!
Paladin Tuk Drugi.
Szli wolno, jak na hobbitów przystało, ścieżką wijącą się między pagórkami Kraju Tuków ku drodze na Hobbiton. Esmeralda niosła koszyk z takim spokojem, jakby wybierała się na zwykłe popołudniowe odwiedziny, a nie do Bagginsa, o którym pół Shire’u wciąż mówiło szeptem. Paladin zaś maszerował obok niej z rękami splecionymi za plecami, stawiając kroki równe, odmierzone — aż nazbyt równe.
Po pierwszym kwadransie skrzywił się lekko.
Po drugim — chrząknął.
Po trzecim zatrzymał się nagle, jakby ścieżka go obraziła.
— Te buty — powiedział tonem oskarżycielskim — od samego początku patrzyły na mnie krzywo.
Zrobił jeszcze kilka kroków, unosząc stopy wyżej niż trzeba, jakby próbował przechytrzyć skórę i podeszwy. Bez skutku. Obcieranie stało się wyraźne, natrętne, osobiste. Paladin syknął przez zęby, potem mruknął coś o „nienaturalnych wynalazkach spoza Shire’u” i „niepotrzebnym naśladownictwie ludzi”.
— Mówiłam, że nie trzeba — zauważyła Esmeralda, nie zwalniając kroku.
— Mówiłaś wiele rzeczy — odparł. — Ale TO jest wyjątkowo nie do zniesienia.
Stanął znowu. Tym razem na dobre. Oparł się o kamień przy drodze, usiadł ciężko i z miną hobbita, który właśnie podjął ważną decyzję życiową, rozwiązał rzemyki. Najpierw jeden but poleciał w krzaki, z wyraźną ulgą. Drugi dołączył do niego chwilę później, rzucony dalej i z większym przekonaniem.
— O, nie — rzekł, prostując palce u stóp i wciągając powietrze z błogością. — To już koniec.
Wstał, strzepnął spodnie i spojrzał na siostrę z powagą godną thanów i radnych.
— Jako hobbit, Paladin Tuk Drugi, oświadczam, że nigdy więcej nie założę butów. Ani na wizytę, ani na uroczystość, ani choćby do samego króla pod Górą.
I niech nikt mnie do tego nie namawia, bo szybciej zdejmę kapelusz niż wcisnę stopę w skórzany więzień.
Ruszył dalej boso, wyraźnie lżejszy krokiem, z nową energią i tym zadowolonym pomrukiem, który zawsze oznaczał, że Paladin znów jest sobą. Esmeralda tylko pokręciła głową, uśmiechając się pod nosem, i poszła za nim bo wiedziała, że Tuk, który raz się zżymał i zadecydował, nie zmienia zdania.

Paladin Tuk Drugi od samego wejścia do Bag End zachowywał się tak, jakby znalazł się w miejscu jednocześnie doskonale znanym i podejrzanie zmienionym. Otarł stopy o wycieraczkę z przesadną starannością. Raz, drugi, trzeci, po czym dopiero pozwolił się uściskać Bilbowi, odpowiadając uśmiechem krótkim, lecz szczerym. Uścisk oddał solidny, tukowy, z lekkim klepnięciem w ramię, jakby chciał sprawdzić, czy Baggins nadal jest z tej samej materii co dawniej.
Gdy znaleźli się w saloniku, Paladin nie usiadł od razu. Najpierw obszedł stół półkolem, rzucił okiem na przekąski, skinął głową kominkowi, jakby ogień należało uprzejmie uznać, i dopiero wtedy opadł na fotel. Westchnął przy tym głęboko, z tym charakterystycznym dźwiękiem kogoś, kto docenia wygodę, ale nie zamierza okazywać zachwytu.
Kufel wziął w obie dłonie, powąchał zawartość, napił się małego łyku i dopiero wtedy skinął głową z aprobatą.
— Dobrze — mruknął. — Bardzo dobrze.
I dopiero po chwili dodał:
— Droga też była… wystarczająca.
Słuchając Bilba, Paladin miał zwyczaj lekko przechylać głowę i mrużyć jedno oko, jakby każde zdanie ważył osobno. Kiedy Baggins zaczął przemowę, Tuk poprawił się w fotelu, splecionymi palcami oparł dłonie na brzuchu i przestał sięgać po jedzenie. To zawsze był znak, że przestał być gościem, a zaczął być Tukiem.
Na słowo przygoda nie uniósł brwi. Uniósł tylko kącik ust.
Na tam i z powrotem parsknął cicho nosem.
A gdy padło Dom Mathom, Paladin odchrząknął, przeciągle i znacząco, jakby właśnie potwierdzono jego wcześniejsze przypuszczenia.
Przy wzmiance o mapie Starego Tuka pochylił się lekko do przodu. Palcem zaczął kręcić wolne kółko na poręczy fotela. Gdy Bilbo mówił o „dyskrecji” i „paskudnym psisku”, Paladin zerknął na Esmeraldę, a potem znów na Bagginsa, tym spojrzeniem, które nie pytało czy, tylko jak bardzo.
Twarz Paladina wyraźnie się zmieniła. Najpierw zmarszczył nos, jakby właśnie poczuł zapach czegoś podejrzanego, potem skrzywił usta w grymasie szczerej, nieskrywanej niechęci. Jedno oko przymrużył bardziej niż drugie — stary odruch, który zawsze zdradzał, że temat trafił w czuły punkt.
— Psy… — mruknął przeciągle, jakby samo słowo było nieco zbyt głośne.
Odstawił kufel na stół z cichym stuknięciem i nieświadomie odsunął stopy pod fotel, jakby spodziewał się, że coś zaraz wyjrzy spod stołu. Palcami zaczął skubać rąbek kamizelki, natrętnie i bezwiednie.
— Ja nie lubię, jak się na mnie warczy — dodał, kręcąc głową z wyraźnym niesmakiem. — A już w ogóle szczeka. To niegrzeczne. I głośne. I zawsze wiadomo, że zaraz zbiorą się ludzie.
Westchnął ciężko, po czym zerknął na Bilba spod brwi.
— Hobbit powinien wiedzieć, na czym stoi — ciągnął dalej. — A pies nigdy nie stoi spokojnie. Patrzy, węszy, warczy… jakby coś wiedział, a nie chciał powiedzieć.
Znów skrzywił się, tym razem krócej, jakby dla porządku.
— Jeśli ta bestia zna twój zapach, Bilbo, to już jej nie polubiłem. Nawet jeśli jeszcze jej nie widziałem.
Po czym sięgnął po przekąskę, jakby chciał odpędzić myśl o szczekaniu czymś chrupiącym, i dodał ciszej, z rezygnacją:
— Ale cóż. Dla mapy Starego Tuka… będę bardzo, bardzo cicho.
Milczał więc przez chwilę, marszcząc czoło tak, jakby próbował w nim rozrysować mapę całego Shire’u. Potem wciągnął powietrze, wypuścił je powoli i zaczął mówić — nie do końca do Bilba, nie do końca do Esmeraldy, raczej do samej myśli o drodze.
— Most odpada — rzucił od razu, zbyt szybko, by było to jeszcze w pełni przemyślane. — Kamień niesie dźwięk. A dźwięk niesie ludzi. A ludzie niosą pytania.
Zawiesił głos, podrapał się w skroń.
— Ale z drugiej strony… ścieżka przy młynie… nie, tam Sandyman ma psy. Zawsze miał psy. Psy pamiętają. Poza tym warczą i szczekają. O! Nie, nie, to zły pomysł.
Przechylił się w fotelu, jakby skręcał wraz z wyimaginowaną drogą.
— Przez pola? Pola są otwarte. Otwarte rzeczy widzą za dużo. A za żywopłotami… — urwał, machnął ręką. — Żywopłoty plotkują. Każdy hobbit wie, że żywopłoty plotkują.
Zaczął kreślić palcem niewidzialne linie na blacie stołu.
— Można by obejść Hobbiton od północy. Albo od południa. Południe jest dłuższe, ale mniej uczęszczane. Chociaż… — skrzywił się — tam mieszka ten Gamgee, co zawsze jest w ogródku. A ogródki też mają oczy.
Westchnął, sięgnął po kufel, zapomniał się napić.
— Gdyby iść wcześnie rano… nie, wtedy wszyscy wychodzą po mleko. Późno w nocy też nie, bo psy. Zawsze te psy.
Potarł kciukiem fajkę, choć nadal jej nie zapalił.
— Najlepiej byłoby pójść tak, żeby nikt nie zauważył, że się idzie. Ale to wymaga drogi, której nie ma. Albo takiej, o której nikt nie pamięta.
Spojrzał wreszcie na resztę, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, że nie jest sam.
— No, w każdym razie… — zaczął i zawiesił głos.
Rozłożył ręce.
— Na pewno nie tam. I raczej nie tędy. A którędy… — pokręcił głową, z lekkim, tukowym uśmiechem — …to jeszcze się okaże.