Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
PiołunP

Piołun

@Piołun
Informacje
Posty
86
Tematy
7
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Imię i nazwisko: Elias Crowe
    Wiek: 52 lata
    Profesja: naukowiec pokładowy / specjalista toksykologii atmosferycznej

    text alternatywny

    Elias Crowe jest członkiem załogi USCSS Kardashian odpowiedzialnym za toksykologię atmosferyczną, jakość powietrza, filtrację, obiegi zamknięte oraz wszelkie skażenia, które mogą pojawić się w układach podtrzymywania życia. W praktyce oznacza to, że zajmuje się tym, czym reszta załogi oddycha, co pije i monitoruje cały syf na statku.

    Miał w życiu parę poważnych wypadków, czy to na statku, czy podczas pracy w koloniach korporacyjnych. Firmowa medycyna poskładała go skutecznie, ale bez większej troski o estetykę. Ma diagnostyczną nakładkę przy jednym oku, ślady po dawnym wypadku i ochrypły głos, który wspomagany jest przez syntezator mowy w krtani. Nie obnosi się z tym szczególnie, ale też nie udaje, że nic się nie stało.

    Nosi przybrudzony, jasny kitel terenowy narzucony na robocze ubranie, a jego kieszenie są zwykle wypchane fiolkami, próbnikami, markerami, paskami testowymi i drobnym sprzętem pomiarowym. W jednej z kieszeni trzyma metalową piersiówkę z własnym destylatem, którego składu lepiej nie pytać, a jeszcze lepiej nie analizować przy użyciu certyfikowanego sprzętu.

    Crowe pali syntetyczne dymogryzy nikotynowe stanowczo za dużo jak na człowieka, który zawodowo zajmuje się jakością powietrza. Jest ponury, cyniczny i charakterny, z nieprzyjemnym nawykiem zakładania najgorszego scenariusza. Niestety dla otoczenia, wystarczająco często ma rację. Nie przepada za ludźmi lekceważącymi procedury, ignorującymi alarmy i mówiącymi „spokojnie, nic się nie stanie”. Kiedy Crowe mówi, że "coś mu śmierdzi", zwykle nie jest to metafora.

    Materiały

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Elias siedział przy stole z kubkiem kawy w dłoniach, o ile dało się to nazwać kawą. Miał zniesmaczoną minę, jakby ta „przemysłowa ciecz” ledwo przechodziła mu przez gardło. Automat pokładowy Kardashiana wyprodukował coś czarnego, gorzkiego i rozwodnionego. Kofeinową abominację. No cóż, abominacja czy nie, będzie musiała wystarczyć. Po takim czasie w lodówce taka lura i tak była lepsza od tego świństwa, którym zalewali ich w hypersnie. Ostrożnie uniósł kubek do ust, powąchał, skrzywił się i dolał do środka odrobinę z piersiówki, zasłaniając naczynie ręką dla niepoznaki, mając nadzieję, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Jakaś jego cząstka wiedziała jednak, że wszyscy wiedzą, tylko po prostu mają to w dupie albo postanowili mu odpuścić z racji wieku i jego wszczepów.
    – Teraz przynajmniej ma jakieś właściwości odkażające – mruknął bardziej do siebie niż do Nadii czy Joshuy.

    Wciąż czuł pod skórą resztki hypersnu. Mięśnie były miękkie, gardło drapało, a syntezator w krtani czasem łapał drobne zakłócenie, zostawiając w jego głosie metaliczny pogłos. Oddychał już równiej, ale nie ufał temu. Własnym płucom ufał mniej więcej tak samo jak raportom kwartalnym korporacji. Z konieczności. Nigdy z przekonania.

    Kiedy Hannigan wszedł do mesy razem z O’Collanem i Kalashnikovem, Crowe podniósł wzrok znad kubka. Nie trzeba było być geniuszem, żeby wiedzieć, jak się sprawy mają. Kapitan wyglądał jak dyplomata szykujący się do przekazania kurewsko kiepskich wieści. Davy standardowo emanował energią, której Elias nie rozumiał, a Siergiej wyglądał jak Siergiej. Rosjanie byli przyzwyczajeni do faktu, że zawsze coś może się spierdolić i niespecjalnie wpływało to na ich osobę.

    Elias nie odezwał się. Pił kawę małymi łykami i słuchał, wyławiając najważniejsze fakty. Sygnał SOS był autentyczny. Chodziło o kapsułę ratunkową. Jednostką był USS Bleinert, którego nazwa nic mu nie mówiła. Brak odpowiedzi. A to oznaczało, że za około cztery godziny będą po ręce w gównie. Świetnie. Westchnął przez nos. A więc jednak. Nie awaria wewnętrzna, nie fałszywe przebudzenie. Ktoś tam, w pustce kosmosu, miał problem i był to ten najgorszy rodzaj problemu, bo prawo, procedury oraz resztki ludzkiej przyzwoitości, które chcąc nie chcąc jeszcze posiadał, natychmiast robiły z niego problem wspólny. Jego problem.

    Na wzmiankę o napromieniowanej chmurze gruzu, pyłu i gazu za zaopatrzeniowcem Crowe uniósł głowę odrobinę wyżej. W jego twarzy nie pojawił się entuzjazm. Raczej coś gorszego. Zainteresowanie specjalisty. Kiedy kapitan zwrócił się do niego bezpośrednio, odstawił kubek.
    – Przyjąłem, kapitanie – powiedział zachrypniętym, nierównym głosem. – Moduł górniczy, spektroskopy wydobywcze. Skład gazów, pyłów, izotopy, rozrzut, temperatura resztkowa – wymienił na głos, by lepiej to sobie utrwalić. Taką miał metodę. Było nie było, był staruszkiem i trzeba było używać sztuczek mnemonicznych, żeby nie wypaść blado przy reszcie ekipy.
    – Sprawdzę, czy to wygląda na zderzenie, eksplozję, awarię reaktora, czy chodzi o jakieś inne gówno.

    Przez chwilę bębnił palcami po kubku. Potem zerknął w stronę Delilah, kiedy ta zaczęła mówić o polisie, promieniowaniu i odpowiedzialności. Nie był fanem jej stylu wysławiania się. Ogólnie nie lubił ludzi z korporacji, ale coś w tej całej gadce o promieniowaniu miało sens. W końcu siołom radiacyjnym nie robiło różnicy, kto jest kim. Równo rozdawały chorobę popromienną między korporacyjną księżniczkę, kapitana, pilota i starego, zdezelowanego toksykologa z piersiówką w kieszeni.
    – Pani le Fey ma rację co do jednego – odezwał się po chwili, nie podnosząc głosu. – Nie chciałbym dodawać do listy moich drinków koktajli antyradiacyjnych. Są trochę zbyt mdłe jak na mój gust i źle mieszają się z alkoholem. – pozwolił sobie na żart.
    – W raporcie końcowym ocenię skalę ryzyka.

    Spojrzał jeszcze krótko na Holta, kiedy ochroniarz zaczął mówić o broni i niepewnych elementach. Elias nie miał w tej kwestii nic do skomentowania. Każdy miał na tym statku jakąś rolę, a pewność siebie, tak ważna, kiedy leci się przez pustkę w wielkiej metalowej skrzyni, wymagała wiary w coś istotnego, najczęściej związanego właśnie z tą rolą. On sam wierzył w swoją zdrową paranoję i sprawdzanie odczytów, toteż zazwyczaj milczał, gdy inni prawili o tym, co jest najważniejsze.

    Wzdrygnął się, kiedy Chaplin wskoczył na stół. Kot miał minę, jakby był właścicielem statku, który tylko chwilowo toleruje obecność personelu. Elias spojrzał na niego nieprzychylnie, kiedy ten przeszedł obok jego kubka i prawie strącił ogonem jego lurę. Może to była tylko kawowa abominacja, ale to była jego kawowa abominacja, no i wlał do niej trochę swojego specyfiku, który nie mógł się przecież zmarnować.
    – Sio, futrzasty demonie – mruknął. – Idź drażnić innych poważnych naukowców.
    Kot oczywiście nie odpowiedział, co w innych warunkach czyniłoby go jednym z bardziej pożądanych rozmówców w mesie.

    Po odprawie Crowe podniósł się powoli. Coś strzyknęło mu w kolanie, coś zapiekło w płucach. Jego ciało od dawna było jak źle poskładana maszyneria, w której zapalała się jedna czerwona kontrolka po drugiej. Ile jeszcze da radę tak latać? Chyba czas pomyśleć o jakiejś emeryturze. Zignorował ból i pociągnął łyk kawy z prądem. Miał swoje lekarstwo, a teraz naprawdę nie było czasu na negocjacje z własnym ciałem. Kiedy dotrą do celu, zadba o zdrowie. Zabrał kubek, wsunął do kieszeni mały analizator, poprawił kołnierz kitla i ruszył w stronę wyjścia.

    ***

    Korytarze Kardashiana były już żywsze niż zaraz po wybudzeniu. Wentylatory pracowały równiej, światła przeszły w standardowy tryb, a z głębi kadłuba dochodził niski pomruk dobrze działających systemów. Elias szedł wolno, ale bez wahania. W jednej dłoni trzymał kubek z kawą, drugą przesuwał czasem po ścianie, jakby czytał statek przez drgania poszycia. Ludzie na starej Ziemi chodzili tak czasem wśród żywopłotów, gładząc liście. Może był to jakiś odruch zakodowany w pamięci komórek?

    Kabina modułu górniczego przywitała go chłodem i zapachem starego smaru. Rzędy paneli diagnostycznych, stanowiska analizy próbek, konsole spektroskopów i górniczych skanerów składu zajmowały większość pomieszczenia. Normalnie ten sprzęt służył do odróżniania rudy od bezwartościowej kosmicznej skały. Dzisiaj miał być lupą detektywa i pomóc im zrozumieć, co się stało. Crowe usiadł przy głównej konsoli, przetarł rękawem ekran i stuknął palcem w panel aktywacyjny.
    – Opiekunie – powiedział. – Przekieruj na stanowisko górnicze pełny pakiet sensorów dotyczący napromieniowanej chmury za USS Bleinert. Najpierw surowe dane. Jak będę chciał, żebyś coś podsumował, powiem ci.
    To była ważna dyrektywa, którą zazwyczaj kończył każde zdanie, gdy współpracował z komputerem. W przeciwnym wypadku ten podawał mu wszystko na srebrnej tacy, robiąc z niego idiotę.

    text alternatywny

    Konsola zamrugała.
    – Chcę widmo gazów, pyłu, metali, izotopów, promieniowanie, wektory rozrzutu, temperaturę resztkową i wszystko, co da się wyciągnąć z Fermi, Chandry oraz spektroskopów wydobywczych. Osobno stabilne pierwiastki, osobno produkty rozpadu, osobno związki organiczne, jeśli cokolwiek takiego jeszcze tam pływa.
    Przez moment obracał w palcach dymogryza. Nie zapalił. Jeszcze nie. Wsunął go tylko między zęby i w skupieniu mielił wargami końcówkę.
    – Drugi zakres to kapsuła ratunkowa. Pełny skan powierzchni, gęstości, śladów chemicznych i termicznych, kiedy tylko wejdzie w sensowną rozdzielczość. Interesują mnie materiały wybuchowe, paliwa, utleniacze, aerozole, nieszczelności, skażenia, anomalie masy i wszystko, co nie pasuje do standardowego modelu puszeczki, która nam tam lata.

    Kiedy skończył wydawać szereg komend, oparł łokcie o blat i nachylił się nad konsolą. Pierwsze linie danych zaczęły pełznąć po ekranie. Odpalił fajkę i patrzył na ciągi znaków mrugające zielonkawym światłem. Wypuścił małą mgiełkę dymu, która zaraz została wessana przez systemy wentylacyjne. Pociągnął łyk kawy, skrzywił się i odstawił kubek obok panelu.
    – No dobra – mruknął. – Pokaż, co tam masz, kotku.

    Rozgrywka

  • [Warhammer 2ed.] Popiół i Śnieg - Rekrutacja
    PiołunP Piołun

    text alternatywny

    text alternatywny

    text alternatywny

    Wysoko nad lasem krążyły wrony. Czarne punkty znaczyły niebo nad ołowianą linią Gór Środkowych, których zębate grzbiety ginęły w śnieżnej mgle. Zima dopadła północny Hochland z całą właściwą sobie złośliwością. Nie przyszła cicho ani łagodnie. Wdarła się między sioła, przydusiła trakty grubą warstwą miękkiego puchu, skuła rzeki i stawy, a potem usiadła na tej ziemi, wyciskając z niej resztki życia.
    Drogi opustoszały szybko. Wielki gościniec, którym jeszcze jesienią ciągnęły wozy kupieckie, pielgrzymi, przekupnie, żołnierze i awanturnicy, teraz wyglądał jak martwa, biała połać, poprzecinana upartą zielenią sosen. Czasem ktoś jeszcze próbował iść zasypanym traktem, ale tylko głupiec albo desperat wybierał podróż w taką pogodę. Nie chodziło nawet wyłącznie o mróz. Mróz w kwestii pozbawiania życia był uczciwy. Gorzej sprawy miały się z tym, co zalęgło się w górach.
    Od paru dni w karczmie krążyły niepokojące plotki. Ponoć cofające się, rozbite bandy sił Chaosu upodobały sobie zakamarki ukrytych grot i niedostępnych jaskiń. Plotki przynosili drwale, traperzy i inni ludzie z tych stron, którzy umieli się jeszcze jakość przemieszczać przy tej pogodzie się na krótkie dystanse. Ponoć duża banda zielonoskórych siedziała gdzieś na wierchach, parę dni drogi od karczmy, przyczajona niby robactwo pod kamieniem, czekając na dogodny moment. Zimno przycisnęło jednak i ich, więc bandy schodziły niżej. Po trzodę. Po żywność. Po tych, którzy mieli nieszczęście znaleźć się w złym miejscu, o złej porze. Ale nie tylko zielonoskórzy stanowili problem. Traper z sumiastym wąsem zarzekał się, że w jego wsi obrobiono całą chatę na skraju osady. Rano znaleźli tylko krew na śniegu i ślady, które nie miały żadnego sensu, ponieważ urywały się nagle, jakby to, co napadło na biedaków, poderwało się później w powietrze. Tak, niepokojących plotek było więcej. Ktoś widział zwiadowców wilczej jazdy ledwie kilka mil stąd. Ktoś inny przysięgał, że słyszał dęcie w róg pośród drzew. To napędzało wszystkim stracha.
    Dlatego gospoda pod „Żelaznym Kucem” pękała w szwach.
    Nie była to gospoda, którą po czasie wspomina się z rozrzewnieniem. Niski budynek o ścianach ciemnych od dymu i wilgoci, ze stropem tak nisko zawieszonym, że wyżsi goście musieli odruchowo pochylać głowy. W głównej izbie cuchnęło piwem, mokrą wełną, dymem z wilgotnego drewna i ludźmi, którzy od kilku dni nie mieli okazji porządnie się umyć. Ogień trzaskał w palenisku, ale bardziej dla pokrzepienia ducha niż ciała. Ciepło dochodziło głównie do tych, którzy siedzieli najbliżej. Reszta musiała zadowolić się grzanym piwem, które karczmarz ochoczo podgrzewał w wielkim garze.
    A jednak lepiej było tu niż na zewnątrz. Przynajmniej przez pierwsze dwa, trzy dni.
    Później nawet ten wątpliwy przywilej przebywanie w cieple nie starczał. Długie godziny, które zlewały się w jedno, gdy za oknem nie było nic poza śniegiem, wiatrem oraz ciemniejącą linią lasu i gór. Człowiek budził się rano, jeśli w ogóle można było nazwać rankiem ten szary półmrok sączący się przez oszronione szyby, po czym siadał przy stole i robił dokładnie to samo, co dnia poprzedniego. Zaglądał do kufla. Grał w kości albo karty. Ostrzył nóż, choć nie było po co. Awanturnicy przerzucali w myślach te same plany, których i tak nie mieli możliwości spełnić, mając na uwadze siarczystą zawieruchę i brak odpowiedniego sprzętu. Wyjścia z karczmy ograniczały się do szybkich wypadów. Ktoś wychodził do lasu po chrust. Ktoś inny znikał na parę godzin, by sprawdzić sidła albo zdobyć coś, co dało się wrzucić do garnka.
    Mijał dzień za dniem. Kufle opróżniały się szybko, sakiewki jeszcze szybciej.
    Pensy i szylingi znikały z zadziwiającą łatwością. Grzany miód, piwo, pajda chleba, trochę skwarków, miska rzadkiej polewki, miejsce przy ogniu, nocleg pod dachem. Karczmarz nie był zbójem, ale też nie prowadził przybytku z litości. Z każdym kolejnym rankiem coraz więcej osób zaczynało liczyć drobne pod stołem, coraz ostrożniej zamawiało następną kolejkę, coraz częściej patrzyło na drzwi, jakby sama siła spojrzenia miała roztopić skute lodem drogi. Część z pierwszych gości, która pozwoliła sobie na opłatę za pokój, musiała zrezygnować z powodu pustki w sakiewce. Dlatego we wspólnej izbie zrobiło się trochę tłoczniej. Coraz trudniej było zasnąć wśród chrapania, kaszlu i odoru wilgotnych butów. Jeszcze dzień, dwa i niejednemu przyszłoby zacisnąć pasa albo ruszyć w drogę mimo wszystko, a to mogło oznaczać, że na wiosnę znajdą go gdzieś pod śniegiem, jeśli w ogóle go znajdą.
    Wieczory ciągnęły się najdłużej. Świece kopciły. Płomień w kominku rzucał po ścianach niespokojne cienie. Ktoś oszukiwał w kartach, za co dostał w pysk, i można było to spokojnie nazwać atrakcją wieczoru. Ktoś klął pod nosem, przegrywając ostatni miedziak. Ktoś inny opowiadał przy kielichu historie swojego życia, których w innych warunkach nie dałoby się słuchać na trzeźwo.
    A mimo to między jednym rozdaniem kart a drugim, między kolejnym kuflem a krótkim wypadem do lasu, między snem na ziemi we wspólnej izbie i porankiem spędzonym na oskrobywaniu lodu z butów zaczynała rodzić się znajomość. Może nie przyjaźń, ale karczemna uprzejmość zbudowana z dzielenia stołu, ognia i nudy.
    Minął tydzień.
    Tego wieczoru wiatr uderzał w ściany karczmy z taką siłą, jakby chciał wedrzeć się do środka i wydusić z wszystkich życie. Okiennice trzaskały. Dym z paleniska co jakiś czas zawisał nisko pod stropem, gryząc w oczy. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo jak przez poprzednie dni, tylko pogoda mocniej dawała o sobie znać.
    A potem drzwi otworzyły się z hukiem.
    Do środka wdarł się podmuch lodowatego powietrza, wir śniegu i metaliczny zapach krwi. W progu stanął mężczyzna wysoki, szeroki w ramionach, oblepiony ciasnym kobiercem śniegu. Jedną ręką przytrzymywał poły ciężkiego płaszcza, drugą dźwigał drugiego człowieka, który ledwo trzymał się na nogach. Ranny chwiał się przy każdym kroku, bardziej wisząc na swoim towarzyszu, niż idąc o własnych siłach. Ciemna plama krwi zaskrzepła na jego szatach i zdążyła już przemienić się w szkarłatny lód.
    Rozmowy nagle ucichły. Niektórzy zatrzymali nawet oddech. Karty zastygły nad stołem. Nawet ci, którzy przez ostatnie dni nauczyli się nie wtykać nosa w cudze sprawy, podnieśli wzrok. Przybysz zrobił kilka kroków w głąb izby. Śnieg topniał na jego butach, zostawiając na podłodze brudne, mokre ślady. Twarz miał pociągłą, pooraną zmęczeniem i zimnem. Spod kaptura wymykały się jasne, zmierzwione włosy, a w brodzie osiadł szron. Na jego towarzyszu wisiały ciężkie, zimowe szaty podróżne, pod którymi dało się dostrzec święte symbole Sigmara. Kapłan. Albo ktoś, kto bardzo chciał za niego uchodzić. Tyle że krew była prawdziwa.
    W progu zawył wiatr. Drzwi zatrzasnęły się za nimi ciężko. I wtedy stało się jasne, że tydzień bezczynności właśnie dobiegł końca. Roztapiający się szybko śnieg odkrywał coraz więcej detali podróżnych, które sprawiły, że goście w karczmie odsunęli się od tej dwójki, jakby ci byli tknięci chorobą. Do karczmy wszedł Łowca Czarownic z rannym kapłanem, a to nie wróżyło nic dobrego. Kontakty z łowcami nigdy nie zaliczały się do przyjemnych, niezależnie od sytuacji, ale ten tutaj wyglądał na takiego w potrzebie. Mała grupka w kącie sali, która wydała tego wieczora ostatnie miedziaki, widziała jednak w jego postaci szansę. A to na zarobek, a to po prostu po to, by wyrwać się z gospody, zanim zupełnie zgnuśnieją, albo byli po prostu aż tak zdesperowani…

    text alternatywny

    O sesji

    Sesja rozgrywana jest w systemie Warhammer Fantasy Roleplay 2ed. i osadzona będzie w realiach Starego Świata, jakiś czas po odwrocie armii chaosu, czyli według standardowego otwarcie tej edycji. Będzie brudno, niewygodnie i raczej daleko od heroicznych fantazji w wojownikach w błyszczących zbrojach. Zamiast tego czekać będą błoto, śnieg, strach, podejrzliwość i trudnie moralnie wybory, często między złym, a jeszcze gorszym. Dla większości forumowych weteranów i fanów systemu pewnie jest to wiadome, ale warto nadmienić.

    Domyślnie sesja ma charakter jednostrzału. Nie można jednak wykluczyć, że stanie się wprowadzeniem do dłuższej serii przygód, jeśli dobrze nam się będzie razem grało i pojawi się na to ochota po obu stronach. Zdecydowałem się na poprowadzenie krótszej przygody, żeby każdy mógł zobaczyć, jak prowadzę, poznać się nawzajem, polubić lub nie i po prostu przekonać się, czy ma ochotę na dłuższą rozgrywkę pod moją banderą.

    Jako ciekawostkę dodam, że scenariusz, który będziemy rozgrywać, był pierwszym scenariuszem, jaki rozegrałem jako gracz w formule PBF. Wracam więc do niego nieco przewrotnie, ale też z dużym sentymentem. Przez ten czas sporo się zmieniło, zarówno w moim sposobie prowadzenia, czy grania, jak i w samym podejściu do rozgrywek forumowych, dlatego traktuję ten powrót trochę jak zamknięcie pewnego koła.

    Sam scenariusz w formie rozwiniętego konceptu można znaleźć w Internecie, ale bardzo gorąco polecam tego nie robić. Odbierzecie sobie w ten sposób sporą część przyjemności z odkrywania fabuły, a mnie część frajdy z prowadzenia dla osób, które faktycznie nie wiedzą, co kryje się za kolejnymi drzwiami. Otwarcie jest dość sztampowe i rozpoznawalne, więc jeśli ktoś już wie co to za scenariusz, proszę niech nie zdradza innym.

    Czego można się spodziewać po sesji

    Sesja oparta będzie przede wszystkim na ciężkim klimacie, napięciu i stopniowym zagęszczaniu atmosfery. Nie nastawiajcie się na beztroską wędrówkę od walki do walki. Oczywiście zagrożenie i przemoc będą obecne, bo taki jest urok settingu, ale sam rdzeń przygody opiera się bardziej na niepewności, konflikcie racji i pytaniu, za czyją racją warto się opowiedzieć, a za którą powinno?

    Można spodziewać się:

    • Ciężkiego, zimowego klimatu
    • Śledztwa i odkrywania tajemnic
    • Napięć między postaciami niezależnymi
    • Moralnie niejednoznacznych decyzji
    • Ograniczonych zasobów i poczucia osaczenia
    • Przemocy obecnej w tle i na pierwszym planie
    • Sytuacji, w których nie będzie idealnych rozwiązań

    Nie będzie to sesja oparta na indywidualnych questach postaci. Idziemy głównym torem scenariusza, dlatego dobrze odnajdą się tu osoby, które lubią wspólną grę drużynową, reagowanie na wydarzenia i budowanie napięcia w grupie.

    Motywy i treści wrażliwe

    Na sesji mogą pojawić się treści i motywy, które dla części osób będą niekomfortowe. Wolę napisać to otwarcie już na starcie. Możecie spodziewać się między innymi:

    • Przemocy fizycznej
    • Krwi, ran i opisów obrażeń
    • Grozy i napięcia
    • Motywów chaosu, mutacji i skażenia (zniekształcenie tkanek)
    • Fanatyzmu religijnego
    • Uprzedzeń społecznych i klasowych
    • Brutalnych metod przesłuchań
    • Moralnej dwuznaczności
    • Zagrożenia dla życia postaci
    • Ciężkiego, przygnębiającego klimatu

    Nie planuję epatować obrzydliwością, czy okrucieństwem dla samej obrzydliwości, czy okrucieństwa, ale też nie zamierzam udawać, że świat przedstawiony jest łagodniejszy, niż jest w istocie. Jeśli ktoś szuka lekkiej, przygodowej fantasy bez mroku i trudniejszych tematów, to raczej nie będzie sesja dla niego.

    Jeżeli ktoś ma konkretne granice dotyczące treści, których nie chce oglądać w grze, najlepiej dać mi o tym znać na PW (na tym forum są to chyba czatroomy) przed rozpoczęciem sesji. Łatwiej uwzględnić coś wcześniej niż gasić po drodze niepotrzebny dyskomfort.

    Zasady gry

    Wychodzę z założenia, że Mistrz Gry ma prowadzić grę, a nie rozwiązywać spory interpersonalne i stawać po którejś ze stron w prywatnych utarczkach. Traktujmy więc rozgrywkę jako dobrą zabawę i podchodźmy dojrzale do różnicy zdań, zarówno z innymi graczami, jak i ze mną. Mój sposób prowadzenia może różnić się od tego, do którego ktoś przywykł. To naturalne. Zapisujecie się na sesję prowadzoną przeze mnie, więc siłą rzeczy będzie to gra pod moją wizję i mój sposób prowadzenia. Jeśli pojawią się jakieś braki w mojej wiedzy o lore albo drobne sprzeczności, chętnie poznam wasze zdanie i być może naniosę korekty, ale samo prowadzenie zostawmy MG. Jednocześnie z mojej strony zawsze otrzymacie pomoc i odpowiedź z zgodną z wysokimi standardami kultury osobistej, którym hołduje. Obowiązuje zasada wzajemnego szacunku na wszystkich polach: w komentarzach, na PW, na Discordzie (jeśli po rozpoczęciu się na takie dodatkowe medium zdecydujemy) i oczywiście w samej grze. Na moich sesjach obowiązuje też zakaz PvP. Być może przy stole jak gracze się znają taki zabieg może być ciekawym eksperymentem, lecz z doświadczenia zauważam, że nie jest to dobre dla gry w żadnym stopniu.

    Jak dołączyć do gry?

    KP proszę przesyłać do mnie na PW, używając przygotowanego wzoru. Załącznik zawiera arkusz z wzorem karty postaci. Należy utworzyć jego kopię, uzupełnić pola, a następnie odesłać mi ją poprzez PW (na tym forum chyba są to chatroom'y).

    W temacie rekrutacji, czyli tutaj, proszę natomiast napisać, jaką profesję i rasę bierzecie dla swojej postaci, żeby pozostali mieli wgląd w ewentualny skład drużyny. Wzajemne uzupełnianie się może okazać się kluczem do przetrwania. Awatar mile widziany. Planuję graficznie ujednolicić styl obrazków i dodać ramki, by zadowolić własny zmysł estetyki. Taki już mam niezdrowy nawyk.

    Zdaje sobie sprawę, że ma wchodzić panel sesji. Nie wiem na ile wpłynie to na proces rekrutacji ze strony organizacyjno-technicznej, ale w najgorszym wypadku będę robił update.

    Tworzenie postaci

    Cechy główne

    Cechy główne proszę przydzielić, rzucając 16k10, a następnie sumując najwyższe rzuty i dodając je do wartości rasowych według własnego uznania, zależnie od profesji i koncepcji postaci. Warhammer i tak potrafi być ciężki, a przy takim sposobie przydziału istnieje szansa, że stworzycie bohatera, który nie umrze od pierwszego dziabnięcia. Zdaje sobie sprawę, że jest to pewne ułatwienie, ale jeśli na jakimiś etapie uznam, że jest za prosto, po prostu podrasuje wrogów. Balans walk w tym systemie jest dość trudny do wyczucia, ale wierzę, że mam w tym jakąś wprawę.

    Rzuty wykonujemy przy użyciu dowolnego narzędzia online z systemem logów. Przy przesyłaniu KP proszę dołączyć screen 3 rzutów. W przypadku innych rzutów związanych z tworzeniem postaci obowiązuje ta sama metoda. Można dla przykładu użyć strony crystalforge i wysłać podobny screen jak w podanym wzorze. Zezwalam na 3 próby i wybranie najlepszego zestawu z tych trzech. Zdaje sobie sprawę, że takie rozwiązanie ma wady, ale wierzę w uczciwość moich przyszłych graczy. Bardziej pewne sposoby kontroli nad rzutami wymagają rejestracji gdzieś lub dodania bota na discord, ale nad tym rozwiązaniem będę myślał dopiero po rozpoczęciu sesji.

    Cechy drugorzędne

    Cechy drugorzędne należy wyliczyć zgodnie z zasadami Warhammera 2ed., podkładając odpowiednie wartości z cech głównych. Jeśli ktoś ma problem z tym podpunktem jak i w sensie tworzenia KP, chętnie służę pomocą.

    Pochodzenie postaci

    Chciałbym, aby postacie pochodziły z terenów okalających Góry Środkowe, z którejkolwiek strony. W grę wchodzą głównie Hochland i Ostland. Zezwalam również na dalsze rejony świata, o ile sensownie wyjaśnicie, jak wasza postać znalazła się w okolicach, gdzie rozpocznie się sesja. Zaczynamy na północnym Hochlandzie. Zezwalam na użycie dodatkowych tabel, które określają zdolności i umiejętności człowieka z racji pochodzenia, a nie tylko z racji wybrania tej rasy. Jest też podajże podobna tabela ze względu na wyznanie, dla bardziej uduchowionych postaci.

    Zdolności początkowe

    Zdolności początkowe dla człowieka i niziołka losujecie sami. Tutaj również zezwalam na trzy próby.

    Dodatkowe rozwinięcie i początkowe PD

    Podczas tworzenia postaci można wykupić za 100 PD jedną umiejętność spoza drzewka profesji. Traktuję to jako darmowe rozwinięcie na start i w praktyce jest coś czego wasze postać mogła nauczyć się w ramach zainteresowania podczas swojego życia. Później w grze będzie to możliwe jedynie po znalezieniu nauczyciela i odpowiednim fabularnym uzasadnieniu czasu poświęconego na naukę. W praktyce większości takich rzeczy nie da się sensownie opanować w trakcie jednego scenariusza. Oprócz tego przy początkowym tworzeniu postaci przysługuje wam 300PD, które daje na start, coś byście nie startowali zupełnymi świeżynkami.

    Ekwipunek

    Postacie otrzymują:

    • Ekwipunek z profesji,
    • Startowy ekwipunek z podręcznika (str. 20),
    • Jeden fant o wartości do 40 zk,
    • Początkowe złoto w wysokości 1k20.

    Na tym etapie pozwalam na sprzedaż niepotrzebnych rzeczy i zakup potrzebnych po cenie podręcznikowej, co by nie utrudniać. Później w grze będzie obowiązywać zasada związana z wyceną i handlowaniem.

    Żywotność i punkty

    Zaczynacie z maksymalną żywotnością wynikającą z rasy. Punkty Przeznaczenia również są maksymalne dla wybranej rasy. Punkty Szczęścia odnawiają się o północy in-game.

    Ograniczenia profesji

    Do gry zostaną przyjęte maksymalnie:

    • jedna postać z profesją magiczną,
    • jedna postać o pochodzeniu szlacheckim,
    • jedna postać stanu kapłańskiego.

    Nie ma możliwości wcześniejszego zaklepania sobie danej profesji. Nie mam ograniczeń co do wybierania innych profesji.

    Historia postaci

    Historia postaci powinna mieć maksymalnie jedną stronę A4, ale nie mniej niż pół strony. Otrzymujecie ode mnie 300 PD już na etapie tworzenia postaci, więc zakładam, że bohater coś w życiu przeżył i jakoś trafił do miejsca rozpoczęcia scenariusza. Opiszcie to. Jeśli ktoś ma tendencje do rozpisywania sobie postaci na wiele stron, nie ma sprawy, przeczytam, choć poproszę też o wersje skondensowaną do A4.

    Proszę zakończyć historię na momencie utknięcia w karczmie, w której rozpocznie się sesja. Wewnętrzne relacje między postaciami ustalimy dopiero wtedy, gdy zbierze się drużyna. Ktoś mógł przybyć już z kimś, mogliście poznać się na miejscu.

    Profesje z dodatków

    Zezwalam na profesje z Career Compendium, podręcznika zbierającego profesje z dodatków do podstawki. Część z nich może być trudna do uzasadnienia fabularnie, więc ich wybór może wymagać dodatkowego omówienia. Jeśli ktoś nie ma dostępu do tego materiału, może odezwać się do mnie prywatnie. Nie udostępniam podręcznika, ale mogę podpowiedzieć i opisać profesje najbardziej zbliżone do konceptu postaci.

    text alternatywny

    Na etapie tworzenia postaci część graczy zgłosiła wyraźne potrzeby dotyczące kilku elementów mechaniki, dlatego postanowiłem wprowadzić kilka Homerules, żeby wyjść na przeciw tym potrzebom. Lubię informować o takich rzeczach przed sesją, żeby każdy mógł spokojnie się jeszcze zastanowić, czy taki sposób prowadzenia i rozwiązań mechanicznych mu odpowiada.

    Rozliczanie obrażeń i Trafienia Krytyczne

    W przypadku zwykłych przeciwników, po spadku Żywotności do 0, taki przeciwnik wypada z walki, najczęściej jako martwy, niezdolny do dalszego działania albo pobity w walce na pięści i spacyfikowany, zależnie od sytuacji fabularnej (oczywiście zwykłe ogłuszenie też jest dostępne).

    Pełne zasady Trafień Krytycznych zachowuję dla:

    • bossów,
    • istotnych BN-ów,
    • potworów i innych przeciwników, przy których ma to znaczenie fabularne lub dramatyczne.

    Jeśli chodzi o efekty, które normalnie wpływają na Trafienia Krytyczne, czyli np. Morderczy Atak oraz cechę oręża Precyzyjny, to mam dla nich nowe przeznaczenie. Skoro nie mogą wpływać na TK w walce ze zwykłymi przeciwnikami, to pomogą w inny sposób. W sytuacji, gdy zwykłemu przeciwnikowi miałoby pozostać 1-2 pkt. żywotności (w zależności, czy postać ma sam talent, samą broń z tą cechą, czy oba naraz), to takowy przeciwnik zostaje uśmiercony dzięki wyżej wymienionym efektom, które wykańczają wroga. W przypadku wrogów gdzie dalej utrzymuje TK, efekty te działają jak w podręczniku.

    Obciążenie i noszony ekwipunek

    Drugą zmianą są zasady dotyczące obciążenia. Przedmioty noszone na sobie liczą się jako ważące 1/2 normalnego obciążenia. Nie będziemy korzystać z zasady dodatkowego oddziaływania zbroi na postać.
    Talent Krzepki, żeby nie stracił znaczenia dla tych, którzy go posiadają, działa u mnie w następujący sposób:

    Postać z tym talentem może nieść dodatkowe obciążenie w wysokości 1/2 wartości swojego bonusu z WT. Przykład: jeśli postać ma Krzepę równą 30 (co normalnie pozwalałoby na udźwig bez kar 300 jednostek), może nieść dodatkowe 150 jednostek ciężkości ponad swój normalny limit, zanim zacznie odczuwać spadek prędkości po przekroczeniu maksimum.

    Dodatkowo chiałbym dać możliwość zwiększenia udźwigu przez jakość wykonania plecaka. Wprowadziłem to w jednej sesji kiedyś i graczy byli zadowoleni. Także:

    • plecak dobrej jakości zwiększa możliwy udźwig o 50 jednostek obciążenia,
    • plecak najlepszej jakości zwiększa możliwy udźwig o 100 jednostek obciążenia.

    Nauka nowych umiejętności i rola nauczyciela

    Praktycznie zawsze znajdzie się ktoś, kto chciałby się dokształcać poza daną mu ścieżką. Ponieważ powstała prośba o nakreślenie tej możliwości, tłumaczę jak będzie to działać u mnie, jeśli zdecydujemy się na dalsze scenariusza. Można się uczyć i nabyć nową umiejętność, a także zdolność, o ile dana rzecz w ogóle nadaje się do wyuczenia.

    Żeby wykupić taką umiejętność lub zdolność:

    • postać musi mieć nauczyciela,
    • musi spędzić odpowiednią ilość czasu na ćwiczeniu pod jego okiem.
    • czas ten ocenia MG zależnie od tego, czego postać chce się nauczyć (Pływania można się stosunkowo łatwiej nauczyć, od dajmy, płatnerstwa)

    W tym scenariuszu najpewniej zabraknie na to czasu, ale jeśli zdecydujemy się grać dalej, może to być ważna informacja na przyszłość. Dodatkowo koszt tak nabywanej zdolności wynosi 200 PD zamiast 100 PD.

    Tresura i nauka sztuczek

    Jeśli ktoś chce, aby jego zwierzęcy pupil nauczył się konkretnych czynności wykonywanych na zawołanie, musi poświęcić na to odpowiednią ilość czasu opisaną w podręczniku. Na poziomie tworzenia postaci jednak, postać może mieć już zwierzaka od dłuższego czasu. Dlatego przyjmuje, że pupil może znać 3 sztuczki z kategorii proste i 1 z katergori średnio-trudne. Dotyczy tylko postaci, które mają jednocześnie zwierzaka i umiejętność tresury.

    Klany niziołków i ich umiejętności związane z pochodzeniem

    Ostatnią zmianą jest wprowadzenie tabeli początkowych umiejętności i zdolności niziołków zależnych od pochodzenia / klanu.

    Przygotowałem ją na podstawie inspiracji z 4 edycji, starając się przełożyć ten pomysł na realia i styl 2 edycji. Docelowo chciałbym uwzględniać tę tabelę również w kolejnych rekrutacjach, tak aby mogła stać się stałym elementem moich sesji.

    Zdolności początkowe dla niziołków znajdują się tutaj.

    Podsumowanie

    System: Warhammer 2ed.
    Ilość graczy: 3-4
    Kryteria przyjęcia graczy: stworzenie pełnej karty postaci + krótkiej historii (wystarczy około pół strony A4). W wypadku większej liczby zgłoszeń odbędzie się konkurs kart.
    Platforma: forum oraz możliwie Discord, jeśli przyjęci gracze będą zainteresowani. Nie będę się upierał jeśli nie.
    Częstotliwość odpisów: 4 dni dla graczy, 4 dni dla MG (możliwość prolongat i zgłoszeń pominięcia kolejki w rozsądnej ilości zgłoszeń)
    Dokumenty Google: Nie planuje i nie jestem fanem. Jeśli będzie potrzeba rozegrania scen lub dialogów, można zrobić to na Discordzie. Jeśli gracze nie będą mieć ochoty na Discord, takie sceny rozegramy w formie krótszych opisów na forum lub ewentualnie przez PW.
    Długość sesji: Przy założeniu braku opóźnień w odpisach sesja powinna zamknąć się w około 3-4 miesiącach, lecz jak gracze będą podchodzić ambitniej to 5-6 miesięcy.

    zakończenie

    Archiwum warhammer 2ed

  • Popiół i Śnieg
    PiołunP Piołun

    text alternatywny

    Drzwi karczmy otworzyły się z hukiem, wpuszczając do środka podmuch śniegu, mrozu i zmierzchu. Na chwilę płomień w palenisku przygiął się nisko, rozmowy urwały się w pół słowa, a spojrzenia powędrowały ku progu, gdzie właśnie wtoczyło się dwóch ludzi wyrwanych szponom zamieci. Pierwszy wspierał drugiego ciężarem ramienia. Wysoki, okryty śniegiem, z kapeluszem zsuniętym nisko na oczy i płaszczem sztywnym od lodu. Drugi chwiał się ledwie przytomny, w zimowych szatach pociemniałych od krwi.

    Przez kilka uderzeń serca nikt nie rozumiał jeszcze, kto naprawdę wszedł do izby, ale trwało to doprawdy krótką chwilę. Gdy śnieg zaczął topnieć na płaszczu przybysza, odsłaniając skórzane pasy, dobrze utrzymaną broń, święte symbole i ponure znaki urzędu, ludzie zaczęli cofać wzrok i z niezwykłą intensywnością wpatrywać się w swoje kufle, jakby te były najciekawszą rzeczą na świecie. Do karczmy wszedł Łowca Czarownic z rannym kapłanem Sigmara, a takie wejścia rzadko poprzedzały cokolwiek dobrego.

    – Zajmuję ten stół – oznajmił. Nie była to prośba, ani nawet rozkaz wypowiedziany z gniewem. Głos przybysza zabrzmiał cicho, płasko i spokojnie, ale może właśnie dlatego zadziałał tak dobrze. Mężczyźni siedzący przy ławie obok tej, przy której od tygodnia trwała czwórka wędrowców, podnieśli się niemal odruchowo. Nikt nie próbował oponować. Łowca Czarownic poświęcił ułamek chwili, by zlustrować, kto siedzi przy stole obok tego, na którym miał zamiar łatać swojego towarzysza. Kogo zobaczył?

    text alternatywny

    Przy sąsiednim stole siedział rudowłosy młodzik o żylastej posturze i twarzy nazbyt poważnej jak na swój wiek. Milczał przy kubku, w praktycznym, znoszonym stroju podróżnym, który dawno przestał wyglądać porządnie, ale wciąż spełniał swoje zadanie. Obok niego trwał wychudzony człowiek lasu, schowany pod ciężkim, ciemnym kapturem, z oczami zmęczonymi, czujnymi i przywykłymi do wypatrywania śladów wśród leśnych ostępów. Nieco z boku siedział milczący wędrowiec o pociągłej, zszarzałej twarzy, poruszający spojrzeniem oszczędnie, lecz uważnie, częściej ku drzwiom, oknom i cieniom niż ku ludziom. Czwarty był niziołkiem w zieleni Hochlandu, z zadbanym wąsem, wojskowym sznytem i kapeluszem, który dodawał mu zarówno wzrostu, jak i polotu. U jego nóg leżało potężne psisko z Kisleva, spokojne tylko pozornie, z łbem wspartym na łapach i jednym okiem uchylonym na tyle, by mieć baczenie na to, co dzieje się wokół jego pana.

    Łowca Czarownic położył kapłana na sąsiednim stole obok tej czwórki. Ci, którzy tam siedzieli, podnieśli się niemal natychmiast. Dwóch było traperami, sądząc po futrach, łukach opartych o ścianę i przykrej woni dymu leśnych ognisk, która nawet w karczemnym zaduchu trzymała się ich ubrań. Trzeci był zwyczajnym miejscowym pijaczyną, człowiekiem o czerwonych oczach i zapadłych policzkach, których nabawił się od taniego piwa i przesiadywania w spelunach takich jak ta. Jeszcze przed chwilą bełkotał coś, zmroczony alkoholem, ale gdy zrozumiał, kto stoi nad nim w mokrym płaszczu i kapeluszu z szerokim rondem, rychło otrzeźwiał, i to lepiej niż po kuble lodowatej wody. Jeden z traperów uniósł ręce, pokazując puste dłonie. Drugi zgarnął z blatu swój nóż, kawałek sera i skórzaną rękawicę, którą zostawił przy kuflu. Nie zrobili tego z oburzeniem. Nie było w tym nawet gniewu. Był tylko stary, dobrze znany odruch ludzi Imperium, którzy przez całe życie uczyli się, że pewnym jej dygnitarzom lepiej ustępować z drogi.

    Karczmarz nagle ożył. Dopiero gdy złożono ciało kapłana na jednym z jego stołów, odzyskał władzę nad własnym ciałem. Stał za kontuarem z szeroko otwartymi oczami, grubymi palcami wciąż zaciśniętymi na cynowym kuflu wypełnionym piwem, który właśnie miał komuś zanieść. Nazywał się Bernolt Gruber, choć większość stałych bywalców mówiła do niego po prostu Gruber albo jeszcze prościej, Gruby. Był człowiekiem ciężkim, miał ogorzałą twarz, a brzuch opinał mu poplamiony fartuch. Słynął z tubalnego głosu, którym zwykł opierdalać wszelkie mendy, ekhmm... to znaczy klientów, w każdym rogu swojej karczmy. Teraz jednak ten głos, gdy wreszcie się wydobył, miał w sobie niepodobną do niego, piskliwą nutę.

    – Gerolt! – ryknął w stronę zaplecza. – Rudi! Ruszcie się, przeklęte lenie!
    Z kuchni dobiegł brzęk naczynia, po nim kobiecy głos, gniewny i zdławiony, a potem zza kotary wysunął się człowiek zbudowany jak belka nośna. Gerolt, karczemny wykidajło, miał jedną brew przeciętą starą blizną i dłonie tak duże, że kufel wyglądał w nich jak cebrzyk dla dziecka. Za nim pojawił się młodszy chłopak, chudy, piegowaty, z rękami mokrymi od pary i łupin cebuli. Obaj zatrzymali się na widok przybyszy, lecz Gruber już wskazywał im ławę i rannego.
    – Do izby z tą ławą i kapłanem na niej. Weźcie ten pokój przy składziku. Jest pusty od wczoraj. Tylko ostrożnie, na młot Sigmara, ostrożnie. Greta! – wydarł się znów, tym razem w stronę kuchni. – Gorącej wody, czystych płócien i bimbru. Tego z dolnej półki, nie tego, co leję parobkom.
    Kobieta w kuchni odpowiedziała mu słowami, których żaden kapłan nie powinien był słyszeć, nawet ranny i nieprzytomny. W innych okolicznościach ktoś by się zaśmiał. Tego wieczoru nikt się jednak nie zaśmiał.

    Kapłan został złożony na ławie z należytą ostrożnością i czcią. Łowca musiał wielce szanować tego człowieka. Głowa sługi Sigmara opadła mu na bok, odsłaniając bladą szyję, zaschnięte plamy krwi na kołnierzu i ciemne linie sakralnych tatuaży, które znikały pod rozciętą tkaniną. Amulet z małym srebrnym młotem zsunął się z jego piersi i powoli tonął w kałuży krwi wzbierającej na deskach ławy. Ciepło izby musiało uwolnić to, co mróz zdążył na chwilę zatamować. Jego pancerz, prosty, ale solidny, zdobiły zalakowane pieczęcie przytrzymujące skrawki pergaminu ze świętej księgi Acta Sigmari, żywota Sigmara Młotodzierżcy spisanego w klasycznej mowie. Wszystkie bez wyjątku były ubłocone, popękane i pociemniałe od wilgoci. Mężczyzna poruszył ustami. Może się modlił. Może przeklinał. A może tylko próbował złapać oddech, co w tej chwili samo w sobie musiało stanowić niemały wyczyn.

    Pomocnicy karczmarza nie próbowali zdejmować kapłana z ławy. Byłoby to głupie i mogłoby tylko pogorszyć stan rannego. Zamiast tego Gerolt chwycił jeden koniec ciężkiego mebla, Rudi drugi, zerkając nerwowo na krew sączącą się między deskami i na bladą twarz rannego, która przy każdym poruszeniu stawała się jeszcze bledsza. Łowca Czarownic ruszył pierwszy. Otworzył przed nimi drzwi do izby, przytrzymując je ramieniem. Dopiero wówczas zauważył, że młodszy pomocnik nie radzi sobie z ciężarem. Rudi zacisnął zęby, ale ręce drżały mu coraz bardziej, a ława przechyliła się niebezpiecznie, zmuszając kapłana do cichego, zduszonego jęku.

    Łowca po prostu przesunął się bez słowa, odtrącił chłopaka barkiem na tyle stanowczo, by ten zrozumiał, że ma zejść z drogi, i sam przejął ten koniec ławy. Jego dłonie, wciąż ciemne od krwi, zacisnęły się na drewnie. Dopiero wtedy ruszyli dalej, powoli, ostrożnie, krok po kroku, niosąc rannego w głąb gospody, do wydzielonej izby. Drzwi zamknęły się za nimi z hukiem.

    Ludzie w sali głównej zaczęli nieśmiało podnosić wzrok i spoglądać po sobie z niepokojem. Nastrój zmienił się niepomiernie. Zmieniła się sama izba, choć przecież wciąż była tą samą niską, duszną komorą, z tym samym czarnym od sadzy stropem i tymi samymi oknami, za którymi śnieżyca tarła pazurami o szkło. A jednak coś niewidzialnego zawisło w powietrzu, cięższe od dymu i zimniejsze od chłodu na zewnątrz.

    Ludzie nie lubili Łowców Czarownic. Nie była to nienawiść, o której mówiło się głośno, bo nikt rozsądny nie obdarzał takich ludzi jawną niechęcią. Był to raczej stary, głęboko schowany lęk, którego mieszkańcy Imperium wyuczyli się na rynkach większych miasteczek, przy szubienicach, katowskich pniach i stosach, które płonęły jasno nawet w deszczowe dni. Niemal każdy widział kiedyś proces albo dwa. Widział ludzi prowadzonych z workiem na głowie, słyszał odczytywane win, których nie rozumiał, patrzył na sąsiadów, krewnych albo znajomych z jarmarku, gdy znikali w świętym ogniu, krwi i dymie. Sprawiedliwość Sigmara bywała szkarłatna, a dowody zła często należały do tych rzeczy, których prosty człowiek nie miał prawa oglądać ani pojmować. Często nie przedstawiano nawet żadnych i na słowo trzeba było uwierzyć świętym mężom w kapeluszach z szerokim rondem.

    Dlatego trudno było dziwić się bywalcom karczmy, że ścisnęli się na ławach nieco mocniej, jakby chcieli stać się mniejsi i mniej godni zauważenia. Rozmowy przygasły do szeptów, a potem i szepty umarły, zostawiając tylko trzask ognia i jęk wiatru za oknem.

    Minęło dobrych kilka minut, nim ludzie spróbowali wrócić do wcześniejszych czynności. Pierwszy poruszył się Gruber. Stał dotąd za kontuarem, wpatrzony otępiale w zamknięte drzwi izby. W końcu oprzytomniał, zamrugał ciężko i ruszył z kuflem piwa do jednego ze stołów. Postawił go przed przypadkowym człowiekiem, bo za nic w świecie nie pamiętał już, komu właściwie miał go zanieść. Obdarowany nie protestował. W takich czasach darmowe piwo było jednym z niewielu cudów, których nie należało kwestionować.

    Dopiero po tym sala powoli zaczęła odzyskiwać ruch. Ktoś znów ujął karty w palce, choć przez chwilę patrzył na nie tak, jakby zapomniał zasad gry. Ktoś przysunął kufel bliżej ust, ktoś nałożył sobie potrawki na talerz. Rozmowy wróciły przyciszone, ostrożne, pełne spojrzeń rzucanych ku drzwiom izby i ku wejściu, przez które wdarła się śnieżyca. Temat Łowcy Czarownic wyrósł na językach ciżby szybko i nieuniknienie, jak pleśń na wilgotnym chlebie.

    Najpierw odezwał się człowiek siedzący przy oknie, chudy handlarz z nosem czerwonym od mrozu, twierdząc, że na trakcie do Carroburga widział, jak łowcy spalili kobietę, bo urodziła dziecko z błoną między palcami. Potem ktoś inny przypomniał historię młynarza, którego powieszono przed jego domem za to, że ponoć skrzydła jego młyna obracały się nawet w bezwietrzne noce. I to w przeciwną stronę. Zaraz po nim starszy woźnica nachylił się nad stołem i opowiedział o psiarczyku z jednego z folwarków, zastrzelonym za karmienie psów spaczonym mięsem. Bestiom miały potem ponoć wyrosnąć skrzydła, skórzaste i mokre jak u nietoperzy, choć przyznał, że nie widział tego na własne oczy, tylko słyszał od kogoś, kto słyszał od kogoś innego. Każda opowieść była cichsza od poprzedniej, ale nie mniej ciężka. Zrobiło się paskudnie. Gadanie po próżnicy miał już przerwać sam karczmarz, przypominając co głośniejszym, że chyba im życie niemiłe, gdy z pomieszczenia, w którym zamknął się Łowca Czarownic, wyszedł Gerolt.

    Wykidajło zamknął drzwi ostrożnie, z nietypową dla siebie delikatnością. Przez chwilę stał przy nich z szeroką dłonią opartą na klamce, a twarz miał bledszą niż zwykle. Potem podszedł do Grubera, który właśnie wrócił za kontuar, i pochylił się ku niemu. Nie był jednak człowiekiem stworzonym do szeptów. Jego głos, nawet zduszony, poniósł się po izbie wystarczająco wyraźnie.
    – Zwierzoludzie. Zaatakowali ich na trakcie. Może parę godzin stąd – oznajmił tonem, w którym niepokój przykryto zbyt cienką warstwą opanowania.

    Zdanie przecięło gwar tak skutecznie, jak wcześniej uczyniło to wejście Łowcy Czarownic. Gerolt zorientował się za późno. Zacisnął usta, lecz szkoda została już wyrządzona. Gruber chwycił go za rękaw i syknął coś gniewnie, ale ludzie zdążyli usłyszeć dość.
    Zwierzoludzie.
    Nie gobliny, które można było wyobrażać sobie jako zielone, pokraczne stworzenia z kiepskimi łukami. Nie bandyci, których dało się przekupić, zastraszyć albo położyć mieczem, jeśli miało się wprawę i szczęście. Zwierzoludzie należeli do innej kategorii okropieństw. Do tych, o których mówiło się ciszej, zwłaszcza po zmroku. Ci, którzy mieli na zewnątrz konie albo muły, zaczęli naradzać się coraz głośniej, czy nie zaryglować drzwi stodoły, albo czy nie przenieść zwierząt bliżej karczmy, albo czy może przeciwnie, wyprowadzić je za budynek i ukryć od strony lasu. Jakby którekolwiek z tych rozwiązań mogło mieć znaczenie, gdyby z ciemności naprawdę wyszły kreatury Chaosu.

    W powstałym zamieszaniu mało kto zauważył chwilę, w której karczmarz został wezwany do izby z rannym. Właściwie Łowca nawet po niego nie posłał. Drzwi po prostu uchyliły się na tyle, by w szczelinie pojawił się cień, a Gruber zrozumiał. Otarł dłonie o fartuch, choć były suche, i ruszył z miną człowieka, który wolałby właśnie odziedziczyć burdel z chorymi dziwkami i długi zmarłego krewnego, niż udać się na pogawędkę z Łowcą Czarownic. Drzwi zamknęły się za nim z niepokojącym skrzypieniem, a czas w karczmie zgęstniał.

    Gruber zabawił w izbie długo. Gdy wreszcie wyszedł, twarz miał ciemniejszą niż przedtem, a każdy, kto na niego spojrzał, mógł odnieść wrażenie, że karczmarz jest wielce strapiony. Był człowiekiem, który spędził życie na liczeniu. Jego rachunki oscylowały głównie wokół zysków, strat, beczek w piwnicy, garnków w kuchni i ludzi, których należało obsłużyć. Teraz również coś sobie policzył i wynik najwyraźniej bardzo mu się nie spodobał.

    Rozejrzał się po sali, choć w gruncie rzeczy od początku wiedział, do kogo podejdzie. W tej karczmie nie było wielu takich, którzy mogli podołać zadaniu, jakie zamierzał im przedstawić. Ruszył więc ku stołowi, przy którym od tygodnia siedziała trójka ludzi i niziołek w barwach Hochlandu. Przy ostatnich krokach zwolnił nieco, jakby zawahał się jeszcze przez moment, lecz w końcu pochylił się nad nimi i przeszedł do rzeczy.
    – Łowca potrzebuje ludzi, żeby ruszyć dalej – powiedział bez wstępu.
    Jego głos był niższy niż zwykle, pozbawiony karczemnej pewności siebie. Patrzył przede wszystkim na przepatrywacza, ale mówił do całej czwórki. Przez ten tydzień spędzony przy jednej ławie zdążył uznać ich za jedną kompanię, czy rzeczywiście nią byli, czy nie.
    – Musi dotrzeć do Dunkelwaldu.

    Nazwa mieściny padła cicho. Nie zrobiła takiego wrażenia jak „zwierzoludzie”, bo większość obecnych nigdy o niej nie słyszała. Tylko przepatrywacz skinął lekko głową, dając do zrozumienia, że wie, gdzie szukać tego miejsca. Gruber potarł kark i tak czy siak wytłumaczył mniej więcej, co to za miejsce.
    – To sioło. Małe. Nieoznaczone na porządnych mapach, bo i po co komu oznaczać miejsce, gdzie ludzie osiedli chyba tylko po to, żeby odpocząć sobie od innych ludzi i od świata. Parę tuzinów drwali i łowców z rodzinami. Mniej niż setka. To oni prędzej ruszają gdzieś z towarem, niż ktoś fatyguje się do nich. Latem trafiają tam głównie ci, którzy potrafią czytać drogowskazy wyryte na kamieniach przy drodze. Zimą kamieni nie widać. Ścieżki też nie widać. Wszystko zasypał śnieg, więc sam nie trafi. Człek, który miał go prowadzić, zginął w ataku.

    Zmarszczył brwi, próbując wyczytać z ich twarzy, jak zapatrują się na mały spacer przez śnieg. Przez ostatni tydzień wyduszał z nich każdy grosz i był w tym dalece mniej przyjazny. Teraz sprawiał raczej wrażenie człowieka, który ze wszystkich sił pragnie, by ktoś inny przejął jego problem. W jego oczach i postawie odbijał się niepokój ciężki niczym żelazny całun.
    – Zapłaci... – dodał po chwili. – ...i to w złocie, jak twierdzi. A ja dorzucę coś od siebie, jeśli jutro nie będę już miał go pod swoim dachem.
    To ostatnie powiedział ciszej, lecz z większą szczerością niż wszystko wcześniej. Gruber nie wyglądał w tej chwili jak człowiek targujący się o przysługę, ale jak gospodarz, który wyczuł, że pod jego dachem osiadło nieszczęście.
    – Tacy goście źle robią interesom. Widmo spotkania zwierzoludzi może zatrzyma mi tu ciżbę jeszcze na parę dni, ale jeśli szanowny jegomość zbyt długo się zasiedzi, znajdą się i tacy, co spróbują szczęścia na szlaku, byle dalej od niego.
    Nie poprosił ich wprost, ale prośba tkwiła w jego postawie, w palcach zaciśniętych na krawędzi stołu i w spojrzeniu uciekającym raz po raz ku drzwiom izby, za którymi czekał Łowca Czarownic.

    Awanturnicy spojrzeli po sobie. Przez ostatni tydzień ich sakiewki topniały szybciej niż śnieg naniesiony do izby na podeszwach butów. Każdy kolejny wieczór pod dachem, każdy kufel i każda miska gorącej strawy kosztowały krocie, a będzie jeszcze trzeba zapłacić za tę noc. Nie mogli sobie zbytnio pozwolić na to, by ktoś inny zajął się tym problemem. Zresztą mówiono tu o złocie, nie srebrze. Być może chwila niewygody była warta fatygi i ryzyka?

    Zgodnie stwierdzono, że decyzja nie musi przecież zapaść od razu. Co szkodzi wejść i zobaczyć, jak wygląda oferta? Rudowłosy młodzik, człowiek lasu pod ciemnym kapturem, milczący wędrowiec o czujnych oczach i niziołek w zieleni Hochlandu podnieśli się jeden po drugim, a wielki kislevski pies ustawił się przy nodze niziołka. Kilka osób w sali odprowadziło ich wzrokiem. Była w tych spojrzeniach pewna ulga, ale też i pewna doza współczucia.

    Gruber ruszył przodem. Karczemny gwar został za ich plecami, przytłumiony przez wąski korytarzyk prowadzący do izby na parterze. Było tam niżej, chłodniej i ciaśniej. Na ścianach wisiały zapasowe derki, kilka starych narzędzi i wyschnięty wieniec z ziół, który dawno stracił zapach, jeśli kiedykolwiek go miał. Spod drzwi sączyła się cienka smuga bladego światła. Nie miała w sobie nic z ciepła paleniska.

    W środku pachniało krwią, gorącą wodą, alkoholem i mokrym ubraniem. Zapach przypominał ten z pola bitwy, lecz zamknięty był w zdecydowanie zbyt małym pokoju. Kapłan leżał na ławie, którą przykryto kocem i płótnem. Jego szaty zostały rozcięte, odsłaniając opatrzoną ranę biegnącą pod żebrami, paskudną i głęboką. Skóra wokół szycia była sina, gdzieniegdzie czarna od brudu i zakrzepłej krwi. Mężczyzna miał twarz zapadniętą od zmęczenia. Jego policzki ostro zarysowywały się na tle twarzy, a wargi miał spierzchnięte, lecz oddychał.

    Klęczał przy nim Łowca Czarownic. Nie wyglądał już jak ten sam człowiek, który wszedł do karczmy wraz z zawodzeniem wiatru. Bez płaszcza wydawał się młodszy, ale nie przydawało mu to łagodności. Miał niewiele ponad trzydzieści lat, może trzydzieści kilka. Jasne włosy przykleiły mu się od wilgoci do skroni. Twarz miał pociągłą i zmęczoną, lecz niezniszczoną. Była w nim pewna twarda nuta, zahartowana stal i zimno, które nosił jak element zbroi. Jego dłonie były czerwone od krwi, ale poruszały się pewnie. Kończył właśnie nakładać bandaż, owijając płótno ciasno, równo i przede wszystkim... pewnie. Miał w tym wielką wprawę, jakby w poprzednim życiu był felczerem.

    Na stole leżał jego kapelusz: szeroki, ciężki, z piórem nasiąkniętym wodą i szerokim rondem. Na klamrze, która go opinała, widniała żelazna brosza przedstawiająca podwójną kometę. Znak Sigmara. Obok spoczywał pistolet ozdobiony świętymi symbolami, z wytartą drewnianą rękojeścią, oraz miecz, którego pochwa nosiła ślady długiego używania. Pod rozpiętym kaftanem widać było kolczą koszulę i elementy dobrego, solidnego pancerza. Zrazu dało się poznać, że był to pancerz wykonany przez kogoś, kto rozumiał, że stal ma ratować życie, a nie budzić zachwyt.

    Nie odwrócił się od razu, gdy weszła czwórka awanturników. Dokończył bandaż, wsunął koniec płótna pod poprzednią warstwę i dopiero wtedy pochylił głowę nad kapłanem. Jego usta poruszyły się cicho. Nie było pewności, czy wypowiada modlitwę, obietnicę, czy może chodziło jeszcze o coś innego. W bladej poświacie okna, gdzie śnieg osiadał na zewnętrznym parapecie jak popiół na cmentarnych grobach, ten gest miał w sobie osobliwą godność. Łowcy Czarownic rzadko kojarzyli się z miłosierdziem. Ten też nie wydawał się miłosierny. A jednak przez ten jeden moment było jasne, że ranny kapłan nie jest dla niego tylko towarzyszem podróży ani narzędziem misji.

    Kiedy w końcu podniósł wzrok, cisza w izbie nieznacznie stężała. Jego oczy były jasne, chłodne i nieprzyjemnie uważne. Wolno przesunął wzrok po każdym z obecnych, w sposób, który kogoś mniejszego ducha mógł przyprawić o ciarki. Oceniał. Dokładnie lustrował każdy detal, broń, buty, dłonie, twarze, postawę, ślady podróży i inne szczegóły, które ktoś przeszkolony mógł dostrzec w ludzkiej sylwetce. Karczmarz wszedł za czwórką, chcąc upewnić się, że Łowcy niczego nie brakuje. Mężczyzna sięgnął do sakiewki, wyjął dwie złote korony i położył je na stole. Monety zabrzęczały cicho.

    – Dziękuję, Herr Gruber. Oto zapłata za wodę, izbę i pomoc – powiedział. – Teraz proszę wyjść.
    Karczmarz spojrzał na złoto, potem na Łowcę, i szybciutko zwyciężył w nim rozsądek. Zabrał monety, skinął głową z niezgrabną pokorą i zamknął za sobą drzwi. Łowca Czarownic wstał powoli. Był krzepki, wysoki i roztaczał wokół siebie aurę autorytetu. Jego ruchy zdradzały zmęczenie, choć próbował je ukryć. Może od wielu godzin nie spał. Może od paru dni. Mimo to stał prosto, jakby sama myśl o słabości była uchybieniem wobec urzędu, który nosił.

    text alternatywny

    – Klaus Sneider – przedstawił się wreszcie. – Imperialny Łowca Czarownic, zaprzysiężony przez Imperatora Karla Franza, Protektora Imperium.
    Nie zabrzmiało to bynajmniej chełpliwie. Nie potrzebował tego. Tytuł miał być informacją, ale był też ostrzeżeniem, i wszyscy w izbie mogli to zrozumieć. Wskazał rannego krótkim ruchem dłoni.
    – To Leopold Mann, kapłan Sigmara. Człowiek wierny, twardszy niż powinien i, jak widać, jeszcze niegotów stanąć przed Morrem.
    Wypowiedział te słowa oschle, lecz ręka, którą poprawił koc przy ramieniu rannego, nie była ręką człowieka obojętnego. Gest trwał krótko, ale wystarczył, by odsłonić szczelinę w pancerzu surowości. Sneider mógł być fanatykiem, urzędnikiem ognia i stryczka, człowiekiem od wyroków, lecz nie był zrobiony z samego żelaza. A jeśli był, to tej nocy żelazo zdążyło pęknąć w jednym miejscu.
    Sięgnął po szmatę zanurzoną w misce i starł krew z palców. Nie zmyła się całkiem. Wniknęła pod paznokcie, osiadła w załamaniach skóry, jakby chciała zostać tam na dłużej. Sneider patrzył na swoje dłonie przez moment z nieodgadnionym wyrazem twarzy, po czym odłożył szmatę.

    – Nie będę udawał, że sprowadzono was tutaj na czcze pogaduszki – rzekł. – Karczmarz twierdzi, że jest wśród was przepatrywacz znający drogę przez zasypany trakt. A i reszta z was nie pierzchnie, gdy napotkamy pierwsze przeciwności losu. Prawdę mówi?
    Zapytał, a kiedy zadowolił się odpowiedzią, płynnie przeszedł do sedna historii, tłumacząc, gdzie właściwie planuje ich zabrać i co robi w tych stronach.

    – Zostaliśmy wysłani z Zamku Lenkstert, które tymczasowo jest nowym przyczółkiem władzy w okolicy po upadku Wolfenburga – ciągnął po chwili. – Jak zapewne wiecie, kogoś mojego urzędu nie posyła się dla sprawy błahej. Są rzeczy, które można zostawić miejscowym kapłanom, starszyźnie i tak dalej. Ale to, co dzieje się w miejscu, do którego zmierzamy, prawdopodobnie ma związek z siłami Chaosu...
    Zamilkł i pozwolił, by różnica między jednym a drugim wybrzmiała bez dodatkowych objaśnień. Za drzwiami ktoś w sali głównej zaśmiał się nerwowo, po czym natychmiast ucichł. Sneider nawet nie drgnął.

    – Zmierzam do Dunkelwald – powiedział wreszcie. – Mała osada w niedalekiej okolicy. Kilkadziesiąt dusz, które skupiają się na handlu drewnem, skórami i mięsem. Prawdę powiedziawszy, zapomniana wieś, o której nawet mało słyszeli poborcy podatkowi. Jednym słowem zapadła dziura, gdzie psy szczekają dupami.
    Pozwolił sobie na żartobliwą uwagę, która z jego ust brzmiała wcale nieśmiesznie, bo wypowiedział ją z gniewem. Potem podszedł do stołu i oparł na nim dłonie. Drewno skrzypnęło cicho pod naciskiem.
    – Do Lenkstert dotarły jednak niepokojące wieści. Ostatni poborca, który tam zawitał, uciekł w nocy, obawiając się o swoje życie. Mówił, że sioło to jest norą kultystów, jeno przebranych za poczciwych obywateli. Podobno nie zgadzają się także wpisy z księgi narodzeń i zgonów. Poznikało trochę ludzi. Niestety, zanim ktoś z głową na karku zdążył zebrać szersze zeznania, serce stanęło biednemu Emrichowi. A robił w swoim fachu jedynie dziesięć lat, trzeba wam wiedzieć. Zgroza, którą przeżył, musiała zaciążyć jego sercu i duszy.

    W tej chwili jego twarz wydawała się jeszcze bardziej surowa, lecz nie była twarzą człowieka, który czerpie przyjemność z grozy własnych słów. Raczej kogoś, kto znał już zbyt wiele historii zaczynających się w podobny sposób.
    – Mann i ja mieliśmy się tam przejechać i zbadać sprawę. Oddzielić ziarno od plew, głupotę od herezji i tak dalej. Zdarza się, że nawet zgłoszenia przekazywane przez urzędników są, no cóż, pochopne – rzucił, choć raczej nie było widać po nim, by uważał, że urzędnik wydał zły osąd.
    – Mieliśmy eskortę – dodał po chwili. – Niewielką, lecz wystarczającą na drogę. Kilku zbrojnych, dwóch konnych, chłopaka od zapasów i miejscowego przewodnika, który mówił, że będzie w stanie przeprowadzić nas przez te śniegi. Wszystko szło dobrze pomimo silnej śnieżycy. Namioty i ekwipunek na takie wyprawy wydaje się z najlepszych materiałów, ale to nie zima miała zebrać żniwo wśród moich ludzi...
    Jego palce zacisnęły się lekko na krawędzi stołu. Choć żaden grymas nie przeszedł mu przez twarz i nawet nie westchnął, w tym drobnym ruchu dało się poznać, że nie poradził sobie jeszcze w pełni z tym, co wydarzyło się parę godzin temu na przełęczy. Trudno się dziwić. I tak szło mu zaskakująco dobrze.

    – Zwierzoludzie wyszli na nas z zamieci. Nie z lasu, nie z traktu, nie z miejsca, gdzie rozsądny człowiek wypatruje zasadzki. Wyłonili się ze zwierciadła bieli i oddam głowę, że jej intensywność jest sprawką ich plugawych rytuałów. W każdym razie zaskoczyli nas. Najpierw zobaczyliśmy rogi, czarne na tle śniegu. Potem racice, a później rozgorzała walka, w której nie mieliśmy żadnych szans. Na każdą dwójkę, którą położyłem mieczem, pojawiała się następna trójka. Usłyszałem krzyk konia, potem dostałem w głowę, potem... reszta potoczyła się szybko.
    Mówił spokojnie, lecz widać było, że trochę kosztuje go zachowanie takiej fasady. W każdym razie oszczędził im opisu rozrywanych ciał i innych rzeczy, których dopuścili się zwierzoludzie.
    – Przewodnik zginął pierwszy albo drugi. Trudno powiedzieć. W takich chwilach kolejność śmierci przestaje mieć znaczenie dla kogokolwiek poza Morrem. Leopold dostał pod żebra, kiedy próbował podnieść jednego z konnych. Chłopak od zapasów uciekł w drzewa. Być może dotarł daleko. Być może wciąż biegnie. Być może śnieg okazał się dla niego łaskawszy niż bestie.
    Nie było w tym kpiny. Tylko ponura nadzieja, że koniec chłopaka był nieco spokojniejszy niż reszty. Sneider odsunął się od stołu i spojrzał ku oknu. Za szybą zamieć szorowała po szkle, jakby tysiące lodowych paznokci próbowały znaleźć szczelinę do wewnątrz, by zdusić ciepło w środku.
    – Zostaliśmy we dwóch. Jakoś udało nam się trochę odczołgać, a śnieżyca, ta sama, która wcześniej ich ukryła, teraz ukryła nas. Sigmar w swojej opatrzności osłonił nas przed bestiami w dalszej drodze i jakoś udało nam się tutaj dostać.
    Odwrócił się znów ku stojącym w izbie.
    – Nie jestem człowiekiem, który wierzy w przypadek. Jeśli Mann oddycha, jeśli ja stoję tutaj zamiast leżeć z twarzą w śniegu, to znaczy, że droga jeszcze się nie skończyła. Sigmar widocznie chce, bym dalej podążał swoją drogą.
    Wypowiedział to bez podniesionego głosu, ale z taką pewnością, że zawstydziłby niejednego akolitę Młotodzierżcy. Była w tym wiara prawdziwa, twarda i nierozcieńczona, ale zarazem coś niebezpiecznie bliskiego pysze.

    Przez chwilę patrzył na czwórkę wędrowców stojących w izbie, a blade światło z okna czyniło jego twarz jeszcze surowszą.
    – Potrzebuję przewodnika – powiedział wreszcie. – Kogoś, kto zna las, drogę i te przeklęte zimowe ścieżki.
    Jego spojrzenie zatrzymało się na przepatrywaczu, lecz zaraz objęło całą czwórkę, jakby nie zamierzał pozwolić, by którykolwiek z nich schował się za plecami drugiego.
    – Wygląda na to, że potrzebuję też ostrzy. Oczu. Uszu. Ludzi, którzy potrafią trzymać broń w dłoni i patrzeć w ciemność bez natychmiastowej potrzeby odwracania wzroku. Nie szukam świętych mężów, a i wy nie wyglądacie mi na takowych. Nie obchodzą mnie jednak teraz wasze występki. Sprawa jest pilniejsza od jakichkolwiek małostkowych rzeczy, którymi mogliście się obarczyć w przeszłości. Wiele osób miało powody, by w ostatnich latach przetestować swoją dobrą duszę, ale teraz gra toczy się o wyższą stawkę i jestem skłonny przymknąć oko na małe przewinienia. Żaden z was nie jest przecież poszukiwany?
    Zapytał. Kącik jego ust poruszył się nieznacznie, ale oczy pozostały czujne. Nikt nie zdradził się z kryminalną przeszłością, więc pozwolił sobie na coś, co mogło uchodzić za płytki uśmiech, grymas, który na moment znalazł szczelinę w żelaznej twarzy.

    Przesunął dłonią po krawędzi stołu. Krew na jego palcach zdążyła już ściemnieć, wchodząc w pęknięcia skóry jak brud.
    – Doprowadzicie mnie do Dunkelwaldu. Tam pozostaniecie przy mnie tak długo, jak będzie wymagało tego śledztwo. Do waszych obowiązku będzie należało pilnowanie moich pleców, drogi odwrotu i spełnianie moich drobnych poleceń. Nie wymagam od nikogo wiary ponad tę, którą powinna być w każdy mieszkańcu Imperium. Nie będziecie też pomagać mi w czynieniu sądów, o ile sami nie zechcecie. Podsumowując, wymagam posłuszeństwa w sprawach, które zazwyczaj nie wykraczają poza standardowe czynności przewodników i najemników. To chyba nie brzmi najgorzej? - zapytał retorycznie.
    Dopiero wtedy sięgnął do sakiewki. Przesunął palcem po monetach w środku, ale nawet ślepy zauważyłby, że ma ich sporo. Naprawdę sporo. Trzeba tu dodać, że sakiewkę należałoby raczej nazwać sakwą.

    – Trzydzieści karlów od głowy – powiedział. – Za drogę do Dunkelwaldu i ochronę podczas wykonywania moich obowiązków.
    Pozwolił, by suma wybrzmiała. W karczmie, po tygodniu bezczynności i wydawania srebra, trzydzieści karlów nie było małą sumką. Wystarczająco dużą, by człowiek zaczął ważyć z nią ryzyko, głód, mróz i własną niechęć do Łowców Czarownic.
    – Jeśli sprawa zakończy się tak, jak zakończyć się powinna, zapłacę również za drogę powrotną. Piętnaście karlów od głowy. Bez targów po fakcie. Bez karczemnych sztuczek i dodatków za wszelkie niedogodności, jakie mogłyby nas spotkać.
    Posłał im zimne spojrzenie lodowatych oczu. Nie dodał, że odmowa byłaby może rozsądna. Nie musiał. Wiedział to on i wiedzieli to oni. Mógł jeszcze popytać innych w karczmie i może nawet by kogoś znalazł, ale jedno było pewne. Sneider nie zamierzał odpuścić sobie tej wycieczki, a jeśli nie znajdzie chętnych za złoto, istniało niemałe prawdopodobieństwo, że będzie próbował innych metod werbunku. Takich, których nikt nie chciał w gruncie rzeczy poznawać.

    Łowca Czarownic czekał na odpowiedź, stukając niespokojnie w blat stołu.

    Rozgrywka

  • Conan Bibliotekarz
    PiołunP Piołun

    No cóż. Z wykształcenia jestem polonistą-bibliotekarzem i choć nigdy nie pracowałem w zawodzie, to dalej połykam książki. Od paru lat jestem jednak raczej fanem audiobooków, na które całkiem zachorowałem. Statystycznie słucham ich około 40–50 rocznie.

    Także lista książek godnych polecenia jest dla mnie długa i szczerze mówiąc, nie wiem trochę, od czego zacząć. Może więc wymienię kilka moich ulubionych serii z ostatnich lat. Z racji tego, że kocham zarówno fantastykę, jak i sci-fi oraz horrory, podzielę tę polecajkę na trzy sekcje, a na końcu dorzucę jeszcze parę moich nowszych odkryć.

    W każdej sekcji będą po cztery pozycje, żeby nie zalać materiałem, a trochę więcej znajdzie się w odkryciach. Jest to lista absolutnie nieuczciwa i niestopniowana względem tego, co podoba mi się najbardziej. Po prostu te tytuły jakoś same wyszły na wierzch. Gdybym miał faktycznie robić ranking, pewnie bardziej bym się postarał, ale chyba nie o to chodzi. Może raczej o to, żeby coś polecić. Także spróbuję to zrobić.

    Fantastyka

    • Joe Abercrombie, Seria „Pierwsze Prawo”

    To taka brudna, darkfantasy seria, w której nikt nie jest do końca dobry. Pierwsze tomy przeskakują między historią dość dzikiej grupki barbarzyńców, z mnóstwem czarnego humoru, a opowieścią o mistrzu tortur ze stolicy, plus rozdziałami „Pierwszego wśród Magów”. Dużo tu cynizmu, polityki, czarnego humoru i postaci, które naprawdę zapadają w pamięć.

    • Jay Kristoff, Seria „Wampirze Cesarstwo”

    Mroczna historia o świecie, w którym wampiry właściwie wygrały, a ludzie żyją w cieniu i strachu. Jest krwawo, ponuro i bardzo klimatycznie. Całość pisana jest trochę jak spowiedź. Są sceny erotyczne, ale raczej w dobrym smaku i nie ma ich dużo. Przede wszystkim to dark fantasy z przekleństwami, czarnym humorem i autentycznymi postaciami.

    • Anthony Ryan, Seria„Kruczy Cień”

    To fantasy o chłopaku oddanym do zakonu wojowników. Brzmi banalnie, ale autor opisuje naprawdę surowo ich pierwsze lata bez żadnego owijania w "Youn Adult". Sporo tu szkolenia, wojny, honoru, religii i takiej klasycznej drogi od ucznia do legendy. Fajny jest też wątek ukrytej potęgi mroku, który naprawdę przyprawił mnie o ciarki. Końcówka pierwszego tomu miażdży.

    • Brandon Sanderson, Seria „Droga Królów”

    Ogromna, epicka fantasy o świecie niszczonym przez burze (dosłownie wielka burza okrąża rotacyjnie cały glob). Jest tu bardzo dużo budowania świata, magii, wielkich bitew, ale też osobistych historii ludzi. To wielkie, bardzo długie high fantasy z mnóstwem wątków, ale też ze scenami totalnie chwytającymi za serce. Końcówki są hollywoodzkie, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.

    Sci-Fi

    • Martha Wells, Seria „Pamiętniki Mordbota”

    To historia cyborga ochroniarza, który zhakował samego siebie i najchętniej miałby święty spokój oraz czas na oglądanie seriali. Jest zabawnie i lekko, ale pod spodem to też opowieść o wolności, samotności i uczeniu się bycia osobą. Seria nie jest nowa, ale sięgnąłem po nią niedawno przez serial (nakręcono 1 sezon przez Apple TV) i audiobooki. Bawiłem się dobrze, choć jest w niej parę sprzeczności technologiczno-logicznych.

    • Peter Watts, „Ślepowidzenie”

    To bardzo gęste i niepokojące sci-fi o pierwszym kontakcie z czymś naprawdę obcym. Bardziej niż o kosmitach jest to książka o świadomości. Dla mnie to naprawdę ważna pozycja i dowiedziałem się z niej sporo o życiu i nauce. Generalnie sięgnąłem po nią dlatego, że wampiry są tam wysyłane w kosmos, a ich lęk przed światłem jest rozkminiany w kategoriach hard sci-fi, czyli przez kogoś z wiedzą naukową. Co za świeże podejście do tematu! Zdecydowanie nie jest to pozycja dla wszystkich, bo hard sci-fi jest bardzo niepopularną gałęzią fantastyki, ale świetną, jeśli ktoś akurat jara się tematem.

    • Remigiusz Mróz, „Chór zapomnianych głosów”

    Dobrze rozegrana, mroczna historia o człowieku, który budzi się na statku kosmicznym i szybko orientuje się, że coś poszło bardzo nie tak. Ma klimat thrillera, trochę horroru i tajemnicy zamkniętej w kosmosie. Osobiście żałuję, że nie ma więcej książek napisanych w takim klimacie. Niewiele osób wie też, że Mróz zaczynał od sci-fi, a nie od kryminałów. Ten tytuł wyszedł mu świetnie, ale drugiej części już nie polecam.

    • Dennis E. Taylor, Seria „Bobiwersum”

    To lekkie, pomysłowe sci-fi o człowieku, którego świadomość zostaje przeniesiona do sondy kosmicznej. Potem zaczyna się eksploracja kosmosu, kopiowanie samego siebie, dużo humoru i fajnych pomysłów naukowo-przygodowych. Najbardziej chyba lubię tę serię za odtworzenie hipotetycznych struktur fizyków z ubiegłego wieku, a zwłaszcza Sond von Neumanna i sfery Dysona.

    Horror / Suspens

    • Blake Crouch, Seria „Wayward Pines”

    To historia agenta, który trafia do dziwnego miasteczka, z którego nie da się po prostu wyjechać. Na początku wygląda jak thriller z tajemnicą, ale im dalej, tym bardziej robi się niepokojąco i dziwnie. Trochę jak serial „Stamtąd”, choć tajemnica skręca w zupełnie inną stronę. Autor był zajarany „Twin Peaks” i trochę to widać.

    • Maciej Lewandowski, Seria Audiobooków „Cienie Nowego Orleanu”

    To mroczny audioserial w klimacie kryminału i lovecraftowskiego horroru. Nowy Orlean jest tu duszny, brudny, pełen sekretów, magii i rytuałów. Generalnie polecam fanom Cthulhu. Świetnie się bawiłem, a mam wrażenie, że mało kto o tym tytule wie.

    • Stephen King, „Langoliery”

    To opowieść o ludziach, którzy budzą się w samolocie i odkrywają, że prawie wszyscy inni zniknęli. King robi z tego bardzo dziwny, klaustrofobiczny horror o czasie i pustce. To dość krótka pozycja, ale mega działa na wyobraźnię. Coś jak odcinek „Strefy Mroku” w wersji premium. Książki Kinga można lubić albo nienawidzić i w sumie to rozumiem, bo sam mam z nimi różnie. Ta jest w porzo.

    • Jozef Karika, „Szczelina”

    To horror oparty na tajemniczych zaginięciach w górach, podany trochę tak, jakby ktoś odkrywał prawdziwą historię. Najbardziej działa tu atmosfera niepewności. Nie wiadomo, czy to legenda, szaleństwo, mistyfikacja, czy coś naprawdę obcego. Taki trochę klimat found footage, bo narracja jest pierwszoosobowa (jeśli dobrze pamiętam, ale przysiągłbym, że właśnie taka).

    Odkrycia

    • Paweł Kolarzyk, Seria „Niko”

    Generalnie chłopak nagle rozumie, że umie czytać ludziom w myślach. Żaden spoiler, bo to pierwsze 15 stron czterotomowej historii. Naprawdę zręcznie to wykorzystuje. Majstersztyk. Świeże podejście do tematu.

    • James Islington, Seria „Hierarchia”, pierwszy tom „Wola wielu”

    To fantasy w świecie przypominającym brutalny Rzym, gdzie całe społeczeństwo działa na zasadzie przekazywania swojej siły wyższym warstwom. Autor naprawdę zręcznie opisał przekazywanie ułamka siły życiowej i zbudował wokół tego konceptu całą strukturę historii. Tak naprawdę nie da się tego łatwo opisać, ale choć pomysł jest stosunkowo prosty, zrobił z niego naprawdę dobrą opowieść. Główny bohater nigdy nie „cedował”, jak w tym świecie nazywa się przekazywanie siły. Szuka też luki w społeczeństwie, by nigdy tego nie robić, mimo że ten obowiązek jest właściwie wpisany w konstytucję.

    • Kel Kade, Seria „Kroniki Mroku”

    Wyobraź sobie, że wychowano cię od małego tak, byś wierzył w pewien kodeks, i każdą chwilę twojego życia wykorzystano, żeby ci go wpajać. Wtedy zbiór abstrakcyjnych zasad, jak na przykład zasada 34: "zawsze sprawdzaj pokój, w którym wcześniej nie spałeś", staje się twoimi codziennymi nawykami, a ty kompletnie nie rozumiesz zasad normalnych ludzi. Genialna, fenomenalna seria. Przezabawna, przelogiczna, przemądra, a jednocześnie fest lekka. Jeśli miałbym coś nieśmiało położyć na półce niedaleko „Świata Dysku”, chyba postawiłbym właśnie to, choć pierwsze 100 stron książki może jeszcze na to nie wskazywać. Na razie jest chyba 6 części (+jedna z kategorią 0,5).

    • Brian Staveley, „Czaszkowiercy”

    To mroczna fantasy o kobiecie związanej z kultem boga śmierci, która musi przejść bardzo osobistą i brutalną próbę. Ma zabić sześć osób w określonych warunkach i w określonej kolejności. Problemem jest ostatni podpunkt. Nie chodzi o jej lojalność ani wiarę. Ma zabić osobę, którą kocha, a ona trochę nie kuma, co to właściwie znaczy. W gruncie rzeczy wraca więc do rodzinnego miasta, żeby znaleźć człowieka, którego chyba (może) obdarzyła tym uczuciem, ale w sumie to nie wiadomo. W żadnym wypadku nie jest to jednak „romantasy”. Raczej dojrzała rozkmina bezuczuciowego zabójcy w wersji dark fantasy.

    • Krzysztof Haladyn, „Złodziej”

    Motyw stary jak świat, ale jak miło i atrakcyjnie podany. Jest złodziej. Jest zlecenie. Są komplikacje. Jest trudna przeciwność losu. Jest uczeń. Jest czarny humor. Jest dobry język. Jest zapowiedź kontynuacji i jest to też książka, którą przeczytałem ostatnio, więc czemu nie.

    Hydepark

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    text alternatywny

    Pierwsze, co wróciło, to smak. Metal, stary plastik i coś słodkawego, chemicznego, jakby ktoś przepłukał mu gardło płynem do konserwacji filtrów. Nie otwierał oczu. Coś mu mówiło, jakiś szósty zmysł, że coś się spierdoliło. Nie wiedział jeszcze co, ale leżenie tak z zamkniętymi powiekami było bez sensu, dlatego zmusił się do otwarcia oczu. Majaczyła nad nim osłona kriogeniczna, mokra od skroplonej pary, pobrużdżona szronem i mdłym światłem kontrolek.

    Przez kilka sekund nie wiedział, czy oddycha sam, czy wspomaga go jeszcze aparatura komory, ale w końcu jego płuca się odezwały. Zakaszlał głęboko i brzydko, wypluwając brunatny płyn konserwujący jego krtań podczas głębokiego snu, który zawsze schodził w pierwszej kolejności. Nie było to zwykłe chrząknięcie po śnie, jakie mieli inni, tylko coś bardziej jak próba spuszczenia oleju z rzężącego silnika. Tak to jest, jeśli próbujesz połączyć tkankę ze wszczepami. Zawsze za coś płacisz. Crowe zgiął się w pasach, zacisnął palce na krawędzi kapsuły i przeczekał falę bólu z twarzą skrzywioną bardziej z irytacji niż strachu. Syntezator w krtani zaskoczył po chwili cichym, paskudnym trzaskiem, jak stary głośnik, który ktoś kopnął dla zachęty. Podobno tak Rosjanie naprawiali cały swój kosmiczny sprzęt. Patrzył, jak czasem robi to Siergiej i musiał przyznać, że była to cholernie dobra metoda.

    – Żyję – wychrypiał do nikogo konkretnego. – Dalej żyję. Niewiarygodne.
    Odpiął pasy drżącymi palcami. W głowie miał watę, w ustach syf, a w mięśniach czuł tę charakterystyczną pustkę po długim czasie nieużywania. Usiadł za szybko i natychmiast tego pożałował. Świat przechylił się o kilka stopni, choć szybko wrócił na właściwe miejsce. Naukowiec oparł łokcie na kolanach i oddychał chwilę przez nos, krótko, oszczędnie, próbując zebrać się do kupy.

    Powietrze było zimne. Za zimne. To od razu zapaliło kontrolki w jego umyśle. Raptownie nabrał sił. Oblizał spierzchnięte usta i wziął głęboki wdech, by przeanalizować sprawę. Powietrze było wilgotne od odparowującego chłodziwa, z cienką nutą ozonu i rozgrzanej elektroniki. Pod spodem czuł jeszcze coś. Nie zapach, nie do końca. Raczej brak właściwej woni, do której przywykł. Filtry dopiero wchodziły na roboczy cykl, przepływ nie był jeszcze równy. Zamruczał z zadowolenia. Z Kardashian było wszystko w porządku. Jego kotka budziła się po prostu jak stary palacz po źle przespanej nocy.

    Crowe uniósł wzrok na Adama. Android stał między kapsułami w tym swoim nieskazitelnie czystym wdzianku, którego Crowe tak nie lubił. Przypominał mu o tym, jaki sam kiedyś był. Teraz dbanie o takie detale było zbyt uciążliwe. Syntetyk wyróżniał się na tle załogi jak księżniczka w burdelu, ale może to i lepiej. Nie lubił tych modeli, którym zbyt dobrze wychodziło naśladowanie ludzi. Adam mówił coś o stabilnym tętnie, saturacji, która była w normie, i braku objawów odrzutu neurologicznego. Elias parsknął cicho, co natychmiast zmieniło się w kolejny kaszel. Cholerne androidy.

    – Saturacja w normie – powtórzył pod nosem. – Masz chyba zepsuty ten komputerek. W moim ciele nic od dawna nie jest w normie – rzucił i przypomniał sobie ból w klatce piersiowej przed wylotem.
    Obiecał, że zrobi pełną diagnostykę. No to chyba będzie trzeba przełożyć wizytę o parę lat. Westchnął i zmarszczył brwi, gdy spojrzał na wyświetlacz przy kapsule.

    15.08.2183.

    Czyli jednak przeczucie go nie zawiodło. Coś się spierdoliło. Przez chwilę tylko tępo patrzył na cyfry. Twarz miał jeszcze zbyt martwą po hypersnie, żeby pozwolić sobie na luksus ekspresji. Mimo wszystko jedno oko, to naturalne, zwęziło się lekko. Drugie odpowiedziało cichym kliknięciem diagnostycznej nakładki. Za wcześnie. Oczywiście, że za wcześnie.

    Wokół ludzie dochodzili do siebie po swojemu. Biedna Delilah chyba wstała lewą nogą i się tym przejęła, ale nie wyglądało na to, żeby ktoś ją oceniał. Sam miał to gdzieś. Zbyt źle się czuł, by oceniać innych. Davy, ich ranny ptaszek, jak zwykle ćwierkał wesoło. Elias nie do końca rozumiał tego człowieka, ale doceniał dobry humor u ludzi. Dobrze równoważył jego fatalizm. Wydało mu się, że po twarzy Siergieja przemknął grymas strachu. Normalne. Sam miał coś podobnego, gdy jego wszczepy nie załączały się na czas. Na resztę nie spojrzał. Było już wiadomo, że to nie standardowe, łagodne wybudzenie, więc wszyscy będą czuli się jak gówno w słoiku, którym ktoś raptownie wstrząsnął. Coś się stało i wiedział, że kapitan za chwilę wyłoży im sprawę. Nie pomylił się. Hannigan dał im znać, że odebrali sygnał S.O.S.

    Elias powoli przetarł twarz dłonią. Skóra pod palcami była zimna i lepka. Bardzo chciał teraz zapalić, choć to jeszcze nie była ta pora. Jeszcze bardziej chciał łyku z piersiówki. Obie te rzeczy były nieprofesjonalne i prawdopodobnie zabronione po przebudzeniu, ale miał to w dupie. Gdy tylko wejdzie do swojej kajuty, zrobi sobie konkretnego drinka.

    – Fajnie – mruknął. – Świetnie. Czyli co? Ktoś będzie musiał tam zajrzeć. I oczywiście tym kimś będziemy my? Dla jasności, firma zapłaci nam za nadgodziny? – zapytał, ale nie miał wielkich nadziei.

    Zsunął nogi na podłogę. Kolana ugięły się pod nim tak, że żeby się nie przewrócić, musiał się przytrzymać. Odezwała się stara rana. Przeczekał pierwszy zawrót głowy, potem sięgnął do schowka po swój przybrudzony kitel terenowy. Narzucił go na siebie powoli, sprawdzając po kieszeniach znajome kształty: fiolki, paski testowe, marker, mały próbnik, zapasowe uszczelki, porysowany analizator. Metal piersiówki stuknął cicho o obudowę kieszeni. Ten dźwięk uspokoił go bardziej, niż powinien.

    Kiedy Adam wspomniał o możliwym skażonym personelu i procedurach medycznych, Crowe podniósł głowę.
    – Adam – odezwał się zachrypniętym, nierównym głosem. – Jak będziesz szykował medyczną, odłóż mi pełny odczyt atmosfery z ostatnich sześciu godzin. Pomieszczenie z komorami, mesa, mostek, główne kanały. Nie interesuje mnie, czy system mówi, że jest w porządku. Jestem starej daty i muszę wszystko sprawdzić sam – wyłożył, choć podobne prośby nie były nowością.

    Nie czekał na odpowiedź dłużej, niż musiał. Podniósł z dna kapsuły niewielki analizator, potrząsnął nim raz, jakby budził wkurwione, agresywne zwierzątko, i spojrzał na jego ekran. Urządzenie zamrugało, pokazało błąd kalibracji, potem niechętnie wróciło do życia.
    – No już, skurwysynu – mruknął do niego ciszej. – Działaj, kupo gówna – rzucił i walnął dłonią w sprzęt.
    Ekran zamrugał i załadował się. A jednak te ruskie metody działały.

    Crowe ruszył w stronę wyjścia wolniej niż reszta, ale nie zniżył się do tego, by prosić kogokolwiek o pomoc. Przy grodzi zatrzymał się jeszcze na moment i obejrzał za siebie. Wyglądało na to, że drużyna w miarę dobrze przeżyła wcześniejsze wyciągnięcie z lodówki. Miło się pracuje z profesjonalistami.
    – Trzydzieści minut – powiedział do siebie. – Dobrze. W sam raz, żeby dowiedzieć się, czym tam teraz oddychamy i walnąć sobie na jedną i drugą nóżkę.
    Wsunął analizator do kieszeni, poprawił kołnierz kitla i poszedł się doprowadzić do stanu, który przy odrobinie złej woli dało się nazwać używalnym.

    Rozgrywka

  • [Warhammer 2ed.] Popiół i Śnieg - Rekrutacja
    PiołunP Piołun

    @Dhratlach napisał w [Warhammer 2ed.] Popiół i Śnieg - Rekrutacja:

    Czy wykup zdolności/umiejętności w wersji "albo" możemy stosować w trakcie tworzenia postaci, czy tak jak pamiętam podręcznik, czyli po skompletowaniu?

    Można po skompletowaniu. To zasada opcjonalna, ale ja również nauczyłem się o niej myśleć jak o podstawowej. W przypadku pierwszej profesji gdzie zaczyna się z kompletem, można wykupywać na etapie tworzenia postaci za PD, które przyznałem (nie trzeba u mnie wpierw rozwinąć cech do końca. Ważne by na następnych profesjach przed wykupieniem zdolności/umiejętności z kategorii "albo", inne były już wykupione). Osobiście nie uważam by drastycznie zaburzało to równowagę.

    Co do pytania o kontynuacje, to jest jak przytoczono. Jeśli wszyscy będziemy się dobrze bawić, nie wykluczam, że nie skończymy na jednostrzale tylko pójdziemy dalej.

    Z góry chciałem też przeprosić za opóźnienia w odpowiadaniu na wasze pytania tutaj czy na PW. Do niedzieli jestem na wyjeździe i nie mam dostępu do komputera, a odpowiadanie z komórki to przeprawa.

    Archiwum warhammer 2ed

  • Popiół i Śnieg
    PiołunP Piołun

    text alternatywny

    Bezkrwawe zwycięstwo mogło pokrzepić morale, ale tej nocy nie można było zaliczyć już do spokojnych. Nie przyszły żadne wilki, dzwoneczki przy potykaczach Pietera dzwoniły cichutko przy mocniejszych podmuchach wiatru, ale nic więcej tej nocy już nie nadeszło. Mimo wszystko sen długo nie chciał na nich zejść. Nie tak, jak powinien po ciężkim dniu marszu i krótkiej, brudnej walce. W powietrzu wisiał fetor spalenizny nijak niepodobny do tego, który mogli znać z palenisk, kuźni i zimowych izb. Był to tłusty, gryzący, kwaśny odór, stanowiący mieszankę palonego futra i czegoś chorego, co mimo oczyszczającego błogosławieństwa płomieni zdawało się nie chcieć odejść razem z dymem.

    Ogień w pieczarze trzaskał cicho. Śnieg za wejściem odbijał pomarańczowy blask. Konie długo jeszcze parskały niespokojnie, ilekroć wiatr odwracał się i przynosił z zewnątrz resztki woni spalonego ścierwa. Tyci czuwał blisko Tomasimo, z łbem opartym na łapach, ale uszami pracującymi przy każdym szmerze. Sneider spał niewiele, wiercąc się nerwowo. Siedział plecami przy kamieniu, z kapeluszem zsuniętym nisko i bronią w zasięgu dłoni, tak nieruchomo, że w półmroku mógłby uchodzić za część jaskini, gdyby nie oddech i sporadyczny błysk oka spod kapelusza.

    Nad ranem mróz stwardniał. Odczuli to. Zmęczenie osiadło w ciałach ciężej niż poprzedniego dnia, wdzierając się przez mięśnie do kości. Przyszedł blady, szary i nieżyczliwy świt. Światło sączyło się między drzewami, odsłaniając ślady nocnej walki. Mogli raz jeszcze spojrzeć na rozdeptany śnieg, ciemne plamy krwi, odciski łap, smugi po ciągniętych truchłach wilków, które oporządzał Heinrich... i czarną resztkę po spalonym basiorze, częściowo już przysypaną świeżym puchem.

    Po śniadaniu okraszonym wilczym mięsem zgasili ognisko, przysypując je śniegiem. Pieter zdjął potykacze. Moriz sprawdził konie, rzemienie, juki i broń. Skóry zabrane przez Heinricha zesztywniały od mrozu, cuchnęły wilkiem i krwią, ale część z tego, co zebrał, może się jeszcze do czegoś nada. Będzie trzeba nad tym popracować, gdy dotrą do wioski. To, co zostało z wilków, oddali naturze. Heinrich dla ułatwienia roboty wieczorem ułożył zwierzęta pokotem. Widok ten trochę tłumił apetyt przy śniadaniu, ale wyglądało na to, że padlinożercy będą zadowoleni. Parę kruków zebrało się już nawet na drzewach i czekało tylko na ich odejście.

    Sneider zażyczył sobie przejrzeć ich dłonie, zwłaszcza Heinricha. Zrobił to krótko i bez czułości. Podobnie bystro przyjrzał się ich twarzom. Szukał skaleczeń, zaczerwienień, ropy, dziwnych plam, czegokolwiek, co mogłoby sugerować, że skaza Chaosu jakoś na nich przeszła. Wyglądało na to, że nic nie znalazł. W końcu po tych oględzinach dalej byli żywi. Nie ulegało wątpliwości, że gdyby coś znalazł, nie potraktowałby ich ulgowo. Pewnie nawet by nie mrugnął, gdyby trzeba było doraźnie wrazić nóż w serce. Mimo wszystko po zakończonej inspekcji nie wyglądał również na człowieka uspokojonego.
    – Myjcie łapy po każdej takiej walce. Dobrze wam radzę – rzucił tylko. – Lepiej zedrzeć skórę z palców, niż czekać, aż zacznie schodzić sama.

    text alternatywny

    Ruszyli. Droga do Dunkelwaldu nie niosła ze sobą żadnych niespodzianek. I dobrze, bo po nocy z wilkami nawet zwykły marsz wydawał się wystarczającą próbą. Szli wolniej, częściej niż wczoraj łapiąc zadyszkę. Kto spał, spał mało lub niespokojnie. Mimo wszystko Sneider wymagał od nich zachowania wzmożonej czujności. Łajdak posunął się nawet do tego, by ich sprawdzać, nerwowo reagując na przemykającą od czasu do czasu łanię czy daniela. Nawet bez jego prowokacji byli dość czujni. Ciemna toń gęstwin działała na wyobraźnię. Las rozciągał się po obu stronach traktu, cichy, a wiatr wiejący między gałęziami świszczał upiornie, niosąc złowróżbną melodię kniei.

    Mapa Ulmanna dalej się sprawdzała. Komuś, kto nie zwraca uwagi na detale, mogło się wydawać, że chodzą w kółko. Śnieg spłaszczał krajobraz, przykrywał charakterystyczne elementy. Dlatego nawet Pieter musiał od czasu do czasu sięgnąć po mapę, by nie postradać drogi. Tak oto kilka kresek na pergaminie oszczędziło im zejścia w zły jar, kilka znaków pozwoliło odnaleźć kamień graniczny pod zaspą, a raz także stary pień z wyciętym symbolem, prawie całkiem skuty lodem i niewidoczny dla kogoś, kto nie wiedział, że powinien patrzeć właśnie tam.

    Trakt z wolna schodził niżej. Dzikość lasu nie ustąpiła nagle, ale mogli zauważyć już pierwsze ślady stałej bytności miejscowych. Pomiędzy świerkami i bukami zaczęły pojawiać się nacięcia od siekier. Mogli dostrzec stare pniaki, zbutwiałe stosy gałęzi, sterty porąbanego drewna przykryte śniegiem i zapomniane sanie drwali, przewrócone na bok przy zamarzniętym rowie. W jednym miejscu mijali niską szopę, której dach zapadł się pod ciężarem śniegu. W innym – dziwnie ułożony kopiec kamieni, na którym ktoś zatknął wilczy kieł przewiązany wytartym rzemieniem. Sneider zatrzymał się przy nim na chwilę i burknął coś niezrozumiale pod nosem. Nie kazał tego zniszczyć. Zbliżali się do sioła spod znaku Ulryka i kto wie, ile podobnego tałatajstwa znajdą głębiej.

    W południe przeszli przez zamarznięty strumień. Lód przy brzegach był mleczny i spękany, lecz pośrodku trzymał jeszcze na tyle mocno, by przeprowadzić konie pojedynczo. Pod nim czarna woda płynęła dalej, cicha i uparta, niosąc liście i cienkie gałązki. Później droga ponownie wspięła się łagodnie. Obeszli niski pagórek i wyłonił się przed nimi widok, który latem musiał być pewnie powodem czyjejś dumy.
    Zamarznięty sad jabłoni.
    Najpierw kilka drzew, potem całe rzędy. Niskie, powykręcane drzewa stały po obu stronach drogi, czarne, nagie, z gałęziami rozłożonymi jak chude palce. Śnieg leżał na nich w cienkich pasmach. Na ziemi, pod zaspami, widać było miejscami zamarznięte, zgniłe owoce, brązowe i pomarszczone, których nikt nie zdążył zebrać albo nie było komu. Niektóre wisiały jeszcze na gałęziach, twarde od mrozu, sczerniałe.

    Dalej stały prymitywne prasy, przykryte płachtami i śniegiem. Drewniane kadzie obrócone do góry dnem. Szopy o szerokich drzwiach, z których w cieplejsze miesiące pewnie toczono beczki. Nawet zimą, pod mrozem, dało się wyczuć pod dymem i wilgocią kwaśnawy zapach starych jabłek, sfermentowanej pulpy i drewna nasiąkniętego cydrem.
    – Drwale i cydr – mruknął Sneider. – Wesoli, kurwa, sadownicy.
    Zaklął, dając w powątpiewanie sielankową wizję, jaka mogła się roztaczać przed mniej pesymistycznymi członkami drużyny. Sneider przyjechał znaleźć tu kultystów i znając opinie o Łowcach Czarownic, pewnie sobie jakiegoś znajdzie, choć trzeba mu było oddać, że dotąd starał się obiektywnie patrzeć na rzeczywistość.

    Spojrzeli dalej. Za sadami wyłaniał się Dunkelwald. Tak naprawdę wpierw był dym. Cienki, szary, unoszący się z kilku tuzinów kominów. Potem doszło szczekanie psa, krótkie i urwane, i tak w miarę zbliżania poczęli dostrzegać niskie, strome dachy, obciążone śniegiem, skupione ciasno przy trakcie i wokół niewielkiego placu. Chaty były drewniane, ciemne od smoły i dymu, z podmurówkami z polnego kamienia. Przy wielu z nich wisiały wiązki drewna, pęki ziół, suszone skórki jabłek, stare sidła i narzędzia do pracy w lesie. Płoty stały krzywo, naprawiane tym, co akurat wieśniacy mieli pod ręką, czy to deską, kołkiem, kawałkiem sanek, czasem nawet obręczą od beczki.

    Pośrodku osady znajdowała się studnia z daszkiem, obok niej stary dąb, martwy albo prawie martwy, z pniem obwieszonym wyblakłymi wstążkami i, jakże by inaczej, wilczymi kłami. Na północ od placu, wyżej, między ciemnymi pniami, majaczyła kaplica. Nie była duża. Kamienna podstawa, drewniana górna część, stromy dach, wilcza głowa wyrzeźbiona nad wejściem albo tylko przybita pod daszkiem. Z tej odległości trudno było ocenić. W gasnącym świetle wyglądała jak coś, co bardziej pilnuje wsi, niż jej błogosławi.

    Ludzie nie wychodzili im naprzeciw. Twarze pojawiały się w oknach i znikały. Ktoś uchylił drzwi, zobaczył kapelusz Sneidera i zamknął je powoli, jakby szybki zryw już mógł zostać uznany przez Łowcę Czarownic za przewinę. Dwóch parobków przy stosie drewna przerwało robotę. Jeden odruchowo zdjął czapkę. Drugi nie zdążył, więc pierwszy szarpnął go za rękaw. Dziecko przebiegające między chatami zamarło na środku drogi, po czym uciekło za płot. Gdzieś za stodołą zaszczekał pies, ale zaraz ktoś syknął na niego ostro. Sneider nie komentował. Być może był przyzwyczajony do podobnie ciepłych przywitań. Szedł środkiem drogi, spokojnie, roztaczając groźną aurę, która sprawiała, że ludziom jeżył się włos na skórze.

    – Mus nam karczmy trzeba – powiedział tylko. – Zmierzcha, a za nami długi dzień. Rano zaczniemy właściwie. Zresztą ludzie przez noc mają brzydki zwyczaj chować swoje sekrety na prędce, przez co następnego dnia łatwiej je odkryć. Głupcy nie rozumieją, że nie czytam w myślach. Pewnych rzeczy bym się nie domyślił, gdyby nie próbowali ich tak niezdarnie ukryć. To była jedna z moich pierwszych lekcji jako Łowcy Czarownic. Zapamiętajcie sobie. Bardzo życiowe.
    Wyłożył i poszedł w stronę największego budynku we wsi.

    text alternatywny

    Karczma stała przy placu, większa od pozostałych budynków, tak jak podejrzewał, choć była przy tym tylko trochę mniej biedna. Nosiła nazwę Pod Kwaśnym Jabłkiem, wymalowaną nierównymi literami na desce wiszącej nad drzwiami. Na szyldzie ktoś kiedyś namalował zielonkawe jabłko z wykrzywioną miną i kropelką soku przy ogonku. Farba spłowiała, ale grymas owocu jakoś oparł się pogodzie. Przynajmniej na razie. Pod szyldem zwisały dwa małe, zamarznięte wianuszki z gałązek jabłoni.

    Budynek miał szeroką izbę od frontu, niskie okna z mętnymi szybkami i dobudowaną stajnię po lewej stronie. Z tyłu widać było większą szopę albo skład, zapewne na beczki, narzędzia i zapasy. Przy jednej ścianie stały trzy opróżnione beczki po cydrze, teraz przysypane śniegiem. Z komina unosił się dym, a spod drzwi sączyła się wąska smuga ciepłego światła. Sneider wszedł pierwszy. Otworzył drzwi, wszedł do środka i zniknął w pomarańczowym świetle, zostawiając na zewnątrz resztę drużyny z końmi, psem i jukami.

    Wtedy wydarzyło się coś niespodziewanego, co sprawiło, że kilku z nich mogło napiąć nerwowo mięśnie, a dłoń instynktownie ruszyła w stronę rękojeści. Za ich plecami odezwał się chłopiec. Mógł mieć dziewięć, może dziesięć lat. Stał w za dużej kurcie, pewnie po bracie, z czerwonym nosem, w czapce naciągniętej prawie na oczy. Pojawił się tak cicho, jakby od dawna stał między studnią a martwym dębem, tylko wcześniej nikt nie zwrócił na niego uwagi.
    – Nie idźcie nocą do kaplicy – powiedział.
    Krótko. Trochę tak, jak dziecko mówi rzecz zasłyszaną od dorosłych, której nie powinno powtarzać, ale jednak powtarza, bo leży to w dziecięcej naturze. Nim ktokolwiek zdążył dobrze odpowiedzieć, z najbliższej chaty wyszła kobieta w grubej spódnicy i chustce. Nie biegła, ale szła szybko. Chwyciła chłopca za rękę, przyciągnęła do siebie i spojrzała po podróżnych z wymuszonym, nerwowym uśmiechem.
    – Bujną ma wyobraźnię – powiedziała. – Dzieciaki tak mają. Johan, co ci mówiłam o zaczepianiu ludzi i bajaniu na jawie, co? Przepraszamy bardzo. Prawda, Johan?
    Bardziej oznajmiła, niż zapytała. Chłopiec chciał jeszcze coś powiedzieć, ale ścisnęła mu dłoń mocniej.
    – Do domu.
    Pociągnęła go za sobą. Drzwi zamknęły się chwilę później, niezbyt głośno, ale ostatecznie. W oknie poruszyła się firanka, po czym zgasło światło. To było dziwne... ale zanim ktokolwiek zdążył skomentować, z wnętrza karczmy dobiegł głos Sneidera.
    – Wprowadzać konie do stajni. Na Sigmara, pizga jak w Nordlandzie. Ruszajcie się.
    Ponaglił ich i trzasnął drzwiami.

    Stajnia przy Kwaśnym Jabłku była niska, ciepła tylko od stłoczonych w niej zwierząt, ale po całym dniu marszu nawet taki dach zdawał się dobrodziejstwem. W środku stały już dwa miejscowe konie, parę krów, mały wózek, trochę narzędzi i beczki ustawione pod ścianą. Przy żłobach leżały jabłkowe wytłoki, zamarznięte w brązowawe bryły. Kuc Tomasimo stanął blisko przy koniach, jakby chciał podkraść trochę ich ciepła. Tyci obwąchał próg, prychnął na kota siedzącego na belce i wrócił do swojego pana.

    Wnętrze gospody było niskie, zadymione i ciemniejsze, niż zapowiadało światło pod drzwiami. Główna izba miała szerokie palenisko po prawej stronie, z kamiennym okapem czarnym od sadzy. Przed nim stały dwie długie ławy i ciężki stół porysowany nożami, kuflami oraz śladami po latach częstego użytkowania. Po lewej znajdował się szynkwas, solidny, toporny, zrobiony chyba z tego samego drewna, z którego miejscowi stawiali mostki nad strumieniami. Za nim wisiały cynowe kubki, gliniane dzbany, kilka pękatych butli i mała beczułka z zatkniętym kranikiem. W powietrzu unosił się zapach dymu, kwaśnych jabłek a jakże, mokrej wełny, tłuszczu i piwa.

    W głębi izby były schody prowadzące na piętro. Wąskie, skrzypiące, z poręczą wygładzoną od rąk. Pod schodami stały beczki i kosze. Za izbą główną widać było uchylone drzwi do kuchni, skąd dochodził odgłos mieszania w garnku i zapach cebuli smażonej na tłuszczu. Dalej musiały być komory, spiżarnia i zejście do piwnicy, bo z podłogi przy ścianie wystawała ciężka klapa z żelaznym uchwytem. Przy niej leżała mokra szczotka, jakby ktoś niedawno próbował zetrzeć ślady błota albo rozlanego napitku.

    W izbie siedziało kilku miejscowych. Drwal z ręką w opatrunku. Stara kobieta otoczona rzędem pustych butelek. Dwóch młodych mężczyzn pochylonych nad miską polewki. Kiedy weszli obcy, rozmowy urwały się nierówno. Gdy jednak do środka wszedł Sneider, efekt był podobny jak sprzed dwóch dni. Bohaterowie mogli zacząć sobie wyobrażać, że Łowca ma już wyuczone tiki i przygotowaną paletę groźnych min, którymi częstuje innych, wszystko specjalnie przygotowane na takie właśnie wejścia.

    Karczmarz był człowiekiem niskim i szerokim, z policzkami czerwonymi od dymu z ognia w palenisku. Miał fartuch przewiązany pod brzuchem, rzadką brodę i kalkulujący wzrok. Obok niego krzątała się kobieta znacznie szczuplejsza, o niesłychanej urodzie. Widać, jakaś swatka dodała sobie jeden do jednego i zabrączkowała miejscową piękność z obrotnym karczmarzem. Widok dość częsty i dla niektórych przykry. To ona pierwsza spojrzała na broń, potem na buty, potem na kapelusz Sneidera.
    – Miejsca potrzebujemy – powiedział Łowca Czarownic, zdejmując rękawice. – Zabawimy u was na parę dni.
    Karczmarz przełknął ślinę.
    – Miejsce jest, panie. Trochę ciasno, bo zima, ludzie po drogach, drwale z lasu, ale coś się znajdzie.
    – Ja nie pytałem, czy się znajdzie, ale miło, żeście trochę bardziej rezolutni i nie muszę sięgać po metody perswazji. Ile będzie?
    To pytanie padło zbyt szybko, żeby karczmarz zdążył udawać gościnność.
    – Za dwie izby na górze... – zaczął ostrożnie. – Trzy szylingi od głowy. Stajnia osobno. Ogień, posłanie, wieczerza... napitek, jeśli trzeba. Cydr mamy własny, choć kwaśny, jak nazwa każe. Lepszy latem, zimą już bardziej dla odważnych.
    Sneider spojrzał na niego bez uśmiechu.
    – Trzy szylingi od głowy?
    Karczmarz odchrząknął.
    – Czysta izba, panie. Dach nie cieknie. Prawie. Zimą wszystko drogie. Taki urok zimowych zagajniczków.
    Przy szynkwasie ktoś parsknął cicho, ale zaraz udał kaszel.
    Sneider oparł rękawice na blacie.
    – Dobrze. Nie będziemy się targować jak przekupy na targu. Mam nadzieję, że siennik nie gryzie, inaczej sobie pogadamy.
    – A nie gryzie, nie gryzie – odpowiedział karczmarz po chwili niepewnie. – Chyba że ktoś sam ze sobą pchły przyniesie. To zadbany przybytek.
    Żona za jego plecami zamknęła oczy na krótką chwilę. Wyglądała na zmartwioną i chyba modliła się do wszystkich bogów, żeby jej mąż się już zamknął.
    Sneider patrzył na niego długo, ważąc chyba, czy nie poczuć się urażonym, ale nie okazał się tak małostkowy. Zamiast tego uśmiechnął się, ale nie był to uśmiech, który chciałoby się oglądać często, i nie miał w sobie nic z życzliwości. Potem przesunął wzrok po izbie, po miejscowych twarzach, po schodach, po klapie do piwnicy, po koszach z jabłkami i po drzwiach kuchni.
    – Jedna izba dla mnie. Druga dla moich towarzyszy. Stajnia dla zwierząt. Wieczerza. Wrzątek. I nikogo obcego na piętrze.
    Karczmarz otworzył usta.
    – Dobry panie, jak to nikogo obcego na piętrze?! To ja muszę ludzi poprzenosić, a jak poprzenosić, to będzie gadane, a jak będzie gadane...
    – To będzie gadane... niezbyt mnie to obchodzi. Jutro dopiero sobie pogaworzę z ludźmi – oznajmił, a po sali przebiegły nerwowe szepty. Część ludzi zmroczonych alkoholem dopiero teraz pojęła, dlaczego Łowca Czarownic zawitał do Dunkelwaldu i chyba miała ochotę szybko sprawdzić, czy nie ma czegoś pilnego do roboty w domu.
    Przez chwilę stali naprzeciw siebie przy szynkwasie. Za oknami Dunkelwald ciemniał, a śnieg zaczął znów osiadać na szybach drobnymi, mokrymi plamkami. W głównej izbie nikt nie wrócił jeszcze do rozmowy. Wszyscy czekali.
    Karczmarz w końcu westchnął.
    – Dobrze. Podejrzewam, że interes i tak będzie wystawiony na małą próbę przez parę dni. Nie obraźcie się, panie, ale wizyty ludzi z waszego szlachetnego zakonu szybko zabijają interesy.
    – Zapewniam, że nie tylko interesy. Ale nie bójcie się. Nie będziecie stratni. Pod koniec zostawię zadatek za to, że nie utrudniacie. Sowitą premię. Więcej, niż byście wycisnęli z miejscowych przez te parę dni. To wszystko. A teraz do dzieła.

    Karczmarzowi nie trzeba było powtarzać. Porwał żonę na zaplecze, zaprzągł parę parobków do szykowania wszystkiego i nie było go widać przez chwilę. W tym czasie karczma opustoszała całkiem i zaledwie po kwadransie mogli „cieszyć się” niespotykaną nigdy wcześniej prywatnością. Karczma na wyłączność? Można by to było polubić, gdyby nie towarzyszyła temu opustoszeniu taka mroczna atmosfera. Łowca podszedł do nich i przekazał klucz od właściciela, mierząc ich uważnym spojrzeniem. Każdemu spojrzał w oczy i nie odwrócił wzroku. Na wargach wykwitł mu lekko niepokojący półuśmieszek.
    – Dobrze mi się na razie z wami współpracuje. To odświeżające. Wyśpijcie się, ale trzymajcie dla porządku wartę w swojej izbie. Nie zapominajcie, po co tu jesteśmy. Jutro zabierzemy się do pracy. Wejdziecie trochę w moje buty i też sobie popytacie. Jeśli nie macie pytań, to idę udać się na spoczynek.
    Zapytał i czekał na ich kwestie, całkowicie ignorując fakt, że sam dla siebie wybrał osobną izbę i trudno mu będzie przez to dostosować się do własnej rady. No nic, może miał inne sposoby na zachowanie czujności w nocy.

    Rozgrywka

  • [Warhammer 2ed.] Popiół i Śnieg - Rekrutacja
    PiołunP Piołun

    Nie ma chyba co czekać do północy. Do sesji dostają się:

    @dhratlach jako Heinrich "Heinz" Kraus, człowiek, hiena cmentarna.
    @wired jako Tomasimo Ashfield, niziołek, żołnierz Hochlandu.
    @mortarel jako Pieter Falk, człowiek, przepatrywacz.
    @zell jako Moriz Richter, człowiek, banita.

    Bardzo dziękuję @marika ; @cygan oraz @nanatar za zgłoszenia. KP wszystkich uczestników były wykonane na świetnym poziomie, ale nie mogłem przyjąć wszystkich. Mam nadzieje, że przetniemy się niebawem w innych sesjach. Nauczony moimi sesjami, gdzie uległem pokusie przyjęcia większej ilości graczy, co źle się dla mnie kończyło, postanowiłem, że przyjmę taką ilość graczy, którym uczciwie mogę poświęcić uwagę. Muszę jednocześnie przyznać, że bardzo kusiło mnie przyjęcie jeszcze jednego gracza, a wybór ostatecznego składu był dla mnie wyjątkowo trudny.

    Chciałem podziękować za duże zainteresowanie sesją.

    No a teraz muszę porozkminiać jak się urządzić w nowym wątku na forum. Już wiem jednak na pewno, że chciałbym prosić swoich nowych graczy, by nie wrzucali grafik swoich postaci do panelu jak będziemy go już mieli. Sam się tym zajmę i wprowadzę swój estetyczny terroryzm 🙂

    Administracje proszę o przeniesienie wątku do archiwum.

    Archiwum warhammer 2ed

  • Popiół i Śnieg
    PiołunP Piołun

    text alternatywny

    Sok z jabłka spłynął po brodzie Sneidera, zanim ktokolwiek sensownie odpowiedział. Łowca po niemożliwie długiej chwili otarł go leniwie kciukiem. Potem skinął na dwóch parobków Kappela, którzy akurat pilnie sprzątali drugi kąt izby, starając się, jak tylko mogli, zlać z otoczeniem. Na nieszczęście dla nich, nie udało im się.
    – Wy dwaj pójdziecie ze mną. Odwiedzimy mieszkańców i zaprosimy ich na pogawędkę w karczmie.
    Nie zapytał, czy mają czas. Pewnie nawet go to nie obchodziło. Jeden z parobków spojrzał na Kappela, drugi na Elsbeth, ale żadne z gospodarzy nie powiedziało niczego, co mogłoby uratować ich od obowiązku towarzyszenia Łowcy. Właściwie karczmarz tylko przełknął ślinę i odwrócił wzrok ku kuflom, które wyczyścił poprzedniego wieczora, po czym zabrał się za ich ponowne polerowanie. Jego żona z kolei obrała inną taktykę. Udawała, że w ogóle nic się nie stało. Zniknęła za szynkwasem i po chwili wróciła, stawiając na stole dzban z gorącą herbatą.
    – Pijcie, póki ciepła. Z bylicą, miętą i jabłkową skórką. To pokrzepiający napar rodzinnej receptury – rzuciła i mrugnęła zalotnie do Heinricha, kiedy jej mąż nie patrzył.
    Herbata była gorzkawa, kwaśna i trochę ziemista, ale rozchodziła się po trzewiach przyjemnym ciepłem. Przydałoby się jej trochę miodu, ale nikt go nie podał. Nalała jej każdemu bez pytania, choć większość osób w izbie sprawiała wrażenie, jakby wolała teraz coś mocniejszego. Towarzystwo Sneidera tak działało na ludzi.

    Tomasimo nie dostał odpowiedzi na swoje pytanie. Nie całkiem. Łowca łypnął na niego i odburknął coś, że "to jego sprawa co robi po nocy", a na komentarz o metodach śledczych, swoim zwyczajem odrzekł "że jak będą informacje odnośnie śledztwa, to się o nich dowiedzą". Bardzo elokwetnie Łowca dał mu do zrozumienia, żeby się nieinterosował. Świetny pracodawca, nie ma co. Zmienił obiek rozważań i nalał odrobinę wody ze swojego bukłaka oraz obejrzał ją w świetle dnia. Kwestia wody też zajmowała mu umysł. Już wieczorem nie wyglądała zachęcająco, ale teraz było to wyraźniejsze. Nie była mętna jak błoto ani zielona od stęchlizny. Raczej szarawa. Smak miała zimny, metaliczny, z gorzkim posmakiem w ostatniej nucie. Jeśli niziołek zapytał o wodę karczmarza, ten wzruszył ramionami.
    – Zimowa woda – mruknął. – Zawsze trochę bierze od kamienia. Nikt jeszcze od niej nie umarł, panie nizioł.
    Stwierdził i nie wracał już do tematu.

    Gdy kończyli śniadanie, Sneider miał już na sobie płaszcz i kapelusz. Dwaj parobcy stali przy drzwiach w zimowych kurtach z kwaśnymi minami. Całą swoją postawą dawali wyraz niezadowoleniu z polecenia, ale Łowca zdawał się tego w ogóle nie zauważać. Wyszedł z nimi na mróz i przez okno można było zauważyć, jak idzie do pierwszych drzwi w siole, wydając parobkom polecenie, by kołatali do sąsiadów. Nie wyglądało, by musiał nakłaniać kogokolwiek do swojej woli. Czekał, aż ktoś otworzy, mówił kilka zdań i szedł dalej. Wieś zaczęła poruszać się niespokojnie. Psy szczekały krótko i milkły, gdy Sneider przechodził blisko nich. Wychodziło na to, że zwierzęcy instynkt ostrzegał przed nowym typem drapieżnika w okolicy. To był nieprzyjemny poranek dla ludu Dunkelwaldu. Początek dnia, który miał dużo zmienić w ich życiu.

    https://i.imgur.com/BsVqiZn.png

    Henrich

    Albrecht skrzywił się na wieść o ogólnym posłuchu. Zmrużył groźnie oczy i splunął raz jeszcze na ziemię brudną plwociną.
    – Posłuch, kurwa jego mać – mruknął. – Za stary jestem na to, by jakieś młode szczyle, nawet królewskie szczyle, mnie na rozmówki wzywały. Walczyłem dla Imperium w czasach, gdy ten Łowca Czarownic wyciągał sobie jeszcze smarki z nosa i wkładał je sobie do dupy. Na rozmówki będzie wzywać. Patrzcie jaki…
    I tak narzekał jeszcze dalej, ale wraz z potokiem słów widać było, że zbiera się do drogi. Potrzebował tylko dać upust swojemu niezadowoleniu, a na nieszczęście Heinricha ten był akurat pod ręką, by go wysłuchać.
    – No dobrze. Pójdziem. Ale nie omieszkam powiedzieć Łowcy, co myślę o takim zachowaniu. Nie będzie nikt na rozmówki wzywać starego Albrechta Seilera. Oj, nie będzie.
    I to obiecawszy, poszli. Pozbierał rzeczy z ganku, schował siekierkę, skóry Heinricha zaniósł do domu i zawarł drzwi na duży, mosiężny klucz. Potem narzucił na siebie kożuch, zgarnął czapkę i ruszył z Heinrichem w stronę placu.

    Szli wolno, bo Seiler nie zamierzał spieszyć się dla niczyjej wygody. Miał być to ostatni przejaw buntu przeciw wezwaniu Łowcy Czarownic i nieco dziecinnie małostkowe zachowanie ze strony starca. Może było trochę prawdy w tym, że na starość w części zachowań upodabniamy się do dzieci? Po drodze mamrotał coś pod nosem o podatkach, ludziach ze wsi i o tym, ile to on dobrego nie zrobił dla sioła. O tym, że kiedyś to było, że starych się nie szanuje, że kiedyś bardziej ganiano dzieci rózgą, a teraz to rozpuszczone tałatajstwo. Jednym słowem ględził, a Heinz musiał, chcąc nie chcąc, słuchać starczych narzekań. Wszystko urwało się jednak nagle, gdy nadepnął na coś pod śniegiem.

    To było coś dziwnego. Nie pękło jak gałąź. Nie chrupnęło jak lód. Ustąpiło miękko, obrzydliwie, z głuchym trzaskiem drobnych kości. Kiedy odsunął but i rozgarnął śnieg, zobaczył kruka. Martwego. Ptak leżał na boku, czarny, z piórami posklejanymi od szronu i błota. Dziób miał lekko otwarty. Jedno skrzydło sterczało nienaturalnie, przysypane cienką warstwą śniegu. Nie wyglądał na rozszarpanego przez lisa ani trafionego kamieniem. Po prostu padł, jakby zabrakło mu życia.
    Seiler zaklął krótko.
    – Nie ruszaj go gołą ręką chłopcze.

    text alternatywny

    Dopiero gdy Heinrich rozejrzał się uważniej, zobaczył następne. Jeden pod płotem. Dwa przy zaspie obok starej beczki. Kolejny wśród zmarzniętych chwastów. Czarne kształty leżały tu i tam, częściowo przykryte śniegiem. Im dłużej patrzył, tym więcej ich dostrzegał. Dwadzieścia. Może trzydzieści. Jak mógł nie zauważyć ich wcześniej? Czy spadły niedawno? Część z nich leżała bliżej sadu, część przy drodze ku starej prasie, kilka bezpośrednio pod nagimi gałęziami jabłoni. Martwe kruki znaczyły śnieg plamami czerni.
    Albrecht stał bez ruchu. Cała złość odpłynęła z jego twarzy, zostawiając wyraz głębokiej konsternacji.
    – Nie widziałem ich wczoraj. Co się im stało? – zapytał lekko drżącym głosem.
    Nie wyglądał już tak pewnie i butnie. Właściwie im dłużej Heinrich przyglądał się jego twarzy, tym większe miał wrażenie, że stary Albrecht… po prostu się bał.

    https://i.imgur.com/BsVqiZn.png

    Moriz

    Mężczyzna, korzystając z porannego zamieszania, ruszył w stronę placu i drzewa obwieszonego wilczymi kośćmi i wstążkami. Nie pchał się pod kaplicę z Tomasimo, bo czuł, że niziołek nie wywie się za dużo. Kapłani to wyniośli, zgorzkniali ludzie, którzy rzadko dzielą się swoimi sekretami. Dzieci były inne i tu właśnie upatrywał swojej szansy. Dziecięca szczerość i prawdomówność była odświeżająca i wydawała się najprostszym sposobem, by wywiedzieć się, co w trawie piszczy, jeśli można było sobie pozwolić na taką analogię. Po kilku minutach błądzenia po wsi odnalazł Johana między domami, niedaleko drzewa.
    Nie był sam.

    Była z nim dwójka innych dzieci. Dziewczynka w wełnianej chuście i drugi chłopiec, młodszy albo po prostu mniejszy, z policzkami czerwonymi od zimna. Bawili się. Tak przynajmniej można było to nazwać, jeśli człowiek miał w sobie wystarczająco dużo dobrej woli. Chłopcy zbierali patyki, łamali je na krótsze kawałki i układali wokół dziewczynki, która stała na niewielkim, ubitym kopczyku śniegu z miną tak naburmuszoną, że wyglądała bardziej na urażoną niż przestraszoną. Ręce miała związane z przodu cienkim sznurkiem. Związane po dziecięcemu, luźno i krzywo. Mogłaby wysunąć dłonie w każdej chwili, gdyby tylko uznała, że zabawa przestała jej odpowiadać.
    – Nie tak – powiedział Johan do młodszego chłopca. – Patyki muszą być niżej. Jak dasz wysoko, to się od razu przewróci.
    – Ja nie chcę być czarownicą – burknęła dziewczynka.
    – Nie jesteś czarownicą. Jesteś ofiarą dla przebłagania bogów.
    – To jeszcze gorzej.
    – Nie marudź. Wczoraj ja byłem mutantem.

    text alternatywny

    Młodszy chłopiec parsknął śmiechem, ale zaraz zerknął w stronę domów, jakby nawet w zabawie wiedział, że pewnych słów nie powinno się mówić zbyt głośno. Na ziemi leżały jeszcze dwa kawałki kory, kilka wilczych kostek i stary, pęknięty kubek, do którego dzieci nasypały śniegu, który zaczął już topnieć. Co miał przedstawiać? Mogła to być woda święcona, krew lub cokolwiek, co w dziecięcej głowie pasowało do palenia na stosie. Nad nimi wisiały martwe gałęzie Wilczego Drzewa, poruszając lekko kośćmi i wstążkami.
    Johan pierwszy zauważył Moriza. Przestał układać patyki. Nie uciekł, ale zesztywniał i wyglądał na wystraszonego oraz może trochę… zaciekawionego. Dziewczynka wykorzystała moment i zdjęła z rąk sznurek.
    – To głupia zabawa. Idę do domu – powiedziała i odeszła dalej naburmuszona, znikając za krawędzią jednego z domów.
    Johan nie zwrócił na nią uwagi. Wpatrywał się tylko w Moriza.
    – Mama mówiła, że mam z wami nie gadać – powiedział w końcu, choć nie zapowiadało się na to, by był grzecznym chłopcem. Chyba nie miał zamiaru posłuchać rodziców w tej kwestii.

    https://i.imgur.com/BsVqiZn.png

    Tomasimo

    Tymczasem niziołek dał Tyciemu powąchać ślad Sneidera. Pies nad wyraz szybko podjął trop, co musiało oznaczać, że woń Łowcy się odznacza. Dobrze. Wyglądało na to, że zadanie będzie łatwiejsze, niż myślał. Pies najpierw zakręcił się przy wejściu do karczmy, potem przy schodach, później znów przy progu, a w końcu wyszedł na zewnątrz. Plac okazał się pewnym wyzwaniem. Nocne wyjście Łowcy mieszało się tu z porannym ruchem mieszkańców, zapachem koni, dymu, mokrej słomy i wszystkich tych drobnych rzeczy, które dla ludzkiego nosa były tylko wiejskim odorkiem, a dla psa bardzo skomplikowanym bukietem zapachów. Tyci szukał. Krążył, wracał, raz poszedł w stronę studni, raz odbił ku dębowi, potem zatrzymał się i prychnął. W końcu jednak wybrał. Poprowadził Tomasimo ku ścieżce na górkę. Tam śnieg był mniej rozdeptany, a ślady z nocy i poranka nie zdążyły się rozwiać ani zmieszać z czymś innym. Ścieżka prowadziła do kaplicy. Była węższa niż droga między domami i miała w sobie coś uporczywego, bo prowadziła lekko pod górę i była kamienista.

    Po drodze Tomasimo zauważył więcej wilczych szczątków. Nie tyle, co przy dębię. Tam ozdoby stanowiły kwestię obyczaju, który wzmacniał wspólne miejsce. Tutaj kości i kły wisiały rzadziej, bardziej dyskretnie, przy krzewie, na gałęzi, przy jednym z niskich słupków wyznaczających drogę. Czasem był to pojedynczy kieł na rzemieniu. Czasem kilka drobnych kostek związanych sznurkiem. Czasem pazur, wypłowiały od zimy, niemal zlewający się ze śniegiem. Nie wyglądało to jak ozdoba. Bardziej jak znaki mające wzmacniać pamięć drogi do uświęconego miejsca. Czemu nie zauważył ich wczoraj? Czy był aż tak zmęczony?

    Gdy dotarł, kaplica była zamknięta. Drzwi milczały tak samo jak poprzedniego wieczora. Drewniana wilcza głowa nad wejściem patrzyła spod znad wejściowego łuku bez wyrazu. Tyci obszedł próg, powąchał deski, potem przeniósł nos ku ścieżce prowadzącej do małej chaty obok. Tam zapach był świeższy. Tomasimo zapukał. Przez chwilę nie było odpowiedzi. Potem coś ociężale poruszyło się w środku. Deski jęknęły. Ktoś odsunął rygiel powoli, bez pośpiechu, i drzwi uchyliły się.

    Ojciec Berengar Holtz stał w progu w białej nocnej szacie, narzuconej niedbale na starcze ciało. Był bosy, a właściwie prawie bosy, bo jedną stopę miał wsuniętą w stary chodak. Drugiego widocznie nie znalazł, wstając. Twarz miał surową, pooraną wiekiem i zmęczeniem, lecz to nie wiek rzucał się najbardziej w oczy. Miał podbite oko. Jedna powieka była spuchnięta, ciemna od świeżego sińca. Warga brzydko mu nabrzmiała. Na białej koszuli widać było kilka plam krwi, niewielkich, ale wyraźnych, jakby pociekło mu z nosa albo ust i nie zdążył wszystkiego obmyć. Nie wyglądał jak po karczemnej bójce. Raczej jak ktoś, kogo zaskoczono i kto dostał kilka razy, ale bardzo konkretnie. Kapłan spojrzał na Tomasimo, potem na psa, a na twarzy wyrósł mu nieprzyjazny grymas.
    – Czego? – spytał chrapliwie.

    https://i.imgur.com/BsVqiZn.png

    Pieter

    Przepatrywacz oddał się bardziej przyziemnym obowiązkom i nie miał ochoty na zadania dla chętnych. Łowca zapłaci im za ten wypad i drobną pomoc na miejscu, ale dręczenie biednych ludzi pytaniami, jeśli ten wyraźnie im tego nie rozkazał, nie było w jego stylu. Został w karczmie, a później zajrzał do stajni zadbać o swojego wierzchowca. Ten koń był warty więcej niż całe zlecenie i nie zamierzał go zaniedbać. Pracował w ciszy, a jego koń nie prychał ani nie parskał. Może dlatego z taką łatwością zauważył postać wchodzącą ukradkiem do stajni.

    To był trzeci z parobków. Ten sam, który kręcił się poprzedniego wieczora w gospodzie. Tego Sneider szczęśliwie nie zagonił do obchodu wsi, ale dlaczego tutaj zajrzał? Pieter przyjrzał mu się, a chłopak na razie go nie widział. Był chudy, z włosami przyklapniętymi od wilgoci i rękami czerwonymi od zimna. Wszedł do stajni z naręczem siana, ale zamiast od razu rzucić je do żłobu, zaczął zerkać na konie, juki i sprzęt. Nie grzebał jeszcze, ale Pieter odniósł wrażenie, że się do tego przymierzał. Przepatrywacz zastygł i przypatrywał się chłopakowi, aż ten zrobił wyraźny ruch, którego nie dało się z niczym pomylić. Nachylił się ku pakunkom, otworzył juki i zaczął w nich grzebać. Coś, jakiś szósty zmysł kazał mu się jeszcze obejrzeć i wtedy ich spojrzenia się skrzyżowały. Chłopak zorientował się za późno. Zamarł z ręką w pół drogi, jak mysz przyłapana na worze mąki.
    – Ja tylko przyszedłem z sianem, panie – powiedział szybko.

    Może umiał kłamać. Dobre kłamstwo zawiera część prawdy, bo faktycznie przyszedł z sianem, ale nijak nie mógł się wybronić tymi słowami. Na gust Pietera jego ręka była zbyt głęboko w sakwach, by to mogło przejść. Napięcie narastało. Cisza stawała się niezręczna. W stajni jeden z koni przestąpił z nogi na nogę. Parobek przełknął ślinę.
    – Nie chciałem nic ukraść, panie, po prostu we wsi mówią, że drogi są nieprzejezdne. Żeście nie mogli przyjechać stąd, skąd twierdzi Łowca. Chciałem sprawdzić – tłumaczył się, ale Pieter dalej bezlitośnie patrzył na niego, potęgując napięcie i wzmagając u chłopaka potrzebę dalszego tłumaczenia.

    – Jeśliście przybyli z Łowcą, powinniście być wojskowymi z Lenkster, ale przepraszam za język, panie, ni chuja nimi nie jesteście. Kurt mówi, że równie dobrze możecie być grupą zbirów, którzy się podszywają. Że sam Łowca może podszywać się pod urząd, zdejmując z trupa ubrania i oręż.
    To brzmiało już sensowniej, ale dalej trudno było ocenić, czy chłopak kłamie jak z nut, czy rzeczywiście mieszkańcy przez noc spreparowali sobie konspiracyjną teorię. Co by nie było, parobek na tym nie skończył. Za wyjaśnieniem kryła się również prośba o litość.
    – Nie mówcie proszę Panu Kappelowi, że zaglądałem do waszych juków. Błagam pana. Zedrze mi skórę. Jeśliście przybyli w uczciwej sprawie, rozumiecie nasze obawy, prawda?
    Spróbował ostatniej karty i zamilkł. Nie miał już nic do dodania. Obserwował czujnie Pietera, wahając się między pokorą, a szybką ucieczką.

    https://i.imgur.com/BsVqiZn.png

    Na zewnątrz wieśniacy wyłazili powoli i niechętnie z chat na rozkaz Sneidera. Jedni szli do karczmy od razu, posłusznie i z pochylonymi głowami. Inni zwlekali, stali przy furtkach, udawali, że muszą jeszcze zamknąć kury, przynieść drwa albo zrobić coś jeszcze innego. Parobcy prowadzeni przez Łowcę pukali do kolejnych drzwi. Kappel wyglądał zza okna własnej gospody ze strapioną miną. Godzina, którą Łowca wyznaczył im na własne sprawunki, kurczyła się szybko.

    Nad Dunkelwaldem osiadły ciężkie, ciemne chmury, dusząc i tak wątłe, mętne światło, które sączyło się z zimowego nieba. Sprawa stawała się coraz bardziej gęsta, a wątki odrywały się od miodu prawdy plastrami. Martwe kruki przy sadzie. Dzieci bawiące się w stos pod Wilczym Drzewem. Pobity kapłan Ulryka. Miejscowy złodziejaszek zaglądający im do juków. A ponad tym wszystkim Sneider, chodzący od drzwi do drzwi, z dwoma parobkami za plecami, zapraszający nieuprzejmie na spytki.

    To nie miało szans skończyć się dobrze, ale najgorsze… miało dopiero nadejść.

    Rozgrywka

  • [ALIEN] Krzyk Pustki (rekrutacja)
    PiołunP Piołun

    Oki, przemyślałem koncept i wykoncypowałem sobie takie indywiduum. Podzielę się, by reszta miała świadomość, w co poszedłem. Zdecydowałem się na koncept al'a zdjęciowy, jeśli chodzi o awatara, bo AI dość zręcznie tworzy też takie ilustracje. Zawsze można przerobić.

    text alternatywny

    Opis postaci:

    Elias Crowe. Korporacyjna medycyna poskładała go skutecznie, ale bez większej troski o estetykę. Jest naukowcem pokładowym, specjalistą od toksykologii atmosferycznej, filtracji i skażeń w zamkniętych obiegach, oraz z grubsza od tego, czym załoga oddycha, co pije itd. Nosi zużyty, przybrudzony kitel narzucony na robocze ubranie, ma diagnostyczną nakładkę przy oku (efekt wypadku podczas jednej z wcześniejszych prac, bardziej dla klimatu niż jakichś korzyści fabularno-mechanicznych). Kieszenie ma wypchane fiolkami i próbnikami, ale prawdziwym skarbem wśród jego menażek jest piersiówka z własnym destylatem wyskokowym (mocna inspiracja kawką z prądem z Alien Resurrection, czyli zabarwiona kwasem akumulatorowym dla koloru 😉 ). Pali syntetyczne papierosy w ilości stanowczo zbyt dużo jak na człowieka, który zawodowo zajmuje się jakością powietrza (i który ma też implant wspomagający tchawicę wszczepiony po raku krtani powstałym od tychże fajeczek). Charakterny. Cyniczny. Kompetenty naukowiec.

    Pewnie nie pożyje długo podczas tej przygody, ale na pewno wprowadzi trochę klimatu do gry 😉 Teraz trzeba przycupnąć i pochylić się nad mechaniczną częścią zgłoszenia.

    Archiwum alien

  • Rozmowy o zbiórce na forum
    PiołunP Piołun

    Jestem stosunkowo nowy, ale zamierzam zapuścić korzenie i też chętnie się dorzucę. Proszę mnie pignąć jak już będzie wiadomo gdzie i jak wpłacać pieniążki. Również jestem za droższą opcją.

    Forum

  • Powitania, pożegnania i powroty
    PiołunP Piołun

    Witam wszystkich! Na LI grałem bardzo krótko, ale miałem tam nick „Berserk”. Przyszedłem z innego forum, które ma już mało użytkowników. Tam byłem znany pod nickiem „Piołun” i taki też sobie tutaj wybrałem. Coś o sobie? Raczej prowadzę sesje, niż gram, ale mam nadzieję odwrócić ten trend i trochę sobie pograć. Jeśli nic nie wleci, to pewnie na początek założę coś skromnego w rekrutacji. Jeśli chodzi o doświadczenie, mam na koncie parę ukończonych, paroletnich sesji, z czego jestem nawet dumny. Systemy, w których dobrze się czuję, to Warhammer (raczej druga edycja niż czwarta), Wampir: Maskarada, D&D i Zew Cthulhu, ale czasem otwieram się też na coś nowego. To chyba wszystko. Do zobaczenia w sesjach!

    No i cześć, @zell . Może uda się znowu razem pograć 😉

    Hydepark

  • Pytania, problemy i życzenia
    PiołunP Piołun

    Jak realne jest życzenie, by ta szara obwoluta wokół grafik dodawanych do postów zniknęła? Nie ukrywam, że pliki png, które z założenia mają zlewać się z tłem na tym cierpią, a ja z kolei cierpię na estetyczną nerwicę natręctw, którą trudno mi uleczyć.

    Forum księga życzeń

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    Hej hej wszystkim!

    Bardzo cieszę się na wspólną grę i wypatruje możliwości fajnych interakcji.

    @Marrrt napisał w Krzyk Pustki:

    Chciałbym prosić wszystkich załogantów o podanie od ilu misji służą na Kardashian. Celowo nie pytam od ilu lat, bo przy kriośnie lata to rzecz względna:)

    Załóżmy, że od 3 lub 4 misji. Raczej trzeba myśleć o mojej postaci, jako o stałym elemencie załogi już.

    @Marrrt napisał w Krzyk Pustki:

    W ramach sesji zero, muszę również poinformować, że w talentach oficera jest "pull rank". Jeszcze nie wiem, czy wezmę ten talent, ale poniżej jego opis:
    You can use your COMMAND skill to order other non-officer PCs and NPCs around, as long as they belong to the same organization as you. To force someone to follow your orders and perform a specific action, roll COMMAND against the target’s MANIPULATION. If successful, the target must follow your order, even if it means harm or danger to themselves.

    Nie będę miał z tym problemu w tej sesji. Jest taka umiejętność przewidziana i testuje się ją, więc spoko. Faktycznie w jakiś kampaniach wolałbym mieć ostateczną kontrolę nad swoją postacią, ale zamierzam otwarcie podejść do eksperymentów w tej. Uważam, że dobrze zrobiłeś dając wcześniej info o tym 🙂


    Od siebie dodam, że jako Scientist wziąłem talent Analiza. Będę czasem dociekliwi, ale jak kości nie pójdą, to proszę nie bijcie za podniesienie przez to ogólnego poziomu stresu. Obiecuje używać tej opcji tylko w jakiś momentach gdzie ma to sens, a nie jak popadnie 😉

    A i jeszcze grafika z kapsułą jak proszono --> link

    Komentarze

  • Popiół i Śnieg
    PiołunP Piołun

    Dobrze kochani, pierwszy post wisi. Proszę odpiszcie do północy w piątek, tj. 4 dni od teraz. Jeśli ktoś potrzebuję więcej czasu, to niech da znać. Nasmarowałem kapkę więcej tekstu niż zazwyczaj, ale miałem akurat wolny dzień, więc w sumie zrozumiem jak potrzeba będzie wam więcej czasu. Bardzo proszę uzupełnijcie dział z kartami postaci wedle instrukcji. Chciałbym też, zanim zagłębimy się głębiej w sesji zapytać o jakieś ewentualne triggery, lub rzeczy, których byście nie chcieli w sesji napotkać. Dodatkowo, jeśli komuś gdzieś nie odpowiedziałem jeszcze na jakieś zapytanie w związku z mechaniką to uprzejmię proszę mnie pignąć i ponowić pytanie. Czasem mi takie rzeczy umykają.

    Komentarze

  • Powitania, pożegnania i powroty
    PiołunP Piołun

    Czołem @garanil i @decybelka . Miło, że zdecydowaliście sobie sprawdzić polecajke. Do zobaczenia w tutejszych sesjach mam nadzieje 😉

    Hydepark

  • Krzyk Pustki
    PiołunP Piołun

    A teraz widzę, że deklaracji nam trzeba. Zawarłem w poście, ale dla porządku:

    Elias - deklaracja 1. kolejki

    Rutynowe diagnozowanie powietrza, sprawdzanie działalności filtrów powietrza i aparatury podtrzymującej życie na statku. Do tego dwa kieliszki naparu, który nazwijmy "Specjałem Eliasa" oraz jeden syntetyczny papierosik. Modne spóźnienie, lecz bardzo krótkie, na odprawę. Ewentualnie przyjście na końcu zaraz przed.

    Komentarze

  • Popiół i Śnieg
    PiołunP Piołun

    Nie krzyczymy @grek 🙂 Mi osobiście miło, że ktoś nas podczytuje. Dzięki za komentarz!

    Komentarze

  • [Warhammer 2ed.] Popiół i Śnieg - Rekrutacja
    PiołunP Piołun

    Dziękuje za pierwsze zgłoszenia. Będę ze zniecierpliwieniem oczekiwać więcej odnośnie waszych postaci. W razie pytań, proszę nie krępujcie się.

    Archiwum warhammer 2ed
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa