
Bleinert
Siergiej Nikołajowicz Kalashnikov nie wierzył w przypadki.
Nie dlatego, że był przesądny. Wręcz przeciwnie. Uważał, że większość rzeczy, które ludzie nazywają przypadkiem, jest po prostu wynikiem tego, że nie widzą całego równania.
Kamień nie spada dlatego, że "tak wyszło”.
Kamień spada, bo coś poluzowało podporę.
Gaz wybucha, bo ktoś nie sprawdził zaworu.
Człowiek ginie pod zwałem skały, bo wcześniej gdzieś pojawiło się pęknięcie, którego nikt nie zauważył.
A jeśli ktoś mówił, że miał pecha, Sadza zwykle odpowiadał:
— Pech to słowo dla człowieka, który nie wie dlaczego.
Nauczył się tego bardzo wcześnie.
Miał wtedy dwadzieścia kilka lat i pracował jeszcze na jednym z niższych poziomów kolonii. To była robota, której nikt nie chciał. Gorąco, pył, wilgoć, smar, metal i skała. Trzeba było schodzić tam, gdzie automaty nie mogły pracować, bo albo nie mieściły się w szybach, albo ich sensory głupiały od zakłóceń.
Tego dnia nic nie zapowiadało kłopotów.
Właśnie dlatego wszyscy byli spokojni.
Zmiana zaczęła się normalnie. Kontrola sprzętu, zjazd, odprawa, potem robota. Siergiej pamiętał nawet, że jeden ze starszych górników żartował, że może tym razem wrócą na powierzchnię przed końcem swojej kawy.
Pół godziny później zawalił się szyb.
Nie cały.
Tylko fragment.
Wystarczyło.
Trzech ludzi znalazło się po drugiej stronie zwału.
Siergiej przeżył, bo pięć minut wcześniej zmienił miejsce pracy.
Do dzisiaj nie wiedział dlaczego.
Kierownik kazał mu przejść na drugi odcinek, bo jeden z wiertaków zaczął wariować. Siergiej był zły. Miał już rozłożone narzędzia, chciał skończyć swoją robotę i wrócić. Kłócił się nawet przez radio.
Gdyby został, byłby dokładnie tam, gdzie zawaliła się skała.
Kiedy później ktoś powiedział:
— Miałeś szczęście, Sadza.
Siergiej spojrzał na niego.
— Nie.
— Jak nie?
— Wiertak.
— Co wiertak?
— Wiertak zaczął wariować.
Tamten wzruszył ramionami.
— No i?
— Nic nie dzieje się bez powodu.
Wtedy jeszcze sam nie wiedział, jak bardzo będzie się tego trzymał.
Kilka lat później przekonał się po raz drugi.
Tym razem to on był człowiekiem, który zauważył „przypadek”.
Na jednej ze zmian zgasła lampa.
Jedna z wielu.
Zwykła rzecz.
W kolonii światło gasło bez przerwy. Przepalone przewody, przeciążenia, stare instalacje. Technik miał przyjść następnego dnia.
Siergiejowi jednak nie spodobało się, że zgasła akurat ta lampa.
Nie potrafił powiedzieć dlaczego.
Po prostu nie pasowało mu to.
Podszedł do niej.
Popukał w obudowę.
Nic.
Wtedy usłyszał ciche syknięcie.
Nie światła.
Rury.
Zatrzymał się.
Przyłożył dłoń do ściany.
Czuł drżenie.
Poszedł za nim.
Kilka metrów dalej znalazł pęknięcie instalacji. Niewielkie. Prawie niewidoczne. Gaz sączył się do szybu technicznego.
Gdyby nikt tego nie znalazł, przy następnym większym obciążeniu instalacji mogło dojść do wybuchu.
Później komisja powiedziała, że wykrycie nieszczelności było przypadkowe.
Siergiej się wściekł.
— Nie przypadkowe.
— Panie Kalashnikov, znaleziono ją przy okazji awarii oświetlenia.
— A dlaczego awaria?
— Przeciążenie.
— A dlaczego przeciążenie?
— Nie wiem.
Siergiej popatrzył na nich długo.
— No właśnie.
Od tamtej pory, kiedy coś działo się „przypadkiem”, zaczynał szukać przyczyny.
Nie zawsze ją znajdował.
Ale zawsze szukał.
Czasem oznaczało to pęknięty przewód.
Czasem źle dokręconą śrubę.
Czasem człowieka, który skłamał.
A czasem coś znacznie gorszego.
Najgorsze było to, że po latach zaczął dostrzegać wzór również tam, gdzie inni widzieli tylko zbieg okoliczności.
Ktoś pojawił się w niewłaściwym miejscu.
Drzwi otworzyły się, choć nikt ich nie otwierał.
Światło zamrugało.
Maszyna zatrzymała się sekundę przed awarią.
Siergiej zawsze zadawał wtedy to samo pytanie:
Dlaczego właśnie teraz?
Dlatego teraz, stojąc w ładowni Bleinerta, patrzył na otwierające się drzwi i nie potrafił uwierzyć, że stało się to przypadkiem.
Za nimi był pusty statek.
Za nimi zginął Adam.
Za nimi polowało coś, czego Siergiej nie umiał nazwać.
A drzwi właśnie się otworzyły.
Nie wcześniej.
Nie później.
Teraz.
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov nie wierzył w przypadki.
W jego świecie przypadek był tylko nazwą dla przyczyny, której jeszcze nie znalazł.
Sadza drgnął szczęką, kiedy kapitan wyrwał mu młotoko-klucz z ręki.
— Ej!
To jedno słowo zabrzmiało ostrzej, niż zamierzał. Przez moment miał ochotę po prostu odebrać mu narzędzie. Młotoko-klucz był jego. Nie zabawką, nie częścią wyposażenia kapitana. Był jego.
Patrzył, jak Hannigan wali nim w kamerę.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
Sadza zacisnął palce.
— Stary... - odezwał się w końcu, wyciągając rękę po narzędzie. - Jak chcesz coś rozwalić, bierz własny.
Odebrał młotoko-klucz i odruchowo sprawdził głowicę.
Dopiero wtedy spojrzał na kapitana.
— Może nie mogli się z nami skontaktować. Nie przyszło ci to do głowy? - prychnął. - Jakby to coś chciało nas zabić, to zostawiłoby nas na pastwę chyorta, nie? Po co miałoby otwierać drzwi, odcinać korytarze i pchać nas gdzieś dalej?
Wzmianka o karcie sprawiła, że Sadza odwrócił głowę.
— Co za karta?
Popatrzył najpierw na Crowe'a, potem na kapitana.
— Czegoś nam nie mówisz?
W jego głosie nie było już złości. To było gorsze. Zainteresowanie.
— Znaleziona w kapsule? I dopiero teraz sobie o niej przypomniałeś?
Sadza zrobił krok w stronę kapitana.
— Skoro mogą na niej być informacje, które pozwolą nam stąd wyjść, to dlaczego wcześniej nikt jej nie użył?
Zmrużył oczy.
— Albo inaczej. Dlaczego ty wiedziałeś, że może być na niej coś ważnego?
Przez chwilę patrzył na Hannigana bez słowa.
Potem zerknął na Crowe'a.
— Chimik. Pokaż kartę. Zobaczymy, co takiego Stary trzymał przed nami w tajemnicy.
Coś w Sadzy pękło.
Nie chodziło już o młotoko-klucz. Ani nawet o kartę. Chodziło o to, że po raz kolejny dowiadywał się o czymś ważnym dopiero wtedy, kiedy kapitan uznawał, że nadszedł odpowiedni moment.
A tutaj każdy taki "odpowiedni moment” mógł być ostatnim.
Spojrzał na Hannigana. Jeszcze niedawno był dla niego Starym - człowiekiem, który miał wiedzieć, co robić, kiedy reszta zaczynała panikować. Teraz Sadza po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, ile właściwie z tego, co mówi kapitan, jest prawdą, a ile jest tylko tym, co Hannigan chce, żeby wiedzieli.
To nie było dobre uczucie.
— Wiesz co... - powiedział cicho. - Zaczynam mieć problem.
Zrobił krok bliżej.
— Jak mamy się stąd wydostać, skoro ty chowasz przed nami informacje?
Uniósł młotoko-klucz. Nie jak broń. Raczej jak ciężki argument, który przypadkiem znalazł się w jego dłoni.
Pokręcił głową.
— Nie.
Spojrzał kapitanowi prosto w oczy.
— Koniec tego.
Głos Sadzy stał się twardszy.
— Wyłóż wszystko. Tutaj. Teraz. Wszystko, co wiesz o Bleinercie. O tej karcie. Co przed nami chowasz?
Przerwał.
— Bo jeśli masz jeszcze jakieś informacje schowane pod mundurem, a my mamy je odkrywać po jednej, kiedy już będzie za późno...
Ścisnął mocniej rękojeść młotoko-klucza.
— ...to nie jesteś kapitanem, który nas stąd wyprowadza. Jesteś kolejną zagadką do rozwiązania.
Sadza odsunął się pół kroku.
Nie spuszczał jednak wzroku z Hannigana.
W głowie znów pojawiło się pytanie, które zadawał sobie przez całe życie.
Dlaczego właśnie teraz?
Za dużo tego.
Sadza nie wierzył w przypadki.
Może więc ich obecność tutaj też nie była przypadkiem.
Może Hannigan wiedział o Bleinercie więcej, niż mówił.
A może nie tylko wiedział.
Może właśnie dlatego tutaj byli.
— Co tu się odpierdala Hannigan?