
Mikołaj Pogorzelski
Zajmowali ławkę na skwerze przed budynkiem liceum. On z wyrzuconymi nogami. Z piętą buta wspartą o czubek drugiego, bujając nim do muzyki rozbrzmiewającej spod gąbek słuchawek. Zsunięty, z głową odchyloną poza krawędź oparcia, wpatrywał się w korony drzew, zupełnie niezainteresowany pierwszorocznym poruszeniem wokół. Czuł ciężar jej ciała zogniskowany w łokciu wbitym w bark. Z dawką bólu i dyskomfortu. W pozostałym obszarze dotyk niósł ciepło i przyjemną miękkość. Coś za coś.
– Chciało ci się? – odchylił od ucha źródło hałasu, wciąż zdziwiony fatygą.
– Insomnia – no tak nie trzeba wstawać, jeżeli wpierw się nie położysz.

Mózg nadał czerwony alert. Przy ławce naprzeciw mignął welurowy płaszczyk Klaudii, elegancko dopasowany do botków na niewysokim podbiciu. Zamarł, wtapiając się w deski, smog i mgłę. Bliskość paraliżowała dawką niezręczności. Może, jako berbecie przemierzali chodniki wózek w wózek i próbowali dopasowywać różnokształtne klocki w wycięte otwory, gdy matki, psiapsiółki z medycznego, plotkowały przy kawie i ciastkach. „Jaka śliczna para”. „O, mój przyszły zięć”… co gorsza kiedyś naprawdę się w Klaudii bujał, platoniczną miłością pięciolatka. Ślad echa rezonował. Może była ułożona i uporządkowana. Świadoma czego chce i do czego dąży. Wszystkim co zagubił. Obiekt grupy kontrolnej wskazujący jak bardzo odstał od próby. Przypomnieniem, zazdrością, zespołem, któremu kibicował. Zbyt dużą ilością naraz.
Wrotkara wykazała niewątpliwą brawurę. W końcu gdy padnie i sobie ryj rozwali, zszywać ją będzie nie kto inny jak rodzice Klaudii, ich znajomi, w przyszłości, ona sama.
– Dlaczego niebieski? – zahaczył o wspomnienie przywołane obecnością elementu. Deptak przemierzyły gwiazdy kroniki kryminalnej. Wasyl i jego siostra spod znaku wróżby za piątaka. Medialne ofiary rodzinnej tragedii. Typ wyrośnięty, jakby hurtem pożerał kolegom kanapki, potem kiblował z cztery lata. Zniknęli wewnątrz budynku.
– Podoba mi się w kolorze – po dłuższej chwili odpowiedź przeniknęła agresywne tło Enthrone Darkness Triumphant, kasety której taśmę od miesiąca w zapętleniu zdzierały rolki.
– Chyba udręka – załączył daltonizm. – Stara kadra ją zje i wypluje. Nie słyszałaś o Józefiaku? Uczył moją matkę, a może i ojca założyciela króla Kołodzieja. Kolczyka w uchu nie zdzierży, a…
– Słyszałam – otrzymał kolejną. Wpatrywał się badawczo w oczy schowane pod cieniem rzęs, by powrócić do kontemplacji symfonii brutalnych riffów. Plany Ofelii krążyły po stratosferze. Nawet nie próbował sięgać. Próba charakteru, jak i prztyczek za krzywą akcje w Bolkowie. Wszystko podchodziło.
– Dowie się kto ukradł znicze z grobu żony, a stosy rozświetlą błękit.
Kradzieży w Sokołowie nie był świadomy, dopóki kościelny nie wyskoczył zza krzaków, gdy skracał drogę przez cmentarz, goniąc i oskarżając o całe zło tego świata. Wpasowywał się w profil – satanistyczne symbole, mszalna absencja, no i historia z „płaczącą” Maryjką. Tym razem Mikołaj nie wiedział za kogo zbierał cięgi, dopóki modus operandi nie powtórzył się w Bolkowie. No i wyszło, kto zacz. Uczestnicy Castle oswajali mieszkańców na pierwszym festiwalu po przeprowadzce z Grodźca, Ariadna popełniała karygodne faux pa, stawiając pod znakiem zapytania kolejne edycje. Zupełnie nie śmieszne w porównaniu z rzeźbą, przed którą stara Komeda leżała krzyżem, pielgrzymki się zjeżdżały, a proboszcz pakował walizki do Watykanu. Podejrzenie anemii i groźba szpitala to rachunek, który z przyjemnością zapłacił.
Kościelne dzwony rozbiły się echem po Starym Mieście, oznajmiając najwyższą porę. Spłoszone stada gołębi wzbite z trzepotem, poszukiwały schronienia ponad dachami kamienic. Strząsnął z siebie ramie, napotykając obruszenie podobne kotu wyproszonemu z kolan. Rozpiął plecak. Odszukał w przegrodach starannie złożoną koszulę z kołnierzem. Narzucona na plecy śnieżna biel zakontrastowała z czernią wełnianego golfa.
– Hmm? – przyciągnął pytającą ciekawość.
– Tysiącletnia tradycja Pogorzelskich – wyjaśnił, wsuwając ramiona w rękawy, dopinając mankiety. – Wojenny kamuflaż.
Związał włosy. Ciągiem niezgrabnych zabiegów przywołał zęby błyskające w nieznacznym uśmiechu. Z powodu wstydliwego zgryzu, stłoczenia górnych trójek, wypchniętych i odstających, jak dotąd nigdy nie ujrzał go w pełni. Sepleniący butelkowy, gdyby w dwóch słowach miał opisać głos, którego mu szczędziła, darując siłowanie z kakofonią dźwięków. Jakby dmuchać w szyjkę szkła. Podobał mu się.
Palce lakierowanych paznokci pomogły wyrównać rząd zapięć przesuniętych o guzik. Oddech przybliżony do policzka niósł nadzieję pocałunku z życzeniami powodzenia. Zamiast, poczuł kąśnięcie. Dostał w co się wgapiał. Obowiązek rozerwał spojrzenia. Wprawił w ruch zawieszoną chwilę. Ociągał się. Pchnęła go w stronę wejścia.
Kursy zwiększające szanse powodzenia egzaminów wstępnych prowadzili profesorowie z liceum. Owocowały. Nie podążał za gwarem tłumu. Kroki stawiane w korytarzach wyrażały pewność osoby wiedzącej, gdzie i po co idzie. Zaznajomionej z rozkładem budynku. Stanął przed salą gimnastyczną. Wziął głęboki oddech i wraz silniejszym uderzeniem serca, dudniącym w płucach jak bęben odliczający los straceńca, przekroczył próg. Rozpoczął nowy rozdział.
Przeszedł na lewo i do końca, jak belfer przykazał. Szukając swego miejsca dostrzegł Daniela kitrającego się na tyłach grupy.
– Piękna, galowa kurtka – zagaił wyciągając rękę do kolegi z podwóra.
– C’nie? – ujrzał minę króla zdobywcy. – W życiu nie zostawie samiuteńkiej w szatni.
Przyjrzał się uważniej. Zmężniał i zmienił zabawki na profesjonalne. Bieganiny po bramach z patykami udającymi karabiny. Wyścigi kapsli po torach wygrzebanych w ziemi. Gra w grzyba zaostrzonym kawałkiem pręta. Wykopaliska dinozaurów. Próba wbicia się w kadr filmu. Beztroskie dzieciństwo mające lepszy pomysł na pogrzebanego psa i geodetę z tyczką. Stamtąd wywodził się Daniel.
– W kominach robisz, że tak poczerniałeś? – Skorupski bez trudu przeniknął ghillie Mikołaja, niczym Jankes miesiącami wypatrujący żołnierzy Vietkongu.
– Brudu nie widać. Wyszczupla. Powinieneś spróbować – odpowiedział z zaczepnością granatu obronnego za cel biorąc wałek wyglądający jak Helmut z okopu sponad paska opinającego kolegę.
Wysondował salę. Powitalnie uniósł dłoń w stronę Pauliny, siory Michała. Michał lubił gitarowe brzmienie i jeździł na koncerty. Szło się podczepić i uspokoić rodziców, że pozostaje pod opieką dorosłego, bezcenny człowiek. Jeszcze Krzycha kojarzył z sesji u Kozy, choć nigdy nie grali w jednej ekipie. Podobno ministrant, chyba nawet ulubieniec koleżanek babci, co to tak zawsze ładnie przy ołtarzu klęczy i ręce do modlitwy składa, jak aniołek z obrazka. Coś aniołek ryzykował strąceniem, igrając z okultyzmem i magią fantastycznych światów. Mikołaj zamiast słuchać ględzenia dyrektor, znalazł dzięki niemu lepsze zajęcie. Z uniesionym podbródkiem i zmrużonymi oczami odcyfrowywał kvlt trve logosy, którymi blondas poobszywał kamizelkę.


Mocna ekipa. Do dziś mam zagwozdkę, czy gdybym włożył wtedy w łapę dzieciaka granat emp, nie straciłby głowy.
