
Morgrin zareagował w ostatniej chwili, nim Kendra zdążyła wypowiedzieć o jedno słowo za dużo. Wśród zebranych mieszkańców rozległy się wraże pomruki, a kilka par dłoni zacisnęło się mocniej na trzonkach rolniczych narzędzi. Niektórzy postąpili nawet o krok naprzód. Wystarczyło jedno złe słowo, jeden źle odczytany gest, by dotychczasowe groźby przerodziły się w rękoczyny.
Krasnolud zdecydowanie wystąpił przed żałobników. Odziany w szaty Strażnika Grobowców, stanął naprzeciw rozjuszonych mieszkańców. Jego stanowcza postawa i donośny głos, dobywający się spod siwej brody, nie pozostawiały wątpliwości, w czyim imieniu przemawiał.
Uwaga tłumu skupiła się na krasnoludzie. Nikt spośród stojących na drodze mężczyzn nie spostrzegł więc, jak za jego plecy zręcznie przemknęła drobna postać, mierząca niespełna trzy stopy wzrostu.
Alicia wykonuje
Test Cechy: Zręczność (Skradanie się).
Wynik 🎲: 19.
Tłum wykonuje
Test Cechy: Mądrość (Percepcja).
Wynik 🎲: 10. Porażka.
Podczas gdy Morgrin piętnował postępek mieszkańców i przypominał im o świętości miejsca, za jego plecami rozległ się przyciszony, wysoki głos. Alicia, kreśląc dyskretny gest, wypowiadała słowa kellidzkiej modlitwy, wywodzącej się z tradycji dalekich, chłodnych ziem północy, skąd przybyła. Jej inwokacja do Siostry Żar ginęła pośród urywanych oddechów, szelestu przemoczonych płaszczy i chrzęstu żwiru pod butami. Zdawało się, że nikt z zebranych nie zwrócił na nią uwagi, pochłonięty gniewną przemową Strażnika Grobowców. Jeśli którykolwiek z mieszkańców Ravengro usłyszał jej słowa, mógł wziąć je jedynie za niezrozumiałe mamrotanie obcej kobiety z dziczy.
Tymczasem niosący trumnę, nie chcąc dopuścić do nieszczęścia, ostrożnie opuszczali ciężar na ziemię. Drewno zetknęło się z mokrym żwirem z głuchym odgłosem. Trumna Petrosa Lorrimora spoczęła pośrodku cmentarnej alejki, nim jeszcze dotarła do przeznaczonego jej grobu.
Alicia rzuca zaklęcie ✨Taumaturgia✨
Alicia wykonuje
Test Cechy Charyzma (Oszustwo) z Przewagą.
Wynik 🎲: 13 < 21.
Tłum wykonuje
Test Cechy Mądrość (Intuicja).
Wynik 🎲: 13. Porażka.
Nikt nie dostrzegł podstępu. Nikt też nie skojarzył modlitwy niziołki z tym, co nastąpiło chwilę później.
Głos Morgrina, dotąd stanowczy i donośny, niespodziewanie zabrzmiał z nadnaturalną siłą. Ostatnie słowa Strażnika Grobowców przetoczyły się pomiędzy nagrobkami i ponad głowami zgromadzonych niczym uderzenie potężnego świątynnego dzwonu, zagłuszając końcowe ostrzeżenia Valda. Zdawało się, że powietrze zadrżało, a ponure kamienne pomniki, niemi świadkowie całego zajścia, na krótką chwilę stały się częścią tego oskarżenia. Nie sposób było uwierzyć, że tak potężny głos mógł dobywać się z piersi jednego, nawet tak krzepkiego krasnoluda.
Morgrin wykonuje
Test Cechy Charyzma (Zastraszanie) z Przewagą.
Wynik 🎲: 19 > 0. Sukces.
Jeden z mężczyzn cofnął się tak gwałtownie, że potrącił stojącego za nim towarzysza. Inny opuścił widły, aż ich ostrza z cichym szczękiem uderzyły o żwir. Pośród tłumu rozeszły się trwożne szepty.
— Pani Grobów... — wydusił ktoś z tyłu, ocierając spocone czoło.
— Nie winniśmy byli tu przychodzić — odezwał się bojaźliwie inny.
Kilku mieszkańców pośpiesznie nakreśliło zaciśniętą pięścią znak spirali nad sercem, jak gdyby dopiero teraz przypomnieli sobie, na jakiej ziemi stoją i czyje imię wzywał rozwścieczony kapłan.
Gibs Hephenus także drgnął, choć prędko odzyskał panowanie nad sobą.
— Co się tak gapicie?! — warknął do swoich ludzi, obracając się przez ramię. — Wszak wiecie, cośmy ustalili!
Nie odpowiedział mu jednak żaden zgodny okrzyk.
Stary weteran przeniósł wzrok z jednej twarzy na drugą. Ci, którzy jeszcze przed chwilą wtórowali jego groźbom, teraz spuszczali oczy albo przestępowali niepewnie z nogi na nogę. Ich zbiorowa odwaga, początkowo tak wielka wobec pogrzebowego orszaku, kruszyła się niczym cienki lód podczas pierwszych wiosennych roztopów.
— Gniewu Szarej Pani na się ściągał nie będę. Nie przez cię — mruknął jeden z rolników.
— Ja tyż nie — odezwał się drugi. — Wzbronienie niecnego pogrzebu miało być i spalenie plugawego nekromanckiego truchła, Gibsie, a nie swara z kapłanem.
— Tchórze... — wycedził Hephenus.
Lecz nie miał już kogo prowadzić.
Pierwsi mężczyźni zaczęli się wycofywać, początkowo powoli, jakby nie chcieli okazać strachu przed swoimi towarzyszami. Potem następni zeszli z alejki między nagrobki, ustępując miejsca żałobnikom. Wkrótce po zwartej grupie nie pozostało nic prócz kilku najbardziej zawziętych pomocników Gibsa, którzy również zaczęli się cofać.
— Moje na wierzchu i tak będzie — oświadczył srogo Hephenus, przenosząc wzrok na Kendrę i czwórkę przybyszy. Zmierzył ich spojrzeniem pełnym zajadłej niechęci. — Zapłacicie mi za to. Wszyscy.
Splunął w żwir, odwrócił się na pięcie i ruszył za resztą.
Wkrótce cała osiemnastka oddaliła się, znikając za zasłoną mrzawki. Jeszcze przez chwilę słychać było szuranie butów i pojedyncze, nieprzyjazne głosy, aż wreszcie odgłosy te rozpłynęły się w szmerze deszczu.
Na Alei Wiecznego Snu ponownie zapanowała głucha cisza.


Kendra stała nieruchomo, z dłońmi zaciśniętymi na fałdach żałobnej sukni. Dopiero gdy ostatni z intruzów zniknął jej z oczu, wypuściła długo wstrzymywany oddech. Popatrzyła na trumnę ojca, spoczywającą pośrodku drogi, i odwróciła twarz.
— Ojcze Morgrinie... — odezwała się po chwili, zwracając się do krasnoluda. — Nie wiem, jak mogę wam podziękować.
Spojrzała kolejno na pozostałych przybyszy.
— Wam wszystkim. Gdybyście nie stanęli w naszej obronie, bogowie jedni wiedzą, do czego by doszło. Przecież to pogrzeb...
Głos jej zadrżał.
— Chciałam tylko godnie pożegnać ojca. Czy naprawdę żądam tak wiele?
Przymknęła na chwilę powieki i odetchnęła ciężko.
— Proszę, wybaczcie mi te nieprzyjemności. Nie winniście byli być świadkami czegoś podobnego, szczególnie po przebyciu tak długiej drogi. Zapewniam was, że nie wszyscy mieszkańcy Ravengro są takimi ludźmi.
Wśród pozostałych żałobników nadal panowało poruszenie. Rajca Gharen Muricar kręcił głową z wyraźnym niesmakiem, podczas gdy Vashian Hearthmount, ze ściągniętymi brwiami, obserwował miejsce, w którym zniknęli napastnicy.
— Poznałem tych obwiesiów — odezwał się Hearthmount. — Parobkowie z okolicznych gospodarstw. Ludzie nędznego charakteru, od których trudno spodziewać się ogłady. Ale coś podobnego...
— Na pogrzebie profesora! I to przed obcymi! Tak nie lza! — dodał Muricar, poprawiając przemoczoną pelerynę. — Doprawdy, niebywała hańba dla całego miasteczka! Już ja ich opiszę w najbliższym „Wealdayowym Pergaminie”! Niech całe Ravengro dowie się, jakiego wstydu nam przysporzyli!
Niedługo potem Aleją Wiecznego Snu nadszedł ojciec Vauran Grimburrow. Zaalarmowany podniesionymi głosami, opuścił miejsce przygotowanego pochówku, aby zbadać przyczynę zwłoki. Na widok trumny spoczywającej pośrodku drogi zmarszczył krzaczaste brwi.
— Cóż tu się wydarzyło? — zapytał surowo.
Kiedy wyjaśniono mu zajście, oblicze starego kapłana stężało.
— Gibs Hephenus... — powtórzył wolno, jakby samo wypowiedzenie tego nazwiska sprawiało mu przykrość. — Znam ja tego człeka. I spodziewałem się po nim niewiele dobrego. Ale żeby odważyć się na coś takiego tutaj, na poświęconej ziemi?
Spojrzał na Strażnika Grobowców i skinął mu głową z uznaniem.
— Dobrzeście uczynili, bracie Morgrinie. Wprawdzie Matka Dusz nie potrzebuje obrońców swej potęgi, lecz jej słudzy winni strzec spokoju umarłych. Dziękuję wam za stanowczość.
Następnie objął wzrokiem Kendrę oraz czwórkę przybyszy.
— Przyjmijcie moje najszczersze przeprosiny. Wstyd mi, że podobnego zuchwałego występku dopuszczono się podczas obrzędów powierzonych mej pieczy. To nie tylko świętokradztwo, ale jawna napaść na żałobników, którzy pragną wypełnić ostatnią powinność wobec zmarłego!
Stary kapłan zacisnął usta.
— Zapewniam was, że nie pozostawię tej sprawy bez odpowiedzi. Gdy tylko zakończymy pochówek, zawiadomię szeryfa Caellera. Niechże ci ludzie przekonają się, że strach i zabobon nie dają nikomu prawa do czynienia gwałtu.
Potem spojrzał na trumnę.
— Dość już zwłoki. Profesor Lorrimor zasłużył na spokój. Pozwólmy mu go wreszcie zaznać.

Dalsza droga upłynęła już bez przeszkód.
Gdy trumnę ponownie podjęto na ramiona, kondukt ruszył za Kendrą i ojcem Grimburrowem w głąb Pól Spoczynku. Nikt nie rozmawiał. Nawet ci, którzy przedtem od czasu do czasu wymieniali między sobą ciche uwagi, teraz szli z opuszczonymi głowami.
Aleja ciągnęła się pośród mogił, starych kamiennych płyt i niewielkich rodzinnych grobowców. Nad niektórymi nagrobkami pochylały się nagie konary drzew, z których na ziemię spadały krople deszczówki. W zagłębieniach inskrypcji gromadziła się wilgoć, a wykute w kamieniu nazwiska dawno zmarłych niknęły miejscami pod mchem i poczerniałymi zaciekami.
Wreszcie orszak dotarł do przygotowanej kwatery. Wśród otaczających ją grobów ciemniał świeżo wykopany dół o równych, starannie wyprowadzonych ścianach. Obok usypano kopiec ciężkiej, mokrej ziemi, z której wystawały drobne korzenie i kamienie. Dwaj grabarze oczekiwali w pobliżu, z odkrytymi głowami i łopatami opartymi o ramiona. Na widok nadchodzących żałobników odstawili narzędzia i skłonili się przed kapłanem.
Trumnę ustawiono na przygotowanych belkach przy krawędzi mogiły. Zgromadzeni otoczyli grób, pozostawiając miejsce u wezgłowia Kendrze i ojcu Grimburrowowi. Przez kilka chwil nikt się nie odzywał. Słychać było wyłącznie deszcz miękko bębniący o wieko trumny oraz odległy, monotonny warkot lelka kozodoja, niosący się znad wrzosowisk.
Kapłan stanął u wezgłowia i uniósł rękę, kreśląc znak spirali.
— Zebraliśmy się tutaj, aby powierzyć ziemi doczesne szczątki Petrosa Lorrimora, uczonego, ojca i druha tych, którzy przybyli dziś oddać mu ostatnią posługę.
Jego głos był niski i spokojny. Nie pobrzmiewał już w nim gniew, który chwilę wcześniej skierował przeciwko napastnikom.
— Wszystko, co dycha, podlega przemijaniu. Żadne bogactwo, żadna wiedza, żaden zaszczyt ni moc nie uwolnią śmiertelnika od chwili, w której jego żywot dobiegnie kresu. Lecz kres życia cielesnego nie jest całkowitym kresem, a zaledwie początkiem wędrówki duszy. Śmierć stanowi jedynie próg, który każdemu przyjdzie przekroczyć.
Spojrzał na zamknięte wieko.
— Nie do nas należy wydawanie ostatecznych sądów nad tymi, którzy odeszli. Naszym obowiązkiem jest okazać im należny szacunek, zachować pamięć o ich czynach i pozwolić, by ich cielesne powłoki zaznały wiecznego spoczynku. Niechaj więc ciało Petrosa Lorrimora spocznie w ziemi, a jego dusza bezpiecznie przemierzy Rzekę Dusz, by na Grobowisku stanąć przed obliczem Szarej Pani i przyjąć sprawiedliwy osąd, należny jej uczynkom i przeznaczeniu.
Kapłan pochylił głowę.
— Pharasmo, Pani Grobów, Strażniczko Dusz i Sędzio Umarłych, przyjmij tego, którego żywot dobiegł końca. Niech nie zbłądzi pośród ciemności, niech nie pochwycą go ręce tych, którzy sprzeciwiają się śmierci, i niech żadne nieczyste zaklęcie nie zakłóci spoczynku jego ciała. Niech dokona się to, co zostało mu przeznaczone.
Pośród zgromadzonych rozległy się ciche odpowiedzi wiernych. Następnie ojciec Grimburrow dał znak grabarzom.
Mężczyźni podeszli do trumny i przełożyli pod nią mocne powrozy. Pracowali z zawodową wprawą, bez pośpiechu. Po chwili olchowa skrzynia zawisła nad otwartym grobem i zaczęła opadać w jego głąb, cal po calu. Powrozy naprężały się w rękach grabarzy, a wilgotna ziemia osypywała się drobnymi grudkami spod ich butów.
Wreszcie trumna spoczęła na dnie.
— Panno Lorrimor. Czy zechce pani pożegnać ojca?
Dziewczyna skinęła lekko głową. Podeszła do usypanego obok kopca, przykucnęła i nabrała w dłoń garść wilgotnej ziemi. Przez moment trzymała ją w zaciśniętych palcach, jak gdyby od tego drobnego gestu zależało coś nieodwracalnego. Potem wyciągnęła rękę nad mogiłą. Grudki ziemi spadły na drewniane wieko z głuchym, nierównym stukotem. Kendra zadrżała.
— Żegnaj, ojcze — wyszeptała łamiącym się głosem.
Odwróciła się ku żałobnikom. Oczy miała zaczerwienione, lecz kiedy przemówiła ponownie, starała się nadać głosowi wyraźne, pewne brzmienie.
— Przez całe życie znałam ojca jako człowieka, który nie potrafił przejść obojętnie obok cudzej krzywdy. Bywał uparty, roztargniony i tak pochłonięty swoimi badaniami, że czasem zapominał o najprostszych sprawach. Potrafił spędzić pół nocy nad starą księgą, a potem szukać okularów, które od początku miał na nosie...
Na twarzach niektórych żałobników pojawiły się gorzkie uśmiechy.
— Ale nigdy nie zapominał o ludziach, którzy potrzebowali pomocy. Niejeden raz widziałam, jak odkładał własne sprawy, by wysłuchać kogoś, kto nie miał do kogo się zwrócić. Nie pytał wtedy, co zyska ani czy będzie mu się to opłacało. Uważał, że jeśli człowiek wie wystarczająco dużo, by móc poratować kogoś w potrzebie, to ma obowiązek przynajmniej spróbować.
Zamilkła na chwilę. Odetchnęła głębiej, nim znów podjęła opowieść.
— Pamiętam też, że często się o niego bałam. Wyruszał w dalekie podróże, odwiedzał miejsca, do których inni nie odważyliby się zajrzeć, i zadawał pytania, których większość ludzi wolała nigdy nie wypowiadać. Gdy prosiłam, żeby był ostrożniejszy, odpowiadał, że strach bywa rozsądny, lecz nie powinien decydować za nas o wszystkim.
Spojrzała ku mogile.
— Chciałabym wierzyć, że do końca pozostał wierny temu, czego mnie uczył.
Ostatnie słowa wypowiedziała znacznie ciszej.
— Tak bardzo będzie mi go brakować...
Przycisnęła do ust drżące palce i przez kilka chwil nie mogła mówić dalej.
— Dziękuję wam — odezwała się wreszcie — że przybyliście go pożegnać. Wiem, iż dla niektórych oznaczało to długą i uciążliwą podróż. On z pewnością byłby szczęśliwy, widząc tutaj tylu ludzi, których znał i cenił.
Rozejrzała się po zgromadzonych.
— Jeżeli ktokolwiek z was chciałby powiedzieć o nim kilka słów, podzielić się wspomnieniem albo historią, której nie znam... bardzo proszę. Chciałabym zachować w pamięci także tego ojca, którego znaliście wy.
Zapadła cisza. Kendra pozostała przy mogile, zwrócona ku żałobnikom.
Kiedy wspomnienia dobiegły końca, ojciec Grimburrow poprowadził ostatnią modlitwę. Pozostali uczestnicy pogrzebu kolejno podchodzili do mogiły, by dorzucić garść ziemi, nakreślić nad sercem spiralę albo po prostu pochylić głowę nad spoczywającą w dole trumną.
W końcu grabarze podjęli swoją pracę. Pierwsze łopaty ziemi spadały do grobu z ciężkim łoskotem, szczególnie donośnym pośród panującej ciszy. Z każdą następną coraz większą część wieka przesłaniała brunatna warstwa gruntu. Kendra przyglądała się temu długo, bez słowa, a gdy mogiła została zasypana i wyrównana, podeszła jeszcze raz, by położyć na niej skromną wiązankę białych przebiśniegów .

Żałobnicy nie rozeszli się od razu. Jedni podchodzili do Kendry, aby uścisnąć jej dłoń lub objąć i wypowiedzieć kilka słów pocieszenia. Inni składali ukłony lub w milczeniu oddalali się w stronę cmentarnej bramy. Rajcy pożegnali się z córką profesora z powagą stosowną do piastowanych godności. Wyjątkowo przygaszony Zokar Elkarid odszedł wraz z synem, a pozostałych uczestników pochodu wkrótce pochłonęły wijące się pośród grobów alejki.
Ojciec Grimburrow zatrzymał się jeszcze przy Kendrze, zamieniając z nią kilka ściszonych słów. Zapewnił, że świątynia otoczy mogiłę profesora należytą opieką. Następnie pobłogosławił dziewczynę raz jeszcze i pożegnawszy resztę żałobników, ruszył w stronę świątyni.
Kiedy ostatni z miejscowych żałobników oddalili się już od grobu, Kendra zwróciła się do czwórki przybyszy i milczącej zakonnicy.
— Nie chciałabym, żebyśmy rozstawali się w takich okolicznościach — powiedziała. — Jak wspomniałam w liście, ojciec pozostawił testament, którego odczytanie wymaga waszej obecności. Jeśli zechcecie wrócić ze mną do domu, będę wam bardzo wdzięczna.
Zawahała się, po czym dodała łagodniej:
— Kazałam na nasz powrót przygotować ciepłą strawę i butelkę zacnego ustalavskiego wina. Po tym wszystkim przyda nam się chyba odrobina wytchnienia i spokoju.



Dom Lorrimorów powitał powracających ciszą, której nie zaznali tu podczas porannego zgromadzenia. Żałobnicy dawno się rozeszli, a wraz z nimi ucichły rozmowy i szelest odświętnych strojów. W pokojach pozostał jedynie jednostajny stukot deszczu o szyby i sporadyczne trzaski bierwion w kominku.
Martha, służąca zatrudniona w domu Lorrimorów, zajęła się przemoczonymi okryciami gości i wskazała miejsce, gdzie mogli pozostawić broń. Kendra tymczasem zaprosiła ich do biblioteki, ulubionego pomieszczenia swojego ojca.
W pomieszczeniu panował przytulny półmrok. Ciężkie zasłony częściowo przesłaniały zamglone od wilgoci okna, a płomienie świec wydobywały z cienia rzędy książek oraz wiszące na ścianach mapy i ryciny. W kominku płonęły świeżo dołożone polana, stopniowo rozpraszając chłód przyniesiony z cmentarza.
Pośrodku pokoju stał obszerny, drewniany stół, na którym nadal spoczywały zeszyty, kałamarz i kilka otwartych książek. Wokół ustawiono krzesła, wśród których wyróżniał się nieco odsunięty od blatu fotel profesora, jak gdyby gospodarz opuścił go niedawno, tylko na chwilę. Kendra zatrzymała na nim spojrzenie, po czym odłożyła na bok kilka ksiąg, czyniąc nieco miejsca dla przybyłych.
— Proszę, rozgośćcie się — powiedziała, wskazując wolne krzesła przy stole. — Wybaczcie nieporządek. Ojciec miał własny sposób układania książek, którego chyba nikt poza nim nigdy w pełni nie rozumiał. Twierdził, że doskonale wie, gdzie co leży, dopóki nikt nie próbuje mu pomagać.
Na jej ustach pojawił się blady uśmiech.
— Po jego śmierci nie miałam serca niczego tutaj przestawiać.
Wkrótce do biblioteki weszła Martha. Przyniosła tacę z kryształowymi kielichami i karafką ciemnoczerwonego wina, po czym sprawnie rozstawiła naczynia na wolnej części stołu. Wraz z jej nadejściem z korytarza napłynął głęboki, korzenny zapach przyprawionego pieczystego, zwiastujący rychłe podanie jadła.
— To rodzime wino z winnic hrabiny Carmilli Caliphvaso, założonych przed kilkoma laty na ziemiach dawnego opactwa Sante-Lymirin, niedaleko Caliphas — wyjaśniła Kendra, kiedy Martha zaczęła napełniać kielichy. — Podobno zdążyło już zdobyć sobie uznanie. Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu.
Ciemny trunek zalśnił karminowo w świetle świec, roztaczając intensywny aromat dojrzałych śliwek, czarnych porzeczek i korzennych przypraw. Martha nalewała go oszczędnie, uważając, by ani jedna kropla nie spłynęła po kryształowych ściankach. Gdy podeszła do zakonnicy, ta jedynie uniosła dłoń w powściągliwym geście odmowy. Służąca przyjęła to bez słowa i przeszła do kolejnego gościa.
Kiedy kielichy gości zostały napełnione, Kendra uniosła swój.
— Za Petrosa Lorrimora. Niech Pani Grobów prowadzi go bezpiecznie przez ostatnią drogę.
Odczekała chwilę, pozwalając zebranym wznieść kielichy, po czym upiła niewielki łyk i odstawiła swój na stół.
— To cierpki, wytrawny trunek — dodała już zwykłym, cichszym tonem. — Idealny, by przegnać cmentarny ziąb i pobudzić apetyt. Martha lada moment wniesie gorącą strawę.
Po tych słowach twarz dziewczyny znowu spoważniała.
— Jeśli chodzi o testament ojca, obawiam się, że będziemy musieli jeszcze trochę zaczekać.
Spojrzała po twarzach przybyszów.
— Dokument znajduje się pod pieczą znanego już wam rajcy miejskiego Vashiana Hearthmounta. W Ravengro nie mamy jurysty w ścisłym znaczeniu tego słowa, więc to właśnie on zwykle zajmuje się podobnymi sprawami. Jest człowiekiem doświadczonym i przywiązanym do wszelkich formalności.
Kendra westchnęła cicho.
— Rozmawiałam z nim po ceremonii. Niestety ma jeszcze kilka obowiązków, których nie może odłożyć, dlatego zjawi się dopiero za mniej więcej jedno przesypanie klepsydry. Zapewnił mnie jednak, że przybędzie punktualnie. Pod tym względem można na nim polegać.

Kendra odruchowo sięgnęła po jeden z arkuszy leżących pomiędzy książkami. Rozpoznała charakter pisma ojca: drobne, pochylone litery, początkowo staranne, z każdą kolejną linijką coraz bardziej ścieśnione i pospieszne. Marginesy wypełniały dopiski, skreślenia i odsyłacze, zdradzające umysł, któremu najwyraźniej nie wystarczało miejsca na papierze. Przez chwilę przebiegała wzrokiem znajome zapiski, a na jej ustach pojawił się przelotny uśmiech.
— Przyznam, że nie wiem, czego spodziewać się po tym testamencie...
Zawahała się, a następnie spojrzała na gości z nieco większą otwartością.
— Skoro mamy jeszcze trochę czasu, chciałabym go dobrze wykorzystać. Wiem, że każde z was poznało mojego ojca w innych okolicznościach, a o wielu ze swych podróży i znajomości opowiadał mi bardzo oszczędnie. Niekiedy sądzę, że więcej wiedział o ludziach spotkanych na drugim końcu Morza Wewnętrznego niż o własnych sąsiadach.
Twarz dziewczyny delikatnie pojaśniała.
— Jeśli nie macie nic przeciwko temu, chętnie posłucham, jak właściwie się z nim poznaliście. A jeśli sami chcielibyście mnie o coś zapytać, szczególnie w związku z… wypadkiem… proszę się nie krępować. Postaram się odpowiedzieć najlepiej, jak potrafię.
Kendra ujęła kryształowe naczynie w obie dłonie, lecz nie podniosła go do ust. Za oknami wciąż padał deszcz, a płomienie świec drżały lekko w bibliotecznym półmroku..
Do przybycia rajcy Hearthmounta pozostawało jeszcze niemal całe przesypanie klepsydry…