
Świat jest mały.
Tak przynajmniej twierdzili nauczyciele Ballo. Świat niemowlęcia to to, czego może dotknąć. Świat dziecka to obejście. Im robimy się starsi, tym świat jest dla nas większy. Nie chodzi tu bynajmniej o znajomość kartografii, ale o to, na czym naprawdę Ci zależy. Dla większości ludzi oznacza to ich, ich przyjaciół i rodzinę. Dla części tylko ich. Dla niewielu - coś więcej - plemię, kraj... Równie ważne jest to, na jaki obszar jesteś w stanie wpłynąć. Co człowiekowi po znajomości map, gdy wpływa tylko na najbliższych?
Świat Ballo był mały.
Czasem przebijały się cienie dalszego świata, jak choćby tajemnicze sny, czy goście, nad którymi miał pieczę. Czasem kurczył się do niego samego, gdy medytował lub ćwiczył. A czasem nawet do samego żołądka. To ostatnie głównie w trakcie corocznego postu, mającego zbliżyć sługi boże do głodujących na przednówku chłopów i biedoty.
Cały jego świat obecnie, to jego nowi podopieczni. Chciało by się rzec towarzysze, ale on traktował ich jak podopiecznych, jak grupę pielgrzymów, czy chorych których miał nie raz pod opieką. Trzeba będzie im matkować, łagodzić spory, chronić przed kłopotami i nimi samymi. Poznał imiona wszystkich i obecnie głównie obserwował i starał się wyczuć wibrację grupy.
Bagażu wiele nie miał. Torbę medyka z olejkami, ziołami, igłami i bandażami, przewieszony przez pierś worek z jedzeniem i garnkiem - głównie owsianą kaszą, ale był tam i spory słój smalcu, suszone mięso i owoce. A na ramieniu niósł Brzemię.
To ostatnie było... maczugą? Nie, po dłuższej obserwacji wyglądało jednak inaczej. Pokryta napisami żelazna kula na żelaznym trzonie zwieńczonym uchem. Serce dużego dzwonu, pewnikiem ważące z dwa centary. Może wyglądało trochę na broń, ale służyło do ćwiczeń i medytacji. I przypomnienia, że jego ścieżka nie jest lekka.