Duivel przyjął podaną fajkę bez ceregieli, choć dym nie zrobił na nim aż takiego wrażenia jaki on sam z ustnikiem w zębach zrobił wrażenie na Thiemo, przynajmniej patrząc na jego mimikę.
— Nie pierwszyzna — mruknął między zaciągnięciami. — Elfickie paliłem, ludzkie też się chyba trafiło, niziołkowe na pewno, bo od tych się nie da wykręcić. Krasnoludzkie parę razy, od przyjaciela — wzruszył ramionami, patrząc na dogasający żar w główce fajki — Każda inna. Która lepsza, która gorsza - nie umiem powiedzieć. Ale lata obserwacji pozwalają mi stwierdzić, że palenie wspólnie fajki to dobry sposób, aby zbliżyć się z resztą współpalących. Może bardziej to działa podczas konsumowania trunków w karczmie, ale i podczas drogi się przydaje - takie wspólne doświadczenie — chciał zjednać sobie Thiemo i zyskać w nim kompana, lecz nie nawykł do czczej gadaniny; zawstydził się we własnym duchu, lękając się, że rzekł o parę słów za dużo.
Gdy padły pytania o Ostland, Ristedt i postać wuja, odpowiedź nadeszła bez zwłoki, lecz słowa układały się w jego ustach dość nienaturalnie, jakby sam do końca nie był pewien własnej odpowiedzi
— Ja? Ostlandczyk z krwi i kości, co do tego nie ma wątpliwości — podjął, choć w ustach przedstawiciela Starszej Krwi brzmiało to dość... osobliwie — Lecz moi rodzice oraz wuj... Sam nie wiem, czyli bliżej im było do szpiegostwa, czy dyplomatycznych posług. Jedni badali puszczę z takim zapałem, jakby mierzyli ją pod elfie osadnictwo, drudzy zaś na poważnie chwycili się wielkiego handlu. Wujaszek wolał nie kłuć nikogo w oczy i nie ściągać na siebie uwagi ludzkich sąsiadów. Tyle że nie sposób ocalić sekretu, gdy pod twoją komendą pracują jednocześnie ludzie, krasnoludzcy rzemieślnicy i niziołki. — Nie dodał ani słowa więcej, przyjaznym spojrzeniem dając do zrozumienia, iż kurtyna opadła, a temat uważa za ostatecznie zamknięty na tę chwilę.
Gdy wreszcie dotarli pod szyld piekarni Hempego, w nozdrza uderzyła ich woń zgoła odmienna od zaduchu, który dotąd towarzyszył im na miejskich traktach – pachniało tu świeżym wypiekiem, a nie wszechobecnym popiołem czy wilgocią. W trakcie rozmowy Duivel dostrzegł kątem oka młodą kobietę. Zanim ta zdążyła czmychnąć na zaplecze, posłał w jej stronę swój najbardziej ujmujący uśmiech, choć nie miał pewności, czy dziewczyna w ogóle podchwyciła to zalotne spojrzenie. Przez cały ten czas nie zrzucił z głowy głębokiego kaptura, starannie kryjąc spiczaste uszy przed wzrokiem rozmówców. Odezwał się dopiero gdy dyskusja skręciła na tory żołnierskiego rzemiosła. Na koniec rozmowy zadał jeszcze parę pytań, choć bardziej brzmiały jak stwierdzenia...
— Czyli Ci buntownicy to najemnicy — rzekł beznamiętnie, jakby stwierdzał oczywisty fakt — Skoro zaś ta rebelia została zepchnięta do defensywy i otoczona, to znaczy, iż wasi włodarze wciąż trzęsą ratuszem. Zaś wasza własna armia łupi was z grosza tylko dlatego, że jaśnie baron ruszył w pole i żołnierze poczuli bezkarność, czyżby nie tak, prawda — westchnął ciężko na koniec, pozorując szczere współczucie dla doli piekarza, chiał w ten sposób sprawić by ten nie pomyślał sobie, iż obcy naigrawa się z jego nieszczęścia.
Hempe wyglądał na trochę zaskoczonego, a trochę zmieszanego takimi uwagami. Jednak po chwili wahania przyznał Duivelowi rację, że buntownicy są okrążeni w centrum miasta więc reszta to działanie władz i wojska. Po czym elf w kapturze kontynuował
— My się nachodziliśmy, zanim tu dotarliśmy. Latające bestie, jakaś wiedźma w lesie, zwierzoludzie. Spalona karczma przy trakcie to też sprawka pomiotów chaosu — pokręcił głową wymownie — A tutaj, w mieście, ludzie mordują ludzi. Wiesz, nasz regiment to ludzie, ale też niziołki, krasnoludy, nawet elfy. Jednoczymy się, bo trzeba. Szkoda, że niektórzy dochodzą do tego dopiero, jak wróg dobierze im się do gardła — po czym nachylił się bliżej rozmówcy i zniżając już głos tak, by usłyszał go tylko Hempe, powiedział
— Powiedz mi szczerze. Co byś wolał: żeby dowódcy przekonali się pomóc komuś tu w mieście, czy żeby po prostu przegonili rabusiów, przespali się i poszli dalej, bo sami sobie poradzicie? — elf wiedział, że ostatnie pytanie mogło być przesadne, dlatego pokusił się o małe wprowadzenie wcześniej.
Hempe natomiast sprawiał przez chwilę wrażenie całkiem zbitego z pantałyku tak śmiałymi uwagami obcego. Rozejrzał się po kątach, po czym potrząsnął gwałtownie głową i zaczął mówić, zwalając całą winę na buntowników.
— To przez tych przeklętych buntowników i ich awanturnictwo miasto spływa krwią, a ludzie cierpią głód wykrztusił z siebie, ale widać było, że o rzemiośle wojennym i zamiarach dowódców rozprawiać nie zamierzał. Dodał jednak jeszcze jedną kwestię
— Jeśli szukacie wieści czy informacji to winniście skierować kroki pod szyld „Czerwonego Koła” – tam bowiem stacjonuje wierne i lojalne wojsko. Możecie też iść do tawerny „Złoty Kielich”, gdzie po wybuchu zamieszek przenieśli się miejscy urzędnicy i rajcy — wyznał Hempe.
Duivel skinął głową, jakby to zapamiętywał na później, nie komentując wprost. Po krótkiej chwili elf i Thiemo sięgnęli po jeden bochenek, odliczając monety.
— Weźmiemy jeden. Może za dni parę skusimy się na więcej - jak reszta regimentu dotrze do miasta — powiedział to tak, jakby rzucał zwykłą uwagę o pogodzie, choć w istocie chciał zakorzenić w głowię Hempego informacje, że regiment przyjdzie ... za parę dni.. Na wyjściu ugryzł jeszcze kawałek świeżo kupionego bochenka, podziękował skinieniem głowy.
— Ostland żyje — powiedział to do Hempego, a potem, głową, pozdrowił zarówno starszą kobietę wracającą już zza lady, jak i samego Hempego, natomiast nie zauważył już młodszej kobiety, która to wcześnie wychyliła się z zaplecza.
Na zewnątrz, idąc w stronę spichlerza tyle, ile pozwalała ostrożność, elf zerknął w stronę budynku z ciemnej cegły i szachulca. Przy wejściu stała czwórka strażników z włóczniami, a nieopodal niewielka grupka ludzi - raczej rozmawiali albo na coś czekali, niż pilnowali czegoś z napięciem. Spokojna scena, bez żadnych sztandarów czy obwieszczeń, które zdradzałyby, do kogo dokładnie należy ten posterunek. Duivel zapamiętał układ ulicy i to tyle - na razie nie było powodu podchodzić bliżej.
W drodze powrotnej ku bramie niósł już półtora bochenka chleba - jeden nadgryziony, świeży od Hempego i drugi podzielony na pół jeszcze u Alberta.
— Chleb się przyda — mruknął do Thiemo, biorąc jeszcze jeden mały kęs świeżego chleba — choćby do tych kur, co to mieli złapać nasi. Swoją drogą ciekawe czy ktoś już zdążył zrobić z nich obiad, bo już nieco zgłodniałem przez to całe łażenie w te i nazat.
Zamyślił się na chwilę nad klapą w piwnicy, którą sam znalazł przy bramie - zastanawiał się, czy ktoś już zdążył tam zajrzeć, a jeszcze bardziej ciekawiło go, co mogło być w środku.
— Daleko jeszcze reszcie regimentu aby dotrzeć tutaj, jak myślisz? — zapytał w końcu, patrząc przed siebie, wypatrując jakiekolwiek ruchu na ulicy.
I tak, rozmawiając o drobiazgach, szli z powrotem w stronę Południowej Bramy na obiad, a także by zdać raport Kolsenikovi.