Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
GreKG

GreK

@GreK
Informacje
Posty
187
Tematy
0
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    GreKG GreK

    Paladin Tuk Drugi

    Paladin Tuk Drugi nie lubił pośpiechu, ale zaproszenie od Bilba Bagginsa z Bag End miało wagę większą niż zwykła herbatka z ciastkiem. Bo z Bilbem Bagginsem nigdy nie było „ot, tak po prostu”. Wracał z wielkiej wyprawy z kieszeniami pełnymi opowieści i… no właśnie. Skarbów. Jedni mówili o złocie, inni o klejnotach, jeszcze inni o przedmiotach, których lepiej nie dotykać bez zaproszenia. Paladin nie wierzył w połowę plotek, ale drugiej połowy nie zamierzał lekceważyć. Zaproszenie leżało więc na stole już trzeci dzień, przyciśnięte solniczką, żeby „nie uciekło”, jak twierdziła Esmeralda.

    Przygotowania szły zatem po tukowemu: najpierw sprawdził kamizelkę (czy guziki trzymają), potem buty (czy nadają się na drogę, a nie tylko do fotela), na końcu tobołek — bo choć Bag End to nie wyprawa w Góry Mgliste, hobbit bez zapasu wygląda podejrzanie.
    Pakowanie tobołka stało się więc sprawą poważną.
    Najpierw włożył fajkę. Potem drugą — bo Bilbo mógł chcieć zapalić „ten swój dziwny tytoń”.
    Chleb? Owszem.
    Ser? Koniecznie.
    Coś słodkiego? Placek na wypadek długich opowieści.

    — Bilbo lubi gości przygotowanych — mruczał do siebie. — A poza tym, znając go, opowieści będą długie, a kolacja... niekoniecznie wystarczająca.

    Po chwili zastanowienia wyjął placek.

    — Nie wypada — mruknął. — Baggins obrazi się, że własnego nie poda.

    Włożył za to mały nożyk. Potem się zawahał.

    — Do Bag End? Paladin, opanuj się.

    Esmeralda, oparta o framugę, przyglądała się temu w milczeniu dłuższą chwilę.

    — Jeśli włożysz jeszcze jedną „rzecz na wszelki wypadek”, to zabraknie miejsca na rozsądek — zauważyła.

    — Rozsądek zostawiam w domu — odparł. — Na wizyty u Bilba nie zawsze się przydaje.

    Najwięcej czasu zajęło mu zastanawianie się czego nie zabrać. Czy wypada pytać o skarby? Czy lepiej udawać, że nic go nie interesuje? A jeśli Bilbo pokaże coś niezwykłego — czy Tuk powinien okazywać zachwyt, czy raczej ostrożność?

    Gdy wreszcie zamknął tobołek, poprawił kapelusz i spojrzał na siostrę z tym charakterystycznym tukowym uśmiechem.

    — No, Esme. Jeśli Baggins zaprasza, to albo będzie bardzo miło… albo bardzo ciekawie. A ja, jako Tuk, wolę być gotów na jedno i drugie.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • Krzyk Pustki
    GreKG GreK

    Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

    text alternatywny

    Wybudzony z hibernacji Siergiej otworzył nagle oczy by chwilę później zgiąć się w pół łapiąc za klatkę piersiową.

    Tlenu! Tlenu!

    Bezwiednie otwierał usta by złapać choćby haust powietrza. Uderzył mocno pięścią dwa razy w żebra nim przeciągły świst oznajmił, że wpomaganie płuc zaczęło działać.

    Zakaszlał. Przechylił się za kapsułę i bluzgnął na podłogę czymś, co przed chwilą wypełniało mu żołądek. Wychodził z założenia, że jeśli coś mu leży na wątrobie, to trzeba to z siebie wyrzucić.

    — Job twoju mat'! — wyharczał przez napływające łzy.

    Wytarł usta rękawem. Od razu poczuł się lepiej.

    Pierdolone wybudzenia go kiedyś zabiją. I chociaż powinien się już do tego przyzwyczaić — nie potrafił. System wspomagający oddychanie, zawsze robił mu ten sam psikus. A on za każdym razem panicznie się bał, że tym razem się nie uruchomi. Że zostanie z tą rozdziawioną gębą jak karp wyrzucony z wody i się udusi. Kilka sekund strachu.

    Za stary był na to. Za stary i za bardzo zużyty.


    Korposucz, którą wzięli na pokład w Gliese pozbierała się szybciej od niego. Młodość. Gdy mijała jego kapsułę spojrzała na niego z odrazą. Zatrzymała się, zmieniła zdanie i zawróciła w stronę kapitana.

    Co za blat'?

    Przemknęło przez głowę Nikołajewicza, gdy zdał sobie sprawę, że właściwie to nie patrzyła na niego, tylko gdzieś obok. Ponad nim?


    Zmarszczył brwi i przekręcił głowę w stronę terminala przy kapsule.

    15.08.2183.

    Patrzył kilka sekund, jakby cyfry miały same zmienić układ.

    — Nie… — mruknął zachrypniętym głosem.

    Na Borodino mieli dolecieć dopiero pod koniec listopada. Najwcześniej. Coś się musiało koncertowo spierdolić.

    Awaria chronometru? Nie.
    Rozjazd czasu po błędzie nawigacji? Mało prawdopodobne.
    Uszkodzenie modułu kriogenicznego?
    Błąd OPIEKUNA?
    Przebudzenie awaryjne po kolizji?
    Albo, co gorsza…

    …reaktor.

    Poczuł znajomy chłód pełznący po karku.

    Bo ludzi wybudza się przed czasem tylko z kilku powodów. I żaden nie był dobry.


    Stary rozmawiał właśnie z syntkiem gdy Korposucz kręcąc dupą płynęła w jego stronę. Sadza zdołał się pozbierać na tyle, że wstał o własnych siłach i udało mu się nie wypierdolić na własnych żygowinach. Z honorem zdołał więc przywlec się do Hannigana na czas by usłyszeć jak ten odprawia ją z niczym, co przyjął z szerokim uśmiechem.

    — Ta jes! — skwitował rozkaz z czymś między salutem a machnięciem ręką.

    A więc nie awaria.

    Odetchnął z wyraźną ulgą. Krypa się jednak spisała. To dobrze, bo mogli być w czarnej dupie. A tymczasem czekał ich tylko spacerek pod rozgwieżdżonym niebem.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    GreKG GreK

    Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

    text alternatywny

    Siergiej siedział przez chwilę w milczeniu, drapiąc się po kilkudniowym zaroście.

    Na wzmiankę Holta o uciekinierach z UPP po plecach Sadzy przeszedł nieprzyjemny dreszcz.
    Nie sądził, żeby był na tyle ważną osobą, by ktokolwiek organizował zasadzkę tylko po to, żeby go dopaść. Był górnikiem. Potem mechanikiem. Jednym z milionów. Trybikiem w maszynie tak wielkiej, że nawet nie zauważała, kiedy któryś się urwał.

    Ale Mient miał rację w jednej kwestii.

    UPP miało długą pamięć.

    Widział ludzi, którzy po latach nadal bali się odbierać połączenia z nieznanych numerów. Widział takich, którzy zmieniali nazwiska częściej niż miejsca pracy. I widział też takich, których w końcu odnaleziono.

    Mechaniczne płuca syknęły cicho.

    — Blin... — mruknął pod nosem.

    Nie dlatego, że uwierzył w teorię o pułapce. Tylko dlatego, że pierwszy raz od przebudzenia przyszło mu do głowy, że być może nie wszyscy na pokładzie Kardashian uciekali przed czymś równie skutecznie, jak im się wydawało.

    Gdy ochroniarz skończył mechaniczne płuca Kalashikova wypuściły cichy syk.

    — Nu vot...

    Przeciągnął dłonią po twarzy.

    — Martwicie się o interes Kelland - zwrócił się bezosobowo do korposuczy, bo "Pani le Fey" nie przeszłoby mu przez gardło. — Holt martwi się o załogę. Ja martwię się o statek.

    Splunął do kubka po kawie.

    Spojrzał na Starego.

    — Korporacja chce lecieć dalej ale sygnał SOS już odebraliśmy. Jeśli teraz odlecimy, zostanie ślad w logach. Każdy śledczy złoży to do kupy w pięć minut.

    Wzruszył ramionami po czym dodał.

    — Manipulatory sprawdzę osobiście. Jak coś się urwało po ostatnim serwisie, wolę dowiedzieć się teraz niż podczas przechwytu. Znaczit tylko jedno, kapitanie. Jeśli kapsuła jest uszkodzona, a ludzie w środku spanikowani, to niech Holt przygotuje się na to, że mogą próbować otworzyć właz przed dokowaniem.

    Westchnął ciężko.

    — Widziałem już takich. Ludzie robią głupie rzeczy, kiedy myślą, że zaraz umrą.

    Odwrócił się w stronę Mienta.

    — Skanowanie kapsuły popieram. Chmura jest napromieniowana, statek milczy, kapsuła milczy. Blin. Jak coś wygląda źle, to zwykle dlatego, że jest źle.

    Po czym spojrzał na Syntetyka.
    — Nu vot... Dobrze, Doktor. Przygotuj tyle leków, ile możesz. Jak zaczynamy akcję ratunkową, to zawsze ktoś wraca w gorszym stanie, niż wszyscy zakładali. I podrzuć jeden zestaw medyczny pod śluzę. Jak coś pójdzie nie tak, nie będziemy biegać przez pół statku po bandaże.

    Podrapał się po czaszce.

    — I sprawdź jeszcze raz procedury dekontaminacji. Jeśli przywleczemy na pokład jakieś świństwo, chciałbym wiedzieć, gdzie mamy je zamknąć.

    Po czym dodał już tylko do siebie.

    — I tak wszystko może się spierdolić koncertowo.

    Rozgrywka

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    GreKG GreK

    text alternatywny!

    Paladin Tuk Drugi.

    Paladin zatrzymał się tak gwałtownie, że niemal wpadł na Rorimaka.

    — Słyszysz?! — wyszeptał, choć szept w jego wykonaniu był tylko odrobinę cichszym mówieniem. — To nie jeleń. Jeleń nie robi „ghrrraugh”. Jeleń robi… no… bardziej godnie.

    Znów rozległo się:

    — GRRRrraUgh! khrrRrch…

    Paladin skulił ramiona.

    — Mówiłem, że to coś między dzikiem a niedzikiem. Takie… pół na pół. Może dzik, który się zastanawia nad swoim życiem.

    Kiedy Rorimak rozchylił zarośla, Paddi instynktownie cofnął się o pół kroku.

    — Jak wyskoczy, to ja mówię, że my tylko przechodzimy. Bardzo przechodzimy. I że...

    Jeszcze jedno:

    — Khrrr… chrrrap… khrrrr…

    Paladin zmrużył oczy.
    — To… to chrapie.

    Zrobił ostrożny krok naprzód, jakby spodziewał się, że łódka zaraz go ugryzie. Spojrzał do środka. Zobaczył Starego Brody’ego. Zobaczył jego brodę. Zobaczył, że źródłem potwora zza Zielonego Muru jest hobbit, który śpi jak rozwścieczony borsuk.

    Przez chwilę milczał.

    — To on? — zapytał z niedowierzaniem. — To całe „RRRghraugh” to… śpiący hobbit?

    Wyprostował się powoli, z miną kogoś, kto właśnie został obrażony przez rzeczywistość.

    — Ja się pytam, czy to jest w ogóle dozwolone, żeby tak chrapać w przestrzeni publicznej. — Pokręcił głową. — Hobbit śpi, a pół Bucklandu myśli, że potwór wyszedł zza muru.

    Nachylił się bliżej łódki i przyjrzał linie przywiązanej do drzewa.

    — A ja już rozważałem, czy wspinać się na drzewo.

    Kolejne potężne:

    — Khrrrrrr…

    Paladin podskoczył mimo wszystko.

    — No dobrze! — sapnął. — To nie dzik. Nie potwór. Nie nawet niedzik. To Brody.

    Odetchnął głęboko, po czym dodał z urazą:

    — Ale przyznam, że gdyby tak chrapał bliżej Tukowej Skarpy, to byśmy go wybrali na oficjalne ostrzeżenie przeciwko lisom.

    Spojrzał na Rorimaka, poprawiając kamizelkę.

    — Widzisz? Mówiłem, że nie wszystko, co brzmi strasznie, jest straszne. Czasem to tylko ktoś, kto zjadł za dużo kolacji i położył się w łódce.

    Paladin zamarł z ręką uniesioną w pół gestu, gdy z łódki znów wyrwało się:

    — Khrrr… chrrrap… khrrrr…

    Spojrzał na Rorimaka.
    Spojrzał na łódkę.
    Spojrzał na linę.

    A potem bardzo powoli, bardzo uroczyście wskazał na tę ostatnią.

    — No i masz — szepnął. — Lina.

    Podszedł bliżej, zginając się w pół jak ktoś, kto chce być mniejszy niż jest. Co chwilę zerkał na śpiącego hobbitа.

    — To jest zwykła lina — mruczał pod nosem. — Lina jak lina. Nikogo nie budzi. Liny są z natury ciche. Ja też potrafię być cichy. Czasami...

    Kolejne potężne chrapnięcie sprawiło, że Paddi podskoczył i niemal przywarł do drzewa.

    — On oddycha jak kuźnia w Michel Delving — syknął. — Jakby miech połknął.

    Nachylił się znów do Rorimaka.

    — Opcje są trzy. — Uniósł trzy palce, po czym jeden zaraz opuścił. — Dwie i pół.

    Ściszył głos jeszcze bardziej.

    — Pierwsza: bierzemy linę. Cichutko. Delikatnie. Jakby sama postanowiła się odwiązać. — Zrobił palcami ruch, który miał oznaczać subtelność, ale wyglądał raczej jak nerwowe skubanie. — Tylko że wtedy łódka… — spojrzał na wodę — …może odpłynąć. A wtedy Brody się obudzi, a jak się obudzi i nie ma łódki, to zacznie robić „RRRRAUGH” już świadomie.

    Zamyślił się.

    — Druga: budzimy go. Uprzejmie. Bardzo uprzejmie. Mówimy, że potrzebujemy łódki. Oficjalnie. — Skrzywił się. — Tylko że wtedy trzeba mu powiedzieć po co. A my… — zawahał się — …my mamy różne powody. I nie wszystkie są do opowiadania przy pierwszym śniadaniu.

    Westchnął ciężko.

    — No i jest jeszcze płot.

    Spojrzał w dal, jakby gdzieś między drzewami czaiło się sumienie.

    — On jeszcze nie wie. Ale się dowie. Płoty mają to do siebie, że ktoś zawsze wie, czy były całe.

    Podrapał się po karku.

    — Jak go obudzimy, to możemy powiedzieć: „Brody, drogi Brody, twój płot wyglądał na zmęczony i sam się położył”. — Zamyślił się chwilę. — Tylko że to brzmi jak coś, w co ja bym nie uwierzył. A ja jestem bardzo wyrozumiały.

    Znów zerknął na linę.

    Kolejne:

    — KHrrrrrRRR…

    Paladin znów drgnął.

    — Dobrze — zdecydował nagle, choć w jego tonie było więcej nerwów niż pewności. — Ja podejdę do liny. Ty patrz na niego. Jak przestanie chrapać, to mnie kopnij. Tylko nie za mocno. Mam wrażliwe kostki. Wszyscy mamy dziś jakieś kostki.

    Zrobił dwa ostrożne kroki w stronę drzewa, po czym zatrzymał się jeszcze raz.

    — Rorimaku… — wyszeptał. — Jak mnie złapie, mów, że przyszedłem sprawdzić jakość węzła. Z troski. Ja wyglądam na kogoś, kto troszczy się o węzły.

    I z miną hobbita, który sam nie wie, czy jest bohaterem, czy właśnie popełnia największą głupotę dnia, wyciągnął rękę w stronę liny.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • [CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
    GreKG GreK

    text alternatywny

    Greg Kalkston

    Cztery lata wcześniej

    San Francisco, 2073

    Ciemno.

    Nie — najpierw światło. Zbyt ostre.
    Potem ciemno.

    Zapach ozonu. Spalonej chemii. Krwi.

    I coś jeszcze.

    Jej perfumy. Oszałamiające.

    ─── ◈ ───

    Palce splecione gdzieś pod stołem.
    Rozmowa o niczym.
    Ktoś się śmieje obok.

    — Słuchasz mnie w ogóle?

    Nie. Nie słucha. Patrzy tylko na jej usta.

    ─── ◈ ───

    Kwaśny deszcz bębni o dach Thortona.
    Ona przekręca się na fotelu, podciąga nogi.

    — Zimno mi.

    Oddaje jej kurtkę.
    Przyjmuje bez słowa, jednak się w nią nie owija. Ognik w jej oku gdy wpatruje się w niego.

    ─── ◈ ───

    Błysk.

    Wąż.

    Niebieski.

    Za blisko.

    ─── ◈ ───

    Jej śmiech.
    Głowa odchylona do tyłu.
    Światło neonów odbija się w oczach.

    — Jeszcze jednego, co?

    Nie powinna.

    I tak zamawia.

    ─── ◈ ───

    Punkt.

    Mruga.

    Jeszcze jest.

    Jeszcze—

    ─── ◈ ───

    Jej dłoń na jego karku.
    Kciukiem rysuje kółka.

    Bez powodu.
    Bez słów.

    Elektryzujący zapach jej perfum.

    ─── ◈ ───

    — Greg.

    Cicho.

    — Greg. Śpisz?

    Śmieje się gdy gryzie go w płatek ucha.

    ─── ◈ ───

    Huk.

    Świat rozrywa się od środka.

    Za jasno.

    Za głośno.

    ─── ◈ ───

    Krople wody na jej rzęsach.
    Nie wiadomo czy deszcz, czy coś więcej.

    — Nie patrz tak.

    Ale patrzy.

    — Przepraszam Keira. Przepraszam.

    ─── ◈ ───

    Dym.

    Kaszel.

    Nie może złapać oddechu.

    — Keira?

    ─── ◈ ───

    Jej włosy na jego twarzy.
    Zapach skóry. Ciepło.

    — Zostań jeszcze.

    ─── ◈ ───

    Punkt.

    Znika.

    Tak po prostu.

    ─── ◈ ───

    Jej buty na desce rozdzielczej.
    Śmieje się, kiedy ją strofuje.

    — Co? I tak już ją rozwaliłeś.

    ─── ◈ ───

    Cisza.

    Za duża.

    Nienaturalna.

    ─── ◈ ───

    Jej palce zahaczają o jego dłoń, kiedy mijają się w tłumie.
    Nie patrzy na niego.
    Ale nie puszcza od razu.

    ─── ◈ ───

    — Spierdalajmy stąd, teraz!

    Za późno.

    ─── ◈ ───

    Jej głowa oparta o jego ramię w aucie.
    Śpi. Albo udaje.

    Nie rusza się.

    Żeby jej nie obudzić.

    ─── ◈ ───

    Dym.
    Popiół.
    Nic.

    ─── ◈ ───

    — Będzie nas stać na więcej.

    — Na co?

    — Na wszystko.

    Śmiech.

    Nie wierzy.

    A jednak chce wierzyć.

    ─── ◈ ───

    Ciemno.

    Pusto.

    Cicho.

    Za cicho.

    Tyły Vine Street, 23:15


    Ciało bolało go tak jak gdyby przetoczył się po nim walec, a potem ktoś wrzucił te rozgniecione szczątki do szatkownicy. Ostry promieniujący ból wibrował w głowie i klatce piersiowej, w brzuchu, we wszystkich kończynach, swoją potworną intensywnością nie pozwalając skupić myśli. Usta wypełniał mu charakterystyczny smak krwi cieknącej z rozbitego nosa i zmiażdżonych warg, oblepiającej grudami skrzepów obluzowane zęby.

    Zmaltretowane ciało płonęło falami cierpienia, lecz to nie ból przywołał go z otchłani nieświadomości, tylko nieczuły dotyk obcych rąk bezceremonialnie szarpiących za ubranie i buty. Jęknął głucho czując jak ktoś wykręca mu odrętwiałą rękę i dotykające go liczne dłonie raptownie zniknęły.

    - Chuju złoty, on jeszcze żyje.

    - I co z tego, zaraz zejdzie. Dawaj mi jego buty, to ten sam rozmiar.

    - Spierdalaj, nie będę utylizował żywego, mam swoje zasady.

    - Ja pierdolę. Dobra, szanuję twoje pierdolone zasady, świrze. Tam przy cegłach leżała ołowiana rurka, dawaj ją tutaj. Dobiję go i skończymy robotę.

    Usłyszał odgłos kroków na betonie, jakieś szuranie, metaliczny szczęk. Ostrzegawcze gwizdnięcie.

    - Ktoś tu idzie. Spadamy.

    Odgłos oddalających się pośpiesznie kroków, chwila złudnego wrażenia zawieszenia w pustce wypełnionej stłumionymi, dobiegającymi spod iluzorycznej tafli wody dźwiękami żyjącego gdzieś obok miasta. Kolejne kroki, powolne, szurające podeszwami, potem znienacka trzask i szelest i jakiś nowy ciężar uciskający lewą nogę.

    Kroki oddaliły się w tym samym ospałym rytmie.

    Oddychanie sprawiało taki sam ból jak nieporadne próby poruszania rękami. Łapiąc powietrze tak płytko jak tylko potrafił, otworzył oczy. Półmrok otaczającego go świata był na swój sposób przerażający: rozmazany, czarnoszary, pozbawiony najmniejszego śladu barw Lśnienia. Ograniczony do dziwnie wąskiej i przeraźliwie ubogiej w bodźce perspektywy.

    Dotknięty złym przeczuciem zmusił się do tego, aby podnieść jedną rękę do twarzy, wymacał czubkami palców prawy oczodół i ziejącą w nim pustkę.

    Miał tylko jedno oko, częściowo przesłonięte opuchniętą powieką. To upiorne odkrycie wyjaśniało ograniczone pole widzenia, a jednocześnie w ułamku chwili uwolniło w jego umyśle lawinę zatrważających wspomnień.

    Błysk płomienia wylotowego, niespodziewane uderzenie w bok, które cisnęło nim z impetem w ścianę, lawina brutalnych ciosów spadająca na całe ciało. A potem wleczenie, spadanie i ponownie wleczenie gdzieś w ciemność wypełnioną miedzianym smakiem krwi.

    Usłyszał jakiś szelest, dźwięk mogący być odgłosem stawianych ostrożnie kroków. Coś syknęło lub pyknęło kilkakrotnie, potem znów zapadła cisza, ciągnąca się pozornie w nieskończoność, potęgująca w niewyobrażalnym stopniu wrażenie bezbrzeżnego ludzkiego cierpienia.

    Udręczony umysł zaczynał odpływać w czerń upragnionej nieświadomości, zapadać się w otchłani, z której nie było już powrotu. I wtedy mężczyzna usłyszał dźwięk, który obudził w nim cząstkę umysłu przechowującego pamięć genetyczną gatunku. Był to odgłos drapieżnego węszenia, który swoim dźwiękiem wprawił w panikę instynkt samozachowawczy człowieka przywołując z najgłębszych pokładów podświadomości wspomnienie głośnego węszenia drapieżników krążących wokół jaskini zamieszkiwanych przez pierwszych ludzi.

    Coś zazgrzytało przeraźliwie metaliczną nutą i zmrużone oko mężczyzny zalała oślepiająca poświata elektrycznego światła.

    Do uszu człowieka dotarł stłumiony świst wciąganego bezwiednie w płuca powietrza.

    Rozgrywka cyberpunk cyberpunk2077

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    GreKG GreK

    text alternatywny

    Paladin Tuk Drugi.

    Paladin, już na dole, stał chwilę z rękami założonymi na brzuchu i miną stratega, który właśnie odkrył, że jego przeciwnik ma skrzydła.

    — Dobrze — oznajmił półgłosem. — Mamy sowę. Prawdziwą. Zawodową. Z doświadczeniem w huczeniu.

    Zadarł głowę ku sufitowi.

    — A my chcemy spać. To są dwie potrzeby, które się gryzą. Jak pazury z poddasza.

    Zaczął chodzić w tę i z powrotem, coraz bardziej nakręcając się własnymi pomysłami.

    — Można ją… przekonać. Uprzejmie. — Wskazał palcem w górę. — Wejść i powiedzieć: „Szanowna Pani Sowo, czy rozważyłaby Pani zmianę lokalu?”. Tylko że ona wygląda na taką, co odpowiada wyłącznie „hu”, a z „hu” trudno wynegocjować ciszę nocną.

    Zatrzymał się.

    — Można ją przegonić hałasem. — Zmarszczył brwi. — Ale wtedy będziemy robić większy hałas niż ona. A ja już dziś nasłuchałem się różnych „rrrgh” i „huuu” na zapas.

    Uniósł nagle palec.

    — O! Można spróbować ją… znużyć.

    Spojrzał na pozostałych z powagą.

    — Jeśli będziemy huczeć w odpowiedzi. Równo. Jednostajnie. Bez pasji. To może uzna, że teren jest zajęty przez większą, bardziej monotonną sowę i się wyprowadzi.

    Zamyślił się chwilę, po czym pokręcił głową.

    — Albo przeciwnie. Uzna to za zaloty. A tego bym nie chciał rozwijać.

    Westchnął.

    — Można też wejść i delikatnie postukać w belki. Tak, żeby uznała, że dach jest… niestabilny. Sowy lubią stabilność. Ja też.

    Przechylił głowę.

    — Ewentualnie… — ściszył głos — …przenieść jej kolację. Te wszystkie drobne stworzonka. Jeśli uzna, że spiżarnia się pogorszyła, może zmienić adres.

    Zaraz jednak skrzywił się.

    — Tylko że to oznaczałoby wejście tam jeszcze raz. A ja już raz byłem bardzo blisko jej pazurów i uważam, że to wystarczy na jeden wieczór.

    Znów spojrzał w sufit, gdy rozległo się przeciągłe:

    — HUUU-HU-HUUU!

    Paladin drgnął.

    — Najrozsądniej — powiedział w końcu tonem kogoś, kto właśnie odkrył prawdę objawioną — będzie przekonać ją, że tu straszy. Nie my. Tylko dom.

    Oczy mu błysnęły.

    — Jeśli Milo porządnie rozdmucha ogień, a my zaczniemy chodzić ciężko, przeciągać ławy, postukiwać… niech pomyśli, że to miejsce jest głośne, ruchliwe i zupełnie nieodpowiednie dla sowy ceniącej spokój.

    Nachylił się bliżej reszty.

    — Sowa przyszła, bo było cicho. Zróbmy, żeby było niecicho. Ale z umiarem. Tak, żeby Bunce nie uznał, że to my jesteśmy potworem zza Zielonego Muru.

    Po chwili dodał poważnie:

    — A jeśli nic nie zadziała… to zawsze możemy spać na zmianę. Jedno ucho śpi, drugie słucha. Ja mam całkiem pojemne uszy. Może jedno wystarczy.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • Popiół i Śnieg
    GreKG GreK

    Przepraszam, ja tu tylko na chwilkę.

    Fajna sesja. Przyjemnie się czyta.

    @piołun @mortarel — miód, cud, orzeszki. Dawno tak nie chłonąłem słów.

    No i już mnie nie ma.
    Proszę nie krzyczeć.

    Komentarze

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    GreKG GreK

    text alternatywny

    Paladin Tuk Drugi.

    Paladin przez dłuższą chwilę stał z rękami założonymi za plecami, kiwając się lekko na piętach i przyglądając to posągowi, to kustoszowi, to znów… psu.

    A właściwie psu przede wszystkim.

    Zmrużył oczy.

    — No proszę… — mruknął pod nosem. — Człowiek całe życie słyszy, że pies to stworzenie hałaśliwe, nieuprzejme i skore do szczekania bez zapowiedzi… a tu proszę…

    Zerknął, jak Fajerwerek wtula się w ramiona Malwy.

    — …wskakuje na ręce jak jakiś przerośnięty kociak. Bez żadnego „hau”, bez uprzedzenia, bez ceremonii. — pokręcił głową z dezaprobatą — To jest właśnie brak konsekwencji.

    Zamyślił się chwilę.

    — Bo albo się jest psem i się szczeka, jak należy… — tu uniósł palec, jakby wygłaszał niezwykle ważną tezę — …albo się jest czymś innym i wtedy się nie szczeka wcale. A nie tak, że raz człowiek myśli „to wilk”, a potem „to poduszka z uszami”.

    Westchnął ciężko.

    — To wprowadza niepotrzebne zamieszanie.

    Dopiero po tej głębokiej analizie świata zwierząt Paladin łaskawie powrócił myślami do spraw naprawdę istotnych, czyli maczugi.

    Podszedł bliżej posągu, przyjrzał się dłoni Bullroarera, potem podłodze, jakby maczuga mogła się po prostu gdzieś zawieruszyć i czekać, aż ktoś ją uprzejmie podniesie.

    — Hm.

    Obszedł figurę raz.

    — Skoro ma to związek ze Starym Tukiem… — zaczął powoli — …to znaczy, że sprawa jest albo bardzo prosta, albo bardzo niepotrzebnie skomplikowana.

    Zatrzymał się i spojrzał na resztę, już wyraźnie ożywiony.

    — Stawiam, że ją… pożyczył.

    Krótka pauza.

    — Na chwilę.

    Jeszcze krótsza.

    — Która trwa do dziś.

    Skinął głową sam do siebie, coraz bardziej przekonany.

    — Albo uznał, że skoro maczuga raz dobrze zadziałała, to szkoda, żeby się marnowała w ręku posągu. Przedmiot o takiej historii powinien krążyć. Być w użyciu. Może do rozbijania szczególnie opornych drzwi. Albo… — zawahał się — …orzechów. Bardzo dużych orzechów.

    Zmrużył oczy podejrzliwie.

    — Chyba że… — dodał ciszej — …ktoś ją ukrył, żeby nikt nie próbował powtarzać wyczynów. Bo to się zwykle źle kończy dla wszystkiego dookoła.

    Wyprostował się nagle i poprawił kamizelkę, jakby właśnie rozwiązał sprawę o wielkiej wadze.

    — W każdym razie — podsumował — jestem niemal pewien, że maczuga nie zniknęła sama.

    Rzucił jeszcze jedno spojrzenie na psa.

    — W przeciwieństwie do niektórych rzeczy, które… znikają ostatnio podejrzanie często.

    I odchrząknął niewinnie.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    GreKG GreK

    text alternatywny

    Paladin Tuk Drugi.

    Paladin, który jeszcze przed chwilą wyglądał na całkiem zadowolonego ze swojego rozumowania, nagle wyprostował się jak struna, gdy tylko padło słowo „spinki”.

    A już zwłaszcza „od czarodzieja Gandalfa”.

    Uniósł brwi tak wysoko, jakby próbowały dołączyć do stropu.

    — A więc jednak! — wyrwało mu się, z wyraźną satysfakcją, którą starał się natychmiast przykryć kaszlnięciem. — To znaczy… to wiele wyjaśnia. Bardzo wiele. Nawet więcej, niż się początkowo wydaje.

    Zbliżył się o krok do piedestału, ale nie za blisko — tak, żeby w razie czego zdążyć się cofnąć, gdyby spinki postanowiły… no, cokolwiek postanowić.

    — Skoro coś pochodzi od czarodzieja… — zaczął ostrożnie — …to należy zakładać, że działa. A jeśli działa, to niekoniecznie tak, jak człowiek, czy hobbit, by się spodziewał.

    Przekrzywił głowę, przyglądając się błyskowi diamentów pod szkłem.

    — Same się zapinają, powiadacie? — mruknął. — Hm. To brzmi… wygodnie. Podejrzanie wygodnie.

    Zerknął na resztę towarzystwa, jakby sprawdzał, czy ktoś już przypadkiem nie ma mankietów związanych w supeł.

    — Bo widzicie — ciągnął dalej, coraz bardziej w swoim żywiole — rzeczy, które robią coś „same”, rzadko poprzestają na jednym. Dziś zapinają się same, jutro zapinają się szybciej, pojutrze zapinają się komuś, kto wcale o to nie prosił…

    Zamilkł na moment.

    — …albo komuś, kto bardzo prosi, żeby przestały.

    Odchrząknął i poprawił kamizelkę, odzyskując pozory powagi.

    — Ale! — uniósł palec — Nauka wymaga odwagi. A przynajmniej… obserwacji z bezpiecznej odległości.

    Cofnął się pół kroku. Tak dla pewności.

    — Z wielką chęcią zobaczyłbym ich działanie — oznajmił uprzejmie. — Najlepiej… na kimś, kto ma odpowiednie doświadczenie w obchodzeniu się z przedmiotami historycznymi.

    Krótka pauza.

    — I silne nerwy.

    Jeszcze krótsza.

    — Oraz mankiety, których ewentualna utrata nie będzie wielką tragedią.

    Spojrzał znów na spinki, już wyraźnie zafascynowany.

    — Bo jeśli one rzeczywiście zapinają się same… — dodał ciszej — …to chciałbym bardzo zobaczyć, czy równie łatwo dają się odpiąć.

    text alternatywny

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • Powitania, pożegnania i powroty
    GreKG GreK

    @Skavenloft a bo i nie ma takiego zwyczaju.
    Większość tu właśnie migrowała z Lastinn dlatego miło widzieć kogoś spoza.

    To i ja się przywitam korzystając z okazji. Powoli zaczynam się rozpychać...

    Hydepark

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    GreKG GreK

    text alternatywny!

    Paladin Tuk Drugi.

    Szli wolno, jak na hobbitów przystało, ścieżką wijącą się między pagórkami Kraju Tuków ku drodze na Hobbiton. Esmeralda niosła koszyk z takim spokojem, jakby wybierała się na zwykłe popołudniowe odwiedziny, a nie do Bagginsa, o którym pół Shire’u wciąż mówiło szeptem. Paladin zaś maszerował obok niej z rękami splecionymi za plecami, stawiając kroki równe, odmierzone — aż nazbyt równe.

    Po pierwszym kwadransie skrzywił się lekko.
    Po drugim — chrząknął.
    Po trzecim zatrzymał się nagle, jakby ścieżka go obraziła.

    — Te buty — powiedział tonem oskarżycielskim — od samego początku patrzyły na mnie krzywo.

    Zrobił jeszcze kilka kroków, unosząc stopy wyżej niż trzeba, jakby próbował przechytrzyć skórę i podeszwy. Bez skutku. Obcieranie stało się wyraźne, natrętne, osobiste. Paladin syknął przez zęby, potem mruknął coś o „nienaturalnych wynalazkach spoza Shire’u” i „niepotrzebnym naśladownictwie ludzi”.

    — Mówiłam, że nie trzeba — zauważyła Esmeralda, nie zwalniając kroku.
    — Mówiłaś wiele rzeczy — odparł. — Ale TO jest wyjątkowo nie do zniesienia.

    Stanął znowu. Tym razem na dobre. Oparł się o kamień przy drodze, usiadł ciężko i z miną hobbita, który właśnie podjął ważną decyzję życiową, rozwiązał rzemyki. Najpierw jeden but poleciał w krzaki, z wyraźną ulgą. Drugi dołączył do niego chwilę później, rzucony dalej i z większym przekonaniem.

    — O, nie — rzekł, prostując palce u stóp i wciągając powietrze z błogością. — To już koniec.

    Wstał, strzepnął spodnie i spojrzał na siostrę z powagą godną thanów i radnych.
    — Jako hobbit, Paladin Tuk Drugi, oświadczam, że nigdy więcej nie założę butów. Ani na wizytę, ani na uroczystość, ani choćby do samego króla pod Górą.
    I niech nikt mnie do tego nie namawia, bo szybciej zdejmę kapelusz niż wcisnę stopę w skórzany więzień.

    Ruszył dalej boso, wyraźnie lżejszy krokiem, z nową energią i tym zadowolonym pomrukiem, który zawsze oznaczał, że Paladin znów jest sobą. Esmeralda tylko pokręciła głową, uśmiechając się pod nosem, i poszła za nim bo wiedziała, że Tuk, który raz się zżymał i zadecydował, nie zmienia zdania.

    text alternatywny

    Paladin Tuk Drugi od samego wejścia do Bag End zachowywał się tak, jakby znalazł się w miejscu jednocześnie doskonale znanym i podejrzanie zmienionym. Otarł stopy o wycieraczkę z przesadną starannością. Raz, drugi, trzeci, po czym dopiero pozwolił się uściskać Bilbowi, odpowiadając uśmiechem krótkim, lecz szczerym. Uścisk oddał solidny, tukowy, z lekkim klepnięciem w ramię, jakby chciał sprawdzić, czy Baggins nadal jest z tej samej materii co dawniej.

    Gdy znaleźli się w saloniku, Paladin nie usiadł od razu. Najpierw obszedł stół półkolem, rzucił okiem na przekąski, skinął głową kominkowi, jakby ogień należało uprzejmie uznać, i dopiero wtedy opadł na fotel. Westchnął przy tym głęboko, z tym charakterystycznym dźwiękiem kogoś, kto docenia wygodę, ale nie zamierza okazywać zachwytu.

    Kufel wziął w obie dłonie, powąchał zawartość, napił się małego łyku i dopiero wtedy skinął głową z aprobatą.
    — Dobrze — mruknął. — Bardzo dobrze.
    I dopiero po chwili dodał:
    — Droga też była… wystarczająca.

    Słuchając Bilba, Paladin miał zwyczaj lekko przechylać głowę i mrużyć jedno oko, jakby każde zdanie ważył osobno. Kiedy Baggins zaczął przemowę, Tuk poprawił się w fotelu, splecionymi palcami oparł dłonie na brzuchu i przestał sięgać po jedzenie. To zawsze był znak, że przestał być gościem, a zaczął być Tukiem.

    Na słowo przygoda nie uniósł brwi. Uniósł tylko kącik ust.
    Na tam i z powrotem parsknął cicho nosem.
    A gdy padło Dom Mathom, Paladin odchrząknął, przeciągle i znacząco, jakby właśnie potwierdzono jego wcześniejsze przypuszczenia.

    Przy wzmiance o mapie Starego Tuka pochylił się lekko do przodu. Palcem zaczął kręcić wolne kółko na poręczy fotela. Gdy Bilbo mówił o „dyskrecji” i „paskudnym psisku”, Paladin zerknął na Esmeraldę, a potem znów na Bagginsa, tym spojrzeniem, które nie pytało czy, tylko jak bardzo.

    Twarz Paladina wyraźnie się zmieniła. Najpierw zmarszczył nos, jakby właśnie poczuł zapach czegoś podejrzanego, potem skrzywił usta w grymasie szczerej, nieskrywanej niechęci. Jedno oko przymrużył bardziej niż drugie — stary odruch, który zawsze zdradzał, że temat trafił w czuły punkt.

    — Psy… — mruknął przeciągle, jakby samo słowo było nieco zbyt głośne.

    Odstawił kufel na stół z cichym stuknięciem i nieświadomie odsunął stopy pod fotel, jakby spodziewał się, że coś zaraz wyjrzy spod stołu. Palcami zaczął skubać rąbek kamizelki, natrętnie i bezwiednie.

    — Ja nie lubię, jak się na mnie warczy — dodał, kręcąc głową z wyraźnym niesmakiem. — A już w ogóle szczeka. To niegrzeczne. I głośne. I zawsze wiadomo, że zaraz zbiorą się ludzie.

    Westchnął ciężko, po czym zerknął na Bilba spod brwi.
    — Hobbit powinien wiedzieć, na czym stoi — ciągnął dalej. — A pies nigdy nie stoi spokojnie. Patrzy, węszy, warczy… jakby coś wiedział, a nie chciał powiedzieć.

    Znów skrzywił się, tym razem krócej, jakby dla porządku.
    — Jeśli ta bestia zna twój zapach, Bilbo, to już jej nie polubiłem. Nawet jeśli jeszcze jej nie widziałem.

    Po czym sięgnął po przekąskę, jakby chciał odpędzić myśl o szczekaniu czymś chrupiącym, i dodał ciszej, z rezygnacją:
    — Ale cóż. Dla mapy Starego Tuka… będę bardzo, bardzo cicho.

    Milczał więc przez chwilę, marszcząc czoło tak, jakby próbował w nim rozrysować mapę całego Shire’u. Potem wciągnął powietrze, wypuścił je powoli i zaczął mówić — nie do końca do Bilba, nie do końca do Esmeraldy, raczej do samej myśli o drodze.

    — Most odpada — rzucił od razu, zbyt szybko, by było to jeszcze w pełni przemyślane. — Kamień niesie dźwięk. A dźwięk niesie ludzi. A ludzie niosą pytania.

    Zawiesił głos, podrapał się w skroń.
    — Ale z drugiej strony… ścieżka przy młynie… nie, tam Sandyman ma psy. Zawsze miał psy. Psy pamiętają. Poza tym warczą i szczekają. O! Nie, nie, to zły pomysł.

    Przechylił się w fotelu, jakby skręcał wraz z wyimaginowaną drogą.
    — Przez pola? Pola są otwarte. Otwarte rzeczy widzą za dużo. A za żywopłotami… — urwał, machnął ręką. — Żywopłoty plotkują. Każdy hobbit wie, że żywopłoty plotkują.

    Zaczął kreślić palcem niewidzialne linie na blacie stołu.
    — Można by obejść Hobbiton od północy. Albo od południa. Południe jest dłuższe, ale mniej uczęszczane. Chociaż… — skrzywił się — tam mieszka ten Gamgee, co zawsze jest w ogródku. A ogródki też mają oczy.

    Westchnął, sięgnął po kufel, zapomniał się napić.
    — Gdyby iść wcześnie rano… nie, wtedy wszyscy wychodzą po mleko. Późno w nocy też nie, bo psy. Zawsze te psy.

    Potarł kciukiem fajkę, choć nadal jej nie zapalił.
    — Najlepiej byłoby pójść tak, żeby nikt nie zauważył, że się idzie. Ale to wymaga drogi, której nie ma. Albo takiej, o której nikt nie pamięta.

    Spojrzał wreszcie na resztę, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, że nie jest sam.
    — No, w każdym razie… — zaczął i zawiesił głos.

    Rozłożył ręce.
    — Na pewno nie tam. I raczej nie tędy. A którędy… — pokręcił głową, z lekkim, tukowym uśmiechem — …to jeszcze się okaże.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • Krzyk Pustki
    GreKG GreK

    Imię i nazwisko: Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov
    Nie z tych Kalashikovów.

    Wiek: 58 lat
    Profesja: inżynier, były górnik
    Stanowisko na USCS Kardiashian: pierwszy oficer
    Pochodzenie: kolonie UPP

    text alternatywny

    Co załoga wie o Siergieju Nikołajewiczu "Sadzy" Kalashnikovie

    Sadza był na USCS Kardashian jeszcze zanim pojawił się obecny kapitan. Hannigan odziedziczył go razem z resztą dobytku jednostki i chyba szybko uznał, że łatwiej zaakceptować jego obecność niż szukać nowego inżyniera na taki wrak.

    Wiadomo, że wcześniej pracował przy górnictwie i ciężkim sprzęcie, głównie na trasach obsługujących kolonie UPP. Nikt nie wie dokładnie, co mu się stało, ale plotki mówią o pożarze albo eksplozji w kopalni. Efektem są mechaniczne wspomaganie oddechu, przemysłowe protezy i paskudne blizny, których Sadza nie lubi pokazywać.

    Ma opinię człowieka, który potrafi utrzymać przy życiu wszystko, od reaktora po ekspres do kawy, pod warunkiem, że da mu się śrubokręt, spawarkę i święty spokój. Jednocześnie jest cyniczny, nieprzyjemny i wyraźnie zdemoralizowany. Nie ufa automatyce, korporacjom ani ludziom, którzy mówią zbyt optymistycznie.

    Z kapitanem dogaduje się… różnie. Hannigan pilnuje procedur, Sadza uważa, że procedury są dobre do momentu, aż zacznie się palić. Mimo tego obaj zdają się mieć do siebie pewien szorstki respekt. Kapitan wie, że Sadza potrafi utrzymać Kardashian w jednym kawałku. Sadza wie, że Hannigan przynajmniej nie jest idiotą.

    Załoga wie też, że:

    • Sadza prawie nie śpi bez leków lub alkoholu,

    • czasem budzi się po kriośnie z atakiem paniki,

    • nie cierpi korporacyjnych agentów,

    • i zawsze, ale to zawsze, zamyka za sobą grodzie.

    Materiały

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    GreKG GreK

    text alternatywny!

    Paladin Tuk Drugi.

    Paladin zareagował natychmiast — choć „natychmiast” w jego wydaniu oznaczało serię ruchów i myśli, które niekoniecznie układały się w logiczną kolejność.

    Najpierw poderwał się z krzesła tak gwałtownie, że to krzesło cofnęło się o pół stopy, urażone.
    — O-ho! — wyrwało mu się, gdy zobaczył Droga na podłodze, stołek przechylony pod nieodpowiednim kątem, a całą sytuację wyraźnie nie tam, gdzie powinna być.

    Zrobił krok w przód, potem drugi… po czym zatrzymał się nagle.
    — Mówiłem — mruknął, wskazując palcem stołek — stołki są zdradliwe. Zawsze były. Człowiek… to znaczy hobbit… wchodzi na nie z ufnością, a one tylko czekają.

    Prymuli, która już klęczała przy Drogo, przyglądał się z rosnącym niepokojem, kręcąc głową w sposób drobny, nerwowy, jakby próbował roztrząsnąć myśl, która ugrzęzła mu za uchem. Gdy padły słowa o zwichniętej kostce, Paladin skrzywił się wyraźnie — jak ktoś, kto doskonale wie, jak bardzo kostki potrafią być nielojalne.

    — Kostka… — powtórzył. — Wiedziałem. Zawsze mówię: kolana, kostki i buty — żadnemu nie można ufać.

    Zaczął krążyć wokół sceny drobnym półkolem, ostrożnie stawiając bose stopy, żeby przypadkiem nie nadepnąć na czyjąś dłoń ani na sytuację, która i tak już była wystarczająco skomplikowana. Co chwilę pochylał się, jakby chciał pomóc, po czym prostował się znowu, bo właśnie przypomniało mu się coś bardzo ważnego.

    — Nie ruszaj nim — rzucił nagle, po czym od razu dodał: — To znaczy… ruszaj, ale powoli. Albo wcale. Albo tylko tyle, ile trzeba.

    Potarł dłonie o kamizelkę.
    — Zwichnięcie to nie żarty. Raz widziałem, jak hobbit zwichnął kostkę i przez tydzień kulał, a przez drugi tydzień wszyscy mu o tym przypominali.

    Pochylił się wreszcie bliżej, ostrożnie, z miną człowieka, który absolutnie nie chce zaszkodzić, ale czuje, że powinien coś zrobić.
    — Drogo — powiedział łagodniej, niż można by się spodziewać. — Ty się nie przejmuj. Leż. Leż to masz opanowane bardzo dobrze.

    Potem spojrzał na Prymulę, kiwając głową z uznaniem.
    — Dobrze mówisz. Kostka. To ona wszystko psuje. — Zawahał się. — Trzeba ją potraktować stanowczo… ale delikatnie.

    Zamilkł na moment, po czym dodał, jakby dochodząc do oczywistego wniosku:
    — A stołek… stołek należy usunąć z pomieszczenia. Żeby nie kusił innych.

    I zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować, odsunął zdradliwy mebel pod ścianę, po czym wrócił na swoje miejsce przy Drogu, wyraźnie uspokojony, że przynajmniej jedno zagrożenie zostało właśnie opanowane. I to przez Paladina Tuka Drugiego.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • AI w językowej służbie MG
    GreKG GreK

    Moim zdaniem...

    AI może być niebezpieczne. W rękach opiniotwórczych polityków, korporacji, mediów etc. Trzeba mieć tego świadomość i ograniczać prawnie jej stosowanie.

    Z drugiej strony czerpię garściami z jej możliwości.
    W życiu zawodowym niesamowicie ułatwiła mi pracę. Przygotowanie podsumowania spotkania z listą zadań, głównych tematów — to się już praktycznie robi same. Pomoc w prezentacjach. Analiza danych. Proste skrypty. Bardziej skomplikowane formuły w excellu. Coś co kiedyś zajmowało więcej czasu albo wymagało wsparcia działu IT robi się w kilka minut. Bajka.

    Co do postów i grania.
    Korzystam z AI do przygotowania KP od strony technicznej. Później i tak jest do poprawy ale mam solidny szkielet. Wcześniej musiałem polegać na całkowitej pomocy MG.
    (Nie, nie przeczytam tych wszystkich podręczników.)
    Posty?
    Piszę sam ale czasami puszczam na AI i pytam co byś tu poprawił? Efekty różne. Większość wyrzucam ale poprawia interpunkcję. Czasami spodoba mi się jakiś zwrot.
    Czasami wręcz pytam "jakbyś inaczej powiedział (...) ustami mojej postaci".
    Czasami "jak zachowałaby się moja postać w takiej sytuacji"?
    Często nie jestem zadowolony z odpowiedzi ale czasami pomaga nabrać dystansu i zaczynam się zastanawiać... może rzeczywiście.

    AI może być źródłem inspiracji. Nawet jeśli jest średnią "pomysłów z ogółu żywych ludzi".

    Dyskusje RPG

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    GreKG GreK

    text alternatywny!

    Paladin Tuk Drugi.

    Paladin — a właściwie Paddi, bo w takich chwilach wszyscy mówili do niego miękcej — zatrzymał się w pół ruchu. Jeszcze przed chwilą poprawiał poduszkę pod nogą Droga, po czym nagle znieruchomiał, jakby dopiero teraz usłyszał, że ktoś zwrócił się wprost do niego.

    — Ja…? — mruknął, prostując się zbyt szybko. — To znaczy… pytasz mnie?

    Na moment wyraźnie się zakłopotał. Potarł kark, potem brodę, potem — zupełnie niepotrzebnie — sprawdził, czy kamizelka nadal jest zapięta. Spojrzał na Prymulę, potem na Droga, na Bilba, jakby odpowiedź mogła leżeć gdzieś na podłodze obok stołka.

    — Doktor… tak… — zaczął, przeciągając słowo, jakby chciał dać sobie czas na dogonienie własnych myśli. — Rattlebee. Rattlebee, oczywiście że Rattlebee.

    Kiwnął głową z rosnącym przekonaniem, choć nadal wyglądał, jakby sam siebie upewniał.
    — Mieszka na Tukowej Skarpie. Albo przy Skarpie. Znacznie bliżej niż Brandy Hall, to na pewno. Ma dom z tym… krzakiem przed wejściem. Zawsze za wysoki. Nigdy go nie przycina.

    Zamilkł na ułamek sekundy.
    — Albo przycina, tylko krzak się nie słucha. Tak czy inaczej — doktor jest porządny.

    Znów spojrzał na kostkę Droga i skrzywił się lekko.
    — Zwichnięcia zna. Bardzo dobrze zna. A i nie zadaje głupich pytań, tylko od razu mówi, co boli i jak długo będzie bolało, co jest uczciwe.

    Westchnął i rozłożył ręce, trochę bezradnie.
    — Przepraszam… w tym całym zamieszaniu… stołki, kostki, psy w wyobraźni… — machnął dłonią. — Tak. Dobrze pamiętasz. Rattlebee. I jeśli mamy iść po kogoś, do kogoś to właśnie do niego.

    Po czym dodał ciszej, z tym swoim tukowym zawstydzeniem:
    — Czasem człowiek… hobbit… musi najpierw posprzątać myśli, zanim przypomni sobie oczywiste rzeczy.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • AI w językowej służbie MG
    GreKG GreK

    W czasach gdy LI zdychało a Rolltelling jeszcze nie istniał, zrobiłem taki eksperyment i poprosiłem kazałem GPTchat poprowadzić moją postać w systemie, który mnie interesował. Wykorzystałem do tego postać stworzoną na potrzeby jesnej z sesji, która na początku dobrze żarła ale niestety padła.
    Początek nie był zły ale zniechecenie przyszło w miarę szybko. Była jakaś nijakość i wtórność.

    Do czego jednak zmierzam...

    Wydaje mi się, że AI dojdzie kiedyś, w nie tak może znowu odległej przyszłości, do takiego poziomu, że będzie w stanie zapewnić tego typu rozgrywkę na wysokim poziomie.

    Niezaprzeczalnymi zaletami będą:

    • MG zgodzi się na dowolne universum i dowolny scenariusz
    • 100% dostępności MG
    • sesja nie padnie bo MG się odwidzi, rozchoruje, whatever
    • MG się nie obrazi na przestoje spowodowane przez gracza a nawet wroci do sesji porzuconej miesiące / lata temu

    Nie mam moralnych oporów, żeby z takiego narzędzia skorzystać, jeśli mi dowiezie to czego oczekuję.

    Dyskusje RPG

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    GreKG GreK

    text alternatywny

    Paladin Tuk Drugi.

    Paladin drgnął tak gwałtownie, że omal nie wylał sobie piwa na kolana.

    — No proszę — mruknął, mrużąc oczy. — Znowu coś, co brzmi jak coś, czym nie jest.

    Z zewnątrz poniosło się przeciągłe:

    — HUUU-HU-HU-HUUUU!

    Paddi uniósł palec.

    — To ma być sowa — oznajmił tonem hobbita, który już raz się pomylił i nie zamierza robić tego drugi raz. — Tylko że… — zawahał się — …czy sowa powinna tak bardzo się starać?

    Spojrzał podejrzliwie na sufit.

    — Bo ostatnio też było „grrr-ghrrr”, a wyszedł z tego hobbit w łódce. I to z brodą. — Pokręcił głową. — Ja już nie ufam odgłosom. Odgłosy są zwodnicze.

    Znów:

    — HUUU-HU-HU-HUUUU!

    Paladin zmarszczył brwi jeszcze bardziej.

    — To może być sowa. — Skinął głową. — Ale równie dobrze może być hobbit, który próbuje być sową. Albo sowa, która próbuje być hobbitą. Świat jest skomplikowany.

    Podszedł do drzwi i wyjrzał ostrożnie w stronę poddasza.

    — Powiedziałeś, że zwykle przesiaduje na górze? — rzucił przez ramię do Bunce’a. — Bo jak to faktycznie sowa, to siedzi. A jak to hobbit… to też może siedzieć. Hobbici lubią siedzieć.

    Zadarł głowę ku szczytowi domu, gdzie drabina prowadziła na poddasze.

    — Można by sprawdzić — mruknął. — Tak dla pewności. Naukowo.

    Zrobił krok w stronę wyjścia, po czym zatrzymał się.

    — Chyba że ktoś inny chciałby. — Odchrząknął. — Bo ja oczywiście mogę. Drabiny nie są mi obce. Kiedyś wszedłem na stołek. To prawie to samo, tylko wyżej.

    Znów huknęło:

    — HUUU-HU-HU-HUUUU!

    Paladin skrzywił się.

    — To brzmiało trochę… obraźliwie.

    Odwrócił się do Rorimaka, Milo i Oda.

    — Dobrze, plan jest taki: ja wchodzę. Powoli. Cicho. Jeśli to sowa, to ją zobaczę. Jeśli to hobbit… to zobaczę też. A jeśli to coś trzeciego, to zawołam. Tylko nie za głośno, żeby nie spłoszyć czegokolwiek, co udaje cokolwiek.

    Westchnął i złapał się pierwszego szczebla drabiny.

    — I pamiętajcie — dodał półgłosem — jeżeli to znowu będzie zwykły, spokojny ktoś, kto tylko wydaje dziwne odgłosy… to ja nic nie mówiłem o wilkach. Ani o potworach. Ani o sowach-hobbitach.

    Po czym zaczął się wspinać, mrucząc pod nosem:

    — Huu-hu, powiada… zobaczymy, kto tu komu hu-hu…

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    GreKG GreK

    text alternatywny

    Paladin Tuk Drugi.

    Paladin najpierw zobaczył oczy.

    Potem zobaczył drugie oczy.

    A potem zrozumiał, że to wciąż te same, tylko bardzo, bardzo duże.

    Zamarł na drabinie, z jedną stopą w powietrzu i ręką kurczowo trzymającą framugę.

    — Hu… huuu? — odpowiedział odruchowo, zanim zdążył pomyśleć, że właśnie rozmawia z czymś, co ma dziób większy niż jego łyżka do zupy.

    Światło wpadło szerzej. Pióra. Dziób. Krew. Małe, bezsprzecznie martwe stworzonka rozsiane po poddaszu.

    Paladin przełknął ślinę.

    — To jest… — wyszeptał do siebie — …bardzo przekonujące przedstawienie sowy.

    Sowa przekrzywiła głowę.

    — HU?

    — No właśnie! — syknął Paddi, unosząc palec, jakby prowadził uczoną dysputę. — Tak samo mówię. „Hu”. Bardzo sowio. Aż podejrzanie.

    Zrobił maleńki krok w tył, ale drabina skrzypnęła i zatrzymał się w pół ruchu.

    — Spokojnie — mruknął, bardziej do siebie niż do niej. — To nie wilk. Wilki nie mają piór. Chyba że wyjątkowo źle się potoczyło ich życie.

    Sowa poruszyła skrzydłem. Pazury błysnęły.

    Paladin wciągnął powietrze przez zęby.

    — Dobrze. — Skinął głową bardzo poważnie. — Załóżmy roboczo, że jesteś sową. Prawdziwą. Autentyczną. Z krwi i… — zerknął na zdobycz — …z innych rzeczy.

    Z dołu dobiegł czyjś szept.

    Paladin nie odwrócił głowy, tylko odpowiedział półgłosem:

    — To zdecydowanie sowa! Albo ktoś, kto sowę bardzo dobrze udaje! Ale stawiałbym na sowę!

    Znów spojrzał w wielkie oczy.

    — Nie mam nic przeciwko tobie osobiście — wyjaśnił uprzejmie. — Siedzisz tu. Huczysz. Zjadasz… co tam zjadasz. To bardzo w porządku zajęcie dla sowy.

    Sowa zamrugała.

    — Tylko wiesz — ciągnął dalej, coraz bardziej konfidencjonalnie — my tu nocujemy. I jak będziesz tak… teatralnie huczeć, to hobbici na dole będą sobie wyobrażać różne rzeczy. A wyobraźnia już nam dziś zrobiła kilka figli.

    Zrobił jeszcze pół kroku w tył.

    — Nie zamierzam cię ruszać. Ty nie ruszaj mnie. Uznajmy, że się widzieliśmy, ale nie znamy. To bardzo cywilizowane podejście.

    Sowa wydała krótsze:

    — Hu.

    Paladin skinął głową z powagą.

    — Właśnie tak. Rozsądnie.

    I zamknąwszy ostrożnie drzwiczki do poddasza, powolutku, szczebel po szczeblu, zaczął schodzić na dół, mamrocząc pod nosem:

    — Sowa jak malowana… z pazurami jak grabie… i z obiadem rozrzuconym po całym poddaszu… Zupełnie normalny wieczór. Zupełnie.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    GreKG GreK

    text alternatywny

    Paladin Tuk Drugi.

    Paladin szedł obok wozu, raz trzymając się burty, raz puszczając ją zupełnie bez powodu, jakby sprawdzał, czy wóz przypadkiem sam nie postanowi gdzieś pojechać.

    — Mapa, powiadacie… — mruknął, marszcząc nos. — Mapa Starego Tuka, w Domu Mathom, w środku miasta, gdzie jest więcej oczu niż rodzynek w porządnym cieście z rodzynkami.

    Spojrzał na Prymulę, potem na Esmeraldę, potem gdzieś przed siebie, gdzie nic szczególnego nie było.

    — Zakład ze spinkami… — powtórzył powoli. — To jest plan. Plan z historią. A plany z historią są lepsze, bo brzmią jak coś, co już się kiedyś udało.

    Podrapał się po brodzie.

    — Tylko że… — zawahał się — …jak ona nie pokaże mapy, to przegramy zakład. A ja nie mam spinek. I nie znam nikogo, kto ma takie, co się same zapinają, chyba że… — zmrużył oczy — …to był ten czarodziej. Ale czarodzieje mają swoje zwyczaje i raczej nie pożyczają spinek na poczekaniu.

    Spojrzał na Esmeraldę.

    — A zabranie jej tak po prostu… — ściszył głos — …to brzmi jak coś, co najpierw wydaje się bardzo rozsądne, a potem człowiek… znaczy hobbit… kończy w jamie. Tej z książek. Bez kolacji.

    Zadrżał lekko.

    — A ja jestem przeciwny pomysłom bez kolacji.

    Zamyślił się głębiej, aż prawie przystanął na środku drogi.

    — Wymiana… — mruknął. — Wymiana jest uczciwa. Tylko trzeba mieć coś, co kustoszka uzna za lepsze niż mapa. A mapa Starego Tuka… — pokręcił głową — …to nie byle marchewka z ogródka.

    Nagle podniósł głowę.

    — Albo nie musi być lepsze! — ożywił się. — Może być ciekawsze. Ludzie… znaczy hobbici… lubią rzeczy ciekawe. Jak coś jest wystarczająco ciekawe, to zapominają, że mieli coś jeszcze.

    Zaraz jednak jego mina zrzedła.

    — Tylko pytanie, czy my mamy coś ciekawego. — Rozejrzał się po nich wszystkich, jakby ktoś mógł mieć coś w kieszeni i o tym nie wiedzieć.

    Spojrzał na Oda. Potem na resztę. Potem znów na drogę.

    Poprawił kamizelkę, jakby to miało uporządkować sytuację.

    — Zatem — podsumował, choć wcale nie brzmiał jak ktoś, kto naprawdę podsumował — idziemy do Domu Mathom. Zakład. Spinki. Rozmowa. Bez słowa „mapa”. Patrzymy, słuchamy, kiwamy głowami jak porządni odwiedzający.

    Zawahał się jeszcze.

    — A jak się nie uda… — dodał ciszej — …to wtedy będziemy się martwić, jak się nie udało. Nie wcześniej. Wcześniejsze martwienie się jest marnowaniem dobrego nastroju.

    Po czym ruszył dalej, mrucząc pod nosem:

    — Mapa, sowa, łódka, płot… zupełnie zwyczajna podróż. Zupełnie.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • Czytanie sesji
    GreKG GreK

    Na LI przeczytałem kilka sesji od początku do końca. (Zdarzało mi się nawet przeglądać do nich komentarze, bo to ciekawe korelacje były). Niektóre lepsze niż niejedna książka.

    Tutaj mi się jakoś nie zdarzyło. Kiedyś miałem chyba więcej czasu.

    Forum
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa