Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
[Autorski storytelling] Ropa i krew
-
Fruwacz siedział oparty plecami o chłodną skałę, z karabinem opartym o kolano, choć dobrze wiedział, że w Wolnym Jarze nikt nie spróbuje im poderżnąć gardeł o świcie. I właśnie to go uwierało.
Bezpiecznie.
Za bezpiecznie.
Jar oddychał spokojem, któremu nie ufał. To sprawiło, że sen był płytki i rwany obrazami.
Gaspar.
Krew.
Wilczy pysk.
Strzał.
Otworzył oczy, gdy Jar już żył. Zobaczył dzieciaka z piłką. Zobaczył kobiety niosące wodę. Mężczyzn, którzy nie trzymali dłoni blisko spustu. I coś mu się w środku skręciło. Nie z zazdrości. Z nieufności.
Posłuchał się równie budzących się towarzyszy.
-Jar jest miły- dodał na koniec ich wypowiedzi.
Spojrzał na Woła, potem na Noa, na Liorę. Na ludzi, którzy jeszcze nie nauczyli się, że spokój to rzecz tymczasowa.
-Możemy tu posiedzieć. Dzień, dwa. Zjeść zupę. Pozachwycać się, że dzieci się śmieją, oraz nikt do nas nie mierzy z broni. – zakończył wzruszeniem ramion.
– Ale jeśli chcemy tu zostać w spokoju… albo żeby oni tu zostali w spokoju… to i tak Czarnych trzeba się pozbyć.
Nie podnosił głosu. Nie musiał.
– Czarna Dywizja nie zostawia takich miejsc w spokoju, a już i tak kręcą się blisko. Możemy się rozejrzeć. Nie zmieni to jednak faktu, że jak chcecie tu zostać to musimy najpierw zapracować na szacunek miejscowych. -
Fruwacz zorientował się dopiero po tym jak przetarł zaspane oczy i się przeciągnął, że jego „karabin”, który jeszcze chwilę temu trzymał instynktownie przy kolanie był tylko kijem od szczotki. Ot, kawałek drewna, który wziął odruchowo, bo ręce szukały broni. Prawdziwej broni nikt wam jeszcze nie oddał. I wy też po nią jeszcze nie poszliście.
Prowadzeni zapachem zupy trafiliście do prowizorycznej stołówki, szerokiej wnęki jaskini, gdzie wzdłuż ścian stały długie, zbite z desek stoły. Nad nimi wisiały lampy naftowe i kilka prowizorycznych żarówek, zasilanych z czegoś, co wyraźnie miało lepsze dni.
Za wielkim, osmalonym kotłem krzątała się staruszka o twarzy pooranej zmarszczkami jak wyschnięta ziemia. Uśmiechała się do każdego, jakby widziała w nim kogoś dawno niewidzianego. Nabierała zupę chochlą z wprawą kogoś, kto robi to od lat.
— Proszę, kochani, jedzcie, póki ciepłe — powiedziała, nalewając wam solidne porcje. — Dziś dobra. Z kóz górskich. Nasi chłopcy wczoraj jedną upolowali. No i grzyby jaskiniowe, takie białe, miękkie… Nie bójcie się, jak się je dobrze wygotuje, to nawet nie zabijają. — mrugnęła porozumiewawczo.
Zupa pachniała tłusto i sycąco. Po raz pierwszy od dawna czymś więcej niż sucharami i konserwą. Przy sąsiednim stole kilku ludzi rozmawiało półgłosem, ale w jaskini dźwięk niósł się mimowolnie.
— Mówię ci, znowu ktoś nie wrócił z korytarza D-14…
— A nie mówiłem? Czort wie, jakie tam licho siedzi.
— Dawno ten tunel powinni podsadzić. Po co nam taka dziura w ziemi?
— Popiół mówił, żeby jeszcze poczekać… Ale ile można czekać?
Gdzieś dalej, bliżej jednej ze ścian, zbierała się grupka ludzi. Rozstawiali prowizoryczne ławy, ktoś rozwieszał kawałek płótna z jakimś prostym symbolem. Ojciec Ewald, zwany Popiołem, stał z boku, rozmawiając cicho z kilkoma osobami. Poranna msza miała się zacząć niedługo, bez dzwonów, bez patosu. Po prostu ciszą.
Z drugiej strony jaskini słychać było zupełnie inny dźwięk: metal o metal, warkot i głośne przekleństwa. Hanka „Ember” wraz z kilkoma technikami klęczała przy starym generatorze diesla. Silnik był rozbebeszony, ręce mieli czarne od smaru.
— Ja pierdolę, kto to tak składał?! — wydarła się Hanka. — To nie jest filtr, to jest prowokacja!
— Działał wczoraj…
— Wczoraj to ja byłam młodsza! Podaj klucz, ten większy!Jar był bezpieczny. Ale nie dlatego, że pozwalano tu chodzić z giwerą. Liora usiadła obok Noa z miską zupy w dłoniach. Zjadła kilka łyżek w ciszy, po czym spojrzała na niego bokiem.
— Hej… — odezwała się cicho. — Jakbyś jednak szedł sprawdzić ten punkt obserwacyjny. To idę z tobą. - wzruszyła ramionami. — Nie widzi mi się siedzenie całe życie pod skalnym sufitem. Nawet jeśli tu jest… Spokojnie.
Przed wami był dzień. Jar niczego nie wymagał. Droga jeszcze milczała.
-
Całe to błogie ciepło, zakopcenie całe, uśmiech kobiety, wszystko go to rozleniwiło, poddawał się temu chętnie, rozpływał się, słuchał leniwie, jak plotek w rodzinie. Na słowa Liory, spokojnie, jak przystało na różnicę wieku nabrał trzy łyżki zupy i rozkoszował się ciepłą strawą. Strawą robioną z sercem. To było podwójne zaspokojenie, głodu brzucha i ducha. Wreszcie odwrócił się do już zniecierpliwionej młodej kobiety, uśmiechnął spod zarostu.
-Idziesz z tyłu nie chojrakujesz. Bardzo mi miło. Jedz, nie wiadomo kiedy znów trafi się nam taki serwis.Znów z lubością smakował prostą nalewkę. Poszedł nawet po dokładkę i podziękował kobiecie nazywając ją matką. Noa był kiepskim kucharzem i ludzi posiadających tę sztukę bardzo poważał. Kiedyś pewien mocodawca powiedział mu, że kulinaria wyznaczają pozycję człowieka w świecie, czynią go oświeconym, lub barbarzyńcą. Cohen miał wrażenie, że sprawa nie jest tak prosta i jednoznaczna, niemniej lubił dobrze zjeść. Podobnie jak Wól, ten również przyszedł po dokładkę.
Wrócili z drugą porcją, kiedy Liora kończyła posiłek.
-Proszę znajdź Agę i przekaż jej, że proszę by znalazła dla mnie chwilę - poprosił Liorę testując jej lojalność i determinację. Jednocześnie pozwalając odegrać w zwiadzie już konkretną rolę. Oznaczało to przyjęcie do paczki zwiadowczej i pewną konfidencję.
-To co? Pogadamy z nimi. - rzucił do Fruwacza i Woła. - Sprawdził byś Fruwacz może ten filtr, to ci głupie myśli ze łba wybije, a Wól zapewne rozkocha w sobie miejscową karczmarkę. - rzucił spojrzeniem na starszą kobietę przy kuchni. Roześmiał się, choć żart nie był jakiś przedni, to przynajmniej był. Tak budowało się relacje, tak szukał rodziny. - wybaczycie.Podszedł z niedojedzoną zupą do grupy rozprawiającej o tajemniczych korytarzach.
-A D14, raczej nie licho.
-Co?
-Nie ma stworzenia i zjawiska licho. Jestem Noa, Pokażcie gdzie ten korytarz. I dawajcie te straszne historie.Miał nadzieję Cohen, że sobie naniesie na topografię korytarze D14, kiedy już wyjdzie z kompleksu i spojrzy na niego z góry.
-
Przy stoliku siedziało trzech mężczyzn.
Jeden starszy, siwy, wychudzony, twarz miał pooraną zmarszczkami jak ściana jaskini. Ręce grube, spracowane, palce powykręcane od lat pracy z kilofem. Drugi był młodszy, na oko dwudziestokilkuletni, nerwowy, nie potrafił usiedzieć spokojnie. Brud pod paznokciami, oczy podkrążone od niewyspania. Trzeci był chudym mechanikiem w okularach z porysowanymi szkłami, z palcami poplamionymi kredą i smarem.Zapadła chwila ciszy. Młodszy prychnął nerwowo.
— Ty tak serio?
— To oni. Ci złapani przy trasie — rzucił mechanik.
Starszy odstawił miskę. Powoli. Jakby zastanawiał się, czy w ogóle warto zaczynać.
— Serio było wtedy, kiedy pierwszy raz ktoś nie wrócił — powiedział w końcu. — Potem było już tylko… głupio.
— Głupio? — zapytał strażnik Jaru ze stolika obok, który podłapał temat.
— Bo nikt tam nie ginął jak w bajkach — wtrącił młodszy. — Żadnych krzyków. Żadnej krwi. Wchodzili i… nie wychodzili.
Starszy skinął głową.
— D-14 to stary korytarz techniczny. Przedwojenny. Głęboki. Suchy. Bez zawałów. Idealny do roboty. — Prychnął gorzko. — Za idealny.
— Co znaczy „za idealny”? — dopytał strażnik spokojnie.
— Że idziesz i masz wrażenie, że wszystko się zgadza. — Starszy potarł dłonie. — Kroki się liczą. Echo wraca. Lampy świecą. Tylko… po jakimś czasie przestajesz wiedzieć, czy idziesz do przodu, czy w kółko. A powrotu nie ma.
Młodszy przełknął ślinę.
— Mój brat tam poszedł. Zostawił kilof przy ścianie. Jakby uznał, że już mu niepotrzebny. — wyszeptał. — Znaleźliśmy go trzy dni później. Siedział pod ścianą. Jeszcze żywy. Uśmiechnięty. Nie chciał wracać. Zabraliśmy go siłą. Dzień później podciął sobie żyły.
Strażnik nie drgnął.
— A Bran? — zapytał po chwili. — On tam był.
Starszy spojrzał na niego uważnie.
— Był. I wrócił tylko dlatego, że zrobił coś, czego normalny człowiek by nie zrobił.
— Co? — padło pytanie od drugiej strony stołu, od mechanika.
Starszy zawahał się, po czym odpowiedział:
— Zrobił sobie krzywdę. Poważną. Żeby poczuć, że jeszcze jest sobą. — westchnął. — Powiedział potem, że korytarz go „zapraszał”. Nie groził. Nie straszył. Po prostu obiecywał spokój.
Młodszy dodał cicho:
— Dlatego nikt tam już nie chodzi. Bo to nie miejsce, które zabija. To miejsce, które mówi: zostań. I ludzie zostają. Umierają z głodu, z pragnienia albo z wycieńczenia, błądząc w kółko.
Mechanik odstawił miskę.
— Musisz wiedzieć… — zwrócił się do Noa, przecierając brudnym od smaru palcem okulary. — Wolny Jar to system jaskiń krasowych, szczelin i podziemnych cieków wodnych, połączony z państwowym kompleksem wydobywczo-technicznym. Ale… — zawahał się. — Pierwsi, którzy zaczęli eksplorować ten system, znajdowali dużo rządowej i wojskowej dokumentacji. Co może znaczyć, że było tu coś jeszcze. Ta rozległa komora, którą widzicie… to zaledwie ułamek całego kompleksu. -
Wół
- Jabłko tym słodsze im bardziej pomarszczone co Noa? - odpalił Wół, po czym mrugnął do kowboja i zarechotał jak kozioł, z którego zrobiona była polewka.
Zjadłszy jednak swoją porcję z apetytem i smakiem, wstał, przeciągnął się głośno głaszcząc się po brzuchu i podszedł do kucharki.
- Nooo mamciu… to naprawdę świetna zupa. Koziołek, grzybki… Ale to nie wszystko. Znam się ja na dobrym jedzonku i tutaj znać, że w kociołku nie byle jaka chochelka ważyła. Powiedzcie… jak dajecie radę dla takiej masy luda żarełka narobić?Staruszka uniosła wzrok znad kotła, zmrużyła oczy i przez chwilę mierzyła Woła spojrzeniem, jakby ważyła, czy mówić prawdę, czy wersję „dla obcych”. W końcu parsknęła cicho.
- A bo widzisz, synku… - zaczęła, opierając chochlę o krawędź kotła. - Tu się nie gotuje na zapas marzeń, tylko na zapas rozsądku.
Nachyliła się bliżej, jakby zdradzała sekret, choć mówiła dość głośno, by usłyszeli i inni. - Kozy z gór dają mięso, mleko i skóry. Grzyby rosną same, jak się wie gdzie patrzeć. Woda jest, tylko trzeba ją pilnować, żeby nie zgniła. A jak czegoś braknie…- wzruszyła ramionami - …to się gotuje rzadziej, ale mądrzej.
Uśmiechnęła się krzywo.
- Nikt tu nie je do syta codziennie. Ale nikt też nie głoduje. Jedni polują, drudzy zbierają, trzeci pilnują, żeby nikt nie brał więcej, niż mu trzeba. - stuknęła chochlą w kocioł. - A ja pilnuję, żeby z tego wszystkiego wyszło coś, co da się nazwać zupą.
Spojrzała Wołowi prosto w oczy.
- Wolny Jar żyje, bo każdy dokłada do garnka. Nawet jak wrzuca tylko ciszę i nie robi kłopotów. Po czym nalała kolejną porcję komuś z kolejki i mruknęła już bardziej do siebie:
- A jak ktoś przestaje dokładać… to Jar to czuje. I długo tu nie zostaje.- Taaaa… trochę już się tego nasłuchałem - odparł Wół z niesmakiem. Nie umiał nic na to poradzić, ale nieswój się czuł z tym pełnym ponurych i poważnych… - Jar to, Jar tamto, Jar sramto… No wiem… Cenicie swój domek. I ja to szanuję. Ale… no ciężko by mi było tu z wami. Ale może by się wam jaka pomoc zdała nim stąd odejdziemy? Mój kowbojski druh, o ten tam, się coś interesuje jakimiś korytarzami. A młodego ciągnie do jakiejś strażnicy Czarnych. Cholera wie co z tego wszystkiego wyjdzie. Ale pewnie zanim stąd wyjedziemy to może uda mi się coś dla was ogarnąć z powierzchni?
-
Staruszka westchnęła cicho, bez urazy. Bardziej jak ktoś, kto słyszał już podobne słowa wiele razy. Zamieszała spokojnie w garnku.
— I dobrze, że ciężko by ci było — odpowiedziała spokojnie. — Jak komu tu za lekko, to znaczy, że jeszcze nie rozumie, czym Jar jest naprawdę.Otarła dłonie o fartuch i spojrzała Wołowi prosto w twarz. Bez patosu. Bez tej „jarowej” gadki, której tak nie lubił.
— My nie chcemy, żeby wszyscy tu zostawali. Jar nie jest klatką ani przystankiem dla każdego. Jedni tu dochodzą do siebie, inni nabierają sił i jadą dalej. I to jest w porządku. - nachyliła się trochę bliżej.
— A pomoc… — uśmiechnęła się lekko. — Pomoc zawsze się przyda. Ale nie taka z wielkich słów. Tylko prosta. — podała mu stos misek. — To naczynia same się nie umyją.Nie przerywając rozmowy, nalała kolejną miskę potrawy ubrudzonemu od smaru technikowi.
— Jak wrócicie cali, to też jest pomoc. Bo wtedy inni widzą, że da się tu wpaść, odpocząć i nie umrzeć. Ostatnio mieliśmy kilku uciekinierów z Brzasku. — urwała na chwilę, widząc Twoje spojrzenie i westchnęła.
— Osada rolnicza, parę dni drogi stąd. Pola na powierzchni, szklarnie z resztek szkła i plastiku. To oni karmią Fort Karmazyn. Nie koniecznie chcą, ale kiedy masz przystawiony pistolet do głowy nie wiele masz do gadania. Będziesz miał chwilę, to pomódl się za nich żeby przetrwali kolejną zimę. -
Fruwacz jadł powoli, mechanicznie, jak ktoś, kto bardziej pilnuje otoczenia niż miski. Kiedy Liora zadeklarowała wsparcie, uniósł na nią wzrok tylko na chwilę, ale kiwnął głową z wyraźnym, cichym uznaniem.
*-Zapamiętam-*mruknął krótko.
~Dobrze mieć kogoś, kto popilnuje pleców.~ dopowiedział w myślach.
Nie dodawał jednak nic więcej. Nie był od wielkich słów.
Po posiłku nie szukał rozmów. Ruszył ni sam ni za towarzyszami, niby bez celu, z rękami wsuniętymi w kieszenie kurtki. Spacerował wolno, chłonąc Jar jak zwiadowca, który jeszcze nie dostał rozkazu, ale już układa plan w głowie.
Minął parę miejscówek podsłuchując mieszkańców i zbierając informację . Zauważył, że paleniska są rozstawione tak, by dym naturalnie ciągnęło ku szczelinom pod sklepieniem, a wszystko wydaje się być rozstawione całkiem zmyślnie ogarnięte. Ktoś wiedział, co robi.
Zatrzymał się na moment, rozglądając się. Wartownicy zmieniali się bez zbędnych gestów. Jeden schodził, drugi już był na miejscu. Dyscyplina bez krzyków. Zanotował to w pamięci.
Zlokalizował chyba nawet zbrojownię. Zerknął tylko przelotnie w jej kierunku tęsknie wspominając ciężar broni. Widział jednak od razu, że lepiej nie ryzykować.
Idąc, słuchał też swoich ludzi.
Gdzieś z tyłu niósł się tubalny głos Woła i stuk naczyń najwyraźniej wielkolud faktycznie został zaprzęgnięty do roboty. Fruwacz parsknął pod nosem.
~ On zawsze jakby był u siebie.~ dodał w myślach. Trochę jednak zazdroszczące łatwości w nawiązywaniu kontaktów.
Z drugiej strony słyszał Noę, który rozmawiał o korytarzu D-14. Słowa o zagubieniu, o ludziach, którzy nie chcieli wracać, utkwiły mu w głowie jak drzazga. Zanotował nazwę. Korytarze. Możliwe zagrożenie. Możliwa droga ku wolności. Albo pułapka.
Krążył jeszcze chwilę, obserwując układ pomostów, liny transportowe, miejsca gdzie woda ściekała do zbiorników. Liczył odległości, kąty ostrzału, potencjalne drogi ucieczki
W końcu oparł się o jedną ze skał krzyżując ramiona.
Czekał.
Na pozwolenie.
Na misję.
Na moment, w którym znów będzie mógł ruszyć tropem Czarnej Dywizji.
I tylko, niemal bezgłośnie, mruczał coś pod nosem. Niezadowolony z swej bezsilności. -
Wiedział Noa tyle o zachowaniach socjalnych, że warto dać się ludziom wygadać ile chcą, ale za język nikt nie lubi być ciągniętym. Usłyszał zresztą dość by się sprawą zainteresować. Bo dawne rządowe obiekty i ich tajne projekty kusiły możliwościami, kusiły wiedzą i artefaktami.
Podziękował, rację przyznał, strach odegrał i udał się na poszukiwania Agi. Uwagę zwrócił mężczyzna, który w niewielkiej kawernie ozdobionej celowo obiektami sakralnymi, tłumaczył coś grupce młodzieży. Osobiście znalazłby im lepsze zajęcie niż wysłuchiwanie kazań moralnych, ale ani był u siebie, ani dobrze znał zwyczaje Jaru. Totez przystanął tylko i podsłuchał, co raz się oglądając, czy gdzieś nie zobaczy Liory, czy tez samej Agi.
Skoro się z pomocą zdeklarował, zadania podjął, pragnął, by jak najszybciej już się do owego zabrać.
-
Jar żył swoim powolnym, podziemnym rytmem. Nie było tu dnia ani nocy, tylko zmiany ognia w paleniskach, kolejki do wody i ciche sygnały ludzi, którzy nauczyli się istnieć bez nieba.
Wół — przy palenisku
Stosy misek malały powoli, choć wydawało się, że ktoś ciągle dokłada nowe. Wół pracował ciężko, ale z tym swoim upartym luzem, który nie pozwalał traktować roboty jak kary.Staruszka przy kotle prychnęła pod nosem, gdy rzucił kolejnym żartem, ale kąciki jej ust drgnęły.
— Jak tak dalej będziesz gadał, wielkoludzie, to jeszcze ktoś pomyśli, że ci tu dobrze — mruknęła, podając mu kolejną porcję naczyń.
Ktoś w kolejce parsknął śmiechem. Ktoś inny rzucił krótkie „dzięki” za czystą miskę. Nic wielkiego. Ale Jar zapamiętywał takie rzeczy.Fruwacz — między pomostami
Pomost skrzypiał cicho pod butami wartownika, który minął Fruwacza bez słowa. Nie było w tym ignorowania, raczej milczące uznanie obecności.
Z góry kapała woda, gdzieś dalej lina transportowa poruszała się z miękkim szelestem. Wszystko działało, jak powinno. Nie perfekcyjnie. Ale wystarczająco, by przetrwać.Fruwacz czuł napięcie pod skórą. Jar był bezpieczny, ale bezpieczeństwo nie oznaczało ruchu. A on potrzebował ruchu. Gdzieś z niższych poziomów dobiegł krótki gwizd, sygnał zmiany warty. Krótki, konkretny. Jak w miejscu, które nie może sobie pozwolić na chaos.
Noa i Liora — przy kanałach stacji pomp
Liora znalazła Agę tam, gdzie spodziewała się ją znaleźć: w betonowej chacie, przy prowizorycznym stole zasłanym mapami, kawałkami kredy i drobnymi znacznikami zrobionymi z kapsli i śrub.
Aga „Szelest” podniosła wzrok, zanim jeszcze Liora zdążyła się odezwać.
— Wiedziałam, że przyjdziesz — rzuciła spokojnie. — Pytanie było tylko: sama czy z kimś.
Chwilę później, po krótkiej rozmowie, Liora przyprowadziła Noa któremu przeszkodziła w spacerze.
— Aga czeka. – rzuciła tylko.
Chwilę później Aga mierzyła Noa spojrzeniem, które nie było ani wrogie, ani ciepłe. Raczej dokładne.
— Liora mówi, że interesuje was punkt obserwacyjny. — sięgnęła po jeden z kapsli i przesunęła go po mapie. — Stara strażnica. Przed upadkiem używana przez strażników parku, potem używana przez różnych… Aż w końcu przez nas.Zatrzymała kapsel na skrzyżowaniu cienkich linii.
— Jar potrzebuje wiedzieć, dlaczego nasi zamilkli. Kto tam teraz zajrzał. Szlaki się zmieniają. Ludzie też. A my wolimy nie dowiadywać się o problemach, kiedy stoją już przy wejściu.
Spojrzała na Noa, potem na Liorę.
— To nie jest wyprawa w nieznane. Droga istnieje. Ryzyko też. Ale nie szukamy bohaterów. Tylko oczu i rozsądku.
Zza jednego z filarów wyszedł szczupły mężczyzna o ciemnych włosach i spojrzeniu kogoś, kto przywykł patrzeć dalej niż inni. Na jednym ramieniu miał przewieszoną lekką torbę, na drugim dubeltówkę, a przy pasie krótki nóż i lornetkę z porysowanymi szkłami.
Aga skinęła w jego stronę.
— Corley. Zna te góry bardzo dobrze, drogi i wszystkie miejsca, w których można zniknąć, gdy coś pójdzie źle.
Mężczyzna przywitał się krótkim kiwnięciem głowy.
— Zaprowadzę was tak daleko, jak się tylko da. — powiedział spokojnie. — Ja tylko doprowadzam ludzi tam, gdzie kończy się mapa, a zaczyna decyzja. Umiem zrobić użytek ze starej Dory – tu poklepał dubeltówkę. – ale komandos ze mnie żaden.
Aga złożyła ręce na piersi.
— Jak chcecie iść, ruszacie jeszcze dziś. Im szybciej się dowiemy co się stało z naszymi, tym spokojniej Jar będzie spał.Liora pochyliła się nad mapą, przez chwilę w milczeniu śledząc linię prowadzącą do wieży. Na jej twarzy widać było skupienie i doświadczenie, jakie wpoiły jej Srebrne Włócznie.
— Kiedy ostatni raz mieliście z nimi kontakt? — zapytała w końcu spokojnie. — I ilu ludzi tam było?
Aga nie odrywała wzroku od kapsla oznaczającego strażnicę.
— Tydzień temu. Ośmiu. Dwie trzyosobowe wachty i dwóch kurierów między wieżą a Jarem. Meldunki szły normalnie… Aż przestały.
Liora skinęła lekko głową.
— Nagłe urwanie czy coś wcześniej zaczęło się psuć?
— Nagłe. — odparła Aga. — Żadnych sygnałów ostrzegawczych.
Liora przesunęła palcem po bocznej ścieżce.
— Ktoś kręcił się w okolicy? Nomadzi, Włócznie, Dywizja?
— Nie mamy raportów. — Aga pokręciła głową. — Cisza z wieży była pierwszym znakiem, że coś jest nie tak.
— Co dokładnie zostało w samej strażnicy? — dopytała Liora. — Punkt obserwacyjny, zapasy, radio? Jaki był jej cel?
— Wieża i zaplecze. Głównie obserwacja. Teraz, gdy las padł, widok na szlaki jest świetny. To nasze oczy. System wczesnego ostrzegania.
Liora zerknęła na Corleya.
— A droga?
Corley wzruszył ramionami.
— Góry. Śnieg w zacienionych miejscach, luźny kamień. Czasem drobne mutanty, ale bardziej straszą niż atakują.
Liora wróciła spojrzeniem do Agi.
— Co ty myślisz, że się tam stało?
Aga zawahała się.
— Jeśli mam zgadywać… Dywizja albo bandyci. Może jacyś dezerterzy od czarnych. Włócznie i nomadzi nie zapuszczają się w tamte strony. Dlatego ta cisza jest dziwna.
— Jeśli znajdziemy ślady, że ktoś tam był i odszedł… — dodała Liora spokojniej — …co jest ważniejsze: trop czy informacja?
— Informacja. — odpowiedziała Aga bez wahania. — Jar musi wiedzieć. Reszta zależy od sytuacji i waszej oceny.
Corley kiwnął głową.
— Najpierw zobaczmy wieżę z bezpiecznej odległości. Potem zdecydujemy, co dalej. -
Pomost zatrzeszczał pod ciężarem kolejnego wartownika. Zmiana warty nastąpiła płynnie. Strażnik, z karabinkiem z rodziny AR przeszedł obok Fruwacza nie zwracając na niego uwagi, ale po chwili zawrócił w jego stronę. Kurtka, twarz nijaka. Młodziak szybko skojarzył postać z kolesiem, który za plecami Agi nagrywał przesłuchanie. Domniemany kret.
Nie patrzył na Fruwacza, kiedy zaczynał mówić:
— Ciężko się oddycha pod ziemią, co?
Chwila ciszy.
— Nie wyglądasz na takiego, co zapuści korzenie w jaskini. Wydajesz mi się osobą która potrzebuje pofruwać na wolności. – odwrócił się powoli. - Widziałem, jak patrzysz na wyjście. Nie na ludzi. Na wyjście.
Nie uśmiechał się.
— Zemsta to nie modlitwa. Trzeba wiedzieć, gdzie uderzyć.
Z wewnętrznej kieszenie kurtki wyciągnął coś, mały i płaski przedmiot wielkości paznokcia, nie broń. Karta pamięci.
— Na południe od masywu, kilka kilometrów wzdłuż wyschniętej rzeki znajdziesz tych, których szukasz. Trasa, którą oni omijają. – wykonał gest głową, wskazując Jar.
Kret zatrzymał wzrok na Fruwaczu. Kontynuował ciszej, obserwując dokładnie twarz Młodego nomada.
— Ja tu siedzę kilka lat. Ktoś musi. Ty możesz odejść w każdej chwili. - krótka pauza. — Tylko pamiętaj. Nikt ci nie uwierzy, jeśli powiesz, że ci to dałem. Jestem tu dłużej, niż pamiętają niektórzy z tych, co teraz rządzą.
Zrobił krok bliżej, oparł się o balustradę. Wyciągnął paczkę papierosków samoróbek, i odpalił jednego, w geście poczęstunku wyciągnął też paczkę w stronę Fruwacza.
— Dywizja to nie potwory. To ludzie. A ludzie rozumieją wartość informacji. Możesz ich nienawidzić… albo możesz ich zaskoczyć.Nie oddał od razu karty pamięci. Czekał na reakcję Nomada.
Fruwacz nawet nie drgnął, kiedy tamten się zbliżył.
Spojrzał najpierw na papierosa, potem na dłoń z kartą pamięci. Na końcu w oczy wartownika.
-Nie palę- powiedział spokojnie.
Kącik jego ust drgnął minimalnie.
-Jerycho i Gaspar zawsze powtarzali, że jak będę palił, to nie urosnę.-Wzruszył lekko ramionami.
A poza tym palacza czuć z daleka. W nocy. Na śniegu. W wietrze.,
W myślach dopowiedział sobie coś, czego już nie wypowiedział na głos.
Dywizja rozdaje fajki małolatowi. Pewnie tak rekrutują.
Kolejny szczegół do obrazu potwora.
Nie okazał jednak obrzydzenia. Ani moralnego oburzenia. Tego typu rzeczy zostawia się dla siebie.
Wzrok wrócił na kartę pamięci.
-Kilka kilometrów na południe. Wzdłuż suchej rzeki.- Powtórzył, jakby smakował informację.
Zawiesił spojrzenie na wejściu do Jaru, potem znów na wartowniku.
-Dlaczego mi to dajesz?
Podstawa polowania to zbliżyć się i uśpić czujność ofiary.
-Mogę pomóc, ale dlaczego Ja ?
Strażnik nie od razu odpowiedział.
Przez chwilę przyglądał się Fruwaczowi w milczeniu. Pomost pod nimi cicho skrzypiał, gdzieś w dole ktoś się zaśmiał, ktoś inny przeciągnął linę z koszem wody. Jar żył swoim rytmem.
— Bo nie jesteś ich człowiekiem — powiedział w końcu spokojnie. — Ani Jaru. Ani Dywizji.
Uniósł lekko kartę pamięci między palcami.
— Myślisz, że chodzi o nich? — skinął głową w stronę Głównej Sali. — Albo o Czarnych?
Pokręcił głową.
— Chodzi o równowagę.
Zrobił pół kroku bliżej, ale nie w sposób agresywny. Raczej jak ktoś, kto mówi rzecz ważną i nie chce, żeby zgubiła się w pogłosie jaskini.
— Ostatni Przyczółek. Słyszałeś nazwę - nie było to pytanie. — Bartho lubi wiedzieć, co rośnie w okolicy. Co gnije. Co może się stać problemem. Jar jest młody. Izolowany. Jeszcze nie wie, kim chce być.
Wzrok strażnika nie drgnął.
— Ta karta nie jest dla Dywizji. — powiedział wyraźnie. — Jest dla Przyczółku.
Krótka pauza.
— Strażnicy Stołu nie słuchają każdego. Ale jeśli przyjdziesz sam. Bez drużyny. Bez sztandaru. Bez deklaracji… Zostaniesz wysłuchany.
Uniósł kartę nieco wyżej.
— Ty możesz tam wejść jako nikt. To największa siła, jaką teraz masz – ciszej. - Nie wysyłam cię jako posłańca Jaru. Ani jako szpiega. Wysyłam cię jako człowieka, który chce wiedzieć więcej, niż mu mówią.
Spojrzał na wyjście z jaskini.
— Chcesz zniszczyć Dywizję? To hydra. Na miejsce jednej głowy wyrośnie kolejna, jeszcze straszniejsza. Musisz wiedzieć gdzie uderzyć, gdzie zaboli najbardziej. Żeby opuścili gardę.
Dłoń z kartą zawisła między nimi.
— Weź. Oddasz to Bartho. Nic nie tłumacz. Strażnicy wiedzą, co z tym zrobić. - lekko zmrużył oczy. — Albo wyrzuć w przepaść i zapomnij, że mnie widziałeś. Ja tu byłem długo przed tobą. I będę długo po tobie.
Nie naciskał.
Czekał.
Hydra
Jeśli odetniesz głowę w złym miejscu, tylko ją wzmocnisz.
To brzmiało jak coś, co powiedziałby Jerycho, gdyby jeszcze żył.
-Nie chcę.
Krótka pauza.
-Ale Chcę wiedzieć.
Wyciągnął rękę i tym razem nie wahał się. Karta pamięci zniknęła w jego dłoni, potem w wewnętrznej kieszeni kurtki. Blisko serca. Nie symbolicznie. Praktycznie.Po całym spotakniu zastanawiał sie trochę jak się do tego zabrać. Stwierdził jednak, że wypada wdrożyć pozostałych w sprawę. Był gotów zaryzykować, ale zawsze lepiej mieć jakieś plecy w razie czego. Tak więc wyruszył po broń i w poszukiwaniu swych towarzyszy drogi. Liczył jednak, że zgodzą się na jego samotną infiltracje dywizji.
-
Choć kazanie wielebnego wciągało swoją żarliwością, a jednocześnie pragmatyzmem, przepisem jak przeżyć i nie zgnić moralnie w niepewnych czasach, Noa z zadowoleniem przywitał Liorę ciągnącą go za rękaw. Potrzebował działania, potrzebował przestrzeni, zapachu igliwia i szumu wiatru. Dobrze mu było w Jarze, ale nie było to jego miejsce, prawda, że go oczarowały legendy starych korytarzy, może jeszcze do nich wróci zanim opuści nory na dobre.
Kiedy tylko zobaczył mapę na stole u Agi Szelest twarz mu nabrała rumieńców jak u nastolatka wgapiającego się przez dziurę w deskach w łaźnię dla kobiet. Cohen lubił konkrety, a mapa była taką właśnie rzeczą.
Czujne oczy śledziły każdy przesuwany po niej kapsel, każdy ruch palca. Tylko mu się lewy kącik ust podnosił kiedy dziewczyna zadawała pytania. Jednocześnie zaczął zdawać sobie sprawę, że smarkule polubił. Nie byłoby w tym nic złego, tyle, że czym ją bardziej lubił tym bardziej się martwił. Z dwojga lepiej było mieć na nią oko niż powierzać nieznajomym z Jaru.
Tak z zachwytu przeszedł do czujności, uważnie zlustrował pomieszczenie. Znów nachylił się nad mapą.
-Ile czasu zajmie droga? Co ile powinny nadchodzić meldunki? Kurierzy? Radio? Dwie drogi komunikacji? Rozumiem, że cisza radiowa nastała tydzień temu. - poprawił kapelusz, wyprostował się podnosząc wzrok na rozmówców - Faktycznie nie wygląda to kolorowo. Wessało ośmiu chłopa. Drogi tam dostępne dla pojazdów lub konia? Dostaniemy ciepłe ubrania i amunicję? Lornetkę?
-Tak, chcemy wyruszyć jeszcze dziś, ale proszę nie robić z tego fety ni rabanu. Lepiej po cichu.Raz jeszcze nachylił się nad mapą tym razem szukając okolic gdzie powinny znajdować się widmowe korytarze wysysające umysł.
-
Wół i Fruwacz
W kuchni wciąż panował ruch. Kilku ludzi kończyło śniadanie, ktoś donosił wodę, ktoś inny odkładał skrzynki z miskami. W samym środku tego wszystkiego stał Wół.
Rękawy miał podwinięte, dłonie w pianie i z zaskakującą energią szorował kolejną miskę.
— No patrzcie tylko! — zawołał do staruszki przy kotle. — Człowiek pół życia po pustkowiach, a dopiero w jaskini robi się z niego kuchennego specjalistę!
Staruszka parsknęła śmiechem.
— Szoruj dalej, niedźwiedziu.
— Niedźwiedziu?! — Wół uniósł brwi. — To ja tu kulturę wprowadzam!
Wtedy w drzwiach pojawił się Fruwacz. Wół od razu go zauważył.
— O! Młody! — zawołał. — Myślałem, żeś się gdzieś w tych dziurach zgubił. Chodź tu. Najpierw człowiek je, potem ratuje świat.Noa i Liora
Tymczasem Noa pochylał się nad dużym arkuszem papieru na stole u Agi. To nie była mapa powierzchni. To był przekrój Jaru, ręcznie rysowany schemat poziomów schodzących w głąb ziemi.
Palec Cohena powoli zsunął się w dół rysunku. Główna Sala. Kanały pomp. Stare tunele.
Aż w końcu prawie na samym dole zobaczył oznaczenie: D-14
Jeśli rysunek był dokładny… tunel znajdował się jakieś czternaście poziomów pod nimi.
Aga zauważyła jego spojrzenie.
— Nawet nie myśl tam isć — powiedziała krótko. -
Przez chwilę jeszcze Cohen nie mógł oderwać oczu od mapy, nie mógł bo zapamiętywał, nie mógł bo był zauroczony jej dokładnością i czytelnością. Dopiero kiedy nasycił głód poznania, głód pierwszy, bo wiedział, że będzie musiał do tych map wrócić, nie wszystko zapamiętał, nie wszystko przewidział. Dopiero wzrok oderwał, mając oblicze już mniej ściśnięte, ukrywał ekscytację.
-Schlebia mi Twoja troska. - uśmiechnął się szczerze - Z czego by nie wynikała. Najpierw zwiad. Tylko zwiad: pamiętam. Będziemy gotowi w dwie godziny. - kiwnął do dziewczyny - Tak Liora?
-A co do tych map to unikaty, wydają mi się niewykorzystane. A D14 brzmi jak ostatnia impreza przed ustatkowaniem. Proszę się nie martwić jestem człowiekiem lubiącym wyzwania, ale rozsądnym. A teraz: Amunicja, broń, ciepłe ubrania, lornetki, broń biała, radio może. Jeśli nie dysponujecie taką technologią, to polecam młodego chłopaka, który z nami przybył, zna się na technice, może coś naprędce skręcić. No i może warto wyrysować nowe mapy ze strażnicą, żeby nasz przewodnik mógł jeździć dalej. To się już zajmę w międzyczasie. - oko puścił.
-
- Gęstego mu babciu nałóż! Widzisz, że chłopak wymizerniały. Nooo... Co tam młody? - Wół otrzepał ręce o kurtkę zadowolony z odwalonej roboty - Jak tu siędzę już chyba trzecią godzinę tak Cię nie widziałem. Co tam znalazłeś w tym ich Jarze?
Fruwacz zatrzymał się na chwilę w progu wypatrując celu i ruszył jak tylko spostrzegł Woła. Zapach jedzenia zrobił jednak swoje.
Podszedł bliżej stołu i bez zbędnych ceremonii sięgnął po jedną z misek, które Wół dopiero co wyszorował. Skoro sam zachęcał to czemu nie. Fruwacz jeszcze rośnie.
Podziękował dostając swoją porcję i wziął pierwszą łyżkę.
- Zgubić się nie zgubiłem. - powiedział przełykając.
Kolejna łyżka.
- Ale trafiłem na coś ciekawego.
Na moment podniósł wzrok na Woła.
- I możliwe, że zrobię coś głupiego.
Jeszcze jeden kęs, potem odsunął się pół kroku bliżej Woła, żeby nie mówić przez pół kuchni.
Głos ściszył prawie do normalnej rozmowy przy stole starając się nie aby nie wyglądało to aż nad wyraz na konspirację.
- Pamiętasz jeszcze o Dywizji?
Łyżka zatrzymała się w powietrzu.
- Chyba właśnie dostałem zaproszenie, żeby się spotkać i pogadać.
Po czym nastąpił kolejny kęs.
Dopiero wtedy spojrzał Wołowi w oczy.
- Sam.
Krótka pauza.
- Ale ktoś musi wiedzieć, gdzie mnie szukać, jeśli wszystko pójdzie źle.
Oparł się biodrem o stół, jakby to była zwykła rozmowa po śniadaniu.
- Więc pomyślałem o tobie.Wół słuchał i słuchał, a jowialnie wyszczerzona gęba jaką zawsze bez względu na okoliczności miał zarezerwowaną dla Fruwacza, spoważniała momentalnie. Wielkolud wydawał się skupiony na tym co Młody do niego mówił. Nie przerywał, nie popędzał gdy Fruwacz robił pauzy pomiędzy łyżkami polewki. W końcu gdy ten skończył Wół kiwał przez chwilę głową intensywnie nad czymś myśląc, po czym odparł.
- Cieszę się Młody. Że mi to mówisz. I w ogóle. Wiem, że ci ciężko. Jerycho. Gaspar. Ale wiesz… Ja się na tych sprawach nie znam. I… I dobrze, że z nas dwóch ty okazałeś się mądrzejszy. I zacząłeś. - Odetchnął - Także upraszczając temat. Na mnie zawsze możesz liczyć Młody. Fajnie, że ci się układa. Liora jest spoko. Dasz se radę. Będę tu czekał.Fruwacz czuł, że chyba źle to przekazał, ale przełknął ostatni kęs.
- Na południe. Kilka kilometrów wzdłuż wyschniętej rzeki.
Łyżka wróciła do miski.
- Tam jest trasa którą się udam.
Podniósł wzrok.
- Jak nie wrócę… szukaj mnie właśnie tam.Jakoś wydało się Wołowi, że trochę daleko to sobie upatrzyli i że ceregiela niepotrzebna. No ale... Młodzi! Jak przypili to przypili i nie ma mocnych. No i pierwszy raz jest tylko raz!
- Jasne. Niech no Dywizja co Wam zrobi to będzie mieć ze mną na pieńku. A wiesz, że z Wołem to nie ma to tamto. Się czaszek namiażdży, kości pogruchota... hehe... a i Babci przyniosę trochę na Czarny Rosół. - po czym zażartował naśladując jej wieszczy ton - Jaar to zapamięta.
I zaśmiał się sam ze swojego dowcipu.- Aaaa... jeszcze jedno - Trochę się wahał, ale jakoś mu na Wołowym serduchu się ciepło i szczodrze zrobiło - Dostaliśmy full wachy od Włócznika. Weź se jeden kanisterek na wymianę i przygotuj coś do zabrania. No wiesz, żeby było efektownie i efektywnie... hehe. Bo samym kusiem to nie zawojujesz wiele.
Klepnął Fruwacza w ramię. W sumie to się cieszył tak jakby sam miał iść.
- To co? Dzień Ci starczy? Dwa?- Półtora. Jak dłużej to znaczy, że coś się spierdoliło. - odpowiedział oddając miskę i chcąc wyruszyć bez zbędnej zwłoki.
- Półtora - powtórzył za nim Wół - No to do boju!
-
Noa i Liora
Aga wysłuchała Noa bez przerywania, tylko raz skinęła głową, jakby odhaczała kolejne punkty w głowie.
— Dwie godziny — powtórzyła krótko. — Wystarczy.Nie było zbędnych słów. Wszystko poszło sprawnie. Liora zniknęła na chwilę i wróciła już przygotowana. Miała na sobie cieplejszą, dopasowaną kurtkę z grubego materiału, rękawy spięte paskami, żeby nie łapały wiatru. Włosy związała ciasno z tyłu, broń poprawiła odruchowo, jak ktoś, kto robi to od dawna. Nie wyglądała już jak ktoś „z zewnątrz”. Bardziej jak ktoś, kto zaraz rusza w trasę.
— Gotowa — rzuciła krótko do Noa.W tym czasie ludzie Agi przynieśli sprzęt. Nic luksusowego, ale sprawdzone:
— amunicja w dwóch pakunkach,
— stare, ale zadbane lornetki,
— noże i jeden krótki karabinek zapasowy,
— grube płaszcze przeciw wiatrowi,
— małe radio na krótkim zasięgu, zastrzeżone tylko do sytuacji awaryjnych.
— Nie gadacie przez to, jeśli nie musicie — dodała Aga. — Jak coś nasłuchuje, to szybciej niż wy.
Na koniec pojawił się przewodnik. Chudy, spalony słońcem facet o twarzy, która widziała za dużo wiatru i za mało snu. Corley. Kiwnął tylko głową.
— Ruszamy — powiedział. — Lepiej zanim zmieni się wiatr.Droga wyjścia z Jaru nie była oczywista. Nie było bramy ani tunelu, który można by zapamiętać. Szli wąskimi przejściami, potem stromym podejściem między skałami, aż w końcu światło zaczęło się zmieniać. Z ciemnego w szare. Ze szarego w prawdziwe. Na zewnątrz uderzył ich chłód i przestrzeń. Masyw rozciągał się wokół nich jak poszarpane morze kamienia. Suche koryta rzek przecinały teren jak blizny, wiatr niósł pył i zapach zimna.
Corley ruszył pierwszy, pewnie, bez oglądania się.
— To nie jest teren, który wybacza — rzucił przez ramię. — Ścieżki się zmieniają. Skały się osuwają. Jak zgubisz kierunek, ciężko się wraca.
Wskazał daleko przed siebie.
— Punkt obserwacyjny jest tam. W linii prostej niedaleko. W praktyce… — prychnął — Zobaczycie.
Zerknął na nich krótko.
— I jeszcze jedno. Jak zrobi się za cicho… To znaczy, że coś was już widzi.
I ruszyli.Fruwacz
Wyjście z Jaru nie wyglądało jak wyjście. Bardziej jak przypadkowa szczelina między skałami, którą łatwo było przeoczyć, jeśli nie wiedziało się, gdzie patrzeć. Strażnik zaprowadził go tam bez słowa, tylko na koniec zatrzymał się i sięgnął do kieszeni.
Wyciągnął coś jeszcze. Mały kawałek metalu na cienkim rzemyku. Wyglądał jak fragment starej płytki, zielonkawe ścieżki, drobne punkty lutownicze, nic szczególnego.
— Załóż — powiedział krótko. — Nie zdejmuj.
Fruwacz spojrzał na niego krótko, ale bez pytań przewiesił to przez szyję.
— Jak trafisz gdzie trzeba… — dodał strażnik — …to będą wiedzieć, że nie jesteś celem.
I tyle. Żadnych wyjaśnień. Potem już tylko skała, wiatr i przestrzeń.Wyjście z Jaru zniknęło za jego plecami szybciej, niż się spodziewał. Wół jeszcze coś krzyknął, coś o czaszkach i rosole, ale wiatr połknął słowa. Została tylko droga. Sucha rzeka prowadziła go na południe. Szeroka, wygodna, zdradliwie odsłonięta. Szło się dobrze. Za dobrze. Bez osłony, bez miejsca na błąd. Czas płynął nierówno. Słońce przesunęło się wysoko, potem zaczęło opadać.
Najpierw była cisza. Potem zapach. Metal. Pył. Krew.
Zatrzymał się na krawędzi obniżenia. W dole niewielkie obozowisko, ognisko pośrodku, jakieś auto i poszatkowany przez kule namiot ze starego brezentu. Pod brezentem na krzesełku siedziała jeden człowiek. Prochowiec, kominiarka, gogle. Nieruchomy. Zbyt nieruchomy. Głowa uniosła się minimalnie, zanim Fruwacz zdążył zejść niżej.
Wokół tego obozu pięć ciał, umundurowanie zdradzało ich pochodzenie. Czarna Dywizja. Leżeli jak do odpoczynku, tylko krwawe otwory w ich ciałach zdradzało że to wieczny odpoczynek. Broń leżała obok ciał.
— Półtora dnia — odezwał się głos. Prawie ludzki. Zbyt równy. — Szybciej niż zakładałem.
Cisza. Wzrok zsunął się na szyję Fruwacza. Na płytkę.
— Rozpoznany. – padł bardziej komunikat, niż komentarz.
Wstał z krzesełka i zrobił kilka kroków w stronę Fruwacza.
— Podejdź. Nie zareagują. – wskazał ciała. — Nazywam się Ravel. Przyniosłeś coś?Wół
Wół jeszcze przez chwilę śmiał się z kimś przy balii, ale szybko okazało się, że praca w kuchni to dopiero początek.
— Ty, niedźwiedziu! — krzyknął ktoś z boku. — Skoro masz ręce do roboty, to chodź, przydasz się gdzie indziej.
To była Hanka zwana Ember.
Stała przy wejściu do kantyny, ubrudzona smarem, z kluczem w ręce i miną człowieka, który właśnie stracił cierpliwość do świata.
— Generator nam znowu siada — rzuciła bez wstępu. — A pompy zaczynają się dławić. Jak to puści, to będziemy mieli tu basen zamiast Jaru.
Zmierzyła Woła wzrokiem.
— Znasz się na tym trochę?
Nie czekała na odpowiedź. Odwróciła się i ruszyła w dół.Wół poganiany przez kucharkę, a w jej mniemaniu zachęcany, poszedł za nią. Opuścili główną salę, wchodząc do tuneli z żelbetu. Zniknął zapach jedzenia, pojawiła się wilgoć, rdza, stary olej. Kanały ciągnęły się jak betonowe żyły. Generator stał w bocznej komorze. Duży, stary, rozebrany.
— Odpala — rzuciła Hanka. — Ale się dławi. Pompy nie dostają mocy. Ciśnienie siada.
Kopnęła obudowę.
— Ktoś tu grzebał. I spierdolił. I chuj wie kto, czy ten jebany kret o którym tyle gada Aga czy po prostu moi ludzie to pierdoły.
Rzuciła Wołowi klucz.
— Wiem czym przyjechaliście, więc musicie umieć mechanikować. Twoi koledzy nie wyglądają na mechaników. Padło na Ciebie. Znajdź co. Moi technicy poszli na niższe piętra szukać jakiś części zamiennych, jakbyś się pytał czy ktoś Ci pomoże. JA CI POMOGĘ. – zakomunikowała.Gdzieś głębiej kapnęła woda. Raz i drugi. Echo poniosło się dalej, niż powinno.
-
Dwie godziny musiały wystarczyć i wystarczyły. Rewolwerowiec wykorzystał je w stu jeden procentach. Cały ekwipunek starannie oglądał, ważył w ręku pociski. Sprzęt może ruszany, ale utrzymany i w doskonałej formie. Mimowolnie przeliczył jego wartość na bimber, oktany i wieprzowinę. Poczuł ciężar wyprawy po raz pierwszy.
Widząc taką obfitość amu i sprzętu, dopiero poszedł się spakować. Wydawało mu się, że racjonalnie wyliczył, ale kiedy tylko wszystko zamontował na sobie wiedział, że przeholował. Odłożył część amunicji, tej, którą miał wcześniej ze sobą. Nagoleniki i gruby pas brzucha też poszły w odstawkę. Przebierając w drobiazgach instruował młodą towarzyszkę, jakby lepiej znał te góry niż ona.
-Masz. Zapakuj to - powierzył jej radio - później przejmę. Na początku trzymasz się blisko, później będę szedł na szpicy. Jak nas przewodnik zostawi. Nie wyrywaj się. Masz przeżyć i donieść wieści. To twoje główne zadanie. A swój rozum masz, to ci ufam. - poklepał ja po miał nadzieję ojcowsku - Idź weź coś z kuchni, może tam Woła spotkasz, albo Fruwacza. Tylko uważać na czas zbiórki rekrucie - mrugnął.
Wyruszając wciąż miał na sobie więcej niż by chciał. Drugi raz już poczuł ciężar misji. Zapewne dlatego nie skupił się nad rozkładem jaskiń. Organizm się przystosowuje, kiedy wyszli na powierzchnię Noa przywykł do ciężaru plecaka , odzienia i uzbrojenia. Pamiętał, że przyjdzie mu przejąć jeszcze radio od Liory, ale z każdym krokiem był na to bardziej gotów.
Wiatr wiejący w twarze utrudniał marsz, ale równie skutecznie ukrywał wędrowców.
-
Nie chciało mu się. Oj jak mu się nie chciało po tym całym zmywaniu. Ale nawet w takim stanie nie znalazł w sobie dość sił by pokazać wała mechaniczce, ani nawet nie przyszło mu do głowy by się spróbować wymigać. Zawsze miał słabość do kobiet w potrzebie. Toteż Wół wyprostował się po dokończonej robocie, aż w plerach zachrzęściły stawy i ścięgna, mruknął coś pod nosem, uśmiechnął się do Ember bez urazy, ale z niejakim przekąsem i jak to wół powlókł się za nią do siłowni Jaru.
***
- Noooo… ten Wasz złomek jest chyba jeszcze starszy niż nasze V.
Wół złapał rzucony mu klucz i aż zagwizdał na widok machiny. Nieczęsto przychodziło mu widzieć taki sprzęt na chodzie. Świat był pełen złomu tak doszczętnie skanibalizowanego, że poza zardzewiałymi skorupami trudno było o jakiekolwiek wartościowe jeszcze komponenty w pozostawionych na pastwę Pustkowi mechanicznych cudach dawnych ludzi. A i ten tutaj cud już na oko widać było nie miał już bodaj nawet ostatniej części, która pochodziłaby z pierwotnej produkcji.Wielkolud zdjął koszulę. Zupę jeszcze szło sprać, ale utytłany smarem nie zamierzał się włóczyć po Pustkowiach. Narzędzi było wokoło za to dość. Zaczął od przyjrzenia się takim śladom jak oczywisty sabotaż. Przecięte przewody, czy wyłamane zawory nie mogły być efektem zużycia. Nie dopatrzył się jednak niczego takiego.
- Chyba nie kret… - powiedział po chwili namysłu - A jeśli kret to zmyślny. Musimy dziewczyno zajrzeć głębiej. Ale jak się uda, to się miską zupy nie wymigasz. Życzę sobie dłuugaaaśny masaż.
Wyszczerzył się w uśmiechu, który mógł znaczyć, że to żart. Ale nie musiał.- Skoro generator odpala i pompy się włączają - powiedział po odtworzeniu na żywo opisanych przez Ember objawów dławienia się - to silnik i prądnica działają. A przynajmniej próbują. I problem macie gdzie indziej. Zbiornik pewnie już sprawdziłaś, czy coś go nie zatyka, to sobie odpuścimy. Ale ten silnik… to nie pochodzi z tego generatora. Ktoś go tu zamontował zamiennie. Chyba dawno temu. A lejecie w niego pewnie co akurat macie. Dooobra… W pierwszej kolejności zdjąłbym osłonę silnika i sprawdził, czy nie ma tam jakichś filtrów. Zapchane mogą dawać taki objaw.
Podrapał się po czuprynie i obszedł bestię z drugiej strony.
- Wał to druga opcja. Jeśli coś go za mocno zaciska i ma opory, to wał zwolni i ciśnienie siądzie. Trzecia - wzruszył ramionami i ponownie się wyszczerzył - Podpierdolić Czarnym ich generator. -
Fruwacz odebrał co trzeba i na odchodnym obejrzał się tylko raz. Nie z sentymentu, raczej z nawyku. Szczelina między skałami wyglądała jak każda inna. Samemu byłoby ciężko wskazać je jako wejście do całego kompleksu.
Wiatr uderzył od razu. Suchy, zimny, niosący pył i zapach kamienia.
Poprawił kurtkę, odruchowo dotknął płytki na szyi. Chłodna. Lekka. Niby nic. A jednak czuł ją wyraźniej niż większość swojego sprzętu.
Sucha rzeka szybko stała się oczywistym wyborem. Najprostsza droga. Najgorsza też. Szeroka, odsłonięta, bez cienia. Idealna dla kogoś, kto chce iść szybko… i dla kogoś, kto chce go zobaczyć z daleka.
Szło się dobrze.
Za dobrze.
To zawsze był zły znak.
Czas rozciągał się dziwnie. Kroki wpadały w rytm. Myśli odpływały i wracały. Co jakiś czas sprawdzał horyzont, skały, niebo. Nic. Za czysto. Za spokojnie.
A potem przyszła cisza.
Nie taka zwykła. Ciężka. Gęsta.
Zatrzymał się.
Zapach dotarł chwilę później.
Metal.
Pył.
Krew.
Zszedł niżej, powoli, ostrożnie, ale nie kryjąc się przesadnie. Jeśli ktoś tu był to już go widział. Lepiej wyglądać na pewnego niż na zwierzynę.
Obóz zobaczył od razu.
Ognisko. Auto. Namioty.
I ciała.
Pięć.
Rozrzucone jakby ktoś przerwał im rozmowę w połowie zdania. Mundury mówiły same za siebie. Czarna Dywizja. Dziury po kulach były zbyt czyste, zbyt równe. Nie walka. Egzekucja.
Albo coś jeszcze gorszego.
Jego wzrok zatrzymał się na tym szóstym.
Siedział.
Nieruchomy.
Za nieruchomy.
Fruwacz poczuł, jak coś w nim się napina. Jako myśliwy wiedział, że podstawa to nie okazywać strachu. To prowokuje drapieżniki. Nieznajomy bez wątpienia nim był.
Wyprostował się minimalnie.
Krok.
Drugi.
Jakby to była zwykła droga przez zwykły obóz.
Głos zatrzymał go w pół ruchu.
- Półtora dnia.
Nie odpowiedział.
Oczy same zjechały na płytkę na jego szyi, zanim zdążył się powstrzymać.
Błąd.
Mały, ale ktoś taki jak tamten mógł go zobaczyć.
I zobaczył.
„Rozpoznany.”
To słowo nie brzmiało jak ludzka rozmowa. Bardziej jak zamknięcie jakiegoś procesu.
Fruwacz ruszył dalej.
Powoli.
Każdy krok kontrolowany.
Nie za szybki, żeby nie wyglądało jak pośpiech. Nie za wolny, żeby nie wyglądało jak strach.
Ręce trzymał luźno, ale tak, żeby w razie czego były blisko broni. Wzrok stabilny. Oddychanie równe.
W środku liczył.
Szanse.
Małe.
Bardzo małe.
Ale już za późno, żeby się wycofać bez pokazania pleców. To byłby wyrok.
Zatrzymał się kilka kroków od niego.
Wystarczająco blisko, żeby rozmawiać.
Wystarczająco daleko, żeby jeszcze coś zrobić.
Spojrzał na Ravela. Przynajmniej tak się mu przedstawił.
-Przyniosłem.- Głos starał się mieć spokojny.Jakby to była normalka.
Jakby nie stał nad pięcioma świeżymi trupami i czymś, czego jeszcze nie rozumiał.
Dłoń powoli powędrowała do wewnętrznej kieszeni. Starał się jak mógł.
Bez gwałtownych ruchów.
Bez nerwowości.
- …czy ty jesteś tym, do kogo miałem ją przynieść? – wiedział już jednak, że nawet jeśli nie to i tak już stracił fant. Lepiej rzecz nawet cenną, niż życie jak to mawiał Jerycho.
Zastanowił się, czy to nie była głupsza decyzja jaką podjął w życiu nawet niż wtedy jak zdecydował się na polowanie podczas którego Gaspar stracił życie. -
Noa i Liora
Wiatr rzeczywiście pomagał. Niósł pył, chłodził twarze, zagłuszał kroki i zapach. Corley prowadził pewnie, bez zbędnych słów, skracając drogę tam, gdzie dla kogoś z zewnątrz była tylko ściana kamienia. Noa szybko złapał rytm marszu, ciężar przestał przeszkadzać, stał się częścią ruchu. Liora trzymała się blisko, tak jak kazał, ale nie wyglądała na kogoś, kto potrzebuje prowadzenia za rękę.
Minęli pierwsze zwężenie doliny, potem drugie. Teren zrobił się bardziej poszarpany. Wiatr ucichł. Corley zatrzymał się nagle i uniósł rękę. Bez słowa. Wszyscy zeszli niżej, między skały.
— Patrzcie — rzucił cicho.
Kilkaset metrów dalej, w płytkim zagłębieniu terenu, coś się poruszało. Najpierw wyglądało jak szarpanina zwierząt. Dwie duże sylwetki. Zbyt duże jak na wilki. Jedna przygwoździła drugą do ziemi, ale to nie było czyste polowanie. Za dużo ruchów, za dużo siły. Kończyny poruszały się pod złymi kątami. Jeden z mutantów wydał dźwięk, który nie był ani wyciem, ani rykiem. Coś pomiędzy. Coś, co nie powinno istnieć. Drugi jeszcze przez chwilę się ruszał.
Potem wszystko ucichło. Zwycięzca nie odszedł od razu. Stał nad ciałem, jakby nasłuchiwał. Jakby wiedział, że nie jest sam. Corley nie ruszył się ani o centymetr. Dopiero kiedy mutant odszedł, powoli, ciężko, znikając między skałami, przewodnik opuścił rękę.
— Mieliśmy szczęście — powiedział cicho. — Albo nie byliśmy tym, czego szukał.
Nie tłumaczył dalej. Ruszyli.Ostatni odcinek był najgorszy. Podejście, luźne kamienie, brak osłony. Ale w końcu zobaczyli ją. Wieżę. Stara konstrukcja do obserwacji lasów. Drewniano-metalowa, wysoka, wyniesiona ponad skały. Na dachu kilka anten dodanych później, już po wojnie. Część pogięta, część jeszcze stała. Obok resztki zabudowań: mała szopa, zardzewiały zbiornik na wodę, ślady po ognisku. I cisza.
Corley zwolnił, spojrzał na Noa, sięgając po lornetkę.
— Tu coś się wydarzyło — powiedział spokojnie. — I to nie było dawno temu.
Nie było śladów ciężkiego sprzętu. Żadnych gąsienic, żadnych kolumn. W okolicy nie było żywej duszy. Drzwi do wieży były uchylone. Poruszały się lekko na wietrze.Wół
Hanka słuchała w milczeniu, ale widać było, że łapie każde słowo. Kiedy wspomniał o silniku, skinęła głową i od razu podeszła bliżej, zaglądając tam, gdzie wskazał.
— Mówiłam, że to nie jest fabryczne — mruknęła. — Ale nikt nie wiedział, z czego to dokładnie jest.
Kiedy Wół zaczął rozkręcać osłonę, metal zaskrzypiał, jakby miał coś przeciwko. Śruby puściły niechętnie. W środku było gorzej niż wyglądało z zewnątrz: brud, osad, stare oleje zmieszane w coś, co bardziej przypominało błoto niż smar.
— Filtry… — Hanka prychnęła. — Jak są, to pewnie pamiętają jeszcze poprzednią epokę.
Ale były. Zabite niemal na kamień.
— No i masz — rzuciła. — Dławi się, bo nie ma czym oddychać.
Wół mógł je wyjąć, oczyścić na tyle, na ile się dało, ale od razu było jasne: to rozwiązanie na chwilę.
— Niżej mamy magazyny części — dodała po chwili Hanka, wycierając ręce o spodnie. — I stare sekcje techniczne. Jeszcze z czasów, zanim to wszystko się zapadło. Może coś tam znajdziemy. Może nie.
Spojrzała na niego z ukosa.
— Moi „koledzy technicy” poszli właśnie tam. Ale jak chcesz coś zrobić porządnie to będziemy musieli zrobić to sami. Pewnie siedzą tam na dole, chleją piwo i rżną w karty.Zeszli niżej krętą klatką schodową, a następnie korytarzem niżej ruszyli przed siebie. Beton ustępował miejscami surowej skale, potem znów wracał. Ściany były wilgotne, gdzieniegdzie woda sączyła się cienkimi strużkami. Oświetlenie robiło się rzadsze. Lampy co kilka metrów, niektóre mrugały, inne świeciły słabo jakby ostatkami sił. Dźwięk generatora z góry zamienił się w głuche, odległe dudnienie.
— Tu kiedyś była infrastruktura serwisowa — rzuciła Hanka półgłosem. — Pompy, zawory, jakieś sterownie. Teraz to bardziej złomowisko.
Minęli pierwsze pomieszczenie. Stare szafy techniczne, otwarte, wyprute z kabli. Dalej leżały fragmenty rur, zaworów, jakieś silniki bez obudów.
— Szukamy filtrów, przewodów, czegokolwiek, co się nada — dodała.
Wtedy Wół mógł to zauważyć. Ślady na podłodze, w cieniu jednej z lamp. Jakby ktoś tu niedawno przeciągał coś ciężkiego. W stronę jeszcze niższych poziomów. Ale ślady nie wyglądały, jakby ktoś coś ciągnął w panice. Raczej równo jak transport. Hanka też to zobaczyła. Zatrzymała się.
— Moi ludzie poszli tędy… — powiedziała ciszej. Echo odpowiedziało im z dołu. Nie tylko ich własne.Fruwacz
Ravel patrzył na niego przez chwilę bez ruchu. Gogle nie zdradzały niczego, twarz ukryta, sylwetka nieruchoma jak element krajobrazu.
— Nie. Jestem pośrednikiem. — odpowiedział po chwili.
Krótko. Bez emocji. Zrobił jeszcze jeden krok bliżej, ale nie w stronę Fruwacza. Obok, jakby ustawiał się względem przestrzeni, nie człowieka.
— Daj.
To nie było polecenie rzucone ostro. Raczej stwierdzenie, że tak właśnie się stanie.
Dłoń Fruwacza z kartą zatrzymała się na moment w pół ruchu, ale Ravel nie sięgnął od razu. Najpierw spojrzenie znów opadło na płytkę na jego szyi. Minimalne skinienie głową. Dopiero wtedy wyciągnął rękę. Ruch był płynny. Karta zniknęła w jego dłoni. Bez sprawdzania, bez oglądania.
— Zgadza się.
Cisza. Wiatr przeszedł przez obóz, poruszył brezentem. Jedno z ciał lekko drgnęło pod podmuchem, jakby przypominając, gdzie stoją. Ravel odwrócił się.
— Idziesz?
Ruszył w stronę samochodu stojącego przy obozie. Stary, ale utrzymany. Nie wyglądał jak łup, raczej jak narzędzie do wypadów. Drzwi od strony pasażera już były uchylone.
— Wsiadaj.
Nie obejrzał się, czy Fruwacz idzie. Po prostu usiadł za kierownicą. Silnik odpalił od razu. Równo. Bez zawahania, jakby był pewien, że chłopak wsiądzie.