Noa
Wnętrze wieży przywitało go ciszą. Nie było śladów walki. Krzesło przewrócone przy stole. Kubek z zaschniętym osadem po kawie. Na kuchence stał garnek z czymś, co dawno wyschło na twardą skorupę. Jedno z łóżek było rozścielone, drugie starannie zasłane. Jakby ktoś wyszedł tylko na chwilę. Kurz zdążył osiąść na większości sprzętu, ale nie wszędzie. Na blacie stołu leżały porozrzucane kartki. Część spadła na podłogę, część porwał wiatr wpadający przez uchylone okno. Wszystkie zapisane były na starej maszynie do pisania.
Noa przykucnął i zaczął je zbierać. Większość była niekompletna. Meldunki. Listy zmian. Krótkie raporty z obserwacji okolicy. Dopiero kilka kartek zwróciło jego uwagę. Stenogramy rozmów.
"...potwierdzam otrzymanie nowych współrzędnych przemarszu Grupy Grahama..."
Kolejna.
"...nasz konwój zmieni trasę zgodnie z ustaleniami..."
Następna była naderwana.
"...Dywizja przejmie kontakt z celem około godziny 17. Opóźnienie naszego konwoju pozwoli uniknąć..."
Reszta zdania zniknęła wraz z wyrwanym fragmentem kartki. Noa odnalazł jeszcze jedną stronę, przygniecioną nogą przewróconego krzesła.
"...w imię Światłości stratę Grupy Grahama uznaje się za dopuszczalną,
jeżeli umożliwi to bezpieczne przejście transportu..."
"...namiar na konwój Grupy Grahama został podany, ...agent potwierdził odbiór współrzędnych..."
Pod raportem były odręczne dopiski, zapewne operatora radia, który przechwytywał różne meldunki Srebrnych, jak i Czarnych.
"...kimkolwiek jest ten Graham, to ma srogo przejebane..."
Poza szelestem kartek i stukaniem linki o maszt, wieża pozostawała martwa. Ludzie zniknęli. Dokumenty zostały. Stare CB radio było wielkie i nieporęczne, a zarazem martwe. Agregat prądotwórczy już jakiś czas temu wypalił resztki benzyny, jakie w sobie miał.
Wół
Bran parsknął pod nosem.
- Dobra. Gorzałka będzie. - skinął głową w stronę jednego z bocznych korytarzy. - Ale nie tutaj.
Ruszył pierwszy. Minęli główny plac Jaru i zeszli w spokojniejszą część osady. Chata Brana nie wyróżniała się niczym szczególnym. Drewniane ściany, stół zbity z grubych desek, dwa krzesła i półki zastawione mapami, starymi księgami oraz częściami, których przeznaczenie znał chyba tylko właściciel. Bran postawił na stole butelkę i dwa kubki.
- No. - rozlał po trochu. - Teraz pokaż te papierzyska.
Wziął segregator, przekartkował kilka stron i zatrzymał się na jednej z nadpalonych kartek.
- Denver Technology Corp... - zmarszczył brwi. - Kojarzę nazwę. Nie miejsce.
Zamknął segregator i odstawił go.
- Opowiadaj. Wszystko. Od momentu, kiedy zszedłeś z Hanką na dół. - spojrzał na Woła. - I nie opuszczaj niczego. Nawet jeśli brzmi głupio.
Fruwacz
Strażnicy przy wejściu rozpoznali go od razu. Jeden skinął tylko głową i odsunął ciężką kratę.
- Wróciłeś. - krótko. Bez pytań.
Jar wyglądał tak samo jak wtedy, gdy go opuszczał. Ktoś taszczył skrzynki z częściami. Ktoś kłócił się o paliwo. Z jednego z warsztatów dochodziło rytmiczne stukanie młotka. Życie toczyło się dalej.
Nikt nie wyglądał, jakby właśnie szykowano wyprawę ratunkową. Przynajmniej nie po niego. Fruwacz odetchnął nieco spokojniej.
Przy wejściu do głównego tunelu dostrzegł znajomą twarz. Strażnik, który wskazał mu drogę do człowieka z płytką, zauważył go i podszedł kilka kroków.
- I? - spojrzał krótko na szyję Fruwacza. - Dotarłeś?
Nie było w tym ciekawości. Raczej pytanie człowieka, który chciał wiedzieć, czy robota została wykonana.
