!
Paladin Tuk Drugi.
Paladin zatrzymał się tak gwałtownie, że niemal wpadł na Rorimaka.
— Słyszysz?! — wyszeptał, choć szept w jego wykonaniu był tylko odrobinę cichszym mówieniem. — To nie jeleń. Jeleń nie robi „ghrrraugh”. Jeleń robi… no… bardziej godnie.
Znów rozległo się:
— GRRRrraUgh! khrrRrch…
Paladin skulił ramiona.
— Mówiłem, że to coś między dzikiem a niedzikiem. Takie… pół na pół. Może dzik, który się zastanawia nad swoim życiem.
Kiedy Rorimak rozchylił zarośla, Paddi instynktownie cofnął się o pół kroku.
— Jak wyskoczy, to ja mówię, że my tylko przechodzimy. Bardzo przechodzimy. I że...
Jeszcze jedno:
— Khrrr… chrrrap… khrrrr…
Paladin zmrużył oczy.
— To… to chrapie.
Zrobił ostrożny krok naprzód, jakby spodziewał się, że łódka zaraz go ugryzie. Spojrzał do środka. Zobaczył Starego Brody’ego. Zobaczył jego brodę. Zobaczył, że źródłem potwora zza Zielonego Muru jest hobbit, który śpi jak rozwścieczony borsuk.
Przez chwilę milczał.
— To on? — zapytał z niedowierzaniem. — To całe „RRRghraugh” to… śpiący hobbit?
Wyprostował się powoli, z miną kogoś, kto właśnie został obrażony przez rzeczywistość.
— Ja się pytam, czy to jest w ogóle dozwolone, żeby tak chrapać w przestrzeni publicznej. — Pokręcił głową. — Hobbit śpi, a pół Bucklandu myśli, że potwór wyszedł zza muru.
Nachylił się bliżej łódki i przyjrzał linie przywiązanej do drzewa.
— A ja już rozważałem, czy wspinać się na drzewo.
Kolejne potężne:
— Khrrrrrr…
Paladin podskoczył mimo wszystko.
— No dobrze! — sapnął. — To nie dzik. Nie potwór. Nie nawet niedzik. To Brody.
Odetchnął głęboko, po czym dodał z urazą:
— Ale przyznam, że gdyby tak chrapał bliżej Tukowej Skarpy, to byśmy go wybrali na oficjalne ostrzeżenie przeciwko lisom.
Spojrzał na Rorimaka, poprawiając kamizelkę.
— Widzisz? Mówiłem, że nie wszystko, co brzmi strasznie, jest straszne. Czasem to tylko ktoś, kto zjadł za dużo kolacji i położył się w łódce.
Paladin zamarł z ręką uniesioną w pół gestu, gdy z łódki znów wyrwało się:
— Khrrr… chrrrap… khrrrr…
Spojrzał na Rorimaka.
Spojrzał na łódkę.
Spojrzał na linę.
A potem bardzo powoli, bardzo uroczyście wskazał na tę ostatnią.
— No i masz — szepnął. — Lina.
Podszedł bliżej, zginając się w pół jak ktoś, kto chce być mniejszy niż jest. Co chwilę zerkał na śpiącego hobbitа.
— To jest zwykła lina — mruczał pod nosem. — Lina jak lina. Nikogo nie budzi. Liny są z natury ciche. Ja też potrafię być cichy. Czasami...
Kolejne potężne chrapnięcie sprawiło, że Paddi podskoczył i niemal przywarł do drzewa.
— On oddycha jak kuźnia w Michel Delving — syknął. — Jakby miech połknął.
Nachylił się znów do Rorimaka.
— Opcje są trzy. — Uniósł trzy palce, po czym jeden zaraz opuścił. — Dwie i pół.
Ściszył głos jeszcze bardziej.
— Pierwsza: bierzemy linę. Cichutko. Delikatnie. Jakby sama postanowiła się odwiązać. — Zrobił palcami ruch, który miał oznaczać subtelność, ale wyglądał raczej jak nerwowe skubanie. — Tylko że wtedy łódka… — spojrzał na wodę — …może odpłynąć. A wtedy Brody się obudzi, a jak się obudzi i nie ma łódki, to zacznie robić „RRRRAUGH” już świadomie.
Zamyślił się.
— Druga: budzimy go. Uprzejmie. Bardzo uprzejmie. Mówimy, że potrzebujemy łódki. Oficjalnie. — Skrzywił się. — Tylko że wtedy trzeba mu powiedzieć po co. A my… — zawahał się — …my mamy różne powody. I nie wszystkie są do opowiadania przy pierwszym śniadaniu.
Westchnął ciężko.
— No i jest jeszcze płot.
Spojrzał w dal, jakby gdzieś między drzewami czaiło się sumienie.
— On jeszcze nie wie. Ale się dowie. Płoty mają to do siebie, że ktoś zawsze wie, czy były całe.
Podrapał się po karku.
— Jak go obudzimy, to możemy powiedzieć: „Brody, drogi Brody, twój płot wyglądał na zmęczony i sam się położył”. — Zamyślił się chwilę. — Tylko że to brzmi jak coś, w co ja bym nie uwierzył. A ja jestem bardzo wyrozumiały.
Znów zerknął na linę.
Kolejne:
— KHrrrrrRRR…
Paladin znów drgnął.
— Dobrze — zdecydował nagle, choć w jego tonie było więcej nerwów niż pewności. — Ja podejdę do liny. Ty patrz na niego. Jak przestanie chrapać, to mnie kopnij. Tylko nie za mocno. Mam wrażliwe kostki. Wszyscy mamy dziś jakieś kostki.
Zrobił dwa ostrożne kroki w stronę drzewa, po czym zatrzymał się jeszcze raz.
— Rorimaku… — wyszeptał. — Jak mnie złapie, mów, że przyszedłem sprawdzić jakość węzła. Z troski. Ja wyglądam na kogoś, kto troszczy się o węzły.
I z miną hobbita, który sam nie wie, czy jest bohaterem, czy właśnie popełnia największą głupotę dnia, wyciągnął rękę w stronę liny.