Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
SWATS

SWAT

@SWAT
Informacje
Posty
16
Tematy
2
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Powitania, pożegnania i powroty
    SWATS SWAT

    Dorzucę swoje pięć groszy i też się przywitam.
    Także witam się.

    Hydepark

  • [Autorski storytelling] Ropa i krew
    SWATS SWAT

    Fruwacz zorientował się dopiero po tym jak przetarł zaspane oczy i się przeciągnął, że jego „karabin”, który jeszcze chwilę temu trzymał instynktownie przy kolanie był tylko kijem od szczotki. Ot, kawałek drewna, który wziął odruchowo, bo ręce szukały broni. Prawdziwej broni nikt wam jeszcze nie oddał. I wy też po nią jeszcze nie poszliście.

    Prowadzeni zapachem zupy trafiliście do prowizorycznej stołówki, szerokiej wnęki jaskini, gdzie wzdłuż ścian stały długie, zbite z desek stoły. Nad nimi wisiały lampy naftowe i kilka prowizorycznych żarówek, zasilanych z czegoś, co wyraźnie miało lepsze dni.

    Za wielkim, osmalonym kotłem krzątała się staruszka o twarzy pooranej zmarszczkami jak wyschnięta ziemia. Uśmiechała się do każdego, jakby widziała w nim kogoś dawno niewidzianego. Nabierała zupę chochlą z wprawą kogoś, kto robi to od lat.

    — Proszę, kochani, jedzcie, póki ciepłe — powiedziała, nalewając wam solidne porcje. — Dziś dobra. Z kóz górskich. Nasi chłopcy wczoraj jedną upolowali. No i grzyby jaskiniowe, takie białe, miękkie… Nie bójcie się, jak się je dobrze wygotuje, to nawet nie zabijają. — mrugnęła porozumiewawczo.

    Zupa pachniała tłusto i sycąco. Po raz pierwszy od dawna czymś więcej niż sucharami i konserwą. Przy sąsiednim stole kilku ludzi rozmawiało półgłosem, ale w jaskini dźwięk niósł się mimowolnie.

    — Mówię ci, znowu ktoś nie wrócił z korytarza D-14…
    — A nie mówiłem? Czort wie, jakie tam licho siedzi.
    — Dawno ten tunel powinni podsadzić. Po co nam taka dziura w ziemi?
    — Popiół mówił, żeby jeszcze poczekać… Ale ile można czekać?

    Stołówka

    Gdzieś dalej, bliżej jednej ze ścian, zbierała się grupka ludzi. Rozstawiali prowizoryczne ławy, ktoś rozwieszał kawałek płótna z jakimś prostym symbolem. Ojciec Ewald, zwany Popiołem, stał z boku, rozmawiając cicho z kilkoma osobami. Poranna msza miała się zacząć niedługo, bez dzwonów, bez patosu. Po prostu ciszą.

    Z drugiej strony jaskini słychać było zupełnie inny dźwięk: metal o metal, warkot i głośne przekleństwa. Hanka „Ember” wraz z kilkoma technikami klęczała przy starym generatorze diesla. Silnik był rozbebeszony, ręce mieli czarne od smaru.

    — Ja pierdolę, kto to tak składał?! — wydarła się Hanka. — To nie jest filtr, to jest prowokacja!
    — Działał wczoraj…
    — Wczoraj to ja byłam młodsza! Podaj klucz, ten większy!

    Jar był bezpieczny. Ale nie dlatego, że pozwalano tu chodzić z giwerą. Liora usiadła obok Noa z miską zupy w dłoniach. Zjadła kilka łyżek w ciszy, po czym spojrzała na niego bokiem.

    — Hej… — odezwała się cicho. — Jakbyś jednak szedł sprawdzić ten punkt obserwacyjny. To idę z tobą. - wzruszyła ramionami. — Nie widzi mi się siedzenie całe życie pod skalnym sufitem. Nawet jeśli tu jest… Spokojnie.

    Przed wami był dzień. Jar niczego nie wymagał. Droga jeszcze milczała.

    Rozgrywka ropa i krew storytelling autorski

  • [Autorski storytelling] Ropa i krew
    SWATS SWAT

    Wół i Fruwacz

    W kuchni wciąż panował ruch. Kilku ludzi kończyło śniadanie, ktoś donosił wodę, ktoś inny odkładał skrzynki z miskami. W samym środku tego wszystkiego stał Wół.
    Rękawy miał podwinięte, dłonie w pianie i z zaskakującą energią szorował kolejną miskę.
    — No patrzcie tylko! — zawołał do staruszki przy kotle. — Człowiek pół życia po pustkowiach, a dopiero w jaskini robi się z niego kuchennego specjalistę!
    Staruszka parsknęła śmiechem.
    — Szoruj dalej, niedźwiedziu.
    — Niedźwiedziu?! — Wół uniósł brwi. — To ja tu kulturę wprowadzam!
    Wtedy w drzwiach pojawił się Fruwacz. Wół od razu go zauważył.
    — O! Młody! — zawołał. — Myślałem, żeś się gdzieś w tych dziurach zgubił. Chodź tu. Najpierw człowiek je, potem ratuje świat.

    Noa i Liora

    Tymczasem Noa pochylał się nad dużym arkuszem papieru na stole u Agi. To nie była mapa powierzchni. To był przekrój Jaru, ręcznie rysowany schemat poziomów schodzących w głąb ziemi.
    Palec Cohena powoli zsunął się w dół rysunku. Główna Sala. Kanały pomp. Stare tunele.
    Aż w końcu prawie na samym dole zobaczył oznaczenie: D-14
    Jeśli rysunek był dokładny… tunel znajdował się jakieś czternaście poziomów pod nimi.
    Aga zauważyła jego spojrzenie.
    — Nawet nie myśl tam isć — powiedziała krótko.

    Rozgrywka ropa i krew storytelling autorski

  • [Autorski storytelling] Ropa i krew
    SWATS SWAT

    Noa i Liora

    Aga wysłuchała Noa bez przerywania, tylko raz skinęła głową, jakby odhaczała kolejne punkty w głowie.
    — Dwie godziny — powtórzyła krótko. — Wystarczy.

    Nie było zbędnych słów. Wszystko poszło sprawnie. Liora zniknęła na chwilę i wróciła już przygotowana. Miała na sobie cieplejszą, dopasowaną kurtkę z grubego materiału, rękawy spięte paskami, żeby nie łapały wiatru. Włosy związała ciasno z tyłu, broń poprawiła odruchowo, jak ktoś, kto robi to od dawna. Nie wyglądała już jak ktoś „z zewnątrz”. Bardziej jak ktoś, kto zaraz rusza w trasę.
    — Gotowa — rzuciła krótko do Noa.

    W tym czasie ludzie Agi przynieśli sprzęt. Nic luksusowego, ale sprawdzone:
    — amunicja w dwóch pakunkach,
    — stare, ale zadbane lornetki,
    — noże i jeden krótki karabinek zapasowy,
    — grube płaszcze przeciw wiatrowi,
    — małe radio na krótkim zasięgu, zastrzeżone tylko do sytuacji awaryjnych.
    — Nie gadacie przez to, jeśli nie musicie — dodała Aga. — Jak coś nasłuchuje, to szybciej niż wy.
    Na koniec pojawił się przewodnik. Chudy, spalony słońcem facet o twarzy, która widziała za dużo wiatru i za mało snu. Corley. Kiwnął tylko głową.
    — Ruszamy — powiedział. — Lepiej zanim zmieni się wiatr.

    Droga wyjścia z Jaru nie była oczywista. Nie było bramy ani tunelu, który można by zapamiętać. Szli wąskimi przejściami, potem stromym podejściem między skałami, aż w końcu światło zaczęło się zmieniać. Z ciemnego w szare. Ze szarego w prawdziwe. Na zewnątrz uderzył ich chłód i przestrzeń. Masyw rozciągał się wokół nich jak poszarpane morze kamienia. Suche koryta rzek przecinały teren jak blizny, wiatr niósł pył i zapach zimna.
    Corley ruszył pierwszy, pewnie, bez oglądania się.
    — To nie jest teren, który wybacza — rzucił przez ramię. — Ścieżki się zmieniają. Skały się osuwają. Jak zgubisz kierunek, ciężko się wraca.
    Wskazał daleko przed siebie.
    — Punkt obserwacyjny jest tam. W linii prostej niedaleko. W praktyce… — prychnął — Zobaczycie.
    Zerknął na nich krótko.
    — I jeszcze jedno. Jak zrobi się za cicho… To znaczy, że coś was już widzi.
    I ruszyli.

    Fruwacz

    Wyjście z Jaru nie wyglądało jak wyjście. Bardziej jak przypadkowa szczelina między skałami, którą łatwo było przeoczyć, jeśli nie wiedziało się, gdzie patrzeć. Strażnik zaprowadził go tam bez słowa, tylko na koniec zatrzymał się i sięgnął do kieszeni.
    Wyciągnął coś jeszcze. Mały kawałek metalu na cienkim rzemyku. Wyglądał jak fragment starej płytki, zielonkawe ścieżki, drobne punkty lutownicze, nic szczególnego.
    — Załóż — powiedział krótko. — Nie zdejmuj.
    Fruwacz spojrzał na niego krótko, ale bez pytań przewiesił to przez szyję.
    — Jak trafisz gdzie trzeba… — dodał strażnik — …to będą wiedzieć, że nie jesteś celem.
    I tyle. Żadnych wyjaśnień. Potem już tylko skała, wiatr i przestrzeń.

    Wyjście z Jaru zniknęło za jego plecami szybciej, niż się spodziewał. Wół jeszcze coś krzyknął, coś o czaszkach i rosole, ale wiatr połknął słowa. Została tylko droga. Sucha rzeka prowadziła go na południe. Szeroka, wygodna, zdradliwie odsłonięta. Szło się dobrze. Za dobrze. Bez osłony, bez miejsca na błąd. Czas płynął nierówno. Słońce przesunęło się wysoko, potem zaczęło opadać.

    Najpierw była cisza. Potem zapach. Metal. Pył. Krew.
    Zatrzymał się na krawędzi obniżenia. W dole niewielkie obozowisko, ognisko pośrodku, jakieś auto i poszatkowany przez kule namiot ze starego brezentu. Pod brezentem na krzesełku siedziała jeden człowiek. Prochowiec, kominiarka, gogle. Nieruchomy. Zbyt nieruchomy. Głowa uniosła się minimalnie, zanim Fruwacz zdążył zejść niżej.
    Wokół tego obozu pięć ciał, umundurowanie zdradzało ich pochodzenie. Czarna Dywizja. Leżeli jak do odpoczynku, tylko krwawe otwory w ich ciałach zdradzało że to wieczny odpoczynek. Broń leżała obok ciał.
    — Półtora dnia — odezwał się głos. Prawie ludzki. Zbyt równy. — Szybciej niż zakładałem.
    Cisza. Wzrok zsunął się na szyję Fruwacza. Na płytkę.
    — Rozpoznany. – padł bardziej komunikat, niż komentarz.
    Wstał z krzesełka i zrobił kilka kroków w stronę Fruwacza.
    — Podejdź. Nie zareagują. – wskazał ciała. — Nazywam się Ravel. Przyniosłeś coś?

    Wół

    Wół jeszcze przez chwilę śmiał się z kimś przy balii, ale szybko okazało się, że praca w kuchni to dopiero początek.
    — Ty, niedźwiedziu! — krzyknął ktoś z boku. — Skoro masz ręce do roboty, to chodź, przydasz się gdzie indziej.
    To była Hanka zwana Ember.
    Stała przy wejściu do kantyny, ubrudzona smarem, z kluczem w ręce i miną człowieka, który właśnie stracił cierpliwość do świata.
    — Generator nam znowu siada — rzuciła bez wstępu. — A pompy zaczynają się dławić. Jak to puści, to będziemy mieli tu basen zamiast Jaru.
    Zmierzyła Woła wzrokiem.
    — Znasz się na tym trochę?
    Nie czekała na odpowiedź. Odwróciła się i ruszyła w dół.

    Wół poganiany przez kucharkę, a w jej mniemaniu zachęcany, poszedł za nią. Opuścili główną salę, wchodząc do tuneli z żelbetu. Zniknął zapach jedzenia, pojawiła się wilgoć, rdza, stary olej. Kanały ciągnęły się jak betonowe żyły. Generator stał w bocznej komorze. Duży, stary, rozebrany.
    — Odpala — rzuciła Hanka. — Ale się dławi. Pompy nie dostają mocy. Ciśnienie siada.
    Kopnęła obudowę.
    — Ktoś tu grzebał. I spierdolił. I chuj wie kto, czy ten jebany kret o którym tyle gada Aga czy po prostu moi ludzie to pierdoły.
    Rzuciła Wołowi klucz.
    — Wiem czym przyjechaliście, więc musicie umieć mechanikować. Twoi koledzy nie wyglądają na mechaników. Padło na Ciebie. Znajdź co. Moi technicy poszli na niższe piętra szukać jakiś części zamiennych, jakbyś się pytał czy ktoś Ci pomoże. JA CI POMOGĘ. – zakomunikowała.

    Gdzieś głębiej kapnęła woda. Raz i drugi. Echo poniosło się dalej, niż powinno.

    Rozgrywka ropa i krew storytelling autorski

  • [Autorski storytelling] Ropa i krew
    SWATS SWAT

    Przy stoliku siedziało trzech mężczyzn.
    Jeden starszy, siwy, wychudzony, twarz miał pooraną zmarszczkami jak ściana jaskini. Ręce grube, spracowane, palce powykręcane od lat pracy z kilofem. Drugi był młodszy, na oko dwudziestokilkuletni, nerwowy, nie potrafił usiedzieć spokojnie. Brud pod paznokciami, oczy podkrążone od niewyspania. Trzeci był chudym mechanikiem w okularach z porysowanymi szkłami, z palcami poplamionymi kredą i smarem.

    Zapadła chwila ciszy. Młodszy prychnął nerwowo.
    — Ty tak serio?
    — To oni. Ci złapani przy trasie — rzucił mechanik.
    Starszy odstawił miskę. Powoli. Jakby zastanawiał się, czy w ogóle warto zaczynać.
    — Serio było wtedy, kiedy pierwszy raz ktoś nie wrócił — powiedział w końcu. — Potem było już tylko… głupio.
    — Głupio? — zapytał strażnik Jaru ze stolika obok, który podłapał temat.
    — Bo nikt tam nie ginął jak w bajkach — wtrącił młodszy. — Żadnych krzyków. Żadnej krwi. Wchodzili i… nie wychodzili.
    Starszy skinął głową.
    — D-14 to stary korytarz techniczny. Przedwojenny. Głęboki. Suchy. Bez zawałów. Idealny do roboty. — Prychnął gorzko. — Za idealny.
    — Co znaczy „za idealny”? — dopytał strażnik spokojnie.
    — Że idziesz i masz wrażenie, że wszystko się zgadza. — Starszy potarł dłonie. — Kroki się liczą. Echo wraca. Lampy świecą. Tylko… po jakimś czasie przestajesz wiedzieć, czy idziesz do przodu, czy w kółko. A powrotu nie ma.
    Młodszy przełknął ślinę.
    — Mój brat tam poszedł. Zostawił kilof przy ścianie. Jakby uznał, że już mu niepotrzebny. — wyszeptał. — Znaleźliśmy go trzy dni później. Siedział pod ścianą. Jeszcze żywy. Uśmiechnięty. Nie chciał wracać. Zabraliśmy go siłą. Dzień później podciął sobie żyły.
    Strażnik nie drgnął.
    — A Bran? — zapytał po chwili. — On tam był.
    Starszy spojrzał na niego uważnie.
    — Był. I wrócił tylko dlatego, że zrobił coś, czego normalny człowiek by nie zrobił.
    — Co? — padło pytanie od drugiej strony stołu, od mechanika.
    Starszy zawahał się, po czym odpowiedział:
    — Zrobił sobie krzywdę. Poważną. Żeby poczuć, że jeszcze jest sobą. — westchnął. — Powiedział potem, że korytarz go „zapraszał”. Nie groził. Nie straszył. Po prostu obiecywał spokój.
    Młodszy dodał cicho:
    — Dlatego nikt tam już nie chodzi. Bo to nie miejsce, które zabija. To miejsce, które mówi: zostań. I ludzie zostają. Umierają z głodu, z pragnienia albo z wycieńczenia, błądząc w kółko.
    Mechanik odstawił miskę.
    — Musisz wiedzieć… — zwrócił się do Noa, przecierając brudnym od smaru palcem okulary. — Wolny Jar to system jaskiń krasowych, szczelin i podziemnych cieków wodnych, połączony z państwowym kompleksem wydobywczo-technicznym. Ale… — zawahał się. — Pierwsi, którzy zaczęli eksplorować ten system, znajdowali dużo rządowej i wojskowej dokumentacji. Co może znaczyć, że było tu coś jeszcze. Ta rozległa komora, którą widzicie… to zaledwie ułamek całego kompleksu.

    Rozgrywka ropa i krew storytelling autorski

  • [Autorski storytelling] Ropa i krew
    SWATS SWAT

    Jar żył swoim powolnym, podziemnym rytmem. Nie było tu dnia ani nocy, tylko zmiany ognia w paleniskach, kolejki do wody i ciche sygnały ludzi, którzy nauczyli się istnieć bez nieba.

    Wół — przy palenisku
    Stosy misek malały powoli, choć wydawało się, że ktoś ciągle dokłada nowe. Wół pracował ciężko, ale z tym swoim upartym luzem, który nie pozwalał traktować roboty jak kary.

    Staruszka przy kotle prychnęła pod nosem, gdy rzucił kolejnym żartem, ale kąciki jej ust drgnęły.
    — Jak tak dalej będziesz gadał, wielkoludzie, to jeszcze ktoś pomyśli, że ci tu dobrze — mruknęła, podając mu kolejną porcję naczyń.
    Ktoś w kolejce parsknął śmiechem. Ktoś inny rzucił krótkie „dzięki” za czystą miskę. Nic wielkiego. Ale Jar zapamiętywał takie rzeczy.

    Fruwacz — między pomostami
    Pomost skrzypiał cicho pod butami wartownika, który minął Fruwacza bez słowa. Nie było w tym ignorowania, raczej milczące uznanie obecności.
    Z góry kapała woda, gdzieś dalej lina transportowa poruszała się z miękkim szelestem. Wszystko działało, jak powinno. Nie perfekcyjnie. Ale wystarczająco, by przetrwać.

    Fruwacz czuł napięcie pod skórą. Jar był bezpieczny, ale bezpieczeństwo nie oznaczało ruchu. A on potrzebował ruchu. Gdzieś z niższych poziomów dobiegł krótki gwizd, sygnał zmiany warty. Krótki, konkretny. Jak w miejscu, które nie może sobie pozwolić na chaos.

    Noa i Liora — przy kanałach stacji pomp
    Liora znalazła Agę tam, gdzie spodziewała się ją znaleźć: w betonowej chacie, przy prowizorycznym stole zasłanym mapami, kawałkami kredy i drobnymi znacznikami zrobionymi z kapsli i śrub.
    Aga „Szelest” podniosła wzrok, zanim jeszcze Liora zdążyła się odezwać.
    — Wiedziałam, że przyjdziesz — rzuciła spokojnie. — Pytanie było tylko: sama czy z kimś.
    Chwilę później, po krótkiej rozmowie, Liora przyprowadziła Noa któremu przeszkodziła w spacerze.
    — Aga czeka. – rzuciła tylko.
    Chwilę później Aga mierzyła Noa spojrzeniem, które nie było ani wrogie, ani ciepłe. Raczej dokładne.
    — Liora mówi, że interesuje was punkt obserwacyjny. — sięgnęła po jeden z kapsli i przesunęła go po mapie. — Stara strażnica. Przed upadkiem używana przez strażników parku, potem używana przez różnych… Aż w końcu przez nas.

    Zatrzymała kapsel na skrzyżowaniu cienkich linii.
    — Jar potrzebuje wiedzieć, dlaczego nasi zamilkli. Kto tam teraz zajrzał. Szlaki się zmieniają. Ludzie też. A my wolimy nie dowiadywać się o problemach, kiedy stoją już przy wejściu.
    Spojrzała na Noa, potem na Liorę.
    — To nie jest wyprawa w nieznane. Droga istnieje. Ryzyko też. Ale nie szukamy bohaterów. Tylko oczu i rozsądku.
    Zza jednego z filarów wyszedł szczupły mężczyzna o ciemnych włosach i spojrzeniu kogoś, kto przywykł patrzeć dalej niż inni. Na jednym ramieniu miał przewieszoną lekką torbę, na drugim dubeltówkę, a przy pasie krótki nóż i lornetkę z porysowanymi szkłami.
    Aga skinęła w jego stronę.
    — Corley. Zna te góry bardzo dobrze, drogi i wszystkie miejsca, w których można zniknąć, gdy coś pójdzie źle.
    Mężczyzna przywitał się krótkim kiwnięciem głowy.
    — Zaprowadzę was tak daleko, jak się tylko da. — powiedział spokojnie. — Ja tylko doprowadzam ludzi tam, gdzie kończy się mapa, a zaczyna decyzja. Umiem zrobić użytek ze starej Dory – tu poklepał dubeltówkę. – ale komandos ze mnie żaden.
    Aga złożyła ręce na piersi.
    — Jak chcecie iść, ruszacie jeszcze dziś. Im szybciej się dowiemy co się stało z naszymi, tym spokojniej Jar będzie spał.

    Liora pochyliła się nad mapą, przez chwilę w milczeniu śledząc linię prowadzącą do wieży. Na jej twarzy widać było skupienie i doświadczenie, jakie wpoiły jej Srebrne Włócznie.
    — Kiedy ostatni raz mieliście z nimi kontakt? — zapytała w końcu spokojnie. — I ilu ludzi tam było?
    Aga nie odrywała wzroku od kapsla oznaczającego strażnicę.
    — Tydzień temu. Ośmiu. Dwie trzyosobowe wachty i dwóch kurierów między wieżą a Jarem. Meldunki szły normalnie… Aż przestały.
    Liora skinęła lekko głową.
    — Nagłe urwanie czy coś wcześniej zaczęło się psuć?
    — Nagłe. — odparła Aga. — Żadnych sygnałów ostrzegawczych.
    Liora przesunęła palcem po bocznej ścieżce.
    — Ktoś kręcił się w okolicy? Nomadzi, Włócznie, Dywizja?
    — Nie mamy raportów. — Aga pokręciła głową. — Cisza z wieży była pierwszym znakiem, że coś jest nie tak.
    — Co dokładnie zostało w samej strażnicy? — dopytała Liora. — Punkt obserwacyjny, zapasy, radio? Jaki był jej cel?
    — Wieża i zaplecze. Głównie obserwacja. Teraz, gdy las padł, widok na szlaki jest świetny. To nasze oczy. System wczesnego ostrzegania.
    Liora zerknęła na Corleya.
    — A droga?
    Corley wzruszył ramionami.
    — Góry. Śnieg w zacienionych miejscach, luźny kamień. Czasem drobne mutanty, ale bardziej straszą niż atakują.
    Liora wróciła spojrzeniem do Agi.
    — Co ty myślisz, że się tam stało?
    Aga zawahała się.
    — Jeśli mam zgadywać… Dywizja albo bandyci. Może jacyś dezerterzy od czarnych. Włócznie i nomadzi nie zapuszczają się w tamte strony. Dlatego ta cisza jest dziwna.
    — Jeśli znajdziemy ślady, że ktoś tam był i odszedł… — dodała Liora spokojniej — …co jest ważniejsze: trop czy informacja?
    — Informacja. — odpowiedziała Aga bez wahania. — Jar musi wiedzieć. Reszta zależy od sytuacji i waszej oceny.
    Corley kiwnął głową.
    — Najpierw zobaczmy wieżę z bezpiecznej odległości. Potem zdecydujemy, co dalej.

    Rozgrywka ropa i krew storytelling autorski

  • [Autorski storytelling] Ropa i krew
    SWATS SWAT

    Noa i Liora

    Wiatr rzeczywiście pomagał. Niósł pył, chłodził twarze, zagłuszał kroki i zapach. Corley prowadził pewnie, bez zbędnych słów, skracając drogę tam, gdzie dla kogoś z zewnątrz była tylko ściana kamienia. Noa szybko złapał rytm marszu, ciężar przestał przeszkadzać, stał się częścią ruchu. Liora trzymała się blisko, tak jak kazał, ale nie wyglądała na kogoś, kto potrzebuje prowadzenia za rękę.
    Minęli pierwsze zwężenie doliny, potem drugie. Teren zrobił się bardziej poszarpany. Wiatr ucichł. Corley zatrzymał się nagle i uniósł rękę. Bez słowa. Wszyscy zeszli niżej, między skały.
    — Patrzcie — rzucił cicho.
    Kilkaset metrów dalej, w płytkim zagłębieniu terenu, coś się poruszało. Najpierw wyglądało jak szarpanina zwierząt. Dwie duże sylwetki. Zbyt duże jak na wilki. Jedna przygwoździła drugą do ziemi, ale to nie było czyste polowanie. Za dużo ruchów, za dużo siły. Kończyny poruszały się pod złymi kątami. Jeden z mutantów wydał dźwięk, który nie był ani wyciem, ani rykiem. Coś pomiędzy. Coś, co nie powinno istnieć. Drugi jeszcze przez chwilę się ruszał.
    Potem wszystko ucichło. Zwycięzca nie odszedł od razu. Stał nad ciałem, jakby nasłuchiwał. Jakby wiedział, że nie jest sam. Corley nie ruszył się ani o centymetr. Dopiero kiedy mutant odszedł, powoli, ciężko, znikając między skałami, przewodnik opuścił rękę.
    — Mieliśmy szczęście — powiedział cicho. — Albo nie byliśmy tym, czego szukał.
    Nie tłumaczył dalej. Ruszyli.

    Ostatni odcinek był najgorszy. Podejście, luźne kamienie, brak osłony. Ale w końcu zobaczyli ją. Wieżę. Stara konstrukcja do obserwacji lasów. Drewniano-metalowa, wysoka, wyniesiona ponad skały. Na dachu kilka anten dodanych później, już po wojnie. Część pogięta, część jeszcze stała. Obok resztki zabudowań: mała szopa, zardzewiały zbiornik na wodę, ślady po ognisku. I cisza.

    Corley zwolnił, spojrzał na Noa, sięgając po lornetkę.
    — Tu coś się wydarzyło — powiedział spokojnie. — I to nie było dawno temu.
    Nie było śladów ciężkiego sprzętu. Żadnych gąsienic, żadnych kolumn. W okolicy nie było żywej duszy. Drzwi do wieży były uchylone. Poruszały się lekko na wietrze.

    Wół

    Hanka słuchała w milczeniu, ale widać było, że łapie każde słowo. Kiedy wspomniał o silniku, skinęła głową i od razu podeszła bliżej, zaglądając tam, gdzie wskazał.
    — Mówiłam, że to nie jest fabryczne — mruknęła. — Ale nikt nie wiedział, z czego to dokładnie jest.
    Kiedy Wół zaczął rozkręcać osłonę, metal zaskrzypiał, jakby miał coś przeciwko. Śruby puściły niechętnie. W środku było gorzej niż wyglądało z zewnątrz: brud, osad, stare oleje zmieszane w coś, co bardziej przypominało błoto niż smar.
    — Filtry… — Hanka prychnęła. — Jak są, to pewnie pamiętają jeszcze poprzednią epokę.
    Ale były. Zabite niemal na kamień.
    — No i masz — rzuciła. — Dławi się, bo nie ma czym oddychać.
    Wół mógł je wyjąć, oczyścić na tyle, na ile się dało, ale od razu było jasne: to rozwiązanie na chwilę.
    — Niżej mamy magazyny części — dodała po chwili Hanka, wycierając ręce o spodnie. — I stare sekcje techniczne. Jeszcze z czasów, zanim to wszystko się zapadło. Może coś tam znajdziemy. Może nie.
    Spojrzała na niego z ukosa.
    — Moi „koledzy technicy” poszli właśnie tam. Ale jak chcesz coś zrobić porządnie to będziemy musieli zrobić to sami. Pewnie siedzą tam na dole, chleją piwo i rżną w karty.

    Zeszli niżej krętą klatką schodową, a następnie korytarzem niżej ruszyli przed siebie. Beton ustępował miejscami surowej skale, potem znów wracał. Ściany były wilgotne, gdzieniegdzie woda sączyła się cienkimi strużkami. Oświetlenie robiło się rzadsze. Lampy co kilka metrów, niektóre mrugały, inne świeciły słabo jakby ostatkami sił. Dźwięk generatora z góry zamienił się w głuche, odległe dudnienie.
    — Tu kiedyś była infrastruktura serwisowa — rzuciła Hanka półgłosem. — Pompy, zawory, jakieś sterownie. Teraz to bardziej złomowisko.
    Minęli pierwsze pomieszczenie. Stare szafy techniczne, otwarte, wyprute z kabli. Dalej leżały fragmenty rur, zaworów, jakieś silniki bez obudów.
    — Szukamy filtrów, przewodów, czegokolwiek, co się nada — dodała.
    Wtedy Wół mógł to zauważyć. Ślady na podłodze, w cieniu jednej z lamp. Jakby ktoś tu niedawno przeciągał coś ciężkiego. W stronę jeszcze niższych poziomów. Ale ślady nie wyglądały, jakby ktoś coś ciągnął w panice. Raczej równo jak transport. Hanka też to zobaczyła. Zatrzymała się.
    — Moi ludzie poszli tędy… — powiedziała ciszej. Echo odpowiedziało im z dołu. Nie tylko ich własne.

    Fruwacz

    Ravel patrzył na niego przez chwilę bez ruchu. Gogle nie zdradzały niczego, twarz ukryta, sylwetka nieruchoma jak element krajobrazu.
    — Nie. Jestem pośrednikiem. — odpowiedział po chwili.
    Krótko. Bez emocji. Zrobił jeszcze jeden krok bliżej, ale nie w stronę Fruwacza. Obok, jakby ustawiał się względem przestrzeni, nie człowieka.
    — Daj.
    To nie było polecenie rzucone ostro. Raczej stwierdzenie, że tak właśnie się stanie.
    Dłoń Fruwacza z kartą zatrzymała się na moment w pół ruchu, ale Ravel nie sięgnął od razu. Najpierw spojrzenie znów opadło na płytkę na jego szyi. Minimalne skinienie głową. Dopiero wtedy wyciągnął rękę. Ruch był płynny. Karta zniknęła w jego dłoni. Bez sprawdzania, bez oglądania.
    — Zgadza się.
    Cisza. Wiatr przeszedł przez obóz, poruszył brezentem. Jedno z ciał lekko drgnęło pod podmuchem, jakby przypominając, gdzie stoją. Ravel odwrócił się.
    — Idziesz?
    Ruszył w stronę samochodu stojącego przy obozie. Stary, ale utrzymany. Nie wyglądał jak łup, raczej jak narzędzie do wypadów. Drzwi od strony pasażera już były uchylone.
    — Wsiadaj.
    Nie obejrzał się, czy Fruwacz idzie. Po prostu usiadł za kierownicą. Silnik odpalił od razu. Równo. Bez zawahania, jakby był pewien, że chłopak wsiądzie.

    Rozgrywka ropa i krew storytelling autorski

  • [Autorski storytelling] Ropa i krew
    SWATS SWAT

    Noa

    Corley przejął lornetkę od Liory i jeszcze przez chwilę obserwował wieżę w milczeniu. Potem skrzywił się lekko.
    — Za świeżo — mruknął. — Ognisko nie zdążyło wystygnąć. Ktoś tu był kilka godzin temu. Ale ruchu nie widzę.
    Noa nasłuchiwał. Wiatr nadal szedł w ich stronę, nie niósł ludzkiego zapachu ani dźwięków generatora, rozmów czy metalu. Coś jednak się nie zgadzało. Przy prowizorycznym stole leżało przewrócone krzesło. Nie rozwalone, po prostu odrzucone, jakby ktoś wstał za szybko. Drzwi do budynku były lekko uchylone i poruszały się przy podmuchach.
    — Tam ktoś siedzi… — rzuciła ciszej Liora.
    Noa przejął lornetkę. To nie był człowiek. Stary wojskowy płaszcz rzucony na krzesło. Z daleka wyglądał jak obserwator.
    — Ktoś zostawił stracha na wróble — prychnął Corley.
    Wtedy Cohen zauważył coś jeszcze. Jedna z linek przy antenie nadal wisiała i kołysała się na wietrze. Zerwana, ale nie przez czas czy pogodę. Cięcie było czyste.
    — Ktoś odciął łączność ręcznie — powiedział Corley cicho. — To nie pogoda.
    Liora spojrzała na Noa.
    — Czyli ktoś chciał, żeby Jar nic nie usłyszał?
    — Albo żeby ci tutaj nie mogli nic wysłać — odparł przewodnik, nie odrywając wzroku od wieży. Po chwili spojrzał na Noa. — Jeśli chcecie wiedzieć więcej, trzeba podejść bliżej.

    Wół

    Hanka zmarszczyła brwi i jeszcze raz spojrzała na ślady. Im dłużej patrzyła, tym mniej jej się to podobało.
    — Moi technicy nie są aż tak pracowici — mruknęła. — Jak coś taszczą, to zwykle z jęczeniem i przeklinaniem. A tu…
    Ruszyli niżej. Coraz niżej. Betonowe korytarze robiły się starsze, bardziej zniszczone. Lamp było mniej, część świeciła słabo, część tylko mrugała. Minęli stare przepompownie, zalane boczne tunele i magazyny dawno już wyczyszczone do gołej ściany. Wszędzie widać było ślady wieloletniego szabru. Puste szafy techniczne. Rozkręcone silniki. Kable wyrwane ze ścian.
    — Wszystko co łatwe do wyniesienia zniknęło lata temu — rzuciła Hanka, schodząc kolejną klatką. — Jar żyje z odzysku. Jak coś leżało blisko wejść, już dawno ktoś to rozebrał.
    Im głębiej schodzili, tym bardziej zmieniał się klimat miejsca. Coraz więcej wojskowych oznaczeń, starych numerów sektorów i zamkniętych grodzi. Powietrze było chłodniejsze. Suche. Echo ciągnęło się daleko.
    W końcu ślady urwały się przy ciężkich drzwiach technicznych. Jedno skrzydło było uchylone. Na ścianie obok ktoś dawno temu namalował czerwonym sprayem:
    „NIE SCHODZIĆ NIŻEJ”.
    Hanka zatrzymała się odruchowo.
    — Te drzwi nie powinny być otwarte. Dalej zaczynają się stare poziomy techniczne — powiedziała ciszej. — I tunele prowadzące w stronę D-14. Moi ludzie nie powinni tam łazić.
    Hanka zajrzała za drzwi i włączyła latarkę, doświecając kąty, które pożerał mrok. Już miała zrobić krok dalej, kiedy z góry poniósł się odgłos szybkich kroków i czyjeś zdyszane przekleństwo.
    — Ember! Ember!
    Po chwili z półmroku wyłoniło się dwóch chłopaków z Jaru. Młodzi technicy, ledwo po dwudziestce, zziajani jak po biegu.
    — Szukaliśmy was wszędzie… — wydyszał pierwszy.
    Drugi oparł dłonie o kolana i złapał oddech.
    — Kilka dzieciaków z Półmroku zniknęło. — Spojrzał nerwowo w stronę niższych tuneli. — Ludzie gadają, że poszli do D-14. „Po przygodę”.
    Przez chwilę w korytarzu było słychać tylko kapanie wody. Hanka zaklęła cicho pod nosem.
    — Ja pierdolę… Ilu?
    — Czwórka. Może piątka.
    — I kiedy?
    — Parę godzin temu.
    Hanka zamknęła oczy na moment, potem spojrzała w dół tunelu, tam gdzie zaczynała się ciemność starszych poziomów.
    — No to mamy problem.

    Fruwacz

    Samochód ruszył płynnie, bez szarpnięcia. Koła przecięły pył wyschniętej rzeki i szybko zostawili obóz za sobą. Ravel prowadził pewnie, jedną ręką, bez zbędnych ruchów. Nie odezwał się ani razu. Tylko droga, silnik i wiatr tłukący o karoserię. Fruwacz siedział obok, czując jak napięcie nie schodzi, tylko zmienia kształt. Co jakiś czas zerkał na kierowcę. Z bliska było to jeszcze dziwniejsze. Żadnego wiercenia się. Żadnego poprawiania chwytu kierownicy. Nawet oddechu prawie nie było słychać spod kominiarki. Droga prowadziła coraz dalej na południe. Mijali wraki ciężarówek wbite w skały, stare słupy energetyczne i resztki asfaltu popękanego jak wyschnięta ziemia. Raz przemknęli obok spalonego posterunku Dywizji, innym razem obok pustego konwoju rozebranego do samego szkieletu. Ravel ani razu nie zwolnił, żeby się przyjrzeć.

    Słońce zaczynało już schodzić niżej, kiedy teren przed nimi się otworzył. Fruwacz dostrzegł światła. Nie pojedyncze ogniska. Całe skupiska. Rozrzucone szeroko między wrakami budynków, wagonami, kontenerami i czymś, co kiedyś mogło być parkingiem albo stacją przeładunkową. Z tej odległości wyglądało to jak miasto zbudowane ze śmieci. Między światłami poruszały się sylwetki ludzi i pojazdów. Nad wszystkim górowała wielka konstrukcja z blach i rusztowań przypominająca wieżę obserwacyjną albo znak dla wędrowców. Na jej szczycie wisiał ogromny reflektor, leniwie omiatający pustkowie. Ravel dopiero wtedy lekko zwolnił, kiedy droga zaczęła przechodzić w rozjeżdżony pył zmieszany z olejem. Im byli bliżej, tym więcej szczegółów wyłaniało się z półmroku. Ostatni Przyczółek nie wyglądał jak zwykła osada. Raczej jak miejsce, które przez lata obrastało kolejnymi warstwami blachy, drewna, kontenerów i wraków.

    Nad głównym budynkiem migotał stary neon „INN”. Wokół paliły się ogniska, między nimi stały pojazdy obwieszone złomem i zapasami. Ludzie siedzieli przy stołach, handlowali, pili, śmiali się. Kupcy, najemnicy, włóczędzy. Miejsce żyło nawet o tej porze. Ale panował tu porządek. Przy bramie stało dwóch Strażników Stołu. Takich samych jak Ravel. Szczelnie zakryci od stóp po szyję, twarze schowane pod maskami i goglami. Jeden z nich powoli obrócił głowę w stronę samochodu. Ruch był zbyt równy, zbyt dokładny. Brama zaczęła się otwierać jeszcze zanim auto całkiem zwolniło. Po wjechaniu do środka Fruwacz szybko zauważył coś jeszcze. Przy wejściu do samej tawerny nie było ludzi z wykrywaczami ani rewizji. Stał tylko długi metalowy stół, a obok niego kolejny Strażnik Stołu. Ludzie sami oddawali broń. Karabiny. Pistolety. Noże. Bez kłótni. Bez targowania. Broń trafiała do numerowanych skrzyń, a właściciele dostawali metalowe żetony. Nikt nie próbował oszukiwać.
    Ravel zatrzymał samochód przy bocznym wejściu tawerny. Silnik ucichł.
    Dopiero wtedy odwrócił głowę minimalnie w stronę Fruwacza.
    — Broń zostaje na górze.
    Krótka pauza.
    — Bartho jest niżej.

    Rozgrywka ropa i krew storytelling autorski

  • [Autorski storytelling] Ropa i krew
    SWATS SWAT

    Fruwacz

    Strażnik Stołu nawet nie spojrzał na broń, kiedy Fruwacz odkładał ją na metalowy blat. Wszystko odbywało się szybko, niemal rytualnie. Karabin i nóż trafił do skrzyni. Żeton z cichym stuknięciem przesunął się po stole w stronę chłopaka.
    Na pytanie odpowiedział dopiero Ravel.
    — Zaprowadzę Cię.
    Krótko. Jak zawsze.
    Boczne wejście tawerny prowadziło do długiego pomieszczenia pełnego ludzi i dymu. Ostatni Przyczółek od środka był jeszcze bardziej żywy niż z zewnątrz. Zapach smażonego mięsa mieszał się z alkoholem, kurzem i potem podróżnych. Przy stołach siedzieli ludzie z różnych stron pustkowi. Kupcy liczący kapsle. Najemnicy grający w karty. Dwóch ludzi Dywizji pijących kilka stolików dalej od faceta z naszywką Srebrnych Włóczni. I nikt jeszcze nikogo nie zastrzelił.
    To chyba najbardziej niepokoiło.
    Za barem uwijała się rudowłosa kobieta po czterdziestce z obciętym śrutówką rękawem koszuli i twarzą człowieka, który widział już wszystko. Kiedy Ravel przeszedł obok niej, tylko skinęła głową.
    — Nowy? — rzuciła, zerkając na Fruwacza.
    Ravel zatrzymał się dopiero przy drzwiach prowadzących gdzieś dalej. Nie otworzył ich. Po prostu stanął obok ściany nieruchomo jak posąg.
    Kobieta prychnęła pod nosem.
    — To sobie chwilę postoisz. Bartho ma gości.
    Sięgnęła po szklankę i zaczęła wycierać ją brudną szmatą.
    — Pierwszy raz w Przyczółku? To siadaj, zanim ci nogi odpadną. Jak Bartho kogoś przyjmuje, to albo pięć minut… Albo dwie godziny.
    Postawiła przed Fruwaczem niski kubek z ciemnym alkoholem.
    — Na koszt firmy. Dla tych, których przywożą Strażnicy.
    Przy jednym ze stołów ktoś właśnie wybuchnął śmiechem. Gdzieś dalej poleciały przekleństwa po przegranej ręce kart. Nad całym tym hałasem unosił się spokojny stukot wentylatorów i generatorów pracujących pod budynkiem. A pod tym wszystkim, niemal niewyczuwalnie, Fruwacz mógł usłyszeć jeszcze coś. Cichy metaliczny dźwięk dochodzący spod podłogi. Równy. Powtarzalny.

    Wół

    Hanka spojrzała na Woła jak na kompletnego debila.
    — Zaspawać? — prychnęła. — A potem co? Rozwalić pół poziomu, jak znowu trzeba będzie tam zejść po części albo ludzi? Jar nie jest bunkrem wojskowym. Tu wszystko jest „na chwilę”.
    Ale kiedy wspomniał o dzieciakach, złość trochę jej zeszła. Zaklęła tylko pod nosem i poprawiła pasek od latarki przewieszonej przez ramię.
    — D-14 nie jest „paskudne”. — powiedziała ciszej. — Ono jest… Nie takie.
    Jeden z młodych techników przełknął ślinę.
    — Mój kuzyn tam był raz. Mówił, że słyszał ludzi za ścianami. Jakby ktoś chodził równolegle do nich w tunelu obok. Tylko że tam nie ma żadnego tunelu obok.
    — Zamknij mordę — syknęła Hanka. — Teraz mi jeszcze bardziej pomożesz.
    Sięgnęła do skrzynki przy ścianie i wyciągnęła dwie mocniejsze latarki, kilka świec chemicznych i starą, wojskową ściskową lampę z korbką.
    — Dobra. Idziemy kawałek. Tylko kawałek. Znajdujemy bachory i wracamy. — Spojrzała na Woła. — Jak zacznie ci się wydawać, że coś słyszysz… To nie odpowiadaj.
    Wół już miał ruszyć za nią, kiedy jeden z techników ich zatrzymał i spojrzał na Hankę.
    — To może po kogoś polecimy? Kogoś, kto zna te tunele lepiej niż my.
    Kobieta zaklęła cicho pod nosem.
    — Kurwa… Racja. Lecieć po Ivana. Jak ktoś zna stare poziomy, to właśnie on.
    Młodsi nie potrzebowali drugiego polecenia. Ruszyli biegiem ku górnym poziomom. Przez chwilę znów zostali sami. Daleko w dole coś stuknęło o beton. Raz. Potem drugi.

    Noa

    Corley wysłuchał Noa bez przerywania. Przez chwilę tylko patrzył na wieżę, potem skinął głową.
    — Dobra. Rozsądnie.
    Liora poprawiła chwyt na lornetce i bez słowa ruszyła za Noa w stronę wskazanego pasa wysokich traw. Podejście zajęło im kilka minut. Szli nisko, wykorzystując teren i cień starego wiązu, którego poskręcane konary niemal kładły się na ziemi od lat walki z wiatrem.
    Stąd wieża wyglądała inaczej. Bardziej opuszczona. I bardziej odsłonięta.
    Noa szybko zauważył, że od tej strony ktoś regularnie chodził pod sam budynek. Trawa była przydeptana, ale nie świeżo. Kilka różnych śladów. Żadnych ciężkich butów wojskowych. Bardziej obuwie zwiadowców albo miejscowych.
    Ognisko nadal lekko dymiło. Drzwi do głównego budynku poruszały się rytmicznie na wietrze. Nic więcej. Żadnego ruchu. Żadnej sylwetki. Żadnego błysku szkła czy optyki.
    Liora zmrużyła oczy.
    — To miejsce wygląda, jakby wszyscy po prostu… Wyszli na chwilę.
    Corley przykucnął obok nich i spojrzał na teren przez własną lornetkę.
    — Właśnie dlatego mi się to nie podoba. — mruknął. — Gdyby był atak, byłyby ślady walki. Gdyby uciekali, coś by zabrali. A tu…
    Urwał. Wiatr przeszedł przez trawy z cichym szelestem. Wieża nadal stała nieruchomo. Jakby czekała.

    Rozgrywka ropa i krew storytelling autorski

  • [Autorski storytelling] Ropa i krew
    SWATS SWAT

    Wół

    Hanka prychnęła pod nosem i poprawiła pasek latarki na ramieniu.
    — Jak Ivana nie będzie, to będziemy improwizować. Jak wszystko tutaj. — ruszyła pierwsza w dół tunelu. — A gadać mogę. Tylko potem nie płacz, że cię zanudziłam.
    Echo niosło ich kroki dziwnie daleko. Betonowy korytarz ciągnął się łagodnym łukiem, miejscami przechodząc w surową skałę. Co kilka metrów wisiała lampa, ale coraz więcej z nich świeciło słabo albo mrugało jak dogorywające świetliki.
    — Urodziłam się tutaj — odezwała się Hanka po chwili. — Matka siedziała przy pompach. Ojciec przy generatorach. Jak się coś psuło, to człowiek od dziecka uczył się trzymać klucz zanim nauczył się dobrze czytać. Potem przyszły zawały, brak części, awarie… a starzy z Rady zaczęli zdychać albo głupieć. Ktoś musiał przejąć robotę.
    Gdzieś zza ściany dobiegło głuche stuknięcie. Hanka nawet nie spojrzała w tamtą stronę.
    — Jar żyje tylko dlatego, że stale ryje nowe tunele. — ciągnęła spokojnie. — Coś się zawali, coś zaleje wodą, coś zaczyna ludziom mieszać w głowach… to Ivan bierze swoich górników i drążą dalej. Jak krety.
    Jeszcze jedno stuknięcie. Tym razem jakby bliżej. Wół zauważył, że coraz trudniej określić kierunek dźwięków. Echo nie wracało normalnie. Raz coś brzmiało jak zza pleców, sekundę później jak z końca tunelu. Potem usłyszeli śmiech. Krótki, dziecięcy. Jakby tuż za zakrętem. Hanka zatrzymała się tylko na moment.
    — Słyszysz, ale ignorujesz. — rzuciła sucho. — To ważne.
    Ruszyła dalej. Kilka metrów dalej, przy ścianie, leżała mała kolorowa latarka oklejona wyblakłymi naklejkami. Jeszcze działała. Migotała słabym zielonym światłem.
    — Jednego już mamy… — mruknęła Hanka, podnosząc ją. — Bachory.
    Im dalej schodzili, tym bardziej powietrze się zmieniało. Suchsze. Cięższe. W tle pojawił się niski szum, ledwo słyszalny, ale drażniący. Jak odległa aparatura albo wiatr przeciskający się przez metalowe szyby.

    Minęli stare oznaczenie: SEKTOR D-14 — OBSZAR TECHNICZNY.
    Drzwi do jednego z bocznych pomieszczeń były uchylone. Hanka zatrzymała się.
    — Sprawdzamy.
    W środku znajdowało się stare biuro techniczne. Kurz i szafy. Rozbite monitory. Nadpalone segregatory porozrzucane po podłodze i plany techniczne bliżej nie określonego urządzenia. Ktoś kiedyś próbował to spalić, ale ogień zdechł z braku tlenu. Wół podniósł jeden z segregatorów.

    PROJEKT CHÓR
    Raport testów akustycznych — seria 4B
    

    Kilka stron dalej:

    Obiekty wykazują podwyższoną podatność na sugestię kierunkową przy ekspozycji powyżej 19 minut.
    

    Niżej ręczny dopisek czerwonym markerem:

    „NIE TESTOWAĆ NA PERSONELU TECHNICZNYM”
    

    Kolejna strona była nadpalona.

    Próby na ssakach wykazały utrzymanie efektu transmisji w drugim pokoleniu.
    

    Jeszcze dalej:

    …część personelu zgłaszała słyszenie znajomych głosów…
    …niemożliwe ustalenie źródła transmisji…
    …zalecane wygaszenie sektora…
    

    Kolejna strona

    …przy dalszych testach występuje destabilizacja percepcji u personelu pomocniczego…
    …zaleca się ograniczenie ekspozycji poniżej 11 minut…
    …Prototyp na czas konfliktu przeniesiony do Ośrodka Denver Technology Corp…
    

    Szum zza ścian stał się wyraźniejszy. Jakby coś pracowało głęboko pod ziemią. Wół zmarszczył brwi i podniósł wzrok znad dokumentów.
    Hanki nie było. Pomieszczenie stało puste.

    Noa

    Corley obserwował Noa przez chwilę, jakby próbował ocenić, czy rewolwerowiec właśnie wpada w paranoję, czy wręcz przeciwnie, zaczyna widzieć coś ważnego. Ale nie odezwał się. Liora również milczała. Wiatr szarpał trawy, kabel przy antenie dalej kołysał się w nierównym rytmie. Noa przeszedł kilka kroków otwartym terenem, specjalnie wychodząc z ukrycia. Nic. Żadnej reakcji. Żadnego ruchu w wieży. Wrócił powoli, jeszcze raz analizując ślady. Różne podeszwy. Różna głębokość odcisków. Ludzie rzeczywiście tu chodzili. Wielokrotnie. Ale czegoś brakowało.

    Chaosu. Nie było śladów walki. Ucieczki. Szamotaniny. Wszystko wyglądało… normalnie. Za normalnie. Kiedy zaczął liczyć ruch kabla i obserwować dym, sam poczuł, że zaczyna odpływać myślami za daleko. Sekwencje. Powtórzenia. Rytmy. Mózg próbował znaleźć wzór tam, gdzie może go nie było. A może właśnie był… Wrony zerwały się nagle z dachu wieży i odleciały gdzieś na północ. Tylko jedna została. Siedziała nieruchomo na antenie.
    Corley odezwał się cicho:
    — Nie podoba mi się twoja mina, Cohen.
    Noa już miał odpowiedzieć, ale zrezygnował. Skierował się ku wieży, a kiedy zbliżył się do pokrytych rdzą schodów, usłyszał głos. Tuż obok.
    — Ej, Cohen.
    Znajomy. Bardzo znajomy. Nie krzyk. Nie echo. Raczej ktoś, kto odezwał się półgłosem stojąc kilka metrów dalej. Liora i Corley nie zareagowali. Wiatr nadal szumiał w trawach. Wieża stała nieruchomo.

    Fruwacz

    Ravel zaprowadził go do metalowych drzwi na końcu korytarza i zatrzymał się obok nich bez słowa. Nie zapukał. Nie zameldował nikogo. Po prostu stał. Po kilku sekundach zamek szczęknął ciężko i drzwi rozsunęły się powoli. Nad drzwiami górowało oko kamery obserwującej korytarz.
    Pomieszczenie za nimi było ciepłe. Duszne od dymu papierosowego i zapachu starego alkoholu. Lampy wiszące nisko nad stołem rzucały żółte światło na mapy, notatki i porozrzucane części elektroniki. Za tym wszystkim siedział Bartho. Ogromny.
    Rozlany w fotelu bardziej jak właściciel świata niż tawerny. W jednej dłoni trzymał papierosa, drugą opierał ciężko o blat. Małe oczy przesunęły się po Fruwaczu od butów aż po twarz.

    — No proszę… — mruknął zachrypniętym głosem. — Ravel przywozi mi dzieci zamiast informacji.
    Strażnik Stołu za plecami Fruwacza nie odpowiedział. Jak zawsze. Bartho wskazał ręką krzesło naprzeciwko.
    — Siadaj zanim się przewrócisz od tego całego ważnego wyglądania.
    Dopiero wtedy odpowiedział na przywitanie chłopaka.
    — Bartho. Miło mi mniej niż tobie, ale pracujemy z tym co mamy.
    Zaciągnął się papierosem i wypuścił dym bokiem.
    — Słyszałem, że przynosisz ciekawe rzeczy. A ostatnio bardzo mało rzeczy robi się ciekawych. Zwłaszcza odkąd Czarna Dywizja zaczęła uważać się za właścicieli regionu.

    Rozgrywka ropa i krew storytelling autorski
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa