
Paladin Tuk Drugi.
Paladin szedł obok wozu, raz trzymając się burty, raz puszczając ją zupełnie bez powodu, jakby sprawdzał, czy wóz przypadkiem sam nie postanowi gdzieś pojechać.
— Mapa, powiadacie… — mruknął, marszcząc nos. — Mapa Starego Tuka, w Domu Mathom, w środku miasta, gdzie jest więcej oczu niż rodzynek w porządnym cieście z rodzynkami.
Spojrzał na Prymulę, potem na Esmeraldę, potem gdzieś przed siebie, gdzie nic szczególnego nie było.
— Zakład ze spinkami… — powtórzył powoli. — To jest plan. Plan z historią. A plany z historią są lepsze, bo brzmią jak coś, co już się kiedyś udało.
Podrapał się po brodzie.
— Tylko że… — zawahał się — …jak ona nie pokaże mapy, to przegramy zakład. A ja nie mam spinek. I nie znam nikogo, kto ma takie, co się same zapinają, chyba że… — zmrużył oczy — …to był ten czarodziej. Ale czarodzieje mają swoje zwyczaje i raczej nie pożyczają spinek na poczekaniu.
Spojrzał na Esmeraldę.
— A zabranie jej tak po prostu… — ściszył głos — …to brzmi jak coś, co najpierw wydaje się bardzo rozsądne, a potem człowiek… znaczy hobbit… kończy w jamie. Tej z książek. Bez kolacji.
Zadrżał lekko.
— A ja jestem przeciwny pomysłom bez kolacji.
Zamyślił się głębiej, aż prawie przystanął na środku drogi.
— Wymiana… — mruknął. — Wymiana jest uczciwa. Tylko trzeba mieć coś, co kustoszka uzna za lepsze niż mapa. A mapa Starego Tuka… — pokręcił głową — …to nie byle marchewka z ogródka.
Nagle podniósł głowę.
— Albo nie musi być lepsze! — ożywił się. — Może być ciekawsze. Ludzie… znaczy hobbici… lubią rzeczy ciekawe. Jak coś jest wystarczająco ciekawe, to zapominają, że mieli coś jeszcze.
Zaraz jednak jego mina zrzedła.
— Tylko pytanie, czy my mamy coś ciekawego. — Rozejrzał się po nich wszystkich, jakby ktoś mógł mieć coś w kieszeni i o tym nie wiedzieć.
Spojrzał na Oda. Potem na resztę. Potem znów na drogę.
Poprawił kamizelkę, jakby to miało uporządkować sytuację.
— Zatem — podsumował, choć wcale nie brzmiał jak ktoś, kto naprawdę podsumował — idziemy do Domu Mathom. Zakład. Spinki. Rozmowa. Bez słowa „mapa”. Patrzymy, słuchamy, kiwamy głowami jak porządni odwiedzający.
Zawahał się jeszcze.
— A jak się nie uda… — dodał ciszej — …to wtedy będziemy się martwić, jak się nie udało. Nie wcześniej. Wcześniejsze martwienie się jest marnowaniem dobrego nastroju.
Po czym ruszył dalej, mrucząc pod nosem:
— Mapa, sowa, łódka, płot… zupełnie zwyczajna podróż. Zupełnie.