Kultyści - Lato 2519
-
Przedstawienie w kuchni
W pewnym momencie Grubson wyszedł na środek kuchni ale to jeszcze nie uciyszyło wszystkich rozmów więc zawołał. - Przyjaciele! - Teraz szybko większść głów spojrzało w jego stronę i zrobiło się wyraźnie ciszej. - Chcę was zaprosić na małe przedstawienie! Ale ostrzegam, że jest dla ludzi o mocnych nerwach! O namiętności, o dopasowaniu się między dominowaniu kogoś a byciu dominowanym przez kogoś! O zależności między władcą a niewolnikiem! Jak oboje siebie pragną i potrzebują! To wszystko przedstawimy wam razem z moją drogą Oksaną oraz naszą niewolnicą! - Zapowiedział sztukę niczym prawdziwy wodzirej i widać było, że ma do tego dryg. Przez towarzystwo przeszedł radosny szmer gdy oczekiwanie na początek namiętności tego wieczora wreszcie dobiegało końca. Lady Soria usiadła na zwykłym, kuchennym krześle między wejściem a piecem. A i tak wyglądała jak hrabina na tronie. Elfki, Layla i część szlachcianek usiadła na krzesłach i ławach niedaleko niej. Ze szlachcianek tylko lady Fabienne została przy kolegach i łotrzycach. Bez względu na pochodzenie społeczne na twarzach było widać zaciekawienie i ekscytację.
- Tylko mała uwaga przyjaciele. - Hubert przesunął się po tych otaczających go twarzach ostrzegawczym spojrzeniem. - Niewolnica będzie miała opaskę na oczach. Może się zdarzyć, że ktoś z was ją rozpozna. Więc ona może też rozpoznać was. Po to ta opaska. Ale oczywiście jeśli wam to nie przeszkadza, zwłaszcza lady Sorii, to naturalnie możemy jej w każdej chwili zdjąć tą opaskę. - Ostrzegł czego powinni się spodziewać po tej technicznej stronie przedstawienia. - Z tego samego powodu przestrzegam przed głośnymi rozmowami. Bo być może niewolnica mogłaby kogoś z was rozpoznać po głosie. - Przestrzegł przed kolejnym zachowaniem i poczekał czy ktoś ma jakieś uwagi w tym temacie.
Mnich uniósł dłoń, aby zwrócić uwagę Grubsona - To kiedy chcesz żebym się włączył do przedstawienia?
- Pod koniec. Najpierw damy przedstawienie z jej tresury a na koniec będzie można użyć na niej tej twojej zabaweczki. Miałem zamiar użyć strzykw no ale ta twoja chyba będzie bardziej widowiskowa. Tylko trzeba z tym uważać bo wiesz, nie wszyscy tutaj są od nas no i nie są wtajemniczeni w tą hodowlę. - Słysząc pytanie właściciel sklepu odzieżowego podszedł do mnicha oraz jego grupki i po cichu udzielił mu dodatkowych wyjaśnień jak to sobie wyobraża.
Egon rozsiadł się na krześle kuchennym, zaś jego potężne dłonie znalazły odpowiednio popitek, jako że spodziewał się, że takie właśnie przedstawienie można było odpowiednio docenić z mocnym trunkiem w ręku. Egon nie mówił wiele, skinął tylko głową z uśmiechem, oczekując, cóż to im zamierza zaprezentować Grubson i jego niewolnica.
Inni podobnie jak Egon, zajmowali sobie wygodne miejsca starając się aby środek kuchni pozstal wolny. Tu bowiem miało się odbyć przedstawienie. Łasica nieco przesunęła się tak, że zgarnęła pod swoje skrzydła i Śnieżynkę i Daktylka. Czyli Astrid i Laylę. We trzy wyglądały jak każda z innej parafii. Bladolica Norsmenka o blond włosach, czarnowłosa imperialna łotrzyca w skórzanych spodniach i egzotyczna piękność z dalekiego południa o oliwkowej skórze. Lars odsunął się z Bjornem w kąt prawdopodobnie aby ten się opanował i nie zaczął na głos gadać po norsmeńsku. Fabienne została między Otto a Onyx. I tak pozostali też sobie znaleźli miejsca. Widząc, że towarzystwo się usadziło Grubson uniósł dłonie do góry. Kuchnia się uciszyła. A on wtedy klasnął głośno dwa razy. Przez chwilę nic się nie działo. Ale szepty głosów i ruchy głów zwróciły uwagę na wejście. Tam pokazała się Oksana. Przebrała się w czarny gorset, czarne wysokie buty i czarne pończochy. Wyglądała jak ucieleśnienie dominującej w łóżku kobiety. W dłoni trzymała jakieś pudło a w drugiej smycz. Na tej smyczy prowadziła ową niewolnicę. I wolno im to szło bo uległa kochanka szła na czworakach, przy nodze swojej mistrzyni a do tego, tak jak Grubson ostrzegał, miała opaskę na oczach. To już wywołało podniecone spojrzenia, szmery i nawet parę osób zaklaskało. Onyx podała pudło swojemu partnerowi a sama zrobiła powolne kółko wokół widowni tak aby ich niewolnica mogła przeczworaczyć z bliska obok każdego. Wyglądała na młodą i szczupłą ale przez opaskę i włosy niezbyt widać było jej twarz. Miała na sobie białą koszulę nocną co nadawało jej niewinnego wyglądu. Wyglądała jakby jakaś dziewica dopiero co została wyrwana z łóżka.
- No dobrze, pokaż się państwu. - Polecił Hubert i jego partnerka skierowała kobietę na środek kuchni. Pociągnęła ją za smycz, zmuszając aby powstała. Odsunęła się aby jej nie zasłaniać a kupiec podszedł do niewolnicy i sprawnym ruchem zdjął z niej giezło. Teraz stała przed widownią całkiem naga. A Onyx powoli okręcała ją dookoła osi aby każdy mógł ją obejrzeć z dowolnej strony. Na razie, niewolnica znosiła ten pokaz dość spokojnie chociaż widać było, że ma przyspieszony oddech.

~ Ja ją znam! Nie wiem jak się nazywa. Ale ona pracuje w ratuszu. Chyba w archiwum czy jakoś tak. ~ Fabienne syknęła cicho ale była widocznie zdumiona gdy rozpoznała kobietę. Widocznie całkiem się jej tu nie spodziewała, zwłaszcza w takiej roli. A było na co popatrzeć. Niewolnica miała dość długie włosy w kolorze myszaty blond. Całkiem przyjemny dla ka biust, płaski brzuch i zgrabne nogi. Gdy jej mistrzyni okręciła ją tyłem to tam też wyglądał on całkiem apetycznie.
Egon zaśmiał się krótko i gestem nakazał “aktorom”, aby ciągnęli przedstawienie dalej. Choć wojownik pojęcia nie mógł mieć, co stanie się zaraz, uśmiech za włochatą brodą zdradzał, że bardzo podobał mu się wstęp.
– Niechaj wybatoży kurewkę odpowiednio, wtedy nabierze ochoty – szepnął do Larsa z krzywym uśmiechem.
Mnich pokiwał głową i zerknął jak zareagują na to elfie panny. Ich obecność była trochę ryzykowna… tylko co też można by zrobić jeżeli pokaz je zgorszy?
- No mam nadzieję. Po co by ją rozbierali i na smyczy prowadzali? Chyba dopiero zaczynają. Może się to rozkręci. - Norsmen przytaknął mu wesoło i wyglądał, że początek tego pokazu, przypadł mu do gustu. - Dobra, ja muszę przypilnować Bjorna. Bo gołą babę zbaczył to już by do chędożenia leciał. - Wskazał na swojego bardziej dzikiego i kudłatego sąsiada. I przesiadł się z nim bardziej do tyłu, w kąt pomieszczenia gdzie mniej obaj rzucali się w oczy reszcie a i zapewne gdyby dzikus zaczął się awanturować to łatwiej tam było go uciszczyć czy przetłumaczyć coś po norsmeńsku. A na razie Grubson ze swoimi dwiema podopiecznymi skutecznie przykuwali uwagę do siebie.
- Niewolnico. Tu jest milady do której żywię wielki szacunek. - Hubert zwrócił się do biuściastej niewolnicy kierując ją wprost na siedzącą Sorię. Chociaż naga, myszata blondynka oczywiście nie mogła jej zobaczyć z powodu przepaski na oczach. Lekko jednak kiwnęła głową na znak, że słucha i rozumie. - Jeśli dziś zrobisz na niej dobre wrażenie, być może przyjmie cię na służbę. I będziesz miała zaszczyt służyć u niej i pod nią. Jeśli cię zechce. - Przedstawił te warunki a wężowa milady łagodnie skinęła głową na potwierdzenie słów kupca. Wyglądało jakby to ustalili ze sobą przed występem.
- To prawda. Mogę przyjąć cię na służbę jeśli wzbudzisz moje zainteresowanie. Pierwsze wrażenie zrobiłaś dobre. Ale zgraba figura i uroda to nie wszystko. Liczy się też namiętność i oddanie. Hubert zachwalał mi twoje umiejętności i mam nadzieję, że nie przesadzał. Masz okazję sama pokazać co potrafisz. - Lady Soria niejako dołączyła do tego przedstawienia swoim aksamitnym, kuszącym głosem. Reszta widowni chciaż milczała, obserwowała z niecierpliwością ten ciekawy początek. Obie elfki i lady Odette co siedziały najbliżej syreny i na ten moment widziały nagą niewolnicę od frontu, a nie jak Egon, Otto i ich sąsiedzi, od tyłu, wydawały się zainteresowane tym początkiem. Nie wyglądały jakby nagle któraś z nich miała nagle z oburzeniem wyjść z kuchni aby dać wyraz pogardy dla tak nieprzyzwoitego zachowania.
- Dobrze milady. Zrobię co w mojej mocy aby milady zadowolić. - Odparła niewolnica, odzywając się po raz pierwszy odkąd Oksana wprowadziła ją przy swojej nodze do kuchni. A potem zaczęło się właściwe przedstawienie.
Dominująca para nie miała litości dla swojej niewolnicy. Dali pokaz jaki mógłby być wyuzdanym przedstawieniem jak ci wszyscy bogaci szlachcice, kupcy, urzędnicy i inni ważniacy, podle traktują swoje pokojówki, asystentki, praczki i służące. Oboje wykrzykiwali do naguski kolejne rozkazy i kazali jej chodzić na czworakach albo stać z rękami na głowie gdy wymierzali jej kolejne razy pejczem czy szpicrutą. Myszata dziewczyna piszczała i krzyczała z bólu, z kilka razy chyba się nawet popłakała. A na jej wypięte, zgrabne pośladki czerwieniały od pręg i uderzeń. Plecy podobnie były ofiarą kolejnej porcji chłosy. Raz Grubson kazał jej odliczać kolejne uderzenia na głos i niczym jej nie związał. Więc niewolnica musiała siłą woli zmuszać się aby pozostać na miejscu. Innym razem Oksana kazała jej wejść okrakiem na krzesło i wypiąć się aby mogła wymierzyć jej sprawiedliwość. Wydawało się, że tak drobna i szczupła dziewczyna dawno powinna się załamać od tego całego upokorzenia i bólu jakie znosiła. Ale jak ktoś bywał na zabawach w lochu Pirory to już był świadkiem podobnych scen z udziałem tych koleżanek które lubiły być uległe. Wtedy ta cała kaźń niewolnicy tu w kuchni, nie wydawała się aż tak straszna. Można było jednak docenić profesjonalizm obu stron.
Widownię początkowo była w miarę cicho, pomna na ostrzeżenia Grubsona z początku spotkania. Jednak dość szybko emocje zaczęły brać górę. Ta uczta dla hedonistycznych zmysłów była jak przystawka przed głównym daniem jakie zamierzali skonsumować w pokojach na piętrze. Więc pojawiało się coraz więcej szeptów, śmiechów, zawołań. Najpierw do swoich sąsiadów, potem też do dwójki mistrzów jak i do niewolnicy. Z czasem widzowie rozkręcili się na całego gdy zmysły zaczęły buzować w ich żyłach. W oczach błyszczało podniecenie a na ustach błąkały się lubieżne uśmiechy. Dłonie coraz mniej się krępowały aby pogładzić się gdzieś u siebie czy u kogoś obok. No i rozmowy robiły się coraz śmielsze.
- Nieźle ją wytresowali. - Mruknęła z uznaniem Onyx która w zamtuzie zajmowała się właśnie takimi zabawami zawodowo.
- Mnie się ona podoba. Ale jeszcze bardziej podobają mi się te elfki. Elfki to jeszcze nie próbowałam. - Lilly westchnęła w uniesieniu. I widać było, że przedstawienie jej się podoba ale dwie śliczne elfki jeszcze bardziej.
- Nawet o tym nie myśl! One nie są głupie, to elfki. Jak tylko zadrzesz suknię widać, żeś odmieniec. Z kimś innym się zabaw ale nie z elfkami. - Łasica syknęła do niej ostro i widocznie mimo podniecenia, zachowała trzeźwość umysłu. Mutantka wetchnęła smutno jakby miała się obejść smakiem ale posłusznie pokiwała głową.
- A teraz! Kółeczko dla naszych drogich przyjaciół! Chwila dla publiczności! - Hubert podczas tych zabaw zdążył nieźle się zasapać. Ale mimo to werwy wciąż mu nie brakowało. Podprowadził niewolnicę do stóp Sorii. Ta spojrzała na ich trójkę z aprobatą.
- Jak mam cię wziąć na służbę dziewczyno to chciałabym coś o tobie wiedzieć. Powiedz mi, jak się nazywasz? Czym się zajmujesz? - Syrena siedzała na tym kuchennym krześle a wyglądała dumnie i elegancko jak hrabina na tronie. Naga, niewolnica na smyczy jaka klęczała przed nią przeciwnie. Jak ucieleśnienie zniewolenia i pokory. Tylko w atrakcyjnym, kobiecym wydaniu.
- Jestem Adrienne milady. Pracuję w ratuszu. - Naguska odezwała się po chwili zwłoki. Też była już mocno rozgrzana od tych miłosnych uniesień.
- Adrienne? Piękne imię. Nietypowe jak na ten rejon świata. A masz kogoś? - Milady rozmawiała z nią jakby były same w jej prywatnym salonie. I reszty widowni w ogóle tu nie było. A przecież była i z fascynacja śledziła tą rozmowę.
- Mój ojciec dużo czytał. Był zafascynowany starożytnością. Stąd mam to imię. - Naga kobieta nawet się nieco uśmiechnęła ciesząc się, że milady doceniła wyjątkowość jej imienia. Nagłe szarpnięcie smyczy jednak przypomniało jej o Grubsonie.
- Milady pytała cię o coś jeszcze. - Odparł twardym, głuchym głosem. Klęcząca dziewczyna skinęła głowa ale jakby się zawahała.
- Mam narzeczonego. - Przyznała się po tej zwłoce. - Ale on nic dla mnie nie znaczy! - Gorliwie uniosła się na kolanach jakby koniecznie chciała przekonać o tym milady. - To rodzice nas zaaranżowali! On jest majętny, ma magazyn rybny. Ale jest dużo starszy ode mnie i nic mnie z nim nie łączy! Mieliśmy się pobrać ale przyszła ta żałoba. Pewnie pobierzemy się po niej. Dla mnie liczy się tylko moi mistrzowie. - Wyznała pracownica ratusza. I na koniec nieco nieporadnie wskazała za siebie gdzie stali Grubson i Oksana.
- Czyli wkrótce będziesz panną młodą? - Sorię wyraźnie zainteresował ten wątek. A dziewczyna pokiwała głową. Wtedy milady uśmiechnęła się z zadwowolenia. - Cudownie. Mam wielką słabość do panien młodych. A powiedz, podobają ci się takie zabawy jak teraz? Miałabyś ochotę w takich uczestniczyć? - Zapytała niewolnicę.
- Tak milady. Byłabym zaszczycona. - Adrienne pokiwała gorliwie głowa. A widownia przywitała to śmiechami, brawami i okrzykami zachęty.
- Bardzo dobrze Adrienne. W takim razie jestem gotowa przyjąć cię na służbę. Złóż mi hołd. - Soria też wydawała się zadowolona. I podobnie jak wczoraj z Laylą w salonie Pirory, dziś też uniosła fragment swojej sukni aby odsłonić swoją stopę. Hubert nakierował na nią twarz niewolnicy i ta złożyła na niej wiernopoddańczy pocałunek.
- Cieszmy się! Bo Adrienne od tej pory przystaje do nas! - Zawołała syrena co znów wywołało falę aplauzu. Dała znak Hubertowi i ten skinął jej głową. Pociągnął niewolnicę w bok, do najbliższej sąsiadki syreniej milady. A była nią złotowłosa elfka.
- Czy milady by miała ochotę? - Zapytał uprzejmie wskazując wzrokiem na nagą niewolnicę. W kuchni zrobiło się ciszej. Wszyscy kultyści wiedzieli, że elfki nie należą do spisku więc nie było pewne jak się zachowają. Fanriel zastanawiała się chwilę. Ale w końcu uśmiechnęła się, uniosła swój czubek sukni i wysunęła stopę do przodu.
- A czemu nie. Służba jest od tego aby służyć. - Można było odnieść wrażenie, że przez salę przeszedł cichy oddech ulgi, że chociaż na tym etapie, elfia szlachcianka, dołączyła do ich wspólnej zabawy. Adrienne przez chwilę całowała jej stopy po czym Hubert przeciągnął niewolnicę do stóp leśnej elfki. Ta też się chwilę zastanawiała ale w końcu postąpiła podobnie jak jej wyspiarska koleżanka. Obie wydawały się dobrze bawić podczas tego “kółeczka dla publiczności”. Następna była teatralna diwa i ta pokazała swoją artystyczną duszę.
- A potrafisz coś więcej niż tylko zajmować się stopami? - Zagaiła wesoło i zadarła swoją suknię aż po kolana. Pokazały się jej zgrabne łydki co także sąsiedzi przywitali z oklaskami i okrzykami zachęty. Naguska starała się sprostać wyzwaniu. Widać było jak jej głowa zaczyna powoli przesuwać się od stóp szlachcianki aż do jej kolan. A ta wtedy podwinęła suknię jeszcze wyżej - Kontynuuj proszę. Dobrze ci idzie. - Pochwaliła ją i widać było, że jest już nieźle rozkręcona. Głowa Adrienne w końcu znalazła się przy samym zwieńczeniu rozchylonych ud diwy ale z drugiego końca kuchni nie było widać tych najciekawszych detali. Dopiero jak milady zaśmiała się, złapała za głowę niewolnicy i mocno ją pocałowała widać było, że jej usługi przypadły jej do gustu.
Hubert podchodził do każdego z widowni i proponował aby ich niewolnica mogła spełnić jakieś życzenie. Zwykle prosili aby ich gdzieś pocałowała albo chętnie badali jej pełne piersi. Dopiero jak doszli do Łasicy to łotrzyca wyłamała się z tego wzorca. Bez wahania schyliła się i drapieżnie ścisnęła w każdej dłoni pierś niewolnicy. Aż ta krzyknęła z bólu.
- O zobacz ruda małpo! Wreszcie ktoś ma lepsze cycki od ciebie! - Zawołała patrząc szyderczo na swoja odwieczną partnerkę i rywalkę jednocześnie. Burgund prychnęła jakby nie robiło to na niej wrażenia. W kulcie wiadomo było od dawna, że fioletowowłosa jest nieco zazdrosna o bujniejszy biust swojej przyjaciółki.
- Tak, od twoich też ma lepsze. - Burgund odgryzła jej się ale to nie popsuło humoru koleżance. Z lubością zanurzyła palce w trzewiach niewolnicy i posmakowała ich w usta. - Wyborna! Oj tak, czuję mała, że będziemy musiały się zaprzyjaźnić! - Zawołała do Adrienne gdy jeszcze nachyliła się nad jej ramieniem aby sprawdzić jędrność jej pośladków które na koniec mocno trzepnęła. To wszystko reszta widowni też powitała śmiechami uznania i rozbawienia. A mistrz przeciągnął swoją niewolnicę dalej. Tak dotarł do siedzącej niedaleko Otto i Egona Bretonki. Ta nachyliła się ku twarzy zasłoniętej przepaską i pogłaskała ją czule po policzku.
- Nawet nie wiesz jak ci zazdroszczę. Chciałabym być na twoim miejscu. No ale u nas starczy miejsca dla wszystkich. Cieszę się, że do nas dołączyłaś. - Powiedziała do niej po przyjacielsku i pocałowała ją delikatnie w usta. Puściła psotne oczko do Grubsona a ten jej szelmowski uśmiech. Jednak przeciągnął ją niewolnicę do obu Norsmenów.
- A można ją poujeżdżać? - Lars zapytał z zaciekawieniem. Grubson odwrócił się ku wyjściu gdzie siedziała większość szlachcianek i elfki. Po czym nieco zbliżył się i odpowiedział cicho.
- Może nie teraz. Później w pokojach będzie na to okazja. No ale na razie to sam widzisz, że nie jesteśmy wyłącznie w rodzinnym gronie. - Miał przepraszający i ugodowy ton jakby prosił korsarza o zrozumienie dla tych ograniczeń. Ten spojrzał na obie elfki i pokiwał głowa.
- Dobra, to może później, w pokojach się zabawimy. - Dał znak, że na razie od Adrienne nic nie chce i odkłada zabawę z nią na później. Grubas się do niego wdzięcznie uśmiechnął i przeszedł ze swoją niewolnicą do Egona i Otto.
- A wy koledzy? Czy nasza niewolnica może coś dla was zrobić? - Popatrzył na nich z życzliwym uśmiechem. A naga kobieta siedziała na smyczy u jego stóp gotowa przyjąć ich polecenia.
Mnich popatrzył chwilę na dziewoję i uśmiechnął się łobuzersko. Zgrabnym ruchem zdjął habit, pod spodem mając jedynie koszulę i spodnie, które zsunął sobie do kolan dając wszystkim drobny pokaz i przysuwając swoje berło do ust niewolnicy.
- Zobaczmy jakie są twoje talenty w wielbieniu mężczyzn.Egon z niekłamanym rozbawieniem obserwował widowisko. Zdziwiło go nieco, że parka elfek zdawała się także lubić przedstawienie, jako że spodziewał się, że te dwie będą grać według swej roli, czyli wyniosłych panien z dobrych domów. Zapewne elfy - dumał Egon - zaiste odczuwały emocje w jakiś inny, bardziej intensywny sposób, przeto były bardziej podatne na ekscesy tego, o którym usłyszał, że nosi tytuł Księcia.
Strzykwa z jajami Oster co prawda piekła go w jego płaszczu, jednak nie zamierzał dobywać jej w obecności elfek.
Co prawda zamierzał uznać życzenie mnicha, jako że ten uprzedził go w swych życzeniach, jednak, pijąc wino z kielicha, rzekł w te słowa:
– Przednie to przedstawienie, mistrzu Hubercie. Iście, dzisiaj żeśmy poznali Adrienne lepiej, niż kiedykolwiek poznać by mógł jej mąż. Piękne są te pręgi na jej słodziutkiej dupeczce, kraśnieją i czerwienieją, niby dobre wino. Ale rzeknij no, mistrzu, coś sądzę, że nie pokazałeś nam wszystkiego. Podobałoby mi się pchnąć Adrienne bliżej granicy. Wolałbym zobaczyć, jak umie walczyć, ale jeśli jeno by umiała przyjąć na siebie więcej bólu… Wrzeszczała ładnie wcześniej. Masz jakie zabawki, co by urozmaicić grę, Hubercie? Ja bym se zobaczył, jak cierpieć umie.
Skoro tak się ułożyło, że we dwóch zostali na końcówkę tego “kółeczka dla publiczności” a niewolnica posłusznie zajmowała się przyrodzeniem mnicha to Hubert miał okazję aby chociaż na chwilę podejść i porozmawiać z gladiatorem.
- Oczywiście, że tak Egonie. Widziałeś tamto pudło? - Grubas wskazał na podłużny futerał jaki na początku przedstawienia Oksana mu podała. A później brali stamtąd narzędzia chłosty jakich używali na nagiej niewolnicy. - Tam mamy tego więcej. A to nie wszystko. Na zapleczu mam przygotowane tego więcej. No ale nie chciałem psuć widowiska tą graciarnią. - Rozłożył ręcę jakby wtajemniczał kolegę w arkana swojej sztuki. - No i tak jak ci mówiłem. Nie chciałem popadać w skrajności skoro nie jesteśmy tu we własnym gronie. - Znów lekko skinął swoją byczą głową w stronę drugiego końca kuchni gdzie siedziała lady Soria, elfki oraz większość szlachcianek. - Ale jakby cię to interesowało to możesz się z Adrienne tak zabawić na pokojach. Sama chyba widzisz, że jest nieźle wytresowana. Wiem, że wygląda delikatnie ale ona może znieść o wiele więcej. Zobacz na Fabienne, też taka chuda i delikatna a ile potrafi wytrzymać w takiej sztuce. - Grubas z uśmiechem wskazał wzrokiem na bretońską szlachciankę jaka siedziała ledwo parę kroków dalej. Nawet w eleganckiej, krwistoczerwonej sukni wydawała się krucha, blada i delikatna. Ale teraz z satysfakcją i fascynacją w oczach obserwowała poczynania niewolnicy jaka właśnie widowiskowo dogadzała jednookiemu mnichowi. A była w kulcie znana ze swoich uległych upodobań. - No ale nie przejmuj się przyjacielu. Pamiętam o naszej obietnicy. - Grubas poklepał gladiatora po ramieniu w przyjacielskim geście. - Jeśli masz na nią ochotę to masz do niej pierwszeństwo. Możesz ją zabrać na górę i się z nią zabawić. Jeśli byś potrzebował jakiś zabawek to zajdź do mnie po występie. Mogę ci coś pożyczyć jeśli chcesz. No ale na razie musimy dokończyć przedstawienie. - Kupiec wydawał się być całkiem koleżeński i życzliwie nastawiony do brodacza. Sam też z ciekawością obserwował poczynania Otto i swojej niewolnicy. - Mimo wszystko to jej pierwszy występ publiczny. Miała straszną tremę. Cieszę się, że ci się podobało nasze małe przedstawienie. Jeśli milady weźmie ją na służbę to pewnie częściej będziemy się spotykać w takim gronie i na takich zabawach. I he he, masz rację. Jej przyszły mąż tak naprawdę nic o niej nie wie. He he, jej rodzice też. - Zaśmiał się chrapliwie jakby to go strasznie bawiło. Po czym cicho westchnął. - No ale na zewnątrz niestety musimy trzymać pozory. - Przyznał z żalem.
A tymczasem na tą końcówkę przedstawienia to uwagę wokół siebie skupili Otto i Adrienne. Widownia westchnęła z przyjemnego zaskoczenia gdy mnich tak śmiało się obnażył. Ociemniała opaską pracownica ratusza początkowo poruszała dłońmi nieco nieporadnie. Ale gdy podstawił jej swoje przyrodzenie pod twarz to szybko odzyskała rezon. I sądząc po gardłowych odgłosach i energicznych ruchach jej myszatej głowy to mężczyznom też umiała dogadzać tak samo sprawnie jak kobietom. Blizsi i dalsi sądziedzi pochylali się aby lepiej widzieć. Egon, Łasica czy Fabienne teraz byli w lepszej sytuacji bo mogli obserwować to z bliska. Zaś Otto mógł się sam przekonać, że usta niewolnicy są sprawne i gościnne aż po same gardło. I jak wzbiera w nim fala przyjemności.
– Chętnie – Egon odrzekł do Huberta. – Chętnie bym się zabawił i z nią i z Fabienne, a jakże. Widzisz, mistrzu Hubercie, zawsze chciałem się przekonać, ile taka dziewczyna jak Adrienne znieść mogą. Z chęcią bym to zobaczył… Ha ha ha! – Egon roześmiał się tubalnym głosem, niemalże już zacierając ręce. Jeśli gladiator tylko mógł połączyć przyjemne z pożytecznym i zasiać je wszystkie podczas onych harców, tym lepiej dla niego.
Otto przytrzymał głowę niewolnicy kiedy poczuł pierwszy upust ciśnienia swych lędźwi.
Pozwolił jej spić cały swój nektar nim się odsunął.
- Grzeczna dziewczynka… - mnich zerknął na Huberta - Naprawdę dobrze ją wytresowałeś- Ah, Fabienne! - Hubert uśmiechnął się ze zrozumieniem i spojrzał na bladolicą, bretońską szlachciankę jaka siedziała ledwo kilka kroków dalej. Zapatrzona w widowisko jakie dawali Otto i Adrienne, niechcący prezentowała im swój szczupły, boczny profil. Jasna, delikatna skóra kontrastowała zarówno z czernią jej finezyjnie ufryzowanych włosach jak i karminem sukni jaka ją okrywała. Gruby kupiec też jakby chwilę sycił oczy tym pięknym widokiem swojej kochanki. - Masz dobry gust Egonie. Fabienne to już oszlifowany brylant jeśli ktoś lubi w łóżku uległe kobiety. - Pokiwał głową na znak aprobaty dla wyboru gladiatora. - Szepnę jej słówko, że ją doceniasz ale nie wiem jakie ma plany na dzisiaj a wieczór do zabawy mamy dość krótki. Za to Adrienne mogę ci obiecać do zabawy zaraz po występie. A ty jakbyś chciał jakieś instrumenty do tej zabawy to zajdź do mnie po występie. - Grubas poklepał Huberta po ramieniu i zachowywał się po koleżeńsku, chociaż do tej pory spotykali się dość rzadko. Można powiedzieć, że znali się z widzenia z tych kilku zborów Starszego na jakich byli obaj. Grubson nie bywał na wszystkich ale Starszy na niektóre go zapraszał aby zacieśnić przyjaźń pomiędzy obiema grupami. A oddolnie zwłaszcza Fabienne, coraz częściej bawiła się u Pirory z jej gośćmi. A często byli to właśnie członkowie zboru Starszego.
Teraz brodacz widział jak Hubert rzeczywiście podszedł do czarnowłosej szlachcianki, nachylił się do niej i coś jej szepnął. Ona najpierw podniosła głowę ku niemu i słuchała a później z zaciekawieniem spojrzała na gladiatora. Zdążyła mu rzucić bezgłośne “później” gdy para autorów właśnie doszła do finału swojego przedstawienia.
Widownia nagrodziła występ brawami i okrzykami aplauzu. Ci co stali najbliżej pary improwizowanych aktorów czyli Łasica, Fabienne i Grubson, także klaskali i uśmiechali się przyjaźnie. Zaś Otto dopieco co czuł przyjemne, wilgotne ciepło na swoim przyrodzeniu jakie oferowały mu usta i gardło niewolnicy. Zaś teraz z góry widział lepkie zacieki wokół nich. Gruby kupiec skromnie skłonił się mu za tą pochwałę.
- Ah dziękuję kolego. Cieszę się, że nasza niewolnica dostarczyła ci tą odrobinę przyjemności na jaką zasługujesz. - Grubson miał w sobie coś z artysty i wodzireja. To przedstawienie prowadził z naturalnym wdziękiem i lekkościa jakby robił to całe życie. A przecież dla świata zewnętrznego był szanowanym, ciężko pracującym, zaradnym kupcem materiałami i ubraniami, co miał też swój sklep i zakład krawiecki. A ostatnio współpracował z teatrem w jakim się właśnie znajdowali jako główny dostawca materiałów, kostiumów i dekoracji. Teraz wyjął chusteczkę i podał nagiej niewolnicy aby mogła sobie wytrzeć twarz po przyjemnościach przeżytych z jednookim mnichem. A przy okazji szepnął do mnicha - Jak podejdę z nią do milady to dam ci znać. Wtedy podejdziesz i zabaw się z Adrienne jak zechcesz ale zasiej ją tylko raz. Nie przelewaj jaj do tej swojej zabawczki przy wszystkich. Później na pokojach się w nią wpompuje resztę. - Wskazał wzrokiem na klęczącą przy nich niewolnica jaka oczyszczała sobie twarz chusteczką swego mistrza. Gdy to zrobiła znów wziął ją na smycz i przy nodze zaprowadził ją z powrotem do syreniej milady, kończąc tym niejako “kółeczka dla publiczności”. Znów zrobiło się ciszej i wszyscy czekali co teraz się stanie. Milady zaś popatrzyła na ich trójkę z uprzejmym zainteresowaniem.
- Brawo! Wspaniały pokaz moi drodzy! Jestem zachwycona. To była przyjemność was oglądać. - Pochwaliła całą trójkę głównych aktorów tego kuchennego przedstawienia. I widać było, że zrobiło im się bardzo przyjemnie. - Została nam chyba jeszcze tylko ostatnia próba. - Syrena uniosła brwi i popatrzyła wyczekująco na grubego kupca.
- Ah tak, oczywiście milady. - Hubert skinął przed nią głową i odwrócił się w stronę przeciwległego krańca kuchni. - Otto, czy mogę cię tu prosić do pomocy? - Zapytał uprzejmie i wskazał na będącą na czworakach, nagą niewolnicę ozdobioną pręgami i zaczerwieniami po właśnie zakończonym przedstawieniu.
- Ależ oczywiście. - mnich sięgnął po zabaweczkę od Niklasa, prezentując ją wszystkim podchodząc do niewolnicy.
- Nasza słodka dziewoja zasłużyła na małą nagrodę. - mnich bez ostrzeżenia włożył zabawkę w gotowy otwór dziewczyny i rozpoczął nim powoli ruszać - Jak uważasz, Lady Sorio? Ta mała niewolnica zasłużyła na przyjemność przed wypełnieniem?Widownia jaka obsadzała zwyczajne krzesla, taborety i ławy w tej kuchni, a niektórzy nawet stali, zgodnie starała się zobaczyć co takiego pokazuje im jednooki mnich. Po chwili pokazały się uśmiechy i komentarze zadowolenia, zwłaszcza kobiet które miały doświadczenie z używaniem podobnych sprzętów. Byli więc ciekawi co Otto z tym zrobi. Adrienne cicho jęknęła gdy w nią wsadził ten kawałek wystruganego drewna. Poza tym jednak bez oporów przyjęła tą nową zabawę. Wciąż była na czworakach, trzymana na smyczy swojego mistrza a jej nagość znaczyły zaczerwienienia po intensywnym użytkowaniu podczas przedstawienia. Było widać, że Hubert przede wszystkim wężową milady traktuje jako głównego widza więc cała obecna scena rozgrywała się tuż przed nią. Córka Soren wydawała się być rozbawiona pokazem jak i pytaniem jednookiego. Pokorna niewolnica tylko nieco podniosła głowę niecierpliwie oczekując jak ta elegancka dama odpowie na pytanie mnicha.
- Tak Otto, myślę, że Adrienne bardzo się dzisiaj postarała aby nas zadowolić i wierzę, że to jeszcze nie koniec jej możliwości jakie nam dzisiaj zademonstruję. Więc zasługuje na nagrodę. - Milady odpowiedziala godnie jakby była władczynią co rozdziela przywileje.
- Dziękuję milady. Oczywiście, że postaram się zrobić co w mojej mocy aby zadowolić ciebie i twoich gości. - Adrienne odparła gorliwie i energicznie pokiwała głową. Soria zaśmiała się cicho z zadowolenia, podobnie jak publiczność. Siedzące najbliżej niej obie elfki i teatralna diwa, obserwowały z zaciekawieniem ten końcowy akt widowiska. Syrena zaś nagrodziła pokorną niewolnicę wysuwając swoją stopę spod sukni i pozwalając ją pieścić Adrienne. A przy okazji ta wypięła swoje nagie, tylne wdzięki do góry, jeszcze bardziej wystawiając się na zabiegi Otto.
Mnich kontynuował stymulację niewolnicy, w momencie kiedy zaczęły się pierwsze drżenia, sygnalizujące jej szczytowanie, wepchnął tłok zabawki, a kobieta poczuła jak jej wnętrze wypełnia się lepką zawartością.
Dziewczyna przyjęła to z ciekawą do oglądania mieszaniną zaskoczenia i przyjemności. Zaś widownia nagrodziła ten ostatni akt przedstawienia oklaskami i okrzykami uznania. Adrienne jeszcze przez chwilę ciężko dyszała wciąż pozostając nago na podłodze w swojej uległej pozie. Aż milady przed jaką był ten pokaz nie schwyciła ją za podbródek i nie nagrodziła jej delikatnym pocałunkiem w usta.
- Brawo! Brawo moi przyjacele! Wspaniały pokaz! Mam nadzieję, że nie ostatni i wkrótce znów będziemy mogli was oglądać! - Wężowa milady wstała ze swojego miejsca i dała znać aby niewolnica także powstała. Z bliska Otto widział jak ta lepkość jaką ją wypełnił wciąż jest widoczna na wnętrzu jej ud. Ale na razie cała trójka aktorów miała swoje pięć minut sławy. Podziękowanie i uznanie jakie złożyła im lady Soria dało znać reszcie widowni, że to koniec przedstawienia i też mogą pogratulować trójce odważnych aktorów. I co chyba wszystkich nieco zaskoczyło, pierwsza po niej do tej trójki podeszła lady Odette.
- Brawo! Dawno się tak nie wybawiłam na czyimś przedstawieniu! Wreszcie to ja mogłam być na widowni! A co za odwaga, talent, finezja! No i emocje! Mam nadzieję, że dacie nam się wkrótce znów oglądać. - Miodowłosa uściskała po kolei każde z ich trójki. I widać było, że takie otwarte uznanie od sławnej aktorki, śpiewaczki i gwiazdy estrady sprawiło Hubertowi, Oksanie i Adrienne dużo przyjemności. Teraz widząc, że ewidentnie jest już po przedstawieniu coraz więcej osób wstawało też aby pogratulować aktorom i zamienić z nimi parę słów lub ze swoimi znajomymi. Emocje były solidne rozgrzane i na wielu twarzach widać było ekscytację na danie główne jakie zamierzali skonsumować w pokojach na piętrze.
-
Otto i Laura
Po skończonym przedstawieniu do mnicha podeszła ciemnowłosa ladacznica. Która dziś ubrała się jak uczciwa mieszczka a nie pracownica zamtuza. Uśmiechnęła się do niego i stanęła tak blisko, że zdradzała zażyłość jaka ich połączyła dziś rano.
- Lady Odette prosiła aby ci przekazać, że zaraz do nas dołączy. - Spojrzała na grupkę szlachcianek. Soria, Odette, Kamila, Pirora rozmawiały jeszcze z obiema elfkami. - Jak myślisz? Te elfki dadzą się zaprosić na górę? - Laura wydawała się być zaciekowiona jak daleko może się posunąć ta integracja z długouchymi. Wytrzymały całe przedstawienie Huberta i wydawały się nim zainteresowane. Czy były naprawdę czy to tylko taka grzecznościowa poza, tego nie dało się określić. Pocieszające było to, że nie wyszły z oburzeniem podczas jego trwania. Wtedy to byłaby zła wróżba i na dalszą pokojową koegzystencję i dla jej uczestników.
- Wyglądają na bardziej otwarte niż się obawiałem. Zwyczaje Pięknego Ludu nie są mi niestety znane… chociaż słyszałem, że nie są aż tak przeciwne przelotnym pasjom. - mnich wzruszył ramionami - Sądzę, że wszystko leży z zdolnościach Lady Sorii.- Bardzo bym chciała aby miały dziś ochotę na odrobinę, przelotnych pasji. Już nawet nie mówię, że ze mną. Ale kto wie? Może jakbyśmy zrobili na nich dobre wrażenie dziś wieczór to może by się dały zaprosić ponowne? - Layla chociaż była zawodową ladacznicą, pracującą w zamtuzie, zdradzała tęsknym spojrzeniem, że nie jest nieczuła na powab i elegancję obu skośnouchych dam. - No ale i tak się cieszę, że będę dziś z wami. - Dodała kładąc troskliwie dłoń na dłoń mnicha aby ten nie czuł się niedoceniony. - A powiedz, tam pod koniec przedstawienia… To w tej zabaweczce jaką używaliście na Adrenne to były tam jaja? - Zaciekawiła się wskazując wzrokiem na wciąż nagą niewolnicę Huberta jaka miała swoje pięć minut sławy i niektórzy do niej podchodzili aby z nią porozmawiać.
- Owszem, ale tylko jedną dozę. Później wypełnimy ją bardziej. - mnich objął ladacznicę w pasie - Nie martw się, wystarczy i dla ciebie.- Oh to miłe z twojej strony. To jej pierwszy raz? Jeśli tak to jeszcze nie wie jakie przyjemności ją czekają. Ale wygląda mi, że Hubert dobrze ją wyszkolił. I ona sama chyba lubi takie zabawy. Aż dziwne, że pracuje w ratuszu. Jakby chciała spróbować swoich sił w zamtuzie to z taką urodą, figurą i umiejętnościami to myśle, że zrobiłaby karierę jako ladacznica. - Laura podzieliła się swoją opinią na temat nagiej niewolnicy. I widocznie doceniała tak jej atuty fizyczne jak i umiejętności. A mnichowi pozwoliła się objąć w pasie i sama odwdzięczyła się głaszcząc przód jego koszuli zalotnym gestem jaki zdradzał ich zażyłość.
- No i mówisz, że masz tych jaj na tyle aby mnie wypełnić? - Pieszczotliwie pogłaskała jego policzek, zbliżając twarz jakby chciała go pocałować. - To wspaniale. Bez nich czuję się taka pusta i bezpłodna. Uwielbiam je czuć w sobie. - Uśmiechnęła się z zadowoleniem ale jakiś ruch przy przeciwległym krańcu kuchni przykuł jej uwagę. Wyglądało na to, że teatralna diwa zaczyna żegnać się ze swoimi błękitnokrwistymi koleżankami ale, że takim damom nie wypadało ot tak rzucić dwa słowa i odejść to pewnie to jeszcze chwilę potrwa.
Otto cmoknął ladacznicę w policzek.
- Nie martw się, obiecuję, że zapłodnię cię tak jak tylko będziesz chciała. - mnich zerknął w kierunku niewolnicy Huberta - Co do niej… cóż podejrzewam, że wykorzystuje te atrybuty aby wznieść się ratuszu. Ladacznice nie tylko w zamtuzach pracują.- Kto ją tam wie. Ja jej nie znam. - Szczupła brunetka popatrzyła jeszcze chwilę na nagą niewolnicę. Była jedyną osobą bez ubrania w tym barwnym tłumie więc od razu rzucała się w oczy. Jednak uwagę ladacznicy przykuła Słowik Północy. Widocznie już pożegnała się ze swoimi koleżankami i z uśmiechem na twarzy szła w ich stronę.
- A tu jesteście! - Ucieszyła się patrząc z ogniem w oku na nich oboje. - Wyglądacie tak romantycznie jak para młodych zakochanych z jakiegoś rycerskiego poematu. Chociaż mnich i ladacznica to raczej pewnie byłyby poboczne postacie bo wiadomo, eposy rycerskie są głównie o rycerzach, ich damach i zawiłych przygodach jakie im się przytrafiają. - Miodowłosa milady widocznie była w bardzo dobrym humorze. Laura odwzajemnła jej wesoły uśmiech i starała się zapanować nad ekscytacją. - To co? Jesteście gotowi na troszkę tych romansów i przygód na pięterku czy macie tu jeszcze coś do załatwienia? - Szlachcianka rozłożyła dłonie szeroko jakby wskazywała na resztę kuchni i towarzystwa jakie tu wraz z nimi przebywało i popatrzyła na nich z szelmowskim uśmieszkiem.
- Ja mogę iść na górę. Ale jeśli Otto coś ma tutaj do załatwienia to mogę poczekać. - Ladacznica odpowiedziała całkiem grzecznie ale dało się wyczuć, że miała ochotę zacząć właściwe danie tego wieczoru.
Mnich rozejrzał się po zgromadzeniu, ale jedynie uśmiechnął się do divy.
- Swój udział w przedstawieniu już miałem, więc chętnie usłużę wam piękne panie. - objął w pasie Laurę ponownie - Nie martw się moja droga, może nie jesteśmy głównymi postaciami opowieści, ale tym pobocznym bardziej przypada świntuszyć. - wystawił rękę w kierunku lady Odette, aby wziąć ją pod rękę.- Oh, cudownie powiedziane Otto! Uwielbiam świntuszyć! Niestety kobiecie o mojej pozycji, nie wypada się do tego przyznawać. Przynajmniej nie publicznie. No ale skoro teraz jesteśmy wśród przyjaciół to chyba mogę sobie pozwolić. - Diwa była rozbawiona na całego a w oczach miała figlarne ogniki. Chętnie przyjęła ramię mnicha i ten mógł teraz iść przez kuchnię prowadząc obie swoje dzisiejsze partnerki pod każdym ramieniem. Mijali podobnie rozbawionych gości którzy też albo jeszcze rozmawiali ze sobą albo szykowali się aby podążyć do pokojów na piętrze. Często natykali się na pozdrowienia i wesołe uśmiechy chociaż raz czy dwa, zdawało się mnichowi, że dostrzega w co niektórych oczach iskierkę zazdrości. W końcu szedł pod ramię z główną gwiazdą wieczoru. Na oficjalnym przyjęciu zapewne miodowłosa milady mogłaby wybierać w hrabiach, baronach i szlachcicach jacy będą mogli jej partnerować chociaż w tańcu albo przez część wieczoru. Nawet jeśli wśród kultystów to syrenia milady cieszyła się największym splendorem to jednak w oficjalnych relacjach trudno było się którejś z kultystek równać sławą i rozpoznawalnością z lady Odette von Treskow. Teraz właśnie przy wyjściu mijali lady Sorię, Kamilę i obie elfki. Aktorka uśmiechnęła się do nich zalotnie.
- To my na razie znikamy! Do zobaczenia później! - Zawołała do nich radośnie kierując sie ku wyjściu z kuchni. Ludzkie i elfie szlachcianki pozdrowiły ich uśmiechami.
- Moje panie. - mnich kiwnął głowa szlachciankom - Mam nadzieję jeszcze mieć okazję poznać was bardziej. - odrobinka dumy buchała z mnicha, właśnie szedł na pięterko z cudowną divą i jej ulubioną ladacznicą. Westchnął cicho kiedy opuścili kuchnę i zerknął na Laure szepcząc jej do ucha - Jak tam maluch?
- Blisko wyjścia ale jeszcze trochę wytrzymam. - Brunetka odszepnęła mu na ucho gdy wyszli na korytarz prowadzący na górę. Też wygladała na podekscytowaną tym co się za chwilę powinno zacząć.
- Mówię wam, że naszym długouchym gościom bardzo spodobał się pokaz. Zwłaszcza Adrienne. Mam wrażenie, że Fanriel to by bardzo chętnie poznała się z nią bliżej. No ale Hubert już ją obiecał Egonowi na ten pierwszy raz dzisiaj. Więc co najwyżej może później. Chociaż nie powiem, też bym się z nią chętnie poznała bliżej. Właściwie to z nimi oboma. A nawet trzeba! Przecież obie to elfki i są śliczne jak elfki! Miałam już przyjemność z elfami obu płci i zawsze była to ekscytująca przygoda. Potem jeszcze aby nie było niezręcznie próbowałyśmy Fanriel nakierować na Fabi no ale Fabi jest umówiona z nami. Tylko trochę później. Więc teraz Kamila, Pirora i Soria próbują jakoś zabawić nasze śliczne elfki aby nie wyszły nieusatysfakcjonowane. Niestety wieczór dziś mamy krótki. - Dla odmiany diwa się rozgadała jakby zebrało jej się na ploteczki z koleżankami. I przy okazji opowiedziała im o czym tak żywo dyskutowała z innymi szlachciankami już po zakończeniu przedstawienia. A w międzyczasie doszli już do podstawy schodów prowadzących na piętro.
Mnich puścił kobiety przodem, spoglądając na ich kuperki z niższej pozycji.
- Jestem pewny, że podołają wyzwaniu zaspokojenia naszych egzotycznych gości. Mówisz pani, że miałaś częstszy kontakt z Wysokim Ludem? Pewnie masz opowieści, któreby zmiękczyły nogi nie jednemu.- Oh zapewne! - Roześmiała się diwa zadowolona z wrażenia jakie wywołała na mnichu. Zaś on miał okazję obejrzeć sobie ich szczupłe talie opięte gorsetami i tylne wdzięki. Chociaż oczywiście suknia aktorki była o wiele pyszniejsza i bogatsza od tej jaką miała na sobie zwykła ladacznica to jeśli chodzi o figurę to obie prezentowały się malowniczo. - O! O wilku mowa! - Miodowłosa zawołała ucieszona gdy przekroczyła półpiętro. A chwilę później i Otto zobaczył kogo ma na myśli. Na piętrze spotkali Fabienne z dwoma dziewczętami jakimi obiecała się dzisiaj zająć. Gdy dostrzegli ich grupkę też się uśmiechnęły do nich przyjaźnie i poczekały aż się zrównają ze sobą. Obie szlachcianki objęły się i elegancko cmoknęły w policzki. - Gdzie się zabawiacie Fabi? - Odette zapytała czarnowłosej koleżanki.
- A tutaj, naprzeciwko. Poprosiłam Kamilę aby dała nam pokój naprzeciwko waszego. - Bretonka wskazała na drzwi przy jakich stały. Faktycznie były naprzeciwko apartamentu szlacheckiego jaki przypadł głównej gwieździe wieczoru. Cukiernik i jej pokojówka uśmiechały się i też zdradzały podekscytowanie ale nie odważyły się wtrącać w rozmowy szlachcianek. Nawet jeśli były tak frywolne jak teraz. - No ale nie będziemy zamykać drzwi na skobel. Więc jak będziecie mieli ochotę to zapraszamy. - Fabienne popatrzyła zalotnie na każdego z drugiej trójki.
Mnich uśmiechnął się.
- I takie samo zaproszenie ślemy wam, moje drogie. Chociaż miejcie litość nade mną, piątce na raz nie dam rady. - Otto delikatnie się zaśmiał i zerknął na swoje partnerki - Gotowe moje panie? Chyba czas zacząć przyjęcie na dobre.- Oh, Otto, w takim wybornym towarzystwie na pewno sobie jakoś poradzimy. - von Mannlieb pogłaskała mnicha po ramieniu uśmiechając się do niego i pozostałych na znak, żeby się nie przejmować takimi drobiazgami. Pożegnali się ze sobą i każda z trójek weszła do swojego pokoju. Odette jednak zasunęła skobel w drzwiach aby nikt im nie przeszkadzał. Po czym odwróciła się do dwójki swoich kochanków.
- No nareszcie! - Aktorka klasnęła w dłonie z uciechy i popatrzyła na nich tak drapieżnie jakby wreszcie nie musiała ukrywać swoich żądzy. - Otto pozwolisz, że zaczniemy? - Zwróciła się do mnicha a sama podeszła do ladacznicy. I prawie od razu objęła ją i bez skrupułów zaczęły się całować. Wyglądało to podobnie namiętnie jak niedawno w garderobie gdy diwa miała przyjemność zbałamucić Benitę. Teraz zaś równie łapczywie zajmowała się Laurą, chociaż ta była zwykłą ladacznicą a nie szlachcianką z dobrym nazwiskiem. To właśnie miodowłosa przejęła inicjatywę i powoli napierała na kochankę. Ta całując ją cofała się w stronę czekającego łóżka. - Zdejmuj to! - Zażądała zniecierpliwiona aktorka. Ale właściwie to obie zaczęły ściągać gorset i górę sukni jaką miała na sobie młoda brunetka. Po chwili jej tors był już obnażony i aktorka z lubością zanurzyła dłonie i twarz w jędrny biust ladacznicy. Ku ich obopólnej przyjemności. Ale suknię nie było tak łatwo zdjąć na stojąco. Więc aktorka popchnęła brunetkę na łóżko i tam Laura uniosła biodra rozpinając ją a Odette z wprawą ściągnęła z niej i tą część ubrania. Więc dość szybko Laura została w samych pończochach i trzewikach. A śpiewaczka, wciąż w swojej drogiej sukni, znalazła się na górze. I rzeczywiście zachowywała się jakby miała słabość do tej ladacznicy.
Mnich jedynie koszulę i usadowił się za aktorką.
- Jeżeli można? - dłonie mnicha sięgnęły biustu Odette delikatnie głaszcząc i ugniatając - Lauro może spróbuj pokazać naszej cudownej pani swoją niespodziankę.Z perspektywy mnicha, to diwa była pochylona nad leżącą na plecach ladacznicą i namiętnie ją smakowała. Na górze a zwłaszcza na dole. Jej dłonie też nie próżnwały a widać było, że i Laurze te zabawy sprawiają mnóstwo przyjemności. Gdy jednak Otto dołączył do nich, aktorka wyprostowała się, sycąc się przez chwilę dotykiem męskich dłoni na swoim biuście. Ten zaś czuł, że są w dotyku równie przyjemne jak apetycznie wyglądały spod dekoltu sukni. Jednak właśnie elegancka suknia jaką artystka miała na sobie, przeszkadzała w przejściu do zabawy na całego.
- Masz dla mnie jakąś niespodziankę? - Odette siedząc okrakiem na nagich biodrach ladacznicy, spojrzała na nią z zaciekawieniem. Ta mimo wszystko trochę się zawahała ale skinęła głową. - Oh to cudownie! Ale moment, pomóżcie mi to zdjąć. Ten wieczór taki krótki więc nie traćmy czasu! - Miodowłosa roześmiała się wesoło i wstała na własne nogi. Ciemnowłosa nierządnica także. Teraz ona pomagała rozpiąć diwie te wszystkie haftki, sznureczki i guziki. Najpierw odpadła góra sukni a po paru niecierpliwych chwilach także dół. Gdy droga i barwna suknia przestała okrywać aktorkę, okazało się, że jest smukła, gładka i powabna. Podobnie jak Laura, została w samych pończochach i trzewikach. Chociaż nawet w tak skromnym stroju widać było różnicę w statusie społecznym. Pończochy aktorki były jedwabne i zakończone finezyjnymi koronkami. Te które brunetka miała na sobie też były jedwabne ale o wiele prostsze. W tej chwili jednak żadna z nich, nie zwracała na to uwagi. Obie ze śmiechem przewaliły się na łóżko i teraz to miodowłosa znalazła się na plecach a ladacznica zaczęła ją całować i pieścić jakby chciała się zrewanżować za ten początek przed chwilą. Zaczęła od utalentowanych ust aktorki i posuwała się niżej. A w międzyczasie posłała mnichowi pytające spojrzenie jakby nie była pewna czy już teraz zaczynać z tą niespodzianką czy jeszcze nie.
Mnich kiwnął głową i pomógł ladacznicy ustawić się przyrodzeniem nad twarzą divy - Będziesz musiała jej poszukać moja pani. Jestem pewien, że niespodzianka tym bardziej zwiększy ci apetyt na własny miot. - jedną dłonią mnich ujął pierś ladacznicy drugą zaczął masować nad jej kroczem w nadziei , że przekona czerwia do opuszczenia norki.
Obie kochanki mnicha poddały się jego inicjatywie. Leżąca na plecach szlachcianka wydawała się być zaciekawiona taką zmianą pozycji. Ale powitała ją całkiem chętnie. Z czułością pocałowała krocze ladacznicy jakie teraz znalazło się tuż przed jej twarzą. A jego słowa zaintrygowały miodowłosą diwę jeszcze bardziej. Uniosła brwi do góry i przygryzła swoje pełne, uśzminkowane wargi. - O, mówisz, że to coś z miotem? - Nie ukrywała swojej fascynacji. - No to ciekawie się zapowiada. - Od dołu spojrzała wtedy wprost na wznoszącą się nad jej twarzą Laurę. - No kochanie! To pokaż co tam masz dla mnie! - Zawołała z werwą. A słysząc taką zachętę chyba kamień spadł z duszy brunetki. Bo pokiwała głową i uśmiechnęła się z ulgą.
Oboje zaczęli stymulować brunetkę. A widać było, że ta coraz szybciej oddycha i poddaje się tym wspólnym pieszczotom. - To już! - Wydusiła z siebie a wyglądała jakby zbliżała się do szczytowego momentu przyjemności. Z jej łona pociekła nitka śluzu. Otto się wydawało, że podobny jakim oblepione były czerwie. Ale może to tylko przypadkowe podobieństwo. Aktorka wysunęła język aby go zlizać.
- Szybka dzisiaj jesteś kochanie. - Diwa wydawała się być rozbawiona i nieco zdziwiona, że jej kochanka tak szybko doszła do głębi rozkoszy. Ladacznica jednak nie odpowiedziała w artykułowany sposób. Właściwie wyglądała, że namiętność coraz bardziej odcina ją od otaczającej rzeczywistości. A chwilę później coś w jej łonie się poruszyło. Odette zauważyła to tak samo jak Otto. Zmrużyła oczy jakby chciała się lepiej przyjrzeć co tam się dzieje tuż przed jej twarzą. Zaś moment później oboje się przekonali gdy z łona pokazał się obły czubek czerwia. Pulsował i poruszał się na wszystkie strony. Aktorka krzyknęła z zaskoczenia. Jednak nie odrywała wzroku od tego widowiska. Miała minę jakby przerażało ją to i fascynowało jednocześnie. Laura stęknęła mocniej i na oko mnicha to już z połowa robaka wyszła na zewnątrz i poruszała się pomiędzy jej gładkimi udami. Nitki śluzu wylądowały na policzkach diwy. Ta miała równie szeroko otwarte oczy jak i usta. Wydawała się całkowicie pochłonięta tym niecodziennym widowiskiem chwilowo niezdolna do żadnej reakcji.
Mnich delikatnie zniżył biodra ladacznicy w kierunku divy. Jego dłoń dalej stymulowała ladacznicę ale wolniej. Wyszeptał jej do ucha.
- Idzie ci świetnie. - zerknął z uśmiechem na Odette i jej zafascynowane spojrzenie na czerwia, który zbliżał się do jej ust
- Niespodzianka, moja pani. Może ucałujesz malucha na przywitanie? On też się cieszy na twój widok. Taki duży, jędrny i pulsujący…Jeśli Laura usłyszała słowa kochanka to i tak tego nie było widać. Zachowywała się podobnie jak kobiety podczas zwykłych porodów. Tylko, że jej jęki i nieprzytomne spojrzenie bardziej przypominało kobietę w trakcie miłosnej kulminacji. Zaś diwę słowa jednookiego jakby przebudziły z chwilowego stuporu. Na krótko spojrzała na niego jednak to ten nowy, śliski uczestnik zabawy jakiego miała tuż przed swoją twarzą przykuwał jej uwagę. Teraz jej spojrzenie zrobiło się przytomniejsze. Oglądała go jak żywą, wijącą się kiełbasę. Wyglądało to bardzo podobnie do tego co mu się śniło o tych porodach. Chociaż tam raczej te czerwie rodziły Fabienne i Odette. Teraz temu porodowi towarzyszyły temu ciche, mlaszczące odgłosy. I szybki oddech ladacznicy jaka ponownie wydawała na świat swojego pieszczoszka.
- Jest… Taki ohydny… - Odette powiedziała zapewne to co większość ludzi by zrobiła na widok takiego ogromnego czerwia. I to tak blisko. Jednak jej spojrzenie i ton głosu wydawały się zafascynowane tym nowym dla siebie doświadczenie. - Można go wziąć w usta? - Zapytała jakby właśnie odkrywała jakieś nowe pole do zabawy. Uniosła palec i ostrożnie dotknęła wijącej się larwy. Od razu na zadbanym palcu aktorki o starannie pomalowanych paznokciach, została plama lepkości i nitka jaka łączyła ją z czerwiem. Decyzję pomogli jej podjąć sam owoc Oster jak i jego matka. Laura wydała z siebie głośniejszy jęk i skurcz przyjemności szarpnął jej ciałem. A robak wypadł z jej łona. Aktorka wykazała się refleksem i zdołała go złapać w swoje usta. Pomogła sobie dłonią i po chwili czerw wystawał z jej pomalowanych ust jak jakiś robaczy język. Ona zaś oddychała krótko i wpatrywała się w to z mieszaniną fascynacji i niedowierzania. Ladacznica zaś opadła na jej nagie ciało jakby ten poród wyczerpał ją i chwilowo nie była zdolna do żadnej akcji.
Mnich ułożył się na aktorce, moszcząc się między jej udami, nie wchodząc jednak gdzie nie został zaproszony. Objął czerwia własnymi ustami z drugiej strony i połączył je z Odette we perwersyjnym pocałunku. Wycofał się po dłuższej chwili łapiąc oddech.
- I jak podoba się niespodzianka, droga Odette? - aktorka mogła poczuć berło mnicha gotowe do akcji.- Jest taka… - Miodowłosa przed chwilą wspólnie z mnichem gościła w ustach czerwia Oster. Widać było, że przeżywa to nowe dla siebie doświadczenie bardzo intensywnie. Teraz gdy oboje potrzebowali chwili oddechu ujęła wijącą się, żywą kiełbasę w swoje zadbane, smukłe palce i uniosła ją do góry aby się jej lepiej przyjrzeć. Nadal wydawała się być nim zafascynowana. Robak wił się w jej palcach i ściekał na jej twarz, szyję i dekolt lepkimi kroplami śluzu. - Jest taki ohydny. I obrzydliwy. Prawdziwe paskudztwo. - Chociaż słowa wobec larwy były użyte jako coś odpychającego to jednak w głosie brzmiał zachwyt i fascynacja. No i aktorka nie cisnęła robaka precz i nie zaczęła robić awantury tylko dalej trzymała go nad sobą i wydawała się podziwiać ten wijący się okruch życia. A w międzyczasie Laura doszła do siebie na tyle aby pocałować przyrodzenie mnicha jakie znalazło się blisko jej twarzy a potem zaczęła się podnosić. Obrzuciła spojrzeniem scenę ze swoją najważniejszą klientką i pieszczoszkiem jakiego od rana ladacznica trzymała w swoich trzewiach.
- Mnie się podoba. Najlepsze są jak ma się je w środku. Ale jak już są na zewnątrz to też się można z nimi zabawić. - Pochyliła się nad leżącą na wznak miodowłosą i pocałowała robaka zostawiając na nim ślad swoich ust. Szlachcianka obserwowała to z ciekawością. A Laura przejęła od niej czerwia i położyła go pomiędzy jędrny biust aktorki. Ta chwilę uniosła głowę aby lepiej widzieć jak robatk bada nowe, obłe środowisko znacząc je klejącym śluzem. Wtedy śpiewaczka roześmiała się serdeczenie. Aż Laura spojrzała na Otto, trochę nie wiedząc jak ma interpetować tą nagłą reakcję ich wspólnej, błękitnokrwistej kochanki. Ta zaś na chwilę się uspokoiła i wyciągnęła ku nim ramiona.
- Oh moi kochani! - Objęła szyję Laury, przyciągnęła ją do siebie i pocałowała namiętnie w usta. Po czym to samo chciała zrobić z Otto. Obejmowała ich jak najbliższych przyjaciół gdy czerw buszwał po jej biuście. - To jest naprawdę coś! I dla czegoś takiego warto było przyjechać to tej zabitej dechami dziury na końcu świata! Wiele mi już składano niemoralnych propozycji ale takimi paskudnymi robalami to jeszcze nikt mnie nie obdarował! I jak rozumiem macie tego więcej? - Diwa wydawała się być w wyśmienitym humorze i pełna wdzięczności dla obojga swoich partnerów za tą nietypową propozycję jaka ewidentnie przypadła jej do gustu. Laura chętnie oddała jej uściski i pocałunki, śmiała się razem z nią, także z ulgi, że nawet na widok czerwia szlachcianka nie zrobiła afery. Gdy padło ostatne pytanie trochę się zaafarowała i spojrzała na kolegę.
- Tutaj mamy tylko tego jednego. Chyba, że Otto ma jakieś. Ale może tych jaj będzie można użyć. - Zaproponowała nieśmiało nie wiedząc jak oboje na to zareagują. Teraz więc i diwa popatrzyła na mnicha jak ten zweryfikuje słowa ladacznicy.
- Mam ciąglę zabawkę, która służy mi do zasiewu. Jak widzieliśmy działa idealnie. - mnich się zaczął podnosić spomiędzy ud divy - Jeżeli chcesz pani, możemy się nią chwilę pobawić i cię zasiać bardziej. Ciebie oczywiście też Lauro.
- I będę wreszcie miała w sobie takie małe, ohydne potworki? - Diwa wskazała na czerwia jaki pełzał pomiędzy jędrnymi wzgórkami jej piersi.
- My na nie mówimy pieszczoszki. - Laura nachyliła się aby go pocałować ponownie. I zostawiła na nim kolejną pieczątkę swoich ust. Wzięła go w dłonie i przystawiła pod nos leżącej aktorce. - Chcesz spróbować? - Zapytała a miodowłosa z fascynacją przyglądała się wijącej się istocie. Prychnęła z rozbawienia po czym podniosła głowę i też pocałowała czerwia. Ona zostawiła na nim ślad swoich ust o nieco bardziej czerwonej barwie niż ladacznica. To znów ją tak rozbawiło, że się roześmiała.
- Tak! Chcę takich więcej! Bo te co ostatnio miałam u Pirory to chyba nic z tego nie wyszło. A chcę mieć właśnie takie obrzydliwe paskudztwa w sobie! - Zaśmiała się i znów pocałowała larwę i zaczęła ją głaskać palcami jak jakiegoś pieszczoszka. Laura też się uśmiechnęła i spojrzała na mnicha.
- To może milady pierwsza? Ja mogę poczekać. - Zaproponowała jednookiemu.
Mnich napełniał już zabawkę dawkami jaj. Zerknął na Lady Odette.
- Więc… ile wejść chcesz milady zapełnić?- Wszystkie! Napełnij mnie do pełna! - Zawołała rozentuzjazmowana aktorka. Aż wyrzuciła swoje nage ramiona w górę jakby nie mogła się doczekać tej przyjemności. Laura widząc tą radość i niecierpliwość roześmiała się z rozbawienia. Nachyliła się nad leżącą śpiewaczką i pocałowała ją w usta.
- No to chyba możemy zaczynać. - Zwróciła się do Otto. Skoro gwiazda estrady była tak chętna na zasianie to ten entuzjazm udzielał się także ladacznicy.
Mnich delikatnie wsunął zabawkę w pierwsze wejście aktorki i rozpoczął ruch stymulując jej wnętrze.
- Chcesz pani zaznać trochę rozkoszy, czy od razu przechodzimy do kulminacji? - ucałował brzuch aktorki.- Oh daj mi rozkosz Otto! Oboje mi dajcie! A ja wam się później zrewanżuję! - Gwiazda estrady była teraz mocno rozochocona i bardzo sprzyjająca obojgu swoich partnerów. Słysząc to Laura nachyliła się aby zacząć całować jej usta i coraz bardziej pokryte robaczym śluzem piersi śpiewaczki. Po chwili gdy mnich miał okazję robić swoje między udami aktorki jakie dziś wieczór okazały się tak gościnne to ladacznica zajmowała się górą artystki. W pewnym momencie usiadła jej na twarzy pozwalając jej się tam zabawić a dzięki czemu jednooki widział nagi przód ladacznicy a ona mogła obserwować jego. Widział, że sama jest bardzo podniecona tą wspólną zabawą.
Mnich uniósł się do ust ladacznicy i pocałował ją czule zniżając się do jej biustu chwilę później. Kiedy jedną dłonią wykonywał energiczne ruchy zabawką drugą masował delikatnie w łonie aktorki dostarczając jej dalszych pieszczot.
- Proszę dać znać kiedy będziesz blisko spełnienia, pani. Pomyśl, niczym kochanek wypełniający cię swym nasieniem, abyś wydała na świat jego miot małych pieszczoszków.- Oh tak, chcę wydać na świat ten miot! To mi obiecały sny! Po to tu przyjechałam! Że zaznam rozkoszy i doznań jakich jeszcze nie znam! I wydam z tego owoc jaki nie będzie pochodził od mężczyzny! - Diwa wychrypiała podnieconym głosem gdy na chwilę ladacznica uniosła się na biodrach aby móc się całować ze swoim kochankiem. Obie wyglądały na całkowicie pochłoniętę tą zabawą we trójkę. Laura przyglądała się jak Otto używa zabaweczki do sprawienia przyjemności jej klientce i jak ta cicho jęczy w rytm tych ruchów. Sama oddychała coraz szybciej gdy usta aktorki pieściły ją w najwrażliwszym miejscu. Mnich widział jak broda, szczęki i czasem język Odette z wprawą dogadza swojej kochance. Jak śliski pieszczoszek wędruje po jej jędrnych piersiach. A jej brzuch oddycha coraz szybciej w rytmie jaki nadawał swoją drewnianą zabawką tak finezyjnie stworzoną przez Niklasa. Wyglądało na to, że diwa jest już jak najbardziej gotowa aby przejść do dalszych etapów tej zabawy.
Mnich nacisnął na tłok zabawki wlewając całą jej zawartość do wnętrza Odette, starając się nie przestawać w swoim zadaniu. Kiedy w końcu zakończył delikatnie wyjął zabawkę, która ociekała wilgocią zrodzoną z przyjemności aktorki. Pośpiesznie wypełnił zabawkę na nowo i przyłożył ją do tylnego wejścia divy i delikatnie wsunął ją. Upewnił się, że kochanka nie czuje bólu kiedy rozpoczął ponowne ruchy zabawki.
- I jak wrażenia moja droga?Widząc co się dzieje, Laura zeszła z twarzy aktorki. Z jednej strony chciała jej dać szansę obejrzeć moment zasiania na własne oczy a z drugiej była ciekawa jej reakcji. A ta była całkiem malownicza. Odette najpierw bezgłośnie otworzyła usta a później szybko je zamknęła i przygryzła wargi murcząc przy tym z zadowolenia. Wzięła głęboki wdech i przytrzymała powietrze w płucach jakby chciała bardziej odczuć to doznanie. Leniwie pogłaskała się po płaskim brzuchu jakby głaskała miejsce w jakim wewnątrz niej rozlewały się jaja Oster. W końcu uniosła głowę jakby chciała się lepiej przyjrzeć ale oczywiscie na zewnątrz było widać tylko jej gładki brzuch i rozchylone uda odziane w drogie, jedwabne pończochy. Podobnie zareagowała gdy mnich zalał jej tylne wnętrze. Widział jak lepkość wypływa z obu tych stron i zostaje na zwieńczeniu ud aktorki a nieco ścieka też na pościel. Ona sięgnęła tam palcami i starła ją po czym przystawiła sobie do twarzy jakby chciała jej się lepiej przyjrzeć. W końcu spróbowała jak smakuje i zaśmiała się z zadwolenia.
- To już? Czy jeszcze będziesz mi tam wlewał tych pyszności? Jeśli można to bym poprosiła jeszcze. Z paru ogierów by trzeba aby tyle się tego uzbierało a tu za jednym razem. - Diwa roześmiała się i mówiła jakby porównywała to zasiewanie do swoich wcześniejszych doświadczeń z mężczyznami i to pierwsze oceniała zdecydowanie jako ciekawsze.
- Chciałem jeszcze zasiać Laurę, moja pani. - przyznał mnich delikatnie wyciągając zabawkę z Odette. Przetarł ją prześcieradłem i zaczął napełniać zabawkę na nowo - Tak cudowną zabawkę ci zrobiła, że chyba zasłużyła na kolejny miot dla siebie, zgodzisz się mam nadzieję? - mnich zerknął na ladacznicę i dał jej znak, aby się położyła.- Rzeczywiście cudowna zabawka. - Odette rozpromieniła się i pogłaskała czerwia jaki zdążył już upstrzyć jej piersi śluzowatym szlakiem swojej wędrówki. Teraz milady wzięła go i pocałowała go czule raz jeszcze. Po czym położyła go sobie na brzuch i zwróciła się do swoich kochanków. - Oczywiście, zasiej i Laurę. Ta kochana dziewczyna zasługuje na nieco przyjemności w życiu. - Zgodziła się głaszcząc ladacznicę po policzku. Ta odwzajemniła jej się całując wnętrze jej dłoni. - No ale musisz mi obiecać, że jeszcze do mnie z tym wrócisz. - Pogroziła mnichowi palcem na wypadek gdyby miał ją zostawić z tak skromną dawką płynnej przyjemności. Laurę znów to rozbawiło na tyle, że się zaśmiała. Ale już położyła się na plecach obok swojej klientki i zapraszająco rzchyliła swoje zgrabne nogi przed mnichem.
- Ja myślę, że ze trzy czy cztery z każdej strony to by było w sam raz. - Brunetka rzuciła zalotnie do mnicha, przypominając mu o czym u niego w mieszkaniu rozmawiali dziś rano. Ostatnio na zabawach u Pirory zasiał ją po dwie dawki z każdej strony i Laura sobie chwaliła to doświadczenie ale była gotowa zwiększyć dawkę.
- Oczywiście, chcesz takie samo traktowanie jak lady Odette? - mnich delikatnie wsunął zabawkę między uda ladacznicy, ale nie rozpoczął ruchów, jedynie całując pieszczotliwie szyję Laury.
- O tak, poproszę. - Leżąca na wznak naga brunetka oddała mnichowi czuły pocałunek ale wydawała się tak samo chętna na zasianie i zabawy im towarzyszące jak leżąca obok aktorka. Chociaż może lepiej nad sobą panowała. Teraz zaś miodowłosa złapała za czerwia i położyła go na piersiach ladacznicy. Sama położyła się na boku, podpierając głowę ręką, aby łatwiej jej było obserwować zabawy pozostałej dwójki. Jej dekolt z kolei błyszczał od robaczego śluzu ale diwie zdawało się to nie przeszkadzać.
Mnich rozpoczął zabawy z ladacznicą, pomagając przy okazji robaczkowi eksplorować znane już sobie tereny.
- Przypomina mi to dzisiejszy poranek. - zauważył jednooki - Pamiętasz jak głęboko udało mi się go wepchnąć?- Pamiętam. To było bardzo ożywcze. I starczyło mi na cały dzień. - Laura obdarzyła go wesołym uśmiechem jakby też z dzisiejszej wizyty w mieszkaniu mnicha miała bardzo przyjemne wspomnienia. Czule pogłaskała go po włosach i twarzy. A potem podobnie potraktowała czerwia jaki badał nowy zestaw piersiowych wzgórz, znacząc je śliskimi śladami.
- A to jeśli można zapytać, co takiego robiliście dziś rano? Czyżbyście tak świntuszyli jak teraz? - Diwa dołożyła swoje głaskanie dla czerwia a gdy skończyła oblizała łakomie palce z lepkości. Słysząc pytanie pracownica zamtuza zaśmiała się krótko i pokiwała głową.
- Tak. Tylko pieszczoszków mieliśmy więcej. Cały miot. - Pochwaliła się aktorce a tej brwi podskoczyły do góry.
- Cały miot? Takich śluzowatych paskudztw? - Wskazała na czerwia jaki pełzał w stronę brzucha ladacznicy. Ta znów pokiwała głową śmiejąc się wesoło. Wtedy śpiewaczka westchnęła przesadnie żałośnie. - No to musiało być bardzo interesująco. Nie mogę się doczekać własnego miotu. Już od Fabi się tyle nasłuchałam, że mam ochotę też to samej poczuć i przeżyć. No a teraz jeszcze to. - Na koniec wskazała na robaka jaki zwiedzał ciało ladacznicy.
- Jeśli milady by miała ochotę a Otto by się zgodził to można by wbić tego pieszczoszka do środka. To pozwala poczuć się podobnie jak przy zaawansowanej ciąży gdy można już czuć w sobie te maleństwa. - Ladacznica zaoferowała kompromis chociaż wymagał on współpracy obojga kochanków. Słysząc to miodowłosa spojrzała żywo na mnicha.
- O i to jest pomysł jaki mi się podoba! Może wy mi pomożecie z tym - wskazała na pełzającego po brzuchu ladacznicy robaka - A ja bym wam pomogła z tym? - pokazała na trzymaną przez jednookiego zabaweczkę jaką właśnie przymierzał między uda ladacznicy.
- Nie mam przeciwskazań. - przyznał mnich - Lauro, to twoje dziecię, czyń honory wysłania go w nowe tereny. - mnich się uśmiechnął, ale najpierw wypełnił ladacznicę pierwszą dawką jaj. Kiedy Laura zajęła się lady Odette mnich zaczął napelniać zabawkę na nowo.
Brunetka przyjęła pierwszą porcję jaj równie chętnie i gościnnie jak przed chwilą miodowłosa. Sapnęła cicho gdy rozlewały się w jej wnętrzu i uśmiechnęła się błogo. Za to szlachcianka wzięła czerwia i z uśmiechem małego psotnika przestawiła go na twarz ladacznicy. Larę to zaskoczyło bo jęknęła z zaskoczenia. Ale po chwili przytuliła dłonią robaka i pozwoliła aby pełzał po jej twarzy. - Jest taki miękki i delikatny. - Wymruczała z zadowoleniem. Milady obserwowała chwilę te zabawy po czym nachyliła się nad nimi i chyba zaczęła całowanie. Ale jej miodowe włosy częściowo przesłaniały widok mnichowi więc mógł się domyślać tylko po odgłosach. Zdążył ponownie zanurzyć się w trzewiach brunetki. Co było równie przyjemne dla całej ich trójki i nakręcało zabawę dalej. Wszystkie kolejne razy ladacznica przyjmowała równie chętnie jak ten pierwszy raz. I wyglądała jakby to przybliżało ją do krainy cielesnej szczęśliwości. Po każdym razie nieco tej lepkiej wilgoci wypływało z jej wnętrza, znacząc tak jej uda jak i pościel pod ich zwieńczeniem. Ale nikomu z ich trójki to nie przeszkadzało. Gdy mnich po raz kolejny napełniał zabaweczkę Odette spojrzała na niego pytająco. - Dasz mi spróbować? - Zapytała z figlarnym błyskiem w oku.
Mnich wręczył zabawkę aktorce.
- Oczywiście. - pokrótce wytłumaczył jak działa i usiadł obok przyglądając się zabawie kobiet - Nie przeszkadzajcie sobie ze względu na mnie.- Oh dziękuję Otto! Jesteś cudowny! - Śpiewaczka obdarzyła go ciepłym uściskiem i namiętnym pocałunkiem. Ale po ruchach widać było tak wprawę w używaniu podobnych sprzętów jak i niecierpliwość. Chociaż ta wystrugana w drewnie zabawka była na tyle nietypowa, że wzbudziła zaciekawienie nawet tak doświadczonej kochanki. Gdy mnich skończył już objaśniać jak się tego używa, szlachcianka założyła uprząż na swoje biodra i zaśmiała się gdy głaskała mokre, gładkie drewno. - Jaki wielki! - Rozmiar zrobił na niej wrażenie. Bo gdy była wysunięta to robiła się znacznie pokaźniejsza niż gdy była złożona. W tej drugiej pozycji rozmiarem przypominała całkiem dorodne berło ale jak najbardziej spotykane wśród mężczyzn.
Po chwili diwa przejęła od Otto rolę ogiera rozpłodowego. I widać było, że podchodzi do tej zabawy bardzo entuzjastycznie. Przyjęła energiczne tempo, że aż całe łóżko się trzęsło, nie mówiąc o jej kochance. Laura jęczała regularnie do teg rytmu aż wreszcie aktorka uznała, że to właściwy moment i zwolniła blokadę zabawczki. Mnich pierwszy raz widział z boku jak ktoś jej używa. Jak biodra jednej kobiety napierają na nią tak, że tłok musiał powoli wtłoczyć swoją zawartość do wnętrza drugiej kobiety. Ta zmrużyła oczy i przygryzła wargi gdy czuła jak kolejna dawka lepkich jaj rozlewa się w jej wnętrzu. A gdy skończyły von Treskow pochyliła się aby pocałować usta właśnie zasianej ladacznicy. Po chwili szlachcianka chciała spróbować jeszcze raz tylko z tej drugiej strony. Więc zmieniły pozycję. Brunetka odwróciła się i wypięła do niej tyłem. Tym razem milady była ostrożniejsza ale też skończyło się to kolejnym zasianiem. Gdy skończyły roześmiała się serdecznie.
- Oh to jest cudowne! - Zawołała radośnie i objęła swoją ulubioną ladacznicę. Pocałowała ją czule w usta po czym na kolanach przeszła do mnicha. Jego też objęła i pocałowała. - To co wolisz teraz Otto? - Zamruczała filuternie lekko głaszcząc go palcami po karku. - Dokończysz zapładnianie mnie czy pozwolisz, żebym ci się odwdzięczyła za twoją dobroć? - Wyglądała jakby była chętna na obie te możliwości i te wcześniejsze zabawy wzmogły jej apetyt na więcej namiętności.
Mnich objął aktorkę.
- Przyznam, że przybyłem na ten pokaz tylko z tobą w mojej głowie, więc jeżeli pozwolisz mi pani. - ucałował Odette namiętnie, jego dłoń sięgnęła łona divy - Chciałbym dołączyć swoje nasienie do tego między twymi udami…- Oh ależ oczywiście Otto. Jak bym ci mogła po tym wszystkim odmówić takiego drobiazgu. - Diwa pogłaskała go czule jakby był jej ulubionym kochankiem i jeszcze raz go pocałowała w usta. Po czym położyła się na plecy, zapraszająco rozchyliła swoje odziane w drogie jedwabie uda i wezwała go do siebie gestem palca. Ale i nie zapomniała o ladacznicy. - Ty apetyczna dziewuszko też chodź gdzie twoje miejsce. - Dla Laury aktorka okazała się równie zalotna. Ta pokiwała głową i nachyliła się aby ją pocałować. A po chwili położyła czerwia na jej pokryte śluzem piersi a sama znów dosiadła okrakiem twarzy śpiewaczki. Więc zajęli podobne pozycje jak wcześniej. Tylko teraz nad biodrami miodowłosej sterczała drewniana zabawka mokra od trzewi jej i ladacznicy.
Mnich spędził długie chwile między udami aktorki oddając się rozkoszy. Kiedy w końcu poczuł nadciągający szczyt przytrzymał Odette mocno upewniając się, że nie wysmyknie się kiedy zacznie wypełniać ją. Ostatni wstrząs przyjemności minął a mnich padł płasko na nagie ciało aktorki, dysząc ciężko. W końcu odzyskał trochę sił i zdołał usiąść patrząc na swoje kochanki z uśmiechem.
- Więc… kto do następnej dawki pieszczoszków? -
Tura 69 - 2519.07.25; knt; przedpołudnie
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
Czas: 2519.07.25; Konigtag; przedpołudnie
Warunki: jasno, ciepło, gwar głosów ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; ziąb (0)Egon
Śnił. Widział, że śni. Znów był bezcielesnym obserwatorem wydarzeń. Nie mógł na nic wpłynąć. Ale za to miał taki wgląd w sytuację jakby w niej uczestniczył. Wszystko było chaotyczne i różne sceny mieszały się ze sobą bez ładu i składu. Niekiedy rozpoznawał miejsca i osoby a niekiedy nie.
- Brawo! Świetnie się spisałeś! Spójrz! - Najpierw zobaczył Raisę. Norsmeńska starucha promieniała dumą i radością. Wydawała się nienaturalnie sympatyczna i radosna. Jak jakaś kislevska babuszka. Nawet go potargała pieszczotliwie za policzek jak swojego ulubionego wnuczka. I pokazała gdzieś w bok swoim kostropatym paluchem. Gdy tam spojrzał zobaczył samego siebie. I resztę wczorajszych towarzyszy od figli. Był nagi i klęczał przed równie nagą Laylą. Teraz jakby obserwował z boku coś co niedawno przecież sam robił. Widział jak ostrożnie wsadza strzykwe w chętne łono egzotycznej kapłanki. I ta reagowała równie ciekawie jak to sam pamiętał. - Zasiałeś ją. Zasiałeś wiedźmę. To dobrze. To bardzo dobrze. Ona też jest ci wdzięczna. - Stara, kostropata wiedźma tryskała radością. A gdy znów spojrzał w bok miał przed sobą Laylę. I nie wiadomo jak, siedział teraz na krześle. Zaś naga kapłanka uśmiechała się do niego zalotnie.
- To taki zaszczyt służyć bogini. Bardzo ci dziękuję, że mnie uczyniłeś naczyniem jej woli. Zawsze chętnie służę bogini. Pozwól, że ci się odwdzięczę wojowniku. - Mówiła kuszącym głosem i co dziwne, zrozumiałym dla Egona. Weszła mu na kolana i głową skinęła w bok na łóżkową scenę z wczorajszego wieczoru jakby też ją widziała. A gdy była już na jego kolanach umieściła sobie jego przyrodzenie w sobie, dłonie złożyła na jego ramionach i po chwili już go ujeżdżała aż miło było popatrzeć i to poczuć. Mętnie sobie zdawał sprawę, że coś takiego tłumaczył mu wczoraj Lars z bretońskiego gdy kapłanka się ostatecznie zgodziła na zasianie ale w tej chwili to ledwo docierało do świadomości gladiatora.
- Tak, świetnie się spisałeś. - Głos staruchy powtórzył to samo co przed chwilą. Ale, że był skupiony na żywiołowej jeździe z egzotyczną czarnowłosą jej głos go zaskoczył. Spojrzał na jej chropawą, szaroburą sylwetkę. A ona pokazywała mu ciężarne kobiety. Nie widział ich twarzy a raczej skupiał się na ich nabrzmiałych brzuchach. W jakiś sposób wiedział, że wszystkie mają tam w środku czerwie Oster. Rozpoznał tylko dwie jakie stały na ich czele. Bladolicą Fabienne i młodą cukiernik jaką mu wczoraj pokazała w kuchni. Właśnie ona jakby dojrzała jego spojrzenie i uśmiechnęła się gładząc swój napęczniały brzuch.
- Zostać muszą matką to największe szczęście dla kobiety. - Mówiła z pełnym przekonaniem jakby naprawdę w to wierzyła. - Te idiotki nie wiedzą jakie szczęście i zaszczyt je spotyka. - Przestała się uśmiechać i rzuciła z pogardą patrząc gdzieś w dal. Gdy gladiator tam spojrzał zorientował się, ze stoi w eleganckich, dwuskrzydłowych drzwiach. Jedna część była zamknięta a druga półotwarta. Za nimi musiało odbywać się jakieś przyjęcie. Widział bogato zdobione suknie dam i bogatą biżuterię oraz elegancko ubranych mężczyzn. Od razu poznał, że to jakieś przyjęcie dla śmietanki towarzyskiej. Aż było dziwne, że w ogóle tu się znalazł. W końcu nawet w teatrze on i większość nisko urodzonych kultystów nie udało się dostać na oficjalną część przedstawienia i musieli czekać w kuchni. Ale przecież potem i tak…
Rozmyślania przerwał mu niski, buczący dźwięk. Z początku nie wiedział co to ani skąd to. Jednak po rozglądaniu się elegancko ubranych gości poznał, że nie tylko on to usłyszał. Chwila niepewności zmieniła się w zaniepokojenie gdy dźwięk nasilał się. I w krzyki zdumienia i strachu gdy nad gośćmi pojawiły się pierwsze muchy. Do tej pory żadnej nie widział. Ale i tak był prawie pewien, że to właśnie te co się wylęgają z jaj Oster. Latały między głowami gośćmi a sufitem jaki był dość wysoki. To utrudniało mu dostrzeżenie szczegółów. Jednak miał wrażenie, że mniej więcej kształtem przypominają zwykłe muchy. Tylko były o wiele większe. Różniły się jednak rozmiarami między sobą. Były i takie gdzieś na ćwierć metra i pół. Może nawet jedna czy dwie jeszcze większe. Wszystkie jednak wywołały przerażenie u gości. Zaczęli krzyczeć i rzucać się do ucieczki. Nawet nie zdążył się zorientować czy to sprowokało atak much czy na odwrót. Część z gości rzuciła się do ucieczki właśnie w stronę drzwi w jakich stał. I nagle zorientował się, że wśród nich biegnie Łasica. W stroju kelnerki.
- Zamykaj! - Krzyknęła do niego gdy tylko minęła próg. Zdołał zatrzasnąć drzwi tuż przed nosem biegnących za łotrzycą notabli. Czuł głuche uderzenia o drugą o solidne drewno.
- Czemu ta idiotka się wyrywa? Nie rozumie jakie szczęście ją właśnie spotyka. - Teofano znów znalazła się blisko Egona. I jakby stali na półpiętrze gdzie było małe okienko na sale balową. Tam bylo widać jakąś elegancką damę. Leżała na stole wśród drogich i wykwintnych dań. I wydawała się być jakaś niemrawa. Wydawałoby się, że nawet kobieta powinna mieć siłę aby strząsnąć z siebie atakującą muchę. Ta jednak jakoś nie była w stanie tego zrobić. Poruszała ramionami ale zbyt słabo aby dało to jakiś wymierny efekt. A mucha wsadzała jej w usta jakąś rurkę ze swojego odwłoku. Słyszał jej zduszone odgłosy. Właściwie całkiem głośne. Ogłuszający ryk tłumu. I jak podniósł głowę aby się zorientować co się dzieje to okazało się, że jest na ulicznej arenie. Pewnie jakiś turniej na miejskim placu bo pod nogami miał trociny i piach. Ale tam gdzie walczący je zmietli prześwitywały kocie łby. Dostrzegł walczących.
To był ten czarny rycerz w przyłbicy. Z czerwonym słońcem na piersi. Właśnie ruszał z kopią na inneg rycerza. Po bruku zadudniły kopyta pięknych i silnych rumaków. Tylko szlachtę było stać na taki wydatek. Chwilę później starli się ze sobą. Rozległ się trzask pękających drzewek i obaj z rozpędu minęli się. Przez chwilę nie było wiadomo kto jest zwycięzcą aż przeciwnik czarnego rycerza zwalił się z siodła w piach. Gdy Egon tam spojrzał musiał uskoczyć. Topór czarnego rycerza prawi zahaczył o jego ramię. Ale to nie on był celem. Tylko kolejny rycerz. To był pojedynek na tarcze i topory. Czarny oberwał. Topór przeciwnika uderzył jego napierśnik. Ale widocznie był z mocnej stali bo powstało wgniecenie ale nie widać było krwi. Musiało jednak boleć. Czarny odskoczył i odruchowo złapał się za bolące miejsce. Tłum zawył z podniecenia. Jednak czarny wziął się w garść i zaatakował. Sieknął toporem tak mocno, że zgruchotał tarczę przeciwnika. Ten zaczął sę cofać i wydawał się być przytłoczony nieustannym atakiem rycerza z czerwonym słońcem na piersi. Aż się potknął i upadł na plecy. Odruchowo wyciągnął dłoń przed siebie i krzyknął o łaskę. Zgodnie z rycerskimi zwyczajami o ile pojedynek nie był umówiony na śmierć i życie to przeciwnik powinien to uszanować. Czarny rycerz jednak bez wahania rozrąbał hełm razem z głową przeciwnika. Publiczność wydawała się zszokowana takim okrucieństwem.
Egon patrzył po nich gdy usłyszał brzęk stali za sobą. Czarny znów walczył z kolejnym przeciwnikiem. Tym razem też pieszo ale na wielkie miecze. To była trudna do opanowania broń i najczęściej używała jej elitarna gwardia elektorska. Gladiator zorientował się, że ten czarny rycerz jest bardzo wszechstronnie wyszkolony w walce na różną broń. To nawet wśród rycerzy nie było takie częste. Może wśród szampierzy i miłośników walki różnymi stylami broni. Bo zwykle specjalizowali się w jednym czy dwóch stylach walki. Teraz czarny też wygrał. W pewnym momencie gdy miecz przeciwnika chybiła go i trzasnęła o bruk. Czarny wykorzystał moment i zrobił wypad swoim. Drugi wojownik nie zdążył nic zrobić gdy solidna, imperialna stal przebiła jego napierśnik jak papier. Zaskoczony patrzył na swoją krew ściekającą po pancerzu. A czarny brutalnie oparł but o jego pierś i wyszarpał swoją broń. Teraz jucha trysnęła strumieniem a przeciwnik opadł na kolana sapiąc głośno. Przestał gdy czarny jednym cięciem ściął mu głowę.
Teraz stał paręnaście kroków za plecami czarnego. Widział jak ciężko dyszy z wysiłku. Jak jego pancerz nosi liczne ślady i wgniecenia tam gdzie trafiły go ciosy przeciwników. Ale nie na tyle aby go poważnie zranić czy zabić. I słyszał jak mistrz ceremonii ogłasza poważnym głosem. Jak chwilowo uciszony tłum zaczyna wrzeszczeć. Jak czarna rękawica rycerza zaciska się w pięść z oczywistej złości i gniewu. Jak teraz pokazuje coś Egonowi. Byli w lesie a czarny był konno. Gdy gladiator tam spojrzał dojrzał czarny głaz. Wysoki i pocięty złotymi żyłkami które wydawały się płonąć demonicznym ogniem. I jeszcze były jakieś dziwne glify. I czaszki. Oblane krwią. I zwierzoludzie. Horda zwierzoludzi o baranich i kozich głowach. Ryczący swoje wyzwanie. Obie strony ruszyły na siebie z impetem i furią. Po chwili już zwarli się ze sobą.
Egon ciął swoim toporem. Odrąbał ramię zwierzoczłeka o baraniej głowie. Ale ten chociaż zaryczał to próbował go kopnąć swoim kopytem. Udało mu się i gladiator poczuł uderzenie. Upadłby gdyby nie wpadł plecami na jakieś drzewo. Kopytny pochylił łeb do przodu i chciał go wziąć na rogi. Ale jakiś topór rozpruł mu brzuch. Lars. Też tu był. I Bjorn. I Silny. I czarny rycerz. I Norma to Axe. I chyba nawet lady Soria. Ale była dalej to nie był pewny czy to ona czy jakaś inna kobieta. Ujrzał jak ktoś pada pod ciosem a jego krew rozbryzguje się w powietrzu. Gdy przyjrzał się uważniej zorientował się, że jucha ścieka po drewnie. Właściwie po burcie. Burcie łodzi. Skądś usłyszał głos tej elfki, zupełnie jak wtedy gdy mowiła w teatrze.
- Znajdują tylko puste łodzie. Ze śladami krwi i walki. Ale żadnych ciał. - Patrzył w jej piękne oczy i starannie ufryzowane blond loki gdy stała w eleganckiej sukni i kielichem wina w swojej smukłej, zadbanej dłoni. Zupełnie jakby wrócili do rozmowy w kuchni byłej tawerny. A przecież tuż obok widział jak ta zakrwawiona łódka buja się na wodzie. Nie był pewien czy to coś znaczy czy tylko we śnie zwizualizował sobie jej słowa. I na jakimś poziomie zdawał sobie sprawę, że nie może być jednocześnie w teatrze i na rzece. Jak próbował się przyjrzeć dokładniej to woda ściemiała. Właściwie to była jakaś ziemia. Posadzka. Klepisko. Jak powiódł wzrokiem dalej to był korytarz. Z kratami. Loch. Zza jednej z krat wystawało kopyto. Znów usłyszał głos zirytowanej elfki.
- No ja go chciałam dobić ale wasi pobratymcy się uparli. - Widział jakieś futro w trawie. Mógł to być zwierzoczłowiek ale niekoniecznie. Chociaż po chwili gladiator dojrzał kopyta i włochate nogi. Więc szanse, że to zwierzoczłowiek rosły. Nad nim stała Fanriel. Tym razem była w spodniach i kubraku. Tylko w takim elfickim wydaniu. W dłoni trzymała sztylet. Z irytacją schowała go do pochwy, wsiadła na pięknego rumaka i odjechała zostawiając niewidzialnego Egona i ludzkich towarzyszy. A potem oni nagle gdzieś zniknęli. Ale dalej był w lesie. Rozglądał się dookoła i nie widział nic szczególnego. Las jak las. W pewnym momencie jednak usłyszał odgłos kopyt. Miękki i cichy bo na leśnym runie. Ktoś spokojnie nadjeżdżał. Dojrzał dwie blondynki jadące obok siebie. Obie w spodniach i kubrakach. Fanriel Złota Gwiazda i Froya van Hansen. Jechały jak dwie koleżanki i rozmawiały ze sobą serdecznie. Przejechały tuż obok Egona nie zauważając go. Poszedł za nimi i chociaż pieszy nie powinien dogonić kawalerzysty to jednak już był w tej sali z trofeami do jakiej zimą zaprosiła go van Hansen. Teraz tak jak wtedy siedziała na swoim fotelu. Rozmawiała z kimś w drugim fotelu. Chyba coś opowiadała żywo. Pokazała na ścianę. Wisiał tam łeb trolla jakiego we trójkę powalili tamtej zimy. Brodacz pamiętał, że szlachcianka zażądała dla siebie łba bestii jako trofeum. A jemu pozwoliła zabrać prawą łapę potwora. Nie brał jej ze sobą do Norsci. Więc chyba dalej powinna być w jego dawnym mieszkaniu. O ile ktoś go nie splądrował od tamtego czasu. Ruch dłoni na drugim fotelu przerwał mu rozmyślania. Jakby pokazywał gest napinania i mierzenia z łuku. To była szczupła, delikatna dłoń, jak należąca do kobiety. Już podchodził aby zobaczyć kto tam siedzi gdy usłyszał jakieś huknięcie. Obudził się.
W pierwszej chwili nie wiedział co się dzieje. Nie rozpoznawał miejsca w jakim przebywał. Jakby spał w jakiejś szafie? Usłyszał głosy z zewnątrz. Męskie, przyciszone. Śmiechy. W tym kobiecy. Astrid. No tak. Był w tej sypialni dla służby u Priory. Były cztery i w takich jakby szafach. Można było się w nich zamknąć to ciepło nie uciekało i robiło się dość przytulnie. On jednak i tak prawie od razu zasnął. Ale wcześniej Pirora zaprosiła ich do siebie. Był już środek wieczoru czyli czarna noc i dość późno gdy wyjechali z teatru. Pierwszą noc po przybyciu do miasta wraz z grupą Norsmenów spędził u młodej Averlandki. To i po teatrze wydawało im się najmniej problematyczne aby do niej wrócić. Zwłaszcza jak oferowała miejsce w swoim powozie. Norsmeni nie zastanawiali się zbyt wiele i przystali na propozycję. I tak nie znali miasta a nie chciało im się tłuc po nocy po obcych ulicach.
Teraz Egon czuł efekty zabaw z wczorajszego wieczoru. Ciało było nadwyrężone. A jednak w dający satysfakcję sposób. Zorientował się, że Raisy z nimi teraz nie ma. Jak się rozstawali na koniec zboru to wraz z Tobiasem miała wrócić do apteki Sigismundusa. Więc musiała mu się teraz przyśnić. Jak i cała reszta. Na zewnątrz jego szafy trójka Norsmenów już się obudziła i sądząc po przyciszonych rozmowach i śmiechach to wspominali wczorajszy wieczór. Też sobie przypomniał jak już zbierali się do wyjścia i zagaiła do niego ta bladolica Bretonka. Powiedziała mu, że ta Adrienne, oprócz tego ile jest z nią zabawy, to ze względu na miejsce swojej pracy, może mieć dostęp do rejestrów statków. Czyli zorientować się czy gdzieś jakichś nie są na sprzedaż albo w jakimś zastawie za długi czy coś takiego. Czasem można było trafić na nie lada okazję. Na razie jednak pęcherz, gardło i żołądek domagały się swoich praw co zmusiło go do opuszczenia wnętrza łóżkowej komody.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów 12; mieszkanie Otto
Czas: 2519.07.25; Konigtag; przedpołudnie
Warunki: jasno, ciepło, cisza ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; ziąb (0)Otto
Znów ten sen. Od razu go rozpoznał. I zaczynał się podobnie jak zazwyczaj. Od dwóch, nagich, kobiecych łon. Jednego z tatuażem ukoronowanych ust i drugiego z dwoma pieprzykami na zgięciu biodra. Teraz jak już wiedział do kogo należą to jakby reszta sylwetek Odette i Fabienne pojawiała się szybciej. Obie miały drogie, jedwabne pończochy na sobie. Tak jak wczoraj w teatrze. Sam nie był pewny czy to właśnie dlatego tak wyglądają w śnie czy zawsze w tym śnie takie miały. Były w zaawansowanej ciąży. Widział jak coś od środka porusza się w tych brzuchach. Coś. Wiedział, że to czerwie Oster. Szlachcianki leżały na plecach i miały szeroko rozchylone uda. Pozycja typowa dla zwykłych porodów. Dotąd mniej więcej tak to chyba wyglądało i we wcześniejszych snach. Ale teraz pojawiło się coś nowego. Obie spojrzały na niego jakby go właśnie dostrzegły.
- Ah no tak! Jak mogłam zapomnieć! - Odette machnęła dłonią jakby w ostatniej chwili coś sobie przypomniała. Wstała ze swojego posłania i przeszła tak, że usiadła naprzeciwko nagiego łona koleżanki. Po czym znów spojrzała na mnicha. - Chcesz prosto w usta prawda? - Zapytała go zalotnie i przystawiła twarz do zwieńczenia bretońskich ud. Otto zdawał sobie sprawę, że podobnie to wyglądało wczoraj. Tylko, że zamiast Fabienne była Laura. Ale zanim zdążył się nad tym zastanowić łono czarnowłosej pociekło robaczym śluzem co zwiastowało bliskie wyjście czerwia na zewnątrz. - Oh to takie ohydne! - Zawołała zachwycona aktorka po czym otworzyła usta aby przyjąć tego obrzydliwego gościa. Poród wyglądał podobnie jak wczoraj to widział u ciemnowłosej ladacznicy. Larwa wypełzła z trzewi Fabienne przy wtórze jej jęków rozkoszy i wylądowała wprost w czekających ustach śpiewaczki.
- Powiem wam, że nie spodziewałam się, że tu na tym śmierdzącym rybami końcu świata będzie tyle rozrywek. - Głos miodowłosej wyrwał mnicha z otępienia. Obie siedziały obok siebie. I karmiły piersiami swoje czerwie. Widział z bliska jak wokół sutków mają małe zadrapania układające się w okrąg. Ale tego nie mogły zrobić czerwie bo nie miały czym. Więc chyba te drobne ranki musiały powstać wcześniej. Piersi były jakby większe jak to i ciężarnych i karmiących matek. Tylko mleko było dziwnie gęste i lepkie a nie białe i wodniste jak powinno.
- Podobają ci się? No wiem, urosły. Też byłam zaskoczona gdy to się zaczynało. Ale są teraz jeszcze śliczniejsze niż były! Teraz te piersi nie będą już karmić ludzkich dzieci a ten brzuch nie będzie ich rodzić. - von Treskow wydawała się być zachwycona tą perspektywą. Pogłaskała się jedną dłonią po brzuchu a drugą po piersi. Wtedy z sutka znów pociekła kropla lepkiego mleka. - No i ten smak! Chcesz spróbować? - von Treskow odsunęła karmionego czerwia aby zaprezentować swoją pierś mnichowi. Teraz jej małe ranki wokół sutka były jeszcze bardziej widoczne. Wydawały się nietypowe, jakby powstały od czegoś okrągłego.
- Są takie piękne. - Teofano stanęła obok mnicha i mówiła do niego z łagodnym, matczyym uśmiechem ale patrzyła na obie nagie, karmiące czerwie szlachcianki. Sama też miała ciężarny brzuch jakiego jej prosta suknia nie była w stanie ukryć. - Aż się nie mogę doczekać swoich. To taki zaszczyt zostać muszą matką. Powinniśmy zasiać tyle kobiet ile się da. No sam spójrz. - Młoda Lebkuchen wskazała wzrokiem obok. Gdy mnich tam spojrzał dostrzegł Margo. Sprzątała, zamiatała podłogę, czyściła zastawę w jakimś mieszkaniu. Może to nawet było to należące do cukierników. Tylko była całkiem naga więc było widać jej brzuch jaki wyglądał na początki ciąży. I chociaż obok przechodzili inni ludzie zdawali się w ogóle nie zauważać jej nagości. Zresztą pokojówka cukierników robiła swoje jakby nie dostrzegała pary obserwatorów. Po czym Teofano pokazała mu Adrienne. Też była nago. Siedziała za jakimś biurkiem i pisała jakieś dokumenty. Ktoś do niej przyszedł i zapytał czy wie coś nowego o zaginionych na rzece łodziach i też jakby nie dostrzegał jej nagości ani obroży na szyi jaką miała podczas zabaw wczoraj wieczorem. Gdy archiwistka skończyła, zamknęła księgę i wstała aby przenieść ją na półkę w regale pełnym innych ksiąg. Wtedy odwróciła się do nich przodem gdy wracała za biurko i widać było jej brzuch jakby w początku ciąży.
- Musisz przyznać kolego, że nieźle ją wytresowałem co? - Teraz Hubert pojawił się obok niego. Ubrany w ten ciemnofioletowy kubrak w jakim był wczoraj w teatrze. Pytał patrząc na Adrienne jak na nową, rasową klacz. Wezwał ją gestem do siebie a ta z uroczym uśmiechem od razu podeszła do grubasa. On zaczął gładzić jej policzek swoją delikatną, pulchną dłonią co zdawało się archiwistce sprawiać dużą przyjemność. Grubson zaś odczuwał dumę jak hodowca z jakiegoś cennego okazu w swojej stadninie.
- Ale wiesz, że to nie wszystko? - Greg umoczył szczotkę w wiadrze po czym bez pośpiechu zaczął szorować podłogę. Byli teraz w jednym z korytarz hospicjum. - No nieźle ci się to udało, nieźle. - Skinął głową i jak Otto też tam spojrzał dojrzał samego siebie i Teofano. Oboje właśnie żegnali się z przeorem. Scena wyglądała podobnie jak ostatnio gdy cukiernik przyszła do hospicjum aby podziękować za pomoc w pozbyciu się niespokojnych snów. Przeor zamknął drzwi do gabinetu a ten drugi Otto i Teofanu ruszyli korytarzem. Jeśli by było tak jak parę dni temu to powinni pójść do recepcji gdzie brunetka zostawiła swoją pokojówkę. Teraz jednak Otto dostrzegł jakby Lebkuchen w pewnym momencie spojrzała wprost na niego. I matczynym gestem dotknęła swojego brzucha posyłając mu pełen wdzięczności i triumfu uśmiech. No tak, wtedy jak przyszła d hospicjum to już była zasiana. To go zaskoczyło. Raz, że spojrzała wprost na niego tak nagle a dwa to wówczas jak z nią szedł to nie zauważył tego gestu. A może to tylko jakaś senna wariacja tamtych wydarzeń? Przecież sny rzadko dosłownie oddawały rzeczywistość. Zanim się zdecydował to pacjent hospicjum znów umoczył szczotkę w wiadrze i się odezwał.
- No ale to nie wszystko. - Pokazał przed siebie na kolejny obraz. Annika. Biegła w samym gieźle. Przez ulice, stragany, potrącała ludzi, wpadła na jakiś wóz, furman na nią krzyknął ze złością. - Norra jest w niej silna. Ale ta siła jest ślepa. - Greg powiedział to spokojnie. Chociaż przed nimi nie rozgrywały się spokojne sceny. Czarnowłosa była pacjentka hospicjum zawsze biegła. W różnych porach dnia, pogodzie i miała różne przeszkody. Ale zawsze kiepsko się to dla niej kończyło. Wpadła w ręce strażników na ulicy lub przy bramie. Z rozpędu zderzała się z jadącymi wozami lub wpadała pod kopyta rozpędzonej karocy, taranował ją jakiś kawalerzysta jakiemu wybiegła nagle pod konia. - Ta ślepa siłą może ją wykończyć. Ale może też zaprowadzić do wielkości. - Do słów Grega obraz się zmienił. Teraz Otto widział obraz jakby biegł z tuzin kroków za Anniką. Przez jakiś ciemny, ponury las. Zbliżali się do jakiegoś końca lasu bo widać było prześwity między drzewami. W końcu czarnowłosa wbiegła na skraj polany. Zatrzymała się. Dyszała ciężko a ubranie miała podarte od gałęzi o jakie zahaczyła. Ale dotarła do celu. Na polanie stał głaz. Czarny i upstrzony żyłkami złowróżbnego, piekielnego blasku. Na nim były wyryte glify. Rozpoznał tylko jeden jako należący do Krwawego Boga. U podnóża głazu były czaszki. Wiele czaszek. Ludzkich, zwierzęcych, jakichś bestii. I broń. Miecze, topory, szable, oszczepy, włócznie. Stare, pordzewiałe, zaśniedziałe jak i na takie co wyglądały na nowe. Zdyszana dziewczyna zbliżała się do tego miejsca walki, krwi i śmierci z fascynacją w oczach. Zwolniła kroku aby się lepiej temu wszystkiemu przyjrzeć. Ale usłyszała warknięcie. Gdy podniosła głowę dojrzała jak z lasu wychodzi zwierzoczłowiek. Barczysty, z potężnymi rogami, emblematem Bog Krwi na piersi, z czaszkami i głowami przypiętymi do pasa. I potężnym toporem.
- Ona nie da rady. Mówię wam, za cherlawa jest. To powinien być któryś z nas. - Silny prychnął i pokręcił łysą głową na znak niewiary w możliwości Anniki. Obok niego stali pozostali członkowie frakcji khornitów z ich kultu. Fizycznie rzeczywiście czarnowłosa służąca Fabienne wydawała się najdrobniejsza z nich wszystkich. I nie była ani portowym zabijaką ani gladiatorem czy żołnierzem jak oni. A tu szykował się pojedynek z tym strażnikiem kamienia Norry. A Annika wyglądała jakby dopiero co przybiegła z miasta i była w ogóle nie przygotowana do walki. Teraz gwałtownie rozglądała się wśród tego pobojowiska trucheł, głów, czaszek i kości aby znaleźć sobie jakąś broń. Silny zrbił zdziwioną minę bo gdy mocarny zwierzoczłowiek zaryczał i z furią ruszył na swoją przeciwniczkę, ta krzyknęła wściekle, złapała jakąś broń i runęła mu naprzeciw. Jakby w ogóle nie dostrzegała dysproporcji gabarytów i uzbrojenia.
- Różnie może z tym być. - Greg wymamrotał nie przestając szorować miotłą podłogi. Otto ujrzał jak przy kamieniu rogaty zaryczał podnosząc do góry odciętą głowę Anniki. Jeszcze miała otwarte oczy a z uciętej szyi ściekała jej krew. A jak mnich mrugnął oczami to ona krzyczała triumfalnie i unosiła obcięty łeb zwierzoczłowieka. Ubranie miała zbrukane błotem i krwią. - Ale i tak najpierw musi się tam dostać. - Mnich usłyszał głos pacjenta hospicjum który miał opinię zdziecinniałego wariata.
- A to ja. - Obok Otto stanęła Marissa. Uśmiechała się do jednookiego. Pokazała wzrokiem gdzieś przed siebie. W ciemności ujrzał jakiś podłużny przedmiot. Z początku wydawał się lewitować. Ale jak podszedł bliżej zorientował się, że jest zawiesiony na jakiś niciach. Pajęczynach. Właściwie to przypominał owinięty w kokon ludzką sylwetkę. - Oj już nie mogę się doczekać! Tylko najpierw muszę odnaleźć to miejsce. Pomożesz mi je odnaleźć? Zobacz, to musi być coś z wodą. - Wskazała mu dlonią gdzieś dalej. Wśród panującej ciemności widać było plamę światła. Gdzieś wysoko, nad ich głowami. I światło tworzyło słup aż trafiał na taflę wody. Prawie całkowicie nieruchomej, jakby żadnego wiatru tu nie było. Były tu też jakieś opary. I zapach. Dziwna mieszanina wilgoci kojarzącej się z lochem czy piwnicą oraz kadzidła albo perfum. Ten drugi zapach zdawał się robić silniejszy w miarę jak opary gęstniały. Właściwie to były już jak gęsta mgła. Marissa gdzieś zniknęła, to ciało w kokonie i słup światła też. Mnich cofał się i odganiał tą mgłę rękami. Aż poczuł, że uderzył o coś nogą.
- No i zobacz co narobiłeś. - Greg spojrzał na niego z wyrzutem. Jednooki zorientował się, że pokazuje mu coś na dole. Gdy tam spojrzał dojrzał przewrócone wiadro i plamę wody jaka się z niego wylała na podłogę. - Obyś u nich nie był tak niezdarny. - Zdegustowany pacjent wskazał głową w bok. Jak mnich tam spojrzał dojrzał Łasicę. Stała na schodach, była w swoich skórzanych spodniach i wyglądała jakby się przysłuchiwała czemuś. Gdy go dojrzała położyła palec na ustach nakazując mu zachowanie dyskrecji. Parę stopni powyżej była szczelina między drzwiami a framugą. Widać tam było jakąś starą, zdezelowaną kuchnię. I ktoś siedział tam na krześle. Opierał nogi odziane w spodnie i wysokie, podróżne buty o kuchenny stół. - To ta nowa co ci mówiłam, że jej nie znam. A szuka jeszcze innej. - Łotrzyca szepnęła do niego.
- Wszyscy czegoś szukają. Albo kogoś. Ja szukam drogi do moich książek. - Greg miał dość filozoficzny nastrój gdy nie zwracał uwagi na dwójkę kultystów tylko zbierał szmatą wylaną wodę z powrotem do wiadra. - Ale najpierw coś trzeba zrobić z tym. - Wciąż będąc na czworakach pacjent wskazał gdzieś w dal. Tam Otto dostrzegł obie łotrzyce. Stały obnażone do pasa prezentując swoje jędrne, pelne biusty. Uśmiechały się a studenci siedzieli w swoich ławach i robili szkice galionów. Wydawało się, że obu stronom takie zajęcia sprawiają przyjemność. Ale mnich usłyszał znaczące chrząknięcie pacjenta. I znalazł się w piwnicy. Dostrzegł jakąś ciężką, solidną skrzynię jaka stała pod ścianą. Miał wrażenie, że przez szczelinę w zamknięciu promieniuje jakaś poświata. - No właśnie, Pojawiają się nowe nici, nowe ścieżki, nowe postacie. - Greg pokiwał głową wskazując na łóżko. W mieszkaniu. Na nim spał jakiś mężczyzna. Już nie taki młody sądząc po kolorze krótko obciętych włosów. Ale nagle wszystko zrobiło się ciemne. I usłyszał spokojne ale miarowe kroki. Ktoś nadchodził. Dostrzegł ludzką sylwetkę. Ten ktoś uniósł jedno z ramion. Te okryte były finezyjnie szerokimi mankietami, że zwisały o wiele poniżej nadgarstków. W otwartej dłoni błysnął fioletowy ogień. Jakby ten ktoś oświetlał sobie drogę w ten sposób. Ten nagły ogień tak zaskoczył mnicha, że się obudził.
Otto obudził się w swoim łóżku. Przez okna zaglądał nowy dzień. Poranek przechodził w przedpołudnie. Gdyby miał iść dziś do hospicjum to by zaspał. Ale nie było to dziwne po tym intensywnym wieczorze na zapleczu teatru. Czył to w swoim ciele. Było nieco nadwyrężone ale na osłodę miał grzesznie słodkie wspomnienia. Co tam wczoraj się działo!
Gdy jeszcze byli we trójkę w apartamencie szlacheckim, zarowno lady Odette jak i Layla były bardzo chętnę na zasianie kolejnymi porcjami pieszczoszków. Miodowłosa diwa traktowała to jak świetną zabawę jaka była dla niej nowa. A wizja rodzenia obrzydliwych czerwi wydawała jej się ohydnie pociągająca i odświeżająco nowa. Dała się zasiać z każdej strony w jaką mnich włożył jej zabweczkę od Niklasa. Jednak sama też chciała spróbować jak to jest zasiewać inne kobiety więc przymocowała sobie ten przyrząd do swoich bioder i przetestowała go na ladacznicy. Obie miały z tego przednią zabawę, zwłaszcza, że Layla oczywiście była bardzo chętna przyjąć w siebie i swoją ulubioną klientkę i kolejny miot pieszczoszków. Zaś Otto miał okazję oglądać z bliska to miłosne widowisko dwóch nagich, atrakcyjnych kobiet. Finalnie Layla włożyła czerwia, jakiego urodziła ponownie na początku spotkania, w łono szlachcianki. I ta wreszcie mogła poczuć choć trochę to o czym opowiadała Fabienne. I była tym zachwycona. Ladacznica była zdania, że do rana pewnie i tak wyjdzie na zewnątrz ale szlachciance to wcale nie psuło humoru.
Później Odette koniecznie chciała dotrzymać obietnicy danej Fabienne, że ich odwiedzą w pokoju na przeciwko. Więc tak zrobili. Obie kochanki mnicha nie siliły się aby coś ubrać tylko w samych pończochach przeszły przez szerokość korytarza. Tak jak obiecala Bretonka, drzwi do ich pokoju były zamknięte tylko na klamkę. Więc po chwili byli w środku gdzie zastali kobiecą trójkę na miłosnych zmaganiach. Teofano z przymocowanym do bioder przyrodzeniem energicznie brała wypiętą szlachciankę. Zupełnie jakby spodobały jej się te zabawy zademonstrowane parę dni temu w salonie Pirory. Fabienne dawała się jej brać i widać było, że sprawia jej to dużą przyjemność. A sama bawiła siebie i Margo delektując się jej łonem i udami. Co zresztą było widać po śladach szminki w tych miejscach.
W pierwszej chwili przywitały się i prym wiodły obie szlachcianki. Ale były życzliwe i mnichowi i swoim kochankom. A artystka o miodowych włosach koniecznie chciała wypróbować zabaweczkę Niklasa jaką dostała od Otto na swoich koleżankach. A przynajmniej Fabienne i Teofano były bardzo chętne na zasianie i to jeszcze w tak przyjemny sposób. Margo wydawała się przytłoczona towarzystwem tak wytwornych dam ale, że te były dla niej miłe a bretońska milady nawet troskliwa to też ostatecznie dała się zasiać Słowikowi Północy. Pobawili się jeszcze trochę w powiększonym gronie ale czas uciekał więc w końcu trzeba było się zbierać do drogi. Zwłaszcza, że trzeba było się jeszcze ubrać i doprowadzić do porządku. A kobiety potrzebowały na to więcej czasu.
W innych pokojach też goście stopniowo wyhodzili i zbierali się na parterze. Tam dziękowali sobie za zabawę, życzyli sobie kolejnego tak przyjemnego spotkania. I stopniowo rzchodzili się do swoich powozów albo pieszo wracali do domu. Otto miał to szczęście, że Fabienne zaprosiła go do swojego powozu. Zabrała też Marissę oraz Teofano i Margo. Tym ostatnim obiecała, że odwiezie je do domu bo już był późny wieczór chociaż jeszcze przed północą. Jeszcze wśród śmiechów i żartów wchodzili do powozu von Mannlieb gdy niespodziewanie podeszła do nich lady Aliona. Tego chyba nawet Bretonka się nie spodziewała bo wychyliła się do elfki pytając zalotnie czy może jej jakoś pomóc. Leśna elfka poprosiła aby ją podrzucić do domu. Szlachcianka oczywiście zgodziła się więc wracali w szóstkę. Było ciemno bo nie paliło się żadne światło. Więc ledwo było widać zarysy osób z jakimi się jechało. Rozmowy były przyjemne ale ze względu na elfkę, nie tak swobodnie jakby mogły. Ją też von Mannlieb podwiozła jaką pierwszą. Żegnały się jak dwie przyjaciółki. Potem przyszła kolej na Teofano i Margo. Wysadzili je przed kamienicą Lebkuchenów. No i zostali we trójkę. Bretonka była ciekawa czy mnich będzie dziś wieczorem na spotkaniu z Gnakiem przy Zachodnich Kamieniach. Bo szlachcianki z kultu w południe zamierzały pojechać “w plener”, tym razem bez zbędnego towarzystwa. Więc wieczorem powinny mieć swobodę aby pojechać z dworku myśliwskiego Rose de la Vegi na miejsca nocnej orgii. Odwiozła Otto pod jego dom i tam się pożegnali. Na koniec objęła go ciepło i pocałowała namiętnie jak kochanka. I jeszcze widział jak jej powóz odjeżdża i zostało mu wrócić do swojego mieszkania. A jak wrócił do zasnął i obudził się dopiero teraz. I miał jeden z tych wyrazistych i barwnych snów. A jeszcze się umówił w “Kniei” na to zwiedzanie lasu.
-
P Pipboy79 odniósł się do tego tematu dnia
-
Egon powstał, nagle rozbudzony. Sen! Przypominał sobie detale snu - Raisa, która zdawała się być z niego zadowolona, zwierzoludzie i ów czarny wojownik. Egon próbował sobie przypomnieć oblicze czarnego woja… Ale nie. Nic konkretnego. Przez parę dłuższych chwil odtwarzał w pamięci to, co zaszło w jego śnie. Głaz ze złotymi żyłkami… Niewątpliwie, musiał być to jeden z tych, które mieli odszukać.
Poniechał jednak snów i wizji. Roztarł swoją głowę, bo czuł się, jakby dostał solidnie dostał w łeb gwiazdą zaranną.
Począł niemalże po omacku szukać swego odzienia. Zamierzał stąd wyjść.
Ubranie znalazł częściowo wewnątrz tej szafy w jakiej spał. Ale aby dokończyć ubieranie się musiał odsunąć jej drzwi i wyjść na zewnątrz. Tam od razu zobaczył trójkę Norsmenów jacy rozmawiali ze sobą. I też byli tylko częściowo ubrani. Spojrzeli na niego. Lars zaśmiał się rubasznie. Miał na sobie tylko spodnie i koszulę ale coś nie śpieszył się aby ubrać resztę
- Oho! Patrzcie kto wstał na ten piękny dzień! - Wyszczerzył się radośnie do Egona. Astrid też patrzyła na niego z zaciekawieniem. Miała już spódnicę a ta była inna niż imperialnych kobiet. Jednoczęściowa, góra i dół w jednolitym, morskim kolorze. Kobiety z południa zwykle chodziły w spódnicy i oddzielnej górze. Córka jarla nie miała jeszcze jednak zapiętego pasa i tych wszystkich ozdób i dodatków jakie zwykle na sobie nosiła. Bjorn był w samych spodniach i boso. Widać było już nieco zaróżowione rany jakie otrzymał od martwiaków w grobowcu Śpiącego.
- Często macie takie zabawy jak wczoraj w tym teatrze? - Astrid była ciekawa zwyczajów południowców. Sądząc po uśmiechu to przypadły jej do gustu.Egon wzruszył ramionami na tą uwagę.
– Pierwszy raz tu jestem – rzekł, zgodnie z prawdą. – Choć ze słyszenia żem się dowiedział, że i zabawy w teatrze niby częste… Mhm, nieważne zresztą. Trza mi coś zjeść i się napić, w gardle piecze mi, niby diabli mi do niego rzygali…
Nagle, Egon przypomniał sobie o rzeczach, które zrobić potrzebował. Dziś zapowiadał się dzień, w którym odwiedzą Gnaka, ale potrzebował także i inne rzeczy zacząć oporządzać. Odette, która mogła coś wiedzieć o turnieju. A i jego własne kontakty chciał odwiedzić.
– Mamy coś do zjedzenia? A i łaźnia by się nadała… – rzekł gladiator, który po wczorajszym czuł się niby w nocy ktoś wyciągnąć jego kości i włożył je z powrotem do ciała.
- No pewnie jest coś w kuchni. Właśnie mieliśmy tam iść. - Lars wzruszył ramionami i wziął się za ubieranie kubraka. Pozostała dwójka też dokończyła ubieranie się i zeszli na parter do kuchni. Służba podała im solidny choć niezbyt wyszukany posiłek. Dało się jednak napełnić kałdun czymś przyjemnie ciepłym i sytym.
- A co z nimi? - Lars zapytał wskazując na jedną z niewolnic jaka wczoraj przypłynęła z nimi ze statku Munira. Dzisiaj pracowała w kuchni razem ze służbą Pirory.
– Można by je zasiać, trza mi jeno więcej strzykw. Tedy do Raisy mus mi się udać. Jeśli zaś byśmy profit z nich ciągnąć, można by je nająć do bordelu… Ale nie wiem, czy larwy Oster mogłyby się tu okazać przeszkodą… Hmm. Być może i nie.– Dziś mi trafi się spotkać z Gnakiem – rzekł Egon do Larsa. – Trza będze go spytać o sprawy kultu i naszego interesu. No i… Wiadomo, niedługo trzeba będzie wybrać się na kurhany, choć zapewne to jutro.
Trójka Norsmenów popatrzyła na niego. Chociaż Bjorn zapewne i tak nie zrozumiał mowy w reikspiel. Ale pozostała dwójka zerknęła na pracującą przy kuchni niewolnicę. - Ja rozmawiałam z tą Bretonką. Z tą z czarnymi włosami. - Astrid dotknęła swoich włosów chociaż miała jasno blond, kontrastowo różne kolorem od szlachcianki z zachodu. - No i ona bardzo chwaliła sobie tą ciążę z czerwiami. Mówiła, że to niesamowite doznanie. I jakoś w chędożeniu nie przeszkadza. Nawet myślałam aby wczoraj pójść z nią no ale gdzieś mi zniknęła z oczu. Chyba poszła z jakimiś dwiema innymi dziewkami. No ale pytała czy dzisiaj wieczorem będę na tej orgii ze zwierzoludźmi bo zapraszała no i mówiła, że ona to będzie. No chyba pójdę. A wy? - Córka jarla odezwała się pierwsza i podzieliła się z kolegami swoją wczorajszą rozmową z Fabienne. Sama nie miała doświadczeń z czerwiami Oster ale powołała się na doświadczenia bretońskiej szlachcianki.
- No my to raczej będziemy nie Egon? - Lars przeniósł wzrok z koleżanki na gladiatora. - Nie dość, że dużo chędożenia się szykuje ze żwawymi pannami. To jeszcze mamy z Gnakiem interes do omówienia. Te leśne pokraki pewnie znają las jak własną kieszeń. To może coś by się dało sklecić z tym łowieniem niewolników dla nas czy Munira. A właśnie. Z nim też trzeba by pogadać albo chociaż pożegnać się aby zrobić dobre wrażenie. Wczoraj wrócił tutaj ale mówił, że dziś będzie chciał wracać na statek i popłynąć dalej do Erengradu. Dobrze, że Layla zostaje z nami. - Norsmen miał całkiem pragamtyczne podejście do tych spraw i naturalną żyłkę do interesów. Dlatego nawet dziś wieczorem nie omieszkał skorzystać z okazji do skorzystania z chętnych panien ale nie zapominał, że mają pewne sprawy do załatwienia ze zwierzoludźmi.
- Ta wasza Łasica i ta ruda to chyba mają doświadczenia w burdelach. To ich można by zapytać jak chcecie te dziewki tam podesłać. No chyba, że Pirora ma jakieś chody i coś wie w temacie. Ale dwie z nich są nasze a dwie Munir podarował Layli. To jakby tych dwóch też użyć jako ladacznic to z nią trzeba by gadać. Ona chyba też chyba wróciła tutaj tylko w innym powozie. - Astrid dodała jeszcze coś od siebie. Byli co prawda w kuchni ale kamienica Pirory miała kilka pięter więc pewnie jeszcze niewielu znaczniejszych gości głównej gospodyni spotkali. Lady Soria mieszkała u niej jako stały gość a Layla i Munir byli od wczoraj jej gośćmi. Więc pewnie też powinni gdzieś tu być.
– Mmm, jeśli w chędożeniu nie przeszkadza, to im lepiej, przynajmniej zarobią na siebie… I na nas – Egon pokiwał głową z uznaniem, myśląc o tym, co zrobić dalej. – U Gnaka mus nam być na pewno. Jego zwierzoczłeki na pewno zorientują się, jak porywać ludzi z sioła, a szczególnie jakie dorodne dziewki, które zasiać trza będzie… A może i tak być, że Gnak może wiedzieć, gdzie w głuszy jest on głaz Norry, co go Annika szukała. Będziemy mieć i czas, to Annikę przeniesiemy pod pieczę Gnaka, może kiedy będzie biegła, to wytropią ją bestie należące do Gnaka, my zaś kamień znajdziemy…
– No. Ale to później. Najpierw trza mi iść do Raisy po strzykwy.
Tu przystanął, raz jeszcze dawszy parę chwil na pomyślunek co do niewolnic.
– Layla da zasiać swoje niewolnice, skoro sama siebie nie oponowała – rzekł wojownik. – Ale trzeba będzie wybadać każdą z nich. Dwie zaiste zostaną dla Layli jako jej służba, bowiem to znaczna persona z dalekich stron. Ale jak będą mogły co innego robić, na służbę do możnych iść albo drabów skórować z grosiwa, to czemużby nie?
- A co to za Annika? Była wczoraj? - Lars zmrużył oczy ciekaw kim jest wspomniana z imienia kobieta. Egon zorientował się, że Norsmeni jak dopiero od wczoraj są w mieście to jeszcze nie zdążyli poznać wszystkich kultystów ani osób jakoś z nimi powiązanych. Właściwie byłą pacjentkę hospicjum to tej nocy widział pierwszy raz we śnie a na żywo to jej jeszcze nie spotkał. Do tej pory z oczywistych względów, najwięcej miał z nią do czynienia Otto i lady Fabienne jaka przyjęła ją na służbę. Teraz czarnowłosa dziewczyna mieszkała u bretońskiej milady.
- No Layla wczoraj ładnie się z nami bawiła. I chyba spodobało jej się to zasiewanie. To chyba powinna się zgodzić zasiać i swoje dziewki. No ale i tak trzeba by jej zapytać skoro należą do niej. W końcu to kapłanka i szlachcianka. Lepiej aby była nam przychylna. - Astrid mniej więcej zgodziła się z wnioskami gladiatora co do zasiewania niewolnic ale dało się wyczuć, że wolała aby polubownie załatwić tą sprawę z egzotyczną milady.
- No to po śniadaniu można pójść na górę i jej zapytać. Albo jak Egon wróci z tymi strzykwami. - Morski łupieżca zgodził się z nimi obojgiem ale traktował to jak poboczny temat. - Ten Gnak może coś chcieć na wymianę. Przy takich negocjacjach dobrze jest wesprzeć propozycję jakimś podarkiem. Pewnie na monetach im nie zależy. Bo co oni z nimi zrobią w lesie? - Uśmiechnął się na koniec mówiąc o wyraźnej różnicy w podejściu do wartości dóbr między ludźmi a zwierzoludźmi. U tych pierwszych geldy były uniwersalnym środkiem wymiany u tych drugich właściwie były bezwartościowe.
- Zwierzoludzie to wypić i poswawolić lubią. No i niewolników. Chociaż raczej nie mają oni u nich zbyt długiego żywota. Więc jakichś silnych, młodych albo dorodne dziewoje to mnie by było szkoda im oddawać. Ale pewnie jakichś trzeba będzie jeśli już wejdziemy z nimi w układy. Też bym chciała jakichś niewolników. Wróciłabym do Norsci jako wielka pani. Wyjechałabym jako jedna z córek jarla a wróciłabym bogata, sławna i z niewolnikami. - Blondynka w prostej, fioletowej sukni podzieliła się swoimi przypuszczeniami co do wchodzenia w spółki ze zwierzoludźmi. A przy okazji miała też swoje dalekosiężne plany co do wyprawy do krainy południowców. - A może oni by wiedzieli coś o tych kopcach na południu? Ja znam tylko sagę o nich ale nie wiem gdzie to dokładnie jest. Saga tego nie mówi. Poza tym, że tam były kopce dawnych wodzów, kapłanów i książąt więc mogą tam być wielkie łupy. Myślałam, że to może ten kopiec Śniącego no ale on jest tuż przy morzu to raczej nie. No i jest tylko jeden. - Przy okazji wpadła na pomysł o co jeszcze można by zapytać kopytnych gdy będzie okazja.
- I z naszym kolegą coś trzeba zrobić. - Norsmen lekko skinął głową w stronę Bjorna. - Wczoraj pohulał to dziś jest spokojny. Dziś wieczorem pewnie też pohula. No ale ogólnie to on słabo znosi pobyć w mieście. U nas żyje w chacie w lesie. Więc na dniach trzeba by go wypuścić poza miasto. - Wyjaśnił jak się sprawy mają z siedzącym obok barbarzyńcą.– Bjorn? – Egon parsknął śmiechem krótko, bowiem barbarzyńca z północy zaiste zachowywał się niby niedźwiedź wypuszczony między ludzi. – Za miastem jest krąg wojowników, w którym żem bywał, kiedy nadal brałem pieniądze za walki. Zdaje mi się, że niektórzy z wojów mieli tam parę szałasów i dziupli, mógłby się tam schronić. I walczyć, jeśli mu tak się podoba. Przywołalibyśmy go w razie potrzeby.
Tu odniósł się do kwestii, czym będzie się płacić Gnakowi:
– Słyszałem, że jeden z cudaków Gnaka został schwytany w mieście. Takich to nie pilnują za mocno, ale może być tak, że Gnak chciałby go z powrotem. Mmm, jak zajdziemy do Raisy i Sigismundusa, to moglibyśmy zobaczyć, gdzie trzymają w mieście. Jeśli będzie jakaś klatka albo jeśli się rozpytamy, to moglibyśmy zobaczyć, gdzie go trzymają. Ale nie prędzej, zanim się z Gnakiem zgadamy. Może nie obchodzić się tymi pojmanymi.
Tu rzekł do Astrid:
– Dobrze rzeczesz, jeśli rzecz z tym handlem żywym towarem dobrze pójdzie, kto wie, może i całą świtę przywiedziesz do domu – pokiwał głową. – To co, Lars? Pośniadamy i pójdziemy do Raisy.
- O. To miałby się gdzie ukryć? To poczekaj, powiem mu. - Norsmen ucieszył się, że dla kamrata z północy znalazłaby się jakaś kryjówka poza miastem. Przeszedł na język ludów północy i zaczął coś tłumaczyć dzikusowi, przy okazji wskazując kciukiem na siedzącego obok gladiatora. Ten szybko spojrzał na niego ale słuchał co morski korsarz ma do powiedzenia. Kiwał głową i w końcu też włączył się do wymiany zdań w obcym dla Egona języku. Ale i bez tłumaczenia widział po gestykulacji, mimice i barwie głosu, że berserkerowi się spodobało. Przejął inicjatywę i zaczął coś gwałtownie opowiadać. Uderzył się przy tym kilka razu pięścią w pierś i zaraz zrobił ciosy jakby uderzał toporem. - Mówi, że mu pasuje i chętnie będzie walczył jak będzie z kim. - Astrid przetłumaczyła Egonowi półgłosem aby dwaj koledzy nie musieli przerywać rozmwy. Chwilę potem mimika i gesty tropiciela zmieniły się. Blondynka zaśmiała się z rozbawienia. - A teraz mówi jak wczoraj chędożył tą rudą koleżankę Łasicy. Sama też ich przez chwilę widziałam jak poszedłeś gdzieś na chwilę a my szliśmy na górę. Brał ją już na parterze w jakiejś komórce. - Wyglądała na rozbawioną ale Bjorn faktycznie pkazywał jakby brał kogoś bardzo energicznie swoimi biodrami. A potem przyciskał czyjąć głowę do swojego krocza. I zdzielił czyjeś pośladki albo wymiętolił jędrny biust. Drugiego Norsmena też to rozbawiła bo rechotał się nieprzyzwoicie. Nawet córce jarla spodobała się ta rubaszna i nieprzyzwoita opowieść.
- O, to mówisz, ze miejscowi złapali jakiegoś zwierzoludzia? No ciekawe, ciekawe. Można Gnakowi o tym powiedzieć. Zobaczymy co zrobi. Chociaż jak to ktoś z innego stada to może go to nie obejść. Oni są dość plemienni. Wcale nie rzadko walczą między sobą. Tylko potężny wódz, czarownik albo zew bogów jest w stanie zjednoczyć na dłużej. No ale zobaczymy co Gnak na to powie. Jeśli tego co złapali nie zabili od razu to pewnie trzymają go z jakiegoś powodu. Albo na jakąś okazję. Przynajmniej w Bretonii tak robili. - Lars podzielił się swoimi przemyśleniami i doświadczeniami na temat kopytnych. Na razie podchodził do niej dość ostrożnie. Astrid zaś uśmiechnęła się ciepło do Egona na myśl, że nie widzi przeszkód aby wróciła do Norsci z jakimiś niewolnikami.
- Jeśli bym miała jakieś niewolnice to też mogę dać je zasiać. Właściwie jak chcecie to mogę dać zasiać Helgę. - Zaoferowała się jakby też chciała się przysłużyć jakoś do sprawy roznoszenia dziedzictwa Oster. - No i jak chcecie to mogę ją zawołać i pójdzie z wami do Raisy. - Zaproponowała ugodwym tonem. Lars trochę się zdziwił bo jeszcze parę dni temu na plaży, córka jarla była zdecydowanie przeciwna takiemu pomysłowi.
Południe; apteka Sigismundusa; parter
Z racji tego, że Norsmeni dopiero co przybyli do miasta to Egon musiał robić za przewodnika. Chociaż Lars jak szedł przez miasto to z entuzjazmem rozpoznał jakiś sklep gdzie kupował linę, karczmę w której przegrał swoją kolczugę podczas gry w kości i zamtuz gdzie spotkał ognistą, rudowłosą łaziebną to poza tym raczej nie znał miasta. Gladiator zaś wcześniej nie był w aptece nurglity. Ale jak jeszcze u Pirory rozpytał jak tam dojść to dość dobrze rozpoznał kwartał miasta a jak byli na miejscu to za za drugim czy trzecim rogiem trafili na Gnojną. A tam już parę kamienic dalej znaleźli aptekę. Była zamknięta na cztery spusty. Ale u Averlandki uprzedzono ich o tym. Sigismundus oficjalnie wyjechał w interesach i zammnął swój przybytek i nie było tam nikogo. A nieoficjalnie to trzeba było wejść od tyłu, przejść przez bagienne podwórze pełne rozbitych mebli i gratów. Symbilizowało rozkład i przygnębienie jakie były jednym z symboli boskiego patrona nurglitów. Mieli mocno ubłocone buty jak dotarli do tylnych drzwi i zapukali tajnym sygnałem ich kultu. Przez chwilę nic się nie działo. Po czym usłyszeli stuk otwieranego skobla i przez otwarła im zakapturzona, postać jaka wpuściła ich do środka. Gdy weszli i zamknęli drzwi to zdjęła kaptur. Okazało się, że to Dorna, szaroskóra mutantka z kolczastymi włosami. Uśmiechnęła się nieco i zaprosiła ich do środka. Tam na zapleczu spotkali Raisę.
- O! Witajcie, witajcie! Jak się czujecie chłopcy? Pohulaliście, poswawoliliście wczoraj? - Zapytała tak serdecznie jakby mimo starczej szpetoty byli jej wnuczkami. Lars zaśmiał się w odpowiedzi i radośnie spojrzał na kolegę.Ubłocony Egon z powątpiewającym wyrazem twarzy rzucił jeszcze raz spojrzenie na podwórze, które wyglądało na podobieństwo jakiejś dziczy też bagien, wcale nie tak różnych niż te, które otaczały kurhan, który odwiedzili przedwczoraj.
– Hulanka porobiona, wszak nie zależało mi na niej – rzekł Egon, który co prawda przyjemnie wychędożył trójkę kobiet, to nie tracił z oczu swej misji. – Mam ci ja lepsze wieści… Udało mi się zasiać jajami Oster kapłankę z południa – rzekł Egon, wyjmując pustą strzykwę zza połów płaszcza.
- A jak! Hędożyliśmy dziewki aż wióry leciały! - Zarechotał Norsmen poklepując kolegę po ramieniu. A to wszystko sprawiło, że na pomarszczonej twarzy staruchy pojawił się szczery uśmiech. Zwłaszcza jak usłyszała słowa Egona i zobaczyła pustą strzykwę.
- Oh to cudownie chłopcy! Cudownie! Dziewki są po to aby tacy dzielni woje jak wy mogli je chędożyć! - rzekła do nich życzliwie i pokiwała swoją głową okrytą szaroburą chustą. A podeszła do gladiatora biorąc w sękatą dłoń pustą rurkę z wypalonej gliny. Zważyła ją w dłoni jakby namacalnie się chciała przekonać, że jest już pusta.
- Oh brawo Egonie! Zasiałeś wiedźmę! Brawo! Świetnie się spisałeś! Na pewno wyjdzie z niej jakiś ciekawy miot. A jak nie to jakiś zwykły. Tak czy siak nic nie tracimy. - Pogłaskała brodacza po policzku i zachowywała się bardzo podobnie jak we śnie z ostatniej nocy. Nawet jeśli z pewnymi różnicami. - A ile w nią tego wlałeś? - Podniosła pustą strzykwę i była wyraźnie tego ciekawa.
- Jedną. - Tym razem Norsmen ubiegł kolegę w odpowiedzi. Stara czarownica westchnęła z pewnym rozczarowaniem. Ale szybko wróciła do zadwolonego tonu.
- Szkoda, że tylko jedną. To zbyt dużego miotu nie wyda. A to jej pierwszy to jeszcze nie wiadomo czy będzie miała te duże czy małe. Jak duże to dobrze, bo wtedy są większe i silniejsze ale jest ich mniej i wolniej rosną. A jak małe to dobrze, bo wtedy są mniejsze i słabsze ale jest ich więcej i szybciej rosną. Jakby wam się chłopcy udało zasiać ją ponownie to śmiało. Mówiłam wam, wcale nie mamy wiele czasu. Potrzebna nam każda strzykwa w każdej dziurze i to jak najprędzej. Przecież te ciążę to tylko pierwszy krok, potem jeszcze muszą wyjść na zewnątrz, dojrzeć w kokonie i jak wyjdą jako muchy to zanim będą w pełni dojrzałe i rozwinięte to też mija z tydzień albo dwa. Ale dobrze, że zasialiście wiedźmę. Wiedźmy i elfki powinny dać jakiś wyjątkowy miot. W ogóle widzieliście te muchy? - Starucha rozgadała się na temat hodowli i zdawała sie do niej podchodzić jak hodowca właśnie. Traktując kobiety jako materiał do noszenia w sobie czerwi.
- No ja nie widziałem. A masz je gdzieś tutaj? - Lars przyznał się do niewiedzy w tym temacie. Ona zaś pokiwała głową.
- Tak, tak, są na dole. Chodźcie pokażę wam. - Machnęła sękatą dłonią, odwróciła się i kołysząc się wyprowadziła ich z kuchni na zaplecze apteki. - Przyszliście w samą porę. Te trzy dziewki z wioski wczoraj urodziły po pierwszym miocie. Zalałam je tylk po dwie strzykwy bo więcej nie miałam więc urodziły razem ze trzydzieści sztuk. Wszystkie rodzą te małe. To dobrze, jest więcej i szybciej rosną. Właśnie je miałam zasiewac ponownie. Teraz mam więcej strzykw to je zasieję do oporu. Chyba, że wy chcecie potrenować? - Odwróciła się do idących za nią mężczyzn jakby właśnie jej przyszła do głowy taka możliwość aby się podszkolili w tym rzemiośle. Norsmen wzruszył ramionami i popatrzył pytająco na kolegę. Ale akurat były drzwi i starucha musiała odwrócić sie aby je otworzyć i przeszli dalej.
- Trochę mam z nimi kłopotu. W wiosce obiecaliśmy im, że pójdą na służbę do wielkiej pani. A tu jestem tylko ja i Dorna. Dorna to dobra dziewczyna. Sama się zasiała z każdej strony jeszcze zanim ja tu przyszłam. - Ciepło wspomniała niezbyt ładną mutantkę jaka im otworzyła drzwi. - No więc chłopcy jakaś szlachcianka albo Astrid nie wzięłaby ich na służbę? Albo chociaz tutaj by się pokazała aby im powiedzieć, że to jej dom i tu mają służyć. Nie macie tam jakichś szlachcianek co by się zgodziły na coś takiego? - Przyznała się, że przydałaby jej się taka pomoc aby swobodniej poczynać sobie z dziewczętami z rybackiej wioski.
– Zasiać więcej? Czemu nie? – Egon zatarł ręce. Co prawda gladiator nie spodziewał się, że wlewanie szarawej, lepkiej, zimnej masy jaj do łona kobiet będzie niejaką uciechą, ale jednak tak się stało. – Wyćwiki mi tu nigdy nie dość… Ha. Ale ja nie o tym.Szedł z Raisą w stronę kolejnych strzykw.
– Zasiałem jeno Laylę, bo tyle czasu miałem jeno. Ale nic straconego: jej służba i dwie z naszych niewolnic będziemy zasiewać, przeto przyszedłem, żeby więcej strzykw zebrać. A i też w nadchodzących dniach spodziewam się, że z Gnakiem i z Larsem złowimy więcej żywego towaru, który zasiejemy. Rzeknij no, ile masz tutaj tych strzykw? Jeśli pójdzie wszystko po mojemu, to zasiewać będziemy całe tabuny, z dwóch, a i choćby trzech stron. Musimy się na to przygotować.
- Strzykw jest dużo. Zwłaszcza jak będziecie przynosić te puste do napełnienia. Ale jak ma być tych nosicielek jeszcze więcej to można u garncarza zamówić więcej. To dość prosta robota. Zwykła, wypalona rura z tłokiem w środku. Jaj też jest sporo to na razie starczy. No i mamy już nieco dorosłych okazów much. One już same mogą składać jaja. To możemy liczyć na nowe dostawy. O ile się będą chciały rozmnażać. - Pod względem zaplecza do zasiewania to na razie Raisa była spokojna, że im nie zbraknie. Zatrzymała się na chwile jakby się nad czymś zastanawiała.
- Jak chcecie jakieś zasiać to tak, dam wam więcej strzykw. Tylko muszę po nie zejść do piwnicy aby je napełnić. Tam też są muchy i reszta hodowli. - wskazała paluchem na podłogę - A te trzy są tam. - Pokazała na jakieś drzwi do innego pomieszczenia na parterze. Po czym odwróciła się frontem do obu wojowników. - A jak macie więcej służek do zasiana to bardzo dobrze. Mówiłam wam, liczy się każda strzykwa w każdej dziurze. Ale pewnie tylko Layla jest wiedźmą. A mówię wam, że tylko wiedźmy i elfki mają szansę na jakiś wyjątkowy miot. Dlatego jakby się udało zasiać Laylę jeszcze raz to byłoby bardzo dobrze. - Pokiwała głową zgadzając się sama ze sobą.- A ja miałam piękny sen. Śniło mi się, że jest wiele zbrzuchaconych czerwiami kobiet. Niektóre trzymały je przy piersiach i karmiły jak własne dzieci. A przy nich latały muchy. Jak strażnicy albo rodzina. Członkowie jednego stada. Eh to był taki piękny sen. Oby okazał się proroczy. Musimy zrobić co się da aby był. Wszystko to służy Siostrom. Jak uda nam się je sprowadzić to te wszystkie duperele w tym mieście przestaną być ważne. Nie będa mogli się równać z potęgą Sióstr. A te muchy to przecież ich wspólne dzieci, część ich dziedzictwa. To zaszczyt móc je hodować po tylu mileniach od kiedy Siostry chodziły tutaj po ziemi. - Starucha rozmarzyła się gdy mówiła o tym co jej się śniło ostatniej nocy. I pokiwała w zadumie głową nad tak piękną wizją.
Egon poniechał wizji Raisy, bowiem fantazje i mary dzienne tego rodzaju miały to do siebie, że nie zawsze mogły się spełnić. Oczywiście, Egon zamierzał walczyć, by do czasu turnieju miotów much było tyle, ile pcheł na szczurach podczas czarnej zarazy, co do tego nie miał wątpliwości.
– Dobrze, dobądź jeszcze pięć strzykw, jedną na Laylę, dwie na jej służbę i dwie na nasze niewolnice… Jak długo wytrzymują owe strzykwy, rzeknij? Czy jaja mogą znajdować się w takiej strzykwie długo?
Wyrzykłszy to, postąpił parę kroków naprzód, za Raisą, żeby zobaczyć, jak wygląda hodowla.
- Pięć? - Brwi staruchy poszły do góry jakby ją zdziwiło takie zamówienie. Ale zaraz uśmiechnęła się dobrotliwie jak kislevska babuszka do swoich dorodnych, kochanych wnuczków jakim jest w stanie wiele wybaczyć. - Widzę chłopcy, że może świetnie umiecie machać toporem. Ale w tej hodowli to dopiero zaczynacie. Jednak nie lękajcie się. Pokażę wam jak to się robi. Chodźcie za mną. - Popatrzyła na nich na przemian, wezwała gestem palca i odwrociła się aby wznowić marsz korytarzem. Lars spojrzał na Egona, wzruszył ramionami i poszedł za nią. Brodaczowi zostało iść za nimi. A stara jędza zaczęła swoją opowieść jak jeszcze szła niezdarnie przez korytarz.
- Pięć to można wlać w jeden brzuch za jednym razem. I nic się nie powinno stać. Może brzuch trochę będzie widać. - Mówiła gdy otworzyła kolejne drzwi. Za nimi ukazały się schody w dół, prowadzące do jakiejś piwnicy. - Ogólne zasada jest taka, że jedna strzykwa to brzuch jak w jednym miesiącu ciąży. Szkoda, że nie przyszliście wczoraj. Bym wam pokazała te dziewki cośmy je zabrali ze wsi. Jak miały w sobie po dwie to na pół pacierza przed porodem pewnie nic byście nie poznali, że mają coś w środku. Nawet jakby nago były. Wiecie ile można w miarę bezpiecznie wlać w jeden brzuch? - Schodziła po schodach i dla obu zdrowych, rosłych wojowników było to mozolne tempo. Ale Lars nie narzekał.
- No ile? - Wydawał się być trochę zaciekawiony a trochę wyczuwał, że to pomoże pociągnać dyskusję dalej.
- To trochę płynne. Ale w zapiskach Sigismundusa są notatki o ośmiu, dziewięciu, dziesięciu. Tyle planował ale wyjechał zanim zdążył przeprowadzić te eksperymenty. Tyle powinna znieść taka nosicielka w miarę bezpiecznie. Rozmawiałam z tą Bretonką. Ładnie mówiła o tej ciąży. Była chętna na kolejne zasianie. Ale one się boją aby brzuch było widać. No a żeby nie było to jak z kobietą w zwykłej ciąży. Drugi, trzeci miesiąc to niewiele jeszcze widać. Więc dwie, trzy strzykwy to tyle co nic. Czwarty, piąty to już coś widać. Ale jeszcze można to ukryć pod luźnym ubraniem albo udawać chorobę pod pierzyną. Więc głównie chodzi czy taka ladacznica musi ukrywać taki brzuch czy nie. Te nasze trzy co tu są na górze nie będa wychodzić. Tuta będą. Więc dla nich przygotowałam to. - Przeprowadziła ich podczas tego monologu przez krótki korytarz piwniczny do większego pomieszczenia na jego końcu. Miały trzy jakby komórki alb cele. Dwie miały drzwi otwarte i były puste. Trzecia, ta po lewej, miała drzwi zamknięte. Jednak wiedźma zaprowadziła ich do mocno zuzytego ale solidnego stołu. Na nim leżała cała bateria strzykw. Z kilkadziesiąt. Jak można było sądzić po wysuniętych tłokach to prawdopodobnie były pełne.
- Co to jest? - Lars trochę się zdziwił widząc tyle tego w jednym miejscu. Raisa zarechotała ze złosliwej radochy.
- Planowałam zasiać każdą z nich po osiem, dziewięć dziesięć. I po kilka z dwóch ostatnich stron. Dorna ostatnio sama się zasiała po cztery z tych dwóch pomocniczych stron. Ale jeszcze nie urodziła miotu to nie wiadomo ile z tego wyjdzie. - Wyjaśniła czemu te strzykwy są pogrupowane właśnie w taki sposób. Teraz było jasne, że te kilkanaście z nich jest przeznaczone dla każdej z rybaczek. - One rodzą te małe. Jak je zasiać dzisiaj po te osiem, dziewięć, dziesięć to jutro będą miały brzuchy jak w trzecim miesiącu. Czyli pewnie nic nie będzie widać. Pojutrze jak w szóstym. Czyli coś już będzie widać ale one nigdzie nie wychodzą. A za trzy dni jak w dziewiątym ale to juz będzie ostatni dzień i będą rodzić. Z jednej strzykwy powinno wyjść po kilka, może pół tuzina ale pewnie mniej, czerwi. Więc z każdego brzucha może nam za parę dni dać ponad trzysieści czerwi. Czyli tyle co wczoraj wszystkie trzy urodziły przez cały dzień. - Podała im przybliżone szacunkie jakie miała co do hodowli larw w brzuchach trzech rybaczek jakie zabrali z wioski parę dni temu. - I to samo z innymi. Jeśli jakaś jest chętna i pojdzie na współpracę albo można ją ukryć to nie ma co jej brzucha oszczędzać. No jak nie da rady ukryć no to wtedy te trzy, cztery może pięć można w nią wlać w jej brzuch. - Zakończyła swój wywód i popatrzyła na dwóch rosłych wojowników co teraz z tym wszystkim poczną.
– Hmm… – Egon pomrukiwał, kiedy Raisa opowiadała o swych strzykwach. – Tedy możemy brać po dziesięć, po dwadzieścia strzykw? – wojownik liczył, że uda się zasiać kobiety dodatkowo. – Jeśli prawdę rzeczesz, już dziś zasiejemy służbę Layli i nasze. A i zostanie jeszcze dużo na branki, co znajdziemy na naszych wojażach.Egon spojrzał na rzędy strzykw.
– Nie boicie się, że ktoś was spostrzeże, jeśli to transportujecie? – zapytał. – Trza mi będzie wziąć sporo do Pirory, skoro można.
Raisa obdarzyła gladiatora takim spojrzeniem jakby nie do końca była pewna o co on pyta. To ją jednak zatrzymało tylko na chwilę. - Te tutaj są dla tych trzech na górze. Po osiem, dziewięć, dziesięć na brzuch. Po dwie, trzy, cztery w pozostałe dwie dziury. - Wskazała na rzędy strzykw leżących na starym stole. Faktycznie były pogrupowane w trzy rzędy jakby każdy przeznaczony dla jednej nosicielki. Łącznie było po kilkanaście sztuk dla każdej z nich. Więc na stole było ich pewnie z pół setki. Wszystkie gotowe do użycia. - Tam macie torby. Tylko ostrożnie wkładajcie bo to tylko palona glina więc kruche jak dzban. Nie rzucajcie tym, nie siadajcie na tym i obchodźcie się delikatnie. - Pokazała swoim sękatym paluchem na ścianę. Tam na zwykłych kołkach wisiały jakieś worki, torby i płachty jakie można było użyć do transportu strzykw.
- Tu mam jeszcze trochę. Sigismundus zamówił ich więcej na zapas. - Starucha podeszła do drewnianej, otwartej skrzynki jakich się używało do transportu dóbr wszelakich, od owoców, przez ryby i buty. W tej jednak były strzykwy. Tylko puste, z tłokiem wewnątrz. Łącznie mogło być ich z kilkanaście sztuk, może ze dwa tuziny. Wiedźma dała im się przyjrzeć. Lars z ciekawości nawet wziął jedną, obejrzał, wysunął tłok, wsunął ale poza tym większej finezji z tym nie było. Więc odłożył ją z powrotem do skrzynki.
- Jak pójdziemy z tymi ze stołu i zasiejemy te trzy z wioski to wrócimy tutaj. Napełnimy je jajami i możecie je zabrać ze sobą. Tylko ich nie popsujcie i nie zniszczcie. Bo są dość delikatne. Jak użyjecie ich do zasiania to przyjdźcie znowu i znowu je napełnimy. - Wyjaśniła im jak sobie wyobraża wspołpracę w tym zasiewaniu i hodowli.
- I każdą dziewkę w sam brzuch można zasiać od razu i osiem albo dziesięć dawek. Tylko w parę dni będzie miała brzuch jak arbuz. Jeśli to jej nie przeszkadza albo macie ją jak ukryć to śmiało. Powinna wyjść z tego bez szwanku. No jak jednak musi ten brzuch ukryć no to trzy, cztery, może pięć w brzuch. - Pokazała gestem jakby na swoim brzuchu miała teraz taki arbuz. No faktycznie tak wielki brzuch wyglądał na ciążę tuż przed rozwiązaniem i nie było szans go ukryć. A miał rosnąć w parę dni a nie większość roku.
- No a tu mamy jaja. - Stęknęła i schyliła się wyciągając spod szafy miskę przykrytą kocem. Gdy ściągnęła koc, prostując się przy okazji z ulgi, oczom wojownikom pokazała się masa drobnych kulek. Każda wielkości mniej więcej grochu. Wszystkie oblepione były lepkim śluzem. Podobny wyciekł wczoraj z łona Layli gdy Egon wyjął z niej strzykwę. Raisa schyliła się i wzięła jedną kulkę między palce. Lepkość od razu oblepiła końce jej palców ale wiedźma nie zwracała na to uwagi. Uniosła zarodek życia pod światło. Wtedy obaj mężczyźi zorientowali się, że kulka jest półprzejrzysta. I w środku widać ciemniejszą zwiniętą kreskę, jak mini rogalik. Wielkością przypominał czerwia zwykłej muchy. Starucha zrobiła gest ku nim obu jakby była gotowa im przekazać to jajo aby sami mogli jemu się przyjrzeć.
- A pytałeś Egonie ile strzykwy można trzymać z tymi jajami. - Raisa uśmiechnęła się w łagodny sposób. - Spójrz na te jaja. - Poprosiła go wskazując na misę pełną z nich. Dalej stała na podłodze przy szafie. - Te jaja są starsze niż wasze Imperium. Widzisz jaka jest potęga Sióstr i naszych bogów? Może pokonać całe milenia! - Starucha wpadła w moment religijnego zachwytu nad tym z jak pradawnym artefaktem mają do czynienia. - Tylko mogą wyschnąć na powietrzu i słońce im szkodzi. Jeśli będą w strzykwach to powinny tam przeleżeć gotowe do użycia tyle ile trzeba. Ale póki nie są potrzebne to trzymać je w jakiejś torbie, w ciemnym, wilgotnym miejscu. Jak to. - Wyjaśniła im jak powinni przechowywać te strzykwy wskazując na piwniczne lub podobne warunki. Co nie wydawało się jakoś szczególnie wyszukanymi wymogami.
- Ale chłopcy zobaczcie tutaj. - Sięgnęła po niewielki dzbanek. Przechyliła go i z niego wysypała na swoją sękatą, spracowaną dłoń kilka niewielkich kulek. Wyglądały podobnie do tych z misy tylko były trochę mniejsze i miały żywsze kolory. - To też jaja. Złożyły je parę dni temu te muchy co już dorosły. Jak przyszedł tu ten mnich z jednym okiem i dał im spróbować nieco esencji lady Sorii. Wtedy wytrysnęły tymi jajami. Dorna mi opowiadała. Ale teraz coś nie chcą się rozmnażać. - W porównaniu z tymi nowymi jajami, te z miski wyglądały jakby przez milenia napęczniały od wilgoci i zbladły. Ale poza tym były podobne.– Brzmi zacnie – Egon z uznaniem pokiwał głową. Zdało się, że Raisa była naprawdę dobrze zaopatrzona i można było rzec, że cokolwiek było pod apteką Sigismundusa, spokojnie mogło wystarczyć na ich zamiary.
Egon zabrał strzykwy, żeby zasiać troje kobiety, a także wziął pozostałe do siebie.
– To, idziemy? – zapytał. – Czas leci, a zasiać trzeba, ile można!
- Tak, chłopcy, bardzo dobrze. Musimy wykonywać wolę Sióstr. - Starucha rozpromieniła się, słysząc entuzjazm gladiatora. Niczym dobra babcia pogłaskała go po ramieniu w nagrodę. Norsmen też się zaśmiał z tego wszystkiego. - Ale jak już tu jesteście to chodźcie zobaczyć hodowlę. Zasłużyliście. - rzekła do nich jakby chciała im wynagrodzić ich wsparcie dla hodowli roju. Dała znać aby poszli za nią i podeszła do tej zamkniętej celi. Teraz Egon zauważył, że kraty zrobione z desek są wzmocnione drutem, kocami i siatkami. Raisa wyjęła klucz i otworzyła zamek. Pierwsza weszła do środka. Wyglądało jak mała komórka albo cela. Tak samo jak te dwie obok co były otwarte. Pod tym względem niczym się od nich nie różniła. Tylko w niej były jakieś skrzynki. Wiedźma podeszła właśnie do nich.
- Widzicie chłopcy? To są te czerwie co wczoraj wyszły z tych trzech. To te małe. Jeszcze nie zdążyły zrobić kokonów. - Wskazała im na skrzynię. W niej wiły się larwy. Wyglądały podobnie do czerwi zwykłych much. Tylko w porównaniu do nich były ogromne. Szamanka nie brzydziła się wziąć jednej z nich w dłonie aby lepiej ją zademonstrować kolegom. Czerw jakby szukał drogi ucieczki albo badał nowe otoczenie. Ale był długości dwóch, trzech pięści. Jak solidne pęto kiełbasy. Tylko ruszał się. I był oblepiony podobnym śluzem co jaja. Raisa dała im się napatrzeć po czym ostrożnie odłożyła stworzenie do skrzynki.
- Teraz produkują dużo śluzu bo z niego będa robić kokon. A tu są te duże. - Przeszła obok do innej skrzynki. I stamtąd wyjęła kolejnego czerwia. Ten był jeszcze większy. Też się wił na jej rękach to trochę trudno było złapać jego ogólną długość ale mógł mieć i z ćwierć metra, zaczynał przypominać spasionego ale krótkiego węża. - To od tej ladacznicy co nie jest w kulcie ale lubi mieć w sobie te czerwie. Widzicie? Nawet ladacznica może być porządną i pożyteczną kobietą. Szkoda, że Astrid tego nie rozumie. Przecież jest córką jarla, powinna dawać przykład. Albo chociaż, żeby Helgę dała zasiać. - Pomarszczona kobieta znów dała znać swojemu niezadowoleniu, że młodsza i zgrabniejsza blondynka nie chciała dać się zasiać ani na plaży ani w rybackiej wiosce. Lars spojrzał na Egona jakby sprawdzał czy chce jej powiedzieć o porannej rozmowe z blond skaldem. Ale już wiedźma odłożyła tego dużego czerwia z powrotem do reszty i przeszła jeszcze kawałek dalej.
- A tu są kokony. W nich się przepoczwarzają i jak skończą to wychodzą młode muchy. Też są małe i duże. Ale lepiej ich nie dotykać aby nie przeszkadzać w przemianie. - Pokazała im kolejny etap rozwoju ich hodowanego oręża. Kokony przypominały owalne coś. Jak się nie wiedziało co to jest to niezbyt dało się domyślić co to może być. Gdy się jakiś przez chwilę obserwowało dało się zauważyć, że tam w środku coś pulsuje albo się rusza. Przez co wyglądało na coś miękkiego i żywego. Ale niezbyt było widać co to właściwie może być. W końcu Raisa odwróciła się do wewnętrznej ściany. Większość z nich zajmował rząd regałów ale zasłonięty kocami jak kotarami. Starucha odsunęła jeden z nich i pokazały się klatki. Takie jak na gołębie, psy czy prosiaki. Tylko wewnątrz nich były muchy. Egon od razu rozpoznał, że to właśnie takie śniły mu się ostatniej nocy.Egon przemierzał rzędy, czasem jeno kiwając głową. Widział on plon tego zasiewania po raz pierwszy i, choć wojownik widział w swym życiu wiele makabrycznych rzeczy i widział ledwo żywych wojów, którzy umierali na polu bitwy, to jednak zmutowane czerwie i muchy widział po raz pierwszy. Co prawda czuł, że chyba powinienem zareagować obrzydzeniem, ale przecież równie dobrze mógł zrobić to samo, widząc strzykwę pełną lepkich jaj wytryskającą prosto w łono Layli. Niektóre części człowieczeństwa traciło się jedna po drugiej.
Na pierwszy rzut oka wyglądały mniej więcej jak zwykłe muchy. Duża głowa, ssawka w pysku, odwłok, skrzydła, włochate, patykowate nogi po bokach. Tylko były ogromne! I w dwóch rozmiarach. Te mniejsze miały odwłok gdzieś na pół kota, może trochę więcej. W porównaniu do dorosłego człowieka wydawały się małe ale i tak były nieporównywalnie większe niż muchy wielkości kawałka palca. Te większe były ze dwa razy większe. Mogły mieć nawet z pół metra długości. No i jednak jak się im przyjrzeć to miały pewne różnice od domowych much. Przy pysku miały szczypce jak szerszenie. Proporcje ciała i barwy miały różne. Dodatkowe sztywne włoski przypominały ości ryby, czasem któraś miała dodatkowe odnóże albo parę. Jedne wydawały się krótsze inne smuklejsze. Ale mniej więcej wyglądały jak muchy i takie Egon widział we śnie jak atakowały salę balową.
- Te czerwonawe są od Norry, te liliowe od Sorii, zielonkawe od Oster a fioletowe od Vesty. A te nijakie to bez przewagi pierwiastka którejś z nich. - Po chwili jaką stara wiedźma dała im się napatrzeć dodała parę detali. Rzeczywiście u wszystkich much dominowały ciemne, złowróżbne barwy. Ale połysk miały w kilka powtarzających się odcieniach. - I jak widzicie chłopcy klatki się kończą. Część Sigismundus zabrał ze sobą a tu hodowla się rozwija to by się przydało zdobyć nowe. - Dodała jeszcze na zakończenie tego zwiedzania.
– Hmm… – Egon schylił nieco głowę, patrząc to na wijące się larwy, to na bzyczące muchy. – Zdaje się, że plan rozwoju hodowli był iście trafiony – tu przygryzł wargi i na próbę włożył palec do klatki.– Rzeknij mi no, Raiso, dwie rzeczy. Gadasz, że klatek brakuje, ale czy to nie robota dla kowala? Teraz mamy nieco grosza za łaską lady Sorii, a i wkrótce będziemy mieć więcej, kiedy ja z Larsem wypuścimy się na sioła obok Neues Emskrank i kiedy złowimy tuziny i tuziny dziewek do dupczenia i do zasiewania jajami Oster ze wszystkich stron. Jakże to, w Neues Emskrank klatek brakuje?
– A, i jeszcze rzecz druga… Jak waleczne są owe muchy, szczególnie te czerwone? Może być, że magią spętawsze albo i podobnie, słuchać rozkazów będą? Lady Soria zdała się, że mogłaby coś wiedzieć o takich rzeczach. Jednak bestie są dorodne, jeśli jeno takie wypuścić na szlachciurów, to dwóch takich rozchlasta bebech i gardła, niby żbiki…
- Oh tak wnusiu, to wielki zaszczyt zajmować się dziedzictwem Oster i pozostałych Sióstr. Po tylu mileniach niebytu, wracają do nas. A każda zasiana strzykwa zbliża nas do ich powrotu. A jak zbierzecie więcej nosicielek to cudownie chłopcy. Jak chcecie je sobie chędożyć to chędożcie. Mnie to już nie interesuje. No ale wy jesteście młodzi, jurni to jeszcze wam się chce. Ja tylko bym je chciała do zasiania. Zresztą sami widzicie, że to proste. Zaraz pójdziemy na górę to będziecie mogli sami się przekonać. No i zresztą, sami wczoraj zasialiście Laylę no to co? Trudne to było? - Wiedźma rozpromieniła się słysząc jak ambitne plany na pochwycenie więcej kobiet mają obaj wojownicy. W pełni ich popierała nawet jeśli jeszcze trochę czasu pewnie musiało minąć zanim się wybiorą na łowy. Lars też się zaśmiał jakby i jemu te pochwały staruchy i pomysł na interes przypadł do gustu.
- To by nawet nam pasowało. Munirowi można sprzedać mężów. Zwykle za mężów jest lepsza cena niż za kobiety. Zwłaszcza jak są zdolni do pracy. Do wyrębu lasu, w pole czy kopalni to kobiety raczej nie wezmą. To by nam się lepiej opłacało ich mu sprzedać niż kobiety. Jeszcze jakby jaki kowal się trafił czy rzemieślnik. To jeszcze lepiej. A za kobiety to i tak byśmy dostali niższą cenę. - Morski łupieżca z północy dostrzegł w tym pozytywną okoliczność, jaka nie kolidowała z ich ogólnym planem współpracy z arabskim kupcem. Więc teraz i jego starucha pogłaskała czule po dłoni jakby był jej dorodnym wnuczkiem.
- A z tymi klatkami to ja nie wiem wnusiu. - Przyznała się do niewiedzy gdy wróciła do tego o co gladiator pytał. - Jestem tu od wczoraj. Dopiero się ze wszystkim zapoznaję. I z hodowlą i notatkami Sigismundusa. O, widzicie ten kalendarz? - Zaczęła im tłumaczyć ale przerwała, pokazując wiszący na ścianie papier. Egon nie był piśmienny ale po numerach w każdej kratce domyślił się, że to kalendarz. Widział też, że są tam jakieś zapiski ale tych już nie mógł przeczytać. - Jak on tu był to był porządek. Wszystko jest zapisane. Niestety Dorna nie jest piśmienna więc nic nie robiła. I ten mnich, z jednym okiem tu bywał. Brał strzykwy do zasiewania ladacznic. To dobrze. Dobrze, że chociaż on. Dzięki niemu mamy jakąś ciągłość z tymi miotami. No ale zapisków nie robił. Nawet ta blada Bretonka. Sama mi mówiła, że jest zasiania i nawet by była chętna na jeszcze. No ale w zapiskach jej nie ma. Więc nie wiadomo kiedy została zasiana ani ile ma w sobie dawek. Teraz to pewnie już czerwie ma. Eh, ci młodzi, wiecznie im się gdzieś spieszy i są tacy nieuważni… - Postała chwilę przy tym ściennym kalendarzu i pokręciła głową. Z jednej strony cieszyła się, że Otto przejął po odjeździe Sigismundusa opiekę aby zasiewać jakieś kobiety. Z drugiej nieco irytowało ją, że nie w zapiskach powstała dziura. Otrząsnęła się i wróciła do poprzedniego tematu.
- No ale te klatki jakie tu widzicie to jeszcze po Sigismundusie zostały. A tu widzicie, i nowe larwy i kokony doszły. Na razie są w skrzynkach ale jak się wyklują dorosłe muchy to trzeba będzie je przenieść do klatek. A już dużo miejsca nie zostało. Dorna jest zbyt odmieniona aby ją gdzieś posłać po nowe. A ja miasta w ogóle nie znam. Nie dalibyście rady chłopcy przynieść mi ich trochę? Potrzebne są aby mieć gdzie te dorosłe muchy trzymać. - Poprosiła ich o pomoc w tej sprawie. Norsmen spojrzał na kolegę.
- Ja też niewiele pamiętam z tego miasta. Ale to miasto. Więc gdzieś jakieś klatki na króliki, kury, gołębie, powinny być do kupienia. Na jakiś targ się trzeba przejść. Albo Łasicy czy kogoś z waszych miejscowych zapytać. To chyba nie powinno być drogie. - Chociaż Lars nie znał za bardzo miasta to jednak wydawał się uważać, że taka pomoc nie powinna być jakaś trudna. Zwłaszcza jakby wsparła ich tubylcza część kultystów.- A teraz pytasz wnusiu czy da się nimi jakoś kierować… - Raisa po tym jak się do nich uśmiechnęła wdzięcznie za obiecaną pomoc to zaczęła się zastanawiać nad ostatnimi pytaniami gladiatora. - W tej chwili to raczej nie. Wyszły z ludzkiego łona więc będą atakować ludzi. Może też krasnoludów, elfy czy niziołki. Ale tego nie jestem pewna. Więc nas też by pewnie zaatakowały. O zresztą sam widzisz. - Wskazała bo akurat jak Egon wsadził palec przez pręty klatki to z początku nic się nie działo. Jakby będąca w środku mucha w ogóle tego nie zauważyła. Jednak w końcu dostrzegła coś nowego w swoim terenie. I z początku zbliżyła łeb do palca. Potem zaczęła badać tą krótką rurką jaka wystawała jej z pyska. Trochę było podobne do tego jak psy, koty czy myszy obwąchciwały coś nowego. Jednak zaraz potem mucha użyła szczypiec. Te zacisnęły się na palcu gladiatora jak igły ale na szczęście był to jakby próbny chwyt i stworzenie zaraz go puściło. Wtedy zdążył cofnąc rękę zanim mucha zdążyła ponowić atak. Egon dostrzegł na palcu dwie, czerwone kropki i powoli pojawiające się krople krwi. Mucha ożywiła się i zaczęła stukać w klatkę i bzyczeć skrzydłami jakby chciała się z niej wydostać.
- One teraz są dość spokojne. Niewiele się dzieje. Ale jakby je wypuścić, jakby poczuły zapach wielu ludzi, krew, adrenalinę, strach to myślę, że powinny zaatakować. Być może nosicielki by nie zaatakowały. Być może mogłyby wyczuć jakoś, że ma czerwie w środku. Zwłaszcza jakby dużo ich miała. Być może. A być może nie robiłoby im to różnicy. Chociaż w zapiskach jest sugestia, że nosicielka ma czasem wpływ na swój miot. Zwłaszcza elfka albo wiedźma. Dlatego tak mi zależało na zasianiu Layli lub jakiejś skośnouchej. - Pomarszczona starucha, mówiła teraz wolniej i w zamyśleniu, jakby musiała się skupić nad tym zagadnieniem.
- No chyba, że lady Soria. Jak ktoś miałby nimi kierować to pewnie ona. No i jakby zgodziła się dać zasiać to pewnie jej miot byłby naprawdę wyjątkowy. Co prawda ona nie jest śmiertelniczką więc nie jestem pewna czy muchy które z niej by wyszły, atakowałyby ludzi. Ale kto wie? Jakby była w stanie nad nimi zapanować to by mogła je posłać na kogo zechce. - Teraz wiedźma była jeszcze poważniejsza a Lars zdziwiony gdy usłyszał o kim ona mówi.
- A magia, kto wie? Te stworzenia częściowo są żywe ale jakaś ich cząstka pochodzi z tamtego wymiaru. Być może udałoby się opracować jakiś czar lub rytuał… Ale to by trzeba się na tym skupić. Związać te stworzenia, okiełznać ich wolę, narzucić swoją. Nie wiem… Może… Czasu mało i tyle spraw… Jakby tu czcigodna Merga była to może ona… Tak, ona by pewnie dała radę opracować taki czar. Chociaż nie wiem czy by zdążyła, czasu jest niewiele. - Na tym polu była najmniej pewna. Wydawało się, że sam pomysł opracowania czaru do kierowania muchami rozważała na poważnie, jednak nie była pewna czy się by wyrobiła z czasem. - W tym śnie widziałam ciężarne nosicielki z czerwiami w środku jak stały a muchy latały przy nich jak mężowie przy swoich żonach. Jak szczęśliwa rodzina. Ciężarna samica i samiec. Więc może da się jakoś doprowadzić aby muchy nas nie atakowały albo chociaż nosicielek nie. Wtedy chociaż one by mogły poruszać się wśród nich w miarę bezpiecznie. Ale nie jestem pewna. W końcu to tylko sen. Z drugiej strony sen od Sióstr. - Westchnęła, że sama jest w kropce i w wielu rzeczach porusza się po omacku bo są dla niej nowe. A zapiski Sigismundusa i rozmowy z Mergą, nie dawały klarownej odpowiedzi na te pytania.Egon słuchał słów Raisy. Cóż, prawdą to było, much Oster nie sposób było kontrolować, jednak być może, jeśli rozmówiłby się z Sorią co do tego… Ona - myślał Egon - była wprawna w temu podobne gusła, zatem byłaby możliwość, żeby coś tutaj sporządzić. Z drugiej strony, jeśli tylko muchy Oster mogłyby zostać wypuszczone w odpowiednim momencie na turnieju, czy rzeczywiście potrzebowali jakąkolwiek kontrolę? Wystarczyło, żeby insektowate bestie odwróciły uwagę możnych i wojów, kiedy objawi się czarny rycerz. Inną rzeczą, jaka jawiła się Egonowi, to wypuszczenie wielkich much bez kontroli było jednorazowym przedsięwzięciem, bo on biegać za wielkimi muchami wcale nie zamierzał.
– Pogadam z Sorią – rzekł Egon, rzucając także spojrzenie na Larsa, że także dostrzegał frukta, które rysowały się przed ich wyprawą łupieżczą. – Hmm… Zdaje się, że mamy wszystko… Strzykwy weźmiemy i zasiejemy te nasze, ale też przejdźmy się na targowisko i zobaczmy, czy sprzedają klatki. Koniec końców, zajdziemy do kowala i złożymy zamówienie, jednak myślę, że ktoś nam sprzeda one klatki.
– Ale zanim tam pójdziemy, przejdźmy się jeno do tej wieży, żeby zobaczyć tego złapanego zwierzoczłeka od Gnaka. Zobaczmy, jaka jest obstawa i czy łatwo się na to da uderzyć… – rzekł jeszcze Egon, który miał już niejaką wprawę w odbijaniu ludzi z więzień od czasu uwolnienia Mergi.
- No tak, można się przejść. Na te orgie za miastem to i tak jakoś pod koniec dnia będziemy się zbierać. - Lars zgodził się ze słowami kolegi. I przyznał, że niezbyt ma plany na resztę dnia w tym nowym dla siebie mieście. Raisa pokiwała głową i wyszli z tej celi przeznaczonej na hodowlę much. Przeszli przez piwniczny korytarz i schody, wracając na parter. Teraz jednak starucha zaprowadziła ich na kolejne schody, na górne piętra. - Kazałam tym trzem nie schodzić na dół. Dorna jest zbyt odmieniona aby im się pokazać na oczy. A podejrzane by było jakby cały czas chodziła w kapturze w środku domu. - Wyjaśniła im po drodze. I weszli za jej kolebiącą się niezdarnie sylwetką na piętro. - I jeszcze przydałaby się Astrid albo inna szlachcianka. W końcu powiedzieliśmy im, że zabieramy je na służbę do takiej pani. Teraz one pytają kiedy ta pani przyjdzie. - Dodała jeszcze i zaraz potem otworzyła jedne z drzwi. Wyglądało na jakiś pokój przerobiony na magazyn. Trzy młode rybaczki siedziały na stołkach albo podłodze i przebierały jakieś zioła, suszone owoce czy coś takiego. Spojrzały w stronę przybyłej trójki.
- No dziewuszki! Czas wziąć lekarstwo! - Stara powiedziała to jakby robiła jakieś ogłoszenie. Trzy młodsze kobiety spojrzały po sobie trochę niepewnie.
- Ale przecież już brałyśmy to lekarstwo. - Blondynka zauważyła nieśmiało.
- A kiedy przyjdzie lady Astrid? - Czarnulka zaraz po niej zadała pytanie i wszystkie trzy spojrzały wyczekująco na starą wiedźmę. Ta odwróciła się do obu mężów z miną “A nie mówiłam?”. Jednak zaraz znów zwróciła się do służek.
- Milady przyjdzie później, na razie ma ważne sprawy. I jak wy chcecie się jej na oczy pokazać jak cały czas macie robaki w środku? Za którymś razem wypadną z was przy niej albo jej znamienitych gościach i co? Wstyd i skandal! No już! Kładźcie się i zdejmujcie spódnice! - Starucha huknęła na nie z mieszaniną ponaglenia i nieustępliwości. Trzy kobiety speszyły się i popatrzyły po sobie nawzajem.
- Ale przy nich? - Rudowłosa wskazała wzrokiem na obu rosłych mężów. Wyglądało jakby się krępowała rozbierać przy mężczyznach. Tak samo jak koleżanki.
- Oj nie udawaj świętoszki co nigdy nie zadzierała spódnicy przed mężczyzną! No już! Nie mamy całego dnia! - Wiedźma ponagliła dziewczęta i te po chwili wahania, z pewnym oporem ale zaczęły zdejmować z siebie spódnice. Po paru chwilach stały nagie od pasa w dół, nieco zawstydzone i niepewne co teraz będzie się działo.
- No to chłopcy wlejcie w dziewczęta to lekarstwo. A ja będę zapisywać ile. Trzeba być dokładnym. Tylko ostrożnie. Bez pośpiechu. - Raisa wzięła jakiś papier i pióro jakby naprawdę miała zamiar notować ten zasiew. Lars zaśmiał się wesoło i klepnął Egona aby wyciągał te strzykwy z torby co je wziął z piwnicy.Egon sięgnął do tobołu, gdzie wziął uprzednio strzykwy.
– Milady Astrid przyjdzie wkrótce – rzekł wojownik krótko, obracając strzykwy w swej dłoni. – Ja bym rzekł, żem jest wprawny, niby felczer za pozwoleniem jego mości burmajstra, wszak już nie raz żem lekarstwo aplikował – zełgał, nie bacząc wcale, czy jego łganie wiarygodne będzie.
– Dziewczęta drogie, przeciem tu nie przyszedł, żeby was usiec – tu z gardła Egona dobył się lubieżny rechot. – Rozłóżcie nieco jeno nogi, żebym łatwo dojście miał…. Nic takiego.
Egon zapamiętał, żeby następnym razem, kiedy będzie rozmawiał z Astrid, rzec jej o trzech dziewkach w aptece Sigismundusa – niewielka to rzecz, a może? Egon nie podejrzewał, żeby łaski jakiejkolwiek z dziewek mogły w jakiś znaczący sposób przechylić szalę spraw, które działy się w Neues Emskrank.
-
– Dajże no… - nachylił się ze strzykwą. – Zara będzie po wszystkim… – rzekł, zamierzając zasiać dziewkę.
Po chwili konsternacji, pierwsza położyła się na podłodze ta czarnowłosa. I lekko rozchyliła uda. Lars podszedł bliżej i się przygladał. Zresztą Raisa też. Tylko ona notowała coś w swoim papierze. Dwie, pozostałe dziewczęta trzymały się ze dwa kroki dalej. I też patrzyły na poczynania brodatego wojownika. Zasiewanie może nie było tak przyjemne i spektakularne jak wczoraj z Laylą bo służki traktowały to jakby z konieczności musiały przyjąć w siebie lekarstwo. Chyba nadal wierzyły, że wypłasza ono robaki jakie się w nich w tajemniczy sposób zalęgły. Jednak jak leżały spokojnie to samo używanie strzykw było dość proste. Trzeba było ją wepchnąć do środka, powoli wsunąć a potem równomiernie i bez pośpiechu, naciskać tłok aby wlać jaja do środka. Gdy doszedł do końca, to się glinaną rurkę wyjmowało i można było proceder powtórzyć z nową dawką.
Dziewczęta przyjmowały to dość spokojnie. Trochę krzywiły się gdy czuły jak płyn wlewa się w ich trzewia. Ale wytrzymały. Zdziwiły się, że tym razem jest dużo więcej niż po dwie jak to robili u nich w wiosce. Jednak starucha wyjaśniła im, że muszą mieć pewność a im więcej lekarstwa tym ta szansa na pozbycie się robaków rośnie. Egon musiał tylko zdecydować ile chce w nie wlać. Po osiem, dziewięć czy dziesięć strzywk. Larsowi też to się spodobało więc poprosił go aby i jemu dał spróbować. Wziął się za kolejną dziewkę a strzykw było w torbie tyle, że we dwóch mogli z niej korzystać a szybciej szło. Na końcu została jeszcze ta rudowłosa ale i z nią poszło gładko. Udało im się zasiać wszystkie trzy brzuchy. Z ich łon ściekały na podłogę kleiste zacieki. Takim samym śluzem jakim oblepione były jaja i czerwie.
- Dobrze. A teraz z drugiej strony. Po trzy albo cztery. - Zakomenderowała Raisa wyraźnie zadowolonym głosem. Dla dziewcząt było to jednak coś nowego i czego się nie spodziewały.
- Musicie się odwrócić i wypiąć. - Podpowiedział im Lars co mają zrobić. One znów się speszyły.
- Jak to z drugiej? Ale dlaczego? Przecież z drugiej nie mamy robaków. - Blondynka odważyła się zadać pytanie.
- Na razie nie. Ale one tam w środku przechodzą z jednej dziury do drugiej. I nie możemy ryzykować. - Raisa miała przygotowaną odpowiedź jaka znów przekonała służki do współpracy. Posłusznie przyjęły pożądaną pozycję i czekały na porcję lekarstwa także i z tej tylnej strony.
– Słuchajcie się mądrej Raisy, ona mnie leczyła nie jeden raz, przeto wie, jak się te rzeczy robi – rzekł Egon, wtórując starej. – Ja żem słyszał, że jeśli raz się zakazi, to może być i tak, że one larwy mogą się roznieść po wszystkie twory ciała, a onuż, uważajcie, szczególnie lubują się w tych kobiecych, bo w nich zawsze jest odpowiednio ciemno, mokro i ciepło – ciągnął. – I że wszędzie mogą być, nawet i usta.Tu skinął w stronę Larsa, który, miał nadzieję, wesprze go w przekonywaniu dziewek, bowiem wolał po dobroci, a nie siłą. Sam wszak nie wątpił, że we trójkę-czwórkę dokonają dzieła.
Egon dał parę razy także spróbować Larsowi, bowiem myśli wojownika oddalały się już nieco do kolejnych spraw. Rzeczy nabierały rozpędu, a skoro tak, to trzeba było czym prędzej zadbać, aby toczyły się właściwym dla siebie torem.
Słowa gladiatora chyba trochę przestraszyły służki. Widocznie nie chciały mieć w sobie żadnych robaków i już bez sprzeciwów pozwoliły wlać w siebie lekarstwo ze strzywk. Lars wspomógł Egona w tych aplikacjach. A Raisa zapisywała ile, której i z jakiej strony tych dawek władowali. Wydawało się, że całość zleciała całkiem szybko i sprawnie. Gdy skończyli służki wycierały usta od klejącego śluzu i spluwały nim na podłogę, krzywiąc się przy tym z niesmaku. Potem zaczęły się ponownie ubierać w spódnice. Stara wiedźma wydawała się być bardzo zadowolona z tego zasiewu i zostawiła je w spokoju w tym zagraconym pokoju. A sama, kolebiąc się niezdarnie, odprowadziła dwóch rosłych mężów po schodach, z powrotem do kuchni na parterze gdzie było wyjście na to zabłocone podwórze.
- Ładnie wam poszło chłopcy. Za trzy, cztery dni wyjdzie z nich obfity miot. Pewnie znów te małe ale za to wiele ich będzie. Tak bogatego zbioru na raz to jeszcze nie mieliśmy. No i jak chcecie to weźcie te strzykwy. Może będziecie mieli okazję napełnić nimi jakieś brzuchy. A jak się napełnia z innej strony to też już umiecie. No i jak spotkacie Astrid albo inną szlachciankę co by chciała je wziąć, chociaż jedną czy dwie, to poproście aby to zrobiły albo chociaż tu się pokazały tym wieśniaczkom bo sami widzieliście. One wciąż myślą, że będą na służbie u jakiejś pani a tu to tylko ja i Dorna. Z czego Dorna nie bardzo może im się pokazać na oczy. - Mówiła do nich jak do swoich wnuczków i wyglądała na zadowoloną. Podała im torbę z napełnionymi strzykwami jakich mogli użyć gdyby trafiła im się taka okazja.– Służba by nam się przydała, dopóki nie będzie zadawać pytań – rzekł Egon. – Ale tu z tym chyba nie będzie problemów, nie? Astrid ostatnio rzekła coś, że chciałaby wrócić na dwór jarla ze swą świtą… No to już będzie miała, rzecz się sama rozwiąże.
“A dziewczynom się spodoba służba u Astrid bardziej, niż ta śmierdząca apteka” - dodał w myślach z przekąsem, z niechęcią przypominając sobie, że będzie musiał przejść znowu przez błotniste podwórze.
– Dzięki ci, nie zawiedziemy cię – rzekł jeszcze Egon, lekko potrząsając torbą pełną strzykw. – To co, Lars, idziemy?
---
Z racji tego, że Lars znał miasto o wiele słabiej od Egona, to na tego drugiego spadła rola przewodnika. Jednak do tej pory klatkami na kury czy gołębie się nie interesował więc musiał się zastanowić gdzie by można pójść. Najpewniejszym adresem wydawał się Plac Targowy. Co prawda dziś nie był dzień targowy ale i tak tam, w centrum miasta, było najwięcej sklepów a więc i szansa, że uda się kupić co potrzeba albo chociaż zasięgnąć języka. Jak tam we dwóch dotarli to w którymś sklepie znaleźli klatki. Szybko okazało się, że nie są takie drogie ale nawet na dwóch to mogli zabrać po dwie, może cztery klatki. Nie były zbyt ciężkie ale niewygodne do noszenia, zwłaszcza, że z powrotem do apteki to był całkiem spory kawał do przejścia.
Przy okazji jednak mogli sobie obejrzeć ratusz. Bo z tego co Egon pamiętał to Fanriel wspominała raczej o wieży a nie kazamatach. A zwykle tak mówiło się o lochu w ratuszu. Tam trzymano tych przestępców jacy czekali na osąd lub spodziewano się, że lada chwila wyrok zostanie wykonany. Słabą stroną tej sytuacji było to, że w zimie, Egon z Łasicą, całkiem nieźle poznali kazamaty ale w ratuszu to gladiator nie bywał. Dobrą to, że ratusz był w dzień dostępny dla każdego i chociaż wyglądał solidnie to jednak nie miał takich walorów obronnych jak mały zamek którym w istocie były kazamaty.
Właściwie póki był dzień to można było wejść do środka przez główne drzwi. Ale zapewne zwierzoczłeka to trzymano gdzieś w lochach jakie nie były dostępne ot tak. Parter był wysoki i niewiele w nim było małych okienek. Co utrudniało wdarcie się do środka. Dopiero na piętrze były zwyczajne okna. Mniejsze niż te co były w kamienicach ale większe niż wąskie strzelnice w zamkach. Gdzieś tam na co dzień pracowała Adrienne jaka wczoraj w teatrze dała się poznać od bardzo uległej strony. Ale już wczoraj Hubert mówił, że po takich harcach to zapewne jego niewolnica “przeziębi się” i będzie musiała w domu odpocząć po tych zabawach. Sam grubas niedaleko miał swój sklep. Miał dobrą lokalizację, w pobliżu centrum miasta. Nie wiadomo czy teraz w nim był. Do Pirory właściwie też było niedaleko. Tylko w przeciwną stronę. Na dobrą sprawę to cukiernia Lebkuchenów też nie była odległa od placu. A od nich miała być ta chętna na zasiew brunetka jaką wczoraj lady Fabienne wskazała gladiatorowi.
Egon, zorientowawszy się co do klatek, uczynił wysiłek, by zapamiętać, gdzie jest handlarz. Nie chciał ich kupować już teraz i nie chciał się także dzielić z handlarzem lokacją apteki. W ogóle nie chciał, żeby ktoś mógł połączyć fakt apteki i klatek, bowiem aptekarze raczej nie byli znani z przechowywania żywego inwentarza, a szczególnie w takich ilościach, jakie niedługo zamierzali kupować.
– Wrócimy tutaj zaraz – rzekł Egon, żegnając się z handlarzem.
Ratusz, na pierwszy rzut oka, wydawał się niby kazamaty, tylko takie bardziej przystępne i zdecydowanie łatwiejsze do uderzenia. Z drugiej strony, czy w istocie napadanie na ratusz dla samotnej pokraki należącej (lub nie) do Gnaka, która zapewne i tak zapije się na śmierć tydzień później tudzież zostanie zarżnięta przez swych pobratymców miało jakiekolwiek znaczenie?
Egon obszedł ratusz raz, niby to od niechcenia, sprawdzając, w jaki sposób wygląda. Ani chybi, jeśli wypadnie tutaj uderzyć, trzeba było zaopatrzyć się w drabinę, choć… Być może kanały także mogły być raz jeszcze źródłem drogi? Ratusz pewnikiem z kanalizacji korzystać musiał, kanalizacja zaś była zapewne mniej więcej na poziomie równym z lochami.
Cóż, pierwszy rzut oka wykonał, jak zamierzał.
– Trza mi będzie spytać się Adrienne albo jej znajomych, jak to wygląda – rzekł do Larsa. – Do środka nie wchodzę jeszcze, nie chcę, by ktoś się zorientował, że rozglądam się. W ogóle zostawmy ten ratusz na razie. Zobaczymy po rozmowie z Gnakiem.
Skończywszy oglądanie ratusza, zawrócił do handlarza klatkami, żeby wziąć parę z nich do apteki.
– Skończymy rzecz z klatkami, musimy udać się do Munira – rzekł Egon. – Prosta rzecz, trzeba się z nim pożegnać, żeby dobre wrażenie zrobić, bo wkrótce będziemy z nim handlować. Czy dostaniemy towar od Gnaka, czy też jakoś sami złowimy, Munir zapłaci nam sowicie. Ale chodźmy do niego i się z nim jeszcze rozmówmy.
---
Kamienica Pirory; salon; południe
Obaj z Larsem, nie mieli trudności z kupieniem kilku klatek. Na więcej nie starczyło im rąk a z Placu Targowego do apteki Sigismundusa był spory kawałek miasta do przejścia. Norsmen był jednak rad, że w ogóle znaleźli sklep z takimi bibelotami i w każdej chwili mogli tam wrócić i dokupić więcej. Zaś w aptece Raisa ucieszyła się, że będzie miała gdzie umieścić nowe muchy gdy już się wyklują z kokonów. Zaś dwóm wojownikom zostało wrócić na Bursztynową 17. Jeśli mieli nadzieję jeszcze zastać arabskiego kupca to tylko u niej. A i tak nie było wiadomo czy już nie zawinął się na swój statek. W końcu wczoraj mówił, że zamierza spędzić tylko jedną noc w tym porcie a potem płynąć dalej na wschód Morza Szponów.
Gdy dotarli do drzwi głównych kamienicy i zastukali już słońce przeszło przez najwyższy punkt na niebie, chociaż dalej mniej więcej było południe. Otworzyła im służąca Averlandki i poprosiła aby zaczekali w holu. Przez chwilę stali we dwóch gdy ona pewnie poszła ich zapowiedzieć u swojej pani. Gdy wróciła, zaprosiła ich na pietro do salonu. Gdy za nią tam poszli w środku zastali blondwłosą gospodynię jaka siedziała u szczytu stołu. Zaś Astrid, Munir i Layla jedli z nią obiad. Cała trójka spojrzała z zaciekawieniem na obu przybyszy.
- Witajcie koledzy. Proszę, siadajcie. Jeśli jesteście głodni to się częstujcie. - Pirora zaprosiła ich do stołu i kazała służącej przynieść dodatkowe nakrycia. Bo wolne krzesła i jadła to było pod dostatkiem. A, że od późnego śniadania już trochę dzwonów minęło to i obaj wojownicy czuli pewne ssanie w żołądku. - Wyspaliście się? - Zagaiła do nich uprzejmie jak na dobrą gospodynię przystał. Służba zaś zaczęła przynosić porcelanowe naczynia i srebrną zastawę. Egon na co dzień nie jadał w takich luksusach.– Ano, pośniadałem uczciwie – Egon machnął ręką, jako że rzecz o jedzeniu wcale go nie interesowała, jako że kolejne z rzeczy musiał niedługo zrobić.
Tu zwrócił się do Munira:
– Witajcie, mości Munirze! – zawołał. – Tuszę, że sen był dobry? Jak się podoba w Neues Emskrank?
- Witaj, witaj przyjacielu! - Arabski kupiec uśmiechnął się jowialnie do Egona. - Miasta wiele nie widziałem ale gościna u lady Pirory bardzo miła. Miło mi było ją poznać. Jak was wszystkich zresztą. No ale interesy mnie gonią więc niedługo będę musiał opuścić wasze urocze towarzystwo. - Kupiec teraz spojrzał na blondwłosą gospodyni jakiej podziękował za gościnę. Ale też i dla jej gości miał życzliwy uśmiech.
- Po obiedzie nasz drogi gość będzie już nas opuszczał. Ale lady Layla z nami zostanie na jakiś czas. - Pirora odparła mu podobnie ciepłym uśmiechem i wskazała na siedzącą obok niego egzotyczną piękność.
– Zaiste – rzekł Egon, przybierając polubowny ton. – Z chęcią odprowadzimy ciebie do okrętu, jako że przywiedliśmy ciebie tutaj. Rad bym jeszcze nieco porozmawiać o interesach, choć zdaje się, że już dobiliśmy targu. Tedy oporządź się według swego uznania, Munirze, a my z chęcią dotrzymamy tobie towarzystwa, jeśli jeno pozwolisz.- Oh oczywiście przyjacielu. Bardzo chętnie skorzystam z waszej propozycji. - Brodacz uśmiechnął się życzliwie do gladiatora. Egon z Larsem mieli wreszcie okazję zjeść coś konkretnego z tych ozdobnych talerzy. Rozmowy przy stole były raczej luźne. Pirora jako dobra gospodyni, obiecywała, że się udzieli Layli gościny a samego Munira zaprasza ponownie aby koniecznie ich odwiedził jak będzie wracał z Erengradu. Wężowa kapłana trochę rozmawiała z nim po arabsku a trochę z Larsem po bretońsku. Astrid była ciekawa czy kupiec bywa czasem w Norsce ale okazało się, że nie. A gdy obiad dobiegł końca, wszyscy wstali i zaczęli się ze sobą żegnać. Pirora odprowadziła ich do schodów oraz udostępniła swój powóz jaki miał ich zwieźć do portu. Wewnątrz zostali we trzech, Munir, Lars i Egon. Gdy powóz ruszył kupiec popatrzył na dwóch wojowników jacy usiedli na przeciwko niego.
- No to przyjaciele mamy ostatni moment aby porozmawiać. - Zagaił do nich patrząc z zaciekawieniem to na jednego, to drugiego.
– Rzeknij no, zacny Munirze – rzekł Egon – kiedy do nas zawitasz raz jeszcze? Jak żeśmy już ustalili, wkrótce dostarczymy do ciebie żywego towaru, tedy dobrze, żebyśmy wiedzieli, kiedy spotkamy się raz jeszcze…- Kiedy znów do was zawitam w wasze goścnne progi? - Kupiec powtórzył pytanie ale zaczął gładzić się po brodzie gdy zaczął robić obliczenia. - No cóż, podróż do Erengradu powinna zająć ze trzy dni czyli powinienem tam dopłynąć na początku przyszłego tygodnia… Tam parę dni aby pozałatwiać swoje sprawy… I z powrotem znów ze trzy dni… Czyli bym był z powrotem pewnie w następny Festag. No wiadomo, rożne rzeczy mogą na morzu i w porcie się zdarzyć więc mgę być dzień przed albo po. - Oznajmił w końcu po tym zastanowieniu. Co oznaczało, że sam oceniał, że wróci tu za jakieś półtorej tygodnia.
Egon rzucił krótkie spojrzenie w stronę Larsa. Półtorej tygodnia nie było jakimś szmatem czasu, żeby odpowiednio zebrać i oporządzić wszystko, ale, z drugiej strony, przecież w ogóle nie mieli czasu, bo dni do turnieju upływały nieubłaganie.
– Będziemy pamiętać, dzięki ci – Egon z ukontentowaniem pokiwał głową. – Jak kiedy natkniesz się na jakieś młódki, możesz nam podprowadzić, zaopiekujemy się.
I było to wszystko.
~
Kiedy tylko odprowadzili Munira do jego korabiu i kiedy wreszcie ludzie kupca odwiązali cumy, i kiedy tylko burta poczęła oddalać się od nadbrzeża, Egon odwrócił się, nagle skupiony na wykonaniu planu.
– Jutro wypadnie nam wyprawa na kurhan, choć w zasadzie już teraz moglibyśmy poczynić przygotowania. Pójdźmy raz jeszcze na targ i poszukajmy jakiegoś dobrego młota albo innych narzędzi, którymi rozwalimy tą ścianę. Weźmy też jakieś nosze albo płótno, nie wiem, czy czasem nie będzie tak, że będziemy musieli zabrać zgniłego trupa czarownika z kurhanu… Lepiej być przygotowanym na wszystko. Nie wiem też, czy czasem po drodze nie będziemy musieli nałapać łyczków, żeby ich krew ofiarować onemu czarownikowi, żeby przebudzić się.
Egon czuł, że przebudzenie czarownika, który w swoim nieumarłym śnie spoczywał setki lat, wcale nie będzie takie łatwe.
W miarę czasu zamierzał także uruchomić swe kontakty i spytać znajome złodziejki, czy przypadkiem nie usłyszały czegoś o zbliżającym się turnieju.
-
Mnich westchnął patrząc przez chwilę w swój sufit.
-Wiece… byłoby o wiele łatwiej, gdybyście dały bardziej jasny znak. -podniósł się z łóżka rozpoczynając poranną toaletę.
Wychodził właśnie z mieszkania kiedy sobie przypomniał, że jego sen oznaczał pewnie podobną sytuację wśród innych dotkniętych…
Biegiem ruszył w kierunku rezydencji von Mannlieb, miał nadzieję, że Anika nie uciekła znowu.Bretońska hedonistka mieszkała w innej, znacznie lepszej dzielnicy. Tam gdzie lokowali się ci bogatsi i znaczniejsi. Ubogiego mnicha nie było stać na takie lokum. Więc miał spory kawałek do pokonania. Ale drogę znał bardzo dobrze. Więc po jakimś pacierzu znalazł się zdyszany przed żeliwną, solidną furtką. Była zamknięta tylko na klamkę. Ale do frontowych drzwi już musiał zapukać i poczekać aż ktoś mu otworzy. Wydawało mu się, że czekał strasznie długo. Jednak drzwi otwarły się i stanęła w nich Marissa.
-O, Otto. Witaj. Dobrze, że jesteś. Annika znów miała atak. Musieliśmy ją przywiązać do łóżka. Chodź. -Przywitała się z nim z zaskoczeniem ale i ulgą. Wyszeptała mu szybko te parę słów nim gestem nie wskazała mu aby poszedł za nią. Po drodze minęli tą srogą, starą majordom która ich oboje obrzuciła srogim i podejrzliwym spojrzeniem. Ale nic nie powiedziała. Służąca zaprowadziła gościa do już dość dobrze mu znanego salonu w jakim zwykle przyjmowała go główna gospodyni. Ale tu musiał na nią poczekać. Marissa wyszła i znów wydawało mu się, że strasznie długo jej nie ma. Aż drzwi nie otworzyły się i weszły obie z milady.
-Oh Otto, witaj przyjacielu. -Fabienne też chyba ulżyło, że go widzi. Ale mówiła trochę głośniej niż zwykle póki Marissa nie zamknęła za nimi drzwi na korytarz. -Oh miałam bardzo barwny sen. Ale to później ci opowiem. Annika chyba też. Znów się zrywała aby biec ale udało nam się ją powstrzymać. Przywiązaliśmy ją do łóżka. Ale znokautowała jedną pokojówkę i lokaja. -Wyszeptała zdenerwowanym głosem gdy już stali naprzeciwko siebie.
-Brzmi jak ona. -westchnął mnich -Też miałem sen, dlatego przybiegłem. Podejrzewałem, że Anika dostanie napadu. Mogę ją zobaczyć? -mnich delikatnie się rozejrzał, przy okazji spoglądając na obie kobiety czy nie uda mu się ujrzeć czegoś więcej. Pomimo wczorajszego chędożenia nie odmówiłby sobie podziwiania piękna tych bladolicych.Milady przygryzła wargę jakby zastanawiała się nad tym chwilę. Ale dziś musiała wstać na tyle wcześnie, że miała już zrobiony makijaż i włosy. Chociaż nie aż tak wytwornie jak wczoraj wieczorem w teatrze. Suknie też miała skromniejszą chociaż i tak mieszczki raczej nie byłoby na taką stać. I ładnie uwypuklała jej dekolt i smukłą talię. A nawet jak patrzył na jej brzuch to w ogóle nie było po niej widać, że ma w sobie kłębiące się dziedzictwo Sióstr. Marissa wyglądała jak służka. Podobnie do Margo chociaż może suknię miała ciut lepszą i nawet ją było stać na ładne spinki we włosy. Teraz jednak wyglądała na zmartwioną całą nocno-poranną sytuacją.
-Dobrze. To chyba nawet lepiej jak mnich ją zobaczy. Już mi ta stara jędzia próbowała insynuować aby wezwać kapłana do Anniki. Chodź i zobacz co z nią ale tak aby wyglądało, że się modlisz za nią czy coś takiego. -Szlachcianka chociaż była panią tego domu musiała szeptać bo obawiała się, że wszyscy poza dwiema byłymi pacjentkami hospicjum będą donosić jej mężowi jak wróci. Po czym odwróciła się i oboje ruszyli do wnętrza domostwa a jej zaufana pokojówka za nimi. Przeszli do pokojów służby i gdy Bretonka otworzyła drzwi ukazała się dość zwykła izba. Pod każdą ze ścian było jedno, proste łóżko. Podobne miał u siebie w domu. I jedno było puste i sprawnie zasłane a na drugim leżała kobieta. Od razu rzucało się w oczy, że jest przywiązana pasami, liną i czym się jeszcze dało do łóżka. A na jej poduszce są rozrzucone czarne włosy. Milady podeszła pierwsza i popatrzyła na nią. Annika oddychała ciężko i miała spocone czoło. Dlatego wyglądała na chorą. Na ramionach i knykciach pięści widać było siniaki, otarcia i zadrapania jakie świadczyły o zmaganiach sprzed paru dzwonów.
-Nie wiedziałam czy można już ją rozwiązać czy znów będzie miała ten atak. -Fabienne przyznała się do pewnej niewiedzy i bezradności w tej sprawie. I popatrzyła na Otto czy może coś poradzić w tej sprawie.
Mnich podszedł do Aniki i westchnął.
-Ani..? Słyszysz mnie? Możemy porozmawiać? -przyklęknął obok czarnowłosej dziewczyny -Znowu wzywa cię głaz prawda?-Tak, mamrotała coś o jakimś głazie. Chyba w lesie. Mówiła, że musi tam iść. -Fabienne widząc, że przez chwilę nic się nie dzieje wyszeptała cicho. Marissa została przy drzwiach i obserwowała ich z przejęciem. I gdy już wydawało się, że czarnowłosa nie zareaguje to jednak przemówiła.
-Tak, głaz… Muszę do tego głazu… I zabić strażnika… Ona mi każe, ona mnie wzywa… Puśćcie mnie! -Wymamrotała sennie i szarpnęła się. Ale dość słabo to wyglądało. Jakby jej ciało było zbyt osłabione aby się znów zerwać i pobiec.
Mnich rozwiązał jedną rękę Aniki i delikatnie ujął jej dłoń.
-Hej, hej… wiem, że cię wzywa. Do mnie też dziś w nocy mówiła. I widziałem cię. Jak odnajdujesz ten głaz i mierzysz się ze strażnikiem. -mnich się uśmiechnął -Nie jesteś jeszcze gotowa, nie zawsze wygrywasz w moim śnie, a ja chcę abyś wygrała. -nie puszczał dłoni swej byłej pacjentki, ale starał się skupić jej uwagę na sobie -Czy możesz mi cokolwiek powiedzieć o tym gdzie cię wzywa?-Do lasu. Głaz jest w lesie. Biegłam do niego. I polana. On jest na polanie. I tam są czaszki. Różne. I broń. Też różna. I strażnik. Wyzywam go i walczymy. I rzeka. Albo strumień. Biegnę przez niego. Potem mam wszystko mokre. Ale to nic. Biegnę dalej. Aż do głazu. Ten głaz mnie wzywa. Ona mnie wzywa. -Mamrotała sennie dziewczyna. Dłoń miała wiglotną od potu. Fabienne podała kubek wina mnichowi aby mógł ją napoić. Wiedział, że pewnie chodzi o jakiś strumień a nie rzekę Salt. Ta była zbyt szeroka i głęboka aby dało się ją przejść w bród.
Mnich delikatnie napoił pacjentkę.
-Też go widziałem. -zapewnił Anikę -Głaz, polanę, kamień i czaszki i broń. -pogłaskał dłoń kobiety nie przejmując się jej wilgocią -Czy ciągle słyszysz zew moja droga? W tej chwili? Czy możesz jednak pójść spać? Odpocząć?
-Nie. Straciłam go. Straciłam… -Czarnowłosa nagle otworzyła oczy i popatrzyła na mnicha całkiem trzeźwo. Po tym wyznaniu się rozpłakała nad swoją stratą. Fabienne współczująco pogłaskała ją po policzku.
-Chyba możemy ją teraz rozwiązać? -Popatrzyła na mnicha pytająco.
-Tak. -mnich pomógł rozwiązać Anikę i ją delikatnie przytulił -Wiem, kochana. Wiem, że to nie łatwe. Co powiesz na to, przyjdę dziś wieczorem i dam ci pozamiatać mną podłogę. Co ty na to? Pewnie nie raz chciał mi spuścić łomot w hospicjum.
Była pacjentka nie odpowiedziała w jakiś zrozumiały sposób. Wtuliła się w habit i ramiona mnicha i płacz wstrząsał jej ciałem. Jej milady troskliwie pogłaskała ją po włosach i patrzyła współczującym głosem. I też próbowała ją rozweselić jak mnich tylko na swój sposób.
-Albo jeśli chcesz pójdziemy z Marissą do łazienki. I będę twoją łaziebną. Albo obie będziemy. -Wskazała na drugą pokojówkę a ta energicznie pokiwała głową, że jest chętna w ten sposób pomóc koleżance. Ta jednak wymruczała coś niezrozumiale i szloch zaczął cichnąć. -Może się prześpij moja droga. -Zaproponowała w końcu widząc, że chyba wreszcie czarnowłosa osłabiona tymi zmaganiami, zaczyna zwyczajnie zasypiać.
Mnich delikatnie ułożył dziewczynę na posłaniu i przykrył ją, po czym zerknął na Filię.
-Powinno już być dobrze, zew utrzymuje się na ogół tylko w pierwszych momentach. -Otto wstał z łóżka Aniki i zerknął na Fabienne -A was moje drogie wszystko w porządku?
Słysząca zew Norry przewróciła się na bok, nakryła kołdrą i wyglądało na to, że wreszcie zasnęła. Widząc to milady odetchnęła z ulgą. Gdy mnich ją zagaił uśmiechnęła się delikatnie.
-Tak, dziękuję Otto. Miałyśmy dość gwałtowną pobudkę rano -wskazała na łóżko z zasypiającą pokojówką -Ale poza tym w porządku. Nic nam nie jest. Przynajmniej miałam czas aby przygotować się na dzisiejszy wieczór. To znaczy najpierw z koleżankami jedziemy do domku de la Vegi. W plener, same szlachcianki, żadnych kawalerów aby nie było plotek oczywiście. No ale wieczorem zamierzamy dołączyć do was przy kamieniach. -Mówiła przyciszonym głosem ale z nutką ekscytacji jak na czekającą ją, emocjonującą przygodę.
-Nie wiem czy dam dziś radę. -przyznał ze smutkiem mnich -Trochę za bardzo oddałem się pokusom Węża ostatnimi czasy. Zaniedbałem swe powinności co do pozostałem trójki i pora to trochę poprawić. Udaję się dzisiaj z przewodnikiem znaleźć miejsce na piknik dla was i chłopaków Krwawego.
-Ależ Otto, co ty mówisz? -Bretonka zaskoczona spojrzała na niego i na Marissę, jakby sprawdzała czy ta też to słyszy. Obie wyglądały na zdziwione. -Ja chciałam zabrać Marissę. Nie wiem czy będzie chciała dołączyć do naszej zabawy ale niech przyjedzie i zobaczy czy by miała ochotę. Nawet rozmawałyśmy czy by jej nie zasiać. Bo z tego co ta stara wiedźma mówiła na zborze to może jak te czerwie są od Sióstr, to jakoś to pomoże w tych snach. -Szlachcianka spojrzała na służkę. A ta skinęła głową potwierdzając jej słowa. -No i sam wiesz, że nie co dzień jest taka szansa spotkać się w takim gronie jak dziś wieczór. -Wzięła go za rękę i położyła na swoim jędrnym dekolcie. Wyczuł jej gładką skórę i regularny rytm bicia serca. -Mógłbyś mnie zasiać znowu. Bardzo mi się to spodobało. Wczoraj było cudownie. Myślałam o ustach. Jeszcze nie próbowałam w usta. Jestem ciekawa jakby to było. Ale oczywiście tam na dole też chętnie przyjmę nowych gości. -Uśmiechnęła się ciepło wskazując palcem na swój dół. -No nie będę cię zmuszać Otto ale byłoby miło jakbyś tam dziś wieczorem był. No ale jeśli masz jakieś plany co nie możesz ich przełożyć to rozumiem. -Próbowała poprosić go aby jednak przybył na dzisiejsze, wieczorne spotkanie ze zwierzoludźmi. Jednak subtelnie aby nie czuł się zmuszany. I ostatecznie była skłonna przyjąć jego odmowę.Mnich uśmiechnął się.
-Postaram się zjawić, ale tylko na zasilanie. Chciałem też spędzić trochę czasu z Aniką jak już odpocznie, jeżeli oczywiście nie masz nic przeciwko, moja pani.-Ależ Otto, kogo ty chcesz oszukać? Mnie czy samego siebie? -Brwi czarnowłosej szlachcianki nieco uniosły się do góry a twarz okrasił ciepły, łagodny usmiech. -Przecież o zmroku zamykają bramy. Więc albo zostaniesz w mieście do rana albo zostaniesz z nami do rana. -Łagodnie mu przypomniała o tej codziennej, miejskiej rutynie. -Byłoby miło gdybyś do nas dołączył. Oddie wczoraj była zachwycona tym wieczorem z tobą, Laurą, czerwiem i zasiewaniem. Bardzo jej się to spodobało. Nawet się zastanawiałam czy dziś wieczór byś nie mógł przynieść tych czerwi i jaj jeszcze raz skoro tak jej to przypadło do gustu. A sam wiesz jak, że to nie jest jakaś podrzędna aktoreczka i dobrze jest zabiegać o jej względy. Już pomijam, że to przecież całkiem przyjemne a to bardzo ponętna kobieta jest. No i dziś ty pomożesz nam, może jutro my pomożemy tobie. Czy potrzebujesz jakiejś pomocy z tym piknikiem? Nie słyszałam o nim wcześniej. To jakaś nowa inicjatywa? -Bretonka starała się przekonać jednookiego aby się nie obwiniał i dziś wieczorem jednak dołączył do hulanek z Gnakiem i jego ungorami. Nawet była gotowa pomóc jakoś w planach mnicha co do wspólnego pikniku dla pogodzenia różnych frakcji chociaż na razie niewiele jej zdradził szczegółów na ten temat.
-A z Anniką możesz zostać oczywiście. Na razie jak widzisz zasnęła. Wreszcie. Ale możesz zostać teraz albo przyjść później. Jeśli chcesz mogę ją zabrać wieczorem do kamieni. Wtedy sobie porozmawiacie. I tak o tym myślałam. Marissa jest chętna nam towarzyszyć, Anniki nie byłam pewna czy by ją to interesowało. Na a po dzisiejszym poranku myślałam, że lepiej aby trochę odpoczęła. No i zwykle po takim ataku jest parę dni spokoju zanim ma następny więc liczę, że dziś wieczorem nie będzie miała kolejnego. -milady von Mannlieb zaproponowała także kilka rozwiązań jak mnich mógłby spotkać się dziś z jej narwaną służącą.
-Jeżeli nie będę musiał wybierać między wami a Anniką… to oczywiście się udam. Chociaż będę musiał przeprosić Gnaka, że tym razem nie zadowolę któregoś z jego stada. -mnich się uśmiechnął -Piknik to moja inicjatywa. Chłopaki od Krwawego czują się… zagrożeni waszym sukcesem, szczególnie, że nie mogą się w pełni oddać czczeniu swego patrona. Mam plan zabrać ich na polowanie, na niedźwiedzia, muszą pokazać swoją siłę. Chciałem was zabrać abyście im wiwatowały, no i po takim zwycięstwie, pewnie by chcieli świętować.
-Oni się czują zagrożeni? Przez nas? Przecież my jesteśmy słabe kobiety a każdy z nich to mocarz co mógłby każdą z nas złamać w pół. -Brwi Bretonki skoczyły do góry z zaskoczenia takimi rewelacjami. Fizycznie oczywiście miała rację. Mało która z kultystek Sorii była sprawną wojowniczką jaka mogłaby stanąć w szranki z Silnym czy Egonem. -No ale dobrze, jeśli jakoś mogę ci pomóc to spróbuję. Chociaż no rozumiesz, że mnie, jako szlachciance i małżonce niezbyt wypada się włóczyć po lasach. Może jakbym była jak Froya ale nie jestem. No ale mogę wam Marissę podesłać do pomocy. -Wskazała na stojącą obok pokojówkę a ta pokiwała głową na znak zgody. -Ja bardzo chętnie bym się wdzięczyła w lesie do waszych chłopców no ale musiałabym mieć jakiś rozsądny pretekst aby tam akurat tego dnia pojechać w las. -Podpowiedziała mu jak można by to zrobić chociaż sama na razie nie miała dokładnego pomysłu na taką zasłonę dymną. Natomiast zwykle była chętna na wszystko co było związane z hedonizmem i rozkoszami więc i pokładanie się z mężami niskiego stanu nie było jej niemiłe.
-A jak chcesz polowanie na niedźwiedzia to słyszałam, że Mroczny Zagajnik jest dobry. Ja tam nie byłam ale rozmawiałam z zacnymi kawalerami no i Froyą, to o nim mówili. -Podpowiedziała mu kolejny pomysł. Chociaż sama nazwa obiła się mnichowi to też tam nigdy nie był i nie miał pojęcia gdzie tego szukać. -A jak tak chcesz pobyć z Anniką to mogę ją dziś zabrać na spotkanie. Przecież nie musi się z nikim pokładać jeśli nie będzie chciała. Może zostać na wozie i popatrzeć. Pirora pewnie znów tak zrobi to by były przynajmniej we dwie. -Zgodziła się też wziąć ze sobą śpiącą obecnie służącą jeśli takie życzenie miałby kolega z kultu.
-Oh jestem pewny, że odpowiadałoby ci być zgiętą w pół przez Silnego. -uśmiechnął się mnich -Mroczny Zagajnik? Pogadam z przewodnikiem o tym. -Otto się zastanowił chwilę czy zostało mu jeszcze coś do ustalenia -Jeżeli mogłabyś ją zabrać, byłbym wdzięczny. Pora pomóc jej odnaleźć ten kamień, a do tego trzeba będzie przynajmniej porozmawiać dokładniej o jej śnie.-No dobrze, to zabiorę je obie. -Bretonka uśmiechnęła się wskazując wzrokiem i na śpiącą Annikę i na stojącą przy drzwiach Marissę. Po czym ciesząc się, że mają tą sprawę załatwioną za porozumieniem stron uśmiechnęła się szerzej. -Silny to ten łysy mięśniak? -Uniosła brwi w pytającym grymasie ale widocznie była na tyle długo w zbratana ze zborem Starszego, że nie tylko koleżanki kojarzyła. -Pirora mi opowiadała, że raz miała z nim przyjemność. Podobno jest bardzo żywiołowy choć mało finezyjny. I wygląda mi na krzepkiego. -Odpowiedziała z wesołym uśmieszkiem jakby nie widziała nic zdrożnego w pokładaniu się z przedstawicielami plebsu. -I wiesz co mi wczoraj Hubert powiedział? -Nagle jakby przypomniała sobie o czymś co wydało jej się ciekawe. -Powiedział, że Egon lubi uległe kobiety. -Mówiła to jakby uważała to za zaletę gladiatora. -To jakby być tak zgiętą w pół pod nimi oboma… -Rozmarzyła się nad taka wizją. Wzięła głębszy oddech gdy się z niej otrząsnęła i pieszczotliwie przesunęła palcem po habicie na piersi mnicha. -No ale jakbyś do nas dołączył to byłoby mi bardzo przyjemnie. -Uniosła na niego zalotne spojrzenie spod swoich umalowanych żęs. -Zresztą jakbyś do mnie dołączył w każdym momencie to byłoby mi bardzo przyjemnie. -Jej palec przeszedł do góry aż pogłaskała dłonią po policzku jednookiego. -Ale jeśli dziś będziesz przy kameniach to mam nadzieję, że poświęcisz mi choć chwilę uwagi. Ja będę znów przywiązana do kamienia ofiarnego tylko Łasica mi obiecała małą niespodziankę. Ciekawe co wymyśliła. Ale pewnie nie będę tam cały czas. Tak jak ostatnio. To mam nadzieję, że się tam spotkamy. -Brzmiało jak zaproszenie na bal od szlachcianki dla szlachcica. Chociaż chodziło o bezpardonową orgię z istotami jakie większość obywateli Imperium uznałoby za plugawe.
-Nie wiem czy Gnak i jego sfora mnie dopuszczą, jeżeli jednak zdołam ich odgonić od ciebie to bardzo chętnie. -mnich się uśmiechnął się i ucałował dłoń kobiety następnie delikatnie oblizując jej palce -Ze wszystkich naszych piękności, jesteś najbardziej kusząca.
-Oj proszę cię Otto, nie mów tego przy naszej lady Sorii. Ona jest taka wspaniała i cudowna. -Szlachcianka zaśmiała się cicho i z wdziękiem. Pozwoliła mnichowi na tą małą pieszczotę jej dłoni. -Ale dziękuję ci Otto. Doceniam twój takt i komplement. -Rozpromieniła się na te czułe słówka. Po czym spojrzała w stronę drzwi na korytarz gdzie stała tak samo uśmiechnięta Marissa. -Eh… Odwdzięczyłabym ci się tu na miejscu. No ale niestety tu są cienkie ściany a służby mego męża pełno. -Westchnęła z pewnym rozżaleniem. I znów przeniosła spojrzenie na swojego gościa. -No ale jeśli dziś wieczorem przyjdziesz to myślę, że to nadrobimy. Tylko pamiętaj, że jeśli będę przywiązana do kamienia to raczej nie będe mogła cię szukać. -wydawała się być zadowolona na myśl, że spotkają się dziś wieczorem ale pozwoliła sobie na mały flirt.
-Ech… wczołgał bym się pod twoją suknię, aby móc zaznać twej przyjemności chociaż na chwilę. -przyznał mnich -Ale będzie na to czas. -uśmiechnął się -I przykro by mi było zostawić Marissę jako jedynie obserwującą.-Otto wykazał się większą jurnością i odwagą niż zwykle -Czy masz jakieś życzenia wobec mnie, moja pani? Zanim się rozstaniemy?
Milady zaśmiała się z wdzięczną elegancją jakiej można by się po niej spodziewać. Jednak patrzyła na mnicha życzliwie. Zastanawiała się chwilę nad jego pytaniami. Znów popatrzyła na drzwi jakby obliczała na co mogą sobie pozwolić bo widać było, że czarnowłosej chęci na figle nie brakuje. Po czym nachyliła się aby szepnąć mu do ucha. -Zabierz te czerwie na wieczór. Myślę, że Odette będzie bardzo nimi zachwycona. Spodobały jej się te “małe, śliskie ohydztwa”. -Nieźle sparodiowała styl mówienie śpiewaczki. -I przyznam, że też jestem ciekawa. Moje wciąż są w środku i właściwie to jeszcze żadnych nie widziałam. A wczoraj Oddie nieco mi opowiadała jak się podle zabawialiście zanim do nas przyszliście. -Wymruczała mu do ucha z tym swoim bretońskim akcentem. Po czym odsunęła się na przyzwoitą odległość. Ruszyła w stronę dzwi ale zamiast je otworzyć oparła się dłońmi wysoko o ścianę i prowokująco wypięła swoje tylne wdzięki. -Ale zanim wyjdziesz mogę cię prosić o pożegnanie w odpowiednim stylu? -Odwróciła do niego głowę aby przeszyć go kuszącym spojrzeniem. Marissa stała obok i obserwowała to z rozbawionym uśmiechem.
Mnich ochoczo podszedł do bretonki i odsunął jej spódnicę, jego dłoń wsuwając się między jej nogi.
-Oczywiście, moja pani. -rozpoczął wstępne pieszczoty swej kochanki -Byłoby bezpieczniej, pewnie bym przyłożył kilka klapsów w ten niegrzeczny kuperek. Tak się wystawiać do byle klechy… -zerknął na Marissę i przywołał ją do siebie skinieniem głowy.
-No na to liczyłam. Ale tak też jest ciekawie. -Szlachcianka nie opierała się. Pozwoliła działać swojemu kochankowi. Chociaż przygryzła palec jakby wolała mieć takie zabezpieczenie aby nie wywołać zbędnego hałasu. Pod czarną spódnicą miała drogą, jedwabną bieliznę, pończochy i pas do nich. Bardzo podobne jak te ze snu. Tylko teraz nie miała ciężarnego brzucha i wciąż zachowywała smukłą talię. Jej pokojówka zaś, zaciekawiona rozwojem sytuacji i jego gestem, chętnie podeszła do niego nie wiedząc jeszcze jaka będzie jej rola.
Mnich ucałował w usta swoją byłą pacjentkę.
-Słyszałaś swoją panią. Była niegrzeczna i oczekuje kary. -wziął dłoń służki i położył ją na pośladku szlachcianki -Powinnaś usłużyć jej chęcią. -mnich również wycofał odrobinę swoją dłoń przygotowując się, aby zadać Fabienne klapsa razem z Marissą.
Pokojówce twarz się rozjaśniła w psotnym uśmiechu gdy zorientowała się jakie zamiary ma jej były opiekun z hospicjum. Pokiwała głową na znak zgody i uniosła dłoń do uderzenia. Gdy dał znać oboje trzasnęli w każdy z jędrnych, bladych pośladków. Ich właścicielka sapnęła cicho ale dała radę zachować się w miarę cicho. Odwróciła do nich głowę na tyle ile mogła aby posłać im powłóczyste spojrzenie i uśmiech zachęcający do powtórki. Więc zrobili to jeszcze kilka raz a wrażliwa skóra błękitnokrwistej zaczerwieniła się od tych uderzeń. Ich milady odwróciła się do nich rozpromieniona, opuszczając na dół swoją długą, czarną spódnicę. Objęła za szyję ich oboje i przytuliła do siebie.
-Strasznie wam dziękuję moi drodzy. Mam nadzieję, że wieczorem pozwolicie mi na szansę aby się wam odwdzięczyć jak należy. -Nie odważyła się ich pocałować swoimi uszminkowanymi drogą pomadką ustami więc tylko otarła się policzkiem o policzek jak to często robiły między sobą damy z wyższych sfer gdy się witały albo żegnały. Dzięki czemu nie rozmazywały sobie makijażu i nie zostawiały kłopotliwych śladów.
Mnich objął bretonkę, trzymając ją blisko siebie przez kilka chwil, po czym wyszeptał jej do ucha.
-Zamordowałbym wszystkich mężczyzn w tym mieście, a twego męża po trzykroć, jeżeli mógłbym cię mieć tylko dla siebie… -słowa mnicha ociekały rządzą, ale też czymś jednocześnie słodkim i niebezpiecznym..
-To takie romantyczne Otto. -Też trzymała go blisko siebie co świadczyło o zażyłości jaka ich łączy. -Ale proszę cię nie rób tego. Bardzo bym się strasznie poczuła jakby coś ci się stało. Lepiej pomyślmy o miłości a nie śmierci. I spotkajmy się dzisiaj wieczorem przy kamieniach. -Szeptała namiętnie i prosząco. Jednocześnie zapraszała go na dziś wieczór jak i nie chciała aby ściągnął na siebie kłopoty, zwłaszcza z jej powodu.
-Zniosę stulecia bólu dla sekundy w twych ramionach. -mnich postanowił posłodzić trochę w uszko szlachcianki -Każdy moment bez twego dotyku, zapachu, ciepła jest jak szpila w mojej duszy. Twój mąż to głupiec, że nie zabiera cię ze sobą na statek. -spojrzał w oczy Fabienne -Nie wiem czy ja bym pozwoliłbym ci opuścić moją kajutę, czy dałbym cię całej załodze, aby wiedzieli jaki wielki skarb złapałem.
-Oh to takie romantyczne! -Bretonka wydawała się być jeszcze bardziej zachwycona takimi słodkimi opowieściami niż te przed chwilą. Wynagrodziła mnicha biorąc jego dłonie w swoje przez co przez chwilę wyglądali jak para kochanków z jakiegoś eposu rycerskiego jaka ma chwilę na wyznawanie sobie czułości. Von Mannlieb była jednak hedonistką i zachowała się inaczej niż idealne damy z takich romansów. Położyła sobie dłonie mnicha na swoim jędrnym dekolcie. Co prawda suknia zasłaniała większość z nich ale chociaż od góry była skóra, tak przyjemna w dotyku. Szlachcianka sama zacisnęła na nich jego dłonie jakby i jej to sprawiało przyjemność. -Oddałbyś mnie innym mężczyznom? Całej załodze? A wiesz, że tacy marynarze to nie są zbyt delikatni dla dam? -Wyglądało na to, że i ona zyskała ochoty aby się nieco podroczyć w tej słownej zabawie.
-Och, istota tak podła jak ty, pewnie złamałaby ich pierwsza. -odpowiedział jej wyzwaniu mnich -Po pierwszej nocy przejęłabyś kontrolę nad statkiem. A po miesiącu nazywaliby cię Ladaczniczą Admirał, która podbiła morza swym łonem.
Słysząc to Bretonka roześmiała się ze szczerego rozbawienia. Aż musiała przykryć usta dłonią aby nie być zbyt głośno. Marissa też się uśmiechała i czekała jaki będzie ciąg dalszy tej zabawy. -Myślisz, że zostałabym admirałem? A wiesz, że jeszcze w Brionne szkoliłam się na oficera nawigatora. Trochę jeszcze pamiętam z tego żeglowania. Ale podbijanie morza swoim łonem bardzo mi się podoba Otto. Tak samo jak bycie Admirałem Ladacznicą. Bardzo malownicza wizja. Chociaż myślę, że użyłabym nie tylko swojego łona. Ale nie czepiajmy się detali. Opowiadasz piękne historie Otto. I bardzo podniecające. Tak jak te o Norsmenach i zwierzoludziach u Pirory. Oddi też się bardzo spodobały. Jej takie zwykłe chędożenie to już nie bawi za bardzo. Ale takie przygody jakie miała u nas wczoraj i jakie szykują się dzisiaj to jest strasznie rozochocona. -Bretonka mówiła cicho ale wydawała się być w świetnym humorze. I podobała jej się ta sprośna wymiana zdań.
-Jestem jedynie sługą, a mym celem jest prowadzić was ku większym szczytom hedonizmu i deprawacji. -delikatnie przeniósł jedną swoją dłoń z dekoltu kobiety i delikatnie pogłaskał je policzek -Ale droga na nie, nie zaczyna się od tego. -delikatnie popukał skoń Fabienne -A od tego, wyobraźnia zaogni wasz głód, a on sprawi, że upodlicie się jak żadne inne.
-Świetnie powiedziane Otto. Jestem najnędzniejsza z nędznych i najpodlejsza z podłych. I dobrze mi z tym. Mam nadzieję, że dzisiaj uda mi się poćwiczyć tą wyobraźnię. No i, że mi pomożecie się odpowiednio upodlić. Dlatego tym razem nie zbieram tej starej krowy więc będę mogła zostać do końca zabawy. Bo i tak jutro wracam z dziewczętami “z pleneru” do miasta a w domku Rose będziemy tylko my. Chyba. Chyba, że w ostatniej chwili coś się zmieni. -Fabienne potraktowała słowa kochanka jak obietnicę i widać było, że postarała się aby razem z koleżankami mieć większe pole manewru na tą nocną orgię niż poprzednim razem.
-Jeżeli Gnak pozostawi cię w stanie zdolnym do chodzenia. -zauważył mnich -Mam wrażenie, że ma do ciebie słabość. I się mu nie dziwię, nawet taki dzikus potrafi docenić piękno.
-Odbieram to jako komplement, z jego i twojej strony. -Skłoniła mu się swoją starannie ufryzowaną głową i posłała mu ciepły uśmiech. -Ostatnio podobało mi się to wiązanie do kamienia. Ale dziś obiecałyśmy odstąpić to miejsce Oddi. Bo też chciała spróbować. Dlatego jestem ciekawa co dziewczyny wymyśliły z tym wiązaniem nas obu ale na pewno będzie to coś ciekawego jeśli Łasica bierze w tym udział. -Pogłaskała koniuszkami palców jego policzek i mówiła o wyuzdanej orgii planowanej na dzisiejszą noc jakby chodziło o jakiś bal dla śmietanki towarzyskiej miasta.
-Jestem pewny, że nasza łotrzyca ma w swojej główce takie scenariusze, o jakich nikt przy zdrowych zmysłach by nie pomyślał, a i tak nęcące. -mnich uśmiechnął się i nadstawił na dotyk kochanki -Lady Odette jest naprawdę fascynująca, kobieta, która zanurzyła się tak głęboko w szepty Węża bez pomocy jego sług. Saltzburg musi być wyjątkowym miastem.
-Oddie? -Brwi bretonskiej szlachcianki podskoczyły do góry gdy usłyszała wypowiedź kochanka. Po czym obdarzyła go czułym uśmiechem. -No nie wiem czy tak całkiem bez pomocy sług. Ona jest urodzoną hedonistką i od dawna korzysta z rozkoszy życia, łoża i ciała. Myślisz, że gdzie indziej nie bawiła się tak jak z nami w loszku Pirory? Albo wczoraj w teatrze? Ona ma takie atrakcje w każdym, większym mieście. A przecież daje koncerty od Kisleva, Praag, Erengardu aż po Marienburg i bretońskie porty. To co u nas u Pirory to raczej taki jej standard aby uznać jakieś miejsce za cywilizowane i kulturalne. Dlatego gdyby nie sny to pewnie nigdy by do takiej małej dziury jak nasza, nie przyjechała. Nawet ze zwierzoludźmi już miała przyjemność. Ale ledwo kilka razy i to były pojedyncze sztuki na uwięzi, w kontrolowanych warunkach. Teraz pierwszy raz będzie miała do czynienia z prawdziwym stadem na wolności, dlatego jest taka podekscytowana. No i z tymi czerwiami. To też dla niej coś nowego. I to jej zaimponowało. Jak ona tylu rzeczy próbowała to nie jest łatwo ją czymś zaskoczyć. Więc te przygody ze zwierzoludźmi, czerwiami czy to co opowiadałeś o tych Norsmenach i zwierzoludziach no to to byłoby dopiero warte wspomnień i tęsknoty. Bo ja nie sądzę aby ona u nas została na stałe. Jak się zabawi albo jakiś kontrakt ją wezwie to wyjedzie aby znów występować w teatrach i operach. Ale póki jest, mamy możliwość aby zdobyć jej przychylność i atencję. -Fabienne pozwoliła sobie na dłuższa wypowiedź o swojej miodowłosej koleżance. A wydawało się, że śpiewaczka ceniła sobie towarzystwo bretońskiej milady i traktowała ją jak najlepszą koleżankę jaką poznała tutaj.-Kto wie, może zamieszanie które wywołamy kiedy dokończymy naszego dzieła tu, może przyzwie ją z powrotem. -mnich się uśmiechnął -Zabrałem chyba dostatecznie dużo czasu, droga pani. Widzimy się dziś wieczorem.
Opuszczając rezydencję von Mannlieb, mnich cieszył się, że jego instynkt go nie zawiódł.
Ruszył teraz w kierunku Kniei, czekał go wypad poza miasto.Mnich miał do przejścia kawałek miasta aby dotrzeć do sklepu dla myśliwych. Poranek zdążył już przejść w przedpołudnie. Na mieście panował zwyczajny ruch. Jak zwykle mijał puste i zaniedbane kamienice, sąsiadujące z tymi zamieszkałymi, gdzie często na parterze był jakiś sklep, warsztat albo karczma. Gdy dotarł do “Kniei” to zapowiedział go dzwonek o jaki uderzyły otwierane drzwi. Za ladą wzrok na niego podniósł Gerhard. Pogładził swoje finezyjne wąsy i bujne bokobrody widząc kto przyszedł.
-Pochwalony ojcze. -Skinął głową widząc postać w habicie. Często tak zwracano się do mnichów i kapłanów. -Trochę późno się zrobiło. Ale jak nie zmieniłeś ojcze zdania to mój człowiek jest gotowy. Tylko musisz mu powiedzieć na co byś chciał polować. Bo to zwierzyna różna i w różnych miejscach można ją znaleźć. -Poinformował mnicha gdy ten przechodził przez sklep do jego lady. Wewnątrz był jeszcze jakiś mężczyzna. Oglądał cienkie linki. Gdy Otto wszedł to ten spojrzał ku niemu i też lekko skinął mu głową, widząc duchownego.Mnich westchnął.
-Młodzi mówią, że niedźwiedzia chcą. Pewnie gadanina, ale nie chcę im stawać na drodze. Słyszałem, że Mroczny Zagajnik to dobre miejsce na coś takiego.-Na niedźwiedzie? No tak, na niedźwiedzie to dobre miejsce. Egbert cię zaprowadzi ojcze gdzie to jest. -Bokobrody pokiwał głową gdy chwilę trawił w głowie usłyszaną nazwę. Po czym wstał ze swojego stołka i wyszedł na zaplecze. Nie było go chwilę po czym wrócił z drugim mężczyzną. Ten był ubrany w brązowy kubrak i wyglądał na obwiesia jakiego lepiej nie spotkać samemu po zmroku w ciemnym zaułku. Skinął głową mnichowi i słuchał co szef ma mu do powiedzenia. A ten właśnie mu tłumaczył, o Mrocznym Zagajniku.
-No to jak mamy iść to chodźmy ojczulku. Bo to wcale nie tak blisko. Ale jak nie będziemy się grzebać to powinniśmy wrócić przed zmrokiem. Jak nie to mi opłacisz nocleg w Bramnej. -Egbert podchodził do tej wyprawy czysto zawodowo.
-To będzie 5 monet dla mnie i 5 monet dla Egberta. Jak nie zdążycie wrócić przed zmrokiem no to niestety bramy będą zamknięte i wtedy będziesz musiał opłacić nocleg Egbertowi. -Jego szef też widział to podobnie.Mnich położył monety na blacie lady i zerknął na Egberta.
-Ruszajmy więc. -uśmiechnął się do swojego przewodnika. Nie widziało mu się pozostawać z nim po drugie strony bramy, zważając co ma zaplanowane są wieczór.
-A ty ojczulku coś bierzesz? Bo tam w lesie to goblin, wilk czy kopytny to nie będzie zważał na twoją sukienkę. -Egbert pokazał mnichowi kącik gdzie stało parę włóczni. Sam zabrał ze sobą łuk i strzały oraz jedną, solidną włócznię. Mnich wziął jedną z włóczni.
-Wątpię abym był dobrym łucznikiem z jednym okiem.
Pożegnali się z Gerhardem i przy wtórze dzwonka uderzonego przez drzwi wyszli na ulice. Z początku towarzysz mnicha był milczący. Mijali kolejne narożniki, skrzyżowania, wozy z towarami i otwarte sklepy. Czasem musieli ustąpić przed jakimś powozem kogoś znaczniejszego albo konnymi. Tak było aż do południowej bramy. Gdy tylko przez nią przeszli spotkali grupkę obszarpańców. To byli sigmaryccy biczownicy. Niezbyt popularni w tej prowincji Imperium gdzie nad morską domeną panował Manann a nad leśną Tall. Bardziej popularni byli w sąsiednim Ostlandzie. Teraz z kilkunastu z nich wykrzykiwało hasła o wierności swojemu boskiemu patronowi i zalecali to przechodniom. Nie było wiadomo czy straże ich nie wpuściły do miasta czy sami woleli jeszcze do środka nie wchodzić.-Oczyśćcie się grzesznicy! Oczyśćcie swoje plugawe miasto póki nie jest za późno! Póki młot gniewu Sigmara na was nie spadnie. Dość tego plugastwa i życia w grzechu! Otwórzcie swoje serca na dobrych bogów! -Wołał jeden z nich do przechodniów. Niektórzy przystawali aby posłuchać ale większość mijała ich podążając za swoimi sprawami. Egbert albo nie miał ochoty ich słuchać albo śpieszno mu było wykonać zadanie. Rozgadał się dopiero jak we dwóch znaleźli się na rozjeżdżonym kawałku błota zwanym traktem. A dookoła był tylko dziki las.

-Gerhard mówił, że chcesz do Mrocznego Zagajnika ojczulku. -Zagadnął go gdy szli już tylko we dwóch. -To dość daleko. Jeśli iść pieszo. I to pański las. A trochę ratuszowy. Szlachta tam poluje. Ale oni oczywiście jeżdżą tam konno. Jak ktoś ma pecha i tam go złapią bez żadnego z nich, to może beknąć za kłusownictwo. -Był z ćwierć głowy wyższy od Otto ale żylasty. Przez co wydawał się być długi i chudy jak patyk. -No ale to jak chcesz ojczulku, twoja głowa i twoje plecy, nie moje. Bo jeśli na niedźwiedzie to rzeczywiście tam jest dobre miejsce. Sama Froya van Hansen tam na nie poluje. -Mówił jakby chciał ostrzec mnicha czy wie na co się pisze. Faktycznie las tylko pozornie wydawał się dziki. Ale często dany fragment należał do kogoś. Tylko jak się w nim było to nie widać było żadnych granic ani tablic więc trudno było się w tym połapać bez takiego przewodnika z jakim jednooki właśnie szedł.
-Bo jeszcze po drodze jest dzikowisko. Dobre miejsce na dziki. Taki odyniec to też nie lada sztuka do upolowania. Pewnie, można i z łuku ustrzelić i z konia rohatyną skłuć. Ale prawdziwa sztuka to zasadzić się na niego jak pikinier na szarżującego rycerza. To jest prawdziwa odwaga. Słyszałem, że milady van Hansen tak na nie poluje. -Znał las na tyle, że potrafił zaproponować jakąś alternatywę. A Otto też znał obiegową opinię, że dorosłego odyńca to nie jest tak łatwo upolować i był uznawany za cenną zdobycz.
-A tam widzisz ojczulku tamto spalone drzewo? -Wskazał towarzyszowi gdzieś w dal. Ten się przekonał, że faktycznie widzi to drzewo. -Tam niegdyś grzeszne ladacznice spotykały się chędożyć z dzikami, wilkami, zwierzoludźmi i innym plugastwem. Ale Tall nie mógł znieść tej herezji i trzasnął ich wszystkich piorunem a resztę ziemię pochłonęła. Ale chodzą słuchy, że ci co mają nieczyste myśli i zamiary, zwłaszcza grzesznice, to nadal tam przychodzą. Źle się dzieje na świecie, źle. -Zdradził mu jaka historia jest związana z tym miejscem. Po paru krokach pociągnął temat nieco dalej. -Naprawdę źle ojczulku. Ostatnio goblinów i orków sporo w okolicy. Ale zwierzoludzi i tak więcej. Coraz bliżej traktów i miasta podchodzą. Mówię, władze albo szlachta powinni zrobić obławę i ich przetrzebić to by się uspokoiło. No ale nie bo żałoba po księżnej-matce. No niby tak ale ja prosty człek jestem, dla mnie to za dużo tego plugastwa. Jakby ich jakaś siła ciągnęła pod mury miasta. Coraz więcej, coraz ciaśniej je oplatają. -Pokręcił głową jakby ponuro patrzył w przyszłość miasta i spodziewał się kłopotów jakie spadną na nie wkrótce.
-O a tam jest strumyk i zatoka. Dziewki z pobliskiej wioski chodzą tam się pluskać i pranie robić. -W pewnym momencie uśmiechnął się wesoło gdy wskazał na pozornie zwykły kawałek lasu. Taki sam jaki mijali w tej chwili. Jeśli było tam jakieś jezioro czy strumień to w tej chwili dla Otto były one całkowicie niewidoczne. Nawet by o nich nie wiedział gdyby przewodnik mu o nich nie wspomniał.
-Ludzie dla których to robię uparli się na niedźwiedzia. Chcą pokazać jacy to silni i mężni. -mnich pokręcił głową -Podejrzewam, że jak tylko usłyszą pierwszy ryk to nogi im zmiękną, ale nie zabiorę do jakiejś pustej kniei. -Otto westchnął -Co do mutantów… ich nienawiść do cywilizacji jest mi dobrze znana. Dla nich nie ma różnicy, czy jesteś chłopem w ziemiance czy królem w zamku. Kto wie jakie plugawy myśli zsyłają na nich ich mroczne bóstwa… -jednooki się uśmiechnął -Pewnie i tak będę musiał ich zostawić po jakimś czasie. Młodzi, pełni wigoru i nie tylko, zabierają ze sobą kilka dziewczyn na "piknik w lesie". Wiadomo jak to się skończy.
-Ha! To jak jeszcze zabierają dziewoje na piknik w lesie no to tak, to wiadomo jak się skończy he he. Dobra ojczulku, zaprowadzę cię do Mrocznej Kniei. -Przewodnik zaśmiał się chrapliwie na myśl jak się zapowiada wypad grupy o jakiej mówił mnich. Wydawał się być tym szczerze rozbawiony. Ale skoro ten nie był zainteresowany niczym innym to zamilkł i większość drogi się już nie odzywał. Dość szybko zeszli z traktu w dziki las. Dla Otto słabo obeznanego z taką dziczą to trudno mu było połapać się gdzie właściwie idą. Każdy mijany kawałek lasu, wydawał się być podobny do tego jaki mijali przed chwilą. Jednak Egbert pokazywał mu a to jakiś pagórek, a to charakterystyczne drzewo czy kamień. Aż doszli do niewielkiej stróżki wodnej, szumnie nazywaną strumieniem. Idąc wzdłuż niej, dało się dojść do Mrocznej Kniei. Ta faktycznie okazała się mrocznym miejscem, zasługującym na tą nazwę. Przewodnik pokazał mu świeże zadrapania na drzewie. Były conajmniej jak szeroko rozcapierzone palce, solidnej, męskiej dłoni albo i szersze. Wedle przewodnika to właśnie były ślady pozostawione przez niedźwiedzia.
-To co? Zadowolony ojczulku? Wracamy czy chcesz jeszcze coś? -Zapytał patrząc na mnicha wyczekująco. Zanim tu doszli zrobiło się południe. A powrót, jeśli by zajął podobnie jak marsz tutaj, to jakieś trzy, cztery dzwony. Nic dziwnego, że szlachta przyjeżdżała tu na polowania konno.
-Jak najbardziej. Powinno wszystkich zadowolić. -wręczył mężczyźnie jeszcze jedną sztukę złota -Dziękuję za oprowadzenie. Wracajmy zanim zamkną bramy. -ruszyli z powrotem do miasta. Przed bramą mnich pożegnał się przewodnikiem, ale nie wrócił do miasta, zamiast tego zaczął zmierzać do kamieni gdzie Slaaneshytki zamierzają imprezować z Gnakiem i jego stadem.
-
Zmęczenie.
Zimno.Łaskawy Sigmarze...
Ból, ból.
Gorąc własnej krwi.Sig... marze... Uratuj swojego... wiernego...
Dziecięcy śmiech rozbrzmiewający w lodowatych podziemnych lochach, jakiego ściany odbijały i zwielokratniały dźwięk.
...sługę...
Widział rumianą twarz brata, nieskażoną chorobą śmiertelnego wieku. Widział idealność jego dziecięcego oblicza całkowicie niepomnego na cierpienia doznawanych przez młodszego z rodzeństwa uwięzionego w tej jamie, do jakiej wpadł podczas zabawy.
To tak boli.
Chodź, Hein! Dasz radę, to nie tak wysoko! Mama będzie zła, jak spóźnimy się znowu na obiad!
Gdzie jesteś... panie...
Uniósł w górę swe rączki dziecka, pozostawionego samotnie w tej sytuacji mogącego jedynie patrzeć na górującego na skarpie brata. Po wyciągniętym przedramieniu spływała gęsta stróżka krwi mieniąca się fioletowym poblaskiem, wpływająca pod brudną koszulę, jakiej kiedyś materiał byłby wart tyle co roczny posiłek biedaka. Skryte w niej chude ramiona Inkwizytora, wielokrotnie samym ruchem skazujące na śmierć.
Nie chcę czuć... Sigmarze... Daj mi umrzeć...
- Wiesz, że on cię nie wysłucha.
Poczuł delikatną skórę dłoni Mergi na swoim policzku, której dotyk powinien go obrzydzać, a jednak oferował ciepło i delikatność jakiej nie zaznał od dawna. Niby w transie patrzył jak ta, jaką był uczony nienawidzić i zwalczać ogniem i nie słuchać niczego co z jej ust wyjdzie uspokajała go niczym matka i jego ranami się zajmowała z czułością zdajaca się mu wręcz być obcym luksusem.
Z twarzy ścierała wilgotną szmatką zaschniętą krew znaczącą go od dni, a jakiej nie miał sił nawet zetrzeć z własnej skóry. To było zbyt ciężkie dla niego, coś poza własnymi siłami, a także... poza własnymi chęciami psychicznymi.
Poddawał się.Jesteś taki słaby!
Uniósł spojrzenie w stronę głosu dorosłego brata, który zawierał w sobie pogardę i obrzydzenie, będące jak zabrudzenie na jego złotym sigmaryckim symbolu uwieszonym jego szyi na grubym łańcuchu i spoczywającym na pięknej tunice arcykapłańskiego statusu.
Jesteś mutantem i heretykiem, zasługujesz na stos!
Dłoń Tobiasa, wcześniej dodająca otuchy i oznaczająca bezpieczeństwo zbliżała się ku jego szyi, aby zadusić tego, jaki wykonując powinności ku dobru Imperium i samego Sigmara stał się czymś obrzydliwym sługom jak on był. Chciał wykrzyczeć protest za tą niesprawiedliwość, tłumaczyć, ale w oczach brata nie widział niczego poza płonącą pogardą.
Jaką i on okazywał takim jak on.
Nim Tobias zdołał uchwycić gardło brata jego dłoń została delikatnie przechwycona przez znajdującą się z tyłu Mergę, jaka cały czas trzymała jego głowę na swoich kolanach. W jednym momencie brat Heinricha rzucił się do tyłu jak rażony bólem, gdy poczuł dotyk kobiety, palący niczym magicznym ogniem, który palił do kości ciało Tobiasa.I Heinrich wtedy zatopił swoje spojrzenie w złotej sadzawce oczu Mergi.
Minęło trochę czasu od kiedy Heinrich odsunął się od kultu i jego poczynań. Nie miało to nic wspólnego z ich działaniami czy jego niechęciami odnośnie nowego życia, a co najwyżej były one jedynie częściowymi katalizatorami. Były Inkwizytor czasem w samotności musiał się mierzyć z własnym sumieniem, jak i ze wspomnieniami jakie go nie odpuszczały za nic. Czas spędzony z Ahrudiazem zostawił nie tylko blizny na ciele, ale nawet głębiej wpijające się blizny w psychice. Wiedział co czynił i wypuszczając go dokonywał ostatniego aktu swojego okrucieństwa...
Siedział nad miską z wodą do mycia wpatrując się w swoje umęczone snami oblicze. Nie chciał narazić na niebezpieczeństwo swoich nowych kompanów, a aktualny stan stawiał wiele do życzenia. Wolał zamknąć się w pokoju i cierpieć w samotności. Sam odnaleźć drogę przez ten labirynt stworzony z ognia, magii i mutacji. Wolał poza oczami innych szaleć w pokoju w jakimś obłędzie niszcząc rzeczy w pokoju, zakrwawiając drewniane ściany, gdy skóra czoła się im poddała. Maść od Mergi ulżyła fizycznym bólom mutacji, ale z innymi sam musiał sobie poradzić.I poradzi sobie.
Cały czas nawiedziały go sny coraz gorsze i gorsze. Nie mógł ich odegnać, jakby dokładnie go targetowały. Były czasem związane z Siostrami. Czasem zupełnie nie. Czasami przeżywał na nowo wspomnienia z dawnych lat, jakie przemieniały się w sny o torturach, jakie on sam gwarantował innym, by zrozumieć, że męczy on sam siebie. Ciężko było narażać się, iż w każdej chwili coś mogło mu przypomnieć o traumach i wprowadzić w stan, w jakim szaleńcy z Hospicjum trwali.
Wyciągnął spod deski w podłodze ukrytej pod kufrem swoje wspomnienie dawnego życia. Teraz siedział na stołku przed miską z wodą i trzymał w dłoni symbol swojej siły w Imperium, symbol tego, do czego doszedł i wzbudzał strach w ludziach oraz nienawiść wiedźm, mutantów, pomiotu chaosu. Symbol potęgi. Władzy nad niezliczonymi życiami mas.
Tego co zawsze go pchało do przodu.Przekroczył granicę, za jaką nie było powrotu do dawnego życia.
-
Zmęczenie.
Zimno.Łaskawy Sigmarze...
Ból, ból.
Gorąc własnej krwi.Sig... marze... Uratuj swojego... wiernego...
Dziecięcy śmiech rozbrzmiewający w lodowatych podziemnych lochach, jakiego ściany odbijały i zwielokratniały dźwięk.
...sługę...
Widział rumianą twarz brata, nieskażoną chorobą śmiertelnego wieku. Widział idealność jego dziecięcego oblicza całkowicie niepomnego na cierpienia doznawanych przez młodszego z rodzeństwa uwięzionego w tej jamie, do jakiej wpadł podczas zabawy.
To tak boli.
Chodź, Hein! Dasz radę, to nie tak wysoko! Mama będzie zła, jak spóźnimy się znowu na obiad!
Gdzie jesteś... panie...
Uniósł w górę swe rączki dziecka, pozostawionego samotnie w tej sytuacji mogącego jedynie patrzeć na górującego na skarpie brata. Po wyciągniętym przedramieniu spływała gęsta stróżka krwi mieniąca się fioletowym poblaskiem, wpływająca pod brudną koszulę, jakiej kiedyś materiał byłby wart tyle co roczny posiłek biedaka. Skryte w niej chude ramiona Inkwizytora, wielokrotnie samym ruchem skazujące na śmierć.
Nie chcę czuć... Sigmarze... Daj mi umrzeć...
- Wiesz, że on cię nie wysłucha.
Poczuł delikatną skórę dłoni Mergi na swoim policzku, której dotyk powinien go obrzydzać, a jednak oferował ciepło i delikatność jakiej nie zaznał od dawna. Niby w transie patrzył jak ta, jaką był uczony nienawidzić i zwalczać ogniem i nie słuchać niczego co z jej ust wyjdzie uspokajała go niczym matka i jego ranami się zajmowała z czułością zdajaca się mu wręcz być obcym luksusem.
Z twarzy ścierała wilgotną szmatką zaschniętą krew znaczącą go od dni, a jakiej nie miał sił nawet zetrzeć z własnej skóry. To było zbyt ciężkie dla niego, coś poza własnymi siłami, a także... poza własnymi chęciami psychicznymi.
Poddawał się.Jesteś taki słaby!
Uniósł spojrzenie w stronę głosu dorosłego brata, który zawierał w sobie pogardę i obrzydzenie, będące jak zabrudzenie na jego złotym sigmaryckim symbolu uwieszonym jego szyi na grubym łańcuchu i spoczywającym na pięknej tunice arcykapłańskiego statusu.
Jesteś mutantem i heretykiem, zasługujesz na stos!
Dłoń Tobiasa, wcześniej dodająca otuchy i oznaczająca bezpieczeństwo zbliżała się ku jego szyi, aby zadusić tego, jaki wykonując powinności ku dobru Imperium i samego Sigmara stał się czymś obrzydliwym sługom jak on był. Chciał wykrzyczeć protest za tą niesprawiedliwość, tłumaczyć, ale w oczach brata nie widział niczego poza płonącą pogardą.
Jaką i on okazywał takim jak on.
Nim Tobias zdołał uchwycić gardło brata jego dłoń została delikatnie przechwycona przez znajdującą się z tyłu Mergę, jaka cały czas trzymała jego głowę na swoich kolanach. W jednym momencie brat Heinricha rzucił się do tyłu jak rażony bólem, gdy poczuł dotyk kobiety, palący niczym magicznym ogniem, który palił do kości ciało Tobiasa.I Heinrich wtedy zatopił swoje spojrzenie w złotej sadzawce oczu Mergi.
Minęło trochę czasu od kiedy Heinrich odsunął się od kultu i jego poczynań. Nie miało to nic wspólnego z ich działaniami czy jego niechęciami odnośnie nowego życia, a co najwyżej były one jedynie częściowymi katalizatorami. Były Inkwizytor czasem w samotności musiał się mierzyć z własnym sumieniem, jak i ze wspomnieniami jakie go nie odpuszczały za nic. Czas spędzony z Ahrudiazem zostawił nie tylko blizny na ciele, ale nawet głębiej wpijające się blizny w psychice. Wiedział co czynił i wypuszczając go dokonywał ostatniego aktu swojego okrucieństwa...
Siedział nad miską z wodą do mycia wpatrując się w swoje umęczone snami oblicze. Nie chciał narazić na niebezpieczeństwo swoich nowych kompanów, a aktualny stan stawiał wiele do życzenia. Wolał zamknąć się w pokoju i cierpieć w samotności. Sam odnaleźć drogę przez ten labirynt stworzony z ognia, magii i mutacji. Wolał poza oczami innych szaleć w pokoju w jakimś obłędzie niszcząc rzeczy w pokoju, zakrwawiając drewniane ściany, gdy skóra czoła się im poddała. Maść od Mergi ulżyła fizycznym bólom mutacji, ale z innymi sam musiał sobie poradzić.I poradzi sobie.
Cały czas nawiedziały go sny coraz gorsze i gorsze. Nie mógł ich odegnać, jakby dokładnie go targetowały. Były czasem związane z Siostrami. Czasem zupełnie nie. Czasami przeżywał na nowo wspomnienia z dawnych lat, jakie przemieniały się w sny o torturach, jakie on sam gwarantował innym, by zrozumieć, że męczy on sam siebie. Ciężko było narażać się, iż w każdej chwili coś mogło mu przypomnieć o traumach i wprowadzić w stan, w jakim szaleńcy z Hospicjum trwali.
Wyciągnął spod deski w podłodze ukrytej pod kufrem swoje wspomnienie dawnego życia. Teraz siedział na stołku przed miską z wodą i trzymał w dłoni symbol swojej siły w Imperium, symbol tego, do czego doszedł i wzbudzał strach w ludziach oraz nienawiść wiedźm, mutantów, pomiotu chaosu. Symbol potęgi. Władzy nad niezliczonymi życiami mas.
Tego co zawsze go pchało do przodu.Przekroczył granicę, za jaką nie było powrotu do dawnego życia.
Tura 70 - 2519.07.25/26; knt; zmrok - noc
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Plac Targowy;sklepy
Czas: 2519.07.25; Konigtag; zmrok
Warunki: na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; ziąb (0)Egon
- No dobra, to jak wiesz gdzie to chodźmy. - Norsmen wzruszył ramionami i nie robił towarzyszowi trudności. Takim dwóm, rosłym wojownikom, w kolczugach i toporami za pasem, większość ludzi wolała zejść z drogi.

link: https://i.imgur.com/EdnBabt.jpeg
Egon przewyższał wzrostem i masą większość populacji. Dlatego nawet w podczas swjego krótkiego pobytu w Norsce, chyba jako jedyny z południowców jacy przypłyneli z czcigodną Mergą, wzbudzał zainteresowanie ze wsględu na to, że nie był cherlakiem z południa jak większość. Lars zaś wydawał się wiekiem nieco starszy od gladiatora, chociaż dalej był w kwiecie wieku. Krzepkości i śmiałości też mu nie brakowało co jego imperialny towarzysz miał okazję sprawdzić czy we wrakowisku w walce z krabami czy w podziemnym grobowcu Śniącego. Wydawał się jednak trochę szczuplejszy i niższy od gladiatora ale nie na tyle aby to robiło jakąś różnicę w walce. Na szczęście, jego kolczuga była na tyle uniwersalna, że była podobna do tych używanych w Imperium. A jego morskie doświadczenia z wizyt w różnych krainach i znajomość bretońskiego bywała przydatna. Gdy tak szli ulicami Neus Emskrank, od sklepu do sklepu, mieli okazję porozmawiać.
- Półtorej tygodnia. No tak, ta jego koga to może pojemna i dużo towaru może zabrać. Ale zbyt prędka to nie jest. Stąd do Erengradu to by było… No pewnie ze trzy dni, może cztery jak flauta albo z przygodami… Razy dwa bo powrót… No to tam by spędził pewnie też ze dwa, trzy dni… No to powiem ci, że całkiem możliwe, że przypłynie tak jak mówił. Chyba, że go moi kamraci po drodze złupią! - Podzielił się z gladiatorem swoimi szacunkami co do podróży Munira tam i z powrotem. I widocznie ich arabski kupiec wydał mu się wiarygodny gdy podał im orientacyjny czas kiedy powinien wrócić do miasta. Chociaż morski łupieżca ryknął śmiechem na myśl, że Arab zostałby napadnięty przez innych norsmeńskich grabieżców.I tak chodzili od sklepu do sklepu. Na szczęście Plac Targowy to było handlowe serce miasta. Więc znaleźli i taki gdzie kupili dwuręczne, ciężkie młoty i płótno w jakie można było zapakować ciało albo fanty. Lars jeszcze kupił dwa łomy. Tak na wszelki wypadek, jakby trzeba było coś skruszyć, podważyć albo wyłamać. - To chcesz wracać jutro do tego grobowca? To by było z pół dnia, może więcej, w jedną stronę. Więc raczej przed nocą nie zdążymy wrócić do miasta. Chcesz brać którąś z dziewczyn? Bo jak dziś będą się chędożyć tak jak wczoraj w teatrze to tak z rana mogą się niezbyt do czegoś nadawać. Chyba, żeby w południe pójść. To pewnie na wieczór byśmy byli w grobowcu. A w środku to i tak zawsze ciemno, bez względu na to czy na zewnątrz dzień czy noc. I następnego dnia by się wróciło do miasta. - Grabieżca był ciekaw jak kolega się zapatruje na powrót do grobowca nekromanty na jaki właśnie kupowali sprzęt. W końcu jednak uznał, że skoro spora część kultystów zapewne pojawi się na dzisiejszej orgii to oprócz chędożenia, można by pogadać i o tym grobowcu.
Później Egon zaprowadził Larsa w swoje stare, znajome kąty. Miał nadzieję, spotkać Vrisikę, swoją znajomą łotrzyce z lepkimi rączkami. Ale nie zastał jej. Nic dziwnego. Wieczoru jeszcze nie było a wtedy była największa szansa ją spotkać. Albo na późnym śniadaniu bo z samego rana raczej ludzie jej pokroju nie wstawali. Teraz jednak mógł zostawić dla niej wiadomość, że wrócił i chce się z nią spotkać. Tylko pewnie zdziwiłaby się jakby podał adres młodej szlachcianki z Bursztynowej gdzie ostatnio nocował po przybyciu do miasta.
- No zmierzch się zbliża przyjacielu. Jak nie chcemy dać się zamknąć w mieście to chyba czas zostawić gdzieś ten złom i ruszać w drogę. - Lars wskazał na narzędzia jakie niedawno kupili. Rzeczywiście miał rację. Letni, pogodny dzień się kończył a to oznaczało, że miejskie bramy zostaną zamknięte i nie otworzą się póki nie nastanie jutrzejszy świt.Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; zachodni kierunek; Zachodnie Kamienie; obóz
Czas: 2519.07.25; Konigtag; zmrok
Warunki: jasno, ciepło, gwar głosów ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; ziąb (0)Otto
Egbert był bardzo zadowolony z tego napiwku jaki mnich mu wręczył. Bo usmiechnął się co na chwilę rozjaśniło jego mało sympatyczną gębę. I od razu zapowiedział, że gdyby ojczulek potrzebował znów przewodnika po lesie to on się poleca. Mnich zaś mógł obejść mury od zewnątrz, kierując się ku zachodniej bramie. Nie wszedł do niej jednak tylko skręcił w drogę jaka od niej prowadziła prosto w dziki las. Dzień już się kończył więc droga była prawie pusta. Niedługo później i z niej musiał zejść aby dotrzeć do niewielkiej polany z tajemniczymi głazami. Okazało się, że nikogo tu nie ma czyli przyszedł pierwszy. W świetle kończącego się dnia widział, że pozornie nic nie wskazywały, że w zeszłym tygodniu odbyły się tu jakieś bezeceństwa. Z drugiej strony nie był tropicielem a światło dnia juz było słabe. Po całym dniu chodzenia po lesie, jego ciało chętnie spoczęło. Zaczął mu dokuczać wieczorny chłód więc pokusa rozpalenia ogniska była spora.
Niebo było już granatowe ale jeszcze nie czarne jak podczas pełnej nocy, gdy usłyszał skrzypienie wozu. O tej porze było to dziwne i podejrzane. Bramy miasta powinny już być zamknięte a nocą raczej się nie podróżowało. A jednak odgłosy zbliżały się. I wreszcie dojrzał pojazd ciągnięty przez jednego konia. Na szczęście okazało się, że to Łasica i większość ferajny co nie miała w sobie błękitnej krwi.
- Serwus Otto. Sam tu jesteś? - Łasica zagadnęła go wesoło gdy jej bystre oczy wypatrzyły kolegę ze zboru. Później zaczęli rozpalać ogniska i przygotowywać kolację. Mnich mógł się wreszcie najeść bo od rana to mu kiszki marsza grały. Przez ten dziwny ale barwny sen prawie od razu wybiegł do von Mannlieb a później do “Kniei”. A potem łaził cały dzień po lesie. Zdążył solidnie zgłodnieć. I zapachy strawy gotowanej nad ogniskiem drażniły jego nozdrza.
link: https://i.imgur.com/Ud06uEB.jpeg
Heinrich
Siedział na stołku i patrzył na swoje odbicie w misce. Woda już wystygła i zaróżowiła się. Pływały w niej jakies paprochy. Nawet nie zauważył skąd się tam wzięły. Co innego przykuwało jego myśli. Sen. Ostatnio miał ich mnóstwo. Ale ten był bardzo intensywny. Próbował teraz sobie jakoś to uporządkować. Czy to było przed tym snem z dzieciństwa? Czy po nim? A może śnił dwa razy? Przebudził się w nocy albo nad ranem i za każdym razem śniło mu się coś innego? Możliwe. A może to był jeden, długi sen tylko jego fragmenty przemieszały mu się, że teraz nie mógł ich rozdzielić? Możliwe. Zastanawiał się jak to rozplątać gdy zorientował się, że słyszy dźwięk. Tak! We śnie też go słyszał! Aż nie mógł powstrzymać się aby nie spojrzeć w stronę okna. Wiedział co z niego zobaczy, nawet nie podchodząc do niego. Poniżej ulica a za nią rząd kamienic po drugiej stronie. I wlot ulicy. Ze swojego okna całej jej nie widział. Tylko sam jej początek. A po lewej stronie, nieco w podwórzu, zakład garncarski. Właśnie monotonny ruch koła garncarskiego słyszał. Z tej odległości był już ledwo słyszalny. Ale we śnie, też go słyszał. We śnie, poleciał do niego.
We śnie też słyszał ten ruch koła garncarskiego. Podszedł do okna. A potem jak to w snach, niezbyt to miało przełożenie na świat realny. Bo po prostu śmignął na róg tej ulicy. Potem te dwie kamienice dalej. I już stał na jej środku i spoglądał na ten nieco cofnięty od ulicy budynek. Przez co wydawał się być w wiecznym cieniu, mniej wyeksponowany niż sąsiednie. Na jakimś poziomie świadomości nawet jak śnił, to wiedział, że w rzeczywistości faktycznie tak stoją te budynki. I na jego parterze był zakład garncarski. Widział w oknie wystawowym nowe misy, dzbany, talerze i wazony jakie reklamowały prace rzemieślniczki. Wiedział, że to kobieta. Młoda kobieta. W rzeczywistości czasem ją widywał jak tam pracowała ale nigdy nie był w środku. Nie potrzebował nowych garnków to nie miał po co tam zachodzić. I we śnie też już ją widywał. Teraz, chociaż jeszcze stał na środku ulicy, przed frontem zakładu to wiedział, że ona tam jest i, że za chwile znów ją zobaczy.
I tak się stało. Cięcie obrazu i już stał przy oknie. Widział wnętrze zakładu. Rozgrzany piec w jakim wypalały się nowe naczynia. I koło garncarskie. Obracało się a na nim, porcja mokrej gliny, zmieniała swoją formę. Kształtowały ją mokre, ubrudzone w tej glinie dłonie młodej kobiiety. Pochylała się nad nim, wpatrzona w efekt swojej pracy, zdawała się w ogóle nie zauważać, że ma widza za oknem. Heinrich widział jak jej czoło, szyja i obojczyki wystające spod koszuli błyszczą się od potu. Obserwował jak szczupłe dłonie garncarki formują glinę w szpic. Coraz wyższy i cieńszy. Jak szybko kręci się dookoła własnej osi jakby mokra glina była w stanie przejściowym między ciałem stałym a płynem. W pewnym momencie ten szpic wpełzł na dłoń rzemieślniczki. Teraz wyglądał jak ożywiony robak. Kobieta jednak zdawała się tego nie zauważać. Dalej kręciła swój kawałek gliny. A ten ożywiony robak, zaczął pełzać w górę jej nagiego ramienia. Zostawał za sobą brązowy ślad jak ślimak. A mimo to dziewczyna zdawała się tego nie czuć ani nie widzieć. Gliniany czerw wpelzł jej pod podwinięty rękaw. Henrich widział jego ruchy pod materiałem. Jak wciąż przesuwał się w górę ramienia. Aż pokazał się znowu przy obojczyku. Tu jakby zawahał się co robić dalej ale w końcu zdecydowal się na górę. I ruszył w stronę szyi garncarki. A ta, nadal zachowywała się jakby nic nie czuła i nie działo się nic niezwykłego. Toczyła swoje koło i lepiła kolejny fragment gliny. Zaś były inkwizytor obserwował przez okno jak gliniany robak pełza już po policzku dziewczyny, zostawiając za sobą lepki, brązowy ślad.
- Pamiętasz co ci radził Otto? - Merga stanęła tuż obok niego i też obserwowała scenę wewnątrz warsztatu. Była elegancka, dumna i piękna. A ta fioletowo niebieska skóra dodawała jej bardzo egzotycznego wyglądu. A potężne, wysokie rogi majestatu i drapieżności. Tylko jak wpatrywała się w głąb warsztatu to nie mógł zobaczyć tych jej niesamowitych, złotych oczu. Trochę się na nią zagapił więc odwróciła głowę w jego stronę i tak go tym zaskoczyła, że przez chwilę nie wiedział co powiedzieć. Za to wreszcie mógł dostrzec jej fioletowe oblicze i złote oczy jakie zdawały się promieniować wewnętrznym blaskiem.
- Ah tak, Otto… - Wiedział, że jakiś czas temu, rozmawiał z mnichem o tym śnie, warsztacie, i garncarce. Kolega poradził mu aby się udał tam i spróbował zamówić takie gliniane robaki i zobaczyć co się stanie. Ale Henrich nie czuł się zbyt dobrze ostatnio, to przestał wychodzić z domu nie miał okazji odwiedzić tego zakładu, pod jakimkolwiek pretekstem.
- Posłuchasz go? Czy masz własny pomysł? - Wiedźma znów spojrzała do środka. Tam sytuacja za bardzo się nie zmieniła. Rzemieślniczka lepiła kawałek mokrej gliny ale wyszedł jej kolejny robak. Już jeden buszował jej między piersiami, inny z włosów wpełzł na jej czoło, jeszcze jeden wyglądał zza jej szyi. Henri nie był pewien czy wszedł do środka czy znów było jakieś cięcie obrazu ale nagle już tam był. Od razu uderzyło go gorąco od rozgrzanego pieca.
- Też chcesz coś takiego? - Rzemieślniczka zapytała go wskazując brodą kręcące się koło. Akurat po jej dłoni pełzał nowy czerw ale ona wciąż zdawała się go nie zauważać. Więc mężczyzna nie był pewien o co ona właściwie pyta. Ale teraz jak był bliżej mógł się jej lepiej przyjrzeć. Chuda, młoda z blond myszatymi włosami. I dłońmi ubrudzonymi mokrą gliną.
link: https://i.imgur.com/zg9Crvg.jpeg
- Kto wie? Może ona też woli dojrzałych mężczyzn? Jak ta koleżanka Pirory. - Usłyszał szept Mergi i wiedział na co go kieruje. Siedział w powozie, naprzeciwko niej. Kojarzył, że kiedys faktycznie przez chwilę jechali razem. Młoda, zadbana szlachcianka z dobrym nazwiskiem i jędrną cerą. Przeciwieństwo do szorstkich dłoni i ogorzałej twarzy byłego łowcy czarownic.
- Mężczyźni w moim wieku mnie nudzą. Są tacy dziecinni. Tylko pstro im w głowie. Jak tu można traktować ich poważnie? Ja to wolę jak owoc jest dojrzały. Naprawdę dojrzały. Jeśli wiesz co mam na myśli. - Teraz nie był pewien czy rzeczywiście tak powiedziała podczas tej krótkiej podróży przez miasto. Ale pammiętał, że wydawała się być nim zainteresowana. A może tylko dopowiadał sobie jakiś romantyczny kontekst? Może za bardzo sugerował się słowami Pirory?
- Petra lubi zmarszczki. I u kobiet i u mężczyzn. Czasem mnie odwiedza i pomagam jej zorganizować takie schadzki. Przebiera się za służkę albo chłopkę co szuka pracy albo coś takiego. I wtedy im się oddaje. Ty jeszcze nie jesteś tak stary, jak Petra lubi no ale już zaczynasz być w sferze zwierzyny łownej. - Pirora nachyliła się ku niemu ale mówiła swobodnie. Nie było szans aby jej koleżanka ich nie usłyszała ale to był jeden z wielu irracjonalnych momentów w tym śnie. A zdawał sobie sprawę, że zanim przypadkiem, spotkał Petrę von Schneider wtedy pod murami Morskiej Akademii to coś podobnego o niej, koleżanka z kultu mu mówiła. Może teraz to była taka senna wersja tamtej rozmowy?
- Hej! A co ze mną? - Bosa, kobieca stopa trąciła go w udo. Gdy tam spojrzał dostrzegł Łasicę. Była tylko w tych swoich czarnych, skórzanych spodniach. Uwiązana do ramy łóżka. Jego łóżka. Znów byli u niego. Jak wtedy, gdy w nocy włamała się do niego. A potem on przywiązał ją właśnie w ten sposób do łóżka i kochali się. Zapewne nie jeden jego albo nawet jej rówieśnik mógłby się zarumienić i zazdrościć jak się wtedy kochali. Teraz łotrzyca znów była przywiązana za nadgarstki do ramy jego łóżka ale tych swoich długich, zgrabnych nóg nie więc mogła go trącić. Widząc, że zwróciła na siebie jego uwagę, uśmiechnęła się lubieżnie i odwróciła się prowokująco wypinając swój zgrabny kuperek prosto ku niemu.
- Kolego, chyba nie dasz się nabrać na ten lep? - Tobias znalazł się tuż obok niego, tak samo jak niedawno Merga. Z nutką irytacji i nagany wskazywał dłonią na wypiętą koleżankę jaka wyglądała jak gotowa aby ją wziąć i chciała tego. Uczony jednak popatrzył z wyrzutem na Heinricha. - Przecież jesteś osobą wykształconą, doświadczoną przez życie. Chyba jesteś ponad takie przyziemne błachostki? - Popatrzył na kolegę belferskim wzrokiem. - Powinieneś być z nami. Zająć się poważnymi sprawami. - Wskazał za okno a tam było widać mury Akademii Morskiej. Chociaż podświadomie Henrich zdawał sobie sprawę, że tak naprawdę mieszkał zbyt daleko aby móc z okien widzieć uczelnię.
- Nie słuchaj tego zazdrośnika. - Łasica wciąż była tylko w spodniach ale tym razem podeszła do niego. - Sam, zobacz, na dłużą metę tak stać z gołymi cyckami to trochę nuda. - Ona wskazała mu na swoją kamratkę, Burgund. Ta stała też obnażona do pasa. W jakiejś klasie gdzie dorośli studenci pilnie szkicowali piersiaste galiony. Coś mu świtało w głowie, że obie łotrzyce ostatnio złapały robotę w Akademii jako modelki dla studentów. A kultyści liczyli, że może przy okazji uda im się spenetrować lochy gdzie był zamknięty artefakt Vesty.
- Jakbyście były naprawdę oddane Siostrom to byście się dały zasiać. Tak jak one. - Sigismundus stanął obok Tobiasa i prychnął ze złością na obie koleżanki. I wskazał na kilka ciężarnych kobiet jakie stały pod ścianą. Wśród nich rozpoznał tą czarnowłosą Bretonkę ze zboru Huberta co w ciągu poprzednich paru tygodni, całkiem mocno zżyła się z grupą Starszego. Zwłaszcza z Otto i dziewczętami. I rzuciła mu się w oczy jedna kobieta o egzotycznej urodzie sugerującym, że jest gdzieś z południowych, odległych lądów.
- Nawet nie wiesz jak często to się zdarza. - Merga wtrąciła się do rozmowy gdy pozostali kultyści jakby zamarli. A były łowca czarownic orientował się, że odkąd Łasica zimą zajęła miejsce Karlika to pewna delikatna równowaga została zachwiana. Wcześniej Starszy miał swojego zastępcę, właśnie Karlika i dwójkę skrzydłowych, Silnego i Łasicę. W nagrodę za swój udział w uwolnieniu złotookiej wyroczni, lider zboru mianował łotrzycę na miejsce Karlika. A jakby było mało, hedonistki powiększyły swoje grono o kilka nowych koleżanek. Co w ciągu paru miesięcy, uczyniło ich najsilniejsza frakcją w kulcie. Starszego i Mergę, sporo wysiłku kosztowało aby jakoś utrzymać niesnaski na akceptowalnym poziomie. Jednak konflikt między hedonistkami a pozostałymi frakcjami kultu buzował tuż pod skórą. A jednym z punktów zapalnych było to, że większość dziewcząt nie była skłonna dać się zasiać dziedzictwa Oster. Podobno tylko ta ich bretońska koleżanka się zgodziła. A najbardziej stanowczy sprzeciw wyraziła właśnie łotrzyca lubująca się w skórzanych spodniach.
- Tak Heinrichu. Ale pamiętaj, że liczy się sukces. I droga jaka do niego prowadzi jest już mniej istotna. - Merga pogłaskała wielką, solidną skrzynię. Teraz byli w jakiejś piwnicy. Mocno zagraconej. Ale wyrocznia patrzyła na tą jedną rzecz. Henri miał wrażenie, że przez szczelinę wieka skrzyni, przebija ostre, fioletowe światło.
- Ale jestem dobrej myśli Heinrichu. Zmierza do was ktoś, kto może być wam bardzo pomocny. Zwłaszcza póki ja nie będę mogła do was wrócić. - Przyłożyła palec do ust jakby prosząc go aby zachować ciszę. A potem wskazała nim jakiś kierunek. Byli w jakimś szerokim korytarzu albo wąskiej alejce. Jakieś mury chyba. Tylko ciemno było to trudno było się zorientować. W pierwszej chwili nie wiedział ani na co patrzy ani na co ma zwracać uwagę. Nic się nie działo, nie było widać nic szczególnego. Ale nagle usłyszał odgłos jakby przewróciło się coś na drewniana podłogę. Po chwili dostrzegł, że gdzieś tam, za rogiem, błysnęło jakieś światło. O nienaturalnych, biało-fioletowych barwach. I zbliżało się. Tak jak ktoś, z tym światłem, zbliżał się do korytarza albo alejki jaką obserwował Heinrich. Dojrzał wreszcie jakąś sylwetkę. Wyglądała jakby miało to źródło światła w dłoni. Jakby mały płomień płoną wprost z jej dłoni. Poczuł jak włoski na karku stają mu dęba. To i ta nienaturalna barwa, świadczyły, że to magiczny ogień.---
Teraz siedział u siebie w kuchni, nad miską zimnej wody. Obmyślał to wszystko co mu się śniło i przydarzyło w ciągu ostatnich paru dni. Rozmyślania przerwało mu stukanie do drzwi. Sygnałem więc to musiał być ktoś z jego spiskowej rodziny. Gdy otworzył okazało się, że to Łasica. Stała w progu, w tych samych skórzanych, obcisłych spodniach co mu się śniła w oczy i uśmiechała się bezczelnie jak na cwaną, dziewczynę z ferajny wypadało. - Serwus Heini! - Przywitała go zdrabniając jego imię. A po chwili już oboje byli w jego mieszkaniu. Rozejrzała się ciekawie po mieszkaniu. - No chyba przepłacasz sprzątaczce albo ją zwolniłeś. - Popatrzyła na niego z łobuzerskim uśmieszkiem. Wydawała się być rozbawiona i w świetnym humorze. Jasne było, że nie przyszła rozmawiać o wystroju wnętrz.
- Czemu cię wczoraj w teatrze nie było? Wiesz co tam się działo?! Oh! Aż nie wiem od czego zacząć! O! Wiem! Rano popłynęlismy z Egonem, Astrid i Larsem na Wyspę Przemytników. I tam zastaliśmy kogę Munira, to taki arabski kupiec. I tam był taki słodki Daktylek! No i troll ale daliśmy go radę zagnać do klatki. W każdym razie, potem wieczorem Munir i Layla, ten Daktylek, to byli naszymi gośćmi w teatrze. A później były prywatne he he zabawy na pięterku. I dorwałam wreszcie tego Daktylka. Ty wiesz, że ona jest kapłanką Sorii? Traktują ją jak boginię i mówi, że tam na południu, to mają świątynię jej poświęconą a ona jest jej kapłanką. A poza tym jest słodziutka i namiętna! I nawet dała się zasiać Egonowi. Władował w nią jedną strzykwę jak, żeśmy się z nią zabawiali. I dwie elfki były na przedstawieniu! A potem poszły z Sorią na pięterko. Ale jak wychodzily to wyglądały na zadowolone. No i wiele innych ciekawych rzeczy się działo. To co? Czemu cię nie było? Jakbys był to kto wie? Może znów bym ci się dała przywiązać do łóżka? - W mocno chaotyczny i urwany sposób opowiedziała mu co się działo wczoraj w teatrze. Jak sławna milady Odette von Treskow, ta sama co w ostatni Festag tak pięknie na mszy śpiewała, też odwiedziła sobie po występie pięterko. Jak Hubert i Oksana dali pokaz tresury swojej nowej niewolnicy jaka na co dzień pracowała w ratuszu. Jak te dwie śliczne elfki, jedna morska i druga leśna, też były na tym pokazie w kuchni. I Kamila van Zee. Zdaniem łotrzycy była mocno zadurzona w Sorii i też nie miała oporów przed zwiedzeniem sobie pięterka. Ale w końcu w ostatni Festag to u Pirory bawiły się także Dorna i Lilly jakich mutacji nie dało się ukryć jak były bez ubrań i jakoś córce kapitana portu to nie przeszkadzało.- No ale to było wczoraj. Dzisiaj jedziemy na spotkanie z Gnakiem i jego kozłami. Będzie zabawa, dużo wina i chętnych kobiet. Szlachcianki przyjadą później bo muszą sobie w dzień przypudrować noski czy co tam. Ale my jedziemy już teraz. Jak chcesz, to możemy cię zabrać na wóz. Miejsce się znajdzie. Co tak będziesz tu sam siedział Haini? Pojedziesz z nami, rozruszasz się, napijesz, zabawisz, popatrzysz, jak ci się spodoba to pochędożysz. To od razu odmłodniejesz. Ha! Zobaczysz jak przywiążę Fabi i Oddi do tego kamienia ofiarnego! Ale się zdziwią! - Łotrzyca opowiadała z rubasznym wdziękiem. Ale to co mówiła brzmiało jak treść przestrogi jaką zwykle mówili kapłani z ambony do swoich wiernych. Ostrzegali przez zdradzieckimi kultystami co potajemnie oddają cześć Mrocznym Potęgom i paktują z wrogami ludzkości. A jakieś bezecne orgie z mutantami i zwierzoludźmi w leśnych matecznikach były wręcz teg synonimem. A teraz, Łasica beztrosko informowała o tym kolegę ze zboru i nawet zapraszała go na taką właśnie orgię. Oferowała nawet miejsce w wozie i widać było, że jest mocno podekscytowana na myśl o tym co się będzie dziś wieczór i w nocy.
Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; zachodni kierunek; Zachodnie Kamienie; obóz
Czas: 2519.07.25; Konigtag; zmrok-wieczór
Warunki: jasno, ciepło, gwar głosów ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; ziąb (0)Wszyscy - wczesny wieczór
W miarę jak zmrok przechodził w noc, polana z dziwnymi kamieniami coraz bardziej przypominała jakiś wieczorny festyn pod gołym niebem. Wieczór okazał się pogodny, niebo błyszczało od gwiazd i obu księżyców. Zielonkawy, złowróżbny blask Morrslieba, błyszczał całą, swoją potęgą. Powszechnie uważano go za księżyc Chaosu i podczas jego pełni podobną kultyści złowróżbnych potęg oddawali im cześć w plugawych rytuałach. Dzisiaj akurat to miało okazać się prawdą.
Z początku był tylko samotny mnich, który przybył tu jako pierwszy. Później przyjechał wóz powożony przez Łasicę jaka przywiozła większość kultystów. Zaczęli rozpalać ogniska, rozścielać koce na jakich ustawiali wino i jedzenie. Przypominało to radosny piknik po zmroku. Im więcej wina przelewało się przez gardła tym zabawy robiły się coraz śmielsze. Łasica i Burgund zaczęły ze sobą tańczyć, przytulać się i całować. Co niejako było wstępem do bardziej wyuzdanych zabaw. Dało się wyczuć to oczekiwanie na główną część spotkania gdy jeszcze przyjadą szlachcianki i z lasu pojawią się zwierzoludzie.
- Oh, zobaczycie jak ja je przywiążę! One jeszcze nie wiedzą co je czeka! Ale to może później, jak się Gnak pojawi. Chyba, że chcecie wcześniej? Chcecie je pochędożyć zanim zwierzoludzie przyjdą? - Łasica nie ukrywała ekscytacji na niespodziankę jaką naszykowała dla Fabienne i Odette. Ci co byli na ostatniej orgii pamiętali, że bretońska szlachcianka była przywiązana do tego pochylonego głazu jaki uważano za ofiarny. Więc początek spotkania była całkowicie ubezwłasnowolniona kto i jak się z nią zabawia. Ale to jak najbardziej pasowało do jej uległych preferencji. Jednak jak Łasica chciała przywiązać obie szlachcianki do tego samego kamienia to na razie trudno to było zgadnąć. A rozeszła się wieść, że lady Odette bardzo spodobał się ten pomysł i von Manlieb wspaniałomyślnie zgodziła się odstąpić jej to miejsce głównej ofiary.
- Z tymi kopytnymi to jednak całkiem inaczej niż z ludźmi. To takie podniecające. - Burgund wydawała się podobnie pobudzona, że po ponad tygodniu oczekiwania, wreszcie znów będzie mogła spróbować zakazanej miłości. - A wy chłopcy? Macie na coś ochotę zanim rogacze przybędą? - Zapytała prowokująco patrząc na kolegów z kultu. Jej pełny biust kusząco wyglądał ze zbyt śmiałego dekoltu aby uznć go za przyzwoity. Podwinęła też spódnicę aby pokazać swoje długie, zgrabne nogi.
- A co ty myślisz? Że z jakimiś kołkami gadasz? - Silny prychnął z irytacją. Win już go rozgrzało, tak samo jak bliskość coraz śmielszych koleżanek jakie wręcz zapraszały do bardziej bezpośrednich zabaw. Nie mogli sobie pozwolić na muzykę czy śpiewy aby zmniejszyć szansę, że ktoś to jednak usłyszy. Do zachodniej bramy nie było aż tak daleko. Do końca nie było wiadomo czy łysy mięśniak przyjdzie. W końcu wczoraj, w teatrze go nie było. A wiadomo było, że nie przepada za spotkaniami gdzie ladacznice miały rolę wiodącą. Jednak chyba nie miał nic przeciwko aby z nimi poswawolić i takie okazję na chwilę zakopywały topór wojenny między nimi. Przyszedł razem z Rune.
- Ojej a ja tak bym chciała móc z którąś ze szlachcianek. Zwłaszcza jakby mi się udało któraś zbrzuchacić. Dawno żadnej kobiety nie zbrzuchaciłam. A jakby się udało ze szlachcianką to ojej! - Lilly chętnie donosiła z wozu nowe butelki wina albo misy z jedzeniem. Albo tańczyła z koleżankami do niesłyszalnej muzyki. W zborze była znana, że ma słabość do zostawiania swojego nasienia w kobiecych łonach a zwłaszcza delikatnych, zadbanych, wyperfumowanych szlachcianek którymi mimo półrocznego pobytu w mieście, wciąż była zafascynowana.
- Szlachcianek to ci dzisiaj nie powinno zabraknąć. Ciekawe czy Genda będzie. - Onyx przyjechała ponownie. I zdradzała zaciekawienie czy wśród zwierzoludzi będzie jedna z dwóch samic. Miała przyrodzenie podobnie jak Lilly i wydawało się, że gdyby u liliowej mutacje poszły dalej w stronę ugorów, to by pewnie wyglądała podobnie do Gendy. A tak była jakby w połowie drogi między nią a ludzką kobietą.
- Jakbyście nam pomogli z Adrienne to może też by mogła tutaj przychodzić na te spotkania. Na razie to z Hubertem woleliśmy nie ryzykować. - Oksana pierwszy raz była na tym spotkaniu. Miało to być wyraz zaufania i wspólnoty obu zborów. Hubert bardzo żałował ale nie wolał nie ryzykować swojej przykrywki porządnego kupca tekstylnego więc teraz pewnie spędzał wieczór u boku swojej tłustej i mało urodziwej małżonki. Fabienne i tak już wcześniej bywała na tych nocnych orgiach, dzisiaj też miała być. Ale jego krawcowa jaka prywatnie miała bardzo dominujący charakter, była tu po raz pierwszy. I oczywiście zastanawiała się czy ich nowa niewolnica z ratusza jaka wczoraj tak wdzięcznie im się oddawała i usługiwała a nawet dała się zasiać dziedzictwem Oster, była gotowa na orgie ze zwierzoludźmi. Na razie uznali z Hubertem, że chyba jeszcze nie. Ale jakby nad nią popracwać to może na następną już by była na tyle urobiona aby można ją tu było zabrać?Wszyscy - wieczór
Zrobił się dojrzały wieczór gdy do tych pląsów i zabaw dało się usłyszeć odgłos wozów. Od razu zrobiło się ciszej gdy nastał moment niepewności kto się zbliża. Zwłaszcza, że o tej porze to już nikt nie powinien podróżować. Teoretycznie powinien być to wóz szlachcianek ale do końca pewności nie było. Na szczęście to właśnie były one. Przyjechały o dziwo zwykłym wozem, chociaż krytym plandeką. A gdy zaczęły zeskakiwać na ziemię okazało się, że są ubrane jak zwykle praczki, służące albo chłopki. Tylko lady Soria lśniła wśród nich jak czerwony rubin, swoją śmiałą i elegancką suknią.
- Oh, nie miejsce takich zdziwionych min przyjaciele. Przecież tak będziemy się tu tarzać, że i tak wszystko będzie do prania. A gdyby ktoś niepowołany nas zobaczył to lepiej aby nie dojrzał wśród nas jakiejś szlachty prawda? - Wężowa syrena weszła w to już nieźle rozochocone towarzystwo jak diwa do swoich wielbicieli. Wydawała się nieziemsko piękna i nawet te kobiety co już przyjechały tu wcześniej i były częściowo roznegliżowane, też patrzyły na nią z uwielbieniem jakby była ich królową.
- O! No to teraz mamy komplet! - Zaśmiała się Łasica, klaszcząc z radości w ręce. A nowe towarzyszki szybko rozsiadły się na pniach i kocach witając się ze swoimi znajomymi. A, że większość towarzystwa bywała gośćmi w lochu Pirory czy wczoraj w teatrze to wyszło to na bardzo ciepłe i przyjacielksie powitanie.
- Do konca zastanawiałam się czy Kamilę nie zaprosić. Jest już tak blisko nas. Myślę, że dojrzała na tyle aby zrobić następny krok. Ale mimo wszystko całe stado zwierzoludzi to może być dla niej szok. Może jakby jeden czy dwóch. Tylko zastanawiam się jak to zorganizować. Na razie dałyśmy jej ziółka nasenne i została w domu Rose. - Lady Soria zastanawiała się nad pełnym wtajemniczeniem córki kapitana portu. Kamila van Zee wydawała się być nią zafascynowana i zauroczona. Ostatnio coraz częściej brała udział w ich zabawach i nawet chędożyła się z kopytną Lilly. Ale czy była gotowa na pełnowymiarową orgię z kopytnymi to tego nawet Soria nie była taka pewna.
- To tutaj będzie ta orgia? A kiedy przyjdą ci zwierzoludzie? Ja już to z rogaczami robiłam no ale najwyżej z dwoma na raz. - Astrid była zaciekawiona miejscem i przyznała się, że nie byłby do dla niej pierwszy raz z kopytnymi.
- Wiecie co? - Lady Odette była ubrana w prostą suknię i miała rozpuszczone włosy a nie starannie ufryzowane jak zwykle. Dlatego wyglądała jak zwykła służka. Tylko taka bardzo ładna i zgrabna o dziwnie zadbanej cerze, makijażu i uszminkowanych ustach. No ale to było widać z bliska. - Chyba się zaczyna! - Powiedziala i z ekscytacją położyła dłon na swoim brzuchu. - Czuję takie jakby swędzenie. I burczenie w brzuchu. Oh! Więc to może być to co Fabi mówi! - Wyglądała na bardzo podekscytowana tymi swoimi doznaniami. I wskazała na siedzącą obok bretońską szlachciankę co potrafiła tak barwnie zachwalać pseudciążę z czerwiami. - I dlatego dziś wysłałam list do moich koleżanek w Saltzburgu. Bez detali oczywiście. Ale umówiłam się z nimi jeszcze przed wyjazdem co i jak. Niech przyjeżdżają i też spróbują tych namiętności co tu macie! - Aktorka mówiła jakby uważała to wszystko za ekscytującą, romantyczną przygodę jaką bardzo chętnie przeżywała.
- Jestem przekonana, że to dopiero początek namiętnych doznań jakie cię czekają moja droga. Mnie się ostatnio śniło, że karmię te czerwie własnymi piersiami. I ciekło z nich takie dziwne, gęste mleko. I chyba były trochę większe niż teraz. No ale sprawdzałam i przed wyjazdem z domku Rose sprawdzałyśmy i no niestety nic z nich nie cieknie. Szkoda. To byłoby coś nowego. We śnie wokół sutków miałam takie dziwne zadrapania. Jakby od czegoś okrągłego. Ale teraz ich nie mam. To chyba nie od czerwi bo one chyba nie mają żadnych zębów ani nic takiego. Muchy mają te tutki i szczypce ale nie widziałam ich we śnie. Jeden z tych zwierzoludzi co ma owadzią głowę też ma coś podobnego w pysku. Może to coś z nim wspólnego? - Fabienne dodała otuchy miodowłosej szlachciance i sama podzieliła się z towarzystwem co jej się ostatnio śniło. Wydawała się być zafascynowana tym snem i ciekawa jak można by go zrealizować w praktyce.
- Ja bym była gotowa spróbować tego zasiania. Też miałam sen. O tym, że kocham się z pająkami i one ze mnie robią kokon aby pomóc powrócić Pajęczej Królowej. A jak rozmawiałam z milady to może te sny staną się klarowniejsze jak będę miała te czerwie w sobie? Przecież to część dziedzictwa Sióstr więc także i Pajęczej Królowej. - Marissa była pierwszy raz na tej orgii. Była pacjentka hospicjum wydawała się całkowicie podporządkowana woli Soren, jaka jej się objawiała jako Pajęcza Królowa. Tylko ta wola bogini nie była dla śmiertelniczki zbyt czytelna. Liczyła, że zasianie mogłoby jej pomóc ją zrozumieć. A czy by się dołączyła do orgii z kopytnymi to jeszcze nie była pewna.
- Ja zostanę przy wozie. Sami rozumiecie. W razie czego musi być ktoś trzeźwy, czysty i ubrany. - Pirora jak zwykle przyjechała ale wolała się trzymać na uboczu. Nie miała ochoty pokładać się ze zwierzoludźmi.Ze szlachciankami przyjechały jeszcze dwie piękności, Layla i Annika. Jednak wyraźnie mniej udzialały się w dyskusjach. Wężowa kapłanka z powodu bariery językowej. Nie znała reikspiel ale mogła się porozumieć z tymi co znali bretońśki albo estalijski. Zwykle więc Lars, Soria albo inne błękitnorkwiste robiły za pośredników w rozmowie z nią. Annika zaś wyglądała lepiej niż gdy ją rano Otto widział. Ale jadła, piła i patrzyła. Wyglądała na przygnębioną albo zmęczoną. Przy takich wojownikach jak Silny, Egon, Lars czy Rune wydawała się drobniutka. Z urody i zgrabnej sylwetki, bardziej pasowała do hedonistek niż wojowników. A jednak to ona miała jeszcze nie do końca zagojony siniak pod okiem i rozciętą wargę. Marissa i Fabienne siedziały blisko niej i traktowały ją jak kogoś bliskiego ale chorego, jakiemu należy się troska. Gdy w pewnym momencie szlachcianka usiadla za jej plecami i delikatnie zaczęła masowac jej barki i całować kark, wreszcie Annika wydawała się odprężać.
Wieczór - północ
Zabawy na polanie przerodziły się w pełne swawole. Większość uczestników już pozbyła się zbędnych ubrań i przeszła do bardziej bezpośredniego etapu integracji. Gdzie się nie spojrzało to widać było jak tam się ktoś całuje, tam podskakujące żwawo piersi albo czyjąś żyć jaka energicznie zderzała się z kobiecymi biodrami. Już to wyglądało jak wstrętna, plugawa orgia jaka przeczy prawom dobrych bogów i przyzwoitości ludzkiej. A gdy Morrslieb stał w zanicie oświetlając te bezeceństwa swoim upiornym, zielonkawym światłem to pojawili się nowi aktorzy tej sceny. Jak zwykle wyszli z lasu w ciszy, że zajęte chędożeniem towarzystwo nie zorientowało się dokładnie kiedy aż kopytni pojawili się na krawędzi widzialności z ognisk. To przerwało te zabawy. Ludzcy wyznawcy Chaosu powstali aby przywitać swoich kopytnych sojuszników. Na czoło wysunela się lady Soria. Nawet całkowicie naga, wyglądała olśniewająco. Jakby jakiś rzeźbiarz uchwycił ideał kobiecego ciała a potem ktoś ożywił ten posąg. Soria przemówiła do kopytnych w ich języku jaki dla ludzi był niezrozumiały.
- Ej. Ten jest jakiś inny. Wcześniej go chyba nie było. - Łasica zmrużyła oczy. Właśnie przypiętą do bioder zabaweczką intensywnie penetrowała trzewia Daktylka. Co im obu się bardzo podobało. Ale to ona pierwsza zauważyła, że ich wężowa milady rozmawia z kopytnym jakiego wcześniej tu nie było. A wyglądał, że ma coś jakby koronę z piór i rogów jeleni na głowie. Przy każdej włochatej nodze stały jeden, złowrózbnie wyglądający brytan. Gnak stał tuż obok niego ale tuż za nim jakby uznawał jego wyższość.
- I chyba jest ich więcej niż ostatnio. - Burgund zauważyła kolejny detal. Wstała z kolan bo właśnie obrabiała berła kolegów z użyciem dłoni, ust i swoich dorodnych piersi. Jeszcze nie wszystkich było widać, część z ungorów jedynie była zarysowanymi sylwetkami zbyt daleko od blasku ognisk aby dostrzec szczegóły. Jednak wyglądało, że jest ich trochę więcej niż ostatnio.
- Lily co oni mówią? - Silny zapytał jedynej która poza Sorią, znała język kopytnych. Ta przycłuchiwała się rozmowie.
- Soria ich wita… Oni też… To jest ich wódz… Tym razem przyszedł osobiście… Bo jego wojownicy bardzo dobrze mówili o ludzkich samicach jakie się tu z nimi chędożą… I dlatego też przyszedł… - Mutantka tłumaczyła to co dała radę usłyszeć z rozmowy milady i wodza ungorów. Ta nagle skończyła się gdy syrena odwróciła się swoim piersiastym frontem do swoich towarzyszy.
- Przyjaciele! Radujcie się. To jest Ungard Chytre Oko! Przybył dziś osobiscie bo wiele dobrego słyszał o nas od swoich wojowników! Powitajmy ich jak naszych przyjaciół i sojuszników! - Milady uniosła dłonie gdy przedstawiała wodza ungorów. Gdy klasnęła w dłonie większość kultystów zrobiła to samo. I powitała kudłatych oklaskami, uśmiechami i winem. Ci ruszyli za Sorią i swoim wodzem stopniowo mieszając się z nagimi i rozgrzanymi namiętnością ludźmi.
- O, jest Genda! - Onyx ucieszyła się, wzięła drugi kielich wina i podeszła do jednej, z nielicznych samic zwierzoludzi. Wszystkich mogło być ich tu dzisiaj z kilkunastu, może nawet dwie dziesiątki. Rozochocone ludzkie towarzystwo, jakie w większości już miało do czynienia w tym temacie, całkiem szybko zaczęło się integrować z kopytnymi. Z powodu bariery językowej nie było okazji do rozmów. Za to wino, śmiech i chędożenie było dość uniwersalnym językiem zrozumiałym dla obu ras. Kopytni też byli zbyt prymitywni aby bawić się w konwenanse, raczej przypominali zwierzęta w okresie godowym.Wreszcie okazało się też co Łasica przygotowała dla Fabienne i Odette. Zrobiło się z tego małe widowisko. Obie łotrzyce wyłuskały z zabaw obie szlachcianki i poprowadziły je do kamienia ofiarnego. Najpierw zaczęły przywiązywać miodowłosą diwę. Ta już od dawna była bez ubrania więc było widać jak liny unieruchamiają jej smukłe, kształtne ciało. Ona sama wydawała się być tym bardzo podniecona jakby przeżywała jakąś niesamowitą przygodę. Bez sprzeciwu, pozwoliła się im przywiązać do pochylonego kamienia. I ci co tu byli w poprzednim tygodniu, od razu rozpoznali, że zajęła miejsce czarnowłosej Bretonki. Tego jeszcze co niektórzy mogli się jeszcze spodziewać skoro lotrzyce jej to obiecały. Gdy jednak skończyły wiązać artystkę zabrały się za von Mannlieb. Kazały położyc jej się na ziemi, tuż przy kamieniu. A potem wbiły kołki w ziemię, tuż u stóp von Treskow. I do tych kołków przywiązały nadgarstki szlachcianki. - No to tak jak wam obiecałam. Ty będziesz naszą główną ofiarą dzisiaj. - Łasica była wyraźnie dumna z siebie gdy odezwała się do przywiązanej diwy. - A ty Fabi, skoro jesteś najnędzniejszą z nędznych i najpodlejszą z podłych to twoje miejsce jest w błocie. I spadnie na ciebie całe plugastwo z chędożenia Oddie. No i jak ktoś będzie chciał taką brudną ladacznicę jak ty wychędożyć to oczywiście to zrobi. - Łotrzyca wreszcie zdradziła na czym miał polegać jej plan. Co ludzcy kultyści przywitali z auplauzem i wesołymi śmiechami.
- Oh ależ to upokarzające! To jest dopiero orgia! I to nawet ze zwierzoludźmi! No wreszcie było warto przyjechać do tej śmierdzącej rybami dziury! - Odette von Treskow roześmiała się serdecznie jakby właśnie zaczynał się najciekawszy rozdział dzisiejszej zabawy.
- Łasico, jesteś taka kochana. To naprawdę miło, że o mnie nie zapomniałaś. Jestem ci bardzo wdzięczna. Mam nadzieję, że później pozwolisz mi wyrazić swoją wdzięczność. - Fabienne von Mannlieb też wyglądała na zachwyconą a wręcz wzruszoną swoim miejscem w tym bezecnym rytuale. I obdarzyła stojącą nad nią łotrzyce pełnym wdzięczności spojrzeniem.---
Przybycie zwierzoludzi otwarło nowy etap orgii. Dodało nowych aktorów do tej plugawej sceny. Obie grupy skutecznie się wymieszały w tych harcach. Tam Łasica podskakiwała na biodrach kopytnego, gdzieś bok Burgund na czworakach była brana przez ungora i kultystę jednocześnie. Ten nietypowy zwierzoczłowiek z głową owada i dziwnym przyrodzeniem w kształcie krótkiej macki lub larwy nauczony poprzednim doświadczeniem od razu poszedł do dwóch uwiązanych do kamienia szlachcianek. Otto złapał się spojrzeniem chyba z tym samym myśliwym z jakim miał do czynienia ostatnio. Nie mówili tym samym językiem ale widać było zapytanie w prawie ludzkiej twarzy ungora. Wypięta na zwalonym pniu Astrid była brana przez Lilly i ungora na raz. Soria bez z przyjemnością przyjmowała po dwóch, trzech kochanków na raz i wcale nie wyglądała na zmęczoną, raczej jakby tylko nabierała apetytu na jeszcze. Ale wszystko ma swój koniec. W napędzane namiętnością ciała coraz częściej wkradało się zmęczenie. Coraz więcej par i postaci pokładało się gdzie popadło. Na kocach, kamieniach, kłodach. Chciwie pili wino albo sycili swoje żołądki. Widać było, że w tej głębokiej nocy jest naturalna przerwa. Ludzie i nieludzie siedzieli lub leżeli obok siebie, pli, jedli i rozmawiali. Już największy szał namiętności raczej minął i teraz była okazja aby porozmawiać o czymś innym niż kogo i jak teraz wychędożyć.
-
Miasto, wieczór

Slaaneshytka nawijała jak najęta o wydarzeniach jakie już były oraz o tych, które dopiero miały nadejść zupełnie jakby jednak były w niej zasiane pieszczoszki Oster nakręcając ją swoimi korkociągowymi ruchami. Ten obraz wywołał uśmieszek Heinricha przycinającego zbyt długą brodę w lustrze, kiedy Łasica kontynuowała opowieść, co mogłoby się wydawać reakcją na jej słowa, jednak były Inkwizytor znał prawdę ukrytą w swoich myślach.
Mówiąc szczerze nie widziało mu się brać udziału w tej leśnej orgii i z początku chciał odmówić propozycji... póki nie zobaczył jak słaby to będzie wybór. Ani orgie, ani krwawe kamienie nie były w jego sferze zainteresowań, jednak pogardzanie jakiejkolwiek socjalizacji z resztą kultu po dłuższej w nim nieobecności... Nie widziało mu się jako dobry ruch. Lepiej mieć pozytywne relacje z resztą w ramach możliwości niż stąpać po niepewnym gruncie i nie mieć żaden nadziei, iż jakaś część tej gromadki nie będzie ci pomocą w razie problemów dotykających tylko ciebie, a nie całości.
Dlatego przystał na propozycję Łasicy.Czasem po prostu warto robić rzeczy dla osiągnięcia długoterminowych celów.
Miasto; przedpołudnie

- No zmierzch się zbliża przyjacielu. Jak nie chcemy dać się zamknąć w mieście to chyba czas zostawić gdzieś ten złom i ruszać w drogę. - Lars wskazał na narzędzia jakie niedawno kupili. Rzeczywiście miał rację. Letni, pogodny dzień się kończył a to oznaczało, że miejskie bramy zostaną zamknięte i nie otworzą się póki nie nastanie jutrzejszy świt.
Egon pomyślał chwilę. Korsarz, zdaje się, miał rację. Sprawdzenie wiadomości, cóż też mogło dziać się u lokalnej szlachty raczej było rzeczą, która mogła zostać ogarnięta jutro, nawet i pojutrze.
– Zostawmy to u Pirory i ruszajmy – rzekł Egon. – Nie ma co przedłużać, przysposóbmy się odpowiednio i ruszajmy do Gnaka.
- No dobra, to chodźmy do niej. - Brodacz wzruszył ramionami i okręcił się aby wrócić na Plac Targowy. Musieli go przejść aby wejść w Bursztynową a parę kamienić od wylotu, był numer 17 pod jakim mieszkała blondwłosa kultystka. - To jak wyjdziemy to przed świtem do miasta nie wrócimy. Czyli wrócimy jutro. Chcesz wracać do niej czy jakoś inaczej? - Lars pytał gdy szli po drodze. Wkrótce wrócili do kamienicy Averlandki i gdy zapukali otworzyła im młoda pokojówka. Widząc kto przyszedł, wpuściła ich ale oświadczyła, że milady nie ma w domu. Co nie było takie dziwne bo Priora wraz z błękitnokrwistymi koleżankami, potrzebowała bardziej dopracowanego pretekstu aby urwać się z miasta na noc. Na przykład, że jadą w plener aby poćwiczyć malowanie natury.
Egon podrapał się po swoim owłosionym czerepie, kładąc zdobyte narzędzia do lamusa, gdzie przechowywano inne rzeczy tego rodzaju.
– Zdaje mi się, że bramy miasta otwierają coś koło jutrzni – rzekł gladiator. – Wystarczy nam jaka godzina albo półtorej, żeby zebrać Sorię i pozostałych, wiedzą przecież, że zamierzamy się zabrać. Zdaje mi się, że żaden to problem.
Egon dumał, że w istocie nie trzeba będzie zbyt długiego czasu, aby zebrać całe wyposażenie - ostatecznie, kurhany były rzut beretem od miasta, jedyne, co potrzebowali się zaopatrzyć, to jakiś prowiant, broń zawsze nosił przy sobie, zaś narzędzia do włamu mieli u Pirory. Wojownik nie sądził, że potrzeba będzie tu czegokolwiek więcej. Jeśli cała sprawa z kurhanem miała przeciągnąć się do jutrzejszego wieczora, nie byłoby to problemem, gdyby nocowali przy grobach.
– Wrócimy do Pirory potem – oznajmił. – Chodźmy.
Zachodnie Kamienie; wczesny wieczór

Otto podszedł do kamienia, na którym miał odbyć się kluczowy element dzisiejszej nocy. Nucąc pod nosem rozciął paznokciami skórę na dłoni i krwią naznaczył głaz symbolem Mrocznego Księcia.
- Niech ma krew oddana w chętnym bólu, będzie miła Matce Tajemnic i przekona ją aby spojrzeć na naszą ofiarę przychylnym okiem.Ukończywszy ten mały rytualik postanowił zabić czas zbierając wszelkie śmieci, liście i gałęzie z miejsca orgii. Dziś znamienici goście mają być.
Uśmiechnął się widząc Łasicę i resztę ferajny.
- Miałem małe zajęcie poza miastem dziś. Szukałem miejsca na wyjście z Silnym i chłopakami Egona, nie było sensu wracać do miasta to przylazłem tu od razu. - przytulił ladacznicę kiedy ta zeszła z wozu.
- Jesteście miodem dla oczu moje drogie. - pomógł przy ognisku, aby zapracować na jedzenie, którym się podzieliły.
- Jak tam dzisiejsza noc? Zakładam, że Siostry przesłały kolejne sny?Łotrzyca chętnie odwzajemniła te uściski i wygląła na całą w skowronkach. Z wozu zaczęli zeskakiwać pozostali jacy z nią, przyjechali wozem. - Też się cieszę, że cię widzę Otto. Oh, cały tydzień czekałam na tą pełnię! Ale się będzie działo! - Cieszyła się jak mała dziewczynka widząc, że cyrk przyjechał do miasta. Dopiero się cyrkowcy rozkładali i szykowali, jeszcze występu nie było ale wiadomo było, że to już niedługo.
- A sen pewnie, że miałam! Rany, wczoraj w teatrze tyle się działo, że nie zdążyłam ci opowiedzieć! - Zaśmiała się ale chyba przypomniał jej o tym śnie. - Śniło mi się jak chędożę jakieś ślicznotki! - Zawołała radośnie i gestem pokazała jakby miała przypiętą do bioder zabaweczkę, dzięki której mogła wejść w rolę mężczyzny, gdy kochała się z innymi kobietami. - Ale je brałam! Jedna po drugiej! I jak leżały u mych stóp, i jak ja leżałam na nich, i jak były zapięte w dybach, przy pręgieżu albo rozkrzyżowane w łańcuchach! A ja brałam je wszystkie! Bez litości! I niektóre to poznałam. Fabienne, Odette, ta ruda wiewióra - niedbałym gestem wskazała na przechodzącą obok Burgund. Ta spojrzała w ich stronę, pozdrowiła mnicha skinieniem głowy i uśmiechem ale przerwóciła oczami gdy usłyszała wyzwisko pod swoim adresem z ust swojej kamratki. Widocznie przyzwyczaiła się do tych utarczek słownych jakie zwykle inicjowała właśnie łotrzyca w spodniach.
- Ale nie wszyskie rozpoznałam. Niektóre były tyłem, albo były daleko, albo nie widziałam ich twarzy. No nieważne! Najważniejsze, że tam była piękna milady na tronie! I to dla niej było to wszystko! Ona siedziała na tronie, taka piękna i dostojna. I patrzyła jak ja chędożę dla niej te wszystkie ladacznice. To wszystko było dla niej. A potem wezwała mnie do siebie. Padłam do jej stóp i pozwoliła mi je całować i czcić. A potem całowałam ją coraz wyżej, aż do kolan, ud a potem doszłam do jej berła. Też się nim zajęłam jak należy. Było takie dorodne i soczyste! I w końcu milady wzięła mnie nasadziła na nie i pobawiłyśmy się w rodeo. A potem popchnęła mnie, że musiałam podeprzeć się rękami i znalazłam się na czworakach. A ona dalej mnie brała od tyłu. Oh jak ona mnie brała! Tak jak ja te jej ladacznice! - Łotrzyca opowiadała wszystko w jednym, nieco chaotycznym ciągu i widać było, że ten sen ją strasznie pobudza. I to nieważne w jakiej roli w nim występowała.
- A jak już było mi tak dobrze to ona wybuchła we mnie i zalała mnie swoją miłością. Oh, to było takie piękne Otto! - Fioletowłosa dziewczyna z ferajny aż się wzruszyła na tak romantyczny obraz. - I wiesz… Wydaje mi się, że miałam brzuch… Poźniej. To ona mnie zbrzuchaciła. Eh… Tylko nie widziałam jej twarzy… Chyba jakby Soria, podobna… Ale nie jestem do końca pewna. Ciemne włosy miała. Soria też ma ciemne. Ale nie jestem pewna czy to ona. Ojej ale tak bym chciała aby to była Soria… - Rozmarzyła się na taki obrazek.
- A nie czekaj! Jeszcze coś było! - Nagle brwi jej się uniosły do góry jakby w ostatniej chwili przypomniała sobie coś jeszcze. - Jakaś chuda postać. Przechodziła przez jakieś ruiny. Albo te puste ulice i kamienice. Przecież pełno ich u nas. I tak dość ciemno było. Dlatego niewiele widziałam. I ta postać przeszła. I chyba była w sukni albo todze. I takie głupie, szerokie rękawy miała. Pewnie jakiś uczony albo kapłan, oni lubią takie bzdety. On albo ona. Bo widziałam tylko zarys. I przeszedł ten ktoś. Chwilę nic się nie działo. A potem ktoś inny przeszedł za nim. Tak jakby go śledził albo skradał się za nim. Ale nie wiem o co chodzi, też było ciemno to niewiele widziałam kto to mógł być. - Przyznała, że trochę ją to frapowało ale nie cieszyło tak bardzo jak ta część snu jaką tak żwawo i barwnie opowiedziała mu wcześniej.
Mnich gwizdnął słysząc opowieść ladacznicy.
- No cóż, zasmucę cię, że to nie była najpewniej Soria, jednak ciesz się, ponieważ to była Soren, matka naszej czcigodnej. Wpadłaś w oko Księżnej Demonów. - Otto się delikatnie zaśmiał - Co do tej drugiej postaci, mój pacjent mówił o jakiejś uczonej, która sprzyja naszym celom, może to była ona.
- Myślisz, że to była Soren? - Sądząc po minie łotrzycy to takiej interpretacji snu się w ogóle nie spodziewała. Aż ją zatkało i przez chwilę nie wiedziała co powiedzieć. Wpatrywała się w ziemię, potem w ciemny las jaki ich otaczał w końcu znowu na jednookiego rozmówcę. - No może… Nie wiem. Nie wiem jak ona wygląda. Widziałam tylko ten alabastrowy posąg co wyłowiliśmy z rzeki a tam to ona jest jako Pajęcza Królowa. Nie sądziłam, że… No wiesz… Myślałam, że to lady Soria. No i ona jest z nami a Soren dopiero będziemy sprowadzać… No ale może kiedyś… - Zaczęła się trochę jąkać i była zbita z pantałyku taką perspektywą, że jedna z Sióstr, miałaby zwrócić na nią swoją uwagę a nawet obiecać jej takie wyróżnione miejsce u swego boku. - To znaczy wiesz, byłabym zaszczycona. I móc spółkować z każdą z nich. A najlepiej z obiema! No ale co mi tam. Na razie mamy tu Sorię to jej będę służyć. A jeśli sobie zażyczy abym wychędożyła dla niej jakieś ślicznotki to ja oczywiście bardzo chętnie! A dla Soren oczywiście też. To byłby wielki zaszczyt móc tak służyć każdej z nich. - Po tej chwili wahania, dziewczyna z ferajny doszła do wniosku, że właściwie obie opcje jej się podobają więc odzyskała rezon.
- A ta druga, znaczy ta w cieniu, no może i uczona. Nie wiem. Widziałam tylko zarys sylwetki i szat. Jeśli to kobieta to gruba nie jest. I nie wiem kto za nią szedł ale to też nie był grubas. - Na ten mniej istotny dla niej detal snu, zwróciła znacznie mniejsza uwagę, jakby nie dotyczyła jej osobiście.
Mnich zachichotał słysząc nerwowość łotrzycy.
- Patrzcie państwo, jest jeszcze ktoś na tym świecie od kogo nasza Łasica dostaje wypieków! - poczochrał włosy dziewczyny - Nie krępuj się, jestem pewny, że Soren tak cię wychędoży, że zapomnisz jak to jest kiedy twoje uda się spotykają. - mnich rozejrzał się po reszcie zgromadzonych i zauważył byłego Łowcę Czarownic.
- O, witaj Heinrichu, nie żebym odmawiał starszyźnie, ale jurne byczki Gnaka mogą być zbyt energiczne dla ciebie.

Heinrich nie włączał się od razu w rozmowę, raczej stojąc z boku i przysłuchując się jej jedynie. Wyglądał na jednocześnie zmęczonego, a również ułożonego, jakby właśnie tego dnia skrócił zbyt długi zarost, jaki wrósł przez ostatni tydzień i ułożył włosy. Nie zakrywało to jednak śladów po tym tygodniu, w jakim odsunął się od kultu.
- Nie miałbym zamiaru odbierać im ciebie, aczkolwiek jestem tu by też twoją osobę wypożyczyć. - zastanowił się - I Egona.
Mnich przechylił głowę.
- Dziś niestety nie będę aktywny w tych zabawach, chciałem porozmawiać z Aniką. - spojrzał na byłego łowcę - Jeżeli będziesz miał siły po Egonie, to postaram się dostarczyć jakiejś rozrywki.
Heinrich uśmiechnął się z ironicznym rozbawieniem.
- Nie wyglądałbyś tak uroczo w sznurach jak Łasica, martwię się. I nie wywijał się tak po każdym ciosie. Z tobą zaspokoi mnie inny rodzaj rozrywki, a wielbienie Slaanesh jękami pozostawię reszcie.
- Och… - mnich najwyraźniej rozważał czy być urażonym słowami Heinricha - Niech będzie. Więc chcesz czekać, aż wszyscy zaczną czy…?
- Będę musiał też z Odette porozmawiać, jak nie będzie miała zajętych ust, a z wami dwoma to poza tym. Nie wiem co Egon będzie robił. - nie-odpowiedział odpowiadając.
- Burgund, Łasicę… może Gnak jakąś samicę przyciągnie. - Otto rozważał ostatnie zdanie Łowcy - Najlepiej w takim razie złap ją przed wszystkim, bo dziś ona ma być na kamieniu.
- Może uda się po wszystkim, będzie wtedy rozluźniona i nie napalona tak bardzo. W sumie bardziej zależałoby z waszą dwójką wpierw się skonsultować niż wchodzić w śliską jamę, w jakiej większość dziś będzie. Ja jestem cierpliwy. Z nią i jutro mogę się skonsultować. - dawny Łowca zachrypiał lekko na ostatnich głoskach.
Brew mnicha się delikatnie uniosła.
- Twoje metafory robią się lepsze. - spojrzał na Łasicę i wrócił okiem do Łowcy - Zakładam, że to konsultacja wymagająca prywatności?
- Jestem pewien, że ktoś inny wymaga pieszczot smukłego ciała, hm? - Heinrich pogładził policzek Łasicy - My znikniemy na trochę.
- Oh, związałbyś mnie? - Łasicy oczy się rozpromieniły już gdy Henrich o tym wspomniał przed chwilą drocząc się z Otto. Ale poczekała aż skończą rozmawiać zanim się odezwała. Otarła się policzkiem o dłoń byłego łowcy czarownic i nieco przekręciła głowę aby pocałować jego palce. - Wiem, że tu nie ma łóżka. No ale chyba jakoś byśmy sobie poradzili nie? Na wszelki wypadek wzięłam trochę sznurów. Dla Odette i Fabi no ale dla nas też wystarczy. - Chociaż przed chwilą fioletowłosa mowila jakby byla gotowa bez pardonu wychędożyć każdą koleżankę jaka wpadnie w jej ręcę to teraz nagle stała się ucieleśnieniem kobiecej delikatności i uległości. - A Oddi to pewnie przyjedzie później. Z Sorią i resztą. Wczoraj jak z nią rozmawiałam to aż nóżkami przebierała, tak się nie mogła doczekać dzisiejszych zabaw ze stadem zwierzoludzi. Więc chyba końmi by ją musieli odciągać aby tu dziś nie przyjechała. - Zaśmiała się żartując sobie z miodowłosej szlachcianki. Ale jeszcze spojrzała na Otto. - A ty to tak dzisiaj Otto będziesz tylko siedział i patrzył? Ostatnio to chyba sobie co nieco śmielej poczynałeś? Nie spodobało ci się? - Zaciekawiła się skąd ta nagła wstrzemięźliwość u kolegi.
- Ostatnie tygodnie usługiwałem Wężowi i zaniedbałem swoje obowiązki wobec pozostałych. Dlatego dziś jedynie pobłogosławiłem głaz, a planuję porozmawiać z Aniką, trzeba pomóc sługom Krwawego. Jeżeli naprawdę będziesz na mnie miała ochotę. - ucałował czółko łotrzycy - Będę przy wozie Pirory.
- Jestem pewien, że odnajdziesz tutaj wiele rozrywek i pobawisz się z innymi... i innymi. Zawsze drogę do moich okien znasz... może zacznę rozważać opułapkowaniem ich, co? - zażartował drocząc się.
- Oj chyba ci się spodobało to włamywanie się co? - Łotrzyca zaśmiała się do Henriego, pokazując, że też umie się droczyć i żartować. - No jakby za pokonanie pułapek była jakaś większa kara to mogłabym to rozważyć. A tak to mi się nie opłaca. - Wydęła wargi i położyła sobie dłoń na biodrze, przez co znów zachowywała się i mówiła jak stereotypowa ulicznica. Jednak iskierki rozbawienia w jej oczach sugerowały, że świetnie się bawi podczas tej rozmowy. Jednak znów zwróciła się do jednookiego. - Otto, ja ci życia nie będę układać. Ale jak już tu jesteś to i tak dziś nie zrobisz nic innego. Sam widzisz, że Silny i reszta od niego też tu jest - wskazała głową na krzepkich kolegów co bez trudu znosili kawałki drewna i szykowali ognisko. - No to chcesz to z nimi pogadaj, pochędożcie razem dziewoje, napijcie się wina, posłuchaj ich żartów i co gadają ale umartwianie się, że dziś nic bo nie no to dla mnie trochę bez sensu. - Powiedziała tak po prostu ze swojego pragmatycznego punktu widzenia dziewczyny z ulicy. Potem popatrzyła na nich obu i każdemy z nich położyła dłoń na piersi. - A może zabawimy się we trójkę? Zanim się wszyscy zjadą i impreza się zacznie. Pójdziemy kawałek w las albo do wozu, jak nie chcecie być na widoku. Chyba, że wam nie przeszkadza to możemy to zrobić tutaj. - Uśmiechnęła się do nich zalotnie, patrząc to na jednego, to na drugiego.
- Nie musisz się martwić, bo byłaby większa kara za zniszczenie moich zabezpieczeń, tylko bym musiał dobrą pułapkę przygotować, by oczekiwań nie zawieść łasicznej pani. - ukłonił się kobiecie w iście szlacheckim stylu, a ochrypły głos akompaniował lekkiemu arystokratycznemu smakowi tej sceny - Ja tym razem się nie przyłączę, choć odprowadzę znowu do szanownej pani tego jednookiego łachudrę, by nie czmychnął przed swoimi obowiązkami jako duchowy przewodnik, jak tylko z nim załatwię swoje sprawy na osobności. Później i może całą noc chędożyć się w krwi z Khornitami i tobą.
Mnich parsknął, ponownie ucałował łotrzycę i odstąpił od niej.- Jeżeli zostanie mi czas, to wrócę rozgrzać cię przed Gnakiem. - ruszył za Heinrichem - Więc, o co chodzi dokładnie?
Heinrich był zadowolony, że wyrwał się od napalonej slaaneshytki. Mógł czasem zaspokajać jej chęci i w nich towarzyszyć, jednakże sam nie czuł tych samych podniet, jakie ich gnały. Zgadzanie się na nie było bardziej grą dla utrzymania dobrych relacji z tą grupą jakie to mogą w przyszłości mu ofiarować owoce sukcesu, niż prawdziwą chęcią nieposkromionej chuci. Tobias mógł się wzdrygać widząc jedynie krótkowzrocznie jakikolwiek cel i nie wyobrażać sobie robienia czegokolwiek co nie będzie mu miłe. W końcu liczy się sukces, a droga do niego prowadząca jest już mniej istotna.
I nie zawsze całkowicie taka, jak by się chciało. Nie byli na pozycji, jaka by na to zezwoliła.- Pamiętasz jak opowiadałem ci o śnie z garncarką? O robakach jakie jej zawsze wychodziły z gliny przez nią lepionej?
- Ah… tak. Faktycznie kompletnie o niej zapomniałem… - przyznał mnich - Co, znowu ci się śniła?
- Jako jeden z moich snów, tak, ale nie o innych mowa. Ten powrócił... Kobieta w końcu lepi te garnki po drugiej stronie ulicy ode mnie, więc mogę ją z okna widzieć. - zamilkł na jeden oddech i początek następnego zdania wychrypiał nim odchrząknął - Zapytała mnie gdy podeszłem czy też chcę coś takiego…
Mnich pokiwał głową.
- Jak na razie wszystko w miarę normalne. - Otto zerknął na Heinricha - Kiedy zaczną się dziwactwa?
- Zapytała mnie o to, gdy próbowała lepić garnek, ale zawsze wychodziły jej te robaki. Sama ich nie zauważała choć niektóre sunęły jej po szyi.
Mnich nie przerywał byłemu Łowcy Czarownic, jedynie kiwnął głową, aby kontynuował.
- Te czerwie przemieszczały się po niej całej, a zadając pytanie wskazała na kręcące się koło garncarskie... - przymrużył oczy - Gdyby był jakiś lepszy sposób na tworzenie czerwi, i jak i ona mogła po prostu niezliczoną ilość ich wypuścić…
Mnich gwizdnął.
- To pytanie lepiej by pasował do Mergi… ja znam tylko teorię i mitologię… - mnich się zastanowił - Nie leży to poza możliwościami sług Wielkiej Czwórki, czytałem o większych naginaniach tego co realne. Jednak, żeby zwykła garncarka byłaby w stanie coś takiego zrobić… twój czas spędzony w Inkwizycji nauczył cię odnajdywać magów?
Heinrich spojrzał z wyraźnym krzywym grymasem.
- Polowanie na magów było moim sposobem na życie. Specjalizacją, jakby to powiedzieć. - przymrużył oczy w mrocznym rozbawieniu - Też czujesz w tym taki ironiczny smak?
- Należałem do zakonu, którego istnienie polegało na szukaniu słabości kultów Chaosu. Ironia jest słodka, muszę przyznać. - mnich się uśmiechnął - Sądzisz więc, że ta dziewczyna ma w sobie nutkę maga?
- Przyznam ze wstydem, że ostatnie dni... Nie byłem w formie i zaniedbałem sprawy. Muszę ją poobserwować z bliska, miejsce w jakim jest... - uniósł spojrzenie ku niebu - Otto, widziałeś kiedyś magię?
- Widziałem tkanie zaklęć… i ognistą kulę rzuconą przez Maga Agshyi. Mam jednak wrażenie, że nie o to ci chodzi.
- Czy widziałeś podczas tkania coś więcej niż ruch dłoni maga? Czy widziałeś sploty wiatrów z jakich jest ta kula ognia pleciona?
Mnich pokręcił głową.
- To chyba wymaga znajomości magii… albo bycia jakoś specjalnie utalentowanym. Zważając, że pytasz, zakładam, że ty jesteś w stanie ją zobaczyć?
Heinrich pokiwał głową wracając spojrzeniem do rozmówcy.
- Potocznie mówią na to "wiedźmi wzrok", choć magowie mają inne nazwy, bo wzbraniają się od tej. Widzę od zawsze prądy wiatrów magii... Są wszędzie I zawsze. Nie da się ich nie widzieć jak jesteś w stanie. Nawet nie pomaga zamknięcie oczu. - lekko parsknął tłumionym śmiechem - I możesz lepiej teraz rozumieć czemu było mi łatwiej wyszukać maga.
Mnich się zastanowił.
- Masz szczęście, że Elfy zmniejszyły ilość magii na świecie… Więc… do czego dokładnie potrzebujesz mojej opinii? Raczej nie potrzebujesz mojego zezwolenia, aby rozpocząć własne poszukiwania rekrutów.
Tymczasem z drogi nadszedł głos kroków. Dwie postacie kroczyły spokojnym, miarowym krokiem w stronę wozu: wyposażeni byli jak wojownicy, choć zamiast plecaka podróżnego mieli zaledwie małe toboły na prowiant. Był to Egon i jeden z Norsmenów, których barczysty wojownik przywiódł do Nordlandu, Lars. Brodaty gladiator i korsarz z Morza Szponów unieśli ręce w geście pozdrowienia.

Nagłe, prawie cudowne pojawienie się Egona przerwało rozmowę byłego Łowcy z mnichem, co było trochę na rękę nieoczekiwanemu kultyście.
- Egon, spadłeś z nieba. - przywitał go Heinrich unosząc ręce ku obydwu i podchodząc bliżej swoim kulawym krokiem wspierając się na lasce - Niedawno wspominałem ciebie, a tutaj sam się pojawiasz na moich oczach niespodziewanie.Egon spojrzał na człeka, co wyrzekł te słowa i zmrużył oczy. Egon wcześnej nie miał do czynienia zbyt dużo z jego osobą, choć od Pirory i wielu innych zasłyszał nieco. To - wnioskował Egon - musiał być Heinrich, jednak zdało się, że spotykali się po raz pierwszy, jako że ścieżki losu sprawiały, że Egon dotychczas był albo na obrzeżach, albo też w ogóle poza kultem.
– Tak po prawdzie, to bym rzekł, że urywam się z Norsci – gladiator wyszczerzył zęby. – W interesach przybywam.
- Kosztowności kościelne nie wystarczyły na zapewnienie odpowiednich wygód na miejscu? - fałszywie zasmucił się były Inkwizytor - Czy może już miałeś dość tych wygód i zostawiłeś je Merdze?Mnich też podszedł do Egona kiwając głową na przywitanie wojownikowi.
- Witaj Egonie, skoro już cię mam, chciałem wyjść z ofertą. Co ty i twoi wojownicy powiedzieliby na polowanie? Znalazłem miejsce gdzie można by się zasadzić na niedźwiedzia.
– Wizje i gusła mi nie kwadrują, te od Mergi – Egon skrzywił się, przypominając sobie niejasne wyjaśnienia wiedźmy z północy, którą odratował z lochu. – Ale jeśli stara coś wie, trza będzie sprawdzić, bo i być może, że za jej pomocą wskóra się nieco, a i z czasem miasto podpali. A polowanie… A, zaplowałbym. Niedźwiedź, spora bestia, trza się zasadzić z włócznią, ale topór mieć na podorędziu, onuż, uważasz, najpierw nabijasz, ale łeb jest miękki, tedy topór łatwo wchodzi. Hmm… Astrid by się przydała tu.
Mnich pokiwał głową.
- Wiem od Silnego, że nie możecie oddać czci Krwawemu Wilkowi tak jak przystało. Sądzę, że takie polowanie, na godną bestię, silnego przeciwnika uwieńczona poświęceniu jej czaszki, byłoby na miejscu i pozwoliłoby wam oddać cześć Bogu Krwi. Przy okazji służki Węża by wam wiwatowały i może umiliły powrót z udanych łowów.
– Dobrze pomyślane – odparł Egon, który dotychczas tylko myślał o tym, jak ubić interes z Gnakiem. – Pójdę zatem. Czy impreza łowiecka już zebrana?
Mnich pokręcił głową.
- Dopiero dziś znalazłem miejsce, muszę jeszcze ustalić termin z dziewczynami, no i z wami. Za dwa dni brzmi dobrze?Na to pytanie Egon przystanął i z niepewnością pokręcił głową.
\– Jutro trza nam wybrać się na kurhan – rzekł. – I może być tak, że rzeczy w kurhanie trzymać nas będą dłużej, jeśli się okaże, że znajdzie się tam coś, co myślę że tam jest. Dwa dni… Hm. Lepiej by było dla mnie za trzy dni, jeśli rzecz gracko pójdzie i bez zwlekania.
Mnich pokiwał głową.
- Niedźwiedź nie zając, nie ucieknie. Cztery dni, abyśmy byli bezpieczni. Spotkajmy się przy południowej bramie.
- O, serwus Egon! - Łasica przywitała się z gladiatorem w swój bezpośredni, wesoły sposób. Wracała od strony lasu, z kilkoma gałęziami na przygotowywane ognisko więc dopiero teraz go zauważyła. Wcześniej ich koleżanki pozdrowiły obu przybyłych wojowników skinieniami głowy i uśmiechami. Ale były zajęte noszeniem kocy, drewna, mis z jedzeniem i butelek wina na wieczorną biesiadę więc niezbyt miały okazję wtrącić się w rozmowę.
- Serwus. Dobrze, że przyszliście. Sami widzicie, że pełno tu bab a jakby ci kopytni coś knuli to nawet nie ma kto im porządnie przywalić. Przecież te baby nie będą się bić tylko zaraz uciekną z wrzaskiem. - Silny podobnie wracał z naręczem drewna. Oczywiście o wiele okazalszym niż jego główna rywalka. Ale chociaż z całkiem innych powodów niż ona, to też ucieszył się, z przybycia Egona i Larsa. Uścisnął im prawice i poklepał przyjaźnie po ramieniu.– Dobrze cię widzieć – Egon odrzekł Łasicy. – Jeno nie harcuj za bardzo dzisiaj, bo wiesz, gdzie się wyprawiamy. A przydasz nam się.
Egon, zaiste, poczuł się lepiej nieco, kiedy zobaczył kolejnego z wojowników. Z Silnym robił dobre interesy swojego czasu, dobrze, że był tutaj.
– Jak to zawsze się tu odbywa? – zaciekawił się Egon, który wcześniej nigdy nie był w tych stronach. – Palicie ogniska, Gnak i jego kompanioni przychodzą? Jak to wygląda?
- No palimy bo bez nich ciemno i zimno. No a tak to się ogrzać można i coś zjeść. I lepiej widać tych kozich synów. - Silny skinął łysą głową na drewno układane w stosy. Burgund właśnie podpalała pierwsze ognisko a inni wciąż chodzili do lasu po więcej opału albo przenosili zapasy z wozu na koce.
- A Gnak przychodzi później. Koło północy gdzieś tak. Po prostu wychodzą z lasu. I wtedy rozkręca się zabawa jeśli wiesz co mam na myśli. - Łasica zaśmiała się rozbawiona tym skromnym określeniem. - No ale, że do północy to jeszcze parę dzwonów to przecież nie będziemy bezczynnie siedzieć i czekać nie? - Uniosła brwi w prowokacyjnym spojrzeniu. - No i później przyjadą Soria ze szlachciankami. One najpierw musza uśpić kogo trzeba w domu Rose aby mogły się do nas wyrwać, dlatego jeszcze ich nie ma. - Wyjaśniła jak to zwykle i jak dzisiaj powinny wyglądać to spotkanie z mieszkańcami lasów.
– Mmm… – Egon ujął swą szczękę w zamyślonym wyrazie twarzy.Wojownik przyszedł do lasu robić interesa, ale po prawdzie spodziewał się, że banda zwierzoludzi tudzież ktoś od nich będzie czekać już. Chędożenie co prawda było miłe, jednak wojownik szybko tracił cierpliwość na to, bowiem widmo nadchodzącego turnieju, a także rzecz z jajami Oster zbyt wyraźnie ciążyła na jego umyśle.
– Tu gdzieś chyba też był ten głaz, co nie? – zapytał. – Choć nie znaleźliśmy go.
Wydawało się, że pozostało czekać i chędożyć się z dziewkami, bowiem bramy miasta już niedługo miały zostać zamknięte, zaś zwierzoludzie mieli przyjść dopiero później.
– Szkoda, że nie można iść samemu do nich – rzekł Egon. – Ciekaw jestem, gdzie się ukrywają w tym borze.
- Wiesz Egon, nikt ci nie broni iść w las i ich poszukać. - Łasica uśmiechnęła się ironicznie i wskazała dłonią w stronę lasu. Zmierzch już prawie przeszedł w pełną noc więc widać było zarys najbliższych pni a dalej to była czarna kurtyna ciemności. - Pomożesz zbierać drewno albo co? - Uniosła brwi do góry wskazując wzrokiem na innych kultystów z których większość pracowała nad tym czy innym elementem przygotowywania biesiady. - A głaz ofiarny jest tam. Ten pochylony. Tam przywiążemy Fabienne i Odette. - Pokazała na jeden z tutejszych kamieni od jakiego to miejsce wzięło swoja nazwę. Były obłe i postawione na sztorc. Wysokie na półtorej do dwóch ludzi, ustawione w okrąg. Ale jeden rzucał się w oczy bo był wyraźnie przechylony.
– Głaz ofiarny, co? Pewnie zerżną je obie uczciwie – Egon sarknął. Choć zrozumiał ironię co do samotnego zapuszczania się w bór, wcale nie powiedział, że było przesądzone, że z odpowiednią kompanią nie mógłby się zapuścić dalej w lasy. Komunikowanie się z Gnakiem tylko z pomocą leśnych orgii byłoby męczące. – Dobra idę po to drewno.
- Oh, nie tylko oni. - Łasica roześmiała się z rozbawieniem. - One raczej nie z tych co narzekają, że głowa ich boli jak przychodzi moment na zabawę. - Ta uwaga gladiatora wprawiła łotrzycę w dobry humor. Ale nie zatrzymywała go gdy ruszył w stronę mrocznego obecnie lasu.~

Egon razem z Larsem wypuścili się zatem nieco głębiej w bór, żeby zacząć zbierać drewno. Szczęściem, na wozie było parę mocnych, lnianych worów, które wziął gladiator i jego kompanion.
– Lepsze to niż siedzenie i czekanie – rzekł Egon do Larsa. – Weźmy i nazbierajmy większe ze szczap na ognisko… Coś czuję, że tych cudaków od Gnaka przyjdzie tu przynajmniej tuzin, choćby i więcej. Jak każdy z nich ma chędożyć na przemian Odette i Fabienne, to zajmie im to całkiem sporo, zanim skończą.
I tak, wojownik zaczął zbierać uschłe badyle i gałęzie do swego wora.
- No z nich są niezłe łanie do chędożenia. Widziałem je wczoraj w teatrze. Towar pierwsza klasa. No i jak mają przyjechać wcześniej to można z nimi pogadać zanim rogacze przyjdą. - Lars pokiwał głową na słowa kolegi. W jednej dłoni trzymał improwizowana pochodnię zrobioną z zapalonej gałęzi. Bez niej było już zbyt ciemno aby coś widzieć na dnie lasu. W drugiej ręce trzymał wór do jakiego gladiator mógł wrzucać to co znalazł na ognisko.
Nie minęło bardzo dużo czasu jak obaj mogli usłyszeć trzask gałązek zwiastujący zbliżanie się kogoś innego. Jak i oni szli od strony obozu, tak i podążył też inny kultysta i to nie napalony slaaneshyta ani nie jeden z chłopców Silnego. Heinrich rozglądał się po okolicy jednocześnie zmierzając do obu mężczyzn, nie mając jednak ze sobą laski na jakiej zwykł się opierać.
- Miło czasem wyrwać się od parujących chucią dziewczyn. - odezwał się będąc blisko.
Obaj zamilkli gdy okazało się, że już nie taki młody kultysta do nich dołączył.
- Ja tam na chętne dziewoje nie zamierzam narzekać. To miły dodatek dla wojownika. Ale jak nie przyszedłeś tu z powodu chuci to po co? - Wilk morski odezwał się z zaciekawieniem do Henriego. Akcent zdradzał, że reikspiel nie jest dla topornika rodzimym językiem ale posługiwał się nim całkiem płynnie.
– Pewnie tak samo jak ja chce robić interes ze zwierzoczłekami – Egon dorzucił swoje do pytania Larsa.
Heinrich uśmiechnął się na pytanie Larsa.
- Czy jedyny powód, by tu się pojawić to zaspokoić chuć? To można wszak zrobić w każdym innym momencie z naszymi koleżankami. - podśmiał się dudniąco pod nosem - Zastanawiałem się czy ten las skrywa o wiele więcej niż Zwierzoludzi i z tego, co właśnie zobaczyłem... Oczywiście, że tak. - przesunął wzrokiem po otoczeniu jakby się sycił naturą lasu - Może udałoby się zbliżyć do miejsca, jakie chronią zwierzoludzie. Wiem, że to nie jest przewidziane personalnie dla mnie, ale samo zobaczenie tego część ciekawości by zaspokoiło... Możliwie. Wiecie... Unikanie wszystkiego co nie jest całkowicie na twój smak ogranicza ilość informacji, jaką ktoś odnajdzie. Do tego... - spojrzał na lewą nogę zakrytą materiałem spodni - Chodzenie po lesie to dość dobry sposób na przyzwyczajenie się do chodzenia w ortezie jaką sprawił mi znajomy kowal Silnego, którego mi ten pomógł znaleźć.Egon skinął na słowa Heinricha.
– Mierzi mnie to chędożenie co drugi krok, są jak cholerne króliki. Wszak dupczeniem żem Mergi z lochu nie wydobył… – skrzywił się Egon, ale na jego twarz wstąpił kpiący uśmiech. – Choć Adrienne brała w zadek jak iście prawdziwy weteran kurwich wojen, niby forpoczta na polu bitwy. Podoba mi się, że uległa była… Obaczyłbym kiedy z czasem, bo mnie ciekawi, ile bólu może wytrzymać niewiasta, okrakiem siedząc na żelaznym koniu, spętana linami. A jeśli nie umie, to czy nauczyć się może, jeśli by jej jeno pięść w łono wsadzać co drugi dzień. Klechy z Marienburga, żem słyszał, głoszą, że baby ponoć bardziej odporne na ból są.
Tu machnął ręką, dając tematowi już spokój. Poniechawszy sprawy teatru, Egon wrócił do tego, co mówił Heinrich:
– Gnak może wiedzieć, gdzie jest głaz Norry – rzekł. – Jeśli tak jest, to chyba za darmo tej wiedzy nie da, trzeba będzie okupić ją niewolnikami albo też czym innym… Ale Annikę musiałbym tu samopas w głuszę kiedyś wyprowadzić, co by nas do niego zaprowadziła. Silny rzecze, że być może nas doprowadzi. Choć… Jeśliby kto u nas wprawny w tropieniu był, może by i można wytropić jego cudaków, gdzież tam chadzają… Łatwiej będzie.
- Jak ta Adrienne tak ci się spodobała to pewnie byś musiał z Hubertem gadać jak ją można spotkać na sposobności. Nieźle ją wyćwiczył to pewnie ma swoje sposoby aby się z nią spotkać tak aby nikt nie przeszkadzał. - W świetle pochodni, Norsmen zwrócił się najpierw do swojego towarzysza z jakim przepłynął Morze Szponów na łodzi Widłobrdego. Po czym popatrzył na Henricha. - Ja tam nic nie wiem o tych rogaczach, pierwszy raz ich dziś spotkamy. Ale jak przychodzą na chędożenie to dobrze. Czyli nie na łupiestwo i machanie toporem. Może i przy okazji coś da się z nimi pogadać. A tak, pewnie znają las jak się patrzy. Ale dziś to po nocy ja łazić po lesie nie zamierzam. A na jutro to my z Egonem już mamy pewne plany i całkiem możliwe, że na noc nie wrócimy do miasta. - Korsarz wzruszył ramionami i chyba nie był pewny w jakim kontekście były łowca heretyków mówi o tej wyprawie w las, więc wspomniał tylko o własnych planach na wycieczkę w innym kierunku i celu.
Heinrich machnął ręką.
'- Nie mówiłem o niczym więcej niż o chodzeniu do was i po okolicy. To jedynie mój sposób na przyzwyczajenie się do poruszania w ortezie. - spojrzał na Egona - Tropiłem głównie magów różnego rodzaju, a i tak nie robiłem tego całkowicie sam, więc za speca w tropieniu po lasach się nie widzę. Nie wiem też czy to byłby tak dobry pomysł się tu zapuszczać w ich tereny bez żadnego przygotowania. Mają wszak lepsze rozeznanie w miejscu oraz przygotowanie na intruzów. Muszą mieć, aby nie być po prostu zwierzyną łowną dla chcących z nich oczyścić ziemie Imperium. - uśmiechnął się krzywo - Gdyby wejście do nich było jak spacerek to oddziały armii by dawno ich wyorały z lasów.
– Ich przewagą jest to, że kryją się borze – zawyrokował Egon. – I znają, jak podprowadzić wróg na knieje i jak się ukrywać. Jeśli lasu by nie było, nie byłoby także ich… Ale dobrze prawisz, nie ma się co zapuszczać w głuszę, niech tam te cudaki siedzą, choć pewnie wkrótce będzie i tak, że trza będzie nam się z nimi układać. Zobaczymy, co Gnak powie… Ale wiesz, jeśli sami ten głaz byśmy mogli wytropić, to Gnak byłby nam niepotrzebny. Jedyne, czego się obawiam, że zwierzoczłeki każą sobie płacić za przystęp do głazu albo co podobnego.- Tak planujecie i planujecie co i jak z tymi rogaczami a w ogóle ktoś z was umie się z nimi dogadać? Bo u nas to po naszemu nie gadają. Czasem ktoś od nas nauczy się ich mowy to umie z nimi gadać. Zwłaszcza jak to szaman. Kopytni szanują szamanów. Czyli jak wezmą do niewoli to podrzynają mu gardło na końcu albo trzymają na specjalną okazję! - Zaśmiał się rubasznie na koniec. Ale był ciekaw czy w ogóle południowcy potrafią się jakoś komunikować z tutejszymi zwierzoludźmi. - Są terytorialni to nie sądzę aby z otwartymi ramionami powitali kogokolwiek. Może jak rozpoznają, że to wy, to pierwsza włócznia nie poleci tak aby w was trafić. - Prychnął jakby zdawał sobie sprawę, że chociaż sojusz z kopytnymi jest możliwy to różnice cywilizacyjne między rasami są zbyt duże aby było to coś pewnego i trwałego. - I tak Egonie, mogą coś chcieć za wskazanie kamienia. Jeśli wiedzą gdzie on jest. Ale mogą nie chcieć. Jeśli uznają, że mają w tym swój interes. Jak będa chcieli to trudno, niech powiedzą co i wtedy się zobaczy. A jak nie wiedzą albo nie będa chcieli pokazać to jest jeszcze ta wasza dziewoja ze snami od Norry. - Lars doceniał możliwość nakłonienia Gnaka do współpracy w znalezieniu głazu Norry ale tu był optymistą i nie przejmował się za bardzo trudnościami.
– Taa… Też tak gadam… – odparł Egon. – Ja też po ichniejszemu nie gadam, ale Fabienne i Odette się umiały spiknąć, nie? To jak parę babek gada se ze zwierzoczłekami to co, jak gorszy? Pójdzie dobrze.

Kończąc rozmowę z Egonem mnich wrócił do sług Slaanesh, szybko znajdując i obejmując Łasicę.
- Hej…
- No serwus Otto. Co tam? - Dziewczyna dała się objąć i nie wyrywała się z uścisku mnicha. Wydawała się zaciekawiona z czym przychodzi do niej.
- Chciałem się z wami dziewczynami umówić. - zerknął na pozostałe członkinie kultu Slaanesh - Za cztery dni, przy południowej bramie. Zabieram Silnego, Egona i resztę wojów Krwawego na polowanie na Niedźwiedzia. Wasza obecność i wsparcie podniosłaby ich na duchu… no i poprawiła trochę atmosferę w rodzinie. - pocałował pieszczotliwie szyję łotrzycy - Do tego mężczyźni, którzy właśnie powalili wielką bestię, pewnie zechcieliby jakoś celebrować takie zwycięstwo.
- Mhm. Zapewne między gościnnymi udami chożych dziewcząt. - Tym razem łotrzyca powiedziała to z ironią i raczej nie zdradzała entuzjazmu dla takiego pomysłu. - To po co mamy tam iść Otto? Myślisz, że my sobie czegoś chętnego do chędożenia nie potrafimy zorganizować? Że to dla nas zaszczyt czy wyróżnienie, że będziemy mogły ściągnąć majtki przed wami? - Uniosła brwi dając znać, że wcale nie uważa tego za wyróżnienie. - Rozejrzyj się Otto. - Łotrzyca wskazała głową na polanę gdzie trwały przygotowania do wieczornej orgii. W większości widać było jej koleżanki jak przygotowują koce, wino czy posiłek. - Jak myślisz Otto, jakby wam poszło to układanie się z Gnakiem bez nas? Dalibyście im swoje rzyć czy gardło? - Uniosła brwi aby dać znać, że te pokojowe relacje z plemieniem zwierzoludzi uważa głównie za sukces jej i swoich koleżanek. - I myślisz, że nie wiem jak się Silny czy Tobias o nas wygadują? Że jesteśmy do niczego? Że tylko nogi umiemy rozkładać? Cholera! Nawet po tym co w zimie z Egonem w kazamatach zrobiliśmy! To my tam chodziliśmy codziennie a nie ty, Silny czy ten wymuskany goguś od książek! A teraz przychodzisz do mnie i mówisz, że o rany, rany, możemy pójść z wami w las i obsłużyć wam berło albo się wypiąć byście nas łaskawie wzięli. Jak będę chciała Otto to sama wam obrobię berło, dam się związać albo wychędożyć. Jak będę chciała. - Łasica okazała się całkiem zdecydowana. Tak samo jak wówczas gdy potrafiła wdać się w pyskówkę z Silnym chociaż fizycznie był od niej masywniejszy i groźniejszy. - Ale dobra. Jak chcesz zakopać topór wojenny między nami to mogę powiedzieć dziewczynom. Pewnie się chociaż część zgodzi. Jak będzie potrzebowali więcej ladacznic to mogę je zorganizować. Ale to już sami będziecie musieli im zapłacić. A ja to jeszcze zobaczę czy tam pójdę. Szlachcianki to nie wiem bo im nie tak łatwo wyrwać się z miasta. A nie mogą co drugą noc jechać “malować plener”. Ale to jak przyjadą to sam je możesz zapytać. - Mówiła szybko i zdecydowanie. Wyglądało na to, że nawet jest skłonna wesprzeć ten pomysł chociaż jej osobiście wcale nie przypadł do gustu. Raczej zdawała sobie sprawę z napięć jakie iskrzyły pomiędzy frakcjami kultu.
Mnich westchnął i pogłaskał policzek łotrzycy, czule bez podtekstu.
- Ponieważ cię o to proszę. Silny jest rozgoryczony, wie jak działa służba Wielkiej Czwórce. Ci co mają osiągnięcia dostają nagrody, a cóż może osiągnąć wojownik kiedy zabrania mu się sięgać po broń. Czuje gniew wobec was, ponieważ wy nie macie takich ograniczeń co on. Uważa, że Starszy idzie wam na rękę. Widzę początki ognia w naszej rodzinie i chce je ugasić zanim dojdzie do czegoś złego. - spojrzał w niebo - Mój pomysł był, aby zorganizować dla was piknik. Dużo pysznego jedzenia i wina, coś abyście mogły cieszyć podniebienia kiedy chłopaki oddadzą się swojej wierze. Chędożenie… sądziłem, że przyszłoby jako naturalna kolej rzeczy. - Otto odstąpił od łotrzycy patrząc teraz z odrobiną wstydu w ziemię - Wybacz, że zredukowałem was do czegoś takiego, ale staram się jak mogę, aby utrzymać rodzinę w całości. Nawołuję do waszego oddania Wężowi… najwyraźniej zapomniałem o ludzkim aspekcie tego. Polowanie absolutnie chłopakom wystarczy, więc nie odwołam go, ponieważ was tam nie będzie. - zaczął się najwyraźniej zastanawiać nad innymi opcjami - W sumie, głupie pytanie, ale.. jak dobrze ci idzie z łukiem?- Nie idzie. Nie jestem łuczniczką. Mogę rzucić kuflem albo nożem i to tyle. - Odparła szybko i jeszcze dała się wyczuć ta początkowa niechęć. Ale widać było, że się nad czymś zastanawia. - Jak lady Soria tam będzie to pójdę. - Podniosła głowę aby spojrzeć na mnicha. - A rozgoryczenie Silnego obchodzi mnie tyle co jego moje. Nie dla niego tam bym poszła. On jakby mógł to by mnie utopił w Zaułku Topielców. Zawiść go zżera, że Starszy mnie mianował swoją prawą ręką. Każdy to widzi. Nie jest tak sprytny jak mu się wydaje. Ale jak Soria tam z nimi pójdzie to ja też pójdę za nią. - Widać było, że przepaść wzajemnej niechęci między nią a łysym mięśniakiem jest na tyle duża, że nie będzie łatwa do zasypania. Postawiła konkretny warunek jaki musiałby byc spełniony aby zgodziła się wziąć udział w tym pikniku. A wiadomo było, że ma na tyle autorytetu wśród hedonistek, że jej postawa promieniuje na opinię pozostałych. Nie zawsze słuchały jej bez oporów ale zwykle przynajmniej liczyły się z jej zdaniem biorąc ją za naturalną liderkę. Tylko Soria była niejako ponad ich wszystkimi i dziewczęta powszechnie wydawały się być nią zauroczone.
- Zapytam ją, jak ją zobaczę… - mnich westchnął - Widzę, że zepsułem nastrój… - Otto zastanowił się - W sumie to wyjście było z myślą o Khornitach. Co byście chciałby aby chłopaki zrobili z wami? Mój plan jest, aby połączyć rodzinę tam, gdzie doktryny wasz bogów się spotykają. Więc, co byście chciały zrobić z chłopakami? I nie chodzi mi o spędzenia kilku chwil pasji z nimi. Jak chciałybyście oddać cześć Slaanesh przy ich pomocy?
W pierwszej chwili łotrzyca po prostu wzruszyła ramionami na znak, że nie ma gotowej odpowiedzi. Szurała czubkiem buta po ziemi jakby to miało jej podsunąć jakiś pomysł. Podniosła głowę i popatrzyła gdzieś w mroczny las i tam szukała natchnienia. I nagle spojrzała bystro na jednookiego mnicha. - To może Froya van Hansen? - Uniosła brwi i uśmiechnęła się. - Ona lubi polowania. Kamila, Pirora i Fabienne mają z nią kontakty. Może by ją zaprosiły na polowanie? Oczywiście trzeba by zrobić to dyskretnie i wy też nie kłapcie dziobem bo przecież jest ta cholerna żałoba. No to jakby tam była Froya i by się dała skusić na chędożenie to ja bym była bardzo z tego rada. Pamiętasz jak poprzednio ją spotkaliśmy przy bramie? Tydzień temu? Pamięta mnie! Jako Katyę oczywiście. No ale jak pamięta to pewnie podobało jej się jak jej usługiwałam. No i bardzo bym chciała znowu. To jakby Froya tam była no to na pewno by było ciekawiej. I ona polowania też lubi. Albo się umówice ze zwierzoludźmi. Oni też lubią polowania. Z Gnakiem jak teraz przyjdzie. Albo z tymi co Joachim gdzieś tam spotkał na drodze. To wtedy Silny niech sobie z nimi pogania po lesie na polowaniu czy co tam, nawet za łby niech się wezmą. A my się z nimi wszystkim wychędożymy tak jak dzisiaj. - Wzruszyła ramionami jeszcze raz jakby to kończyło sprawę. I podała w końcu nawet więcej niż jeden sposób jaki widzi jak połączyć pragnienia ich dwóch, zwaśnionych frakcji.
- Jest to pomysł… dziękuję. - mnich ponownie przytulił łotrzycę - Więc.. jak JA mogę się odwdzięczyć za tą pomoc? Potrzebujecie pomocy tutaj, czy potrzebujecie ofiary do pomęczenia?
- Ofiary do męczenia to niedługo pewnie przyjadą i od wczoraj już się nie mogły doczekać tego męczenia. - Łasica uśmiechnęła się półgębkiem, świadcząc, że psotny humor jej wrócił. - No ale jak ci mówiłam przy wozie. Będę dzisiaj bardzo zalatana, zwłaszcza jak Gnak ze swoimi ludźmi przybędzie, no to jak byś miał na coś ochotę Otto to dawaj teraz. - Zaśmiała się zalotnie i popatrzyła mu prosto w ostatnie oko. - I miło by było jakby Lilly dziś miała okazję zabawić się z którąś ze szlachcianek. Bardzo je lubi. To chyba nie powinno być trudne. Przecież raczej nam nie odmawiają. I rozmawiałam z Onyx. Mam wrażenie, że gdyby mogła to by ściągnęła Gendę do siebie. Tylko wiadomo jak kopytni nie cierpią zwierzoludzi. W ogóle rozmawiałyśmy z dziewczynami, że to trochę się dłuży jak tyle trzeba czekać na to spotkanie tutaj. Myślisz, że dałoby się jakoś zorganizować chociaż jednego czy dwóch gdzieś w mieście? Tak aby byli bardziej pod ręką? - Zaciekawiła się czy mógłby pomóc w realizacji fantazji jej i koleżanek.
Mnich kiwnął głową w stronę wozu, zabierając tam łotrzycę.
- Jeżeli jeszcze masz na mnie ochotę po tym co powiedziałem… - ucałował jej szyję i zaczął powoli schodząc niżej rozpinając i zsuwając jej spodnie - Spróbuję ponawigować Fabianne i Lilly, aby się spotkały. - uklęknął przed kobietą napawając się widokiem jej nagiego krocza - Co do przeprowadzenia kopytnego do miasta… mało prawdopodobne. Oni nie lubią cywilizacji… - dłoń mnicha sięgnęła do kobiety rozpoczynając pieszczoty - Możnaby ustalić jakieś miejsce bliżej, gdzie możnaby organizować spotkania. - usta mnicha zaatakowały kwiat Łasicy, pozwalając jej rozpłynąć się w dostarczanej przez niego przyjemności.- No wiem, że nie lubią miasta. Ale myślałam, że może jednak znajdzie się jakiś sposób. Przecież wina, jedzenia i kobiet by im nie brakowało. A bliżej niż te kamienie to wątpie aby się coś znalazło. Przecież tu jest prawie za rogatkami miasta. - Łasica dała się udobruchać na tyle aby przyjąć pieszczoty kolegi. Pozwoliła mu się całować, rozebrać i pieścić. I widać było, że to zaczyna przynosić efekty i jest coraz bardziej skłonna na te figle.
Mnich odsunął na chwilę usta od ud kobiety i spojrzał na nią głodnym wzrokiem.
- Więc jedyna opcja to dać jednemu w łeb i zaciągnąć na siłę do miasta. - wrócił do pieszczenia kobiety ustami, zastanawiając się jak długo będzie w stanie racjonalizować plan.
- Albo poprosić Sorię. Albo Gnaka. Gendę. No albo spić i zaciągnąć na wóz aby wrócił z nami. - Łotrzyca oddychała coraz szybciej, mówiła coraz krócej ale widocznie też miała kilka swoich pomysłów. Stała oparta o burtę wozu i palce zanurzała we włosach mnicha.
- O, już zaczęliście? - Lilly co przyszła coś wziąć z wozu, zaśmiała się życzlwie widząc pierwszą parę kochanków tego wieczora. Ale zostawiła ich i weszła do środka aby wziąć jakiś garniec.
Mnich jedynie puścił mutantce oko kiedy przechodziła, jego dłonie powędrowały do pośladków łotrzycy przyciskając ją silniej do jego twarzy.
- Nie przejmuj się mną, oddaj się temu. - wymruczał spomiędzy jej nóg.
Lily po chwili wróciła z wozu z jakimś pakunkiem i wróciła w stronę ognisk, zostawając parę kochanków za sobą. Widząc, że miejsce na wozie się chwilowo zwolniło, Łasica złapała za rękę mnicha i pociągnęła go do tylnej klapy wozu. Tam usiadła na skraju i rozchyliła swoje zgrabne nogi aby udostępnić swoje wnętrze koledze. I po chwili już oboje mogli oddać się przyjemności. Z wozu dochodziły ciężkie, szybkie oddechy i rytmiczne skrzypienie drewna. -

Wieczór; Zachodnie Kamienie
Kiedy Fabienne I Odette przybyły mnich przywitał je pokłonem i ucałowaniem dłoni.
- Witam młode matki. - uśmiechnął się ciepło do kobiet - Jeżeli jest potrzeba lub chęć na przyjęcie kolejnej dawki, to be proszę się nie krępować. - przybliżył się aby wyszeptać kobietom konspiracyjnie - A jeżeli jest Ochota na rozgrzewkę przed naszymi zwierzęcymi gośćmi, to wiem że Lilly o was marzy ..
Zauważywszy Marissę mnich ucałowa służę.
- Witaj, witaj moja droga, ciebie również zapraszam do dołączenia do grona w jakim znajduje się twoja pani.- O, Otto, a masz jeszcze trochę tych pieszczoszków? Muszę powiedzieć, że po wczorajszych zabawach, dziś czuję takie jakby łaskotanie w brzuchu. Mam nadzieję, że zaczyna się ta przyjemność wielu kochanków wewnątrz co Fabi tak barwnie opisuje. - Odette wydawała się być przyjaźnie nastawiona do idei ponownego zasiania dziedzictwem Oster. I popatrzyła zalotnie najpierw na mnicha a potem na swoją bretońską koleżankę.
- Oddi bardzo te pieszczoszki przypadły do gustu. Nie może się doczekać aż je poczuje w pełni. Oczywiście Otto, że bardzo chętnie przyjmiemy kolejną dawkę tych maleństw. - Czarnowłosa szlachcianka odpowiedziała ze swoim charakterystycznym akcentem z zachodniego sąsiada Imperium. Artystka słysząc to roześmiała się z rozbawienia.
- Oh naturalnie Otto. Zwłaszcza jakbyś miał tą sprytną zabawkę co wczoraj. Bardzo chętnie jej użyję na Fabi ale jakby jeszcze jakieś chętne dziewczęta były to naturalnie też. - Aktorce widocznie także spodobało się osobiste zasiewanie innych kobiet, jakiego miała okazję spróbować wczoraj w teatrze. Zaś von Mannlieb zdawała się także chętna i na takie zabawy.
- I Lilly mówisz? No rzeczywiście, wczoraj jakoś się rozminęłyśmy. - Czarnowłosa rozejrzała się po oświetlonej ogniskami polanie aby wyszukać liliowłosą mutantkę. Dość szybko ją odnalazła. - Oddie, myślę, że Lilly by dobrze do nas pasowała na ten wieczór, nie sądzisz? - Spojrzała na śpiewaczkę o miodowych włosach. Te także przez chwilę przyglądała się odmieńcowi w spódnicy jakby ją oceniała
- Myślę, że masz rację Fabi. Przyda nam się coś na przekąskę przed głównym daniem. - Artystka wydawała się być w na tyle dobrym humorze, że była skłonna zabawić się także z kopytną, dwupłciową mutantką. Tą chwilę wykorzystała Marissa aby przywitać się z mnichem.
- Witaj Otto. Miło cię znowu widzieć. - Uśmiechnęła się i chętnie dała mu się pocałować. - Mam zamiar trzymać się mojej milady. Chociaż ma ona na dzisiaj bardzo niecne zamiary. I lady Odette zresztą też. - Przyznała jakby nie była pewna czy sprostałaby takim wyzwaniom jakim miały ochotę się poddać obie szlachcianki.
Mnich zerknął w kierunku pozostałych kultystów.
- Lilly, możesz podejść proszę?! - zawołał do kopytnej mutantki i zerknął na dwie szlachcianki - Chyba dacie sobie dalej radę beze mnie. - sięgnął pod habit wyciągając znaną Odette zabawkę i kontener na jaja much - I chyba nie muszę tłumaczyć tego.
Wrócił uwagą do Marissy.
- Chciałem zapytać bardziej, czy nie byłabyś zainteresowana przyłączyć się do grona matek naszych larw. Odette chyba może potwierdzić, z tego co widziała, że poród jest niezwykłym przeżyciem.
Odmieniec o liliowych włosach żwawo podeszła do ich grupki z wyraźną nadzieją w oczach i nieśmiałym uśmiechem. Zaś miodowłosa szlachcianka bardzo ucieszyła się widząc tą samą zabawkę jakiej używali wczoraj w teatrze. - Oh cudownie! To teraz możemy sobie pofolgować! - Roześmiała się radośnie zaglądając też do naczynia z miękkimi, lepkimi jajami much Oster.
- Lilly, może być miała ochotę napić się z nami wina? - Bretonka chociaż była ubrana w spódnicę zwykłej szwaczki albo służącej, dalej nie traciła gracji szlachcianki gdy zaprosiła mutantkę do wspólnych harców.
- Oczywiście! Ja tam przygotowałam jedno posłanie. Podłożyłam liści pod spód aby wygodniej było. I dałam dwa koce na to. - Lilly ochoczo wskazała dłonią na okolicę jednego z ognisk, skąd właśnie przyszła.
- Brzmi cudownie. - Bladolica czarnulka obdarzyła ją uśmiechem jakby właśnie dostała zaproszenie na jakiś elegancki bal w posiadłości jakiegoś magnata.
- Ja myślałam o tym. I mogłabym spróbować. Co prawda wolałabym pająki. We śnie widziałam pająki, pajęczyny i kokony. Jak po mnie chodziły i pieściły mnie a potem owinęły mnie w kokon. No ale jak nie ma pająków to muchy też mogą być. W końcu one też są od Sióstr. - Marissa mówiła jakby dużo chętniej oddała się pająkom ze swoich snów ale przynajmniej była skora dać się zasiać także muchom.
- Nie pożałujesz moja droga. Za parę dni sama się przekonasz. A kto wie? Może w końcu znajdziemy te pająki o jakich śnisz? - Bretońska milady pogłaskała swoją pokojówkę po ramieniu aby ją dodatkowo zachęcić. A ona pokiwała do nich obojga głową na znak zgody i uśmiechnęła się pogodnie.
Otto kiwnął głową.
- Podejrzewam, że na pająki będziesz musiała poczekać, aż Sorem wraz ze swymi siostrami u nas nie zagości. - zerknął na trójkę kobiet - Na razie raduj się przyjemnościami, one sprzyjają naszym celom. A dołączenie do grona matek naszej hodowli ucieszy naszego kolegę aptekarza.- delikatnie pchnął Merissę w kierunku Fabienne, Odette i Lilly - Moje drogie, macie kolejną do baraszkowania na kocu.
- No oby. - Marissa pokiwała głową ale trójka pozostałych kobiet już wyciągała po nią swoje chętne ramiona.
- Chodź, chodź Mari. Co będziesz tak stać sama. - Jej pani wzięła ją pod ramię i zaczęły iść w stronę legowiska przygtowanego przez Lilly. - Jakbyś Otto miał ochotę do nas dołączyć to zapraszamy. - Rzuciła zalotnie do mnicha. A Odette złapała pod ramię mutantkę i we cztery, śmiejąc się i rozmawiając wesoło, przeszły pomiędzy ogniskami i kultystami do rozłożonych koców na jakie zapraszała ich kopytna.
- Dacie sobie radę beze mnie moja pani. - zapewnił mnich - Ja muszę jeszcze zająć się twoją drugą służką. Kto wie, może z nią mi się uda. - uśmiechnął się łobuzersko - Nie zepsujcie tylko tej zabawki, na drugą będzie trzeba czekać.
Wykonawszy swoją posługę dwóm szlachciankom Otto zajrzał do ich wozu.
- Piroro, miło cię widzieć i wiem, że wiele osób ubolewa, że się nie przyłączysz.- zerknął następnie na Annikę.
- Anniko, mam nadzieję, że lepiej się czujesz. Mogę cię zabrać na chwilę? Chciałbym porozmawiać na osobności.- Ktoś musi tu zostać trzeźwy, czysty i ubrany. - Priora widocznie nie zamierzała zmieniać zdania co do swojej abstynencji w dzisiejszych zabawach integracyjnych. Większośc gości miała odmienne zdanie więc jej postępowanie miało swoją logikę. Annika spojrzała na mnicha jakby się chwilę zastanawiała nad odpowiedzią. Po czym bez słowa wzruszyła ramionami, wstała z konara a jakim siedziała i ruszyła obok jednookiego czekając aż ten wyjawi jej o czym chce z nią porozmawiać.
Mnich odsunął ich od reszty zgromadzenia.
- Spokojnie, nie planuje włączyć cię do listy kobiet, z którymi spędziłem noc. No chyba, że sama zechcesz. - mnich starał się rozluźnić sytuację przed cięższą rozmową - Chodzi o twoje sny i gdzie cię wiodą. Potrafisz przypomnieć sobie cokolwiek?Czarnowłosa pokojówka bretońskiej milady szła kawałek w milczeniu. Szli na pograniczu światła bijącego od ognisk i mroku jaki opanował las. W centrum obozu zabawa zaczynała się rozkręcać. Słychać było wesołe głosy, śmiechy, przekomarzania się, flirty. Pojawili się pierwsi tańczący, głównie kobiety. Tam i tu ktoś już zaczął się obejmować i całować. Frywolna atmosfera promieniowała od centrum obozu. Annika zerkała tam czasem ale głównie przed siebie i pod nogi aby się o coś nie potknąć w półmroku.
- W las. Biegnę przez jakieś miasto. Chyba to nasze ale nic nie rozpoznaję. A potem w las. Aż dobiegam do tego wielkiego kamienia. Czarny i jakby złote, ogniste pęknięcia miał. I czaszki. I kości. Pełno tego dookoła tego głazu. I broni. Różna, stara i świeża. Wygląda jak pobojowisko. Ale gdzie to jest to nie wiem. - Wyrzuciła z siebie co jej się ostatnio śniło.
Mnich westchnął.
- Nic nowego więc… nie pamiętasz, w którym kierunku cię wzywał? Również widziałem ten głaz i ciebie, w moich snach. Oraz wojownika, z którym walczysz. Czasem wygrywasz, czasem przegrywasz… - jednooki pokręcił głową, nie podobała mu się ta niepewność. Nie czuł jakiegoś przywiązania do Anniki, jednak obawiał się, że jej niepowodzenie może rzucić cień na kult, lub jego samego w oczach Khorne'a - Niestety jestem zbyt rozrzucony między wszystkimi czterema, aby wyczuć silniejszy zew.
- Nie wiem. Sam wiesz jak jest w lesie. Same drzewa a wszystkie wyglądają tak samo. - Pokojówka wzruszyła ramionami na znak, że niezbyt potrafi określić jakieś dokładniejsze detale ze snu. - Ale chyba na południe. - Zreflektowała się po paru krokach. - Bo pamiętam, że jak się szarpałam ze strażnikami to przy Południowej Bramie. Zawsze tam mnie łapią. - Spojrzała na mnicha czy to mu jakoś pomoże. - Zawsze mi się wydawało, że ten zew mnie wezwie i po prostu dobiegnę do tego kamienia no to już tam będę. - Przyznała, że miała cichą nadzieję, że ten zew sam ją doprowadzi na miejsce.
- Gdyby był łatwy do znalezienia… pewnie dawno ktoś by go zniszczył. - mnich się zastanowił - Południe mówisz… może uda się Gnaka jakoś o to zapytać. - coś zaczęło chodzić jednookiemu po głowie - … A gdyby tak… do porozmawiania z Fabienne… - mruczał przez chwilę do siebie - Wybacz, wybacz… plany. Może w sumie zapytam ciebie co o tym sądzisz. Gdybym tak spędził kilka nocy w rezydencji twojej pani? Gdzieś na ganku, strychu czy gdzieś, żeby nie wpaść w tarapaty z tą jej opiekunką. Kiedy nadejdzie kolejny zew byłbym w pobliżu i mógł bezpiecznie cię odprowadzić poza miasto.- Nie wiem, to milady musisz się zapytać. To jej dom. - Annika wzruszyła ramionami na znak, że nie czuje się decydować za swoją panią kto i gdzie może u niej nocować. - Ja to się zastanawiałam czy jakoś nie mogłabym nocować w lesie. To może bym z tymi strażnikami przy bramie nie musiała się szarpać. Bo tam to mnie zawsze łapią. Potem moja pani musi mnie od nich odbierać. A jak bym była w lesie to już za bramą. Tylko nie wiem kiedy następny sen będę miała. Bo one nie są każdej nocy. - Czarnowłosa pokojówka zwierzyła się ze swoich przemyśleń na ten temat. Zdawała sobie sprawę, że może i w tym amoku w jakim wywoływały w niej sny to i ulice miasta jakoś by pokonała. Ale stały posterunek strażników przy bramie był wąskim gardłem jakie trudno było sforsować. Zwłaszcza jak było ich tam przynajmniej kilku to i rosłego męża mogliby pokonać a nie tylko jedną służącą.