś lokalny dziw mnie nie zegnie.
    - Mogłabym jako twój ochroniarz być. Jesteś głównym kapłanem Azazela w końcu.
    - I jednym z wyznaczników mojej osoby, poza piorunującym urokiem osobistym, jest niezmierzona arogancja. Mają mnie widzieć pewnym, zdecydowanym i nieustraszonym. Bądź na sali, proszę… ale jako widz. Jeśli chcesz to i na świadka ciebie wezmę, ale jakbyś ochoty nie miała to świadków mam dość. Aczkolwiek obrona może ciebie wezwać.
    - Niech i tak będzie... - zgodziła się na jego warunki, choć z lekkim smutkiem, czując się mniej potrzebna w takiej sytuacji. Z drugiej strony wiedziała, że to ma być jego moment, który w końcu doprowadzi do oczyszczenia emocjonalnego, choć gdzieś głęboko kisiło się uczucie bycia niepotrzebnym w tej scenie.
    - No już, już… nie róbmy takiej miny. Będziesz miała swoją chwilę w czasie egzekucji - zachęcał ją serdecznie.
    - Rozmawiałam z Filią. - zmieniła temat nie chcąc wchodzić w poprzedni - Poprosiła mnie bym była jej druhną... Nie wiem czemu mnie wybrała, ale twierdzi, że nie ma innych. - kolejny łakoć powędrował do Khala - Więc przekonałam ją też, aby spróbowała wyperswadować Davionowi byś ty był jego drużbą. W końcu kto jak kto, ale ty zasługujesz bardziej niż ja.
    Viktor szybko przełknął.
    - Raz: gratulacje. Cieszę się, że wasza relacja tak postępuje. Dwa: Może to moje dramatyczne niezrozumienie lokalnych konwenansów... ale czy przyszły pan nie powinien osobiście o to pytać, łamane przez: prosić?
    - Pewnie tak, ale to ty zasługujesz bardziej niż ja, więc postanowiłam coś z tym zrobić.
    Viktor zdusił uśmiech, rodzący się w kąciku jego ust.
    - Zakładam, że chodzi o uratowanie tej porażki jaką było wezwanie Daviona do Absalomu.. jednak bycie czyimś świadkiem nie jest funkcją zasług, a bliskości. A ja z Davionem... znamy się. Wymienieliśmy pewnie koło trzystu słów. To nie brzmi jak "dość". Bardzo doceniam starania... poważnie. Szczerze... i masz serce w dobrym miejscu, co jest bardzo ważne, ale pozwólmy Davionowi samemu wybrać, dobrze?
    Uśmiech Kaylie zbladł.
    - Więc... Nie chcesz...?
    - Widzisz... Jesteś druhną Filii, bo ONA tak wolała. I chcecie mnie zrobić druhem Daviona, bo WY tak wolicie, a mnie to mile po ego by połechtało. Jeśli Davion będzie mnie chciał... sam z siebie, a nie w wyniku waszego nacisku... to się bardzo ucieszę. Ale potrzebuję to od niego usłyszeć, a nie od ciebie. Tymczasem mamy ważniejszy temat... Jestem w stanie zorganizować ci kilka metrów isgerskiego jedwabiu. Jak Lady Barabii dostanie go w swoje ręce i przyjdziesz w sukni z niego to drżyjcie narody. Ogarnąć ci go, czy już sama coś zorganizowałaś?
    Kaylie rzuciła się Khalowi na szyję.
    - Jesteś najlepszy...
    Samozadowolony uśmieszek wypełzł na usta Viktora, gdy obejmował galtainkę.
    - Żebyś wiedziała. Mam opcje dla antracytowej czerni, mandarynkowego, burgundu, purpurowego fioletu i pudrowego różu. Co do ciebie najbardziej przemawia?
    - Czy faceci w ogóle wiedzą co to za kolory? - zachichotała.
    - JA większość tych kolorów chyba rozróżniam. Antracyt i mandarynka są oczywiste. Burgund i purpurowy fiolet… nie wiem czy bym odróżnił od sąsiadujących kolorów, ale generalnie sobie wyobrażam. Pudrowy róż… to byłby taki blady, prawda?
    - Ja właśnie chcę burgund i fiolet! - zaśmiała się całując go w policzki.
    - No to ustalone. Dam znać mojemu kontaktowi w Pitax aby wysyłał. Powinno być w ciągu tygodnia do dwóch.
    Kaylie puściła kapłana by zacząć nalewać wina do kieliszków.
    - Zasługujesz na rozluźnienie przed procesem. Jesteś przygotowany bardziej niż ktokolwiek by był w tym mieście. - tym razem nie użyła sformułowania "wsi".
    - Niestety ta sprawa to tylko któryś krok dalszych planów. Aegon tam będzie. Muszę zrobić na nim wrażenie… ale niech będzie symboliczny kieliszek i przerwa krótka. Tak do półtorej godziny. Niestety zbyt dobrze wiem jak drobne niuanse potrafią zatopić sprawę. A nie musiałbym nawet przegrać sprawy, aby się ośmieszyć.
    Przyjął alkohol i z zadowoleniem sięgnął po kolejną kostkę sera, przyozdobioną oliwką na wykałaczce.
    - Co tam we Dworze? Lilia nie tęskni za bardzo? - zachichotał dudniąco.
    - Bardziej jest zadowolona, że nie zawracasz mi głowy. - mruknęła i sama prawie na raz wypiła całą zawartość kieliszka... po czym nalała sobie drugi - Nie byłam bez przerwy we Dworze.
    Viktor spojrzał gdzieś w przestrzeń, zataczając fale winem w kieliszku.
    - Jakoś zniosę jej antypatię. Szczególnie, że nie muszę już siedzieć we Dworze tak dużo. A ty jak się trzymasz? Coś na śledzionie ci siedzi?
    Kaylie spojrzała znad kieliszka.
    - Czemu tak sądzisz? Życie to życie.
    - Skoro tak mówisz… a Paimon się zachowuje? Czy znika i spędza noce w komnatach szlachetek?
    - Ja też znikam, pamiętasz? Biblioteka, samotne czytanie, samotne wyprawy po mieście, karczmy...Paimon pewnie robi swoje, cholerny bękart. - mruknęła pochłaniając kieliszek wina jednym haustem, aby nalać sobie kolejny.
    Viktor odchrząknął, jakby dopiero teraz myśl mu przyszła do głowy.
    - A tak swoją drogą… masz już jakieś idee na temat swojej sukni? Jak już będziesz miała te jedwabie. Myślisz o czymś dostojnym i ciężkim, czy raczej zwiewnym. Takim co faluje przy każdym kroku?
    Przesunął spojrzeniem po jej sylwetce, wizualizując sobie coś.
    - Nie kryję, że purpura z burgundem mają w sobie coś królewskiego…
    - Królewskie, ale zwiewne. Aby do sylwetki pasowało, a nie ją ukrywało. - powiedziała po namyśle i przysunęła twarz do twarzy Khala - Może zainteresuję oczy innych.
    Galtianka wyraźnie miała nadzieję, że jej słowa wywołają zazdrość w Viktorze.
    Viktor półuśmiechnął się szelmowsko.
    - Oh. Absolutnie w to nie wątpię. Ten materiał co dotrze, ta suknia którą Barabii stworzy i ta kobieta która w niej będzie zdecydowanie przyciągnie niejedno spojrzenie.
    - Może w trakcie wesela z jakimś zniknę na boku. - kontynuowała.
    Półuśmiech Viktora zesztywniał nieco. Stał się nieszczery.
    - I dlaczego miałabyś to zrobić?
    - A czemu nie? Ty pewnie znikniesz z jakąś. - wzruszyła ramionami obserwując uważnie reakcję i oczekując prawdziwej emocji.
    - Wydaje ci się, że mam tak mało obycia dwornego by nie rozumieć, że to stawiałoby ciebie w złym świetle?
    - I tylko ta kwestia miałaby znaczenie dla ciebie? Uważasz, że dla mnie też?
    - To jest wystarczająca kwestia. Nie wezmę na bok żadnej kobiety na przyjęciu, na które z kimś przyszedłem. I nie wziąłbym na przyjęcie kogoś, kto coś takiego by zrobił mi.
    - Naprawdę nie widzisz żadnego innego powodu bym tego nie zrobiła? - naciskała.
    Viktor oparł się na krześle i upił swój pierwszy łyk wina.
    - Widzę inne powody, prawda… ale nie mam ochoty dawać tobie nowych pretekstów do umartwiania się. Wiesz jak się skończy jeśli dopuszczę ten temat. Wiesz jaki będzie finał tej rozmowy.
    - Nie zrobię tego, bo mi zależy na tobie, nie chcę ci sprawić cierpienia... - odparła szeptem, zasmucona, że to nie było jego pierwszą myślą.

    - Ughhh… - warknął rozdrażnienie Fisuś, przyjmując formę diablika dla jej wielkiej mocy wpychania ludziom w twarze palców - Ty. Nie przysługuje ci mina zbitego szczeniaka gdy SAMA ZACZĘŁAŚ TEMAT…
    - Fisuś! - warknął Viktor ganiąco, ale impowy palec zaraz znalazł się przed jego oczami.
    - NIE SKOŃCZYŁEM! Tobie z kolei, panie adwokacie, nie przysługuje udawanie, że wszystko jest w porządku, do stu zamarzniętych piekieł! Wiesz, że uwiera ją rotacja, a ty wiesz… - spojrzenie znów przeniosło się na Kaylie - …że on wie. Czort! Gówniarzeria z was! Fisuś się odmeldowuje - imp zasalutował, tyłem przekraczając próg biurka i w swobodnym spadku okrył się płaszczem niewidzialności i powiew wiatru opuścił biuro przez uchylone wciąż drzwi.
    Kaylie spojrzała na Khala zdziwiona.
    - Czy... Zrobiłam coś nie tak?
    Viktor przez kilka chwil zdawał się nie usłyszeć pytania. Wpatrywał się z kroplą irytacji w uchylone drzwi, czując jak chowaniec się oddalał.
    - Fisuś próbuje wymusić na nas rozmowę na którą nie jest czas. Rozumiem jego frustrację, ale ta jej manifestacja właśnie jest dziecinadą, o którą nas – nieco wulgarniej – oskarża. Porozmawiam z nim potem, a na razie udajmy, że tego wybuchu nie było. Dobrze?
    Wtedy Kaylie stanęła przed Khalem nachylając się nad nim.
    - Nie. - powiedziała pewnie.
    Viktor rozsiadł się wygodniej na krześle i upił swój drugi łyk wina.
    - Czy jesteś tego pewna?
    - ... boję się, ale... Trzeba... Musimy...
    - No to usiądź - niby-proponował, ale dwa jego palce już spoczęły na jej obojczyku i delikatnie ją odpychały - …i zacznij - polecił, gdy zwiększył się dystans między nimi.
    Viktor zobaczył jak strach pojawia się w oczach arkanistki. Zaczęła wyginać palce w stresie.
    - Ja... - przegryzła wargę - Czy...Pokochasz... Kiedyś...
    Viktor zastanawiał się kilka chwil, pozwalając bardzo niewielkiej ilości wewnętrznego niepokoju przedostać się na zewnątrz.
    - Zdefiniuj.
    - Czy... Będę tą jedyną... Czy... - głos jej się załamał.
    Viktor kilka razy otworzył i zamknął usta. Chwilę nawet rozważał opróżnienie kieliszka dla kurażu, ale… to byłby pusty gest.
    - Możesz być moją pierwszą.
    - ... pierwszą...?
    Viktor uniósł na nią zmęczony wzrok.
    - Kaylie. To nie jest tak, że w życiu są miejsca na osoby, jak krzesła przy stole. Pojawia się ktoś nowy i ktoś musi wyjść.
    Zakręcił kieliszkiem, wzburzając wirującą szkarłatną falę.
    - Jasne. Będę flirtował, będę sypiał z innymi. Jakbym coś innego powiedział, to w ogóle byś mi uwierzyła?
    Uśmiechnął się na moment autoironicznie.
    - Ale chyba nie rozumiesz jak drastycznie inną kategorią jest “jakaś kobieta”, czy “jagnię”... a moja “pierwsza”. Pierwsza spośród reszty. Ta do której naprawdę wracam myślami.
    Zamilkł na jeden oddech.
    - Większość jagniąt nic dla mnie nie znaczyło. Uśmiech… alkohol. Czasem nieprzyjemna samotność do zduszenia na dwie godziny przed świtem. Tyle. Następnego dnia ledwie pamiętam o czym rozmawialiśmy.
    Spojrzał jej prosto w oczy.
    - A potem jesteś ty. Ta która jest ważna. Bliska. Przy której nie gram żadnych gierek, ani taktyk. Którą faktycznie słucham i analizuję. Dla której sprowadzam egzotyczne jedwabie, aby sprawić radość, a nie koronki zwinąć do kolekcji.
    Lekko wzruszył ramionami i upił ostatni łyk wina.
    - Są takie romantyczne historie… dziewica oswajająca bestię, potwora, czy nieokrzesanego dzikusa. Tu jednak zabraknie trzeciego aktu… ale będzie to szczera historia.
    Zobaczył jak światło w jej oczach przygasa i zaczyna być jak za mgłą. Wzięła głęboki oddech próbując uspokoić swój głos nim prawie szeptem się odezwała usilnie chcąc ukryć drżenie.
    - Więc... To nie będzie miłość... Prawda?
    Viktor oparł łokieć o blat i przesunął kciukiem wzdłuż dolnej wargi, kupując sobie jeszcze te kilka sekund, aby zebrać odpowiednie słowa.
    - Jedyna szczera odpowiedź jest taka, że nie wiem. Tylko tyle mogę ci dać.
    Jego głos był spokojny. Zbyt spokojny.
    - Generalna grupa ludzi “takich jak ja” lubi mówić o miłości. Ja może trochę też, ale nigdy bezpośrednio. Nigdy… weryfikowalnie… ale tak tylko łatwiej budować wokół niej poezję. Dramat. Uczynić centrum niewypowiedzianego świata… ale to nie znaczy, że potrafimy ją przeżywać jak zdrowi emocjonalnie ludzie.
    Krótki i zupełnie niewesoły uśmiech przemknął mu po twarzy.
    - Ale nie jesteś mi obojętna. Nie jesteś jagnięciem. Jakbyś była to ta rozmowa trwałaby trzydzieści sekund i skończyła się uroczym niby-nie-kłamstwem.
    Odstawił pusty kieliszek na biurko.
    - Prawda jest taka, że jesteś pierwszą osobą, której pozwoliłem poznać Khala. Nie personę Viktora, którą stworzyłem. Bo nie chcę grać, nie chcę pozwalać Ci wyciągać błędnych wniosków z moich nie-kłamstw. Nie chcę stosować viktorowych technik, ani mieć ciebie owiniętej wokół palca.
    Westchnął cicho, opuszczając spojrzenie.
    - Może nie będzie to wielka miłość z ballad. Nie napisano by o tym romansu, który matki dawałyby córkom do czytania… ale to jest to co jestem w stanie wycisnąć ze swojego pokrzywionego serca… i jeśli to za mało… - rozłożył dłonie w niemocy - …to nie wiem co mogę ci jeszcze powiedzieć.
    Galtianka patrzyła martwo w swoje dłonie ciągle walcząc z tym poczuciem beznadziei i żalu zaciskającego gardło. Oddychała miarowo by zwalczyć gromadzące się emocje, które wylałyby się, jeżeli nie próbowałaby nad nimi zapanować. Wiedziała, że nie byłoby to dobre dla sytuacji czy dla żadnego z nich.
    - ...rozumiem i... Będę starała się być... lepsza. - wyszeptała wiedząc, że głos ją zawiedzie jeżeli wzmocni jego ton... czy będzie jak prawnik mówiła więcej.
    Viktor nie odpowiedział od razu. Dolał sobie wina, ale tylko po to aby czymś zająć dłonie i myśli. Bez faktycznej ochoty. Szkarłatna fala leniwie przemierzała brzegi kieliszka, gdy odwrócił wzrok od Kaylie… do witrażu za jego plecami, który wykonała dla niego kilka dni wcześniej.

    Czuł narastające zmęczenie. Nie gniew. Trochę rozczarowanie. I bezradność. Widział jak Kaylie próbuje się forsownie zmienić. Zmusić się do akceptacji tego kim Viktor jest… i chyba oboje widzieli, że to nie wychodzi i ta walka tylko rani.

    Marność, wszystko marność… i jej starania by być “lepszą” i jego, by ją uszczęśliwić, i jej mrzonki o księciach z bajki, i jego wywlekanie własnych słabości… szczególnie jego wywlekanie własnych słabości.

    Viktor – z głębokim zawodem – obserwował jak odrobina jego zaangażowania właśnie umierała. Bo jeśli to cierpienie miało z nimi być już zawsze… to jaki to miało sens?

    Wtedy kapłan poczuł ciężar głowy Kaylie na swoim ramieniu i zauważył, że kobieta przysunęła się bliżej. Milczenie wypełniało biuro zaburzane tylko ich prawie niesłyszalnymi oddechami.
    - Czuję się tak... bezpiecznie z tobą. - szepnęła - Tak spokojnie...
    Wtuliła policzkiem w szyję mężczyzny.
    - I nie chcę ciebie tracić...

    Viktor zamknął oczy. Sięgnął ręką, aby podrapać ją czule za uchem, gdy sam analizował… swoje własne emocje. Rezygnacja zdążyła już wywietrzeć, zastąpiona jakąś dziwną dumą i potrzebą chronienia jej… Czemu Kay tak mu w głowie mieszała?!

    - Jakoś damy radę… - głos miał cichy i czuły, gdy schylał się do niej, by złożyć długi pocałunek na jej głowie.
    - Nikt poza nami by nie dał... - szepnęła i zawahała się - Mogę dziś spać u ciebie?
    - Myślę, że jak się trochę ściśniemy to znajdzie się miejsce - odpowiedział z zabawną przekorą. Łoże było wielkie, że oboje mogliby spać jak rozgwiazdy ze swobodą.
    Arkanistka przytuliła się do niego.
    - Nie wiem jak ty ze mną w ogóle wytrzymujesz. Powinieneś już dawno mnie kopnąć i utrzymywać ze mną jedynie znajomość wymuszoną przez potrzeby wykonywania poleceń Azazela.
    - Nie szukam w Evercrest wygody i rzeczy łatwych. Ani zawodowo, ani – jak się okazało już na miejscu – osobiście. Jakbym chciał ciebie odsunąć… zrobiłbym to dawno temu. Na tyle szybko, że jeszcze byś uznała, że porządny ze mnie człowiek i ogóle to był przejaw szacunku, a nie ograniczanie trudności. Jesteśmy parą pokrzywionych ludzi. Na różne sposoby. I walczymy… wciąż o siebie walczymy… myślę, że to coś znaczy.
    - Chciałam wyjść na miasto, pójść do jakiejś speluny pić... Ale nie zrobię tego. Zostanę z tobą. Bo jest tu... Tak dobrze...
    Viktor ucałował ją nad brwiami.
    - Przychodź tu kiedy chcesz. Nie zawsze będę w stanie poświęcić ci uwagę, ale zawsze możesz być obok gdy pracuję…
    - Po prostu... Zajmie bym się przyzwyczaiła do sytuacji z innymi kobietami... - powiedziała szczerze - Myślałam, że nie będzie problemu. W końcu mój pierwszy miał inne jak nachodziła go ochota, na moich oczach nawet, a jak miałam z tym problem to powiedział, że nie zmieni nic i albo dam spokój, albo mam odejść. Nie obchodziło go które...
    - Zaopiekuję się tobą. Zatroszczę. Jeśli tylko z tym jednym uda ci się pogodzić to zobaczysz, że nic nie stanie nam na drodze…
    - To dość... poniżające, jak kobieta nie umie utrzymać tylko przy sobie swojego partnera, rozumiesz? - zapytała ze smutkiem.
    - Roz-zumiem, że możesz to tak postrzegać - odpowiedział powoli - Mam na to odpowiedź. Nie jedną… ale nie mam wielkiej wiary, aby do ciebie przemówiły. Więc, niestety, zostaje mi ciebie prosić o uznanie tego za niezbywalną wadę mojego charakteru… i wkalkulowania tego w rachunek “za i przeciw”...
    - Jakie to byłyby odpowiedzi? - zapytała wtulona.
    - Prezentowałyby arogancję przekraczającą nawet moją codzienną manierę…
    Kaylie spojrzała bez zrozumienia.
    - Jaką arogancję?
    - Uhhh… - Viktor otworzył usta, ale zamknął je moment później. - Może w ten sposób… dlaczego, według ciebie, tak wiele kobiet godzi się dzielić ultra-potężnych mężczyzn?
    - Bo... Wiedzą, że nie zdołają go mieć inaczej? Lub myślą o sobie nisko?
    - Są takie co godzą się na to z niskiej samooceny, ale wykluczamy je z tej dyskusji.
    Wiele takich widziałem, co było piękne, nie-głupie i zdolne. Czemu ONE preferują tych ultra-potężnych dzielonych, od kogoś innego na wyłączność?
    - Desperacja?
    - Jeśli dokonują własnego wyboru, to czy można to nazwać desperacją?
    - Więc dlaczego?

    - Bo pół, czy ćwierć tego konkretnego mężczyzny to dla nich więcej niż inni w całości, albo nawet niż kilku “zwyklaków”. W małym palcu mam wiedzę, którą mędrcy ścigają całe życie. Jestem samoukiem, który rozpoczął naukę, gdy szlacheckie dzieci ją kończą i – pomimo potężnego klasizmu tamtego otoczenia – dotarłem do tytułu Trzeciego Pióra Cheliax. Jakbym miał ochotę to mógłbym dziś baronem być, bo nie raz a DWA razy mi oferowano odpowiednie małżeństwo. Długa jest lista moich umiejętności które uważam za “poboczne”, ale opanowałem je na poziomie przewyższającym przeciętnego profesjonalistę. Nawet z diabłem zawarłem pakt na moich własnych warunkach… zmierzam do tego, że niewielu jest takich trzech jak ja jeden. I “pół mnie”, to znacznie więcej niż mężczyźni z którymi kobiety radośnie wiążą swoje życie.
    Kaylie uśmiechnęła się prześmiewczo.
    - Przez swoją pychę pasowałbyś do kręgu Asmodeusza.
    Viktor wzruszył ramionami.
    - Ostrzegałem, że to będą wyżyny mojej arogancji… i wiem. Masz rację. Z Księciem Ciemności bardzo wiele mam nici porozumienia, ale w niuansach kryje się konflikt, który nie jest do obejścia dla mnie. Jak choćby niewolnictwo.
    - Ale to dopiero jedna z tych wielu odpowiedzi o jakich wspomniałeś. - przypomniała.
    - Poniżenie bierze się głównie z tego, że człowiek zaczyna patrzeć na siebie cudzymi oczami. Ukrywaj to przed światem jak trąd, to jako trędowata będziesz postrzegana. Noś to z dumą, jak order… a zaczną ci zazdrościć.
    Półuśmiech przyozdobił mu usta.
    - A znów pozwalając sobie na arogancję… poprzedni powód wciąż funkcjonuje, ale jak przydarzy im się poznać na moich zdolnościach, to będą tylko bardziej fantazjować o byciu tobą, która to masz mnie na zawołanie. Ja tu nie teoretyzuję. To wszystko są rzeczy faktycznie zaobserwowane w praktyce.
    - Dla ciebie wszystko wydaje się takie proste, Khal... - westchnęła - Bo to nie ty w sumie musisz się z tym mierzyć... I czy są jeszcze inne powody? Czy wszystkie opierają się na kwestii dumy?
    Viktor uśmiechnął się smutno.
    - Myślisz, że mnie to nie dotyka, bo nauczyłem się dobrze wyglądać po tej stronie problemu?
    Pokręcił lekko głową.
    - Kaylie. Wydaje się tobie, że to jest kwestia “wartości” osoby. Khaliemu udowodniono, że sam swojej wartości nigdy nie będzie miał. Że nigdy nie pozwolą mu zapomnieć, że narodził się jako szczur w rynsztoku i wdzięczny powinien być za samo to, że pozwalają mu istnieć w otoczeniu lepszych. Więc stworzył kogoś nowego. Człowieka godnego podziwu. Chcianego. Słuchanego. Takiego za którym ludzie pobiegli jak za wodzem. Zbyt błyskotliwego, zbyt użytecznego, zbyt fascynującego aby dało się go nie docenić.
    Znów zakręcił kieliszkiem, wpatrując się w rubinową falę.
    - Ty patrzysz na kobiety i widzisz w nich zagrożenie. Obelgę. Ja patrzę na całe swoje życie i widzę ciągłe upewnianie się, że nigdy nie będę już tym chłopcem, którego nie chciano tak bardzo, że go wygnano.
    Westchnął cicho.
    - Więc nie. To wszystko nie jest dla mnie “proste”. Po prostu moje lęki są ubrane w elegantsze falbanki niż twoje.
    - Mamy różne spojrzenie na własną wartość. - powiedziała ze smutkiem - Nie widzę w sobie niczego godnego zauważenia. Godnego podziwu. Istotnego. - położyła głowę na klacie prawnika jak na poduszce - Nieważne co mówisz. Ja nie widzę wartości w sobie.
    - A ja nie widze w Khalu. Zdecydowanie preferuję Viktora… jednak powiedz mi… jak rozumiesz frazę “godne zauważenia”?
    - Istotne! - uniosła głos - Coś, co jest ważne, wyróżniające! Coś sprawiającego, że jesteś dumny z siebie!
    Viktor nie odpowiedział werbalnie, ale wskazał palcem za swoje plecy i uniósł brew.
    - To dzięki magicznemu przedmiotowi od Ferna. - wzruszyła ramionami nie widząc w tym swojej zasługi.
    - Wiesz, że to zaklęcie nie tak działa. I witraż jest bardzo istotny dla mnie. Jest ważny dla świątyni i naszej misji. Wyróżnia mnie na tle i adwokatów i prawników. Wszystkie wymagania które określiłaś on spełnia. Czy może będziesz teraz dodawać kolejne ad hoc?
    - Za dużo mi chcesz na siłę przypisać. - mruknęła.
    Viktor odmruknął, nieco zadziornie, ale uśmiech złagodniał na jego twarzy.
    - Mam wrażenie, że przesuwasz granicę za każdym razem, gdy pojawia się coś, co mogłoby świadczyć o twojej wartości. Więc jakie kryterium musiałoby zostać spełnione, żebyś sama uznała własny wkład za istotny?
    - Coś, czego nie mógłaby po prostu zrobić inny osoba... Inny mag czy artysta. - powiedziała smutno.
    - Hmmm… czy kogoś – kogo znasz – określiłabyś “godnym zauważenia”?
    - Unikam ludzi w większości... Ale ty okazałeś się dla mnie godny zauważenia.
    - I uważasz, że osiągnąłem coś, czego nikt inny by nie był w stanie?
    - Osiągnąłeś mimo przeciwności.
    - I nikt nigdy nie osiągnął czegoś pomimo przeciwności losu?
    - Pewnie czasem się to zdarza…
    - Założę, że mówisz o specyficznej intensywności przeciwności które mnie spotkały, oraz skali mojego tryumfu, bo inaczej byłoby to regularnym wydarzeniem… wciąż. “Czasem się zdarza” zdaje się inwalidować twój wymóg “coś czego ktoś inny nie byłby w stanie po prostu zrobić”.
    - Bo to jest coś wymagające więcej niż losowego szczęścia. Musiał to być Khal z jego siłą i upartością lub inna osoba o podobnych cechach. - stwierdziła.
    Viktor kiwnął głową.
    - Widzisz? Znów przesunęłaś granicę… zaczęliśmy od “coś istotnego, ważnego i wyróżniającego się”. Gdy okazało się, że łapiesz się pod tą definicję okazała się ona niewystarczająca i doszliśmy do “czegoś, czego nikt inny nie potrafiłby zrobić”. Kiedy okazało się, że nawet Trzecie Pióro Cheliax nie jest w stanie spełnić tego kryterium zmieniłaś je na “coś wymagającego więcej niż szczęścia”.
    Spojrzał na nią ze spokojem.
    - Jakbym i to kryterium obalił – a podejrzewam, że znalazłbym sposób – zmieniłabyś je znowu. Bo nie szukasz definicji wartości. Szukasz definicji która pozwoli ci jej sobie odmówić.
    Jego uśmiech stał się smutny, gdy opuszczał wzrok znów do rubinowej fali.
    - I z każdą kolejną zmianą kryterium coraz bardziej odcinasz się od świata, ad hoc budując kolejne poziomy warunków, których nie stawiasz nikomu poza sobą, tworząc system gdzie wszyscy inni mogą być docenieni za ich wysiłki, osiągnięcia albo charakter… ale ty nie. Dla ciebie zawsze znajdzie się jeszcze jeden wyjątek ad hoc.
    - Po prostu nie widzisz tego co wcześniej widzieli inni. - fuknęła - Co widział mój nauczyciel, moja własna matka, mój ojczym. Nyer... - skuliła się w sobie na ostatnie słowo.
    Viktor czule pogłaskał Kaylie po policzku.
    - Jakbyśmy byli w sądzie. Bezstronny arbiter uznałby ich za wiarygodnych świadków?
    - Dlaczego miałby nie? - zapytała z prawdziwym zdziwieniem.
    - Czy uznałbyś, że było faktualne, gdy oceniano mnie za moje pochodzenie, a nie za zdolności?
    - Pokazałeś, że jesteś ponad to...
    - Czyli się mylili i ich opinie nie warte były powietrza, które marnowali gdy je wypowiadali. Tak? - pozwolił sobie na jad, wspominając początki swojej kariery.
    - ...tak... - odpowiedziała ostrożnie.
    - Więc tak samo nie warte tego powietrza były opinie dziadka, który oceniał ciebie przez pryzmat twojej krwi, a nie zdolności.
    Kaylie skrzywiła się.
    - Nienawidzę cię za twoje gierki słowne i wypaczanie moich myśli, byś mógł dowieść swoich racji.
    - Ad hominem. Dlaczego dziadek uważał ciebie za gorszą?
    - Bo... Jestem bardziej człowiekiem niż elfem... Nie rozumiem czemu tak go to bolało...
    - I czy to czymś się znacząco różni od uważania mnie za gorszego za bycie bardziej szczurem niż szlachcicem?
    - On jest wielkim bohaterem! Wielkim magiem!
    - Volg Cromwell alc Nathaniel był jednym z najwybitniejszych adwokatów Cheliax. Był Drugim Piórem póki nie przeszedł na emeryturę. Przez całą moją karierę powoływałem się na jego sprawy i cytowałem jego słowa. Do dziś również gardzę jego uprzedzeniami, które pozwoliły mu nazwać mnie “szczurem w todze”. Czy fakt jego wybitności uczynił jego uprzedzenia prawdziwymi?
    - Dla niego na pewno były. - odpowiedziała, a jej usta wygięły się w jakimś tłumionym śmiechu - Choć przyznam, że obraz szczura w todze to uroczy widok.
    - Absolutnie. Na oba twierdzenia. Nathaniel był całkowicie pewny swojej prawdy. Mogę mu wiele zarzucić, ale nieszczerość nie byłaby jedną z tych rzeczy. Błąd poznawczy… to co innego. Jednak zgodziłaś się już, że opinie ludzi takich jak on nie były warte tlenu, który wypowiedzenie ich zmarnowało. Czy fakt, że przybliżyłem ci konkretną osobę cokolwiek zmienia?
    - Sądzisz, że dzięki tym przykładom zmienię własne postrzeganie o sobie samej... ale to się nie stanie. Nie jestem dumna jak ty. Nie jestem z siebie zadowolona...
    - W sądzie bym zaprotestował, że świadek unika odpowiedzi na pytanie i próbuje zmienić temat przesłuchania… zauważyłaś, że ani razu nie powiedziałaś mi, że się mylę? Nie próbowałaś nawet wskazać błędu w moim rozumowaniu. Deklarujesz tylko, że nie zmienisz zdania… a ja nigdy nie odnosiłem się do twojej samooceny. Nie pytałem czy jesteś wartościowa. Jedynie czy osoby, które cię o tym przekonały, miały prawo ciebie osądzać.
    - Rozumiem do czego to ma prowadzić. - mruknęła - Bym powiedziała, że nie miały, więc ich zdanie nie miało siły, czyli mylę się i mam wartość. - fuknęła z irytacją.
    Viktor pół-uśmiechnął się. Nieco zbójecko, a nieco zarozumiale.
    - Nie. Ja nie powiedziałem “oni się mylili, więc jesteś wyjątkowa”. To byłby non sequitur. Udowadniam tylko, że oni nie byli bezstronnymi arbitrami twojej wartości. Mieli własne uprzedzenia, interesy i powody, aby ciebie widzieć, albo choćby przedstawiać w określony sposób. Nadal możesz wydać na siebie wyrok, jeśli taka twoja decyzja. Ale niech piekła, Kaylie, zamarzną… przynajmniej nie powołuj się na świadków, których umiarkowanie-kompetentna obrona rozbiłaby w mak w pierwszych pięciu minutach przesłuchania.
    - Jak wolisz. - wzruszyła ramionami - Irvys może być?
    - Irvys… co? - zapytał unosząc brew - Na świadka twojej nie-wartości? Mam ci pokazać czemu w sądzie jego opinia zostałaby uznana za nie-wiążącą?
    - Nie zostałaby! Czerwone Loże by to załatwiły!
    Viktor uniósł brew jeszcze wyżej.
    - Czerwona Loża mogłaby sprawić, że wygrałby proces. Oczywiście. Od tego są wpływy, pieniądze i dobrzy adwokaci. Wiesz jednak, kogo by wysłali? Mnie. Co czyni ten argument bardzo osobliwym, bo mówisz mi “Ty się mylisz, a on miał rację, bo TY byś to załatwił”. Ale nie rozmawiamy o tym czy Irvys mógłby wygrać, ale czy na uczciwym procesie jego słowa sprzed ośmiu lat mogłyby zostać uznane za dowód w twojej sprawie. I niedawne Trzecie Pióro Cheliax mówi ci, że w sytuacji ceteris paribus, że nie mogłoby. Tu oczekiwałbym jednak abyś mi uwierzyła, chyba, że przypisujesz sobie większe zrozumienie prawa i polityki Cheliax, niż moje. Hmmm?
    Kaylie spojrzała mu głęboko w oczy.
    - A jeżeli przypisuję? Hmm?
    Viktor uśmiechnął się zdradziecko.
    - To byłoby niezwykle interesujące, jakbyś faktycznie tak uważała. Jest tak? - zapytał jakby zapraszał ją do wejścia w jawną pułapkę.
    - "Szczur w todze" nie miałby szans z prawdziwą szlachtą na polu prawnym. Próbowali ci to już wytłumaczyć, ale ty uparcie nie chcesz zrozumieć. - powiedziała z przerysowanym nadęciem - Możesz być pieskiem szlachciców i dla nich sprawy wygrywać, ale to tyle. - podgryzała go.
    Viktor westchnął przeciągle, upił resztkę wina ze swego kielicha i spojrzał na Kaylie z jakimś zawodem.
    - Gratulacje. Udało ci się odebrać mi chęci do tej rozmowy. Zgaduję, że to dobry moment na zakończenie mojej przerwy. Masz jeszcze coś do omówienia, na szybko, zanim wrócę do konstruktywnej pracy? - zapytał, ale już się półobracał do biurka, a palce szukały zakładki pozostawionej w księdze. Jeżeli oczekiwać zobaczenia całkowitego niezrozumienia sytuacji w jakiej się znalazło to teraz mina Kaylie to wyrażała. Pochwyciła ona twarz prawnika jak już miał wrócić do lektury i z całkowitym zdziwieniem powiedziała:
    - Ale... O co chodzi? Zrobiłam coś nie tak?
    Viktor uchwycił jej dłonie i odsunął je od siebie, ale skupienie pozostało na niej, a niewróciło do księgi.
    - Nie jesteś chętna, albo zdolna faktycznie uczestniczyć w tej dyskusji.
    Pokręcił lekko głową.
    - Tylko zaczepki, redefinicja kryteriów, ad-hominem, a nawet zmiany zasad w trakcie rozmowy… jeszcze regularna odmowa odniesienia się do czegokolwiek co mówię i równoważniki retoryczne powtarzania w kółko “pomidor”. Nie masz ochoty prowadzić tej dyskusji i teraz ja też już nie mam. Nie wyganiam ciebie, nie musisz wychodzić, ale ja mam pracę do odrobienia.
    - Mamy inne oczekiwania do takiej rozmowy... - powiedziała cicho - I miałam nadzieję, że uda się poprawić jej ton wstawkami mniej poważnymi... Czy się myliłam? Czy one cię zabolały? Przecież wydajesz się ponad to.
    Viktor zmrużył oczy.
    - Ujmę to tak. Ty nie brałaś nawet udziału w tej “rozmowie”... a ja JESTEM ponad tą obelgą. Nie mam problemu ze “szczurem w todze”. On jest moją historią i noszę ją z dumą.
    Odchylił się nieco w krześle.
    - Problem mam w tym, że padła ona z twoich ust. Mogę to zaakceptować od moich przeciwników. Od ludzi którzy mnie nie znają. Od tych, którzy chcą mnie zranić. Najwyżej obrócę to w gniew i pogardę, a je w motywację by im pokazać.
    - Ale... Ale... - Kaylie wyglądała na szczerze wystraszoną, bo i tak się czuła.

    • Ja nie chciałam cię obrazić... Chciałam tylko by to wyszło... Jak niewinna zaczepka... Przepraszam... Nie umiem socjalnie najwyraźniej... - Galtianka w tym momencie szczerze czuła się naprawdę zapędzona w róg przez drapieżnika, jakiemu stanęła na ogon.
      - Jeszcze tu jesteś i nie jesteś odprowadzana do wyjścia. To świadczy o tym, że zdaję sobie sprawę, że to była beztroska i swawola, a nie zła intencja.
      - Ale jesteś na mnie zirytowany... Prawda? Ja naprawdę... Nie chciałam ci zrobić przykrości... Nie wiedziałam jak udowodnić swoją rację i... Spanikowałam... - zaczęła wykręcać nerwowo palce - A przecież było tak dobrze... Tylko wiedziałam do czego chcesz doprowadzić... - zaczynała z nerwów plątać się w słowach.
      - Już próbowałaś dziś zgadywać moje motywacje. Nie trafiłaś wtedy. Nie sądzę, żebyś trafiała teraz.
      Wzruszył lekko ramionami.
      - Jestem rozdrażniony. To nie koniec świata. Za godzinę nie będzie po tym śladu.
      Westchnął cicho.
      - Nie przypisuję ci złych intencji. Widziałem, że to była próba humoru, ale zbyt wiele –nieprzyjemności– mnie spotkało w kontekście takich słów. Wciąż budzą one we mnie reakcje których nie lubię… Nie żartuj więcej w ten sposób, a nie będziemy mieli podobnych sytuacji.
      - Dobrze... - zgodziła się trwożnie - Więc... Ja już może wrócę do Dworu by ci nie przeszkadzać. - powiedziała ostrożnie. Osobiście wolała zostać z nim na noc, ale widziała, że znowu zawaliła i może to będzie coś, czego potrzebuje teraz Khal, a nie jej obecności, jaka będzie mu przypominać o tym "szczurze w todze".
      - Nie wyganiam ciebie - powtórzył swoje wcześniejsze słowa, odwracając się do księgi - Ale jeśli zostaniesz to będziesz musiała się zająć sobą sama. Podzielność uwagi to zdolność, która mi wciąż umyka.
      - Pójdę do twojego pokoju... - ciągle z trwogą wycofała z kancelarii... zabierając ze sobą butelkę wina.
      - Kaylie… - zawołał ją jeszcze, gdy otwierała drzwi na zawiasach tak dobrych, że niemal nie wydały one dźwięku - Rozdrażnienie to co innego niż złość. Nie chciałbym abyś je ze sobą pomyliła.
      Spojrzała za nim wystraszona uniesionym głosem i dopiero po chwili spokojniej już pokiwała głową nim wyszła z pomieszczenia zostawiając go samego.

    Komnata Viktora była zbudowana w sposób zadziwiająco powściągliwy, jak na niezmierzone przestworza jego samozwańczej arogancji. Drogie drewno, ciężkie tkaniny i kamienne ściany zdradzały jego zamożność, ale nic nie sprawiało wrażenia istnienia tylko dla efektu. Każdy element najpierw miał być użyteczny.

    Centralną pozycję zajmowało szerokie, masywne łoże z bardzo ciemnego dębu. Otaczały je ciężkie czerwone kotary, dające opcje prywatność. Po obu stronach stały nocne stoliki. Na jednym karafka z wodą i kielich, na drugim książki i kodeksy.

    Całą ścianę zajmowały regały, które – teraz skromnie dekorowane książkami – kiedyś miały się od nich uginać. Łatwo było sobie wyobrazić oprawione skórą tomy, traktat, kroniki, komentarze do kodeksów. Z drugiej strony księgi o filozofii, historii a na wyższych półkach literatura piękna. Z kolei najniższe półki rozmiarami dopasowane były dla zwojów i map.

    Naprzeciw stały szafy z ciemnego drewna. Półpuste w tym momencie, ale powoli wypełniające się kolejnymi dziełami wychodzącymi spod rąk Lady Barabii. Perfekcyjnie skrojone togi, reprezentacyjne płaszcze… koszule bogate i proste, ale zawsze z najdelikatniejszych materiałów. Jedno skrzydło, zamykane na klucz, pozostawało zagadką.

    W jednej ze ścian wstawione miał witrażowe okno, ale szkiełka w nim niosły w sobie tylko odrobinę barwy i pozostawały niemal przejrzyste…żebrowanie między nimi to była gruba stal, pełniące jednocześnie funkcję kraty, jakby jakiemuś niezbyt rozgarniętemu włamywaczowi bogactwa arcykapłana okazały się zbytnią pokusą… Pod tym oknem stał wygodny fotel, z niewielkim stolikiem i lampą oliwną. Przerzucony przez oparcie był ciepły i miły dla skóry koc, a na blacie otwarta księga.

    Pokój miał dwoje drzwi. Jedne prowadziły bezpośrednio do biura Viktora, dzięki czemu mógł przechodzić między pracą a prywatą bez wystawiania się na widok postronnych. Drugie otwierały się na korytarz łączący część świątynną gmachu z kancelaryjną. Układ był przemyślany. Gość, którego należało dyskretnie odprawić, mógł opuścić komnatę *tym drugim” wyjściem, zależnie od potrzeby.

    Kaylie weszła do pomieszczenia wciąż przybita interakcją, do jakiej tak naprawdę doprowadziła... a raczej jej rezultatem. Trzymała w garści za szyjkę butelkę białego wina i jak tylko opuściła kancelarię oraz zniknęła z oczy Viktora upiła mocny łyk z gwinta. Czuła się naprawdę fatalnie... a przecież to miało być tylko dla rozluźnienia atmosfery! Ona sama szczerze sądziła, że nazwanie szczurem w todze będzie zabawne!

    Może powinna powiedzieć "szczurek w todze"? "Myszka w todze"?

    Zakorkowała butelkę po pociągnięciu kolejnego łyka alkoholu i po prostu bez sił padła na łóżko chowając twarz w poduszkach.

    Leżący po drugiej stronie łóżka niewidzialny Fisuś długo się zastanawiał co zrobić. Zostać niewidzialnym i udawać, że go tu nie ma? Cichutko się ulotnić, korzystając z pozostawionego dla niego “tajnego wyjścia” w postaci tuneliku, którym tylko malutki wąż był w stanie przejść?

    Kay pozostawała w bezruchu. Jakby zasnęła, ale nie potrzeba było więzi empatycznej by widzieć, że była… w zasadzie co?

    Westchnął wewnętrznie i udał odkaszlnięcie, aby zwrócić na siebie uwagę.

    - Mam nadzieję, że solidnie zakorkowałaś to wino…

    Arkanistka nie uniosła głowy, nie spojrzała w stronę Fisusia, ale odezwała się przytłumionym poduszką głosem:
    - Mam zamiar wypić je do końca, a nie zlizywać z materaca.
    Fisuś milczał kilka chwil, gdy odrzucał opcję ciągnięcia tematu w obraźliwy sposób.
    - Rozmowa chyba poszła lepiej niż oczekiwałem, skoro jesteś tutaj, a nie w drodze do jakiejś speluny… - zagaił, ściągając z siebie płaszcz niewidzialności.
    - Poszła dobrze. - położyła twarz na policzku by patrzeć w stronę, z jakiej głos dochodził... a przynajmniej jej się tak wydawało - Po prostu... Później nastąpiłam na coś, na co nie powinnam.
    Fisuś mruknął w niezadowolonej konsternacji.
    - Nie powiedziałaś nic o Tisis, prawda?
    - Co? Nie, nie! - zaskoczona wystawiła ręce w obronnym geście.
    - W sumie to o “rozdrażnieniu, nie złości” nie brzmiało jakbyś na to nastąpiła. Chcesz o tym… pogadać? - zapytał niepewnie.
    - Słyszałeś jego słowa? - zdziwiła się.
    - Samiutką końcówkę, gdy drzwi były otwarte. Poza tym null. Vik się postarał aby ściany były wytłumione…
    - Och... - usiadła prosto ze skrzyżowanymi nogami i objęła się rękoma - Powiedział mi o tym, jak go Drugie Pióro traktowało przed emeryturą. Jak używało sformułowania "szczur w todze"... Chciałam rozluźnić atmosferę... Myślałam, że to zrobię mówiąc o szczurze w todze tak drażniąc się z nim, gdy już nie chciałam z nim wchodzić w dalszą dyskusję o wartości osobistej... Myliłam się. To go zirytowało i był zły na mnie.
    - “Rozdrażnienie, nie złość”. Tak ci powiedział. Więc nie był zły. Poza tym… dziwię się trochę. Nigdy mi się nie zdarzyło, ale to brzmi jak żart który i ja mógłbym powiedzieć. Cóż… wyciągnij wnioski i nie przejmuj się - wężyk wygiął się jakby wzruszał ramionami.
    - Ja osobiście sądziłam, że to zabawne określenie, ale wyraźnie on tego tak nie zobaczył... Może powinnam powiedzieć szczurek lub mysz w todze... - skuliła się w sobie.
    - Erm… nie wiem jak się do tego odnieść… nie słyszałem dyskusji. Ale mam pewne wątpliwości czy infantylizacja obelgi by zadziałała tak jak sobie wyobrażasz. Zdrobnieniami też go obrażano.
    - ... mogę cię przytulić...? - zapytała nagle.
    Wężowe ciało chowańca znów wykonało gest, którego niemagiczne węże nie są w stanie powtórzyć. Zamrugał.

    I zamknął oba oczka, gdy wyginał się, a rude futro najpierw wychynęło się spomiędzy łusek by zaraz je zupełnie przykryć. Wielki, rudy i majestatyczny kot podszedł do niej i pozwolił sobie upaść w nią plecami…
    Wtedy Kaylie praktycznie rzuciła się by go zacząć przytulać jak dziecięcego pluszaka... jednocześnie płacząc w jego futro, by tłumić dźwięk. Mamrotała o tym jak jej przykro, jak nie chciała, jak to miało być inaczej, jak sobie nie radziła w rozmowie...
    - Wiedziałam co chce przekazać i nie chciałam słuchać, nadal nie chce, bo się nie zgadzam, to było złe, nie chciałam go krzywdzić, nie miało być tak, to miał być żart, rozładowanie sytuacji... Co mam robić?

    Futro kota robiło się wilgotne.

    Fisuś, nieco wbrew sobie, pomrukiwał gdy tak smarkano mu w plecy i szarpano go, jak przytulankę. Był… skonsternowany. I nie wiedział co w ogóle odpowiedzieć.
    - Errrrr… nie odnosisz wrażenia… że mrrauu odrobinę… przesadzasz z reakcją? Vik nie wydaje się być na ciebie zły, ani nic…
    - Znowu zawaliłam... - wyłkała - A już było tak dobrze... Uspokoił się... Rozmówiliśmy się... - wytarła łzy o łepek kota - A ja znowu... Będzie udawał, że to nic... Uśmiechał się... A ja... Wiem co zrobiłam...!
    Kot tylko bardziej i bardziej marszczył pomarańczowe brwi.
    - Errr… chyba już wyszliśmy ponad ten nieudany żarcik, co nie?
    - On... Był zły, że nie wchodziłam w dyskurs... Nie jestem dobra socjalnie... Boję się z nim walczyć w dyskusji...
    - Hmmm… o czym tak “walczyliście”? Bo ciężko mi uwierzyć, aby dla niego to była walka…
    - Chodziło o moje samopostrzeganie i o opinie innych na mój temat... Chciał bym przyznała, że się mylili! Nie był zadowolony, że nie podejmowałam rękawicy i unikałam...
    - Uhh… cóż… a rzeczywiście MIELI rację?
    Po chwili namysłu Kaylie wzruszyła ramionami.
    - Byli ponad mną... - wymamrotała - To coś znaczy.
    - A… zrobiłaś coś by zaczęli tak o tobie myśleć?
    - Byłam... Poniżej ich oczekiwań.
    - I… ummm… co to były za oczekiwania? Jeśli chcesz o tym mówić!
    - Bym była... kimś innym...
    Fisuś milczał, dłuższy czas trawiąc co usłyszał.
    - Wiesz… zaczynam rozumieć czemu Vik tak się uparł…
    - Czemu? - zapytała wtulając twarz w futro kota.
    Znów dłuższa cisza.
    - Eehhhh… nie jestem pewny jak to powiedzieć. Myśl tańczy w mojej świadomości, ale nie chce się ubrać w słowa… Czy to rzeczywiście chodziło tylko o to kim byłaś?
    - Nie wiem o co innego mogło chodzić rodzinie i nauczycielowi... jak wszystkie zadania wykonywałam lepiej do reszty uczniów... a czasy w Cheliax... to tylko kwestia urodzenia i... statusu....
    - Zgubiłaś mnie po drodze… co “czas w Cheliax”? To co tobie zrobiono to “kwestia urodzenia i statusu”?
    - To, co robił mi Thrune.
    - … … … Wybacz mi moją konsternację… czy ty mi mówisz, że bycie Myamtharsar jest wystarczającym powodem by uczciwe było trafić w ręce psychopaty?
    - Bycie Galtianką było powodem dla niego... i niewolnikiem.
    Fisuś zamilkł na dłuższą chwilę. Ogon kota uderzył raz o materac.
    - Kay... nie pytam, dlaczego on to zrobił. Pytam, czy ty naprawdę uważasz, że miał do tego prawo?
    Kaylie otworzyła usta i zamknęła ważąc słowa.
    - On... Gdyby nie miał... Nie robiłby tego... A miał... poprzez swoją pozycję i władzę... Tak przecież jest w Cheliax. Ci co mają władzę mogą robić co im się podoba...
    - Kaylie… wiem, że nie poruszam ustami gdy mówię, a z ruchu wibrysów i tak byś nic nie wyczytała, bo widzisz teraz tylko niezmierzoną chwałę blasku mego futra… ale wsłuchaj się teraz w moje słowa. Czy TY. Nie Cheliax, nie prawo, nie Thrune… UWAŻASZ. Nie sądzisz, nie zgadujesz, nie ekstrapoluejsz. Że miał MORALNE PRAWO. Nie możliwość. Nie moc. Nie… nie wiem… Więc… Czy TY uważasz, że miał moralne prawo do tego co robił?
    Arkanistka drżącymi dłońmi gładziła futro chowańca. Oddychała nerwowo zaciskając co chwila palce, wyraźnie walcząc by nie płakać.
    - ...nie miał... Był pot..worem... - ostatnie słowo prawie wypłakała.
    Fisuś obrócił się i objął ją swoją wielką kocią łapą, na tyle na ile pomarańczowy kot – nawet jeśli wielki jak na swój gatunek – był w stanie.
    - Był… - przytaknął jej cicho. - I… - zaczął niepewnie, nie wiedząc czy teraz w ogóle powinien - …i to nie była twoja wina - zacisnął zęby, spodziewając się wszelkiej możliwej gwałtownej reakcji.
    Galtianka po prostu skuliła się w sobie zakrywając głowę i zaczęła płakać z żałością i bólem, jaki mógł innego przyprawić o łzy, jeżeli choć trochę posiadałby empatii. Wciskała paznokcie w swoje policzki i chciała stać się mikroskopijna, zniknąć ze świata, przestać istnieć...
    - Jesteś wśród przyjaciół… - mruczał Fisuś, wciskając się pod jej dłonie, aby powstrzymać ją przed robieniem sobie krzywdy. Kątem oka widział otwierające się bezłośnie drzwi. Do środka zajrzał Viktor ze zmartwieniem na twarzy. Posłał chowańcowi pytające spojrzenie. Chłoną echa jego emocji.
    Fisuś chętnie je posyłał. Podkreślił je nieznacznym poruszeniem ucha i pokręcił łebkiem.
    Viktor zawahał się przez ułamek sekundy… i jeszcze dwa. Chciał wejść. Zainterweniować. Pomóc. Cokolwiek.
    Ale obaj wiedzieli, że chowaniec lepiej rozumie chwilową sytuację. Z niemal fizycznym bólem Viktor zamknął drzwi… równie cicho jak je otworzył.

    - To jest w porządku… - mówił chwilę później Fisuś - Nie musisz niczego tłumaczyć. Po prostu to wypłacz…
    - Jestem sła-a...ba... - łzy płynęły po jej policzkach - Nie umiem... być tak dobra... dla Khala jak powinnam... Zawsze coś... Jestem żałosna... Jestem nie taka... - rozkleiła się całkowicie.
    - Nie jesteś. Nie bardziej niż nasze wesołe duo…
    Zajęło nim Kaylie się uspokoiła i przestała płakać, choć nie wyglądała na szczęśliwą... Po prostu milczała patrząc w swoje dłonie.
    - Khal... - powiedziała w przestrzeń - Przepraszam... - objęła się rękoma czując teraz mała i słaba - Potrzebuję cię...
    Fisuś spiął się i zamarł. Potem spojrzał na drzwi.
    - Z-zawołać go? - zapytał niepewnie.
    - Pewnie jest zajęty...
    - Nie jest.
    - To jeżeli nie byłby to problem... - wymamrotała.
    Fisuś kiwnął głową…


    Viktor krążył po biurze, zwalczając wszystkie swoje instynkty. Ufanie innym nie było w repertuarze jego zachowań, a jednak Fisuś o to zaufanie prosił. Niewielu mogłoby na nie liczyć, ale sir Fistaszek… to było co innego.

    Drzwi się uchyliły i zza ich krawędzi wyjrzał diabelski impowy łepek.
    - Ona chce abyś przyszedł.
    Viktor zamrugał kilka razy i kiwnął głową.


    Kaylie siedziała tyłem, gdy adwokat diabła wszedł do pokoju. Nie zareagowała na niego, ale… widział napięcie w niej. I na moment wzmogło się ono i opadło, gdy zrobił pierwszy krok. Bez słowa usiadł za nią i objął rękoma.
    Kaylie powoli zamknęła oczy i przekręciła głowę by móc w ten sposób wtulić się w tors kochanka.
    - Zawsze muszę przeszkadzać. - wyszeptała.
    - Nie widzę tego tak.
    - Masz jutro wielki dzień, ważny. Może ważniejszy niż wiele poprzednich. - wtuliła twarz w jego podbródek.
    - Ważniejszych niż wiele i również od wielu mniej ważne… - przytaknął.
    - Masz zamiar dalej wkuwać te księgi?
    - Nie wiem.
    - To chociaż pobądź ze mną jak będę usypiała... - poprosiła - Może rozegnasz koszmary.
    - W porządku - zgodził się szeptem.
    Arkanistka zdjęła z siebie ubrania i wsunęła się pod pościel. Wyciągnęła dłoń i złożyła ją na policzku Khala, sama przysuwając pod głowę poduszkę. Patrzyła na niego z uczuciem, gdy kładł się obok niej. Wkrótce zamknęła oczy i pozwoliła się odprowadzić do snu.

    Rozgrywka pathfinder 18+ golarion

  • Sharn - Mrocznymi Scieżkami
    ArveeA Arvee

    Zaklęcie ochronne otoczyło Borina nim błękitnoskóra zdążyła przestąpić trzeci krok. Był zawiedziony, że znów dojdzie do przemocy. I nie był przygotowany, lecz nim kolejne zaklęcie zdołało rzucone niebostatek nadleciał z ich boku i jakiś goblin zaczął wymachiwać przed nimi kuszą. Bezczelni.

    Nie odzywał się na razie. Żelo już przedstawiał rabusiom jak wygląda sytuacja… i, że nie skończy się ona jak sobie wyobrazili. A to jeszcze przed odpowiedzią Boromarów.

    Rozgrywka

  • Sharn - Mrocznymi Scieżkami
    ArveeA Arvee

    W tym czasie

    - Pozdrowienia dla Paktu Znir! - zawołał, stawiając piwa przed gnollami i samemu rozsiadając się na wolnym krześle. Gobliny zignorował. - Wybaczcie, że tak bezceremonialnie wbijam się w wasze przednie towarzystwo, ale wierciliście nas wzrokiem niczym karczmarz beczkę dojrzałego już piwa, więc trudno mi uwierzyć, by był to czysty przypadek. Pomyślałem tedy, że nim zrobi się nieprzyjemnie, lepiej sytuację rozbroić… a nuż jeszcze wyjdą z tego nowi przyjaciele.
    Dwóch gnolli niemal zerwało się z krzeseł z wściekłym warkotem, ale potężne łapy ich towarzyszki momentalnie i krótkie szczeknięcie w ich języku osadziły obu na miejscu. Czwórka goblinów praktycznie się nie ruszała, spozierając na krasnoluda złowrogo i mamrocząc coś niewyraźnie. Jeden z nich wolnym, metodycznym ruchem tasował karty.
    - Jak nie chcesz, żeby się zrobiło nieprzyjemnie, to zostaw piwo, spierdalaj i się w nasze sprawy nie wtrącaj - warknęła gnollka.
    Borin skończył upijać pierwszy łyk swojego piwa nim groźba zdążyła przebrzmieć. W jego czasie przymrużył nieco oczy, z przyjemnością, ale ani na moment nie spuścił z nich wzroku.
    - Jakże niecywilizowanie... Takie przeciągłe spojrzenia mi posyłaliście, że prawiem się zarumienił jak ta siksa, na swoim pierwszym balu. Zostawić wam piwo? A zostawię! Są dla was. Dupę w troki wziąć? A wezmę! Za chwilę. Bo widzicie… Wierzę we wzajemne zapewnienie… uciążliwości. Mieszacie się w moje sprawy, to bądźcie pewni, że wmieszam się w wasze. Tylko waszego czasu mi szkoda… z Daaskami mam złą krew i niech im się Boromarowie do skóry dobiorą za naruszanie ich rewiru, ale Pakt \Znir mi nigdy nie zawadził niczym. Nie musimy być wrogami, Reilru.
    Gnollka ni to prychnęła, ni to warknęła.
    - Długie ucho się znalazło, co? Jak znasz moje imię, to już się wmieszałeś. Dużo gadasz, ale o Pakcie gówno wiesz. I to ty nam czas marnujesz, rozróby szukając - na te słowa jej towarzysze uśmiechnęli się wrednie - Spieprzaj i daj nam partię dokończyć - odwróciła się ostentacyjnie i sięgnęła po rozdawane karty.
    Borin upił powoli piwa, wciąż nie spuszczając ich z oczu. Obserwował. Analizował. Oceniał.
    - Wasze zdrowie - uśmiechnął się, wstając od stolika - Oby nasze następne spotkanie nie zrobiło z nas wrogów.

    Róża

    Wracając do swojego stolika szedł powoli. Wciąż rozważając i analizując, a jeszcze siadając przy towarzyszach jego spojrzenie błądziło do gnolli.
    - Uhhh… widzę, że to zacne spotkanie chyli się już ku końcowi… Alestairze, jest jeszcze jedna sprawa, którą rozsądniej będzie omówić z dala od niededykowanych uszu. Na szczęście wolnych stolików tu nie brakuje. Pozwolisz?
    - Hm, oczywiście - detektyw odparł, podnosząc się - Panowie, powinniśmy szybko do was wrócić. Thal, już uciekasz? Chciałeś chyba zamówić jeszcze coś mocniejszego? Zamów nam po szklaneczce Kuryevy, przyda się na rozjaśnienie myśli.
    – Mam swe zadanie, czyż nie tak? – odparł Thal. – Czasu na popitek będzie aż zanadto, kiedy zapoznam się z panem Scrimshaw. Z takimi jak on chętnie by się wypiło jednego, dwa, a, ewentualnie dziewięć. Spotkamy się niedługo raz jeszcze.

    Skłonił się z niemalże teatralną pozą i skinął na Varoka. Mag i jego konstrukt, tudzież, konstrukt i jego mag poczęli przeciskać się w stronę wyjścia.

    Róża

    Usiedli przy osobnym stoliku, kilka metrów dalej. Borin pociągnął jeszcze dłuższy, sączący łyk swojego piwa. Tym razem już pozwolił pzyjemności zamknąć swoje oczy.
    - W porządku więc… zacznij mówić. I nie omieszkaj wytłuścić dlaczego dopiero teraz…
    Jego ton był chłodny i kalkulujący… choć i tak dawał nieprzyjemne wrażenie w kontraście do tego sprzed chwili. Alestair zmierzył go wzrokiem i rozejrzał się lekko.
    - Odezwałbym się przeciągu tygodnia, gdyby nie ta sytuacja. Dlaczego zwlekałem? Bo ta sprawa to zbyt grząskie bagno, pełne wysoko postawionych pijawek. Gdyby sprawcy nie zostali odpowiednio szybko skazani, ktoś by ich zniknął. Dlaczego nie mówiłem o tym tobie? Przypomnij sobie swoje reakcje i emocje, utrzymałbyś odpowiednią maskę? - westchnął - Teraz minęło dość czasu, by zainteresowani zapomnieli o chłopcach, którzy oficjalnie gniją w pierdlu. A ja jestem bliski odkrycia, kim naprawdę są ci zainteresowani i co zamierzają. Po ich unieszkodliwieniu reszta będzie formalnością.

    Borin długo mierzył Alestaira spojrzeniem, stukając rytmicznie palcami w blat. Twarz miał skupioną i oceniającą. W końcu złamał kamienną maskę i wysyczał przekleństwo w bok.
    - Wierzę ci. Szlag by to. Jesteś jełop, bo bym – do stu kaczek niedogotowanych – dał radę, a jeszcze bym ci pomógł i szybciej by wyszli… Ehhh…
    - O to mi właśnie chodziło - odparował od razu detektyw - Sprawa musiała ostygnąć, wyglądać na kompletnie zamkniętą, żeby zainteresowanie przycichło. A gdybyś mi jeszcze pomagał, ściągnąłbyś dodatkowe zainteresowanie na siebie i Brzeg. W końcu dotychczas w podobnych sprawach niespecjalnie pomagałeś śledczym…
    Znów rytmiczny stukot palców o blat. Borin westchnął i gdy otworzył usta ton znów miał ciepły i przyjazny jak wcześniej, choć znacznie bardziej zmęczony.
    - Pojmuję tok twojego rozumowania. Jednak czuję pewien kwaśny żal, bo wtedy też bym zrozumiał. Aczkolwiek nie wiem czy ten smak bezczynność byłby mi bardziej czy mniej gorzki. Tsk… tak czy inaczej to temat na raczej długi wieczór – którego nie mamy – i na prywatną scenerię – której także braknie. Ale oczekuję, że znajdziemy sprzyjające okoliczności w najbliższej przyszłości i wprowadzisz mnie wtedy we wszystko co wiesz na ten temat… i mówiąc “wszystko” faktycznie mam na myśli WSZYSTKO. A może okaże się, że i moje śledztwo, które wtedy prowadziłem, da jakiś mały promyk świeżej wiedzy. Brzmi rozsądnie?
    - Taki był mój zamiar od początku - Alestair przytaknął - W biurze mam notatki z dotychczasowymi wynikami, będziesz mógł je przejrzeć, kiedy się tam wybierzemy. To nie jest tylko sprawa dotycząca chłopców i ciebie, Bekhesh i Thal też mogą chcieć się w nią zaangażować.
    Borin kiwnął głową kilkukrotnie.
    - W porządku. Wracajmy więc do reszty. Mamy kilku gnojków do złapania zanim więcej dzieci do mnie trafi…

    Rozgrywka

  • [Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór
    ArveeA Arvee

    Trójróża
    !(https://tinyurl.com/tc2n2wnr)...

    .
    - Moment proszę… - Viktor nie mógł przerwać pracy. Kilku oddechów potrzebował aby domknąć ją na tyle, aby Fisuś mógł zapakować.

    Kapłan zmówił krótką inkantację, przywołując zaklęcie co wypłukało z niego zmęczenie i dopiero wtedy odwrócił się do Lilii.
    - Dzień dobry, Słońce. Sprecyzować byś mogła co znaczy “tata stara się nie dawać alkoholu”? Bo brzmi jakby była w trakcie aktywnych prób spicia się z samego rana?
    Kaylie przekręciła się pod kołdrą i przeciągnęła wysuwając spod niej nagie ciało.
    - Już pić? Do śniadania? Czy na kacu i chce dobić go? - zapytała rozglądając się za ubraniem.
    Lilia westchnęła.
    - Wygląda jakby miała zamiar zapić się pod stół. Tata jej mówi, aby poczekała do czasu, aż przekaże wam to co chce przekazać. - rudzielec wzruszył ramionami - Dawno nie widziałam jej w takim stanie, nie wiem co się stało.
    - Może niech tu przyjdzie? - Kaylie zapytała Khala zakładając bieliznę - To przynajmniej kontrolowane środowisko.
    - Dobry pomysł - przytaknął Viktor wstając od biurka. - Dziękujemy ci za troskę. Jeśli Filia powtórzy to w przyszłości to będę wdzięczny za natychmiastowe wieści.

    Kałamarz

    Na dole Filia odbywała gorliwą dysputę z Otto. Karczmarz stał z założonymi rękami patrząc z politowaniem na komendant straży.
    - Filio mówiłem ci już, alkohol nie jest rozwiązaniem. Będziesz później tylko żałować…
    - Och, odpuść sobie. Już żałuję.
    Karczmarz jedynie pokręcił głową i spojrzał w kierunku schodów.
    - Widzisz. Tak jak mówiłem, już są. - Otto wyszedł zza szynku i dopadł do Viktora - Jest naprawdę w podłym nastroju, namów ją aby odpuściła alkohol.
    - Zobaczymy - przytaknął Viktor, ze zmartwieniem w oczach - Hej, Filio… Chodźmy może na górę. Porozmawiamy w pokoju Kay, co ty na to?
    Komendant zerknęła na niego. Otworzyła i zamknęła usta jakby próbowała coś powiedzieć, ale tylko zawiesiła głowę i ruszyła za Viktorem. Zatrzymał się na piętrze.
    - Kay jest w swoim pokoju. Jeśli byś preferowała to opcją jest też porozmawiać u mnie.
    Propozycję podkreślił krokiem w tył, dając jej swobodne przejście, niezależnie co wolała.
    - … wszystko mi jedno… - mruknęła Filia i chyba po prostu czekała, aby Viktor ją poprowadził.
    Viktor przyjrzał się jej uważniej, wyszukując oznak czy aby na pewno miała na myśli to co mówiła… Kiwnął głową i zabrał ją do pokoju Kaylie.

    Kałamarz

    Galtianka zobaczyła Viktora i Filię wchodzących do jej pokoju. Komendant wyglądała jakby ledwo trzymała wszystko w kupie.
    Kaylie podeszła do Filii i położyła jej dłoń na ramieniu oraz objąwszy zaczęła prowadzić na łóżko z dostawionym stolikiem, na jakim stało śniadanie.
    - Croissant i czekolada wciąż ciepłe. Pyszne. - powiedziała przysuwając talerzyk z pachnącą słodką bułeczką.
    Filia spojrzała na rogalik i ugryzła kawałek.
    -... Dzięki… Viktor szykuj się na rozprawę. Przyspieszyli wszystko. Za dwa dni na się odbyć. - komendant wyrzuciła z siebie informacje jakby chciała mieć to za sobą.
    - Czekolada też znamienita. - Kaylie powiedziała podając szklankę z gorącym napojem - Zdążymy pogadać.
    Filia upiła odrobinę czekolady i oparła głowę na ramieniu Galtianki. Kaylie zauważyła łzy formujące się w oczach komendant.
    Kaylie delikatnie gładziła włosy kobiety i pozwalała jej radować się śniadaniem w milczeniu.
    - Jestem tak gotowy jak ta zabawa na to zasługuje. Teraz moja uwaga jest skupiona na tej drugiej sprawie. Tej co cię w taki stan wprowadziła. Chciałabyś nam o niej opowiedzieć?
    - DAVION OPUSZCZA EVERCREST! - Filia rozryczała się w ramię Kaylie. Starała się coś z siebie jeszcze wydobyć, ale słowa były szybko przerywane szlochem.
    Kaylie pozwalała Filii szlochać i po prostu ją przytulała, pozwalając się ukrywać w swoim torsie, jednocześnie rzucając spojrzenie na Khala próbując dać mu do zrozumienia, że jemu oddaje pałeczkę, a on… czekał chwilę. Analizował. Usiadł obok i położył dłoń na ramieniu Filii aby… może nie “dodać otuchy”, bo to nie było realne w takim stanie… ale by wiedziała, że jest przy niej. Jak Kaylie dawał jej płakać. W takim stanie dopytywanie się “dlaczego?”, “ale na zawsze?”, czy “kiedy?” nie miało sensu.
    - Jesteś wśród przyjaciół, Filio… - zapewniał tylko cicho.
    Kilka minut minęło zanim komendant się uspokoiła.
    - Wez… wezwali go do Absalomu… jakaś ważna sprawa… Ale nie wiemy kiedy wróci… za miesiąc mieliśmy brać ślub… - Filia wydała z siebie kolejny szloch.
    - Jak to wyglądało? - zapytał Viktor chwilę później - Dostał list? Posłaniec werbalnie przekazał wiadomość? Wiemy dlaczego jest wzywany?
    - List, zapieczętowany, prosto z Banku w Absalom… Nie było specyfików… przynajmniej nie, że ja je widziałam… chyba go awansują…
    - I jak on na to zareagował?
    - Płakał, klął, starał się skontaktować z przełożonymi… - delikatny, ciepły uśmiech się pojawił na ustach komendant - Wszystko, aby móc to legalne przesunąć. Nie dało rady…

    • I macie pewność, że to prawdziwe wezwanie? - Kaylie zapytała łagodnie wciąż tuląc komendant.
      - Sprawdzaliśmy… pięć, sześć razy. Wszystko się zgadza. - Filia westchnęła - Cieszę się dla niego, ale… czemu teraz?
      - Absalom jest o tysiąc mil stąd… - głośno myślał Viktor, szukając już rozwiązań - Czterdzieści mil dziennie wierzchem daje… dwadzieścia pięć dni. Kiedy precyzyjnie macie mieć ślub?
      - Dwudziestego Sarenith… w przesilenie. - zatem ślub komendant miałby się odbyć w przeciągu trzydziestu dni.
      - Czy Davion potrafi sięgać po błogosławieństwa czwartego kręgu?
      - Wiatr w plecy? - Filia podała kolokwialną nazwę błogosławieństwa, o którym myślał Viktor - Rozważaliśmy to… Ostatecznie… to tylko data… ważne, aby wrócił cały i zdrowy… po… poczekam…
      Viktor zmrużył brwi w konsternacji.
      - To… Mam wątpliwości czy rozumiem sytuację. Bardzo wyraźnie widzę, że idea odłożenia ślubu sprawia wam pewien dyskomfort emocjonalny. Pomyślny Wiatr nie nadaje podróży nadzwyczajnego ryzyka… wyjaśnisz mi dlaczego odrzuciliście tę opcję?
      - Ponieważ bierzesz jedynie pod uwagę drogę do i z. Nie wiemy ile czasu on jeszcze będzie musiał tam spędzić. Wywierać na niego presję… że jeżeli się pośpieszy to zdąży, w czasie kiedy musi się skupić nad… czymkolwiek co oni będą od niego chcieli… tak będzie lepiej. Po prostu… wybierzemy inną datę…
      Viktor kiwnął głową, rozumiejąc logikę.
      - Ta data… ma dla was wyjątkowe znaczenie?
      -... -asz pierwszy pocałunek…
      Viktor znów kiwnął kilka razy głową.
      - Więc to jest rzeczywiście ważna data. Hmmm… - zastanowił się dłużej aż w końcu pstryknął palcami. - Ah… - przyklęknął naprzeciw Filii, z iskrami w oczach. - Rozumiem czemu nie chcecie tego wezwania zignorować. Rozumiem, że te pięć dni to dużo za mało. Ale jeśli twój braciszek wyczarował by mu dwa pełne tygodnie, z możliwością poinformowania o rozwoju wydarzeń… Spróbowalibyście z pierwotnym terminem?
      Filia zamrugała kilka razy.
      - Lepiej wytłumacz mi wszystko zanim się zgodzę… - nutka nadziei pojawiła się w jej głosie.
      - Słyszałaś o koniu i zębach, hmmm? Wymyśliłem to dosłownie pięć sekund temu. Nie mam jeszcze dopracowanych niuansów, ale dam radę to zorganizować. Będziesz musiała mi chwilowo zaufać ale zacznij od potwierdzenia, że dwa tygodnie uznacie za wystarczający zapas…
      - Powinno wystarczyć... - uznała Filia - Możesz chociaż dać jakąś podpowiedź?
      - Kilka opcji, które jednostkowo nie muszą się udać, ale jako komplet któryś na pewno przyniesie owoce. Ale zacznijmy od wyeliminowania najprostszej opcji… Fern na pewno byłby zdolny przeteleportować Daviona do Absalomu. Dlaczego nie jest on opcją?
      Filia się zastanowiła.
      - Ponieważ jest wieszczem a nie przywoływaczem? Nie zakładaliśmy, że to zaklęcie znajduje się w jego repertuarze.
      - Masz na myśli, że paranoik nie opanowałby najlepszej magicznej ewakuacji? Heh… zaczniemy od niego. Jeśli się nie uda to mam trzy inne pomysły. Kay… Ty masz z nim nić porozumienia. Na pewno lepszą niż ja… wzięłabyś na siebie zapytanie go o to? Oferuję standardową rynkową zapłatę za takie zaklęcie.
      - Lepiej powiedz co oferujesz jej za tą przysługę. - komendant mrugnęła do Galtianki.
      - Ty nie cwaniakuj, bo jak takimi transakcjonistami mamy być, to ty mi się nie wypłacisz za to co ci tu zaraz wyczaruję - zaśmiał się do Filii i spojrzał na Kaylie pytająco.
      Kaylie uśmiechnęła się.
      - Dobrze, zapytam. - zgodziła się bez narzekania.
      - Dziękuję, Kruszyno. Jak byś była uprzejma to po śniadaniu, byś mogła? Mam przeczucie, że to byłoby zbyt łatwe i muszę to wiedzieć w miarę szybko.
      - Postaram się. - obiecała.
      - Tylko o to proszę - Viktor zadowolony usiadł na krześle i wziął pierwszy kęs swojego śniadania. - Więc potencjalny-awans, mówisz. Za to też się należą potencjalne-gratulacje. I to w banku? Nie wiedziałem, że Davion ma jakieś powiązania…
      - Nie finansowe, jeżeli o tym myślisz. Świątynie Abadara często też pełnią rolę banku czy innego urzędu. Bank w Absalom to główna świątynia Boga Miast.
      - Ma sens… - przytaknął Viktor przegryzając kolejny kęs - To jakaś ich traditio, że wzywają z tysiąca mil, nie tłumacząc powodów?
      - Nie… ale Davion stamtąd pochodzi, jego bezpośredni przełożony tam urzęduje… pewnie o to chodzi.
      - Nie z Kyonin? - zapytała Kaylie z jakimś zawodem.
      - Oryginalnie tak, ale przeniósł się do Absalom i tam spędził większość życia. - Filia zaczęła tłumaczyć - Przybył do Evercrest kiedy królestwo zaczęło się rozrastać jakieś piętnaście lat temu.
      - Ale czemu opuścił Kyonin? - pytała dalej.
      - Ciekawość świata, nuda, zrządzenie losu. - komendant wzruszyła ramionami - Podejrzewam, że sądzisz, że nikt nie chciałby opuścić królestwa elfów?
      - Na pewno ja chciałam tam zamieszkać... ale rozumiem, że to niemożliwe, nawet mając pokrewieństwo krwi stamtąd... - westchnęła.
      - Wiesz, że to ma więcej wspólnego z ich chęcią izolacji, niż twoim… nie-elfostwem?
      - Gdybym była elfia to łatwo by mi było do nich dołączyć... - posmutniała wyraźnie - Zawsze to na moją niekorzyść działało…
      Filia spojrzała na Galtiankę.
      - Sądzę, że za wysoko ich cenisz. Jeżeli naprawdę cenisz sobie wolność jaką szczyci się Galt. Elfy Kyonin są dość… zatwardziałe w swoich przekonaniach i drogach.
      - Wychowano mnie w przeświadczeniu, że elfy są po prostu lepsze. - szepnęła.
      - Bez urazy… brzmi trochę jak fetyszowanie ich. W sensie, takie wielbienie kultury, z którą pewnie miało się niewielki kontakt? Mogłabyś się poważnie zawieść, gdybyś zobaczyła Kyonin, zarówno dobre i złe części.
      Galtianka nie odpowiedziała już na to wybierając milczenie.
      - Nawet nie wiesz jak… - przytaknął Viktor Filii o fetyszyzowanie elfów, kończąc powoli śniadanie.
      Kaylie spojrzała bez słowa na swojego kochanka jedynie mogąc besztać go wzrokiem, ale on zdawał się nie dostrzegać nagany. Ani trochę... co wyraźnie irytowało Galtiankę.
      Filia podeszła do Viktora i go uściskała.
      - Dziękuję… - wróciła do Kaylie, którą również przytuliła - I tobie. Naprawdę dziękuję.
    Rozgrywka pathfinder 18+ golarion

  • Sharn - Mrocznymi Scieżkami
    ArveeA Arvee

    Wcześniej tego dnia…

    Poranki w Nowym Brzegu nie zaczynają się jedną rzeczą, a serią małych początków, które synchronizują się w rozmytą całość.

    Najpierw budzi się Kogutek. Piece rozgrzewają się z tempem zaspanego żółwia. Wóz starego Barnaby’ego skrzypieniem daje znać o swoim przybyciu jeszcze nim dotrze z dostawą.

    Sona otwiera mu tylne drzwi zanim jeszcze zdąży zapukać. Z Wallie’m i Irmą pracują już w środku, nim dzień się oficjalnie zaczyna. Ręce po łokcie w mące i cieście. Sona polecenia wydawała bez podnoszenia głosu i tylko kiedy musiała, a musiała rzadko. Kuchnia Kogutka działała jak naoliwiony mechanizm.

    W innej części Nowego Brzegu miał miejsce inny z “początków’. Bardziej chaotyczny. Bardziej osobisty. Borin Makklovesenn nie miał luksusu rutyny. Nie miał też luksusu ośmiu godzin snu. A i sześć ich by chętnie przyjął.

    Pierwsze co robił to przyjmował raport z wydarzeń w nocy. Zawsze coś się działo. Może straż o coś pytała, może ktoś się rozchorował, a czasem nawet ktoś zniknął w nocy… dlatego drugim etapem było liczenie. Nie pieniędzy, nie zasobów, a dzieci. Do tego momentu Nowy Brzeg zdążył się już obudzić.

    Dziewięcioletni Ryan siedział na obszernym parapecie i czytał obrazkową książeczkę. Kaszel co kilka oddechów wyrywał się z jego krtani. Cichy, ale uporczywy.
    Z dziesięcioletnią Mirą przywitał się językiem gestów i znaków i oboje zabrał ze sobą na stołówkę Kogutka. Po drodze zgarnął jeszcze niedobudzonego Brana, co znów zaczął dzień od “przepraszam”...
    - … ja nie chciałem.
    - Bran. - Borin przerwał mu na spokojnie
    Chłopak zamilkł natychmiast. Ten sposób był ważny. Chłopiec reagował bardziej na ton niż słowa.
    - Co ustalaliśmy? Hmmm?
    - Że… nie zaczy-namy dnia od… przeprosin?
    - Yhym i mi tu…
    - Przepraszam! Pamiętałem ale…
    Makklovesenn przewrócił oczami z chichotem dudniącym w jego piersi. Wytarmosił czuprynę Brana i również zabrał na śniadanie.

    Dzieci Nowego Brzegu siedziały przy dwóch wielkich stołach, dostępnych dla klientów kogutka tylko poza porami posiłków. Prawie wszyscy już byli. Spośród bezpośrednich podopiecznych Borina brakło tylko najstarszego Jolana… ale go ostatnio często brakło. Z grup spod Tessy i Konrada nie widział Sophie i Dante’go. Ergo: frekwencja w normie. Sama Tessa też była nieobecna, odsypiała nocny dyżur.

    Ronan kręcił się między gośćmi Kogutka, opracowując prace społeczne.
    Alia czekała cierpliwie przy stole, nie otwierając oczu a jej biała laska stała obok krzesła.
    Uvar wyrywał się aby wrócić do pracy, ale układ z Borinem zabraniał mu pracować zbyt dużo.
    Nira jak zawsze siedziała bokiem, ukrywając swój poparzony profil perspektywą oraz zaczesanymi na niego włosami.
    Makklovesenn przeszedł wzdłuż stołów, kładąc dłoń na ramieniu Uvara, by przycisnął go z powrotem do ławy. Stłumiło to jego chęć zerwania się do noszenia skrzyń.
    - Najpierw śniadanie, Uvar. Praca nie ucieknie, a jak mi zemdlejesz to sam będę musiał tachać worki.
    Usiadł przy środku stołu, aby być możliwie blisko wszystkich swoich podopiecznych. Pierwsi robotnicy ze Środkowej Dury zaczynali się schodzić, by szybko zjeśc gorące śniadanie i może wziąć coś na resztę dnia, przed dniem cięzkiej pracy.

    Ogien

    Zapach smażonej cebuli i czosnku mieszały się z wilgotnym aromatem deszczy, wnoszonym na płaszczach klientów.
    - Znów pan nie spał dużo, panie Borinie.
    Krasnolud zatrzymał łyżkę w połowie drogi do ust i opuścił ją.
    - Jesteś zbyt bystra dla własnego dobra, Alio. Zjadłaś?
    - Zjadłam. I dopilnowałam by Nira też zjadła.
    Wywołana dziewczyna chciała zaprotestować, ale przerwało jej gdy w tle narodził się agresywniejszy rytm. Ciężkie kroki, kierowały się do ich stolika. Ronan, co właśnie zbierał miski, zręcznie układając ich stosik na drewnianej protezie, wyprostował się gwałtownie. To Borina już zmartwiło.

    Odsunął miskę z owsianką i spojrzał w tył. W ich kierunku maszerował Jolan. I nie był on sam.
    Za nim szło dwóch mężczyzn w skórzanych kurtkach, których spojrzenia skrywały agresję i gotowość do jej użycia. Jolan wyglądał inaczej… bardziej dziko. Borin znał ten krok. Chód człowieka gotowego do walki… a przynajmniej jego solidna imitacja.
    - Jolan! - zawołał Konrad wychodząc z zaplecza, wycierając ręce w ścierkę - Gdzieś ty był? Sophie…
    - Zamknij się, Konrad! - warknął Joaln z najdrobniejszym tylko zawahaniem, ale Borin widział drgnięcie gdy powstrzymał się przed spojrzeniem na swoich towarzyszy. Chłopak spojrzał na krasnoluda. - Wyprowadzam się - rzucił mu w twarz jak obelgę - Jestem tu tylko po moje rzeczy.

    Kogutek wcale nie ucichł. Czas nie stanął a Jolan wcale nie stał się pępkiem świata, choć Borin widział, że kilku bywalców sięgało ostrożnie, by wymacać rękojeści pałek, noży czy sztyletów. Jeden z nich wprost kierował mu pytające spojrzenie.

    Uspokoił go gestem i spojrzał na Jolana. Chłopaka co jeszcze trzy lata temu bał się ciemności i chciał aby czytano mu w kółko Hucklebacka.
    - Wyprowadzasz się? - powtórzył spokojnie, choć w środku spokojny wcale nie był - Jesteś pewny, że to towarzystwo - wskazał brodą na mężczyzn z tyłu - zapewni ci lepszy start, niż to co ustalaliśmy?
    Jolan zaśmiał się krótko i gorzko.
    - Start? Borin… oni tu oferują mi pracę, braterstwo i żywe srebro. To znacznie więcej niż miska zupy i te kretyńskie gadanie o byciu porządny obywatelem.
    Ronan zrobił krok w przód. Miski na jego rękach drżały.
    - Nie mów tak do niego! - warknął czternastolatek - Po tym wszystkim, co zrobił…
    - Co takiego zrobił?! - Jolan odwrócił się gwałtownie - Zrobił z nas kaleki czekające na jałmużnę! Liczące, że świat będzie milusi jeśli tylko my będziemy! Alia nie widzi, ty masz kawałek drewna zamiast ręki, Bran nie potrafi nie przepraszać, a Nira…

    Zatrzymał się na wpół wdechu. Widział strach Niry. Wiedział co zamierzał powiedzieć i ona wiedziała także i wiedząc, że zbliża się “cios” próbowała się na niego przyszykować… odwracając poparzoną część twarzy, zasłaniając ją szalem i włosami… ale wszyscy wiedzieli, że ona nie była w stanie się na niego przygotować.

    - Dość - warknął Borin wstając, nim cisza zażądałaby od Jolana by się wycofał lub dokończył. Proteza skrzypnęły nieprzyjemnie. - Chcesz odejść, to odejdziesz. Jesteś prawie dorosły. Ale nie pozwolę ci obrażać moich wychowanków i nawet nie zaszczycę komentarzem bzdur które właśnie opuściły twoje usta. Chodź do biura. Porozmawiamy jak mężczyźni, skoroś taki dorosły. I dopełnimy formalności.
    Jeden z mężczyzn z tyłu splunął na podłogę.
    - Nie mamy czasu na pogaduszki, dziadku. Młody idzie z nami. Teraz.

    Borin przeniósł wzrok na nieznajomego i wyprostował się odrobinę. Tyle wystarczyło. Nagle wyglądał nie jak zmęczony krasnolud prowadzący sierociniec, a ktoś, kto przeżył wystarczająco wiele przemocy, by nigdy więcej się jej nie przestraszyć.

    - Młody ma imię. Jolan pójdzie kiedy skończymy - poinformował Borin - A jeśli jeszcze raz spluniesz w mojej kuchni, to sam nauczę cię manier tak, że żaden medykus Boromarów cię nie poskłada.
    W kuchni Sona przestała siekać warzywa. Bywalcy zamarli, a kilku z nich wstało, już z dłońmi na pałkach, albo nożach… Czekając tylko na jedno słowo.

    Dwaj mężczyźni stanęli do siebie plecami, nagle już wcale nie tak pewni jak przed chwilą.
    Jolan zawahał się. Spojrzał na swoich nowyh przyjaciół, potem na Borina i na końcu na dzieci Nowego Brzegu, z którymi spędził ostatnią dekadę.
    - Idźcie do wozu - rzucił przez ramię - Muszę… muszę wziąć mój nóż. Borin… ma go w swoim sejfie.

    Kiedy mężczyźni wyszli siła zeszła z krasnoluda.
    - Ronan, zabierz dzieci na górę.
    - Ale…
    - Teraz.
    Alia wstała pierwsza, ale podeszła do Jolana, zostawiając swoją laskę przy stole. Borin widział jak na ostatnim kroku powinęła jej się noga, ale przed upadkiem uchroniły ją chwyt najstarszego z podopiecznych Borina. Poprawiła postawę, ale chwilę pozostała przy nim.
    - Pachniesz prochem i strachem - szepnęła tak, że tylko on słyszał - Oni nie są twoją rodziną.
    - Alia, ja…
    - Ćśśś… - mówiła ledwie szeptem ale i tak go uciszyła - Nie mów nic co utrudni ci powrót do jedynej rodziny jaką masz.
    Nie odpowiedział już. Patrzył tylko jak dzieci Nowego Brzegu znikają, jedno po drugim, za drzwiami.

    Ogien

    Borin pozwolił Taerowi zostać przy barze. Po szybkim przywitaniu z gospodarzami skierował się do stolika przy którym już się zbierała grupa. Pamięć dawnych a i wciąż żywych… konfliktów przepłynęła przez niego, gdy wreszcie dostrzegł Alestaira. Westchnął przeciągle i usiadł na wolnym krześle. Stół na tuzon osób dawał wiele przestrzeni więc skorzystał, siadając o jedno krzesło od Gundrika. Tak aby mieć wolne miejsce po obu swoich bokach.
    - Witaj Alestairze. Mam nadzieję, że powodzi ci się lepiej niż można zgadywać z treści listu - zagadnął zimno, przemycając jeszcze drobną szpilkę, po czym spojrzał na pozostałych obecnych i dopiero wtedy uśmeich zagościł na jego twarzy.
    - Kojarzę część twarzy, ale z imionami już różnie… Ja jestem Borin Makklovesenn - przedstawił się, opierając łokieć o blat. - Nowy Brzeg, Kogutek i cała masa spraw, które ludzie z zadziwiającą konsekwencją zostawiają akurat mnie. Trochę jak brudne naczynia… Spojrzał po zebranych z ciężkim, ale już ciepłym westchnieniem.

    Rozgrywka

  • Sharn - Mrocznymi Scieżkami
    ArveeA Arvee

    Hej wszystkim!
    Heh... z tym składem czuję się jak na jakimś zjeździe klasowym =D

    Komentarze

  • Arvee art
    ArveeA Arvee

    Gracias =D
    Jo... szybkie rysunki "na dowalenie" czasem wychodzą znacznie lepiej niż te po 3 godziny pracy XD

    Twórczość

  • Arvee art
    ArveeA Arvee

    Ok. No to skoro mamy taki temat, no to i ja spróbuję sięgnąć po jakieś tanie endorfinki.
    Ostatnimi czasy próbuję nauczyć się rysować i jakoś już zaczyna wychodzić. Nie ma fajerwerków, ale jest frajda.

    Na razie skupiam się na odtwarzaniu, zakładając, że tworzenie to dalszy etap, kiedy już będę w stanie zadowolająco odtwarzać =]

    text alternatywny

    text alternatywny

    text alternatywny

    Twórczość

  • Powitania, pożegnania i powroty
    ArveeA Arvee

    Yup. Podpisuję pod tym co Zell mówi =D
    Fajnie Ciebie tu widzieć!

    Hydepark

  • Sharn: Mrocznymi Ścieżkami
    ArveeA Arvee

    Grałem u Sinda dwie sesje i walki są wymagające, ale mogę potwierdzić, że popełniałem w nich błędy (nieraz głupie, czy wynikłe z niedoczytania zdolności) i przeżyliśmy =p

    Choć jedno Nat20 sprawiło, że BBE zwiał, zamiast trafić do niewoli i na osąd XD
    Ale to osobny temat =p

    Archiwum pathfinder spheres of power eberron

  • Sharn: Mrocznymi Ścieżkami
    ArveeA Arvee

    Info dla pozostałych współgraczy:
    Efektem moich szenanigans będę w stanie oferować innym BG (maksymalnie do pięciu sztuk) mały semi-permanetny bonusik + ~10 tHP oraz +2 enh bonus do wybranego fizycznego statu, oraz do psychicznego =]
    Każdy będzie mógł sobie personalnie wybrać.

    Archiwum pathfinder spheres of power eberron

  • [Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór
    ArveeA Arvee

    Trójróża
    !(https://tinyurl.com/tc2n2wnr)...

    Viktor uśmiechnął się do Daviona pokrzepiająco, jakby mówiąc “już po wszystkim”. Sam był zadowolony, że interakcja skończyła się polubownie i bez nawet jednej obrażonej minki.
    - Skoro werdykt zapadł to pojedynek na kiece uznaję za zakończony! Więc: rozejm i świętowanie. Filio, skoro będziesz organizowała romantyczną kolację… - nachylił się niby konspiracyjnie - … a wszyscy wiemy, co Kay naprawdę kręci. - Wrócił do wcześniejszej postawy, jakby nigdy tego nie wypowiedział - Powiedz mi, co według ciebie bardziej zdradza szlachtę. Maniery przy stole, czy gust i styl?
    Wzniósł dłoń, aby gestem zwrócić na siebie uwagę kelnerki, zastanawiając się, czemu to sobie zrobił? Mógł wybrać prosty i bezpieczny temat, ale pozwolił ciekawości wygrać.
    - Zależy co rozumiesz przez "zdradza". Jak Kaylie pokazała, byle ulicznica może ubrać się w gustowny ciuch. - mówiąc to Filia puściła Galtiance oko na znak żartu - Manier też da się nauczyć. Co najczęściej zdradza szlachtę to ich negatywne cechy. Wywyższanie się, udawanie edukacji.
    A Kaylie mimo początkowej irytacji na słowa Filii o kreacji, powróciła do wtulania się w ramię Viktora, gdy zobaczyła, że to miało być droczenie się i żart. Wolała dalej okazywać uczucie w ten uroczy sposób.
    - Zła opinia o szlachcie, widzę… - stwierdził Viktor, bez żadnego nacisku - Jestem w stanie zrozumieć. Z drugiej strony pycha nie jest przywilejem samej szlachty. I tacy wychowani na ulicy - nieznacznym, łatwym do niezauważenia gestem wskazał siebie samego - mogą wyrosnąć na aroganckich dupków, o przerośniętym ego. Tytuły można odziedziczyć. Klasę, edukację, czy styl trzeba wypracować. A jednak wciąż pospólstwo chce się upodabniać do szlachty, a nie odwrotnie.
    - Ponieważ szlachta ma pieniądze. Pospólstwo może ich nie mieć, ale może udawać, że je ma. Czasem ludzie pragną okłamywać samych siebie. - Filia westchnęła nieco ciężej - Ludzie robią dużo rzeczy kiedy są nieszczęśliwi…
    - Masz wiele racji, ale to nie tylko to. Pieniądze i szczęście to nie to samo. Uwierz mi, żyłem w obu tych światach i choć oczywiście proporcje są zgoła różne, to jednak widziałem lordów ze smutkiem w sercu, którego nie potrafili zrzucić i widziałem uliczną biedotę śmiejącą się tak głośno, że mógł rozboleć brzuch. Jeśli to jakoś doda ci otuchy… moje skrzypce nie są jednorazowe. Nie podejmowałbym się ponownie aż takiego wyczynu jak dziś… on mnie wiele kosztował. Ale możemy, w przyszłości, poczynić realne zmiany na lepsze dla tych co dziś są na tych ulicach, jak byłem ja.
    - W sumie skąd to pytanie? - zagaiła Filia - Mam wrażenie, że chcesz mnie wciągnąć w kolejny "Wielki Plan".
    - Ależ oczywiście… w końcu ja tylko pracuję, a relaxatio to dla mnie obcy koncept. - Viktor prychnął, przykładając opuszki do piersi, w teatralnej urazie - Dziś moim Magnum Consilium jest poznać Filię i Daviona, jacy są po cywilu. Znam już komendant straży. Chcę wiedzieć kim jesteś gdy zrzucasz pancerz. Znam też kapłana z misją, ale dopiero teraz człowiek mi się wyłania - dodał także, patrząc na Daviona. - A przede wszystkim, największy z planów, to miło spędzić czas, a może i wspomóc cię moim doświadczeniem, jeśli będziesz miała ochotę uhonorować pierwotne plany. Ten aspekt jednak spokojnie można przełożyć na kiedy indziej. Tylko Ty oceniasz jak bardzo czas goni.
    Filia uniosła ręce w przepraszającym geście. W tym czasie podeszła też kelnerka oczekując zamówienia od Viktora.
    - Przepraszam, przepraszam… Po prostu… odkąd pojawiłeś się w moim życiu wszystko stanęło na głowie. Za każdym razem kiedy z tobą rozmawiam staję się częścią świata, który jest zbyt duży i straszny na moje doświadczenie…
    Kaylie dalej się przytulała, jakby dumna, że to ona go ma.
    - Humpf… wybaczone - odpowiedział z niby-urażoną miną, ale do kelnerki uśmiechał się już zupełnie serdecznie - Karty bym prosił. Cztery. Nie mielibyście jakiejś butelki wina z Zachodniego Wybrzeża? Ugh… Cheliax, może Isger, Ravounel, ale nie Nidal. Hmmm?
    - Uh… zapytam mistrza sali i przy tym przyniosę karty, dobrze?
    - Yhym… - przytaknął Viktor, a dziewczyna odchodziła już przy pierwszej głosce zgody. Znów spojrzał na Filię.
    - Dziś nie chcę poszerzać twoich horizontes o to co trudne i straszne. Wolałbym aby to było w drugą stronę… Albo o kompletnych bzdurach rozmawiać. Na przykład… jak się poznaliście? I chciałbym coś więcej “ja byłam w kościele, on był w kościele i jakoś tak fortuna zadecydowała.”
    Filia i Davion zesztywnieli na to pytanie i spojrzeli na siebie z nie lada konsternacją. Pierwszy odezwał się Davion.
    - Ty chcesz, czy…?
    - Ty faktycznie to pamiętasz, więc może ty opowiedz… - odparła komendant straży zakopując twarz w dłoniach.
    Davion przytaknął i odchrząknął.
    - No.. nasze pierwsze spotkanie… nie było zbyt romantyczne. Znalazłem Filię… - zniżył głos do poziomu konspiracyjnego - W rynsztoku… - kobieta zdawała się próbować zakopać pod ziemię im bardziej jej kochanek opowiadał.
    - Była w naprawdę ciemnym miejscu i zaczęła sięgać do butelki, aby o tym zapomnieć. Nie miała na sobie munduru… ledwo co na sobie miała… ja wtedy byłem nowy w mieście i nie wiedziałem jeszcze kto jest kim. Zabrałem ją do kościoła, aby otrzeźwiała… coś zjadła. Dużo płakała kiedy się obudziła…
    - I myślałeś, że to jakaś biedaczka z dolnych dzielnic, co się zachlała po ostatnim kliencie.
    Kaylie nie zapytała. Kaylie stwierdziła wciąż wtulona w Khala.
    - Romantyczne.
    Davion westchnął.
    - W sumie… tak. - Filia wyprostowała się.
    - CO!? - Davion uniósł dłonie w obronie.
    - Nie znałem cię, byłaś w łachach w rynsztoku. Co powinienem myśleć? - komendant uspokoiła się i znowu wróciła do prób wtopienia się w krzesło - Więc po tym, zaoferowałem jej pomoc. Wsparcie w trudnych czasach… po kilku tygodniach… przybliżyło to nas.
    - Nie przeszkodziło, że zmusiłam cię do seksu kilka razy… - Filia mruknęła, czerwona na twarzy.
    - ... a kiedy dowiedziałeś się kim ona jest? - zapytała i spojrzała przelotnie na Khala.
    - Po jakimś tygodniu. - przyznał Davion - Głównie dlatego, że przyszła do mnie w mundurze… wcześniej udawała zwykłą dziewczynę z miasta.
    - Hah… Filio… na pewno pamiętasz jaką miał wtedy minę. Nie trzymaj nas w niewiedzy - negocjował Viktor.
    Kelnerka zdążyła wrócić z winem i kartami.
    - Dam państwu chwilkę i wrócę przyjąć zamówienie. - Filia odrazu złapała kartę i schowała się za nią.
    - Pierdol się… - mruknęła jedynie.
    - Wybacz… ona naprawdę nie wspomina dobrze tamtego czasu. Byłem w szoku, chociaż to mało powiedziane. - ujął delikatnie dłoń komendant, która starała się ciągle trzymać kurczowo kartę.
    Viktor skrzywił się, ale w ręku już trzymał wino i czytał etykietę.
    - Custodia Aurea. Tsk… kiepskie. Przygotowane tak jak obcym by się mogło wydawać, że cheliańskie powinno smakować.
    Mimo to otworzył butelkę. Nie wierzył, by mieli cokolwiek innego, skoro nie proponowali.
    - Uwierz lub nie, ale byłem w gorszym miejscu niż to co opisałaś. Nie spotkasz się z kszytyną oceny z mojej strony. A ty Davionie? Masz jaka jest twoja najbardziej zawstydzająca historia którą gotów jesteś się podzielić?
    Kapłan westchnął.
    - Dawno temu… będzie ze stulecie. Zostałem zaproszony na przyjęcie w… Isger jeżeli się nie myle. Dużo alkoholu, więcej niż przystoi, ale nie pamiętam kiedy straciłem kontrolę. Obudziłem się z grupą mężczyzn w fontannie, wszyscy mieliśmy pawie pióra między pośladkami.
    - Moje najwstydliwsze… ale takie odpowiednie do towarzyskiej dyskusji… - mruknął Viktor w zastanowieniu, bo jak pytał to wypadało aby i on się podzielił.
    Palce uderzały rytmicznie w stół, gdy rozważał póki nie znalazł.
    A wtedy rytm został przerwany i jego oczy otworzyły się szerzej na moment.
    - Ughh… - stęknął pochylając głowę by oprzeć ją na dłoni - to wydawało się znacznie łatwiejsze póki było abstrakcyjne… Kiedyś próbowałem reakwizycjonować kilka jaj. To było blisko granicy Andoranu i Isger, ale nie wiem po której stronie. Ogara pasterskiego przekupiłem jelenimi kośćmi, które niedźwiedź zostawił. Dostałem się do gęśnika na podwórzu i powoli wybierałem jajka w worek z porwanej koszuli. Wszystko szło świetnie póki spod gąsiora nie spróbowałem wybrać jaj. Musicie zrozumieć, że ja wtedy już dawno nie byłem dzieckiem. Nie w środku. Ale jak dziecko krzyczałem gdy przed nim uciekałem. Najpierw mnie podziobał i pogryzł, aż miło a potem dwa miesiące mi się rany paskudziły. Do dziś… te dwadzieścia trzy lata później, jak gęś zobaczę to potrafię się wzdrygnąć. Wielki prawnik. Trzecie Pióro Cheliax. Boi się gęsi. Hah!
    - Gęsie Pióro. - podśmiała się Kaylie.
    Filia spojrzała zza karty.
    - Mamy kilka gęsi w biedniejszej dzielnicy, jeżeli chcesz zmierzyć się ze swym lękiem ponownie.
    - Masz na myśli, że zorganizujesz dla mnie akcję eksterminacji wszystkich zębatych ptaków hodowlanych? Filio, jak ja ciebie uwielbiam. Tak, poproszę.
    - Miałam bardziej na myśli takie mini zoo, gdzie dzieci się oswajają z groźnymi i niebezpiecznymi stworzeniami ze wsi. Byłbyś wśród swoich. I dostaniesz słodycza jeżeli będziesz dzielny.
    - Niebezpieczne bestie… rozumiem czemu wybraliście do tego gęsi.Tak czy siak podziękuję… od ponad dwóch dekad uskuteczniam sukcesywne unikanie tych piekielnych stworzeń i sprawdza się to doskonale.
    - Mój dzielny mężczyzna... - zażartowała Kaylie dając Viktorowi cmok w policzek.
    - No to twoja kolej, Kaylie. Wszyscy się wyzwierzaliśmy. - rzuciła wyzwanie Galtiance Filia.
    Kaylie spojrzała trochę spanikowana. Zaczęła myśleć nad tym, co może powiedzieć, ale... wszystko co wymyśliła było gorsze od drugiego, a przecież nie na tym to wszystko miało polegać by innych traumą zalewać.Khal mógł zobaczyć jak ciężko jej odnaleźć coś, co uznane byłoby za śmieszne, gdy myśli zbaczały do ciemniejszych rejonów.
    - Ja... - zaczęła chcąc czas sobie kupić - ...budziłam się często z przypadkowymi osobami... wiecie, alkohol... - zaśmiała się nerwowo - Najemnicza wolność... I... Był też bogaty kupiec co nas wynajął... I po wykonanym zadaniu impreza... Na jakiej i on był... Oczywiście jak zawsze zaszalałam... I był też on... - wiedziała, że historia żałosna, ale nie mogła wpaść na inną - Po miesiącu myślałam, że jestem w ciąży. Może z nim. Tak brzuch męczył, niedobrze... - westchnęła - Ale miałam tylko problemy żołądkowe. Duże gazy i przeszły.
    Filia pokręciła głową.
    - Widzę, że wszystkie nasze wstydliwe grzeszki mają jeden temat. - westchnęła - Więc, widzisz Viktor. Tak wyglądam kiedy "jestem sobą". Nie najlepszy widok, co?
    - Meh… - wzruszył Viktor ramionami bez przejęcia - Nie jestem już dzieciakiem, co kradł gęsie jaja, by nie zdechnąć jak pies. Nie jesteś kobietą, która nie potrafiła kontroli zachować. Davion nie ma już pawiego pióra gdzie słońce nie dociera, a Kay nie jest już nie jest najemniczką z problemami z przywiązaniem. Nie jesteśmy definiowani nawet przez te historie, których nie ważymy się opowiedzieć przy tym stole. Jesteśmy tu i teraz. A teraz siedzimy przy Stole Arkadowym i chłopak po twojej lewej niedługo dostanie od swojej partnerki w twarz, bo zbyt chętnie jego wzrok ucieka w twoim kierunku.
    Filia walczyła z chęcią spojrzenia w kierunku, o którym wspomniał Viktor.
    - Więc… - westchnęła - … Szczerze… nie mam osobowości poza bycia Komendant Straży. Ojciec i… ogólnie wszyscy, kierowali mnie w kierunku bycia częścią systemu prawnego, jedyna moja wolność polegała na tym gdzie skończę… bez zaczęcia.
    - I uważasz, że dwa słowa “komendant straży” w pełni oddają twoją osobę?
    Filia zastanowiła się chwilę i kiwnęła smutno głową.
    - Z mojej perspektywy…
    - Zacznij chodzić na szlacheckie imprezy. To na pewno cię rozbudzi. - zasugerowała Kaylie.
    - Ćśś… nie teraz, Kruszyno… - poprosił ją Viktor, wciąż patrząc w Filię - Ile znasz osób piastujących stanowisko odpowiadające temu co w Evercrest nazywamy komendantem straży?
    Kaylie zamilkła, choć nie była zadowolona ze słów Viktora. Nie podobało jej się, że została uciszona i odstawiona na bok.
    - W sensie "koledzy po fachu"? Kilku z okolicznych królestw.
    - Czy jakbyś dostała niemożliwie-kompletne dossier was wszystkich, ale z usuniętymi wszystkimi nazwami własnymi oraz osiągnięciami zawodowymi. Byłabyś w stanie siebie wśród nich znaleźć? Czy byłyby one wszystkie identyczne i inherentnie nierozróżnialne?
    - Byłabym jedyną kobietą, jeżeli o to ci chodzi…
    Viktor pokręcił głową z nieco zażenowanym uśmiechem na twarzy.
    - Czy płeć byłaby jedyną rzeczą, cechą osobowości, elementem stylu zarządzania, które pozwoliłyby ci rozpoznać siebie?
    - Ech… nie… - kobieta nalała sobie kieliszek wina i upiła łyk, po czym opróżniła cały kielich- Głównym elementem byłoby to że zaczęłam jako Komendant Straży… a nie, że skończyłam na tej pozycji.
    - A zatem dalsze pytanie będzie takie samo jak poprzednie. Czy ten element byłby jedynym co pozwoliłoby ci rozpoznać siebie? Możesz zarzucać mnie całym szeregiem irreleventia, które doskonale wiesz, że nie stanowią sedna. Wówczas ja – za każdym razem – zawężę pytanie aby wykluczyć kolejny zbędny detal, aż dojdziemy do właściwego essentia. Więc sama decyduj… przejdziemy od razu do rzeczy o realnej wartości, czy kontynuujemy dalej w tą socjalną ciu-ciu-babkę?
    Kaylie wciąż się nie odzywała, ale wiedziała, że on ma teraz zamiar wejść w te nudne i zagmatwane rozprawy intelektualne, jakich osobiście nienawidziła.
    - Jedynym? Nie. Ale gdybyś powiedział "To jest lista wszystkich Komendantów Straży Rzecznych Królestw", to uwierz mi, nie musiałabym szukać głębiej jakbym zobaczyła "Baba, która została Komendant, bo jej ojciec jest głównym sędzią"...
    - Mógłbym otworzyć disputatio o zasięgu praktykowanego nepotyzmu wśród tych u władzy… gdyby nie była to nieistotna dygresja. Dyskutujemy o tym, czy osobowość Filii Blackfyre można by skutecznie zdefiniować słowami “komendant straży”. W contextusie tego tematu… nawet tak niekorzystna dla ciebie interpretacja rzeczywistości udowadnia jedynie MOJĄ tezę. Nie da się. Oczywiście, rozumiem, że bycie definiowaną jako “komendant straży; baba; nepo-dziecko” to nie jest pochlebną “definitia”, ale dopiero zaczęliśmy burzyć mury twojej błędnej percepcji swojej osoby. Jakbyśmy byli sami i wyraziłabyś chęć to bym chętnie pomógł ci przejść przez to powoli, tak abyś sama do wszystkiego doszła, jedynie naprowadzana przeze mnie… ale z szacunku dla poczytalności naszych partnerów trochę to przyspieszę… Jesteś własną, wyjątkową osobą. Jesteś mieszanką tysiąca i jednej cechy, które tworzą niepowtarzalną mieszankę i to mówiąc tylko o warstwie zawodowej. Jesteś kapitan straży która jest gotowa ścigać prawdę, mimo tego jak bardzo wygodniej byłoby schować głowę w piasek i udawać, że nic nie widzisz. Nie każdy, by się tego podjął. Jesteś kapitan straży, która osobiście poprowadziła wyprawę, aby uratować ludzi których przysięgała chronić. Nie każdy, by się tego podjął. Jesteś kapitan straży którą coś – nie pytam co – wepchnęło tak głęboko w butelkę, że jakakolwiek godność wyleciała przez okno… i się z tego podniosła. Nie każdy, by dał radę. Jesteś kapitan straży, która dla dobra swoich ludzi zaryzykowała sojusz z kapłanem Piekielnego Duke'a, mimo, że znacznie łatwiej intelektualnie byłoby się nie zastanawiać i to odrzucić. Uwierz mi: nie każdy by się tego podjął. To wszystko wykracza daleko ponad “kapitan straży”, a to dopiero warstwa zawodowa. Nie mam tak długiej listy dla Filii-w-cywilu, bo to pierwsze nasze rzeczywiście prywatne spotkanie, ale daj mi takie trzy to stworzę identyczną listę prywatnych atrybutów. Jednak już teraz mogę powiedzieć… jesteś moją siostrą i z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu… stałaś się dla mnie ważna. Nie oczekuję od ciebie odpowiedzi wzajemności. Zamiast tego powiedz mi, która z wymienionych decyzji, nie była twoja?
    - Viktor… a ile tych decyzji musiałabym podjąć i podjęłabym, gdybym nie była komendant? - Filia westchnęła - Tak, wiem… mało istotne, ale nie możesz powiedzieć, że nie ma korelacji… nawet wyciągnięcie się z dołka… nie było MOJĄ decyzją… było czymś co ktoś inny pomógł mi osiągnąć. Nie ma różnicy między mną komendant, a mną cywil. Mundur schodzi tylko wizualnie.
    - Davion. Jaka jest – w Domie Odnowy – skuteczność rzeczywistego pomagania tym, co szczerze chcą aby się od nich odczepić i dać wrócić do trucia się?
    - Viktor… wiem o co ci chodzi, ale przestań. Ignorujesz to co ją naprawdę męczy. - odparł kapłan Abadara, i położył dłoń na ramieniu Filii - Powiedz mu… po cichu…
    Filia zamknęła oczy i odetchnęła kilka razy.
    - Myszkowałam trochę… wiesz, po tym jak mi powiedziałeś o naszym pokrewieństwie. Myślałam… "Może to nie takie złe. Może matka Vitkora po prostu przeżyła noc pasji z moim ojcem."... Taty nie było w Evercreast, królestwie, przez cały okres twojego poczęcia i narodzin… Nie ma marginesu błędu.
    Kaylie w milczeniu spojrzała na Viktora, choć i jej się to mniej i mniej podobało.
    Viktor miał ochotę wytknąć różnice między “ignorowaniem” a “brakiem informacji”... póki Filia nie powiedziała o co rzeczywiście chodzi. Wtedy przestało to być takie ważne.
    Spojrzał na nią z jakąś niemocą i powoli rozłożył dłonie.
    - Spodziewałem się tych wniosków, do których nas to prowadzi. Przykro mi, że się potwierdziły.
    - A mnie jest przykro, że nie potrafię spojrzeć w lustro i nie czuć obrzydzenia i lęku. Że nie kwestionują każdego oddechu który biorę… bogowie.. czy ty… - Davion momentalnie przytulił Filię chowając jej twarz w swojej piersi.
    - Ciii… cii… - kapłan Abadara zerknął na Viktora - Naprawdę ją to wstrząsnęło. Stara się być silna, ale nie śpi już któryś dzień…
    Viktor patrzył chwilę na scenę… w jego oczach odbijał się siostrzany ból. Szukał w głowie sposobu jak jej pomóc. Jak wymanipulować z tego wszystkiego może odwrócić uwagę coś wyznając, albo…
    - Ja… nie mam… ja chciałbym… ehhh… Nie mam tu słów pocieszenia. Nawet nie wyobrażam sobie jak się czujesz. Wiem jak to jest nie móc patrzeć w lustro, ale… mamy kategoryczną różnicę w przyczynach. Wyobrażam sobie, że nic co zrobię, albo powiem nie byłoby w stanie ci teraz pomóc, więc przyjmij proszę, przynajmniej intencję… bardzo bym chciał ci pomóc i jeśli bym był w stanie bym zrobił co mogę, aby to osiągnąć.
    Filia siedziała tak chwilę wtulona w Daviona, do Viktora dotarły ciche dźwięki jej chlipania. W końcu się uspokoiła i odsunęła od narzyczone, kładąc delikatnie dłoń na jego policzku. Spojrzała potem twardo na Azazelitę.
    - Daruj sobie obietnice o pomocy - spojrzenie Viktora uciekło w dół, by nie ujawnić słabości w nim - Obiecaj mi coś. Mówisz, że Azazel będzie bogiem sprawiedliwości dla tych, których zawiódł system. Udowodnij mi to…
    - Jaki test proponujesz? - zapytał z jakąś rezygnacją.
    - Daj sprawiedliwość mnie i nasz… naszej… - kobieta zamknęła oczy starając się uspokoić - naszej matce. Dobrze? Obiecaj mi to.
    Spojrzenie Viktora wzniosło się. Było twarde, bystre i błyszczały w nim nienawistne iskry.
    - Dlaczego – ci się wydaje – zostałem adwokatem w kraju diabłów? - pytał, niemal sycząc przez zęby, gdy pod stołem Kaylie uchwyciła jego dłoń poza wzrokiem innych, gotowa by ją ścisnął.
    - Dlaczego – ci się wydaje – właśnie Azazela wybrałem?
    - Dlaczego – ci się wydaje – porzuciłem wpływy, bogactwa i moc, by tu przybyć?
    - Zostałem adwokatem, bo wpadłem w obsesję. “Jak mógłbym uzyskać sprawiedliwość?”. Dla niej. Wybrałem Azazela, bo obiecał mi właśnie to o co mnie prosisz. A wróciłem tutaj, bo nadszedł już Czas. Prowadzę wiele gier i mam wiele Wielkich Planów, jednak… Na wszystko co kiedykolwiek było mi drogie, na własną przeklętą duszę i wszelkie moje nadzieje… jeśli miałbym spełnić tylko jeden z nich to właśnie będzie sprawiedliwość dla mojej… naszej matki. Tisis Frey.
    - Nie wiem co pcha ludzi do podjęcia decyzji takich jak twoja… ale wierzę w twoją motywację. Po prostu… czuję się splugawiona… tak dogłębnie, że nie wiem jak ze sobą teraz żyć. Nie wiem czy sprawiedliwość, czy zemsta czy jak chcesz to nazwać, przyniesie mi ulgę… Ale KTOŚ musi za to zapłacić… tylko. - kobieta starała się uspokoić rzucające nią emocje - Daj mojemu ojcu szansę… przynajmniej, aby to wszystko wyjaśnił.
    - Własnoręczne grzebanie matki robi z ludzką psychiką nieprzyjemne rzeczy - odpowiedział, z nieszczerym uśmieszkiem, ale szybko go zmazał z twarzy - Wciąż przyjmuję opcję, że był tylko “oszukanym głupcem”. Widziałem podobnie nieprawdopodobne scenariusze okazujące się prawdą… scenariusz - poprawił się - jeden. Ale to daje mu pewne święte przywileje. Jeśli tylko okoliczności umożliwią to dostanie swoją możliwość wyjaśnień.
    - Dziękuję… - Filia powoli zaczęła się uspokajać - Trochę… trochę mi lepiej jak się tym podzieliłam. Przepraszam, że zepsułam tą sytuację moimi… problemami. - komendant uśmiechnęła się, chociaż smutno - Więc… - odchrząknęła starając się zmienić temat - Ktoś zamawia?
    Viktor wziął dłuższy wdech… gdy się prostował poczuł opór… to jego dłoń zaciśnięta na dłoni Kaylie. Świadomie zmusił się, aby rozluźnić palce.
    - Wybacz, Kruszyno… nie chciałem… - przeprosił, bo dopiero po fakcie poczuł z jaką siłą je zaciskał.
    Kaylie jedynie blado się uśmiechnęła na znak, że nie szkodzi, ale Khal mógł poczuć jak pod stołem lekko głaszcze trzymaną wcześniej dłoń.
    Wrócił do swego rytuału. Długi wdech… i powolny, prawie świszczący wydech, przedłużony aż płuca zaczęły palić z braku tlenu. Gdy podniósł wzrok miał w nim już swój zwyczajowy spokój i kontrolę.
    - Jeśli dobrze pamiętam to miałem swój udział w inicjacji tego tematu… - zagadnął lekko, spoglądając w kartę - Więc roszczę sobie prawo do części “winy”. Ja dziś świętuję moją świątynię. Więc biorę stek… z orzechami… - mówił powoli, na bieżąco zczytując wzrokiem opcje - i rozmarynem. Do niego pieczywo czosnkowe i jakąś sałatkę dla złamania smaku. Kay, coś wpada tobie w śliczne oko? Ah… i, oczywiście, dziś ja się zajmę rachunkiem i jak ktoś mi spróbuje się sprzeciwiać, to klnę się na moją umiarkowaną poczytalność, że przy dramie którą urządzę, ta sprzed chwili wydawać się będzie kulturalną rozmówką o zeszłorocznej pogodzie.
    - Chateau de Beaucastel Chateauneuf-De-Pape. - Kaylie powiedziała idealnym galtiańskim - I Crostini z serem Brie i smażonymi figami, proszę.

    Kelnerka zamrugała kilka razy i spojrzała do kart dań wertując strony. W końcu zatrzymała się w pewnym momencie i delikatnie ruszała kącikiem ust czytając nazwę wina.
    - Oczywiście, milady.
    - Dwie butelki. - rzuciła Filia.
    - Oczywiście, pani Kom… - dziewczynę zmroziło kiedy zobaczyła spojrzenie Filii - Lady Blackfyre.
    - Dobrze i poproszę Terrine z dziczyzny zapiekane w cieście Galtianskim. Wasz kucharz wie o co mi chodzi. - kelnerka zapisała zamówienie. Kaylie spostrzegła, że jej oponentka w ubiorze nawet dobrze wypowiedziała nazwę potrawy.
    - Ja poproszę naleśniki z twarogiem i owocami leśnymi, polane miodem. - Filia pokręciła oczami.
    - Ten twój elfi metabolizm nie jest wymówką, abyś jadł jak dziecko.
    - Zazdrościsz. - kapłan ucałował policzek swej narzeczonej. Kelnerka przyjęła zamówienia i ruszyła w stronę kuchni. Filia zerknęła na Kaylie.
    - Faktycznie miałaś na to ochotę, czy chciałaś się pochełpić swoim "szlachetnym językiem"?
    - Na co ochotę? - zapytała Kaylie.
    - Drogie Galtiańskie wino i potrawę z Galtianskiej części potraw?
    - Przypominają mi dom. Nie mam też często na nie okazji, a do tego to nie ja płacę. W domu mogły w piwnicach leżeć, tutaj mi jakieś sikacze ze spelun zostają.
    - Myślisz, że czemu poprosiłam o dziczyznę? - Filia uśmiechnęła się kiedy usłyszała "to nie ja płacę" od Kaylie - A ta restauracja jest faktycznie dobra… chociaż nie wiem, czemu narzekasz. Otto pewnie mógłby ci wyczarować każde wino, z każdego planu. - kobieta pokręciła głową - Skoro mowa o tym… czymś. Macie jakieś pojęcie CZEGO on tu chce? Nie robi problemów i kiedy pierwszy raz poruszyłam temat, po prostu odpowiedział: "Odnalazłem to czego szukam od dawna". Ale już minęło… pięć, sześć lat i nic nie zrobił.
    - Jego miejsce tak. Ale ja jako najemnik podróżowałam. A co chce... a masz go dość? Miły jest.
    - Wiem czym on jest, nawet jeżeli nie możemy tego powiedzieć. Pomysł, że taka istota jest praktycznie w samym centrum miasta nie napawa mnie spokojem.
    - Więc nasza obecność jest ci na rękę, bo na pewno póki my jesteśmy... póty nie będzie robił problemów. - wzruszyła ramionami - Może brzmieć jak szantaż, ale tym nie jest. To po prostu tak działa w jego przypadku.
    - Tak, wiem. Poczuje się sto razy lepiej jednak, kiedy zniknie. Nawet jeżeli będę trochę tęsknić za jego córkami i jedzeniem. - Filia westchnęła - Właśnie, czy ja dobrze widziałam, że kolejna się pojawiła?
    - Wyrastają prawie jak grzyby po deszczu, nie? - zażartowała - Choć to może być bardziej prawda niż się wydaje.
    - Nie wiem czy to dobry, czy zły omen. Mimo wszystko miło będzie ją poznać.
    - Lawenda ma na imię - wtrącił Viktor, zadowolony, że nie potrzebował – w żadnym momencie – skorygować słów Kaylie. Zgrabnie rozwiązała temat. - Śliczne dziewczę, ale to już tylko potwierdzenie zastanego wzorca. Nie miałem jeszcze okazji jej poznać. Trochę zbyt się ekscytowałem na dzisiejsze wydarzenia, aby zwolnić i złapać ją na kilka słów.
    - Lawenda? Ah, Lilia mi o niej opowiadała. - Filia zamyśliła się chwilę - Mówiła, że jest najspokojniejsza i najbardziej dojrzała z nich wszystkich. W sumie dobrze, nie wiem czy bym zniosła kolejnej flirtującej ze mną…
    - Flirtują z tobą? - twarz Daviona obrazowała duże spektrum emocji.
    - Głównie Lilia, ale Piwonia też potrafi. Czasem trudno odmówić…
    Davion otworzył i zamknął kilka razy usta.
    - Nie jestem pewny co o tym sądzić.
    Filia prychnęła.
    - Facet.
    - Lawenda istotnie daje wrażenie… hmmm… dojrzałości - dodał Viktor, nie wyrażając swojej opini o tym co Davion powinien sądzić. - Choć to mało warta opinia, w kontekście, że widziałem ją piętnaście sekund i nie zamieniłem z nią słowa. Ha.
    - Lilia i mnie chce zapylić. Coś mi się tak widzi. - galtianka stwierdziła bez wstydu.
    - Zapewnia mnie, że tak okazuje przyjaźń i ogólne ciepłe uczucia. - oznajmiła Filia.
    - Gdyby Otto nie zabronił... - podśmiała się cicho - Byś jeszcze listki wypuściła. - zerknęła na Daviona - Ktoś inny zasadziłby nasionka w twojej narzeczonej.
    Mężczyzna się zaczerwienił, a Filia zachichotała.
    - Och daj spokój, one nie ściągają sił życiowych z kobiet, więc my mamy wolną rękę. Do tego one nie zasadzają nasionek.
    - Więc pozostaje nam szukać innych dawców... Kiedy Davion zasieje?
    Mężczyzna zakrztusił się pijąc wino, a Filia sama się zaczerwieniła.
    - Niestety… nie jestem w stanie. Lekarze i Kapłani mówią, że nic nie da się zrobić…
    - Odpowiednio silna magia kapłańska da radę. Tu pewnie tak silnych kapłanów nie ma. - stwierdziła.
    - Mnie… brakuje odpowiednich części… - odparła Filia - Trudno uleczyć coś czego nie ma…
    - Nadal można odpowiednią magią zbudować, a w razie co... Pakty działają. - zasugerowała.
    - Może kiedyś, ale nie ma pośpiechu… - odparła Filia - A wy planujecie coś? Poważniejszy związek?
    Viktor zachichotał dudniąco.
    - W poważniejszy związek próbujemy. Na swój własny sposób. A na rozważania dzieci jest trochę za wcześnie po ledwie dwóch tygodniach takich prób.
    - Mhm... - Kay nie widziała sensu ciągnąć tematu, kiedy już widziała, że jest on po prostu przegrany. Filia i Davion nie wiedzieli, ale szanse na szczęśliwy związek i potomstwo nie były wysokie dla tej dwójki azazelitów.
    - No cóż, jeżeli będziecie potrzebowali zaślubin, wiecie gdzie pytać. - odparł Davion z uśmiechem.
    - Skoro o planach mowa, co teraz z tym waszym kościołem? Zbieracie pewnie wiernych, ale… no nie wiem, zaczniesz wymyślać jakieś święta? - Filia zerknęła na Viktora.
    - Święta będę raczej ustanawiał na bieżąco… jak coś ważnego się wydarzy, godnego własnego święta. Na pewno pierwszym będzie oficjalne otworzenie kościoła. Ale nie chcę robić nic na siłę. Wolę stawiać na oddolną pracę organiczną. Będę robił swoje, będę świecił przykładem moich wartości, będę pomagał ludziom i wierzę, że to się samo rozrośnie. Jednocześnie muszę pomyśleć o jakimś zewnętrznym finansowaniu… a propos tematu… podobno baron jakieś przyjęcie wyprawia, gdzie pojawią się bardzo wpływowe persony… - pozwolił aby niezakończona wypowiedź pobrzmiewała pytaniem.
    Filia zatrzymała się na sekundę.
    - Cholera… zapomniałam kompletnie. To już teraz? - komendant westchnęła - Taa, sfinansował jakąś wyprawę do Mwangi i będzie się popisywał co mu tam nie przynieśli.
    - Yhym. Z tego co wiem ma być za czte…
    - Taka PRAWDZIWA impreza za cztery dni! - podekscytowana galtianka wcięła się Khalowi w słowa.
    Filia wydawała z siebie delikatne zawodznie.
    - Wieeeeem… nienawidzę takich imprez. Wszyscy są fałszywie uprzejmi i pytają mnie o rzeczy, o których nie chce gadać…
    Humor komendant nieco się poprawił kiedy kelnerka zaczęła przynosić potrawy dla gości. Komendant zaczęła częstować się swoim daniem.
    - Będą lokalni możni, kilku z okolicznych królestw i jacyś cudzoziemcy spokrewnieni z baronem. Śmietanka towarzyska, rozpoznasz bo wszyscy są bladzi jakby z Ustlav…
    - To takie ekscytujące! - Kaylie wydawała się nie słyszeć niechęci komendant - Przyjęcie szlachty, piękne stroje i maniery! Drogie jedzenie! - galtianka się naprawdę w tym zagłębiła i wtuliła w Khala - Powiedział mi, że z nim idę! Tak się cieszę!
    - Przynajmniej ktoś się cieszy… - mruknęła Filia.
    - Na razie, Kaylie, to my jeszcze nie mamy zaproszeń - studził nieco zapał Viktor, wkrajając się w swój stek. Mięso bardzo przyjemnie rozstępowało się pod nożem.
    - Znałabyś może kogoś, komu mógłbym się podlizać, aby je dostać? - zapytał wznosząc spojrzenie na Filię.

    - Ha, ha, ha… - odparła sucho komendant - Załatwię wam te zaproszenia. Tylko proszę nie rób żadnych scen… już i tak będę się czuła nędznie…
    - Będę tam w interesach, a nie dla przyjemności, więc raczej nie musisz się o to martwić. I dziękuję. Wiele mi to ułatwia.
    - Będzie idealnie! - Kaylie nawet zapomniała o swoim posiłku będąc tak podekscytowaną. Silnie przytuliła Khala, jakby chciała miłością z niego życie wycisnąć. - Mogę się tobą opiekować! - rzuciła w stronę Filii.
    - Super… w sumie możemy się lepiej przygotować na to przyjęcie. Zwalimy facetów z nóg?
    - Tak! - radośnie zgodziła się Kaylie.
    - Drogie panie…. już jesteśmy zwaleni. Przy czym – oczywiście – wyczekuję z niecierpliwością czym nas zaskoczycie na przyjęciu.
    - A kto mówi o was? - odparła Filia - Już udowodniliście, że wasza opinia jest nic niewarta. Miałam nosa przygotowując zaklęcie, ale nie jesteście nawet warci zachodu.
    - Wiadome było, że będą kłamać. - machnęła ręką.
    - Nawet nie zamierzam zaszczycić tych oskarżeń obroną - Viktor wgryzł się w kęs swojego zamówienia i mruknął zadowolony - Mój stek jest wyśmienity. Jak wasze zamówienia?
    - Byłyby lepsze gdybyście bawili się z nami w ten konkurs kreacji, myśmy się specjalnie starały, a twardzi faceci stchórzyli. - mruknęła galtianka.
    - Miałoby to sens tylko i wyłącznie przy kategoryzacji względem płci - odpowiedział Viktor, odkrawając kolejny kawałek - Niemożliwe jest porównanie mody męskiej z żeńską bez wchodzenia w stosunkowo dziwne obszary. Jakbyś mi sie pochwaliła w czym przychodzisz to dobrałbym kreację współgrającą i uzupełniającą się z twoją, ale nie dostałem takiej możliwości.
    Filia pokręciła głową.
    - Odpuść sobie Kaylie, większe szanse masz w wyjaśnieniu konceptu koloru ślepej osobie. - zerknęła na talerz Galtianki - Dasz spróbować swojego?
    Galtianka podsunęła swój talerz Filii.
    - Chciałyśmy wiedzieć, która z nas będzie lepiej i bardziej szlachecko wyglądać od drugiej w waszych oczach, nie która para będzie bardziej pasująca ubiorem do siebie.
    - I wyszło, że jesteśmy sobie równe. Jak na faceta, który twierdzi, że jest obrotny, mało rozumiesz kobiety, Viktorze. - Fillia ugryzła kęs dania Kaylie i oddała spowrotem talerz - Dobre, weź zjedz bo szkoda, aby się zmarnowało.
    - Kiedyś coś takiego twierdziłem? - zapytał między kęsami i wzruszył ramionami. Powoli przestawała mu się podobać ta dwuosobowa obława na niego. - I chciałbym głęboko oprotestować bezpodstawne zarzuty o kłamstwo - bardziej prosił, niż karcił, a głos miał spokojny i serdeczny - Same zorganizowałyście zawody, ich zasady i ustanowiłyście parzystą liczbę głęboko nieobiektywnych sędziów. Wyniki wam nie pasują? Same jesteście sobie winne. Pretensje nie do mnie.
    /- To nie tak jakbyśmy miały wybór. Większość osób wolałaby być po dobrej stronie komendant Blackfyre, więc i to nie byłoby szczere. - Kaylie burknęła i włożyła do ust kawałek crostini
    - Dlatego proponuję, abyśmy poszły po całości. Słowa kłamią, ale oczy i ciała już mniej. - odparła Filia.
    - Czyli przyjdziesz odkryta? - zapytała galtianka.
    - Dziękuję za komplement. - odpowiedziała Filia z uśmiechem - Ale pamiętaj, wyobraźnia jest silniejsza. Odkryj tyle, aby umysł sam zaczął wypełniać luki.
    - Hej… - zaczął Davion, a Filia zamknęła jego oburzenie pocałunkiem.
    - Cii… lubisz kiedy ubieram się tylko w moją zbrójkę…
    - Przecież to rani ciało... - zaprotestowała Kaylie.
    - Dlatego nie noszę jej długo. - Filia mrugnęła do Galtianki, a Davion postarał się zniknąć we własnym posiłku.
    - Pożycz mi go! - radośnie poprosiła Kaylie - Zawsze chciałam by mnie elf miał!
    Komendant pacnęła Galtiankę po czubku głowy.
    - Już spokojnie. Wy możecie mieć luźną interpretację związku, ale my nie. - ton Filii był stanowczy, ale nie surowy - Poza tym, masz Ferna.
    - Upodobania Ferna nie są ze mną kompatybilne... Więc chciałabym Daviona spróbować. Najemnicy to co innego i zazwyczaj elfa w nich nie uświadczysz za dużo, a na pewno nie rasowego.
    - No niestety, ten jest mój i nie masz niczego co by mnie zainteresowało na tymczasową wymianę.
    - Przepraszam?! - Davion nie chował oburzenia bycia traktowanym jak przedmiot.
    - Mogę pożyczyć mojego faceta. Jest naprawdę dobry w łóżku. Czy gdziekolwiek indziej się legnie. - zaoferowała galtianka.
    - Tak, brałam go pod uwagę i nie, nie jest wart.
    Niewidzialny Fisuś pod stołem zastrzygł uszami nerwowo, czując emocje Khala.
    - CO!? - kapłan Abadara wydawał się tracić zmysły.
    - Cicho kochanie, poważne sprawy kobiet omawiamy. - Filia wróciła do Kaylie - Więc wybacz moja droga, Viktor może i kręci ciebie, ale jest za stary na moje upodobania… czy czasem ten cały Harpeness nie miał jakiegoś elfa w swojej trupie?
    - Po prostu daj im sobie pogadać… - Viktor machnął dłonią do Daviona lekceważąco, bardziej zainteresowany swoim stekiem niż psiapsiółczymi bla-blaniami. - To nie tak, że którakolwiek z nich mówi poważnie.
    Kaylie spojrzała na Viktora jakby zasmucona, że nie wywołała w nim zazdrości i silnej reakcji jak Filia w Davionie.
    - Nie mój typ. - szturchnela głową policzek Khala, chcąc by jakoś zareagował - Nie przeszkadzałoby ci, gdybym z Davionem się przespała?
    Odpowiedział własnym i wesołym szturchnęłam swoim policzkiem jej głowy.
    - Przeszkadzałoby, jak najbardziej… Ale nie uświadczysz ode mnie tego uroczego oburzenia. Niekoniecznie jestem wciąż do niego zdolny. To wymaga pewnej… niewinności, której od lat nie posiadam. Ty ją, Davionie, wciąż masz. Na lepsze, na gorsze… ale masz. Zachowaj ją. Gdy ją tracisz coś w tobie umiera i już nigdy nie jesteś taki sam. Można by argumentować o większej samokontroli, ale to puste słowa cyników podobnych mnie, ale mniej niż ja samoświadomych.
    Galtianka bardzo posmutniała na te słowa. Były one dla niej przyznaniem, że nie ma szans na to o czym marzyła. Na prawdziwe emocje z książek. Na to wszystko na czym została stworzona jej bajka.
    - Znaczy... - zaczęła ostrożnie - nigdy nie pokażesz tego oburzenia kochanka?
    - A sprawisz kiedyś, że w ciebie zwątpię?
    - Więc nigdy... - westchnęła boleśnie z wyraźnym smutkiem malującym się na twarzy. Miała głęboką nadzieję, że otrzyma coś tak książkowego.
    - Pamiętasz golema-masażystę? Wtedy miałaś “oburzonego kochanka”. Podobało ci się to? - zapytał lekko, znów wkrajając się w stek.
    - Na pewno było urocze jak źle zrozumiałeś sytuację. - wróciła do posiłku i napełniła kieliszek alkoholem - Więc zabawne w retrospekcji.
    - Więc czy chciałabyś abym częściej tak źle rozumiał sytuację? Jakbym teraz się oburzył o coś co misinterpretowałem, to byłabyś teraz z tego zadowolona?
    - Bym widziała, że ci zależy... Że jesteś naprawdę mną... zaaferowany i... czasem po prostu tracisz głowę w uczuciach.
    Kaylie wyginała palce nerwowo pod stołem, czując się jednocześnie głupio, jak i zestresowana możliwą odpowiedzią.
    - Raz straciłem głowę. Źle się skończyło. Dla wszystkich zaangażowanych i jeszcze kilkorga postronnych. Nigdy więcej. Musisz się zadowolić czynami które są moim wyborem. Wyjście do teatru. Zabranie ciebie na przyjęcie u barona. Ciągła praca emocjonalna z tobą, którą przyjmuję bez przymusu i z satysfakcją, ale dla kogoś innego nie miałbym motywacji aż tak się starać. Nawet w ten zakład z braćmi-barbarzyńcami wszedłem, co jest stricte dla ciebie i twojej przyjemności. Wymieniać dalej?
    Kaylie patrzyła w dół na swoje dłonie. Marzenie zostało odkopane z drogi jak śmieć ją zagradzający. Nie będzie wyłączności, nie będzie pięknych emocji jakie nim zawładną, tracenia dla niej głowy. Po prostu... nie.
    - Nie... - szepnęła unikając jego wzroku - Rozumiem. - wróciła do powolnego przeżuwania jedzenia.
    Viktor przechylił głowę w bok i ugryzł się w język. Nie tutaj…
    - Kaylie, to nie jest rozmowa na teraz. Ale zależy mi na tobie i dbam o ciebie. Wierzę, że widzisz to każdego dnia, nawet jeśli teraz skupiasz się bardziej na moich słabościach i rzeczach które straciłem lata temu.
    Spojrzał na Daviona z Filią przepraszającym spojrzeniem, ale nie zwerbalizował tego gestu.

    A Fisuś – pod stołem – coraz bardziej i bardziej kusiło, aby ugryźć Kaylie w łydkę.

    Davion i Filia patrzyli po sobie widząc interakcję między parą. W końcu komendant się odezwała.
    - Słuchajcie, nie moje miejsce mieszać się wasze relacje. Sądzę jednak, że potrzebujecie mediatora. Kogoś kto pomoże wam rozgryźć swoje emocje do siebie i przekazać je bez wylewania ich…
    - Doceniam próbę pomocy… - odpowiadał powoli Viktor - Może to rozważymy, ale to nie jest ten dzień.
    - Po prostu mówię, może dla was to działa, ale patrząc z zewnątrz… zdrowsze relacje widziałam między dziwkami i nowymi klientami.
    Viktor uniósł brew w powątpiewaniu po czym weschnął zrezygnowany, na moment pozwalając swojej głowie nieco opaść. Szanse na konstruktywny wieczór malały i malały, ale niech im będzie.
    - Odnosisz się do czegoś jeszcze, poza ostatnią minutą interakcji? Bo jeśli tylko o niej mówisz to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że twoje słowa były odrobinkę przesadzone.
    - Sądzisz, że potrzeba czegoś więcej niż oczywista asymetria w związku, aby zobaczyć, że coś jest nie tak? - Filia spojrzała na Viktora - Mówisz, że myślicie, aby związek był "poważniejszy". Co to oznacza z twojej strony?
    Viktor skrzywił się niezadowolony, ale szybko zmazał ten wyraz twarzy.
    - Zaznaczam, że to ty chciałaś wejść na ten temat. Asymetria nie oznacza nic. Każdy związek jest bardziej lub mniej asymetryczny, więc jeśli to jest stosowane jako zarzut “w moim kierunku” to najpierw to omówimy. Więc temat: dlaczego, asymetria – inherentnie – ma być czymś “nie tak”?
    - Nie mówię, że jestem specjalistką w tej sprawie. Ale wiem czemu jestem szczęśliwa w swoim związku. Asymetria, masz rację zawsze istnieje. Zapewne znasz się na handlu, więc koncept zysku i straty jest ci znany. Kaylie otrzymuje od ciebie ciepłe słowa, wsparcie, w zamian ogranicza się do bycia tylko z tobą i upewniania się, że nie zezłości cię i robi jak zechcesz. Czy możesz powiedzieć, że tak samo to wygląda w sprawie twojego wkładu w ten związek?
    - To już jest odejście od generalnej rozmowy o czymś zewnętrznym i wejście na tematy głęboko personalne. Nie sądzę, aby to był dobry moment na nią - zdawkowym gestem głowy wskazał wciąż przybitą Kaylie - Zachęcam ciebie jednak do znacznego zdystansowania się od sytuacji. Ja dziś tylko powiedziałem, że nie jestem nastoletnim księciem z bajki, którego da się wmanipulować w brak zaufania do partnerki, “bo to takie romantyczne”.
    - Nie to miałam na myśli. - odparła Filia - Ale dobrze, chcesz ogólniki czemu asymetria jest zła? Bo nikt nie jest naiwny na zawsze. W końcu ktoś zauważy, że w związku więcej daje niż otrzymuje i jeżeli różnica jest duża, zacznie to rodzić niepokój, gniew i zawiść.
    - Filio... - Kaylie odezwała się w końcu - To... to nie jest tak jak myślisz... Ja się zgodziłam na to, tylko... jest ciężkie... Khal mi daje naprawdę dużo wsparcia jakiego od nikogo nie otrzymywałam... Opiekuje się mną, czego też nie miałam. Znosi moje nagłe akcje i pomaga mi pożary ugasić…
    - Kaylie, ja tego nie neguję i widzę, że nie do końca jesteś tak szczęśliwa jak byś chciała. Coś się gnębi, ale nie będę naciskać. Viktor zapytał mnie o coś, to dałam odpowiedź.
    Vikor zemł w ustach adwokacką formułkę o słowach i ich intencjach, albo kto faktycznie zaczął temat i w niego lgną. Kogo by to miało obejść?
    - Doceniam, Filio, że zależy ci na Kaylie na tyle, aby ten temat poruszyć. Czy możemy uznać temat za zamknięty, przynajmniej na dzisiejszy wieczór?
    - Oczywiście, złych intencji nie miałam, ani nikogo nie chciałam oskarżyć. Dla mnie wyglądało jak brak doświadczenia, który może zaszkodzić czemuś pięknemu.
    - Rozumiem Filio i wiem, że chciałaś dobrze - odpowiedział Viktor, powstrzymując jad, który chciał się wylać przez jego głos i ton. - Mieliśmy plany na dzisiejszy wieczór… chciałabyś już do nich przejść, czy wolisz mi opowiedzieć o co chodzi z tymi robotami na rynku, przed ratuszem?

    Zaczął rozmowę na zupełnie inny temat, aby uratować jeszcze to spotkanie i dać Kay czas i przestrzeń. Nie podobało mu się, że musiał sięgnąć po “techniki”. Miał nadzieję na zwykłą, towarzyską rozmowę o niczym. Bez nieszczerości, czy wyrachowania. Miał nadzieję… zbliżyć się do siostry? Ta myśl pobrzmiewał obco w jego głowie.

    Powoli wyratował sytuację. Nie była tak beztroska na jaką liczył i cień pozostał na spotkaniu.

    Kilka godzin później przeszli w końcu do rozmowy o straży. Wymianie doświadczeń i obserwacji. Analogii i różnic między strażą miejską, a kancelarią Viktora w Cheliax. To był dopiero początek. Goodmann ostrzegał, że to będzie seria dłuższych spotkań, ale Filia była chętna, otwarta i inteligentna. Szybko chłonęła wiedzę, nawet bez Viktora wykładającego jej ją na talerzu. Nie miał wątpliwości, że – z jego pomocą – Filia da radę z największymi wyzwaniami.

    Komendant straży słuchała uważnie porad adwokata i o ile miała kilka uwag, wydawała się akceptować jego sugestie, nawet jeżeli nie zaimplementuje ich od razu.
    Dwie pary rozeszły się w dobrych humorach i propozycji, aby zrobić z tego może cotygodniowe zdarzenie, szczególnie jeżeli Viktor stawia.

    Wyrwanie

    Kaylie stała pod ścianą restauracji ze spuszczoną głową, czekając aż dwójka azazelitów pozostanie sama. Wyglądała jak zawstydzone dziecko, jakie ma powiedzieć ojcu, że nie zachowywała się grzecznie i pewnie dostanie w tyłek oraz nie będzie słodyczy następny miesiąc.

    Viktor patrzył na nią z intensywnością która tylko… malała. Był zły. Był niezadowolony i przez dłuższą chwilę zdążył już żałować, że w ogóle zabrał Kaylie na tą kolację. I o ile przed chwilą był pewien, że da jej po uszach i potencjalnie wrócą osobno do Dworu… to ta złość szybciej w nim topniała niż Filia z Davionem znikali w mroku nocy.
    - Uhhh… - spuścił powoli powietrze, godząc się, że nie ma już w sobie “pary” by ją skarcić. - Dzięki, że się za mną wstawiłaś. Myślałem już, że sam zostałem z tymi nie-zarzutami.
    - To jedyne co mi pozostało... - wymamrotała unikając patrzenia Khalowi w oczy - Ja... Przepraszam, że zepsułam... Nie tak miało być..
    - Nie chciałaś źle i – ostatecznie – nie skończyło się źle. Możemy udawać, że się nie wydarzyło.
    Podszedł bliżej i wsunął w zasięg jej widzenia swoje ramię. Ujęła je nieśmiało i ruszyli w powolną wędrówkę nocnym miastem.
    - Czujesz się jeszcze na wyczarowanie bramy świątynnej i tylnych drzwi? Materiały są ciężkie i nieporęczne, ale wolałbym nie ułatwiać potencjalnym złodziejom.
    - Obiecałam, więc to zrobię. - powiedziała pewnie, choć patrzyła na Viktora z wyraźną nutką przestrachu... Niepewności?
    Viktor westchnął zmęczony nieco.
    - Kay… wyjaśnij mi co ci po główce chodzi?
    - Że jesteś na mnie teraz tak zły. Że przekroczyłam granice. Że jesteś już tylko dla mojej magii, a tak będziesz chciał ode mnie uciec, bo znowu zawaliłam wszystko. Że to moja wina, zniszczyłam kolejny związek... - galtianka zapętlała się.
    Viktor uchwycił Kaylie za podróbek i pchnął ją w ścianę kamienicy. Była w tym pozorna moc, ale… w jakiś sposób wynikała ona z jakiejś woli i inicjatywy, a nie rzeczywistej siły. Zamknął jej usta pocałunkiem. Długim aż dech odrobinę straciła.
    - Byłem zły, ale już nie jestem - powiedział cichutko, ledwie oderwawszy swoje usta od jej. Kaylie była jednocześnie zaskoczona, jak i bardzo podekscytowana. Jej obawa w oczach przerodziła się w rozanielenie tym nagłym uczuciem, jakie spowodowało drżenie na ciele. Wyglądała jak dziewczyna co właśnie została po raz pierwszy pocałowana przez nowego chłopaka.
    - I wciąż oferuję ci wsparcie i opiekę. Znoszenie twoich “nagłych akcji” i gaszenie pożarów. Wiem, że nie chciałaś. I wszystko wyszło dobrze. Zależy mi na tobie i jedno potknięcie nie starczy aby to zmienić. Rozumiesz?
    - T... tak... - szepnęła gdy rumieniec pojawiał się na jej policzkach, jaki zakryła dłońmi we wstydzie - ...tak mężatki łowiłeś...
    - Zdarzało się - przytaknął cicho i odsunął się nieco, aby móc spojrzeć jej w oczy. - Już dobrze w główce?
    Pokiwała lekko głową.
    - I naprawdę podoba ci się suknia?
    - Yhym… - kiwnął głową, zaplatając jej dłoń znów wokół swojego przedramienia i kontynuowali powolny powrót. - Nie sądziłem, że uda ci się coś takiego zorganizować. Lady Barabii pracuje teraz dla zwykłych ludzi. To coś odłożonego? Jakaś pamiątka?
    - Nie mów nikomu, ale to zlepek z tanich produktów. Ta siateczka jest z firanek, po prostu jej nadałam koloru. Lady Barabii kanibalizowała co miała i swoim kunsztem nadała kształtu ukrywając czym oryginalnie było! - powiedziała rozemocjonowana.
    - I w jeden dzień dała radę? Ho ho… No to gratulacje. W mojej opinii zwycięstwo a to jeszcze tylko podkreśla je. Dobra robota.
    - To jej zasługa, nie moja. Główny materiał też taki jak biedniejsi mają. - powiedziała z jakąś dumą, że nikt nie zauważył - Oczywiście zapłaciłam. I powiedziałam, że następnym razem przyniosę lepsze materiały.
    - Hmmm… może, z czasem, uda się jeszcze jej na tym skorzystać. Jakby to odpowiednio sprzedać… i właśnie dać wcześniej odpowiednie materiały… można by jej pomóc wrócić do pracy dla szlachty. Należałoby się jej to. Cieszę się, że tak się to potoczyło.
    - I tyle historii mi o małym Khalim opowiedziała! - zachichotała.

    Wyrwanie

    Stara Sonia, która kiedyś była Lady Barabii, wcale nie wymagała wiele przekonywania aby przynajmniej spróbować z suknią dla Kaylie. Wciąż czasem – głównie nocami – przyznawała przed sobą, że tęskno jej do czasów gdy tworzyła cuda szlachty, zamiast cerować kieszenie i łatać dziury pospólstwu. A jak Galtianka, jeszcze nim temat zdążył zostać poruszony, zaproponowała kwotę o którą Barabii dziś nawet nie śmiała by prosić, jednocześnie godząc się z możliwością porażki… poczuła się prawie jakby wytrącono jej z rąk wszelkie argumenty, by nie zjeść podwójnej porcji lodów w ramach śniadania…

    A gdy weszła w pracę… z czasem język jej się rozwiązał. Khala może tu nie było, ale jego towarzyszka przyniosła… jakąś jego aurę? I nawet ten jej skrawek przypominał jej o szczęśliwszych czasach.

    - Aaa… Tisis, powiadasz. Dzielna była dziewucha. Jedna z takich co się patrzyło i zastanawiało “skąd w niej tyle siły?” Nie myśl sobie… moja praca też była niełatwa, ale miałam wtedy jeszcze wiele szczęścia. Ale ona? Ona sama nauczyła się po dachach chodzić! Za parę miedziaków kominy czyściła. Połowę tego co prawdziwi kominiarze. A sadzy zabrać ze sobą z komina i dwa wory wielkie dawała radę. Ludzie myśleli “o taka, biedna i wdzięczna, że jeszcze dla nas sprząta”. Ale, ona głupia nie była. Tę sadzę potem w brykiet przerabiała.
    Stara Sonia uśmiechała się w czasie pracy, oczami wspomnień widząc lepsze czas.
    - Pokazała mi kiedyś. Oczy aż świeciły się jej z radości, bo w końcu znalazła proporcje co rzeczywiście działały. Jak ona to robiła? Hmm… na pewno kruszyła tę sadzę na mąkę prawie. Mieszała z trocinami, które Khali podbierał z tartaku. Takimi mokrymi i ciężkimi od żywicy w nich. Jeszcze z kruszonym węglem. Trochę popiołu, nie rozumiem po czemu, a na koniec wody i łoju ze świec, co po pół miedziaka kupowała. Pewnie jeszcze coś było, czego dziś już nie pomnę. Ale pokazała mi. Kuleczki. Ładne. Prawie błyszczące. Małe jak śnieżki i twarde jak.. no może nie “jak kamień”, ale w rękach nie rozkruszysz. A jak ona wtedy wyglądała.. ho ho! Cała umorusana w tej czerni. Ręce, twarz, szyja i pod nią, jakby ją górnik w obroty wziął! Kilka dni spod paznokci tego wymyć nie mogła, a nawet jedno oko jej się czerwieniło jakiś czas od tego wszystkiego.

    Wyrwanie

    - A Khali… no… o nim to mniej ci opowiem. On częściej się przy ścianie bawił, gdy Tisis uwagę poświęcałam. Albo moja Zoryenka go zabierała gdzieś. Oj, jak on wtedy promieniał, kiedy ona go brała. - Staruszka na moment przestała szyć i uśmiechnęła się tak, jakby pod sufitem rozgrywały się właśnie tamte dni. - Ona by więcej historii miała do opowiedzenia. Jak to się wszystko skończy i Khal już ją uratowaną będzie miał to sama ci nagada.

    - Ale jedno pamiętam. Czas taki był… Khali miał z siedem lat. Może osiem i w głowę mu weszło, że generałem będzie. Wojennym prawdziwym. I ćwiczyć zaczął. Tylko z kim miał musztrę robić, jak inne dzieci wolały biegać i się korzeniami traw obrzucać? No to sobie sam zebrał armię. Ze dwa tuziny ślimaków na murku i krzyczał na nie, że mu formację łamią. A innym razem jakiś chłopak od Zoryi go przyłapał, jak do wypolerowanej pokrywki od garnka miny ćwiczył. Takie poważne. Generalskie. Oh, jak się naśmiewali z małego Khaliego, aż trochę przykro się robi jak teraz wspominam…

    Wyrwanie

    - Byłeś taki słodki, taki niewinny. - wtuliła głowę w szyję Khala - Generał ślimaczej armii.
    Viktor zmarszczył brwi w konsternacji.
    - O czym ty… - zająknął się i zamilkł z intensywną mimiką. - Ah… ja… nie pamiętałem tego - powiedział powoli, wciąż zalewany szczegółami dawno utraconego wspomnienia. - Ahh… - zakrył dłonią górne pół twarzy w zażenowaniu. - To nieuczciwe, że ja nie mam kogo wypytywać o twoje wstydliwe historie!
    - To nie moja wina! Choć Zorya pewnie ma więcej ciekawych historii do opowiedzenia o Khalim! - powiedziała z wyraźną radością na możliwość.
    - To… muszę wprowadzić to jako dodatkowy koszt do rachunku zysku i strat z całej tej akcji. Ale tak. Aż mnie nieco stres łapię gdy pomyślę jakie historie jeszcze te dwie mogą pamiętać, które ja dawno wyrzuciłem z głowy. Hah.
    - To będzie urocze! Poznać prawdziwą część Khala!
    Viktor uśmiechnął się tylko odpychając od siebie chęć wytknięcia dramatycznej różnicy między Khali-przed-procesem i tym po. Nie chciał psuć tego uśmiechu na jej twarzy.
    - Jak tylko ją z tego wyciągnę będziesz mogła podjąć próby wywiadowcze. Zobaczymy czy coś z niej wyciągniesz.

    Milczenie przedłużyło się po tym temacie, choć wyraźnie coś gryzło Kaylie, ale dopiero po dłuższym czasie to z siebie mogła wywalić.
    - Czy ty ją kochasz?
    Viktor nie od razu wiedział jak, w ogóle, odpowiedzieć.
    - Narodziłaś się w jedwabiach. Nie zrozumiesz jak to jest pierwszy raz poczuć się człowiekiem gdy całe życie byłaś szczurem. Po prostu uznaj, że czuję się jej dłużny tak bardzo, że wyciągnięcie jej z tej sytuacji nie starczy by go spłacić. Brzmi to rozsądnie w twojej główce?
    - Rozumiem, ale... to nie odpowiada na pytanie. Skoro jest tak ważna dla ciebie mogłaby być o wiele lepszą partią niż ja byłabym kiedykolwiek i oboje to wiemy. - powiedziała smutno, choć poważnie.
    - Ona jest… zbyt czysta. Zbyt niewinna. Nawet musiałem jej obiecać, że nie zabiję Hieronima, jeśli to nie będzie konieczne. Bałaby się mnie jakby poznała kim – naprawdę – jestem. Więc całkowicie się tutaj mylisz. Skąd to pytanie?
    - Chcę wiedzieć... czy nie będę przeszkodą jak się pojawi... - wymamrotała. wyraźnie wciąż mając w sobie niepewność i poczucie nieadekwatności.
    - Ja… nawet nie bardzo wiem jak na to odpowiedzieć. Popełniasz tutaj błąd kategoryczny. Ona nie jest potencjalnym jagnięciem, ani członkinią rotacji. Nie postrzegam jej jako możliwej partnerki. Ty nią jesteś i nie chcę tego zmieniać.
    - Ale jest bardziej ważną osobą w twoim życiu niż ja kiedykolwiek... Bo znamy się ledwo ledwo. A to osoba z twojej przeszłości, istotna osoba, jaka ci pomogła przeżyć i ukształtować się... Fisuś o niej nawet wspominał... - przypomniała sobie jak chowaniec o niej mówił jeszcze na wyprawie.
    - Nie wiem co ten gamoń ci o niej mówił, ale rozmówię się z nim na temat paplania… Może w ten sposób spróbuję to wyjaśnić… Lady Barabii też jest dla mnie ważna. Znam ją dłużej od ciebie i bardzo wiele jej zawdzięczam. Czy czujesz jakbyś nam “była przeszkodą” w jakimś sensie?
    - Nie miej mu za złe, on serio chce dobrze dla ciebie... Ja po prostu potrafię być czymś, co jest przeciwnością twojego dobrego samopoczucia... I nie czuję w jej sensie.
    - Dlaczego nie?
    - Bo... Nie sądzę abyś kiedykolwiek widział ją jako osobę interesującą seksualnie. - wytłumaczyła z zażenowaniem.
    - Czyli zgadzamy się, że nie każda kobieta z pulsem musi być dla mnie interesująca seksualnie, tak?
    - Ale jej córka to nie każda kobieta z pulsem...
    - Kaylie… Przestań walczyć z moimi słowami, zacznij słuchać co rzeczywiście mówię. Bo mówię tobie, po raz czwarty, że nie postrzegam Zoryi jako potencjalną partnerkę. Rozumiesz wreszcie? - zapytał z lekkim naciskiem.
    - Przepraszam, że jestem tak zazdrosna...
    - W porządku. Przeżyjemy to. Musisz tylko zrozumieć, że wybrałem ciebie i nie był to przypadek, ani nie jest to “na przeczekanie”. Nie jesteś “póki się lepsza nie trafi”. Hmm?
    - Tylko w sumie to tak szybko było... Miałeś wiele partnerek. pewnie sporo sądziło, że jest na dłużej. Jaka teraz różnica?
    - Partnerek? No niech będzie. Różnica jest taka, że nigdy nie oferowałem próby. Oferowałem zabawę. Przyjemnie spędzony czas. Wejście do wyższego świata, nawet jeśli tylko na chwilę. To nigdy nie była “próba” niczego. Zawsze, od samego początku, było tylko na chwilę i nie próbowałem im wmawiać nic innego.
    - I wszystkie to zawsze tylko za to widziały?
    - Jeśśśli… rozumiem o co pytasz… to niektóre wyobrażały sobie, że są bohaterkami romantycznej powieści i przypisywały sobie wielką wyjątkowość. Taką, by spodziewać się, że zmienią moje danie. Zwykle, szybko wypadały z rotacji. Były problematyczne.
    - Zajmijmy się tymi drzwiami, co? Chcę odpocząć w łóżku... Będziesz spał obok? - zapytała nagle z nadzieją, urywając temat.
    Viktor przytaknął, bo istotnie zbliżali się już do świątyni.
    - Poczekam aż zaśniesz, a resztę nocy będę pracował o wyciągnięcie ręki od ciebie.
    - ...czy kiedyś będziesz ze mną zasypiał? - zapytała ze smutkiem.
    - Kay. Możliwe, że na przyjęciu barona uda mi się znaleźć patrona, który by finansował kościół i zdejmie z moich barków ten obowiązek, ale nie zmieni to wtedy tego jak wyczerpujący emocjonalnie jest dla mnie sen.
    - Dlaczego? Sen z kimś kto cię będzie chronił emocjonalnie?
    Wzrok Viktora złagodniał i posmutniał jednocześnie.
    - Kruszyno. To z kim śpię nie ma nic do mar które mnie nawiedzają we śnie.
    - Dla mnie to ma znaczenie. Nie czuję się z tobą samotna i pozostawiona bez opieki... Nawet jeżeli koszmar się pojawi to po przebudzeniu czuję, że nie jestem porzucona i zdana na siebie samą. Że komuś zależy na mnie i będzie się opiekował jak zajdzie potrzeba... wtedy koszmary... są łatwiejsze do przetrwania ich.
    Viktor zmarszczył brwi w niezadowoleniu.
    -I… to, że pracuję dziesięć cali od ciebie, zamiast na nowo przeżywać moje własne koszmary, w jakiś sposób inwaliduje te wszystkie razy rzucałem wszystko aby ci pomóc i się tobą zaopiekować?
    Kaylie spojrzała zaskoczona nagłymi słowami Khala. Nie spodziewała się ich.
    - Khal... - zatrzymała się i położyła dłoń mu na policzku - Ja po prostu mówię jak sama sobie radzę, jak dużo mi daje przebywanie z tobą blisko i miałam nadzieję, że i tobie by to ulgi mogło dać. Nie chciałam cię do niczego zmuszać, a jedynie podać mój sposób... Ja nie cierpię, jako że koszmary bym miała, choć po przebudzeniu łatwiej mi z nich się otrząsnąć, gdy jesteś chociaż w tym samym pokoju.
    Spojrzenie Viktora złagodniało.
    - Próbowałem sobie z nimi radzić na tysiąc i dwa sposoby. Wszystkie zawiodły, albo koszta były gorsze niż same koszmary. Od ponad dekady śpię po dwie godziny, co dwa do pięciu dni i radzę sobie wystarczająco. Doceniam twoje próby pomocy, ale są one bezcelowe, poza samą deklaracją intencji.
    Kaylie patrzyła z prawdziwym smutkiem, ale skinęła głową na zgodę.

    Rozgrywka pathfinder 18+ golarion

  • Sharn: Mrocznymi Ścieżkami
    ArveeA Arvee

    Ok, na pewno ja się piszę =]

    Archiwum pathfinder spheres of power eberron

  • [Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór
    ArveeA Arvee

    Róża
    RóżaRóża

    - I tobie dobrego, Otto… - odpowiedział Viktor, przez wpatrzony w nową dziewczynę we Dworze. - Dziś mam wielki dzień… ale wolę nie zapeszać. Jednak nie przejmuj się… jestem przekonany, że dotrze do ciebie informacja albo o moim wielkim tryumfie, albo przytłaczającej hańbie… Słusznie bym zgadywał, że to Lawenda? - zapytał z rozbawieniem. Słyszał jeszcze imię Chante, ale… łamało ono schemat.
    Karczmarz kiwnął głową.
    - Piwonia sprowadziła ją dziś w nocy. Lilia opowiada jej… między innymi o was. - Otto zerknął na kapłana - Zabierasz się w końcu za budowę świątyni?
    - Mhm... - mruknęła Kaylie już ładując w policzki rogala ze śniadania, jakiego porwać musiała z kontuaru przy kuchni do wydawania jedzenia - Gpffazda dzie.
    Otto uniósł brew i zerknął na Viktora.
    - Przetłumaczysz? Mój Galtianski najwyraźniej kuleje.
    - Przykro mi, wciąż mi umykają niuanse niektórych akcentów… - wzruszył ramionami. - I mówiłem, że nie zamierzam zapeszać, więc nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. - Pomimo protestu, puszczone oczko z uśmieszkiem jasno tę odpowiedź dawały.
    Kaylie wciąż z rogalikiem w ustach (już drugim!) uwiesiła się na szyi Viktora.
    - Mfój! - przełknęła jedzenie - Będzie gwiazdą dziś!
    Otto zerknął ponownie na Viktora, oceniając go jakby w nowym świetle.
    - Nie za późno na zmianę kariery? Nie bronię oczywiście… ale chyba nie to Azazel miał na myśli mówiąc słowo "kult".
    - To będzie przedstawienie jakich ta wieś jeszcze nie zaznała! - zachichotała Galtianka tuląc silnie Khala.
    - Myślę, że fanów wystarczy dla nas obu - zaśmiał się Viktor do Otto, obejmując Kay ramieniem. - Przy czym ochłodził bym trochę przedwczesne zachwyty… Nie wiem czy dam radę dziś ją dokończyć. Jestem dobrej myśli, ale nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiłem.
    - Uda ci się, wierzę w ciebie. - Kaylie wkładając mu do ust kawałek rogalika z czekoladą.
    - W porządku, Kaylie… - powiedział, nieco poważniej, gdy już przegryzł - Jeśli chcesz jeść śniadanie to mogłabyś się do tego wziąć? Wybacz, ale niecierpliwię się i chcę wreszcie to zacząć. Hmmm?
    Kobieta fuknęła na niego i pokazała wyczyszczony talerz po rogalikach jakie musiała pochłaniać.

    Róża

    Evercrest obudziło się tego dnia nieco wcześniej niż zwykle.
    Nieco żwawiej.

    Nie dlatego, że coś się wydarzyło — ale dlatego, że coś miało się wydarzyć.

    W ruinach dawnego browaru od świtu panował ruch. Straż opróżniała je z pijaków i włóczęgów. Wyznaczano obszary wyłączone z ruchu. Naprzeciw wejścia rosła niewielka góra materiałów… już nie wyższa, lecz coraz dłuższa, gdy kolejne wozy opróżniano z kamieni, stali i drewna.

    Ludzie zbierali się powoli. Najpierw kilkoro, potem kilkunastu, aż w końcu wiele tuzinów. Rozmawiano, dywagowano, zgadywano, jaki los wreszcie dosięgnął starą ruinę.

    Wszystko odbywało się z osobliwą sprawnością ludzi skupionych na swoim małym fragmencie zadania, nieprzejmujących się szerszym kontekstem. Ktoś inny musiał mieć plan. Prawda?

    Tym kimś był Viktor Goodmann.

    Przyszedł w zwiewnej białej koszuli z purpurowymi mankietami, na jednym z których krył się złoty sygnet Azazela, i w czarnych spodniach. Bez kaftana, bez kamizelki. Skromnie — niemal jak bard przed występem. Skrzypce pod ramieniem tylko potwierdzały to wrażenie.

    Urzędnik z karawany podtruchtał do niego z dokumentami. Viktor nie chciał ich czytać. Był zbyt podekscytowany tym, co miało się wydarzyć. Wymruczał inkantację i pozwolił, by sens sam spłynął w głąb jego świadomości. Złożył podpis.

    Rozładunek wciąż trwał.
    Tłumek się zbierał.
    Jakaś matka ściągnęła swoje dziecko z góry materiałów.

    Khal szybko zrozumiał, że czterech strażników to za mało. Postronni mogli zrobić sobie krzywdę nie tylko na budowie, ale też wśród materiałów.

    Łatwo wynalazł w tłumie Filię i z jej pomocą, niedobór został zażegnany.

    Na skośnym blacie Viktor rozłożył plany budowy, lecz już na nie nie patrzył. Przez ostatnie wieczory wypaliły się w jego umyśle. Były częścią rytuału.
    Uniósł twarz ku niebu i w ostatnich spokojnych chwilach chłonął atmosferę. Wiedział, że za moment czeka go wysiłek ponad ludzkie siły — i wiedział, że mu podoła. Wiele razy już dawał radę. A teraz miał do pomocy magię, o jakiej kiedyś nawet nie śnił.

    Pomruki tłumu były mu potrzebne. Pomagały wejść w rytm.

    Musica

    Pierwsze nuty były niemal nieśmiałe.
    Nie łamały praw natury.
    Nie unosiły kamieni w powietrze.
    …ale budziły uwagę.

    Tłum zamilkł.

    Kamienie drgnęły. Ruina przestała być obojętna. Drewno zatrzeszczało, jakby budziło się po długim śnie. Pierwsza dachówka oderwała się od dachu i opadła na ziemię. Za nią trzy kolejne. Potem dziesięć następnych. Układały się spokojnie w stos obok materiałów.

    Ktoś zachłysnął się powietrzem.
    Ktoś zakrzyknął w ekscytacji.
    Ktoś oniemiały tylko patrzył.

    A kilkoro dzieci wybuchło wiwatem.

    Budowa ruszyła. Zaczynając od rozbiórki. Dachówki, krokwie, kamienie odrywały się od zaprawy i gromadziły, by za chwilę znów zostać użyte. Viktor grał bez przerwy. Czasem patrzył na to, co się działo. Czasem przymykał ocz, jakby to nie on kierował magią, lecz instrument prowadził jego.

    Wydobywał dźwięki, o które nigdy nie posądziłby własnych dłoni. Były piękne.

    Viktor grał bez przerwy. Nie stał w miejscu jak zwycięzca, ale przechadzał się między lewitującymi kamieniami, opadającymi belkami, a czasem nawet naprzeciw ludzi, chłonąc ich… atmosferę.

    Po godzinie browar zniknął. Pozostały fundamenty i piwnice — część z nich zamierzał wykorzystać.

    Wtedy zaczęła się właściwa praca.

    Niewidzialne dłonie kopały rowy i przestrzenie jednocześnie. Belki wzmacniały konstrukcję. Wozy wywoziły nadmiar ziemi i gruzu poza miasto.

    Po trzech godzinach widać było już zarys świątyni. Nie gotowy kształt — raczej intencję. Fundamenty były stabilne. Ściany miejscami sięgały czterech metrów, w innych dopiero półtora. Z browaru zostało tylko wspomnienie.

    Gawiedź nie rozchodziła się. Wsłuchana w muzykę. Wpatrzona w cud, jakiego Evercrest nie pamiętało. Przynoszono jedzenie i wodę. Dzieci liczyły kolumny. Strażnicy mogli wreszcie odetchnąć, gdy nieroztropni przestali pchać się pod lewitujące belki.

    Ktoś zauważył, że Viktor jest blady.

    Po czterech godzinach jego palce krwawiły. Struny nie były ostre, lecz magia, która dała mu lata wprawy, nie dała opuszkom hartu, jaki te lata by przyniosły. Gdyby przerwał, choćby na chwilę, zaklęcie rozsypałoby się i mógłby do niego wrócić dopiero po siedmiu dniach.

    Muzyka stała się cięższa.

    Magia już nie żądała. Negocjowała.

    Dach nie chciał się domknąć. Kolumna pękła i trzeba było ją rozebrać. Ramy przyszłych witraży nie dawały się osadzić, jakby to jeszcze nie był ich moment.

    W siódmej godzinie fasada była gotowa, a ostatnie dachówki zamknęły dach. Praca przeniosła się do wnętrza. Kamienne płyty wykładały posadzkę. Belki budowały antresolę nad wejściem, gdzie kiedyś staną organy. Marmurowe obeliski ustawiano między otworami okiennymi, które w przyszłości staną się niszami na posągi.

    Nie pozwolił nikomu dostrzec grymasu bólu, gdy kolejny skurcz próbował odebrać mu władzę w dłoni. Jak kuszące było zostawić resztę na później. Zrobił już swoje. To, co powinno zająć dziesięć lat, wykonał w jeden dzień.

    Legenda kiełkowała.

    Muzyka ucichła dopiero godzinę później.

    Baltizar obserwował to gdzieś z tłumu. Trzymał się z tyłu i starał nie zwracać na siebie uwagi. Całe “przedstawienie” z budową niespecjalnie mu imponowało. Niemniej był zadowolony. Świątynia stanęła i będzie mógł pozbyć się broszur ze swojego pokoju. Ostatecznie… możliwe, że jedynie będzie co jakiś czas sprawdzać sytuację i wreszcie będzie mógł skupić się na swojej prawdziwej misji.

    Kaylie natomiast nie było w okolicy od samego początku, jako że zniknęła w uliczkach miasta nic nie tłumacząc. W połowie występu Khal mógł zauważyć swoją partnerkę krzątającą się po okolicy, głównie ogarniającą zbyt podekscytowane dzieci chcące się przybliżyć do latających kamieni. Widział jak zajmuje się wykonywaniem dla nich większej ilości magicznych sztuczek i opowiadaniem jakiś niestworzonych historii, jak nosiła jedno z mniejszych dzieci na barana.
    I naprawdę wyglądała na szczęśliwą w tym jednym momencie, gdy zafascynowane dzieciaki kłóciły się kogo następnego weźmie na ręce.

    Róża

    Kay dopadła do Viktora, który zachwiał się, gdy tylko przestał grać i wiedział, że nikt z zewnątrz go nie widzi.
    - Stoję… - sapnął słabo, odzyskując równowagę.
    Rękoma drżącymi jak w chorobie wcisnął jej skrzypce i smyczek do rąk, nim prawa ręka przykurczyła mu się do torsu w skurczu, który od godzin zwalczał i odsuwał. Był blady, wyczerpany. Struny instrumentu zbrązowiałe od krwi, mimo, że dwa razy proszono kapłana aby uzdrowił go magią… sam nie mógł czarować w czasie gry.

    Kaylie była naprawdę zaniepokojona, jak i podczas przedstawienia co pewien czas podawała Khalowi wody do ust.
    - Co ty sobie zrobiłeś?! - położyła instrumenty na ziemi i chwyciła kapłana w swoje ramiona starając się tym razem sama go podtrzymywać.

    - Nic strasz-sznego… - stęknął, próbując przeprostować skurcz w ręce, bo z nim nie był w stanie składać pieczęci błogosławieństw. - Dam-m radę. Ta magia jest wyczerpująca… i myślana dla znacznie krótszych prac… Ciało nie przyzwyczajone do tak długiego wysiłku. Zwykłe przeciążenie… Dasz mi stać samemu? - Poprosił, czując się już pewniej na nogach.
    Kaylie ostrożnie puściła Khala.
    - Nie powinieneś tak zamęczać swojego ciała... Nie jesteś już chłopcem w sile wieku... - syknęła mu na ucho.
    Viktor skrzywił się w grymasie bólu, gdy forsownie rozciągał skurcz w mięśniu. Czuł jak się włókna przeciągają i uszkadzają, ale nie dbał o to. Magia zaraz miała je wszystkie uzdrowić.
    - Sam będę to osądzał - odpowiedział krótko wwiercając spojrzenie w swoją drżącą pięść, jakby samym gniewem i pogardą chciał zmusić ją do posłuszeństwa i spokoju. Działało… Powoli.
    - Uparcie zaprzeczając nie zmienisz faktów... - w jej głosie słychać było troskę, gdy położyła dłoń na ramieniu kochanka
    - Dałem radę. To jedyny fakt który ma znaczenie.
    Rozluźnił w końcu dłoń. Wciąż lekko drżała, ale było w niej wystarczająco opanowania.
    Złożył ją w pieczęć i wymruczał inkantację.
    Błogosławieństwo przepływało przez jego ciało, wypłukując zmęczenie i ból. Spokojna, posłuszna i znajoma, jak jego własna krew. Z ulgą się wyprostował. Bladość ustąpiła ciepłu. Ramiona przestały drżeć. Oczy znów miały w sobie światło… ale nie takie jak na budowie. Ekscytacja ustąpiły innemu… stabilnemu.
    - Znam swoje granice i potrzebuję ciebie, abyś jednak mi trochę bardziej ufała. Możesz się martwić i doradzać, ale proszę ciebie…
    Kaylie po prostu się poddała.

    Róża

    Viktor wyszedł przez główny portal. Tak pozbawiony wrót, jak pozbawiona witrażu pozostawała rozeta nad nim. Kościół pachniał świeżym pyłem. Drewno nosiło ślady narzędzi. Świątynia stała naga przez obywatelami Evercrest. Szczera i nie udająca niczego.

    Stanął przed tłumem. Nie do końca naprzeciw, ale prawie, że z nimi. Idealnie by się wyróżniać, w jakiś taki swojski sposób.

    Ludzie w większości milczeli. Część szeptała. Ktoś patrzył z niepokojem, ktoś z nadzieją, a wszyscy z jakąś ekscytacją ostatniego akordu epickiej sagi.

    - To nie jest mój kościół - powiedział spokojnie. Nie musiał unosić głosu - I nie jest on dla Niego - uniósł lekko dłoń, nie wskazując jednak ani nieba, ani ziemi. - Jest on dla was.

    Zapadła cisza, nakrapiana niezrozumieniem.

    - Jest dla każdego kto czuje się skrzywdzony. Dla każdego kto widział jak potężni naginają prawo dla samych siebie. Dla tych co wierzą, że Sprawiedliwość musi być ślepa i bezlitosna.

    Zrobił krótką pauzę, aby dać ludziom czas zrozumieć.

    - Azazel nazywany jest Kozłem Ofiarnym. Tym który przyjmuje na siebie ciężar decyzji, aby wspólnota mogła trwać. Nie jest bogiem gniewu. Nie jest bogiem zemsty, okrucieństwa, ani chaosu. Jest manifestacją Prawa takiego jakim prawo powinno być. Takiego które rozumiane winno być jako odpowiedzialność.

    Przeszedł spojrzeniem po twarzach.

    - Uczy, że decyzje mają wagę. Że władza wymaga odwagi. Że porządek to więcej niż sama litera prawa, ale także jego egzekucja.

    Nie padały imiona innych bóstw. Nie było porównań. Tylko subtelne różnice, które nie trafiły, by do nikogo kto już nie był zawiedziony.

    - Ta świątynia nie powstała, by rywalizować z innymi wiarami. Powstała aby wypełnić pewną przestrzeń, która – głęboko wierzę – do dziś była porzucona.

    Zrobił krok w bok, gestem prezentując wejście.

    - Wejdźcie. Zobaczcie. Oceńcie, czy właśnie dla was jest to miejsce.

    Nie uśmiechał się szeroko. Nie musiał.

    Świątynia czekała.

    A spośród tłumu pierwsi ruszyli ci, którzy swe życie zawdzięczali łaskom Kozła Ofiarnego.
    A Bajarz stał w cieniu pobliskiej kamienicy, obserwował i liczył potencjalnych wiernych. Ciekaw jak spora to będzie grupka.

    Do kapłana podeszła Sunfall i szepnęła trochę poirytowanym tonem, uważając by nie usłyszał nikt inny.
    - Czemu już ich tam wpuszczasz? To pusty budynek!
    Viktor spojrzał na nią z lekkim uniesieniem brwi. Jego głos był miękki i ciepły, ale kryło się w nim coś więcej.
    - Jest doskonały. Ci którzy teraz wchodzą i rzeczywiście zostaną, będą czuć, że są z kościołem od samego początku. - mówił idąc powoli, wzdłuż wchodzącego tłumu - Będą czuć się z tego powodu wyjątkowi, a ciężko o lepsze źródło lojalności - mówił cicho, głosem specyficznie takim aby nie było słychać, że słowa przeznaczone są tylko dla uszu Kaylie.
    Kaylie skrzywiła się z wyraźnym brakiem zgody z jego słowami.
    - Jak tam sobie sądzisz. To w końcu ty jesteś arcykapłanem. - mruknęła i zatrzymała się sama nie widząc sensu by wejść.
    - Nie wygłupiaj się… - plany zepsuł jej chwyt za dłoń, który wciągnął ją w głąb świątyni pustej, gołej i szczerej. Viktor zaprowadził ją do środka i dłoń puścił dopiero gdy mijali ostatnich gapiów. Sam przekroczył te trzy schodki, wyznaczające strefę sacrum... jednak nic nie mówił. Obserwował ludzi z uśmiechem na ustach. Co do kilku twarzy nie miał wątpliwości, że zostaną tu dłużej. Jednak większość była tu zwiedzać. Pierwsza homilia miała poczekać na moment, gdy zostaną już sami prawdziwie zainteresowani.

    Róża

    Arkanistka oczekiwała cierpliwie, aż gapie rozejdą się wreszcie i pozostawią nowinkę w spokoju. Cały czas trzymała się z boku pod ścianą, nie chcąc wychodzić na przód i stać obok kapłana, więc zdecydowała się jedynie partycypować nic nie mówiąc o ile Khal nie postanowi jej wciągnąć w dyskusję z ludem... co byłoby pewnie ryzykownym posunięciem.
    Powoli zbliżyła się do Viktora rozmawiającego z zafascynowaną nim rudowłosą dziewczyną jakiej malutki nosek dodawał uroku jej piegowatej młodej twarzy. Zbyt delikatna na zwykły plebs, ubrania za bardzo pospolite na szlachectwo czy bogactwo. Wyraźnie czyny i słowa prawnika ją wzięły silnie i prawie nieśmiale się uśmiechała, jakby nie była pewna co dalej. Nie był to ten wstyd, jaki okazywała Kaylie, ale wstyd mimo wszystko.
    Galtianka stała blisko mężczyzny jedynie tnąc dziewczynę wzrokiem, a jednocześnie trzymając dłoń na pochwie Rhaasta.
    … - ci za dobre słowa, Veroniko. Zostań proszę, jeśli masz czas - proponował Viktor, ujmując dziewczę za dłonie i patrząc mu w oczy. Kaylie widziała, że rudzina połknęła już haczyk, z linką i wędką… a i na wędkarza jeszcze liczyła.
    - Gdy te mury opuszczą ci, których tylko płonna ciekawość przywiała, wygłoszę pierwszą – nawet jeśli symboliczną – homilię.
    Rumieniąca się dziewczyna wzniosła na niego swoje spojrzenie.
    - Bardzo nie chciałbym jej przegapić… - przyznała cicho, z pewnym przejęciem - Ale.. nie dziś.
    Uśmiechnęła się nieśmiało, trochę jakby sama ta rozmowa była dla niej wyróżnieniem.
    - Ale wrócę! Obiecuję… ojcz-e Viktorze? - Niepewność pojawiła się w jej ostatnich słowach, ale kapłan wciąż się uśmiechał łagodnie i zachęcająco. Ledwie zauważalne kiwnięcie głową przywróciło jej tej uszczkniętej pewności. Wysunęła palce z jego dłoni, spojrzała raz jeszcze – trochę z zachwytem, trochę nadzieją, trochę… czymś… – po czym odsunęła się i odeszła w tłum, do przyziemnych spraw, które wiedziała, że są ważne.. ale jakoś nie wydawały się już AŻ TAK ważne.
    - Ojcze... Viktorze... - Kaylie wycedziła pod nosem przez zaciśnięte zęby. Jej zazdrość była aż wyczuwalna przez skórę.
    - Eh… w moich uszach tytuł “mistrz” brzmi naturalniej, ale przyjmę co dają… - żachnął się niepoważnie, w fałszywej skromności.
    - Jak ci tak zależy możesz przecież ich poprawić, w końcu jesteś prawnikiem w świątyni diabła. - mruknęła.
    - Niestety to słowo nie niesie odpowiedniego przekazu emocjonalnego… “Ojciec” prowadzi i opiekuje się. “Mistrz” nakazuje i informuje. Niby-podobne, ale to gigantyczna różnica… w kancelarii będę “mistrzem” i to mi będzie musiało wystarczyć.
    - Będziesz wolał by wyjękiwały "mistrzu" czy "ojcze"? - prychnęła złośliwie.
    Uśmiech Viktora tylko odrobinę złagodniał. Widział zazdrość w Kaylie. Była dla niego jasna, jakby sobie to słowo wypisała na dekolcie… ale musiała się nauczyć. Jeśli ten związek miał działać to nie miała wyboru.
    - Myślę, że to nie jest miejsce na tą rozmowę. Możemy ją kontynuować potem, jeśli ci zależy… - odpowiedział, dostrzegając kogoś w tłumie.
    - Sello! - półzawołał niskawą blondynkę z pieprzykiem na skroni. Wyszedł jej naprzeciw.
    Ujęli się za przedramiona, jak ludzie nie na tyle bliscy aby witać się uściskiem, ale wystarczająco aby uścisk dłoni zdawał się zbyt suchy.
    - I… - pstryknął trzy razy palcami, wyszukując umienia towarzyszącego jej mężczyzny, aby dać mu znać, że nie chce podpowiedzi. Oboje byli ocaleńcami z jaskiń Ahaira - Daren. Daren… Holt?
    Oblicze kasztanowłosego chłopak z blizną z tyłu żuchwy rozjaśniło się.
    - Zgadza się, panie Viktorze. Chciałem powiedzieć, że to co zrobiliście… po prostu łał. To jest niesamowite, że jeszcze rano były tu te ruiny browaru, a teraz? Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Tatko opowiadał, że świątynię Calistry budowano dwanaście lat!
    - Proszę… proszę… odpuśćmy królewskie “wy”, dobrze? Przynajmniej dzisiaj. Przed-ostatni akt tego dzieła należał do mnie, ale nie osiągnąłbym tego bez wsparcia.
    Kay dostrzegała jak fałszywa skromność Khala zdawała się trafiać, bez żadnych oporów, prosto w lędźwia Selli. Galtianka miała wrażenie, że zaraz wyjdzie z siebie. Albo zacznie krzyczeć. Może w nieartykułowanej złości, a może im w twarze, że to tylko jego gra i wszyscy (a przede wszystkie wszystkie) wokół tańczą bezkrytycznie pod viktorową melodię… nie wiedziała jeszcze.
    - W porządku… - odpowiedział Daren z drobną niezręcznością. - Panie Viktorze. Ojcze?
    - Jakkolwiek jest ci wygodniej - zapewnił kapłan, wiedząc dobrze, że “ojciec” już niedługo się przyjmie niezależnie od jego nastawienia.
    Daren kiwnął głową, łapiąc Sellę za dłoń, a ona odpowiedziała własnym uściskiem.
    - Chcieliśmy zapytać, kiedy oficjalne otwarcie… I pierwsze nabożeństwo.
    Viktor uśmiechnął się ciepło do dwojga młodych, z jakimś rozrzewnieniem. Wiedział jak bardzo wspólnego tragedie mogą łączyć ludzi, a oni byli razem w klatkach goblinów. Zdziwiłby się wielce, jakby wśród ocaleńców nie było jeszcze ze trzech świeżych par.
    - W ciągu najbliższych dni. Jutro postawię tablicę z ogłoszeniami przed wrotami i tam będzie rozpisany plan. Planujecie obecność? - zapytał skromnie, jakby wcale nie znał na to pytanie odpowiedzi już kilka dni temu, w czasie obiadu we Dworze.
    - Bez dwóch zdań!
    Ta rozmowa nie trwała długo, ale płynnie przeszła do kolejnej i jeszcze kolejnej i, w efekcie, dopiero niemal kwadrans (i ośmioro ludzi później) Kaylie znów miała Viktora dla siebie… nawet jeśli na krótką chwilę.
    - Durna, płytka cipa... - wysyczała przez zęby patrząc za odchodzącymi - Wszystko łyknęła jak z ciebie łyknie... - złość jaka przechodziła przez Galtiankę tylko wzrastała, a uścisk na broni pobielał kłykcie.
    Viktor stanął przed Kaylie, zasłaniając ją przed resztą zgromadzonych.
    - Kruszyno… Chciałbym móc pójść z tobą teraz na stronę i to wszystko przepracować, ale to jest dla nas bardzo ważny moment. Dałabyś radę wykrzesać z siebie przynajmniej neutralny wyraz twarzy? Dla mnie? Hmmm? - w głosie brzmiała przymilna prośba, a nie nagana… choć miał ochotę ją przynajmniej odrobinę skarcić za psucie tego momentu.
    Z Kaylie opadła czysta złość zastąpiona gorzkim smutkiem, takim co przylepia się do ściśniętego gardła.
    - Tak, tak... Po prostu lepiej będzie jak stąd pójdę na zewnątrz... Powiedz mi jak już będę miała wolne miejsce, by zacząć pracować nad wystrojem...
    - Dziękuję… Myślę, że potrzebuję tutaj jeszcze godziny… Jak masz ochotę to możesz do Dworu wrócić i Fisusia po Ciebie poślę, gdy nadejdzie odpowiedni moment.
    - Mhm... - mruknęła poprawiając maskę, jaką założyła teraz na twarz ukrywając swój wyraz, choć krótkie słowa ukazywały, że nie chce mówić więcej by nie pokazać łamiącego się głosu - Tak.

    Viktor obserwował wychodzącą Kaylie nie pozwalając sobie na żaden smutek, który mógłby chcieć się wydobyć z tego widoku. Nie mógł. Zamiast tego uśmiechnął się szeroko do kolejnej twarzy, aby znaleźć dla niej miejsce na swojej szachownicy.

    Rozgrywka pathfinder 18+ golarion

  • Gniew Burzy
    ArveeA Arvee

    Cztery lata później

    Suchy ląd, nareszcie!
    Serce Próżności wypłynęło blisko tydzień temu z Portu Wolność na południe, tuż poza obecne granice Sargavy. Żegluga wzdłuż wybrzeża zwykle należała do wygodniejszych i szybszych sposobów transportu, ale tym razem tak nie było. W głębi Zatoki Desperacji od dłuższego czasu utrzymywały się ciemne chmury burzowe, co jakiś czas zbliżając się do lądu, przynosząc ze sobą sztormy i potężne wiatry. Kapitan Serca, stosunkowo młoda elfka o jasnej karnacji, była mało doświadczonym wilkiem morskim, ale załoga ją kochała i braki nadrabiała intelektem. Jednak nawet ona szybko doszła do wniosku, że najwyraźniej Gozreh wystawiało ją na jakąś próbę, bo od lat nie musiała zmagać się z tak nieprzychylną pogodą. Mimo tego i kilku groźniejszych incydentów w rodzaju uszkodzenia wyposażenia czy wypadnięcia jednego z goblińskich majtków za burtę, podróż upłynęła bez poważnych strat, co nie znaczy, że była komfortowa. Wielu nieprzyzwyczajonych do morskich wojaży pasażerów albo kryło się większość czasu w swoich kajutach, albo co i rusz biegało „podzielić się obiadem z rybami”, jak to ze śmiechem kwitowali marynarze. Szczególnie przodował w tym pan Menius, któremu te kilka dni męki pozwoliło zauważalnie stracić na wciąż jednak pokaźnej wadze. Na szczęście te męki dobiegały już końca - w oddali widać już było skromne zabudowania Pridon’s Hearth, usytuowanego w spokojnej delcie rzeki Korir.

    Zaref miał dosyć tego statku. Serce Próżności kapryśnie kołysało się na grzbietach fal. Podróż była męcząca. Wiatr wdzierał się w szpary pokładu, a słona woda nigdy nie pozwalała ubraniom do końca wyschnąć. Mimo to twarz miał jasną, spokojną i zdobył ją uśmiech. Włosy lekko rozwiane przez morską bryzę, a spojrzenie żywe i przenikliwe.

    Gdy statek zacumował w przystani Pridons Hearth opuścił Serce niemal bez pośpiechu. ZZ gracją i wdzięcznością przechodził obok ludzi, którzy z zaciekawieniem przyglądali się jego niebieskiej skórze i srebrnym źrenicom. Zaref rozglądał się po miasteczku, prowadząc swoje kroki… przed siebie. Po prostu przed siebie. Chłonąc atmosferę. Poznając.

    - Hmmm… - Stary Vitold. Jeden z najsędziwszych mieszkańców Pridons Hearth spędzał większość swoich dni na ocenianiu innych, bez krztyny wkładu własnego. Zapytany o znajomośc wielkiego diablęcia, latającego z równie wielkim toporem i maską na twarzy skrzywił się jakby młodzik zadał pytanie co najmniej tak głupie, że dające mu już szansy z tej głupoty wyrosnąć.
    - Jak ma na imię?
    - Hmmm?
    - Jak żeś jego dawny towarzysz, to będziesz wiedział jak ma na imię, prawda?
    - Ach… Wierzę, że wciąż posługuje się imieniem Zod.
    - Hmpf… To znajdziesz go pewnie w kuźni, na końcu tamtej ulicy.
    Zaref podziękował pięknie Vitoldowi i ruszył we wskazanym kierunku rozważając na ile mu się wydawało, a na ile… stary pryk go sprawdzał. A jeśli tak, to dlaczego? Wnioski nieco poszerzyły mu uśmiech na gębie.

    Kałamarz

    W otwartej kuźni panował przyjemny gwar. Zod z zaciętością uderzał młotem w czerwono-gorący metal. Para unosiła się leniwie nad ogniem, a w powietrzu unosił się zapach palonego węgla i koksu. Vera siedziała przy stoliku, dopracowując grafik patroli dla strażników kolonii, od czasu do czasu spoglądając na Zoda.

    - Wyrobisz się z zamówieniem Otisa?
    - Tylko jeśli Ignac da mi tym razem porządnej stali. Bez porządnej stali nie zrobię porządnych lemieszy.
    - Jeszcze jesteś na niego zły?
    - Vera… - odrobinę oburzył się tiefling - Jakby do straży dotarły do ciebie kruche miecze to byś szybko zapomniała?
    - Hmmm… powiedziałabym, że to coś trochę innego. Kruchy lemiesz nie oznacza martwego farmera, a kruchy miecz… Poza tym osobiście ciebie przepraszał!
    - Eh… no niech ci będzie.
    Zod spojrzał przez okno na panoramę Pridons Hearth. Dzieci biegały po ubitej ziemi, powoli zastępowanej prez bruk. Kilku mieszkańców dźwigało kosze z dostawami. Do przystani powoli wracały łodzie rybackie i nawet jakaś większa jednostka towarowa niedawno przybiła do portu.
    - A powiedz mi, Zod… jak twoje… chwilowe strachy? - zapytała troską, korzystając, że Berti – zodowy czeladnik – był na mieście po tą stal od Ignaca.
    Tiefling nie odpowiadał przez dłuższy czas, zastanawiając się.
    - W sumie… ostatni to był ten trzy miesiące temu… cztery?
    - To bardzo dobrze. A jak się czujesz wśród nas? Wciąż czujesz się przybyszem?
    - Nie… już nie. I wiesz co? Chyba rzeczywiście jestem tu szczęśliwy… jakby wszystko się wreszcie ułożyło.
    Vera uśmiechnęła się szeroko.
    - Nawet nie wiesz jak mi ciepło na sercu teraz, Zod… - uśmiech zrobił zadziorniejszy - No bo ile można ci powtarzać w kółko i w kółko, aby twój kapuściany łeb to wreszcie przyjął, co?!
    - Hej!

    Śmiech dwojga przyjaciół nie dał się przerwać nowoprzybyłą postacią. Nie krępowała się ona i pozwalała radości przebrzmieć w swoim własnym tempie, samej czerpiąc z niej przyjemność. Dopiero po dłuższej chwili Zod podniósł na nią wzrok i śmiech natychmiast zastygł mu w gardle.
    - Zod! - zawołał błękitnoskóry aasimar - Jak dobrze cię widzieć!
    Zod zastygł. Nerwowym ruchem poprawił maskę na twarzy. Gest który Vera nauczyła się już rozpoznawać. Zaciśnięte pięści były natomiast tak oczywiste, że nigdy, by nie musiała specjalnie się ich uczyć.
    - Zod… wszystko w porządku? - spytała wstając, z dłonią już na pałce przy pasie - Chcesz, żebym…
    - Nie… - wysyczał tiefling - Zostaw nas… chcę… sam z nim…
    Vera zmarszczyła brwi, ale po chwili kiwnęła głową i zebrała notatki.
    - I tak miałam iść do Valerego. Widzimy się potem.
    Na to odkiwnął jej głową Zod. Wiedział, że wcale nie planowała tego. Wiedział też, że Valery mieszkał tuż blisko. O-zasięg-głosu-blisko.

    - Uhuh… powiem szczerze… miałem nadzieję na trochę inne przywitanie…
    - Zaref… - szepnał Zod z jakąś trwogą, choć coś w nim sądziło, że powinien czuć ulgę.
    - Czyli mnie pamiętasz. To dobrze. Jak się trzymasz? Popytałem trochę o ciebie i nie powiem… bardzo mnie cieszyło to wszystko co słyszałem.
    - Daję radę… - odpowiedział mechanicznie. Bez ciepła w głosie.
    Uśmiech Zerefa zelżał. Życie w oczach zastąpiło ciepło i zrozumienie.
    - Wiesz po co tu jestem, prawda?
    - Prosz… nie… - głos miał był słaby. Jak skazańca.
    - Zod…
    Z mimiki Zarefa zniknęła wszelka radość. Zod nagle poczuł, że ta rozmowa będzie znacznie cięższa, niż się spodziewał w najczarniejszych scenariuszach.
    - Tak… trzeba… Valara powiedziała mi… - tłumaczył się, nagle pozbawiony swojej pewności.
    Zod oparł się ciężko na blacie, jakby nagle przygniótł go ciężar z którym nie miał jak sobie poradzić.
    - Zam-amknij drzwi… proszę…
    - Zod… - aasimar wykonał prośbę.
    - Zaref… czemu tu jesteś?
    - Przywrócić… ci pamięć…? - słowa pobrzmiewały niepewnością tak głęboką, że aż brzmiały jak pytanie. Aasimar spodziewał się wiele, ale nie, że poczuje się tu katem.
    - Dziękuję. Pamiętam już dosyć. Nie potrzeba nic więcej. Możesz to zostawić w spokoju.
    Cisza przedłużała się pozornie w nieskończoność, torturując ich obu swoją natarczywością.
    - Zaref słuchaj… ja nigdy… pamiętam co ci zrobiłem.
    - Daj spokój…
    - Nie. Nie “daj spokój”. Chcę… MUSZĘ ciebie przeprosić. Więc… przepraszam… proszę, wybacz mi co ci wtedy uczyniłem - Zod był wielki i groźny, ale w tym momencie zdawał się skurczony i słaby jak dziecko.
    - Pamiętasz… tamtą noc?
    - Pamiętam dość. Dość aby wiedzieć, że i przed nią przez trzy dni ciebie… ja cie-ciebie…
    - To nie była tw…
    - Co? Co “nie była”?! - Zod uderzył oboma pięściami w blat, w nagły uniesienie - “Nie moja wina” chcesz powiedzieć?! Oczywiście, że moja! Brałem w tym udział, bo chciałem! Nie zostałem zmuszony! Nie zostałem zmanipulowany! Nie cierpiałem wcale strasznych katuszy gdy… gdy-dy ciebie…
    Tiefling znów się skurczył w sobie po uderzeniu gniewu.
    Znów nastała cisza. Ta okropna… ciężka cisza.
    - Przepraszam - martwy głos Zoda zdawał się lepszą dla niej alternatywą - Ja… nie zawsze panuję nad gniewem. Przepraszam.
    - N-nie… nic się nie stało. Miałeś rację. Właśnie to chciałem powiedzieć, ale… to właśnie cały problem, prawda?
    Tiefling zagryzł zęby i kiwnął głową, tłumiąc złość, która znów chciała się wyrwać.
    - Ja nie chcę pamiętać. Nie chcę. Pamiętam już dość… ten rytuał. Przyzwanie sukkuba i pakt który zawarłem.
    - Zod…
    - Pamiętam, co rytuał ode mnie wymagał. Pamiętam, jak cię zamęczałem przez te dni. Pamiętam też, jak wbiłem topór w plecy mojemu mistrzowi, a on stał się ofiarą – tą, którą planował, abym był ja.
    - Zod.
    - Pamiętam jak mówiłem jej czego chcę… daj mi nie pamiętać co to było. - z każdym słowem Zod zdawał się maleć. - Wiem, że moja dusza należy do niej i po śmierci czeka mnie Otchłań. Pozwól mi nie pamiętać dla jakich dalszych krzywd to wszystko zrobiłem. Mam w sobie dosyć nienawiści. Mam dosyć bólu… ja chcę tylko aby on się wreszcie skończył… i przeżyć te moje pół wieku w ułudzie, że wszystko będzie dobrze.
    - Zod! - Zaref pogodził się wreszcie z tym, że tiefling go nie słucha i podszedł do niego. Uchwycił jego twarz i skierował spojrzenie w swoim kierunku, zmuszając go aby wreszcie go zauważył.
    - Nie zawarłeś z nią paktu!
    Tym razem cisza wcale nie była ciężka.
    - C-co?
    - Nie zawarłeś tego paktu! Sukkub oferowała ci zemstę, miłość, pieniądze, człowieczeństwo, a nawet wybaczenie win. Dawała ci wszystko, co tylko marzyłeś, ale w przebłysku cholernego geniuszu poprosiłeś o coś, czego nie mogła dać. Poprosiłeś o moc, by samemu wybaczyć!

    Zod zastygł w bezruchu i szoku. Zaref cofnął się o pół kroku i odkaszlnął.
    - W tamtym momencie chciałeś już tylko przestać cierpieć. I gdzieś tam zrozumiałeś, że nienawiść którą miałeś w sobie, ten gniew i cały syf, przez który przeszedłeś ci to uniemożliwiał… że zawsze poprowadziły by ciebie one drogą destrukcji i samozniszczenia. I poprosiłeś o to. Ale tej jednej rzeczy ona ci dać nie mogła… za to zwróciłeś na siebie uwagę Valary… pamiętasz Valarę?
    Zod pokręcił powoli głową.
    - Potężna azata. Wyciągnęła ciebie stamtąd. Na łąkach Elizjum wysłuchała twojego życzenia. Pamiętasz je?
    Zod nie spieszył się i wyglądał jakby próbą miał się złamać zupełnie. Zaref dawał mu czas. Nie poganiał.
    - Daj… daj mi moc… b-by wybaczyć tym co mnie skrzywidzili… i… i tym… co nig-dy nie zasługiwali na… moją ni-nienawiść… - głos Zoda się łamał bardziej i bardziej z każdym słowem. Nie miał łez które mogłyby płynąć, ale ciężar na jego barkach pękał z każdym z nich. Nie skazał się na wieczne potępienie… była dla niego nadzieja…
    - Tak! I wtedy odpowiedziała? “Przede wszystkim ja wybaczę tobie. W imieniu Jasności. Wybaczam.” A teraz trudna część… powiedziała także…

    - To nie będzie łatwe.
    Z Zoda zeszło powietrze, jak wypompowane ciosem w brzuch.
    - Ale…
    - Pomogę ci. Nakieruję. A przede wszystkim to ja wybaczę tobie - azata kontynuowała - w imieniu Jasności. Wybaczam - to słowo… brzmiało nieludzko. Miało ono moc. Czuł to.
    Cała Łąka (a może całe Elizjum?) wybuchło w wiwacie a Zeref objął oniemiałego Zoda podskakując w miejscu, szczęśliwy jakby obejmował odzyskanego przyjaciela, a nie diablę co go niedawno porwało i torturowało.
    - W oczach Niebios jesteś teraz niewinny jak noworodek. Wszystko zostało ci wybaczone, ale nie sądź, że zostało zapomniane. Myśl o tym w ten sposób, że osobiście będę cię teraz doglądać i każde zło którego się dopuścisz po dwakroć będzie mnie koleć w oczy.
    - Ale… - zapytał Zod po nietrwałej uldze - ta nienawiść… ten ogień we mnie… błagam, nie potrafię z nimi. One mnie…
    Azata wstrzymała go gestem dłoni.
    - Nie mogę ci nic odebrać. Nie różniłoby się to od odebrania ci woli i zmienienia w posłusznego automatona. To mogła ci zaoferować Nierządnica, nie ja, ale też nie uratowałoby to twojej duszy. Ukryję twoje wspomnienia i przeszłość, zostawiając tylko to, czego potrzebujesz – na pewien czas. Twoje wspomnienia wrócą, wraz z nienawiścią i gniewem. Do tego czasu musisz zdobyć więcej Potrzebujesz wypełnić serce litością, łaską, miłością, dobrem… musisz otoczyć się przyjaciółmi którym ufać będziesz z całego swojego serca. Musisz pokochać świat, bo wszystkie twoje demony powrócą i będziesz je musiał wtedy pokonać.
    Gniew łagodnością.
    Podejrzliwość zaufaniem.
    Nienawiść miłością i Zło Dobrem…
    Własną przeszłość swoją przyszłością.
    Nie zostałeś jeszcze uratowany. Sam się musisz uratować.
    Czekają cię próby po dwakroć trudniejsze niż innych i wszystkim musisz sprostać.

    - Valara opowiadała mi co widzi… - mówił Zaref powoli i ostrożnie, gdy Zod drżał jakby miał zaraz się rozsypać. - Widziała twoją łagodność z Bashebą i z Song’o. Widziała twoje dobro gdy burza pierwszy raz uderzyła. Widziała jak ludzie ciebie pokochali i jak stałeś się częścią społeczności.
    - Ale wciąż nie kocham… i wciąż nienawidzę. Rozumiesz?!
    - Zod…
    - Pamiętam co mi zrobiono. Pamiętam co musiałem robić. Pamiętam agresję i przemoc. Pamiętam tortury i samotność. Pamiętam regułę “będziesz pierwszy lub martwy.” Wciąż to mam… nic nie pokonałem. Wciąż jestem tym samym potworem co kiedy zabijałem Marhi i Douga. Tłumacząc sobie, że… no “pierwszy lub martwy”. I wiesz co? Miałem rację. Wiem, że miałem rację! I nienawidzę tego, że wiem! Nie powinienem tego “wiedzieć”!
    - Zod…
    - I kusi… wciąż kusi… Ragdan, do stu czortów, on jest jak ja byłem. Wiem to. Ale nic jeszcze nie zrobił… I nie mogę nic udowodnić. - Zod ściszył swój głos do wściekłego syku - Nie mogę nic zrobić. Chciałbym go zabić w nocy. Choćby dziś… i pozwolić, by ciało zabrał odpływ. Jeśli tego nie zrobię ludzie zginął, prędzej czy później… Czy tak powinien myśleć ktoś z “tych dobrych”? Ktoś godny wybaczenia?
    Zaref nie odpowiedział od razu. Zamiast tego podszedł… objął Zoda ramionami i ścisnął go równo z siłą i ciepłem.
    - Wiem, że jesteś skonfliktowany. Wiem, że potrzebujesz pomocy. I po to tu jestem. Rozumiesz? Pozwól mi sobie pomóc…
    Kolejny mały kawałek ciężaru na barkach Zoda skruszył się. Tiefling nie wiedział co odpowiedzieć… wszystkie zarzuty i niemal cały gniew momentalnie wyparowały. Objął tieflinga, jak dawno nie widzianego przyjaciela i stęknął tylko.
    - Sam nie dam rady…
    - Nie jesteś już sam.

    Archiwum pathfinder spheres of power golarion

  • Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecię
    ArveeA Arvee

    Podpisuję się pod tym co Ketharian pisze =]
    Powodzenia!

    Archiwum

  • Imperium Maledictum - Gwiezdne dziecię
    ArveeA Arvee

    Ja także =]
    Priv.

    Archiwum

  • Imperium Maledictum - cyferkowa rzeźnia zasad
    ArveeA Arvee

    Wszystko co twierdzę jest już w moich wypowiedziach. Nie jestem w stanie ciebie zmusić abyś to dostrzegł.

    Dyskusje RPG
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa