Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
PiołunP

Piołun

@Piołun
Mecenas
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
234
Tematy
9
Udostępnień
0
Grupy
1
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Pytania, problemy i życzenia
    PiołunP Piołun

    Czytałem rekrutację dotyczącą sesji pozaforumowej założonej przez @dust-mephit i od razu zaznaczę, że sam pomysł ani mnie nie zdziwił, ani nie oburzył. Wręcz przeciwnie, pomyślałem, że fajnie, że ktoś szuka tutaj ludzi do wspólnej gry, zwłaszcza że zebranie odpowiedniej drużyny nie zawsze jest łatwe. A już dokoptować kogoś do rocznej kampanii musi być trudne (chociaż może nie, bo chyba ktoś się zgłosił). Jednocześnie dość szybko przyszło mi do głowy, że umieszczanie takiego ogłoszenia między standardowymi rekrutacjami forumowymi może być trochę mylące.

    I tak, jadąc dziś do pracy, zacząłem się zastanawiać, czy nie warto byłoby pójść krok dalej i stworzyć osobnego działu, panelu albo po prostu wątku przeznaczonego na rekrutacje do gier pozaforumowych, sesji przy stole, na Discordzie, Roll20, Foundry, VTT czy innych podobnych platformach.

    Oczywiście taki pomysł ma swoje wady i pewnie wymagałby ustalenia kilku zasad, ale wydaje mi się, że potencjalnych zalet jest więcej.

    Przede wszystkim forum mogłoby dzięki temu stać się nie tylko miejscem do grania PBF, ale również miejscem, w którym po prostu szuka się ludzi do RPG. Nie widzę tego jako konkurencji dla naszego podstawowego sposobu grania, lecz raczej jako dodatkową furtkę prowadzącą ludzi tutaj.

    Ktoś może trafić na forum dlatego, że szuka gracza do kampanii na Discordzie albo Roll20. Przy okazji zacznie przeglądać inne działy, zobaczy nasze rekrutacje forumowe i być może zainteresuje się również taką formą gry. Działa to też w drugą stronę, obecni użytkownicy mogliby łatwiej znaleźć grupę do okazjonalnej sesji głosowej czy stołowej, nie opuszczając naszej społeczności.

    Może się więc okazać, że zamiast „wyprowadzać” ludzi z forum, taki dział będzie robił coś dokładnie odwrotnego. Ściągał tutaj osoby, które normalnie w ogóle by na nie nie trafiły. Cześć nowszych roczników, która rozmineła się z fazą na fora może w ogóle nie zdawać sobie sprawy z takich opcji rozgrywki, a nawet jeśli, nie widzą plusów z grania w taki sposób. Sam jak czasem wciągam kogoś w ten świat, muszę spędzić chwilkę na chwaleniu immersji, która moim zdaniem jest największym plusem grania w formie pbf, przewyższającą minus, jakim jest tempo rozgrywki.

    Dodatkową zaletą wprowadzenia tego pomysłu byłoby też zwiększenie liczby powodów, żeby regularnie zaglądać na forum. Im więcej takich punktów styku ze społecznością, tym większa szansa, że użytkownik zostanie na dłużej. Przynajmniej taką logiką się kieruje.

    Nie wiem oczywiście, czy zainteresowanie byłoby wystarczająco duże, żeby od razu tworzyć pełnoprawny dział. Być może na początek wystarczyłby jeden wydzielony wątek i dopiero z czasem można byłoby zobaczyć, czy pomysł się przyjmuje.

    W każdym razie podrzucam luźny pomysł. Dostrzegam wady i zalety, ale samotnie myśląc na tym tematem, przeważają zalety. Może warto to przemyśleć.

    Forum księga życzeń

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Pierwsza kropla uderzyła w przyłbicę Eliasa niemal bezgłośnie. Przezroczysta ciecz rozlała się po pancernej szybie, pozostawiając za sobą lepką smugę. Crowe odruchowo przechylił głowę, próbując złapać ją w świetle latarki. Nie przypominała zwykłej kondensacji. Była zbyt gęsta. Lepka jak żywica albo wydzielina z nieszczelnej instalacji, choć żadna z tych odpowiedzi szczególnie mu się nie podobała.
    – Mamy jakiś wyciek nad głowami… – zaczął przez radio, ale urwał. Druga kropla rozbiła się o przyłbicę. Elias uniósł wzrok ku kratownicy wentylacyjnej i przez krótką chwilę miał wrażenie, że w mroku za metalową siatką coś się poruszyło. Jak to możliwe? Widział obrys czegoś w ciemności, zbyt duży i zbyt nieregularny, by pasował do przewodów albo mechanizmu wentylatora. Czerń wydawała się połyskiwać, a gładkie refelksy światła układały się w coś podłużnego. Przynajmniej tak mu się zdawało. Nie zdążył przyjrzeć się dokładniej.

    Metal zapiszczał. Kratownica wyrwała się z mocowań i runęła w dół. Elias próbował uskoczyć, ale ciało zareagowało odrobinę za wolno. Ciężki fragment metalu uderzył w górną część hełmu z hukiem, który zabrzmiał w jego czaszce jak eksplozja. Świat rozbłysnął bielą. Crowe zachwiał się i opadł na jedno kolano. Analizator niemal wypadł mu z dłoni, ale zdołał zacisnąć palce na obudowie. W uszach pojawił się przeciągły pisk, skutecznie zagłuszający bieg rozmowy w wewnętrzyn interkomie chełu. Przez chwilę widział wszystko podwójnie. Obraz przed jego oczyma po prostu rozszczepił się na dwa niewyraźne, przesuwające się względem siebie kadry.

    – Kurwa… – wychrypiał.
    Próbował podnieść głowę, lecz natychmiast poczuł falę mdłości. Nie mógł się skoncentrować i nie był nawet pewien, czy wciąż klęczy, czy tylko wydaje mu się, że pokład znajduje się niepokojąco blisko przesłony chełmu. Wtedy coś ciężkiego spadło pomiędzy członków grupy. Elias zarejestrował jedynie gwałtowny ruch i czarną masę wielkości człowieka, która przecięła światło latarek. Nie potrafił dostrzec jej kształtu. Przez moment uznał ją za fragment instalacji albo zwinięty materiał techniczny, lecz wszystko rozmyło się, zanim zdołał skupić wzrok.

    Odruchowo cofnął się pod ścianę, opierając o nią bark. Uniósł analizator przed siebie, choć cyfry na wyświetlaczu rozpływały się w niezrozumiałe smugi.
    – Dostałem kratą… – powiedział z opóźnieniem przez radio. – Coś jeszcze spadło. Co to? Nie widzę wyraźnie. – wybełkotał pytanie i zamrugał kilkakrotnie, próbując zmusić oczy do współpracy. Światło dochodzące z latarek wbijało mu się w czaszkę, a pod hełmem narastało pulsujące ciepło.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias słuchał Hannigana tylko jednym uchem, choć kapitan wyraźnie próbował wprowadzić odrobinę ładu, przeciąć tym samym macki strachu i chaosu, które zdawały się przedostawać przez powierzchnię skafandrów prosto pod ich skórę. Szeregiem racjonalnych komend próbował wyłowić ich z szamba, w którym się znaleźli... skonstruować jakiś plan. Prawdziwy dowódca. Elias musiał mu to oddać i nie miał mu tego za złe. Właściwie sam potrzebował teraz odrobiny tego porządku, i to bardziej, niż chciałby przyznać. Znacznie trudniej było mu jednak znieść uparte nazywanie stworzenia androidem. Trzeba było w końcu spojrzeć prawdzie w oczy.
    – Caleb... Kapitanie Hannigan, sam pan widział to samo co ja – odezwał się w końcu, opierając bark o ścianę. – Możemy nazywać to androidem, jeśli będzie panu łatwiej, ale przepraszam za wyrażenie... To ni chuja nie był android.

    Zamierzał powiedzieć coś więcej, ale Siergiej nagle eksplodował. Crowe odwrócił głowę w stronę pierwszego oficera dokładnie w chwili, gdy ten doskoczył do Hannigana z pistoletem w dłoni. Przez kilka sekund patrzył na niego niemal bez ruchu, zbyt wyczerpany i zbyt obolały, żeby naprawdę poczuć zaskoczenie. W innych okolicznościach być może rzuciłby się między nich albo spróbował powiedzieć coś rozsądnego, ale teraz wystarczyło mu, że lufa kołysała się niebezpiecznie blisko kapitana.
    – Sadza... odłóż to, do kurwy nędzy – powiedział tylko. – Nie potrzebujemy jeszcze jednego trupa.
    Jednocześnie nie bronił Hannigana ani nie oskarżał Siergieja. Swoim zwyczajem pozostał gdzieś pośrodku. Prawdę mówiąc, część jego samego rozumiała gniew Sadzy aż nazbyt dobrze. Każdy z nich mógł teraz znaleźć winnego i przez kilka minut czuć się odrobinę lepiej, ale chwilowa ulga w rzeczywistości tylko wszystko by skomplikowała. Nie wspominając już o tym, że Elias lubił kapitana i nie życzył mu dziury w czaszce.

    Kiedy Siergiej w końcu schował broń, zapewne bardziej dzięki własnej refleksji niż jego przytomnej, acz stanowczej prośbie, Elias wypuścił powoli powietrze i zerknął na Holta. Ochroniarz odpowiedział mu dopiero po chwili, ale odpowiedział. Żył. To na razie wystarczało.
    – Dobrze – mruknął Crowe. – Spróbuj w takim razie zachować status quo. Nawiasem mówiąc, dobrze strzelasz, łajdaku.
    Pokusił się o zgryźliwą pochwałę, bardziej dla podtrzymania resztek normalności niż z rzeczywistej potrzeby żartowania. Po tym, co właśnie wydarzyło się po drugiej stronie grodzi, nawet podobna drobnostka pozwalała na moment zachować pozory spokoju.

    Wysłuchał potem Holta i Siergieja, gdy obaj, każdy własną drogą, dochodzili do tego samego niepokojącego wniosku. Kurtyna nie spadła przypadkiem. Ładownia nie otworzyła się przypadkiem. Ktoś albo coś ingerowało w systemy Bleinerta. Crowe uniósł wzrok ku sufitowi, potem przesunął go po ciemniejszych zakamarkach pomieszczenia. Nawet jeśli ich domysł nie był do końca trafiony, od tej chwili nie będzie już potrafił spokojnie patrzeć na kamery. Zastanawiał się nawet, czy powinni zostawiać je za sobą nienaruszone, czy może po prostu niszczyć.
    – Podobno darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby – powiedział w końcu. – Ale zanim zaczniemy dziękować losowi, upewnijmy się, że nasz wybawca nie zaplanował dla nas po prostu nieco mroczniejszego finału.
    Nie brzmiało to szczególnie optymistycznie, ale optymizm dawno już uleciał z jego ciała. Boże, jak bardzo by sobie teraz łyknął. Pieprzone skafandry.

    W pewnym momencie Joshua podszedł do niego bliżej, a Elias mógł nareszcie skupić uwagę na czymś innym. Chłopak wyglądał źle. Nie był może przestraszony jak wcześniej ani specjalnie roztrzęsiony, tylko po prostu wyczerpany, jakby organizm wyczerpał już bateryjki paniki i adrenaliny, a teraz działał wyłącznie na oparach. Informacja o sercu sprawiła, że Crowe zmarszczył brwi.
    – Niedobrze, kolego. Kurewsko niedobre nowinki. W takim razie ambulatorium właśnie przeskoczyło z punktu opcjonalnego na obowiązkowy – odpowiedział, a w tonie jego głosu było więcej troski niż cynizmu, na który próbował się zdobyć.
    – Przebijemy się z powrotem do naszych, ale będziesz musiał się postarać. Dasz radę, prawda?
    Zapytał o to, klepiąc go lekko po ramieniu, choć sam nie był do końca pewien, czy bardziej chciał dodać mu otuchy, czy sobie.

    Na pytanie Joshuy o to, czym właściwie było stworzenie, Crowe odpowiedział dopiero po chwili. Tym razem nie próbował nawet silić się na dowcip. Jeszcze kilka minut temu sam próbowałby pewnie dopasować je do jakiejś znanej kategorii, znaleźć rozsądne wyjaśnienie i ubrać wszystko w terminologię, która nadawałaby temu choć pozory porządku. Problem polegał na tym, że żadna z tych kategorii nie wydawała mu się uczciwa.
    – Nie wiem, Joshua.
    Spojrzał na niego uważniej, chcąc mieć pewność, że chłopak rozumie, iż nie jest to ani unik, ani próba zachowania czegoś dla siebie.
    – Naprawdę nie wiem, skąd to się wzięło ani czym dokładnie jest. Wiem tylko, że to coś jest żywe, krwawi kwasem, dostało pełną serię z karabinu Holta i nadal próbowało nas zabić. Mogę ci jeszcze powiedzieć, że żaden projektant androidów nie używałby takiej substancji jako paliwa czy płynu ustrojowego. Blaszaki mają baterie, dają się wyłączyć i tak dalej. Nie wiem, co Weyland tu odpierdalało, czy to znaleźli, czy stworzyli, ale cokolwiek to jest, wymknęło im się spod kontroli.

    Gdy Hannigan w końcu zrzucił z pleców roztrzaskanego syntetyka Weyland-Yutani i zaproponował próbę jego uruchomienia, Elias przeniósł wzrok na zmasakrowany korpus. Jeszcze niedawno powiedziałby, że powinni zabrać go do odpowiedniego punktu dostępu i dopiero tam próbować cokolwiek z nim robić, ale teraz gorączkowo zastanawiał się, czy z posiadanym sprzętem dadzą radę wyciągnąć z niego choćby strzęp informacji tu i teraz. Potrzebował odpowiedzi. W tej chwili ta kupa metalu mogła być jedyną rzeczą na całym Bleinercie, która miała szansę powiedzieć im coś sensownego o tym, co wydarzyło się przed ich przybyciem.
    – Spróbujmy – powiedział do Joshuy, skinąwszy głową w stronę androida. – Pogadajmy z blaszakiem, jeśli zostało z niego jeszcze coś zdolnego do rozmowy. Pomogę, jak umiem. A jeśli mnie nie będziesz potrzebował, pójdę z resztą przeszukać magazyn.
    Na tym umilkł i poczekał na reakcję Gleesona. Być może chłopak doskonale wiedział, jak zabrać się do tej roboty sam.

    Rozgrywka

  • Format PBF - zalety (i ewentualne wady)
    PiołunP Piołun

    Ja osobiście zacząłem przed laty z trzech powodów.

    Pierwszym była chęć rozwoju warsztatu pisarskiego i wyrobienia sobie nawyku regularnego pisania większych partii tekstu. Chciałbym kiedyś wydać książkę, a umiejętność codziennego siadania do pisania, niezależnie od nastroju i weny, wydaje mi się bardzo praktyczna. Piszę w ten sposób od 2019 roku i naprawdę widzę ogromny postęp. Nie wspominając już o tym, że samo pisanie zaczęło mi po prostu sprawiać dużą frajdę.

    Drugi powód był bardziej prozaiczny. Za granicą zebranie stałej drużyny do gier stołowych bywa jeszcze trudniejsze niż w Polsce. Rozwiązania discordowo-kamerkowe też nie zawsze są takie proste do zorganizowania, choć przez kilka lat grywałem w ten sposób regularnie. Obecnie już nie, ale chętnie wróciłbym kiedyś do takiego grania jako gracz, najlepiej z ogarniętym MG. Sam niestety nie osiągnąłem pułapu dobrego MG (moja subiektywna ocena), choć prowadziłem mnóstwo rozgrywek. Problem w tym, że poziom sceniczny potrzebny do wejścia w prawdziwą immersję przy stole jest dość trudny do osiągnięcia. Sam nauczyłem się z czasem paru prostych trików aktorskich i teatralnych, które pomagały mi lepiej wchodzić w rolę i prowadzić sceny. Czy robiłem to dobrze, czy źle, nie mnie oceniać, ale komentarze współgraczy były raczej ciepłe. Wspominam o tym dlatego, że nie przepadam za rozgrywkami, w których MG próbuje budować klimat, a gracze sprowadzają swoje uczestnictwo do poziomu: „to ja idę w prawo i siekam”. Żeby RPG faktycznie dawało poczucie immersji zarówno po stronie MG, jak i graczy, trzeba jednak pewnego zaangażowania i warsztatu. To oczywiście mój ogląd na sytuacje i być może górnolotne wymagania spowodwane graniem w PBF, które wyśróbowały sposób w jaki potrafie się cieszyć z takich rozgrywek.

    I tu przechodzę do trzeciego punktu, czyli właśnie immersji. Moim zdaniem PBF daje pod tym względem coś, czego gra stołowa nie jest w stanie w pełni zastąpić. Wejście w postać może być dużo głębsze. Można zatrzymać się nad jej motywacjami, sposobem myślenia, emocjami, reakcjami, historią czy stosunkiem do świata. Można też znacznie mocniej wejść w lore i klimat settingu, bo forma pisana daje czas na przemyślenie tego wszystkiego i ubranie w odpowiednie słowa. Nie mówiąc już jak zajebiście niektórzy MG opisują świat gry. Niektóre sposoby budowania postaci są wręcz możliwe dopiero na poziomie literackim. Wewnętrzny monolog, drobne obserwacje, pamięć, skojarzenia, rzeczy, których postać nigdy nie powiedziałaby na głos, ale które wpływają na jej decyzje. Przy stole często nie ma na to miejsca albo czasu. W PBF można natomiast naprawdę wejść do głowy bohatera i przez chwilę patrzeć na świat jego oczami. I chyba właśnie dlatego ta forma tak dobrze mi siadła. Łączy pisanie, roleplay i immersję w sposób, którego żadna inna forma RPG nie daje mi w takim stopniu.

    Dyskusje RPG

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias przez chwilę patrzył za Adamem, który zabierał rozbitka w stronę ambulatorium. Nieprzytomny mężczyzna wyglądał jak człowiek wyciągnięty z samego dna czeluści paskudnego koszmaru. Albo z jeszcze gorszego miejsca. Z niewiadomych powodów przypomniał sobie stary film, który znajdował się w bazie filmoteki wielu promów, jakimi podróżował. Event Horizon. Jeszcze, bagatela, z dwudziestego wieku. Opowiadał o statku, który przebył drogę przez czeluści piekielnego wymiaru. Tak... mężczyzna ciągnięty przez androida miał podobną minę do którejś z postaci z tego archaicznego filmu.

    Crowe przeniósł wzrok na kapsułę. Kapitan zostawił mu jasne zadanie. Sprawdzić, czy ta konkretna puszeczka odbierała ich wezwania. Ustalić, czy mężczyzna, którego podjęli, celowo je ignorował. Przeszukać wnętrze, ale nie narobić bałaganu. Proste. Dziecinnie proste. Zabrał się więc do może nie rutynowej, ale w gruncie rzeczy znanej mu skądinąd pracy.

    Na uwagę Siergieja o zamknięciu grodzi odpowiedział tylko krótkim skinieniem głowy. Tym razem nawet on nie miał ochoty żartować. Abstrahując, nie był też typem, który ma w zwyczaju coś hodować w słoiku. Od lat jedyną rzeczą, którą skrzętnie pielęgnował, był swój rak płuc, no i może alkoholizm, jeśli podpiąć jego osobę do podstawowej deskrypcji tej przypadłości.

    Wziął swój sprzęt. Narzędzie diagnostyczne Seegson, M314, mały analizator, dozymetr, kilka próbników i stary magnetofon. Ten ostatni kliknął cicho, kiedy Elias włączył nagrywanie. Szum taśmy zabrzmiał prawie uspokajająco. Stary, mechaniczny, uczciwy dźwięk. Lubił oldschoolowy sprzęt, którego nie dało się łatwo zajechać. Wzięty żywcem z muzeów, ale mający swoje zalety. Tego po prostu nie dało się łatwo podrobić ani zgrać. Firma mogła mu zagrać na fujarce, ale za chuja pana nie skopiowałaby jego zapisów z tego zabytku.
    – Crowe, oględziny kapsuły USS Bleinert – powiedział do magnetofonu, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. – Po incydencie z użyciem broni. Rozbitek został zabezpieczony i przeniesiony do ambulatorium. Śluza pod kontrolą. Przechodzę do sprawdzenia wnętrza kapsuły i systemów komunikacyjnych.

    Zamknął za sobą wewnętrzny właz śluzy. Nieśpiesznie. Najpierw spojrzał jeszcze na panel, potem na wskaźnik blokady, potem na uszczelnienie. Dopiero kiedy światło zmieniło się na właściwe, odetchnął krótko przez nos.
    – Wewnętrzny właz zamknięty – rzucił przez radio, ale jego magnetofon też to nagrywał. – Nie wpuszczam niczego dalej, dopóki nie będę wiedział, co tu się odpierdala.

    Przeszedł kilka kroków w głąb śluzy. Pod butami, nawet przez warstwę skafandra, poczuł chłodne i twarde podłoże. A może tylko mu się wydawało? W uszach nadal miał echo strzałów. Zbyt świeże, żeby udawać, że to wcale nie miało miejsca. Pancerna szyba wewnętrznego włazu nosiła ślad rykoszetu, a jedna z lamp wyglądała... no cóż, jak po scenie w starym westernie.

    Elias zatrzymał się przy panelu kontrolnym kapsuły. Podpiął narzędzie diagnostyczne Seegson i poczekał, aż stary interfejs przełknie połączenie. Na ekranie pojawiły się linie statusu. Powoli. Upiornie powoli. W końcu jednak wszystko wyświetliło się na ekranie, odsłaniając przed nim swoje bebechy. Ciśnienie w śluzie stabilne. Tlen w dopuszczalnym zakresie. Promieniowanie bez znaczącego skoku. Brak natychmiastowego alarmu toksycznego. Brak aktywnego ruchu poza nim. Elias przesunął językiem po spierzchniętych wargach. Było... było... zajebiście. Wyglądało na to, że nie mają się czym martwić.
    – Zielone światło. Przynajmniej na razie – mruknął do siebie, nie do końca wierząc, że mogło pójść tak dobrze.

    Odczekał jeszcze sekundę. Potem drugą. Sprawdził wskazania zegarka Samani, porównał je z panelem śluzy, zerknął na dozymetr i dopiero wtedy ruszył w stronę otwartego włazu kapsuły. Odór uderzył go jeszcze zanim zajrzał do środka. Ten smrodek miał parę warstw. Nie był gwałtowny. Najpierw wszedł w nozdrza cienką, kwaśną nutą, jak zepsuty filtr powietrza w module sanitarnym, którego nikt nie wymieniał od miesięcy. Elias zatrzymał się i zmarszczył nos. Ktoś inny pewnie dałby upust żołądkowi i naturalnym odruchom, ale czyszczenie jego aparatu krtani absolutnie nie wchodziło w grę. To, co czuł zmysłem powonienia, dawało się dotkliwie odczuć. Zgnilizna. Fekalia. Padlina. Każde z osobna albo jakaś ich mieszanka. W każdym razie coś w ten deseń.

    text alternatywny

    Zakaszlał cicho. To było sporo. W życiu wdychał już różne rzeczy, ale ten fetor miał w sobie coś wyjątkowego. Przyłożył rękaw do ust, choć wiedział, że jest to gest bardziej kierowany potrzebami psychiki niż praktyczny. W końcu zaraz za ferią zapachów przyszło mu zobaczyć, co stało za tą nieprzyjemną wonią, a widok przekroczył jego oczekiwania. Z całą pewnością nie tego się spodziewał.
    – No dobra – wychrypiał cicho. Sięgnął do radia.
    – Kapitanie – odezwał się chrapliwie. – Musi pan tu zejść. Jest tu coś, co powinien pan zobaczyć osobiście. Jeśli mógłbym jakoś opisać tę sytuację, to powiem tylko tak. Gówno dostało się do wiatraka i rozchlapało się po całym pokoju. Jeśli oczywiście mogę sobie pozwolić na takie porównanie.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias próbował skupić wzrok na Adamie, ale snop diagnostycznej latarki sprawiał, że ból pod czaszką pulsował jeszcze mocniej. Zmrużył oczy i odruchowo odsunął głowę. Nie miał najmniejszej pieprzonej ochoty na badanie, ale wiedział, że android tak po prostu nie odpuści.
    – Elias Crowe – odpowiedział, siląc się na rzeczowy ton. – Naukowiec. Ten stary zrzęda, którego wszyscy tak lubią. Właśnie próbował zabić mnie element wentylacji.
    Przy pytaniu o datę zawahał się wyraźnie. Podał dzień, poprawił się, a potem machnął ręką z irytacją, natychmiast żałując gwałtownego ruchu. Dalej kręciło mu się trochę w głowie.
    – Jesteśmy na Bleinercie. Dolne pokłady, sekcja napędowa… chyba. A przyczyną urazu była krata, która postanowiła sprawdzić jakość mojego hełmu. – rzucił, biorąc głębszy oddech.
    – Drzewo. Dom… – zmarszczył brwi. – Rzeka. Tak, rzeka.
    Powtórzył za Adamem trzy słowa, choć ostatnie wymówił dopiero po krótkiej pauzie. Kiedy android polecił mu przejść kilka kroków, Crowe podniósł się ostrożnie. Pierwszy zrobił pewnie, przy drugim zachwiał się i musiał oprzeć dłoń o ścianę. Do nosa trafił palcem za drugim podejściem.

    Nie trzeba było być syntetykiem medycznym, żeby zauważyć, że wszystko nie było z nim w porządku. Mdłości powoli ustępowały, ale obraz nadal od czasu do czasu tracił ostrość, a metaliczne głosy w radiu brzmiały, jakby dochodziły z końca bardzo długiego tunelu. Typowe objawy wstrząśnienia mózgu. Przechodził coś podobnego w młodości. Nadwrażliwość na dzwięki, dawała mu się we znaki, a kłótnia wokół broni Joshuy tylko pogarszała sprawę. Elias zacisnął powieki, gdy kolejne głosy zaczęły nakładać się na siebie.
    – Czy możecie przestać przez chwilę warczeć na siebie? – wychrypiał. – Dajcie sobie po buziaku i chodźmy stąd. I bez tego mam wrażenie, że czaszka zaraz mi się rozpadnie.
    Nie próbował rozstrzygać, kto miał rację. Był naukowcem i z racji poglądów miał awersje do broni. Poza tym Hannigan uciął spór, zanim Crowe zdążył dodać coś jeszcze. Decyzję o odwrocie przyjął bez protestu.

    – Mądrze – powiedział tylko. – Nie będę udawał, że mi się tu podoba. Zresztą cokolwiek pokiereszowało tego przyjemniaczka... – wskazał na androida Weyland-Yutani – ...daje nam prawdo do wycofania się? Warunkiem udzielenia pomocy jest zdaje się dbanie przede wszystkim o własne bezpieczeństwo.
    Na pytanie Holta spojrzał w stronę zniszczonego syntetyka. Choć android był oględnie mówiąc zniszczony, te cudeńka można było podpiąć do czegokolwiek w stacji naprawczej. Być może nie miał ochoty na dalszy spacer, ale to nie znaczy, że nie ciekawiło go co tu zaszło.

    – Oczywiście, że Pan Crowe coś z tego wyciągnie. – podsumował żartobliwie.
    – Nawet jeśli rdzeń poznawczy jest martwy, mogą zostać logi pomocnicze, identyfikator jednostki, zapis ostatnich poleceń albo dane z lokalnych systemów. Istnieje szansa, że podpięcie modługu głowy do zasilania sprawi nawet, że będziemy mogli z nim porozmawiać. W każdym razie, jeśli możemy zabrać cały korpus bez ryzyka, że to nas spowoloni to bierzmy go. Jeśli nie, Adam powinien wymontować moduł pamięci albo głowę.
    Przesunął wzrok na czarny nalot ciągnący się po ścianach. Nie podobało mu się to, bo nie wiedział co to jest. Kiedy Holt ustalił nowy szyk, Elias ruszył za nim i Adamem. Pierwsze kroki stawiał ostrożnie. Gdy podłoga ponownie lekko odpłynęła mu spod nóg, nie protestował, kiedy Joshua znalazł się przy jego boku. Oparł dłoń o jego ramię dla równowagi.
    – Dzięki Gleeson – mruknął. Ruszajac dalej, zerkał co kilka kroków ku kratkom wentylacyjnym. Tym razem nie zamierzał ignorować żadnej z nich.

    --

    Elias stracił podparcie, kiedy Joshua puścił jego ramię. Zachwiał się mocno, ale zdołał oprzeć bark o ścianę i nie runąć na podłogę. Przez moment świat znowu odpłynął mu na bok, a pulsujący ból pod czaszką odezwał się ze zdwojoną siłą. Na komendę Holta docisnął się do ściany razem z resztą. Nie miał broni, więc zamiast tego uniósł rękę, odruchowo osłaniając przyłbicę, i próbował skupić wzrok na czarnej przestrzeni ładowni.
    – Świetnie – mruknął. – Po prostu, kurwa, świetnie – zaklął po części z irytacji, po części po to, by pozbyć się narastającego poczucia strachu i bezradności.

    Nie wychylał się. Nie próbował zaglądać przed Holta ani Adama. Po ostatnim spotkaniu z kratownicą stracił resztki bohaterskiego zapału. Zerknął tylko w stronę kurtyny, potem z powrotem ku ładowni.
    – To nie wygląda na przypadek – wyartykułował to, co zdawał się widzieć na twarzach innych, a na pewno Holta.
    Przesunął dłoń po ścianie, szukając stabilniejszego oparcia.
    – Joshua, wróć tu, proszę – rzucił bez odrywania wzroku od otwartych wrót. – Jeśli mam stąd wyjść o własnych nogach, będziesz mi jeszcze potrzebny.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias przestał się szarpać z ramieniem Joshuy i znieruchomiał. Przez chwilę naprawdę nie był pewien, czy coś usłyszał, czy to tylko jego własna czaszka postanowiła dorzucić kolejny objaw do coraz dłuższej listy. W słuchawkach mieszały się oddechy, trzaski komunikatora i syk palnika Sadzy, przez co każdy obcy dźwięk łatwo było uznać za artefakt dzwiękowy, echo albo zwykłe przesłyszenie.
    – Cicho… – syknął, unosząc lekko dłoń.

    Przechylił głowę i spojrzał w stronę korytarza prowadzącego ku niższym pokładom. Przez moment nie wydarzyło się nic. Potem znów to wychwycił. Słabe, rozciągnięte, ledwie obecne pod szumem instalacji. Coś pomiędzy syczeniem a przeciągłym skowytem, zbyt nierównym, by pasowało do pracy pompy czy silnika. Zmarszczył brwi.
    – Myślałem, że dzwoni mi w uszach po uderzeniu, ale to chyba nie to... – powiedział ciszej, ale dało się usłyszeć go na głónym kanale.

    Ping detektora ostatecznie rozwiał jego obawy. Elias zamarł na moment, a potem mocniej zacisnął palce na ramieniu Joshuy. Tym razem nie próbował nawet udawać, że robi to wyłącznie dla zachowania równowagi. Wpatrywał się w ciemność korytarza tak intensywnie, jakby mógł tymsamym wycisnąć więcej z gałek ocznych.
    – Dobra. Czyli jednak nie zwariowałem.

    Syk palnika znów przeciął powietrze. Jasne światło odbiło się od ścian, a potem zgasło poza polem widzenia, pozostawiając ich ponownie w przytłumionym półmroku. Elias spojrzał na Sadzę pracującego przy kurtynie, potem na otwartą ładownię i wreszcie z powrotem w stronę sekcji napędowej. Perspektywa wyczekania pietnastu minut nagle zaczęła jawić mu się jako bardzo nieprzyjemna. Odwrócił głowę ku Adamowi.
    – To chyba od strony maszynowni. Przynajmniej tak mi się wydaje.

    Przez chwilę milczał, nasłuchując ponownie. Niepokoiło go nie tylko to, że dźwięk był obcy. Bardziej to, że raz ginął całkowicie, a chwilę później wracał, jakby coś poruszało się poza zasięgiem światła i tylko od czasu do czasu pozwalało się usłyszeć.
    – Co to może być Adam? Jakieś pomysły? Mówże... – zażądał. Może było trochę dziwne, że w obliczu zagrożenia pytał się akurat Androida, ale nie dbał teraz o swoją prywatną niechęć do elektrycznych.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Drzwi ładowni zamknęły się z głuchym hukiem, który jeszcze przez chwilę pobrzmiewał echem w przestrzeni, drżąc w ścianach i podłodze, choć Elias prawie go nie słyszał. W głowie rozbrzmiewał mu dźwięk karabinu Holta i przeraźliwy skrzek czegoś, czego nie potrafił nawet nazwać. Stał przy ścianie i raz za razem przecierał przyłbicę hełmu rękawicą, choć jedynym efektem było dalsze rozmazywanie płynu hydraulicznego i brudu po spękanej powierzchni. Po kilku ruchach sam zauważył, że czynność nie ma już żadnego praktycznego sensu, ale mimo to jej nie przerwał. Uparte powtarzanie prostego gestu trzymało go w tym momencie w jednym kawałku. Wycierać. Cofnąć dłoń. Zrobić to jeszcze raz. Przez kilka sekund wystarczało, żeby nie dać myślom rozpierzchnąć się we wszystkich kierunkach naraz, a przy okazji nie patrzeć na twarze pozostałych i nie wracać do tego, co właśnie wydarzyło się po drugiej stronie grodzi.

    Obraz pozostawionego po drugiej stronie koszmaru wracał jednak uparcie, w poszarpanych i chaotycznych migawkach, jakby wstrząśnięty mózg odtwarzał go w przypadkowej kolejności. Najpierw czarny kształt spadający z sufitu, potem światło latarek przesuwające się po połyskliwym pancerzu, następnie seria Holta i pociski wbijające się jeden za drugim w stworzenie, a wreszcie ten niemożliwy do pojęcia widok, gdy mimo kolejnych trafień kreatura nadal poruszała się z szybkością, której Elias nie potrafił sobie wytłumaczyć. Widział ciecz wyciekającą z ran kreatury oraz dymiący pod jej kroplami, skwierczący metal. Najgorszy był jednak ostro zakończony ogon, który w jednej chwili przebił skafander Holta, czyniąc to z łatwością jaką dziecko mogło by przebić igłą papierowego ludzika.

    Crowe w końcu opuścił rękę od przyłbicy i spojrzał na przytroczonego do pleców Hannigana syntetyka Weyland-Yutani, którego jeszcze niedawno tak bardzo chcieli zabrać ze sobą. Urwane kończyny, roztrzaskany korpus i ślady brutalnych uderzeń nagle przestały wyglądać jak efekt awarii czy wynik walki między androidami. Na pokładzie Weyland-Yutani ktoś najwyraźniej wyhodował sobie zwierzaka rodem ze starych horrorów z końcówki dwudziestego wieku. Pierdoloną czarną kosmiczną płaszczkę z nogami, krwawiącą pierdolonym kwasem. Wszystko, co jeszcze kilka minut temu było tylko jedną z wielu możliwych hipotez, teraz zaczynało układać się w przerażająco prosty obraz.
    – Ten android... – odezwał się w końcu, nie patrząc na nikogo konkretnego, ale wskazując przemielony cyber zezwłok. Głos miał cichy, drżący.
    – To ten stwór go tak urządził.

    Dopiero po wypowiedzeniu tych słów przyszła następna myśl, znacznie gorsza od poprzedniej. Puste korytarze Bleinerta, brak trupów, brak rannych, brak śladów panicznej ewakuacji w miejscach, w których przecież powinni znajdować się ludzie. Elias poczuł, jak żołądek ściska mu się boleśnie, a oddech wyraźnie przyspiesza. Nie wiedział, co dokładnie spotkało załogę ani gdzie teraz byli, ale nagle brak ciał przestał być jedynie dziwnym, abstrakcyjnym szczegółem.

    Ze stuporu wyrwał go dopiero widok Holta. Ruszył w jego stronę ciężko i ostrożnie, podpierając się po drodze o ścianę. Przyklęknął obok rannego, choć nie z przekonania, że naprawdę może mu pomóc. Nie miał w tej materii żadnego doświadczenia, ale ktoś w jego wieku, kto widział już niejedną paskudną awarię i niejeden wypadek przy pracy, potrafił przynajmniej mniej więcej ocenić, jak bardzo sprawy się spierdoliły. Przez chwilę wpatrywał się w rozdarty pod pachą skafander, próbując zorientować się, czy ostrze przebiło się głębiej. Brak sikającej wszędzie krwi był pierwszą dobrą wiadomością od bardzo dawna, choć Elias nie ufał swojej ocenie na tyle, by odetchnąć z ulgą.
    – Marcus, słyszysz mnie? Dziabnął cię skurwiel, ale wyliżesz się. – zapewnił z przekonaniem. Ostatecznie, jeśli się mylił, martwy Holt i tak nie miałby jak mu tego później wypomnieć. Nie był lekarzem i nie zamierzał udawać, że nim jest. Wiedział jedynie, że skafander dostał porządnie, a to, że spod rozdarcia nie wypływała krew, dawało przynajmniej nadzieję, że spodnia warstwa zrobiła swoje. Choć nie chciał tego przyznać nawet przed samym sobą, tak czy innaczej cholernie przydałby się teraz Adam. Na samą myśl o androidzie Crowe spojrzał z powrotem na zamknięte drzwi i zaklął w duchu. Razem z blaszakiem po drugiej stronie zostało kilka rzeczy, które właśnie teraz mogły okazać się bezcenne.

    Crowe spojrzał na stalową gródź i przez chwilę po prostu słuchał. Zza niej nie dochodziły już odgłosy szarpaniny ani metalicznego uderzenia. Nie słyszał też głosu syntetyka, który jeszcze niedawno z tą swoją spokojną manierą doprowadzał go do szału, sprawdzał jego źrenice i kazał zapamiętywać idiotyczne słowa. Słychać za to było drapieżny syk zawiedzionego drapieżnika. Kiedy w słuchawkach kolejny raz odezwał się Davy, Elias potrzebował chwili, żeby zrozumieć, że pilot go wywołuje. Wcześniej albo go nie słyszał, albo działo się zbyt dużo, by jego głos mógł do niego dotrzeć. Uniósł dłoń do komunikatora i przez moment nic nie powiedział, jakby wszystkie słowa, których używał przez całe życie, nagle stały się całkowicie bezużyteczne, niezdolne wyrazić do końca grozy tego czego byli świadkami.
    – Crowe. Jestem – odpowiedział w końcu. – Jesteśmy w ładowni. W Pięciu. Holt jest ranny.
    Spojrzał ponownie na drzwi i zacisnął szczękę.
    – Adam został po drugiej stronie.
    Na kilka sekund znów zaniemówił, nie do końca pewny co ma raportować. Głód alkoholu, drzemiący gdzieś głęboko w jego wnętrzu nagle upomniiał się o swoje, ale Crowe w skafandrze nie mógł sięgnąć po manierkę. Mikstura musiała jeszcze poczekać.
    – Davy... nie wiem co to kurwa było, ale to nie był żaden pieprzony android.
    Oparł bark o ścianę i usiadł ciężej obok Holta, czując, jak dopiero teraz adrenalina zaczyna odpływać, zostawiając po sobie drżenie rąk i mdłości.
    – Musimy stąd spierdalać. I to migiem - to powiedziewaszy pozwolił by reszta brygady mogła uzupełnić resztę, bo on sam miał już tego wszystkiego... serdecznie dość.

    Rozgrywka

  • [Warhammer 2ed.] Popiół i Śnieg - Rekrutacja
    PiołunP Piołun

    text alternatywny

    text alternatywny

    text alternatywny

    Wysoko nad lasem krążyły wrony. Czarne punkty znaczyły niebo nad ołowianą linią Gór Środkowych, których zębate grzbiety ginęły w śnieżnej mgle. Zima dopadła północny Hochland z całą właściwą sobie złośliwością. Nie przyszła cicho ani łagodnie. Wdarła się między sioła, przydusiła trakty grubą warstwą miękkiego puchu, skuła rzeki i stawy, a potem usiadła na tej ziemi, wyciskając z niej resztki życia.
    Drogi opustoszały szybko. Wielki gościniec, którym jeszcze jesienią ciągnęły wozy kupieckie, pielgrzymi, przekupnie, żołnierze i awanturnicy, teraz wyglądał jak martwa, biała połać, poprzecinana upartą zielenią sosen. Czasem ktoś jeszcze próbował iść zasypanym traktem, ale tylko głupiec albo desperat wybierał podróż w taką pogodę. Nie chodziło nawet wyłącznie o mróz. Mróz w kwestii pozbawiania życia był uczciwy. Gorzej sprawy miały się z tym, co zalęgło się w górach.
    Od paru dni w karczmie krążyły niepokojące plotki. Ponoć cofające się, rozbite bandy sił Chaosu upodobały sobie zakamarki ukrytych grot i niedostępnych jaskiń. Plotki przynosili drwale, traperzy i inni ludzie z tych stron, którzy umieli się jeszcze jakość przemieszczać przy tej pogodzie się na krótkie dystanse. Ponoć duża banda zielonoskórych siedziała gdzieś na wierchach, parę dni drogi od karczmy, przyczajona niby robactwo pod kamieniem, czekając na dogodny moment. Zimno przycisnęło jednak i ich, więc bandy schodziły niżej. Po trzodę. Po żywność. Po tych, którzy mieli nieszczęście znaleźć się w złym miejscu, o złej porze. Ale nie tylko zielonoskórzy stanowili problem. Traper z sumiastym wąsem zarzekał się, że w jego wsi obrobiono całą chatę na skraju osady. Rano znaleźli tylko krew na śniegu i ślady, które nie miały żadnego sensu, ponieważ urywały się nagle, jakby to, co napadło na biedaków, poderwało się później w powietrze. Tak, niepokojących plotek było więcej. Ktoś widział zwiadowców wilczej jazdy ledwie kilka mil stąd. Ktoś inny przysięgał, że słyszał dęcie w róg pośród drzew. To napędzało wszystkim stracha.
    Dlatego gospoda pod „Żelaznym Kucem” pękała w szwach.
    Nie była to gospoda, którą po czasie wspomina się z rozrzewnieniem. Niski budynek o ścianach ciemnych od dymu i wilgoci, ze stropem tak nisko zawieszonym, że wyżsi goście musieli odruchowo pochylać głowy. W głównej izbie cuchnęło piwem, mokrą wełną, dymem z wilgotnego drewna i ludźmi, którzy od kilku dni nie mieli okazji porządnie się umyć. Ogień trzaskał w palenisku, ale bardziej dla pokrzepienia ducha niż ciała. Ciepło dochodziło głównie do tych, którzy siedzieli najbliżej. Reszta musiała zadowolić się grzanym piwem, które karczmarz ochoczo podgrzewał w wielkim garze.
    A jednak lepiej było tu niż na zewnątrz. Przynajmniej przez pierwsze dwa, trzy dni.
    Później nawet ten wątpliwy przywilej przebywanie w cieple nie starczał. Długie godziny, które zlewały się w jedno, gdy za oknem nie było nic poza śniegiem, wiatrem oraz ciemniejącą linią lasu i gór. Człowiek budził się rano, jeśli w ogóle można było nazwać rankiem ten szary półmrok sączący się przez oszronione szyby, po czym siadał przy stole i robił dokładnie to samo, co dnia poprzedniego. Zaglądał do kufla. Grał w kości albo karty. Ostrzył nóż, choć nie było po co. Awanturnicy przerzucali w myślach te same plany, których i tak nie mieli możliwości spełnić, mając na uwadze siarczystą zawieruchę i brak odpowiedniego sprzętu. Wyjścia z karczmy ograniczały się do szybkich wypadów. Ktoś wychodził do lasu po chrust. Ktoś inny znikał na parę godzin, by sprawdzić sidła albo zdobyć coś, co dało się wrzucić do garnka.
    Mijał dzień za dniem. Kufle opróżniały się szybko, sakiewki jeszcze szybciej.
    Pensy i szylingi znikały z zadziwiającą łatwością. Grzany miód, piwo, pajda chleba, trochę skwarków, miska rzadkiej polewki, miejsce przy ogniu, nocleg pod dachem. Karczmarz nie był zbójem, ale też nie prowadził przybytku z litości. Z każdym kolejnym rankiem coraz więcej osób zaczynało liczyć drobne pod stołem, coraz ostrożniej zamawiało następną kolejkę, coraz częściej patrzyło na drzwi, jakby sama siła spojrzenia miała roztopić skute lodem drogi. Część z pierwszych gości, która pozwoliła sobie na opłatę za pokój, musiała zrezygnować z powodu pustki w sakiewce. Dlatego we wspólnej izbie zrobiło się trochę tłoczniej. Coraz trudniej było zasnąć wśród chrapania, kaszlu i odoru wilgotnych butów. Jeszcze dzień, dwa i niejednemu przyszłoby zacisnąć pasa albo ruszyć w drogę mimo wszystko, a to mogło oznaczać, że na wiosnę znajdą go gdzieś pod śniegiem, jeśli w ogóle go znajdą.
    Wieczory ciągnęły się najdłużej. Świece kopciły. Płomień w kominku rzucał po ścianach niespokojne cienie. Ktoś oszukiwał w kartach, za co dostał w pysk, i można było to spokojnie nazwać atrakcją wieczoru. Ktoś klął pod nosem, przegrywając ostatni miedziak. Ktoś inny opowiadał przy kielichu historie swojego życia, których w innych warunkach nie dałoby się słuchać na trzeźwo.
    A mimo to między jednym rozdaniem kart a drugim, między kolejnym kuflem a krótkim wypadem do lasu, między snem na ziemi we wspólnej izbie i porankiem spędzonym na oskrobywaniu lodu z butów zaczynała rodzić się znajomość. Może nie przyjaźń, ale karczemna uprzejmość zbudowana z dzielenia stołu, ognia i nudy.
    Minął tydzień.
    Tego wieczoru wiatr uderzał w ściany karczmy z taką siłą, jakby chciał wedrzeć się do środka i wydusić z wszystkich życie. Okiennice trzaskały. Dym z paleniska co jakiś czas zawisał nisko pod stropem, gryząc w oczy. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo jak przez poprzednie dni, tylko pogoda mocniej dawała o sobie znać.
    A potem drzwi otworzyły się z hukiem.
    Do środka wdarł się podmuch lodowatego powietrza, wir śniegu i metaliczny zapach krwi. W progu stanął mężczyzna wysoki, szeroki w ramionach, oblepiony ciasnym kobiercem śniegu. Jedną ręką przytrzymywał poły ciężkiego płaszcza, drugą dźwigał drugiego człowieka, który ledwo trzymał się na nogach. Ranny chwiał się przy każdym kroku, bardziej wisząc na swoim towarzyszu, niż idąc o własnych siłach. Ciemna plama krwi zaskrzepła na jego szatach i zdążyła już przemienić się w szkarłatny lód.
    Rozmowy nagle ucichły. Niektórzy zatrzymali nawet oddech. Karty zastygły nad stołem. Nawet ci, którzy przez ostatnie dni nauczyli się nie wtykać nosa w cudze sprawy, podnieśli wzrok. Przybysz zrobił kilka kroków w głąb izby. Śnieg topniał na jego butach, zostawiając na podłodze brudne, mokre ślady. Twarz miał pociągłą, pooraną zmęczeniem i zimnem. Spod kaptura wymykały się jasne, zmierzwione włosy, a w brodzie osiadł szron. Na jego towarzyszu wisiały ciężkie, zimowe szaty podróżne, pod którymi dało się dostrzec święte symbole Sigmara. Kapłan. Albo ktoś, kto bardzo chciał za niego uchodzić. Tyle że krew była prawdziwa.
    W progu zawył wiatr. Drzwi zatrzasnęły się za nimi ciężko. I wtedy stało się jasne, że tydzień bezczynności właśnie dobiegł końca. Roztapiający się szybko śnieg odkrywał coraz więcej detali podróżnych, które sprawiły, że goście w karczmie odsunęli się od tej dwójki, jakby ci byli tknięci chorobą. Do karczmy wszedł Łowca Czarownic z rannym kapłanem, a to nie wróżyło nic dobrego. Kontakty z łowcami nigdy nie zaliczały się do przyjemnych, niezależnie od sytuacji, ale ten tutaj wyglądał na takiego w potrzebie. Mała grupka w kącie sali, która wydała tego wieczora ostatnie miedziaki, widziała jednak w jego postaci szansę. A to na zarobek, a to po prostu po to, by wyrwać się z gospody, zanim zupełnie zgnuśnieją, albo byli po prostu aż tak zdesperowani…

    text alternatywny

    O sesji

    Sesja rozgrywana jest w systemie Warhammer Fantasy Roleplay 2ed. i osadzona będzie w realiach Starego Świata, jakiś czas po odwrocie armii chaosu, czyli według standardowego otwarcie tej edycji. Będzie brudno, niewygodnie i raczej daleko od heroicznych fantazji w wojownikach w błyszczących zbrojach. Zamiast tego czekać będą błoto, śnieg, strach, podejrzliwość i trudnie moralnie wybory, często między złym, a jeszcze gorszym. Dla większości forumowych weteranów i fanów systemu pewnie jest to wiadome, ale warto nadmienić.

    Domyślnie sesja ma charakter jednostrzału. Nie można jednak wykluczyć, że stanie się wprowadzeniem do dłuższej serii przygód, jeśli dobrze nam się będzie razem grało i pojawi się na to ochota po obu stronach. Zdecydowałem się na poprowadzenie krótszej przygody, żeby każdy mógł zobaczyć, jak prowadzę, poznać się nawzajem, polubić lub nie i po prostu przekonać się, czy ma ochotę na dłuższą rozgrywkę pod moją banderą.

    Jako ciekawostkę dodam, że scenariusz, który będziemy rozgrywać, był pierwszym scenariuszem, jaki rozegrałem jako gracz w formule PBF. Wracam więc do niego nieco przewrotnie, ale też z dużym sentymentem. Przez ten czas sporo się zmieniło, zarówno w moim sposobie prowadzenia, czy grania, jak i w samym podejściu do rozgrywek forumowych, dlatego traktuję ten powrót trochę jak zamknięcie pewnego koła.

    Sam scenariusz w formie rozwiniętego konceptu można znaleźć w Internecie, ale bardzo gorąco polecam tego nie robić. Odbierzecie sobie w ten sposób sporą część przyjemności z odkrywania fabuły, a mnie część frajdy z prowadzenia dla osób, które faktycznie nie wiedzą, co kryje się za kolejnymi drzwiami. Otwarcie jest dość sztampowe i rozpoznawalne, więc jeśli ktoś już wie co to za scenariusz, proszę niech nie zdradza innym.

    Czego można się spodziewać po sesji

    Sesja oparta będzie przede wszystkim na ciężkim klimacie, napięciu i stopniowym zagęszczaniu atmosfery. Nie nastawiajcie się na beztroską wędrówkę od walki do walki. Oczywiście zagrożenie i przemoc będą obecne, bo taki jest urok settingu, ale sam rdzeń przygody opiera się bardziej na niepewności, konflikcie racji i pytaniu, za czyją racją warto się opowiedzieć, a za którą powinno?

    Można spodziewać się:

    • Ciężkiego, zimowego klimatu
    • Śledztwa i odkrywania tajemnic
    • Napięć między postaciami niezależnymi
    • Moralnie niejednoznacznych decyzji
    • Ograniczonych zasobów i poczucia osaczenia
    • Przemocy obecnej w tle i na pierwszym planie
    • Sytuacji, w których nie będzie idealnych rozwiązań

    Nie będzie to sesja oparta na indywidualnych questach postaci. Idziemy głównym torem scenariusza, dlatego dobrze odnajdą się tu osoby, które lubią wspólną grę drużynową, reagowanie na wydarzenia i budowanie napięcia w grupie.

    Motywy i treści wrażliwe

    Na sesji mogą pojawić się treści i motywy, które dla części osób będą niekomfortowe. Wolę napisać to otwarcie już na starcie. Możecie spodziewać się między innymi:

    • Przemocy fizycznej
    • Krwi, ran i opisów obrażeń
    • Grozy i napięcia
    • Motywów chaosu, mutacji i skażenia (zniekształcenie tkanek)
    • Fanatyzmu religijnego
    • Uprzedzeń społecznych i klasowych
    • Brutalnych metod przesłuchań
    • Moralnej dwuznaczności
    • Zagrożenia dla życia postaci
    • Ciężkiego, przygnębiającego klimatu

    Nie planuję epatować obrzydliwością, czy okrucieństwem dla samej obrzydliwości, czy okrucieństwa, ale też nie zamierzam udawać, że świat przedstawiony jest łagodniejszy, niż jest w istocie. Jeśli ktoś szuka lekkiej, przygodowej fantasy bez mroku i trudniejszych tematów, to raczej nie będzie sesja dla niego.

    Jeżeli ktoś ma konkretne granice dotyczące treści, których nie chce oglądać w grze, najlepiej dać mi o tym znać na PW (na tym forum są to chyba czatroomy) przed rozpoczęciem sesji. Łatwiej uwzględnić coś wcześniej niż gasić po drodze niepotrzebny dyskomfort.

    Zasady gry

    Wychodzę z założenia, że Mistrz Gry ma prowadzić grę, a nie rozwiązywać spory interpersonalne i stawać po którejś ze stron w prywatnych utarczkach. Traktujmy więc rozgrywkę jako dobrą zabawę i podchodźmy dojrzale do różnicy zdań, zarówno z innymi graczami, jak i ze mną. Mój sposób prowadzenia może różnić się od tego, do którego ktoś przywykł. To naturalne. Zapisujecie się na sesję prowadzoną przeze mnie, więc siłą rzeczy będzie to gra pod moją wizję i mój sposób prowadzenia. Jeśli pojawią się jakieś braki w mojej wiedzy o lore albo drobne sprzeczności, chętnie poznam wasze zdanie i być może naniosę korekty, ale samo prowadzenie zostawmy MG. Jednocześnie z mojej strony zawsze otrzymacie pomoc i odpowiedź z zgodną z wysokimi standardami kultury osobistej, którym hołduje. Obowiązuje zasada wzajemnego szacunku na wszystkich polach: w komentarzach, na PW, na Discordzie (jeśli po rozpoczęciu się na takie dodatkowe medium zdecydujemy) i oczywiście w samej grze. Na moich sesjach obowiązuje też zakaz PvP. Być może przy stole jak gracze się znają taki zabieg może być ciekawym eksperymentem, lecz z doświadczenia zauważam, że nie jest to dobre dla gry w żadnym stopniu.

    Jak dołączyć do gry?

    KP proszę przesyłać do mnie na PW, używając przygotowanego wzoru. Załącznik zawiera arkusz z wzorem karty postaci. Należy utworzyć jego kopię, uzupełnić pola, a następnie odesłać mi ją poprzez PW (na tym forum chyba są to chatroom'y).

    W temacie rekrutacji, czyli tutaj, proszę natomiast napisać, jaką profesję i rasę bierzecie dla swojej postaci, żeby pozostali mieli wgląd w ewentualny skład drużyny. Wzajemne uzupełnianie się może okazać się kluczem do przetrwania. Awatar mile widziany. Planuję graficznie ujednolicić styl obrazków i dodać ramki, by zadowolić własny zmysł estetyki. Taki już mam niezdrowy nawyk.

    Zdaje sobie sprawę, że ma wchodzić panel sesji. Nie wiem na ile wpłynie to na proces rekrutacji ze strony organizacyjno-technicznej, ale w najgorszym wypadku będę robił update.

    Tworzenie postaci

    Cechy główne

    Cechy główne proszę przydzielić, rzucając 16k10, a następnie sumując najwyższe rzuty i dodając je do wartości rasowych według własnego uznania, zależnie od profesji i koncepcji postaci. Warhammer i tak potrafi być ciężki, a przy takim sposobie przydziału istnieje szansa, że stworzycie bohatera, który nie umrze od pierwszego dziabnięcia. Zdaje sobie sprawę, że jest to pewne ułatwienie, ale jeśli na jakimiś etapie uznam, że jest za prosto, po prostu podrasuje wrogów. Balans walk w tym systemie jest dość trudny do wyczucia, ale wierzę, że mam w tym jakąś wprawę.

    Rzuty wykonujemy przy użyciu dowolnego narzędzia online z systemem logów. Przy przesyłaniu KP proszę dołączyć screen 3 rzutów. W przypadku innych rzutów związanych z tworzeniem postaci obowiązuje ta sama metoda. Można dla przykładu użyć strony crystalforge i wysłać podobny screen jak w podanym wzorze. Zezwalam na 3 próby i wybranie najlepszego zestawu z tych trzech. Zdaje sobie sprawę, że takie rozwiązanie ma wady, ale wierzę w uczciwość moich przyszłych graczy. Bardziej pewne sposoby kontroli nad rzutami wymagają rejestracji gdzieś lub dodania bota na discord, ale nad tym rozwiązaniem będę myślał dopiero po rozpoczęciu sesji.

    Cechy drugorzędne

    Cechy drugorzędne należy wyliczyć zgodnie z zasadami Warhammera 2ed., podkładając odpowiednie wartości z cech głównych. Jeśli ktoś ma problem z tym podpunktem jak i w sensie tworzenia KP, chętnie służę pomocą.

    Pochodzenie postaci

    Chciałbym, aby postacie pochodziły z terenów okalających Góry Środkowe, z którejkolwiek strony. W grę wchodzą głównie Hochland i Ostland. Zezwalam również na dalsze rejony świata, o ile sensownie wyjaśnicie, jak wasza postać znalazła się w okolicach, gdzie rozpocznie się sesja. Zaczynamy na północnym Hochlandzie. Zezwalam na użycie dodatkowych tabel, które określają zdolności i umiejętności człowieka z racji pochodzenia, a nie tylko z racji wybrania tej rasy. Jest też podajże podobna tabela ze względu na wyznanie, dla bardziej uduchowionych postaci.

    Zdolności początkowe

    Zdolności początkowe dla człowieka i niziołka losujecie sami. Tutaj również zezwalam na trzy próby.

    Dodatkowe rozwinięcie i początkowe PD

    Podczas tworzenia postaci można wykupić za 100 PD jedną umiejętność spoza drzewka profesji. Traktuję to jako darmowe rozwinięcie na start i w praktyce jest coś czego wasze postać mogła nauczyć się w ramach zainteresowania podczas swojego życia. Później w grze będzie to możliwe jedynie po znalezieniu nauczyciela i odpowiednim fabularnym uzasadnieniu czasu poświęconego na naukę. W praktyce większości takich rzeczy nie da się sensownie opanować w trakcie jednego scenariusza. Oprócz tego przy początkowym tworzeniu postaci przysługuje wam 300PD, które daje na start, coś byście nie startowali zupełnymi świeżynkami.

    Ekwipunek

    Postacie otrzymują:

    • Ekwipunek z profesji,
    • Startowy ekwipunek z podręcznika (str. 20),
    • Jeden fant o wartości do 40 zk,
    • Początkowe złoto w wysokości 1k20.

    Na tym etapie pozwalam na sprzedaż niepotrzebnych rzeczy i zakup potrzebnych po cenie podręcznikowej, co by nie utrudniać. Później w grze będzie obowiązywać zasada związana z wyceną i handlowaniem.

    Żywotność i punkty

    Zaczynacie z maksymalną żywotnością wynikającą z rasy. Punkty Przeznaczenia również są maksymalne dla wybranej rasy. Punkty Szczęścia odnawiają się o północy in-game.

    Ograniczenia profesji

    Do gry zostaną przyjęte maksymalnie:

    • jedna postać z profesją magiczną,
    • jedna postać o pochodzeniu szlacheckim,
    • jedna postać stanu kapłańskiego.

    Nie ma możliwości wcześniejszego zaklepania sobie danej profesji. Nie mam ograniczeń co do wybierania innych profesji.

    Historia postaci

    Historia postaci powinna mieć maksymalnie jedną stronę A4, ale nie mniej niż pół strony. Otrzymujecie ode mnie 300 PD już na etapie tworzenia postaci, więc zakładam, że bohater coś w życiu przeżył i jakoś trafił do miejsca rozpoczęcia scenariusza. Opiszcie to. Jeśli ktoś ma tendencje do rozpisywania sobie postaci na wiele stron, nie ma sprawy, przeczytam, choć poproszę też o wersje skondensowaną do A4.

    Proszę zakończyć historię na momencie utknięcia w karczmie, w której rozpocznie się sesja. Wewnętrzne relacje między postaciami ustalimy dopiero wtedy, gdy zbierze się drużyna. Ktoś mógł przybyć już z kimś, mogliście poznać się na miejscu.

    Profesje z dodatków

    Zezwalam na profesje z Career Compendium, podręcznika zbierającego profesje z dodatków do podstawki. Część z nich może być trudna do uzasadnienia fabularnie, więc ich wybór może wymagać dodatkowego omówienia. Jeśli ktoś nie ma dostępu do tego materiału, może odezwać się do mnie prywatnie. Nie udostępniam podręcznika, ale mogę podpowiedzieć i opisać profesje najbardziej zbliżone do konceptu postaci.

    text alternatywny

    Na etapie tworzenia postaci część graczy zgłosiła wyraźne potrzeby dotyczące kilku elementów mechaniki, dlatego postanowiłem wprowadzić kilka Homerules, żeby wyjść na przeciw tym potrzebom. Lubię informować o takich rzeczach przed sesją, żeby każdy mógł spokojnie się jeszcze zastanowić, czy taki sposób prowadzenia i rozwiązań mechanicznych mu odpowiada.

    Rozliczanie obrażeń i Trafienia Krytyczne

    W przypadku zwykłych przeciwników, po spadku Żywotności do 0, taki przeciwnik wypada z walki, najczęściej jako martwy, niezdolny do dalszego działania albo pobity w walce na pięści i spacyfikowany, zależnie od sytuacji fabularnej (oczywiście zwykłe ogłuszenie też jest dostępne).

    Pełne zasady Trafień Krytycznych zachowuję dla:

    • bossów,
    • istotnych BN-ów,
    • potworów i innych przeciwników, przy których ma to znaczenie fabularne lub dramatyczne.

    Jeśli chodzi o efekty, które normalnie wpływają na Trafienia Krytyczne, czyli np. Morderczy Atak oraz cechę oręża Precyzyjny, to mam dla nich nowe przeznaczenie. Skoro nie mogą wpływać na TK w walce ze zwykłymi przeciwnikami, to pomogą w inny sposób. W sytuacji, gdy zwykłemu przeciwnikowi miałoby pozostać 1-2 pkt. żywotności (w zależności, czy postać ma sam talent, samą broń z tą cechą, czy oba naraz), to takowy przeciwnik zostaje uśmiercony dzięki wyżej wymienionym efektom, które wykańczają wroga. W przypadku wrogów gdzie dalej utrzymuje TK, efekty te działają jak w podręczniku.

    Obciążenie i noszony ekwipunek

    Drugą zmianą są zasady dotyczące obciążenia. Przedmioty noszone na sobie liczą się jako ważące 1/2 normalnego obciążenia. Nie będziemy korzystać z zasady dodatkowego oddziaływania zbroi na postać.
    Talent Krzepki, żeby nie stracił znaczenia dla tych, którzy go posiadają, działa u mnie w następujący sposób:

    Postać z tym talentem może nieść dodatkowe obciążenie w wysokości 1/2 wartości swojego bonusu z WT. Przykład: jeśli postać ma Krzepę równą 30 (co normalnie pozwalałoby na udźwig bez kar 300 jednostek), może nieść dodatkowe 150 jednostek ciężkości ponad swój normalny limit, zanim zacznie odczuwać spadek prędkości po przekroczeniu maksimum.

    Dodatkowo chiałbym dać możliwość zwiększenia udźwigu przez jakość wykonania plecaka. Wprowadziłem to w jednej sesji kiedyś i graczy byli zadowoleni. Także:

    • plecak dobrej jakości zwiększa możliwy udźwig o 50 jednostek obciążenia,
    • plecak najlepszej jakości zwiększa możliwy udźwig o 100 jednostek obciążenia.

    Nauka nowych umiejętności i rola nauczyciela

    Praktycznie zawsze znajdzie się ktoś, kto chciałby się dokształcać poza daną mu ścieżką. Ponieważ powstała prośba o nakreślenie tej możliwości, tłumaczę jak będzie to działać u mnie, jeśli zdecydujemy się na dalsze scenariusza. Można się uczyć i nabyć nową umiejętność, a także zdolność, o ile dana rzecz w ogóle nadaje się do wyuczenia.

    Żeby wykupić taką umiejętność lub zdolność:

    • postać musi mieć nauczyciela,
    • musi spędzić odpowiednią ilość czasu na ćwiczeniu pod jego okiem.
    • czas ten ocenia MG zależnie od tego, czego postać chce się nauczyć (Pływania można się stosunkowo łatwiej nauczyć, od dajmy, płatnerstwa)

    W tym scenariuszu najpewniej zabraknie na to czasu, ale jeśli zdecydujemy się grać dalej, może to być ważna informacja na przyszłość. Dodatkowo koszt tak nabywanej zdolności wynosi 200 PD zamiast 100 PD.

    Tresura i nauka sztuczek

    Jeśli ktoś chce, aby jego zwierzęcy pupil nauczył się konkretnych czynności wykonywanych na zawołanie, musi poświęcić na to odpowiednią ilość czasu opisaną w podręczniku. Na poziomie tworzenia postaci jednak, postać może mieć już zwierzaka od dłuższego czasu. Dlatego przyjmuje, że pupil może znać 3 sztuczki z kategorii proste i 1 z katergori średnio-trudne. Dotyczy tylko postaci, które mają jednocześnie zwierzaka i umiejętność tresury.

    Klany niziołków i ich umiejętności związane z pochodzeniem

    Ostatnią zmianą jest wprowadzenie tabeli początkowych umiejętności i zdolności niziołków zależnych od pochodzenia / klanu.

    Przygotowałem ją na podstawie inspiracji z 4 edycji, starając się przełożyć ten pomysł na realia i styl 2 edycji. Docelowo chciałbym uwzględniać tę tabelę również w kolejnych rekrutacjach, tak aby mogła stać się stałym elementem moich sesji.

    Zdolności początkowe dla niziołków znajdują się tutaj.

    Podsumowanie

    System: Warhammer 2ed.
    Ilość graczy: 3-4
    Kryteria przyjęcia graczy: stworzenie pełnej karty postaci + krótkiej historii (wystarczy około pół strony A4). W wypadku większej liczby zgłoszeń odbędzie się konkurs kart.
    Platforma: forum oraz możliwie Discord, jeśli przyjęci gracze będą zainteresowani. Nie będę się upierał jeśli nie.
    Częstotliwość odpisów: 4 dni dla graczy, 4 dni dla MG (możliwość prolongat i zgłoszeń pominięcia kolejki w rozsądnej ilości zgłoszeń)
    Dokumenty Google: Nie planuje i nie jestem fanem. Jeśli będzie potrzeba rozegrania scen lub dialogów, można zrobić to na Discordzie. Jeśli gracze nie będą mieć ochoty na Discord, takie sceny rozegramy w formie krótszych opisów na forum lub ewentualnie przez PW.
    Długość sesji: Przy założeniu braku opóźnień w odpisach sesja powinna zamknąć się w około 3-4 miesiącach, lecz jak gracze będą podchodzić ambitniej to 5-6 miesięcy.

    zakończenie

    Archiwum warhammer 2ed

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias siedział przy stole z kubkiem kawy w dłoniach, o ile dało się to nazwać kawą. Miał zniesmaczoną minę, jakby ta „przemysłowa ciecz” ledwo przechodziła mu przez gardło. Automat pokładowy Kardashiana wyprodukował coś czarnego, gorzkiego i rozwodnionego. Kofeinową abominację. No cóż, abominacja czy nie, będzie musiała wystarczyć. Po takim czasie w lodówce taka lura i tak była lepsza od tego świństwa, którym zalewali ich w hypersnie. Ostrożnie uniósł kubek do ust, powąchał, skrzywił się i dolał do środka odrobinę z piersiówki, zasłaniając naczynie ręką dla niepoznaki, mając nadzieję, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Jakaś jego cząstka wiedziała jednak, że wszyscy wiedzą, tylko po prostu mają to w dupie albo postanowili mu odpuścić z racji wieku i jego wszczepów.
    – Teraz przynajmniej ma jakieś właściwości odkażające – mruknął bardziej do siebie niż do Nadii czy Joshuy.

    Wciąż czuł pod skórą resztki hypersnu. Mięśnie były miękkie, gardło drapało, a syntezator w krtani czasem łapał drobne zakłócenie, zostawiając w jego głosie metaliczny pogłos. Oddychał już równiej, ale nie ufał temu. Własnym płucom ufał mniej więcej tak samo jak raportom kwartalnym korporacji. Z konieczności. Nigdy z przekonania.

    Kiedy Hannigan wszedł do mesy razem z O’Collanem i Kalashnikovem, Crowe podniósł wzrok znad kubka. Nie trzeba było być geniuszem, żeby wiedzieć, jak się sprawy mają. Kapitan wyglądał jak dyplomata szykujący się do przekazania kurewsko kiepskich wieści. Davy standardowo emanował energią, której Elias nie rozumiał, a Siergiej wyglądał jak Siergiej. Rosjanie byli przyzwyczajeni do faktu, że zawsze coś może się spierdolić i niespecjalnie wpływało to na ich osobę.

    Elias nie odezwał się. Pił kawę małymi łykami i słuchał, wyławiając najważniejsze fakty. Sygnał SOS był autentyczny. Chodziło o kapsułę ratunkową. Jednostką był USS Bleinert, którego nazwa nic mu nie mówiła. Brak odpowiedzi. A to oznaczało, że za około cztery godziny będą po ręce w gównie. Świetnie. Westchnął przez nos. A więc jednak. Nie awaria wewnętrzna, nie fałszywe przebudzenie. Ktoś tam, w pustce kosmosu, miał problem i był to ten najgorszy rodzaj problemu, bo prawo, procedury oraz resztki ludzkiej przyzwoitości, które chcąc nie chcąc jeszcze posiadał, natychmiast robiły z niego problem wspólny. Jego problem.

    Na wzmiankę o napromieniowanej chmurze gruzu, pyłu i gazu za zaopatrzeniowcem Crowe uniósł głowę odrobinę wyżej. W jego twarzy nie pojawił się entuzjazm. Raczej coś gorszego. Zainteresowanie specjalisty. Kiedy kapitan zwrócił się do niego bezpośrednio, odstawił kubek.
    – Przyjąłem, kapitanie – powiedział zachrypniętym, nierównym głosem. – Moduł górniczy, spektroskopy wydobywcze. Skład gazów, pyłów, izotopy, rozrzut, temperatura resztkowa – wymienił na głos, by lepiej to sobie utrwalić. Taką miał metodę. Było nie było, był staruszkiem i trzeba było używać sztuczek mnemonicznych, żeby nie wypaść blado przy reszcie ekipy.
    – Sprawdzę, czy to wygląda na zderzenie, eksplozję, awarię reaktora, czy chodzi o jakieś inne gówno.

    Przez chwilę bębnił palcami po kubku. Potem zerknął w stronę Delilah, kiedy ta zaczęła mówić o polisie, promieniowaniu i odpowiedzialności. Nie był fanem jej stylu wysławiania się. Ogólnie nie lubił ludzi z korporacji, ale coś w tej całej gadce o promieniowaniu miało sens. W końcu siołom radiacyjnym nie robiło różnicy, kto jest kim. Równo rozdawały chorobę popromienną między korporacyjną księżniczkę, kapitana, pilota i starego, zdezelowanego toksykologa z piersiówką w kieszeni.
    – Pani le Fey ma rację co do jednego – odezwał się po chwili, nie podnosząc głosu. – Nie chciałbym dodawać do listy moich drinków koktajli antyradiacyjnych. Są trochę zbyt mdłe jak na mój gust i źle mieszają się z alkoholem. – pozwolił sobie na żart.
    – W raporcie końcowym ocenię skalę ryzyka.

    Spojrzał jeszcze krótko na Holta, kiedy ochroniarz zaczął mówić o broni i niepewnych elementach. Elias nie miał w tej kwestii nic do skomentowania. Każdy miał na tym statku jakąś rolę, a pewność siebie, tak ważna, kiedy leci się przez pustkę w wielkiej metalowej skrzyni, wymagała wiary w coś istotnego, najczęściej związanego właśnie z tą rolą. On sam wierzył w swoją zdrową paranoję i sprawdzanie odczytów, toteż zazwyczaj milczał, gdy inni prawili o tym, co jest najważniejsze.

    Wzdrygnął się, kiedy Chaplin wskoczył na stół. Kot miał minę, jakby był właścicielem statku, który tylko chwilowo toleruje obecność personelu. Elias spojrzał na niego nieprzychylnie, kiedy ten przeszedł obok jego kubka i prawie strącił ogonem jego lurę. Może to była tylko kawowa abominacja, ale to była jego kawowa abominacja, no i wlał do niej trochę swojego specyfiku, który nie mógł się przecież zmarnować.
    – Sio, futrzasty demonie – mruknął. – Idź drażnić innych poważnych naukowców.
    Kot oczywiście nie odpowiedział, co w innych warunkach czyniłoby go jednym z bardziej pożądanych rozmówców w mesie.

    Po odprawie Crowe podniósł się powoli. Coś strzyknęło mu w kolanie, coś zapiekło w płucach. Jego ciało od dawna było jak źle poskładana maszyneria, w której zapalała się jedna czerwona kontrolka po drugiej. Ile jeszcze da radę tak latać? Chyba czas pomyśleć o jakiejś emeryturze. Zignorował ból i pociągnął łyk kawy z prądem. Miał swoje lekarstwo, a teraz naprawdę nie było czasu na negocjacje z własnym ciałem. Kiedy dotrą do celu, zadba o zdrowie. Zabrał kubek, wsunął do kieszeni mały analizator, poprawił kołnierz kitla i ruszył w stronę wyjścia.

    ***

    Korytarze Kardashiana były już żywsze niż zaraz po wybudzeniu. Wentylatory pracowały równiej, światła przeszły w standardowy tryb, a z głębi kadłuba dochodził niski pomruk dobrze działających systemów. Elias szedł wolno, ale bez wahania. W jednej dłoni trzymał kubek z kawą, drugą przesuwał czasem po ścianie, jakby czytał statek przez drgania poszycia. Ludzie na starej Ziemi chodzili tak czasem wśród żywopłotów, gładząc liście. Może był to jakiś odruch zakodowany w pamięci komórek?

    Kabina modułu górniczego przywitała go chłodem i zapachem starego smaru. Rzędy paneli diagnostycznych, stanowiska analizy próbek, konsole spektroskopów i górniczych skanerów składu zajmowały większość pomieszczenia. Normalnie ten sprzęt służył do odróżniania rudy od bezwartościowej kosmicznej skały. Dzisiaj miał być lupą detektywa i pomóc im zrozumieć, co się stało. Crowe usiadł przy głównej konsoli, przetarł rękawem ekran i stuknął palcem w panel aktywacyjny.
    – Opiekunie – powiedział. – Przekieruj na stanowisko górnicze pełny pakiet sensorów dotyczący napromieniowanej chmury za USS Bleinert. Najpierw surowe dane. Jak będę chciał, żebyś coś podsumował, powiem ci.
    To była ważna dyrektywa, którą zazwyczaj kończył każde zdanie, gdy współpracował z komputerem. W przeciwnym wypadku ten podawał mu wszystko na srebrnej tacy, robiąc z niego idiotę.

    text alternatywny

    Konsola zamrugała.
    – Chcę widmo gazów, pyłu, metali, izotopów, promieniowanie, wektory rozrzutu, temperaturę resztkową i wszystko, co da się wyciągnąć z Fermi, Chandry oraz spektroskopów wydobywczych. Osobno stabilne pierwiastki, osobno produkty rozpadu, osobno związki organiczne, jeśli cokolwiek takiego jeszcze tam pływa.
    Przez moment obracał w palcach dymogryza. Nie zapalił. Jeszcze nie. Wsunął go tylko między zęby i w skupieniu mielił wargami końcówkę.
    – Drugi zakres to kapsuła ratunkowa. Pełny skan powierzchni, gęstości, śladów chemicznych i termicznych, kiedy tylko wejdzie w sensowną rozdzielczość. Interesują mnie materiały wybuchowe, paliwa, utleniacze, aerozole, nieszczelności, skażenia, anomalie masy i wszystko, co nie pasuje do standardowego modelu puszeczki, która nam tam lata.

    Kiedy skończył wydawać szereg komend, oparł łokcie o blat i nachylił się nad konsolą. Pierwsze linie danych zaczęły pełznąć po ekranie. Odpalił fajkę i patrzył na ciągi znaków mrugające zielonkawym światłem. Wypuścił małą mgiełkę dymu, która zaraz została wessana przez systemy wentylacyjne. Pociągnął łyk kawy, skrzywił się i odstawił kubek obok panelu.
    – No dobra – mruknął. – Pokaż, co tam masz, kotku.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Imię i nazwisko: Elias Crowe
    Wiek: 52 lata
    Profesja: naukowiec pokładowy / specjalista toksykologii atmosferycznej

    text alternatywny

    Elias Crowe jest członkiem załogi USCSS Kardashian odpowiedzialnym za toksykologię atmosferyczną, jakość powietrza, filtrację, obiegi zamknięte oraz wszelkie skażenia, które mogą pojawić się w układach podtrzymywania życia. W praktyce oznacza to, że zajmuje się tym, czym reszta załogi oddycha, co pije i monitoruje cały syf na statku.

    Miał w życiu parę poważnych wypadków, czy to na statku, czy podczas pracy w koloniach korporacyjnych. Firmowa medycyna poskładała go skutecznie, ale bez większej troski o estetykę. Ma diagnostyczną nakładkę przy jednym oku, ślady po dawnym wypadku i ochrypły głos, który wspomagany jest przez syntezator mowy w krtani. Nie obnosi się z tym szczególnie, ale też nie udaje, że nic się nie stało.

    Nosi przybrudzony, jasny kitel terenowy narzucony na robocze ubranie, a jego kieszenie są zwykle wypchane fiolkami, próbnikami, markerami, paskami testowymi i drobnym sprzętem pomiarowym. W jednej z kieszeni trzyma metalową piersiówkę z własnym destylatem, którego składu lepiej nie pytać, a jeszcze lepiej nie analizować przy użyciu certyfikowanego sprzętu.

    Crowe pali syntetyczne dymogryzy nikotynowe stanowczo za dużo jak na człowieka, który zawodowo zajmuje się jakością powietrza. Jest ponury, cyniczny i charakterny, z nieprzyjemnym nawykiem zakładania najgorszego scenariusza. Niestety dla otoczenia, wystarczająco często ma rację. Nie przepada za ludźmi lekceważącymi procedury, ignorującymi alarmy i mówiącymi „spokojnie, nic się nie stanie”. Kiedy Crowe mówi, że "coś mu śmierdzi", zwykle nie jest to metafora.

    Materiały

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias nienawidził wszelkiej maści włazów. Przejścia te miały to do siebie, że oddzielały jeden problem od drugiego. Jasne, czasem chodziło tylko o to, by oddzielić ludzi od próżni, czyli w założeniu chodziło o coś dobrego, lecz czasem, tak jak teraz, chodziło o to, by oddzielić stary kombajn górniczy od wojskowej kapsuły ratunkowej, która przez miesiąc wisiała w pustce z Bóg wie jakim cargo. Jego dwa poprzednie wypadki też miały wiele wspólnego ze śluzami i warunkami po drugiej stronie. Dla uczciwości warto nadmienić, że chodziło również o problemy ze szczelnością tanich, firmowych skafandrów, ale mimo wszystko... nienawidził śluz.

    Stał przy panelu z rozłożonymi instrumentami, skanerem wpiętym w gniazdo diagnostyczne i własnym wykrywaczem ruchu M314 gotowym pod ręką. Odczyty nie podobały mu się, ale przynajmniej miały sens. Podwyższony dwutlenek węgla. System podtrzymywania życia na wyczerpaniu. Gamma poniżej poziomu, którym należałoby się bardzo martwić. Było źle, ale nie katastrofalnie. Jeszcze.

    Decyzja o otwarciu kapsuły zapadła szybko. Może za szybko. Elias nie powiedział tego głośno, bo miał wrażenie, iż kapitan nie jest akurat w nastroju na obiekcje i jego paranoję. Adam był w śluzie. Siergiej przy panelu. Holt trzymał straż z bronią, a jego obecność była dziwnie uspokajająca. Może nowe generacje kosmicznych traperów ufały nowoczesnej technologii albo komputerom i coraz rzadziej woziło się w pustce broń, ale on był w tej kwestii nieco staromodny i doceniał, że ktoś tu ma gnata. Lepiej być przygotowanym, niż później żałować.

    Pierwszy huk sprawił, że cofnął się odruchowo od panelu. Bardziej niezgrabnie, z racji wieku. Kolejne strzały uderzyły w śluzę jak młot w stalowy bęben. Pancerna szyba wewnętrznego włazu przyjęła jeden z rykoszetów i przez jej górną część rozeszła się cienka pajęczynka pęknięć.
    – Kurwa mać – syknął Crowe, bardziej ze złości niż strachu.
    Nie rzucił się do włazu. Nie miał takiego zamiaru. Na studiach jeden z profesorów miał takie powiedzenie... jakże ono leciało? „Gdzie techników sześć, tam…” Nie pamiętał, ale wiedział, że nie ma co robić sztucznego tłumu. Siergiej i Holt coś wymyślą, zresztą już działali. On miał swoją robotę.

    Pochylił się z powrotem nad panelem, jakby właśnie ten stary kawał elektroniki był teraz jedyną rzeczą na świecie wartą zaufania. Palce przesunęły się po kontrolkach i przełącznikach. Spojrzał na ciśnienie w śluzie, poziom tlenu, dwutlenek węgla, temperaturę, promieniowanie i skład gazów po otwarciu kapsuły. Skupiał się na nieoczywistych zagrożeniach wynikających z tej sytuacji.

    W tym momencie zobaczył, jak Siergiej dopada panelu i zaczyna ograniczać ciśnienie w śluzie. Dobry pomysł, bardzo przytomny i właściwie nie wiedział, czemu sam na to nie wpadł. Może tak by było, gdyby nie był w takim szoku. Przesunął niespokojnie wzrokiem po odczytach. Ciśnienie zaczęło schodzić. Nie gwałtownie. Tylko trochę. Nie chcieli go wysłać z Kansas do krainy Oz. Miał tylko się zdrzemnąć i uspokoić.
    – Dobra, Sadza. Widzę spadek – rzucił krótko, nie odrywając oczu od panelu. – Jeszcze troszkę i pójdzie w kimono. Dobra robota – pochwalił.
    – Będę pilnował parametrów – zapewnił.
    Nie zabierał się za uspokajanie strzelającego. Więcej głosów mogłoby go zdezorientować albo, co gorsza, mógłby poczuć się osaczony.

    Rozgrywka

  • Conan Bibliotekarz
    PiołunP Piołun

    No cóż. Z wykształcenia jestem polonistą-bibliotekarzem i choć nigdy nie pracowałem w zawodzie, to dalej połykam książki. Od paru lat jestem jednak raczej fanem audiobooków, na które całkiem zachorowałem. Statystycznie słucham ich około 40–50 rocznie.

    Także lista książek godnych polecenia jest dla mnie długa i szczerze mówiąc, nie wiem trochę, od czego zacząć. Może więc wymienię kilka moich ulubionych serii z ostatnich lat. Z racji tego, że kocham zarówno fantastykę, jak i sci-fi oraz horrory, podzielę tę polecajkę na trzy sekcje, a na końcu dorzucę jeszcze parę moich nowszych odkryć.

    W każdej sekcji będą po cztery pozycje, żeby nie zalać materiałem, a trochę więcej znajdzie się w odkryciach. Jest to lista absolutnie nieuczciwa i niestopniowana względem tego, co podoba mi się najbardziej. Po prostu te tytuły jakoś same wyszły na wierzch. Gdybym miał faktycznie robić ranking, pewnie bardziej bym się postarał, ale chyba nie o to chodzi. Może raczej o to, żeby coś polecić. Także spróbuję to zrobić.

    Fantastyka

    • Joe Abercrombie, Seria „Pierwsze Prawo”

    To taka brudna, darkfantasy seria, w której nikt nie jest do końca dobry. Pierwsze tomy przeskakują między historią dość dzikiej grupki barbarzyńców, z mnóstwem czarnego humoru, a opowieścią o mistrzu tortur ze stolicy, plus rozdziałami „Pierwszego wśród Magów”. Dużo tu cynizmu, polityki, czarnego humoru i postaci, które naprawdę zapadają w pamięć.

    • Jay Kristoff, Seria „Wampirze Cesarstwo”

    Mroczna historia o świecie, w którym wampiry właściwie wygrały, a ludzie żyją w cieniu i strachu. Jest krwawo, ponuro i bardzo klimatycznie. Całość pisana jest trochę jak spowiedź. Są sceny erotyczne, ale raczej w dobrym smaku i nie ma ich dużo. Przede wszystkim to dark fantasy z przekleństwami, czarnym humorem i autentycznymi postaciami.

    • Anthony Ryan, Seria„Kruczy Cień”

    To fantasy o chłopaku oddanym do zakonu wojowników. Brzmi banalnie, ale autor opisuje naprawdę surowo ich pierwsze lata bez żadnego owijania w "Youn Adult". Sporo tu szkolenia, wojny, honoru, religii i takiej klasycznej drogi od ucznia do legendy. Fajny jest też wątek ukrytej potęgi mroku, który naprawdę przyprawił mnie o ciarki. Końcówka pierwszego tomu miażdży.

    • Brandon Sanderson, Seria „Droga Królów”

    Ogromna, epicka fantasy o świecie niszczonym przez burze (dosłownie wielka burza okrąża rotacyjnie cały glob). Jest tu bardzo dużo budowania świata, magii, wielkich bitew, ale też osobistych historii ludzi. To wielkie, bardzo długie high fantasy z mnóstwem wątków, ale też ze scenami totalnie chwytającymi za serce. Końcówki są hollywoodzkie, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.

    Sci-Fi

    • Martha Wells, Seria „Pamiętniki Mordbota”

    To historia cyborga ochroniarza, który zhakował samego siebie i najchętniej miałby święty spokój oraz czas na oglądanie seriali. Jest zabawnie i lekko, ale pod spodem to też opowieść o wolności, samotności i uczeniu się bycia osobą. Seria nie jest nowa, ale sięgnąłem po nią niedawno przez serial (nakręcono 1 sezon przez Apple TV) i audiobooki. Bawiłem się dobrze, choć jest w niej parę sprzeczności technologiczno-logicznych.

    • Peter Watts, „Ślepowidzenie”

    To bardzo gęste i niepokojące sci-fi o pierwszym kontakcie z czymś naprawdę obcym. Bardziej niż o kosmitach jest to książka o świadomości. Dla mnie to naprawdę ważna pozycja i dowiedziałem się z niej sporo o życiu i nauce. Generalnie sięgnąłem po nią dlatego, że wampiry są tam wysyłane w kosmos, a ich lęk przed światłem jest rozkminiany w kategoriach hard sci-fi, czyli przez kogoś z wiedzą naukową. Co za świeże podejście do tematu! Zdecydowanie nie jest to pozycja dla wszystkich, bo hard sci-fi jest bardzo niepopularną gałęzią fantastyki, ale świetną, jeśli ktoś akurat jara się tematem.

    • Remigiusz Mróz, „Chór zapomnianych głosów”

    Dobrze rozegrana, mroczna historia o człowieku, który budzi się na statku kosmicznym i szybko orientuje się, że coś poszło bardzo nie tak. Ma klimat thrillera, trochę horroru i tajemnicy zamkniętej w kosmosie. Osobiście żałuję, że nie ma więcej książek napisanych w takim klimacie. Niewiele osób wie też, że Mróz zaczynał od sci-fi, a nie od kryminałów. Ten tytuł wyszedł mu świetnie, ale drugiej części już nie polecam.

    • Dennis E. Taylor, Seria „Bobiwersum”

    To lekkie, pomysłowe sci-fi o człowieku, którego świadomość zostaje przeniesiona do sondy kosmicznej. Potem zaczyna się eksploracja kosmosu, kopiowanie samego siebie, dużo humoru i fajnych pomysłów naukowo-przygodowych. Najbardziej chyba lubię tę serię za odtworzenie hipotetycznych struktur fizyków z ubiegłego wieku, a zwłaszcza Sond von Neumanna i sfery Dysona.

    Horror / Suspens

    • Blake Crouch, Seria „Wayward Pines”

    To historia agenta, który trafia do dziwnego miasteczka, z którego nie da się po prostu wyjechać. Na początku wygląda jak thriller z tajemnicą, ale im dalej, tym bardziej robi się niepokojąco i dziwnie. Trochę jak serial „Stamtąd”, choć tajemnica skręca w zupełnie inną stronę. Autor był zajarany „Twin Peaks” i trochę to widać.

    • Maciej Lewandowski, Seria Audiobooków „Cienie Nowego Orleanu”

    To mroczny audioserial w klimacie kryminału i lovecraftowskiego horroru. Nowy Orlean jest tu duszny, brudny, pełen sekretów, magii i rytuałów. Generalnie polecam fanom Cthulhu. Świetnie się bawiłem, a mam wrażenie, że mało kto o tym tytule wie.

    • Stephen King, „Langoliery”

    To opowieść o ludziach, którzy budzą się w samolocie i odkrywają, że prawie wszyscy inni zniknęli. King robi z tego bardzo dziwny, klaustrofobiczny horror o czasie i pustce. To dość krótka pozycja, ale mega działa na wyobraźnię. Coś jak odcinek „Strefy Mroku” w wersji premium. Książki Kinga można lubić albo nienawidzić i w sumie to rozumiem, bo sam mam z nimi różnie. Ta jest w porzo.

    • Jozef Karika, „Szczelina”

    To horror oparty na tajemniczych zaginięciach w górach, podany trochę tak, jakby ktoś odkrywał prawdziwą historię. Najbardziej działa tu atmosfera niepewności. Nie wiadomo, czy to legenda, szaleństwo, mistyfikacja, czy coś naprawdę obcego. Taki trochę klimat found footage, bo narracja jest pierwszoosobowa (jeśli dobrze pamiętam, ale przysiągłbym, że właśnie taka).

    Odkrycia

    • Paweł Kolarzyk, Seria „Niko”

    Generalnie chłopak nagle rozumie, że umie czytać ludziom w myślach. Żaden spoiler, bo to pierwsze 15 stron czterotomowej historii. Naprawdę zręcznie to wykorzystuje. Majstersztyk. Świeże podejście do tematu.

    • James Islington, Seria „Hierarchia”, pierwszy tom „Wola wielu”

    To fantasy w świecie przypominającym brutalny Rzym, gdzie całe społeczeństwo działa na zasadzie przekazywania swojej siły wyższym warstwom. Autor naprawdę zręcznie opisał przekazywanie ułamka siły życiowej i zbudował wokół tego konceptu całą strukturę historii. Tak naprawdę nie da się tego łatwo opisać, ale choć pomysł jest stosunkowo prosty, zrobił z niego naprawdę dobrą opowieść. Główny bohater nigdy nie „cedował”, jak w tym świecie nazywa się przekazywanie siły. Szuka też luki w społeczeństwie, by nigdy tego nie robić, mimo że ten obowiązek jest właściwie wpisany w konstytucję.

    • Kel Kade, Seria „Kroniki Mroku”

    Wyobraź sobie, że wychowano cię od małego tak, byś wierzył w pewien kodeks, i każdą chwilę twojego życia wykorzystano, żeby ci go wpajać. Wtedy zbiór abstrakcyjnych zasad, jak na przykład zasada 34: "zawsze sprawdzaj pokój, w którym wcześniej nie spałeś", staje się twoimi codziennymi nawykami, a ty kompletnie nie rozumiesz zasad normalnych ludzi. Genialna, fenomenalna seria. Przezabawna, przelogiczna, przemądra, a jednocześnie fest lekka. Jeśli miałbym coś nieśmiało położyć na półce niedaleko „Świata Dysku”, chyba postawiłbym właśnie to, choć pierwsze 100 stron książki może jeszcze na to nie wskazywać. Na razie jest chyba 6 części (+jedna z kategorią 0,5).

    • Brian Staveley, „Czaszkowiercy”

    To mroczna fantasy o kobiecie związanej z kultem boga śmierci, która musi przejść bardzo osobistą i brutalną próbę. Ma zabić sześć osób w określonych warunkach i w określonej kolejności. Problemem jest ostatni podpunkt. Nie chodzi o jej lojalność ani wiarę. Ma zabić osobę, którą kocha, a ona trochę nie kuma, co to właściwie znaczy. W gruncie rzeczy wraca więc do rodzinnego miasta, żeby znaleźć człowieka, którego chyba (może) obdarzyła tym uczuciem, ale w sumie to nie wiadomo. W żadnym wypadku nie jest to jednak „romantasy”. Raczej dojrzała rozkmina bezuczuciowego zabójcy w wersji dark fantasy.

    • Krzysztof Haladyn, „Złodziej”

    Motyw stary jak świat, ale jak miło i atrakcyjnie podany. Jest złodziej. Jest zlecenie. Są komplikacje. Jest trudna przeciwność losu. Jest uczeń. Jest czarny humor. Jest dobry język. Jest zapowiedź kontynuacji i jest to też książka, którą przeczytałem ostatnio, więc czemu nie.

    Hydepark

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias odwrócił powoli głowę w stronę Joshuy i zrobił nieco rozczarowaną minę, zupełnie jak człowiek, któremu właśnie przerwano pracę z powodu wyjątkowo głupiego komentarza.
    – Gleeson – powiedział sucho. – Jeśli naprawdę twoją pierwszą roboczą hipotezą jest to, że stoję tu i raportuję kapitanowi, jak kreatywnie obchodzić się z dwójką, to chyba nie mamy o czym gadać. Przecież zaznaczałem, że to porównanie. – Westchnął, przewracając oczami, i poprawił rękawiczki. Wskazał brodą wnętrze kapsuły, na razie nie podchodząc zbyt blisko.

    – Oczywiście chodzi o rozkład biologiczny. Stary trup to mnóstwo fekaliów, moczu i reszty cielesnej hydrauliki, która daje o sobie znać z chwilą śmierci. Jeśli cokolwiek tam miałoby nam zagrażać i przenosić się w powietrzu, już mamy przejebane, bo otworzyliśmy to, wyjęliśmy stamtąd człowieka, a zresztą trochę już tym oddychamy. Wcześniejsze badanie kapsuły nie alarmowało jednak o niczym. Co do reszty zagrożeń biologicznych, wystarczą nam stare, modne lateksowe rękawiczki i maseczka. – Wskazał krótko na swój ochronny ekwipunek.
    – Więc albo pomagasz, albo zmykaj zamknąć gródź w następnej sekcji. Ja mam pracę do wykonania.

    Spojrzał jeszcze raz w głąb kapsuły, zastanawiając się, od czego zacząć. Smród dalej wypełniał wnętrze śluzy, ciężki i lepki, ale Elias nie miał zamiaru robić z niego afery. Prawda, był paskudny, ale był też tym czego należało się spodziewać bo zwłokach zamkniętych w hermetycznej przestrzeni. W zamkniętej puszce, po kilku tygodniach z martwym ciałem, no cóż, należało się spodziewać właśnie czegoś takiego.

    Kiedy w progu stanął kapitan Hannigan, Crowe cofnął się o pół kroku, robiąc mu miejsce, ale nie odwracając się całkiem od znaleziska. Stał bokiem, z analizatorem w jednej dłoni i magnetofonem pracującym cicho przy pasie. Taśma szumiała cierpliwie, obojętna na smród i trupa
    – Ofiara śmiertelna, kapitanie – potwierdził sucho. – Proces rozkładu wskazuje, że trochę czasu spędzili razem. Nie jestem patologiem, mamy od tego Adama, ale roboczo zgadywałbym dwa do czterech tygodni. W tej puszce warunki mogły przyspieszyć albo spowolnić wszystko, więc proszę nie traktować tego jak ekspertyzy na której można coś oprzeć.

    Przełknął ślinę, choć w gardle miał sucho. Chyba filtry w jego wszczepie krtani nadawały się już do wymiany. Podniósł analizator i pozwolił mu dalej pobierać próbki powietrza. Wskaźniki pracowały spokojnie, upewniając go tylko, że nie ma co panikować.
    – Atmosfera zatęchła, ale bez niczego alarmującego – powiedział, zerkając na analizator. – Tlen niżej o około procent, dwutlenek węgla trochę podwyższony, wilgotność wysoka. Do tego ślady amoniaku, lotnych związków organicznych i tego siarkowego syfu pochodzącego z rozkładu ciała.
    Przykucnął ostrożnie, a w martwej ciszy kapsuły, dało się usłyszeć skrzypienie jego stawów. Światło latarki przesunęło się po podłodze, po powgniatanych łuskach, po poszarpanych śladach na urządzeniach, brudzie i zaschniętych smugach.

    – Strzelał tu wcześniej – mruknął do magnetofonu. – Wielokrotnie. Ciekawe do czego?
    Zapytał sam siebie bardziej niż kogokolwiek innego i ruszył ostrożnie naprzód, żeby przyjrzeć się zwłokom. Czy były na nich ślady kul albo czegoś innego? Wzdęte ciało utrudniało identyfikację przyczyny śmierci, ale może dało się jeszcze coś dostrzec. Może Purcell strzelał do niego? Może chciał uszkodzić kapsułę? A może próbował strzelać do wytworów własnej wyobraźni, które zaczęły nawiedzać go w chwili, gdy samotność zaczęła go zżerać od środka? Mózg bronił się przed izolacją, wywołując halucynacje, które miały go uspokoić. Oszukiwał sam siebie, żeby zachować resztki spokoju. Szaleństwo zwalczał szaleństwem. Zawsze uważał to za niezłą ironię.

    text alternatywny

    Gdy skończył wewnętrzne dywagacje, przesunął się do modułu komunikacyjnego kapsuły. Podpiął narzędzie diagnostyczne, poprawiając przewód kciukiem. Stary sprzęt kliknął posłusznie.
    – Crowe, kontynuacja oględzin – powiedział do magnetofonu. – Wnętrze kapsuły silnie zanieczyszczone biologicznie. Obecność ciała w zaawansowanym rozkładzie. Widoczne ślady wcześniejszego użycia broni wewnątrz kapsuły. Rozpoczynam zgrywanie logów komunikacyjnych i systemowych.
    Przesunął palcem po ekranie narzędzia diagnostycznego.
    – Dobrze. Czas sprawdzić to, o co prosił kapitan – kontynuował do magnetofonu, opisując krok po kroku wykonywane czynności. – Trzeba ustalić, czy kapsuła odbierała nasze wezwania, czy zapisała próbę połączenia oraz czy coś blokowało odbiór. Warto też sprawdzić, czy Purcell miał realną możliwość odpowiedzieć. Do tego przeglądam logi podtrzymywania życia, ostatnie alarmy systemowe i manifest.

    Zatrzymał się na chwilę i spojrzał w stronę ciała. Pomyślał, że warto będzie później ustalić, kim jest ten drugi. Jeśli nie było go na wykazie przewozowym, pachniało to cargo w postaci ludzi. A to oznaczało, że ktoś mógł przemycać niewolniczą siłę roboczą albo ludzi przeznaczonych do nielegalnych eksperymentów firmy. Crowe wiedział, że takie rzeczy się zdarzały. Krążyły o tym plotki. W przestrzeni zawsze krążyły plotki, a te najbrzydsze miały paskudny zwyczaj okazywać się prawdziwe. W takim wypadku nie był pewny, czy zwykłe protokoły misji ratunkowej wciąż ich obowiązywały. Nie skomentował tego jednak na głos. Był prawie pewien, że kapitan sam poruszy tę sprawę, kiedy przyjdzie czas.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias odnotował nieobecność Joshuy bez większego zdziwienia. Po tym, jak jego żołądek zareagował na ich znalezisko, trudno było mieć mu to za złe. Do niektórych rzeczy trzeba w życiu przywyknąć. Zarówno w próżni kosmicznej, jak i w planetarnych kopalniach zdarzały się wypadki. Raz widział, jak jednego z górników wciągnęło do przemysłowej zgniatarki kołowej. Kręcił się i kręcił, a z każdym obrotem było go coraz mniej... i mniej. Straszny widok. Dalece gorszy od tego wzdęciaka, którego znaleźli. Zapach był oczywiście bardziej paskudny, bez dwóch zdań, i to pewnie on tak zadziałał na Gleesona. Eliasowi było łatwiej, bo zmysł powonienia przytępił mu się po tych jego nalewkach. Z dwojga złego lepiej węch niż wzrok.

    Ostrożnie obszedł hyperłóżko, uważając na łuski, rozlane płyny i śliskie fragmenty podłogi. Wewnątrz kapsuły wszystko coraz bardziej układało się w tę samą, brzydką całość. Odbyła się tu jeszcze jedna strzelanina, a może nawet parę, pomijając tę, którą urządził Purcell przy otwarciu włazu. Wyrwy w poszyciu, uszkodzony radiokomunikator i ślady po pociskach dużo mu powiedziały. Oczami wyobraźni nakreślił sobie parę scenariuszy, jak to mogło wyglądać, ale wszystko to były tylko domysły. Fakty były takie, że...
    – Potwierdzam wcześniejsze użycie broni w kapsule – powiedział do magnetofonu, siląc się na rzeczowy ton. – Wskutek tego uszkodzono radiokomunikator, przez co pewnie ani nas nie słyszał, ani nie miał jak odpowiedzieć. Wielce prawdopodobne, że system wysyłał ostatnią wiadomość, która krążyła w logach. Ślady trafień widnieją również na obudowie hyperłóżka i elementach wyposażenia. Najpewniej użyto pocisków o obniżonej penetracji, dostosowanych do użycia wewnątrz kadłuba, co uratowało go przed śmiercią wskutek dekompresji – powiedział rzeczowym tonem, zapisując notatki audio na magnetofonie.

    Oderwał podeszwę od podłogi z mokrym mlaśnięciem i skrzywił się pod maseczką. Nie pomagała prawie wcale, co wiele mówiło o firmowym sprzęcie. We wspomnianej pracy przy zgniatarkach przemysłowych mieli maseczki z filtrami, które całkiem nieźle tłumiły fetor zgniatanych odpadków. Ten szmelc nawet tego nie potrafił. Crowe miał tylko nadzieję, że działają w nim filtry bakteryjne i wirusowe. Co prawda wytłumaczył już Gleesonowi, że jeśli coś by tu było, już mieliby przesrane, ale mimo wszystko czułby się pewniej z taką ochroną. No cóż, wychodziło na to, że był pieprzonym hipokrytą.

    Zrobił jeszcze krok i zachwiał się od nagłego bólu w klatce piersiowej. Bolało, jakby ktoś wraził w niego klin, wbił go prosto pod mostek i powoli obracał, wywołując nowe fale bólu. Elias zgiął się odruchowo, łapiąc powietrze przez maseczkę. Oddech świszczał mu w ustach.
    – Kurwa... – wychrypiał.
    Przyłożył dłoń do splotu słonecznego, chociaż wiedział, że ten gest nie naprawi absolutnie niczego. Oczy zaszły mu łzami. Przez kilka sekund kapsuła, trup, smród i cały pieprzony świat skurczyły się do jednego punktu bólu pod żebrami.
    Odczekał. Jeden oddech. Drugi. Trzeci. Ból nie zniknął, ale zelżał na tyle, że wróciła mu jasność umysłu. Oparł się ostrożnie o obudowę hyperłóżka. Jak nic złapał jakieś świństwo na ostatniej planecie. Może bakteryjne zakażenie płuc? Chuj wie. Mógł nie odkładać tej wizyty w ambulatorium. Będzie trzeba dać się zbadać Adamowi. Ciarki przebiegły go na samą myśl, że android będzie go badał. Nie miał wątpliwości, że jeśli coś będzie nie tak, wsadzą go do puszki na spanie. Nie do końca miał na to ochotę, póki nie dowie się, co tu jest grane.

    Pochylony, z oczami jeszcze mokrymi od bólu, zauważył coś wciśniętego pod dolną obudowę hyperłóżka. Ciemny, płaski przedmiot. Przesunął znalezisko czubkiem buta, wyciągając je spod metalowej krawędzi. Potem schylił się powoli, sycząc przez zęby, i podniósł przedmiot w dwóch palcach rękawiczki. Karta kodowa. Logo wytłoczone na oprawie było małe i dyskretne, ale od razu wiedział, co to. Weyland-Yutani. Przez kilka sekund prawie się nie poruszał, patrząc tępo w kartę.
    – No proszę – powiedział cicho. – A ja przez chwilę myślałem, że przynajmniej w tej sprawie nie maczali swojego korporacyjnego kutasa.

    text alternatywny

    Rozejrzał się, ale gdy stwierdził, że nie jest akurat pod niczyją obserwacją, uspokoił się. W jego umyśle szybko zapadła decyzja, że na razie zostawi ten fakt dla siebie. Nie zamierzał powiadamiać o znalezisku na otwartym kanale. Nie ufał Opiekunowi i musiał działać ostrożnie na statku, na którym siedziała Delilah le Fey. Do tej pory miał ją za niegroźną, bo ich lot nie miał wiele wspólnego ze sprawami firmy, a przynajmniej nie było w tej wyprawie żadnego punktu odniesienia, który mógłby ją zainteresować, a ich wplątać w kabałę. Ale ta misja ratunkowa, trup i karta... Nie, to zaczynało śmierdzieć. Z całej załogi najbardziej ufał kapitanowi i stwierdził, że o tym konkretnym znalezisku poinformuje go dyskretnie, na osobności. Wsunął kartę do osobnego woreczka na próbki i szczelnie go zamknął. Miał zamiar odnotować znalezisko w komentarzu audio, ale się powstrzymał. Może miał paranoję, ale nie wiedział, do czego Opiekun miał dostęp. Przez chwilę patrzył na woreczek.
    – Tyle w kwestii zwykłej misji ratunkowej.

    Dopiero potem przesunął się do modułu komunikacyjnego. Skoro radiokomunikator był uszkodzony, a pod hyperłóżkiem leżała karta Weyland-Yutani, logi nagle stały się dużo cenniejsze niż wcześniej. Jeszcze raz podpiął narzędzie diagnostyczne do panelu. Stary sprzęt kliknął posłusznie, a ekran zamrugał zielenią. Trochę bardziej interesował go stan radiokomunikatora przed uszkodzeniem i log zamknięcia kapsuły, ale tak naprawdę chciał sprawdzić, czy znajdzie tam jakieś odniesienia do Weyland-Yutani i cargo specjalnego. Jeśli trafi na zakodowane pliki, zamierzał je zgrać. Karta, którą przekaże kapitanowi, mogła mieć szerokie zastosowanie. Kto wie? Może zaoszczędzi im to kłopotów?

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias nie spieszył się z odpowiedzią na wezwanie na mostek bardziej, niż musiał. Nie dlatego, że lekceważył kapitana. Po prostu ciągle nachodziły go myśli o tym, jak bardzo nie podoba mu się ta sytuacja. Był starszym naukowcem w zawodzie dla ludzi, którzy powinni z wyprzedzeniem planować swoją emeryturę. Trzeba było przestać latać parę lat temu. A teraz te coraz częstsze bóle w klatce piersiowej trochę go osłabiły. Ból zelżał, ale nie zniknął całkiem. Czaił się pod mostkiem, tępy i uparty, jak źle dokręcona śruba, którą trudno poprawić. Szedł więc wolniej niż zwykle, z twarzą trochę bardziej bladą niż na co dzień. Jego dłoń od czasu do czasu przesuwała się po piersi w geście, który można było pomylić z poprawianiem ubrania. W rzeczywistości jednak rozmasowywał bolący punkt.

    Kiedy wszedł na mostek, od razu wyczuł atmosferę. Ludzie mają jakąś dziwną zdolność wyczuwania napiętej sytuacji, choć nie mówi się o tym często. W każdym razie rozejrzał się szybko. Najbardziej iskrzyło między Holtem a kapitanem Hanniganem, choć bez kontekstu trudno było ocenić, jak bardzo było poważnie. Tylko miny reszty, uciekającej wzrokiem do innych punktów w pomieszczeniu, mogły podpowiedzieć, że całkiem poważnie. Mimo wszystko Elias nie skomentował tego. Nie jego cyrk. Nie jego małpy. Zamiast tego, żeby poczuć się lepiej, sięgnął do swojej piersiówki i pociągnął mały łyk. Smak mocnego alkoholu brzydko wykrzywił mu twarz.

    Kiedy uwaga obecnych przesunęła się z powrotem na ekran Nadii, Elias skinął krótko głową kapitanowi, a potem samej techniczce. Ktoś streścił mu najważniejsze... powiększenie wyrwy w kadłubie, brak typowych śladów po trafieniu, możliwa korozja chemiczna. Podszedł bliżej, opierając jedną dłoń o krawędź konsoli. Nie za mocno. Tak tylko, żeby wyglądało, że odczytuje parametry, a nie że przez sekundę potrzebuje punktu podparcia. Na powiększeniu widniała wyrwa w kadłubie Bleinerta. Crowe zmrużył oczy.
    – Paskudne – mruknął, kręcąc nosem.
    Przez chwilę patrzył na obraz w milczeniu, przesuwając wzrokiem po krawędziach uszkodzenia. Nie do końca się na tym znał, więc trzeba było dać wiarę ocenie Nadii, która przecież brzmiała sensownie.

    – Jeśli pani Volkov ma rację i to faktycznie korozja chemiczna, to nie mówimy o przewróconej bańce z chłodziwem – powiedział w końcu. – Wojskowe kadłuby są testowane na różne sposoby i zabezpieczane substancjami, które powinny wytrzymać praktycznie wszystko – skomentował na tyle, na ile się znał. – Jeśli coś przeżarło się przez poszycie w taki sposób, to musi być jakaś eksperymentalna mieszanka. Możliwe, że coś wymknęło się spod kontroli przy testach? – zaproponował.

    Zamilkł, kiedy kapitan wpisał kod i kazał Opiekunowi odciąć mostek. Uniósł lekko brwi. To było dość radykalne posunięcie i nie do końca zrozumiał, czemu miało służyć. Włazy zatrzasnęły się, światło zamigotało, a czerwone diody kamer zgasły jedna po drugiej. Przez ułamek sekundy Crowe poczuł coś dziwnie podobnego do ulgi, jaką zawsze odczuwał w miejscach pozbawionych form inwigilacji. Słuchał Hannigana bez wtrącania się. Nie za bardzo znał się na prawie kosmicznym, a kapitan to kapitan. Bardzo przemawiał do niego argument o tym, że opuszczony tender wojskowy z ładunkiem może być wart więcej, niż ich portfel kiedykolwiek wcześniej przetrawił. Tak, to mogło pomóc mu w przejściu na emeryturę.

    – Co do wejścia na Bleinerta... – westchnął. – Nie powiem, że marzyłem o takim spacerze po wojskowym grobowcu, ale jak zawsze możecie na mnie liczyć.
    Na moment przyłożył dłoń do piersi, ale zaraz ją opuścił. Na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech.
    – Wiem, że to nie rozkaz, ale chcę iść. Będę waszym kanarkiem w kopalni. Tylko takim starym, wrednym i z własnym analizatorem, ale ostrzegę was w porę. No i jakoś trzeba zasłużyć sobie na ten procent z udziału. No to co, ekipa? – zapytał wesoło, ale nie oczekiwał odpowiedzi.
    Kiedy drzwi mostka ponownie zostały odblokowane, zaczął przygotowywać się do tej eskapady.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias nie potrzebował drugiego rozkazu. Odepchnął się od ściany i ruszył w stronę ładowni, chwiejniej, niż by chciał, ale tym razem bez protestów. Każdy szybszy krok rozlewał pod czaszką tępy ból, więc zacisnął zęby i po prostu parł dalej. Ruch Adama przyciągnął jego wzrok dopiero po chwili. Syntetyk nie patrzył już w korytarz. Patrzył w sufit. Crowe również uniósł głowę. Zrobiło mu się zimno. Oczyma wyobraźni widział zbyntowane jednostki androidów pełzające w szybach, niekompletne bowiem coś ucieło im nogi lub ręcę. Tego co urządziło tak tego, którego wzieli ze sobą, wolał sobie nie wyobrażać.
    – Kraty – rzucił ostro przez radio. – Celujcie w kraty. Albo bezpośrednio pod nie.

    Nie rozwijał myśli. Nie było potrzeby. Jeśli detektor pokazywał coś kilka metrów od nich, a korytarz pozostawał pusty, możliwości robiły się nieprzyjemnie ograniczone. Nie wiedział, czy przestrzeń pod panelami podłogi dawała równie dużo opcji ruchu co wentylacja, ale było zdecydowanie trudniej się przez nie wydostać, bowiem punktów serwisowych było znacznie mniej. Elias przyspieszył jeszcze trochę, niemal wpadając na próg ładowni. Obejrzał się tylko raz przez ramię, bardziej odruchowo niż z ciekawości.
    – Joshua, nie trać głowy. – rzucił nie wiadomo po co, głupią przecież radę, po czym zniknął w ciemniejszej przestrzeni ładowni.

    Rozgrywka

  • [Warhammer 2ed.] Popiół i Śnieg - Rekrutacja
    PiołunP Piołun

    @Dhratlach napisał w [Warhammer 2ed.] Popiół i Śnieg - Rekrutacja:

    Czy wykup zdolności/umiejętności w wersji "albo" możemy stosować w trakcie tworzenia postaci, czy tak jak pamiętam podręcznik, czyli po skompletowaniu?

    Można po skompletowaniu. To zasada opcjonalna, ale ja również nauczyłem się o niej myśleć jak o podstawowej. W przypadku pierwszej profesji gdzie zaczyna się z kompletem, można wykupywać na etapie tworzenia postaci za PD, które przyznałem (nie trzeba u mnie wpierw rozwinąć cech do końca. Ważne by na następnych profesjach przed wykupieniem zdolności/umiejętności z kategorii "albo", inne były już wykupione). Osobiście nie uważam by drastycznie zaburzało to równowagę.

    Co do pytania o kontynuacje, to jest jak przytoczono. Jeśli wszyscy będziemy się dobrze bawić, nie wykluczam, że nie skończymy na jednostrzale tylko pójdziemy dalej.

    Z góry chciałem też przeprosić za opóźnienia w odpowiadaniu na wasze pytania tutaj czy na PW. Do niedzieli jestem na wyjeździe i nie mam dostępu do komputera, a odpowiadanie z komórki to przeprawa.

    Archiwum warhammer 2ed

  • Sonda | Sesja inspirowana serialem "Stamtąd"
    PiołunP Piołun

    Hej, hej wszystkim!

    Myślę trochę przyszłościowo nad założeniem sesji na forum, która klimatem bazowałaby częściowo na serialu „Stamtąd”. Pomysł chodzi mi po głowie szczególnie po zakończeniu nowego sezonu, bo jestem dużym fanem, a oczekiwanie na dalszy ciąg chętnie umiliłbym sobie czymś w podobnym duchu. Zresztą kiedyś przy zakończeniu podobnych seriali też nosiłem się z podobnym pomysłem.

    Nie chodziłoby jednak o prostą adaptację serialu, tylko raczej o uchwycenie jego klimatu. Chodzi mi głównie o sprawy takie jak zamknięta społeczność nie mogąca opuścić jakiegoś tajemniczego miejsca, miejsce rządzące się dziwnymi zjawiskami i zasadami, tajemnica świata odkrywana kawałek po kawałku, poczucie zagrożenia itd.

    Pomysł miałem kiedyś kiełkujący. Inspiracyjnie blisko byłoby mi do klimatów, które kiedyś chodziły mi po głowie po oglądnięciu „Stranger Things”, „The Society” (nie wiem, czy ktoś zna bo był tylko jeden sezon w 2019 roku), a nawet do czegoś w rodzaju średniowiecznego już „The Lost”. Książkowo fajne było "Wayward Pines". Wszystkie miały coś wspólnego. Jedną większą tajemnice świata lub izolacji (oprócz "Stranger Things" z wyłączeniem ostatnich sezonów, gdzie faktycznie ich izolowało wojsko, choć to oczywiście było mało tajemnicze), ale zaplanowana z góry i możliwa do odkrycia w trakcie sesji. Jednocześnie nie ciągnięta w nieskończoność.

    Na ten moment wyobrażam sobie to jako jedną dłuższą, zamkniętą sesję, pewnie do rozegrania w kilka miesięcy. Strzelając po swoim doświadczeniu, coś w okolicach ośmiu miesięcy wydaje mi się realne, choć wiadomo, zawsze może się przedłużyć.

    System nie jest jeszcze wybrany. Ponieważ dobrze znam Zew Cthulhu, naturalnie jakoś dobieram sobie w głowie pomysły z tej pułki, bo stosunkowo można łatwo wpleść jakiegoś przedwiecznego w coś pokręconego. Była nawet teoria w "Stamtąd" o Królu w Żółci, czyli Hasturze, ale to tylko fanowska teoria. Widzę jednak fajne przełożenie i możliwości. Jednocześnie myślę o czymś w nowoczesnym ujęciu, może lata 80., 90. Nie zamykam się jednak na inne systemy, więc jeśli ktoś zna mechanikę, która dobrze wspierałaby złożenia mojego pomysłu, chętnie posłucham.

    Nie mam też jeszcze zamkniętego miejsca akcji. Serialowo najłatwiej byłoby pójść w Amerykę albo Anglię, ale rozważam też Polskę. Zagranicznie byłoby mi pewnie trochę łatwiej prowadzić pewne tropy i klisze, ale polskie podwórko mogłoby dać sporo własnych smaczków, więc tego nie przekreślam. Dlatego zamiast klasycznej sondy, bo wariantów jest za dużo, chciałbym po prostu zrobić małą burzę mózgów i poznać wasze opinię.

    Interesuje mnie przede wszystkim:

    • czy w ogóle taka sesja byłaby dla Was pożądana?
    • bardziej kręciłby Was klimat lat 80., współczesność, czy może coś dawniejszego?
    • wolelibyście Amerykę, Anglię, Polskę, czy jeszcze inne miejsce akcji?
    • jaki system Waszym zdaniem najlepiej udźwignąłby taki koncept?
    • czy wolicie postacie zwykłych ludzi wrzuconych w sytuację bez wyjścia, czy bohaterów już częściowo przygotowanych na dziwność świata?
    • w jakim wieku miały by być wasze postacie? Raczej zakładam dorosłych, ale pomysł grania dzieciakami też ma swoje plusy.

    Zazwyczaj nie robię takich sond, bo zwykle uważam, że wystarcza mi siła samego pomysłu i jego rozpisanie, ale tutaj wyjątkowo chciałbym wcześniej zobaczyć, czy są jakieś wyraźne zachcianki, trendy albo pomysły, które warto wziąć pod uwagę.

    W każdym razie dajcie znać. Jak będzie zainteresowanie, to zacznę sobie dłubać koncept na przyszłość.

    Sondy

  • Gry, które wciągnęły was bez reszty
    PiołunP Piołun

    Pewnie każdemu z was zdarza się czasem, choć może rzadziej niż kiedyś, trafić na grę, która pochłania fabułą do tego stopnia, że po pracy człowiek tylko czeka, aż będzie mógł odpalić komputer albo konsolę i wrócić do jej świata. W erze gier multiplayer zdarza się to chyba coraz rzadziej, ale nadal trafiają się prawdziwe perełki. Czasem łatwo je zauważyć, a czasem giną gdzieś pod natłokiem premier, reklam itd. Nie każdy ma też czas, żeby regularnie czytać recenzje, przeglądać zestawienia i testować dziesiątki gier na własną rękę. Tak sobie więc pomyślałem, że założę temat. Jesteśmy raczej grupką ludzi nastawionych na dive in fabularny i wasza opinia ma pewnie dalece większe znaczenie, niż recenzenta, który odnajduje frajdę gry z innych powodów, np. dlatego, że dobrze się klika.

    Jeżeli traficie na grę, która naprawdę mocno angażuje fabularnie, chętnie się o niej dowiem. Nie chodzi mi koniecznie o mechanikę, bo świetne gry zręcznościowe również mają swoje miejsce, ale umówmy się, że głębokie zanurzenie w opowieści potrafi być znacznie bardziej wyjątkowym przeżyciem. Przynajmniej przyjmijmy takie założenie na potrzeby tego tematu.

    Szukam przede wszystkim gier, które wzruszają, wstrząsają, pobudzają wyobraźnię albo wywołują ten specyficzny moment, kiedy człowiek czuje, że to jest to. Dla każdego będzie to oczywiście coś innego, ale właśnie dlatego warto wymieniać się takimi odkryciami.

    Sam zacznę od może trochę mniej oczywistej pozycji. Około pięciu lat temu trafiłem na The Life and Suffering of Sir Brante, które okazało się naprawdę ciekawym doświadczeniem. Niedawno dowiedziałem się, że twórcy przygotowali nową pozycje, The Life and Suffering of Prince Jerian i nie mogę się doczekać, aż się za nią zabiorę. Kiedy ją ukończę, dam znać, czy warto.

    To oczywiście dość skromny przykład, bo mówimy o grze tekstowej z elementami dwuwymiarowych grafik stylizowanych na ilustracje wykonane tuszem. Z drugiej strony mamy wielkie produkcje, takie jak Baldur’s Gate 3, Until Dawn, The Last of Us, Divinity: Original Sin czy Pillars of Eternity, które podbiły serca graczy. Na takie tytuły łatwiej trafić, ale w sumie nie wiem. Może kogoś akurat ominęły te perełki? Nie ważne. Krótko mówiąc. Dawajcie znać, kiedy jakaś gra naprawdę zrobi na was ogromne wrażenie. Jestem obecnie na takim etapie życia, że mam coraz mniej czasu na samodzielne poszukiwania, dlatego bardzo docenię każdą solidną polecajkę. Być może przyda się ona nie tylko mnie, ale też innym osobom zaglądającym do tego tematu.

    Wklejam wam też trailer do gry o której mówiłem, czyli The Life and Suffering of Prince Jerian. Może akurat kogoś zainteresuje.

    Hydepark
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa