Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. [Autorski storytelling] Ropa i krew

[Autorski storytelling] Ropa i krew

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
ropa i krewstorytellingautorski
12 Posty 4 Uczestników 139 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SWATS Niedostępny
    SWATS Niedostępny
    SWAT
    napisał ostatnio edytowany przez
    #2

    Noc w Wolnym Jarze minęła inaczej, niż na szlaku. Nie było wycia wiatru myszkującego po karoserii. Nie było niepokoju, ciemność była głębsza, dłonie nie musiały zaciskać się na broni. Głęboka, kamienna cisza wypełniała Wolny Jar. Jaskinia oddychała własnym rytmem.
    Woda kapała ze sklepień w stałym, miarowym tempie, jak zegar, który nie spieszy się nigdzie, bo stoi tu od pokoleń. Czasem gdzieś dalej słychać było stłumione kroki, skrzypnięcie zawiasów, cichy szept. Ludzie Wolnego Jaru poruszali się jak goście we własnym domu. Bez pośpiechu, bez hałasu.

    Wół zasnął pierwszy. Twardo i głęboko. Noa drzemał dłużej, budząc się co jakiś czas, by znów zasunąć kapelusz na oczy i odpłynąć w myśli o jeziorach, farmach i miejscach, które jeszcze nie istnieją. Fruwacz spał płytko. Złość nie puszcza łatwo. Ale i ona tej nocy nie krzyczała tylko tliła się cicho. Liora długo nie spała. Siedziała oparta o ścianę, wsłuchując się w Jar. W końcu jednak i ją zmogło zmęczenie.

    Poranek przyszedł bez słońca. Zamiast świtu był ruch. Przed namiotami i chatami, zatrzeszczały ogniska, zapłonęły pochodnie i obudziło się kilka agregatów prądotwórczych. Jar budził się powoli, jak organizm, który nie zna pojęcia „rano”, tylko zmianę rytmu. Lampy naftowe przygasały w jednych miejscach, zapalały się w innych. Ktoś inny rozpalił palnik pod dużym metalowym zbiornikiem z wodą. Zapach wilgoci zmieszał się z czymś przyjemnym, aromatem zupy, kaszy i smażonego mięsa. Gdy wyszliście z drewnianej chaty, Wolny Jar odsłonił się w pełni.

    Ogromna, naturalna jaskinia rozciągała się w głąb skały jak odwrócone miasto, by przejść w wysoki, przedwojenny, żelbetowy korytarz. Pomosty z desek i metalu biegły wzdłuż ścian i nad zbierającą się wodą, łączone linowymi mostami i prowizorycznymi schodami. Głębiej znajdowały się warsztaty: kowadła, stoły, skrzynie z narzędziami. Wyżej miejsca do spania: hamaki, wnęki zasłonięte płachtami, drewniane chatki.

    Ludzie byli wszędzie. Nie uzbrojeni po zęby. Nie skuleni. Zajęci życiem, pracą. Dziecko niosło wiadro z wodą, pilnowane przez starszą kobietę. Dwóch młodych ostrzyło noże, śmiejąc się z czegoś, co dla was było tylko szeptem. Starszy mężczyzna siedział na skrzynce i liczył coś na palcach, mamrocząc pod nosem. Nikt na was nie patrzył długo. Jesteście tu gośćmi, nie sensacją.

    Z góry, z jednego z pomostów, ktoś rzucił w waszą stronę skórzany worek. W środku chleb, suszone mięso, butelki z wodą.
    — Na drogę albo na śniadanie — padło z góry. — Jak wolicie.
    Gdzieś dalej zobaczyliście Agę. Rozmawiała z kimś półgłosem, gestami wskazując mapę narysowaną kredą na skale. Bran stał przy barierce jednego z pomostów, obserwując Jar jak dowódca, który nie musi wydawać rozkazów, bo wszystko już działa.

    I kiedy staliście tam z jedzeniem w dłoniach, po raz pierwszy od dawna pojawiła się myśl, której nikt nie wypowiedział głośno:
    Gdybyśmy zostali… świat by się nie zawalił. Ale droga, jak zawsze, czekała.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • MarrrtM Niedostępny
      MarrrtM Niedostępny
      Marrrt
      napisał ostatnio edytowany przez
      #3

      Sen. Sen jest dobry. Bezpieczny sen jest luksusem, który trzeba doceniać. Tatko zawsze to Wołowi powtarzał. Na pustkowiach sen nigdy nie jest tak całkiem bezpieczny. I to była prawda. Spać można zawsze nawet na stojąco. A zdarzyło się raz Wołowi nawet spać w marszu! Ale takie bezpieczny, przyjemniasty sen... oooo kurwa. To się nie często zdarzało. Ostatnio w Clear Apple na piętrze Jabłka. Fajnie było. Nawet jeśli Srebrni szybko miłe wrażenia w chuj posłali. Ale tutaj? Pobudka... pachnie gotowaną zupą i smażonym mięsem. Gwar głosów, z których żaden się nie naprzykrza...

      Wół miał tak zwane przemyślenia. Nie zmienił co prawda wczorajszego zdania. Nadal mu się nie podobała myśl, że można dzień w dzień ukrywać się w jaskini i albo jojczeć na Czarnych, albo na Srebrnych. Nie lubił jojczeć. Jeszcze nikt brzucha jojczeniem nie napełnił. Spania nie zabezpieczył. Ani humoru nie poprawił. A takie wczoraj na Wole wisielcze wrażenie zrobiła ta Szeptucha i jej kumpel. Ale może to była tylko ich aura, a Jar wcale taki nie był?

      Jakiś smyk przebiegł koło Woła goniąc za wykopaną zbyt daleko piłką. Fajny chłopaczek. Radosny. Nie taki jak jego Fruwacz. J e g o F r u w a c z. Dziwne. Fruwacz wcale nie był jego. Miał swoich "tatków". Ponuraków z ubocza Grupy, ale zawsze. Szlag ich co prawda trafił, ale tak to bywa. Wołowego tatka też szlag trafił. Dlaczego więc w wołowej głowie taka dziwna myśl się pojawiła, że Fruwacz w jakikolwiek sposób miałby być j e g o? Ten chłopak co to zajeża się jak pancernik ilekroć się do niego odezwać. Spojrzał na odbiegającego z piłką chłopaczka, a potem na Fruwacza. Czego było trzeba, żeby z tego bidoka wyciągnąć jeszcze żywego człowieka, który nie żyłby tylko degrengoladą serwowaną przez Szeptuchę? Zmarszczył brwi. A potem uśmiechnął się choć nie do końca z przekonaniem.
      - Nie jest tak źle jak na początku... - stwierdził nawiązując do tego jak ich pojmano, zamknięto i roztoczono wizję śmierci w walce z Czarnymi - Może byśmy się rozejrzeli po tym ich Jarze nim odejdziemy?

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      1
      • NanatarN Niedostępny
        NanatarN Niedostępny
        Nanatar
        napisał ostatnio edytowany przez Nanatar
        #4

        Dobrze się Noa wyspał, leżało mu się dobrze, wstawać nie chciało. Poranna krzątanina choć zupełnie różna od wszystkiego co znał, wydawała mu się muzyką bezpieczeństwa. Zdrowej równowagi. Ale to nie był Dom nad jeziorem, nie ostatni przystanek. Za sucho, za blisko bandytów. Noa miał plan jechać na północ, gdzie zasobów jest dość, a większość ludzi odstrasza surowy klimat i brak osad do łupienia.
        Westchnął przeciągle, kiedy pomyślał, że jednak wolałby jeszcze dołączyć to rodziny żonę. Czy nie był zbyt zachłanny? Miał wszak już tak wiele: Woła, Fruwacza, Liorę. Dwa rewolwery, wyliczał w myślach.

        Poruszenie wielkiego kompana, wyrwały Cohena z półsnu i sprowadziły umysł na powrót do aktualnych spraw. Próbował sobie przypomnieć, co mówiła wczoraj Aga, coś o krecie, świtało, dzwoniło, ale nie wiedział w którym resorze. Przypomniał sobie o zwiadzie i o podjętej i dobrze przespanej decyzji. Oko uchylił na słowa Woła.

        -Nooo. - przytaknął - moglibyśmy się rozejrzeć. Skoro miła pani tak zapraszała, to odmawiać niegrzecznie. Podniósł się wpół i usiadł na posłaniu przecierając zaspane oczy. Długą ręką sięgnął po dzbanek z wodą i osuszył niemal do dna. Resztką przemył twarz i kark. Żałował, że nie zostało na nogi, no ale może później.

        -To gdzie dają tę pyszną zupę, którą tak czuć? Wydaje mi się, że wyczuwam kumin. - zaczął powoli wstawać i zakładać ubranie. W końcu jakby sobie coś przypomniał.
        -Słuchajcie, podjąłem decyzję, że pójdę zbadać ten ich punkt obserwacyjny. Mapy są nam potrzebne, a ci ludzie poprosili o pomoc. Uważam, że jeśli ktoś prosi o pomoc to należy jej udzielić w miarę swoich możliwości. Może to naiwne, ale każdemu należy się jedna szansa. Nie proszę nikogo, by mi towarzyszył, choć nie ukrywam, że bystre oczy w tylnej straży by się przydały. - uśmiechnął się szelmowsko - Ale dajcie mi teraz tę zupę! - zagrał teatralnie potwora łapiącego Liorę.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • KetharianK Ketharian przeniósł ten temat z Rozgrywka dnia
        • LynxL Niedostępny
          LynxL Niedostępny
          Lynx
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #5

          Fruwacz siedział oparty plecami o chłodną skałę, z karabinem opartym o kolano, choć dobrze wiedział, że w Wolnym Jarze nikt nie spróbuje im poderżnąć gardeł o świcie. I właśnie to go uwierało.
          Bezpiecznie.
          Za bezpiecznie.
          Jar oddychał spokojem, któremu nie ufał. To sprawiło, że sen był płytki i rwany obrazami.
          Gaspar.
          Krew.
          Wilczy pysk.
          Strzał.
          Otworzył oczy, gdy Jar już żył. Zobaczył dzieciaka z piłką. Zobaczył kobiety niosące wodę. Mężczyzn, którzy nie trzymali dłoni blisko spustu. I coś mu się w środku skręciło. Nie z zazdrości. Z nieufności.
          Posłuchał się równie budzących się towarzyszy.
          -Jar jest miły- dodał na koniec ich wypowiedzi.
          Spojrzał na Woła, potem na Noa, na Liorę. Na ludzi, którzy jeszcze nie nauczyli się, że spokój to rzecz tymczasowa.
          -Możemy tu posiedzieć. Dzień, dwa. Zjeść zupę. Pozachwycać się, że dzieci się śmieją, oraz nikt do nas nie mierzy z broni. – zakończył wzruszeniem ramion.
          – Ale jeśli chcemy tu zostać w spokoju… albo żeby oni tu zostali w spokoju… to i tak Czarnych trzeba się pozbyć.
          Nie podnosił głosu. Nie musiał.
          – Czarna Dywizja nie zostawia takich miejsc w spokoju, a już i tak kręcą się blisko. Możemy się rozejrzeć. Nie zmieni to jednak faktu, że jak chcecie tu zostać to musimy najpierw zapracować na szacunek miejscowych.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SWATS Niedostępny
            SWATS Niedostępny
            SWAT
            napisał(a) ostatnio edytowany przez SWAT
            #6

            Fruwacz zorientował się dopiero po tym jak przetarł zaspane oczy i się przeciągnął, że jego „karabin”, który jeszcze chwilę temu trzymał instynktownie przy kolanie był tylko kijem od szczotki. Ot, kawałek drewna, który wziął odruchowo, bo ręce szukały broni. Prawdziwej broni nikt wam jeszcze nie oddał. I wy też po nią jeszcze nie poszliście.

            Prowadzeni zapachem zupy trafiliście do prowizorycznej stołówki, szerokiej wnęki jaskini, gdzie wzdłuż ścian stały długie, zbite z desek stoły. Nad nimi wisiały lampy naftowe i kilka prowizorycznych żarówek, zasilanych z czegoś, co wyraźnie miało lepsze dni.

            Za wielkim, osmalonym kotłem krzątała się staruszka o twarzy pooranej zmarszczkami jak wyschnięta ziemia. Uśmiechała się do każdego, jakby widziała w nim kogoś dawno niewidzianego. Nabierała zupę chochlą z wprawą kogoś, kto robi to od lat.

            — Proszę, kochani, jedzcie, póki ciepłe — powiedziała, nalewając wam solidne porcje. — Dziś dobra. Z kóz górskich. Nasi chłopcy wczoraj jedną upolowali. No i grzyby jaskiniowe, takie białe, miękkie… Nie bójcie się, jak się je dobrze wygotuje, to nawet nie zabijają. — mrugnęła porozumiewawczo.

            Zupa pachniała tłusto i sycąco. Po raz pierwszy od dawna czymś więcej niż sucharami i konserwą. Przy sąsiednim stole kilku ludzi rozmawiało półgłosem, ale w jaskini dźwięk niósł się mimowolnie.

            — Mówię ci, znowu ktoś nie wrócił z korytarza D-14…
            — A nie mówiłem? Czort wie, jakie tam licho siedzi.
            — Dawno ten tunel powinni podsadzić. Po co nam taka dziura w ziemi?
            — Popiół mówił, żeby jeszcze poczekać… Ale ile można czekać?

            Stołówka

            Gdzieś dalej, bliżej jednej ze ścian, zbierała się grupka ludzi. Rozstawiali prowizoryczne ławy, ktoś rozwieszał kawałek płótna z jakimś prostym symbolem. Ojciec Ewald, zwany Popiołem, stał z boku, rozmawiając cicho z kilkoma osobami. Poranna msza miała się zacząć niedługo, bez dzwonów, bez patosu. Po prostu ciszą.

            Z drugiej strony jaskini słychać było zupełnie inny dźwięk: metal o metal, warkot i głośne przekleństwa. Hanka „Ember” wraz z kilkoma technikami klęczała przy starym generatorze diesla. Silnik był rozbebeszony, ręce mieli czarne od smaru.

            — Ja pierdolę, kto to tak składał?! — wydarła się Hanka. — To nie jest filtr, to jest prowokacja!
            — Działał wczoraj…
            — Wczoraj to ja byłam młodsza! Podaj klucz, ten większy!

            Jar był bezpieczny. Ale nie dlatego, że pozwalano tu chodzić z giwerą. Liora usiadła obok Noa z miską zupy w dłoniach. Zjadła kilka łyżek w ciszy, po czym spojrzała na niego bokiem.

            — Hej… — odezwała się cicho. — Jakbyś jednak szedł sprawdzić ten punkt obserwacyjny. To idę z tobą. - wzruszyła ramionami. — Nie widzi mi się siedzenie całe życie pod skalnym sufitem. Nawet jeśli tu jest… Spokojnie.

            Przed wami był dzień. Jar niczego nie wymagał. Droga jeszcze milczała.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            2
            • NanatarN Niedostępny
              NanatarN Niedostępny
              Nanatar
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #7

              Całe to błogie ciepło, zakopcenie całe, uśmiech kobiety, wszystko go to rozleniwiło, poddawał się temu chętnie, rozpływał się, słuchał leniwie, jak plotek w rodzinie. Na słowa Liory, spokojnie, jak przystało na różnicę wieku nabrał trzy łyżki zupy i rozkoszował się ciepłą strawą. Strawą robioną z sercem. To było podwójne zaspokojenie, głodu brzucha i ducha. Wreszcie odwrócił się do już zniecierpliwionej młodej kobiety, uśmiechnął spod zarostu.
              -Idziesz z tyłu nie chojrakujesz. Bardzo mi miło. Jedz, nie wiadomo kiedy znów trafi się nam taki serwis.

              Znów z lubością smakował prostą nalewkę. Poszedł nawet po dokładkę i podziękował kobiecie nazywając ją matką. Noa był kiepskim kucharzem i ludzi posiadających tę sztukę bardzo poważał. Kiedyś pewien mocodawca powiedział mu, że kulinaria wyznaczają pozycję człowieka w świecie, czynią go oświeconym, lub barbarzyńcą. Cohen miał wrażenie, że sprawa nie jest tak prosta i jednoznaczna, niemniej lubił dobrze zjeść. Podobnie jak Wól, ten również przyszedł po dokładkę.

              Wrócili z drugą porcją, kiedy Liora kończyła posiłek.
              -Proszę znajdź Agę i przekaż jej, że proszę by znalazła dla mnie chwilę - poprosił Liorę testując jej lojalność i determinację. Jednocześnie pozwalając odegrać w zwiadzie już konkretną rolę. Oznaczało to przyjęcie do paczki zwiadowczej i pewną konfidencję.
              -To co? Pogadamy z nimi. - rzucił do Fruwacza i Woła. - Sprawdził byś Fruwacz może ten filtr, to ci głupie myśli ze łba wybije, a Wól zapewne rozkocha w sobie miejscową karczmarkę. - rzucił spojrzeniem na starszą kobietę przy kuchni. Roześmiał się, choć żart nie był jakiś przedni, to przynajmniej był. Tak budowało się relacje, tak szukał rodziny. - wybaczycie.

              Podszedł z niedojedzoną zupą do grupy rozprawiającej o tajemniczych korytarzach.
              -A D14, raczej nie licho.
              -Co?
              -Nie ma stworzenia i zjawiska licho. Jestem Noa, Pokażcie gdzie ten korytarz. I dawajcie te straszne historie.

              Miał nadzieję Cohen, że sobie naniesie na topografię korytarze D14, kiedy już wyjdzie z kompleksu i spojrzy na niego z góry.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              2
              • SWATS Niedostępny
                SWATS Niedostępny
                SWAT
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #8

                Przy stoliku siedziało trzech mężczyzn.
                Jeden starszy, siwy, wychudzony, twarz miał pooraną zmarszczkami jak ściana jaskini. Ręce grube, spracowane, palce powykręcane od lat pracy z kilofem. Drugi był młodszy, na oko dwudziestokilkuletni, nerwowy, nie potrafił usiedzieć spokojnie. Brud pod paznokciami, oczy podkrążone od niewyspania. Trzeci był chudym mechanikiem w okularach z porysowanymi szkłami, z palcami poplamionymi kredą i smarem.

                Zapadła chwila ciszy. Młodszy prychnął nerwowo.
                — Ty tak serio?
                — To oni. Ci złapani przy trasie — rzucił mechanik.
                Starszy odstawił miskę. Powoli. Jakby zastanawiał się, czy w ogóle warto zaczynać.
                — Serio było wtedy, kiedy pierwszy raz ktoś nie wrócił — powiedział w końcu. — Potem było już tylko… głupio.
                — Głupio? — zapytał strażnik Jaru ze stolika obok, który podłapał temat.
                — Bo nikt tam nie ginął jak w bajkach — wtrącił młodszy. — Żadnych krzyków. Żadnej krwi. Wchodzili i… nie wychodzili.
                Starszy skinął głową.
                — D-14 to stary korytarz techniczny. Przedwojenny. Głęboki. Suchy. Bez zawałów. Idealny do roboty. — Prychnął gorzko. — Za idealny.
                — Co znaczy „za idealny”? — dopytał strażnik spokojnie.
                — Że idziesz i masz wrażenie, że wszystko się zgadza. — Starszy potarł dłonie. — Kroki się liczą. Echo wraca. Lampy świecą. Tylko… po jakimś czasie przestajesz wiedzieć, czy idziesz do przodu, czy w kółko. A powrotu nie ma.
                Młodszy przełknął ślinę.
                — Mój brat tam poszedł. Zostawił kilof przy ścianie. Jakby uznał, że już mu niepotrzebny. — wyszeptał. — Znaleźliśmy go trzy dni później. Siedział pod ścianą. Jeszcze żywy. Uśmiechnięty. Nie chciał wracać. Zabraliśmy go siłą. Dzień później podciął sobie żyły.
                Strażnik nie drgnął.
                — A Bran? — zapytał po chwili. — On tam był.
                Starszy spojrzał na niego uważnie.
                — Był. I wrócił tylko dlatego, że zrobił coś, czego normalny człowiek by nie zrobił.
                — Co? — padło pytanie od drugiej strony stołu, od mechanika.
                Starszy zawahał się, po czym odpowiedział:
                — Zrobił sobie krzywdę. Poważną. Żeby poczuć, że jeszcze jest sobą. — westchnął. — Powiedział potem, że korytarz go „zapraszał”. Nie groził. Nie straszył. Po prostu obiecywał spokój.
                Młodszy dodał cicho:
                — Dlatego nikt tam już nie chodzi. Bo to nie miejsce, które zabija. To miejsce, które mówi: zostań. I ludzie zostają. Umierają z głodu, z pragnienia albo z wycieńczenia, błądząc w kółko.
                Mechanik odstawił miskę.
                — Musisz wiedzieć… — zwrócił się do Noa, przecierając brudnym od smaru palcem okulary. — Wolny Jar to system jaskiń krasowych, szczelin i podziemnych cieków wodnych, połączony z państwowym kompleksem wydobywczo-technicznym. Ale… — zawahał się. — Pierwsi, którzy zaczęli eksplorować ten system, znajdowali dużo rządowej i wojskowej dokumentacji. Co może znaczyć, że było tu coś jeszcze. Ta rozległa komora, którą widzicie… to zaledwie ułamek całego kompleksu.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                1
                • MarrrtM Niedostępny
                  MarrrtM Niedostępny
                  Marrrt
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #9

                  Wół

                  - Jabłko tym słodsze im bardziej pomarszczone co Noa? - odpalił Wół, po czym mrugnął do kowboja i zarechotał jak kozioł, z którego zrobiona była polewka.
                  Zjadłszy jednak swoją porcję z apetytem i smakiem, wstał, przeciągnął się głośno głaszcząc się po brzuchu i podszedł do kucharki.
                  - Nooo mamciu… to naprawdę świetna zupa. Koziołek, grzybki… Ale to nie wszystko. Znam się ja na dobrym jedzonku i tutaj znać, że w kociołku nie byle jaka chochelka ważyła. Powiedzcie… jak dajecie radę dla takiej masy luda żarełka narobić?

                  Staruszka uniosła wzrok znad kotła, zmrużyła oczy i przez chwilę mierzyła Woła spojrzeniem, jakby ważyła, czy mówić prawdę, czy wersję „dla obcych”. W końcu parsknęła cicho.
                  - A bo widzisz, synku… - zaczęła, opierając chochlę o krawędź kotła. - Tu się nie gotuje na zapas marzeń, tylko na zapas rozsądku.
                  Nachyliła się bliżej, jakby zdradzała sekret, choć mówiła dość głośno, by usłyszeli i inni. - Kozy z gór dają mięso, mleko i skóry. Grzyby rosną same, jak się wie gdzie patrzeć. Woda jest, tylko trzeba ją pilnować, żeby nie zgniła. A jak czegoś braknie…- wzruszyła ramionami - …to się gotuje rzadziej, ale mądrzej.
                  Uśmiechnęła się krzywo.
                  - Nikt tu nie je do syta codziennie. Ale nikt też nie głoduje. Jedni polują, drudzy zbierają, trzeci pilnują, żeby nikt nie brał więcej, niż mu trzeba. - stuknęła chochlą w kocioł. - A ja pilnuję, żeby z tego wszystkiego wyszło coś, co da się nazwać zupą.
                  Spojrzała Wołowi prosto w oczy.
                  - Wolny Jar żyje, bo każdy dokłada do garnka. Nawet jak wrzuca tylko ciszę i nie robi kłopotów. Po czym nalała kolejną porcję komuś z kolejki i mruknęła już bardziej do siebie:
                  - A jak ktoś przestaje dokładać… to Jar to czuje. I długo tu nie zostaje.

                  - Taaaa… trochę już się tego nasłuchałem - odparł Wół z niesmakiem. Nie umiał nic na to poradzić, ale nieswój się czuł z tym pełnym ponurych i poważnych… - Jar to, Jar tamto, Jar sramto… No wiem… Cenicie swój domek. I ja to szanuję. Ale… no ciężko by mi było tu z wami. Ale może by się wam jaka pomoc zdała nim stąd odejdziemy? Mój kowbojski druh, o ten tam, się coś interesuje jakimiś korytarzami. A młodego ciągnie do jakiejś strażnicy Czarnych. Cholera wie co z tego wszystkiego wyjdzie. Ale pewnie zanim stąd wyjedziemy to może uda mi się coś dla was ogarnąć z powierzchni?

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  1
                  • SWATS Niedostępny
                    SWATS Niedostępny
                    SWAT
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                    #10

                    Staruszka westchnęła cicho, bez urazy. Bardziej jak ktoś, kto słyszał już podobne słowa wiele razy. Zamieszała spokojnie w garnku.
                    — I dobrze, że ciężko by ci było — odpowiedziała spokojnie. — Jak komu tu za lekko, to znaczy, że jeszcze nie rozumie, czym Jar jest naprawdę.

                    Otarła dłonie o fartuch i spojrzała Wołowi prosto w twarz. Bez patosu. Bez tej „jarowej” gadki, której tak nie lubił.
                    — My nie chcemy, żeby wszyscy tu zostawali. Jar nie jest klatką ani przystankiem dla każdego. Jedni tu dochodzą do siebie, inni nabierają sił i jadą dalej. I to jest w porządku. - nachyliła się trochę bliżej.
                    — A pomoc… — uśmiechnęła się lekko. — Pomoc zawsze się przyda. Ale nie taka z wielkich słów. Tylko prosta. — podała mu stos misek. — To naczynia same się nie umyją.

                    Nie przerywając rozmowy, nalała kolejną miskę potrawy ubrudzonemu od smaru technikowi.
                    — Jak wrócicie cali, to też jest pomoc. Bo wtedy inni widzą, że da się tu wpaść, odpocząć i nie umrzeć. Ostatnio mieliśmy kilku uciekinierów z Brzasku. — urwała na chwilę, widząc Twoje spojrzenie i westchnęła.
                    — Osada rolnicza, parę dni drogi stąd. Pola na powierzchni, szklarnie z resztek szkła i plastiku. To oni karmią Fort Karmazyn. Nie koniecznie chcą, ale kiedy masz przystawiony pistolet do głowy nie wiele masz do gadania. Będziesz miał chwilę, to pomódl się za nich żeby przetrwali kolejną zimę.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • LynxL Niedostępny
                      LynxL Niedostępny
                      Lynx
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #11

                      Fruwacz jadł powoli, mechanicznie, jak ktoś, kto bardziej pilnuje otoczenia niż miski. Kiedy Liora zadeklarowała wsparcie, uniósł na nią wzrok tylko na chwilę, ale kiwnął głową z wyraźnym, cichym uznaniem.
                      *-Zapamiętam-*mruknął krótko.
                      ~Dobrze mieć kogoś, kto popilnuje pleców.~ dopowiedział w myślach.
                      Nie dodawał jednak nic więcej. Nie był od wielkich słów.
                      Po posiłku nie szukał rozmów. Ruszył ni sam ni za towarzyszami, niby bez celu, z rękami wsuniętymi w kieszenie kurtki. Spacerował wolno, chłonąc Jar jak zwiadowca, który jeszcze nie dostał rozkazu, ale już układa plan w głowie.
                      Minął parę miejscówek podsłuchując mieszkańców i zbierając informację . Zauważył, że paleniska są rozstawione tak, by dym naturalnie ciągnęło ku szczelinom pod sklepieniem, a wszystko wydaje się być rozstawione całkiem zmyślnie ogarnięte. Ktoś wiedział, co robi.
                      Zatrzymał się na moment, rozglądając się. Wartownicy zmieniali się bez zbędnych gestów. Jeden schodził, drugi już był na miejscu. Dyscyplina bez krzyków. Zanotował to w pamięci.
                      Zlokalizował chyba nawet zbrojownię. Zerknął tylko przelotnie w jej kierunku tęsknie wspominając ciężar broni. Widział jednak od razu, że lepiej nie ryzykować.
                      Idąc, słuchał też swoich ludzi.
                      Gdzieś z tyłu niósł się tubalny głos Woła i stuk naczyń najwyraźniej wielkolud faktycznie został zaprzęgnięty do roboty. Fruwacz parsknął pod nosem.
                      ~ On zawsze jakby był u siebie.~ dodał w myślach. Trochę jednak zazdroszczące łatwości w nawiązywaniu kontaktów.
                      Z drugiej strony słyszał Noę, który rozmawiał o korytarzu D-14. Słowa o zagubieniu, o ludziach, którzy nie chcieli wracać, utkwiły mu w głowie jak drzazga. Zanotował nazwę. Korytarze. Możliwe zagrożenie. Możliwa droga ku wolności. Albo pułapka.
                      Krążył jeszcze chwilę, obserwując układ pomostów, liny transportowe, miejsca gdzie woda ściekała do zbiorników. Liczył odległości, kąty ostrzału, potencjalne drogi ucieczki
                      W końcu oparł się o jedną ze skał krzyżując ramiona.
                      Czekał.
                      Na pozwolenie.
                      Na misję.
                      Na moment, w którym znów będzie mógł ruszyć tropem Czarnej Dywizji.
                      I tylko, niemal bezgłośnie, mruczał coś pod nosem. Niezadowolony z swej bezsilności.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      1
                      • NanatarN Niedostępny
                        NanatarN Niedostępny
                        Nanatar
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #12

                        Wiedział Noa tyle o zachowaniach socjalnych, że warto dać się ludziom wygadać ile chcą, ale za język nikt nie lubi być ciągniętym. Usłyszał zresztą dość by się sprawą zainteresować. Bo dawne rządowe obiekty i ich tajne projekty kusiły możliwościami, kusiły wiedzą i artefaktami.

                        Podziękował, rację przyznał, strach odegrał i udał się na poszukiwania Agi. Uwagę zwrócił mężczyzna, który w niewielkiej kawernie ozdobionej celowo obiektami sakralnymi, tłumaczył coś grupce młodzieży. Osobiście znalazłby im lepsze zajęcie niż wysłuchiwanie kazań moralnych, ale ani był u siebie, ani dobrze znał zwyczaje Jaru. Totez przystanął tylko i podsłuchał, co raz się oglądając, czy gdzieś nie zobaczy Liory, czy tez samej Agi.

                        Skoro się z pomocą zdeklarował, zadania podjął, pragnął, by jak najszybciej już się do owego zabrać.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        2
                        Odpowiedz
                        • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                        Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                        • Najpierw najstarsze
                        • Najpierw najnowsze
                        • Najwięcej głosów


                        • Zaloguj się

                        • Nie masz konta? Zarejestruj się

                        • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                        Powered by NodeBB Contributors
                        • Pierwszy post
                          Ostatni post
                        0
                        • Kategorie
                        • Ostatnie
                        • Tagi
                        • Popularne
                        • Świat
                        • Użytkownicy
                        • Grupy