Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
MuagorM

Muagor

@Muagor
Informacje
Posty
16
Tematy
0
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Polecane gry "bez prądu"
    MuagorM Muagor

    @Nami napisał w Polecane gry "bez prądu":

    text alternatywny

    Ja ostatnio (na początku grudnia) grałam w grę Ostoja. Bardzo przyjemna gra, myślę, że może na luzie uchodzić za grę rodzinną, także no dosyć łatwa. Jak ktoś ma parcie na wygraną, to jednak trzeba włączyć głębsze myślenie, więc tutaj można się popisać 😉 Im starsza jestem, tym bardziej zaczęłam doceniać gry "łatwe", no i ta taką będzie. Pierwsza rozgrywka zakończyła się dla mnie zajęciem 3 miejsca na podium, więc chyba nie było tak fatalnie (nie byłam ostatnia!)

    Ładna, szybka rozgrywka, nietrudna, można grać w 2 osoby. Polecajka

    Oj, tak. Ostoja to fajna gra, którą można grać na luzie jako rodzinną, a jak ktoś lubi przymóżdżyć to można wejść na wyższy kompetetywny poziom, gdzie każdy punkt się liczy i się myśli jak zoptymalizować ruchy. 🙂

    Ja ze swojej strony mogę polecić duuużo gier na różne gusta i różną kieszeń. Obecnie ogrywam ISS Vanguard, który jest mega fajną i dużą grą. Motywem gry jest eksploracja kosmosu statkiem kosmicznym i gra ma dwie płaszczyzny. Po pierwsze zarządzamy statkiem, dbamy o morale, trenujemy załogę, zarządzamy laboratorium badawczym, produkcją sprzętu (w formie kart i segregatora). Po drugie jak dolatujemy do planety to przenosimy się na planszę i robimy eksplorację (kołonotatnik z planszami dla każdej z X planet, figurki, kostki). Mi oba aspekty sprawiają frajdę, mojej małżonce tylko ta część druga i zazwyczaj kiedy ogarniamy z resztą zarządzanie statkiem, to ona się krząta, a siada do stołu dopiero na eksplorację planetarną. Zdecydowanie mogę polecić, ale z gwiazdką, że trzeba lubić oba aspekty, bo jak jeden z nich nie podejdzie, to gra jako całość nie podejdzie, bo każdy zabiera dużo czasu.
    ISS Vanguard

    Hydepark

  • [komentarze] The Night Walkers
    MuagorM Muagor

    Witamy i na posty czekamy 🙂 Dobrze, że wracasz do formy i pisania. Trzymamy kciuki, aby było tylko lepiej.

    Komentarze owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • [VtDA] Semproscurita
    MuagorM Muagor

    text alternatywny

    Aura pewności siebie i emanacja spokoju ze strony rozmówcy mówiła naprawdę wiele odnośnie obecnej sytuacji. Mężczyzna nie obawiał się Vincenzo, ani tego co ten mógł zrobić. Oznaczało to, że był całkowicie pewny kontroli nad sytuacją i swoich umiejętności, tudzież umiejętności swoich sługusów, którzy mogli się ukrywać gotowi na natychmiastową reakcję. Niezależnie jednak od tego czy był sam czy ze wsparciem to trzeba było pamiętać, że to spotkanie przebiegało na jego warunkach, bo to on do niego doprowadził. Vincenzo otrzymał alternatywę. Mógł uzyskać odpowiedzi wchodząc do katakumb, a przynajmniej takowe obiecywał jego rozmówca albo odejść. Odejście wiązało się z kolejnym ryzykiem, gdyż mężczyzna mógł wcale nie uhonorować tego biegu wydarzeń i zaatakować go od tyłu, bądź mogli to zrobić jego ludzie. Znalazłem się między młotem a kowadłem i nie widać było dobrej opcji wyjścia. Albertinazzi zastanawiał się nad ostatnimi słowami. “Zostaniesz w tym, w czym jesteś”. Czy to była groźba? Odejdź, a pozostaniesz w kłopotach w jakie Cię wpakowałem? To by znaczyło, że to wyjście wcale nie było wyjściem. Mógł co prawda próbować rozmówić się z doxe i ujawnić tego człowieka jako źródło ich wspólnych problemów. Pozostawał jednak jeszcze jeden problem. Vincenzo nie miał pojęcia co łączyło ich dwóch i jak zachowałby się doxe w takiej sytuacji. Oczywiście próżność podpowiadała Vincenzo, że to właśnie z nim powinien się zbratać, ale pewności mieć nie mógł. To zaś oznaczało, że samo przyznanie się mogło wynieść tego człowieka na wyższe stanowisko jako kogoś, kto był w stanie wodzić za nos Albertinazziego. Szlachcic przeniósł wzrok na Alessię zastanawiając się jaką ona w tym wszystkim odgrywa rolę. Jednocześnie przepełniała go złość na nią, że po tym wszystkim co dla niej uczynił ona go zdradziła. Musiał się z nią policzyć po tym wszystkim. Musiała zostać ukarana za zdradę. Teraz jednak był w środku innej rozgrywki. Rozgrywki, której zasad nie do końca się domyślał.

    Vincenzo podszedł do klapy w podłodze i z sapnięciem uniósł ją i otworzył. Ciemność korytarza wewnątrz nie była zachęcająca. Spojrzał nieufnie na mężczyznę, który zachęcał go do wejścia. To była jego gra, a on mógł wkroczyć w te podziemia niczym Daniel do jaskini pełnej lwów. Mógł mieć jedynie nadzieję, że Pan ochroni go tak jak ochronił Daniela przed zgubą. Podniósł świece z ziemi, aby mieć źródło światła i trzymając je w ręce wciąż się wahał. Jakaś część jego podświadomości wrzeszczała, aby nie wchodził do oczywistej pułapki, ale biorąc pod uwagę jakie możliwości do tej pory zaprezentował jego gospodarz, to głupotą byłoby zakładać, że ucieczka teraz mogła zakończyć się pozytywnym rozwiązaniem. Albertinazzi przeżegnał się i mamrocząc modlitwę ochronną zaczął schodzić w ciemność.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • [VtDA] Semproscurita
    MuagorM Muagor

    text alternatywny

    Furia przepełniała go kiedy przestępował wrota świątyni. Odruchowo sięgnął w stronę wody święconej, ale zdał sobie sprawę, że z jego ręki kapie jego własna krew. Cofnął dłoń nie chcąc skalać aspersorium. Kiedy zobaczył Alessię chowającą się w zakrystii uchwycił jej spojrzenie. Nie obchodziło go teraz. Mogła się go bać jak samego diabła, ale nie mogła przed nim uciec. Nie teraz. Nie po tym wszystkim. Ze zdwojoną determinacją ruszył przed siebie przez kościół.
    Wtedy z nawy wyłonił się on i zastąpił mu drogę. Vincenzo zatrzymał się patrząc na niego, tego przydupasa, który mówił w imieniu doży, bo ten nie miał ochoty z nim rozmawiać. Coś z tyłu głowy jednak wrzeszczało i chciało się przedrzeć do świadomości. Wściekłość blokowała jednak zazębianie się trybików. Ruszył dalej przed siebie gotów odepchnąć tego osobnika z drogi. Teraz musiał się zająć Alessią i żadne smutne spojrzenie jej nie mogło pomóc. To spojrzenie… Albertinazzi zwolnił kroku. Spojrzenie Alessi. Bała się, ale czy jego? Był na nią wściekły, ale znała go dostatecznie długo. Co jej towarzyszyło? Coś jeszcze było w oczach. Umysł Vincenzo wskoczył na właściwe obroty. Poczucie winy? Ze względu na to, że zawiodła… Nie… Ton był bardziej błagalny. Jakby… Jakby błagała go o wybaczenie za wprowadzenie do jaskini lwa. Lwa, którego obecność byłaby niesamowitym zbiegiem okoliczności. Ale zbiegi okoliczności nie istniały, nieprawdaż?

    Podchodząc do pierwszej ławy poruszał się już spacerowym krokiem i zatrzymał parę kroków od mężczyzny, którego jeszcze niedawno na spotkaniu całkowicie ignorował, błąd! Uniósł ręce i delikatnie klasnął parukrotnie.

    - Dobrze rozegrane. - Powiedział z uznaniem. W chwili obecnej był już niemal pewien iż stał on za nieobecnością Alessi. Co prawda mógł sabotować Albertinazziego dla sobie tylko znanych celów, ale bardziej prawdopodobne było, że pracował dla tego samego osobnika, który odpowiadał za wcześniejszy sabotaż. To zaś nasuwało okazję rozeznania się w sytuacji, której Vincenzo nie miał zamiaru odpuścić. Szczególnie, że został zwabiony w to miejsce na konfrontację. Ta zaś mogła się skończyć tylko na dwa sposoby. Przy odrobinie szczęścia uda się wyjść z tego ambarasu obronną ręką, ale dużo zależało od rozmówcy. - Jedno pytanie nie daje mi spokoju. Dlaczego? Czym sobie na to zasłużyłem?

    Spojrzał na mężczyznę z wyzwaniem w oczach. Wiedział, że wokół jego szyi zacieśnia się pętla, ale miał nadzieję jeszcze się z niej wyswobodzić i odwrócić bieg zdarzeń na swoją korzyść. Nie wiedział czy mężczyzna będzie chciał go zaatakować w domu bożym, czy też gdzieś tam czekają jego siepacze. Jedyne co miał do obrony to sztylet ukryty w wisiorze od swojego brata. Laska ze szpadą została w powozie, od którego był zdecydowanie za daleko. Nie było to wiele, ale użyte w odpowiednim momencie mogło okazać się kluczowym atutem

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • [VtDA] Semproscurita
    MuagorM Muagor

    text alternatywny

    Wyszedł. Wyszedł na ulicę i ruszył przed siebie, a w głowie cały czas dźwięczały mu słowa żony i bratowej. Był winny wszystkiemu o co go posądzały. Czuł piekący od środka żar winy. Bo był winny. Temu nie zaprzeczał. Wiedział dlaczego sprawy potoczyły się w ten sposób. Wiedział dlaczego zgrzeszył. Ale czy to go usprawiedliwiało? Czy świadomość tego, iż znał cały łańcuch przyczyn i był w stanie nimi wytłumaczyć decyzje zdejmował z niego winę? Nie. To tylko udowadniało jego wyrafinowania. Podejmował decyzje wiedząc jak źle mogą się skończyć. Podejmował je, aby osiągnąć określone cele. Podejmował decyzje, a teraz płacił cenę. Podejmował je świadomie, a to znaczyło, że było nawet gorzej. Łatwo było bowiem rozgrzeszyć się nawet samemu przed sobą za popełnione błędy jeżeli uważało się je za słuszne działanie i nie było świadomym konsekwencji. Jednak za działanie celowe, których konsekwencji było się świadomym? Jak można było rozgrzeszać się za grzech popełniony z taką premedytacją? Zasłużył na wszystko. Wiedział o tym. To sprawiało, że w jego środku ziała teraz taka pustka. Jakże łatwo mu było oceniać negatywnie brata za jego występki. Sam okazał się wcale nie lepszy. Ile razy uważał się za lepszego od niego. Jakże nisko upadła teraz ta moralna wyższość. Był potępiony na własne życzenie. Uderzył z wściekłości w ścianę przed sobą. Nie wiedział nawet jak długo szedł przed siebie. Wszystko do tej pory po prostu nie miało znaczenia. Deszcz, wiatr, błoto, łajno. Po prostu szedł przed siebie pogrążony w wirze emocji, który krążył wokół tej wielkiej paszczy pustki. Dopiero, gdy wyrosła przed nim ściana i nie chciała ustąpić drogi Albertinazziemu, dopiero wtedy się zatrzymał i spojrzał w górę. Wieża kościoła jeszcze bardziej go przybiła. Zgrzeszył, a nogi zaprowadziły go pod dom Boży. Ten stanął mu na drodze niby dowód tego, aby nie szedł dalej tą drogą. Załkał i zaczął walić pięścią w mur. Był wściekły na wszystko co się wydarzyło. Był wściekły na wszystkich uwikłanych w to co się działo. A przede wszystkim był wściekły na siebie. Na swoją słabość. Na swoją głupotę. Uderzał tak aż do momentu gdy ręka nie odmówiła mu posłuszeństwa. Złość znalazła ujście, ale w niczym to nie pomogło. Ściana świątyni stała dalej niewzruszona kpiąc z wysiłków człowieka i przypominając mu iż jest zaledwie pyłem w obliczu Stwórcy. Vincenzo ruszył wzdłuż muru. Jeszcze nie wiedział, czy chciał po prostu obejść budynek, czy wejść do środka i błagać Ojca o wybaczenie. Nie miał okazji podjąć tej decyzji. Ponownie została ona podjęta za niego.

    Alessia. W czerwonej sukni. Niczym krew na jego ręce. Co ona tu robiła? Miała zadanie, które jej wyznaczył. Czy ona również go zdradziła? Po tym jak ją wyciągnął z rynsztoka… po tym wszystkim co jej dał… ona śmiała go zdradzić? Ogień wściekłości ponownie rozpalił się w środku i dodał siły nogom, aby zaniosły Albertinazziego w ślad za cielesną powłoką jego grzechu.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • [VtDA] Semproscurita
    MuagorM Muagor

    text alternatywny

    Wiedział. Wiedział, że jego czyn może doprowadzić do czegoś takiego. Nie spodziewał się iż nastąpi to tak szybko. Ale była to złośliwa kolej losu. W chwili gdy działo się źle, to problemy się piętrzyły. Jeden na drugim niczym piramida nieszczęść. Teraz to samo działo się w jego życiu. Problemy w interesach, problemy z dzieckiem, problemy w małżeństwie. Niemniej nie spodziewał się takiego ciosu zaraz po wejściu do posiadłości brata. Był nastawiony bojowo na spotkanie z Dożą, gdzie wiedział, iż będzie musiał się tłumaczyć, a może i walczyć o przetrwanie. Teraz jednak cała ta pewność siebie i agresywna postawa uleciała z niego. Ramiona mu opadły, a widok jego szlochającej małżonki rozrywał mu serce. Buta i duma wyleciały niczym powietrze z przebitego balonu. Żal i wyrzuty sumienia zżerały go przez cały ten czas mimo iż odsunął je na bok na czas spotkania. Teraz przypomniały się o sobie i na nowo zaczęły przeżuwać jego psychikę. Opuścił głowę i spojrzenie, bo nie mógł spojrzeć kobiecie, którą kochał w oczy. To wystarczyło, aby potwierdzić jej podejrzenia.

    - Mea culpa. - Powiedział cicho, a cały ciężar tych słów uderzył w niego od środka. - Mea maxima culpa. - Powtórzył niczym na nabożeństwie w świątyni, a łzy zaczęły wypełniać mu oczy. - Niczego mi nigdy z Tobą nie brakowało. Jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało. Byłem zdruzgotany. Byłem pod wpływem wina. - Vincenzo zauważył, że zaczyna się tłumaczyć nie tyle przed żoną, co przed samym sobą, ale wiedział, że na jego grzech nie ma wytłumaczenia. Otrząsnął się więc z usprawiedliwiania się przed nią i przed samym sobą. Jedyne co mógł zaoferować to prawdę. - Nie zasługujesz na to co się wydarzyło. Ja nie zasługuje na wybaczenie. Ani od Ciebie, ani od Boga, ani od samego siebie. Disgrazia. Mea sempiternus disgrazia.

    Nie wiedział co uczynić. Zaledwie parę dni temu mógłby stwierdzić, że zawsze wiedział co zrobić albo co zacząć robić, aby osiągnąć cel. Teraz w czasie mniej więcej jednej doby drugi raz zastała go ta sytuacja bezsilności. Pierwszy raz gdy nakrył Fabrizia i Cassandre, a teraz drugi, który był efektem tamtego odkrycia. Gdyby bowiem nie zgrzeszyli, to starszy Albertinazzi nie sięgnął by dna, z którego wyciągnął się po ciele Alessii samemu popełniając straszny grzech. Ten sam za który miał pretensje do brata. Świat dookoła niego płonął, a on robił wszystko aby wyjść z tego cało, ale zawodził na wielu frontach. Czy da radę? Patrząc na rozpacz Glorii wiedział, że musi. Za dużo straciła przez jego decyzje, aby miał zawieść. Wyjdzie z tego zwycięsko. Jednak widok rozpaczy Glorii zapowiadał również iż to zwycięstwo najprawdopodobniej okaże się pyrrusowe.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • [VtDA] Semproscurita
    MuagorM Muagor

    text alternatywny

    Wyglądało na to, że słowa Vincenzo uspokoiły dożę. Dobrze. Powiedział mu prawdę tak jak zawsze czynił. Wiedział, że na oszustwie względem partnera daleko nie zajedzie. Takie rzeczy miały tendencję mścić się w najgorszych możliwych momentach. Wiedział, że sytuacja nie była wesoła, bo możliwości, którymi wykazał się ich oponent były godne szacunku. Kluczem było ustalenie jego tożsamości, a do tego droga mogła nie być taka prosta jak niektórzy by chcieli. W końcu jeżeli to była ta szara eminencja, o której Albertinazzi myślał, to była to osoba potrafiąca doskonale maskować ślady. Jak jednak życie nieraz pokazywało nie ma kogoś nie do ruszenia, licząc również Vincenzo, czemu dowodziły ostatnie wydarzenia.

    - Rozumiem doxe, a zarazem dziękuję. - Vincenzo skłonił głowę przed swoim dobrodziejem, z którym wiązały go liczne interesy. Nie wierzył co prawda, aby mężczyzna był gotów całkiem się odciąć. Zbyt ciasny był węzeł wzajemnych zależności między nimi. Odcięcie się jednego od drugiego nie było w stanie odbyć się bez poważnych reperkusji. - Również nie chcę potyczek, czy walk. Takie konflikty szkodzą interesom. Ale to nie my zaczęliśmy, a zostaliśmy wciągnięci w ten konflikt. Za brak dowodów ze mną przepraszam. - Ponownie skłonił głowę, tym razem w geście pokory. Zastanawiał się co zatrzymało Alessię. W jej wierność i kompetencję nie wątpił. Co prawda to samo tyczyło się zdrajcy. Czyżby więc i ona go zdradziła? Ciężko było w to uwierzyć. Nie mógł jednak tego odrzucać. Z drugiej strony nie godziło się wysuwać pochopnych wniosków. Rywal schowany w cieniu był wpływowy. Mógł sięgnąć również po Alessię, ale równie dobrze mogło się stać wiele innych rzeczy. Kolejna zagadka. Za dużo ich teraz było. - Kopie miały zostać dostarczone na nasze spotkanie przez zaufanego posłańca. Nie wiem jeszcze co się stało, ale przyjrzę się temu. Odpowiedzialny za ten cały ambaras pociąga za sznurki z cienia. Zna moje interesy i moich ludzi. Mam nadzieję, że ów brak, którego doświadczyliśmy nie jest jego kolejnym dziełem. Doxe, za pozwoleniem udam się zająć tą sprawą. - Vincenzo wstał i skłonił się doży. Jego pomocnika zaszczycił jedynie krótkim spojrzeniem.

    Po opuszczeniu spotkania wsiadł do swojego powozu. Nie dawało mu spokoju to co się stało, a raczej co się nie stało. Czemuż to Alessia się nie pojawiła. Miała udać się do Fabrizzia i przynieść dokumenty. Nie było to trudne zadanie. Pytanie na które należało odpowiedzieć, to w którym momencie coś poszło nie tak. Był zaś tylko jeden sposób aby się przekonać. Albertinazzi wyjrzał przez okno na woźnicę.
    - Do posiadłości mego brata. - zalecił. Po ostatnich wydarzeniach szczerze nie chciał go widzieć. Nie kiedy rana świeżo jątrzyła się w jego wnętrznościach. Musiał jednak odsunąć to uczucie na bok i zająć się tym czym powinien. Dowiedzieć się co się działo.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • [VtDA] Semproscurita
    MuagorM Muagor

    text alternatywny

    Nie wiedział w co pogrywał doża ze swoim sługusem. Milczenie po ostatnich słowach Vincenzo dłużyło się. Czy to był dobry znak, czy zły, czy cokolwiek w tym spotkaniu miało choć namiastkę bycia dobrym znakiem? Ciężko było określić. Tak czy inaczej Vincenzo wiedział już, że srogo się zawiódł na doży. Razem z ojcem pomogli mu osiągnąć obecne stanowisko, a teraz on odwracał się do rodziny Albertinazzi plecami. Kiedy Vincenzo już myślał, że cała rozmowa zakończy się takim nieprzyjemnym milczeniem doża w końcu się odezwał przywołując nie kogo innego jak świętej pamięci ojca Vincenza.

    Miał rację… Nawet jeżeli Vincenzo nie chciałby tego przyznać, to byłoby oszukiwanie rzeczywistości. Doża miał rację. Pod wieloma względami. Fabrizio nie nadawał się do prowadzenia rodzinnego interesu. Zbyt często myślał lędźwiami miast głową. Czego najnowszy dowód zafundował bratu całkiem niedawno. Wciąż czuł w sercu gorycz całego zajścia. Wciąż czuł te ukłucia wstydu i wyrzuty sumienia. Disgrazia! Po trzykroć disgrazia. Na obu braci, na jego córkę, na żonę. Na całą rodzinę. Doża miał rację. Ojciec byłby zawiedziony. Świadom był natury Fabrizia. Wiedział, że przeszkadzałoby to mu w godnym prowadzeniu rodzinnych interesów. Miał nadzieję iż Vincenzo wywrze pozytywny wpływ na brata i ostatecznie uda się sprowadzić go na szlachetną drogę porzucając tą buduarową drogę przyjemności ciała. Ostatnia doba ukazała jednak, iż stało się dokładnie na odwrót. Miast wynosić Fabrizia na drogę szlachetności, to ten drugi przyczynił się swymi występkami do stoczenia się Vincenza w odmęty tych samych grzesznych praktyk. Ojciec zdecydowanie byłby zawiedziony tymi wydarzeniami. Teraz z pewnością patrzył na nich z niebieskich pałaców z dezaprobatą, tak jak tylko on potrafił. Wzrokiem, który zazwyczaj kierowany był wyłącznie na Fabrizia. Vincenzo wiedział, że zgrzeszył, a świadomość wagi tego grzechu paliła jego trzewia. Czas na spowiedź i pokutę zbliżała się niemiłosiernie, acz on przygnieciony wyrzutami sumienia obawiał się jej niczym ścięcia. Ale pewne było również to, że ojciec byłby dumny z tego jak Vincenzo prowadził ich interesy. Tutaj doża się sromotnie mylił. Dość dobitnie ilustrował sytuacje używając płonącego zwoju. Ale… przecież to była jego pieczęć i podpis. Czy to była ostatnia wiadomość jaką mu przesłał? Nie ważne. Delikatne oparzenia na rękach nie przeszkadzało Vincenzo. Zasługiwał na większe kary po tym co uczynił swojej małżonce.

    - Masz racje doxe. - Zaczął mówić Vincenzo pocierając palce, aby odruchowo pozbyć się nieprzyjemnego odczucia przypalenia. - Traktuję tego zdrajcę niczym drobnostkę, bo nią jest. Zdradził raz i więcej okazji mieć nie będzie. Jest zaledwie pionem. To co się zadziało nie byłby w stanie samemu przygotować. Dostał ode mnie wszystko, a mimo to zdradził. To wiele mówi o sprawczości i możliwościach osoby, która go do tego pchnęła. On jest pionem. Poniesie zasłużoną karę i będzie przestrogą dla innych, ale nie rzucę wszystkich środków, aby dostarczyć go przed Twe oblicze za trzy dni, bo ten który siedzi za szachownicą w tym czasie rozstawi figury. - W jakimś odruchu Vinenzo na chwilę przeniósł wzrok z Dandolo na jego pomocnika, z którym wcześniej rozmawiał. Zaszczycił go paroma sekundami kontaktu wzrokowego, po czym wrócił do głównego rozmówcy. - Nie traktuję tego jako nic nie znaczącego zajścia. Po prostu skupiam się na tym co naprawdę istotne. - Spojrzał w dół i przydeptał tlący się pergamin - Non perdiamo tempo. Walczenie z zaprószeniami jest daremnym trudem kiedy po bibliotece biega podpalacz. Szybciej będzie w stanie podkładać ogień niż ja go gasić. Dlategoż najpierw muszę zająć się nim, gdyż dopiero wtedy sytuacja ulegnie uspokojeniu. A ukoronowaniem tego będzie ów zdrajca klęczący przed Tobą i błagający o litość. - Vincenzo wskazał gestem podłogę przed biurkiem dla urzeczywistnienia, że w tym miejscu będzie klęczał ów niegodziwiec - Dostaniesz go wedle życzenia doxe, ale nie wystawię się na kolejne ciosy, aby go doprowadzić w trzy dni. Obaj na tym byśmy ostatecznie stracili i tego żałowali. Trzeba to zrobić z głową, a nie gonić z żądzą zemsty za ukaraniem niegodziwca.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • [VtDA] Semproscurita
    MuagorM Muagor

    text alternatywny

    Ciągły brak reakcji ze strony doży dobitnie świadczył o tym jak na tą chwilę przedstawiała się sytuacja. Zero interakcji. Jedynie jakiś nikt przesłuchiwał Vincenza. Mógł się spodziewać wielu rzeczy, ale nie spodziewał się takiej potwarzy z jego strony. Nie po tym wszystkim co się zdarzyło w przeszłości. Nie spuszczał z doży wzroku czekając na jego reakcję. Doradcę, który go przesłuchiwał nie zaszczycił już nawet spojrzeniem. Nawet gdy ten nachalnie przysunął się w jego stronę.
    - Kiedy nadejdzie odpowiednia pora zrobię to co należy. - Odpowiedział krótko.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • [VtDA] Semproscurita
    MuagorM Muagor

    text alternatywny

    Wydłużające się milczenie tylko potęgowało napięcie. Vincenzo miał już dziś dużo za sobą i najchętniej zakończyłby dzień, aby zacząć z nową werwą wraz ze wschodem słońca. Nie dane mu to jednak było, a przynajmniej nie na tą chwilę. Obecnie musiał spowiadać się niczym przed kapłanem z ostatnich wydarzeń. Zachowanie doży również nie napawało optymizmem. Przyjacielska atmosfera, która nieraz była wyczuwalna w przeszłości prysnęła. Tyle zawdzięczali sobie nawzajem. Tyle razy razem stawiali czoła przeciwnościom losu i jeden pomagał drugiemu. Między innymi dzięki Albertinazzim ten człowiek mógł się szczycić pozycją doży. Ale teraz... Czy wystarczyło jedno potknięcie? Czy aż tak mało znaczyła lojalność? Teraz nawet nie mógł zaszczycić go spojrzeniem? Nawet słowem? Musiał z nim rozmawiać jakiś pomagier... Vincenzo zacisnął mocno szczęki przyjmując ten policzek. Musiał to przełknąć, ale z całą pewnością musiał to też zapamiętać.

    - Sabotaż. - Potwierdził Albertinazzi spoglądając na doradcę. Zaraz jednak wrócił wzrokiem do Doży. - Nie zwykłem rozpoczynać inwestycji będąc na nie nieprzygotowanym. Tak się jednak składa, że ktoś zawczasu przygotował się na moje przyjście i uknuł sabotaż na moim zapleczu. Musiał to długo planować i wprowadzać w życie. Pomału, by przeszło obok mnie niezauważone. Muszę przyznać iż jestem pod wrażeniem kunsztu. Niemniej ta ilość okazanej mi atencji oznacza iż osoba odpowiedzialna się mnie obawia bądź ma wobec mnie jakiś dawny zatarg. Żadnej opcji nie odrzucam, acz za wcześniej jeszcze bym mógł wyciągnąć jakieś konkluzje. Krach w Milanie bodzi we mnie osobiście, gdyż na szali znajduje się moja reputacja. Niemniej jeżeli podłoże jest osobiste, to Milano nie ma znaczenia. Mogło się to wydarzyć gdziekolwiek i muszę zbadać sprawę do końca i rozliczyć się ze sprawcą, aby więcej nie próbował czegoś takiego.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • [VtDA] Semproscurita
    MuagorM Muagor

    text alternatywny

    Podróż do swego dobroczyńcy i sojusznika minęła dla Vincenzo w zadumie. Myśli zaprzątały mu ostatnie wydarzenia. To co się stało dnia dzisiejszego. To było ukoronowanie ostatnich dni. Jakże złośliwe były koleje losu, które doprowadziły do tego wszystkiego. Jedno zdarzenie za drugim budowało tą sytuację. W końcu nie doszłoby do jego zbliżenia z Alessią, gdyby nie jego rozpacz, którą chciał ukoić winem. Ta zaś nie dała by o sobie znać gdyby nie dowiedział się o grzesznym związku jego córki i brata. Do niego zaś może wcale by nie doszło gdyby Fabrizio u niego się nie zatrzymał. On nie miałby ku temu powodu gdyby nie obecne problemy Conte. One zaś wzięły się z zainteresowania tymi tajemniczymi siłami, których istnienia nie byłby świadom gdyby nie krucjata. Od niej wszystko się zaczęło. Czy to była boska kara? Krucjata miała być wyprawą bogobojnych na pogan, aby głosić słowo Zbawcy. Oni zaś zamiast to robić złupili Konstantynopol. Sprzeniewierzyli się świętej misji biorąc na pierwsze miejsce dobra doczesne. Czy to była boska kara za to świętokradztwo? To wszystko co się wydarzyło... Kara za chciwość i pychę. Pozostawało mieć nadzieję, że dobry Bóg pozwoli się zrehabilitować swojemu zbłąkanemu synowi. Znając Jego miłosierdzie można było mieć nadzieję, ale jednocześnie nie można było brać tego za pewne. Trzeba było posypać głowę popiołem i o nie błagać.


    W posiadłości u doży Albertinazzi od razu zauważył iż nie byli sami. To w połączeniu z tonem jakim przywitał go gospodarz jasno dawało do zrozumienia, że spotkanie nie zapowiadało się na jedno z tych przyjemnych. Vincenzo nastawiał się bardziej na obronę spodziewając się jakiegoś ataku jawnego bądź ukrytego. Nie sądził by coś mu miało grozić, ale doża musiał dbać nie tylko o tego jednego sojusznika, który przed nim stanął. To zaś mogło oznaczać, że mógł znaleźć się w dość nieciekawej sytuacji.

    - Wybacz mą chwilową niedyspozycję Doxe. Ostatnimi czasy wiele zaprząta mą głowę. Winien temu sabotaż wycelowany we mnie. Skupiłem się na rozwiązaniu tego problemu. Niestetyż zaniedbałem niejako przy tym sprawy ciała i rodziny. Ale jestem na Twe życzenie. W czymże mógłbym Cię wspomóc? - Swoją krótką wypowiedź zakończył pytaniem podszytym delikatnym zainteresowaniem. Nie wiedział po co został wezwany i w jakim celu znajdował się w pomieszczeniu doradca, ale miał zamiar się tego szybko dowiedzieć.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • [VtDA] Semproscurita
    MuagorM Muagor

    text alternatywny

    Leżąc obok Alessii tuż po tym jak uprawiali dziką, namiętną miłość czuł się wspaniale. W tym momencie mógł poniekąd zrozumieć popęd jego brata. To było coś zupełnie innego niż z Glorią. Coś co dawało mu dziką satysfakcję. Coś czego nigdy nie spodziewał się zrobić. Coś po czym spodziewałby się palącego wstydu, a zamiast niego wypełniała go chęć czynu i... powtórzenia tego. Tak, zrobiłby to jeszcze raz z rozkoszą. Posiadłby Alessię jak i niejedną inną kobietę, aby zachować to uczucie. To było takie proste. Z jego zasobami mógł sobie pozwolić na iście hedonistyczne życie codzienne. Ale to przecież właśnie leży u podstaw kuszenia Szatana. Łatwość z jaką można ulec. Chwilowa przyjemność jaką można zyskać. A przecież ten jeden akt słabości dzisiaj mógł zrujnować jego rodzinę. Rozsądek podpowiadał mu, że musiał to uczynić. W końcu spotkanie z Dożą mogło również pogrążyć jego rodzinę. Nawet jeżeli jego spółkowanie z Alessią wyjdzie na jaw i rozbije mu rodzinę, to przynajmniej wciąż będzie mógł o nią dbać finansowo. Zresztą niezależnie od wszystkiego stało się. Nic już nie zmieni podjętej przez niego decyzji, a konsekwencje tego czynu będzie musiał wziąć na barki kiedy tylko go nawiedzą. Liczyło się to, że się udało i alkohol wywietrzał mu z głowy.
    - Dziękuję Ci moja droga. - Powiedział do niej z uśmiechem kiedy ta pomagała mu się ogarnąć. Musiał się jeszcze udać do łaźni, aby samemu doprowadzić się do stanu codziennego. Do odpowiedniego na spotkanie z Dożą. W tym jednak czasie ktoś musiał zająć się jeszcze czym innym. - Udaj się do mojego brata, aby dał Ci dokumenty na spotkanie z Dożą. Będzie wiedział co mi potrzeba, aby dowieść spiskowania.
    Vincenzo wiedział, że nie ma co ukrywać faktów przed swoim dobrodziejem. Zawsze był wobec niego szczery niezależnie od tego czy to było mu na rękę, czy nie. To był element relacji między nimi, który Doża sobie cenił, a przynajmniej tak zawsze mówił samemu Albertinazzi. Czy zaś było tak w rzeczywistości, to ciężko było stwierdzić. Domyślał się, że będzie musiał się przyznać do bycia oszukanym i przedstawić mu skutki tego. Skutki, które nie były przyjemne, ale które musiał ponieść. Potem zaś nadejdzie czas na dalszą rozgrywkę z tajemniczą szarą eminencją. Wcześniejsze myśli o wycofaniu się uleciały mu z głowy. Może to przez to jak się czuł po wykorzystaniu Alessi. Nie mniej gotów był na dalszą walkę.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • [VtDA] Semproscurita
    MuagorM Muagor

    text alternatywny

    Kiedy do tego doszło... Nie był w stanie stwierdzić. Na początek nalał sobie jeden kieliszek, a potem drugi. Wino pomagało mu się uspokoić... Z każdym łykiem problemy stawały się mniejsze. Z każdym łykiem miał coraz większe przeświadczenie, że wszystko się da rozwiązać. Ułatwiało mu to niemyślenie o tych strasznych rzeczach, a jednocześnie ułatwiało mu to myślenie o rozwiązaniach. Im więcej w siebie wlewał tym miał większe przeświadczenie, że jest bliżej rozwiązania wszystkich problemów. Tak mijały minut, a potem godziny. Zatracił się w winie, które oferowało chwilę wytchnienia, które oferowało brak cierpienia, które oferowało odpowiedzi. Ostatecznie oferowało jedynie iluzję tych rzeczy. Wszystko bowiem rzeczywiście znikało. Rozwiązania się pojawiały w głowie Vincenzo. Rozwiązania, które z całą pewnością będą skuteczne i wszyscy go będą za nie sławili.

    Problem pojawił się rano. Albertinazzi został odnaleziony przez swoją żonę i Alessię. Gloria wygarnęła mu wiele rzeczy. Mówiła... a Vincenzo nie był w stanie znaleźć kontrargumentu na żadną z nich. Rozwiązania, które wymyślił podczas picia uleciały mu z pamięci. Te zaś, które pozostały na trzeźwo pokazały swoje prawdziwe oblicze. Były debilnymi pomysłami. Żaden problem nie zniknął... żaden problem nie został rozwiązany. Wszystko trwało nadal. Jedynie conte stracił wiele czasu, stracił część honoru i szacunku zarówno dla samego siebie jak i szacunku innych osób. A jego brat pewnie się tym wcale nie przejmował... Gloria miała rację.

    Disgrazia...

    Disgrazia dla niego... dla jego brata... dla jego kochanej córki... dla całego rodu. Większa niż Gloria była w stanie sobie wyobrazić, bo to tu i teraz było tylko efektem większej ujmy na honorze. Niczym dom z kart wszystko się sypało. Nawet jego dobrodziej doża mógł czuć się urażony, gdyż Vincenzo nie raczył pofatygować się do jego posłańców. Jeżeli przybył by na spotkanie w takim stanie, to hańba zostałaby pogłębiona. Mógłby stracić łaski i upaść, a z nim cała rodzina... Ale czy ona już nie zaczęła upadać? To co wczoraj się stało...

    - Gloria miała rację. - Zaczął mówić zachrypniętym głosem do Alessi kiedy ta zaczęła mu pomagać obmywać jego ciało i doprowadzać się do porządku. Wzrok miał pusty jakby patrzył gdzieś w dal. - Kiedy mówiła, że Fabrizio przyniesie kłopoty. Ale... - Przełknął ślinę nie mogąc wypowiedzieć tego na głos - ... ale Cassandra... z własną bratanicą? - Zapytał nie wiadomo kogo z łzami w oczach. Otarł je po chwili nie do końca świadom, że powiedział Alessi więcej niż chciał.

    Wstał chwiejąc się. Kiedy Alessia starała mu się pomóc dał tylko sygnał ręką, aby się odsunęła. Sięgnął po swoją laskę, którą nosił bardziej dla ozdoby i bezpieczeństwa, ale tym razem rzeczywiście potrzebował jej aby móc iść prosto. Prosto do drzwi. Alessia chciała go powstrzymać, ale również teraz ją uciszył.

    - Na Krucjacie wielu piło. Widziałem co wino potrafiło zrobić z ludźmi... ale widziałem też inne rzeczy. - Stanął przed drzwiami i zamknął zasuwę. - Wielu zginęło, bo nie potrafiło prosto trzymać miecza. - Odwrócił się i zaczął iść w kierunku Alessii - Byli jednak tacy, którzy stawali do walki chwiejąc się, aby po paru chwilach walczyć zupełnie na trzeźwo. Strach, wysiłek... To wszystko jakoś sprawiało, że wino ulatywało z człowieka. - Podszedł do niej i się na nią patrzył zastanawiając nad czymś. Bijąc się z własnymi myślami. - Jak to się działo nie wiem. Wiem jednak że strach i walka sprawiają, że serce wali Ci jak młot. Może to o to chodzi. - Wyciągnął rękę i pogłaskał Alessię po policzku. Zrobił jeszcze pół kroku i złożył pocałunek na jej wargach - Spraw aby moje serce waliło jak młot.

    Nie sądził, że kiedykolwiek to zrobi. Głęboko wierzył w złożone śluby. Kochał Glorię. Ale wiedział, że jeżeli w takim stanie uda się na spotkanie z Dożą, to zniszczy im życie. To wydawało się jedynym rozwiązaniem. Poświęcenie własnej moralności dla dobra rodziny. Aby Gloria i ich dzieci mogli dalej wieść życie jakie im zapewniał. Pewnie znalazłyby się również inne sposoby, ale wciąż zamroczony winem umysł w chwili obecnej dostrzegał jedynie to rozwiązanie. Przepraszał Glorię w myślach... wiedział, że będzie musiał później odpokutować grzechy... Być może wykupić odpust... Ale nie... Nie mógł zapłacić pieniędzmi za darowanie takiego grzechu... Odpust odpadał... Spowiedź... pokuta... i nie powtarzanie tego nigdy więcej.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • [VtDA] Semproscurita
    MuagorM Muagor

    text alternatywny
    Próby odnalezienia osób wskazanych przez informatora spaliły na panewce. Co prawda ten się zaklinał o ich prawdziwość ale nic to nie dawało skoro sytuacja pozostawała niezmienna. Vincenzo dobrze wiedział, że ten człowiek go jeszcze nie zawiódł. On zaś zapewne cenił sobie złoto Albertinazzich. Sprawa więc została postawiona prosto, bo nazwiska od niego były bezwartościowe, bo nieistniejące. Vincenzo oczekiwał czegoś więcej, kogoś do kogo będzie można się udać, a nie nieistniejącego ducha. Jeżeli informator oczekiwał otrzymania jakiejś innej pracy w przyszłości, to powinien się wywiązać i dostarczyć takie nazwiska. Jeżeli nie… to trudno, ale raczej dalszego zarobku nie odnajdzie u Albertinazzich.


    Vincenzo przybył na umówione spotkanie i go zamurowało. Spodziewał się wielu rzeczy, ale nie tego. Widok jego własnej córki złączonej pocałunkiem z jej stryjem był zarówno zatrważający jak i zawstydzający. Nie wspominając o tym jakie obrzydzenie budził. Najgorsze zaś w tym wszystkim było jak jego córka jakby nigdy nic poprawiła mu koszulę i ruszyła umknąć do wyjścia.

    - Cassandra! - Zawołał za nią z lodowatym głosem i równie mrożącym spojrzeniem. - A Ty dokąd?! - Zatrzymał ją w pół kroku, ale nie dał dojść do słowa - Ubieraj się i idź do ojca Clemente prosić Boga o wybaczenie, a jak jeszcze raz tak zgrzeszysz, to resztę życia spędzisz w zakonie. PRESTO! - Odgonił ją ruchem ręki niczym komara i utkwił wzrok w swoim bracie.

    Każdego innego w tym miejscu spotkałaby surowa kara, ale… to był jego brat. Z jednej strony to działało na jego korzyść, a z drugiej sprawiało, że cała sytuacja była po stokroć gorsza. W Vincenzo się gotowało a chęć zrobienia krzywdy Fabrizio biła się z braterską miłością. Wściekłość z poczuciem bycia zdradzonym. Jak on w ogóle mógł? Nie wiedział czy chciał poznać odpowiedź na to pytanie. Nie wiedział też kiedy jego ręka powędrowała do szyi i jak długo już ściskał w dłoni wisior z ukrytym ostrzem otrzymany od brata. Ostrzem, które równie dobrze mogłoby być obecnie wbite w serce Vincenzo, aby wywołać efekt podobny do bieżącego. Nie wiedział też kiedy uda mu się opanować tik mięśnia u nasady nosa, który jakby na przekór woli starał się wykrzywić twarz Vincenza w grymas wściekłości. A ostatecznie nie wiedział co ma powiedzieć. Stał więc z wzrokiem wbitym w brata prowadząc wewnętrzną walkę z samym sobą. Gloria go ostrzegała… Mówiła mu, aby utemperował brata nim będzie za późno...

    Cassandra nie odpowiedziała ojcu, a jedynie podążyła, jak miał nadzieję, za jego poleceniem. Nie było to jednak teraz ważne. Nie było tak ważne...

    Fabrizio był blady jak ściana, co w jego przypadku nie było takie proste. Cwany uśmieszek z jakim zazwyczaj go widziano, ustąpił miejsca czystemu przerażeniu. Przez chwilę po umknięciu bratanicy patrzył odrętwiały wprost na Vincenzo, aby po tym wstać z krzesła dostawionego przy biurku i zrobić kilka kroków ku bratu.

    - Vincenzo... - wyszeptał spojrzawszy gdzieś obok brata, zupełnie jak za młodu, gdy zawiódł oczekiwania - Ja... To... - po tych słowach urwał, jakby samemu nie chcąc powiedzieć więcej, a znalazłszy się bliżej brata, utkwił swój wzrok w jego oczach.

    Po tym zaś bez słowa ukląkł przed tym, który był zawsze dla niego niedoścignionym ideałem.

    Vincenzo bił się z własnymi myślami i emocjami. Wszystko w nim się gotowało i bulgotało niczym w kotle z wywarem. A jego brat… Nawet nie miał mu nic do powiedzenia. Kiedy Fabrizio do niego podchodził starszy z braci zacisnął pięści tak, że aż zbielały mu knykcie i zacisnął szczęki. Następnie młodszy ukląkł i po chwili spuścił głowę w pokorze. Vincenzo uniósł rękę wciąż zaciśniętą w pięść. Miał ochotę po prostu uderzyć. Pozwolić temu wulkanowi emocji na erupcję i wyżycie się na bracie. Ale z drugiej strony to był jego młodszy braciszek. Bóg nakazywał wybaczać. Otworzył dłoń i zaczął zniżać ją nad głowę brata. Gdyby ją położył oznaczałoby, że mu przebacza, ale… czy mógł. Obraz jego córki w kazirodczym pocałunku znowu pojawił mu się przed oczami. Wrył mu się w pamięć tak bardzo, że chyba do końca życia go nie zapomni. Sodoma i Gomora. Bóg im nie przebaczył. On ich zgładził. Ręka ponownie się podniosła gotowa do ciosu na odlew otwartą dłonią. Zacisnął ją w pięść… to BYŁ JEGO BRAT. Dlatego to aż tak bolało. A Gloria go ostrzegała… Odwrócił się z pokoju i wymaszerował trzaskając donośnie drzwiami. Sprężystym krokiem szedł przez korytarz… Biada temu kto mu wejdzie w drogę. Biada Cassandrze jeżeli jeszcze nie wyszła...

    Jak on mógł, jak mógł? Jego własny brat, ten sam który szukał wsparcia w nim, gdy rozzłościł ojca swoimi wybrykami. Nieposkromiony dzieciak, szerzący zamęt własną obecnością, a jednak... taki niewinny w swych działaniach.

    Ale teraz...

    Vincenzo nie wiedział kogo chciał zabić bardziej w tej chwili - Fabrizio, za jego grzech w krnąbrności uczyniony - Cassandrę, za jej niezrozumiały współudział w nim... czy siebie samego - za własną ślepotę.

    - Panie, mój panie! - dotarł do Vincenzo znajomy głos, miły dla ucha mimo słyszanego zmęczenia, jakie jednak wielu chciałoby wywołać w Alessii.

    Kobieta zdążająca ku Vincenzo zatrzymała się tylko jak zobaczyła wyraz jego twarzy. Wściekłość. Ból. Rozgoryczenie... on zaś ujrzał obawę malującą się w jej oczach, których spojrzenie skupione było na tym, który zabrał głodującą dziwkę z ulicy... dał jej nowe życie, będące czymś więcej niż kawałkiem chleba za jaki chciała swe ciało we władanie oddać conte Albertinazzi, w tamtą listopadową noc.

    - Panie... - odezwała się ostrożnie jakby gotowa do ucieczki, poprawiając znoszoną suknię w połowie skrytą pod płaszczem zabrudzonym pyłem ziemi, jakiej mizerny stan przypomniał Vincenzo tamtą noc - Wysłuchaj mnie...

    - CZEGO?! - Ryknął na początek Vincenzo mając przed sobą osobę na której mógł chociaż trochę wyładować swój gniew. Widząc jednak przerażenie na jej twarzy przełknął gulę, która zalegała mu w gardle. Nozdrza cały czas poruszały mu się gwałtownie. Wręcz sapał ze złości. - Mów. - Powiedział już tonem który nie był krzykiem. Widać po nim było cały czas wściekłość, ale jednocześnie i to, że walczył z samym sobą, aby nie wyładowywać go na wszystkich dookoła.

    Alessia wyglądała na coraz bardziej wystraszoną swoim panem, spoglądając na niego niepewnie.
    - Panie... Doża... - kobieta mocniej skuliła się w sobie - ...jutro pośle po ciebie, panie... A nie jest w dobrym nastroju...

    - Ja też nie jestem - Warknął… Ale od razu zaczął się zastanawiać nad tym o co może w tym wszystkim chodzić. Tego mu jeszcze tylko brakowało, aby i na tym gruncie zaczęły pojawiać się problemy. Będzie musiał to na spokojnie przemyśleć, ale na razie nie był w stanie. Mimo wszystko gonitwa myśli już się zaczęła. O co chodziło, czy miało to jakiś związek z obecnymi problemami? - Dziękuję, coś jeszcze? - Zajęcie umysłu spekulacjami pozwoliło mu się trochę uspokoić. Na tyle, że nie brzmiało to już jak warknięcie.

    - Nie... Nie mój panie, ja... - skłoniła się szybko - ...już pójdę... będę nasłuchiwać co inni mówią... - to powiedziawszy, nie oczekując na dalsze słowa, ruszyła szybkim krokiem w stronę, z jakiej przyszła, wymijając zaskoczoną krzykiem Glorię, która wyszła właśnie z pokoju służącego za biuro jej męża.

    Vincenzo odprowadził wzrokiem Alessię i spojrzał na wychodzącą żonę. Nie miał teraz cierpliwości ani ochoty opowiadać jej o tym co się stało. Szczególnie, że wiadomość nie należała do przyjemnych.

    - Nie pytaj. - Powiedział trochę zbyt szorstko. Alessia zebrała na siebie pierwszy wybuch, co było dobre, bo Vincenzo miałby potem wyrzuty sumienia jeżeli to Glorii by się oberwało. Nie wiedział jeszcze co zrobić, ale z całą pewnością wtajemniczanie we wszystko żony nie pomoże, bo sama też gwałtownie zareaguje, a jak oboje będą się negatywnie nakręcać, to niczym dobrym się to nie skończy. Vincenzo przeszedł więc obok żony na chwilę tylko łapiąc jej dłoń w swoją dłoń i poszedł do biura. Podszedł do barku i nalał sobie wina. Pierwszy kieliszek wypił praktycznie duszkiem. Drugi nalał i postawił sobie na biurku siadając za nim w fotelu. Zapowiadał się długi wieczór z butelką wina. A następnego dnia spotkanie z Dożą.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • [VtDA] Semproscurita
    MuagorM Muagor

    text alternatywny

    Vincenzo uśmiechnął się widząc swojego brata, a był to jeden z tych szczerych uśmiechów.

    - Zawsze z radością Cię widzę bracie. Tak Ciebie jak i Twoją rodzinę. To, że nie mamy dla siebie tyle czasu ile byśmy chcieli smuci mnie zawsze kiedy o tym myślę. Jest to coś nad czym z chęcią popracuję razem z Tobą. Ale na chwilę obecną chciałbym popracować nad czymś innym... - Albertinazzi stuknął palcami w oprawiony rejestr, który czekał na przybycie jego brata - …tak abyśmy obaj mogli cieszyć się wspólnie spędzonym czasem i nie musieli troskać o byt naszych bliskich. A tego rodzaju troski… - Vincenzo uniósł wisiorek z ukrytym ostrzem - Mam nadzieję, że nie będą nam zaprzątać głów. - Mimo jednak spokojnego tonu starszy z braci zawiesił ozdobę na szyi i wstał od biurka sięgając po swoją laskę. Laskę, które teoretycznie nie potrzebował, ale jej zdobienia dodawały mu pewnego uroku. - Poza tym znasz mnie bracie. - Obrócił laską w powietrzu i złapał ją z dwóch stron przekręcając jej głowę i wysuwając na chwilę ukryte w środku ostrze - ...Lubię być przygotowany na różne ewentualności. - Uśmiechnął się do brata i odłożył trzymaną broń na miejsce.

    - Nie wiem kto nas atakuje, ale jeżeli podkupił, czy też szantażował jednego z naszych pracowników, to może to robić też z innymi. - Obszedł biurko podchodząc do swojego brata i ujmując jego twarz w dłonie. - Kiedy zaś nie możesz ufać pracownikom sam musisz się tym zająć. Ale zawsze jest jedna grupa, której możesz ufać… rodzina. - Pochylił głowę brata i złożył pocałunek na jego czole - Nie wiem z czym nam przyszło walczyć bracie, ale jeżeli razem tego nie wygramy, to znaczy, że tej walki nie dało się wygrać.

    Fabrizio przechylił głowę w dłoniach brata, aby móc mu spojrzeć w oczy, swoim wiecznie zaciekawionym badawczo spojrzeniem.

    - Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że wyczuwam w tych słowach tłumiony strach. - uśmiechnął się półgębkiem - Ale gdybym to do ciebie przypisał, skończyłbym z tymi ostrzami w ciele, a przecie jedno niepozorne właśnie ci dałem. - zerknął w stronę laski Vincenzo - Chociaż miło widzieć, że nie zestarzałeś się na tyle, aby porzucić nieufność... i zapewnić sobie stylowe zabezpieczenie. Ach, bracie. Zawsze wpierw kobiety pytały o ciebie i chciały bym zapoznał, nie będąc mną zainteresowane! - dodał z wyrzutem w głosie, okraszonym jednak rozbawieniem - Powiedz mi więc... Komu tak podpadłeś? Kto jest aż tak zazdrosny choć to ja powinienem?

    Vincenzo roześmiał się na słowa brata i poklepał go serdecznie po policzku.

    - Myślisz że mnie się o Ciebie nie pytały? Zbywałem je jednak, bo to jedynie harpie czyhające na naszą pozycję i majątek. Nie moim też zamysłem było Cię swatać. Każdy sam powinien wybrać sobie kobietę przy której boku dożyje swych dni. Gdybym zaczął Ci wskazywać kandydatki na żony gotów byś odebrać to jako dyshonor. - Uśmiech widoczny w oczach Vincenzo zaczął jednak zanikać kiedy mężczyzna zaczął rozmyślać nad tą mniej przyjemną kwestią. - Nie wiem niestety kto jest naszym wrogiem. Na pewno ma wpływy. Mam pewne podejrzenia. Możliwe, że sam nieopatrznie sprowadziłem to na nas. Na krucjacie… Ona nie potoczyła się tak jak powinna. Dzięki temu że trafiliśmy do Konstantynopola wzbogaciliśmy się niezmiernie, ale to jak tam trafiliśmy… Coś tam się działo. Miałem wrażenie, że wszystkimi tymi wydarzeniami ktoś sterował… No i nieopatrznie uznałem, że warto by się dowiedzieć któż to taki. Możliwe, że moje poszukiwania nie były na tyle dyskretne jak myślałem i teraz ten ktoś chce mnie ustawić w szyku.

    - A mój brat jest ostatni, który da sobą manipulować. - westchnął Fabrizio - Ty nigdy nie możesz odpuścić, prawda? Zamknąć oczy na to wszystko i bogactwem oraz kobietami się cieszyć? - zamilkł na chwilę obserwując reakcje brata - Może zbytnia paranoja cię bierze z tą Krucjatą, choć słyszałem różne historie na jej temat. Może nie. Ty oczywiście nie chcesz, jeżeli ktoś naprawdę chce ci dać nauczkę - po prostu poddać się temu i przeczekać burzę potulnie? To nie może być takie proste. - zabębnił palcami o blat stołu, rozważając coś z powagą, jaka nigdy mu nie pasowała - Cóż. Czego więc pragnie ode mnie mój brat poza wzięciem liczb na schadzkę?

    - Odpuszczanie nie jest w moim stylu. Dzięki temu zaszliśmy tak wysoko. - Powiedział z uśmiechem na ustach i pewną dozą powagi w głosie - Mogę to przeczekać. Jeżeli wdepnąłem w gniazdo węży mogę się wycofać, ale wycofam się tak, aby nie zostać dotkliwie ukąszonym. Jeżeli ktoś chce dać nauczkę mi, to przyjmę ją jaka by nie była, ale jeżeli ktoś przy tym spróbuje zaszkodzić naszej rodzinie, to będę walczył. Nie dla siebie, ale dla was. Całe swoje życie budowałem naszą pozycję, abyś Ty i nasi bliscy nie musieli się bać jutra.

    Młodszy z braci spojrzał na Vincenzo z wyrzutem.
    - Teraz już trochę urosłem, choć mogłeś nie zauważyć, Vin. Nie potrzebuję już niańczenia i innych, którzy będą mnie podcierali, więc powiedz mi, co chcesz, abym zrobił prócz sprawdzenia dzienników, nim naprawdę się urażę. Jesteś już za stary na szarpanie się ze mną, jak za młodu. - dodał zaczepnym tonem.

    - Obaj mamy już dzieci Fabi i obaj wiemy, że niezależnie od tego jak dorosłe będą, to dla nas zawsze będą naszymi dziećmi, o które będziemy chcieli dbać. Zupełnie jak Ty dla mnie zawsze pozostaniesz moim młodszym braciszkiem nawet jak obaj będziemy już w sędziwym wieku. Tak jak swoje dzieci Ciebie również kocham i chcę o Ciebie dbać. Jeżeli masz się za to obrazić jak za niańczenie, to niechaj tak będzie, ale nie przestanę Cię kochać nawet mimo Twojej obrazy. A zacząć możemy od dzienników. Dzięki nim zorientujemy się czy ktoś jeszcze jest przeciw nam. Jak będziemy to wiedzieli to będziemy mogli działać. Ty jest dobry w zajmowaniu się liczbami, a ja w zajmowaniu się ludźmi. Muszę znaleźć naszego zdrajcę, aby od niego też się dowiedzieć kto go przeciw nam podburzył. Działamy teraz po omacku. Dopierało gdy wyczujemy nowy korytarz będziemy mogli ruszyć w głąb niego. Nie możemy zaplanować wiele, dopóki nie dowiemy się z czym i kim mamy do czynienia. To co Fabi… pokażemy im, że aby zadzierać z Albertinazzi należy być gotowym na ostrą walkę? - Vincenzo wyciągnął dłoń w stronę brata, aby uściskiem mogli przypieczętować ich wspólne przedsięwzięcie.

    - Naprawdę, im jesteś starszy, tym masz młodszego ducha. - wyszczerzył się Fabrizio chwytając dłoń brata, ale wciąż ją trzymał, gdy zadał pytanie - Sypiasz z nią?

    - Jesteś tak stary jakim się czujesz. - Odpowiedział z uśmiechem, a na pytanie, którego się nie spodziewał w tej sytuacji przekrzywił z zaciekawieniem głowę i spojrzał badawczo na swojego braciszka. - Zanim Ci odpowiem sam mi powiedz jak uważasz. Jestem ciekaw jaką opinię masz o mnie pod tym względem.

    - Różnica jest między opinią jaką mam... i jaką chciałbym, aby była prawdziwa. - wyszczerzył się wrednie - Jak dla mnie to zależy od potrzeb... wszelakich. Interesy wszak wymagają poświęceń i od takiego przykładu cnót! - przymrużył oczy - Ale jak dla mnie to jeżeli ci daje, to jest rzadko, nikt by z tobą nie chciał częściej. - wzruszył ramionami - Tylko nie mów mi, że jesteś zbyt przykładny na dziwkę, bo się popłaczę, że brata mi baba zabrała.

    Vincenzo zaśmiał się puszczając dłoń brata i sięgając do kieszeni. Wyciągnął z nich chusteczkę i podał bratu.
    - Alessia jest miła memu oku i przydatna na wiele sposobów, ale nie położyłem na niej ręki. Złożyłem Glorii przysięgę wierności w obliczu Boga, a sam dobrze wiesz że słowa zawsze dotrzymuję.

    - Często siedzi u ciebie dziwka. - Fabrizio wziął chusteczkę - Której płacisz, prezenty dajesz... - otarł nią teatralnie oczy - ...z ulicy zabrałeś czy tam z burdelu, dach dałeś, a dzięki tobie ekskluzywna jest... A teraz mi mówisz, że nawet z nią nie spałeś?! - westchnął ciężko - Na co ja liczyłem... - oparł głowę na pięści - Pewnie na trochę życia w tej skorupie starej.

    - Alessia pojawiła się u mnie w konkretnym celu mój drogi i ten cel realizuje. Nie jest nim jednak zaspokajanie mojej chuci. Przykro mi, że Cię zawodzę. Wychodzi na to, że jestem zbyt porządny jeżeli chodzi o kwestie rodziny.

    - Najwyraźniej... Ale ja też przecież porządny jestem. - obruszył się brat - Dbam o żonę, nie robię burdelu z domu, bękarta nie mam. Ona wie o tym, że czasem wychodzi jak wychodzi, ale przecież nigdy jej nie odprawię. Po prostu są takie chwile... kiedy trzeba. Czy ty kiedykolwiek poczułeś młodość, młody byłeś? - westchnął - Ale skoroś tak oddany Glorii, to musi ona być naprawdę cud kobietą. Dobrze trafiłeś, braciszku. - wstał z krzesła porzucając temat tak nagle, jak nagle go zaczął - Ale trzeba brać się do roboty, rachunki same się nie przeliczą przecież. Tego musi być multum. Zakopię się gdzieś u ciebie, gdzie będę mógł wszystko poukładać, bo pewnie nie mieli pojęcia jak to robić najlepiej. - zerknął na rejestr - Znajdę przekręt i wytropię jego początek.

    - Miejscem się nie martw. Kazałem już przygotować dla Ciebie biuro. - Poklepał brata po ramieniu.

    - Zawsze przygotowany. - Fabrizio uśmiechnął się lekko - Przyjdę jutro z rana. Dziś jeszcze powiem Alexandrze, że zniknę na trochę, bo nie lubię pracy przerywać, więc sobie tutaj posiedzę jakiś czas. Mam nadzieję, że po powrocie nie okaże się, że dom zniknął. - położył dłoń na krzyżyku, jaki Vincenzo zawiesił na szyi - I chodź o tej lasce, plecy stare ci odciąży, Gloria będzie wdzięczna. - wyszczerzył się na swój dowcipnie złośliwy sposób, daleki od nieprzyjemnej nuty.

    - Niech Alexandra przyjdzie z dziećmi do nas. Na pewno Gloria się ucieszy, a w domu im nas będzie więcej tym weselej.

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers

  • [VtDA] Semproscurita
    MuagorM Muagor

    text alternatywny

    Vincenzo ujął delikatnie dłoń, która musnęła go po twarzy i złożył pocałunek na jej wierzchniej stronie. Następnie obrócił ją lekko i przytulił do swojego policzka. Uśmiechnął się przy tym blado lecz w tym uśmiechu trudno było znaleźć cień radości. Widać było w nim wymuszenie, a po oczach mężczyzny łatwo było odgadnąć iż myślami wciąż błądzi gdzieś indziej nie zaszczycając swoją obecnością Alessii.

    - Troskom mym nie zaradzisz moja droga. Nie zaprzątaj sobie głowy nimi. Interesy mają to do siebie, że niekiedy przynoszą wyzwania, którym należy stawić czoła.

    Tak bowiem Albertinazzi podchodził do problemów. Niektórzy załamywali ręce oczekując boskiego sądu. Inni mieli nadzieję, że ktoś im pomoże w rozwiązaniu ich problemów, albo chociaż powie co mają czynić. Jeszcze inni negowali ich istnienie myśląc, że tym sposobem problemy same odejdą. Vincenzo nie należał do żadnej z tych grup. Dla niego problem nie wywoływał trwogi i nie odbierał zdolności myślenia. Problem był przeszkodą na drodze, a by ją kontynuować należało ową przeszkodę usunąć bądź ominąć. Nieraz było to sporym wyzwaniem, ale świadomość celu po drugiej stronie była bardzo dobrym motywatorem do działania. Widok przeszkody mógł wprawić w furię, co też miało miejsce i w tym przypadku kiedy okazało się, że problem zaistniał, ale Vincenzo nie nawykł do podejmowania decyzji w takim stanie. Zamiast tego ochłonął i sięgnął po informacje. Teraz kiedy je otrzymał mógł już ze spokojem planować kolejne ruchy.

    Leonardo, który zajmował się księgami, był mu zawsze wierny. Wyciągnięcie do kogoś pomocnej dłoni sprawiało, że można było nieraz kupić sobie wierność takiej osoby. Albertinazzi to właśnie uczynił pomagając jemu i jego rodzinie. Dla Vincenzo nie była to strata, a inwestycja. Inwestycja, która przynosiła mu korzyści… do czasu. Pytaniem pozostawało dlaczego Leonardo go zdradził. Dobrze znał wpływy jakimi dysponował Albertinazzi. Wiedział, że po czymś takim musi go spotkać kara. Sam by się czegoś takiego nie podjął. Ryzyko dla niego było zbyt wielkie. To zaś oznacza, że musiała tu działać siła trzecia. Nie wiedział jakiego rodzaju marchewki ta osoba musiałaby użyć na Leonardo, aby go do tego przekonać… Bardziej prawdopodobne było więc zastosowanie kija. Niezależnie od tego, która to była opcja, to musieli od dawna to robić, bo to nie były zmiany, które wypłynęły ostatnio. To zaś niosło ze sobą inne zagrożenia. Niemniej szkoda mu było Leonarda i jego rodziny. Niezależnie od tego co go skłoniło do tego oszustwa efekt mógł być tylko jeden. Musiał go przykładnie ukarać, aby inni mieli się czego bać gdyby w ich głowach zaświtał taki pomysł. Wybaczenie niestety nie wchodziło w grę. Nie w chwili gdy ktoś by mógł to wykorzystać jako argument przy próbie nastawienia przeciw niemu kolejnych ludzi. Ludzi, którzy mogli by chętniej się zgodzić wiedząc, że przewina może im zostać wybaczona. Pytaniem pozostawało kto jeszcze mógł w tej chwili być po przeciwnej stronie. Implikacjami tego, że od tak dawna Leonardo pracował dla kogoś innego było również to, że ktoś inny mógł zostać również przekabacony. To zaś oznaczało, że dosłownie wszystko co znajdowało się w księgach mogło być fałszywe i nie było wiadomo czemu wierzyć, a czemu nie. Vincenzo od tego miał ludzi, aby nie musiał wszystkiego samemu doglądać. Nie miałby bowiem na to wszystko czasu. Teraz jednak musiał rozplanować sobie przegląd wszystkich aspektów biznesu, aby oczyścić interes z zewnętrznych wpływów. Nie mógł przy tym ufać pracownikom, bo to właśnie ich musiał sprawdzać, ale były osoby, którym mógł ufać.

    - Luigi! - Vincenzo zawołał swojego sługę puszczając dłoń swojej kochanicy. Zaraz po tym otworzyły się drzwi i ubrany w liberię mężczyzna wszedł skłaniając lekko głowę.

    - Tak, Panie?

    - Wyślij chłopca do Fabrizia. Przekaż mu moje pozdrowienia i powiedz, że chciałbym się z nim rozmówić.

    - Tak, Panie. - Sługa skłonił się ponownie i opuścił pomieszczenie.

    Goniec przekaże informacje do młodszego brata Vincenza. Mimo iż to Vincenzo zarządzał rodzinnym interesem, to Fabrizio też miał swój spory wkład i wraz z rodziną byli beneficjentami ich handlowego małego imperium. Powinien więc pomóc doglądać ich interesu, aby poradzić sobie z obecną sytuacją. Razem będą mogli sprawdzić wszystko.

    - Moja droga pora zrobić kontrolę interesów. Znaleźliśmy jednego zdradzieckiego psa, który połasił się na rzuconą kość. Nie wiemy tylko kto rzucił tą kość i ile jeszcze mamy takich psów, które się na nie połasiło.

    Niestety nie dało się przewidzieć, czy nowy kontakt w Mediolanie da się utrzymać. Vincenzo nie miał zamiaru ryzykować tego co ma dla jednego nowego kontaktu. Możliwe jednak, że da to się odkręcić w inny sposób. Wycofanie się z interesu ze względu na sabotaż wcale nie musiało oznaczać końca współpracy, a jedynie odroczenie. W końcu sabotaż był czymś spotykanym w interesach, a to jak na niego zareaguje nowy partner pozostawało niewiadomą. Mógł sam się albo wycofać, albo postawić ością wobec tego kto nie chciał dopuścić do rozwoju jego interesu, a na tym skończyłoby się wsparcie ze strony Vincenza. Na pewno nie była to komfortowa sytuacja i pokazywała w złym świetle Albertinazzi, ale dało się to jeszcze jakoś odkręcić. Zanim jednak do tego się dojdzie należało się upewnić, że nie będzie kolejnego sabotażu, a tu w grę wchodziły informacje zdobyte przez jego informatora. Ludzie i miejsca… Ktoś powinien coś wiedzieć. Pozostawało mieć nadzieję, że uda się zaradzić problemom, bo równie dobrze mogli nadepnąć na odcisk komuś tak potężnemu, że walka byłaby z góry stracona… Nie była to ciekawa perspektywa. Ale na taki obrót spraw należało też się przygotować, aby zabezpieczyć przyszłość rodziny. Ostateczną formą obrony była ucieczka.

    - Podobno Katalonia jest piękna o tej porze roku… - Powiedział spoglądając na Alessię z rozmarzonym wzrokiem. Jego miła Alessia... Ona również będzie musiała pozostać w tyle… A jeżeli ten kto ich gnębił będzie chciał ich odnaleźć to na pewno zapłaci Alessii, a ta wspomni o Katalonii i pościg ruszy w złą stronę. Dobrze jednak że Vincenzo wyświadczał przysługi z opóźnionym terminem spłaty… Dzięki temu miał się w razie czego dokąd udać i u kogo schronić z rodziną. Oby jednak nie trzeba było nigdy korzystać z tych opcji...

    Rozgrywka owod wampir mroczne wieki the night walkers
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy