Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
PiołunP

Piołun

@Piołun
Mecenas
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
135
Tematy
9
Udostępnień
0
Grupy
1
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias przez chwilę patrzył za Adamem, który zabierał rozbitka w stronę ambulatorium. Nieprzytomny mężczyzna wyglądał jak człowiek wyciągnięty z samego dna czeluści paskudnego koszmaru. Albo z jeszcze gorszego miejsca. Z niewiadomych powodów przypomniał sobie stary film, który znajdował się w bazie filmoteki wielu promów, jakimi podróżował. Event Horizon. Jeszcze, bagatela, z dwudziestego wieku. Opowiadał o statku, który przebył drogę przez czeluści piekielnego wymiaru. Tak... mężczyzna ciągnięty przez androida miał podobną minę do którejś z postaci z tego archaicznego filmu.

    Crowe przeniósł wzrok na kapsułę. Kapitan zostawił mu jasne zadanie. Sprawdzić, czy ta konkretna puszeczka odbierała ich wezwania. Ustalić, czy mężczyzna, którego podjęli, celowo je ignorował. Przeszukać wnętrze, ale nie narobić bałaganu. Proste. Dziecinnie proste. Zabrał się więc do może nie rutynowej, ale w gruncie rzeczy znanej mu skądinąd pracy.

    Na uwagę Siergieja o zamknięciu grodzi odpowiedział tylko krótkim skinieniem głowy. Tym razem nawet on nie miał ochoty żartować. Abstrahując, nie był też typem, który ma w zwyczaju coś hodować w słoiku. Od lat jedyną rzeczą, którą skrzętnie pielęgnował, był swój rak płuc, no i może alkoholizm, jeśli podpiąć jego osobę do podstawowej deskrypcji tej przypadłości.

    Wziął swój sprzęt. Narzędzie diagnostyczne Seegson, M314, mały analizator, dozymetr, kilka próbników i stary magnetofon. Ten ostatni kliknął cicho, kiedy Elias włączył nagrywanie. Szum taśmy zabrzmiał prawie uspokajająco. Stary, mechaniczny, uczciwy dźwięk. Lubił oldschoolowy sprzęt, którego nie dało się łatwo zajechać. Wzięty żywcem z muzeów, ale mający swoje zalety. Tego po prostu nie dało się łatwo podrobić ani zgrać. Firma mogła mu zagrać na fujarce, ale za chuja pana nie skopiowałaby jego zapisów z tego zabytku.
    – Crowe, oględziny kapsuły USS Bleinert – powiedział do magnetofonu, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. – Po incydencie z użyciem broni. Rozbitek został zabezpieczony i przeniesiony do ambulatorium. Śluza pod kontrolą. Przechodzę do sprawdzenia wnętrza kapsuły i systemów komunikacyjnych.

    Zamknął za sobą wewnętrzny właz śluzy. Nieśpiesznie. Najpierw spojrzał jeszcze na panel, potem na wskaźnik blokady, potem na uszczelnienie. Dopiero kiedy światło zmieniło się na właściwe, odetchnął krótko przez nos.
    – Wewnętrzny właz zamknięty – rzucił przez radio, ale jego magnetofon też to nagrywał. – Nie wpuszczam niczego dalej, dopóki nie będę wiedział, co tu się odpierdala.

    Przeszedł kilka kroków w głąb śluzy. Pod butami, nawet przez warstwę skafandra, poczuł chłodne i twarde podłoże. A może tylko mu się wydawało? W uszach nadal miał echo strzałów. Zbyt świeże, żeby udawać, że to wcale nie miało miejsca. Pancerna szyba wewnętrznego włazu nosiła ślad rykoszetu, a jedna z lamp wyglądała... no cóż, jak po scenie w starym westernie.

    Elias zatrzymał się przy panelu kontrolnym kapsuły. Podpiął narzędzie diagnostyczne Seegson i poczekał, aż stary interfejs przełknie połączenie. Na ekranie pojawiły się linie statusu. Powoli. Upiornie powoli. W końcu jednak wszystko wyświetliło się na ekranie, odsłaniając przed nim swoje bebechy. Ciśnienie w śluzie stabilne. Tlen w dopuszczalnym zakresie. Promieniowanie bez znaczącego skoku. Brak natychmiastowego alarmu toksycznego. Brak aktywnego ruchu poza nim. Elias przesunął językiem po spierzchniętych wargach. Było... było... zajebiście. Wyglądało na to, że nie mają się czym martwić.
    – Zielone światło. Przynajmniej na razie – mruknął do siebie, nie do końca wierząc, że mogło pójść tak dobrze.

    Odczekał jeszcze sekundę. Potem drugą. Sprawdził wskazania zegarka Samani, porównał je z panelem śluzy, zerknął na dozymetr i dopiero wtedy ruszył w stronę otwartego włazu kapsuły. Odór uderzył go jeszcze zanim zajrzał do środka. Ten smrodek miał parę warstw. Nie był gwałtowny. Najpierw wszedł w nozdrza cienką, kwaśną nutą, jak zepsuty filtr powietrza w module sanitarnym, którego nikt nie wymieniał od miesięcy. Elias zatrzymał się i zmarszczył nos. Ktoś inny pewnie dałby upust żołądkowi i naturalnym odruchom, ale czyszczenie jego aparatu krtani absolutnie nie wchodziło w grę. To, co czuł zmysłem powonienia, dawało się dotkliwie odczuć. Zgnilizna. Fekalia. Padlina. Każde z osobna albo jakaś ich mieszanka. W każdym razie coś w ten deseń.

    text alternatywny

    Zakaszlał cicho. To było sporo. W życiu wdychał już różne rzeczy, ale ten fetor miał w sobie coś wyjątkowego. Przyłożył rękaw do ust, choć wiedział, że jest to gest bardziej kierowany potrzebami psychiki niż praktyczny. W końcu zaraz za ferią zapachów przyszło mu zobaczyć, co stało za tą nieprzyjemną wonią, a widok przekroczył jego oczekiwania. Z całą pewnością nie tego się spodziewał.
    – No dobra – wychrypiał cicho. Sięgnął do radia.
    – Kapitanie – odezwał się chrapliwie. – Musi pan tu zejść. Jest tu coś, co powinien pan zobaczyć osobiście. Jeśli mógłbym jakoś opisać tę sytuację, to powiem tylko tak. Gówno dostało się do wiatraka i rozchlapało się po całym pokoju. Jeśli oczywiście mogę sobie pozwolić na takie porównanie.

    Rozgrywka

  • [Warhammer 2ed.] Popiół i Śnieg - Rekrutacja
    PiołunP Piołun

    text alternatywny

    text alternatywny

    text alternatywny

    Wysoko nad lasem krążyły wrony. Czarne punkty znaczyły niebo nad ołowianą linią Gór Środkowych, których zębate grzbiety ginęły w śnieżnej mgle. Zima dopadła północny Hochland z całą właściwą sobie złośliwością. Nie przyszła cicho ani łagodnie. Wdarła się między sioła, przydusiła trakty grubą warstwą miękkiego puchu, skuła rzeki i stawy, a potem usiadła na tej ziemi, wyciskając z niej resztki życia.
    Drogi opustoszały szybko. Wielki gościniec, którym jeszcze jesienią ciągnęły wozy kupieckie, pielgrzymi, przekupnie, żołnierze i awanturnicy, teraz wyglądał jak martwa, biała połać, poprzecinana upartą zielenią sosen. Czasem ktoś jeszcze próbował iść zasypanym traktem, ale tylko głupiec albo desperat wybierał podróż w taką pogodę. Nie chodziło nawet wyłącznie o mróz. Mróz w kwestii pozbawiania życia był uczciwy. Gorzej sprawy miały się z tym, co zalęgło się w górach.
    Od paru dni w karczmie krążyły niepokojące plotki. Ponoć cofające się, rozbite bandy sił Chaosu upodobały sobie zakamarki ukrytych grot i niedostępnych jaskiń. Plotki przynosili drwale, traperzy i inni ludzie z tych stron, którzy umieli się jeszcze jakość przemieszczać przy tej pogodzie się na krótkie dystanse. Ponoć duża banda zielonoskórych siedziała gdzieś na wierchach, parę dni drogi od karczmy, przyczajona niby robactwo pod kamieniem, czekając na dogodny moment. Zimno przycisnęło jednak i ich, więc bandy schodziły niżej. Po trzodę. Po żywność. Po tych, którzy mieli nieszczęście znaleźć się w złym miejscu, o złej porze. Ale nie tylko zielonoskórzy stanowili problem. Traper z sumiastym wąsem zarzekał się, że w jego wsi obrobiono całą chatę na skraju osady. Rano znaleźli tylko krew na śniegu i ślady, które nie miały żadnego sensu, ponieważ urywały się nagle, jakby to, co napadło na biedaków, poderwało się później w powietrze. Tak, niepokojących plotek było więcej. Ktoś widział zwiadowców wilczej jazdy ledwie kilka mil stąd. Ktoś inny przysięgał, że słyszał dęcie w róg pośród drzew. To napędzało wszystkim stracha.
    Dlatego gospoda pod „Żelaznym Kucem” pękała w szwach.
    Nie była to gospoda, którą po czasie wspomina się z rozrzewnieniem. Niski budynek o ścianach ciemnych od dymu i wilgoci, ze stropem tak nisko zawieszonym, że wyżsi goście musieli odruchowo pochylać głowy. W głównej izbie cuchnęło piwem, mokrą wełną, dymem z wilgotnego drewna i ludźmi, którzy od kilku dni nie mieli okazji porządnie się umyć. Ogień trzaskał w palenisku, ale bardziej dla pokrzepienia ducha niż ciała. Ciepło dochodziło głównie do tych, którzy siedzieli najbliżej. Reszta musiała zadowolić się grzanym piwem, które karczmarz ochoczo podgrzewał w wielkim garze.
    A jednak lepiej było tu niż na zewnątrz. Przynajmniej przez pierwsze dwa, trzy dni.
    Później nawet ten wątpliwy przywilej przebywanie w cieple nie starczał. Długie godziny, które zlewały się w jedno, gdy za oknem nie było nic poza śniegiem, wiatrem oraz ciemniejącą linią lasu i gór. Człowiek budził się rano, jeśli w ogóle można było nazwać rankiem ten szary półmrok sączący się przez oszronione szyby, po czym siadał przy stole i robił dokładnie to samo, co dnia poprzedniego. Zaglądał do kufla. Grał w kości albo karty. Ostrzył nóż, choć nie było po co. Awanturnicy przerzucali w myślach te same plany, których i tak nie mieli możliwości spełnić, mając na uwadze siarczystą zawieruchę i brak odpowiedniego sprzętu. Wyjścia z karczmy ograniczały się do szybkich wypadów. Ktoś wychodził do lasu po chrust. Ktoś inny znikał na parę godzin, by sprawdzić sidła albo zdobyć coś, co dało się wrzucić do garnka.
    Mijał dzień za dniem. Kufle opróżniały się szybko, sakiewki jeszcze szybciej.
    Pensy i szylingi znikały z zadziwiającą łatwością. Grzany miód, piwo, pajda chleba, trochę skwarków, miska rzadkiej polewki, miejsce przy ogniu, nocleg pod dachem. Karczmarz nie był zbójem, ale też nie prowadził przybytku z litości. Z każdym kolejnym rankiem coraz więcej osób zaczynało liczyć drobne pod stołem, coraz ostrożniej zamawiało następną kolejkę, coraz częściej patrzyło na drzwi, jakby sama siła spojrzenia miała roztopić skute lodem drogi. Część z pierwszych gości, która pozwoliła sobie na opłatę za pokój, musiała zrezygnować z powodu pustki w sakiewce. Dlatego we wspólnej izbie zrobiło się trochę tłoczniej. Coraz trudniej było zasnąć wśród chrapania, kaszlu i odoru wilgotnych butów. Jeszcze dzień, dwa i niejednemu przyszłoby zacisnąć pasa albo ruszyć w drogę mimo wszystko, a to mogło oznaczać, że na wiosnę znajdą go gdzieś pod śniegiem, jeśli w ogóle go znajdą.
    Wieczory ciągnęły się najdłużej. Świece kopciły. Płomień w kominku rzucał po ścianach niespokojne cienie. Ktoś oszukiwał w kartach, za co dostał w pysk, i można było to spokojnie nazwać atrakcją wieczoru. Ktoś klął pod nosem, przegrywając ostatni miedziak. Ktoś inny opowiadał przy kielichu historie swojego życia, których w innych warunkach nie dałoby się słuchać na trzeźwo.
    A mimo to między jednym rozdaniem kart a drugim, między kolejnym kuflem a krótkim wypadem do lasu, między snem na ziemi we wspólnej izbie i porankiem spędzonym na oskrobywaniu lodu z butów zaczynała rodzić się znajomość. Może nie przyjaźń, ale karczemna uprzejmość zbudowana z dzielenia stołu, ognia i nudy.
    Minął tydzień.
    Tego wieczoru wiatr uderzał w ściany karczmy z taką siłą, jakby chciał wedrzeć się do środka i wydusić z wszystkich życie. Okiennice trzaskały. Dym z paleniska co jakiś czas zawisał nisko pod stropem, gryząc w oczy. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo jak przez poprzednie dni, tylko pogoda mocniej dawała o sobie znać.
    A potem drzwi otworzyły się z hukiem.
    Do środka wdarł się podmuch lodowatego powietrza, wir śniegu i metaliczny zapach krwi. W progu stanął mężczyzna wysoki, szeroki w ramionach, oblepiony ciasnym kobiercem śniegu. Jedną ręką przytrzymywał poły ciężkiego płaszcza, drugą dźwigał drugiego człowieka, który ledwo trzymał się na nogach. Ranny chwiał się przy każdym kroku, bardziej wisząc na swoim towarzyszu, niż idąc o własnych siłach. Ciemna plama krwi zaskrzepła na jego szatach i zdążyła już przemienić się w szkarłatny lód.
    Rozmowy nagle ucichły. Niektórzy zatrzymali nawet oddech. Karty zastygły nad stołem. Nawet ci, którzy przez ostatnie dni nauczyli się nie wtykać nosa w cudze sprawy, podnieśli wzrok. Przybysz zrobił kilka kroków w głąb izby. Śnieg topniał na jego butach, zostawiając na podłodze brudne, mokre ślady. Twarz miał pociągłą, pooraną zmęczeniem i zimnem. Spod kaptura wymykały się jasne, zmierzwione włosy, a w brodzie osiadł szron. Na jego towarzyszu wisiały ciężkie, zimowe szaty podróżne, pod którymi dało się dostrzec święte symbole Sigmara. Kapłan. Albo ktoś, kto bardzo chciał za niego uchodzić. Tyle że krew była prawdziwa.
    W progu zawył wiatr. Drzwi zatrzasnęły się za nimi ciężko. I wtedy stało się jasne, że tydzień bezczynności właśnie dobiegł końca. Roztapiający się szybko śnieg odkrywał coraz więcej detali podróżnych, które sprawiły, że goście w karczmie odsunęli się od tej dwójki, jakby ci byli tknięci chorobą. Do karczmy wszedł Łowca Czarownic z rannym kapłanem, a to nie wróżyło nic dobrego. Kontakty z łowcami nigdy nie zaliczały się do przyjemnych, niezależnie od sytuacji, ale ten tutaj wyglądał na takiego w potrzebie. Mała grupka w kącie sali, która wydała tego wieczora ostatnie miedziaki, widziała jednak w jego postaci szansę. A to na zarobek, a to po prostu po to, by wyrwać się z gospody, zanim zupełnie zgnuśnieją, albo byli po prostu aż tak zdesperowani…

    text alternatywny

    O sesji

    Sesja rozgrywana jest w systemie Warhammer Fantasy Roleplay 2ed. i osadzona będzie w realiach Starego Świata, jakiś czas po odwrocie armii chaosu, czyli według standardowego otwarcie tej edycji. Będzie brudno, niewygodnie i raczej daleko od heroicznych fantazji w wojownikach w błyszczących zbrojach. Zamiast tego czekać będą błoto, śnieg, strach, podejrzliwość i trudnie moralnie wybory, często między złym, a jeszcze gorszym. Dla większości forumowych weteranów i fanów systemu pewnie jest to wiadome, ale warto nadmienić.

    Domyślnie sesja ma charakter jednostrzału. Nie można jednak wykluczyć, że stanie się wprowadzeniem do dłuższej serii przygód, jeśli dobrze nam się będzie razem grało i pojawi się na to ochota po obu stronach. Zdecydowałem się na poprowadzenie krótszej przygody, żeby każdy mógł zobaczyć, jak prowadzę, poznać się nawzajem, polubić lub nie i po prostu przekonać się, czy ma ochotę na dłuższą rozgrywkę pod moją banderą.

    Jako ciekawostkę dodam, że scenariusz, który będziemy rozgrywać, był pierwszym scenariuszem, jaki rozegrałem jako gracz w formule PBF. Wracam więc do niego nieco przewrotnie, ale też z dużym sentymentem. Przez ten czas sporo się zmieniło, zarówno w moim sposobie prowadzenia, czy grania, jak i w samym podejściu do rozgrywek forumowych, dlatego traktuję ten powrót trochę jak zamknięcie pewnego koła.

    Sam scenariusz w formie rozwiniętego konceptu można znaleźć w Internecie, ale bardzo gorąco polecam tego nie robić. Odbierzecie sobie w ten sposób sporą część przyjemności z odkrywania fabuły, a mnie część frajdy z prowadzenia dla osób, które faktycznie nie wiedzą, co kryje się za kolejnymi drzwiami. Otwarcie jest dość sztampowe i rozpoznawalne, więc jeśli ktoś już wie co to za scenariusz, proszę niech nie zdradza innym.

    Czego można się spodziewać po sesji

    Sesja oparta będzie przede wszystkim na ciężkim klimacie, napięciu i stopniowym zagęszczaniu atmosfery. Nie nastawiajcie się na beztroską wędrówkę od walki do walki. Oczywiście zagrożenie i przemoc będą obecne, bo taki jest urok settingu, ale sam rdzeń przygody opiera się bardziej na niepewności, konflikcie racji i pytaniu, za czyją racją warto się opowiedzieć, a za którą powinno?

    Można spodziewać się:

    • Ciężkiego, zimowego klimatu
    • Śledztwa i odkrywania tajemnic
    • Napięć między postaciami niezależnymi
    • Moralnie niejednoznacznych decyzji
    • Ograniczonych zasobów i poczucia osaczenia
    • Przemocy obecnej w tle i na pierwszym planie
    • Sytuacji, w których nie będzie idealnych rozwiązań

    Nie będzie to sesja oparta na indywidualnych questach postaci. Idziemy głównym torem scenariusza, dlatego dobrze odnajdą się tu osoby, które lubią wspólną grę drużynową, reagowanie na wydarzenia i budowanie napięcia w grupie.

    Motywy i treści wrażliwe

    Na sesji mogą pojawić się treści i motywy, które dla części osób będą niekomfortowe. Wolę napisać to otwarcie już na starcie. Możecie spodziewać się między innymi:

    • Przemocy fizycznej
    • Krwi, ran i opisów obrażeń
    • Grozy i napięcia
    • Motywów chaosu, mutacji i skażenia (zniekształcenie tkanek)
    • Fanatyzmu religijnego
    • Uprzedzeń społecznych i klasowych
    • Brutalnych metod przesłuchań
    • Moralnej dwuznaczności
    • Zagrożenia dla życia postaci
    • Ciężkiego, przygnębiającego klimatu

    Nie planuję epatować obrzydliwością, czy okrucieństwem dla samej obrzydliwości, czy okrucieństwa, ale też nie zamierzam udawać, że świat przedstawiony jest łagodniejszy, niż jest w istocie. Jeśli ktoś szuka lekkiej, przygodowej fantasy bez mroku i trudniejszych tematów, to raczej nie będzie sesja dla niego.

    Jeżeli ktoś ma konkretne granice dotyczące treści, których nie chce oglądać w grze, najlepiej dać mi o tym znać na PW (na tym forum są to chyba czatroomy) przed rozpoczęciem sesji. Łatwiej uwzględnić coś wcześniej niż gasić po drodze niepotrzebny dyskomfort.

    Zasady gry

    Wychodzę z założenia, że Mistrz Gry ma prowadzić grę, a nie rozwiązywać spory interpersonalne i stawać po którejś ze stron w prywatnych utarczkach. Traktujmy więc rozgrywkę jako dobrą zabawę i podchodźmy dojrzale do różnicy zdań, zarówno z innymi graczami, jak i ze mną. Mój sposób prowadzenia może różnić się od tego, do którego ktoś przywykł. To naturalne. Zapisujecie się na sesję prowadzoną przeze mnie, więc siłą rzeczy będzie to gra pod moją wizję i mój sposób prowadzenia. Jeśli pojawią się jakieś braki w mojej wiedzy o lore albo drobne sprzeczności, chętnie poznam wasze zdanie i być może naniosę korekty, ale samo prowadzenie zostawmy MG. Jednocześnie z mojej strony zawsze otrzymacie pomoc i odpowiedź z zgodną z wysokimi standardami kultury osobistej, którym hołduje. Obowiązuje zasada wzajemnego szacunku na wszystkich polach: w komentarzach, na PW, na Discordzie (jeśli po rozpoczęciu się na takie dodatkowe medium zdecydujemy) i oczywiście w samej grze. Na moich sesjach obowiązuje też zakaz PvP. Być może przy stole jak gracze się znają taki zabieg może być ciekawym eksperymentem, lecz z doświadczenia zauważam, że nie jest to dobre dla gry w żadnym stopniu.

    Jak dołączyć do gry?

    KP proszę przesyłać do mnie na PW, używając przygotowanego wzoru. Załącznik zawiera arkusz z wzorem karty postaci. Należy utworzyć jego kopię, uzupełnić pola, a następnie odesłać mi ją poprzez PW (na tym forum chyba są to chatroom'y).

    W temacie rekrutacji, czyli tutaj, proszę natomiast napisać, jaką profesję i rasę bierzecie dla swojej postaci, żeby pozostali mieli wgląd w ewentualny skład drużyny. Wzajemne uzupełnianie się może okazać się kluczem do przetrwania. Awatar mile widziany. Planuję graficznie ujednolicić styl obrazków i dodać ramki, by zadowolić własny zmysł estetyki. Taki już mam niezdrowy nawyk.

    Zdaje sobie sprawę, że ma wchodzić panel sesji. Nie wiem na ile wpłynie to na proces rekrutacji ze strony organizacyjno-technicznej, ale w najgorszym wypadku będę robił update.

    Tworzenie postaci

    Cechy główne

    Cechy główne proszę przydzielić, rzucając 16k10, a następnie sumując najwyższe rzuty i dodając je do wartości rasowych według własnego uznania, zależnie od profesji i koncepcji postaci. Warhammer i tak potrafi być ciężki, a przy takim sposobie przydziału istnieje szansa, że stworzycie bohatera, który nie umrze od pierwszego dziabnięcia. Zdaje sobie sprawę, że jest to pewne ułatwienie, ale jeśli na jakimiś etapie uznam, że jest za prosto, po prostu podrasuje wrogów. Balans walk w tym systemie jest dość trudny do wyczucia, ale wierzę, że mam w tym jakąś wprawę.

    Rzuty wykonujemy przy użyciu dowolnego narzędzia online z systemem logów. Przy przesyłaniu KP proszę dołączyć screen 3 rzutów. W przypadku innych rzutów związanych z tworzeniem postaci obowiązuje ta sama metoda. Można dla przykładu użyć strony crystalforge i wysłać podobny screen jak w podanym wzorze. Zezwalam na 3 próby i wybranie najlepszego zestawu z tych trzech. Zdaje sobie sprawę, że takie rozwiązanie ma wady, ale wierzę w uczciwość moich przyszłych graczy. Bardziej pewne sposoby kontroli nad rzutami wymagają rejestracji gdzieś lub dodania bota na discord, ale nad tym rozwiązaniem będę myślał dopiero po rozpoczęciu sesji.

    Cechy drugorzędne

    Cechy drugorzędne należy wyliczyć zgodnie z zasadami Warhammera 2ed., podkładając odpowiednie wartości z cech głównych. Jeśli ktoś ma problem z tym podpunktem jak i w sensie tworzenia KP, chętnie służę pomocą.

    Pochodzenie postaci

    Chciałbym, aby postacie pochodziły z terenów okalających Góry Środkowe, z którejkolwiek strony. W grę wchodzą głównie Hochland i Ostland. Zezwalam również na dalsze rejony świata, o ile sensownie wyjaśnicie, jak wasza postać znalazła się w okolicach, gdzie rozpocznie się sesja. Zaczynamy na północnym Hochlandzie. Zezwalam na użycie dodatkowych tabel, które określają zdolności i umiejętności człowieka z racji pochodzenia, a nie tylko z racji wybrania tej rasy. Jest też podajże podobna tabela ze względu na wyznanie, dla bardziej uduchowionych postaci.

    Zdolności początkowe

    Zdolności początkowe dla człowieka i niziołka losujecie sami. Tutaj również zezwalam na trzy próby.

    Dodatkowe rozwinięcie i początkowe PD

    Podczas tworzenia postaci można wykupić za 100 PD jedną umiejętność spoza drzewka profesji. Traktuję to jako darmowe rozwinięcie na start i w praktyce jest coś czego wasze postać mogła nauczyć się w ramach zainteresowania podczas swojego życia. Później w grze będzie to możliwe jedynie po znalezieniu nauczyciela i odpowiednim fabularnym uzasadnieniu czasu poświęconego na naukę. W praktyce większości takich rzeczy nie da się sensownie opanować w trakcie jednego scenariusza. Oprócz tego przy początkowym tworzeniu postaci przysługuje wam 300PD, które daje na start, coś byście nie startowali zupełnymi świeżynkami.

    Ekwipunek

    Postacie otrzymują:

    • Ekwipunek z profesji,
    • Startowy ekwipunek z podręcznika (str. 20),
    • Jeden fant o wartości do 40 zk,
    • Początkowe złoto w wysokości 1k20.

    Na tym etapie pozwalam na sprzedaż niepotrzebnych rzeczy i zakup potrzebnych po cenie podręcznikowej, co by nie utrudniać. Później w grze będzie obowiązywać zasada związana z wyceną i handlowaniem.

    Żywotność i punkty

    Zaczynacie z maksymalną żywotnością wynikającą z rasy. Punkty Przeznaczenia również są maksymalne dla wybranej rasy. Punkty Szczęścia odnawiają się o północy in-game.

    Ograniczenia profesji

    Do gry zostaną przyjęte maksymalnie:

    • jedna postać z profesją magiczną,
    • jedna postać o pochodzeniu szlacheckim,
    • jedna postać stanu kapłańskiego.

    Nie ma możliwości wcześniejszego zaklepania sobie danej profesji. Nie mam ograniczeń co do wybierania innych profesji.

    Historia postaci

    Historia postaci powinna mieć maksymalnie jedną stronę A4, ale nie mniej niż pół strony. Otrzymujecie ode mnie 300 PD już na etapie tworzenia postaci, więc zakładam, że bohater coś w życiu przeżył i jakoś trafił do miejsca rozpoczęcia scenariusza. Opiszcie to. Jeśli ktoś ma tendencje do rozpisywania sobie postaci na wiele stron, nie ma sprawy, przeczytam, choć poproszę też o wersje skondensowaną do A4.

    Proszę zakończyć historię na momencie utknięcia w karczmie, w której rozpocznie się sesja. Wewnętrzne relacje między postaciami ustalimy dopiero wtedy, gdy zbierze się drużyna. Ktoś mógł przybyć już z kimś, mogliście poznać się na miejscu.

    Profesje z dodatków

    Zezwalam na profesje z Career Compendium, podręcznika zbierającego profesje z dodatków do podstawki. Część z nich może być trudna do uzasadnienia fabularnie, więc ich wybór może wymagać dodatkowego omówienia. Jeśli ktoś nie ma dostępu do tego materiału, może odezwać się do mnie prywatnie. Nie udostępniam podręcznika, ale mogę podpowiedzieć i opisać profesje najbardziej zbliżone do konceptu postaci.

    text alternatywny

    Na etapie tworzenia postaci część graczy zgłosiła wyraźne potrzeby dotyczące kilku elementów mechaniki, dlatego postanowiłem wprowadzić kilka Homerules, żeby wyjść na przeciw tym potrzebom. Lubię informować o takich rzeczach przed sesją, żeby każdy mógł spokojnie się jeszcze zastanowić, czy taki sposób prowadzenia i rozwiązań mechanicznych mu odpowiada.

    Rozliczanie obrażeń i Trafienia Krytyczne

    W przypadku zwykłych przeciwników, po spadku Żywotności do 0, taki przeciwnik wypada z walki, najczęściej jako martwy, niezdolny do dalszego działania albo pobity w walce na pięści i spacyfikowany, zależnie od sytuacji fabularnej (oczywiście zwykłe ogłuszenie też jest dostępne).

    Pełne zasady Trafień Krytycznych zachowuję dla:

    • bossów,
    • istotnych BN-ów,
    • potworów i innych przeciwników, przy których ma to znaczenie fabularne lub dramatyczne.

    Jeśli chodzi o efekty, które normalnie wpływają na Trafienia Krytyczne, czyli np. Morderczy Atak oraz cechę oręża Precyzyjny, to mam dla nich nowe przeznaczenie. Skoro nie mogą wpływać na TK w walce ze zwykłymi przeciwnikami, to pomogą w inny sposób. W sytuacji, gdy zwykłemu przeciwnikowi miałoby pozostać 1-2 pkt. żywotności (w zależności, czy postać ma sam talent, samą broń z tą cechą, czy oba naraz), to takowy przeciwnik zostaje uśmiercony dzięki wyżej wymienionym efektom, które wykańczają wroga. W przypadku wrogów gdzie dalej utrzymuje TK, efekty te działają jak w podręczniku.

    Obciążenie i noszony ekwipunek

    Drugą zmianą są zasady dotyczące obciążenia. Przedmioty noszone na sobie liczą się jako ważące 1/2 normalnego obciążenia. Nie będziemy korzystać z zasady dodatkowego oddziaływania zbroi na postać.
    Talent Krzepki, żeby nie stracił znaczenia dla tych, którzy go posiadają, działa u mnie w następujący sposób:

    Postać z tym talentem może nieść dodatkowe obciążenie w wysokości 1/2 wartości swojego bonusu z WT. Przykład: jeśli postać ma Krzepę równą 30 (co normalnie pozwalałoby na udźwig bez kar 300 jednostek), może nieść dodatkowe 150 jednostek ciężkości ponad swój normalny limit, zanim zacznie odczuwać spadek prędkości po przekroczeniu maksimum.

    Dodatkowo chiałbym dać możliwość zwiększenia udźwigu przez jakość wykonania plecaka. Wprowadziłem to w jednej sesji kiedyś i graczy byli zadowoleni. Także:

    • plecak dobrej jakości zwiększa możliwy udźwig o 50 jednostek obciążenia,
    • plecak najlepszej jakości zwiększa możliwy udźwig o 100 jednostek obciążenia.

    Nauka nowych umiejętności i rola nauczyciela

    Praktycznie zawsze znajdzie się ktoś, kto chciałby się dokształcać poza daną mu ścieżką. Ponieważ powstała prośba o nakreślenie tej możliwości, tłumaczę jak będzie to działać u mnie, jeśli zdecydujemy się na dalsze scenariusza. Można się uczyć i nabyć nową umiejętność, a także zdolność, o ile dana rzecz w ogóle nadaje się do wyuczenia.

    Żeby wykupić taką umiejętność lub zdolność:

    • postać musi mieć nauczyciela,
    • musi spędzić odpowiednią ilość czasu na ćwiczeniu pod jego okiem.
    • czas ten ocenia MG zależnie od tego, czego postać chce się nauczyć (Pływania można się stosunkowo łatwiej nauczyć, od dajmy, płatnerstwa)

    W tym scenariuszu najpewniej zabraknie na to czasu, ale jeśli zdecydujemy się grać dalej, może to być ważna informacja na przyszłość. Dodatkowo koszt tak nabywanej zdolności wynosi 200 PD zamiast 100 PD.

    Tresura i nauka sztuczek

    Jeśli ktoś chce, aby jego zwierzęcy pupil nauczył się konkretnych czynności wykonywanych na zawołanie, musi poświęcić na to odpowiednią ilość czasu opisaną w podręczniku. Na poziomie tworzenia postaci jednak, postać może mieć już zwierzaka od dłuższego czasu. Dlatego przyjmuje, że pupil może znać 3 sztuczki z kategorii proste i 1 z katergori średnio-trudne. Dotyczy tylko postaci, które mają jednocześnie zwierzaka i umiejętność tresury.

    Klany niziołków i ich umiejętności związane z pochodzeniem

    Ostatnią zmianą jest wprowadzenie tabeli początkowych umiejętności i zdolności niziołków zależnych od pochodzenia / klanu.

    Przygotowałem ją na podstawie inspiracji z 4 edycji, starając się przełożyć ten pomysł na realia i styl 2 edycji. Docelowo chciałbym uwzględniać tę tabelę również w kolejnych rekrutacjach, tak aby mogła stać się stałym elementem moich sesji.

    Zdolności początkowe dla niziołków znajdują się tutaj.

    Podsumowanie

    System: Warhammer 2ed.
    Ilość graczy: 3-4
    Kryteria przyjęcia graczy: stworzenie pełnej karty postaci + krótkiej historii (wystarczy około pół strony A4). W wypadku większej liczby zgłoszeń odbędzie się konkurs kart.
    Platforma: forum oraz możliwie Discord, jeśli przyjęci gracze będą zainteresowani. Nie będę się upierał jeśli nie.
    Częstotliwość odpisów: 4 dni dla graczy, 4 dni dla MG (możliwość prolongat i zgłoszeń pominięcia kolejki w rozsądnej ilości zgłoszeń)
    Dokumenty Google: Nie planuje i nie jestem fanem. Jeśli będzie potrzeba rozegrania scen lub dialogów, można zrobić to na Discordzie. Jeśli gracze nie będą mieć ochoty na Discord, takie sceny rozegramy w formie krótszych opisów na forum lub ewentualnie przez PW.
    Długość sesji: Przy założeniu braku opóźnień w odpisach sesja powinna zamknąć się w około 3-4 miesiącach, lecz jak gracze będą podchodzić ambitniej to 5-6 miesięcy.

    zakończenie

    Archiwum warhammer 2ed

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias siedział przy stole z kubkiem kawy w dłoniach, o ile dało się to nazwać kawą. Miał zniesmaczoną minę, jakby ta „przemysłowa ciecz” ledwo przechodziła mu przez gardło. Automat pokładowy Kardashiana wyprodukował coś czarnego, gorzkiego i rozwodnionego. Kofeinową abominację. No cóż, abominacja czy nie, będzie musiała wystarczyć. Po takim czasie w lodówce taka lura i tak była lepsza od tego świństwa, którym zalewali ich w hypersnie. Ostrożnie uniósł kubek do ust, powąchał, skrzywił się i dolał do środka odrobinę z piersiówki, zasłaniając naczynie ręką dla niepoznaki, mając nadzieję, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Jakaś jego cząstka wiedziała jednak, że wszyscy wiedzą, tylko po prostu mają to w dupie albo postanowili mu odpuścić z racji wieku i jego wszczepów.
    – Teraz przynajmniej ma jakieś właściwości odkażające – mruknął bardziej do siebie niż do Nadii czy Joshuy.

    Wciąż czuł pod skórą resztki hypersnu. Mięśnie były miękkie, gardło drapało, a syntezator w krtani czasem łapał drobne zakłócenie, zostawiając w jego głosie metaliczny pogłos. Oddychał już równiej, ale nie ufał temu. Własnym płucom ufał mniej więcej tak samo jak raportom kwartalnym korporacji. Z konieczności. Nigdy z przekonania.

    Kiedy Hannigan wszedł do mesy razem z O’Collanem i Kalashnikovem, Crowe podniósł wzrok znad kubka. Nie trzeba było być geniuszem, żeby wiedzieć, jak się sprawy mają. Kapitan wyglądał jak dyplomata szykujący się do przekazania kurewsko kiepskich wieści. Davy standardowo emanował energią, której Elias nie rozumiał, a Siergiej wyglądał jak Siergiej. Rosjanie byli przyzwyczajeni do faktu, że zawsze coś może się spierdolić i niespecjalnie wpływało to na ich osobę.

    Elias nie odezwał się. Pił kawę małymi łykami i słuchał, wyławiając najważniejsze fakty. Sygnał SOS był autentyczny. Chodziło o kapsułę ratunkową. Jednostką był USS Bleinert, którego nazwa nic mu nie mówiła. Brak odpowiedzi. A to oznaczało, że za około cztery godziny będą po ręce w gównie. Świetnie. Westchnął przez nos. A więc jednak. Nie awaria wewnętrzna, nie fałszywe przebudzenie. Ktoś tam, w pustce kosmosu, miał problem i był to ten najgorszy rodzaj problemu, bo prawo, procedury oraz resztki ludzkiej przyzwoitości, które chcąc nie chcąc jeszcze posiadał, natychmiast robiły z niego problem wspólny. Jego problem.

    Na wzmiankę o napromieniowanej chmurze gruzu, pyłu i gazu za zaopatrzeniowcem Crowe uniósł głowę odrobinę wyżej. W jego twarzy nie pojawił się entuzjazm. Raczej coś gorszego. Zainteresowanie specjalisty. Kiedy kapitan zwrócił się do niego bezpośrednio, odstawił kubek.
    – Przyjąłem, kapitanie – powiedział zachrypniętym, nierównym głosem. – Moduł górniczy, spektroskopy wydobywcze. Skład gazów, pyłów, izotopy, rozrzut, temperatura resztkowa – wymienił na głos, by lepiej to sobie utrwalić. Taką miał metodę. Było nie było, był staruszkiem i trzeba było używać sztuczek mnemonicznych, żeby nie wypaść blado przy reszcie ekipy.
    – Sprawdzę, czy to wygląda na zderzenie, eksplozję, awarię reaktora, czy chodzi o jakieś inne gówno.

    Przez chwilę bębnił palcami po kubku. Potem zerknął w stronę Delilah, kiedy ta zaczęła mówić o polisie, promieniowaniu i odpowiedzialności. Nie był fanem jej stylu wysławiania się. Ogólnie nie lubił ludzi z korporacji, ale coś w tej całej gadce o promieniowaniu miało sens. W końcu siołom radiacyjnym nie robiło różnicy, kto jest kim. Równo rozdawały chorobę popromienną między korporacyjną księżniczkę, kapitana, pilota i starego, zdezelowanego toksykologa z piersiówką w kieszeni.
    – Pani le Fey ma rację co do jednego – odezwał się po chwili, nie podnosząc głosu. – Nie chciałbym dodawać do listy moich drinków koktajli antyradiacyjnych. Są trochę zbyt mdłe jak na mój gust i źle mieszają się z alkoholem. – pozwolił sobie na żart.
    – W raporcie końcowym ocenię skalę ryzyka.

    Spojrzał jeszcze krótko na Holta, kiedy ochroniarz zaczął mówić o broni i niepewnych elementach. Elias nie miał w tej kwestii nic do skomentowania. Każdy miał na tym statku jakąś rolę, a pewność siebie, tak ważna, kiedy leci się przez pustkę w wielkiej metalowej skrzyni, wymagała wiary w coś istotnego, najczęściej związanego właśnie z tą rolą. On sam wierzył w swoją zdrową paranoję i sprawdzanie odczytów, toteż zazwyczaj milczał, gdy inni prawili o tym, co jest najważniejsze.

    Wzdrygnął się, kiedy Chaplin wskoczył na stół. Kot miał minę, jakby był właścicielem statku, który tylko chwilowo toleruje obecność personelu. Elias spojrzał na niego nieprzychylnie, kiedy ten przeszedł obok jego kubka i prawie strącił ogonem jego lurę. Może to była tylko kawowa abominacja, ale to była jego kawowa abominacja, no i wlał do niej trochę swojego specyfiku, który nie mógł się przecież zmarnować.
    – Sio, futrzasty demonie – mruknął. – Idź drażnić innych poważnych naukowców.
    Kot oczywiście nie odpowiedział, co w innych warunkach czyniłoby go jednym z bardziej pożądanych rozmówców w mesie.

    Po odprawie Crowe podniósł się powoli. Coś strzyknęło mu w kolanie, coś zapiekło w płucach. Jego ciało od dawna było jak źle poskładana maszyneria, w której zapalała się jedna czerwona kontrolka po drugiej. Ile jeszcze da radę tak latać? Chyba czas pomyśleć o jakiejś emeryturze. Zignorował ból i pociągnął łyk kawy z prądem. Miał swoje lekarstwo, a teraz naprawdę nie było czasu na negocjacje z własnym ciałem. Kiedy dotrą do celu, zadba o zdrowie. Zabrał kubek, wsunął do kieszeni mały analizator, poprawił kołnierz kitla i ruszył w stronę wyjścia.

    ***

    Korytarze Kardashiana były już żywsze niż zaraz po wybudzeniu. Wentylatory pracowały równiej, światła przeszły w standardowy tryb, a z głębi kadłuba dochodził niski pomruk dobrze działających systemów. Elias szedł wolno, ale bez wahania. W jednej dłoni trzymał kubek z kawą, drugą przesuwał czasem po ścianie, jakby czytał statek przez drgania poszycia. Ludzie na starej Ziemi chodzili tak czasem wśród żywopłotów, gładząc liście. Może był to jakiś odruch zakodowany w pamięci komórek?

    Kabina modułu górniczego przywitała go chłodem i zapachem starego smaru. Rzędy paneli diagnostycznych, stanowiska analizy próbek, konsole spektroskopów i górniczych skanerów składu zajmowały większość pomieszczenia. Normalnie ten sprzęt służył do odróżniania rudy od bezwartościowej kosmicznej skały. Dzisiaj miał być lupą detektywa i pomóc im zrozumieć, co się stało. Crowe usiadł przy głównej konsoli, przetarł rękawem ekran i stuknął palcem w panel aktywacyjny.
    – Opiekunie – powiedział. – Przekieruj na stanowisko górnicze pełny pakiet sensorów dotyczący napromieniowanej chmury za USS Bleinert. Najpierw surowe dane. Jak będę chciał, żebyś coś podsumował, powiem ci.
    To była ważna dyrektywa, którą zazwyczaj kończył każde zdanie, gdy współpracował z komputerem. W przeciwnym wypadku ten podawał mu wszystko na srebrnej tacy, robiąc z niego idiotę.

    text alternatywny

    Konsola zamrugała.
    – Chcę widmo gazów, pyłu, metali, izotopów, promieniowanie, wektory rozrzutu, temperaturę resztkową i wszystko, co da się wyciągnąć z Fermi, Chandry oraz spektroskopów wydobywczych. Osobno stabilne pierwiastki, osobno produkty rozpadu, osobno związki organiczne, jeśli cokolwiek takiego jeszcze tam pływa.
    Przez moment obracał w palcach dymogryza. Nie zapalił. Jeszcze nie. Wsunął go tylko między zęby i w skupieniu mielił wargami końcówkę.
    – Drugi zakres to kapsuła ratunkowa. Pełny skan powierzchni, gęstości, śladów chemicznych i termicznych, kiedy tylko wejdzie w sensowną rozdzielczość. Interesują mnie materiały wybuchowe, paliwa, utleniacze, aerozole, nieszczelności, skażenia, anomalie masy i wszystko, co nie pasuje do standardowego modelu puszeczki, która nam tam lata.

    Kiedy skończył wydawać szereg komend, oparł łokcie o blat i nachylił się nad konsolą. Pierwsze linie danych zaczęły pełznąć po ekranie. Odpalił fajkę i patrzył na ciągi znaków mrugające zielonkawym światłem. Wypuścił małą mgiełkę dymu, która zaraz została wessana przez systemy wentylacyjne. Pociągnął łyk kawy, skrzywił się i odstawił kubek obok panelu.
    – No dobra – mruknął. – Pokaż, co tam masz, kotku.

    Rozgrywka

  • Conan Bibliotekarz
    PiołunP Piołun

    No cóż. Z wykształcenia jestem polonistą-bibliotekarzem i choć nigdy nie pracowałem w zawodzie, to dalej połykam książki. Od paru lat jestem jednak raczej fanem audiobooków, na które całkiem zachorowałem. Statystycznie słucham ich około 40–50 rocznie.

    Także lista książek godnych polecenia jest dla mnie długa i szczerze mówiąc, nie wiem trochę, od czego zacząć. Może więc wymienię kilka moich ulubionych serii z ostatnich lat. Z racji tego, że kocham zarówno fantastykę, jak i sci-fi oraz horrory, podzielę tę polecajkę na trzy sekcje, a na końcu dorzucę jeszcze parę moich nowszych odkryć.

    W każdej sekcji będą po cztery pozycje, żeby nie zalać materiałem, a trochę więcej znajdzie się w odkryciach. Jest to lista absolutnie nieuczciwa i niestopniowana względem tego, co podoba mi się najbardziej. Po prostu te tytuły jakoś same wyszły na wierzch. Gdybym miał faktycznie robić ranking, pewnie bardziej bym się postarał, ale chyba nie o to chodzi. Może raczej o to, żeby coś polecić. Także spróbuję to zrobić.

    Fantastyka

    • Joe Abercrombie, Seria „Pierwsze Prawo”

    To taka brudna, darkfantasy seria, w której nikt nie jest do końca dobry. Pierwsze tomy przeskakują między historią dość dzikiej grupki barbarzyńców, z mnóstwem czarnego humoru, a opowieścią o mistrzu tortur ze stolicy, plus rozdziałami „Pierwszego wśród Magów”. Dużo tu cynizmu, polityki, czarnego humoru i postaci, które naprawdę zapadają w pamięć.

    • Jay Kristoff, Seria „Wampirze Cesarstwo”

    Mroczna historia o świecie, w którym wampiry właściwie wygrały, a ludzie żyją w cieniu i strachu. Jest krwawo, ponuro i bardzo klimatycznie. Całość pisana jest trochę jak spowiedź. Są sceny erotyczne, ale raczej w dobrym smaku i nie ma ich dużo. Przede wszystkim to dark fantasy z przekleństwami, czarnym humorem i autentycznymi postaciami.

    • Anthony Ryan, Seria„Kruczy Cień”

    To fantasy o chłopaku oddanym do zakonu wojowników. Brzmi banalnie, ale autor opisuje naprawdę surowo ich pierwsze lata bez żadnego owijania w "Youn Adult". Sporo tu szkolenia, wojny, honoru, religii i takiej klasycznej drogi od ucznia do legendy. Fajny jest też wątek ukrytej potęgi mroku, który naprawdę przyprawił mnie o ciarki. Końcówka pierwszego tomu miażdży.

    • Brandon Sanderson, Seria „Droga Królów”

    Ogromna, epicka fantasy o świecie niszczonym przez burze (dosłownie wielka burza okrąża rotacyjnie cały glob). Jest tu bardzo dużo budowania świata, magii, wielkich bitew, ale też osobistych historii ludzi. To wielkie, bardzo długie high fantasy z mnóstwem wątków, ale też ze scenami totalnie chwytającymi za serce. Końcówki są hollywoodzkie, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.

    Sci-Fi

    • Martha Wells, Seria „Pamiętniki Mordbota”

    To historia cyborga ochroniarza, który zhakował samego siebie i najchętniej miałby święty spokój oraz czas na oglądanie seriali. Jest zabawnie i lekko, ale pod spodem to też opowieść o wolności, samotności i uczeniu się bycia osobą. Seria nie jest nowa, ale sięgnąłem po nią niedawno przez serial (nakręcono 1 sezon przez Apple TV) i audiobooki. Bawiłem się dobrze, choć jest w niej parę sprzeczności technologiczno-logicznych.

    • Peter Watts, „Ślepowidzenie”

    To bardzo gęste i niepokojące sci-fi o pierwszym kontakcie z czymś naprawdę obcym. Bardziej niż o kosmitach jest to książka o świadomości. Dla mnie to naprawdę ważna pozycja i dowiedziałem się z niej sporo o życiu i nauce. Generalnie sięgnąłem po nią dlatego, że wampiry są tam wysyłane w kosmos, a ich lęk przed światłem jest rozkminiany w kategoriach hard sci-fi, czyli przez kogoś z wiedzą naukową. Co za świeże podejście do tematu! Zdecydowanie nie jest to pozycja dla wszystkich, bo hard sci-fi jest bardzo niepopularną gałęzią fantastyki, ale świetną, jeśli ktoś akurat jara się tematem.

    • Remigiusz Mróz, „Chór zapomnianych głosów”

    Dobrze rozegrana, mroczna historia o człowieku, który budzi się na statku kosmicznym i szybko orientuje się, że coś poszło bardzo nie tak. Ma klimat thrillera, trochę horroru i tajemnicy zamkniętej w kosmosie. Osobiście żałuję, że nie ma więcej książek napisanych w takim klimacie. Niewiele osób wie też, że Mróz zaczynał od sci-fi, a nie od kryminałów. Ten tytuł wyszedł mu świetnie, ale drugiej części już nie polecam.

    • Dennis E. Taylor, Seria „Bobiwersum”

    To lekkie, pomysłowe sci-fi o człowieku, którego świadomość zostaje przeniesiona do sondy kosmicznej. Potem zaczyna się eksploracja kosmosu, kopiowanie samego siebie, dużo humoru i fajnych pomysłów naukowo-przygodowych. Najbardziej chyba lubię tę serię za odtworzenie hipotetycznych struktur fizyków z ubiegłego wieku, a zwłaszcza Sond von Neumanna i sfery Dysona.

    Horror / Suspens

    • Blake Crouch, Seria „Wayward Pines”

    To historia agenta, który trafia do dziwnego miasteczka, z którego nie da się po prostu wyjechać. Na początku wygląda jak thriller z tajemnicą, ale im dalej, tym bardziej robi się niepokojąco i dziwnie. Trochę jak serial „Stamtąd”, choć tajemnica skręca w zupełnie inną stronę. Autor był zajarany „Twin Peaks” i trochę to widać.

    • Maciej Lewandowski, Seria Audiobooków „Cienie Nowego Orleanu”

    To mroczny audioserial w klimacie kryminału i lovecraftowskiego horroru. Nowy Orlean jest tu duszny, brudny, pełen sekretów, magii i rytuałów. Generalnie polecam fanom Cthulhu. Świetnie się bawiłem, a mam wrażenie, że mało kto o tym tytule wie.

    • Stephen King, „Langoliery”

    To opowieść o ludziach, którzy budzą się w samolocie i odkrywają, że prawie wszyscy inni zniknęli. King robi z tego bardzo dziwny, klaustrofobiczny horror o czasie i pustce. To dość krótka pozycja, ale mega działa na wyobraźnię. Coś jak odcinek „Strefy Mroku” w wersji premium. Książki Kinga można lubić albo nienawidzić i w sumie to rozumiem, bo sam mam z nimi różnie. Ta jest w porzo.

    • Jozef Karika, „Szczelina”

    To horror oparty na tajemniczych zaginięciach w górach, podany trochę tak, jakby ktoś odkrywał prawdziwą historię. Najbardziej działa tu atmosfera niepewności. Nie wiadomo, czy to legenda, szaleństwo, mistyfikacja, czy coś naprawdę obcego. Taki trochę klimat found footage, bo narracja jest pierwszoosobowa (jeśli dobrze pamiętam, ale przysiągłbym, że właśnie taka).

    Odkrycia

    • Paweł Kolarzyk, Seria „Niko”

    Generalnie chłopak nagle rozumie, że umie czytać ludziom w myślach. Żaden spoiler, bo to pierwsze 15 stron czterotomowej historii. Naprawdę zręcznie to wykorzystuje. Majstersztyk. Świeże podejście do tematu.

    • James Islington, Seria „Hierarchia”, pierwszy tom „Wola wielu”

    To fantasy w świecie przypominającym brutalny Rzym, gdzie całe społeczeństwo działa na zasadzie przekazywania swojej siły wyższym warstwom. Autor naprawdę zręcznie opisał przekazywanie ułamka siły życiowej i zbudował wokół tego konceptu całą strukturę historii. Tak naprawdę nie da się tego łatwo opisać, ale choć pomysł jest stosunkowo prosty, zrobił z niego naprawdę dobrą opowieść. Główny bohater nigdy nie „cedował”, jak w tym świecie nazywa się przekazywanie siły. Szuka też luki w społeczeństwie, by nigdy tego nie robić, mimo że ten obowiązek jest właściwie wpisany w konstytucję.

    • Kel Kade, Seria „Kroniki Mroku”

    Wyobraź sobie, że wychowano cię od małego tak, byś wierzył w pewien kodeks, i każdą chwilę twojego życia wykorzystano, żeby ci go wpajać. Wtedy zbiór abstrakcyjnych zasad, jak na przykład zasada 34: "zawsze sprawdzaj pokój, w którym wcześniej nie spałeś", staje się twoimi codziennymi nawykami, a ty kompletnie nie rozumiesz zasad normalnych ludzi. Genialna, fenomenalna seria. Przezabawna, przelogiczna, przemądra, a jednocześnie fest lekka. Jeśli miałbym coś nieśmiało położyć na półce niedaleko „Świata Dysku”, chyba postawiłbym właśnie to, choć pierwsze 100 stron książki może jeszcze na to nie wskazywać. Na razie jest chyba 6 części (+jedna z kategorią 0,5).

    • Brian Staveley, „Czaszkowiercy”

    To mroczna fantasy o kobiecie związanej z kultem boga śmierci, która musi przejść bardzo osobistą i brutalną próbę. Ma zabić sześć osób w określonych warunkach i w określonej kolejności. Problemem jest ostatni podpunkt. Nie chodzi o jej lojalność ani wiarę. Ma zabić osobę, którą kocha, a ona trochę nie kuma, co to właściwie znaczy. W gruncie rzeczy wraca więc do rodzinnego miasta, żeby znaleźć człowieka, którego chyba (może) obdarzyła tym uczuciem, ale w sumie to nie wiadomo. W żadnym wypadku nie jest to jednak „romantasy”. Raczej dojrzała rozkmina bezuczuciowego zabójcy w wersji dark fantasy.

    • Krzysztof Haladyn, „Złodziej”

    Motyw stary jak świat, ale jak miło i atrakcyjnie podany. Jest złodziej. Jest zlecenie. Są komplikacje. Jest trudna przeciwność losu. Jest uczeń. Jest czarny humor. Jest dobry język. Jest zapowiedź kontynuacji i jest to też książka, którą przeczytałem ostatnio, więc czemu nie.

    Hydepark

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias nienawidził wszelkiej maści włazów. Przejścia te miały to do siebie, że oddzielały jeden problem od drugiego. Jasne, czasem chodziło tylko o to, by oddzielić ludzi od próżni, czyli w założeniu chodziło o coś dobrego, lecz czasem, tak jak teraz, chodziło o to, by oddzielić stary kombajn górniczy od wojskowej kapsuły ratunkowej, która przez miesiąc wisiała w pustce z Bóg wie jakim cargo. Jego dwa poprzednie wypadki też miały wiele wspólnego ze śluzami i warunkami po drugiej stronie. Dla uczciwości warto nadmienić, że chodziło również o problemy ze szczelnością tanich, firmowych skafandrów, ale mimo wszystko... nienawidził śluz.

    Stał przy panelu z rozłożonymi instrumentami, skanerem wpiętym w gniazdo diagnostyczne i własnym wykrywaczem ruchu M314 gotowym pod ręką. Odczyty nie podobały mu się, ale przynajmniej miały sens. Podwyższony dwutlenek węgla. System podtrzymywania życia na wyczerpaniu. Gamma poniżej poziomu, którym należałoby się bardzo martwić. Było źle, ale nie katastrofalnie. Jeszcze.

    Decyzja o otwarciu kapsuły zapadła szybko. Może za szybko. Elias nie powiedział tego głośno, bo miał wrażenie, iż kapitan nie jest akurat w nastroju na obiekcje i jego paranoję. Adam był w śluzie. Siergiej przy panelu. Holt trzymał straż z bronią, a jego obecność była dziwnie uspokajająca. Może nowe generacje kosmicznych traperów ufały nowoczesnej technologii albo komputerom i coraz rzadziej woziło się w pustce broń, ale on był w tej kwestii nieco staromodny i doceniał, że ktoś tu ma gnata. Lepiej być przygotowanym, niż później żałować.

    Pierwszy huk sprawił, że cofnął się odruchowo od panelu. Bardziej niezgrabnie, z racji wieku. Kolejne strzały uderzyły w śluzę jak młot w stalowy bęben. Pancerna szyba wewnętrznego włazu przyjęła jeden z rykoszetów i przez jej górną część rozeszła się cienka pajęczynka pęknięć.
    – Kurwa mać – syknął Crowe, bardziej ze złości niż strachu.
    Nie rzucił się do włazu. Nie miał takiego zamiaru. Na studiach jeden z profesorów miał takie powiedzenie... jakże ono leciało? „Gdzie techników sześć, tam…” Nie pamiętał, ale wiedział, że nie ma co robić sztucznego tłumu. Siergiej i Holt coś wymyślą, zresztą już działali. On miał swoją robotę.

    Pochylił się z powrotem nad panelem, jakby właśnie ten stary kawał elektroniki był teraz jedyną rzeczą na świecie wartą zaufania. Palce przesunęły się po kontrolkach i przełącznikach. Spojrzał na ciśnienie w śluzie, poziom tlenu, dwutlenek węgla, temperaturę, promieniowanie i skład gazów po otwarciu kapsuły. Skupiał się na nieoczywistych zagrożeniach wynikających z tej sytuacji.

    W tym momencie zobaczył, jak Siergiej dopada panelu i zaczyna ograniczać ciśnienie w śluzie. Dobry pomysł, bardzo przytomny i właściwie nie wiedział, czemu sam na to nie wpadł. Może tak by było, gdyby nie był w takim szoku. Przesunął niespokojnie wzrokiem po odczytach. Ciśnienie zaczęło schodzić. Nie gwałtownie. Tylko trochę. Nie chcieli go wysłać z Kansas do krainy Oz. Miał tylko się zdrzemnąć i uspokoić.
    – Dobra, Sadza. Widzę spadek – rzucił krótko, nie odrywając oczu od panelu. – Jeszcze troszkę i pójdzie w kimono. Dobra robota – pochwalił.
    – Będę pilnował parametrów – zapewnił.
    Nie zabierał się za uspokajanie strzelającego. Więcej głosów mogłoby go zdezorientować albo, co gorsza, mógłby poczuć się osaczony.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Imię i nazwisko: Elias Crowe
    Wiek: 52 lata
    Profesja: naukowiec pokładowy / specjalista toksykologii atmosferycznej

    text alternatywny

    Elias Crowe jest członkiem załogi USCSS Kardashian odpowiedzialnym za toksykologię atmosferyczną, jakość powietrza, filtrację, obiegi zamknięte oraz wszelkie skażenia, które mogą pojawić się w układach podtrzymywania życia. W praktyce oznacza to, że zajmuje się tym, czym reszta załogi oddycha, co pije i monitoruje cały syf na statku.

    Miał w życiu parę poważnych wypadków, czy to na statku, czy podczas pracy w koloniach korporacyjnych. Firmowa medycyna poskładała go skutecznie, ale bez większej troski o estetykę. Ma diagnostyczną nakładkę przy jednym oku, ślady po dawnym wypadku i ochrypły głos, który wspomagany jest przez syntezator mowy w krtani. Nie obnosi się z tym szczególnie, ale też nie udaje, że nic się nie stało.

    Nosi przybrudzony, jasny kitel terenowy narzucony na robocze ubranie, a jego kieszenie są zwykle wypchane fiolkami, próbnikami, markerami, paskami testowymi i drobnym sprzętem pomiarowym. W jednej z kieszeni trzyma metalową piersiówkę z własnym destylatem, którego składu lepiej nie pytać, a jeszcze lepiej nie analizować przy użyciu certyfikowanego sprzętu.

    Crowe pali syntetyczne dymogryzy nikotynowe stanowczo za dużo jak na człowieka, który zawodowo zajmuje się jakością powietrza. Jest ponury, cyniczny i charakterny, z nieprzyjemnym nawykiem zakładania najgorszego scenariusza. Niestety dla otoczenia, wystarczająco często ma rację. Nie przepada za ludźmi lekceważącymi procedury, ignorującymi alarmy i mówiącymi „spokojnie, nic się nie stanie”. Kiedy Crowe mówi, że "coś mu śmierdzi", zwykle nie jest to metafora.

    Materiały

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias odwrócił powoli głowę w stronę Joshuy i zrobił nieco rozczarowaną minę, zupełnie jak człowiek, któremu właśnie przerwano pracę z powodu wyjątkowo głupiego komentarza.
    – Gleeson – powiedział sucho. – Jeśli naprawdę twoją pierwszą roboczą hipotezą jest to, że stoję tu i raportuję kapitanowi, jak kreatywnie obchodzić się z dwójką, to chyba nie mamy o czym gadać. Przecież zaznaczałem, że to porównanie. – Westchnął, przewracając oczami, i poprawił rękawiczki. Wskazał brodą wnętrze kapsuły, na razie nie podchodząc zbyt blisko.

    – Oczywiście chodzi o rozkład biologiczny. Stary trup to mnóstwo fekaliów, moczu i reszty cielesnej hydrauliki, która daje o sobie znać z chwilą śmierci. Jeśli cokolwiek tam miałoby nam zagrażać i przenosić się w powietrzu, już mamy przejebane, bo otworzyliśmy to, wyjęliśmy stamtąd człowieka, a zresztą trochę już tym oddychamy. Wcześniejsze badanie kapsuły nie alarmowało jednak o niczym. Co do reszty zagrożeń biologicznych, wystarczą nam stare, modne lateksowe rękawiczki i maseczka. – Wskazał krótko na swój ochronny ekwipunek.
    – Więc albo pomagasz, albo zmykaj zamknąć gródź w następnej sekcji. Ja mam pracę do wykonania.

    Spojrzał jeszcze raz w głąb kapsuły, zastanawiając się, od czego zacząć. Smród dalej wypełniał wnętrze śluzy, ciężki i lepki, ale Elias nie miał zamiaru robić z niego afery. Prawda, był paskudny, ale był też tym czego należało się spodziewać bo zwłokach zamkniętych w hermetycznej przestrzeni. W zamkniętej puszce, po kilku tygodniach z martwym ciałem, no cóż, należało się spodziewać właśnie czegoś takiego.

    Kiedy w progu stanął kapitan Hannigan, Crowe cofnął się o pół kroku, robiąc mu miejsce, ale nie odwracając się całkiem od znaleziska. Stał bokiem, z analizatorem w jednej dłoni i magnetofonem pracującym cicho przy pasie. Taśma szumiała cierpliwie, obojętna na smród i trupa
    – Ofiara śmiertelna, kapitanie – potwierdził sucho. – Proces rozkładu wskazuje, że trochę czasu spędzili razem. Nie jestem patologiem, mamy od tego Adama, ale roboczo zgadywałbym dwa do czterech tygodni. W tej puszce warunki mogły przyspieszyć albo spowolnić wszystko, więc proszę nie traktować tego jak ekspertyzy na której można coś oprzeć.

    Przełknął ślinę, choć w gardle miał sucho. Chyba filtry w jego wszczepie krtani nadawały się już do wymiany. Podniósł analizator i pozwolił mu dalej pobierać próbki powietrza. Wskaźniki pracowały spokojnie, upewniając go tylko, że nie ma co panikować.
    – Atmosfera zatęchła, ale bez niczego alarmującego – powiedział, zerkając na analizator. – Tlen niżej o około procent, dwutlenek węgla trochę podwyższony, wilgotność wysoka. Do tego ślady amoniaku, lotnych związków organicznych i tego siarkowego syfu pochodzącego z rozkładu ciała.
    Przykucnął ostrożnie, a w martwej ciszy kapsuły, dało się usłyszeć skrzypienie jego stawów. Światło latarki przesunęło się po podłodze, po powgniatanych łuskach, po poszarpanych śladach na urządzeniach, brudzie i zaschniętych smugach.

    – Strzelał tu wcześniej – mruknął do magnetofonu. – Wielokrotnie. Ciekawe do czego?
    Zapytał sam siebie bardziej niż kogokolwiek innego i ruszył ostrożnie naprzód, żeby przyjrzeć się zwłokom. Czy były na nich ślady kul albo czegoś innego? Wzdęte ciało utrudniało identyfikację przyczyny śmierci, ale może dało się jeszcze coś dostrzec. Może Purcell strzelał do niego? Może chciał uszkodzić kapsułę? A może próbował strzelać do wytworów własnej wyobraźni, które zaczęły nawiedzać go w chwili, gdy samotność zaczęła go zżerać od środka? Mózg bronił się przed izolacją, wywołując halucynacje, które miały go uspokoić. Oszukiwał sam siebie, żeby zachować resztki spokoju. Szaleństwo zwalczał szaleństwem. Zawsze uważał to za niezłą ironię.

    text alternatywny

    Gdy skończył wewnętrzne dywagacje, przesunął się do modułu komunikacyjnego kapsuły. Podpiął narzędzie diagnostyczne, poprawiając przewód kciukiem. Stary sprzęt kliknął posłusznie.
    – Crowe, kontynuacja oględzin – powiedział do magnetofonu. – Wnętrze kapsuły silnie zanieczyszczone biologicznie. Obecność ciała w zaawansowanym rozkładzie. Widoczne ślady wcześniejszego użycia broni wewnątrz kapsuły. Rozpoczynam zgrywanie logów komunikacyjnych i systemowych.
    Przesunął palcem po ekranie narzędzia diagnostycznego.
    – Dobrze. Czas sprawdzić to, o co prosił kapitan – kontynuował do magnetofonu, opisując krok po kroku wykonywane czynności. – Trzeba ustalić, czy kapsuła odbierała nasze wezwania, czy zapisała próbę połączenia oraz czy coś blokowało odbiór. Warto też sprawdzić, czy Purcell miał realną możliwość odpowiedzieć. Do tego przeglądam logi podtrzymywania życia, ostatnie alarmy systemowe i manifest.

    Zatrzymał się na chwilę i spojrzał w stronę ciała. Pomyślał, że warto będzie później ustalić, kim jest ten drugi. Jeśli nie było go na wykazie przewozowym, pachniało to cargo w postaci ludzi. A to oznaczało, że ktoś mógł przemycać niewolniczą siłę roboczą albo ludzi przeznaczonych do nielegalnych eksperymentów firmy. Crowe wiedział, że takie rzeczy się zdarzały. Krążyły o tym plotki. W przestrzeni zawsze krążyły plotki, a te najbrzydsze miały paskudny zwyczaj okazywać się prawdziwe. W takim wypadku nie był pewny, czy zwykłe protokoły misji ratunkowej wciąż ich obowiązywały. Nie skomentował tego jednak na głos. Był prawie pewien, że kapitan sam poruszy tę sprawę, kiedy przyjdzie czas.

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias odnotował nieobecność Joshuy bez większego zdziwienia. Po tym, jak jego żołądek zareagował na ich znalezisko, trudno było mieć mu to za złe. Do niektórych rzeczy trzeba w życiu przywyknąć. Zarówno w próżni kosmicznej, jak i w planetarnych kopalniach zdarzały się wypadki. Raz widział, jak jednego z górników wciągnęło do przemysłowej zgniatarki kołowej. Kręcił się i kręcił, a z każdym obrotem było go coraz mniej... i mniej. Straszny widok. Dalece gorszy od tego wzdęciaka, którego znaleźli. Zapach był oczywiście bardziej paskudny, bez dwóch zdań, i to pewnie on tak zadziałał na Gleesona. Eliasowi było łatwiej, bo zmysł powonienia przytępił mu się po tych jego nalewkach. Z dwojga złego lepiej węch niż wzrok.

    Ostrożnie obszedł hyperłóżko, uważając na łuski, rozlane płyny i śliskie fragmenty podłogi. Wewnątrz kapsuły wszystko coraz bardziej układało się w tę samą, brzydką całość. Odbyła się tu jeszcze jedna strzelanina, a może nawet parę, pomijając tę, którą urządził Purcell przy otwarciu włazu. Wyrwy w poszyciu, uszkodzony radiokomunikator i ślady po pociskach dużo mu powiedziały. Oczami wyobraźni nakreślił sobie parę scenariuszy, jak to mogło wyglądać, ale wszystko to były tylko domysły. Fakty były takie, że...
    – Potwierdzam wcześniejsze użycie broni w kapsule – powiedział do magnetofonu, siląc się na rzeczowy ton. – Wskutek tego uszkodzono radiokomunikator, przez co pewnie ani nas nie słyszał, ani nie miał jak odpowiedzieć. Wielce prawdopodobne, że system wysyłał ostatnią wiadomość, która krążyła w logach. Ślady trafień widnieją również na obudowie hyperłóżka i elementach wyposażenia. Najpewniej użyto pocisków o obniżonej penetracji, dostosowanych do użycia wewnątrz kadłuba, co uratowało go przed śmiercią wskutek dekompresji – powiedział rzeczowym tonem, zapisując notatki audio na magnetofonie.

    Oderwał podeszwę od podłogi z mokrym mlaśnięciem i skrzywił się pod maseczką. Nie pomagała prawie wcale, co wiele mówiło o firmowym sprzęcie. We wspomnianej pracy przy zgniatarkach przemysłowych mieli maseczki z filtrami, które całkiem nieźle tłumiły fetor zgniatanych odpadków. Ten szmelc nawet tego nie potrafił. Crowe miał tylko nadzieję, że działają w nim filtry bakteryjne i wirusowe. Co prawda wytłumaczył już Gleesonowi, że jeśli coś by tu było, już mieliby przesrane, ale mimo wszystko czułby się pewniej z taką ochroną. No cóż, wychodziło na to, że był pieprzonym hipokrytą.

    Zrobił jeszcze krok i zachwiał się od nagłego bólu w klatce piersiowej. Bolało, jakby ktoś wraził w niego klin, wbił go prosto pod mostek i powoli obracał, wywołując nowe fale bólu. Elias zgiął się odruchowo, łapiąc powietrze przez maseczkę. Oddech świszczał mu w ustach.
    – Kurwa... – wychrypiał.
    Przyłożył dłoń do splotu słonecznego, chociaż wiedział, że ten gest nie naprawi absolutnie niczego. Oczy zaszły mu łzami. Przez kilka sekund kapsuła, trup, smród i cały pieprzony świat skurczyły się do jednego punktu bólu pod żebrami.
    Odczekał. Jeden oddech. Drugi. Trzeci. Ból nie zniknął, ale zelżał na tyle, że wróciła mu jasność umysłu. Oparł się ostrożnie o obudowę hyperłóżka. Jak nic złapał jakieś świństwo na ostatniej planecie. Może bakteryjne zakażenie płuc? Chuj wie. Mógł nie odkładać tej wizyty w ambulatorium. Będzie trzeba dać się zbadać Adamowi. Ciarki przebiegły go na samą myśl, że android będzie go badał. Nie miał wątpliwości, że jeśli coś będzie nie tak, wsadzą go do puszki na spanie. Nie do końca miał na to ochotę, póki nie dowie się, co tu jest grane.

    Pochylony, z oczami jeszcze mokrymi od bólu, zauważył coś wciśniętego pod dolną obudowę hyperłóżka. Ciemny, płaski przedmiot. Przesunął znalezisko czubkiem buta, wyciągając je spod metalowej krawędzi. Potem schylił się powoli, sycząc przez zęby, i podniósł przedmiot w dwóch palcach rękawiczki. Karta kodowa. Logo wytłoczone na oprawie było małe i dyskretne, ale od razu wiedział, co to. Weyland-Yutani. Przez kilka sekund prawie się nie poruszał, patrząc tępo w kartę.
    – No proszę – powiedział cicho. – A ja przez chwilę myślałem, że przynajmniej w tej sprawie nie maczali swojego korporacyjnego kutasa.

    text alternatywny

    Rozejrzał się, ale gdy stwierdził, że nie jest akurat pod niczyją obserwacją, uspokoił się. W jego umyśle szybko zapadła decyzja, że na razie zostawi ten fakt dla siebie. Nie zamierzał powiadamiać o znalezisku na otwartym kanale. Nie ufał Opiekunowi i musiał działać ostrożnie na statku, na którym siedziała Delilah le Fey. Do tej pory miał ją za niegroźną, bo ich lot nie miał wiele wspólnego ze sprawami firmy, a przynajmniej nie było w tej wyprawie żadnego punktu odniesienia, który mógłby ją zainteresować, a ich wplątać w kabałę. Ale ta misja ratunkowa, trup i karta... Nie, to zaczynało śmierdzieć. Z całej załogi najbardziej ufał kapitanowi i stwierdził, że o tym konkretnym znalezisku poinformuje go dyskretnie, na osobności. Wsunął kartę do osobnego woreczka na próbki i szczelnie go zamknął. Miał zamiar odnotować znalezisko w komentarzu audio, ale się powstrzymał. Może miał paranoję, ale nie wiedział, do czego Opiekun miał dostęp. Przez chwilę patrzył na woreczek.
    – Tyle w kwestii zwykłej misji ratunkowej.

    Dopiero potem przesunął się do modułu komunikacyjnego. Skoro radiokomunikator był uszkodzony, a pod hyperłóżkiem leżała karta Weyland-Yutani, logi nagle stały się dużo cenniejsze niż wcześniej. Jeszcze raz podpiął narzędzie diagnostyczne do panelu. Stary sprzęt kliknął posłusznie, a ekran zamrugał zielenią. Trochę bardziej interesował go stan radiokomunikatora przed uszkodzeniem i log zamknięcia kapsuły, ale tak naprawdę chciał sprawdzić, czy znajdzie tam jakieś odniesienia do Weyland-Yutani i cargo specjalnego. Jeśli trafi na zakodowane pliki, zamierzał je zgrać. Karta, którą przekaże kapitanowi, mogła mieć szerokie zastosowanie. Kto wie? Może zaoszczędzi im to kłopotów?

    Rozgrywka

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias nie spieszył się z odpowiedzią na wezwanie na mostek bardziej, niż musiał. Nie dlatego, że lekceważył kapitana. Po prostu ciągle nachodziły go myśli o tym, jak bardzo nie podoba mu się ta sytuacja. Był starszym naukowcem w zawodzie dla ludzi, którzy powinni z wyprzedzeniem planować swoją emeryturę. Trzeba było przestać latać parę lat temu. A teraz te coraz częstsze bóle w klatce piersiowej trochę go osłabiły. Ból zelżał, ale nie zniknął całkiem. Czaił się pod mostkiem, tępy i uparty, jak źle dokręcona śruba, którą trudno poprawić. Szedł więc wolniej niż zwykle, z twarzą trochę bardziej bladą niż na co dzień. Jego dłoń od czasu do czasu przesuwała się po piersi w geście, który można było pomylić z poprawianiem ubrania. W rzeczywistości jednak rozmasowywał bolący punkt.

    Kiedy wszedł na mostek, od razu wyczuł atmosferę. Ludzie mają jakąś dziwną zdolność wyczuwania napiętej sytuacji, choć nie mówi się o tym często. W każdym razie rozejrzał się szybko. Najbardziej iskrzyło między Holtem a kapitanem Hanniganem, choć bez kontekstu trudno było ocenić, jak bardzo było poważnie. Tylko miny reszty, uciekającej wzrokiem do innych punktów w pomieszczeniu, mogły podpowiedzieć, że całkiem poważnie. Mimo wszystko Elias nie skomentował tego. Nie jego cyrk. Nie jego małpy. Zamiast tego, żeby poczuć się lepiej, sięgnął do swojej piersiówki i pociągnął mały łyk. Smak mocnego alkoholu brzydko wykrzywił mu twarz.

    Kiedy uwaga obecnych przesunęła się z powrotem na ekran Nadii, Elias skinął krótko głową kapitanowi, a potem samej techniczce. Ktoś streścił mu najważniejsze... powiększenie wyrwy w kadłubie, brak typowych śladów po trafieniu, możliwa korozja chemiczna. Podszedł bliżej, opierając jedną dłoń o krawędź konsoli. Nie za mocno. Tak tylko, żeby wyglądało, że odczytuje parametry, a nie że przez sekundę potrzebuje punktu podparcia. Na powiększeniu widniała wyrwa w kadłubie Bleinerta. Crowe zmrużył oczy.
    – Paskudne – mruknął, kręcąc nosem.
    Przez chwilę patrzył na obraz w milczeniu, przesuwając wzrokiem po krawędziach uszkodzenia. Nie do końca się na tym znał, więc trzeba było dać wiarę ocenie Nadii, która przecież brzmiała sensownie.

    – Jeśli pani Volkov ma rację i to faktycznie korozja chemiczna, to nie mówimy o przewróconej bańce z chłodziwem – powiedział w końcu. – Wojskowe kadłuby są testowane na różne sposoby i zabezpieczane substancjami, które powinny wytrzymać praktycznie wszystko – skomentował na tyle, na ile się znał. – Jeśli coś przeżarło się przez poszycie w taki sposób, to musi być jakaś eksperymentalna mieszanka. Możliwe, że coś wymknęło się spod kontroli przy testach? – zaproponował.

    Zamilkł, kiedy kapitan wpisał kod i kazał Opiekunowi odciąć mostek. Uniósł lekko brwi. To było dość radykalne posunięcie i nie do końca zrozumiał, czemu miało służyć. Włazy zatrzasnęły się, światło zamigotało, a czerwone diody kamer zgasły jedna po drugiej. Przez ułamek sekundy Crowe poczuł coś dziwnie podobnego do ulgi, jaką zawsze odczuwał w miejscach pozbawionych form inwigilacji. Słuchał Hannigana bez wtrącania się. Nie za bardzo znał się na prawie kosmicznym, a kapitan to kapitan. Bardzo przemawiał do niego argument o tym, że opuszczony tender wojskowy z ładunkiem może być wart więcej, niż ich portfel kiedykolwiek wcześniej przetrawił. Tak, to mogło pomóc mu w przejściu na emeryturę.

    – Co do wejścia na Bleinerta... – westchnął. – Nie powiem, że marzyłem o takim spacerze po wojskowym grobowcu, ale jak zawsze możecie na mnie liczyć.
    Na moment przyłożył dłoń do piersi, ale zaraz ją opuścił. Na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech.
    – Wiem, że to nie rozkaz, ale chcę iść. Będę waszym kanarkiem w kopalni. Tylko takim starym, wrednym i z własnym analizatorem, ale ostrzegę was w porę. No i jakoś trzeba zasłużyć sobie na ten procent z udziału. No to co, ekipa? – zapytał wesoło, ale nie oczekiwał odpowiedzi.
    Kiedy drzwi mostka ponownie zostały odblokowane, zaczął przygotowywać się do tej eskapady.

    Rozgrywka

  • Sonda | Sesja inspirowana serialem "Stamtąd"
    PiołunP Piołun

    Hej, hej wszystkim!

    Myślę trochę przyszłościowo nad założeniem sesji na forum, która klimatem bazowałaby częściowo na serialu „Stamtąd”. Pomysł chodzi mi po głowie szczególnie po zakończeniu nowego sezonu, bo jestem dużym fanem, a oczekiwanie na dalszy ciąg chętnie umiliłbym sobie czymś w podobnym duchu. Zresztą kiedyś przy zakończeniu podobnych seriali też nosiłem się z podobnym pomysłem.

    Nie chodziłoby jednak o prostą adaptację serialu, tylko raczej o uchwycenie jego klimatu. Chodzi mi głównie o sprawy takie jak zamknięta społeczność nie mogąca opuścić jakiegoś tajemniczego miejsca, miejsce rządzące się dziwnymi zjawiskami i zasadami, tajemnica świata odkrywana kawałek po kawałku, poczucie zagrożenia itd.

    Pomysł miałem kiedyś kiełkujący. Inspiracyjnie blisko byłoby mi do klimatów, które kiedyś chodziły mi po głowie po oglądnięciu „Stranger Things”, „The Society” (nie wiem, czy ktoś zna bo był tylko jeden sezon w 2019 roku), a nawet do czegoś w rodzaju średniowiecznego już „The Lost”. Książkowo fajne było "Wayward Pines". Wszystkie miały coś wspólnego. Jedną większą tajemnice świata lub izolacji (oprócz "Stranger Things" z wyłączeniem ostatnich sezonów, gdzie faktycznie ich izolowało wojsko, choć to oczywiście było mało tajemnicze), ale zaplanowana z góry i możliwa do odkrycia w trakcie sesji. Jednocześnie nie ciągnięta w nieskończoność.

    Na ten moment wyobrażam sobie to jako jedną dłuższą, zamkniętą sesję, pewnie do rozegrania w kilka miesięcy. Strzelając po swoim doświadczeniu, coś w okolicach ośmiu miesięcy wydaje mi się realne, choć wiadomo, zawsze może się przedłużyć.

    System nie jest jeszcze wybrany. Ponieważ dobrze znam Zew Cthulhu, naturalnie jakoś dobieram sobie w głowie pomysły z tej pułki, bo stosunkowo można łatwo wpleść jakiegoś przedwiecznego w coś pokręconego. Była nawet teoria w "Stamtąd" o Królu w Żółci, czyli Hasturze, ale to tylko fanowska teoria. Widzę jednak fajne przełożenie i możliwości. Jednocześnie myślę o czymś w nowoczesnym ujęciu, może lata 80., 90. Nie zamykam się jednak na inne systemy, więc jeśli ktoś zna mechanikę, która dobrze wspierałaby złożenia mojego pomysłu, chętnie posłucham.

    Nie mam też jeszcze zamkniętego miejsca akcji. Serialowo najłatwiej byłoby pójść w Amerykę albo Anglię, ale rozważam też Polskę. Zagranicznie byłoby mi pewnie trochę łatwiej prowadzić pewne tropy i klisze, ale polskie podwórko mogłoby dać sporo własnych smaczków, więc tego nie przekreślam. Dlatego zamiast klasycznej sondy, bo wariantów jest za dużo, chciałbym po prostu zrobić małą burzę mózgów i poznać wasze opinię.

    Interesuje mnie przede wszystkim:

    • czy w ogóle taka sesja byłaby dla Was pożądana?
    • bardziej kręciłby Was klimat lat 80., współczesność, czy może coś dawniejszego?
    • wolelibyście Amerykę, Anglię, Polskę, czy jeszcze inne miejsce akcji?
    • jaki system Waszym zdaniem najlepiej udźwignąłby taki koncept?
    • czy wolicie postacie zwykłych ludzi wrzuconych w sytuację bez wyjścia, czy bohaterów już częściowo przygotowanych na dziwność świata?
    • w jakim wieku miały by być wasze postacie? Raczej zakładam dorosłych, ale pomysł grania dzieciakami też ma swoje plusy.

    Zazwyczaj nie robię takich sond, bo zwykle uważam, że wystarcza mi siła samego pomysłu i jego rozpisanie, ale tutaj wyjątkowo chciałbym wcześniej zobaczyć, czy są jakieś wyraźne zachcianki, trendy albo pomysły, które warto wziąć pod uwagę.

    W każdym razie dajcie znać. Jak będzie zainteresowanie, to zacznę sobie dłubać koncept na przyszłość.

    Sondy

  • AI w ilustratorskiej służbie MG
    PiołunP Piołun

    Osobiście jestem zwolennikiem wykorzystywania generatorów obrazów AI podczas sesji, choć przyznaję, że narzędzia te nie są jeszcze idealne i nie każdemu udaje się za ich pomocą stworzyć atrakcyjną oprawę graficzną. Mówiąc obiektywnie, mnie również nie zawsze to wychodzi. Czy to źle? Nie. Mam nadzieję, że wiele osób dopiero uczy się korzystania z tych narzędzi i z czasem będą one coraz bardziej wzbogacały nasze rozgrywki. Sama jakość generatorów z pewnością również będzie rosła z roku na rok. Znam stanowisko mówiące, że fora tekstowe powinny zostawiać więcej roli wyobraźni, bo później nie da się odwidzieć niektórych wyobrażeń AI, ale nie przeszkadza mi to w warunkach forumowych. Gorzej jeśli książki nagle zaczną mieć więcej obrazków.

    Mam też wrażenie, że praca z AI w formie dialogu i stopniowe nanoszenie poprawek rzeczywiście poprawiają jakość końcowego obrazu, a na dodatek AI rozwija się dzięki temu, więc mamy swój wkład w wychowywanie tego potworka. Czasem obserwuję różne sesje na forum i w niektórych wątkach naprawdę grafiki są świetne. Moje ulubione arty na forum tworzy obecnie @nami i muszę przyznać, że chętnie widziałbym ich jeszcze więcej!

    Odchodząc o tematu, daje kilka wskazówek ode mnie, a nuż komuś się przydadzą. Nie będę ściemniał, że nie korzystam z płatnych wersji i subskrypcji, bo korzystam. Rozumiem więc, że nie wszyscy będą mogli skorzystać na tych tipach, ale może ktoś?

    Ad 1.
    Przed wygenerowaniem obrazka warto najpierw poprosić AI o przygotowanie właściwego promptu. Możemy własnymi słowami, nawet głosowo, opisać szczegóły, na których nam zależy, a następnie poprosić o przełożenie ich na język odpowiedni dla danego generatora. Jest to więc praca dwuetapowa. AI często lepiej interpretuje prompt, który samo wcześniej uporządkowało. Potrafi również dostosować opis do konkretnego modelu, ponieważ różne generatory odmiennie rozumieją te same polecenia.

    Ad 2.
    Jeżeli ktoś, tak jak ja, korzysta z generatora dostępnego w ChatGPT, warto co jakiś czas ponownie załączać podczas generowania awatary postaci. Z mojego doświadczenia działa to lepiej niż sama komenda, aby postacie na grafice przypominały siebie z wcześniejszych obrazów. ChatGPT z generatorem jest płatny, ale korzystam z niego na tyle często, że subskrypcja mi się opłaca.

    Ad 3.
    Pozostając przy ChatGPT, generator ten dość dokładnie wykonuje instrukcje i zazwyczaj rozumie, co należy poprawić. Niestety często tworzy też charakterystyczny, powtarzalny wzór widoczny na grafikach, najczęściej w postaci ziarnistości albo specyficznej faktury tła. Omijam ten problem, korzystając dodatkowo z Midjourney. Jest to dość droga zabawa, ale przy rocznej subskrypcji można edytować również grafiki, które nie zostały wygenerowane bezpośrednio w Midjourney. Dzięki temu kilkoma kliknięciami da się usunąć niepotrzebne elementy, a funkcja upscale pomaga pozbyć się drażniącej ziarnistości tła obecnej czasem na obrazach z ChatGPT. Czasem też, jeśli liczymy na efekt artystyczny, lepiej po prostu korzystać z Midjourney, który dokładność promptu nadrabia artystycznym podejściem.

    Ad 4.
    Generatory AI to oczywiście narzędzia, w których wyobraźnia liczy się w podobnym stopniu jak podczas pisania. Bardzo ciekawy efekt można uzyskać dzięki komendzie „point of view”, czyli „POV”. Grafika zostaje wtedy wygenerowana z perspektywy oczu postaci. Świetnie sprawdza się to na przykład podczas ilustrowania nowo odnalezionych, ukrytych przedmiotów. Warto również dokładnie określać położenie kamery, czyli punkt widzenia obrazu. Ciekawe rezultaty można uzyskać, prosząc o ujęcie z góry. Czasem dobrze jest też zastosować zbliżenie na istotny detal albo poprosić, aby postać lub przedmiot zostały uchwycone z profilu. Każdy, kto kiedykolwiek zajmował się fotografią albo montażem filmów, prawdopodobnie lepiej rozumie, jak wielkie znaczenie ma perspektywa. Sam przez kilka lat pracowałem jako fotograf ślubny, a wcześniej mocno interesowałem się fotografią. Coś z tego we mnie zostało i zdecydowanie pomaga mi podczas tworzenia promptów. Każda prośba, w której próbujemy komendami ukierunkować naświetlenie, pozycje kamery, określić strukturę kadru... pomaga.

    To tyle ode mnie! Chętnie bym się dowiedział, czy ktoś z was ma jakieś swoje sztuczki do lepszego generowania! W końcu dzielenie się takimi tipami poprawia jakość grafik we wszystkich przygodach, a przynajmniej może to zrobić.

    Dyskusje RPG

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    text alternatywny

    Pierwsze, co wróciło, to smak. Metal, stary plastik i coś słodkawego, chemicznego, jakby ktoś przepłukał mu gardło płynem do konserwacji filtrów. Nie otwierał oczu. Coś mu mówiło, jakiś szósty zmysł, że coś się spierdoliło. Nie wiedział jeszcze co, ale leżenie tak z zamkniętymi powiekami było bez sensu, dlatego zmusił się do otwarcia oczu. Majaczyła nad nim osłona kriogeniczna, mokra od skroplonej pary, pobrużdżona szronem i mdłym światłem kontrolek.

    Przez kilka sekund nie wiedział, czy oddycha sam, czy wspomaga go jeszcze aparatura komory, ale w końcu jego płuca się odezwały. Zakaszlał głęboko i brzydko, wypluwając brunatny płyn konserwujący jego krtań podczas głębokiego snu, który zawsze schodził w pierwszej kolejności. Nie było to zwykłe chrząknięcie po śnie, jakie mieli inni, tylko coś bardziej jak próba spuszczenia oleju z rzężącego silnika. Tak to jest, jeśli próbujesz połączyć tkankę ze wszczepami. Zawsze za coś płacisz. Crowe zgiął się w pasach, zacisnął palce na krawędzi kapsuły i przeczekał falę bólu z twarzą skrzywioną bardziej z irytacji niż strachu. Syntezator w krtani zaskoczył po chwili cichym, paskudnym trzaskiem, jak stary głośnik, który ktoś kopnął dla zachęty. Podobno tak Rosjanie naprawiali cały swój kosmiczny sprzęt. Patrzył, jak czasem robi to Siergiej i musiał przyznać, że była to cholernie dobra metoda.

    – Żyję – wychrypiał do nikogo konkretnego. – Dalej żyję. Niewiarygodne.
    Odpiął pasy drżącymi palcami. W głowie miał watę, w ustach syf, a w mięśniach czuł tę charakterystyczną pustkę po długim czasie nieużywania. Usiadł za szybko i natychmiast tego pożałował. Świat przechylił się o kilka stopni, choć szybko wrócił na właściwe miejsce. Naukowiec oparł łokcie na kolanach i oddychał chwilę przez nos, krótko, oszczędnie, próbując zebrać się do kupy.

    Powietrze było zimne. Za zimne. To od razu zapaliło kontrolki w jego umyśle. Raptownie nabrał sił. Oblizał spierzchnięte usta i wziął głęboki wdech, by przeanalizować sprawę. Powietrze było wilgotne od odparowującego chłodziwa, z cienką nutą ozonu i rozgrzanej elektroniki. Pod spodem czuł jeszcze coś. Nie zapach, nie do końca. Raczej brak właściwej woni, do której przywykł. Filtry dopiero wchodziły na roboczy cykl, przepływ nie był jeszcze równy. Zamruczał z zadowolenia. Z Kardashian było wszystko w porządku. Jego kotka budziła się po prostu jak stary palacz po źle przespanej nocy.

    Crowe uniósł wzrok na Adama. Android stał między kapsułami w tym swoim nieskazitelnie czystym wdzianku, którego Crowe tak nie lubił. Przypominał mu o tym, jaki sam kiedyś był. Teraz dbanie o takie detale było zbyt uciążliwe. Syntetyk wyróżniał się na tle załogi jak księżniczka w burdelu, ale może to i lepiej. Nie lubił tych modeli, którym zbyt dobrze wychodziło naśladowanie ludzi. Adam mówił coś o stabilnym tętnie, saturacji, która była w normie, i braku objawów odrzutu neurologicznego. Elias parsknął cicho, co natychmiast zmieniło się w kolejny kaszel. Cholerne androidy.

    – Saturacja w normie – powtórzył pod nosem. – Masz chyba zepsuty ten komputerek. W moim ciele nic od dawna nie jest w normie – rzucił i przypomniał sobie ból w klatce piersiowej przed wylotem.
    Obiecał, że zrobi pełną diagnostykę. No to chyba będzie trzeba przełożyć wizytę o parę lat. Westchnął i zmarszczył brwi, gdy spojrzał na wyświetlacz przy kapsule.

    15.08.2183.

    Czyli jednak przeczucie go nie zawiodło. Coś się spierdoliło. Przez chwilę tylko tępo patrzył na cyfry. Twarz miał jeszcze zbyt martwą po hypersnie, żeby pozwolić sobie na luksus ekspresji. Mimo wszystko jedno oko, to naturalne, zwęziło się lekko. Drugie odpowiedziało cichym kliknięciem diagnostycznej nakładki. Za wcześnie. Oczywiście, że za wcześnie.

    Wokół ludzie dochodzili do siebie po swojemu. Biedna Delilah chyba wstała lewą nogą i się tym przejęła, ale nie wyglądało na to, żeby ktoś ją oceniał. Sam miał to gdzieś. Zbyt źle się czuł, by oceniać innych. Davy, ich ranny ptaszek, jak zwykle ćwierkał wesoło. Elias nie do końca rozumiał tego człowieka, ale doceniał dobry humor u ludzi. Dobrze równoważył jego fatalizm. Wydało mu się, że po twarzy Siergieja przemknął grymas strachu. Normalne. Sam miał coś podobnego, gdy jego wszczepy nie załączały się na czas. Na resztę nie spojrzał. Było już wiadomo, że to nie standardowe, łagodne wybudzenie, więc wszyscy będą czuli się jak gówno w słoiku, którym ktoś raptownie wstrząsnął. Coś się stało i wiedział, że kapitan za chwilę wyłoży im sprawę. Nie pomylił się. Hannigan dał im znać, że odebrali sygnał S.O.S.

    Elias powoli przetarł twarz dłonią. Skóra pod palcami była zimna i lepka. Bardzo chciał teraz zapalić, choć to jeszcze nie była ta pora. Jeszcze bardziej chciał łyku z piersiówki. Obie te rzeczy były nieprofesjonalne i prawdopodobnie zabronione po przebudzeniu, ale miał to w dupie. Gdy tylko wejdzie do swojej kajuty, zrobi sobie konkretnego drinka.

    – Fajnie – mruknął. – Świetnie. Czyli co? Ktoś będzie musiał tam zajrzeć. I oczywiście tym kimś będziemy my? Dla jasności, firma zapłaci nam za nadgodziny? – zapytał, ale nie miał wielkich nadziei.

    Zsunął nogi na podłogę. Kolana ugięły się pod nim tak, że żeby się nie przewrócić, musiał się przytrzymać. Odezwała się stara rana. Przeczekał pierwszy zawrót głowy, potem sięgnął do schowka po swój przybrudzony kitel terenowy. Narzucił go na siebie powoli, sprawdzając po kieszeniach znajome kształty: fiolki, paski testowe, marker, mały próbnik, zapasowe uszczelki, porysowany analizator. Metal piersiówki stuknął cicho o obudowę kieszeni. Ten dźwięk uspokoił go bardziej, niż powinien.

    Kiedy Adam wspomniał o możliwym skażonym personelu i procedurach medycznych, Crowe podniósł głowę.
    – Adam – odezwał się zachrypniętym, nierównym głosem. – Jak będziesz szykował medyczną, odłóż mi pełny odczyt atmosfery z ostatnich sześciu godzin. Pomieszczenie z komorami, mesa, mostek, główne kanały. Nie interesuje mnie, czy system mówi, że jest w porządku. Jestem starej daty i muszę wszystko sprawdzić sam – wyłożył, choć podobne prośby nie były nowością.

    Nie czekał na odpowiedź dłużej, niż musiał. Podniósł z dna kapsuły niewielki analizator, potrząsnął nim raz, jakby budził wkurwione, agresywne zwierzątko, i spojrzał na jego ekran. Urządzenie zamrugało, pokazało błąd kalibracji, potem niechętnie wróciło do życia.
    – No już, skurwysynu – mruknął do niego ciszej. – Działaj, kupo gówna – rzucił i walnął dłonią w sprzęt.
    Ekran zamrugał i załadował się. A jednak te ruskie metody działały.

    Crowe ruszył w stronę wyjścia wolniej niż reszta, ale nie zniżył się do tego, by prosić kogokolwiek o pomoc. Przy grodzi zatrzymał się jeszcze na moment i obejrzał za siebie. Wyglądało na to, że drużyna w miarę dobrze przeżyła wcześniejsze wyciągnięcie z lodówki. Miło się pracuje z profesjonalistami.
    – Trzydzieści minut – powiedział do siebie. – Dobrze. W sam raz, żeby dowiedzieć się, czym tam teraz oddychamy i walnąć sobie na jedną i drugą nóżkę.
    Wsunął analizator do kieszeni, poprawił kołnierz kitla i poszedł się doprowadzić do stanu, który przy odrobinie złej woli dało się nazwać używalnym.

    Rozgrywka

  • [Warhammer 2ed.] Popiół i Śnieg - Rekrutacja
    PiołunP Piołun

    @Dhratlach napisał w [Warhammer 2ed.] Popiół i Śnieg - Rekrutacja:

    Czy wykup zdolności/umiejętności w wersji "albo" możemy stosować w trakcie tworzenia postaci, czy tak jak pamiętam podręcznik, czyli po skompletowaniu?

    Można po skompletowaniu. To zasada opcjonalna, ale ja również nauczyłem się o niej myśleć jak o podstawowej. W przypadku pierwszej profesji gdzie zaczyna się z kompletem, można wykupywać na etapie tworzenia postaci za PD, które przyznałem (nie trzeba u mnie wpierw rozwinąć cech do końca. Ważne by na następnych profesjach przed wykupieniem zdolności/umiejętności z kategorii "albo", inne były już wykupione). Osobiście nie uważam by drastycznie zaburzało to równowagę.

    Co do pytania o kontynuacje, to jest jak przytoczono. Jeśli wszyscy będziemy się dobrze bawić, nie wykluczam, że nie skończymy na jednostrzale tylko pójdziemy dalej.

    Z góry chciałem też przeprosić za opóźnienia w odpowiadaniu na wasze pytania tutaj czy na PW. Do niedzieli jestem na wyjeździe i nie mam dostępu do komputera, a odpowiadanie z komórki to przeprawa.

    Archiwum warhammer 2ed

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias zatrzymał się natychmiast, gdy Holt uniósł dłoń. Nie próbował przekrzykiwać Gleesona, ani dorzucać własnych domysłów. Znał mechanizmy, które rządziły grupą w obliczu zagrożenia. Każdy chciał coś powiedzieć, choć właśnie wtedy należało się zamknąć i spróbować usłyszeć to, co wychwycił Joshua. Na tym więc się skupił.

    Spojrzał na wskazania analizatora. Ciśnienie, skład atmosfery, obecność lotnych substancji i pyłów. Potem przesunął wzrok na plan ewakuacyjny, próbując dopasować położenie grupy do sąsiednich przedziałów i biegnących w ścianach instalacji. Jeśli po bokach nie było żadnych korytarzy, dźwięk mógł dochodzić z szybu, a szyby wentylacyjne były jego działką.

    – Jeśli to pracująca pompa albo zawór, analizator powinien wychwycić zmianę ciśnienia albo przepływu – powiedział cicho przez radio. – Dajcie temu cacku chwilę. Zaraz się dowiemy.
    Uniósł detektor i skierował go w stronę wskazaną przez Gleesona, ale nie ruszył się z miejsca.

    Rozgrywka

  • [Warhammer 2ed.] Popiół i Śnieg - Rekrutacja
    PiołunP Piołun

    Nie ma chyba co czekać do północy. Do sesji dostają się:

    @dhratlach jako Heinrich "Heinz" Kraus, człowiek, hiena cmentarna.
    @wired jako Tomasimo Ashfield, niziołek, żołnierz Hochlandu.
    @mortarel jako Pieter Falk, człowiek, przepatrywacz.
    @zell jako Moriz Richter, człowiek, banita.

    Bardzo dziękuję @marika ; @cygan oraz @nanatar za zgłoszenia. KP wszystkich uczestników były wykonane na świetnym poziomie, ale nie mogłem przyjąć wszystkich. Mam nadzieje, że przetniemy się niebawem w innych sesjach. Nauczony moimi sesjami, gdzie uległem pokusie przyjęcia większej ilości graczy, co źle się dla mnie kończyło, postanowiłem, że przyjmę taką ilość graczy, którym uczciwie mogę poświęcić uwagę. Muszę jednocześnie przyznać, że bardzo kusiło mnie przyjęcie jeszcze jednego gracza, a wybór ostatecznego składu był dla mnie wyjątkowo trudny.

    Chciałem podziękować za duże zainteresowanie sesją.

    No a teraz muszę porozkminiać jak się urządzić w nowym wątku na forum. Już wiem jednak na pewno, że chciałbym prosić swoich nowych graczy, by nie wrzucali grafik swoich postaci do panelu jak będziemy go już mieli. Sam się tym zajmę i wprowadzę swój estetyczny terroryzm 🙂

    Administracje proszę o przeniesienie wątku do archiwum.

    Archiwum warhammer 2ed

  • Gry, które wciągnęły was bez reszty
    PiołunP Piołun

    Pewnie każdemu z was zdarza się czasem, choć może rzadziej niż kiedyś, trafić na grę, która pochłania fabułą do tego stopnia, że po pracy człowiek tylko czeka, aż będzie mógł odpalić komputer albo konsolę i wrócić do jej świata. W erze gier multiplayer zdarza się to chyba coraz rzadziej, ale nadal trafiają się prawdziwe perełki. Czasem łatwo je zauważyć, a czasem giną gdzieś pod natłokiem premier, reklam itd. Nie każdy ma też czas, żeby regularnie czytać recenzje, przeglądać zestawienia i testować dziesiątki gier na własną rękę. Tak sobie więc pomyślałem, że założę temat. Jesteśmy raczej grupką ludzi nastawionych na dive in fabularny i wasza opinia ma pewnie dalece większe znaczenie, niż recenzenta, który odnajduje frajdę gry z innych powodów, np. dlatego, że dobrze się klika.

    Jeżeli traficie na grę, która naprawdę mocno angażuje fabularnie, chętnie się o niej dowiem. Nie chodzi mi koniecznie o mechanikę, bo świetne gry zręcznościowe również mają swoje miejsce, ale umówmy się, że głębokie zanurzenie w opowieści potrafi być znacznie bardziej wyjątkowym przeżyciem. Przynajmniej przyjmijmy takie założenie na potrzeby tego tematu.

    Szukam przede wszystkim gier, które wzruszają, wstrząsają, pobudzają wyobraźnię albo wywołują ten specyficzny moment, kiedy człowiek czuje, że to jest to. Dla każdego będzie to oczywiście coś innego, ale właśnie dlatego warto wymieniać się takimi odkryciami.

    Sam zacznę od może trochę mniej oczywistej pozycji. Około pięciu lat temu trafiłem na The Life and Suffering of Sir Brante, które okazało się naprawdę ciekawym doświadczeniem. Niedawno dowiedziałem się, że twórcy przygotowali nową pozycje, The Life and Suffering of Prince Jerian i nie mogę się doczekać, aż się za nią zabiorę. Kiedy ją ukończę, dam znać, czy warto.

    To oczywiście dość skromny przykład, bo mówimy o grze tekstowej z elementami dwuwymiarowych grafik stylizowanych na ilustracje wykonane tuszem. Z drugiej strony mamy wielkie produkcje, takie jak Baldur’s Gate 3, Until Dawn, The Last of Us, Divinity: Original Sin czy Pillars of Eternity, które podbiły serca graczy. Na takie tytuły łatwiej trafić, ale w sumie nie wiem. Może kogoś akurat ominęły te perełki? Nie ważne. Krótko mówiąc. Dawajcie znać, kiedy jakaś gra naprawdę zrobi na was ogromne wrażenie. Jestem obecnie na takim etapie życia, że mam coraz mniej czasu na samodzielne poszukiwania, dlatego bardzo docenię każdą solidną polecajkę. Być może przyda się ona nie tylko mnie, ale też innym osobom zaglądającym do tego tematu.

    Wklejam wam też trailer do gry o której mówiłem, czyli The Life and Suffering of Prince Jerian. Może akurat kogoś zainteresuje.

    Hydepark

  • Popiół i Śnieg
    PiołunP Piołun

    text alternatywny

    Drzwi karczmy otworzyły się z hukiem, wpuszczając do środka podmuch śniegu, mrozu i zmierzchu. Na chwilę płomień w palenisku przygiął się nisko, rozmowy urwały się w pół słowa, a spojrzenia powędrowały ku progu, gdzie właśnie wtoczyło się dwóch ludzi wyrwanych szponom zamieci. Pierwszy wspierał drugiego ciężarem ramienia. Wysoki, okryty śniegiem, z kapeluszem zsuniętym nisko na oczy i płaszczem sztywnym od lodu. Drugi chwiał się ledwie przytomny, w zimowych szatach pociemniałych od krwi.

    Przez kilka uderzeń serca nikt nie rozumiał jeszcze, kto naprawdę wszedł do izby, ale trwało to doprawdy krótką chwilę. Gdy śnieg zaczął topnieć na płaszczu przybysza, odsłaniając skórzane pasy, dobrze utrzymaną broń, święte symbole i ponure znaki urzędu, ludzie zaczęli cofać wzrok i z niezwykłą intensywnością wpatrywać się w swoje kufle, jakby te były najciekawszą rzeczą na świecie. Do karczmy wszedł Łowca Czarownic z rannym kapłanem Sigmara, a takie wejścia rzadko poprzedzały cokolwiek dobrego.

    – Zajmuję ten stół – oznajmił. Nie była to prośba, ani nawet rozkaz wypowiedziany z gniewem. Głos przybysza zabrzmiał cicho, płasko i spokojnie, ale może właśnie dlatego zadziałał tak dobrze. Mężczyźni siedzący przy ławie obok tej, przy której od tygodnia trwała czwórka wędrowców, podnieśli się niemal odruchowo. Nikt nie próbował oponować. Łowca Czarownic poświęcił ułamek chwili, by zlustrować, kto siedzi przy stole obok tego, na którym miał zamiar łatać swojego towarzysza. Kogo zobaczył?

    text alternatywny

    Przy sąsiednim stole siedział rudowłosy młodzik o żylastej posturze i twarzy nazbyt poważnej jak na swój wiek. Milczał przy kubku, w praktycznym, znoszonym stroju podróżnym, który dawno przestał wyglądać porządnie, ale wciąż spełniał swoje zadanie. Obok niego trwał wychudzony człowiek lasu, schowany pod ciężkim, ciemnym kapturem, z oczami zmęczonymi, czujnymi i przywykłymi do wypatrywania śladów wśród leśnych ostępów. Nieco z boku siedział milczący wędrowiec o pociągłej, zszarzałej twarzy, poruszający spojrzeniem oszczędnie, lecz uważnie, częściej ku drzwiom, oknom i cieniom niż ku ludziom. Czwarty był niziołkiem w zieleni Hochlandu, z zadbanym wąsem, wojskowym sznytem i kapeluszem, który dodawał mu zarówno wzrostu, jak i polotu. U jego nóg leżało potężne psisko z Kisleva, spokojne tylko pozornie, z łbem wspartym na łapach i jednym okiem uchylonym na tyle, by mieć baczenie na to, co dzieje się wokół jego pana.

    Łowca Czarownic położył kapłana na sąsiednim stole obok tej czwórki. Ci, którzy tam siedzieli, podnieśli się niemal natychmiast. Dwóch było traperami, sądząc po futrach, łukach opartych o ścianę i przykrej woni dymu leśnych ognisk, która nawet w karczemnym zaduchu trzymała się ich ubrań. Trzeci był zwyczajnym miejscowym pijaczyną, człowiekiem o czerwonych oczach i zapadłych policzkach, których nabawił się od taniego piwa i przesiadywania w spelunach takich jak ta. Jeszcze przed chwilą bełkotał coś, zmroczony alkoholem, ale gdy zrozumiał, kto stoi nad nim w mokrym płaszczu i kapeluszu z szerokim rondem, rychło otrzeźwiał, i to lepiej niż po kuble lodowatej wody. Jeden z traperów uniósł ręce, pokazując puste dłonie. Drugi zgarnął z blatu swój nóż, kawałek sera i skórzaną rękawicę, którą zostawił przy kuflu. Nie zrobili tego z oburzeniem. Nie było w tym nawet gniewu. Był tylko stary, dobrze znany odruch ludzi Imperium, którzy przez całe życie uczyli się, że pewnym jej dygnitarzom lepiej ustępować z drogi.

    Karczmarz nagle ożył. Dopiero gdy złożono ciało kapłana na jednym z jego stołów, odzyskał władzę nad własnym ciałem. Stał za kontuarem z szeroko otwartymi oczami, grubymi palcami wciąż zaciśniętymi na cynowym kuflu wypełnionym piwem, który właśnie miał komuś zanieść. Nazywał się Bernolt Gruber, choć większość stałych bywalców mówiła do niego po prostu Gruber albo jeszcze prościej, Gruby. Był człowiekiem ciężkim, miał ogorzałą twarz, a brzuch opinał mu poplamiony fartuch. Słynął z tubalnego głosu, którym zwykł opierdalać wszelkie mendy, ekhmm... to znaczy klientów, w każdym rogu swojej karczmy. Teraz jednak ten głos, gdy wreszcie się wydobył, miał w sobie niepodobną do niego, piskliwą nutę.

    – Gerolt! – ryknął w stronę zaplecza. – Rudi! Ruszcie się, przeklęte lenie!
    Z kuchni dobiegł brzęk naczynia, po nim kobiecy głos, gniewny i zdławiony, a potem zza kotary wysunął się człowiek zbudowany jak belka nośna. Gerolt, karczemny wykidajło, miał jedną brew przeciętą starą blizną i dłonie tak duże, że kufel wyglądał w nich jak cebrzyk dla dziecka. Za nim pojawił się młodszy chłopak, chudy, piegowaty, z rękami mokrymi od pary i łupin cebuli. Obaj zatrzymali się na widok przybyszy, lecz Gruber już wskazywał im ławę i rannego.
    – Do izby z tą ławą i kapłanem na niej. Weźcie ten pokój przy składziku. Jest pusty od wczoraj. Tylko ostrożnie, na młot Sigmara, ostrożnie. Greta! – wydarł się znów, tym razem w stronę kuchni. – Gorącej wody, czystych płócien i bimbru. Tego z dolnej półki, nie tego, co leję parobkom.
    Kobieta w kuchni odpowiedziała mu słowami, których żaden kapłan nie powinien był słyszeć, nawet ranny i nieprzytomny. W innych okolicznościach ktoś by się zaśmiał. Tego wieczoru nikt się jednak nie zaśmiał.

    Kapłan został złożony na ławie z należytą ostrożnością i czcią. Łowca musiał wielce szanować tego człowieka. Głowa sługi Sigmara opadła mu na bok, odsłaniając bladą szyję, zaschnięte plamy krwi na kołnierzu i ciemne linie sakralnych tatuaży, które znikały pod rozciętą tkaniną. Amulet z małym srebrnym młotem zsunął się z jego piersi i powoli tonął w kałuży krwi wzbierającej na deskach ławy. Ciepło izby musiało uwolnić to, co mróz zdążył na chwilę zatamować. Jego pancerz, prosty, ale solidny, zdobiły zalakowane pieczęcie przytrzymujące skrawki pergaminu ze świętej księgi Acta Sigmari, żywota Sigmara Młotodzierżcy spisanego w klasycznej mowie. Wszystkie bez wyjątku były ubłocone, popękane i pociemniałe od wilgoci. Mężczyzna poruszył ustami. Może się modlił. Może przeklinał. A może tylko próbował złapać oddech, co w tej chwili samo w sobie musiało stanowić niemały wyczyn.

    Pomocnicy karczmarza nie próbowali zdejmować kapłana z ławy. Byłoby to głupie i mogłoby tylko pogorszyć stan rannego. Zamiast tego Gerolt chwycił jeden koniec ciężkiego mebla, Rudi drugi, zerkając nerwowo na krew sączącą się między deskami i na bladą twarz rannego, która przy każdym poruszeniu stawała się jeszcze bledsza. Łowca Czarownic ruszył pierwszy. Otworzył przed nimi drzwi do izby, przytrzymując je ramieniem. Dopiero wówczas zauważył, że młodszy pomocnik nie radzi sobie z ciężarem. Rudi zacisnął zęby, ale ręce drżały mu coraz bardziej, a ława przechyliła się niebezpiecznie, zmuszając kapłana do cichego, zduszonego jęku.

    Łowca po prostu przesunął się bez słowa, odtrącił chłopaka barkiem na tyle stanowczo, by ten zrozumiał, że ma zejść z drogi, i sam przejął ten koniec ławy. Jego dłonie, wciąż ciemne od krwi, zacisnęły się na drewnie. Dopiero wtedy ruszyli dalej, powoli, ostrożnie, krok po kroku, niosąc rannego w głąb gospody, do wydzielonej izby. Drzwi zamknęły się za nimi z hukiem.

    Ludzie w sali głównej zaczęli nieśmiało podnosić wzrok i spoglądać po sobie z niepokojem. Nastrój zmienił się niepomiernie. Zmieniła się sama izba, choć przecież wciąż była tą samą niską, duszną komorą, z tym samym czarnym od sadzy stropem i tymi samymi oknami, za którymi śnieżyca tarła pazurami o szkło. A jednak coś niewidzialnego zawisło w powietrzu, cięższe od dymu i zimniejsze od chłodu na zewnątrz.

    Ludzie nie lubili Łowców Czarownic. Nie była to nienawiść, o której mówiło się głośno, bo nikt rozsądny nie obdarzał takich ludzi jawną niechęcią. Był to raczej stary, głęboko schowany lęk, którego mieszkańcy Imperium wyuczyli się na rynkach większych miasteczek, przy szubienicach, katowskich pniach i stosach, które płonęły jasno nawet w deszczowe dni. Niemal każdy widział kiedyś proces albo dwa. Widział ludzi prowadzonych z workiem na głowie, słyszał odczytywane win, których nie rozumiał, patrzył na sąsiadów, krewnych albo znajomych z jarmarku, gdy znikali w świętym ogniu, krwi i dymie. Sprawiedliwość Sigmara bywała szkarłatna, a dowody zła często należały do tych rzeczy, których prosty człowiek nie miał prawa oglądać ani pojmować. Często nie przedstawiano nawet żadnych i na słowo trzeba było uwierzyć świętym mężom w kapeluszach z szerokim rondem.

    Dlatego trudno było dziwić się bywalcom karczmy, że ścisnęli się na ławach nieco mocniej, jakby chcieli stać się mniejsi i mniej godni zauważenia. Rozmowy przygasły do szeptów, a potem i szepty umarły, zostawiając tylko trzask ognia i jęk wiatru za oknem.

    Minęło dobrych kilka minut, nim ludzie spróbowali wrócić do wcześniejszych czynności. Pierwszy poruszył się Gruber. Stał dotąd za kontuarem, wpatrzony otępiale w zamknięte drzwi izby. W końcu oprzytomniał, zamrugał ciężko i ruszył z kuflem piwa do jednego ze stołów. Postawił go przed przypadkowym człowiekiem, bo za nic w świecie nie pamiętał już, komu właściwie miał go zanieść. Obdarowany nie protestował. W takich czasach darmowe piwo było jednym z niewielu cudów, których nie należało kwestionować.

    Dopiero po tym sala powoli zaczęła odzyskiwać ruch. Ktoś znów ujął karty w palce, choć przez chwilę patrzył na nie tak, jakby zapomniał zasad gry. Ktoś przysunął kufel bliżej ust, ktoś nałożył sobie potrawki na talerz. Rozmowy wróciły przyciszone, ostrożne, pełne spojrzeń rzucanych ku drzwiom izby i ku wejściu, przez które wdarła się śnieżyca. Temat Łowcy Czarownic wyrósł na językach ciżby szybko i nieuniknienie, jak pleśń na wilgotnym chlebie.

    Najpierw odezwał się człowiek siedzący przy oknie, chudy handlarz z nosem czerwonym od mrozu, twierdząc, że na trakcie do Carroburga widział, jak łowcy spalili kobietę, bo urodziła dziecko z błoną między palcami. Potem ktoś inny przypomniał historię młynarza, którego powieszono przed jego domem za to, że ponoć skrzydła jego młyna obracały się nawet w bezwietrzne noce. I to w przeciwną stronę. Zaraz po nim starszy woźnica nachylił się nad stołem i opowiedział o psiarczyku z jednego z folwarków, zastrzelonym za karmienie psów spaczonym mięsem. Bestiom miały potem ponoć wyrosnąć skrzydła, skórzaste i mokre jak u nietoperzy, choć przyznał, że nie widział tego na własne oczy, tylko słyszał od kogoś, kto słyszał od kogoś innego. Każda opowieść była cichsza od poprzedniej, ale nie mniej ciężka. Zrobiło się paskudnie. Gadanie po próżnicy miał już przerwać sam karczmarz, przypominając co głośniejszym, że chyba im życie niemiłe, gdy z pomieszczenia, w którym zamknął się Łowca Czarownic, wyszedł Gerolt.

    Wykidajło zamknął drzwi ostrożnie, z nietypową dla siebie delikatnością. Przez chwilę stał przy nich z szeroką dłonią opartą na klamce, a twarz miał bledszą niż zwykle. Potem podszedł do Grubera, który właśnie wrócił za kontuar, i pochylił się ku niemu. Nie był jednak człowiekiem stworzonym do szeptów. Jego głos, nawet zduszony, poniósł się po izbie wystarczająco wyraźnie.
    – Zwierzoludzie. Zaatakowali ich na trakcie. Może parę godzin stąd – oznajmił tonem, w którym niepokój przykryto zbyt cienką warstwą opanowania.

    Zdanie przecięło gwar tak skutecznie, jak wcześniej uczyniło to wejście Łowcy Czarownic. Gerolt zorientował się za późno. Zacisnął usta, lecz szkoda została już wyrządzona. Gruber chwycił go za rękaw i syknął coś gniewnie, ale ludzie zdążyli usłyszeć dość.
    Zwierzoludzie.
    Nie gobliny, które można było wyobrażać sobie jako zielone, pokraczne stworzenia z kiepskimi łukami. Nie bandyci, których dało się przekupić, zastraszyć albo położyć mieczem, jeśli miało się wprawę i szczęście. Zwierzoludzie należeli do innej kategorii okropieństw. Do tych, o których mówiło się ciszej, zwłaszcza po zmroku. Ci, którzy mieli na zewnątrz konie albo muły, zaczęli naradzać się coraz głośniej, czy nie zaryglować drzwi stodoły, albo czy nie przenieść zwierząt bliżej karczmy, albo czy może przeciwnie, wyprowadzić je za budynek i ukryć od strony lasu. Jakby którekolwiek z tych rozwiązań mogło mieć znaczenie, gdyby z ciemności naprawdę wyszły kreatury Chaosu.

    W powstałym zamieszaniu mało kto zauważył chwilę, w której karczmarz został wezwany do izby z rannym. Właściwie Łowca nawet po niego nie posłał. Drzwi po prostu uchyliły się na tyle, by w szczelinie pojawił się cień, a Gruber zrozumiał. Otarł dłonie o fartuch, choć były suche, i ruszył z miną człowieka, który wolałby właśnie odziedziczyć burdel z chorymi dziwkami i długi zmarłego krewnego, niż udać się na pogawędkę z Łowcą Czarownic. Drzwi zamknęły się za nim z niepokojącym skrzypieniem, a czas w karczmie zgęstniał.

    Gruber zabawił w izbie długo. Gdy wreszcie wyszedł, twarz miał ciemniejszą niż przedtem, a każdy, kto na niego spojrzał, mógł odnieść wrażenie, że karczmarz jest wielce strapiony. Był człowiekiem, który spędził życie na liczeniu. Jego rachunki oscylowały głównie wokół zysków, strat, beczek w piwnicy, garnków w kuchni i ludzi, których należało obsłużyć. Teraz również coś sobie policzył i wynik najwyraźniej bardzo mu się nie spodobał.

    Rozejrzał się po sali, choć w gruncie rzeczy od początku wiedział, do kogo podejdzie. W tej karczmie nie było wielu takich, którzy mogli podołać zadaniu, jakie zamierzał im przedstawić. Ruszył więc ku stołowi, przy którym od tygodnia siedziała trójka ludzi i niziołek w barwach Hochlandu. Przy ostatnich krokach zwolnił nieco, jakby zawahał się jeszcze przez moment, lecz w końcu pochylił się nad nimi i przeszedł do rzeczy.
    – Łowca potrzebuje ludzi, żeby ruszyć dalej – powiedział bez wstępu.
    Jego głos był niższy niż zwykle, pozbawiony karczemnej pewności siebie. Patrzył przede wszystkim na przepatrywacza, ale mówił do całej czwórki. Przez ten tydzień spędzony przy jednej ławie zdążył uznać ich za jedną kompanię, czy rzeczywiście nią byli, czy nie.
    – Musi dotrzeć do Dunkelwaldu.

    Nazwa mieściny padła cicho. Nie zrobiła takiego wrażenia jak „zwierzoludzie”, bo większość obecnych nigdy o niej nie słyszała. Tylko przepatrywacz skinął lekko głową, dając do zrozumienia, że wie, gdzie szukać tego miejsca. Gruber potarł kark i tak czy siak wytłumaczył mniej więcej, co to za miejsce.
    – To sioło. Małe. Nieoznaczone na porządnych mapach, bo i po co komu oznaczać miejsce, gdzie ludzie osiedli chyba tylko po to, żeby odpocząć sobie od innych ludzi i od świata. Parę tuzinów drwali i łowców z rodzinami. Mniej niż setka. To oni prędzej ruszają gdzieś z towarem, niż ktoś fatyguje się do nich. Latem trafiają tam głównie ci, którzy potrafią czytać drogowskazy wyryte na kamieniach przy drodze. Zimą kamieni nie widać. Ścieżki też nie widać. Wszystko zasypał śnieg, więc sam nie trafi. Człek, który miał go prowadzić, zginął w ataku.

    Zmarszczył brwi, próbując wyczytać z ich twarzy, jak zapatrują się na mały spacer przez śnieg. Przez ostatni tydzień wyduszał z nich każdy grosz i był w tym dalece mniej przyjazny. Teraz sprawiał raczej wrażenie człowieka, który ze wszystkich sił pragnie, by ktoś inny przejął jego problem. W jego oczach i postawie odbijał się niepokój ciężki niczym żelazny całun.
    – Zapłaci... – dodał po chwili. – ...i to w złocie, jak twierdzi. A ja dorzucę coś od siebie, jeśli jutro nie będę już miał go pod swoim dachem.
    To ostatnie powiedział ciszej, lecz z większą szczerością niż wszystko wcześniej. Gruber nie wyglądał w tej chwili jak człowiek targujący się o przysługę, ale jak gospodarz, który wyczuł, że pod jego dachem osiadło nieszczęście.
    – Tacy goście źle robią interesom. Widmo spotkania zwierzoludzi może zatrzyma mi tu ciżbę jeszcze na parę dni, ale jeśli szanowny jegomość zbyt długo się zasiedzi, znajdą się i tacy, co spróbują szczęścia na szlaku, byle dalej od niego.
    Nie poprosił ich wprost, ale prośba tkwiła w jego postawie, w palcach zaciśniętych na krawędzi stołu i w spojrzeniu uciekającym raz po raz ku drzwiom izby, za którymi czekał Łowca Czarownic.

    Awanturnicy spojrzeli po sobie. Przez ostatni tydzień ich sakiewki topniały szybciej niż śnieg naniesiony do izby na podeszwach butów. Każdy kolejny wieczór pod dachem, każdy kufel i każda miska gorącej strawy kosztowały krocie, a będzie jeszcze trzeba zapłacić za tę noc. Nie mogli sobie zbytnio pozwolić na to, by ktoś inny zajął się tym problemem. Zresztą mówiono tu o złocie, nie srebrze. Być może chwila niewygody była warta fatygi i ryzyka?

    Zgodnie stwierdzono, że decyzja nie musi przecież zapaść od razu. Co szkodzi wejść i zobaczyć, jak wygląda oferta? Rudowłosy młodzik, człowiek lasu pod ciemnym kapturem, milczący wędrowiec o czujnych oczach i niziołek w zieleni Hochlandu podnieśli się jeden po drugim, a wielki kislevski pies ustawił się przy nodze niziołka. Kilka osób w sali odprowadziło ich wzrokiem. Była w tych spojrzeniach pewna ulga, ale też i pewna doza współczucia.

    Gruber ruszył przodem. Karczemny gwar został za ich plecami, przytłumiony przez wąski korytarzyk prowadzący do izby na parterze. Było tam niżej, chłodniej i ciaśniej. Na ścianach wisiały zapasowe derki, kilka starych narzędzi i wyschnięty wieniec z ziół, który dawno stracił zapach, jeśli kiedykolwiek go miał. Spod drzwi sączyła się cienka smuga bladego światła. Nie miała w sobie nic z ciepła paleniska.

    W środku pachniało krwią, gorącą wodą, alkoholem i mokrym ubraniem. Zapach przypominał ten z pola bitwy, lecz zamknięty był w zdecydowanie zbyt małym pokoju. Kapłan leżał na ławie, którą przykryto kocem i płótnem. Jego szaty zostały rozcięte, odsłaniając opatrzoną ranę biegnącą pod żebrami, paskudną i głęboką. Skóra wokół szycia była sina, gdzieniegdzie czarna od brudu i zakrzepłej krwi. Mężczyzna miał twarz zapadniętą od zmęczenia. Jego policzki ostro zarysowywały się na tle twarzy, a wargi miał spierzchnięte, lecz oddychał.

    Klęczał przy nim Łowca Czarownic. Nie wyglądał już jak ten sam człowiek, który wszedł do karczmy wraz z zawodzeniem wiatru. Bez płaszcza wydawał się młodszy, ale nie przydawało mu to łagodności. Miał niewiele ponad trzydzieści lat, może trzydzieści kilka. Jasne włosy przykleiły mu się od wilgoci do skroni. Twarz miał pociągłą i zmęczoną, lecz niezniszczoną. Była w nim pewna twarda nuta, zahartowana stal i zimno, które nosił jak element zbroi. Jego dłonie były czerwone od krwi, ale poruszały się pewnie. Kończył właśnie nakładać bandaż, owijając płótno ciasno, równo i przede wszystkim... pewnie. Miał w tym wielką wprawę, jakby w poprzednim życiu był felczerem.

    Na stole leżał jego kapelusz: szeroki, ciężki, z piórem nasiąkniętym wodą i szerokim rondem. Na klamrze, która go opinała, widniała żelazna brosza przedstawiająca podwójną kometę. Znak Sigmara. Obok spoczywał pistolet ozdobiony świętymi symbolami, z wytartą drewnianą rękojeścią, oraz miecz, którego pochwa nosiła ślady długiego używania. Pod rozpiętym kaftanem widać było kolczą koszulę i elementy dobrego, solidnego pancerza. Zrazu dało się poznać, że był to pancerz wykonany przez kogoś, kto rozumiał, że stal ma ratować życie, a nie budzić zachwyt.

    Nie odwrócił się od razu, gdy weszła czwórka awanturników. Dokończył bandaż, wsunął koniec płótna pod poprzednią warstwę i dopiero wtedy pochylił głowę nad kapłanem. Jego usta poruszyły się cicho. Nie było pewności, czy wypowiada modlitwę, obietnicę, czy może chodziło jeszcze o coś innego. W bladej poświacie okna, gdzie śnieg osiadał na zewnętrznym parapecie jak popiół na cmentarnych grobach, ten gest miał w sobie osobliwą godność. Łowcy Czarownic rzadko kojarzyli się z miłosierdziem. Ten też nie wydawał się miłosierny. A jednak przez ten jeden moment było jasne, że ranny kapłan nie jest dla niego tylko towarzyszem podróży ani narzędziem misji.

    Kiedy w końcu podniósł wzrok, cisza w izbie nieznacznie stężała. Jego oczy były jasne, chłodne i nieprzyjemnie uważne. Wolno przesunął wzrok po każdym z obecnych, w sposób, który kogoś mniejszego ducha mógł przyprawić o ciarki. Oceniał. Dokładnie lustrował każdy detal, broń, buty, dłonie, twarze, postawę, ślady podróży i inne szczegóły, które ktoś przeszkolony mógł dostrzec w ludzkiej sylwetce. Karczmarz wszedł za czwórką, chcąc upewnić się, że Łowcy niczego nie brakuje. Mężczyzna sięgnął do sakiewki, wyjął dwie złote korony i położył je na stole. Monety zabrzęczały cicho.

    – Dziękuję, Herr Gruber. Oto zapłata za wodę, izbę i pomoc – powiedział. – Teraz proszę wyjść.
    Karczmarz spojrzał na złoto, potem na Łowcę, i szybciutko zwyciężył w nim rozsądek. Zabrał monety, skinął głową z niezgrabną pokorą i zamknął za sobą drzwi. Łowca Czarownic wstał powoli. Był krzepki, wysoki i roztaczał wokół siebie aurę autorytetu. Jego ruchy zdradzały zmęczenie, choć próbował je ukryć. Może od wielu godzin nie spał. Może od paru dni. Mimo to stał prosto, jakby sama myśl o słabości była uchybieniem wobec urzędu, który nosił.

    text alternatywny

    – Klaus Sneider – przedstawił się wreszcie. – Imperialny Łowca Czarownic, zaprzysiężony przez Imperatora Karla Franza, Protektora Imperium.
    Nie zabrzmiało to bynajmniej chełpliwie. Nie potrzebował tego. Tytuł miał być informacją, ale był też ostrzeżeniem, i wszyscy w izbie mogli to zrozumieć. Wskazał rannego krótkim ruchem dłoni.
    – To Leopold Mann, kapłan Sigmara. Człowiek wierny, twardszy niż powinien i, jak widać, jeszcze niegotów stanąć przed Morrem.
    Wypowiedział te słowa oschle, lecz ręka, którą poprawił koc przy ramieniu rannego, nie była ręką człowieka obojętnego. Gest trwał krótko, ale wystarczył, by odsłonić szczelinę w pancerzu surowości. Sneider mógł być fanatykiem, urzędnikiem ognia i stryczka, człowiekiem od wyroków, lecz nie był zrobiony z samego żelaza. A jeśli był, to tej nocy żelazo zdążyło pęknąć w jednym miejscu.
    Sięgnął po szmatę zanurzoną w misce i starł krew z palców. Nie zmyła się całkiem. Wniknęła pod paznokcie, osiadła w załamaniach skóry, jakby chciała zostać tam na dłużej. Sneider patrzył na swoje dłonie przez moment z nieodgadnionym wyrazem twarzy, po czym odłożył szmatę.

    – Nie będę udawał, że sprowadzono was tutaj na czcze pogaduszki – rzekł. – Karczmarz twierdzi, że jest wśród was przepatrywacz znający drogę przez zasypany trakt. A i reszta z was nie pierzchnie, gdy napotkamy pierwsze przeciwności losu. Prawdę mówi?
    Zapytał, a kiedy zadowolił się odpowiedzią, płynnie przeszedł do sedna historii, tłumacząc, gdzie właściwie planuje ich zabrać i co robi w tych stronach.

    – Zostaliśmy wysłani z Zamku Lenkstert, które tymczasowo jest nowym przyczółkiem władzy w okolicy po upadku Wolfenburga – ciągnął po chwili. – Jak zapewne wiecie, kogoś mojego urzędu nie posyła się dla sprawy błahej. Są rzeczy, które można zostawić miejscowym kapłanom, starszyźnie i tak dalej. Ale to, co dzieje się w miejscu, do którego zmierzamy, prawdopodobnie ma związek z siłami Chaosu...
    Zamilkł i pozwolił, by różnica między jednym a drugim wybrzmiała bez dodatkowych objaśnień. Za drzwiami ktoś w sali głównej zaśmiał się nerwowo, po czym natychmiast ucichł. Sneider nawet nie drgnął.

    – Zmierzam do Dunkelwald – powiedział wreszcie. – Mała osada w niedalekiej okolicy. Kilkadziesiąt dusz, które skupiają się na handlu drewnem, skórami i mięsem. Prawdę powiedziawszy, zapomniana wieś, o której nawet mało słyszeli poborcy podatkowi. Jednym słowem zapadła dziura, gdzie psy szczekają dupami.
    Pozwolił sobie na żartobliwą uwagę, która z jego ust brzmiała wcale nieśmiesznie, bo wypowiedział ją z gniewem. Potem podszedł do stołu i oparł na nim dłonie. Drewno skrzypnęło cicho pod naciskiem.
    – Do Lenkstert dotarły jednak niepokojące wieści. Ostatni poborca, który tam zawitał, uciekł w nocy, obawiając się o swoje życie. Mówił, że sioło to jest norą kultystów, jeno przebranych za poczciwych obywateli. Podobno nie zgadzają się także wpisy z księgi narodzeń i zgonów. Poznikało trochę ludzi. Niestety, zanim ktoś z głową na karku zdążył zebrać szersze zeznania, serce stanęło biednemu Emrichowi. A robił w swoim fachu jedynie dziesięć lat, trzeba wam wiedzieć. Zgroza, którą przeżył, musiała zaciążyć jego sercu i duszy.

    W tej chwili jego twarz wydawała się jeszcze bardziej surowa, lecz nie była twarzą człowieka, który czerpie przyjemność z grozy własnych słów. Raczej kogoś, kto znał już zbyt wiele historii zaczynających się w podobny sposób.
    – Mann i ja mieliśmy się tam przejechać i zbadać sprawę. Oddzielić ziarno od plew, głupotę od herezji i tak dalej. Zdarza się, że nawet zgłoszenia przekazywane przez urzędników są, no cóż, pochopne – rzucił, choć raczej nie było widać po nim, by uważał, że urzędnik wydał zły osąd.
    – Mieliśmy eskortę – dodał po chwili. – Niewielką, lecz wystarczającą na drogę. Kilku zbrojnych, dwóch konnych, chłopaka od zapasów i miejscowego przewodnika, który mówił, że będzie w stanie przeprowadzić nas przez te śniegi. Wszystko szło dobrze pomimo silnej śnieżycy. Namioty i ekwipunek na takie wyprawy wydaje się z najlepszych materiałów, ale to nie zima miała zebrać żniwo wśród moich ludzi...
    Jego palce zacisnęły się lekko na krawędzi stołu. Choć żaden grymas nie przeszedł mu przez twarz i nawet nie westchnął, w tym drobnym ruchu dało się poznać, że nie poradził sobie jeszcze w pełni z tym, co wydarzyło się parę godzin temu na przełęczy. Trudno się dziwić. I tak szło mu zaskakująco dobrze.

    – Zwierzoludzie wyszli na nas z zamieci. Nie z lasu, nie z traktu, nie z miejsca, gdzie rozsądny człowiek wypatruje zasadzki. Wyłonili się ze zwierciadła bieli i oddam głowę, że jej intensywność jest sprawką ich plugawych rytuałów. W każdym razie zaskoczyli nas. Najpierw zobaczyliśmy rogi, czarne na tle śniegu. Potem racice, a później rozgorzała walka, w której nie mieliśmy żadnych szans. Na każdą dwójkę, którą położyłem mieczem, pojawiała się następna trójka. Usłyszałem krzyk konia, potem dostałem w głowę, potem... reszta potoczyła się szybko.
    Mówił spokojnie, lecz widać było, że trochę kosztuje go zachowanie takiej fasady. W każdym razie oszczędził im opisu rozrywanych ciał i innych rzeczy, których dopuścili się zwierzoludzie.
    – Przewodnik zginął pierwszy albo drugi. Trudno powiedzieć. W takich chwilach kolejność śmierci przestaje mieć znaczenie dla kogokolwiek poza Morrem. Leopold dostał pod żebra, kiedy próbował podnieść jednego z konnych. Chłopak od zapasów uciekł w drzewa. Być może dotarł daleko. Być może wciąż biegnie. Być może śnieg okazał się dla niego łaskawszy niż bestie.
    Nie było w tym kpiny. Tylko ponura nadzieja, że koniec chłopaka był nieco spokojniejszy niż reszty. Sneider odsunął się od stołu i spojrzał ku oknu. Za szybą zamieć szorowała po szkle, jakby tysiące lodowych paznokci próbowały znaleźć szczelinę do wewnątrz, by zdusić ciepło w środku.
    – Zostaliśmy we dwóch. Jakoś udało nam się trochę odczołgać, a śnieżyca, ta sama, która wcześniej ich ukryła, teraz ukryła nas. Sigmar w swojej opatrzności osłonił nas przed bestiami w dalszej drodze i jakoś udało nam się tutaj dostać.
    Odwrócił się znów ku stojącym w izbie.
    – Nie jestem człowiekiem, który wierzy w przypadek. Jeśli Mann oddycha, jeśli ja stoję tutaj zamiast leżeć z twarzą w śniegu, to znaczy, że droga jeszcze się nie skończyła. Sigmar widocznie chce, bym dalej podążał swoją drogą.
    Wypowiedział to bez podniesionego głosu, ale z taką pewnością, że zawstydziłby niejednego akolitę Młotodzierżcy. Była w tym wiara prawdziwa, twarda i nierozcieńczona, ale zarazem coś niebezpiecznie bliskiego pysze.

    Przez chwilę patrzył na czwórkę wędrowców stojących w izbie, a blade światło z okna czyniło jego twarz jeszcze surowszą.
    – Potrzebuję przewodnika – powiedział wreszcie. – Kogoś, kto zna las, drogę i te przeklęte zimowe ścieżki.
    Jego spojrzenie zatrzymało się na przepatrywaczu, lecz zaraz objęło całą czwórkę, jakby nie zamierzał pozwolić, by którykolwiek z nich schował się za plecami drugiego.
    – Wygląda na to, że potrzebuję też ostrzy. Oczu. Uszu. Ludzi, którzy potrafią trzymać broń w dłoni i patrzeć w ciemność bez natychmiastowej potrzeby odwracania wzroku. Nie szukam świętych mężów, a i wy nie wyglądacie mi na takowych. Nie obchodzą mnie jednak teraz wasze występki. Sprawa jest pilniejsza od jakichkolwiek małostkowych rzeczy, którymi mogliście się obarczyć w przeszłości. Wiele osób miało powody, by w ostatnich latach przetestować swoją dobrą duszę, ale teraz gra toczy się o wyższą stawkę i jestem skłonny przymknąć oko na małe przewinienia. Żaden z was nie jest przecież poszukiwany?
    Zapytał. Kącik jego ust poruszył się nieznacznie, ale oczy pozostały czujne. Nikt nie zdradził się z kryminalną przeszłością, więc pozwolił sobie na coś, co mogło uchodzić za płytki uśmiech, grymas, który na moment znalazł szczelinę w żelaznej twarzy.

    Przesunął dłonią po krawędzi stołu. Krew na jego palcach zdążyła już ściemnieć, wchodząc w pęknięcia skóry jak brud.
    – Doprowadzicie mnie do Dunkelwaldu. Tam pozostaniecie przy mnie tak długo, jak będzie wymagało tego śledztwo. Do waszych obowiązku będzie należało pilnowanie moich pleców, drogi odwrotu i spełnianie moich drobnych poleceń. Nie wymagam od nikogo wiary ponad tę, którą powinna być w każdy mieszkańcu Imperium. Nie będziecie też pomagać mi w czynieniu sądów, o ile sami nie zechcecie. Podsumowując, wymagam posłuszeństwa w sprawach, które zazwyczaj nie wykraczają poza standardowe czynności przewodników i najemników. To chyba nie brzmi najgorzej? - zapytał retorycznie.
    Dopiero wtedy sięgnął do sakiewki. Przesunął palcem po monetach w środku, ale nawet ślepy zauważyłby, że ma ich sporo. Naprawdę sporo. Trzeba tu dodać, że sakiewkę należałoby raczej nazwać sakwą.

    – Trzydzieści karlów od głowy – powiedział. – Za drogę do Dunkelwaldu i ochronę podczas wykonywania moich obowiązków.
    Pozwolił, by suma wybrzmiała. W karczmie, po tygodniu bezczynności i wydawania srebra, trzydzieści karlów nie było małą sumką. Wystarczająco dużą, by człowiek zaczął ważyć z nią ryzyko, głód, mróz i własną niechęć do Łowców Czarownic.
    – Jeśli sprawa zakończy się tak, jak zakończyć się powinna, zapłacę również za drogę powrotną. Piętnaście karlów od głowy. Bez targów po fakcie. Bez karczemnych sztuczek i dodatków za wszelkie niedogodności, jakie mogłyby nas spotkać.
    Posłał im zimne spojrzenie lodowatych oczu. Nie dodał, że odmowa byłaby może rozsądna. Nie musiał. Wiedział to on i wiedzieli to oni. Mógł jeszcze popytać innych w karczmie i może nawet by kogoś znalazł, ale jedno było pewne. Sneider nie zamierzał odpuścić sobie tej wycieczki, a jeśli nie znajdzie chętnych za złoto, istniało niemałe prawdopodobieństwo, że będzie próbował innych metod werbunku. Takich, których nikt nie chciał w gruncie rzeczy poznawać.

    Łowca Czarownic czekał na odpowiedź, stukając niespokojnie w blat stołu.

    Rozgrywka

  • Popiół i Śnieg
    PiołunP Piołun

    text alternatywny

    Bezkrwawe zwycięstwo mogło pokrzepić morale, ale tej nocy nie można było zaliczyć już do spokojnych. Nie przyszły żadne wilki, dzwoneczki przy potykaczach Pietera dzwoniły cichutko przy mocniejszych podmuchach wiatru, ale nic więcej tej nocy już nie nadeszło. Mimo wszystko sen długo nie chciał na nich zejść. Nie tak, jak powinien po ciężkim dniu marszu i krótkiej, brudnej walce. W powietrzu wisiał fetor spalenizny nijak niepodobny do tego, który mogli znać z palenisk, kuźni i zimowych izb. Był to tłusty, gryzący, kwaśny odór, stanowiący mieszankę palonego futra i czegoś chorego, co mimo oczyszczającego błogosławieństwa płomieni zdawało się nie chcieć odejść razem z dymem.

    Ogień w pieczarze trzaskał cicho. Śnieg za wejściem odbijał pomarańczowy blask. Konie długo jeszcze parskały niespokojnie, ilekroć wiatr odwracał się i przynosił z zewnątrz resztki woni spalonego ścierwa. Tyci czuwał blisko Tomasimo, z łbem opartym na łapach, ale uszami pracującymi przy każdym szmerze. Sneider spał niewiele, wiercąc się nerwowo. Siedział plecami przy kamieniu, z kapeluszem zsuniętym nisko i bronią w zasięgu dłoni, tak nieruchomo, że w półmroku mógłby uchodzić za część jaskini, gdyby nie oddech i sporadyczny błysk oka spod kapelusza.

    Nad ranem mróz stwardniał. Odczuli to. Zmęczenie osiadło w ciałach ciężej niż poprzedniego dnia, wdzierając się przez mięśnie do kości. Przyszedł blady, szary i nieżyczliwy świt. Światło sączyło się między drzewami, odsłaniając ślady nocnej walki. Mogli raz jeszcze spojrzeć na rozdeptany śnieg, ciemne plamy krwi, odciski łap, smugi po ciągniętych truchłach wilków, które oporządzał Heinrich... i czarną resztkę po spalonym basiorze, częściowo już przysypaną świeżym puchem.

    Po śniadaniu okraszonym wilczym mięsem zgasili ognisko, przysypując je śniegiem. Pieter zdjął potykacze. Moriz sprawdził konie, rzemienie, juki i broń. Skóry zabrane przez Heinricha zesztywniały od mrozu, cuchnęły wilkiem i krwią, ale część z tego, co zebrał, może się jeszcze do czegoś nada. Będzie trzeba nad tym popracować, gdy dotrą do wioski. To, co zostało z wilków, oddali naturze. Heinrich dla ułatwienia roboty wieczorem ułożył zwierzęta pokotem. Widok ten trochę tłumił apetyt przy śniadaniu, ale wyglądało na to, że padlinożercy będą zadowoleni. Parę kruków zebrało się już nawet na drzewach i czekało tylko na ich odejście.

    Sneider zażyczył sobie przejrzeć ich dłonie, zwłaszcza Heinricha. Zrobił to krótko i bez czułości. Podobnie bystro przyjrzał się ich twarzom. Szukał skaleczeń, zaczerwienień, ropy, dziwnych plam, czegokolwiek, co mogłoby sugerować, że skaza Chaosu jakoś na nich przeszła. Wyglądało na to, że nic nie znalazł. W końcu po tych oględzinach dalej byli żywi. Nie ulegało wątpliwości, że gdyby coś znalazł, nie potraktowałby ich ulgowo. Pewnie nawet by nie mrugnął, gdyby trzeba było doraźnie wrazić nóż w serce. Mimo wszystko po zakończonej inspekcji nie wyglądał również na człowieka uspokojonego.
    – Myjcie łapy po każdej takiej walce. Dobrze wam radzę – rzucił tylko. – Lepiej zedrzeć skórę z palców, niż czekać, aż zacznie schodzić sama.

    text alternatywny

    Ruszyli. Droga do Dunkelwaldu nie niosła ze sobą żadnych niespodzianek. I dobrze, bo po nocy z wilkami nawet zwykły marsz wydawał się wystarczającą próbą. Szli wolniej, częściej niż wczoraj łapiąc zadyszkę. Kto spał, spał mało lub niespokojnie. Mimo wszystko Sneider wymagał od nich zachowania wzmożonej czujności. Łajdak posunął się nawet do tego, by ich sprawdzać, nerwowo reagując na przemykającą od czasu do czasu łanię czy daniela. Nawet bez jego prowokacji byli dość czujni. Ciemna toń gęstwin działała na wyobraźnię. Las rozciągał się po obu stronach traktu, cichy, a wiatr wiejący między gałęziami świszczał upiornie, niosąc złowróżbną melodię kniei.

    Mapa Ulmanna dalej się sprawdzała. Komuś, kto nie zwraca uwagi na detale, mogło się wydawać, że chodzą w kółko. Śnieg spłaszczał krajobraz, przykrywał charakterystyczne elementy. Dlatego nawet Pieter musiał od czasu do czasu sięgnąć po mapę, by nie postradać drogi. Tak oto kilka kresek na pergaminie oszczędziło im zejścia w zły jar, kilka znaków pozwoliło odnaleźć kamień graniczny pod zaspą, a raz także stary pień z wyciętym symbolem, prawie całkiem skuty lodem i niewidoczny dla kogoś, kto nie wiedział, że powinien patrzeć właśnie tam.

    Trakt z wolna schodził niżej. Dzikość lasu nie ustąpiła nagle, ale mogli zauważyć już pierwsze ślady stałej bytności miejscowych. Pomiędzy świerkami i bukami zaczęły pojawiać się nacięcia od siekier. Mogli dostrzec stare pniaki, zbutwiałe stosy gałęzi, sterty porąbanego drewna przykryte śniegiem i zapomniane sanie drwali, przewrócone na bok przy zamarzniętym rowie. W jednym miejscu mijali niską szopę, której dach zapadł się pod ciężarem śniegu. W innym – dziwnie ułożony kopiec kamieni, na którym ktoś zatknął wilczy kieł przewiązany wytartym rzemieniem. Sneider zatrzymał się przy nim na chwilę i burknął coś niezrozumiale pod nosem. Nie kazał tego zniszczyć. Zbliżali się do sioła spod znaku Ulryka i kto wie, ile podobnego tałatajstwa znajdą głębiej.

    W południe przeszli przez zamarznięty strumień. Lód przy brzegach był mleczny i spękany, lecz pośrodku trzymał jeszcze na tyle mocno, by przeprowadzić konie pojedynczo. Pod nim czarna woda płynęła dalej, cicha i uparta, niosąc liście i cienkie gałązki. Później droga ponownie wspięła się łagodnie. Obeszli niski pagórek i wyłonił się przed nimi widok, który latem musiał być pewnie powodem czyjejś dumy.
    Zamarznięty sad jabłoni.
    Najpierw kilka drzew, potem całe rzędy. Niskie, powykręcane drzewa stały po obu stronach drogi, czarne, nagie, z gałęziami rozłożonymi jak chude palce. Śnieg leżał na nich w cienkich pasmach. Na ziemi, pod zaspami, widać było miejscami zamarznięte, zgniłe owoce, brązowe i pomarszczone, których nikt nie zdążył zebrać albo nie było komu. Niektóre wisiały jeszcze na gałęziach, twarde od mrozu, sczerniałe.

    Dalej stały prymitywne prasy, przykryte płachtami i śniegiem. Drewniane kadzie obrócone do góry dnem. Szopy o szerokich drzwiach, z których w cieplejsze miesiące pewnie toczono beczki. Nawet zimą, pod mrozem, dało się wyczuć pod dymem i wilgocią kwaśnawy zapach starych jabłek, sfermentowanej pulpy i drewna nasiąkniętego cydrem.
    – Drwale i cydr – mruknął Sneider. – Wesoli, kurwa, sadownicy.
    Zaklął, dając w powątpiewanie sielankową wizję, jaka mogła się roztaczać przed mniej pesymistycznymi członkami drużyny. Sneider przyjechał znaleźć tu kultystów i znając opinie o Łowcach Czarownic, pewnie sobie jakiegoś znajdzie, choć trzeba mu było oddać, że dotąd starał się obiektywnie patrzeć na rzeczywistość.

    Spojrzeli dalej. Za sadami wyłaniał się Dunkelwald. Tak naprawdę wpierw był dym. Cienki, szary, unoszący się z kilku tuzinów kominów. Potem doszło szczekanie psa, krótkie i urwane, i tak w miarę zbliżania poczęli dostrzegać niskie, strome dachy, obciążone śniegiem, skupione ciasno przy trakcie i wokół niewielkiego placu. Chaty były drewniane, ciemne od smoły i dymu, z podmurówkami z polnego kamienia. Przy wielu z nich wisiały wiązki drewna, pęki ziół, suszone skórki jabłek, stare sidła i narzędzia do pracy w lesie. Płoty stały krzywo, naprawiane tym, co akurat wieśniacy mieli pod ręką, czy to deską, kołkiem, kawałkiem sanek, czasem nawet obręczą od beczki.

    Pośrodku osady znajdowała się studnia z daszkiem, obok niej stary dąb, martwy albo prawie martwy, z pniem obwieszonym wyblakłymi wstążkami i, jakże by inaczej, wilczymi kłami. Na północ od placu, wyżej, między ciemnymi pniami, majaczyła kaplica. Nie była duża. Kamienna podstawa, drewniana górna część, stromy dach, wilcza głowa wyrzeźbiona nad wejściem albo tylko przybita pod daszkiem. Z tej odległości trudno było ocenić. W gasnącym świetle wyglądała jak coś, co bardziej pilnuje wsi, niż jej błogosławi.

    Ludzie nie wychodzili im naprzeciw. Twarze pojawiały się w oknach i znikały. Ktoś uchylił drzwi, zobaczył kapelusz Sneidera i zamknął je powoli, jakby szybki zryw już mógł zostać uznany przez Łowcę Czarownic za przewinę. Dwóch parobków przy stosie drewna przerwało robotę. Jeden odruchowo zdjął czapkę. Drugi nie zdążył, więc pierwszy szarpnął go za rękaw. Dziecko przebiegające między chatami zamarło na środku drogi, po czym uciekło za płot. Gdzieś za stodołą zaszczekał pies, ale zaraz ktoś syknął na niego ostro. Sneider nie komentował. Być może był przyzwyczajony do podobnie ciepłych przywitań. Szedł środkiem drogi, spokojnie, roztaczając groźną aurę, która sprawiała, że ludziom jeżył się włos na skórze.

    – Mus nam karczmy trzeba – powiedział tylko. – Zmierzcha, a za nami długi dzień. Rano zaczniemy właściwie. Zresztą ludzie przez noc mają brzydki zwyczaj chować swoje sekrety na prędce, przez co następnego dnia łatwiej je odkryć. Głupcy nie rozumieją, że nie czytam w myślach. Pewnych rzeczy bym się nie domyślił, gdyby nie próbowali ich tak niezdarnie ukryć. To była jedna z moich pierwszych lekcji jako Łowcy Czarownic. Zapamiętajcie sobie. Bardzo życiowe.
    Wyłożył i poszedł w stronę największego budynku we wsi.

    text alternatywny

    Karczma stała przy placu, większa od pozostałych budynków, tak jak podejrzewał, choć była przy tym tylko trochę mniej biedna. Nosiła nazwę Pod Kwaśnym Jabłkiem, wymalowaną nierównymi literami na desce wiszącej nad drzwiami. Na szyldzie ktoś kiedyś namalował zielonkawe jabłko z wykrzywioną miną i kropelką soku przy ogonku. Farba spłowiała, ale grymas owocu jakoś oparł się pogodzie. Przynajmniej na razie. Pod szyldem zwisały dwa małe, zamarznięte wianuszki z gałązek jabłoni.

    Budynek miał szeroką izbę od frontu, niskie okna z mętnymi szybkami i dobudowaną stajnię po lewej stronie. Z tyłu widać było większą szopę albo skład, zapewne na beczki, narzędzia i zapasy. Przy jednej ścianie stały trzy opróżnione beczki po cydrze, teraz przysypane śniegiem. Z komina unosił się dym, a spod drzwi sączyła się wąska smuga ciepłego światła. Sneider wszedł pierwszy. Otworzył drzwi, wszedł do środka i zniknął w pomarańczowym świetle, zostawiając na zewnątrz resztę drużyny z końmi, psem i jukami.

    Wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego, co sprawiło, że kilku z nich mogło napiąć nerwowo mięśnie, a dłoń instynktownie ruszyła w stronę rękojeści. Za ich plecami odezwał się chłopiec. Mógł mieć dziewięć, może dziesięć lat. Stał w za dużej kurcie, pewnie po bracie, z czerwonym nosem, w czapce naciągniętej prawie na oczy. Pojawił się tak cicho, jakby od dawna stał między studnią a martwym dębem, tylko wcześniej nikt nie zwrócił na niego uwagi.
    – Nie idźcie nocą do kaplicy – powiedział.
    Krótko. Trochę tak, jak dziecko mówi rzecz zasłyszaną od dorosłych, której nie powinno powtarzać, ale jednak powtarza, bo leży to w dziecięcej naturze. Nim ktokolwiek zdążył dobrze odpowiedzieć, z najbliższej chaty wyszła kobieta w grubej spódnicy i chustce. Nie biegła, ale szła szybko. Chwyciła chłopca za rękę, przyciągnęła do siebie i spojrzała po podróżnych z wymuszonym, nerwowym uśmiechem.
    – Bujną ma wyobraźnię – powiedziała. – Dzieciaki tak mają. Johan, co ci mówiłam o zaczepianiu ludzi i bajaniu na jawie, co? Przepraszamy bardzo. Prawda, Johan?
    Bardziej oznajmiła, niż zapytała. Chłopiec chciał jeszcze coś powiedzieć, ale ścisnęła mu dłoń mocniej.
    – Do domu.
    Pociągnęła go za sobą. Drzwi zamknęły się chwilę później, niezbyt głośno, ale ostatecznie. W oknie poruszyła się firanka, po czym zgasło światło. To było dziwne... ale zanim ktokolwiek zdążył skomentować, z wnętrza karczmy dobiegł głos Sneidera.
    – Wprowadzać konie do stajni. Na Sigmara, pizga jak w Nordlandzie. Ruszajcie się.
    Ponaglił ich i trzasnął drzwiami.

    Stajnia przy Kwaśnym Jabłku była niska, ciepła tylko od stłoczonych w niej zwierząt, ale po całym dniu marszu nawet taki dach zdawał się dobrodziejstwem. W środku stały już dwa miejscowe konie, parę krów, mały wózek, trochę narzędzi i beczki ustawione pod ścianą. Przy żłobach leżały jabłkowe wytłoki, zamarznięte w brązowawe bryły. Kuc Tomasimo stanął blisko przy koniach, jakby chciał podkraść trochę ich ciepła. Tyci obwąchał próg, prychnął na kota siedzącego na belce i wrócił do swojego pana.

    Wnętrze gospody było niskie, zadymione i ciemniejsze, niż zapowiadało światło pod drzwiami. Główna izba miała szerokie palenisko po prawej stronie, z kamiennym okapem czarnym od sadzy. Przed nim stały dwie długie ławy i ciężki stół porysowany nożami, kuflami oraz śladami po latach częstego użytkowania. Po lewej znajdował się szynkwas, solidny, toporny, zrobiony chyba z tego samego drewna, z którego miejscowi stawiali mostki nad strumieniami. Za nim wisiały cynowe kubki, gliniane dzbany, kilka pękatych butli i mała beczułka z zatkniętym kranikiem. W powietrzu unosił się zapach dymu, kwaśnych jabłek a jakże, mokrej wełny, tłuszczu i piwa.

    W głębi izby były schody prowadzące na piętro. Wąskie, skrzypiące, z poręczą wygładzoną od rąk. Pod schodami stały beczki i kosze. Za izbą główną widać było uchylone drzwi do kuchni, skąd dochodził odgłos mieszania w garnku i zapach cebuli smażonej na tłuszczu. Dalej musiały być komory, spiżarnia i zejście do piwnicy, bo z podłogi przy ścianie wystawała ciężka klapa z żelaznym uchwytem. Przy niej leżała mokra szczotka, jakby ktoś niedawno próbował zetrzeć ślady błota albo rozlanego napitku.

    W izbie siedziało kilku miejscowych. Drwal z ręką w opatrunku. Stara kobieta otoczona rzędem pustych butelek. Dwóch młodych mężczyzn pochylonych nad miską polewki. Kiedy weszli obcy, rozmowy urwały się nierówno. Gdy jednak do środka wszedł Sneider, efekt był podobny jak sprzed dwóch dni. Bohaterowie mogli zacząć sobie wyobrażać, że Łowca ma już wyuczone tiki i przygotowaną paletę groźnych min, którymi częstuje innych, wszystko specjalnie przygotowane na takie właśnie wejścia.

    Karczmarz był człowiekiem niskim i szerokim, z policzkami czerwonymi od dymu z ognia w palenisku. Miał fartuch przewiązany pod brzuchem, rzadką brodę i kalkulujący wzrok. Obok niego krzątała się kobieta znacznie szczuplejsza, o niesłychanej urodzie. Widać, jakaś swatka dodała sobie jeden do jednego i zabrączkowała miejscową piękność z obrotnym karczmarzem. Widok dość częsty i dla niektórych przykry. To ona pierwsza spojrzała na broń, potem na buty, potem na kapelusz Sneidera.
    – Miejsca potrzebujemy – powiedział Łowca Czarownic, zdejmując rękawice. – Zabawimy u was na parę dni.
    Karczmarz przełknął ślinę.
    – Miejsce jest, panie. Trochę ciasno, bo zima, ludzie po drogach, drwale z lasu, ale coś się znajdzie.
    – Ja nie pytałem, czy się znajdzie, ale miło, żeście trochę bardziej rezolutni i nie muszę sięgać po metody perswazji. Ile będzie?
    To pytanie padło zbyt szybko, żeby karczmarz zdążył udawać gościnność.
    – Za dwie izby na górze... – zaczął ostrożnie. – Trzy szylingi od głowy. Stajnia osobno. Ogień, posłanie, wieczerza... napitek, jeśli trzeba. Cydr mamy własny, choć kwaśny, jak nazwa każe. Lepszy latem, zimą już bardziej dla odważnych.
    Sneider spojrzał na niego bez uśmiechu.
    – Trzy szylingi od głowy?
    Karczmarz odchrząknął.
    – Czysta izba, panie. Dach nie cieknie. Prawie. Zimą wszystko drogie. Taki urok zimowych zagajniczków.
    Przy szynkwasie ktoś parsknął cicho, ale zaraz udał kaszel.
    Sneider oparł rękawice na blacie.
    – Dobrze. Nie będziemy się targować jak przekupy na targu. Mam nadzieję, że siennik nie gryzie, inaczej sobie pogadamy.
    – A nie gryzie, nie gryzie – odpowiedział karczmarz po chwili niepewnie. – Chyba że ktoś sam ze sobą pchły przyniesie. To zadbany przybytek.
    Żona za jego plecami zamknęła oczy na krótką chwilę. Wyglądała na zmartwioną i chyba modliła się do wszystkich bogów, żeby jej mąż się już zamknął.
    Sneider patrzył na niego długo, ważąc chyba, czy nie poczuć się urażonym, ale nie okazał się tak małostkowy. Zamiast tego uśmiechnął się, ale nie był to uśmiech, który chciałoby się oglądać często, i nie miał w sobie nic z życzliwości. Potem przesunął wzrok po izbie, po miejscowych twarzach, po schodach, po klapie do piwnicy, po koszach z jabłkami i po drzwiach kuchni.
    – Jedna izba dla mnie. Druga dla moich towarzyszy. Stajnia dla zwierząt. Wieczerza. Wrzątek. I nikogo obcego na piętrze.
    Karczmarz otworzył usta.
    – Dobry panie, jak to nikogo obcego na piętrze?! To ja muszę ludzi poprzenosić, a jak poprzenosić, to będzie gadane, a jak będzie gadane...
    – To będzie gadane... niezbyt mnie to obchodzi. Jutro dopiero sobie pogaworzę z ludźmi – oznajmił, a po sali przebiegły nerwowe szepty. Część ludzi zmroczonych alkoholem dopiero teraz pojęła, dlaczego Łowca Czarownic zawitał do Dunkelwaldu i chyba miała ochotę szybko sprawdzić, czy nie ma czegoś pilnego do roboty w domu.
    Przez chwilę stali naprzeciw siebie przy szynkwasie. Za oknami Dunkelwald ciemniał, a śnieg zaczął znów osiadać na szybach drobnymi, mokrymi plamkami. W głównej izbie nikt nie wrócił jeszcze do rozmowy. Wszyscy czekali.
    Karczmarz w końcu westchnął.
    – Dobrze. Podejrzewam, że interes i tak będzie wystawiony na małą próbę przez parę dni. Nie obraźcie się, panie, ale wizyty ludzi z waszego szlachetnego zakonu szybko zabijają interesy.
    – Zapewniam, że nie tylko interesy. Ale nie bójcie się. Nie będziecie stratni. Pod koniec zostawię zadatek za to, że nie utrudniacie. Sowitą premię. Więcej, niż byście wycisnęli z miejscowych przez te parę dni. To wszystko. A teraz do dzieła.

    Karczmarzowi nie trzeba było powtarzać. Porwał żonę na zaplecze, zaprzągł parę parobków do szykowania wszystkiego i nie było go widać przez chwilę. W tym czasie karczma opustoszała całkiem i zaledwie po kwadransie mogli „cieszyć się” niespotykaną nigdy wcześniej prywatnością. Karczma na wyłączność? Można by to było polubić, gdyby nie towarzyszyła temu opustoszeniu taka mroczna atmosfera. Łowca podszedł do nich i przekazał klucz od właściciela, mierząc ich uważnym spojrzeniem. Każdemu spojrzał w oczy i nie odwrócił wzroku. Na wargach wykwitł mu lekko niepokojący półuśmieszek.
    – Dobrze mi się na razie z wami współpracuje. To odświeżające. Wyśpijcie się, ale trzymajcie dla porządku wartę w swojej izbie. Nie zapominajcie, po co tu jesteśmy. Jutro zabierzemy się do pracy. Wejdziecie trochę w moje buty i też sobie popytacie. Jeśli nie macie pytań, to idę udać się na spoczynek.
    Zapytał i czekał na ich kwestie, całkowicie ignorując fakt, że sam dla siebie wybrał osobną izbę i trudno mu będzie przez to dostosować się do własnej rady. No nic, może miał inne sposoby na zachowanie czujności w nocy.

    Rozgrywka

  • Popiół i Śnieg
    PiołunP Piołun
    Tomasimo i Karczmarz

    Kappel spojrzał na niziołka znad szynkwasu i przez chwilę gorączkowo coś rozważał. Wcześniej łatwo mu się komentowało Łowcę Czarownic, ale rosnący tłumek pod drzwiami jego karczmy odebrał mu nieco animuszu. Właściwie to rozważał teraz, czy zamiast odpowiadać, nie lepiej udać głuchego. Nie chciał jednak, by niziołek powtórzył swoje słowa głośniej, więc odpowiedział.
    – Miałem rację, panie Ashfield? – mruknął, nalewając cydru. – To żadna pociecha. Akurat dzisiaj bardzo bym chciał jej nie mieć.
    Postawił kufel przed niziołkiem i przetarł dłonie o fartuch.
    – Drobiazg. Doliczę do rachunku. Wątpię, by się tym przejął. Tacy jak on mają głęboką kieszeń.
    Spróbował uśmiechnąć się krzywo.
    – Szykuje się ciężki dzień. Chyba żeby go przetrwać, sam się zaprawię – to powiedziawszy, ściągnął z kontuaru butelkę siwuchy i nalał sobie sporą porcję do cynowego kubka.
    – Nie obraźcie się, panie Ashfield, ale wypiję za to, byście zrobili, co macie zrobić, po czym chyżo spierdalali ze wsi. Może jak przyjedziecie innym razem sami, to inaczej was przywitamy, ale teraz chętnie bym się was pozbył. – to powiedziawszy, wypił całą zawartość kubka, skwasił się i wyszedł do kuchni znaleźć coś, by przepić mocny trunek.

    Pieter i Stajenny

    W stajni chłopak, którego Pieter przyłapał przy jukach, zbladł jak duch, ale kiwał energicznie głową. Wizja uciętych dłoni lub bata, którym zagroził mu przepatrywacz, zadziałała na jego wyobraźnię i wzbudziła strach.
    – Będę pilnował, panie – wyrzucił z siebie. – Będę. Przysięgam. Nikt niczego nie tknie. Ja tylko... ja nie chciałem kraść. Chciałem się tylko wywiedzieć, kto nas naprawdę odwiedził.
    Przełknął ślinę i cofnął się o krok.
    – Nic nie zginie. Słowo. Będę lepszy niż stróżujący pies – zarzekł się.
    Potem chwycił niedbale porzuconą wiązkę siana, rozdał koniom do żłobów i wyniósł się ze stajni, choć obiecał zaglądać co chwila. To, jak chyżo czmychał, dało Pieterowi niejaką pewność, że chłopak spełni swoją obietnicę. Kiedy jednak niziołek odwiedził go później w stajni i opowiedział o tym, co go spotkało, przepatrywacz mógł zastanowić się, czy chłopak przypadkiem nie przekręci czegoś, rozpowiadając tłumkowi przy karczmie, jak to Pieter go postraszył i przymusił do uczciwego zadania, darowując kłopotów. Obszedł się z nim życzliwie, ale słowa można obracać i oglądać z różnych stron, a z tego, co mówił niziołek, mieszkańcy sioła już wyrobili sobie na ich temat zdanie.

    ***

    Przed rozpoczęciem przesłuchań bohaterowie mieli jeszcze chwilę, by zebrać się przy jednym ze stołów i wymienić wiadomości. Nie było czasu na długie opowieści, więc wymienili się faktami oraz być może wnioskami, jakie z nich wynikały. Każda z tych rzeczy osobno mogła być głupstwem, plotką albo wiejskim zabobonem, ale razem zaczynały układać się w coś niepokojącego. W końcu pogaduchy przerwał im Sneider, który otworzył drzwi, wpuszczając chłód do środka.

    text alternatywny

    Karczma „Pod Kwaśnym Jabłkiem” nie pomieściła całej wsi. Ludzie tłoczyli się więc przede wszystkim na zewnątrz, pod ścianą i przy obejściu, tworząc krzywy, marznący łańcuszek ciżby, która czekała na swoją kolej. Co jakiś czas drzwi uchylały się i wpuszczały do środka zimne powietrze. W izbie zostali ci, których wezwano jako pierwszych, gospodarze, drużyna i Sneider. Kappel kręcił się za szynkwasem z krzywą miną. Elsbeth siedziała w kuchni, piekąc podpłomyki, którymi miała nadzieję umilić czas przesłuchiwanym. Z jej kuchni dochodził słodki zapach oraz skwierczenie rozgrzanego tłuszczu. Zupełnie nie pasowały do aury strachu, jaka roztaczała się w izbie głównej.

    Sneider stał przy największym stole, z rękawicami zdjętymi i położonymi równo przed sobą. Pozwolił pierwszej grupce ludzi trochę odstać i powiercić się nerwowo. Gra psychologiczna. Dopiero kiedy uznał, że wystarczy, uderzył knykciami w blat. Rozmowy ucichły nierówno, zarówno w środku, jak i na zewnątrz, blisko drzwi.
    – Dobrze. Żeby poszło nam sprawnie, trzeba nakreślić pewien porządek rzeczy. Nie będziemy tu robić jarmarku. Będziemy prosić ludzi pojedynczo. Zaznaczajcie kreskami, ile osób przesłuchaliście. Pod koniec sprawdzę, czy zgadza się to z liczbą mieszkańców. Bierzcie po jednej osobie i dobierzcie się w grupy po dwóch. Kiedy z kimś skończycie, osoba wychodząca ma wpuszczać następną. Kilka minut na głowę, chyba że coś wyczujecie. Wtedy niezwłocznie dajcie mi znać.

    Spojrzał na trójkę pierwszych osób w kolejce, potem na drużynę i upewnił się, że wszyscy rozumieją.
    – Macie patrzeć uważnie. Nie tylko słuchać. Sprawdzajcie twarze, oczy, szyje. Szukajcie znamion, narośli, dziwnych blizn i odbarwień. Jednym słowem śladów choroby, wszystkiego, co mogłoby świadczyć o skażeniu albo mutacji. Jeśli ktoś drapie się pod ubraniem, chowa ręce, nie chce zdjąć czapki albo odwraca twarz, od razu zgłoście to do mnie.
    Zerknął na drużynę, ale mówił tak, by słyszeli też mieszkańcy.
    – Jeśli chodzi o metody i pytania, zostawiam wam wolną rękę. Popytajcie trochę o to, czy jakieś zwierzęta im nie pomarły, czy któryś z sąsiadów nie zaczął się dziwnie zachowywać, czy ktoś nie nabrał zabronionych, chaosyckich zapędów. Czemu tak naprawdę wypędzono ostatnio stąd poborcę podatkowego i tak dalej. Liczę na waszą kreatywność.

    Zza drzwi dochodziły nerwowe odgłosy. Nie było wątpliwości, że mieszkańcy podsłuchują przez drzwi i chyba strapiło ich to, co zarządził Łowca.
    – Kto skłamie, odpowie za to. Przyłapanym będę zdejmował skórę z pleców batem. Oczywiście za większe przewiny, a niech los broni, oddawanie czci złym bogom Chaosu, poślemy czerwonego kura pod stos z takimi.
    Pozwolił groźbie wybrzmieć i dopiero wtedy wskazał trzy miejsca w karczmie. Przygotowane były trzy stanowiska, daleko od siebie, w różnych rogach karczmy, by przesłuchujący nie przeszkadzali sobie nawzajem.
    – Pana sołtysa zapraszam do mnie – powiedział zimnym, stalowym głosem, a nieco lepiej odziany od reszty mężczyzna usiadł w miejscu, które wskazał mu Sneider.

    Później odwrócił głowę ku swoim najętym pomocnikom.
    – Ashfield i Falk. Będziecie pracować w jednej grupie i zajmiecie tamten kąt. Weźmiecie rzeźnika – wskazał przeciwległy róg gospody, po czym przesunął wzrok dalej.
    – Richter i Kraus. Poczmychajcie sobie tam. Czeka was drugi stół. Będziecie przesłuchiwać zielarkę. Jak Sigmar pomoże, zaczynając od ważniejszych mieszkańców sioła, może szybciej się czegoś wywiemy. To wszystko. Powodzenia.
    Nie czekał na potwierdzenie. W jego świecie rozkazy miały tę przewagę nad prośbami, że bardzo oszczędzały mu czasu. Nie minęła chwila, a wszyscy zajęli swoje miejsca zgodnie z wytycznymi.

    ***

    text alternatywny

    Sołtys Otto Rauch oklapł na siedzeniu przed Łowcą. Był szeroki, krzepki, posiwiały na głowie i miał imponująco grube karczycho. Sneider znał takich ludzi, ten pokrój ludzi. Zapewne przez pół życia godził sąsiadów po bójkach, rozdzielał podatki, uciszał pijanych drwali i próbował rozładować ich spory na spokojnie. Tego ranka słowo „spokojnie” nie bardzo do niego pasowało. Miał zaciśnięte usta, pot na skroniach i mocno splecione palce. Sneider osiadł przed nim ciężko i popatrzył na niego nieprzyjemnie. Potem pochylił się lekko i zaczął z nim rozmawiać. Z drugiego końca karczmy nie dało się rozróżnić słów. Łowca mówił cicho i równo. Porzucił nawet gniewny grymas, ale zastąpiło go coś gorszego. Taka urzędowa spokojność, od której człowiek zaczynał mieć ciarki na skórze i przypominać sobie grzeszki z dalekiej przeszłości. Pozostali członkowie niechlubnego komitetu nie wiedzieli do końca, jak Łowca tego dokonał ani co powiedział rosłemu sołtysowi, ale nie minęła chwila, a Otto począł cicho szlochać.

    Przy stole Tomasimo i Pietera usiadł Bruno, miejscowy rzeźnik. Był wielki, ale coś w jego sylwetce i sposobie poruszania mówiło im, że mógłby być szybki, a nawet niebezpieczny. Był zbity z warstw mięśni i miał biceps wielkości uda normalnej osoby. Zapewne wszystko to od lat noszenia półtusz na barkach i mięsnej diety. Karczycho i twarz miał nieco czerwone od zimna. Małe oczy, kryjące się pod krzaczastymi brwiami, były osadzone głęboko w czaszce. Odznaczał się też dużym, krzywym nosem, który kiedyś musiał zostać złamany, a potem źle złożony. Jego dłonie były szerokie, poznaczone drobnymi nacięciami i starymi bliznami. Paznokcie miał przycięte krótko, czarne przy brzegach od starej krwi. Zresztą brunatne, rdzawe plamy znaczyły obficie cały jego fartuch, którego nie zmienił na tę „odświętną okazję”. Bruno spojrzał najpierw na Pietera i Tomasimo, oceniając ich, a wnosząc po wyrazie jego twarzy, zrobili na nim raczej marne wrażenie.
    – Miejmy to kurwa z głowy. Co chcecie wiedzieć? – zapytał, splatając olbrzymie ręce na torsie.

    Przy stole Moriza i Heinricha pojawiła się Marta Eberlin, zielarka. Nie była stara, gdzieś w drodze między trzydziestką a czterdziestką. Miała ładne rysy twarzy, choć problemy, jakie rozwiązywała dla ludzi we wsi, zdążyły odcisnąć na niej swoje palce. Miała szczupłą, bladą twarz, przywodzącą na myśl jasny blask jutrzenki, i ciemne włosy schowane starannie pod chustą. Na gust Moriza była zawiązana zbyt starannie, jakby przed wejściem poprawiała ją kilka razy. Całość psuł jeden detal. Miała skórzaną opaskę zasłaniającą jedno oko. Pozostałym okiem, zielonkawym albo szarym, trudno było orzec w półmroku izby, patrzyła na nich uważnie. Pachniała ziołami i dymem. Roznosiła woń suszonej mięty i czegoś, co miało korzenny aromat. Przy pasie miała małą sakwę, kilka płóciennych woreczków i nożyk do korzeni. Dłonie trzymała na stole. Na jednym palcu miała świeże zadrapanie, na nadgarstku ślad po zaciśniętym sznurku albo bandażu. Usiadła powoli, z godnością. Nie wyglądała na kobietę, którą łatwo przestraszyć. Zanim spojrzała na Moriza i Heinricha, zerknęła ku drzwiom. Ojca Berengara nadal nie było.
    Jeszcze.
    – Normalnie lubię poznawać nowych ludzi, ale nie podoba mi się natura tego spotkania. Nie ukrywam, że chciałabym mieć je za sobą. Mam w domu masę pracy – oznajmiła i czekała na rozwój sytuacji.

    Na zewnątrz łańcuszek mieszkańców przesunął się o krok. Podczas oczekiwania ludzie rozmawiali między sobą, wymieniając się informacjami o przybyszach. Nic, co dałoby się usłyszeć z karczmy. Były to raczej zduszone rozmowy, ale drużyna mogła odczuć, że jest na językach całej społeczności. To, co zrobili tego poranka, mogło się odbić na ich korzyść albo wręcz przeciwnie. Nie mogli jednak o tym myśleć. Trzeba było skupić się na tu i teraz. Chcąc nie chcąc, zakasali rękawy i zaczęli.

    Rozgrywka

  • Popiół i Śnieg
    PiołunP Piołun

    text alternatywny

    Ludzie napierali na drzwi karczmy, która drżała w posadach. Zupełnie jakby wielka, głodna, rozszalała bestia ryła pazurami wejście do ich schronienia. Drzwi oraz ściany wydały się im teraz jakieś żałośnie cienkie i słabe. Wszystko rozpadło się na kawałki. Na dole, za drzwiami piwnicy, Marta Eberlin krzyczała już coraz słabiej, opadając z sił. Tych sił nie brakowało jednak ciżbie, przez którą rygiel podskakiwał w zawiasach zupełnie niczym podszczypywana w tyłek dziewka. W środku karczmy każdy miał ręce pełne roboty. W sumie nie każdy, bo część bardziej skupiła się na innych rzeczach niż dokładaniu starań, by pragnąca ich krwi ciżba nie weszła do środka.

    Pieter stał przy Brunie z biczem w dłoni, Tyci zaś warczał nisko, pokazując rzeźnikowi jasne kły. Bruno leżał na deskach ciężko, wściekły i upokorzony, z twarzą przekrzywioną od gniewu. Nie był człowiekiem przywykłym do tego, że ktoś rzuca nim o podłogę. Nie był też człowiekiem, który łatwo zapominał podobne rzeczy. W jego spojrzeniu, którym częstował Pietera, kryła się obietnica przemocy. Płonęła do tego stopnia, że przepatrywacz naprawdę mógł się zastanowić, czy dla własnego bezpieczeństwa dobrze jest trzymać rzeźnika przy życiu.
    – Zostawcie mnie, kurwie syny – wycharczał, bardziej do wszystkich niż do kogokolwiek konkretnego. – Ona tam umiera. Nic nie zrobicie? Zajebię was, świnie. Zajebię.
    Tyci odpowiedział głuchym warknięciem, jakby akurat porównanie do świni uznał za osobistą zniewagę.

    Sołtys Otto, dotąd skulony i blady po rozmowie ze Sneiderem, poruszył się na swoim miejscu. Wstał niezdarnie, słaniając się nieco na nogach, jakby opróżnił mały antałek. Twarz miał mokrą od potu i łez, oczy czerwone, a głos, kiedy się odezwał, zabrzmiał nieco ślisko i miękko.
    – Ja... ja mogę go związać – powiedział do Pietera, zerkając na niego ostrożnie. – Dobrze go zwiążę. Porządnie. Żeby nie sprawiał kłopotów.
    Bruno odwrócił głowę ku niemu tak gwałtownie, że aż bicz napiął się lekko w dłoniach Pietera.
    – Ty szczurze – syknął. – Ty pierdolony, stary chuju. Ona tam wrzeszczy, a ty będziesz mnie wiązał? Mnie, kurwa?
    Otto zadrżał, ale nie cofnął się. Może strach przed Sneiderem był już większy niż wstyd przed własnymi ludźmi. Może po prostu wiedział, że jeśli wieś rzuci się na Łowcę, to później przyjdą następni. Gorsi. W większej liczbie. W końcu najlepiej ze wszystkich tutaj umiał rachować i porachował sobie właśnie, co mu się najbardziej opłaca.

    Pod okiem Pietera sołtys zabrał się do pracy. Ręce trzęsły mu się tylko przez pierwszą chwilę. Potem, ku zaskoczeniu każdego, kto akurat patrzył, ruchy stały się szybkie, wprawne i dokładne. Krępował Bruna tak, jak mógłby robić to zawodowiec. Ręce związał mu za plecami. Lina objęła nadgarstki, a potem łokcie. Osobno spętał mu ramiona. Kolejny splot zszedł na nogi, wiążąc kostki, później kolana. Wreszcie sołtys przeciągnął sznur tak, by ograniczyć ruch tułowia. Mimo swojej masy Bruno nie mógłby się uwolnić, a na ile umiał ocenić Pieter, nigdzie nie dokonano sabotażu w tym pętaniu. Linę Otto wziął spod szynkwasu bez tracenia czasu na poszukiwania, zupełnie jakby zostawił ją tam poprzedniego dnia.

    Bruno klął przez cały czas. Pluł na niego. Raz trafił go śliną w policzek. Otto nawet nie otarł twarzy. Zacisnął tylko usta i dociągnął węzeł. Było w tym coś niepokojącego. Zbyt wiele wprawy jak na człowieka, który jeszcze chwilę temu trząsł się ze strachu, ale cóż powiedzieć? Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, a Pieter nie mógł tkwić długo w swoim zawieszeniu. Wyeliminowanie zagrożenia w tymczasowy, pokojowy sposób było mu na rękę, choć przyznał w duchu, że najchętniej to samo zrobiłby teraz z osobą sołysa.

    Nagle odgłosy dobijania się i krzyki na zewnątrz ucichły. Słychać było oddalające się kroki, choć Pieter nie wiedział, co spowodowało przerwanie natarcia na karczmę. Tyci zawarczał jednak na drzwi, a Pieter ufał zwierzęcej intuicji. Cokolwiek się tam szykowało, nie mogło to być nic dobrego.

    ---

    Heinrich i Moriz ruszyli ku przejściu prowadzącemu do stajni. Drzwi od tamtej strony nie wyglądały solidnie. Miały swoje lata, źle siedziały w futrynie i przy każdym mocniejszym podmuchu wiatru musiały jęczeć jak stara baba na mrozie. Miejsce za kominkiem dawało jednak możliwość zaklinowania ich z jednej strony. Drugą należało przycisnąć stołem, krzesłami i beczkami, których waga miała największy potencjał, ponieważ kilka solidnych Kappel miał prawie w całości napełnionych wodą i cydrem. Znaleźli je za szynkwasem, gdzie ukryty pod ladą leżał też wysłużony, nabity garłacz. Fakt, że biorący przed chwilą liny sołtys nie zawłaszczył sobie broni, świadczył poniekąd, że bardzo chce im pomóc. To albo o tym, że nie umiał się nią posłużyć, albo że nie miał do tego odwagi. Jedno z trzech. W każdym razie wzięli się do pracy szybko i bez zbytniej troski o karczemne wyposażenie.

    Nie było zresztą czasu na troskę. Heinz pierwszy chwycił za brzeg stołu, choć robił to z największą niechęcią, która malowała się na jego twarzy. Drewno zaskrzypiało po deskach podłogi. Moriz pomógł mu przesunąć ciężki stół, ten sam, przy którym jeszcze niedawno spożywali śniadanie. Teraz blat poszedł bokiem pod drzwi, jedna noga trafiła w szczelinę między kamieniem a kominkiem, druga oparła się o nierówność podłogi. Trzeba było szarpnąć, kopnąć, poprawić, a później zastawić tym, co znaleźli. Moriz wsparł bark o stół, a Heinrich klinował ławę głębiej. Drewno weszło pod kątem i zablokowało się wreszcie z nieprzyjemnym trzaskiem. Było jednak jasne, że jeśli ktoś spróbuje wejść od tej strony, będzie musiał przebijać się siekierą albo taranem. Na taran nie było miejsca, więc zostawały siekiery. Drwale mieli ich mnóstwo, ale przedarcie się zajęłoby sporo czasu.

    To jednak nie był koniec. Izby przyścienne miały małe okna, brudne szyby i okiennice, których raczej nikt na trzeźwo nie nazwałby solidnymi. Trzeba było je zamknąć od środka i zastawić czymkolwiek. Na wyposażenie izb składały się łóżka, sienniki oraz czasem małe, jednodrzwiowe szafy. Musiało wystarczyć.

    Podczas barykadowania jednej z izb Heinrich zobaczył, jak któryś z wieśniaków majstruje już przy oknie, próbując otworzyć je bez wybijania. Szybko jednak stracił cierpliwość. Rozległ się trzask. Kamień albo obuch pałki uderzył w szybę. Szkło pękło, posypało się do środka drobnymi, zimnymi odłamkami. Do izby wdarł się podmuch mrozu i ludzka ręka. Moriz dopadł do okiennicy i zatrzasnął ją, a przynajmniej próbował, co nie było możliwe, póki ktoś nie cofnął puchnących szybko paluchów. Heinrich pomógł dosunąć łóżko i ustawić je pod klinującym kątem. Materac osunął się i spadł. Otworzył się, wysypując na ziemię sporo pierza.

    Za okiennicą ktoś uderzył w ich barykadę, ale teraz drewno przyjęło cios. Zadrżało, lecz wytrzymało. W następnej izbie było podobnie, choć szybciej udało im się ją zabezpieczyć. Przestrzeń wokół nich drżała i wydawało im się, że są totalnie osaczeni, ale potem nagle, jak za dotknięciem magicznej różdżki, wszystko ucichło. Zmiana wydała się zbyt nagła, by mogła oznaczać coś dobrego, a jej równoczesność wywołała silne uczucie niepokoju. Heinz i Moriz mogli spojrzeć po sobie i wymienić zaniepokojone spojrzenia. Przez dłuższą chwilę krew w uszach szumiała im od nadmiaru adrenaliny, kiedy spróbowali zrozumieć, co się właściwie stało.

    ---

    Tomasimo zszedł do piwnicy. Schody były wąskie, strome i wilgotne, jak należało oczekiwać po kiepsko zbudowanej karczmie w okresie zimowym. Deski skrzypiały pod jego stopami, a zatęchłe, zimne powietrze trąciło starym drewnem i sfermentowanymi jabłkami. W miarę jak schodził w dół, krzyki Marty cichły, choć, jak podejrzewał niziołek, nie dlatego, że przestała cierpieć, a raczej z powodu braku sił na kolejne krzyki. Miał rację. Na dole, przed drzwiami do pustej komory piwnicy, zastało go sapanie kobiety, ciężko wypełniające ciszę. Chrapliwe, urywane i kojarzące się bardzo zwierzęco.

    Przez deski przezierały smugi światła. Sneider musiał rozpalić sobie przed „pracą” świece w kandelabrach przy ścianach, bo kiedy Tomasimo otworzył drzwi, w podziemnej komorze było stosunkowo jasno. Nie do końca chciał, by tak właśnie było, bo pomieszczenie odkryło się przed nim w całej okazałości. Światło świec drżało podobnie jak targane spazmami bólu ciało Marty Eberlin.

    Siedziała na krześle pośrodku piwnicy. Była związana. Nadgarstki miała ściągnięte za oparciem, kostki przywiązane do nóg krzesła, a przez pierś i ramiona przechodziły liny, przytrzymując ją do oparcia. Głowę trzymała przechyloną w bok, jakby była bliska omdlenia. Oddychała płytko, szybko, całym ciałem, z ustami uchylonymi i spierzchniętymi. Każdy jej palec wyginał się pod innym, nienaturalnym dla ludzkiej dłoni kątem. Sam widok tych palców bolał i stanowił wystarczający powód, by niziołek zrozumiał, czemu jej krzyk niósł się aż do izby.

    Nie to było jednak najgorsze. Najgorsze było oko, a raczej to, co znajdowało się w oczodole. Stary szew, którym zamknięto powiekę, został brutalnie usunięty. Skóra wokół była zaczerwieniona i obolała. Powieka została otwarta, odsłaniając ślepie, które według wszelkich prawideł natury nie powinno istnieć. Tomasimo szybko wyłapał naturę upiornej nieprawidłowości. Oko, które patrzyło na niego z twarzy Marty, miało dwie źrenice. Dwie czarne szczeliny w jednej tęczówce, nieruchome przez moment, a potem poruszające się z lekkim opóźnieniem względem siebie, jakby nie mogły uzgodnić, na czym powinny skupić wzrok. W bladym świetle świec wyglądało to obrzydliwie, smutno, ale przede wszystkim strasznie.

    text alternatywny

    Sneider stał obok niej. Miał podwinięte rękawy. Na dłoniach krew. Na twarzy pot i ten sam zimny, skupiony wyraz, który widzieli u niego, gdy opatrywał wcześniej Leopolda Manna. Z tym wyjątkiem, że teraz nie było w nim troski. Była pewność. Straszna, spokojna pewność człowieka, który znalazł to, czego szukał.Odwrócił głowę ku Tomasimo.
    – Miałem rację, Herr Ashfield – powiedział.
    Marta poruszyła ustami, ale nie wydobył się z nich żaden wyraźny dźwięk. Tylko chrapliwe sapnięcie. Sneider spojrzał na nią krótko, jak na rzecz, która na chwilę przeszkodziła w rozmowie, po czym wrócił wzrokiem do niziołka.
    – Ten siół to ognisko zarazy Nurgla. Wszystko mi wyśpiewała. Nie od razu, rzecz jasna. Ale wyśpiewała.
    Światło świec zadrżało i zamigotało, odbijając się na jego pistolecie leżącym na jednej z beczek.
    – Coś jest w wodzie – ciągnął Sneider. – Ale nie tej ze studni. Studnia jest czysta, choć nie byli tego pewni przez jakiś czas. Zima skuła strumień, przy którym piorą praczki.
    Podszedł krok bliżej Marty i chwycił ją za włosy tylko na tyle, by unieść jej głowę do światła. Oko z dwiema źrenicami poruszyło się niespokojnie. Drugie, zdrowe, było zapuchnięte od płaczu.
    – Było za późno, kiedy się dowiedzieli – powiedział. – Za późno, kiedy zaczęli kojarzyć. Choroby skóry, poronienia, biegunki, plucie krwią nie były zwykłymi objawami jakiejś choroby. Zwierzęta zaczęły padać. Ludzie zaczęli się zmieniać. Więc próbowali to ukrywać. Wygonili poborcę, tuszowali fakty w księgach. Ukrywali prawdę nawet przed własnym kapłanem, który jest na tyle głupi, by nie połączyć faktów.

    Puścił jej włosy. Głowa Marty opadła na pierś.
    – Trzeba spalić ten siół do gołej ziemi, Herr Ashfield – powiedział Sneider ciszej, ale przez to jeszcze gorzej.
    – Wypalić skazę toczącą się na grzbiecie Imperium. Dom po domu.
    Z góry dobiegło głuche uderzenie. Z jakiegoś powodu krzyki napierających na karczmę dopiero teraz były słyszalne w podziemiach. Sneider uniósł wzrok ku stropowi piwnicy, nasłuchując. Przez chwilę wyglądał na zirytowanego, ale na pewno nie na przestraszonego.
    – Tłum? – zapytał.
    Nie czekał właściwie na odpowiedź. Wziął ze stołu zabrudzoną szmatę i otarł nią dłonie, niedbale, jakby krew była tylko kolejną niedogodnością służby.
    – Powinni byli zostać na zewnątrz i modlić się, żebym znalazł w sobie miłosierdzie.
    Marta poruszyła się słabo na krześle.
    – Nie... – wychrypiała. – Nie wszyscy...
    Sneider spojrzał na nią bez litości.
    – Właśnie dlatego Chaos jest niebezpieczny, Frau Eberlin. Gdybyśmy mieli miękkie, gołębie serca, skaza przemykałaby dalej, niczym płomień świecy tańczący na kurhanach. Bogowie Chaosu świętowaliby na truchle ludu Imperium. Nie. Nie pozwolę na to. Ignis sanat. Większość jest za słaba, by to zrozumieć, dlatego powstał nasz zakon. Bo zawsze znajdzie się ktoś, kto ma miękkie serce, Frau Eberlin. Może nie wszyscy są zakażeni, ale trzeba ich spalić. Spalić wszystkich. Tak. Zabijemy wszystkich, Morr rozpozna swoich.

    W piwnicy przez chwilę słychać było tylko jej oddech, syk świec i odległe, przytłumione odgłosy tego, co działo się na górze. Tomasimo stał w progu piwnicy, między jednym koszmarem a drugim. Za jego plecami czekała karczma, Bruno, Pieter, Tyci, Heinrich, Moriz, sołtys i ludność wsi, która może na razie nagle przestała dobijać się do głównych drzwi, ale nie miał złudzeń. Zamiast widzieć w tym dobry omen, zastanawiał się, kto ich zorganizował i na jaki pomysł za chwilę wpadną. Z drugiej strony stał Klaus Sneider, zakrwawiony, pewny siebie i gotów zrobić dokładnie to, co powiedział. Spalić Dunkelwald do gołej ziemi. Tylko jak do kurwy nędzy zamierzał tego dokonać? Nagle złoto, które obiecał im za wykonanie zadania, wydało mu się małą, ale to bardzo małą gratyfikacją za to, co miało się wydarzyć.

    Rozgrywka
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa