Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
GreKG

GreK

@GreK
Mecenas
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
343
Tematy
0
Udostępnień
0
Grupy
1
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Krzyk Pustki
    GreKG GreK

    Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

    text alternatywny

    Bleinert

    Właśnie wtedy, gdy wszyscy wgapiali się w ciemną plamę rozlaną na pokładzie, coś huknęło za jego plecami.

    Nie wystrzał. Coś ciężkiego. Metal o metal.

    Sadza odwrócił się odruchowo.

    — Shto... kurwa?

    Obraz przez moment nie chciał się złożyć w całość.

    Chimik leżał na kolanach, podparty rękami, kaszląc i mamrocząc pod nosem jakieś przekleństwa. Za nim stał Joshua. Sztywny. Nieruchomy.

    — Crowe?

    Nie zdążył zrobić nawet kroku.

    Coś spadło z sufitu.

    Ciemna, błyszcząca masa runęła pomiędzy niego a Eliasa z mokrym, obrzydliwym plaśnięciem.

    Sadza aż drgnął.

    — Blin!

    Odruch był szybszy od myśli. Zamachnął się ciężkim buciorem, chcąc odkopnąć to paskudztwo gdzieś pod ścianę. Nie zastanawiał się, czym jest. Nie chciał wiedzieć.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    GreKG GreK

    Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

    text alternatywny

    Bleinert

    Nie było miejsca na dyskusje. Napięcie w głosie Starego mówiło wystarczająco dużo.
    Sadza bez słowa wyłączył spawarkę, przerywając cięcie w połowie roboty. Jeszcze gorącą przypiął do uprzęży i ruszył w stronę ładowni.
    W dłoniach pojawiła się broń Joshui.
    Omiótł pomieszczenie wzrokiem, szukając ewentualnych dróg ewakuacji.
    Potem uniósł wzrok w górę.
    Sufit.
    Kanały wentylacyjne. Instalacje. Przewody. Wszystko, co mogło skrywać coś, czego nie było widać z poziomu podłogi.
    Nie strzelał. Nie miał do czego. Nie chciał marnować amunicji.
    Coś za nimi szło?
    Załoganci Bleinerta?
    Korytarzami technicznymi?
    To nie miało sensu. Po co mieliby się chować.
    Zbuntowane androidy?
    Skrzywił się.
    To również było idiotycznie nierealne.
    Zatem... Kto? Shto?

    Rozgrywka

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    GreKG GreK

    Paladin Tuk Drugi

    Paladin Tuk Drugi nie lubił pośpiechu, ale zaproszenie od Bilba Bagginsa z Bag End miało wagę większą niż zwykła herbatka z ciastkiem. Bo z Bilbem Bagginsem nigdy nie było „ot, tak po prostu”. Wracał z wielkiej wyprawy z kieszeniami pełnymi opowieści i… no właśnie. Skarbów. Jedni mówili o złocie, inni o klejnotach, jeszcze inni o przedmiotach, których lepiej nie dotykać bez zaproszenia. Paladin nie wierzył w połowę plotek, ale drugiej połowy nie zamierzał lekceważyć. Zaproszenie leżało więc na stole już trzeci dzień, przyciśnięte solniczką, żeby „nie uciekło”, jak twierdziła Esmeralda.

    Przygotowania szły zatem po tukowemu: najpierw sprawdził kamizelkę (czy guziki trzymają), potem buty (czy nadają się na drogę, a nie tylko do fotela), na końcu tobołek — bo choć Bag End to nie wyprawa w Góry Mgliste, hobbit bez zapasu wygląda podejrzanie.
    Pakowanie tobołka stało się więc sprawą poważną.
    Najpierw włożył fajkę. Potem drugą — bo Bilbo mógł chcieć zapalić „ten swój dziwny tytoń”.
    Chleb? Owszem.
    Ser? Koniecznie.
    Coś słodkiego? Placek na wypadek długich opowieści.

    — Bilbo lubi gości przygotowanych — mruczał do siebie. — A poza tym, znając go, opowieści będą długie, a kolacja... niekoniecznie wystarczająca.

    Po chwili zastanowienia wyjął placek.

    — Nie wypada — mruknął. — Baggins obrazi się, że własnego nie poda.

    Włożył za to mały nożyk. Potem się zawahał.

    — Do Bag End? Paladin, opanuj się.

    Esmeralda, oparta o framugę, przyglądała się temu w milczeniu dłuższą chwilę.

    — Jeśli włożysz jeszcze jedną „rzecz na wszelki wypadek”, to zabraknie miejsca na rozsądek — zauważyła.

    — Rozsądek zostawiam w domu — odparł. — Na wizyty u Bilba nie zawsze się przydaje.

    Najwięcej czasu zajęło mu zastanawianie się czego nie zabrać. Czy wypada pytać o skarby? Czy lepiej udawać, że nic go nie interesuje? A jeśli Bilbo pokaże coś niezwykłego — czy Tuk powinien okazywać zachwyt, czy raczej ostrożność?

    Gdy wreszcie zamknął tobołek, poprawił kapelusz i spojrzał na siostrę z tym charakterystycznym tukowym uśmiechem.

    — No, Esme. Jeśli Baggins zaprasza, to albo będzie bardzo miło… albo bardzo ciekawie. A ja, jako Tuk, wolę być gotów na jedno i drugie.

    Archiwum sprzysiężenie czerwonej księgi

  • Krzyk Pustki
    GreKG GreK

    Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

    text alternatywny

    Wybudzony z hibernacji Siergiej otworzył nagle oczy by chwilę później zgiąć się w pół łapiąc za klatkę piersiową.

    Tlenu! Tlenu!

    Bezwiednie otwierał usta by złapać choćby haust powietrza. Uderzył mocno pięścią dwa razy w żebra nim przeciągły świst oznajmił, że wpomaganie płuc zaczęło działać.

    Zakaszlał. Przechylił się za kapsułę i bluzgnął na podłogę czymś, co przed chwilą wypełniało mu żołądek. Wychodził z założenia, że jeśli coś mu leży na wątrobie, to trzeba to z siebie wyrzucić.

    — Job twoju mat'! — wyharczał przez napływające łzy.

    Wytarł usta rękawem. Od razu poczuł się lepiej.

    Pierdolone wybudzenia go kiedyś zabiją. I chociaż powinien się już do tego przyzwyczaić — nie potrafił. System wspomagający oddychanie, zawsze robił mu ten sam psikus. A on za każdym razem panicznie się bał, że tym razem się nie uruchomi. Że zostanie z tą rozdziawioną gębą jak karp wyrzucony z wody i się udusi. Kilka sekund strachu.

    Za stary był na to. Za stary i za bardzo zużyty.


    Korposucz, którą wzięli na pokład w Gliese pozbierała się szybciej od niego. Młodość. Gdy mijała jego kapsułę spojrzała na niego z odrazą. Zatrzymała się, zmieniła zdanie i zawróciła w stronę kapitana.

    Co za blat'?

    Przemknęło przez głowę Nikołajewicza, gdy zdał sobie sprawę, że właściwie to nie patrzyła na niego, tylko gdzieś obok. Ponad nim?


    Zmarszczył brwi i przekręcił głowę w stronę terminala przy kapsule.

    15.08.2183.

    Patrzył kilka sekund, jakby cyfry miały same zmienić układ.

    — Nie… — mruknął zachrypniętym głosem.

    Na Borodino mieli dolecieć dopiero pod koniec listopada. Najwcześniej. Coś się musiało koncertowo spierdolić.

    Awaria chronometru? Nie.
    Rozjazd czasu po błędzie nawigacji? Mało prawdopodobne.
    Uszkodzenie modułu kriogenicznego?
    Błąd OPIEKUNA?
    Przebudzenie awaryjne po kolizji?
    Albo, co gorsza…

    …reaktor.

    Poczuł znajomy chłód pełznący po karku.

    Bo ludzi wybudza się przed czasem tylko z kilku powodów. I żaden nie był dobry.


    Stary rozmawiał właśnie z syntkiem gdy Korposucz kręcąc dupą płynęła w jego stronę. Sadza zdołał się pozbierać na tyle, że wstał o własnych siłach i udało mu się nie wypierdolić na własnych żygowinach. Z honorem zdołał więc przywlec się do Hannigana na czas by usłyszeć jak ten odprawia ją z niczym, co przyjął z szerokim uśmiechem.

    — Ta jes! — skwitował rozkaz z czymś między salutem a machnięciem ręką.

    A więc nie awaria.

    Odetchnął z wyraźną ulgą. Krypa się jednak spisała. To dobrze, bo mogli być w czarnej dupie. A tymczasem czekał ich tylko spacerek pod rozgwieżdżonym niebem.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    GreKG GreK

    Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

    text alternatywny

    Siergiej siedział przez chwilę w milczeniu, drapiąc się po kilkudniowym zaroście.

    Na wzmiankę Holta o uciekinierach z UPP po plecach Sadzy przeszedł nieprzyjemny dreszcz.
    Nie sądził, żeby był na tyle ważną osobą, by ktokolwiek organizował zasadzkę tylko po to, żeby go dopaść. Był górnikiem. Potem mechanikiem. Jednym z milionów. Trybikiem w maszynie tak wielkiej, że nawet nie zauważała, kiedy któryś się urwał.

    Ale Mient miał rację w jednej kwestii.

    UPP miało długą pamięć.

    Widział ludzi, którzy po latach nadal bali się odbierać połączenia z nieznanych numerów. Widział takich, którzy zmieniali nazwiska częściej niż miejsca pracy. I widział też takich, których w końcu odnaleziono.

    Mechaniczne płuca syknęły cicho.

    — Blin... — mruknął pod nosem.

    Nie dlatego, że uwierzył w teorię o pułapce. Tylko dlatego, że pierwszy raz od przebudzenia przyszło mu do głowy, że być może nie wszyscy na pokładzie Kardashian uciekali przed czymś równie skutecznie, jak im się wydawało.

    Gdy ochroniarz skończył mechaniczne płuca Kalashikova wypuściły cichy syk.

    — Nu vot...

    Przeciągnął dłonią po twarzy.

    — Martwicie się o interes Kelland - zwrócił się bezosobowo do korposuczy, bo "Pani le Fey" nie przeszłoby mu przez gardło. — Holt martwi się o załogę. Ja martwię się o statek.

    Splunął do kubka po kawie.

    Spojrzał na Starego.

    — Korporacja chce lecieć dalej ale sygnał SOS już odebraliśmy. Jeśli teraz odlecimy, zostanie ślad w logach. Każdy śledczy złoży to do kupy w pięć minut.

    Wzruszył ramionami po czym dodał.

    — Manipulatory sprawdzę osobiście. Jak coś się urwało po ostatnim serwisie, wolę dowiedzieć się teraz niż podczas przechwytu. Znaczit tylko jedno, kapitanie. Jeśli kapsuła jest uszkodzona, a ludzie w środku spanikowani, to niech Holt przygotuje się na to, że mogą próbować otworzyć właz przed dokowaniem.

    Westchnął ciężko.

    — Widziałem już takich. Ludzie robią głupie rzeczy, kiedy myślą, że zaraz umrą.

    Odwrócił się w stronę Mienta.

    — Skanowanie kapsuły popieram. Chmura jest napromieniowana, statek milczy, kapsuła milczy. Blin. Jak coś wygląda źle, to zwykle dlatego, że jest źle.

    Po czym spojrzał na Syntetyka.
    — Nu vot... Dobrze, Doktor. Przygotuj tyle leków, ile możesz. Jak zaczynamy akcję ratunkową, to zawsze ktoś wraca w gorszym stanie, niż wszyscy zakładali. I podrzuć jeden zestaw medyczny pod śluzę. Jak coś pójdzie nie tak, nie będziemy biegać przez pół statku po bandaże.

    Podrapał się po czaszce.

    — I sprawdź jeszcze raz procedury dekontaminacji. Jeśli przywleczemy na pokład jakieś świństwo, chciałbym wiedzieć, gdzie mamy je zamknąć.

    Po czym dodał już tylko do siebie.

    — I tak wszystko może się spierdolić koncertowo.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    GreKG GreK

    Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

    text alternatywny

    Huk wystrzałów uderzył w uszy Siergieja siłą młota pneumatycznego.

    Odskoczył od wizjera odruchowo, gdy po pancernej szybie rozpełzła się pajęczyna pęknięć.

    — Job twoju mat'!

    Przez sekundę miał przed oczami pożar na Norylsku. Ten sam błysk. Ten sam hałas. Ten sam moment, kiedy człowiek nie wie jeszcze, ilu ludzi właśnie zginęło.

    Potem usłyszał głos dobiegający z wnętrza kapsuły.

    Żywy.

    Uzbrojony.

    I sądząc po tonie głosu, spanikowany. Nawet nie chciał sobie wyobrażać jak musiał się czuć tam, zamknięty w blaszanej puszce, otoczony bezmiarem kosmosu, czekający przez cały miesiąc na śmierć.

    — Holt, nie otwieraj niczego.

    Rzucił to bardziej dla porządku niż z potrzeby. Mient nie wyglądał na człowieka, któremu trzeba przypominać podobne rzeczy.

    Sam już dopadał panelu sterowania śluzą.

    Palce przebiegły po ekranie.

    — Adam, meldunek.

    Nie czekając na odpowiedź wywołał procedury środowiskowe.

    Pełne rozszczelnienie odpadało.

    Jeżeli ten człowiek był jedynym ocalałym z tendera, mógł wiedzieć, co stało się z Bleinertem. A jeśli był szaleńcem, piratem albo zwyczajnie spanikowanym idiotą, to nadal lepiej było mieć go żywego niż martwego.

    — Ograniczam ciśnienie w śluzie.

    Mechaniczne płuca syknęły cicho.

    — Tylko czut' - czut'.

    Na ekranie zaczęły przesuwać się parametry atmosfery.

    — Niech mu się odechce biegania i strzelania.

    Włączył interkom.

    — Załoga, tu Kalashnikov.

    Spojrzał przez wizjer na częściowo otwartą kapsułę.

    — Mamy jednego żywego. Uzbrojony. Otworzył ogień natychmiast po uchyleniu włazu. Adam cały. Ograniczam ciśnienie w śluzie i utrzymuję blokadę wewnętrznego przejścia.

    Przerwał na moment.

    — Wygląda na człowieka. I wygląda na takiego, który przeszedł właśnie przez piekło. Albo któremu pomieszało się w głowie po miesiącu izolacji. Lub jedno i drugie.

    Odchylił się od panelu i podniósł głos, żeby rozbitek mógł go usłyszeć.

    — Spokojnie, żołnierzu! Nikt tu nie chce cię zabić!

    Krótka pauza.

    — Rzuć broń i pogadamy. Dalej będziesz machał spluwą, to jedyne, co osiągniesz, to brak powietrza do oddychania.

    Siergiej nie odrywał wzroku od wizjera.

    Ludzie robili głupie rzeczy, kiedy byli przekonani, że umrą.

    A ten człowiek najwyraźniej był o tym przekonany od bardzo, baaardzo dawna.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    GreKG GreK

    Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

    text alternatywny

    Kalasnikov wyznawał prostą zasadę.

    Jeżeli coś nie działało, najpierw należało spróbować to naprawić. Jeżeli dalej nie działało, należało w to porządnie trzepnąć.

    W Novym Norylsku mieli separator rudy na poziomie szóstym. Wielką maszynę wartą więcej niż cały blok mieszkalny, w którym mieszkała jego brygada.

    I równie zawodną.

    Przez trzy dni Bochka, wielki, wiecznie spocony mechanik w brudnym uniformie, siedział przy niej od świtu do zmierzchu. Rozkręcał osłony. Czyścił filtry. Wymieniał przekaźniki. Klął. Pił. Skręcał. Znowu rozkręcał.

    Sadza obserwował to wszystko z boku, siedząc na skrzyni z częściami zamiennymi.

    — Nu vot — mruknął któregoś dnia. — Dalej nie działa.

    — Przyczynę trzeba znaleźć! — warknął mechanik.

    — Ehmm — mruknął tylko Sadza.

    Następnego ranka Bochka poszedł na śniadanie.

    Siergiej został sam.

    Wstał, podniósł ciężki klucz hydrauliczny i podszedł do separatora.

    Przez chwilę przyglądał się obudowie.

    Potem przyłożył.

    Raz.

    Drugi.

    Coś głęboko w środku szczęknęło.

    Maszyna zadrżała i uruchomiła się z przeciągłym rykiem silników.

    Kiedy Bochka wrócił, separator nadal pracował.

    Mechanik długo patrzył na wskazania.

    Potem otworzył panel serwisowy.

    — Widzisz? — powiedział w końcu. — Miałem rację. Zacinał się jeden z przekaźników.

    — Da.

    — Naprawiłem.

    — Da.


    Kiedy soldatik po dawce środków od Adama poruszył się niespokojnie na łóżku, Sadza oderwał się od ściany ambulatorium.

    Powoli podszedł do koi.

    Przez chwilę przyglądał się wojskowemu z tą samą uwagą, z jaką kiedyś oglądał zacinający się separator.

    Potem strzelił go z otwartej dłoni w twarz.

    Raz.

    Głowa żołnierza odskoczyła w bok.

    Sadza odczekał moment i serdecznie poprawił z drugiej strony.

    — Nu dawaj, soldat.

    Pochylił się nieco nad łóżkiem.

    — Pomoc przyszła.

    Rozgrywka

  • [CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
    GreKG GreK

    text alternatywny

    Raze Switch More

    Night City, Megablock 10tka

    niedziela 15.07.77

    Switch wiercił się na kanapie jakby historia, którą miał opowiedzieć uwierała go.

    — Dobra — westchnął. — Sami chcieliście. Był rok 2073. Rzecz działa się w San Francisco.

    Nazywałem się wtedy Greg Kalkston i pracowałem dla Magadon Incorporated. Handel danymi. Nie do końca legalnymi. Kurierka. Wszystko z kontrolowanym poziomem ryzyka, aż do czasu...

    Najczęściej jeździłem między Megadonem a Neurocore.

    Woziłem dane.

    Nie zadawałem pytań. Ci którzy zadają, nieżyją długo.

    Chuje niemyte...

    A potem ktoś z Neurocore spierdolił sprawę

    Dane, które dostałem nie były zaszyfrowane.

    Nie byłbym sobą gdybym...

    Te ciule robili eksperymenty na dzieciach.

    ...

    Mac, podaj mi browca.

    ...

    Chuje...

    ...

    Skontaktowałem się ze Spectrą. Influencerką. Miała niezłe zasięgi. To trzeba było opublikować. Nie mogłem pozwolić...

    Pojechałem na miejsce z Keirą.

    Moją dziewczyną.

    Spectra obiecała wyłożyć niezłą kasę.

    Mieliśmy wyjechać do Polski.

    Słyszeliście o Jastrzębiu-Zdroju w Republice Śląskiej? Jedyne miejsce na świecie gdzie budują głębinowce. Wykorzystując szyby po starych kopalniach. A na powierzchni zieleń.

    Śmiała się ze mnie. Mówiła, że nazwa tego miasta brzmi jak nazwa taniego drinka albo choroby wenerycznej.

    Mieliśmy...

    ...

    Ciepłe te piwo...

    ...

    Spectra czekała na nas w umówionym miejscu.

    Tyle, że była pod władzą lalkarza.

    Niebieski wąż o stylizowanych skrzydłach - taki miał tatuaż.

    Nie wiem jak udało mi się stamtąd uciec. Zupełny przypadek. Kula trafiła w drzazgę.

    To te nagrania uratowały mi życie. Zabrały je innym.

    Spectra zginęła. Keira też.

    Tak myślałem do wczoraj. Jej biomonitor przecież zgasł.

    ...

    To powinienem być ja.

    ...

    Musiałem uciec. Zmienić tożsamość. Gdyby mnie namierzyli... Sami wiecie.

    Nagrania przepadły zniszczone, jednak oni o tym nie wiedzieli.

    Wczoraj jednak.

    Widziałem ją.

    Keira.

    Zauważyłem ją przypadkiem na Holly Street w Japan Town.

    Prowadziła Chevillion 720 Emperor.

    Tablicę rejestracyjną Night City NC 17 449 oraz niewielki napis „Pharmaballistics”

    A obok siedział on... lalkarz.

    Nie wiem.

    Nie wiem jak to możliwe.

    Ale widziałem ją.

    Nie pierdol! Wiem co widziałem!

    Poznałem go po jebanym tatuażu. Wąż o stylizowanych skrzydłach.

    Nie potrafię tego wyjaśnić. Może ona jednak żyje. A może jest tylko syntkiem.

    Tylko po co...

    ...

    Śledziłem ich z pomocą Slima aż do momentu gdy zniknęli w podziemnym parkingu Endron International na Raymond Street w Japantown.

    To prawdopodobnie wtedy zainstalował mi pluskwę i mnie otagował.

    Gruby chuj...

    ...

    No a potem natrafiłem na tych bladych zjebów od Gołębicy.

    Arte, przesłałem Ci filmik.

    ...

    Jak się dowiedziałem, że jestem otagowany, to najpierw wyczyściłem soft z pluskiew a później poszedłem pogadać z grubasem.

    Wiem HiFi, to nie była najlepsza decyzja.

    Ale wtedy szedłem do niego na megawkurwie i nie myślałem logicznie.

    No i później nawinęli się Trenosi.

    Jebana cipa-"już jestem martwy"-Slim dał im cynk.

    Z tego pamiętam tylko tyle, że zabrali mi Kiroshi, broń i tablet.

    Później szantażowali mnie, że jeśli nie zacznę dla nich pracować, to zabiją.

    Dzieciaki.

    A dowody będą wskazywać na mnie.

    Więc kazałem im...

    Co?

    A tablet.

    Łeb mnie jeszcze napierdala.

    Daj Mac drugiego browca. Bądź dobrym człowiekiem.

    Dzięki.

    Tablet zajebałem z jakiegoś samochodu Tygersów po akcji z bladymi chujkami.

    I tyle pamiętam. Film urwał mi się gdzieś między Slimem, tym skurwielem Fuentesem i moim okiem.

    Rozgrywka cyberpunk cyberpunk2077

  • [CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
    GreKG GreK

    text alternatywny

    Raze Switch More

    Night City, Megablock 10tka

    niedziela 15.07.77,

    Drzwi trzasnęły.

    Switch siedział nieruchomo jeszcze przez kilka sekund.

    Tylko mięśnie szczęki pracowały rytmicznie.

    Raz.

    Drugi.

    Trzeci.

    W końcu zamknął oczy.

    Powoli nabrał powietrza.

    Żebra zaprotestowały ostrym bólem.

    — Kurwa...

    Ledwie słyszalnie. Dla niego. Nie dla niej.

    Oparł łokcie o kolana.

    Dłonie zacisnęły się tak mocno, że pobielały kostki.

    Miał ochotę pobiec za nią.

    Wykrzyczeć wszystko.

    Że nie robi z niej ofiary.

    Że nie uważa jej za słabą.

    Że nie chodziło o nią.

    Tylko o niego.

    Bo już raz patrzył, jak ktoś, kogo kochał, ginie przez niego.

    I drugi raz nie zamierzał do tego dopuścić.

    Ale ugryzł się w język.

    Za mocno.

    Poczuł metaliczny smak krwi.

    Przecież sami to ustalili.

    Każde z nich ma prawo do własnych tajemnic.

    Do własnych spraw.

    Do własnych kontaktów.

    On nigdy nie pytał, dokąd znikała.

    Nie pytał, z kim rozmawiała. Z kim spała.

    Nie zaglądał jej przez ramię.

    Bo ufał.

    I szanował granice, które wspólnie wyznaczyli.

    A teraz...

    Teraz usłyszał pretensje, że nie odsłonił wszystkiego.

    Że nie zaprosił jej do świata, z którego całe życie próbował trzymać bliskich jak najdalej.

    Parsknął gorzkim śmiechem.

    Każdy ruch bolał.

    Pęknięte żebro.

    Posiniaczone plecy.

    Pusty oczodół pulsował tępym bólem.

    Jeszcze wczoraj leżał półprzytomny w śmietniku.

    To, że w ogóle siedział teraz na tej kanapie, zawdzięczał właśnie jej.

    I całej reszcie.

    Wiedział o tym.

    Dlatego nie pobiegł za nią.

    Nie próbował wygrać tej kłótni.

    Siedział tylko w ciszy.

    Patrząc na tlące się świece.

    W końcu zgasił je jednym dmuchnięciem.

    — No pięknie, Greg...

    Poklepał się ostrożnie po obolałych żebrach.

    — Spierdoliłeś to koncertowo.

    I później myśl. Czy to on spierdolił?

    Czy ona?

    Westchnął raz jeszcze. Nie chciał o tym myśleć.

    Złapał marynarkę. Upewnił się, że drzazga jest na swoim miejscu. Wyszedł z pokoju.

    HiFi podszedł w jego stronę z niewielkim pojemnikiem serwisowym gdy tylko go zobaczył.

    — Skończone.

    Technik uniósł cyberoko.

    — Oddasz oko... albo kasę. Jak już znowu zaczniesz zarabiać.

    Przez twarz Switcha przebiegł ledwie zauważalny uśmiech.

    Nie ten cwaniacki.

    Po prostu zmęczony.

    — Dzięki.

    Wyciągnął dłoń ostrożnie, jakby nawet ten prosty ruch sprawiał ból.

    Implant był chłodny.

    Lekki.

    Prawie absurdalnie lekki.

    Patrzył na niego przez chwilę.

    Jeszcze kilka godzin temu wydawało mu się, że już nigdy nie zobaczy świata normalnie.

    — Jestem ci dłużny. Dzięki.

    ─── ◈ ───

    Jig-Jig Street w Japantown

    niedziela 15.07.77,

    Switch usiadł dopiero wtedy, gdy usiadł Hector.

    Powoli.

    Bez pośpiechu.

    Wyprostował mankiet marynarki.

    Dopiero wtedy spojrzał Cesarzowej w oczy.

    Nie próbował wytrzymać spojrzenia.

    Nie uciekał też wzrokiem.

    Po prostu patrzył.

    — Dziękuję za poświęcony czas, Wakako-san.

    Krótki ukłon głowy.

    Nie głębszy.

    Nie płytszy.

    — Mam nagranie. Pełny zapis zdarzenia. Obraz i dźwięk. Dobra jakość.

    Wyjął drzazgę z wewnętrznej kieszeni marynarki.

    Położył ją na blacie.

    Nie przesunął jej jednak w stronę Cesarzowej.

    — Materiał przedstawia osoby odpowiedzialne za zabójstwo dwóch ludzi Tyger Claws przy Raymond Street. Widać ich twarze. Słychać rozmowę. Nie urywa się po kilku sekundach. To nie jest przypadkowe nagranie z ulicznej kamery. Zrobiłem je osobiście.

    Krótka pauza.

    — Nie będę próbował zgadywać, ile jest warte. To pani oceni lepiej ode mnie. Dlatego najpierw chciałbym, żeby je pani zobaczyła. Dopiero potem porozmawiajmy o szczegółach.

    Rozgrywka cyberpunk cyberpunk2077

  • Krzyk Pustki
    GreKG GreK

    Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

    text alternatywny

    Bleinert

    — Diabeł. Chyort!

    Akcja potoczyła się szybciej, niż Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov zdołał ją poukładać w głowie.

    Jazgot magazynku opróżnianego przez Mienta.

    Krzyki.

    Głuche uderzenie ciała o ścianę.

    Stuk pustej komory.

    A nade wszystko ten dźwięk.

    Wizg. Kwik. Nieludzkie wycie wydobywające się z obsydianowo-czarnego kształtu.

    Sadza znieruchomiał.

    Chyort.

    Diabeł.

    Nie wiedział jak.

    Nie wiedział dlaczego.

    Nie wiedział, czym to było.

    Ale już kiedyś o tym słyszał.

    W kopalniach mówiło się o nim szeptem. O czymś, co pojawiało się na najniższych poziomach. O czymś, co dusiło ludzi w ciemności, sprowadzało zawały, zostawiało po sobie tylko trupy i pogięte konstrukcje.

    Zawsze można było powiedzieć, że to przesąd.

    Że to zmęczenie.

    Że górnicy po trzech dniach pod ziemią widzą rzeczy, których nie ma.

    Teraz jednak Sadza patrzył na coś, czego zdecydowanie nie powinno być.

    — Blat, jebanyj chyort!

    — Sadza… pomóż mi!

    Głos Starego wyrwał go z odrętwienia.

    Siergiej rzucił się do Holta. Chwycił Mienta za kombinezon, kapitan złapał go z drugiej strony. Razem szarpnęli rannego w kierunku ładowni.

    Nad nimi grodź sunęła w dół.

    Za nią Adam wciąż napierał na bestię.

    — Doktor! — ryknął Sadza przez otwarty kanał. — Dasz radę! Zostaw chyorta! Dawaj do magazynu!

    Nie czekał na odpowiedź.

    — Davaj! Davaj!

    Jeszcze jedno szarpnięcie.

    Holt jęknął. Jego kombinezon zazgrzytał po podłodze.

    Grodź była coraz niżej.

    Za nią czarna sylwetka szarpała się z Adamem.

    Siergiej spojrzał na syntetyka.

    Na chwilę ich wzrok się spotkał.

    A właściwie nie.

    Adam nie patrzył na niego.

    Adam patrzył na potwora.

    Pchał go.

    Sam.

    Jakby to było najzupełniej oczywiste, że właśnie to powinien zrobić.

    Sadza zaklął pod nosem.

    Wiedział, że Adam jest tylko maszyną.

    Puszką.

    Drogą. Drogą puszką z rękami, nogami i twarzą człowieka.

    Nie powinien nic czuć.

    Nie powinien się bać.

    Nie powinien nawet rozumieć, że za chwilę może zostać tam sam.

    A jednak przez tę krótką chwilę Siergiejowi zrobiło się go zwyczajnie żal.

    — Davaj, Adam! — wrzasnął. — Davaj, blyat!

    I jeszcze raz szarpnął Holta w stronę ładowni.

    Najlepsza puszka, jaką znał.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    GreKG GreK

    Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

    text alternatywny

    Bleinert

    Nie zdążył.

    Siergiej wpatrywał się w zamkniętą grodź.

    Czekał.

    Nic.

    Żadnego uderzenia.

    Żadnego szarpania metalu.

    Żadnego wrzasku Adama.

    Tylko ten syk.

    Cichy, chrapliwy, dochodzący zza ściany.

    Jakby coś tam było.

    Jakby wiedziało, że ich nie dosięgnie.

    Jakby czekało.

    Chyort.

    Jak do tego doszło?

    Jak, do jasnej cholery, znaleźli się w tej sytuacji?

    Jeszcze niedawno byli na Kardashianie. Mieli odholować wojskowy tender, zgarnąć premię i wrócić do normalnej, nudnej roboty.

    A teraz?

    Jeden człowiek leżał ranny.

    Adam został po drugiej stronie grodzi.

    A coś, czego Siergiej nie potrafił nawet nazwać, polowało na nich po korytarzach.

    Nie potrafił tego zracjonalizować.

    Czy chyort był eksperymentem wojskowej bioinżynierii?

    Czy był jakimś zaawansowanym androidem?

    Czy może czymś jeszcze gorszym?

    W tej chwili nie miało to żadnego znaczenia.

    Znaczenie miało tylko jedno.

    POLOWAŁ NA NICH.

    Nie próbował ich zatrzymać.

    Nie próbował obezwładnić.

    Nie chciał ich przestraszyć.

    Chciał ich zabić.

    Siergiej poczuł, jak coś zaciska mu się w żołądku.

    Wpadli w gówno.

    Po uszy.

    I wtedy usłyszał Starego.

    Procedury.

    Ładownia.

    Powietrze.

    Skafandry.

    Zestaw pierwszej pomocy.

    Wyjście.

    Plan.

    Kolejne polecenia.

    Siergiej słuchał przez kilka sekund.

    Jedną.

    Drugą.

    Trzecią.

    Aż w końcu coś w nim puściło.

    — To TY nas w to gówno wpakowałeś!

    Odwrócił się gwałtownie do kapitana.

    Doskoczył do niego i wskazał prosto w jego twarz. Dopiero wtedy zauważył, że w dłoni wciąż trzyma broń Joshui.

    — Ty i twoje zasrane procedury! — warknął. — Jebanyj bumazhnik!

    Lufa kołysała się niebezpiecznie blisko twarzy Hannigana.

    — Nic by się nie stało! NIC! — głos Sadzy podniósł się niemal do krzyku. — Powiedziałbyś: "może być napromieniowany”, zanotowałbyś w dzienniku "ryzyko"! I odholowalibyśmy wrak do najbliższej stoczni!

    Wskazał bronią na zamkniętą grodź.

    — Ale nie! Prikaz to prikaz! Procedura! Regulamin! Akcja ratunkowa!

    Ścisnął szczękę.

    — I teraz mamy TO.

    Przez chwilę patrzył na kapitana z czystą wściekłością.

    Potem spojrzał na broń.

    Zamrugał.

    Jakby dopiero teraz zauważył, co właściwie trzyma w ręce.

    — A, kurwa...

    Opuścił lufę.

    Schował pistolet do kieszeni kombinezonu.

    — Idi na chuj.

    Pchnął Hannigana otwartą dłonią w pierś.

    Nie mocno.

    Ale wystarczająco, żeby pokazać, że na tym kończy się rozmowa.

    Odwrócił się i ciężko usiadł na jednej ze skrzyń.

    Dopiero teraz poczuł, jak bardzo drżą mu ręce.

    Złapał za bańkę hełmu.

    Ściągnął ją.

    Zaklął, kiedy uderzyła go fala dusznego, gorącego powietrza.

    Zakręcił zawór.

    Wziął głęboki oddech.

    Raz.

    Drugi.

    Dopiero wtedy trochę się uspokoił.

    Wbił wzrok w podłogę.

    Myślał.

    Nie o diable.

    Nie o Adamie.

    Nie o Holcie.

    O tym, co właśnie się wydarzyło.

    Kurtyna opadła.

    Zamknęła ich drogę do śluzy.

    A chwilę później otworzyła się gródź prowadząca do ładowni.

    Siergiej zmarszczył brwi.

    — Ktoś... albo coś... zamknęło przejście do śluzy.

    Podniósł głowę.

    — A otworzyło gródź do ładowni.

    Przez chwilę nikt się nie odzywał.

    — To nie był przypadek.

    Siergiej powoli wstał.

    Spojrzał na zamknięte drzwi.

    Nagle wszystko zaczęło układać się w jego głowie.

    Nieładnie.

    Niepewnie.

    Ale jednak.

    — Chciało uniemożliwić wydostanie się chyorta z Bleinerta.

    Przetarł spocone czoło rękawem kombinezonu.

    — I chciało nas tutaj zamknąć.

    Pokręcił głową.

    — Nie...

    Poprawił się.

    — Nie zamknąć.

    Spojrzał na pozostałych.

    — OCHRONIĆ.

    Przez chwilę patrzył na drzwi, za którymi został Adam.

    — Nie jesteśmy tutaj sami.

    Urwał.

    — I nie mam na myśli tego.

    Wskazał kciukiem za siebie.

    W stronę grodzi.

    W stronę miejsca, gdzie zostało stworzenie.

    — Mamy tutaj... kogoś po swojej stronie.

    Sam nie był pewien, czy właśnie powiedział coś rozsądnego, czy zaczął już wariować.

    — Wojskowe AI?

    Stwierdził bardziej niż spytał. Zmrużył oczy.

    — Nie takie prymitywne jak na Kardashianie. Matka.

    Nazwa zabrzmiała w jego ustach dziwnie obco.

    Siergiej podszedł do Hannigana.

    Stanął przed nim.

    Spojrzał mu prosto w oczy.

    Tym razem nie było w nim już złości.

    Było zmęczenie.

    I strach.

    Prawdziwy, zwierzęcy strach.

    — Dobra, Stary...

    Machnął ręką w kierunku wnętrza ładowni.

    — Zabierz nas stąd.

    Odwrócił się, zrobił dwa kroki i zatrzymał.

    Obejrzał się przez ramię.

    Uniósł jeden palec.

    — Ale jeśli ten chyort nas dorwie...

    Przełknął ślinę.

    — ...to cię zajebię.

    I tym razem nie było w tym ani odrobiny żartu.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    GreKG GreK

    Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

    text alternatywny

    Bleinert

    Siergiej Nikołajowicz Kalashnikov nie wierzył w przypadki.

    Nie dlatego, że był przesądny. Wręcz przeciwnie. Uważał, że większość rzeczy, które ludzie nazywają przypadkiem, jest po prostu wynikiem tego, że nie widzą całego równania.

    Kamień nie spada dlatego, że "tak wyszło”.

    Kamień spada, bo coś poluzowało podporę.

    Gaz wybucha, bo ktoś nie sprawdził zaworu.

    Człowiek ginie pod zwałem skały, bo wcześniej gdzieś pojawiło się pęknięcie, którego nikt nie zauważył.

    A jeśli ktoś mówił, że miał pecha, Sadza zwykle odpowiadał:

    — Pech to słowo dla człowieka, który nie wie dlaczego.

    Nauczył się tego bardzo wcześnie.

    Miał wtedy dwadzieścia kilka lat i pracował jeszcze na jednym z niższych poziomów kolonii. To była robota, której nikt nie chciał. Gorąco, pył, wilgoć, smar, metal i skała. Trzeba było schodzić tam, gdzie automaty nie mogły pracować, bo albo nie mieściły się w szybach, albo ich sensory głupiały od zakłóceń.

    Tego dnia nic nie zapowiadało kłopotów.

    Właśnie dlatego wszyscy byli spokojni.

    Zmiana zaczęła się normalnie. Kontrola sprzętu, zjazd, odprawa, potem robota. Siergiej pamiętał nawet, że jeden ze starszych górników żartował, że może tym razem wrócą na powierzchnię przed końcem swojej kawy.

    Pół godziny później zawalił się szyb.

    Nie cały.

    Tylko fragment.

    Wystarczyło.

    Trzech ludzi znalazło się po drugiej stronie zwału.

    Siergiej przeżył, bo pięć minut wcześniej zmienił miejsce pracy.

    Do dzisiaj nie wiedział dlaczego.

    Kierownik kazał mu przejść na drugi odcinek, bo jeden z wiertaków zaczął wariować. Siergiej był zły. Miał już rozłożone narzędzia, chciał skończyć swoją robotę i wrócić. Kłócił się nawet przez radio.

    Gdyby został, byłby dokładnie tam, gdzie zawaliła się skała.

    Kiedy później ktoś powiedział:

    — Miałeś szczęście, Sadza.

    Siergiej spojrzał na niego.

    — Nie.

    — Jak nie?

    — Wiertak.

    — Co wiertak?

    — Wiertak zaczął wariować.

    Tamten wzruszył ramionami.

    — No i?

    — Nic nie dzieje się bez powodu.
    Wtedy jeszcze sam nie wiedział, jak bardzo będzie się tego trzymał.

    Kilka lat później przekonał się po raz drugi.

    Tym razem to on był człowiekiem, który zauważył „przypadek”.

    Na jednej ze zmian zgasła lampa.

    Jedna z wielu.

    Zwykła rzecz.

    W kolonii światło gasło bez przerwy. Przepalone przewody, przeciążenia, stare instalacje. Technik miał przyjść następnego dnia.

    Siergiejowi jednak nie spodobało się, że zgasła akurat ta lampa.

    Nie potrafił powiedzieć dlaczego.

    Po prostu nie pasowało mu to.

    Podszedł do niej.

    Popukał w obudowę.

    Nic.

    Wtedy usłyszał ciche syknięcie.

    Nie światła.

    Rury.

    Zatrzymał się.

    Przyłożył dłoń do ściany.

    Czuł drżenie.

    Poszedł za nim.

    Kilka metrów dalej znalazł pęknięcie instalacji. Niewielkie. Prawie niewidoczne. Gaz sączył się do szybu technicznego.

    Gdyby nikt tego nie znalazł, przy następnym większym obciążeniu instalacji mogło dojść do wybuchu.

    Później komisja powiedziała, że wykrycie nieszczelności było przypadkowe.

    Siergiej się wściekł.

    — Nie przypadkowe.

    — Panie Kalashnikov, znaleziono ją przy okazji awarii oświetlenia.

    — A dlaczego awaria?

    — Przeciążenie.

    — A dlaczego przeciążenie?

    — Nie wiem.

    Siergiej popatrzył na nich długo.

    — No właśnie.

    Od tamtej pory, kiedy coś działo się „przypadkiem”, zaczynał szukać przyczyny.

    Nie zawsze ją znajdował.

    Ale zawsze szukał.

    Czasem oznaczało to pęknięty przewód.

    Czasem źle dokręconą śrubę.

    Czasem człowieka, który skłamał.

    A czasem coś znacznie gorszego.

    Najgorsze było to, że po latach zaczął dostrzegać wzór również tam, gdzie inni widzieli tylko zbieg okoliczności.

    Ktoś pojawił się w niewłaściwym miejscu.

    Drzwi otworzyły się, choć nikt ich nie otwierał.

    Światło zamrugało.

    Maszyna zatrzymała się sekundę przed awarią.

    Siergiej zawsze zadawał wtedy to samo pytanie:

    Dlaczego właśnie teraz?

    Dlatego teraz, stojąc w ładowni Bleinerta, patrzył na otwierające się drzwi i nie potrafił uwierzyć, że stało się to przypadkiem.

    Za nimi był pusty statek.

    Za nimi zginął Adam.

    Za nimi polowało coś, czego Siergiej nie umiał nazwać.

    A drzwi właśnie się otworzyły.

    Nie wcześniej.

    Nie później.

    Teraz.

    Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov nie wierzył w przypadki.

    W jego świecie przypadek był tylko nazwą dla przyczyny, której jeszcze nie znalazł.


    Sadza drgnął szczęką, kiedy kapitan wyrwał mu młotoko-klucz z ręki.

    — Ej!

    To jedno słowo zabrzmiało ostrzej, niż zamierzał. Przez moment miał ochotę po prostu odebrać mu narzędzie. Młotoko-klucz był jego. Nie zabawką, nie częścią wyposażenia kapitana. Był jego.

    Patrzył, jak Hannigan wali nim w kamerę.

    Raz.

    Drugi.

    Trzeci.

    Sadza zacisnął palce.

    — Stary... - odezwał się w końcu, wyciągając rękę po narzędzie. - Jak chcesz coś rozwalić, bierz własny.

    Odebrał młotoko-klucz i odruchowo sprawdził głowicę.

    Dopiero wtedy spojrzał na kapitana.

    — Może nie mogli się z nami skontaktować. Nie przyszło ci to do głowy? - prychnął. - Jakby to coś chciało nas zabić, to zostawiłoby nas na pastwę chyorta, nie? Po co miałoby otwierać drzwi, odcinać korytarze i pchać nas gdzieś dalej?

    Wzmianka o karcie sprawiła, że Sadza odwrócił głowę.

    — Co za karta?

    Popatrzył najpierw na Crowe'a, potem na kapitana.

    — Czegoś nam nie mówisz?
    W jego głosie nie było już złości. To było gorsze. Zainteresowanie.

    — Znaleziona w kapsule? I dopiero teraz sobie o niej przypomniałeś?
    Sadza zrobił krok w stronę kapitana.

    — Skoro mogą na niej być informacje, które pozwolą nam stąd wyjść, to dlaczego wcześniej nikt jej nie użył?
    Zmrużył oczy.

    — Albo inaczej. Dlaczego ty wiedziałeś, że może być na niej coś ważnego?
    Przez chwilę patrzył na Hannigana bez słowa.

    Potem zerknął na Crowe'a.

    — Chimik. Pokaż kartę. Zobaczymy, co takiego Stary trzymał przed nami w tajemnicy.

    Coś w Sadzy pękło.

    Nie chodziło już o młotoko-klucz. Ani nawet o kartę. Chodziło o to, że po raz kolejny dowiadywał się o czymś ważnym dopiero wtedy, kiedy kapitan uznawał, że nadszedł odpowiedni moment.

    A tutaj każdy taki "odpowiedni moment” mógł być ostatnim.

    Spojrzał na Hannigana. Jeszcze niedawno był dla niego Starym - człowiekiem, który miał wiedzieć, co robić, kiedy reszta zaczynała panikować. Teraz Sadza po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, ile właściwie z tego, co mówi kapitan, jest prawdą, a ile jest tylko tym, co Hannigan chce, żeby wiedzieli.

    To nie było dobre uczucie.

    — Wiesz co... - powiedział cicho. - Zaczynam mieć problem.
    Zrobił krok bliżej.

    — Jak mamy się stąd wydostać, skoro ty chowasz przed nami informacje?
    Uniósł młotoko-klucz. Nie jak broń. Raczej jak ciężki argument, który przypadkiem znalazł się w jego dłoni.

    Pokręcił głową.

    — Nie.
    Spojrzał kapitanowi prosto w oczy.

    — Koniec tego.
    Głos Sadzy stał się twardszy.

    — Wyłóż wszystko. Tutaj. Teraz. Wszystko, co wiesz o Bleinercie. O tej karcie. Co przed nami chowasz?
    Przerwał.

    — Bo jeśli masz jeszcze jakieś informacje schowane pod mundurem, a my mamy je odkrywać po jednej, kiedy już będzie za późno...
    Ścisnął mocniej rękojeść młotoko-klucza.

    — ...to nie jesteś kapitanem, który nas stąd wyprowadza. Jesteś kolejną zagadką do rozwiązania.
    Sadza odsunął się pół kroku.

    Nie spuszczał jednak wzroku z Hannigana.

    W głowie znów pojawiło się pytanie, które zadawał sobie przez całe życie.

    Dlaczego właśnie teraz?

    Za dużo tego.

    Sadza nie wierzył w przypadki.

    Może więc ich obecność tutaj też nie była przypadkiem.

    Może Hannigan wiedział o Bleinercie więcej, niż mówił.

    A może nie tylko wiedział.

    Może właśnie dlatego tutaj byli.

    — Co tu się odpierdala Hannigan?

    Rozgrywka

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    GreKG GreK

    text alternatywny!

    Paladin Tuk Drugi.

    Paladin zatrzymał się tak gwałtownie, że niemal wpadł na Rorimaka.

    — Słyszysz?! — wyszeptał, choć szept w jego wykonaniu był tylko odrobinę cichszym mówieniem. — To nie jeleń. Jeleń nie robi „ghrrraugh”. Jeleń robi… no… bardziej godnie.

    Znów rozległo się:

    — GRRRrraUgh! khrrRrch…

    Paladin skulił ramiona.

    — Mówiłem, że to coś między dzikiem a niedzikiem. Takie… pół na pół. Może dzik, który się zastanawia nad swoim życiem.

    Kiedy Rorimak rozchylił zarośla, Paddi instynktownie cofnął się o pół kroku.

    — Jak wyskoczy, to ja mówię, że my tylko przechodzimy. Bardzo przechodzimy. I że...

    Jeszcze jedno:

    — Khrrr… chrrrap… khrrrr…

    Paladin zmrużył oczy.
    — To… to chrapie.

    Zrobił ostrożny krok naprzód, jakby spodziewał się, że łódka zaraz go ugryzie. Spojrzał do środka. Zobaczył Starego Brody’ego. Zobaczył jego brodę. Zobaczył, że źródłem potwora zza Zielonego Muru jest hobbit, który śpi jak rozwścieczony borsuk.

    Przez chwilę milczał.

    — To on? — zapytał z niedowierzaniem. — To całe „RRRghraugh” to… śpiący hobbit?

    Wyprostował się powoli, z miną kogoś, kto właśnie został obrażony przez rzeczywistość.

    — Ja się pytam, czy to jest w ogóle dozwolone, żeby tak chrapać w przestrzeni publicznej. — Pokręcił głową. — Hobbit śpi, a pół Bucklandu myśli, że potwór wyszedł zza muru.

    Nachylił się bliżej łódki i przyjrzał linie przywiązanej do drzewa.

    — A ja już rozważałem, czy wspinać się na drzewo.

    Kolejne potężne:

    — Khrrrrrr…

    Paladin podskoczył mimo wszystko.

    — No dobrze! — sapnął. — To nie dzik. Nie potwór. Nie nawet niedzik. To Brody.

    Odetchnął głęboko, po czym dodał z urazą:

    — Ale przyznam, że gdyby tak chrapał bliżej Tukowej Skarpy, to byśmy go wybrali na oficjalne ostrzeżenie przeciwko lisom.

    Spojrzał na Rorimaka, poprawiając kamizelkę.

    — Widzisz? Mówiłem, że nie wszystko, co brzmi strasznie, jest straszne. Czasem to tylko ktoś, kto zjadł za dużo kolacji i położył się w łódce.

    Paladin zamarł z ręką uniesioną w pół gestu, gdy z łódki znów wyrwało się:

    — Khrrr… chrrrap… khrrrr…

    Spojrzał na Rorimaka.
    Spojrzał na łódkę.
    Spojrzał na linę.

    A potem bardzo powoli, bardzo uroczyście wskazał na tę ostatnią.

    — No i masz — szepnął. — Lina.

    Podszedł bliżej, zginając się w pół jak ktoś, kto chce być mniejszy niż jest. Co chwilę zerkał na śpiącego hobbitа.

    — To jest zwykła lina — mruczał pod nosem. — Lina jak lina. Nikogo nie budzi. Liny są z natury ciche. Ja też potrafię być cichy. Czasami...

    Kolejne potężne chrapnięcie sprawiło, że Paddi podskoczył i niemal przywarł do drzewa.

    — On oddycha jak kuźnia w Michel Delving — syknął. — Jakby miech połknął.

    Nachylił się znów do Rorimaka.

    — Opcje są trzy. — Uniósł trzy palce, po czym jeden zaraz opuścił. — Dwie i pół.

    Ściszył głos jeszcze bardziej.

    — Pierwsza: bierzemy linę. Cichutko. Delikatnie. Jakby sama postanowiła się odwiązać. — Zrobił palcami ruch, który miał oznaczać subtelność, ale wyglądał raczej jak nerwowe skubanie. — Tylko że wtedy łódka… — spojrzał na wodę — …może odpłynąć. A wtedy Brody się obudzi, a jak się obudzi i nie ma łódki, to zacznie robić „RRRRAUGH” już świadomie.

    Zamyślił się.

    — Druga: budzimy go. Uprzejmie. Bardzo uprzejmie. Mówimy, że potrzebujemy łódki. Oficjalnie. — Skrzywił się. — Tylko że wtedy trzeba mu powiedzieć po co. A my… — zawahał się — …my mamy różne powody. I nie wszystkie są do opowiadania przy pierwszym śniadaniu.

    Westchnął ciężko.

    — No i jest jeszcze płot.

    Spojrzał w dal, jakby gdzieś między drzewami czaiło się sumienie.

    — On jeszcze nie wie. Ale się dowie. Płoty mają to do siebie, że ktoś zawsze wie, czy były całe.

    Podrapał się po karku.

    — Jak go obudzimy, to możemy powiedzieć: „Brody, drogi Brody, twój płot wyglądał na zmęczony i sam się położył”. — Zamyślił się chwilę. — Tylko że to brzmi jak coś, w co ja bym nie uwierzył. A ja jestem bardzo wyrozumiały.

    Znów zerknął na linę.

    Kolejne:

    — KHrrrrrRRR…

    Paladin znów drgnął.

    — Dobrze — zdecydował nagle, choć w jego tonie było więcej nerwów niż pewności. — Ja podejdę do liny. Ty patrz na niego. Jak przestanie chrapać, to mnie kopnij. Tylko nie za mocno. Mam wrażliwe kostki. Wszyscy mamy dziś jakieś kostki.

    Zrobił dwa ostrożne kroki w stronę drzewa, po czym zatrzymał się jeszcze raz.

    — Rorimaku… — wyszeptał. — Jak mnie złapie, mów, że przyszedłem sprawdzić jakość węzła. Z troski. Ja wyglądam na kogoś, kto troszczy się o węzły.

    I z miną hobbita, który sam nie wie, czy jest bohaterem, czy właśnie popełnia największą głupotę dnia, wyciągnął rękę w stronę liny.

    Archiwum sprzysiężenie czerwonej księgi

  • [CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
    GreKG GreK

    text alternatywny

    Greg Kalkston

    Cztery lata wcześniej

    San Francisco, 2073

    Ciemno.

    Nie — najpierw światło. Zbyt ostre.
    Potem ciemno.

    Zapach ozonu. Spalonej chemii. Krwi.

    I coś jeszcze.

    Jej perfumy. Oszałamiające.

    ─── ◈ ───

    Palce splecione gdzieś pod stołem.
    Rozmowa o niczym.
    Ktoś się śmieje obok.

    — Słuchasz mnie w ogóle?

    Nie. Nie słucha. Patrzy tylko na jej usta.

    ─── ◈ ───

    Kwaśny deszcz bębni o dach Thortona.
    Ona przekręca się na fotelu, podciąga nogi.

    — Zimno mi.

    Oddaje jej kurtkę.
    Przyjmuje bez słowa, jednak się w nią nie owija. Ognik w jej oku gdy wpatruje się w niego.

    ─── ◈ ───

    Błysk.

    Wąż.

    Niebieski.

    Za blisko.

    ─── ◈ ───

    Jej śmiech.
    Głowa odchylona do tyłu.
    Światło neonów odbija się w oczach.

    — Jeszcze jednego, co?

    Nie powinna.

    I tak zamawia.

    ─── ◈ ───

    Punkt.

    Mruga.

    Jeszcze jest.

    Jeszcze—

    ─── ◈ ───

    Jej dłoń na jego karku.
    Kciukiem rysuje kółka.

    Bez powodu.
    Bez słów.

    Elektryzujący zapach jej perfum.

    ─── ◈ ───

    — Greg.

    Cicho.

    — Greg. Śpisz?

    Śmieje się gdy gryzie go w płatek ucha.

    ─── ◈ ───

    Huk.

    Świat rozrywa się od środka.

    Za jasno.

    Za głośno.

    ─── ◈ ───

    Krople wody na jej rzęsach.
    Nie wiadomo czy deszcz, czy coś więcej.

    — Nie patrz tak.

    Ale patrzy.

    — Przepraszam Keira. Przepraszam.

    ─── ◈ ───

    Dym.

    Kaszel.

    Nie może złapać oddechu.

    — Keira?

    ─── ◈ ───

    Jej włosy na jego twarzy.
    Zapach skóry. Ciepło.

    — Zostań jeszcze.

    ─── ◈ ───

    Punkt.

    Znika.

    Tak po prostu.

    ─── ◈ ───

    Jej buty na desce rozdzielczej.
    Śmieje się, kiedy ją strofuje.

    — Co? I tak już ją rozwaliłeś.

    ─── ◈ ───

    Cisza.

    Za duża.

    Nienaturalna.

    ─── ◈ ───

    Jej palce zahaczają o jego dłoń, kiedy mijają się w tłumie.
    Nie patrzy na niego.
    Ale nie puszcza od razu.

    ─── ◈ ───

    — Spierdalajmy stąd, teraz!

    Za późno.

    ─── ◈ ───

    Jej głowa oparta o jego ramię w aucie.
    Śpi. Albo udaje.

    Nie rusza się.

    Żeby jej nie obudzić.

    ─── ◈ ───

    Dym.
    Popiół.
    Nic.

    ─── ◈ ───

    — Będzie nas stać na więcej.

    — Na co?

    — Na wszystko.

    Śmiech.

    Nie wierzy.

    A jednak chce wierzyć.

    ─── ◈ ───

    Ciemno.

    Pusto.

    Cicho.

    Za cicho.

    Tyły Vine Street, 23:15


    Ciało bolało go tak jak gdyby przetoczył się po nim walec, a potem ktoś wrzucił te rozgniecione szczątki do szatkownicy. Ostry promieniujący ból wibrował w głowie i klatce piersiowej, w brzuchu, we wszystkich kończynach, swoją potworną intensywnością nie pozwalając skupić myśli. Usta wypełniał mu charakterystyczny smak krwi cieknącej z rozbitego nosa i zmiażdżonych warg, oblepiającej grudami skrzepów obluzowane zęby.

    Zmaltretowane ciało płonęło falami cierpienia, lecz to nie ból przywołał go z otchłani nieświadomości, tylko nieczuły dotyk obcych rąk bezceremonialnie szarpiących za ubranie i buty. Jęknął głucho czując jak ktoś wykręca mu odrętwiałą rękę i dotykające go liczne dłonie raptownie zniknęły.

    - Chuju złoty, on jeszcze żyje.

    - I co z tego, zaraz zejdzie. Dawaj mi jego buty, to ten sam rozmiar.

    - Spierdalaj, nie będę utylizował żywego, mam swoje zasady.

    - Ja pierdolę. Dobra, szanuję twoje pierdolone zasady, świrze. Tam przy cegłach leżała ołowiana rurka, dawaj ją tutaj. Dobiję go i skończymy robotę.

    Usłyszał odgłos kroków na betonie, jakieś szuranie, metaliczny szczęk. Ostrzegawcze gwizdnięcie.

    - Ktoś tu idzie. Spadamy.

    Odgłos oddalających się pośpiesznie kroków, chwila złudnego wrażenia zawieszenia w pustce wypełnionej stłumionymi, dobiegającymi spod iluzorycznej tafli wody dźwiękami żyjącego gdzieś obok miasta. Kolejne kroki, powolne, szurające podeszwami, potem znienacka trzask i szelest i jakiś nowy ciężar uciskający lewą nogę.

    Kroki oddaliły się w tym samym ospałym rytmie.

    Oddychanie sprawiało taki sam ból jak nieporadne próby poruszania rękami. Łapiąc powietrze tak płytko jak tylko potrafił, otworzył oczy. Półmrok otaczającego go świata był na swój sposób przerażający: rozmazany, czarnoszary, pozbawiony najmniejszego śladu barw Lśnienia. Ograniczony do dziwnie wąskiej i przeraźliwie ubogiej w bodźce perspektywy.

    Dotknięty złym przeczuciem zmusił się do tego, aby podnieść jedną rękę do twarzy, wymacał czubkami palców prawy oczodół i ziejącą w nim pustkę.

    Miał tylko jedno oko, częściowo przesłonięte opuchniętą powieką. To upiorne odkrycie wyjaśniało ograniczone pole widzenia, a jednocześnie w ułamku chwili uwolniło w jego umyśle lawinę zatrważających wspomnień.

    Błysk płomienia wylotowego, niespodziewane uderzenie w bok, które cisnęło nim z impetem w ścianę, lawina brutalnych ciosów spadająca na całe ciało. A potem wleczenie, spadanie i ponownie wleczenie gdzieś w ciemność wypełnioną miedzianym smakiem krwi.

    Usłyszał jakiś szelest, dźwięk mogący być odgłosem stawianych ostrożnie kroków. Coś syknęło lub pyknęło kilkakrotnie, potem znów zapadła cisza, ciągnąca się pozornie w nieskończoność, potęgująca w niewyobrażalnym stopniu wrażenie bezbrzeżnego ludzkiego cierpienia.

    Udręczony umysł zaczynał odpływać w czerń upragnionej nieświadomości, zapadać się w otchłani, z której nie było już powrotu. I wtedy mężczyzna usłyszał dźwięk, który obudził w nim cząstkę umysłu przechowującego pamięć genetyczną gatunku. Był to odgłos drapieżnego węszenia, który swoim dźwiękiem wprawił w panikę instynkt samozachowawczy człowieka przywołując z najgłębszych pokładów podświadomości wspomnienie głośnego węszenia drapieżników krążących wokół jaskini zamieszkiwanych przez pierwszych ludzi.

    Coś zazgrzytało przeraźliwie metaliczną nutą i zmrużone oko mężczyzny zalała oślepiająca poświata elektrycznego światła.

    Do uszu człowieka dotarł stłumiony świst wciąganego bezwiednie w płuca powietrza.

    Rozgrywka cyberpunk cyberpunk2077

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    GreKG GreK

    text alternatywny

    Paladin Tuk Drugi.

    Paladin, już na dole, stał chwilę z rękami założonymi na brzuchu i miną stratega, który właśnie odkrył, że jego przeciwnik ma skrzydła.

    — Dobrze — oznajmił półgłosem. — Mamy sowę. Prawdziwą. Zawodową. Z doświadczeniem w huczeniu.

    Zadarł głowę ku sufitowi.

    — A my chcemy spać. To są dwie potrzeby, które się gryzą. Jak pazury z poddasza.

    Zaczął chodzić w tę i z powrotem, coraz bardziej nakręcając się własnymi pomysłami.

    — Można ją… przekonać. Uprzejmie. — Wskazał palcem w górę. — Wejść i powiedzieć: „Szanowna Pani Sowo, czy rozważyłaby Pani zmianę lokalu?”. Tylko że ona wygląda na taką, co odpowiada wyłącznie „hu”, a z „hu” trudno wynegocjować ciszę nocną.

    Zatrzymał się.

    — Można ją przegonić hałasem. — Zmarszczył brwi. — Ale wtedy będziemy robić większy hałas niż ona. A ja już dziś nasłuchałem się różnych „rrrgh” i „huuu” na zapas.

    Uniósł nagle palec.

    — O! Można spróbować ją… znużyć.

    Spojrzał na pozostałych z powagą.

    — Jeśli będziemy huczeć w odpowiedzi. Równo. Jednostajnie. Bez pasji. To może uzna, że teren jest zajęty przez większą, bardziej monotonną sowę i się wyprowadzi.

    Zamyślił się chwilę, po czym pokręcił głową.

    — Albo przeciwnie. Uzna to za zaloty. A tego bym nie chciał rozwijać.

    Westchnął.

    — Można też wejść i delikatnie postukać w belki. Tak, żeby uznała, że dach jest… niestabilny. Sowy lubią stabilność. Ja też.

    Przechylił głowę.

    — Ewentualnie… — ściszył głos — …przenieść jej kolację. Te wszystkie drobne stworzonka. Jeśli uzna, że spiżarnia się pogorszyła, może zmienić adres.

    Zaraz jednak skrzywił się.

    — Tylko że to oznaczałoby wejście tam jeszcze raz. A ja już raz byłem bardzo blisko jej pazurów i uważam, że to wystarczy na jeden wieczór.

    Znów spojrzał w sufit, gdy rozległo się przeciągłe:

    — HUUU-HU-HUUU!

    Paladin drgnął.

    — Najrozsądniej — powiedział w końcu tonem kogoś, kto właśnie odkrył prawdę objawioną — będzie przekonać ją, że tu straszy. Nie my. Tylko dom.

    Oczy mu błysnęły.

    — Jeśli Milo porządnie rozdmucha ogień, a my zaczniemy chodzić ciężko, przeciągać ławy, postukiwać… niech pomyśli, że to miejsce jest głośne, ruchliwe i zupełnie nieodpowiednie dla sowy ceniącej spokój.

    Nachylił się bliżej reszty.

    — Sowa przyszła, bo było cicho. Zróbmy, żeby było niecicho. Ale z umiarem. Tak, żeby Bunce nie uznał, że to my jesteśmy potworem zza Zielonego Muru.

    Po chwili dodał poważnie:

    — A jeśli nic nie zadziała… to zawsze możemy spać na zmianę. Jedno ucho śpi, drugie słucha. Ja mam całkiem pojemne uszy. Może jedno wystarczy.

    Archiwum sprzysiężenie czerwonej księgi

  • [CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
    GreKG GreK

    text alternatywny

    Raze Switch More

    Night City

    Vista del Rey

    Ruch. Głosy.

    Ktoś go niesie.

    Nie.

    Pociąg. Wagony. Stalowe koła. Dworzec.

    Nie.

    Ktoś trzyma go pod ramieniem.

    Boli.

    Strasznie boli.

    — Nie... nie dotykaj...

    Głos ugrzązł mu w gardle.

    Krew miała smak rdzy.

    ─── ◈ ───

    — Keira...

    Szept.

    Ledwie słyszalny.

    — Nie strzelaj... nie strzelaj jeszcze...

    Palce zacisnęły się bezwiednie na czyimś rękawie.

    — Poczekaj... jeszcze minuta...

    ─── ◈ ───

    Świat przechylił się na bok.

    Neony.

    Ulica.

    Jastrzębie-Zdrój.

    Nie.

    Night City.

    Nie.

    Nie wiedział.

    — Mówiłem ci... kurwa... mówiłem...

    Nerwowy śmiech.

    — Polska jest prawdziwa...

    ─── ◈ ───

    Ktoś coś do niego mówił.

    Kobiecy głos.

    Znajomy.

    Tak znajomy, że aż bolało.

    — Keira?

    Powieka drgnęła.

    Jedno oko.

    Tylko jedno.

    Malowana twarz.

    — Nie gniewaj się...

    Przełknął ślinę.

    — Miał być ten pierdolony drink... z palemką...

    ─── ◈ ───

    Biomonitor.

    Punkt.

    Zgasł.

    Nie.

    Nie zgasł.

    Przecież siedziała obok.

    Przecież słyszał jej głos.

    — Kotku?

    Pusty oczodół zapiekł żywym ogniem.

    — Gdzie jesteś...

    ─── ◈ ───

    Ktoś sadza go na ławce.

    Cement.

    Metal.

    Chłód.

    Nie rozumie.

    Dlaczego jest sam?

    Przecież przed chwilą...

    Przed chwilą była tutaj.

    ─── ◈ ───

    — Arte...

    Zmarszczył brwi.

    Nie.

    — Kei...

    Urwał.

    — Arte.

    Znowu.

    Jakby próbował przypomnieć sobie własne imię.

    — Nie taguj mnie...

    Bełkot.

    — Nie wrzucaj... nie wrzucaj tego...

    Krótki chichot.

    — Wyjdę jak idiota...

    ─── ◈ ───

    Otworzył oko.

    Twarze.

    Za dużo twarzy.

    Nie znał ich.

    Znał.

    Nie znał.

    — Spectra?

    Wyciągnął rękę.

    Nie trafił.

    Dłoń opadła bezwładnie.

    — Nie bierz... chipa...

    ─── ◈ ───

    Oddychał ciężko.

    Płytko.

    — Nie zostawiaj mnie tam...

    Szepnął.

    Nie wiadomo do kogo.

    — Nie tym razem.

    ─── ◈ ───

    Nagle poderwał głowę.

    Przerażenie.

    Prawdziwe.

    Surowe.

    — Granat.

    Szept.

    Potem głośniej.

    — KEIRA, NIE!

    Urwało się.

    Powietrze uciekło z płuc.

    Został tylko cichy jęk.

    ─── ◈ ───

    — Jestem zmęczony...

    Mruknął.

    — Chcę do domu.

    Długa chwila ciszy.

    — Kei... Arte, zabierz mnie do domu.

    Odpłynął.

    Rozgrywka cyberpunk cyberpunk2077

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    GreKG GreK

    text alternatywny

    Paladin Tuk Drugi.

    Paladin przez dłuższą chwilę stał z rękami założonymi za plecami, kiwając się lekko na piętach i przyglądając to posągowi, to kustoszowi, to znów… psu.

    A właściwie psu przede wszystkim.

    Zmrużył oczy.

    — No proszę… — mruknął pod nosem. — Człowiek całe życie słyszy, że pies to stworzenie hałaśliwe, nieuprzejme i skore do szczekania bez zapowiedzi… a tu proszę…

    Zerknął, jak Fajerwerek wtula się w ramiona Malwy.

    — …wskakuje na ręce jak jakiś przerośnięty kociak. Bez żadnego „hau”, bez uprzedzenia, bez ceremonii. — pokręcił głową z dezaprobatą — To jest właśnie brak konsekwencji.

    Zamyślił się chwilę.

    — Bo albo się jest psem i się szczeka, jak należy… — tu uniósł palec, jakby wygłaszał niezwykle ważną tezę — …albo się jest czymś innym i wtedy się nie szczeka wcale. A nie tak, że raz człowiek myśli „to wilk”, a potem „to poduszka z uszami”.

    Westchnął ciężko.

    — To wprowadza niepotrzebne zamieszanie.

    Dopiero po tej głębokiej analizie świata zwierząt Paladin łaskawie powrócił myślami do spraw naprawdę istotnych, czyli maczugi.

    Podszedł bliżej posągu, przyjrzał się dłoni Bullroarera, potem podłodze, jakby maczuga mogła się po prostu gdzieś zawieruszyć i czekać, aż ktoś ją uprzejmie podniesie.

    — Hm.

    Obszedł figurę raz.

    — Skoro ma to związek ze Starym Tukiem… — zaczął powoli — …to znaczy, że sprawa jest albo bardzo prosta, albo bardzo niepotrzebnie skomplikowana.

    Zatrzymał się i spojrzał na resztę, już wyraźnie ożywiony.

    — Stawiam, że ją… pożyczył.

    Krótka pauza.

    — Na chwilę.

    Jeszcze krótsza.

    — Która trwa do dziś.

    Skinął głową sam do siebie, coraz bardziej przekonany.

    — Albo uznał, że skoro maczuga raz dobrze zadziałała, to szkoda, żeby się marnowała w ręku posągu. Przedmiot o takiej historii powinien krążyć. Być w użyciu. Może do rozbijania szczególnie opornych drzwi. Albo… — zawahał się — …orzechów. Bardzo dużych orzechów.

    Zmrużył oczy podejrzliwie.

    — Chyba że… — dodał ciszej — …ktoś ją ukrył, żeby nikt nie próbował powtarzać wyczynów. Bo to się zwykle źle kończy dla wszystkiego dookoła.

    Wyprostował się nagle i poprawił kamizelkę, jakby właśnie rozwiązał sprawę o wielkiej wadze.

    — W każdym razie — podsumował — jestem niemal pewien, że maczuga nie zniknęła sama.

    Rzucił jeszcze jedno spojrzenie na psa.

    — W przeciwieństwie do niektórych rzeczy, które… znikają ostatnio podejrzanie często.

    I odchrząknął niewinnie.

    Archiwum sprzysiężenie czerwonej księgi

  • Krzyk Pustki
    GreKG GreK

    Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

    text alternatywny

    Kalasnikov przez kilka sekund patrzył w ciemność za pancerną szybą, nasłuchując odgłosów szamotaniny dobiegających ze śluzy.

    — Nu davaj... nu davaj... — mruknął pod nosem.

    Potem wszystko ucichło.

    Mechaniczne płuca wypuściły przeciągły syk.

    — Jeśli ten idiota nam odstrzelił doktorka to będę musiał sam opatrywać rannych.

    Skrzywił się.

    — A tego nie życzę nawet tej korpo...

    Urwał. Odchrząknął.

    — Nikomu.

    Dopiero gdy usłyszał meldunek Adama, sięgnął do panelu sterowania i przywrócił zasilanie śluzy. Lampy zamrugały i zapaliły się ponownie.

    — Molodiec — skomentował sucho.

    Zajrzał do śluzy, ale bez pośpiechu. Karabin już nie strzelał. To był dobry znak.

    Spojrzał na leżącego wojskowego.

    — Blin... — pokręcił głową. — Wygląda jakby go przepuścili przez kruszarkę.

    Potem zerknął na Chimika.

    — Podczas inspekcji, Elias, nie zapomnij zamknąć grodzi za sobą.

    Spojrzał na niego spode łba.

    — Jak ten soldat coś przywlókł ze sobą, to zaraz zechcesz to zbadać, a później hodować w słoiku. Ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego.

    Przeniósł wzrok na Mienta.

    — Holt, sprawdź soldatika, zanim odzyska rezon i przypomni sobie, że ma nas zabić.

    Następnie zwrócił się do Syntetyka.

    — Jak tam funkcje życiowe? Jeśli jeszcze nie umiera, to pakujcie go na nosze i do ambulatorium. Jak zacznie umierać, to też pakujcie go na nosze i do ambulatorium.

    Sadza splunął w bok.

    — A potem dowiedzmy się, co do cholery stało się z Bleinertem. Bo zaczynam mieć złe przeczucia.

    Rozgrywka

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    GreKG GreK

    text alternatywny

    Paladin Tuk Drugi.

    Paladin, który jeszcze przed chwilą wyglądał na całkiem zadowolonego ze swojego rozumowania, nagle wyprostował się jak struna, gdy tylko padło słowo „spinki”.

    A już zwłaszcza „od czarodzieja Gandalfa”.

    Uniósł brwi tak wysoko, jakby próbowały dołączyć do stropu.

    — A więc jednak! — wyrwało mu się, z wyraźną satysfakcją, którą starał się natychmiast przykryć kaszlnięciem. — To znaczy… to wiele wyjaśnia. Bardzo wiele. Nawet więcej, niż się początkowo wydaje.

    Zbliżył się o krok do piedestału, ale nie za blisko — tak, żeby w razie czego zdążyć się cofnąć, gdyby spinki postanowiły… no, cokolwiek postanowić.

    — Skoro coś pochodzi od czarodzieja… — zaczął ostrożnie — …to należy zakładać, że działa. A jeśli działa, to niekoniecznie tak, jak człowiek, czy hobbit, by się spodziewał.

    Przekrzywił głowę, przyglądając się błyskowi diamentów pod szkłem.

    — Same się zapinają, powiadacie? — mruknął. — Hm. To brzmi… wygodnie. Podejrzanie wygodnie.

    Zerknął na resztę towarzystwa, jakby sprawdzał, czy ktoś już przypadkiem nie ma mankietów związanych w supeł.

    — Bo widzicie — ciągnął dalej, coraz bardziej w swoim żywiole — rzeczy, które robią coś „same”, rzadko poprzestają na jednym. Dziś zapinają się same, jutro zapinają się szybciej, pojutrze zapinają się komuś, kto wcale o to nie prosił…

    Zamilkł na moment.

    — …albo komuś, kto bardzo prosi, żeby przestały.

    Odchrząknął i poprawił kamizelkę, odzyskując pozory powagi.

    — Ale! — uniósł palec — Nauka wymaga odwagi. A przynajmniej… obserwacji z bezpiecznej odległości.

    Cofnął się pół kroku. Tak dla pewności.

    — Z wielką chęcią zobaczyłbym ich działanie — oznajmił uprzejmie. — Najlepiej… na kimś, kto ma odpowiednie doświadczenie w obchodzeniu się z przedmiotami historycznymi.

    Krótka pauza.

    — I silne nerwy.

    Jeszcze krótsza.

    — Oraz mankiety, których ewentualna utrata nie będzie wielką tragedią.

    Spojrzał znów na spinki, już wyraźnie zafascynowany.

    — Bo jeśli one rzeczywiście zapinają się same… — dodał ciszej — …to chciałbym bardzo zobaczyć, czy równie łatwo dają się odpiąć.

    text alternatywny

    Archiwum sprzysiężenie czerwonej księgi

  • [CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
    GreKG GreK

    text alternatywny

    Raze Switch More

    Na ulicach Night City

    niedziela 15.07.77, 0:15

    Silnik taksówki mruczał jednostajnie.

    Raz po raz zawieszenie wybierało nierówności, wprawiając jego obolałe ciało w nieprzyjemne drgania. Każdy wstrząs odbijał się echem gdzieś pod żebrami i za pustym oczodołem.

    Przez dłuższą chwilę nie wiedział nawet, gdzie jest.

    Miał zamknięte oko.

    Słyszał głosy.

    Znajome.

    Dalekie.

    Jakby dochodziły z drugiego końca tunelu.

    Potem poczuł czyjąś dłoń na własnej ręce.

    Arte.

    Nie Keira.

    Arte.

    Ta myśl pojawiła się nagle, wyraźna jak neon przebijający się przez mgłę.

    Powoli otworzył oko.

    Świat wrócił w połowie.

    Brakowało mu głębi.

    Brakowało kolorowych znaczników Nadświata.

    Brakowało danych.

    Brakowało...

    Kiroshi.

    Zamarł.

    Dopiero teraz naprawdę to do niego dotarło.

    Nie zgubił oka.

    Ktoś mu je wyjął.

    Nie! Sam je wyjął.

    Wspomnienie nadeszło w bolesnej, krótkiej przebitce.

    Przełknął ślinę.

    Gardło miał suche jak papier ścierny.

    Spojrzał na odbijające się w szybie miasta.

    Neony Glen przesuwały się za oknem jak rozmazane smugi światła.

    Był w taksówce.

    Był żywy.

    I właśnie to zaczynało go niepokoić.

    Pamięć wracała kawałkami.

    Przypomniał sobie mieszkanie SlimWire.

    Rositę.

    Szelest lateksowych rękawiczek.

    Pudełko do pizzy.

    Okruszki.

    Pistolet znikający w kartonie.

    Fuentes.

    Ten jego pierdolony uśmiech.

    Dzieci.

    ...

    Dzieci.

    Poczuł mdłości.

    Nie od obrażeń.

    Od wspomnienia.

    Powoli uniósł zdrową rękę i dotknął bandaża zasłaniającego pusty oczodół.

    Syknął.

    — Chuj...

    Tylko tyle udało mu się z siebie wydusić.

    Płuca bolały przy każdym oddechu.

    Siedzący obok ludzie od razu zwrócili na niego uwagę.

    Dingo.

    Mack.

    Brazil.

    Frog.

    Dopiero wtedy uświadomił sobie jeszcze jedną rzecz.

    Przyjechali po niego.

    Naprawdę po niego przyjechali.

    Do Vista del Rey.

    Nocą.

    Przez chwilę patrzył na nich bez słowa.

    Potem prychnął cicho.

    Krzywo.

    Prawie jak uśmiech.

    — Kurewsko głupi jesteście.

    Oparł głowę o zagłówek.

    — Wszyscy.

    Milczał chwilę.

    Oddychając ciężko.

    — Dzięki.

    Powoli zaczął układać elementy łamigłówki.

    SlimWire.

    Shiva.

    Fuentes.

    Rosita.

    Bractwo Gołębicy.

    Muammar. El Capitano.

    Arasaka.

    Każda nazwa była jak kamień wrzucany do worka.

    Robił się coraz cięższy.

    W końcu westchnął.

    Długo.

    Zmęczony bardziej niż obolały.

    — Nie pamiętam końcówki.

    Spojrzał na resztę jednym okiem.

    Tym, które mu zostało.

    — Ostatnie co kojarzę, to mieszkanie Slima. Co tam się odpierdoliło?

    Rozgrywka cyberpunk cyberpunk2077
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa