- Po pierwsze to huj z czarnymi. Po drugie kim jesteś? Odezwał się Fruwacz wyrywając się przed szereg jak to ostatnio miał w zwyczaju.
- Tak to sami na nich polujemy. Jak oddasz mi broń i powiesz gdzie są byłbym wdzięczny.
Szelest parsknęła krótko, bez rozbawienia. — „Oddaj mi broń”… Młody, ty nawet nie wiesz, gdzie jesteś — mruknęła chłodno. — Nawet nie znam Twojego imienia. Najpierw odpowiecie na pytania, potem zobaczymy. Odwróciła się bokiem, poprawiając pasek z nożem i wtedy Fruwacz to zauważył. Na jej zakrzywionym ostrzu była świeża, ciemna, krew. I druga rzecz: Szelest wcale nie patrzyła na nich jak na podejrzanych. Jej uwaga wędrowała co chwilę do strażnika przy drzwiach, jakby to jego reakcja ją interesowała. W głowie Fruwacza pojawiła się myśl: „Ona nie szuka szpiega w nas. Ona szuka go wśród swoich.”
- Ja jestem Fruwacz. Wół, Liora, Noa. - przedstawił po kolei ekipę. - Jesteśmy... byliśmy nomadami dopóki czarni nas nie rozjebali.
— Ja jestem Aga, zwana Szelest. Kobieta skinęła głową, jakby wreszcie usłyszała coś sensownego. — Ale… Nomadzi powiadasz. — powtórzyła cicho. — No to przynajmniej wiemy, dlaczego jeszcze żyjecie. Ruszyła wzdłuż ściany, niby bez celu, ale Fruwacz widział: kątem oka cały czas pilnowała strażnika przy drzwiach. — Czarni was rozjebali… — mruknęła, jakby rozważała tę informację. — To akurat nie nowość. Oni rozjebują wszystkich. Nagle zatrzymała się i spojrzała Fruwaczowi prosto w oczy. — Ale nomadów nie bierze się na szpiegów. — dodała ostrzej. — Wy nie działacie po cichu. Wy działacie z potrzeby zemsty. - jej spojrzenie jeszcze raz, szybkie jak błysk, prześlizgnęło się po strażniku przy drzwiach, po tym który wyglądał na najmniej pewnego. — I to właśnie mnie interesuje. Zemsta. — Szelest wyprostowała się. — Jeśli naprawdę ją macie w sercu, to może… Może jesteście tu z właściwego powodu.
Liora, która do tej pory stała pod ścianą jak cień: napięta, czujna, gotowa uciekać lub gryźć w końcu uniosła głowę. Jej spojrzenie nie było wyzywające. Było… zmęczone. Ale ostre jak drut kolczasty. — Szelest, tak? — zapytała cicho, nie kłócąc się o ton. — My nie jesteśmy szpiegami. Szpieg by nawet nie powiedział „Czarna Dywizja”. Szpieg by mówił „Ci”, „Oni”, „Oddział”, żeby nie przyciągać uwagi. - zrobiła krok do przodu, powoli, żeby nikt nie pomyślał, że zamierza skoczyć komuś do gardła. — A ja mam więcej powodów, żeby tych skurwysynów nienawidzić niż ktokolwiek tutaj. — dodała twardo. — Gdybyśmy byli ich ludźmi, to byśmy nie przyjechali rozwalonym volvo, tylko konwojem. I nie pozwoliliby mnie wywlec za włosy, jak jakiś worek ziemniaków. Na chwilę zerknęła na strażnika, tego, którego Fruwacz obserwował. Jej głos był już spokojny. — Pytaj, co chcesz. Ale nie zadawaj pytań, na które sama znasz odpowiedź. Nie mamy powodu tu kłamać. Jeśli chcieliśmy komuś zrobić krzywdę, to Dywizji, nie wam. Potem spojrzała na Fruwacza, tylko na sekundę, jakby dodawała mu otuchy, choć sama nie wyglądała na kogoś, kto ma jej wiele. Aga wskazała dłonią na Woła i Noa. — Wy. Mówcie. Co dokładnie Czarna Dywizja wam zrobiła?
Noa śmiał się w duchu z własnego szaleństwa. Przyłączył się do grypy szukając rodziny, a znalazł żądnych zemsty fruwaczów, furiatów. Słuchając Fruwaczai Liory zaczynał rozumieć ich miętę do siebie. Wydął usta zastanawiając się czy jest jeszcze szansa na ranczo i dzieci, czy tam wnuki. Byle było komu zbudować dom, zasiać zboże, doglądać dzieci, dzieci, którym można by to przekazać, wraz z całą mądrością o życiu w pokoju.
- Szpiegami? A co mielibyśmy szpiegować? Te wasze jaskinie? A jako relację o uzbrojeniu informacja o kolczatce i tym twoim koziku Szelest? Daj spokój. - odruchowo sięgnął po rewolwer, ale go tam nie było - jak widzisz młody i młoda nie są szpiegami bo tak twierdzą i ja im wierzę. Wół się na szpiega nie nadaje. Zostaję tylko ja i w sumie to st zastanawiam czy sobie mógłbym zaufać. No ale czegoś nie rozumiem, po nas ściągać do kryjówki, jak was nie zauważyliśmy? W sumie to możemy tobie, wam, ufać na tyle na ile wy nam.
Rozejrzał się po pomieszczeniu.
- Wiesz Aga, marzy mi się farma i rodzina i może ci dwoje - wskazalna Liorę i Fruwacza - zrobią sobie dzieci. Moglibyśmy pomóc je wychować. - uśmiechnął się - rozmarzyłem się. A ty pchasz te młode płodne pacholęta w paszczę lwa podsycając ich autodestrukcyjne ambicje. Nie wolałabyś farmy? - zaryzykował na koniec.
Aga patrzyła na Noa jeszcze chwilę, jakby próbowała znaleźć w jego słowach haczyk. Ale zamiast tego coś jej w twarzy drgnęło. Nie uśmiech. Raczej coś w rodzaju niemal niewidocznego rozluźnienia. — Dobra, Kowboju… — westchnęła. — Masz rację. Gdybyście byli szpiegami, to byś teraz nie pieprzył o farmie i wnukach.
Przesunęła ręką po włosach, jakby zrzucała z siebie napięcie.
— I powiem ci jedno — dodała ciszej. — Gdyby świat wyglądał inaczej, farma może by miała sens. Nawet mi by się przydało miejsce, gdzie nikt nie strzela po nocach. Na moment jej spojrzenie złagodniało, bez kpiny. — Więc dobra. Odkładam nóż. Nie jesteście szpiegami. — powiedziała stanowczo. — Jesteście potłuczonymi ludźmi, którzy wpakowali się w kłopoty… Tak jak wszyscy tutaj. Odwróciła się od Noa, wskazując głową na drzwi.
— Ale zanim będziecie sadzić zboże i robić dzieci… - zrobiła wymowną pauzę. - …musimy się dowiedzieć, kto z moich ludzi pracuje dla Dywizji. Jej głos stwardniał, wracając do chłodnego tonu zwiadowczyni. — No dobra. Wół. Twoja kolej. Powiedz, co Czarna Dywizja zrobiła tobie.
- Mnie? - zapytał wielkolud - Mnie nic. Znaczy nic… No dużo. Jest trochę zgraj na pustkowiach. Sami wiecie. Ale większość… albo posrańcy. Albo fanatycy. Albo kanibale. Ciężko na dobrych ludzi trafić. A mnie się udało. Znalazłem Grupę Grahama. Tę o której Fruwacz mówił. Także… co mi zrobili? Moc dobrych ludzi rozdupili jakby do jakiego drobiu walili. Tak o. Ino chłopak się ostał ze stu ludzi z okładem - wskazał na Fruwacz. O Elsie nie wspomniał. A po co to tej szeletstce było wiedzieć o niej. - Także no. Tak. Wkurwili mnie.
Aga zmrużyła oczy, nasłuchując słów Woła. — Sto osób… to nie jest ich zwykły styl. — powiedziała cicho. — Dywizja lubi straszyć, palić, zabierać ludzi jako niewolników. Rzadko kiedy marnują tyle energii na rozwałkę całej grupy nomadów. Przeszła dwa kroki w przód. — Ale w jednym twoja historia trzyma się kupy. — dodała, unosząc wzrok. — Jak Dywizja coś rozwali przez pomyłkę, to i tak zabierze, co się da i tyle ile się da. Nie odpuszcza. Nie zawraca. Dobija każdego, kto jeszcze oddycha. - zerknęła na Woła, tym razem spokojniej. - I tak, tego typu masakra… mogłaby się wydarzyć, jeśli wpadliście im pod lufy przypadkiem. Bo oni nie sprawdzają, kogo zabijają. Zabijają, a dopiero potem patrzą, co im wpadło w ręce. Znów spojrzała kątem oka na strażnika przy drzwiach. — Czyli wasza wersja ma sens. Może nie brzmi jak bohaterstwo, ale brzmi jak… Prawda.
Gdy Aga kończyła mówić, Fruwacz kątem oka zauważył, że strażnik przy drzwiach, ten nerwowy, sięga dyskretnie pod połę kurtki. Nie po broń, lecz wciska mały metalowy przycisk na czymś przypiętym na piersi, pod kurtką. Coś jak mały rejestrator głosu, polowy dyktafon albo urządzenie transmisyjne. Noa również to zauważył.
Drzwi otworzyły się nagle szerzej. Do środka wszedł mężczyzna, którego ciężko byłoby nie zauważyć, nawet gdyby próbował. Szerokie ramiona. Gruba blizna przecinająca kark i znikająca pod kołnierzem. Twarz poorana jak stary kamień. Oczy ciemne, zmęczone ale trzeźwe, ostre. Wojownik, który już dawno stracił złudzenia, ale nie siłę. Jeden rzut oka wystarczył. Najpierw spojrzał na was. Potem na Agę. Strażnika, tego nerwowego, który w tej chwili zastygł jak dziecko przyłapane na kradzieży, zignorował. Bran nie podniósł głosu.
Bran wszedł głębiej i przyciągnął sobie drewniany stołek. Postawił go tak, jakby miał zamiar zostać na chwilę albo na godzinę. Spojrzał po was jeszcze raz, dłużej. — Nazywają mnie Bran. — powiedział. — Wojownik Odbity. Jeden z tych, co tu rządzą, choć nie lubię tego słowa. Kątem oka zerknął na Agę, jakby domagał się krótkiego raportu, ale nie przerywał. — Słyszałem już kawałek waszej gadki. — odezwał się znowu, tym razem bez emocji. — Nomadzi. Skrzywdzeni przez Dywizję. I nie kłamiecie, o to co słyszę. Jego spojrzenie przesunęło się po was, oceniająco, profesjonalnie. — Dobrze. — mruknął. — To teraz ja mam tylko jedno pytanie. Podparł łokcie na kolanach, pochylił się lekko do przodu. — Chcecie przeżyć… czy chcecie ich zabić?
Aga uniosła brwi, jakby sama chciała usłyszeć odpowiedź. Bran czekał na odpowiedź.
- Zabić. - odpowiedział Fruwacz choć w sumie sam już nie wiedział czego chce.
- Dlaczego wybierać? - Wół uśmiechnął się szeroko błyskając swoim imponującym uzębieniem w dość nieprzyjemnie, drapieżny sposób.
Liora spojrzała na Woła, na ten jego szeroki, groźny uśmiech.
— Dla mnie nie ma sprzeczności. Najpierw przeżyć. Potem zabić. W takiej kolejności najlepiej się działa.
- Jak zabiłaś to znaczy, że przeżyłaś. Po za tym co to za filozofowanie ? Możemy przejść do rzeczy ? - wtrącił się ponownie krnąbrny mały gnojek. Początek dal jako swoją wstawkę do wypowiedzi towarzyszy. Szybko jednak starając się na harde spojrzenie zwrócił się do nowo przybyłego ważniaka.
- Dla mnie proszę wersję bez zgonu. Szczególnie mojego. - rozproszył Noa - Słuchamy w czym rzecz?
Aga odwróciła się powoli w stronę Fruwacza. Uśmiech, który pojawił się na jej twarzy, był krótki i nijaki – bez ciepła, bez kpiny. Taki, jaki człowiek zostawia na twarzy, kiedy widział już za wiele. — A ty właśnie powiedziałeś wszystko, co trzeba było usłyszeć. Chcesz działać. To dobrze. Bo tu nie ma terapii. Są decyzje.
Bran chrząknął cicho i wstał ze stołka. Jego ruch był ciężki, powolny… ale niezdrowo precyzyjny. Jak u kogoś, kto przez lata nauczył się oszczędzać każdy gest. — No to do rzeczy. — powiedział nisko. — Wolny Jar nie walczy z Czarną Dywizją otwarcie. Bo nie jesteśmy idiotami. A oni mają stare czołgi, wozy opancerzone. Czasami uda nam się jakiś załatwić, ale czołg to inna liga. - przeszedł kilka kroków i stanął przy stole. — Ale je obchodzimy. Polujemy na ich konwoje. Kradniemy paliwo. Znikamy, zanim się zorientują.
— I dlatego jeszcze żyjemy. — wtrąciła Szelest. Bran skinął głową. Spojrzał na Noę. — I mówisz, że wolisz wersję „bez twojego zgonu”? - kącik jego ust drgnął minimalnie. — To dobra wersja. Mi się też podoba. — Więc tak jest sprawa. — powiedziała Szelest. — Albo zostajecie tu tylko na noc i rano ruszacie w swoją piękną, samobójczą vendettę… Zapadła krótka pauza. — …albo gracie z nami. Po naszemu. Jej wzrok znów przeciął twarz Fruwacza. — My wam damy informacje. Trasy. Ludzi, którzy wiedzą gdzie iść, żeby nie zginąć. — A wy nam dacie coś, czego my mamy za mało. — dodał Bran. — Świeżą krew, świeżą wściekłość… i powód, żeby pójść dalej niż zwykle. Cisza. — Więc teraz pytanie jest inne. — powiedziała Aga. - Nie „czy chcecie zabić”, tylko „czy chcecie to zrobić mądrze”. Bran spojrzał kolejno na Fruwacza, Woła i Noę. — Bo jeśli nie… - urwał zdanie. — …to i tak zginiecie. Tylko szybciej.
- Może być wolniej. Byle ich dojebać- odpowiedział Fruwacz. Czuł, że tym razem mieli farta.
Aga prychnęła lekko, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że dla was to wszystko wygląda jak koszmarny sen wewnątrz jaskini.
— Dobra. Zanim zaczniemy mówić o zabijaniu Dywizji… — zaczęła, rozchmurzając się nieco. — …musiicie wiedzieć, gdzie, do cholery, jesteście.
— To jest Wolny Jar. – dodał Bran. Aga podjęła temat.
— Dawno temu było tu stare centrum wydobywcze. Kopalnia, skład, tunele techniczne. Miejsce, którego nikt nie chciał, bo teren zapadł się po uderzeniu jakiejś bomby. Reszta świata o tym zapomniała. — A my nie. — dodał Bran, po czym podszedł do okna, wskazał palcem na mroczne sklepienie nad wami. Gigantyczny łuk skalny, poprzecinany pomostami i linami.
— Jar ma wejście wielkości mysiej dziury. Nie dojedziesz do niego autem czy tym bardziej czołgiem, kilka ścieżek przez górski masyw jest pilnowane i naszpikowane pułapkami, i strażnikami. A wyjścia nie zna nikt poza nami. To dlatego żyjemy. Dywizja poluje na wszystko, wiemy o tym że nas też szuka, ale żaden jej oddział nie zaszedł za daleko. Teren jest trudny nawet jak się go zna. Aga uśmiechnęła się tym swoim cienkim, nieprzyjemnym uśmiechem.
- Tutaj trafiają ludzie, którzy mają dwa wspólne mianowniki. Pierwszy to Czarna Dywizja, Srebrne Włócznie albo inni popaprańcy którzy chcieli ich zabić. Drugi to fakt że Ci ludzie nie zamierzali dać się zabić. Bran kiwnął głową, jakby potwierdzał każdy punkt.
— Nie jesteśmy wioską. Nie jesteśmy armią. Nie jesteśmy sektą. Wolny Jar to… — uniósł dłoń, szukając słowa. — …schron. Nóż schowany w ciemności. Aga dodała: — Tu nie ma wodza. Jest nasza czwórka: ja, Bran, Hanka, Stary Ivan i Ojciec Ewald. My tylko pilnujemy, żeby nikt nie wbił noża w plecy całemu Jarowi. Bran oparł dłonie na stole.
— Dlatego chcemy wiedzieć, kogo tu wpuściliśmy i dlatego wy chcecie wiedzieć, czy warto z nami zostać. Cisza. Krople ze sklepienia kapały w ciemności jak odliczanie. Ciszę przerwała Aga.
- Póki nikt nas nie sprzeda.
Zdawał sobie sprawę Noa, że dostają propozycję nie do odrzucenia, gotowy był nawet się do niej przychylić, przychylić za odpowiednią cenę. I dobrze bo potrzebowali nie tylko ekwipunku, co i wiedzy na drogę. W końcu na drogę się pisał nie na vendettę. Co za tym szło przewracał oczami na słowa Fruwacza, bo co do tej pory było zabawne zaczynało brzmieć jak bredzenie. Nie zamierzał się Cohen dać zabić za gówniarskie fochy.
- To w czym rzecz? Mamy coś dla was sprawdzić? Chciałbym coś w zamian. Mapy. Może macie jakiś starszy zapis elektroniczny. Wiem, że nie wszystko działa, ale jakieś mapy digitalne sprzed lat można dalej czytać. Myślę, że po wzajemnych przysługach chcielibyśmy odjechać. Szukać domu nad jeziorem - uśmiechnął się.
Aga słuchała Noa bez przerywania. Bez uśmiechu. Bez przewracania oczami. Kiedy skończył, przez chwilę w jaskini było słychać tylko kapanie wody. — W końcu ktoś tu mówi jak człowiek. — powiedziała spokojnie. — I tak, chcecie coś w zamian, my też czegoś chcemy. Normalna wymiana.
Bran skrzyżował ramiona, ale nie zaprzeczył. — Mamy mapy — dodała Aga. — Częściowe. Stare wojskowe zapisy, skany terenu sprzed wojny, trasy, które nie istnieją na papierze. Nie wszystko działa, nie wszystko jest kompletne. Ale dla ludzi, którzy chcą jechać dalej, a nie zginąć po drodze, powinny wystarczyć. - zrobiła krok bliżej stołu. - Ale nie dostaje się ich za dobre chęci.
— Na południowym wylocie z masywu jest stary punkt obserwacyjny - Bran wszedł jej w słowo, niskim, rzeczowym tonem - Przedwojenny. Kiedyś nasz. Od tygodnia cisza. Za cicho. — Nie wiemy, czy Dywizja go znalazła, Srebrni, ludzie grubasa czy jacyś bandyci — dodała Aga. Spojrzała Noa prosto w oczy. — Idziecie. Sprawdzacie. Wracacie z informacją. Nic więcej, nie szturmujecie. Oczy i uszy. Bran skinął głową. — Jeśli wrócicie… dostaniecie mapy. Cyfrowe i papierowe. Trasy omijające Dywizję, Włócznie i kilka miejsc, które lepiej znać, zanim się na nie wpadnie. Pójdzie z wami przewodnik, Corley, zna okoliczne tereny lepiej niż ktokolwiek inny.
Aga dodała cicho: — Mamy tutaj mały problem z zaufaniem, mamy w swoich szeregach kreta albo kilku... Ale wy jesteście tutaj nowi, jeszcze nie przekupieni. Nie jesteście stąd. Dlatego jestem w stanie wam zaufać. A może się czegoś dowiecie przy okazji? Odpocznijcie, przespacerujcie się po Jarze, pogadajcie z ludźmi. Wasze rzeczy są w magazynie, na posterunku przy głównym wejściu, a auto bezpieczne, ukryte w starym blaszaku niedaleko miejsca, w którym was złapaliśmy. Nie jesteśmy złodziejami.
- Dooobra - odezwał się w końcu także Wół, który dotychczas był niemal niemym widzem całego spotkania. Widzem dość jednak uważnym, by ocenić jaskiniowców. Byli niegroźni. Mimo napaści widać po nich było, że nie mają w sobie dość… zepsucia. By zżerać, zabijać, czy porywać przypadkowych nieznajomych. Mieli propozycję. Zdecydowanie niewołową - Pogwarzyliśmy, postroszyliśmy piórka, ale chyba już pora zejść na ziemię. Mamy na pieńku z czarnuchami. To prawda. Nie będę żałował jak jakiś mi w łapy wpadnie i wycisnę z niego ostatni oddech aż mu oczka jak z tubki wypłyną. Taaa… To będzie frajda, bo to sucze syny są. Ale chyba Wam w główkach od tej jaskini pociemniało jeśli myślicie, że pójdziemy do bazy Czarnych. Młody jest odważny, ale ma ostatnio nasrane we łbie i prędzej sam mu kulasy połamię niż pozwolę mu tam iść. A Noa sprytny, ale nie Noa, za mapy też się tam nie będziemy pchać. Na chuj ci mapy kowboju? Także, życzymy wam dobrze bo znać, żeście w porządku ludki. Ale odpoczniemy i odjedziemy w swoją stronę.
Bran wysłuchał Woła do końca, nie przerywając ani słowem. Nie drgnął, gdy padły groźby, nie skrzywił się przy przekleństwach. Dopiero kiedy Wół skończył, Bran powoli skinął głową, jakby właśnie usłyszał coś, co wreszcie miało sens.
— I bardzo dobrze — powiedział nisko. — Bo nikt was nie wysyła do bazy Czarnych. Gdybyśmy chcieli tam kogoś pchać, nie pchalibyśmy czterech przybłęd z Pustkowi. Aga prychnęła cicho, tym razem bez kpiny.
— Spokojnie, wielki. — spojrzała na Woła uważnie. — Punkt obserwacyjny to nie baza. To samotna buda na skałach, stara wieża, kawał betonu i antena, która powinna nadawać. Jeśli ktoś tam jest… to mały oddział. Albo trupy. - zrobiła krok w bok, opierając się plecami o ścianę. — I nie sprzedajemy wam map, żebyście się pchali pod lufy. — dodała. — Sprzedajemy je, żebyście wiedzieli, gdzie nie jechać. Gdzie są trasy Dywizji. Gdzie Włócznie kręcą się za często. Gdzie pustkowie zjada ludzi szybciej niż kule.
Bran spojrzał na Fruwacza, potem na Noa, wreszcie znów na Woła. — Odpoczniecie. — powiedział spokojnie. — Rano możecie ruszyć w swoją stronę. Bez żalu. Bez pościgu. - zawiesił głos na chwilę. — Ale jeśli zmienicie zdanie… Punkt będzie tam, gdzie jest. I nadal będzie czekał. Zapadła cisza. Tym razem nie napięta. Raczej ciężka od wyboru. — Decyzja jest wasza — zakończył Bran. — I żadna z nich nie czyni z was tchórzy. I po raz pierwszy od początku rozmowy nikt na was nie patrzył jak na podejrzanych. Tylko jak na ludzi, którzy muszą zdecydować, w którą stronę pójdą dalej.
- Ba! - Wół ostentacyjnie złapał się pod boki - Pewnie, że nie czyni! Jesteśmy nomadami. - dumnie i dobitnie podkreślił to ostatnie słowo - Pustkowia nasz dom. Szlak naszą drogą. Nie wojenki jednych z drugimi. A tatko zawsze mówił co szlak przyniesie to przyniesie. Także pięknie dziękujemy ale nie skorzystamy.
- Jak nie chcesz to czemuś nic wcześniej nie gadał. - syknął cicho Fruwacz do towarzysza, ale nic więcej nie dodawał.
Aga uniosła brew i spojrzała na Woła z czymś na kształt… Rozbawienia. Suchego, ostrożnego, które pojawia się u ludzi, którzy widzieli już zbyt wielu. — Nomadzi… — powtórzyła cicho. — Zawsze dumni. Do momentu, aż droga zaczyna ich zjadać. Bran nie wyglądał na urażonego. Przeciwnie, wyglądał na kogoś, kto rozumie. Oparł się ciężarem o stół, skrzyżował ramiona. — I to jest uczciwa odpowiedź. — powiedział spokojnie. — Wolny Jar nie łapie ludzi w kajdany, żeby ich tu trzymać. Jak chcecie jechać, to pojedziecie. Aga zerknęła na Fruwacza, który syknął coś do Woła. Na krótką chwilę jej czoło się zmarszczyło, jakby próbowała wyłapać informacje. — Ale nie udawajmy, że to tylko „wojenki jednych z drugimi”. — dodała. — Dywizja nie pyta, czy jesteś nomadą, rolnikiem czy poetą. Pyta tylko, co z ciebie można wycisnąć. A jak nic, okazujesz się tylko niepotrzebnym konkurentem do surowców. Umierasz. Zrobiła krok w stronę drzwi i otworzyła je, dając znak strażnikowi. — Odpoczniecie dziś w Jarze. — powiedziała już rzeczowo. — Zjecie, prześpicie się. Rano ktoś odprowadzi was do auta. Dostaniecie wodę i tyle jedzenia, ile da się bezpiecznie dać obcym. Bran skinął głową na potwierdzenie. — I jeszcze jedno. — dodał, patrząc głównie na Woła. — Szlak zawsze coś przynosi. Czasem okazję. Czasem rachunek. Zawiesił głos. — Jak ten rachunek was dogoni… Wolny Jar raczej będzie jeszcze tu, gdzie jest. Aga zatrzymała się w drzwiach i rzuciła przez ramię, już ciszej: — A ty, młody — spojrzała na Fruwacza. — Złość to paliwo. Ale jak będziesz jechał tylko na nim, to daleko nie zajedziesz. Pomyśl o tym, zanim droga znowu coś „przyniesie”. Drzwi zamknęły się za nimi ciężko. Zostaliście sami w drewnianej chacie, z ciszą, która nie była już groźna… Tylko pełna niedopowiedzianych konsekwencji.
Wielkolud odwrócił się plecami do drzwi, za którymi zniknęła Rada Czwórki, czy Piątki i cicho, choć jeśli ktoś z ich gospodarzy podsłuchiwał, to z pewnością usłyszał, odpowiedział na słuszne pytanie Fruwacza. Zerkał też co i rusz na Noa i Liorę, by i oni zrozumieli o co mu chodzi:
- Abo widzisz młody. Inna rzecz jak my sami gdzie jakiego czarnucha, czy dwóch po drodze zdybiemy, zaciukamy i w drogę. A inna jak się nami inni wyręczają i nas posyłają. Ot dobre sobie, na mały oddział. Wół jest za stary, żeby na takie plewy się dać wciągać. Raz w to wleziesz i już nie wyleziesz. Tylko będziesz dzień w dzień, jako ci tutaj, smutnie klepał zemstę między sraczką a padaczką, zamiast spierdalać skąd cię nie chcą. Wół już to widział i wie. A ci tutaj… jak tam mały oddział w tym punkcie, to sobie sami spokojnie poradzą. Rączki mają, giwery też niczego se.
Noa tymczasem wyłożył się wygodnie rozciągając nogi. Źałował, że nie ściągnął od razu butów, bo nie chciało mu się już ruszać.
Każdy miał tam swoje racje i swoje emocje. Za najważniejsze uznał właśnie nie ulegać emocjom.
- Ummrrr! - chrząknąl - odpocznijmy. Nie musimy podejmować decyzji zaraz. Poda ktoś ten dzbanek z wodą - podniósł się na łokciach.
Miał Cohen swoje lata i nauczył się nie trwonić energii kiedy nie było to konieczne. Nasunął na twarz kapelusz, żeby spokojnie przemyśleć propozycję jaskiniowców.
Nieśpiesznie podchodząc do dzbanka, Wół złapał go, powąchał zawartość i uśmiechnął się stwierdziwszy, że nie zalatuje ani benzyną, ani stęchlizną, ani chlorem, po czym upił solidnie. - Mieszkanie w jaskini ma też jednak dobre strony! - Stwierdził po czym podał dzbanek Noa. - Choć mogliby też coś do żarcia dać... - Siadł po przeciwnej stronie pod ścianą. Przez chwilę rozważał wyciągnięcie harmonijki, ale zrezygnował. Położył się i po chwili zachrapał.
Jak sobie poszli Fruwacz podszedł do Liory.
- Kojarzysz tą bandę?
Dziewczyna odezwała się cicho, kiedy zostali sami. — W Zakonie mówili o tym miejscu. Nigdy głośno. Spojrzała przez okno na kamienne sklepienie. — Mówili, że są miejsca, których nie da się spalić. Że jeśli ktoś tam znika… to dlatego, że nigdy nie powinien był szukać. Zawahała się. — I że jeśli spotkasz Szelest… to już raczej kwestia czasu, aż przyjdzie po Ciebie kostucha.
Skonfudowany Fruwacz skwitował to krótkim.
- Aha. - po czym poszedł zwinąć się w kącie i trochę przespać.
- Osobiście uważam że to stek bzdur... - dodała po chwili. - Były plotki o podziemnym obozowisku, którego Dywizja nie potrafi znaleźć. Gdyby to co mówiono w Clearapple o Szelest, byłoby prawdą, już byśmy byli martwi. Zakon powie Ci wszystko, byś tylko był ich.