Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
Kultyści - Lato 2519
-
Mnich westchnął patrząc przez chwilę w swój sufit.
-Wiece… byłoby o wiele łatwiej, gdybyście dały bardziej jasny znak. -podniósł się z łóżka rozpoczynając poranną toaletę.
Wychodził właśnie z mieszkania kiedy sobie przypomniał, że jego sen oznaczał pewnie podobną sytuację wśród innych dotkniętych…
Biegiem ruszył w kierunku rezydencji von Mannlieb, miał nadzieję, że Anika nie uciekła znowu.Bretońska hedonistka mieszkała w innej, znacznie lepszej dzielnicy. Tam gdzie lokowali się ci bogatsi i znaczniejsi. Ubogiego mnicha nie było stać na takie lokum. Więc miał spory kawałek do pokonania. Ale drogę znał bardzo dobrze. Więc po jakimś pacierzu znalazł się zdyszany przed żeliwną, solidną furtką. Była zamknięta tylko na klamkę. Ale do frontowych drzwi już musiał zapukać i poczekać aż ktoś mu otworzy. Wydawało mu się, że czekał strasznie długo. Jednak drzwi otwarły się i stanęła w nich Marissa.
-O, Otto. Witaj. Dobrze, że jesteś. Annika znów miała atak. Musieliśmy ją przywiązać do łóżka. Chodź. -Przywitała się z nim z zaskoczeniem ale i ulgą. Wyszeptała mu szybko te parę słów nim gestem nie wskazała mu aby poszedł za nią. Po drodze minęli tą srogą, starą majordom która ich oboje obrzuciła srogim i podejrzliwym spojrzeniem. Ale nic nie powiedziała. Służąca zaprowadziła gościa do już dość dobrze mu znanego salonu w jakim zwykle przyjmowała go główna gospodyni. Ale tu musiał na nią poczekać. Marissa wyszła i znów wydawało mu się, że strasznie długo jej nie ma. Aż drzwi nie otworzyły się i weszły obie z milady.
-Oh Otto, witaj przyjacielu. -Fabienne też chyba ulżyło, że go widzi. Ale mówiła trochę głośniej niż zwykle póki Marissa nie zamknęła za nimi drzwi na korytarz. -Oh miałam bardzo barwny sen. Ale to później ci opowiem. Annika chyba też. Znów się zrywała aby biec ale udało nam się ją powstrzymać. Przywiązaliśmy ją do łóżka. Ale znokautowała jedną pokojówkę i lokaja. -Wyszeptała zdenerwowanym głosem gdy już stali naprzeciwko siebie.
-Brzmi jak ona. -westchnął mnich -Też miałem sen, dlatego przybiegłem. Podejrzewałem, że Anika dostanie napadu. Mogę ją zobaczyć? -mnich delikatnie się rozejrzał, przy okazji spoglądając na obie kobiety czy nie uda mu się ujrzeć czegoś więcej. Pomimo wczorajszego chędożenia nie odmówiłby sobie podziwiania piękna tych bladolicych.Milady przygryzła wargę jakby zastanawiała się nad tym chwilę. Ale dziś musiała wstać na tyle wcześnie, że miała już zrobiony makijaż i włosy. Chociaż nie aż tak wytwornie jak wczoraj wieczorem w teatrze. Suknie też miała skromniejszą chociaż i tak mieszczki raczej nie byłoby na taką stać. I ładnie uwypuklała jej dekolt i smukłą talię. A nawet jak patrzył na jej brzuch to w ogóle nie było po niej widać, że ma w sobie kłębiące się dziedzictwo Sióstr. Marissa wyglądała jak służka. Podobnie do Margo chociaż może suknię miała ciut lepszą i nawet ją było stać na ładne spinki we włosy. Teraz jednak wyglądała na zmartwioną całą nocno-poranną sytuacją.
-Dobrze. To chyba nawet lepiej jak mnich ją zobaczy. Już mi ta stara jędzia próbowała insynuować aby wezwać kapłana do Anniki. Chodź i zobacz co z nią ale tak aby wyglądało, że się modlisz za nią czy coś takiego. -Szlachcianka chociaż była panią tego domu musiała szeptać bo obawiała się, że wszyscy poza dwiema byłymi pacjentkami hospicjum będą donosić jej mężowi jak wróci. Po czym odwróciła się i oboje ruszyli do wnętrza domostwa a jej zaufana pokojówka za nimi. Przeszli do pokojów służby i gdy Bretonka otworzyła drzwi ukazała się dość zwykła izba. Pod każdą ze ścian było jedno, proste łóżko. Podobne miał u siebie w domu. I jedno było puste i sprawnie zasłane a na drugim leżała kobieta. Od razu rzucało się w oczy, że jest przywiązana pasami, liną i czym się jeszcze dało do łóżka. A na jej poduszce są rozrzucone czarne włosy. Milady podeszła pierwsza i popatrzyła na nią. Annika oddychała ciężko i miała spocone czoło. Dlatego wyglądała na chorą. Na ramionach i knykciach pięści widać było siniaki, otarcia i zadrapania jakie świadczyły o zmaganiach sprzed paru dzwonów.
-Nie wiedziałam czy można już ją rozwiązać czy znów będzie miała ten atak. -Fabienne przyznała się do pewnej niewiedzy i bezradności w tej sprawie. I popatrzyła na Otto czy może coś poradzić w tej sprawie.
Mnich podszedł do Aniki i westchnął.
-Ani..? Słyszysz mnie? Możemy porozmawiać? -przyklęknął obok czarnowłosej dziewczyny -Znowu wzywa cię głaz prawda?-Tak, mamrotała coś o jakimś głazie. Chyba w lesie. Mówiła, że musi tam iść. -Fabienne widząc, że przez chwilę nic się nie dzieje wyszeptała cicho. Marissa została przy drzwiach i obserwowała ich z przejęciem. I gdy już wydawało się, że czarnowłosa nie zareaguje to jednak przemówiła.
-Tak, głaz… Muszę do tego głazu… I zabić strażnika… Ona mi każe, ona mnie wzywa… Puśćcie mnie! -Wymamrotała sennie i szarpnęła się. Ale dość słabo to wyglądało. Jakby jej ciało było zbyt osłabione aby się znów zerwać i pobiec.
Mnich rozwiązał jedną rękę Aniki i delikatnie ujął jej dłoń.
-Hej, hej… wiem, że cię wzywa. Do mnie też dziś w nocy mówiła. I widziałem cię. Jak odnajdujesz ten głaz i mierzysz się ze strażnikiem. -mnich się uśmiechnął -Nie jesteś jeszcze gotowa, nie zawsze wygrywasz w moim śnie, a ja chcę abyś wygrała. -nie puszczał dłoni swej byłej pacjentki, ale starał się skupić jej uwagę na sobie -Czy możesz mi cokolwiek powiedzieć o tym gdzie cię wzywa?-Do lasu. Głaz jest w lesie. Biegłam do niego. I polana. On jest na polanie. I tam są czaszki. Różne. I broń. Też różna. I strażnik. Wyzywam go i walczymy. I rzeka. Albo strumień. Biegnę przez niego. Potem mam wszystko mokre. Ale to nic. Biegnę dalej. Aż do głazu. Ten głaz mnie wzywa. Ona mnie wzywa. -Mamrotała sennie dziewczyna. Dłoń miała wiglotną od potu. Fabienne podała kubek wina mnichowi aby mógł ją napoić. Wiedział, że pewnie chodzi o jakiś strumień a nie rzekę Salt. Ta była zbyt szeroka i głęboka aby dało się ją przejść w bród.
Mnich delikatnie napoił pacjentkę.
-Też go widziałem. -zapewnił Anikę -Głaz, polanę, kamień i czaszki i broń. -pogłaskał dłoń kobiety nie przejmując się jej wilgocią -Czy ciągle słyszysz zew moja droga? W tej chwili? Czy możesz jednak pójść spać? Odpocząć?
-Nie. Straciłam go. Straciłam… -Czarnowłosa nagle otworzyła oczy i popatrzyła na mnicha całkiem trzeźwo. Po tym wyznaniu się rozpłakała nad swoją stratą. Fabienne współczująco pogłaskała ją po policzku.
-Chyba możemy ją teraz rozwiązać? -Popatrzyła na mnicha pytająco.
-Tak. -mnich pomógł rozwiązać Anikę i ją delikatnie przytulił -Wiem, kochana. Wiem, że to nie łatwe. Co powiesz na to, przyjdę dziś wieczorem i dam ci pozamiatać mną podłogę. Co ty na to? Pewnie nie raz chciał mi spuścić łomot w hospicjum.
Była pacjentka nie odpowiedziała w jakiś zrozumiały sposób. Wtuliła się w habit i ramiona mnicha i płacz wstrząsał jej ciałem. Jej milady troskliwie pogłaskała ją po włosach i patrzyła współczującym głosem. I też próbowała ją rozweselić jak mnich tylko na swój sposób.
-Albo jeśli chcesz pójdziemy z Marissą do łazienki. I będę twoją łaziebną. Albo obie będziemy. -Wskazała na drugą pokojówkę a ta energicznie pokiwała głową, że jest chętna w ten sposób pomóc koleżance. Ta jednak wymruczała coś niezrozumiale i szloch zaczął cichnąć. -Może się prześpij moja droga. -Zaproponowała w końcu widząc, że chyba wreszcie czarnowłosa osłabiona tymi zmaganiami, zaczyna zwyczajnie zasypiać.
Mnich delikatnie ułożył dziewczynę na posłaniu i przykrył ją, po czym zerknął na Filię.
-Powinno już być dobrze, zew utrzymuje się na ogół tylko w pierwszych momentach. -Otto wstał z łóżka Aniki i zerknął na Fabienne -A was moje drogie wszystko w porządku?
Słysząca zew Norry przewróciła się na bok, nakryła kołdrą i wyglądało na to, że wreszcie zasnęła. Widząc to milady odetchnęła z ulgą. Gdy mnich ją zagaił uśmiechnęła się delikatnie.
-Tak, dziękuję Otto. Miałyśmy dość gwałtowną pobudkę rano -wskazała na łóżko z zasypiającą pokojówką -Ale poza tym w porządku. Nic nam nie jest. Przynajmniej miałam czas aby przygotować się na dzisiejszy wieczór. To znaczy najpierw z koleżankami jedziemy do domku de la Vegi. W plener, same szlachcianki, żadnych kawalerów aby nie było plotek oczywiście. No ale wieczorem zamierzamy dołączyć do was przy kamieniach. -Mówiła przyciszonym głosem ale z nutką ekscytacji jak na czekającą ją, emocjonującą przygodę.
-Nie wiem czy dam dziś radę. -przyznał ze smutkiem mnich -Trochę za bardzo oddałem się pokusom Węża ostatnimi czasy. Zaniedbałem swe powinności co do pozostałem trójki i pora to trochę poprawić. Udaję się dzisiaj z przewodnikiem znaleźć miejsce na piknik dla was i chłopaków Krwawego.
-Ależ Otto, co ty mówisz? -Bretonka zaskoczona spojrzała na niego i na Marissę, jakby sprawdzała czy ta też to słyszy. Obie wyglądały na zdziwione. -Ja chciałam zabrać Marissę. Nie wiem czy będzie chciała dołączyć do naszej zabawy ale niech przyjedzie i zobaczy czy by miała ochotę. Nawet rozmawałyśmy czy by jej nie zasiać. Bo z tego co ta stara wiedźma mówiła na zborze to może jak te czerwie są od Sióstr, to jakoś to pomoże w tych snach. -Szlachcianka spojrzała na służkę. A ta skinęła głową potwierdzając jej słowa. -No i sam wiesz, że nie co dzień jest taka szansa spotkać się w takim gronie jak dziś wieczór. -Wzięła go za rękę i położyła na swoim jędrnym dekolcie. Wyczuł jej gładką skórę i regularny rytm bicia serca. -Mógłbyś mnie zasiać znowu. Bardzo mi się to spodobało. Wczoraj było cudownie. Myślałam o ustach. Jeszcze nie próbowałam w usta. Jestem ciekawa jakby to było. Ale oczywiście tam na dole też chętnie przyjmę nowych gości. -Uśmiechnęła się ciepło wskazując palcem na swój dół. -No nie będę cię zmuszać Otto ale byłoby miło jakbyś tam dziś wieczorem był. No ale jeśli masz jakieś plany co nie możesz ich przełożyć to rozumiem. -Próbowała poprosić go aby jednak przybył na dzisiejsze, wieczorne spotkanie ze zwierzoludźmi. Jednak subtelnie aby nie czuł się zmuszany. I ostatecznie była skłonna przyjąć jego odmowę.Mnich uśmiechnął się.
-Postaram się zjawić, ale tylko na zasilanie. Chciałem też spędzić trochę czasu z Aniką jak już odpocznie, jeżeli oczywiście nie masz nic przeciwko, moja pani.-Ależ Otto, kogo ty chcesz oszukać? Mnie czy samego siebie? -Brwi czarnowłosej szlachcianki nieco uniosły się do góry a twarz okrasił ciepły, łagodny usmiech. -Przecież o zmroku zamykają bramy. Więc albo zostaniesz w mieście do rana albo zostaniesz z nami do rana. -Łagodnie mu przypomniała o tej codziennej, miejskiej rutynie. -Byłoby miło gdybyś do nas dołączył. Oddie wczoraj była zachwycona tym wieczorem z tobą, Laurą, czerwiem i zasiewaniem. Bardzo jej się to spodobało. Nawet się zastanawiałam czy dziś wieczór byś nie mógł przynieść tych czerwi i jaj jeszcze raz skoro tak jej to przypadło do gustu. A sam wiesz jak, że to nie jest jakaś podrzędna aktoreczka i dobrze jest zabiegać o jej względy. Już pomijam, że to przecież całkiem przyjemne a to bardzo ponętna kobieta jest. No i dziś ty pomożesz nam, może jutro my pomożemy tobie. Czy potrzebujesz jakiejś pomocy z tym piknikiem? Nie słyszałam o nim wcześniej. To jakaś nowa inicjatywa? -Bretonka starała się przekonać jednookiego aby się nie obwiniał i dziś wieczorem jednak dołączył do hulanek z Gnakiem i jego ungorami. Nawet była gotowa pomóc jakoś w planach mnicha co do wspólnego pikniku dla pogodzenia różnych frakcji chociaż na razie niewiele jej zdradził szczegółów na ten temat.
-A z Anniką możesz zostać oczywiście. Na razie jak widzisz zasnęła. Wreszcie. Ale możesz zostać teraz albo przyjść później. Jeśli chcesz mogę ją zabrać wieczorem do kamieni. Wtedy sobie porozmawiacie. I tak o tym myślałam. Marissa jest chętna nam towarzyszyć, Anniki nie byłam pewna czy by ją to interesowało. Na a po dzisiejszym poranku myślałam, że lepiej aby trochę odpoczęła. No i zwykle po takim ataku jest parę dni spokoju zanim ma następny więc liczę, że dziś wieczorem nie będzie miała kolejnego. -milady von Mannlieb zaproponowała także kilka rozwiązań jak mnich mógłby spotkać się dziś z jej narwaną służącą.
-Jeżeli nie będę musiał wybierać między wami a Anniką… to oczywiście się udam. Chociaż będę musiał przeprosić Gnaka, że tym razem nie zadowolę któregoś z jego stada. -mnich się uśmiechnął -Piknik to moja inicjatywa. Chłopaki od Krwawego czują się… zagrożeni waszym sukcesem, szczególnie, że nie mogą się w pełni oddać czczeniu swego patrona. Mam plan zabrać ich na polowanie, na niedźwiedzia, muszą pokazać swoją siłę. Chciałem was zabrać abyście im wiwatowały, no i po takim zwycięstwie, pewnie by chcieli świętować.
-Oni się czują zagrożeni? Przez nas? Przecież my jesteśmy słabe kobiety a każdy z nich to mocarz co mógłby każdą z nas złamać w pół. -Brwi Bretonki skoczyły do góry z zaskoczenia takimi rewelacjami. Fizycznie oczywiście miała rację. Mało która z kultystek Sorii była sprawną wojowniczką jaka mogłaby stanąć w szranki z Silnym czy Egonem. -No ale dobrze, jeśli jakoś mogę ci pomóc to spróbuję. Chociaż no rozumiesz, że mnie, jako szlachciance i małżonce niezbyt wypada się włóczyć po lasach. Może jakbym była jak Froya ale nie jestem. No ale mogę wam Marissę podesłać do pomocy. -Wskazała na stojącą obok pokojówkę a ta pokiwała głową na znak zgody. -Ja bardzo chętnie bym się wdzięczyła w lesie do waszych chłopców no ale musiałabym mieć jakiś rozsądny pretekst aby tam akurat tego dnia pojechać w las. -Podpowiedziała mu jak można by to zrobić chociaż sama na razie nie miała dokładnego pomysłu na taką zasłonę dymną. Natomiast zwykle była chętna na wszystko co było związane z hedonizmem i rozkoszami więc i pokładanie się z mężami niskiego stanu nie było jej niemiłe.
-A jak chcesz polowanie na niedźwiedzia to słyszałam, że Mroczny Zagajnik jest dobry. Ja tam nie byłam ale rozmawiałam z zacnymi kawalerami no i Froyą, to o nim mówili. -Podpowiedziała mu kolejny pomysł. Chociaż sama nazwa obiła się mnichowi to też tam nigdy nie był i nie miał pojęcia gdzie tego szukać. -A jak tak chcesz pobyć z Anniką to mogę ją dziś zabrać na spotkanie. Przecież nie musi się z nikim pokładać jeśli nie będzie chciała. Może zostać na wozie i popatrzeć. Pirora pewnie znów tak zrobi to by były przynajmniej we dwie. -Zgodziła się też wziąć ze sobą śpiącą obecnie służącą jeśli takie życzenie miałby kolega z kultu.
-Oh jestem pewny, że odpowiadałoby ci być zgiętą w pół przez Silnego. -uśmiechnął się mnich -Mroczny Zagajnik? Pogadam z przewodnikiem o tym. -Otto się zastanowił chwilę czy zostało mu jeszcze coś do ustalenia -Jeżeli mogłabyś ją zabrać, byłbym wdzięczny. Pora pomóc jej odnaleźć ten kamień, a do tego trzeba będzie przynajmniej porozmawiać dokładniej o jej śnie.-No dobrze, to zabiorę je obie. -Bretonka uśmiechnęła się wskazując wzrokiem i na śpiącą Annikę i na stojącą przy drzwiach Marissę. Po czym ciesząc się, że mają tą sprawę załatwioną za porozumieniem stron uśmiechnęła się szerzej. -Silny to ten łysy mięśniak? -Uniosła brwi w pytającym grymasie ale widocznie była na tyle długo w zbratana ze zborem Starszego, że nie tylko koleżanki kojarzyła. -Pirora mi opowiadała, że raz miała z nim przyjemność. Podobno jest bardzo żywiołowy choć mało finezyjny. I wygląda mi na krzepkiego. -Odpowiedziała z wesołym uśmieszkiem jakby nie widziała nic zdrożnego w pokładaniu się z przedstawicielami plebsu. -I wiesz co mi wczoraj Hubert powiedział? -Nagle jakby przypomniała sobie o czymś co wydało jej się ciekawe. -Powiedział, że Egon lubi uległe kobiety. -Mówiła to jakby uważała to za zaletę gladiatora. -To jakby być tak zgiętą w pół pod nimi oboma… -Rozmarzyła się nad taka wizją. Wzięła głębszy oddech gdy się z niej otrząsnęła i pieszczotliwie przesunęła palcem po habicie na piersi mnicha. -No ale jakbyś do nas dołączył to byłoby mi bardzo przyjemnie. -Uniosła na niego zalotne spojrzenie spod swoich umalowanych żęs. -Zresztą jakbyś do mnie dołączył w każdym momencie to byłoby mi bardzo przyjemnie. -Jej palec przeszedł do góry aż pogłaskała dłonią po policzku jednookiego. -Ale jeśli dziś będziesz przy kameniach to mam nadzieję, że poświęcisz mi choć chwilę uwagi. Ja będę znów przywiązana do kamienia ofiarnego tylko Łasica mi obiecała małą niespodziankę. Ciekawe co wymyśliła. Ale pewnie nie będę tam cały czas. Tak jak ostatnio. To mam nadzieję, że się tam spotkamy. -Brzmiało jak zaproszenie na bal od szlachcianki dla szlachcica. Chociaż chodziło o bezpardonową orgię z istotami jakie większość obywateli Imperium uznałoby za plugawe.
-Nie wiem czy Gnak i jego sfora mnie dopuszczą, jeżeli jednak zdołam ich odgonić od ciebie to bardzo chętnie. -mnich się uśmiechnął się i ucałował dłoń kobiety następnie delikatnie oblizując jej palce -Ze wszystkich naszych piękności, jesteś najbardziej kusząca.
-Oj proszę cię Otto, nie mów tego przy naszej lady Sorii. Ona jest taka wspaniała i cudowna. -Szlachcianka zaśmiała się cicho i z wdziękiem. Pozwoliła mnichowi na tą małą pieszczotę jej dłoni. -Ale dziękuję ci Otto. Doceniam twój takt i komplement. -Rozpromieniła się na te czułe słówka. Po czym spojrzała w stronę drzwi na korytarz gdzie stała tak samo uśmiechnięta Marissa. -Eh… Odwdzięczyłabym ci się tu na miejscu. No ale niestety tu są cienkie ściany a służby mego męża pełno. -Westchnęła z pewnym rozżaleniem. I znów przeniosła spojrzenie na swojego gościa. -No ale jeśli dziś wieczorem przyjdziesz to myślę, że to nadrobimy. Tylko pamiętaj, że jeśli będę przywiązana do kamienia to raczej nie będe mogła cię szukać. -wydawała się być zadowolona na myśl, że spotkają się dziś wieczorem ale pozwoliła sobie na mały flirt.
-Ech… wczołgał bym się pod twoją suknię, aby móc zaznać twej przyjemności chociaż na chwilę. -przyznał mnich -Ale będzie na to czas. -uśmiechnął się -I przykro by mi było zostawić Marissę jako jedynie obserwującą.-Otto wykazał się większą jurnością i odwagą niż zwykle -Czy masz jakieś życzenia wobec mnie, moja pani? Zanim się rozstaniemy?
Milady zaśmiała się z wdzięczną elegancją jakiej można by się po niej spodziewać. Jednak patrzyła na mnicha życzliwie. Zastanawiała się chwilę nad jego pytaniami. Znów popatrzyła na drzwi jakby obliczała na co mogą sobie pozwolić bo widać było, że czarnowłosej chęci na figle nie brakuje. Po czym nachyliła się aby szepnąć mu do ucha. -Zabierz te czerwie na wieczór. Myślę, że Odette będzie bardzo nimi zachwycona. Spodobały jej się te “małe, śliskie ohydztwa”. -Nieźle sparodiowała styl mówienie śpiewaczki. -I przyznam, że też jestem ciekawa. Moje wciąż są w środku i właściwie to jeszcze żadnych nie widziałam. A wczoraj Oddie nieco mi opowiadała jak się podle zabawialiście zanim do nas przyszliście. -Wymruczała mu do ucha z tym swoim bretońskim akcentem. Po czym odsunęła się na przyzwoitą odległość. Ruszyła w stronę dzwi ale zamiast je otworzyć oparła się dłońmi wysoko o ścianę i prowokująco wypięła swoje tylne wdzięki. -Ale zanim wyjdziesz mogę cię prosić o pożegnanie w odpowiednim stylu? -Odwróciła do niego głowę aby przeszyć go kuszącym spojrzeniem. Marissa stała obok i obserwowała to z rozbawionym uśmiechem.
Mnich ochoczo podszedł do bretonki i odsunął jej spódnicę, jego dłoń wsuwając się między jej nogi.
-Oczywiście, moja pani. -rozpoczął wstępne pieszczoty swej kochanki -Byłoby bezpieczniej, pewnie bym przyłożył kilka klapsów w ten niegrzeczny kuperek. Tak się wystawiać do byle klechy… -zerknął na Marissę i przywołał ją do siebie skinieniem głowy.
-No na to liczyłam. Ale tak też jest ciekawie. -Szlachcianka nie opierała się. Pozwoliła działać swojemu kochankowi. Chociaż przygryzła palec jakby wolała mieć takie zabezpieczenie aby nie wywołać zbędnego hałasu. Pod czarną spódnicą miała drogą, jedwabną bieliznę, pończochy i pas do nich. Bardzo podobne jak te ze snu. Tylko teraz nie miała ciężarnego brzucha i wciąż zachowywała smukłą talię. Jej pokojówka zaś, zaciekawiona rozwojem sytuacji i jego gestem, chętnie podeszła do niego nie wiedząc jeszcze jaka będzie jej rola.
Mnich ucałował w usta swoją byłą pacjentkę.
-Słyszałaś swoją panią. Była niegrzeczna i oczekuje kary. -wziął dłoń służki i położył ją na pośladku szlachcianki -Powinnaś usłużyć jej chęcią. -mnich również wycofał odrobinę swoją dłoń przygotowując się, aby zadać Fabienne klapsa razem z Marissą.
Pokojówce twarz się rozjaśniła w psotnym uśmiechu gdy zorientowała się jakie zamiary ma jej były opiekun z hospicjum. Pokiwała głową na znak zgody i uniosła dłoń do uderzenia. Gdy dał znać oboje trzasnęli w każdy z jędrnych, bladych pośladków. Ich właścicielka sapnęła cicho ale dała radę zachować się w miarę cicho. Odwróciła do nich głowę na tyle ile mogła aby posłać im powłóczyste spojrzenie i uśmiech zachęcający do powtórki. Więc zrobili to jeszcze kilka raz a wrażliwa skóra błękitnokrwistej zaczerwieniła się od tych uderzeń. Ich milady odwróciła się do nich rozpromieniona, opuszczając na dół swoją długą, czarną spódnicę. Objęła za szyję ich oboje i przytuliła do siebie.
-Strasznie wam dziękuję moi drodzy. Mam nadzieję, że wieczorem pozwolicie mi na szansę aby się wam odwdzięczyć jak należy. -Nie odważyła się ich pocałować swoimi uszminkowanymi drogą pomadką ustami więc tylko otarła się policzkiem o policzek jak to często robiły między sobą damy z wyższych sfer gdy się witały albo żegnały. Dzięki czemu nie rozmazywały sobie makijażu i nie zostawiały kłopotliwych śladów.
Mnich objął bretonkę, trzymając ją blisko siebie przez kilka chwil, po czym wyszeptał jej do ucha.
-Zamordowałbym wszystkich mężczyzn w tym mieście, a twego męża po trzykroć, jeżeli mógłbym cię mieć tylko dla siebie… -słowa mnicha ociekały rządzą, ale też czymś jednocześnie słodkim i niebezpiecznym..
-To takie romantyczne Otto. -Też trzymała go blisko siebie co świadczyło o zażyłości jaka ich łączy. -Ale proszę cię nie rób tego. Bardzo bym się strasznie poczuła jakby coś ci się stało. Lepiej pomyślmy o miłości a nie śmierci. I spotkajmy się dzisiaj wieczorem przy kamieniach. -Szeptała namiętnie i prosząco. Jednocześnie zapraszała go na dziś wieczór jak i nie chciała aby ściągnął na siebie kłopoty, zwłaszcza z jej powodu.
-Zniosę stulecia bólu dla sekundy w twych ramionach. -mnich postanowił posłodzić trochę w uszko szlachcianki -Każdy moment bez twego dotyku, zapachu, ciepła jest jak szpila w mojej duszy. Twój mąż to głupiec, że nie zabiera cię ze sobą na statek. -spojrzał w oczy Fabienne -Nie wiem czy ja bym pozwoliłbym ci opuścić moją kajutę, czy dałbym cię całej załodze, aby wiedzieli jaki wielki skarb złapałem.
-Oh to takie romantyczne! -Bretonka wydawała się być jeszcze bardziej zachwycona takimi słodkimi opowieściami niż te przed chwilą. Wynagrodziła mnicha biorąc jego dłonie w swoje przez co przez chwilę wyglądali jak para kochanków z jakiegoś eposu rycerskiego jaka ma chwilę na wyznawanie sobie czułości. Von Mannlieb była jednak hedonistką i zachowała się inaczej niż idealne damy z takich romansów. Położyła sobie dłonie mnicha na swoim jędrnym dekolcie. Co prawda suknia zasłaniała większość z nich ale chociaż od góry była skóra, tak przyjemna w dotyku. Szlachcianka sama zacisnęła na nich jego dłonie jakby i jej to sprawiało przyjemność. -Oddałbyś mnie innym mężczyznom? Całej załodze? A wiesz, że tacy marynarze to nie są zbyt delikatni dla dam? -Wyglądało na to, że i ona zyskała ochoty aby się nieco podroczyć w tej słownej zabawie.
-Och, istota tak podła jak ty, pewnie złamałaby ich pierwsza. -odpowiedział jej wyzwaniu mnich -Po pierwszej nocy przejęłabyś kontrolę nad statkiem. A po miesiącu nazywaliby cię Ladaczniczą Admirał, która podbiła morza swym łonem.
Słysząc to Bretonka roześmiała się ze szczerego rozbawienia. Aż musiała przykryć usta dłonią aby nie być zbyt głośno. Marissa też się uśmiechała i czekała jaki będzie ciąg dalszy tej zabawy. -Myślisz, że zostałabym admirałem? A wiesz, że jeszcze w Brionne szkoliłam się na oficera nawigatora. Trochę jeszcze pamiętam z tego żeglowania. Ale podbijanie morza swoim łonem bardzo mi się podoba Otto. Tak samo jak bycie Admirałem Ladacznicą. Bardzo malownicza wizja. Chociaż myślę, że użyłabym nie tylko swojego łona. Ale nie czepiajmy się detali. Opowiadasz piękne historie Otto. I bardzo podniecające. Tak jak te o Norsmenach i zwierzoludziach u Pirory. Oddi też się bardzo spodobały. Jej takie zwykłe chędożenie to już nie bawi za bardzo. Ale takie przygody jakie miała u nas wczoraj i jakie szykują się dzisiaj to jest strasznie rozochocona. -Bretonka mówiła cicho ale wydawała się być w świetnym humorze. I podobała jej się ta sprośna wymiana zdań.
-Jestem jedynie sługą, a mym celem jest prowadzić was ku większym szczytom hedonizmu i deprawacji. -delikatnie przeniósł jedną swoją dłoń z dekoltu kobiety i delikatnie pogłaskał je policzek -Ale droga na nie, nie zaczyna się od tego. -delikatnie popukał skoń Fabienne -A od tego, wyobraźnia zaogni wasz głód, a on sprawi, że upodlicie się jak żadne inne.
-Świetnie powiedziane Otto. Jestem najnędzniejsza z nędznych i najpodlejsza z podłych. I dobrze mi z tym. Mam nadzieję, że dzisiaj uda mi się poćwiczyć tą wyobraźnię. No i, że mi pomożecie się odpowiednio upodlić. Dlatego tym razem nie zbieram tej starej krowy więc będę mogła zostać do końca zabawy. Bo i tak jutro wracam z dziewczętami “z pleneru” do miasta a w domku Rose będziemy tylko my. Chyba. Chyba, że w ostatniej chwili coś się zmieni. -Fabienne potraktowała słowa kochanka jak obietnicę i widać było, że postarała się aby razem z koleżankami mieć większe pole manewru na tą nocną orgię niż poprzednim razem.
-Jeżeli Gnak pozostawi cię w stanie zdolnym do chodzenia. -zauważył mnich -Mam wrażenie, że ma do ciebie słabość. I się mu nie dziwię, nawet taki dzikus potrafi docenić piękno.
-Odbieram to jako komplement, z jego i twojej strony. -Skłoniła mu się swoją starannie ufryzowaną głową i posłała mu ciepły uśmiech. -Ostatnio podobało mi się to wiązanie do kamienia. Ale dziś obiecałyśmy odstąpić to miejsce Oddi. Bo też chciała spróbować. Dlatego jestem ciekawa co dziewczyny wymyśliły z tym wiązaniem nas obu ale na pewno będzie to coś ciekawego jeśli Łasica bierze w tym udział. -Pogłaskała koniuszkami palców jego policzek i mówiła o wyuzdanej orgii planowanej na dzisiejszą noc jakby chodziło o jakiś bal dla śmietanki towarzyskiej miasta.
-Jestem pewny, że nasza łotrzyca ma w swojej główce takie scenariusze, o jakich nikt przy zdrowych zmysłach by nie pomyślał, a i tak nęcące. -mnich uśmiechnął się i nadstawił na dotyk kochanki -Lady Odette jest naprawdę fascynująca, kobieta, która zanurzyła się tak głęboko w szepty Węża bez pomocy jego sług. Saltzburg musi być wyjątkowym miastem.
-Oddie? -Brwi bretonskiej szlachcianki podskoczyły do góry gdy usłyszała wypowiedź kochanka. Po czym obdarzyła go czułym uśmiechem. -No nie wiem czy tak całkiem bez pomocy sług. Ona jest urodzoną hedonistką i od dawna korzysta z rozkoszy życia, łoża i ciała. Myślisz, że gdzie indziej nie bawiła się tak jak z nami w loszku Pirory? Albo wczoraj w teatrze? Ona ma takie atrakcje w każdym, większym mieście. A przecież daje koncerty od Kisleva, Praag, Erengardu aż po Marienburg i bretońskie porty. To co u nas u Pirory to raczej taki jej standard aby uznać jakieś miejsce za cywilizowane i kulturalne. Dlatego gdyby nie sny to pewnie nigdy by do takiej małej dziury jak nasza, nie przyjechała. Nawet ze zwierzoludźmi już miała przyjemność. Ale ledwo kilka razy i to były pojedyncze sztuki na uwięzi, w kontrolowanych warunkach. Teraz pierwszy raz będzie miała do czynienia z prawdziwym stadem na wolności, dlatego jest taka podekscytowana. No i z tymi czerwiami. To też dla niej coś nowego. I to jej zaimponowało. Jak ona tylu rzeczy próbowała to nie jest łatwo ją czymś zaskoczyć. Więc te przygody ze zwierzoludźmi, czerwiami czy to co opowiadałeś o tych Norsmenach i zwierzoludziach no to to byłoby dopiero warte wspomnień i tęsknoty. Bo ja nie sądzę aby ona u nas została na stałe. Jak się zabawi albo jakiś kontrakt ją wezwie to wyjedzie aby znów występować w teatrach i operach. Ale póki jest, mamy możliwość aby zdobyć jej przychylność i atencję. -Fabienne pozwoliła sobie na dłuższa wypowiedź o swojej miodowłosej koleżance. A wydawało się, że śpiewaczka ceniła sobie towarzystwo bretońskiej milady i traktowała ją jak najlepszą koleżankę jaką poznała tutaj.-Kto wie, może zamieszanie które wywołamy kiedy dokończymy naszego dzieła tu, może przyzwie ją z powrotem. -mnich się uśmiechnął -Zabrałem chyba dostatecznie dużo czasu, droga pani. Widzimy się dziś wieczorem.
Opuszczając rezydencję von Mannlieb, mnich cieszył się, że jego instynkt go nie zawiódł.
Ruszył teraz w kierunku Kniei, czekał go wypad poza miasto.Mnich miał do przejścia kawałek miasta aby dotrzeć do sklepu dla myśliwych. Poranek zdążył już przejść w przedpołudnie. Na mieście panował zwyczajny ruch. Jak zwykle mijał puste i zaniedbane kamienice, sąsiadujące z tymi zamieszkałymi, gdzie często na parterze był jakiś sklep, warsztat albo karczma. Gdy dotarł do “Kniei” to zapowiedział go dzwonek o jaki uderzyły otwierane drzwi. Za ladą wzrok na niego podniósł Gerhard. Pogładził swoje finezyjne wąsy i bujne bokobrody widząc kto przyszedł.
-Pochwalony ojcze. -Skinął głową widząc postać w habicie. Często tak zwracano się do mnichów i kapłanów. -Trochę późno się zrobiło. Ale jak nie zmieniłeś ojcze zdania to mój człowiek jest gotowy. Tylko musisz mu powiedzieć na co byś chciał polować. Bo to zwierzyna różna i w różnych miejscach można ją znaleźć. -Poinformował mnicha gdy ten przechodził przez sklep do jego lady. Wewnątrz był jeszcze jakiś mężczyzna. Oglądał cienkie linki. Gdy Otto wszedł to ten spojrzał ku niemu i też lekko skinął mu głową, widząc duchownego.Mnich westchnął.
-Młodzi mówią, że niedźwiedzia chcą. Pewnie gadanina, ale nie chcę im stawać na drodze. Słyszałem, że Mroczny Zagajnik to dobre miejsce na coś takiego.-Na niedźwiedzie? No tak, na niedźwiedzie to dobre miejsce. Egbert cię zaprowadzi ojcze gdzie to jest. -Bokobrody pokiwał głową gdy chwilę trawił w głowie usłyszaną nazwę. Po czym wstał ze swojego stołka i wyszedł na zaplecze. Nie było go chwilę po czym wrócił z drugim mężczyzną. Ten był ubrany w brązowy kubrak i wyglądał na obwiesia jakiego lepiej nie spotkać samemu po zmroku w ciemnym zaułku. Skinął głową mnichowi i słuchał co szef ma mu do powiedzenia. A ten właśnie mu tłumaczył, o Mrocznym Zagajniku.
-No to jak mamy iść to chodźmy ojczulku. Bo to wcale nie tak blisko. Ale jak nie będziemy się grzebać to powinniśmy wrócić przed zmrokiem. Jak nie to mi opłacisz nocleg w Bramnej. -Egbert podchodził do tej wyprawy czysto zawodowo.
-To będzie 5 monet dla mnie i 5 monet dla Egberta. Jak nie zdążycie wrócić przed zmrokiem no to niestety bramy będą zamknięte i wtedy będziesz musiał opłacić nocleg Egbertowi. -Jego szef też widział to podobnie.Mnich położył monety na blacie lady i zerknął na Egberta.
-Ruszajmy więc. -uśmiechnął się do swojego przewodnika. Nie widziało mu się pozostawać z nim po drugie strony bramy, zważając co ma zaplanowane są wieczór.
-A ty ojczulku coś bierzesz? Bo tam w lesie to goblin, wilk czy kopytny to nie będzie zważał na twoją sukienkę. -Egbert pokazał mnichowi kącik gdzie stało parę włóczni. Sam zabrał ze sobą łuk i strzały oraz jedną, solidną włócznię. Mnich wziął jedną z włóczni.
-Wątpię abym był dobrym łucznikiem z jednym okiem.
Pożegnali się z Gerhardem i przy wtórze dzwonka uderzonego przez drzwi wyszli na ulice. Z początku towarzysz mnicha był milczący. Mijali kolejne narożniki, skrzyżowania, wozy z towarami i otwarte sklepy. Czasem musieli ustąpić przed jakimś powozem kogoś znaczniejszego albo konnymi. Tak było aż do południowej bramy. Gdy tylko przez nią przeszli spotkali grupkę obszarpańców. To byli sigmaryccy biczownicy. Niezbyt popularni w tej prowincji Imperium gdzie nad morską domeną panował Manann a nad leśną Tall. Bardziej popularni byli w sąsiednim Ostlandzie. Teraz z kilkunastu z nich wykrzykiwało hasła o wierności swojemu boskiemu patronowi i zalecali to przechodniom. Nie było wiadomo czy straże ich nie wpuściły do miasta czy sami woleli jeszcze do środka nie wchodzić.-Oczyśćcie się grzesznicy! Oczyśćcie swoje plugawe miasto póki nie jest za późno! Póki młot gniewu Sigmara na was nie spadnie. Dość tego plugastwa i życia w grzechu! Otwórzcie swoje serca na dobrych bogów! -Wołał jeden z nich do przechodniów. Niektórzy przystawali aby posłuchać ale większość mijała ich podążając za swoimi sprawami. Egbert albo nie miał ochoty ich słuchać albo śpieszno mu było wykonać zadanie. Rozgadał się dopiero jak we dwóch znaleźli się na rozjeżdżonym kawałku błota zwanym traktem. A dookoła był tylko dziki las.

-Gerhard mówił, że chcesz do Mrocznego Zagajnika ojczulku. -Zagadnął go gdy szli już tylko we dwóch. -To dość daleko. Jeśli iść pieszo. I to pański las. A trochę ratuszowy. Szlachta tam poluje. Ale oni oczywiście jeżdżą tam konno. Jak ktoś ma pecha i tam go złapią bez żadnego z nich, to może beknąć za kłusownictwo. -Był z ćwierć głowy wyższy od Otto ale żylasty. Przez co wydawał się być długi i chudy jak patyk. -No ale to jak chcesz ojczulku, twoja głowa i twoje plecy, nie moje. Bo jeśli na niedźwiedzie to rzeczywiście tam jest dobre miejsce. Sama Froya van Hansen tam na nie poluje. -Mówił jakby chciał ostrzec mnicha czy wie na co się pisze. Faktycznie las tylko pozornie wydawał się dziki. Ale często dany fragment należał do kogoś. Tylko jak się w nim było to nie widać było żadnych granic ani tablic więc trudno było się w tym połapać bez takiego przewodnika z jakim jednooki właśnie szedł.
-Bo jeszcze po drodze jest dzikowisko. Dobre miejsce na dziki. Taki odyniec to też nie lada sztuka do upolowania. Pewnie, można i z łuku ustrzelić i z konia rohatyną skłuć. Ale prawdziwa sztuka to zasadzić się na niego jak pikinier na szarżującego rycerza. To jest prawdziwa odwaga. Słyszałem, że milady van Hansen tak na nie poluje. -Znał las na tyle, że potrafił zaproponować jakąś alternatywę. A Otto też znał obiegową opinię, że dorosłego odyńca to nie jest tak łatwo upolować i był uznawany za cenną zdobycz.
-A tam widzisz ojczulku tamto spalone drzewo? -Wskazał towarzyszowi gdzieś w dal. Ten się przekonał, że faktycznie widzi to drzewo. -Tam niegdyś grzeszne ladacznice spotykały się chędożyć z dzikami, wilkami, zwierzoludźmi i innym plugastwem. Ale Tall nie mógł znieść tej herezji i trzasnął ich wszystkich piorunem a resztę ziemię pochłonęła. Ale chodzą słuchy, że ci co mają nieczyste myśli i zamiary, zwłaszcza grzesznice, to nadal tam przychodzą. Źle się dzieje na świecie, źle. -Zdradził mu jaka historia jest związana z tym miejscem. Po paru krokach pociągnął temat nieco dalej. -Naprawdę źle ojczulku. Ostatnio goblinów i orków sporo w okolicy. Ale zwierzoludzi i tak więcej. Coraz bliżej traktów i miasta podchodzą. Mówię, władze albo szlachta powinni zrobić obławę i ich przetrzebić to by się uspokoiło. No ale nie bo żałoba po księżnej-matce. No niby tak ale ja prosty człek jestem, dla mnie to za dużo tego plugastwa. Jakby ich jakaś siła ciągnęła pod mury miasta. Coraz więcej, coraz ciaśniej je oplatają. -Pokręcił głową jakby ponuro patrzył w przyszłość miasta i spodziewał się kłopotów jakie spadną na nie wkrótce.
-O a tam jest strumyk i zatoka. Dziewki z pobliskiej wioski chodzą tam się pluskać i pranie robić. -W pewnym momencie uśmiechnął się wesoło gdy wskazał na pozornie zwykły kawałek lasu. Taki sam jaki mijali w tej chwili. Jeśli było tam jakieś jezioro czy strumień to w tej chwili dla Otto były one całkowicie niewidoczne. Nawet by o nich nie wiedział gdyby przewodnik mu o nich nie wspomniał.
-Ludzie dla których to robię uparli się na niedźwiedzia. Chcą pokazać jacy to silni i mężni. -mnich pokręcił głową -Podejrzewam, że jak tylko usłyszą pierwszy ryk to nogi im zmiękną, ale nie zabiorę do jakiejś pustej kniei. -Otto westchnął -Co do mutantów… ich nienawiść do cywilizacji jest mi dobrze znana. Dla nich nie ma różnicy, czy jesteś chłopem w ziemiance czy królem w zamku. Kto wie jakie plugawy myśli zsyłają na nich ich mroczne bóstwa… -jednooki się uśmiechnął -Pewnie i tak będę musiał ich zostawić po jakimś czasie. Młodzi, pełni wigoru i nie tylko, zabierają ze sobą kilka dziewczyn na "piknik w lesie". Wiadomo jak to się skończy.
-Ha! To jak jeszcze zabierają dziewoje na piknik w lesie no to tak, to wiadomo jak się skończy he he. Dobra ojczulku, zaprowadzę cię do Mrocznej Kniei. -Przewodnik zaśmiał się chrapliwie na myśl jak się zapowiada wypad grupy o jakiej mówił mnich. Wydawał się być tym szczerze rozbawiony. Ale skoro ten nie był zainteresowany niczym innym to zamilkł i większość drogi się już nie odzywał. Dość szybko zeszli z traktu w dziki las. Dla Otto słabo obeznanego z taką dziczą to trudno mu było połapać się gdzie właściwie idą. Każdy mijany kawałek lasu, wydawał się być podobny do tego jaki mijali przed chwilą. Jednak Egbert pokazywał mu a to jakiś pagórek, a to charakterystyczne drzewo czy kamień. Aż doszli do niewielkiej stróżki wodnej, szumnie nazywaną strumieniem. Idąc wzdłuż niej, dało się dojść do Mrocznej Kniei. Ta faktycznie okazała się mrocznym miejscem, zasługującym na tą nazwę. Przewodnik pokazał mu świeże zadrapania na drzewie. Były conajmniej jak szeroko rozcapierzone palce, solidnej, męskiej dłoni albo i szersze. Wedle przewodnika to właśnie były ślady pozostawione przez niedźwiedzia.
-To co? Zadowolony ojczulku? Wracamy czy chcesz jeszcze coś? -Zapytał patrząc na mnicha wyczekująco. Zanim tu doszli zrobiło się południe. A powrót, jeśli by zajął podobnie jak marsz tutaj, to jakieś trzy, cztery dzwony. Nic dziwnego, że szlachta przyjeżdżała tu na polowania konno.
-Jak najbardziej. Powinno wszystkich zadowolić. -wręczył mężczyźnie jeszcze jedną sztukę złota -Dziękuję za oprowadzenie. Wracajmy zanim zamkną bramy. -ruszyli z powrotem do miasta. Przed bramą mnich pożegnał się przewodnikiem, ale nie wrócił do miasta, zamiast tego zaczął zmierzać do kamieni gdzie Slaaneshytki zamierzają imprezować z Gnakiem i jego stadem.
-
Zmęczenie.
Zimno.Łaskawy Sigmarze...
Ból, ból.
Gorąc własnej krwi.Sig... marze... Uratuj swojego... wiernego...
Dziecięcy śmiech rozbrzmiewający w lodowatych podziemnych lochach, jakiego ściany odbijały i zwielokratniały dźwięk.
...sługę...
Widział rumianą twarz brata, nieskażoną chorobą śmiertelnego wieku. Widział idealność jego dziecięcego oblicza całkowicie niepomnego na cierpienia doznawanych przez młodszego z rodzeństwa uwięzionego w tej jamie, do jakiej wpadł podczas zabawy.
To tak boli.
Chodź, Hein! Dasz radę, to nie tak wysoko! Mama będzie zła, jak spóźnimy się znowu na obiad!
Gdzie jesteś... panie...
Uniósł w górę swe rączki dziecka, pozostawionego samotnie w tej sytuacji mogącego jedynie patrzeć na górującego na skarpie brata. Po wyciągniętym przedramieniu spływała gęsta stróżka krwi mieniąca się fioletowym poblaskiem, wpływająca pod brudną koszulę, jakiej kiedyś materiał byłby wart tyle co roczny posiłek biedaka. Skryte w niej chude ramiona Inkwizytora, wielokrotnie samym ruchem skazujące na śmierć.
Nie chcę czuć... Sigmarze... Daj mi umrzeć...
- Wiesz, że on cię nie wysłucha.
Poczuł delikatną skórę dłoni Mergi na swoim policzku, której dotyk powinien go obrzydzać, a jednak oferował ciepło i delikatność jakiej nie zaznał od dawna. Niby w transie patrzył jak ta, jaką był uczony nienawidzić i zwalczać ogniem i nie słuchać niczego co z jej ust wyjdzie uspokajała go niczym matka i jego ranami się zajmowała z czułością zdajaca się mu wręcz być obcym luksusem.
Z twarzy ścierała wilgotną szmatką zaschniętą krew znaczącą go od dni, a jakiej nie miał sił nawet zetrzeć z własnej skóry. To było zbyt ciężkie dla niego, coś poza własnymi siłami, a także... poza własnymi chęciami psychicznymi.
Poddawał się.Jesteś taki słaby!
Uniósł spojrzenie w stronę głosu dorosłego brata, który zawierał w sobie pogardę i obrzydzenie, będące jak zabrudzenie na jego złotym sigmaryckim symbolu uwieszonym jego szyi na grubym łańcuchu i spoczywającym na pięknej tunice arcykapłańskiego statusu.
Jesteś mutantem i heretykiem, zasługujesz na stos!
Dłoń Tobiasa, wcześniej dodająca otuchy i oznaczająca bezpieczeństwo zbliżała się ku jego szyi, aby zadusić tego, jaki wykonując powinności ku dobru Imperium i samego Sigmara stał się czymś obrzydliwym sługom jak on był. Chciał wykrzyczeć protest za tą niesprawiedliwość, tłumaczyć, ale w oczach brata nie widział niczego poza płonącą pogardą.
Jaką i on okazywał takim jak on.
Nim Tobias zdołał uchwycić gardło brata jego dłoń została delikatnie przechwycona przez znajdującą się z tyłu Mergę, jaka cały czas trzymała jego głowę na swoich kolanach. W jednym momencie brat Heinricha rzucił się do tyłu jak rażony bólem, gdy poczuł dotyk kobiety, palący niczym magicznym ogniem, który palił do kości ciało Tobiasa.I Heinrich wtedy zatopił swoje spojrzenie w złotej sadzawce oczu Mergi.
Minęło trochę czasu od kiedy Heinrich odsunął się od kultu i jego poczynań. Nie miało to nic wspólnego z ich działaniami czy jego niechęciami odnośnie nowego życia, a co najwyżej były one jedynie częściowymi katalizatorami. Były Inkwizytor czasem w samotności musiał się mierzyć z własnym sumieniem, jak i ze wspomnieniami jakie go nie odpuszczały za nic. Czas spędzony z Ahrudiazem zostawił nie tylko blizny na ciele, ale nawet głębiej wpijające się blizny w psychice. Wiedział co czynił i wypuszczając go dokonywał ostatniego aktu swojego okrucieństwa...
Siedział nad miską z wodą do mycia wpatrując się w swoje umęczone snami oblicze. Nie chciał narazić na niebezpieczeństwo swoich nowych kompanów, a aktualny stan stawiał wiele do życzenia. Wolał zamknąć się w pokoju i cierpieć w samotności. Sam odnaleźć drogę przez ten labirynt stworzony z ognia, magii i mutacji. Wolał poza oczami innych szaleć w pokoju w jakimś obłędzie niszcząc rzeczy w pokoju, zakrwawiając drewniane ściany, gdy skóra czoła się im poddała. Maść od Mergi ulżyła fizycznym bólom mutacji, ale z innymi sam musiał sobie poradzić.I poradzi sobie.
Cały czas nawiedziały go sny coraz gorsze i gorsze. Nie mógł ich odegnać, jakby dokładnie go targetowały. Były czasem związane z Siostrami. Czasem zupełnie nie. Czasami przeżywał na nowo wspomnienia z dawnych lat, jakie przemieniały się w sny o torturach, jakie on sam gwarantował innym, by zrozumieć, że męczy on sam siebie. Ciężko było narażać się, iż w każdej chwili coś mogło mu przypomnieć o traumach i wprowadzić w stan, w jakim szaleńcy z Hospicjum trwali.
Wyciągnął spod deski w podłodze ukrytej pod kufrem swoje wspomnienie dawnego życia. Teraz siedział na stołku przed miską z wodą i trzymał w dłoni symbol swojej siły w Imperium, symbol tego, do czego doszedł i wzbudzał strach w ludziach oraz nienawiść wiedźm, mutantów, pomiotu chaosu. Symbol potęgi. Władzy nad niezliczonymi życiami mas.
Tego co zawsze go pchało do przodu.Przekroczył granicę, za jaką nie było powrotu do dawnego życia.
-
Zmęczenie.
Zimno.Łaskawy Sigmarze...
Ból, ból.
Gorąc własnej krwi.Sig... marze... Uratuj swojego... wiernego...
Dziecięcy śmiech rozbrzmiewający w lodowatych podziemnych lochach, jakiego ściany odbijały i zwielokratniały dźwięk.
...sługę...
Widział rumianą twarz brata, nieskażoną chorobą śmiertelnego wieku. Widział idealność jego dziecięcego oblicza całkowicie niepomnego na cierpienia doznawanych przez młodszego z rodzeństwa uwięzionego w tej jamie, do jakiej wpadł podczas zabawy.
To tak boli.
Chodź, Hein! Dasz radę, to nie tak wysoko! Mama będzie zła, jak spóźnimy się znowu na obiad!
Gdzie jesteś... panie...
Uniósł w górę swe rączki dziecka, pozostawionego samotnie w tej sytuacji mogącego jedynie patrzeć na górującego na skarpie brata. Po wyciągniętym przedramieniu spływała gęsta stróżka krwi mieniąca się fioletowym poblaskiem, wpływająca pod brudną koszulę, jakiej kiedyś materiał byłby wart tyle co roczny posiłek biedaka. Skryte w niej chude ramiona Inkwizytora, wielokrotnie samym ruchem skazujące na śmierć.
Nie chcę czuć... Sigmarze... Daj mi umrzeć...
- Wiesz, że on cię nie wysłucha.
Poczuł delikatną skórę dłoni Mergi na swoim policzku, której dotyk powinien go obrzydzać, a jednak oferował ciepło i delikatność jakiej nie zaznał od dawna. Niby w transie patrzył jak ta, jaką był uczony nienawidzić i zwalczać ogniem i nie słuchać niczego co z jej ust wyjdzie uspokajała go niczym matka i jego ranami się zajmowała z czułością zdajaca się mu wręcz być obcym luksusem.
Z twarzy ścierała wilgotną szmatką zaschniętą krew znaczącą go od dni, a jakiej nie miał sił nawet zetrzeć z własnej skóry. To było zbyt ciężkie dla niego, coś poza własnymi siłami, a także... poza własnymi chęciami psychicznymi.
Poddawał się.Jesteś taki słaby!
Uniósł spojrzenie w stronę głosu dorosłego brata, który zawierał w sobie pogardę i obrzydzenie, będące jak zabrudzenie na jego złotym sigmaryckim symbolu uwieszonym jego szyi na grubym łańcuchu i spoczywającym na pięknej tunice arcykapłańskiego statusu.
Jesteś mutantem i heretykiem, zasługujesz na stos!
Dłoń Tobiasa, wcześniej dodająca otuchy i oznaczająca bezpieczeństwo zbliżała się ku jego szyi, aby zadusić tego, jaki wykonując powinności ku dobru Imperium i samego Sigmara stał się czymś obrzydliwym sługom jak on był. Chciał wykrzyczeć protest za tą niesprawiedliwość, tłumaczyć, ale w oczach brata nie widział niczego poza płonącą pogardą.
Jaką i on okazywał takim jak on.
Nim Tobias zdołał uchwycić gardło brata jego dłoń została delikatnie przechwycona przez znajdującą się z tyłu Mergę, jaka cały czas trzymała jego głowę na swoich kolanach. W jednym momencie brat Heinricha rzucił się do tyłu jak rażony bólem, gdy poczuł dotyk kobiety, palący niczym magicznym ogniem, który palił do kości ciało Tobiasa.I Heinrich wtedy zatopił swoje spojrzenie w złotej sadzawce oczu Mergi.
Minęło trochę czasu od kiedy Heinrich odsunął się od kultu i jego poczynań. Nie miało to nic wspólnego z ich działaniami czy jego niechęciami odnośnie nowego życia, a co najwyżej były one jedynie częściowymi katalizatorami. Były Inkwizytor czasem w samotności musiał się mierzyć z własnym sumieniem, jak i ze wspomnieniami jakie go nie odpuszczały za nic. Czas spędzony z Ahrudiazem zostawił nie tylko blizny na ciele, ale nawet głębiej wpijające się blizny w psychice. Wiedział co czynił i wypuszczając go dokonywał ostatniego aktu swojego okrucieństwa...
Siedział nad miską z wodą do mycia wpatrując się w swoje umęczone snami oblicze. Nie chciał narazić na niebezpieczeństwo swoich nowych kompanów, a aktualny stan stawiał wiele do życzenia. Wolał zamknąć się w pokoju i cierpieć w samotności. Sam odnaleźć drogę przez ten labirynt stworzony z ognia, magii i mutacji. Wolał poza oczami innych szaleć w pokoju w jakimś obłędzie niszcząc rzeczy w pokoju, zakrwawiając drewniane ściany, gdy skóra czoła się im poddała. Maść od Mergi ulżyła fizycznym bólom mutacji, ale z innymi sam musiał sobie poradzić.I poradzi sobie.
Cały czas nawiedziały go sny coraz gorsze i gorsze. Nie mógł ich odegnać, jakby dokładnie go targetowały. Były czasem związane z Siostrami. Czasem zupełnie nie. Czasami przeżywał na nowo wspomnienia z dawnych lat, jakie przemieniały się w sny o torturach, jakie on sam gwarantował innym, by zrozumieć, że męczy on sam siebie. Ciężko było narażać się, iż w każdej chwili coś mogło mu przypomnieć o traumach i wprowadzić w stan, w jakim szaleńcy z Hospicjum trwali.
Wyciągnął spod deski w podłodze ukrytej pod kufrem swoje wspomnienie dawnego życia. Teraz siedział na stołku przed miską z wodą i trzymał w dłoni symbol swojej siły w Imperium, symbol tego, do czego doszedł i wzbudzał strach w ludziach oraz nienawiść wiedźm, mutantów, pomiotu chaosu. Symbol potęgi. Władzy nad niezliczonymi życiami mas.
Tego co zawsze go pchało do przodu.Przekroczył granicę, za jaką nie było powrotu do dawnego życia.
Tura 70 - 2519.07.25/26; knt; zmrok - noc
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Plac Targowy;sklepy
Czas: 2519.07.25; Konigtag; zmrok
Warunki: na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; ziąb (0)Egon
- No dobra, to jak wiesz gdzie to chodźmy. - Norsmen wzruszył ramionami i nie robił towarzyszowi trudności. Takim dwóm, rosłym wojownikom, w kolczugach i toporami za pasem, większość ludzi wolała zejść z drogi.

link: https://i.imgur.com/EdnBabt.jpeg
Egon przewyższał wzrostem i masą większość populacji. Dlatego nawet w podczas swjego krótkiego pobytu w Norsce, chyba jako jedyny z południowców jacy przypłyneli z czcigodną Mergą, wzbudzał zainteresowanie ze wsględu na to, że nie był cherlakiem z południa jak większość. Lars zaś wydawał się wiekiem nieco starszy od gladiatora, chociaż dalej był w kwiecie wieku. Krzepkości i śmiałości też mu nie brakowało co jego imperialny towarzysz miał okazję sprawdzić czy we wrakowisku w walce z krabami czy w podziemnym grobowcu Śniącego. Wydawał się jednak trochę szczuplejszy i niższy od gladiatora ale nie na tyle aby to robiło jakąś różnicę w walce. Na szczęście, jego kolczuga była na tyle uniwersalna, że była podobna do tych używanych w Imperium. A jego morskie doświadczenia z wizyt w różnych krainach i znajomość bretońskiego bywała przydatna. Gdy tak szli ulicami Neus Emskrank, od sklepu do sklepu, mieli okazję porozmawiać.
- Półtorej tygodnia. No tak, ta jego koga to może pojemna i dużo towaru może zabrać. Ale zbyt prędka to nie jest. Stąd do Erengradu to by było… No pewnie ze trzy dni, może cztery jak flauta albo z przygodami… Razy dwa bo powrót… No to tam by spędził pewnie też ze dwa, trzy dni… No to powiem ci, że całkiem możliwe, że przypłynie tak jak mówił. Chyba, że go moi kamraci po drodze złupią! - Podzielił się z gladiatorem swoimi szacunkami co do podróży Munira tam i z powrotem. I widocznie ich arabski kupiec wydał mu się wiarygodny gdy podał im orientacyjny czas kiedy powinien wrócić do miasta. Chociaż morski łupieżca ryknął śmiechem na myśl, że Arab zostałby napadnięty przez innych norsmeńskich grabieżców.I tak chodzili od sklepu do sklepu. Na szczęście Plac Targowy to było handlowe serce miasta. Więc znaleźli i taki gdzie kupili dwuręczne, ciężkie młoty i płótno w jakie można było zapakować ciało albo fanty. Lars jeszcze kupił dwa łomy. Tak na wszelki wypadek, jakby trzeba było coś skruszyć, podważyć albo wyłamać. - To chcesz wracać jutro do tego grobowca? To by było z pół dnia, może więcej, w jedną stronę. Więc raczej przed nocą nie zdążymy wrócić do miasta. Chcesz brać którąś z dziewczyn? Bo jak dziś będą się chędożyć tak jak wczoraj w teatrze to tak z rana mogą się niezbyt do czegoś nadawać. Chyba, żeby w południe pójść. To pewnie na wieczór byśmy byli w grobowcu. A w środku to i tak zawsze ciemno, bez względu na to czy na zewnątrz dzień czy noc. I następnego dnia by się wróciło do miasta. - Grabieżca był ciekaw jak kolega się zapatruje na powrót do grobowca nekromanty na jaki właśnie kupowali sprzęt. W końcu jednak uznał, że skoro spora część kultystów zapewne pojawi się na dzisiejszej orgii to oprócz chędożenia, można by pogadać i o tym grobowcu.
Później Egon zaprowadził Larsa w swoje stare, znajome kąty. Miał nadzieję, spotkać Vrisikę, swoją znajomą łotrzyce z lepkimi rączkami. Ale nie zastał jej. Nic dziwnego. Wieczoru jeszcze nie było a wtedy była największa szansa ją spotkać. Albo na późnym śniadaniu bo z samego rana raczej ludzie jej pokroju nie wstawali. Teraz jednak mógł zostawić dla niej wiadomość, że wrócił i chce się z nią spotkać. Tylko pewnie zdziwiłaby się jakby podał adres młodej szlachcianki z Bursztynowej gdzie ostatnio nocował po przybyciu do miasta.
- No zmierzch się zbliża przyjacielu. Jak nie chcemy dać się zamknąć w mieście to chyba czas zostawić gdzieś ten złom i ruszać w drogę. - Lars wskazał na narzędzia jakie niedawno kupili. Rzeczywiście miał rację. Letni, pogodny dzień się kończył a to oznaczało, że miejskie bramy zostaną zamknięte i nie otworzą się póki nie nastanie jutrzejszy świt.Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; zachodni kierunek; Zachodnie Kamienie; obóz
Czas: 2519.07.25; Konigtag; zmrok
Warunki: jasno, ciepło, gwar głosów ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; ziąb (0)Otto
Egbert był bardzo zadowolony z tego napiwku jaki mnich mu wręczył. Bo usmiechnął się co na chwilę rozjaśniło jego mało sympatyczną gębę. I od razu zapowiedział, że gdyby ojczulek potrzebował znów przewodnika po lesie to on się poleca. Mnich zaś mógł obejść mury od zewnątrz, kierując się ku zachodniej bramie. Nie wszedł do niej jednak tylko skręcił w drogę jaka od niej prowadziła prosto w dziki las. Dzień już się kończył więc droga była prawie pusta. Niedługo później i z niej musiał zejść aby dotrzeć do niewielkiej polany z tajemniczymi głazami. Okazało się, że nikogo tu nie ma czyli przyszedł pierwszy. W świetle kończącego się dnia widział, że pozornie nic nie wskazywały, że w zeszłym tygodniu odbyły się tu jakieś bezeceństwa. Z drugiej strony nie był tropicielem a światło dnia juz było słabe. Po całym dniu chodzenia po lesie, jego ciało chętnie spoczęło. Zaczął mu dokuczać wieczorny chłód więc pokusa rozpalenia ogniska była spora.
Niebo było już granatowe ale jeszcze nie czarne jak podczas pełnej nocy, gdy usłyszał skrzypienie wozu. O tej porze było to dziwne i podejrzane. Bramy miasta powinny już być zamknięte a nocą raczej się nie podróżowało. A jednak odgłosy zbliżały się. I wreszcie dojrzał pojazd ciągnięty przez jednego konia. Na szczęście okazało się, że to Łasica i większość ferajny co nie miała w sobie błękitnej krwi.
- Serwus Otto. Sam tu jesteś? - Łasica zagadnęła go wesoło gdy jej bystre oczy wypatrzyły kolegę ze zboru. Później zaczęli rozpalać ogniska i przygotowywać kolację. Mnich mógł się wreszcie najeść bo od rana to mu kiszki marsza grały. Przez ten dziwny ale barwny sen prawie od razu wybiegł do von Mannlieb a później do “Kniei”. A potem łaził cały dzień po lesie. Zdążył solidnie zgłodnieć. I zapachy strawy gotowanej nad ogniskiem drażniły jego nozdrza.
link: https://i.imgur.com/Ud06uEB.jpeg
Heinrich
Siedział na stołku i patrzył na swoje odbicie w misce. Woda już wystygła i zaróżowiła się. Pływały w niej jakies paprochy. Nawet nie zauważył skąd się tam wzięły. Co innego przykuwało jego myśli. Sen. Ostatnio miał ich mnóstwo. Ale ten był bardzo intensywny. Próbował teraz sobie jakoś to uporządkować. Czy to było przed tym snem z dzieciństwa? Czy po nim? A może śnił dwa razy? Przebudził się w nocy albo nad ranem i za każdym razem śniło mu się coś innego? Możliwe. A może to był jeden, długi sen tylko jego fragmenty przemieszały mu się, że teraz nie mógł ich rozdzielić? Możliwe. Zastanawiał się jak to rozplątać gdy zorientował się, że słyszy dźwięk. Tak! We śnie też go słyszał! Aż nie mógł powstrzymać się aby nie spojrzeć w stronę okna. Wiedział co z niego zobaczy, nawet nie podchodząc do niego. Poniżej ulica a za nią rząd kamienic po drugiej stronie. I wlot ulicy. Ze swojego okna całej jej nie widział. Tylko sam jej początek. A po lewej stronie, nieco w podwórzu, zakład garncarski. Właśnie monotonny ruch koła garncarskiego słyszał. Z tej odległości był już ledwo słyszalny. Ale we śnie, też go słyszał. We śnie, poleciał do niego.
We śnie też słyszał ten ruch koła garncarskiego. Podszedł do okna. A potem jak to w snach, niezbyt to miało przełożenie na świat realny. Bo po prostu śmignął na róg tej ulicy. Potem te dwie kamienice dalej. I już stał na jej środku i spoglądał na ten nieco cofnięty od ulicy budynek. Przez co wydawał się być w wiecznym cieniu, mniej wyeksponowany niż sąsiednie. Na jakimś poziomie świadomości nawet jak śnił, to wiedział, że w rzeczywistości faktycznie tak stoją te budynki. I na jego parterze był zakład garncarski. Widział w oknie wystawowym nowe misy, dzbany, talerze i wazony jakie reklamowały prace rzemieślniczki. Wiedział, że to kobieta. Młoda kobieta. W rzeczywistości czasem ją widywał jak tam pracowała ale nigdy nie był w środku. Nie potrzebował nowych garnków to nie miał po co tam zachodzić. I we śnie też już ją widywał. Teraz, chociaż jeszcze stał na środku ulicy, przed frontem zakładu to wiedział, że ona tam jest i, że za chwile znów ją zobaczy.
I tak się stało. Cięcie obrazu i już stał przy oknie. Widział wnętrze zakładu. Rozgrzany piec w jakim wypalały się nowe naczynia. I koło garncarskie. Obracało się a na nim, porcja mokrej gliny, zmieniała swoją formę. Kształtowały ją mokre, ubrudzone w tej glinie dłonie młodej kobiiety. Pochylała się nad nim, wpatrzona w efekt swojej pracy, zdawała się w ogóle nie zauważać, że ma widza za oknem. Heinrich widział jak jej czoło, szyja i obojczyki wystające spod koszuli błyszczą się od potu. Obserwował jak szczupłe dłonie garncarki formują glinę w szpic. Coraz wyższy i cieńszy. Jak szybko kręci się dookoła własnej osi jakby mokra glina była w stanie przejściowym między ciałem stałym a płynem. W pewnym momencie ten szpic wpełzł na dłoń rzemieślniczki. Teraz wyglądał jak ożywiony robak. Kobieta jednak zdawała się tego nie zauważać. Dalej kręciła swój kawałek gliny. A ten ożywiony robak, zaczął pełzać w górę jej nagiego ramienia. Zostawał za sobą brązowy ślad jak ślimak. A mimo to dziewczyna zdawała się tego nie czuć ani nie widzieć. Gliniany czerw wpelzł jej pod podwinięty rękaw. Henrich widział jego ruchy pod materiałem. Jak wciąż przesuwał się w górę ramienia. Aż pokazał się znowu przy obojczyku. Tu jakby zawahał się co robić dalej ale w końcu zdecydowal się na górę. I ruszył w stronę szyi garncarki. A ta, nadal zachowywała się jakby nic nie czuła i nie działo się nic niezwykłego. Toczyła swoje koło i lepiła kolejny fragment gliny. Zaś były inkwizytor obserwował przez okno jak gliniany robak pełza już po policzku dziewczyny, zostawiając za sobą lepki, brązowy ślad.
- Pamiętasz co ci radził Otto? - Merga stanęła tuż obok niego i też obserwowała scenę wewnątrz warsztatu. Była elegancka, dumna i piękna. A ta fioletowo niebieska skóra dodawała jej bardzo egzotycznego wyglądu. A potężne, wysokie rogi majestatu i drapieżności. Tylko jak wpatrywała się w głąb warsztatu to nie mógł zobaczyć tych jej niesamowitych, złotych oczu. Trochę się na nią zagapił więc odwróciła głowę w jego stronę i tak go tym zaskoczyła, że przez chwilę nie wiedział co powiedzieć. Za to wreszcie mógł dostrzec jej fioletowe oblicze i złote oczy jakie zdawały się promieniować wewnętrznym blaskiem.
- Ah tak, Otto… - Wiedział, że jakiś czas temu, rozmawiał z mnichem o tym śnie, warsztacie, i garncarce. Kolega poradził mu aby się udał tam i spróbował zamówić takie gliniane robaki i zobaczyć co się stanie. Ale Henrich nie czuł się zbyt dobrze ostatnio, to przestał wychodzić z domu nie miał okazji odwiedzić tego zakładu, pod jakimkolwiek pretekstem.
- Posłuchasz go? Czy masz własny pomysł? - Wiedźma znów spojrzała do środka. Tam sytuacja za bardzo się nie zmieniła. Rzemieślniczka lepiła kawałek mokrej gliny ale wyszedł jej kolejny robak. Już jeden buszował jej między piersiami, inny z włosów wpełzł na jej czoło, jeszcze jeden wyglądał zza jej szyi. Henri nie był pewien czy wszedł do środka czy znów było jakieś cięcie obrazu ale nagle już tam był. Od razu uderzyło go gorąco od rozgrzanego pieca.
- Też chcesz coś takiego? - Rzemieślniczka zapytała go wskazując brodą kręcące się koło. Akurat po jej dłoni pełzał nowy czerw ale ona wciąż zdawała się go nie zauważać. Więc mężczyzna nie był pewien o co ona właściwie pyta. Ale teraz jak był bliżej mógł się jej lepiej przyjrzeć. Chuda, młoda z blond myszatymi włosami. I dłońmi ubrudzonymi mokrą gliną.
link: https://i.imgur.com/zg9Crvg.jpeg
- Kto wie? Może ona też woli dojrzałych mężczyzn? Jak ta koleżanka Pirory. - Usłyszał szept Mergi i wiedział na co go kieruje. Siedział w powozie, naprzeciwko niej. Kojarzył, że kiedys faktycznie przez chwilę jechali razem. Młoda, zadbana szlachcianka z dobrym nazwiskiem i jędrną cerą. Przeciwieństwo do szorstkich dłoni i ogorzałej twarzy byłego łowcy czarownic.
- Mężczyźni w moim wieku mnie nudzą. Są tacy dziecinni. Tylko pstro im w głowie. Jak tu można traktować ich poważnie? Ja to wolę jak owoc jest dojrzały. Naprawdę dojrzały. Jeśli wiesz co mam na myśli. - Teraz nie był pewien czy rzeczywiście tak powiedziała podczas tej krótkiej podróży przez miasto. Ale pammiętał, że wydawała się być nim zainteresowana. A może tylko dopowiadał sobie jakiś romantyczny kontekst? Może za bardzo sugerował się słowami Pirory?
- Petra lubi zmarszczki. I u kobiet i u mężczyzn. Czasem mnie odwiedza i pomagam jej zorganizować takie schadzki. Przebiera się za służkę albo chłopkę co szuka pracy albo coś takiego. I wtedy im się oddaje. Ty jeszcze nie jesteś tak stary, jak Petra lubi no ale już zaczynasz być w sferze zwierzyny łownej. - Pirora nachyliła się ku niemu ale mówiła swobodnie. Nie było szans aby jej koleżanka ich nie usłyszała ale to był jeden z wielu irracjonalnych momentów w tym śnie. A zdawał sobie sprawę, że zanim przypadkiem, spotkał Petrę von Schneider wtedy pod murami Morskiej Akademii to coś podobnego o niej, koleżanka z kultu mu mówiła. Może teraz to była taka senna wersja tamtej rozmowy?
- Hej! A co ze mną? - Bosa, kobieca stopa trąciła go w udo. Gdy tam spojrzał dostrzegł Łasicę. Była tylko w tych swoich czarnych, skórzanych spodniach. Uwiązana do ramy łóżka. Jego łóżka. Znów byli u niego. Jak wtedy, gdy w nocy włamała się do niego. A potem on przywiązał ją właśnie w ten sposób do łóżka i kochali się. Zapewne nie jeden jego albo nawet jej rówieśnik mógłby się zarumienić i zazdrościć jak się wtedy kochali. Teraz łotrzyca znów była przywiązana za nadgarstki do ramy jego łóżka ale tych swoich długich, zgrabnych nóg nie więc mogła go trącić. Widząc, że zwróciła na siebie jego uwagę, uśmiechnęła się lubieżnie i odwróciła się prowokująco wypinając swój zgrabny kuperek prosto ku niemu.
- Kolego, chyba nie dasz się nabrać na ten lep? - Tobias znalazł się tuż obok niego, tak samo jak niedawno Merga. Z nutką irytacji i nagany wskazywał dłonią na wypiętą koleżankę jaka wyglądała jak gotowa aby ją wziąć i chciała tego. Uczony jednak popatrzył z wyrzutem na Heinricha. - Przecież jesteś osobą wykształconą, doświadczoną przez życie. Chyba jesteś ponad takie przyziemne błachostki? - Popatrzył na kolegę belferskim wzrokiem. - Powinieneś być z nami. Zająć się poważnymi sprawami. - Wskazał za okno a tam było widać mury Akademii Morskiej. Chociaż podświadomie Henrich zdawał sobie sprawę, że tak naprawdę mieszkał zbyt daleko aby móc z okien widzieć uczelnię.
- Nie słuchaj tego zazdrośnika. - Łasica wciąż była tylko w spodniach ale tym razem podeszła do niego. - Sam, zobacz, na dłużą metę tak stać z gołymi cyckami to trochę nuda. - Ona wskazała mu na swoją kamratkę, Burgund. Ta stała też obnażona do pasa. W jakiejś klasie gdzie dorośli studenci pilnie szkicowali piersiaste galiony. Coś mu świtało w głowie, że obie łotrzyce ostatnio złapały robotę w Akademii jako modelki dla studentów. A kultyści liczyli, że może przy okazji uda im się spenetrować lochy gdzie był zamknięty artefakt Vesty.
- Jakbyście były naprawdę oddane Siostrom to byście się dały zasiać. Tak jak one. - Sigismundus stanął obok Tobiasa i prychnął ze złością na obie koleżanki. I wskazał na kilka ciężarnych kobiet jakie stały pod ścianą. Wśród nich rozpoznał tą czarnowłosą Bretonkę ze zboru Huberta co w ciągu poprzednich paru tygodni, całkiem mocno zżyła się z grupą Starszego. Zwłaszcza z Otto i dziewczętami. I rzuciła mu się w oczy jedna kobieta o egzotycznej urodzie sugerującym, że jest gdzieś z południowych, odległych lądów.
- Nawet nie wiesz jak często to się zdarza. - Merga wtrąciła się do rozmowy gdy pozostali kultyści jakby zamarli. A były łowca czarownic orientował się, że odkąd Łasica zimą zajęła miejsce Karlika to pewna delikatna równowaga została zachwiana. Wcześniej Starszy miał swojego zastępcę, właśnie Karlika i dwójkę skrzydłowych, Silnego i Łasicę. W nagrodę za swój udział w uwolnieniu złotookiej wyroczni, lider zboru mianował łotrzycę na miejsce Karlika. A jakby było mało, hedonistki powiększyły swoje grono o kilka nowych koleżanek. Co w ciągu paru miesięcy, uczyniło ich najsilniejsza frakcją w kulcie. Starszego i Mergę, sporo wysiłku kosztowało aby jakoś utrzymać niesnaski na akceptowalnym poziomie. Jednak konflikt między hedonistkami a pozostałymi frakcjami kultu buzował tuż pod skórą. A jednym z punktów zapalnych było to, że większość dziewcząt nie była skłonna dać się zasiać dziedzictwa Oster. Podobno tylko ta ich bretońska koleżanka się zgodziła. A najbardziej stanowczy sprzeciw wyraziła właśnie łotrzyca lubująca się w skórzanych spodniach.
- Tak Heinrichu. Ale pamiętaj, że liczy się sukces. I droga jaka do niego prowadzi jest już mniej istotna. - Merga pogłaskała wielką, solidną skrzynię. Teraz byli w jakiejś piwnicy. Mocno zagraconej. Ale wyrocznia patrzyła na tą jedną rzecz. Henri miał wrażenie, że przez szczelinę wieka skrzyni, przebija ostre, fioletowe światło.
- Ale jestem dobrej myśli Heinrichu. Zmierza do was ktoś, kto może być wam bardzo pomocny. Zwłaszcza póki ja nie będę mogła do was wrócić. - Przyłożyła palec do ust jakby prosząc go aby zachować ciszę. A potem wskazała nim jakiś kierunek. Byli w jakimś szerokim korytarzu albo wąskiej alejce. Jakieś mury chyba. Tylko ciemno było to trudno było się zorientować. W pierwszej chwili nie wiedział ani na co patrzy ani na co ma zwracać uwagę. Nic się nie działo, nie było widać nic szczególnego. Ale nagle usłyszał odgłos jakby przewróciło się coś na drewniana podłogę. Po chwili dostrzegł, że gdzieś tam, za rogiem, błysnęło jakieś światło. O nienaturalnych, biało-fioletowych barwach. I zbliżało się. Tak jak ktoś, z tym światłem, zbliżał się do korytarza albo alejki jaką obserwował Heinrich. Dojrzał wreszcie jakąś sylwetkę. Wyglądała jakby miało to źródło światła w dłoni. Jakby mały płomień płoną wprost z jej dłoni. Poczuł jak włoski na karku stają mu dęba. To i ta nienaturalna barwa, świadczyły, że to magiczny ogień.---
Teraz siedział u siebie w kuchni, nad miską zimnej wody. Obmyślał to wszystko co mu się śniło i przydarzyło w ciągu ostatnich paru dni. Rozmyślania przerwało mu stukanie do drzwi. Sygnałem więc to musiał być ktoś z jego spiskowej rodziny. Gdy otworzył okazało się, że to Łasica. Stała w progu, w tych samych skórzanych, obcisłych spodniach co mu się śniła w oczy i uśmiechała się bezczelnie jak na cwaną, dziewczynę z ferajny wypadało. - Serwus Heini! - Przywitała go zdrabniając jego imię. A po chwili już oboje byli w jego mieszkaniu. Rozejrzała się ciekawie po mieszkaniu. - No chyba przepłacasz sprzątaczce albo ją zwolniłeś. - Popatrzyła na niego z łobuzerskim uśmieszkiem. Wydawała się być rozbawiona i w świetnym humorze. Jasne było, że nie przyszła rozmawiać o wystroju wnętrz.
- Czemu cię wczoraj w teatrze nie było? Wiesz co tam się działo?! Oh! Aż nie wiem od czego zacząć! O! Wiem! Rano popłynęlismy z Egonem, Astrid i Larsem na Wyspę Przemytników. I tam zastaliśmy kogę Munira, to taki arabski kupiec. I tam był taki słodki Daktylek! No i troll ale daliśmy go radę zagnać do klatki. W każdym razie, potem wieczorem Munir i Layla, ten Daktylek, to byli naszymi gośćmi w teatrze. A później były prywatne he he zabawy na pięterku. I dorwałam wreszcie tego Daktylka. Ty wiesz, że ona jest kapłanką Sorii? Traktują ją jak boginię i mówi, że tam na południu, to mają świątynię jej poświęconą a ona jest jej kapłanką. A poza tym jest słodziutka i namiętna! I nawet dała się zasiać Egonowi. Władował w nią jedną strzykwę jak, żeśmy się z nią zabawiali. I dwie elfki były na przedstawieniu! A potem poszły z Sorią na pięterko. Ale jak wychodzily to wyglądały na zadowolone. No i wiele innych ciekawych rzeczy się działo. To co? Czemu cię nie było? Jakbys był to kto wie? Może znów bym ci się dała przywiązać do łóżka? - W mocno chaotyczny i urwany sposób opowiedziała mu co się działo wczoraj w teatrze. Jak sławna milady Odette von Treskow, ta sama co w ostatni Festag tak pięknie na mszy śpiewała, też odwiedziła sobie po występie pięterko. Jak Hubert i Oksana dali pokaz tresury swojej nowej niewolnicy jaka na co dzień pracowała w ratuszu. Jak te dwie śliczne elfki, jedna morska i druga leśna, też były na tym pokazie w kuchni. I Kamila van Zee. Zdaniem łotrzycy była mocno zadurzona w Sorii i też nie miała oporów przed zwiedzeniem sobie pięterka. Ale w końcu w ostatni Festag to u Pirory bawiły się także Dorna i Lilly jakich mutacji nie dało się ukryć jak były bez ubrań i jakoś córce kapitana portu to nie przeszkadzało.- No ale to było wczoraj. Dzisiaj jedziemy na spotkanie z Gnakiem i jego kozłami. Będzie zabawa, dużo wina i chętnych kobiet. Szlachcianki przyjadą później bo muszą sobie w dzień przypudrować noski czy co tam. Ale my jedziemy już teraz. Jak chcesz, to możemy cię zabrać na wóz. Miejsce się znajdzie. Co tak będziesz tu sam siedział Haini? Pojedziesz z nami, rozruszasz się, napijesz, zabawisz, popatrzysz, jak ci się spodoba to pochędożysz. To od razu odmłodniejesz. Ha! Zobaczysz jak przywiążę Fabi i Oddi do tego kamienia ofiarnego! Ale się zdziwią! - Łotrzyca opowiadała z rubasznym wdziękiem. Ale to co mówiła brzmiało jak treść przestrogi jaką zwykle mówili kapłani z ambony do swoich wiernych. Ostrzegali przez zdradzieckimi kultystami co potajemnie oddają cześć Mrocznym Potęgom i paktują z wrogami ludzkości. A jakieś bezecne orgie z mutantami i zwierzoludźmi w leśnych matecznikach były wręcz teg synonimem. A teraz, Łasica beztrosko informowała o tym kolegę ze zboru i nawet zapraszała go na taką właśnie orgię. Oferowała nawet miejsce w wozie i widać było, że jest mocno podekscytowana na myśl o tym co się będzie dziś wieczór i w nocy.
Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; zachodni kierunek; Zachodnie Kamienie; obóz
Czas: 2519.07.25; Konigtag; zmrok-wieczór
Warunki: jasno, ciepło, gwar głosów ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; umi.wiatr; ziąb (0)Wszyscy - wczesny wieczór
W miarę jak zmrok przechodził w noc, polana z dziwnymi kamieniami coraz bardziej przypominała jakiś wieczorny festyn pod gołym niebem. Wieczór okazał się pogodny, niebo błyszczało od gwiazd i obu księżyców. Zielonkawy, złowróżbny blask Morrslieba, błyszczał całą, swoją potęgą. Powszechnie uważano go za księżyc Chaosu i podczas jego pełni podobną kultyści złowróżbnych potęg oddawali im cześć w plugawych rytuałach. Dzisiaj akurat to miało okazać się prawdą.
Z początku był tylko samotny mnich, który przybył tu jako pierwszy. Później przyjechał wóz powożony przez Łasicę jaka przywiozła większość kultystów. Zaczęli rozpalać ogniska, rozścielać koce na jakich ustawiali wino i jedzenie. Przypominało to radosny piknik po zmroku. Im więcej wina przelewało się przez gardła tym zabawy robiły się coraz śmielsze. Łasica i Burgund zaczęły ze sobą tańczyć, przytulać się i całować. Co niejako było wstępem do bardziej wyuzdanych zabaw. Dało się wyczuć to oczekiwanie na główną część spotkania gdy jeszcze przyjadą szlachcianki i z lasu pojawią się zwierzoludzie.
- Oh, zobaczycie jak ja je przywiążę! One jeszcze nie wiedzą co je czeka! Ale to może później, jak się Gnak pojawi. Chyba, że chcecie wcześniej? Chcecie je pochędożyć zanim zwierzoludzie przyjdą? - Łasica nie ukrywała ekscytacji na niespodziankę jaką naszykowała dla Fabienne i Odette. Ci co byli na ostatniej orgii pamiętali, że bretońska szlachcianka była przywiązana do tego pochylonego głazu jaki uważano za ofiarny. Więc początek spotkania była całkowicie ubezwłasnowolniona kto i jak się z nią zabawia. Ale to jak najbardziej pasowało do jej uległych preferencji. Jednak jak Łasica chciała przywiązać obie szlachcianki do tego samego kamienia to na razie trudno to było zgadnąć. A rozeszła się wieść, że lady Odette bardzo spodobał się ten pomysł i von Manlieb wspaniałomyślnie zgodziła się odstąpić jej to miejsce głównej ofiary.
- Z tymi kopytnymi to jednak całkiem inaczej niż z ludźmi. To takie podniecające. - Burgund wydawała się podobnie pobudzona, że po ponad tygodniu oczekiwania, wreszcie znów będzie mogła spróbować zakazanej miłości. - A wy chłopcy? Macie na coś ochotę zanim rogacze przybędą? - Zapytała prowokująco patrząc na kolegów z kultu. Jej pełny biust kusząco wyglądał ze zbyt śmiałego dekoltu aby uznć go za przyzwoity. Podwinęła też spódnicę aby pokazać swoje długie, zgrabne nogi.
- A co ty myślisz? Że z jakimiś kołkami gadasz? - Silny prychnął z irytacją. Win już go rozgrzało, tak samo jak bliskość coraz śmielszych koleżanek jakie wręcz zapraszały do bardziej bezpośrednich zabaw. Nie mogli sobie pozwolić na muzykę czy śpiewy aby zmniejszyć szansę, że ktoś to jednak usłyszy. Do zachodniej bramy nie było aż tak daleko. Do końca nie było wiadomo czy łysy mięśniak przyjdzie. W końcu wczoraj, w teatrze go nie było. A wiadomo było, że nie przepada za spotkaniami gdzie ladacznice miały rolę wiodącą. Jednak chyba nie miał nic przeciwko aby z nimi poswawolić i takie okazję na chwilę zakopywały topór wojenny między nimi. Przyszedł razem z Rune.
- Ojej a ja tak bym chciała móc z którąś ze szlachcianek. Zwłaszcza jakby mi się udało któraś zbrzuchacić. Dawno żadnej kobiety nie zbrzuchaciłam. A jakby się udało ze szlachcianką to ojej! - Lilly chętnie donosiła z wozu nowe butelki wina albo misy z jedzeniem. Albo tańczyła z koleżankami do niesłyszalnej muzyki. W zborze była znana, że ma słabość do zostawiania swojego nasienia w kobiecych łonach a zwłaszcza delikatnych, zadbanych, wyperfumowanych szlachcianek którymi mimo półrocznego pobytu w mieście, wciąż była zafascynowana.
- Szlachcianek to ci dzisiaj nie powinno zabraknąć. Ciekawe czy Genda będzie. - Onyx przyjechała ponownie. I zdradzała zaciekawienie czy wśród zwierzoludzi będzie jedna z dwóch samic. Miała przyrodzenie podobnie jak Lilly i wydawało się, że gdyby u liliowej mutacje poszły dalej w stronę ugorów, to by pewnie wyglądała podobnie do Gendy. A tak była jakby w połowie drogi między nią a ludzką kobietą.
- Jakbyście nam pomogli z Adrienne to może też by mogła tutaj przychodzić na te spotkania. Na razie to z Hubertem woleliśmy nie ryzykować. - Oksana pierwszy raz była na tym spotkaniu. Miało to być wyraz zaufania i wspólnoty obu zborów. Hubert bardzo żałował ale nie wolał nie ryzykować swojej przykrywki porządnego kupca tekstylnego więc teraz pewnie spędzał wieczór u boku swojej tłustej i mało urodziwej małżonki. Fabienne i tak już wcześniej bywała na tych nocnych orgiach, dzisiaj też miała być. Ale jego krawcowa jaka prywatnie miała bardzo dominujący charakter, była tu po raz pierwszy. I oczywiście zastanawiała się czy ich nowa niewolnica z ratusza jaka wczoraj tak wdzięcznie im się oddawała i usługiwała a nawet dała się zasiać dziedzictwem Oster, była gotowa na orgie ze zwierzoludźmi. Na razie uznali z Hubertem, że chyba jeszcze nie. Ale jakby nad nią popracwać to może na następną już by była na tyle urobiona aby można ją tu było zabrać?Wszyscy - wieczór
Zrobił się dojrzały wieczór gdy do tych pląsów i zabaw dało się usłyszeć odgłos wozów. Od razu zrobiło się ciszej gdy nastał moment niepewności kto się zbliża. Zwłaszcza, że o tej porze to już nikt nie powinien podróżować. Teoretycznie powinien być to wóz szlachcianek ale do końca pewności nie było. Na szczęście to właśnie były one. Przyjechały o dziwo zwykłym wozem, chociaż krytym plandeką. A gdy zaczęły zeskakiwać na ziemię okazało się, że są ubrane jak zwykle praczki, służące albo chłopki. Tylko lady Soria lśniła wśród nich jak czerwony rubin, swoją śmiałą i elegancką suknią.
- Oh, nie miejsce takich zdziwionych min przyjaciele. Przecież tak będziemy się tu tarzać, że i tak wszystko będzie do prania. A gdyby ktoś niepowołany nas zobaczył to lepiej aby nie dojrzał wśród nas jakiejś szlachty prawda? - Wężowa syrena weszła w to już nieźle rozochocone towarzystwo jak diwa do swoich wielbicieli. Wydawała się nieziemsko piękna i nawet te kobiety co już przyjechały tu wcześniej i były częściowo roznegliżowane, też patrzyły na nią z uwielbieniem jakby była ich królową.
- O! No to teraz mamy komplet! - Zaśmiała się Łasica, klaszcząc z radości w ręce. A nowe towarzyszki szybko rozsiadły się na pniach i kocach witając się ze swoimi znajomymi. A, że większość towarzystwa bywała gośćmi w lochu Pirory czy wczoraj w teatrze to wyszło to na bardzo ciepłe i przyjacielksie powitanie.
- Do konca zastanawiałam się czy Kamilę nie zaprosić. Jest już tak blisko nas. Myślę, że dojrzała na tyle aby zrobić następny krok. Ale mimo wszystko całe stado zwierzoludzi to może być dla niej szok. Może jakby jeden czy dwóch. Tylko zastanawiam się jak to zorganizować. Na razie dałyśmy jej ziółka nasenne i została w domu Rose. - Lady Soria zastanawiała się nad pełnym wtajemniczeniem córki kapitana portu. Kamila van Zee wydawała się być nią zafascynowana i zauroczona. Ostatnio coraz częściej brała udział w ich zabawach i nawet chędożyła się z kopytną Lilly. Ale czy była gotowa na pełnowymiarową orgię z kopytnymi to tego nawet Soria nie była taka pewna.
- To tutaj będzie ta orgia? A kiedy przyjdą ci zwierzoludzie? Ja już to z rogaczami robiłam no ale najwyżej z dwoma na raz. - Astrid była zaciekawiona miejscem i przyznała się, że nie byłby do dla niej pierwszy raz z kopytnymi.
- Wiecie co? - Lady Odette była ubrana w prostą suknię i miała rozpuszczone włosy a nie starannie ufryzowane jak zwykle. Dlatego wyglądała jak zwykła służka. Tylko taka bardzo ładna i zgrabna o dziwnie zadbanej cerze, makijażu i uszminkowanych ustach. No ale to było widać z bliska. - Chyba się zaczyna! - Powiedziala i z ekscytacją położyła dłon na swoim brzuchu. - Czuję takie jakby swędzenie. I burczenie w brzuchu. Oh! Więc to może być to co Fabi mówi! - Wyglądała na bardzo podekscytowana tymi swoimi doznaniami. I wskazała na siedzącą obok bretońską szlachciankę co potrafiła tak barwnie zachwalać pseudciążę z czerwiami. - I dlatego dziś wysłałam list do moich koleżanek w Saltzburgu. Bez detali oczywiście. Ale umówiłam się z nimi jeszcze przed wyjazdem co i jak. Niech przyjeżdżają i też spróbują tych namiętności co tu macie! - Aktorka mówiła jakby uważała to wszystko za ekscytującą, romantyczną przygodę jaką bardzo chętnie przeżywała.
- Jestem przekonana, że to dopiero początek namiętnych doznań jakie cię czekają moja droga. Mnie się ostatnio śniło, że karmię te czerwie własnymi piersiami. I ciekło z nich takie dziwne, gęste mleko. I chyba były trochę większe niż teraz. No ale sprawdzałam i przed wyjazdem z domku Rose sprawdzałyśmy i no niestety nic z nich nie cieknie. Szkoda. To byłoby coś nowego. We śnie wokół sutków miałam takie dziwne zadrapania. Jakby od czegoś okrągłego. Ale teraz ich nie mam. To chyba nie od czerwi bo one chyba nie mają żadnych zębów ani nic takiego. Muchy mają te tutki i szczypce ale nie widziałam ich we śnie. Jeden z tych zwierzoludzi co ma owadzią głowę też ma coś podobnego w pysku. Może to coś z nim wspólnego? - Fabienne dodała otuchy miodowłosej szlachciance i sama podzieliła się z towarzystwem co jej się ostatnio śniło. Wydawała się być zafascynowana tym snem i ciekawa jak można by go zrealizować w praktyce.
- Ja bym była gotowa spróbować tego zasiania. Też miałam sen. O tym, że kocham się z pająkami i one ze mnie robią kokon aby pomóc powrócić Pajęczej Królowej. A jak rozmawiałam z milady to może te sny staną się klarowniejsze jak będę miała te czerwie w sobie? Przecież to część dziedzictwa Sióstr więc także i Pajęczej Królowej. - Marissa była pierwszy raz na tej orgii. Była pacjentka hospicjum wydawała się całkowicie podporządkowana woli Soren, jaka jej się objawiała jako Pajęcza Królowa. Tylko ta wola bogini nie była dla śmiertelniczki zbyt czytelna. Liczyła, że zasianie mogłoby jej pomóc ją zrozumieć. A czy by się dołączyła do orgii z kopytnymi to jeszcze nie była pewna.
- Ja zostanę przy wozie. Sami rozumiecie. W razie czego musi być ktoś trzeźwy, czysty i ubrany. - Pirora jak zwykle przyjechała ale wolała się trzymać na uboczu. Nie miała ochoty pokładać się ze zwierzoludźmi.Ze szlachciankami przyjechały jeszcze dwie piękności, Layla i Annika. Jednak wyraźnie mniej udzialały się w dyskusjach. Wężowa kapłanka z powodu bariery językowej. Nie znała reikspiel ale mogła się porozumieć z tymi co znali bretońśki albo estalijski. Zwykle więc Lars, Soria albo inne błękitnorkwiste robiły za pośredników w rozmowie z nią. Annika zaś wyglądała lepiej niż gdy ją rano Otto widział. Ale jadła, piła i patrzyła. Wyglądała na przygnębioną albo zmęczoną. Przy takich wojownikach jak Silny, Egon, Lars czy Rune wydawała się drobniutka. Z urody i zgrabnej sylwetki, bardziej pasowała do hedonistek niż wojowników. A jednak to ona miała jeszcze nie do końca zagojony siniak pod okiem i rozciętą wargę. Marissa i Fabienne siedziały blisko niej i traktowały ją jak kogoś bliskiego ale chorego, jakiemu należy się troska. Gdy w pewnym momencie szlachcianka usiadla za jej plecami i delikatnie zaczęła masowac jej barki i całować kark, wreszcie Annika wydawała się odprężać.
Wieczór - północ
Zabawy na polanie przerodziły się w pełne swawole. Większość uczestników już pozbyła się zbędnych ubrań i przeszła do bardziej bezpośredniego etapu integracji. Gdzie się nie spojrzało to widać było jak tam się ktoś całuje, tam podskakujące żwawo piersi albo czyjąś żyć jaka energicznie zderzała się z kobiecymi biodrami. Już to wyglądało jak wstrętna, plugawa orgia jaka przeczy prawom dobrych bogów i przyzwoitości ludzkiej. A gdy Morrslieb stał w zanicie oświetlając te bezeceństwa swoim upiornym, zielonkawym światłem to pojawili się nowi aktorzy tej sceny. Jak zwykle wyszli z lasu w ciszy, że zajęte chędożeniem towarzystwo nie zorientowało się dokładnie kiedy aż kopytni pojawili się na krawędzi widzialności z ognisk. To przerwało te zabawy. Ludzcy wyznawcy Chaosu powstali aby przywitać swoich kopytnych sojuszników. Na czoło wysunela się lady Soria. Nawet całkowicie naga, wyglądała olśniewająco. Jakby jakiś rzeźbiarz uchwycił ideał kobiecego ciała a potem ktoś ożywił ten posąg. Soria przemówiła do kopytnych w ich języku jaki dla ludzi był niezrozumiały.
- Ej. Ten jest jakiś inny. Wcześniej go chyba nie było. - Łasica zmrużyła oczy. Właśnie przypiętą do bioder zabaweczką intensywnie penetrowała trzewia Daktylka. Co im obu się bardzo podobało. Ale to ona pierwsza zauważyła, że ich wężowa milady rozmawia z kopytnym jakiego wcześniej tu nie było. A wyglądał, że ma coś jakby koronę z piór i rogów jeleni na głowie. Przy każdej włochatej nodze stały jeden, złowrózbnie wyglądający brytan. Gnak stał tuż obok niego ale tuż za nim jakby uznawał jego wyższość.
- I chyba jest ich więcej niż ostatnio. - Burgund zauważyła kolejny detal. Wstała z kolan bo właśnie obrabiała berła kolegów z użyciem dłoni, ust i swoich dorodnych piersi. Jeszcze nie wszystkich było widać, część z ungorów jedynie była zarysowanymi sylwetkami zbyt daleko od blasku ognisk aby dostrzec szczegóły. Jednak wyglądało, że jest ich trochę więcej niż ostatnio.
- Lily co oni mówią? - Silny zapytał jedynej która poza Sorią, znała język kopytnych. Ta przycłuchiwała się rozmowie.
- Soria ich wita… Oni też… To jest ich wódz… Tym razem przyszedł osobiście… Bo jego wojownicy bardzo dobrze mówili o ludzkich samicach jakie się tu z nimi chędożą… I dlatego też przyszedł… - Mutantka tłumaczyła to co dała radę usłyszeć z rozmowy milady i wodza ungorów. Ta nagle skończyła się gdy syrena odwróciła się swoim piersiastym frontem do swoich towarzyszy.
- Przyjaciele! Radujcie się. To jest Ungard Chytre Oko! Przybył dziś osobiscie bo wiele dobrego słyszał o nas od swoich wojowników! Powitajmy ich jak naszych przyjaciół i sojuszników! - Milady uniosła dłonie gdy przedstawiała wodza ungorów. Gdy klasnęła w dłonie większość kultystów zrobiła to samo. I powitała kudłatych oklaskami, uśmiechami i winem. Ci ruszyli za Sorią i swoim wodzem stopniowo mieszając się z nagimi i rozgrzanymi namiętnością ludźmi.
- O, jest Genda! - Onyx ucieszyła się, wzięła drugi kielich wina i podeszła do jednej, z nielicznych samic zwierzoludzi. Wszystkich mogło być ich tu dzisiaj z kilkunastu, może nawet dwie dziesiątki. Rozochocone ludzkie towarzystwo, jakie w większości już miało do czynienia w tym temacie, całkiem szybko zaczęło się integrować z kopytnymi. Z powodu bariery językowej nie było okazji do rozmów. Za to wino, śmiech i chędożenie było dość uniwersalnym językiem zrozumiałym dla obu ras. Kopytni też byli zbyt prymitywni aby bawić się w konwenanse, raczej przypominali zwierzęta w okresie godowym.Wreszcie okazało się też co Łasica przygotowała dla Fabienne i Odette. Zrobiło się z tego małe widowisko. Obie łotrzyce wyłuskały z zabaw obie szlachcianki i poprowadziły je do kamienia ofiarnego. Najpierw zaczęły przywiązywać miodowłosą diwę. Ta już od dawna była bez ubrania więc było widać jak liny unieruchamiają jej smukłe, kształtne ciało. Ona sama wydawała się być tym bardzo podniecona jakby przeżywała jakąś niesamowitą przygodę. Bez sprzeciwu, pozwoliła się im przywiązać do pochylonego kamienia. I ci co tu byli w poprzednim tygodniu, od razu rozpoznali, że zajęła miejsce czarnowłosej Bretonki. Tego jeszcze co niektórzy mogli się jeszcze spodziewać skoro lotrzyce jej to obiecały. Gdy jednak skończyły wiązać artystkę zabrały się za von Mannlieb. Kazały położyc jej się na ziemi, tuż przy kamieniu. A potem wbiły kołki w ziemię, tuż u stóp von Treskow. I do tych kołków przywiązały nadgarstki szlachcianki. - No to tak jak wam obiecałam. Ty będziesz naszą główną ofiarą dzisiaj. - Łasica była wyraźnie dumna z siebie gdy odezwała się do przywiązanej diwy. - A ty Fabi, skoro jesteś najnędzniejszą z nędznych i najpodlejszą z podłych to twoje miejsce jest w błocie. I spadnie na ciebie całe plugastwo z chędożenia Oddie. No i jak ktoś będzie chciał taką brudną ladacznicę jak ty wychędożyć to oczywiście to zrobi. - Łotrzyca wreszcie zdradziła na czym miał polegać jej plan. Co ludzcy kultyści przywitali z auplauzem i wesołymi śmiechami.
- Oh ależ to upokarzające! To jest dopiero orgia! I to nawet ze zwierzoludźmi! No wreszcie było warto przyjechać do tej śmierdzącej rybami dziury! - Odette von Treskow roześmiała się serdecznie jakby właśnie zaczynał się najciekawszy rozdział dzisiejszej zabawy.
- Łasico, jesteś taka kochana. To naprawdę miło, że o mnie nie zapomniałaś. Jestem ci bardzo wdzięczna. Mam nadzieję, że później pozwolisz mi wyrazić swoją wdzięczność. - Fabienne von Mannlieb też wyglądała na zachwyconą a wręcz wzruszoną swoim miejscem w tym bezecnym rytuale. I obdarzyła stojącą nad nią łotrzyce pełnym wdzięczności spojrzeniem.---
Przybycie zwierzoludzi otwarło nowy etap orgii. Dodało nowych aktorów do tej plugawej sceny. Obie grupy skutecznie się wymieszały w tych harcach. Tam Łasica podskakiwała na biodrach kopytnego, gdzieś bok Burgund na czworakach była brana przez ungora i kultystę jednocześnie. Ten nietypowy zwierzoczłowiek z głową owada i dziwnym przyrodzeniem w kształcie krótkiej macki lub larwy nauczony poprzednim doświadczeniem od razu poszedł do dwóch uwiązanych do kamienia szlachcianek. Otto złapał się spojrzeniem chyba z tym samym myśliwym z jakim miał do czynienia ostatnio. Nie mówili tym samym językiem ale widać było zapytanie w prawie ludzkiej twarzy ungora. Wypięta na zwalonym pniu Astrid była brana przez Lilly i ungora na raz. Soria bez z przyjemnością przyjmowała po dwóch, trzech kochanków na raz i wcale nie wyglądała na zmęczoną, raczej jakby tylko nabierała apetytu na jeszcze. Ale wszystko ma swój koniec. W napędzane namiętnością ciała coraz częściej wkradało się zmęczenie. Coraz więcej par i postaci pokładało się gdzie popadło. Na kocach, kamieniach, kłodach. Chciwie pili wino albo sycili swoje żołądki. Widać było, że w tej głębokiej nocy jest naturalna przerwa. Ludzie i nieludzie siedzieli lub leżeli obok siebie, pli, jedli i rozmawiali. Już największy szał namiętności raczej minął i teraz była okazja aby porozmawiać o czymś innym niż kogo i jak teraz wychędożyć.
-
Miasto, wieczór

Slaaneshytka nawijała jak najęta o wydarzeniach jakie już były oraz o tych, które dopiero miały nadejść zupełnie jakby jednak były w niej zasiane pieszczoszki Oster nakręcając ją swoimi korkociągowymi ruchami. Ten obraz wywołał uśmieszek Heinricha przycinającego zbyt długą brodę w lustrze, kiedy Łasica kontynuowała opowieść, co mogłoby się wydawać reakcją na jej słowa, jednak były Inkwizytor znał prawdę ukrytą w swoich myślach.
Mówiąc szczerze nie widziało mu się brać udziału w tej leśnej orgii i z początku chciał odmówić propozycji... póki nie zobaczył jak słaby to będzie wybór. Ani orgie, ani krwawe kamienie nie były w jego sferze zainteresowań, jednak pogardzanie jakiejkolwiek socjalizacji z resztą kultu po dłuższej w nim nieobecności... Nie widziało mu się jako dobry ruch. Lepiej mieć pozytywne relacje z resztą w ramach możliwości niż stąpać po niepewnym gruncie i nie mieć żaden nadziei, iż jakaś część tej gromadki nie będzie ci pomocą w razie problemów dotykających tylko ciebie, a nie całości.
Dlatego przystał na propozycję Łasicy.Czasem po prostu warto robić rzeczy dla osiągnięcia długoterminowych celów.
Miasto; przedpołudnie

- No zmierzch się zbliża przyjacielu. Jak nie chcemy dać się zamknąć w mieście to chyba czas zostawić gdzieś ten złom i ruszać w drogę. - Lars wskazał na narzędzia jakie niedawno kupili. Rzeczywiście miał rację. Letni, pogodny dzień się kończył a to oznaczało, że miejskie bramy zostaną zamknięte i nie otworzą się póki nie nastanie jutrzejszy świt.
Egon pomyślał chwilę. Korsarz, zdaje się, miał rację. Sprawdzenie wiadomości, cóż też mogło dziać się u lokalnej szlachty raczej było rzeczą, która mogła zostać ogarnięta jutro, nawet i pojutrze.
– Zostawmy to u Pirory i ruszajmy – rzekł Egon. – Nie ma co przedłużać, przysposóbmy się odpowiednio i ruszajmy do Gnaka.
- No dobra, to chodźmy do niej. - Brodacz wzruszył ramionami i okręcił się aby wrócić na Plac Targowy. Musieli go przejść aby wejść w Bursztynową a parę kamienić od wylotu, był numer 17 pod jakim mieszkała blondwłosa kultystka. - To jak wyjdziemy to przed świtem do miasta nie wrócimy. Czyli wrócimy jutro. Chcesz wracać do niej czy jakoś inaczej? - Lars pytał gdy szli po drodze. Wkrótce wrócili do kamienicy Averlandki i gdy zapukali otworzyła im młoda pokojówka. Widząc kto przyszedł, wpuściła ich ale oświadczyła, że milady nie ma w domu. Co nie było takie dziwne bo Priora wraz z błękitnokrwistymi koleżankami, potrzebowała bardziej dopracowanego pretekstu aby urwać się z miasta na noc. Na przykład, że jadą w plener aby poćwiczyć malowanie natury.
Egon podrapał się po swoim owłosionym czerepie, kładąc zdobyte narzędzia do lamusa, gdzie przechowywano inne rzeczy tego rodzaju.
– Zdaje mi się, że bramy miasta otwierają coś koło jutrzni – rzekł gladiator. – Wystarczy nam jaka godzina albo półtorej, żeby zebrać Sorię i pozostałych, wiedzą przecież, że zamierzamy się zabrać. Zdaje mi się, że żaden to problem.
Egon dumał, że w istocie nie trzeba będzie zbyt długiego czasu, aby zebrać całe wyposażenie - ostatecznie, kurhany były rzut beretem od miasta, jedyne, co potrzebowali się zaopatrzyć, to jakiś prowiant, broń zawsze nosił przy sobie, zaś narzędzia do włamu mieli u Pirory. Wojownik nie sądził, że potrzeba będzie tu czegokolwiek więcej. Jeśli cała sprawa z kurhanem miała przeciągnąć się do jutrzejszego wieczora, nie byłoby to problemem, gdyby nocowali przy grobach.
– Wrócimy do Pirory potem – oznajmił. – Chodźmy.
Zachodnie Kamienie; wczesny wieczór

Otto podszedł do kamienia, na którym miał odbyć się kluczowy element dzisiejszej nocy. Nucąc pod nosem rozciął paznokciami skórę na dłoni i krwią naznaczył głaz symbolem Mrocznego Księcia.
- Niech ma krew oddana w chętnym bólu, będzie miła Matce Tajemnic i przekona ją aby spojrzeć na naszą ofiarę przychylnym okiem.Ukończywszy ten mały rytualik postanowił zabić czas zbierając wszelkie śmieci, liście i gałęzie z miejsca orgii. Dziś znamienici goście mają być.
Uśmiechnął się widząc Łasicę i resztę ferajny.
- Miałem małe zajęcie poza miastem dziś. Szukałem miejsca na wyjście z Silnym i chłopakami Egona, nie było sensu wracać do miasta to przylazłem tu od razu. - przytulił ladacznicę kiedy ta zeszła z wozu.
- Jesteście miodem dla oczu moje drogie. - pomógł przy ognisku, aby zapracować na jedzenie, którym się podzieliły.
- Jak tam dzisiejsza noc? Zakładam, że Siostry przesłały kolejne sny?Łotrzyca chętnie odwzajemniła te uściski i wygląła na całą w skowronkach. Z wozu zaczęli zeskakiwać pozostali jacy z nią, przyjechali wozem. - Też się cieszę, że cię widzę Otto. Oh, cały tydzień czekałam na tą pełnię! Ale się będzie działo! - Cieszyła się jak mała dziewczynka widząc, że cyrk przyjechał do miasta. Dopiero się cyrkowcy rozkładali i szykowali, jeszcze występu nie było ale wiadomo było, że to już niedługo.
- A sen pewnie, że miałam! Rany, wczoraj w teatrze tyle się działo, że nie zdążyłam ci opowiedzieć! - Zaśmiała się ale chyba przypomniał jej o tym śnie. - Śniło mi się jak chędożę jakieś ślicznotki! - Zawołała radośnie i gestem pokazała jakby miała przypiętą do bioder zabaweczkę, dzięki której mogła wejść w rolę mężczyzny, gdy kochała się z innymi kobietami. - Ale je brałam! Jedna po drugiej! I jak leżały u mych stóp, i jak ja leżałam na nich, i jak były zapięte w dybach, przy pręgieżu albo rozkrzyżowane w łańcuchach! A ja brałam je wszystkie! Bez litości! I niektóre to poznałam. Fabienne, Odette, ta ruda wiewióra - niedbałym gestem wskazała na przechodzącą obok Burgund. Ta spojrzała w ich stronę, pozdrowiła mnicha skinieniem głowy i uśmiechem ale przerwóciła oczami gdy usłyszała wyzwisko pod swoim adresem z ust swojej kamratki. Widocznie przyzwyczaiła się do tych utarczek słownych jakie zwykle inicjowała właśnie łotrzyca w spodniach.
- Ale nie wszyskie rozpoznałam. Niektóre były tyłem, albo były daleko, albo nie widziałam ich twarzy. No nieważne! Najważniejsze, że tam była piękna milady na tronie! I to dla niej było to wszystko! Ona siedziała na tronie, taka piękna i dostojna. I patrzyła jak ja chędożę dla niej te wszystkie ladacznice. To wszystko było dla niej. A potem wezwała mnie do siebie. Padłam do jej stóp i pozwoliła mi je całować i czcić. A potem całowałam ją coraz wyżej, aż do kolan, ud a potem doszłam do jej berła. Też się nim zajęłam jak należy. Było takie dorodne i soczyste! I w końcu milady wzięła mnie nasadziła na nie i pobawiłyśmy się w rodeo. A potem popchnęła mnie, że musiałam podeprzeć się rękami i znalazłam się na czworakach. A ona dalej mnie brała od tyłu. Oh jak ona mnie brała! Tak jak ja te jej ladacznice! - Łotrzyca opowiadała wszystko w jednym, nieco chaotycznym ciągu i widać było, że ten sen ją strasznie pobudza. I to nieważne w jakiej roli w nim występowała.
- A jak już było mi tak dobrze to ona wybuchła we mnie i zalała mnie swoją miłością. Oh, to było takie piękne Otto! - Fioletowłosa dziewczyna z ferajny aż się wzruszyła na tak romantyczny obraz. - I wiesz… Wydaje mi się, że miałam brzuch… Poźniej. To ona mnie zbrzuchaciła. Eh… Tylko nie widziałam jej twarzy… Chyba jakby Soria, podobna… Ale nie jestem do końca pewna. Ciemne włosy miała. Soria też ma ciemne. Ale nie jestem pewna czy to ona. Ojej ale tak bym chciała aby to była Soria… - Rozmarzyła się na taki obrazek.
- A nie czekaj! Jeszcze coś było! - Nagle brwi jej się uniosły do góry jakby w ostatniej chwili przypomniała sobie coś jeszcze. - Jakaś chuda postać. Przechodziła przez jakieś ruiny. Albo te puste ulice i kamienice. Przecież pełno ich u nas. I tak dość ciemno było. Dlatego niewiele widziałam. I ta postać przeszła. I chyba była w sukni albo todze. I takie głupie, szerokie rękawy miała. Pewnie jakiś uczony albo kapłan, oni lubią takie bzdety. On albo ona. Bo widziałam tylko zarys. I przeszedł ten ktoś. Chwilę nic się nie działo. A potem ktoś inny przeszedł za nim. Tak jakby go śledził albo skradał się za nim. Ale nie wiem o co chodzi, też było ciemno to niewiele widziałam kto to mógł być. - Przyznała, że trochę ją to frapowało ale nie cieszyło tak bardzo jak ta część snu jaką tak żwawo i barwnie opowiedziała mu wcześniej.
Mnich gwizdnął słysząc opowieść ladacznicy.
- No cóż, zasmucę cię, że to nie była najpewniej Soria, jednak ciesz się, ponieważ to była Soren, matka naszej czcigodnej. Wpadłaś w oko Księżnej Demonów. - Otto się delikatnie zaśmiał - Co do tej drugiej postaci, mój pacjent mówił o jakiejś uczonej, która sprzyja naszym celom, może to była ona.
- Myślisz, że to była Soren? - Sądząc po minie łotrzycy to takiej interpretacji snu się w ogóle nie spodziewała. Aż ją zatkało i przez chwilę nie wiedziała co powiedzieć. Wpatrywała się w ziemię, potem w ciemny las jaki ich otaczał w końcu znowu na jednookiego rozmówcę. - No może… Nie wiem. Nie wiem jak ona wygląda. Widziałam tylko ten alabastrowy posąg co wyłowiliśmy z rzeki a tam to ona jest jako Pajęcza Królowa. Nie sądziłam, że… No wiesz… Myślałam, że to lady Soria. No i ona jest z nami a Soren dopiero będziemy sprowadzać… No ale może kiedyś… - Zaczęła się trochę jąkać i była zbita z pantałyku taką perspektywą, że jedna z Sióstr, miałaby zwrócić na nią swoją uwagę a nawet obiecać jej takie wyróżnione miejsce u swego boku. - To znaczy wiesz, byłabym zaszczycona. I móc spółkować z każdą z nich. A najlepiej z obiema! No ale co mi tam. Na razie mamy tu Sorię to jej będę służyć. A jeśli sobie zażyczy abym wychędożyła dla niej jakieś ślicznotki to ja oczywiście bardzo chętnie! A dla Soren oczywiście też. To byłby wielki zaszczyt móc tak służyć każdej z nich. - Po tej chwili wahania, dziewczyna z ferajny doszła do wniosku, że właściwie obie opcje jej się podobają więc odzyskała rezon.
- A ta druga, znaczy ta w cieniu, no może i uczona. Nie wiem. Widziałam tylko zarys sylwetki i szat. Jeśli to kobieta to gruba nie jest. I nie wiem kto za nią szedł ale to też nie był grubas. - Na ten mniej istotny dla niej detal snu, zwróciła znacznie mniejsza uwagę, jakby nie dotyczyła jej osobiście.
Mnich zachichotał słysząc nerwowość łotrzycy.
- Patrzcie państwo, jest jeszcze ktoś na tym świecie od kogo nasza Łasica dostaje wypieków! - poczochrał włosy dziewczyny - Nie krępuj się, jestem pewny, że Soren tak cię wychędoży, że zapomnisz jak to jest kiedy twoje uda się spotykają. - mnich rozejrzał się po reszcie zgromadzonych i zauważył byłego Łowcę Czarownic.
- O, witaj Heinrichu, nie żebym odmawiał starszyźnie, ale jurne byczki Gnaka mogą być zbyt energiczne dla ciebie.

Heinrich nie włączał się od razu w rozmowę, raczej stojąc z boku i przysłuchując się jej jedynie. Wyglądał na jednocześnie zmęczonego, a również ułożonego, jakby właśnie tego dnia skrócił zbyt długi zarost, jaki wrósł przez ostatni tydzień i ułożył włosy. Nie zakrywało to jednak śladów po tym tygodniu, w jakim odsunął się od kultu.
- Nie miałbym zamiaru odbierać im ciebie, aczkolwiek jestem tu by też twoją osobę wypożyczyć. - zastanowił się - I Egona.
Mnich przechylił głowę.
- Dziś niestety nie będę aktywny w tych zabawach, chciałem porozmawiać z Aniką. - spojrzał na byłego łowcę - Jeżeli będziesz miał siły po Egonie, to postaram się dostarczyć jakiejś rozrywki.
Heinrich uśmiechnął się z ironicznym rozbawieniem.
- Nie wyglądałbyś tak uroczo w sznurach jak Łasica, martwię się. I nie wywijał się tak po każdym ciosie. Z tobą zaspokoi mnie inny rodzaj rozrywki, a wielbienie Slaanesh jękami pozostawię reszcie.
- Och… - mnich najwyraźniej rozważał czy być urażonym słowami Heinricha - Niech będzie. Więc chcesz czekać, aż wszyscy zaczną czy…?
- Będę musiał też z Odette porozmawiać, jak nie będzie miała zajętych ust, a z wami dwoma to poza tym. Nie wiem co Egon będzie robił. - nie-odpowiedział odpowiadając.
- Burgund, Łasicę… może Gnak jakąś samicę przyciągnie. - Otto rozważał ostatnie zdanie Łowcy - Najlepiej w takim razie złap ją przed wszystkim, bo dziś ona ma być na kamieniu.
- Może uda się po wszystkim, będzie wtedy rozluźniona i nie napalona tak bardzo. W sumie bardziej zależałoby z waszą dwójką wpierw się skonsultować niż wchodzić w śliską jamę, w jakiej większość dziś będzie. Ja jestem cierpliwy. Z nią i jutro mogę się skonsultować. - dawny Łowca zachrypiał lekko na ostatnich głoskach.
Brew mnicha się delikatnie uniosła.
- Twoje metafory robią się lepsze. - spojrzał na Łasicę i wrócił okiem do Łowcy - Zakładam, że to konsultacja wymagająca prywatności?
- Jestem pewien, że ktoś inny wymaga pieszczot smukłego ciała, hm? - Heinrich pogładził policzek Łasicy - My znikniemy na trochę.
- Oh, związałbyś mnie? - Łasicy oczy się rozpromieniły już gdy Henrich o tym wspomniał przed chwilą drocząc się z Otto. Ale poczekała aż skończą rozmawiać zanim się odezwała. Otarła się policzkiem o dłoń byłego łowcy czarownic i nieco przekręciła głowę aby pocałować jego palce. - Wiem, że tu nie ma łóżka. No ale chyba jakoś byśmy sobie poradzili nie? Na wszelki wypadek wzięłam trochę sznurów. Dla Odette i Fabi no ale dla nas też wystarczy. - Chociaż przed chwilą fioletowłosa mowila jakby byla gotowa bez pardonu wychędożyć każdą koleżankę jaka wpadnie w jej ręcę to teraz nagle stała się ucieleśnieniem kobiecej delikatności i uległości. - A Oddi to pewnie przyjedzie później. Z Sorią i resztą. Wczoraj jak z nią rozmawiałam to aż nóżkami przebierała, tak się nie mogła doczekać dzisiejszych zabaw ze stadem zwierzoludzi. Więc chyba końmi by ją musieli odciągać aby tu dziś nie przyjechała. - Zaśmiała się żartując sobie z miodowłosej szlachcianki. Ale jeszcze spojrzała na Otto. - A ty to tak dzisiaj Otto będziesz tylko siedział i patrzył? Ostatnio to chyba sobie co nieco śmielej poczynałeś? Nie spodobało ci się? - Zaciekawiła się skąd ta nagła wstrzemięźliwość u kolegi.
- Ostatnie tygodnie usługiwałem Wężowi i zaniedbałem swoje obowiązki wobec pozostałych. Dlatego dziś jedynie pobłogosławiłem głaz, a planuję porozmawiać z Aniką, trzeba pomóc sługom Krwawego. Jeżeli naprawdę będziesz na mnie miała ochotę. - ucałował czółko łotrzycy - Będę przy wozie Pirory.
- Jestem pewien, że odnajdziesz tutaj wiele rozrywek i pobawisz się z innymi... i innymi. Zawsze drogę do moich okien znasz... może zacznę rozważać opułapkowaniem ich, co? - zażartował drocząc się.
- Oj chyba ci się spodobało to włamywanie się co? - Łotrzyca zaśmiała się do Henriego, pokazując, że też umie się droczyć i żartować. - No jakby za pokonanie pułapek była jakaś większa kara to mogłabym to rozważyć. A tak to mi się nie opłaca. - Wydęła wargi i położyła sobie dłoń na biodrze, przez co znów zachowywała się i mówiła jak stereotypowa ulicznica. Jednak iskierki rozbawienia w jej oczach sugerowały, że świetnie się bawi podczas tej rozmowy. Jednak znów zwróciła się do jednookiego. - Otto, ja ci życia nie będę układać. Ale jak już tu jesteś to i tak dziś nie zrobisz nic innego. Sam widzisz, że Silny i reszta od niego też tu jest - wskazała głową na krzepkich kolegów co bez trudu znosili kawałki drewna i szykowali ognisko. - No to chcesz to z nimi pogadaj, pochędożcie razem dziewoje, napijcie się wina, posłuchaj ich żartów i co gadają ale umartwianie się, że dziś nic bo nie no to dla mnie trochę bez sensu. - Powiedziała tak po prostu ze swojego pragmatycznego punktu widzenia dziewczyny z ulicy. Potem popatrzyła na nich obu i każdemy z nich położyła dłoń na piersi. - A może zabawimy się we trójkę? Zanim się wszyscy zjadą i impreza się zacznie. Pójdziemy kawałek w las albo do wozu, jak nie chcecie być na widoku. Chyba, że wam nie przeszkadza to możemy to zrobić tutaj. - Uśmiechnęła się do nich zalotnie, patrząc to na jednego, to na drugiego.
- Nie musisz się martwić, bo byłaby większa kara za zniszczenie moich zabezpieczeń, tylko bym musiał dobrą pułapkę przygotować, by oczekiwań nie zawieść łasicznej pani. - ukłonił się kobiecie w iście szlacheckim stylu, a ochrypły głos akompaniował lekkiemu arystokratycznemu smakowi tej sceny - Ja tym razem się nie przyłączę, choć odprowadzę znowu do szanownej pani tego jednookiego łachudrę, by nie czmychnął przed swoimi obowiązkami jako duchowy przewodnik, jak tylko z nim załatwię swoje sprawy na osobności. Później i może całą noc chędożyć się w krwi z Khornitami i tobą.
Mnich parsknął, ponownie ucałował łotrzycę i odstąpił od niej.- Jeżeli zostanie mi czas, to wrócę rozgrzać cię przed Gnakiem. - ruszył za Heinrichem - Więc, o co chodzi dokładnie?
Heinrich był zadowolony, że wyrwał się od napalonej slaaneshytki. Mógł czasem zaspokajać jej chęci i w nich towarzyszyć, jednakże sam nie czuł tych samych podniet, jakie ich gnały. Zgadzanie się na nie było bardziej grą dla utrzymania dobrych relacji z tą grupą jakie to mogą w przyszłości mu ofiarować owoce sukcesu, niż prawdziwą chęcią nieposkromionej chuci. Tobias mógł się wzdrygać widząc jedynie krótkowzrocznie jakikolwiek cel i nie wyobrażać sobie robienia czegokolwiek co nie będzie mu miłe. W końcu liczy się sukces, a droga do niego prowadząca jest już mniej istotna.
I nie zawsze całkowicie taka, jak by się chciało. Nie byli na pozycji, jaka by na to zezwoliła.- Pamiętasz jak opowiadałem ci o śnie z garncarką? O robakach jakie jej zawsze wychodziły z gliny przez nią lepionej?
- Ah… tak. Faktycznie kompletnie o niej zapomniałem… - przyznał mnich - Co, znowu ci się śniła?
- Jako jeden z moich snów, tak, ale nie o innych mowa. Ten powrócił... Kobieta w końcu lepi te garnki po drugiej stronie ulicy ode mnie, więc mogę ją z okna widzieć. - zamilkł na jeden oddech i początek następnego zdania wychrypiał nim odchrząknął - Zapytała mnie gdy podeszłem czy też chcę coś takiego…
Mnich pokiwał głową.
- Jak na razie wszystko w miarę normalne. - Otto zerknął na Heinricha - Kiedy zaczną się dziwactwa?
- Zapytała mnie o to, gdy próbowała lepić garnek, ale zawsze wychodziły jej te robaki. Sama ich nie zauważała choć niektóre sunęły jej po szyi.
Mnich nie przerywał byłemu Łowcy Czarownic, jedynie kiwnął głową, aby kontynuował.
- Te czerwie przemieszczały się po niej całej, a zadając pytanie wskazała na kręcące się koło garncarskie... - przymrużył oczy - Gdyby był jakiś lepszy sposób na tworzenie czerwi, i jak i ona mogła po prostu niezliczoną ilość ich wypuścić…
Mnich gwizdnął.
- To pytanie lepiej by pasował do Mergi… ja znam tylko teorię i mitologię… - mnich się zastanowił - Nie leży to poza możliwościami sług Wielkiej Czwórki, czytałem o większych naginaniach tego co realne. Jednak, żeby zwykła garncarka byłaby w stanie coś takiego zrobić… twój czas spędzony w Inkwizycji nauczył cię odnajdywać magów?
Heinrich spojrzał z wyraźnym krzywym grymasem.
- Polowanie na magów było moim sposobem na życie. Specjalizacją, jakby to powiedzieć. - przymrużył oczy w mrocznym rozbawieniu - Też czujesz w tym taki ironiczny smak?
- Należałem do zakonu, którego istnienie polegało na szukaniu słabości kultów Chaosu. Ironia jest słodka, muszę przyznać. - mnich się uśmiechnął - Sądzisz więc, że ta dziewczyna ma w sobie nutkę maga?
- Przyznam ze wstydem, że ostatnie dni... Nie byłem w formie i zaniedbałem sprawy. Muszę ją poobserwować z bliska, miejsce w jakim jest... - uniósł spojrzenie ku niebu - Otto, widziałeś kiedyś magię?
- Widziałem tkanie zaklęć… i ognistą kulę rzuconą przez Maga Agshyi. Mam jednak wrażenie, że nie o to ci chodzi.
- Czy widziałeś podczas tkania coś więcej niż ruch dłoni maga? Czy widziałeś sploty wiatrów z jakich jest ta kula ognia pleciona?
Mnich pokręcił głową.
- To chyba wymaga znajomości magii… albo bycia jakoś specjalnie utalentowanym. Zważając, że pytasz, zakładam, że ty jesteś w stanie ją zobaczyć?
Heinrich pokiwał głową wracając spojrzeniem do rozmówcy.
- Potocznie mówią na to "wiedźmi wzrok", choć magowie mają inne nazwy, bo wzbraniają się od tej. Widzę od zawsze prądy wiatrów magii... Są wszędzie I zawsze. Nie da się ich nie widzieć jak jesteś w stanie. Nawet nie pomaga zamknięcie oczu. - lekko parsknął tłumionym śmiechem - I możesz lepiej teraz rozumieć czemu było mi łatwiej wyszukać maga.
Mnich się zastanowił.
- Masz szczęście, że Elfy zmniejszyły ilość magii na świecie… Więc… do czego dokładnie potrzebujesz mojej opinii? Raczej nie potrzebujesz mojego zezwolenia, aby rozpocząć własne poszukiwania rekrutów.
Tymczasem z drogi nadszedł głos kroków. Dwie postacie kroczyły spokojnym, miarowym krokiem w stronę wozu: wyposażeni byli jak wojownicy, choć zamiast plecaka podróżnego mieli zaledwie małe toboły na prowiant. Był to Egon i jeden z Norsmenów, których barczysty wojownik przywiódł do Nordlandu, Lars. Brodaty gladiator i korsarz z Morza Szponów unieśli ręce w geście pozdrowienia.

Nagłe, prawie cudowne pojawienie się Egona przerwało rozmowę byłego Łowcy z mnichem, co było trochę na rękę nieoczekiwanemu kultyście.
- Egon, spadłeś z nieba. - przywitał go Heinrich unosząc ręce ku obydwu i podchodząc bliżej swoim kulawym krokiem wspierając się na lasce - Niedawno wspominałem ciebie, a tutaj sam się pojawiasz na moich oczach niespodziewanie.Egon spojrzał na człeka, co wyrzekł te słowa i zmrużył oczy. Egon wcześnej nie miał do czynienia zbyt dużo z jego osobą, choć od Pirory i wielu innych zasłyszał nieco. To - wnioskował Egon - musiał być Heinrich, jednak zdało się, że spotykali się po raz pierwszy, jako że ścieżki losu sprawiały, że Egon dotychczas był albo na obrzeżach, albo też w ogóle poza kultem.
– Tak po prawdzie, to bym rzekł, że urywam się z Norsci – gladiator wyszczerzył zęby. – W interesach przybywam.
- Kosztowności kościelne nie wystarczyły na zapewnienie odpowiednich wygód na miejscu? - fałszywie zasmucił się były Inkwizytor - Czy może już miałeś dość tych wygód i zostawiłeś je Merdze?Mnich też podszedł do Egona kiwając głową na przywitanie wojownikowi.
- Witaj Egonie, skoro już cię mam, chciałem wyjść z ofertą. Co ty i twoi wojownicy powiedzieliby na polowanie? Znalazłem miejsce gdzie można by się zasadzić na niedźwiedzia.
– Wizje i gusła mi nie kwadrują, te od Mergi – Egon skrzywił się, przypominając sobie niejasne wyjaśnienia wiedźmy z północy, którą odratował z lochu. – Ale jeśli stara coś wie, trza będzie sprawdzić, bo i być może, że za jej pomocą wskóra się nieco, a i z czasem miasto podpali. A polowanie… A, zaplowałbym. Niedźwiedź, spora bestia, trza się zasadzić z włócznią, ale topór mieć na podorędziu, onuż, uważasz, najpierw nabijasz, ale łeb jest miękki, tedy topór łatwo wchodzi. Hmm… Astrid by się przydała tu.
Mnich pokiwał głową.
- Wiem od Silnego, że nie możecie oddać czci Krwawemu Wilkowi tak jak przystało. Sądzę, że takie polowanie, na godną bestię, silnego przeciwnika uwieńczona poświęceniu jej czaszki, byłoby na miejscu i pozwoliłoby wam oddać cześć Bogu Krwi. Przy okazji służki Węża by wam wiwatowały i może umiliły powrót z udanych łowów.
– Dobrze pomyślane – odparł Egon, który dotychczas tylko myślał o tym, jak ubić interes z Gnakiem. – Pójdę zatem. Czy impreza łowiecka już zebrana?
Mnich pokręcił głową.
- Dopiero dziś znalazłem miejsce, muszę jeszcze ustalić termin z dziewczynami, no i z wami. Za dwa dni brzmi dobrze?Na to pytanie Egon przystanął i z niepewnością pokręcił głową.
\– Jutro trza nam wybrać się na kurhan – rzekł. – I może być tak, że rzeczy w kurhanie trzymać nas będą dłużej, jeśli się okaże, że znajdzie się tam coś, co myślę że tam jest. Dwa dni… Hm. Lepiej by było dla mnie za trzy dni, jeśli rzecz gracko pójdzie i bez zwlekania.
Mnich pokiwał głową.
- Niedźwiedź nie zając, nie ucieknie. Cztery dni, abyśmy byli bezpieczni. Spotkajmy się przy południowej bramie.
- O, serwus Egon! - Łasica przywitała się z gladiatorem w swój bezpośredni, wesoły sposób. Wracała od strony lasu, z kilkoma gałęziami na przygotowywane ognisko więc dopiero teraz go zauważyła. Wcześniej ich koleżanki pozdrowiły obu przybyłych wojowników skinieniami głowy i uśmiechami. Ale były zajęte noszeniem kocy, drewna, mis z jedzeniem i butelek wina na wieczorną biesiadę więc niezbyt miały okazję wtrącić się w rozmowę.
- Serwus. Dobrze, że przyszliście. Sami widzicie, że pełno tu bab a jakby ci kopytni coś knuli to nawet nie ma kto im porządnie przywalić. Przecież te baby nie będą się bić tylko zaraz uciekną z wrzaskiem. - Silny podobnie wracał z naręczem drewna. Oczywiście o wiele okazalszym niż jego główna rywalka. Ale chociaż z całkiem innych powodów niż ona, to też ucieszył się, z przybycia Egona i Larsa. Uścisnął im prawice i poklepał przyjaźnie po ramieniu.– Dobrze cię widzieć – Egon odrzekł Łasicy. – Jeno nie harcuj za bardzo dzisiaj, bo wiesz, gdzie się wyprawiamy. A przydasz nam się.
Egon, zaiste, poczuł się lepiej nieco, kiedy zobaczył kolejnego z wojowników. Z Silnym robił dobre interesy swojego czasu, dobrze, że był tutaj.
– Jak to zawsze się tu odbywa? – zaciekawił się Egon, który wcześniej nigdy nie był w tych stronach. – Palicie ogniska, Gnak i jego kompanioni przychodzą? Jak to wygląda?
- No palimy bo bez nich ciemno i zimno. No a tak to się ogrzać można i coś zjeść. I lepiej widać tych kozich synów. - Silny skinął łysą głową na drewno układane w stosy. Burgund właśnie podpalała pierwsze ognisko a inni wciąż chodzili do lasu po więcej opału albo przenosili zapasy z wozu na koce.
- A Gnak przychodzi później. Koło północy gdzieś tak. Po prostu wychodzą z lasu. I wtedy rozkręca się zabawa jeśli wiesz co mam na myśli. - Łasica zaśmiała się rozbawiona tym skromnym określeniem. - No ale, że do północy to jeszcze parę dzwonów to przecież nie będziemy bezczynnie siedzieć i czekać nie? - Uniosła brwi w prowokacyjnym spojrzeniu. - No i później przyjadą Soria ze szlachciankami. One najpierw musza uśpić kogo trzeba w domu Rose aby mogły się do nas wyrwać, dlatego jeszcze ich nie ma. - Wyjaśniła jak to zwykle i jak dzisiaj powinny wyglądać to spotkanie z mieszkańcami lasów.
– Mmm… – Egon ujął swą szczękę w zamyślonym wyrazie twarzy.Wojownik przyszedł do lasu robić interesa, ale po prawdzie spodziewał się, że banda zwierzoludzi tudzież ktoś od nich będzie czekać już. Chędożenie co prawda było miłe, jednak wojownik szybko tracił cierpliwość na to, bowiem widmo nadchodzącego turnieju, a także rzecz z jajami Oster zbyt wyraźnie ciążyła na jego umyśle.
– Tu gdzieś chyba też był ten głaz, co nie? – zapytał. – Choć nie znaleźliśmy go.
Wydawało się, że pozostało czekać i chędożyć się z dziewkami, bowiem bramy miasta już niedługo miały zostać zamknięte, zaś zwierzoludzie mieli przyjść dopiero później.
– Szkoda, że nie można iść samemu do nich – rzekł Egon. – Ciekaw jestem, gdzie się ukrywają w tym borze.
- Wiesz Egon, nikt ci nie broni iść w las i ich poszukać. - Łasica uśmiechnęła się ironicznie i wskazała dłonią w stronę lasu. Zmierzch już prawie przeszedł w pełną noc więc widać było zarys najbliższych pni a dalej to była czarna kurtyna ciemności. - Pomożesz zbierać drewno albo co? - Uniosła brwi do góry wskazując wzrokiem na innych kultystów z których większość pracowała nad tym czy innym elementem przygotowywania biesiady. - A głaz ofiarny jest tam. Ten pochylony. Tam przywiążemy Fabienne i Odette. - Pokazała na jeden z tutejszych kamieni od jakiego to miejsce wzięło swoja nazwę. Były obłe i postawione na sztorc. Wysokie na półtorej do dwóch ludzi, ustawione w okrąg. Ale jeden rzucał się w oczy bo był wyraźnie przechylony.
– Głaz ofiarny, co? Pewnie zerżną je obie uczciwie – Egon sarknął. Choć zrozumiał ironię co do samotnego zapuszczania się w bór, wcale nie powiedział, że było przesądzone, że z odpowiednią kompanią nie mógłby się zapuścić dalej w lasy. Komunikowanie się z Gnakiem tylko z pomocą leśnych orgii byłoby męczące. – Dobra idę po to drewno.
- Oh, nie tylko oni. - Łasica roześmiała się z rozbawieniem. - One raczej nie z tych co narzekają, że głowa ich boli jak przychodzi moment na zabawę. - Ta uwaga gladiatora wprawiła łotrzycę w dobry humor. Ale nie zatrzymywała go gdy ruszył w stronę mrocznego obecnie lasu.~

Egon razem z Larsem wypuścili się zatem nieco głębiej w bór, żeby zacząć zbierać drewno. Szczęściem, na wozie było parę mocnych, lnianych worów, które wziął gladiator i jego kompanion.
– Lepsze to niż siedzenie i czekanie – rzekł Egon do Larsa. – Weźmy i nazbierajmy większe ze szczap na ognisko… Coś czuję, że tych cudaków od Gnaka przyjdzie tu przynajmniej tuzin, choćby i więcej. Jak każdy z nich ma chędożyć na przemian Odette i Fabienne, to zajmie im to całkiem sporo, zanim skończą.
I tak, wojownik zaczął zbierać uschłe badyle i gałęzie do swego wora.
- No z nich są niezłe łanie do chędożenia. Widziałem je wczoraj w teatrze. Towar pierwsza klasa. No i jak mają przyjechać wcześniej to można z nimi pogadać zanim rogacze przyjdą. - Lars pokiwał głową na słowa kolegi. W jednej dłoni trzymał improwizowana pochodnię zrobioną z zapalonej gałęzi. Bez niej było już zbyt ciemno aby coś widzieć na dnie lasu. W drugiej ręce trzymał wór do jakiego gladiator mógł wrzucać to co znalazł na ognisko.
Nie minęło bardzo dużo czasu jak obaj mogli usłyszeć trzask gałązek zwiastujący zbliżanie się kogoś innego. Jak i oni szli od strony obozu, tak i podążył też inny kultysta i to nie napalony slaaneshyta ani nie jeden z chłopców Silnego. Heinrich rozglądał się po okolicy jednocześnie zmierzając do obu mężczyzn, nie mając jednak ze sobą laski na jakiej zwykł się opierać.
- Miło czasem wyrwać się od parujących chucią dziewczyn. - odezwał się będąc blisko.
Obaj zamilkli gdy okazało się, że już nie taki młody kultysta do nich dołączył.
- Ja tam na chętne dziewoje nie zamierzam narzekać. To miły dodatek dla wojownika. Ale jak nie przyszedłeś tu z powodu chuci to po co? - Wilk morski odezwał się z zaciekawieniem do Henriego. Akcent zdradzał, że reikspiel nie jest dla topornika rodzimym językiem ale posługiwał się nim całkiem płynnie.
– Pewnie tak samo jak ja chce robić interes ze zwierzoczłekami – Egon dorzucił swoje do pytania Larsa.
Heinrich uśmiechnął się na pytanie Larsa.
- Czy jedyny powód, by tu się pojawić to zaspokoić chuć? To można wszak zrobić w każdym innym momencie z naszymi koleżankami. - podśmiał się dudniąco pod nosem - Zastanawiałem się czy ten las skrywa o wiele więcej niż Zwierzoludzi i z tego, co właśnie zobaczyłem... Oczywiście, że tak. - przesunął wzrokiem po otoczeniu jakby się sycił naturą lasu - Może udałoby się zbliżyć do miejsca, jakie chronią zwierzoludzie. Wiem, że to nie jest przewidziane personalnie dla mnie, ale samo zobaczenie tego część ciekawości by zaspokoiło... Możliwie. Wiecie... Unikanie wszystkiego co nie jest całkowicie na twój smak ogranicza ilość informacji, jaką ktoś odnajdzie. Do tego... - spojrzał na lewą nogę zakrytą materiałem spodni - Chodzenie po lesie to dość dobry sposób na przyzwyczajenie się do chodzenia w ortezie jaką sprawił mi znajomy kowal Silnego, którego mi ten pomógł znaleźć.Egon skinął na słowa Heinricha.
– Mierzi mnie to chędożenie co drugi krok, są jak cholerne króliki. Wszak dupczeniem żem Mergi z lochu nie wydobył… – skrzywił się Egon, ale na jego twarz wstąpił kpiący uśmiech. – Choć Adrienne brała w zadek jak iście prawdziwy weteran kurwich wojen, niby forpoczta na polu bitwy. Podoba mi się, że uległa była… Obaczyłbym kiedy z czasem, bo mnie ciekawi, ile bólu może wytrzymać niewiasta, okrakiem siedząc na żelaznym koniu, spętana linami. A jeśli nie umie, to czy nauczyć się może, jeśli by jej jeno pięść w łono wsadzać co drugi dzień. Klechy z Marienburga, żem słyszał, głoszą, że baby ponoć bardziej odporne na ból są.
Tu machnął ręką, dając tematowi już spokój. Poniechawszy sprawy teatru, Egon wrócił do tego, co mówił Heinrich:
– Gnak może wiedzieć, gdzie jest głaz Norry – rzekł. – Jeśli tak jest, to chyba za darmo tej wiedzy nie da, trzeba będzie okupić ją niewolnikami albo też czym innym… Ale Annikę musiałbym tu samopas w głuszę kiedyś wyprowadzić, co by nas do niego zaprowadziła. Silny rzecze, że być może nas doprowadzi. Choć… Jeśliby kto u nas wprawny w tropieniu był, może by i można wytropić jego cudaków, gdzież tam chadzają… Łatwiej będzie.
- Jak ta Adrienne tak ci się spodobała to pewnie byś musiał z Hubertem gadać jak ją można spotkać na sposobności. Nieźle ją wyćwiczył to pewnie ma swoje sposoby aby się z nią spotkać tak aby nikt nie przeszkadzał. - W świetle pochodni, Norsmen zwrócił się najpierw do swojego towarzysza z jakim przepłynął Morze Szponów na łodzi Widłobrdego. Po czym popatrzył na Henricha. - Ja tam nic nie wiem o tych rogaczach, pierwszy raz ich dziś spotkamy. Ale jak przychodzą na chędożenie to dobrze. Czyli nie na łupiestwo i machanie toporem. Może i przy okazji coś da się z nimi pogadać. A tak, pewnie znają las jak się patrzy. Ale dziś to po nocy ja łazić po lesie nie zamierzam. A na jutro to my z Egonem już mamy pewne plany i całkiem możliwe, że na noc nie wrócimy do miasta. - Korsarz wzruszył ramionami i chyba nie był pewny w jakim kontekście były łowca heretyków mówi o tej wyprawie w las, więc wspomniał tylko o własnych planach na wycieczkę w innym kierunku i celu.
Heinrich machnął ręką.
'- Nie mówiłem o niczym więcej niż o chodzeniu do was i po okolicy. To jedynie mój sposób na przyzwyczajenie się do poruszania w ortezie. - spojrzał na Egona - Tropiłem głównie magów różnego rodzaju, a i tak nie robiłem tego całkowicie sam, więc za speca w tropieniu po lasach się nie widzę. Nie wiem też czy to byłby tak dobry pomysł się tu zapuszczać w ich tereny bez żadnego przygotowania. Mają wszak lepsze rozeznanie w miejscu oraz przygotowanie na intruzów. Muszą mieć, aby nie być po prostu zwierzyną łowną dla chcących z nich oczyścić ziemie Imperium. - uśmiechnął się krzywo - Gdyby wejście do nich było jak spacerek to oddziały armii by dawno ich wyorały z lasów.
– Ich przewagą jest to, że kryją się borze – zawyrokował Egon. – I znają, jak podprowadzić wróg na knieje i jak się ukrywać. Jeśli lasu by nie było, nie byłoby także ich… Ale dobrze prawisz, nie ma się co zapuszczać w głuszę, niech tam te cudaki siedzą, choć pewnie wkrótce będzie i tak, że trza będzie nam się z nimi układać. Zobaczymy, co Gnak powie… Ale wiesz, jeśli sami ten głaz byśmy mogli wytropić, to Gnak byłby nam niepotrzebny. Jedyne, czego się obawiam, że zwierzoczłeki każą sobie płacić za przystęp do głazu albo co podobnego.- Tak planujecie i planujecie co i jak z tymi rogaczami a w ogóle ktoś z was umie się z nimi dogadać? Bo u nas to po naszemu nie gadają. Czasem ktoś od nas nauczy się ich mowy to umie z nimi gadać. Zwłaszcza jak to szaman. Kopytni szanują szamanów. Czyli jak wezmą do niewoli to podrzynają mu gardło na końcu albo trzymają na specjalną okazję! - Zaśmiał się rubasznie na koniec. Ale był ciekaw czy w ogóle południowcy potrafią się jakoś komunikować z tutejszymi zwierzoludźmi. - Są terytorialni to nie sądzę aby z otwartymi ramionami powitali kogokolwiek. Może jak rozpoznają, że to wy, to pierwsza włócznia nie poleci tak aby w was trafić. - Prychnął jakby zdawał sobie sprawę, że chociaż sojusz z kopytnymi jest możliwy to różnice cywilizacyjne między rasami są zbyt duże aby było to coś pewnego i trwałego. - I tak Egonie, mogą coś chcieć za wskazanie kamienia. Jeśli wiedzą gdzie on jest. Ale mogą nie chcieć. Jeśli uznają, że mają w tym swój interes. Jak będa chcieli to trudno, niech powiedzą co i wtedy się zobaczy. A jak nie wiedzą albo nie będa chcieli pokazać to jest jeszcze ta wasza dziewoja ze snami od Norry. - Lars doceniał możliwość nakłonienia Gnaka do współpracy w znalezieniu głazu Norry ale tu był optymistą i nie przejmował się za bardzo trudnościami.
– Taa… Też tak gadam… – odparł Egon. – Ja też po ichniejszemu nie gadam, ale Fabienne i Odette się umiały spiknąć, nie? To jak parę babek gada se ze zwierzoczłekami to co, jak gorszy? Pójdzie dobrze.

Kończąc rozmowę z Egonem mnich wrócił do sług Slaanesh, szybko znajdując i obejmując Łasicę.
- Hej…
- No serwus Otto. Co tam? - Dziewczyna dała się objąć i nie wyrywała się z uścisku mnicha. Wydawała się zaciekawiona z czym przychodzi do niej.
- Chciałem się z wami dziewczynami umówić. - zerknął na pozostałe członkinie kultu Slaanesh - Za cztery dni, przy południowej bramie. Zabieram Silnego, Egona i resztę wojów Krwawego na polowanie na Niedźwiedzia. Wasza obecność i wsparcie podniosłaby ich na duchu… no i poprawiła trochę atmosferę w rodzinie. - pocałował pieszczotliwie szyję łotrzycy - Do tego mężczyźni, którzy właśnie powalili wielką bestię, pewnie zechcieliby jakoś celebrować takie zwycięstwo.
- Mhm. Zapewne między gościnnymi udami chożych dziewcząt. - Tym razem łotrzyca powiedziała to z ironią i raczej nie zdradzała entuzjazmu dla takiego pomysłu. - To po co mamy tam iść Otto? Myślisz, że my sobie czegoś chętnego do chędożenia nie potrafimy zorganizować? Że to dla nas zaszczyt czy wyróżnienie, że będziemy mogły ściągnąć majtki przed wami? - Uniosła brwi dając znać, że wcale nie uważa tego za wyróżnienie. - Rozejrzyj się Otto. - Łotrzyca wskazała głową na polanę gdzie trwały przygotowania do wieczornej orgii. W większości widać było jej koleżanki jak przygotowują koce, wino czy posiłek. - Jak myślisz Otto, jakby wam poszło to układanie się z Gnakiem bez nas? Dalibyście im swoje rzyć czy gardło? - Uniosła brwi aby dać znać, że te pokojowe relacje z plemieniem zwierzoludzi uważa głównie za sukces jej i swoich koleżanek. - I myślisz, że nie wiem jak się Silny czy Tobias o nas wygadują? Że jesteśmy do niczego? Że tylko nogi umiemy rozkładać? Cholera! Nawet po tym co w zimie z Egonem w kazamatach zrobiliśmy! To my tam chodziliśmy codziennie a nie ty, Silny czy ten wymuskany goguś od książek! A teraz przychodzisz do mnie i mówisz, że o rany, rany, możemy pójść z wami w las i obsłużyć wam berło albo się wypiąć byście nas łaskawie wzięli. Jak będę chciała Otto to sama wam obrobię berło, dam się związać albo wychędożyć. Jak będę chciała. - Łasica okazała się całkiem zdecydowana. Tak samo jak wówczas gdy potrafiła wdać się w pyskówkę z Silnym chociaż fizycznie był od niej masywniejszy i groźniejszy. - Ale dobra. Jak chcesz zakopać topór wojenny między nami to mogę powiedzieć dziewczynom. Pewnie się chociaż część zgodzi. Jak będzie potrzebowali więcej ladacznic to mogę je zorganizować. Ale to już sami będziecie musieli im zapłacić. A ja to jeszcze zobaczę czy tam pójdę. Szlachcianki to nie wiem bo im nie tak łatwo wyrwać się z miasta. A nie mogą co drugą noc jechać “malować plener”. Ale to jak przyjadą to sam je możesz zapytać. - Mówiła szybko i zdecydowanie. Wyglądało na to, że nawet jest skłonna wesprzeć ten pomysł chociaż jej osobiście wcale nie przypadł do gustu. Raczej zdawała sobie sprawę z napięć jakie iskrzyły pomiędzy frakcjami kultu.
Mnich westchnął i pogłaskał policzek łotrzycy, czule bez podtekstu.
- Ponieważ cię o to proszę. Silny jest rozgoryczony, wie jak działa służba Wielkiej Czwórce. Ci co mają osiągnięcia dostają nagrody, a cóż może osiągnąć wojownik kiedy zabrania mu się sięgać po broń. Czuje gniew wobec was, ponieważ wy nie macie takich ograniczeń co on. Uważa, że Starszy idzie wam na rękę. Widzę początki ognia w naszej rodzinie i chce je ugasić zanim dojdzie do czegoś złego. - spojrzał w niebo - Mój pomysł był, aby zorganizować dla was piknik. Dużo pysznego jedzenia i wina, coś abyście mogły cieszyć podniebienia kiedy chłopaki oddadzą się swojej wierze. Chędożenie… sądziłem, że przyszłoby jako naturalna kolej rzeczy. - Otto odstąpił od łotrzycy patrząc teraz z odrobiną wstydu w ziemię - Wybacz, że zredukowałem was do czegoś takiego, ale staram się jak mogę, aby utrzymać rodzinę w całości. Nawołuję do waszego oddania Wężowi… najwyraźniej zapomniałem o ludzkim aspekcie tego. Polowanie absolutnie chłopakom wystarczy, więc nie odwołam go, ponieważ was tam nie będzie. - zaczął się najwyraźniej zastanawiać nad innymi opcjami - W sumie, głupie pytanie, ale.. jak dobrze ci idzie z łukiem?- Nie idzie. Nie jestem łuczniczką. Mogę rzucić kuflem albo nożem i to tyle. - Odparła szybko i jeszcze dała się wyczuć ta początkowa niechęć. Ale widać było, że się nad czymś zastanawia. - Jak lady Soria tam będzie to pójdę. - Podniosła głowę aby spojrzeć na mnicha. - A rozgoryczenie Silnego obchodzi mnie tyle co jego moje. Nie dla niego tam bym poszła. On jakby mógł to by mnie utopił w Zaułku Topielców. Zawiść go zżera, że Starszy mnie mianował swoją prawą ręką. Każdy to widzi. Nie jest tak sprytny jak mu się wydaje. Ale jak Soria tam z nimi pójdzie to ja też pójdę za nią. - Widać było, że przepaść wzajemnej niechęci między nią a łysym mięśniakiem jest na tyle duża, że nie będzie łatwa do zasypania. Postawiła konkretny warunek jaki musiałby byc spełniony aby zgodziła się wziąć udział w tym pikniku. A wiadomo było, że ma na tyle autorytetu wśród hedonistek, że jej postawa promieniuje na opinię pozostałych. Nie zawsze słuchały jej bez oporów ale zwykle przynajmniej liczyły się z jej zdaniem biorąc ją za naturalną liderkę. Tylko Soria była niejako ponad ich wszystkimi i dziewczęta powszechnie wydawały się być nią zauroczone.
- Zapytam ją, jak ją zobaczę… - mnich westchnął - Widzę, że zepsułem nastrój… - Otto zastanowił się - W sumie to wyjście było z myślą o Khornitach. Co byście chciałby aby chłopaki zrobili z wami? Mój plan jest, aby połączyć rodzinę tam, gdzie doktryny wasz bogów się spotykają. Więc, co byście chciały zrobić z chłopakami? I nie chodzi mi o spędzenia kilku chwil pasji z nimi. Jak chciałybyście oddać cześć Slaanesh przy ich pomocy?
W pierwszej chwili łotrzyca po prostu wzruszyła ramionami na znak, że nie ma gotowej odpowiedzi. Szurała czubkiem buta po ziemi jakby to miało jej podsunąć jakiś pomysł. Podniosła głowę i popatrzyła gdzieś w mroczny las i tam szukała natchnienia. I nagle spojrzała bystro na jednookiego mnicha. - To może Froya van Hansen? - Uniosła brwi i uśmiechnęła się. - Ona lubi polowania. Kamila, Pirora i Fabienne mają z nią kontakty. Może by ją zaprosiły na polowanie? Oczywiście trzeba by zrobić to dyskretnie i wy też nie kłapcie dziobem bo przecież jest ta cholerna żałoba. No to jakby tam była Froya i by się dała skusić na chędożenie to ja bym była bardzo z tego rada. Pamiętasz jak poprzednio ją spotkaliśmy przy bramie? Tydzień temu? Pamięta mnie! Jako Katyę oczywiście. No ale jak pamięta to pewnie podobało jej się jak jej usługiwałam. No i bardzo bym chciała znowu. To jakby Froya tam była no to na pewno by było ciekawiej. I ona polowania też lubi. Albo się umówice ze zwierzoludźmi. Oni też lubią polowania. Z Gnakiem jak teraz przyjdzie. Albo z tymi co Joachim gdzieś tam spotkał na drodze. To wtedy Silny niech sobie z nimi pogania po lesie na polowaniu czy co tam, nawet za łby niech się wezmą. A my się z nimi wszystkim wychędożymy tak jak dzisiaj. - Wzruszyła ramionami jeszcze raz jakby to kończyło sprawę. I podała w końcu nawet więcej niż jeden sposób jaki widzi jak połączyć pragnienia ich dwóch, zwaśnionych frakcji.
- Jest to pomysł… dziękuję. - mnich ponownie przytulił łotrzycę - Więc.. jak JA mogę się odwdzięczyć za tą pomoc? Potrzebujecie pomocy tutaj, czy potrzebujecie ofiary do pomęczenia?
- Ofiary do męczenia to niedługo pewnie przyjadą i od wczoraj już się nie mogły doczekać tego męczenia. - Łasica uśmiechnęła się półgębkiem, świadcząc, że psotny humor jej wrócił. - No ale jak ci mówiłam przy wozie. Będę dzisiaj bardzo zalatana, zwłaszcza jak Gnak ze swoimi ludźmi przybędzie, no to jak byś miał na coś ochotę Otto to dawaj teraz. - Zaśmiała się zalotnie i popatrzyła mu prosto w ostatnie oko. - I miło by było jakby Lilly dziś miała okazję zabawić się z którąś ze szlachcianek. Bardzo je lubi. To chyba nie powinno być trudne. Przecież raczej nam nie odmawiają. I rozmawiałam z Onyx. Mam wrażenie, że gdyby mogła to by ściągnęła Gendę do siebie. Tylko wiadomo jak kopytni nie cierpią zwierzoludzi. W ogóle rozmawiałyśmy z dziewczynami, że to trochę się dłuży jak tyle trzeba czekać na to spotkanie tutaj. Myślisz, że dałoby się jakoś zorganizować chociaż jednego czy dwóch gdzieś w mieście? Tak aby byli bardziej pod ręką? - Zaciekawiła się czy mógłby pomóc w realizacji fantazji jej i koleżanek.
Mnich kiwnął głową w stronę wozu, zabierając tam łotrzycę.
- Jeżeli jeszcze masz na mnie ochotę po tym co powiedziałem… - ucałował jej szyję i zaczął powoli schodząc niżej rozpinając i zsuwając jej spodnie - Spróbuję ponawigować Fabianne i Lilly, aby się spotkały. - uklęknął przed kobietą napawając się widokiem jej nagiego krocza - Co do przeprowadzenia kopytnego do miasta… mało prawdopodobne. Oni nie lubią cywilizacji… - dłoń mnicha sięgnęła do kobiety rozpoczynając pieszczoty - Możnaby ustalić jakieś miejsce bliżej, gdzie możnaby organizować spotkania. - usta mnicha zaatakowały kwiat Łasicy, pozwalając jej rozpłynąć się w dostarczanej przez niego przyjemności.- No wiem, że nie lubią miasta. Ale myślałam, że może jednak znajdzie się jakiś sposób. Przecież wina, jedzenia i kobiet by im nie brakowało. A bliżej niż te kamienie to wątpie aby się coś znalazło. Przecież tu jest prawie za rogatkami miasta. - Łasica dała się udobruchać na tyle aby przyjąć pieszczoty kolegi. Pozwoliła mu się całować, rozebrać i pieścić. I widać było, że to zaczyna przynosić efekty i jest coraz bardziej skłonna na te figle.
Mnich odsunął na chwilę usta od ud kobiety i spojrzał na nią głodnym wzrokiem.
- Więc jedyna opcja to dać jednemu w łeb i zaciągnąć na siłę do miasta. - wrócił do pieszczenia kobiety ustami, zastanawiając się jak długo będzie w stanie racjonalizować plan.
- Albo poprosić Sorię. Albo Gnaka. Gendę. No albo spić i zaciągnąć na wóz aby wrócił z nami. - Łotrzyca oddychała coraz szybciej, mówiła coraz krócej ale widocznie też miała kilka swoich pomysłów. Stała oparta o burtę wozu i palce zanurzała we włosach mnicha.
- O, już zaczęliście? - Lilly co przyszła coś wziąć z wozu, zaśmiała się życzlwie widząc pierwszą parę kochanków tego wieczora. Ale zostawiła ich i weszła do środka aby wziąć jakiś garniec.
Mnich jedynie puścił mutantce oko kiedy przechodziła, jego dłonie powędrowały do pośladków łotrzycy przyciskając ją silniej do jego twarzy.
- Nie przejmuj się mną, oddaj się temu. - wymruczał spomiędzy jej nóg.
Lily po chwili wróciła z wozu z jakimś pakunkiem i wróciła w stronę ognisk, zostawając parę kochanków za sobą. Widząc, że miejsce na wozie się chwilowo zwolniło, Łasica złapała za rękę mnicha i pociągnęła go do tylnej klapy wozu. Tam usiadła na skraju i rozchyliła swoje zgrabne nogi aby udostępnić swoje wnętrze koledze. I po chwili już oboje mogli oddać się przyjemności. Z wozu dochodziły ciężkie, szybkie oddechy i rytmiczne skrzypienie drewna. -

Wieczór; Zachodnie Kamienie
Kiedy Fabienne I Odette przybyły mnich przywitał je pokłonem i ucałowaniem dłoni.
- Witam młode matki. - uśmiechnął się ciepło do kobiet - Jeżeli jest potrzeba lub chęć na przyjęcie kolejnej dawki, to be proszę się nie krępować. - przybliżył się aby wyszeptać kobietom konspiracyjnie - A jeżeli jest Ochota na rozgrzewkę przed naszymi zwierzęcymi gośćmi, to wiem że Lilly o was marzy ..
Zauważywszy Marissę mnich ucałowa służę.
- Witaj, witaj moja droga, ciebie również zapraszam do dołączenia do grona w jakim znajduje się twoja pani.- O, Otto, a masz jeszcze trochę tych pieszczoszków? Muszę powiedzieć, że po wczorajszych zabawach, dziś czuję takie jakby łaskotanie w brzuchu. Mam nadzieję, że zaczyna się ta przyjemność wielu kochanków wewnątrz co Fabi tak barwnie opisuje. - Odette wydawała się być przyjaźnie nastawiona do idei ponownego zasiania dziedzictwem Oster. I popatrzyła zalotnie najpierw na mnicha a potem na swoją bretońską koleżankę.
- Oddi bardzo te pieszczoszki przypadły do gustu. Nie może się doczekać aż je poczuje w pełni. Oczywiście Otto, że bardzo chętnie przyjmiemy kolejną dawkę tych maleństw. - Czarnowłosa szlachcianka odpowiedziała ze swoim charakterystycznym akcentem z zachodniego sąsiada Imperium. Artystka słysząc to roześmiała się z rozbawienia.
- Oh naturalnie Otto. Zwłaszcza jakbyś miał tą sprytną zabawkę co wczoraj. Bardzo chętnie jej użyję na Fabi ale jakby jeszcze jakieś chętne dziewczęta były to naturalnie też. - Aktorce widocznie także spodobało się osobiste zasiewanie innych kobiet, jakiego miała okazję spróbować wczoraj w teatrze. Zaś von Mannlieb zdawała się także chętna i na takie zabawy.
- I Lilly mówisz? No rzeczywiście, wczoraj jakoś się rozminęłyśmy. - Czarnowłosa rozejrzała się po oświetlonej ogniskami polanie aby wyszukać liliowłosą mutantkę. Dość szybko ją odnalazła. - Oddie, myślę, że Lilly by dobrze do nas pasowała na ten wieczór, nie sądzisz? - Spojrzała na śpiewaczkę o miodowych włosach. Te także przez chwilę przyglądała się odmieńcowi w spódnicy jakby ją oceniała
- Myślę, że masz rację Fabi. Przyda nam się coś na przekąskę przed głównym daniem. - Artystka wydawała się być w na tyle dobrym humorze, że była skłonna zabawić się także z kopytną, dwupłciową mutantką. Tą chwilę wykorzystała Marissa aby przywitać się z mnichem.
- Witaj Otto. Miło cię znowu widzieć. - Uśmiechnęła się i chętnie dała mu się pocałować. - Mam zamiar trzymać się mojej milady. Chociaż ma ona na dzisiaj bardzo niecne zamiary. I lady Odette zresztą też. - Przyznała jakby nie była pewna czy sprostałaby takim wyzwaniom jakim miały ochotę się poddać obie szlachcianki.
Mnich zerknął w kierunku pozostałych kultystów.
- Lilly, możesz podejść proszę?! - zawołał do kopytnej mutantki i zerknął na dwie szlachcianki - Chyba dacie sobie dalej radę beze mnie. - sięgnął pod habit wyciągając znaną Odette zabawkę i kontener na jaja much - I chyba nie muszę tłumaczyć tego.
Wrócił uwagą do Marissy.
- Chciałem zapytać bardziej, czy nie byłabyś zainteresowana przyłączyć się do grona matek naszych larw. Odette chyba może potwierdzić, z tego co widziała, że poród jest niezwykłym przeżyciem.
Odmieniec o liliowych włosach żwawo podeszła do ich grupki z wyraźną nadzieją w oczach i nieśmiałym uśmiechem. Zaś miodowłosa szlachcianka bardzo ucieszyła się widząc tą samą zabawkę jakiej używali wczoraj w teatrze. - Oh cudownie! To teraz możemy sobie pofolgować! - Roześmiała się radośnie zaglądając też do naczynia z miękkimi, lepkimi jajami much Oster.
- Lilly, może być miała ochotę napić się z nami wina? - Bretonka chociaż była ubrana w spódnicę zwykłej szwaczki albo służącej, dalej nie traciła gracji szlachcianki gdy zaprosiła mutantkę do wspólnych harców.
- Oczywiście! Ja tam przygotowałam jedno posłanie. Podłożyłam liści pod spód aby wygodniej było. I dałam dwa koce na to. - Lilly ochoczo wskazała dłonią na okolicę jednego z ognisk, skąd właśnie przyszła.
- Brzmi cudownie. - Bladolica czarnulka obdarzyła ją uśmiechem jakby właśnie dostała zaproszenie na jakiś elegancki bal w posiadłości jakiegoś magnata.
- Ja myślałam o tym. I mogłabym spróbować. Co prawda wolałabym pająki. We śnie widziałam pająki, pajęczyny i kokony. Jak po mnie chodziły i pieściły mnie a potem owinęły mnie w kokon. No ale jak nie ma pająków to muchy też mogą być. W końcu one też są od Sióstr. - Marissa mówiła jakby dużo chętniej oddała się pająkom ze swoich snów ale przynajmniej była skora dać się zasiać także muchom.
- Nie pożałujesz moja droga. Za parę dni sama się przekonasz. A kto wie? Może w końcu znajdziemy te pająki o jakich śnisz? - Bretońska milady pogłaskała swoją pokojówkę po ramieniu aby ją dodatkowo zachęcić. A ona pokiwała do nich obojga głową na znak zgody i uśmiechnęła się pogodnie.
Otto kiwnął głową.
- Podejrzewam, że na pająki będziesz musiała poczekać, aż Sorem wraz ze swymi siostrami u nas nie zagości. - zerknął na trójkę kobiet - Na razie raduj się przyjemnościami, one sprzyjają naszym celom. A dołączenie do grona matek naszej hodowli ucieszy naszego kolegę aptekarza.- delikatnie pchnął Merissę w kierunku Fabienne, Odette i Lilly - Moje drogie, macie kolejną do baraszkowania na kocu.
- No oby. - Marissa pokiwała głową ale trójka pozostałych kobiet już wyciągała po nią swoje chętne ramiona.
- Chodź, chodź Mari. Co będziesz tak stać sama. - Jej pani wzięła ją pod ramię i zaczęły iść w stronę legowiska przygtowanego przez Lilly. - Jakbyś Otto miał ochotę do nas dołączyć to zapraszamy. - Rzuciła zalotnie do mnicha. A Odette złapała pod ramię mutantkę i we cztery, śmiejąc się i rozmawiając wesoło, przeszły pomiędzy ogniskami i kultystami do rozłożonych koców na jakie zapraszała ich kopytna.
- Dacie sobie radę beze mnie moja pani. - zapewnił mnich - Ja muszę jeszcze zająć się twoją drugą służką. Kto wie, może z nią mi się uda. - uśmiechnął się łobuzersko - Nie zepsujcie tylko tej zabawki, na drugą będzie trzeba czekać.
Wykonawszy swoją posługę dwóm szlachciankom Otto zajrzał do ich wozu.
- Piroro, miło cię widzieć i wiem, że wiele osób ubolewa, że się nie przyłączysz.- zerknął następnie na Annikę.
- Anniko, mam nadzieję, że lepiej się czujesz. Mogę cię zabrać na chwilę? Chciałbym porozmawiać na osobności.- Ktoś musi tu zostać trzeźwy, czysty i ubrany. - Priora widocznie nie zamierzała zmieniać zdania co do swojej abstynencji w dzisiejszych zabawach integracyjnych. Większośc gości miała odmienne zdanie więc jej postępowanie miało swoją logikę. Annika spojrzała na mnicha jakby się chwilę zastanawiała nad odpowiedzią. Po czym bez słowa wzruszyła ramionami, wstała z konara a jakim siedziała i ruszyła obok jednookiego czekając aż ten wyjawi jej o czym chce z nią porozmawiać.
Mnich odsunął ich od reszty zgromadzenia.
- Spokojnie, nie planuje włączyć cię do listy kobiet, z którymi spędziłem noc. No chyba, że sama zechcesz. - mnich starał się rozluźnić sytuację przed cięższą rozmową - Chodzi o twoje sny i gdzie cię wiodą. Potrafisz przypomnieć sobie cokolwiek?Czarnowłosa pokojówka bretońskiej milady szła kawałek w milczeniu. Szli na pograniczu światła bijącego od ognisk i mroku jaki opanował las. W centrum obozu zabawa zaczynała się rozkręcać. Słychać było wesołe głosy, śmiechy, przekomarzania się, flirty. Pojawili się pierwsi tańczący, głównie kobiety. Tam i tu ktoś już zaczął się obejmować i całować. Frywolna atmosfera promieniowała od centrum obozu. Annika zerkała tam czasem ale głównie przed siebie i pod nogi aby się o coś nie potknąć w półmroku.
- W las. Biegnę przez jakieś miasto. Chyba to nasze ale nic nie rozpoznaję. A potem w las. Aż dobiegam do tego wielkiego kamienia. Czarny i jakby złote, ogniste pęknięcia miał. I czaszki. I kości. Pełno tego dookoła tego głazu. I broni. Różna, stara i świeża. Wygląda jak pobojowisko. Ale gdzie to jest to nie wiem. - Wyrzuciła z siebie co jej się ostatnio śniło.
Mnich westchnął.
- Nic nowego więc… nie pamiętasz, w którym kierunku cię wzywał? Również widziałem ten głaz i ciebie, w moich snach. Oraz wojownika, z którym walczysz. Czasem wygrywasz, czasem przegrywasz… - jednooki pokręcił głową, nie podobała mu się ta niepewność. Nie czuł jakiegoś przywiązania do Anniki, jednak obawiał się, że jej niepowodzenie może rzucić cień na kult, lub jego samego w oczach Khorne'a - Niestety jestem zbyt rozrzucony między wszystkimi czterema, aby wyczuć silniejszy zew.
- Nie wiem. Sam wiesz jak jest w lesie. Same drzewa a wszystkie wyglądają tak samo. - Pokojówka wzruszyła ramionami na znak, że niezbyt potrafi określić jakieś dokładniejsze detale ze snu. - Ale chyba na południe. - Zreflektowała się po paru krokach. - Bo pamiętam, że jak się szarpałam ze strażnikami to przy Południowej Bramie. Zawsze tam mnie łapią. - Spojrzała na mnicha czy to mu jakoś pomoże. - Zawsze mi się wydawało, że ten zew mnie wezwie i po prostu dobiegnę do tego kamienia no to już tam będę. - Przyznała, że miała cichą nadzieję, że ten zew sam ją doprowadzi na miejsce.
- Gdyby był łatwy do znalezienia… pewnie dawno ktoś by go zniszczył. - mnich się zastanowił - Południe mówisz… może uda się Gnaka jakoś o to zapytać. - coś zaczęło chodzić jednookiemu po głowie - … A gdyby tak… do porozmawiania z Fabienne… - mruczał przez chwilę do siebie - Wybacz, wybacz… plany. Może w sumie zapytam ciebie co o tym sądzisz. Gdybym tak spędził kilka nocy w rezydencji twojej pani? Gdzieś na ganku, strychu czy gdzieś, żeby nie wpaść w tarapaty z tą jej opiekunką. Kiedy nadejdzie kolejny zew byłbym w pobliżu i mógł bezpiecznie cię odprowadzić poza miasto.- Nie wiem, to milady musisz się zapytać. To jej dom. - Annika wzruszyła ramionami na znak, że nie czuje się decydować za swoją panią kto i gdzie może u niej nocować. - Ja to się zastanawiałam czy jakoś nie mogłabym nocować w lesie. To może bym z tymi strażnikami przy bramie nie musiała się szarpać. Bo tam to mnie zawsze łapią. Potem moja pani musi mnie od nich odbierać. A jak bym była w lesie to już za bramą. Tylko nie wiem kiedy następny sen będę miała. Bo one nie są każdej nocy. - Czarnowłosa pokojówka zwierzyła się ze swoich przemyśleń na ten temat. Zdawała sobie sprawę, że może i w tym amoku w jakim wywoływały w niej sny to i ulice miasta jakoś by pokonała. Ale stały posterunek strażników przy bramie był wąskim gardłem jakie trudno było sforsować. Zwłaszcza jak było ich tam przynajmniej kilku to i rosłego męża mogliby pokonać a nie tylko jedną służącą.
-
Tura 71 - 2519.07.26; ant; ranek
Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; zachodni kierunek; Zachodnie Kamienie; obóz
Czas: 2519.07.26; Angestag; ranek
Warunki: jasno, ciepło, gwar głosów ; na zewnątrz: dzień, zachmurzeniee; powiew; nieprzyjemnie (0)Wszyscy przy Zachodnich Kamieniach
Po takich nocnych harcach, świt przyszedł zdecydowanie zbyt szybko. Wydawało się, że ledwo człek zmrużył oko a już trzeba było wstawać. Im bardziej kto figlował ostatniej nocy, tym bardziej przy wstawaniu głowa, wszystkie członki i trzewia bolały. Ciało było zesztywniałe i nie chciało opuszczać ciepłego barłogu w jakim kto się zaszył. - To ostatni raz. Więcej nie piję. - Mamrotała zaspana Łasica. - Więcej nie biorę w żyć. Zaraz mi odpadnie. Czuję jakby mnie pułk wojska wychędożył. - Burgund wyglądała i biadoliła podobnie. - Wstawać leniwe kwoki! Kto za was tu posprząta! - Oksana okazała się jedną z nielicznych osób co rano wydawały się jako-tako na chodzie. Widocznie nawyk zaczynania wcześnie dnia w sklepie okazał jej się bardziej przydatny niż ladacznicom, które uważały za dyshonor wstawanie przed południem. - Przestań się wydzierać dziewko bo cię przełożę przez kolano. - Łysy mięśniak tym razem wyglądał jakby miał równie ciężkie wstawanie jak jego główna rywalka. - Oh… Chyba mi chustka wypadła… No jeszcze tego brakowało aby mnie jakiś kozioł zbrzuchacił… - Trudno było powiedzieć czy Astrid gada tak na poważnie czy to tylko pierwsze wrażenia z rana przy załatwianiu swoich potrzeb pod drzewem. - Ale mnie plecy łomoczą… Chyba w coś przygwoździłem… Ale warto było! Co wychędożyłem to moje! Zdążyłem wziąć te obie szlachcianki zanim kozły przyszły! - Rune z początku wyglądał równie mizernie jak reszta. Ale szybko przypomniał sobie coś na osłodę porannych boleści. To zresztą podziałało ożywczo na resztę. Zaczęły się niemrawe śmiechy i kiwanie głowami. Kto chciał wczoraj poswawolić to miał okazji aż nadto.
Ale półmrok poranka po załatwieniu ablucji był podobnie pracowity jak wczorajszy przyjazd. Tylko dziś trzeba było rozrzucić spalone i nie spalone drewno w las. Miało to zmniejszyć szansę, że ktoś zacznie coś podejrzewać na ślady tylu ognisk. Co prawda samej drogi od Kamieni nie było widać, ani tym bardziej murów miasta. Ale jednak była szansa, że do następnej orgii ktoś tu może zajrzeć. I tak było wiele zdeptanej trawy po tańcach i swawoleniu ale tego już nie dało się zatrzeć. Można było mieć nadzieję, że trawa powstanie zanim ktoś tu przyjdzie. Jeszcze zebranie pustych butelek, naczyń co zdradzały, że ktoś tu przynajmniej obozował. I też nie było do końca pewne czy udało się zebrać wszystkie. Jak widział Heinrich swoim wiedźmim wzrokiem, wczorajsza orgia chyba wpłynęła na te plamki Dhar. Wiatry Magii stały się jakby żwawsze i bardziej wzburzone. A te smoliste okruchy mrocznej mocy jakby się zrobiły ciut wyraźniejsze. A może to wczoraj były mniej wyraźne? Do końca nie był tego pewien.
O poranku Otto czy Heinrich, co się ograniczyli do roli obserwatorów wcześniejszej nocy, z jednej strony mieli niezłe widowisko tuż przed oczami a z drugiej rano cierpieli o wiele mniej od większości kolegów i koleżanek. Jedyną osobą jaka mimo pełnego uczestnictwa we wczorajszych swawolach wydawała się świeżutka jak wiosenny poranek była lady Soria. To, że rano okazało się, że jest wśród nich, było dla większości grupy pewną niespodzianką. Zapewne spodziewali się, że wróci razem z resztą szlachcianek do leśnego dworku z jakiego się wieczorem wykradły. Ale syrenia milady została na miejscu. I o poranku wyglądała jakby zmęczenie i zmaltretowanie pozostałych, jej nie dotyczy. Emanowała książęcą elegancją, nienagannym makijażem i ufryzowanymi włosami. Chociaż nikt nie mógł sobie przypomnieć gdzie doprowadziła się do takiego porządku. Fizyczna praca pomagała jednak rozgrzać i rozruszać ciało. Tak samo jak wspólne wspomnienia z wyuzdania jakiego się dopuścili ledwo parę dzwonów temu. Więc wraz z blaskiem poranka i nieco wytłumionym odgłosem świątynnych dzwonów z miasta, towarzystwu wracały dobre humory. Dominowały sprośne tematy, kto z kim i jak i ile razy. No i nie było błękitnokrwistych koleżanek więc bez kozery była okazja je obgadać.
- Ja miałam je obie. Tam w środku. Oh, jakbym chciała je zbrzuchacić! No chociaż jedną. Ale one tyle kozłów wczoraj przyjęły, że nawet jak będą z brzuchem to nie będę wiedzieć czy to moje. Może z Kamilą? W teatrze była dla mnie bardzo miła. I też mi się udało w niej. A znacie jeszcze jakieś szlachcianki jakie by ze mną chciały? - Lilly rozgadała się gdy już pakowali się na wóz. Koleżanki żartowały z niej, że taka wybredna i nawet Fabienne i Odette nie są dla niej zbyt dobre. Mutantka przynajmniej przygotowała kiełbasę, gotowane jajka, ser i pajdę chleba dla każdego kto był w stanie przełknąć śniadanie.
- A wiedzieliście jak Odette zasiewała każdą jaka rozkładała przed nią nogi? Tą zabaweczką od Otto. Chyba jej się spodobała ta zabawa. Ale ładnie się z nami bawiła. No i od razu chciała się umówić na następny raz. To chyba też jej się spodobało. Pasuje do nas nie? - Łasica władowała się na kozła. Ale jeszcze czekała aż pozostali wejdą na wóz.
- Pasuje, pasuje. Oćwiczyłam ją wczoraj trochę pejczem i szpicrutą. Wydaje mi się bardzo podobna do Fabienne w takich zabawach. - Onyx podzieliła się swoją opinią na ten temat.
- Ja tam brałem je obie. I jeszcze parę innych. I to rozumiem. Na takie spotkania to ja mogę przychodzić. - Lars zaśmiał sie rubasznie. Popił winem z kufla i przegryzł z zestawu śniadaniowego jaki przygotowała kopytna mutantka.
- A mnie Genda powiedziała, że noszę jej dziecko. Że ona to we mnie wyczuwa. - Onyx odezwała się nieco niepewnie. Popatrzyła na sąsiadki i sąsiadów ładujących się na wozie.
- To spędź zanim coś się zacznie dziać. Na co komu ciężarna ladacznica? I co zrobisz jak urodzisz kopytne? - Burgund poradziła jej tonem doświadczonej koleżanki po fachu.
- Jakby to było przy jednym z naszych pierwszych razów. To z miesiąc temu było. No to by mogła mieć rację. - Onyx mamrotała pod nosem jakby nie usłyszała sąsiadki.
- A ile Layla tych jaj przyjęła! Aż się dziwiłam. No ale mówi, że jej nikt nie zna i, że jak u Pirory będzie mieszkać to się nie boi, że jej się w parę dni brzuch zrobi. - Burgund wyglądała, że jest pod wrażeniem wyczynu wężowej kapłanki. - Ale mówiła też, że miała sny, że jest w ciąży i rodzi pobłogosławiony owoc. Tylko póki tu nie przybyła to nie wiedziała, że chodzi o robaki. - Podzieliła się informacją z wczorajszego wieczora. To akurat nie było tak łatwo przegapić. Bo się działo niedługo po przyjeździe szlachcianek, jeszcze przed przybyciem ungorów. Gdy teatralna diwa, z lubością chędożyła koleżanki za pomocą wypełnionej jajami zabaweczki pożyczonej przez jednookiego mnicha. I wężowej kapłanki też nie oszczędziła a ta wyglądała na bardzo chętną na takie zabawy. A potem na chwilę rozmowy ucichły bo Łasica sieknęła koński grzbiet batem i wóz ruszył. Zaczęło dominować trzeszczenie drewna w bujającym się pojeździe. Wewnątrz, pod plandeką panował półmrok więc co niektórzy znów zapadli w letarg albo sen. Co sprzyjało albo własnym rozmyślaniom, albo rozmowom z sąsiadami.Otto
Jednooki mnich, po tej orgii, miał ciało i umysł w zdecydowanie lepszym stanie, niż choćby wczoraj po wieczornych zabawach w teatrze. Tym razem też przespał noc spokojnie i nic niezwykłego mu się nie śniło. Wieczorem porozmawiał z Anniką tak jak wcześniej planował. Czarnowłosa klucz Norry wydawała się przygnębiona tym, że nie może dotrzeć do tego głazu jaki ją wzywa. Samego starcia z jego strażnikiem się nie bała. Natomiast zdawała sobie sprawę, że fizyczność miasta sprawia, że strażnicy ją przechwytują i to się raczej nie zmieni. Dywagowała czy by nie mogła zostać poza murami ale raz, że jej milady musiałaby się na to zgodzić a dwa to nie miała pojęcia kiedy następnym razem usłyszy zew kamienia.
Natomiast nocne widowisko było wyborne. Plugawa orgia poddanych imperatora z kopytnymi wrogami ludzkości. Bez zwierzoludzi, młode, atrakcyjne kobiety z kultu, miały zdecydowaną przewagę liczebną nad kolegami z kultu. Zwłaszcza, że on i Henrich, nie brali udziału w zabawie. To chyba akurat ani hedonistkom, ani mężom nie przeszkadzało. Zwłaszcza jak ladacznice potrafiły się zabawiać same ze sobą, bez udziału mężczyzn. Wyuzdana golizna aż biła po oczach. Tam kobiece dłonie zaciskające się na piersiach partnerki, tu utalentowane usta koleżanki pracujące na berle kolegi, tam kobiece chędożenie z pomocą przypinanej do bioder zabawki. Działo się i to bez skrupułów i wahania. Gdy przybyli zwierzoludzie Ungarda to przerwało swawole tylko na chwilę. I przynajmniej teraz samce znaleźli się w przewadze liczebnej. Chociaż ludzkim samicom to jakoś nie przeszkadzało. Dało się zauważyć, że ungorów przybyło więcej niż ostatnim razem. Teraz to już było ich ze dwie dziesiątki. Otto w pewnym momencie dojrzał tego z owadzią głową i jeszcze dziwniejszym przyrodzeniem. Może nauczony poprzednim doświadczeniem nie próbował swych sił z innymi samicami a może akurat mnich go dojrzał, jak chędożył przywiązaną do kamienia diwę. Jednocześnie jakby zajadał się jej jędrnymi piersiami a potem jego krótka trąbka błądziła po ustach i twarzy aktorki. Ta zresztą bynajmniej się nie wzbraniała przed tymi obrzydliwymi pieszczotami. Potem chyba zajął się Fabienne ale ta była przywiązana do ziemi więc słabiej ją mnich widział. W pewnym momencie podeszła do niego Lilly. Właściwie to wróciła do wozu po wino. Była naga, ze sterczącym z podniecenia przyrodzeniem, znamieniem Wężowego Boga tuż nad nim i pół zwierzęcymi nogami, porośniętym liliowym, zaskakująco delikatnym futrem.
- A ty tak dzisiaj tylko patrzysz? - Wyglądała na zdziwioną, widząc dzisiejsza abstynencję kolegi. Ale zajęła się nalewaniem wina do dzbanka. - Wiesz, rozmawiałam z tymi zwierzoludźmi. I dziewczynami. - Zaczęła pogawędkę a gdy była tak pochylona, to prezentowała swój całkiem, zgrabny, kobiecy tył. Tylko mnich nie był pewien czy robi to świadomie aby go sprowokować czy nie. - Dziewczyny by chciały się spróbować z tymi zwierzoludźmi co Joachim ich spotkał. To gdzieś na południe, w drodze do Saltburga. Oni mieli łby zwierząt więc to pewnie gory a nie ungory jak te tutaj. - Machnęła liliową głową w bok na stado baraszkujące z ich koleżankami. - Gory zwykle są większe i groźniejsze niz ungory. Ale ta blondyna co ją Łasica z Burgund przewiozły łodzią do Joachima jest od nich. I mówiła, że się z nimi chędoży. No to pewnie, wiesz, że dziewczynom się to spodobało. - Zachichotała na koniec. Otto coś obiły się o uszy wzmianki o tym nowym stadzie i dwóch ludzkich kobietach jakie miały z nimi coś wspólnego ale bez detali. - No ale zapytałam o tych gorów tych tutaj. No i cóż, wychodzi na to, że tamtych znają. Ale nie przepadają za sobą. Wiesz walki o terytorium łowieckie, do napadów na ludzi, na trakty i tak dalej. Oni wszyscy są dość terytorialni. - To wzajemna niechęć między stadami kopytnych jakoś liliowłosej nie dziwiło. W końcu napełniła dzban więc się wyprostowała i znów odwróciła do mnicha przodem. Teraz zamiast jej nagich, zgrabnych pośladków, widział jej nagie, pełne piersi. I sterczące z podniecenia przyrodzenie. I odcisk ust na kopytach. - No ale oni mówią, że na czele tych gorów stoi Gomrul Rozpruwacz. Nie oddają czci żadnej z czterech potęg. Napadają na sioła i podróżnych, walczą z orkami i ludzkimi banitami. Ale mają też kontakty z innym plemieniem kopytnych na bagnach. Chodzi o te wielkie, na zachód od miasta. Te co my nazywamy Teufelsump. Tam jest plemię mają szamana i plemię Ungarda czasem wysyła kogoś do Gomrula aby pozwolił przejść do tych na bagnach. No pewnie trzeba im zapłacić okup za przewodnika czy jak to oni tam robią. No ale chciałam ci tyle powiedzieć, że tam na bagnach, jest jakieś kolejne plemię kopytnych z mocnym szamanem. Te bagna to oni uważają za magiczne i nawiedzone, za bramę do innych światów i czasów, gdzie magia jest i zawsze była silna. - Mutantka po koleżeńsku, podzieliła się z mnichem czego ciekawego dowiedziała się i od koleżanek i od kopytnych. Jakby chciała mu się odwdzięczyć, że po rozmowie z nim, obie śliczne szlachcianki, zaprosiły ją do zabawy i mogła je wychędożyć tak jak po cichu pragnęła.Heinrich
Były łowca czarownic mógł się przekonać, jak daleko odszedł od ideałów jakie niegdyś wyznawał. Widząc taką skalę plugawego bezeceństwa jakie odprawiano na jego oczach, powinien złapać za pistolet, miecz, pochodnie i zniszczyć to gniazdo zdradzieckich żmij! To było złamanie wszelkich praw ludzkich i boskich. No albo sam powinien palnąć sobie w łeb. Tymczasem siedział sobie gdzieś na uboczu, i przyglądał się tej bezecnej orgii. Widział jak Łasica sobie śmiało poczyna z koleżankami. Dawał o sobie znać jej uliczny temperament. Niejeden mąż mógłby pozazdrościć jej wigoru w biodrach. Do tego zazwyczaj była dominującą partnerką. Czyli zupełnie inaczej niż pewnej nocy co się włamała do niego i posłusznie dała się przywiązać do łóżka. Chociaż gdy tej nocy spotykała się z milady Sorią, to wobec niej zawsze zachwywała się jak dwórka wobec swojej hrabiny. Z drugiej strony wobec córki Soren chyba większość dziewcząt tak się zachowywała. Będąc z boku, Heinrich miał okazję obserwować dwoistą naturę wężowej milady. W każdym momencie, i z każdej strony, wydawała się równie ponętna. Jak ożywiony posąg jakiejś starożytnej bogini o idealnych proporcjach. Ale zauważył, że czasem była wyłącznie kobietą, a czasem miała całkiem solidne przyrodzenie. Chociaż dwupłciowość to z tego co pamiętał, to była jedną z cech wyróżniających obdarowanych przez Księcia Hedonizmu. A swoim trzecim, niematerialnym okiem, widział jak jej jestestwo, wzburza przepływ Eteru. Zwłaszcza gdy była zajęta zabawą i zapewne mniej się kontrolowała. No ale jak już zabawa wyraźnie dogasała to wreszcie znalazł okazję, aby porozmawiać z lady von Treskow. Właściwie to sama do niego przyszła. Dokładniej po dzban wina który od razu, zaczęła pić duszkiem. Widział ją wtedy z bliska, z całej okazałości. Dostojna, piękna i elegancka milady, teraz była całkowicie naga. A jej zgrabne ciało plugawiło błoto, grudki ziemi, źdźbła trawy, siniaki, zadrapania oraz mnóstwo kleistych wydzielin jakie zapewne w sporej mierze nie pochodziły od ludzi. Gdy szlachcianka ugasiła pragnienie, miał okazję aby ją zapytać o inne aktorki ze stolicy prowincji. W pierwszej chwili miodowłosa wyglądała jakby go nie zrozumiała. Zamarszczyła brwi jakby zastanawiała się nad jego pytaniem.
- Czy znam inne aktorki? - Zapytała zdziwiona. - Proszę mnie nie obrażać kawalerze. - Fuknęła na niego tak jakby była w pełnej gali na jakimś przyjęciu dla saltburskiej elity a nie nago, oblepiona śladami właśnie zakończonej orgii ze zwierzoludźmi. - Co za pytanie. Oczywiście, że znam mnóstwo aktorek w Saltburgu. A także w Marienburgu, Erengardzie, Kislevie, Praag, Wolfenburgu i mnóstwie innych wielkich miast. - Prychnęła jakby się poczuła urażona, że wziął ją za jakąś podrzędną aktoreczkę z obwoźnej trupy cyrkowej. - I wiele z nich jest moimi dobrymi przyjaciółkami. - Uśmiechnęła się dumnie z wyraźnym poczuciem wyższości w oczach. Natomiast kolejne pytania nieco zbiły ją z tropu.
- Są jakieś aktorki z Saltburga jakie przyjechały na festyn? Jeśli tak to jakieś mikre bo ja o nich nie słyszałam. Jakby przyjechały jakieś znane to bym ja albo Fabienne, Pirora czy Kamila od razu byśmy o tym wiedziały. Zresztą, gdzie by miały przyjechać, jak nie do teatru? A teatrem zawiaduje głównie Kamila. Ona mnie zresztą tu zaprosiła i dalej korzystam z gościny u jej ojca. - Pomysł, że ktoś znany miałby przyjechać do Neus Emskrank bez jej wiedzy, wydał jej się kuriozalny. Chociaż dopuszczała możliwość, że o jakiejś drobnicy co nie była zaproszona przez śmietankę towarzyską tego miasta i nie występowała w teatrze, to mogła nie wiedzieć. Jednak zaraz uśmiechnęła się pogodnie do rozmówcy.
- Ja wczoraj wysłałam list do moich przyjaciółek w Saltburgu. Niech przyjeżdżają! Zobacz kawalerze ile tu pyszności! - Teatralnie wskazała dłonią na oświetlone dogasającymi ogniskami pobojowisko po orgii. Po czym palcem zahaczyła o kleistą maź na swoich nagich, pełnych piersiach i patrząc wprost na starszego mężczyznę wsadziła sobie do ust jakby to był najwyższej jakości smakołyk. - Oh one koniecznie muszą tego spróbować. Nie może ich ominąć tak przednia zabawa. - Zaśmiała się jakby już cieszyła się na przyjazd koleżanek jakie będzie mogła zaprosić na takie orgie jak właśnie wokół nich kończyła się. - No i jest jeszcze to. - Pogłaskała swój płaski brzuch. Chociaż zanim przyszli zwierzoludzie, Heinrich widział jak przypinaną do bioder zabaweczką, ochoczo zasiewała swoje koleżanki a i na koniec sama wysoko uniosła swoje zgrabne biodra aby koleżanki mogły w nią wlać nową porcję muszych jaj. - Wiesz? Chyba się zaczyna. To o tym musiała mówić Fabi. Oh! To jest naprawdę takie ekscytujące! Ona miała rację! Jeszcze nie przeżyłam czegoś takiego a wiele już próbowałam! Nareszcie coś nowego! Ostatnio mi się śniło, że jestem poważnie zbrzuchacona tymi czerwiami i jeszcze karmię je piersiami! Aż się nie mogę doczekać! Mam nadzieję, że to będzie prawda. Jeszcze jakieś muchy tam były, takie wielkie. Tylko nie wiem czy to będą moje dzieci, mężowie czy tylko taki symbol. - Aktorka z radością opowiadała mu swój sen, mieszając je ze swoimi planami z przeszłości i przyszłości. Wydawała się być jednocześnie wymęczona i pijana ze szczęścia. I znów jego pytania zabiły jej gwoździa.
- Znaczy, poczekaj, jaka zaraza? Jaka z Saltburga? No kawalerze, ja bardzo chętnie dam się zapłodnić tymi pieszczoszkami, myślę, że chociaż część moich przyjaciółek co przyjedzie też. No ale dalej z tą zarazą to niezbyt wiem o czym mówisz. - Przyznała, że nie jest pewna czy mówią o tym samym. Na koniec jednak zakończyła pozytywnym akcentem. - W każdym razie kawalerze, jakbyś miał jakąś interesującą i nietuzinkową przygodę, dla spragnionej mocnych wrażeń milady, to śmiało daj mi znać. A jeśli bym ci się mogła jakoś odwdzięczyć, w sprawach sercowych czy dotyczących niewiast to też daj mi znać. Wyglądasz na samotnego kawalerze. Aż serce mi się kraje, że środek nocy a ty taki czysty i ubrany. - Chyba wzięła go za kogoś nieśmiałego albo pechowca co nie znalazł sobie nikogo do zabawy. I dlatego była gotowa mu pomóc jeśli by miał jakieś trudności z nawiązywaniem kontaktów z płcią przeciwną. A niedługo potem, Odette von Treskow, udała się do wozu aby się doprowadzić do porządku. Inne szlachcianki czyniły podobnie. W końcu ubrały się w czyste, suche ale zwykłe spódnice i pomachały na pożegnanie pozostałym, nim ich wóz szybko zniknął w mrokach nocnego lasu.Egon
Gladiator znalazł okazję, aby razem z Larsem, pogadać z Ungardem i Gnakiem. Chociaż musieli skorzystać z pośrednictwa lady Sorii jaka bez trudności posługiwała się językiem obu ras. A przy okazji, dodawała splendoru tym negocjacjom. Od zwierzoludzi dowiedzieli się paru, ciekawych rzeczy. Tak, wiedzieli gdzie jest głaz Krwawego Boga. I co prawda nie było do końca pewne czy chodzi o głaz jaki wzywał Annikę albo śnił się Egonowi, ale przyajmniej boski patron się zgadzał. Co więcej, obaj kopytni mówili, że to głaz poświęcony samicy co była wielką wojowniczką. Zdaniem Sorii, to było wyróżnienie bo samice rzadko cieszyły się poważaniem w stadach zwierzoludzi. Miały rodzić koźlątka i zajmować się nimi póki nie podrosły na tyle aby polować i zabijać. Więc ten głaz poświęcony samicy to był zdaniem milady pewien wyjątek jak na standardy kopytnych.
- Ale oni tam nie chodzą. To teren Krwiożerców. Bestigorów. Najpotężniejszych z kopytnych. Są agresywni i polują na wszystko w okolicy. Jak się skończy to przenoszą się dalej i wszystko zaczyna się od nowa. Dlatego czasem może się zdarzyć, że przy głazie nie ma całego stada ale zawsze jest jakiś strażnik albo paru. I reszta stada prędzej czy później, zawsze wraca do kamienia. Czują jego krwawy zew. Dla Ungarda to nie tak blisko aby tam się zapuszczać i niezbyt mają po co. Oni nie wyznają Krwawego Ogara, choć czasem któryś z nich poczuje w sobie jego zew. Wtedy zwykle albo ginie w walce na miejscu albo opuszcza stado. - Więc z Larsem, poprzez Sorię, dowiedzieli się o jakimś głazie poświęconym Bogowi Krwi ale nie do końca było wiadomo czy to ten właściwy no i ungory nie kwapiły się aby tam się udać. A sam głaz miał nie stać samopas. Co do interesów to tutaj Ungard i Gnak wykazywali znacznie więcej entuzjazmu. Nawet zanim milady przetłumaczyła ich słowa, widać było, że wizja polowania na ludzi, im się podoba.
- Mówią, że się zgadzają polować po wioskach i traktach. Zgadzają się oddawać wam kobiety. Wolą mężczyzn, są silniejsi, więcej mogą pracować i jest na nich więcej mięsa. Ale w zamian chcą broń i pancerze. Najlepiej topory i włócznie. Dobre strzały dla łóczników. Przeszywalnice lub kolczugi. Tego nie mogą ani wytworzyć w lesie ani kupić. W zamian możecie sobie wziąć monety. Oni ich nie potrzebują. No i oczywiście przy założeniu, że nasze dziewczynki wciąż będą przychodzić chędożyć się z nimi. Dobrze aby wydały na świat zdrowe koźlątka, to wzmocni ich stado. - Wężowa milady, przetłumaczyła wstępne warunki jakie przedstawili kopytni. Lars się ucieszył, że nie rościli sobie pretensji do schwytanych kobiet. Nawet rozumiał ich logikę, w Norsce też mężczyznę niewolnika, można był zwykle sprzedać lepiej niż kobietę. Co do tego, że zabraknie chętnych koleżanek do chędożenia to po tym co tu tej nocy widział, się nie martwił. Jeszcze mniej o te potencjalne koźlątka, zwłaszcza, ze to przez pierwsze parę tygodni czy miesięcy i tak było trudne do zweryfikowania. Więc zostawała ta broń i pancerze. Na szczęście Ungard co prawda chciał aby tak wyekwipować wszystkich swoich wojowników, ale rozumiał, że trudne jest wszystkich na raz. Więc był skłonny przyjmować te dary za współpracę sukcesywnie. Jakąś jedną, dwie zbroję i parę sztuk porządnej broni jako minimum. Lars popatrzył tutaj na Egona jako tutejszego co lepiej zna tubylcze warunki. Brodacz zdawał sobie sprawę, że za zwykły topór albo miecz to zwykle płaciło się kilka monet. Pancerze były droższe, za przeszywalnicę szło zwykle dziesięć do dwudziestu monet, kolczugi to już chodziły po trzy, cztery, te mocniejsze nawet za pięć dych. Więc kupno paru kompletów wydawało się do zrobienia ale ze dwa czy trzy tuziny to już koszty robiły się dość spore.Wszyscy
Wóz kolebał się na polnych wybojach. W półmrocznym wnętrzu pod plandeką, wiózł większość uczestników wczorajszej orgii. Monotonny choć chaotyczny, ruch sprawił, że część kultystów zapadła w drzemkę. Łasica powoziła z kozła, obok niej siedziała Brugund. Wyglądały jak dwie portowe dziewki albo handlarki co jechały do miasta. Ze środka wozu widać było ich plecy. Więc lepszy widok był przez tylną klapę wozu. Niewiele się jednak działo. Ot kolejne kawałki nędznej drogi przez las.
- Ale powiem, wam, warto było. Chyba mi się spodoba tu na południu. Jeszcze jakby się udało odnaleźć te kurchany na południu i zrabować skarby to by był dobry materiał na sagę. - Astrid popijała z butelki i siedziała na jakimś worku. Widocznie nie zmieniła swoich planów aby wrócić do swojej ojczyzny, jako wielka i bogata awanturniczka z mnóstwem przygód do opowiedzenia.
- Jakby w armii były takie ladacznice to pewnie bym nie dał dyla stamtąd. - Rune zaśmiał się i też miał miłe wspomnienia. Siedział przy tylnej klapie i też regularnie pociągał z gąsiorka.
- Rozmawiałam z lady Odette przed odjazdem. Była zachwycona tym balem na świeżym powietrzu. Powiedziała, że napisze listy do swoich koleżanek z Saltburga aby też tu przyjechały się tu z nami zabawić. - Lilly podzieliła się plotką ze swojej nocnej rozmowy z teatralną diwą. Wolała miejsce w głębi wozu, aby za bardzo nie rzucać się w oczy.
- Ciekawe czy Adriene doszła do siebie po zabawach w teatrze i dziś poszła do roboty. - Oksana uśmiechała się leniwie na myśl o nowej niewolnicy jaką mogła z Hubertem, pochwalić się poprzedniego wieczora przed resztą zboru. - Planujemy ją przygotować na tyle aby móc ją zabierać na następne takie spotkania. Myślę, że na początek mogłaby się poznać z Lilly albo Dorną. Całe stado zwierzoludzi to może być dla niej szok. Szkoda, że nie mamy żadnego takiego w mieście. Można by z nią potrenować przed wypadem za miasto. - Główna krawcowa Huberta podzieliła się swoimi planami co do młodej pracownicy ratusza.
- A ty co Otto? Wracasz do hospicjum, czy masz inne plany? - Silny zagadnął jednookiego mnicha. Całkiem słusznie. Wciąż było na tyle wcześnie, że gdyby zaczynał swój dzień pracy, to właściwie od razu, mógłby tam jechać. Większość ran po bójce z ulicznikami z początku tygodnia, już mu się zagoiła choć z drugiej strony przeor i tak mu dał wolne aż nie wydobrzeje. I raczej tego by nie sprawdzał o ile by się to dziwnie nie przedłużało.
- Heinrich a ty to się wczoraj oszczędzałeś co? Jeśli to nie twoja pasja to miło, że dotrzymałeś towarzystwa Pirorze. Otto zresztą też. Czyżbyście we trójkę knuli jakiś romans? - Lady Soria zagaiła do byłego łowcy czarownic. Ale w żartobliwy sposób. - Czyżbyś miał jakieś kłopoty sercowe? Jakaś ślicznotka odrzuciła twoje zaloty? - Wydawała się przyjaźnie nastawiona i nie pytała ze złośliwości. - Oczywiście rozumiem, że takie zabawy nie są dla każdego więc miło, że dołączyłeś do nas chociaż jako opiekun i widz. Mam nadzieję, że jeśli widowisko ci się spodobało to zaszczycisz nas swoją obecnością w przyszłych spotkaniach. - Milady i grubych, granatowych warkoczach, jakie w półmroku zdawały się drgać i poruszać się wbrew ruchom wozu, postarała się aby go nie zniechęcić i jej żartów nie odebrał jako przytyk.
- Myślisz, że Łasica będzie się do czegoś nadawać? Wygląda jakby spała na tym koźle. A wczoraj się nie oszczędzała. Mówiłem ci, wczoraj, że jak hulanki będą na całego, to nie szykuj się, że z rana ruszymy do Śpiącego. Zresztą mnie we łbie też huczy. Ciekawe co Bjorn porabia. - Lars zagadał do Egona. Nie zapomniał, że mieli w planie dziś udać się do grobowca nekromanty ale widząc w jakim stanie jest cała grupa, miał sporo wątpliwości, czy tak od razu, z rana, będą w stanie ruszyć poza miasto. Właściwie tylko wężowa milady wyglądała na rześką. Ona zaś właśnie rozmawiała z Laylą w tym dziwnym, południowym języku który chyba oprócz nich dwóch, nikt w ich grupie nie znał. Trwało to dłuższą chwilę ale w końcu Soria przeszła na reikspiel.
- A ja bym chciała znaleźć miłosne gniazdko mojej matki. - zaczęła zerkając na zebrane w wozie towarzystwo. - Moja matka jak gdzieś zatrzymywała się na dłużej, to urządzała sobie taką kwaterę. Tam urzędowała knując swoje intrygi i czerpiąc z przyjemności życia całymi garściami. Takie gniazdko miłości będzie emanować jej esencją, zawierać część jej mocy. Jeśli na przykład jakaś ślicznotka, bardzo kocha zwierzęta, to choćby kochali się codziennie to dzieci z tego nie będzie. A jak by to zrobili w gniazdku miłości mojej matki, to mogą być. Nie na darmo, nazywano ją Matką Potworów. A to tylko część możliwości jakie ma takie niesamowite miejsce. Myślę, że to ono śni się Marissie. Zapewne w nim może osiągnąć spełnienie. To może być też krok do sprowadzenia mojej matki na ten świat. Rozmawiałam ją, to zapewne jest miejsce pod ziemią. Jest tam woda, grota i pająki. I jakaś dziura na górze, przez jakie wpada światło. No i pająki. Więc jeśli usłyszycie coś o takim miejscu, to proszę, dajcie mi znać. - Syrena mówiła słodkim, kojącym głosem, że aż chciało jej się słuchać. I też jej zależało aby odnaleźć to wyjątkowe miejsce dla jej matki.----
Jechali w kołyszącym się wozie przez las. I tak naprawdę, ruch się zaczął dopiero jak łotrzyce wjechały na saltsburski szlak. Tu już było widać innych podróżnych. Wozy, pastuchów z bydłem, ludzi zbierających chrust w pobliskim lesie albo chłopów przybyłych po coś do miasta. Teraz przez tylną klapę było ich widać albo gdy szli czy jechali za ich wozem, albo mijali go i jechali na południe. Ich pojazd w końcu zatrzymał się, ustawiając się w kolejce przed bramą aby wjechać do miasta. Trochę to trwało nim leniwą sielankę przerwał nagły syk Łasicy.
- To Froya van Hansen! I Fanriel Złocista! Jadą tutaj! - Jej szept zelektryzował atmosferę na wozie. Ale ze środka, nic z tych rewelacji nie było widać. Jedynie plecy i głowy obu łotrzyc. Słychać było odgłos zbliżających się kopyt. Koń lub dwa. Poruszały się spacerowy tempem. Po chwili dał się słyszeć głos blondwłosej szlachcianki.
- A kogóż ja widzę? Znów gdzieś jedziesz wozem Katju i spotykamy się w bramie?
- Pochwalony milady. Ja też bym wolała spotkać się z milady w przyjemniejszych okolicznościach.
- No miałaś okazję Katju, zapraszałam cię do siebie.
- Bardzo przepraszam milady! Ja bym bardzo chciała znów móc ci pokornie służyć ale tyle roboty. Ostatnio robiłam w teatrze. Jakbym tylko mogła to od razu bym pobiegła paść do pięknych stóp milady!
- To prawda, pamiętam tą dziewkę z teatru. Tą drugą też. - Do rozmowy włączył się aksamitny głos morskiej elfki. Wtedy Burgund pokornie skłoniła głowę.
- Czyli Katju wszystkim usługujesz tylko nie mnie? - W głosie szlachcianki dał się słyszeć odcień irytacji.
- Ależ milady, ja jestem gotowa służyć milady od zaraz! - Łasica zawołała gorliwie i chyba nawet szczerze. Bo jak już wspominała swoj krótki epizod sluży u jednej z dwóch najbogatszych i najznamienitszych panien na wydaniu w mieście to zawsze z ciepłem i czułością.
- Teraz to ja jadę z moją drogą przyjaciółką Fanriel na małą przejażdżkę po lesie. Jak wrócimy to by nam się przydała odpowiednio wyszkolona służba. - Dumna szlachcianka nawet nie podniosła głosu ale i tak jej życzenie zabrzmiało jak rozkaz.
- Tak milady. Będę zaszczycona. Dziękuję milady. - Łotrzyca podziękowała z pokorą i nie odważyła się znów migać przed spotkaniem.
- Dobrze. Do zobaczenia wieczorem Katju. - Brzmiało jakby w głosie van Hansen, pojawił się cień satysfakcji. I znów dał się słyszeć odgłos kopyt. Oba wierzchowce mijały właśnie wóz. Po chwili, przez tylną klapę, było widać plecy obu szlachcianek. Froya miała włosy spięte w prosty warkocz jaki wyróżniał się na brązowym kaftanie, elfka miała swoje spiętę w finezyjną siateczkę. Obie były w spodniach a przy siodłach miały umocowane kołczany, łuki i oszczepy.
- No to sami słyszeliście chłopaki. Najwyżej ta ruda wiewióra z wami pójdzie na robotę bo ja wieczorem będę bawić nasze błękitnokrwiste piękności. - Łasica już normalnym głosem, odwróciła się do wnętrza wozu wskazując, że Egon i Lars mogą zabrać Burgund.Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Nabrzeże Mew, koga “Stara Adele”
Czas: 2519.07.26; Angestag; ranek
Warunki: jasno, ciepło, gwar głosów ; na zewnątrz: dzień, zachmurzeniee; powiew; nieprzyjemnie (0)Marcus
Znów tu był. Poczucie, że wraca się w znajome kąty było bardzo silne. Tyle czasu go tu nie było. Jak tylko wrócił to widział to po tym mieście. Niby to samo. A jednak dostrzegał też i zmiany. Teraz przyszedł na Nabrzeże Mew, tak samo jak tyle razy wcześniej. Już z daleka widział znajomą, bryłę starej kogi. Z bliska dostrzegł nazwę wymalowaną na dziobie. “Stara Adele”. Łajba była starsza od niego. I gdy pierwszy raz podążając za sennym zewem z innego wymiaru, przybył do tego miasta, stara koga już tu kotwiczyła. Teraz stanął tuż przy niej. Burty zbyt wysoko wznosiły się nad pirsem aby dało się tam ot tak wejść. Ale wiedział co trzeba zrobić. Uderzyć w burtę, aby go tam w środku usłyszeli. W charaktersytyczny sposób jaki oznaczał swojego, kogoś z ich sekretnej rodziny. Zwykle trzeba było trochę poczkeać bo zanim kuternoga Kurt dokuśtykał się na pokład to trochę czasu mu to zajmowało. Tym razem nie usłyszał charaktetysrycznego stkukotu drewnianej nogi o drewniany pokład. Kroki były bardziej płynne ale bez pośpiechu. Zza burty wychylił się ktoś w kapturze.
- No proszę kto wrócił do domu. - Usłyszał uśmiech i rozpoznał głos Starszego. Potem jeszcze chwila zanim przywódca zboru zestawił na dół drabinę po jakiej gość mogł wejść. Gdy to zrobił polecił mu aby znów wciągnął ją na pokład. - Poczekaj w ładowni, jest tam gdzie była. Muszę coś dokończyć. - Polecił Marcusowi gdy ten mocował się z drabiną. Jak skończył, mistrza już nie było. Ale drogę pamiętał. Wąskie, skrzypiące drewniane schodu do trzewi statku. Panował tu półmrok, zapach starego drewna i morza był taki sam jak pamiętał. Potem krótki przedsionek i wejście do ładowni. Tu odbywały się zbory. Większość była bez większych zmian. Proste, stoły i ławy przy jakich siedzieli kultyści. Jedli, pili i rozmawiali. Czasem kłócili się, czasem wyzywali, ale najczęściej wpływ mistrza był na tyle duży, że potrafił zażegnać takie scysje.Było jednak coś nowego. Alabastrowy posąg. A właściwie scena. Scena wyuzdanej orgii. W pierwszej chwili wydawało mu się, że główną postacią jest piękna kobieta. Ale jak podszedł bliżej, dostrzegł, że tylko górna połowa tej istoty jest ludzka. Dolna była podobna do pająka albo skorpiona. Inne postacie były mniejsze. Mężczyźni, kobiety, zwierzoludzie, zwierzęta, potwory. W najróżniejszych pozycjach i kombinacjach. Artysta miał talent aby oddać nie tylko anatomiczne szczegóły tych różnych istot ale i fantazję w ich zestawieniu. Nawet emocje były czytelne. Zwykle wyuzdanie i przyjemność. Ale też ból, strach, obrzydzenie, zdumienie. Całość rzeźby była większa od człowieka i widział ją po raz pierwszy. Na pewno jej tu nie było gdy był tu ostatni raz.
- Widzę, że podziwiasz dzieło sztuki synu. - Drzwi skrzypnęły i do ładowni wszedł Starszy. Miał na sobie maskę w jakiej zawsze się im pokazywał. Mimo niej, dało się słyszeć życzliwy uśmiech w jego głosie. - Oj pozmieniało się, u nas pozmieniało synu. Wiele cię ominęło. Siadaj. Kiedy wróciłeś do miasta? - Zagaił wskazując mu miejsce przy stole. Przyniósł też butelkę wina i kubek dla gościa. Sam zwykle nie jadł i nie pił podczas tych spotkań. Być może z powodu swojej maski a może jakiegoś innego.
- Zwykle zbór mamy w Angestag. Ale ostatni mieliśmy dwa dni temu. Egon wrócił do miasta. Ah, no tak, ty go nie znasz. Doszedł do nas w zimie. Razem z Łasicą działali w kazamatach aby uwolnić czcigodną Mergę. W tamtym tygodniu zorganizowaliśmy napad na świątynię Mananna. Udało się. Jeszcze tej samej nocy Egon z Mergą i częścią naszych odpłynęli do Norsci. I Egon niespodziewanie wrócił parę dni temu. Przywiódł ze sobą paru Norsmenów. Dlatego musieliśmy reagować elastycznie i spotkać się z nimi. Wyszedł z tego taki nieplanowany zbór bo większość z nas tu przybyła. Dlatego dzisiaj zboru nie będzie. Zresztą większość dzieci udała się wczoraj na spotkanie ze zwierzoludźmi. Udało nam się nawiązać z nimi kontakty. Więc pewnie jeszcze tam są albo dopiero się zbierają co miasta. Dlatego tak tu pusto. Kurt to jedyny żeglarz wśród nas więc popłynął z Mergą do Norsci. Poza Egonem większość tam została. Wrócą gdy przyjdzie na to czas. - Starszy siedział na skraju ławy i w największym skrócie streścił swojemu podopiecznemu ostatnie parę dni. To faktycznie mogło tłumaczyć, dlaczego na statku jest tego poranka sam.
- A co u ciebie mój synu? Gdzie się zatrzymałeś? Cóż się stało, że wróciłeś do nas po tak długim czasie? - Popatrzył na Marcusa przez pryzmat swojej maski. Też był ciekaw co się u niego działo, że od tak dawna nie było go w mieście. -
Marcus
@Pipboy79 napisał w Kultyści - Lato 2519:
- A co u ciebie mój synu? Gdzie się zatrzymałeś? Cóż się stało, że wróciłeś do nas po tak długim czasie? - Popatrzył na Marcusa przez pryzmat swojej maski. Też był ciekaw co się u niego działo, że od tak dawna nie było go w mieście.

Marcus uśmiechnął się delikatnie i skinął Starszemu głową odbierając kubek.
-
Potrzebowali mnie w stolicy… - zaczął nieśpiesznie - …chyba nawet zaczynają żałować, że mnie tu przydzielili. Nic nie zadziałają, swoją pewność co do papierkowej roboty mam. Co najwyżej wezwą mnie od czasu do czasu kusząc jak to oni potrafią bym tam został.
Upił łyk wina i uśmiechnął się leniwie. -
Widzę, że się zmieniło… co ciekawego przegapiłem?
-
Oj wiele mój synu, wiele. Długo cię nie było to i wiele się zmieniło. Aż trudno od czegoś zacząć. - Głowa skryta za wysoką maską, pokiwała się jakby jej właściel miał przed oczami te wszystkie wydarzenia w jakich Marcus nie uczestniczył.
-
Zimną przybyła do nas wyrocznia z Norsci. Merga Złotooka. Utalentowana w magii i wizjach. Wielka uczona. Ale ich statek się rozbił u wybrzeży zatoki więc wpadła w ręce miejscowych. Trzymali ją w kazamatach. Udało nam się ją w końcu uwolnić, na parę dni przed festynem na jakim miała zostać publicznie spalona. Tu wielce przyczynili się Łasica i Egon. Zatrudnili się w tych lochach aby je spenetrować od wewnątrz. Inni też ale to już na sam koniec jak ją odbijaliśmy. Od tamtej pory wyrocznia była z nami. Aż do niedawna. Zorganizowaliśmy napad na świątynie Mananna. Aby pozyskać fundusze na dalszą działalność i zasiać zwątpienie w sercach miejscowych. Też nam się udało. Merga odpłynęła z fantami do Norsci aby zwerbować nowych ochotników i sojuszników. Parę dni temu Egon wrócił wraz z paroma Norsmenami. Przyłączyli się do nas. Prawie wszyscy mówią w jakimś języku południowców więc jakoś wtapiają się w tłum. Tylko jeden dzikus nie ale jemu chyba znajdziemy miejsce za miastem. No i oczywiście Cztery Siostry. Słyszymy ich zew. Siostry działały tu niegdyś, przed mileniami. A teraz chcą wrócić. Staramy się to im umożliwić. Szukamy śladów, wiedzy i artefaktów po nich. To co tu widzisz to ołtarz poświęcony Soren, oblubienicy Księcia Rozpusty. - wskazał na alabastrową rzeźbę przy jakiej zastał młodego wyznawcę. - Udało nam się go odnaleźć za miastem, w rzece. I sprowadzić tutaj. Sigismudnusowi…. No tak, nie znasz go, przyłączył się do nas na wiosnę. To aptekarz. Wyznawca Ojczulka Nurgla. Jemu udało sie odnaleźć jaskinię Oster. To siostra jaka poświęciła się właśnie jego patronowi. Mamy też inne poszlaki i ślady jakie badamy ale wiele się dzieje. Mieliśmy zaszczyt i przyjemność poznać lady Sorię. To córka samej Soren. Ale wygląda jak śmiertelniczka. Potrafi przyjąć taką formę dla maskarady. Oczywiście ma ogromny potencjał i nasze koleżanki ją uwielbiają. - Streścił co niektóre wydarzenia z ostatniego roku. Część wspomnianych osób i miejsc Marcus rozpoznawał innych w ogóle.
-
A co u ciebie synu? Wróciłeś na stałe? Czy znów gdzieś wyjeżdżasz? Gdzie się zatrzymałeś? - Maska popatrzyła na koniec wprost w twarz młodego mężczyzny.
-
Zatrzymałem się w mieszkaniu… urzędowym. Uroki znajomości biurokracji i prawa… - Ekonom się cicho zaśmiał na wspomnienie. - Czy na stałe? Taki jest plan, choć jak wspomniałem ludzie ze stolicy będą chcieli mnie ściągnąć. Na stałe im się nie uda raczej, ale mogą mnie wzywać od czasu do czasu. Uroki biurokratycznej machiny. Wróciłem i zacząłem na nowo przyglądać się sytuacji. To kwestia czasu, aż jakieś smakowite przedsięwzięcie się pojawi… ostatecznie, wszystko niemalże i praktycznie przechodzi przez moje ręce.
-
No tak, tak… To dobrze, że wróciłeś synu. Mamy tyle zadań, że nie wiadomo gdzie ręce włożyć. Widziałeś się już z kimś z naszej rodziny? No i będziesz musiał poznać naszych nowych członków co dołączyli do nas, już po twoim wyjeździe. Z Karlikiem już nie porozmawiasz. Nasz drogi Karlik oddał zimą życie za sprawę. Gdy przyszli po niego, połknął truciznę ale nikogo nie wydał. - Mężczyzna w masce zadumał się i pokiwał głową gdy znów stanął mu przed oczami ogrom wydarzeń jakie ominęły Marcusa. - A co tam w stolicy słychać? Jak ci się tam żyło? Ah no i powiedz. Miałeś może ostatnio jakieś dziwne, nietypowe sny? - Zagaił go o parę kolejnych rzeczy.
-
W większych i dużych miastach jest zawsze tak samo. Łatwiej zaspokoić potrzeby ciała i duszy… jak ma się kruszec, ale wszelaka konkurencja jest o wiele większa. - odpowiedział Schleiffer - Co do snów… tak, miałem dwa i z tego co widzę po rzeźbie to dwukrotnie śniła mi się Soren. Ona tu jest Starszy… i chce bym ją odnalazł. *
-
Obawiam się synu, że to nie jest takie proste. - Starszy westchnął jakby szykował się na dłuższą wypowiedź. I przez chwilę zza maski nie dobiegło żadne słowo. - Fizycznie boskiej Soren jeszcze nie ma na tym świecie. Przybycie tak potężnej istoty na pewno nie przejdzie niezauważone. Ona chce tu wrócić, tak samo jak jej siostry, ale my musimy im w tym pomóc. Do tego będą potrzebne potężna magia, rytuały, artefakty. Dlatego je zbieramy aby móc te nasze patronki przyzwać do naszego świata. Ale fizycznie jeszcze ich tu nie ma. - Maska przez chwilę wpatrywała się w Marcusa jakby jej właściciel sprawdzał jak przyjął te słowa. Jednak to jeszcze nie był koniec wypowiedzi mistrza zboru.
-
Natomiast już teraz każda z Sióstr, może wpływać na nas, śmiertelników. Najczęściej przez różne sny i wizje. Na jednych słabiej, na innych mocniej. Zapewne wpływają też na zwykłych śmiertelników spoza naszej rodziny, może nawet na naszych wrogów. Choć oni nie powinni znać legendy o Czterech Siostrach, jaką w zimie opowiedziała nam czcigodna Merga. Więc mogą dla nich być bardziej mętne i mniej zrozumiałe. Natomiast Siostry oddziałują na większość z nas. Rozmawiałem z moimi dziećmi i prawie każde z nich, od paru tygodni ma dziwne choć żwawe sny. Więc jeśli tobie też się śnią to dobrze synu. Czyli też jesteś podatny na zew Sióstr. Wzywają także ciebie. Przybyłeś do nas we właściwe miejsce aby wspomóc nas w wysiłkach do sprowadzenia ich na nasz świat. Skoro je słyszysz czyli masz jakieś miejsce w planie i rolę do odegrania. Wszyscy staramy się zrozumieć jak najwięcej z tych snów. Są w nich cenne wskazówki ale niestety, mądrość tak potężnych istot, często przewyższa zrozumienie nas, śmiertelników. A więc opowiesz mi synu, co ci się śniło? - Starszy opowiedział jak te dziwne sny od Czterech Sióstr, oddziaływują na ludzi. Zwłaszcza na kultystów jacy zdawali sobie sprawę z duchowej obecności tych potężnych istot. Na końcu był jednak ciekaw co dokładnie śniło się powracającemu podopiecznemu.
Marcus uśmiechnął się lekko po czym spojrzał na rzeźbę mówiąc. -
Miałem dwa sny. Obydwa pamiętam jak życie, wyraźnie i nieprzemijalnie. Jakby wydarzyło się to przed chwilą, lub nawet działo się teraz.
Ekonom spojrzał na przywódcę zboru z pogodną łagodnością. -
W pierwszym śnie. Świeciło słońce, a ja szedłem leśną drogą na której poboczach działy się rzeczy wyuzdane. Wszelkiej maści ludzie, mutanty humanoidy, zwierzoludzie i powabne istoty z legend i mitów oddawały się orgiom i libacjom, a w powietrzu unosił się zapach dzikiej puszczy, kadzideł i ziel halucynogennych. Dotarłem do portowego miasta którego wrota otworzyły się dla mnie, a za nimi stała wesoła, hojnie obdarzona trzpiotka. Wyciągając ku mnie dłonie z figlarnym uśmiechem szepnęła gorąco ‘Znajdź mnie…
-
Drugi był równie poddający pod zastanowienie. Byłem na balu u szlachty. Wino, tańce, śmiechy. Śmietanka towarzyska w półmroku rozświetlonym niezliczonymi świecami o różowym płomieniu. Wszyscy przyglądaliśmy się w zafascynowaniu orgii dziejącej się przed naszymi oczami. Główne skrzypce grała młódka z pierwszego snu z ferworem godnym lepszej sprawy. Poczułem dłoń na ramieniu i zapach piżma… oraz szeptane słowa ‘Neus Emskrank’
Młody mężczyzna zamyślił się. -
Tak to wygląda. Nie jestem specjalistą w dziedzinie snów i proroctw, ale wskazówki są jasne jak dla mnie. To miejsce, ta mieścina, jest w centrum poszukiwań Soren.
-
Tak, można tak uznać synu. Ale to może mieć szerszy kontekst. Nie tylko to miasto ale i okolica. I nie tylko boska Soren ale też i jej siostry. To nie powinno dziwić. To niegdyś była ich domena. Jeszcze przed czasami Imperium. Nasze siostry i bracia odnaleźli tą alabastrową rzeźbę w rzece za miastem. A klucz Oster doprowadziła Sigismundusa i Strupasa do odkrycia jaskinii w jakiej niegdyś kwaterowała czcigodna. Tam trafili na mrocznego strażnika jaki wciąż stał na jej straży ale rozpoznał kluczniczkę i ich przepuścił. Sam zresztą widzisz, że usłyszałeś zew daleko poza tym miastem. Chciaż może dlatego, że byłeś tu z nami wcześniej. To wszystko ma szerszy kontekst mój synu. Widzimy tylko fragment większego planu. - Głos zza maski był zamyślony. Dłoń mistrza zboru sięgnęła do brody jakby w odruchowym geście podrapania się po niej ale oczywiście natrafiła tylko na dół maski.
-
Tak, te orgie co opisujesz chyba najbardziej pasują do Matki Potworów. To jedno z wielu imion Soren. Zapewne ostatniej nocy nasi bracia i siostry oddali jej cześć za miastem. Razem ze zwierzoludźmi z jakimi udało nam się nawiązać kontakt. Więc pewnie wyglądało to podobnie. - Starszy wskazał na alabastrową rzeźbę przedstawiającą sceny różnorodnych kopulacji nie tylko ludzi z ludźmi. - Nie bój się synu, jeśli byś miał ochotę dołączyć to zapewne przy następnym spotkaniu pewnie będziesz miał okazję. Rano pewnie nasza wesoła ferajna będzie dopiero wracać do miasta. Jak wiesz nocą i tak bramy miasta są zamkniętę. - Pocieszył go i przy okazji wyjaśnił dlaczego tego ranka może być mu trudno spotkać kogoś z pozostałych kultystów.
-
A w tym śnie, rozpoznajesz kogoś? Albo jakieś miejsce? Możesz powiedzić coś więcej, z czym ci się kojarzy? Zwykle staramy się wyłuskać coś rozpoznawalnego. Na przykład zwolennikom Krwawego Ogara, często śni się głaz na jakiejś leśnej polanie. Wzywa ich. Jeszcze go nie odnaleźliśmy ale zapewne jest gdzieś w okolicy i chce być odnaleziony więc go szukamy. - Zwrócił się do Marcusa z pytaniem czy da radę coś jeszcze wyłuskać ze swoich snów.
-
Nic na ten moment. - odpowiedział Schleiffer - Jednak jestem pewien, że coś przykuje moją uwagę. Jak tak się stanie od razu poinformuję. Moje najbliższe plany oprócz ekonomicznych skupiają się wokół szlachty. Była we śnie, może tam znajdę podpowiedź.
-
Hmm… - magister zamyślił się - …to było pierwsze czy kolejne spotkanie z zwierzoludźmi? Przyznam, nie miałem jeszcze okazji z kobietą zwierzoludzi…
-
To mówisz synu, że nic ani nikogo nie rozpoznajesz z tego snu? To trochę nietypowe. Zwykle naszym braciom i siostrom śnią się znajome elementy wymieszane z nieznanymi jakie są nowe. Przeszłość miesza się z teraźniejszością i przyszłością. No u ciebie więc wygląda to nieco dziwnie. No ale może będziesz miał kolejne sny w jakich rozpoznasz coś albo kogoś znajomego. Bo jak masz same obce elementy to nie jest to zbyt pomocne. Jak się coś rozpozna z takiego snu to można potem wysnuć z tego jakieś wskazówki na co należy zwrócić uwagę. - Starszy jakby trochę się zmartwił a trochę zdziwił, że ze snów podopiecznego nie można wysnuć jakichś pomocnych wskazówek. Pokiwał głową i postukał palcami po stole jakby nad czymś myślał.
-
A te spotkania ze zwierzoludźmi nie, to nie było pierwsze. Już kilka było. Zwykle są przy pełni albo nowiu Morrslieba. Czyli jakoś raz w tygodniu. I ta część naszej rodziny co tam się udaje to raczej sobie chwali. A czy są tam jakieś samice zwierzoludzi to nie jestem pewien. Ich musiałbyś się zapytać jak wrócą, zapewne będą dokładniej zorientowani. - Podniósł maskę na Marcusa gdy wrócił do tematu spotkań poza miastem. - A co teraz zamierzasz synu? Jakie masz plany? - Zaciekawił się patrząc na niego przez otwory w swojej masce.
-
Jeszcze wczesna godzina. - odpowiedział z lekkim uśmiechem, który przybrał lekko drapieżną naturę - Więc przywitam się na spotkaniu Klubu i tam zobaczę co da radę się dowiedzieć i zdziałać. Od jutra… wracam do Ratusza. Ciężko cokolwiek planować kiedy Los lubi stawiać nowe wyzwania i okazje. Zdecydowanie muszę nadgonić po całości wydarzenia w Neues.
-
Cieszy mnie twój entuzjazm synu. Chociaż zwracam uwagę, że jutro jest dzień świątynny więc ratusz raczej będzie zamknięty. Ale cieszy mnie, że masz taką werwę dla naszej sprawy. - Starszy wydawał się być życzliwie nastawiony do dobrych chęci swojego podopiecznego. Mimo maski, dało sie wyczuć jak się pod nią uśmiecha.
-
Właściwie jeśli już byś odnawiał dawne znajomości mój synu, to może uda ci się dowiedzieć kiedy będzie ten turniej. Widzisz, z powodu śmierci księżnej-matki, ogłoszono żałobę w całej prowincji a więc także i u nas. Na parę dni przed tym jak miał się odbyć ten turniej. Wielu gości wraz ze swoimi pocztami przyjechało na to wydarzenie. Do tego cała ta otoczka. A tu - żałoba po księżnej. Część z nich już wyjechała z miasta ale wielu wzięło na przeczekanie. Dlatego spodziewamy się, że jak tylko ta żałoba się skończy to turniej będzie wznowiony. Zbyt wielu ważnym ludziom zależy aby się odbył. A i my, mamy związane z nim plany. Przypuszczamy, że żałoba powinna skończyć się jakoś na początku nowego miesiąca. Zapewne w któryś Festag. Ale nie znamy dokładnej daty. Dla nas im później by się odbył tym lepiej. Z każdym dniem rośniemy w siłę i jesteśmy lepiej przygotowani. Ale na razie, dokładnej daty i planów festynu nie mamy. - Lider zboru przedstawił swoją prośbę jaką miałby do Marcusa. W sam raz dla jego umiejętności i znajomości. O samej żałobie młodzieniec słyszał jeszcze zanim wjechał do miasta. Ale było to dość naturalne, że po takiej znakomitości jak śmierć matki elektora, to żałoba będzie solidna. Żaden z możnych kościoła czy świeckich, nie odważyłby się zlekceważyć takiej tradycji. A co gorliwsi mogli nawet przedłużać ją aby okazać swoją lojalność i oddanie władzom w Saltburgu.
-
Zdobycie tej informacji powinno pójść gładko. kto wie, może nawet uda mi się ją opóźnić o tydzień… - zastanowił się Marcus - Nie mniej, na mnie pora. Przyda się odpocząć by ze świeżą głową podejść do jutrzejszego dnia. Jak nic msza w świątyni słabego bożka jest czymś co wypatruję. Wierni tam chodzą, a może i tam znajdę kogoś ze snu.
-
Egon, jadąc na wozie, w sennym marazmie przemyśliwał kolejne z rzeczy. Tematy zdawały się mnożyć i pączkować na podobieństwo much pożerających łajno, zaś ostatnia rozmowa z Gnakiem dołożyła jeszcze więcej materiału. Wojownik potrzebował zorganizować wyprawy łupieżcze pomiędzy Munirem, Gnakiem i miastem w taki sposób, aby nie tylko frukta przynosiły, ale także - przede wszystkim - zasiliły hodowlę jaj Oster Raisy, która, jeśli tylko plany pójdą dobrze, miała wkrótce rozpocząć się na skalę godną zamtuzów portowych. Tam bowiem w łona kobiece wlewały się całe strumienie nasienia, a tu - pod pieczą Raisy - jaja miały zebrać się i przemienić w potok, całą rzekę.
– Ta… – głośno rzekł do siebie Egon. – Tą zgraję kurew trza będzie jakoś zagospodarować… Hmm…
Ale nie teraz to było ważne. Nastał nowy dzień. Potrzeba było czym prędzej przysposobić się i zabierać do kurhanu, aby wyzwolić starego czarownika.
Na uwagi Larsa co do tego, że nie wszyscy byli gotowi, rzekł:
– Wszakże lepiej by było wyruszyć czym prędzej – skonstatował. – Kurhan, poza pułapkami które żeśmy zostawili, jest niestrzeżony. Lepiej by było, żebyśmy byli na miejscu od razu, zaś noc przepędzić możemy w pobliżu, albo też w siole opodal..
- No tak, to prawda. Jakby teraz ruszyć i uwinąć się na miejscu szybko, to może udałoby się dziś wrócić zanim na noc zamknął bramy. Nawet jak nie zdążylibyśmy to znów przenocujemy przy Kamieniach i rano wejdziemy do miasta. Bo jakby w południe ruszać to przy kurhanie będziemy na wieczór. A jak będziemy wracać do miasta to najprędzej w południe byśmy byli. - Lars pokiwał głową i zaczął na głos rozważać dwa, podstawowe warianty jakie mieli do dyspozycji z tą wyprawą do grobowca nekromanty.
- No jakbyście wrócili dopiero jutro to mogą was ominąć “psalmy u Pirory”. Bo jutro po mszy mają być. Spodziewam się, że lady Odette nas odwiedzi i być może także Kamila. - Onyx uprzedziła kolegów jakie większość koleżanek ma plany na jutrzejszy dzień. Rzeczywiście, pewną już tradycją było, że po porannej mszy w Festag, spora część kultystów odwiedzała Pirorę w celach towarzyskich. W poprzednim tygodniu była zabawa w ślub gdzie koleżanki łączyły się w pary a Otto udzielał im ślubu mając za świadków dwójkę mutantek. Wówczas chyba pierwszy raz w tej integracji uczestniczyły także teatralna diwa jak i ciemnoskóra córka kapitana portu.
- No to może jednak wyruszymy teraz? - Słysząc to Astrid popatrzyła na kolegów jak się na to zapatrują. Widać było, że nie chciałaby ominąć jutrzejszych zabaw, zwłaszcza jak się zapowiadały podobnie atrakcyjnie jak przedwczoraj w teatrze.
- Hej, chłopaki, jakby wam potrzeba silnego ramienia to my też możemy iść. - Silny włączył się do rozmowy i klepnął siebie i Rune’a w pierś. Były żołnierz pokiwał potakująco głową.
- A z tym zagospodarowaniem ladacznic, to trzeba coś pomyśleć. Pewnie jeszcze parę da się upchnąć w aptece Sigismundusa, może pare u Pirory ale tak naprawdę to im ich będzie więcej to trzeba im znaleźć więcej miejsca. Zwłaszcza jak mają mieć ciężarne brzuchy w ciągu paru dni. To takie lepiej u Pirory albo na bezpiecznym gruncie. Lady Fabienne mówiła, że może jeszcze przyjąć nowe dziewczyny na służbę ale tam tylko Anniki i Marissy jest pewna. Jakby nowa kucharka czy pokojówka zaczęła mieć każdego dnia większy brzuch to ktoś mógłby to zgłosić do jej męża, kapłanów albo łowców czarownic. Więc jak do lady Fabienne to najwyżej z tak zasiane aby nie było widać brzucha. - Lilly pochwaliła się o czym rozmawiała wczoraj z bladolicą Bretonką.
- Ten problem zapewne się rozwiążę, jeśli odnajdziemy gniazdko miłości mojej matki. Tam zapewne będzie sporo miejsca dla jej konkubin i gości. - Lady Soria, wspomniała jak jeszcze można by użyć tego niezwykłego miejsca w jakim niegdyś urzędowała jej matka. Chociaż na razie nawet wężowa syrena, nie wiedziała gdzie ono jest.
- No cóż, na razie to i tak ruszamy do tego kopca na bagnach. Wrócimy dziś czy jutro więc raczej bez nowych dziewek. - Lars wzruszył ramionami na znak, że nie uważa tego problemu za pilny. Chociaż pamiętał, że wczoraj Riasa też im się skarżyła, że są tam tylko we dwie z Dorną a młodych rybaczek jest trójka.
- A myślicie, że powinnam brać Helgę? - Astrid popatrzyła na kolegów i resztę towarzystwa nie będąc pewna jak powinna postąpić.
- Z tymi kopytnymi to nawet dobrze by wyszło jakby nałapali dziewek. Jakieś napady w okolicy to spadną na ich konto. Będą szukać stada kopytnych. Bo jak byśmy działali razem z nimi no to wiadomo, mamy większe siły. Dużo większe, nawet z licząc z bandą Gezackta. No ale wtedy by szukali bandy zwierzoludzi i jakichś kultystów, wyrzutków, degeneratów co działają razem z rogaczami. - Morski łupieżca zaczął na głos rozważać plusy i minusy, wspólnego współdziałania z rogaczami. Dostrzegał tak jedne jak i drugie.
– Pozwólmy Gnakowi najpierw się wypuścić samopas, wypróbujmy ich, zobaczymy, ile zdziałają – Egon odparł na słowa Larsa. – Jeśli skrewią, wtedy dopiero spróbujemy ich jakoś wesprzeć. Z miasta i od Munira będziemy kupować broń i pancerze, zapłacimy je w części z niewolników, których sami złapiemy, a któż wie, może i zacna Lady Soria wesprze nas i w tym interesie? Wszak nie chciałbym polegać za dużo na złocie, które żeśmy znaleźli na tym okręcie z krabami. Wolałbym łapać łyczków z okolicznych wsi i pozwolić, by rzecz sama nabrała rozpędu.– Niewolnice będziemy brać na zasiew jaj Oster, może te co ładniejsze oddamy Munirowi, jeśli wyceni je jakoś lepiej – ciągnął Egon i pociągnął z bukłaka na przepłukanie gardła. – Tak bym to widział, pieniędzmi za żywy towar sfinansujemy broń dla Gnaka i więcej niewolnic pod zasiew. A Gnak? Kurwa! Jak znam życie, to zadowolą się poślednim sprzętem. Trza ino będzie pilnować, by rzecz się nie wydała, rozumiecie… Przecież ktoś zauważyć mógłby, że ciągle zbroje i broń wypływa z miasta. Trza będzie się jakoś przebrać za kupców, co chcą sprzedać to wszystko najemnikom na kampanie wojenne albo komu innemu.
Tu rzekł jeszcze do Silnego i Rune:
– Jeśli czas macie, idźcie z nami – rzekł. – Żywe trupy żeśmy posiekali już dawno, ale nie sposób przewidzieć, co będzie za ścianą… Ani w jaki sposób przywita nas trup-czarownik. Może być nam przychylny. A może być tak, że obudzimy coś złego i trzeba będzie zepchnąć go z powrotem do grobowca. Z przeklętymi guślarzami żartów ni ma, o!
Pokręcił głową, myśląc nad całą rzeczą.
Dodał jeszcze:
– To, że do hodowli jeno Raisa jest i Dorna to rzecz, którą trza rzec Starszemu – skonstatował. – Może Otto? Ktoś, kto zna się na rzeczy…
Tu zamilkł. Myśli wojownika raz po raz powracały do wieści o głazie Krwawego Ogara. Jednak podejście do niego wymagało zebrania zbrojnej drużyny, uderzenie na bestigory było ryzykowne i trudne. Egon koniecznie chciał najpierw oporządzić rzecz z trupim czarownikiem i niewolnikami, zanim się za to zabierze.
- Nieumarli… - zaczął mnich słysząc dywagacje wojowników - To… ciężki temat. Ojczulek stoi na przedzie w ich tworzeniu, ciała trzymane w ruchu przez plagi, robaki i grzyby, chociaż sam osobnik nie żyje. Wszystko inne to machinacje starych cywilizacji… niestety trochę poza terenem moich nauk. Jeżeli mam przedstawić coś Starszemu to bez problemu.
- Wiadomość na kogę albo w inną skrytkę możesz sam przekazać Starszemu. Ale im więcej tych dziewek do hodowli jaj będzie to i więcej miejsca i osób do ich pilnowania by trzeba. - Silny podrapał się po policzku ale dochodził do podobnych wniosków jak gladiator.
- No chyba, że to by były ochotniczki jak lady Fabienne, Odette albo Laura. Wtedy same o wszystko zadbają, wyhodują i wydadzą miot, nie wygadają się i same będą chciały nowy miot. - Astrid wskazała na inną metodę pozyskiwania muszych matek. Trzeba było przyznać, że faktycznie mieli już kilka takich ochotniczek.
- No tak, ale przecież jak skądeś będziemy porywać dziewki to trudno aby same nogi rozkładały po robaki w siebie. - Łysy niby przyznał jej rację ale jednak polowanie na niewolnice uważał za coś innego.
- Chyba, żebyśmy użyli takiej gadki jak w tej wiosce rybackiej. Przecież sami nam oddali swoje córki i same poszły z nami. Tylko jakąś obiecującą służbę trzeba by wymyślić. U jakiejś milady czy co. Na wioskach ciężko to nie tylko młode dziewki do miasta za robotą przychodzą. - Córka jarla nie dała się tak łatwo zbić z tropu i popatrzyła przez chwilę na Egona i Larsa.
- To prawda. Można spróbować na więcej niż jeden sposób. Ale jak bysmy mieli coś gadać a nie od topora zaczynać, to dobrze by było mieć kogoś znaczniejszego do gadania co by mógł wyglądać na wysłannika takiej milady. A jakby to była jakaś zana milady, z dobrym nazwiskiem to jeszcze lepiej. - Przyznał, że dostrzegał pewien potencjał w słowach koleżanki.
- E tam, co tu z wieśniakami gadać. Huknąć jednego czy drugiego w łeb, reszta się przestraszy i weźmiemy im co chcemy. - Silny parsknął wyrażając swoją niechęć dla takich finezyjnych planów. - A z Gnakiem Egon ma rację. Nie ma co sie wysilać z tymi pancerzami. Jeszcze jakby jakiego kupca z bronią obrobili to by wyjaśniało skąd to mają. Ale jak nie to ktoś w końcu się połapie bo wiadomo, że te dzikusy ani sami takich nie umieją zrobić ani nigdzie nie kupią. - Popatrzył na gladiatora na znak, że ma podobny tor myślenia w tej sprawie.
- O rany, Silny, nawet jak niechcący wpadniesz na jakiś pomysł to go nie widzisz. - Z kozła doszedł ich szyderczy i nieco rozbawiony głos Łasicy. Znów znalazła okazję aby dopiec swojemu adwersarzowi. Ten spojrzał złowieszczo w jej plecy. - Czyli trzeba zorganizować kupca i wóz albo coś podobnego i dać Gnakowi znak. Niech sami sobie napadną i zdobędą. Można by zadbać aby wóz miał jak najsłabszą eskortę albo samemu się jakoś tam wkręcić. - Wyjaśniła z wyższością jak można by to zorganizować. I dało się wyczuć, że ma satysfację z dokopania mięśniakowi.
- A jak chcesz dać znać swojemu kopytnemu kochasiowi co? - Silny syknął do niej z podobną złością. Łorzcysa sapnęła bo na chwilę zabił jej ćwieka.
- A mówiłam zabrać jednego czy dwóch z nami to by wystarczyło z nimi pogadać. - Onyx rozłożyła dłonie na boki, że wczoraj rozmawiali o takim pomyśle.
- Lilly ty wiesz jak ich znaleźć? - Dziewczyna z ferajny odwróciła głowę aby spojrzeć na mutantkę.
- No niby wiem jak iść do tej ich doliny. - Odmieniec przyznała z wyraźnym ociąganiem. - Ale sama nigdy tam nie byłam. No i samej to trochę strach. To spory kawał lasu do przejścia. A nie wiadomo na co się trafi. - Widać było, że samotna wyprawa w trzewia lasu w ogóle jej się nie uśmiecha. Lady Soria pogłaskała ją po ramieniu.
- Na pewno coś wymyślimy jak się nad tym zastanowimy. - Popatrzyła na nią a potem na sąsiadów i sąsiadki wewnątrz wozu. - A jak bym miała wam pomóc w tych łowach? - Zapytała patrząc na Egona, Silnego i Larsa.– Trza mi złota, zacna Lady Sorio – Egon odparł na słowa syreny w ludzkiej postaci. – Na niewolnice Munira i na broń, którą damy bandzie Gnaka. Zdaje się, że wiedzę masz, jak pozyskać złote karl-franze. Mmm… Czy nie znasz jakiego miejsca jeszcze, takiego, jak żeśmy już widzieli wcześniej? Niejeden korab zatonął na Morzu Szponów. Choć może być i tak, że więcej kosztowności znajdziemy za ścianą grobowca czarownika, kiedy się już przebijemy.
I dodał jeszcze, słysząc o pomyśle z wozem:
– Raz czy dwa wóz można napaść, ale i można coś takiego sporządzić i ile wozów zaprzepaścić w ten sposób? Prawda to, można by podprowadzić wóz dla Gnaka, ale jak dla mnie, trza pomyśleć o jakiejś drodze pod miastem. I nigdy się nie posługiwać jednym kontaktem, ale ciągle kupować przez kogo innego. I nie tylko z miasta, ale od Munira też broń kupować na boku.
– Może Munir mógłby spiknąć nas z jakimi innymi kupcami i już tam, na morzu handlować? Miasto pełne podejrzeń, ale jak byśmy handlowali na tamtej krypie, to nie złapie nas nikt.
- No tak. Ale Munir mówił, że wróci gdzieś w przyszłym tygodniu a następne spotkanie z kopytnymi, też jakoś tak będzie w Marktag albo dzień po. Więc ani kupca ani rogaczy, wcześniej nie spotkamy. No chyba, że Lilly by nas doprowadziła do tej ich doliny. O ile by nam zależało na wcześniejszym spotkaniu. - Lars pokiwał powoli głową i starał się doprecyzować te kilka szczegółów na możliwe spotkania z różnymi osobami.
- Oczywiście Egonie, ja wiem gdzie są różne zatopione statki. Po prostu ten przy wrakowisku był najbliżej. Nie wystarczy wam skarbów cośmy stamtąd przynieśli? Bo po inne to już nie są tak blisko i bym musiała po nie płynąć dzień, dwa albo parę zanim bym wróciła. - Wężowa syrena dopytała się dostojnym tonem jak to gladiator sobie umyślił. Widać było, że nie jest to taka prosta sprawa choć zapewne w jej zasięgu. I dla kultystów, wiązałoby się to z jej nieobecnością w mieście na trudny do przewidzenia czas.
- Może najpierw zobaczmy co będzie w tym kurhanie. Czy będą tam jakieś skarby czy nie. I tak tam dziś mieliśmy iść. - Astrid popatrzyła na całą trójkę na przemian, dając swoją propozycję.
- Egon to nie o to chodziło aby robić co chwila zasadzki na trakcie na te wozy. - Od strony kozła doleciał ich głos łotrzycy. - To znaczy, jak chcecie to sobie róbcie. Ale jak się zrobi jakiś napad na wóz co ma więcej broni, zwłaszcza jakby zwierzoludzie to zrobili, to wtedy raczej nie będzie zdziwienia w mieście, że kozły będą biegać z bronią i w pancerzach z tego wozu. - Łasica dokładniej wyłuszczyła na czym polegał zarys jej pomysłu.
- No jakby kopytni złupili wóz albo jakichś zbrojnych to by dziwne nie było, że mają ich broń. Bo jak dawać im coś kupionego w mieście to ktoś mógłby coś zauważyć. - Silny pokiwał głową gdy przedstawiał swój punkt widzenia.
- Niekoniecznie. Jakby łupili wieśniaków czy podróżnych to podczas napadu i walki niezbyt się idzie przyglądać. Jak trupy po walce zostaną to tak, ale w walce to mniej. I jeszcze ktoś by musiał przeżyć albo jakby żywych Gnak w niewolę brał to też by nie miał kto gadać. Jasne, zawsze jest ryzyko, że ktoś by ich pancerze dostrzegł i potem miastowym powiedział. Tego się nie uniknie. Ale na moje to po to Gnak chciał te pancerze od nas aby właśnie na walkę już je mieć a nie dopiero zdobywać na łupieniu. Też bym tak zrobił. - Rune odezwał się nieco więcej przez pryzmat doświadczeń jako wojaka.
- A od Munira to można spróbować kupić i broń i niewolnice ale on najprędzej będzie za tydzień. - Norsmen powtórzył swoje jakby uważał, że na razie opcję handlu z arabskim kupcem i tak trzeba odłożyć na półkę, póki tu nie wróci.Egon skinął głową. Jego kompanioni mieli rację, trzeba było się skupić tu i teraz na kurhanie, zaś łowienie niewolników pod zasiew jaj Oster było nieco dalszą, choć nadal pilną sprawę.
– Ano, jak będzie tak daleko, to z tym wozem się pomyśli – przyznał rację Łasicy, przemyśliwując rzecz.
I osunął się na swe siedzisko. Zdało się, że dopiero jak zrobią sprawę z nieumarłym czarownikiem, dopiero wtedy będą mogli inne sprawunki oporządzić.
Angestag; południe, kurhan
Wyprawa do kurhanu
Po przypadkowym spotkaniu w bramie dwóch blond szlachcianek, powracający z orgii kultyści, bez przeszkód i niespodzianek znaleźli się w mieście. Tam stopniowo towarzystwo z wozu zaczęło się rozpraszać. Ale sporo dojechało na Bursztynową. Egon i Lars mieli tu swój ekwipunek jaki wczoraj kupili na wyprawę do kurhanu. A i był to dobry punkt zborny dla reszty. Rune i Silny postanowili dołączyć do tej wyprawy aby “się rozruszać”. Tylko najpierw musieli wrócić do siebie aby też wziąć coś więcej niż nóż przy pasie. W kamienicy Pirory okazało się, że gospodyni i jej błękitnokrwiste koleżanki, jeszcze nie wróciły. Lars żartował, że o tej porze to pewnie jeszcze odsypiają wczorajsze harce. W ciągu paru pacierzy w kamienicy uzbierał się skład gotów do wymarszu z miasta.
Teraz jak już wiedzieli jak i gdzie iść, to droga wydawała się prosta. Najpierw ze dwa, trzy dzwony plażą wzdłuż zachodniego wybrzeża zatoki aż do wioski rybackiej. A tam trzeba było odbić w głąb lasu. Znów parę pacierzy później doszli do skraju bagna nad jakim wznosił się kopiec ziemny pod którym krył się pradawny grobowiec nekromanty. Tutaj wężowa milady, jaka do tej pory dzielnie dotrzymywała kroku reszcie grupy, skrzwiła się widząc te mokradła.
- Oh, moja suknia, moje buty… - Była wyraźnie niezadowolona, że te drogie i wyrafinowane elementy ubioru się pobrudzą. Ale nie było wyboru i trzeba było przejść przez to trzęsawisko aby dotrzeć do kurhanu.
- W podziemiach i tak stoi woda. I to niezbyt czysta. - Lars powiedział do niej jakby na pocieszenie. Milady jeszcze raz westchnęła cierpiętniczo i po prostu weszła razem z nimi do środka.
- A powiedzcie chłopcy jak tam było wczoraj przy tych kamieniach? Czy udało się zasiać jakieś nosicielki? - Raisa po drodze była ciekawa wczorajszego spotkania za miastem. Więc wypytywała swoich obu ulubieńców o detale. Zwłaszcza te związane z hodowlą much Oster. Bo orgia jako taka, raczej jej nie interesowała.
– Ano, zasialiśmy – rzekł Egon. – Obie były chętne, toteż żeśmy zasiali, a jakże!Wojownik uśmiechnął się. Choć zasiew był skromny, to każda okazja była dobra.
Do tej pory wszystko szło im dość gładko. Dopiero jak stanęli na kurhanie, okazało się, że nie wszystko jest tak jak to zostawiali parę dni temu. Niektóre pułapki były zerwane jakby ktoś je uruchomił, ale nie na tyle aby zatrzymać na stałe. Bjorn z zaintereoswaniem przyglądał się śladom i nawet przystawiał twarz do ziemi jakby węszył.
- Gobliny. - Pokazał na zgniecony ślad w trawie i ziemi. Dla Egona wyglądał jakby go zostawił albo człowiek, albo goblin, albo jeszcze coś innego. Raczej nie zwierzoczłowiek bo nie przypomniało to kopyt. - A tu jakby człek. - Tropiciel pokazał kawałek dalej. Gladiator wyciągnął podobne wnioski jak przed chwilą. - Tam poszli. - W końcu wskazał ramieniem prosto na obłą, ziejącą dziurę w ziemi jaką było wejście do grobowca.
- My też tam idziemy. - Astrid cmoknęła z niezadowolenia ale po chwili zastanowienia, zaczęła szukać gałęzi na pochodnię. Bjorn już jakąś znalazł i zaczął szykować ognisko aby od niego podpalać kolejne pochodnie.Egon pokręcił głową ze zirytowanym westchnieniem. Razem z Bjornem zabrał się na szykowanie ogniska, od czegoś wszakże trzeba było pochodnie odpalić. Jednak obawiał się, że stało się najgorsze: gobliński pomiot sforsował pułapki, które przecież były proste. Mieszkańcy sioła także zapewne węszyli wokół, wiedząc, że mogło się ostać nieco łupów po udanej rejzie od ostatniego razu.
Mógł mieć tylko nadzieję, że ciało czarownika, choć umieszczone w zdobnym sarkofagu, było w jednym kawałku. Koniec końców, to nie trupa szukali, ale kosztowności.
– Niechaj Rune i Silny pójdą ze mną, Zog zaś za nami z dystansu, niechaj razi z dystansu, jeśli coś ujrzy. Lady Sorio, trzymaj się zaraz za nami, razem z Astrid, później zaś niechaj podąża reszta – rzekł Egon. – Spodziewajcie się walki… Może być tak, że bestie sforsowały pułapki i zasadzają się w ciemności. Chodźmy!
- Dobrze Egonie. Doceniam waszą troskę i odwagę. - Chociaż syrenia milady miała suknię do kolan uwalaną w błocie, to nadal potrafiła się zachowywać z królewską elegancją. Zresztą każdy z nich był podobnie ubrudzone po przeprawieniu się przez trzęsawisko. Chwilę jeszcze trwało branie pochodni ale w końcu zanurzyli się w ten sam podziemny korytarz jaki opuścili kilka dni temu. Najpierw trojka zbrojnych imperialnych, potem tajemniczy, zakapturzony łucznik z Norsci a za nim dwóch jego towarzyszy, milady i reszta. Szli ostrożnie. Pochodnie oświetlały teren tylko na kilka kroków dookoła i kilka kolejnych tworząc strefę coraz słabszej widoczności. Zeszli na tyle nisko, że zaczęła się stojąca, bagienna woda. Pod podeszwam, do kostek, połowy łydek, kolan, za kolana. Słychać było oddechy, stukot ekwipunku i cichy szum wody przez jaką szli.
- Hmm… - Ze środka grupy doszedł ich odgłos kobiecej zadumy.
- Coś się stało milady? - Lars odwrócił się aby na nią spojrzeć.
- Hmm… - Szlachcianka zmrużyła oczy i miała koncentrację widoczną na twarzy. Lars nie wiedząc co to oznacza popatrzył na towarzyszy czy oni mają jakiś pomysł jak zinterpretować zachowanie wężowej hrabiny. - Hmm… Tam coś jest. Coś co silnie emanuje mroczną magią. - Powiedziała w końcu co wyczuwa. Lars spojrzał na Zoga. Ten wzruszył ramionami.
“Być może. Ale coś podobnego było tam ostatnio.”
- No tam jest sarkofag tego czarownika. To o to chodzi? - Morski łupieżca starał się odgadnąć co może być przyczyną.
- Być może. Nie byłam tu ostatnio z wami więc nie wiem jak tu było ostatnio. Ale mocno stamtąd zalatuje mroczną magią. I to raczej nekromantyczną a nie coś z naszej domeny. - Milady też wzruszyła ramionami i zachowała pogodę ducha.
- Trudno. Idźmy dalej. Przecież teraz nie zawrócimy. - Lars machnął ręką i dał znać kolegom na czele, że jest gotów iść dalej. I tak nie znali innej drogi dojścia do komory grobowej niż tej wykuty w skale korytarz.
Wznowili marsz. Śmierdząca, bagienna woda sięgała już im do połowy ud, zauważalnie spowalnając marsz, gdy najpierw dojrzeli jakąś większą przestrzeń. A po paru krokach zrientowali się, że to już ta komora grobowa. Gdy pierwsza trója stanęła w przejściu dostrzegli stojące nieruchomo sylwetki.
- Martwiaki! - Rune szepnął ze zgrozą widząc je po raz pierwszy i spunął przez ramię aby odgonić zły urok.
- Przeklęci. - Silny też splunął i zacisnął swoją krzepką dłoń na rękojeści swojej solidnej pałki. Za nimi stanął zakapturzony Zog.
“Dużo ich jak ostatnio” usłyszeli w głowach jego “głos”. Lars i Bjorn już ledwo dali radę puścić żurawia do środka.
- Ale nie atakują. - Zauważył Lars. Bjorn coś powiedział co kolega przetułaczył. - No tak, wyglądają na tych co ostatnio. Tylko te gobliny są nowe. - Zauważył. Reszta dalej stała w głębi korytarza więc nie mieli szans przecisnąć się do wejścia przez ten korek.
- Jeśli gobliny były martwe mroczna moc nekromanty mogła wezwać ich ciała. - Soria stała jeszcze w korytarzu ale powiedziała im co myśli.
W środku sali stały martwiaki. Wyglądało na to, że koncentrują się w pobliżu centrum komory albo z dala od wejścia. Bo w świetle pochdni widać było może z pierwszą dziesiątkę. Szkielety ludzkich wojowników nosiły ślady walki. Rozdarcia w starych kolczugach, połamane żebra, brakujące kończyny, rozłupane hełmy i czerepy. Więc to mogły być te same z jakimi się tu starli ostatnio. Jeśli tak to znów stały na pozycji. A między nimi stały pokraczne, niskie sylwetki goblinów. Poranione, z wyprutymi trzewiami, głębokimi ranami, któryś z odrąbaną połową głowy. Przy ranach były ciemne zacieki ale już chyba nie krwawiły. Wyglądały na poddane tej samej animacji jak stojące szkielety. W grupce przybyszy z powierzchni nastąpił moment konsternacji co teraz począć. Te martwiaki tam stały nieruchomo, twarzami do wejścia, jak na straży. Jednak jeszcze nie atakowały obcych.Egon potarł swoją brodę. Ponury wyraz wstąpił na jego oblicze. Spodziewał się wszystkiego - wieśniaków montujących swój własny opór, gobliny, które zapewne byłyby jeszcze sprytniejsze od prostaków z sioła.
– Trupy powstałe raz jeszcze…? – Egon z niepewnością spojrzał na wnętrze kurhanu. – Hmm… To czarownik musiał być. Powstać musiał raz jeszcze.
I zwrócił się do wojowników:
– Trupy zdają się być kontrolowane jeno w obrębie grobowca – rzekł gladiator. – Nie widzę czarownika… Ale może być i tak, że jak żeśmy tu przyszli, mogliśmy go wybudzić. Przygotujcie się na walkę… Jeśli do walki dojdzie.
Po chwili jednak zwrócił się do Sorii:
– Musiał jakoś zebrać energię, pożywić się, żeby z powrotem wskrzesić swoich strażników i dodatkowo jeszcze gobliny – rzekł. – Lady Soria, jego imię… Gonsar. Wyjdę naprzeciw i zawołam, że paktować chcemy, że jeśli jego wola, to przyniesiemy krwi. Jeśli nie pójdzie po dobroci, przebijemy się będziemy musieli porwać ciało. Co rzekniecie?
- Nie atakują nas. Więc to raczej strażnicy tego miejsca a nie na podbój okolicy. - Milady odeszła bliżej wejścia do komory grobowej aby spojrzeć w jej głąb. Większość grupki uczyniła podobnie ale na razie nikt nie kwapił się aby wejść głębiej. Te nieco chwiejące się szkielety i trupy goblinów skutecznie do tego zniechęcały. - Widocznie umysł tego nekromanty wciąż jest sprawny na tyle aby wezwać swoich obrońców. Może też być to naturalna aura tego miejsca. Bo mroczna, trupia magia jest tu silna. To pewnie dlatego wyczuwałam to wcześniej. - Widać było, że Soria się skupia aby przemyśleć to wszystko na bieżąco. - I mówicie, że on za życia służył naszym Siostrom? - pytała raczej nie czekając na odpowiedź ale, żeby zebrać myśli. - Hmm… - Przygryzła wargę i zamilkła na chwilę.
- To chyba te same szkielety co ciachaliśmy się z nimi wcześniej. Też takie stare i zetlałe. Te zardzewiałe pancerze mają. Tych goblinów nie było wcześniej. - Lars widząc, że milady na chwilę zamilkła rzucił swoje spostrzeżenia.
- Gezackt coś mówił, że wybili tu jakieś gobliny zanim przyszli do tamtej wioski rybackiej. Może to te. - Astrid przypomniała kolegom co ich nowy wspólnik mówił przy pierwszym spotkaniu.
- Tak, jak nekromanta ma moc to pewnie wezwał wszystkie trupy z okolicy. - Raisa też dołożyła swoje.
“Jest ich ze dwa tuziny” W głowach usłyszeli “głos” Zog. Jeśli się nie mylił to od wejścia w świetle pochodni było widać może połowę tego.
- Dobrze Egonie, możemy spróbować zrobić tak jak mówisz. - Te parę chwil wystarczyło aby wężowa syrena się namyśliła co robić. Wszyscy spojrzeli na nią z ciekawością. Ona zaś oderwała jeden ze swoich grubych warkoczy. Ten na chwilę zmienił się w małego węża. Wzięła nadgarstek gladiatora i podała mu to małe stworzenie. Gad owinął się wokół nadgarstka i połknął własny ogon. Egon czuł dotyk na swojej skórze. A po chwili widać było jak gad nieruchomieje i znów zmienił się w warkocz. Wyglądało jakby miał z niego bransoletę. Potem paznokieć milady na chwilę wydłużył się, zmieniając się w szpon. Nacięła nim palec drugiej dłoni i delikatnie chwyciła dłoń brodacza. Poczuł jej dotyk na skórze i był drażniąco przyjemny. Aż włosy stawały na karku. Jednak lady Soria narysowała mu na wnętrzu dłoni dziwny znak swoją krwią. - To jeden z symboli mojej matki. I jej krew jaka płynie we mnie. Jeśli służył jej i jej siostrom to może to rozpozna. Spróbuj podejść do sarkofagu. Może te martwiaki cię nie zaatakują jeśli będziesz tylko szedł. Ale mogą też bronić swojego pana i wtedy mogą cię zaatakować. - Poradziła mu chociaż przyznała, że nie jest pewna jak się zachowają gospodarzę na taką próbę.Egon skinął głową. Zdawać się mogło, że dołączenie Sorii do grupy właśnie zaczęło zgarniać spore profity. Spodziewał się, że właśnie ona mogła mieć wiedzę, jak podejść do tego czarownika.
Spojrzał na dziwny znak narysowany krwią.
– Niech tak będzie – rzekł Egon. – Tak czy inaczej mus nam rozwiązać rzecz, nie możemy czarownika zostawić samemu sobie – rzekł Egon.
I z kolei zwrócił się do pozostałych.
– Pójdę najpierw, ale jeśli wyszarżują do ataku, cofnę się. Runy, Silny, uderzycie, ja zaś spróbuję się cofnąć i dołączę do was – rzekł. – Zrazu wycofamy się, lecz jeśli trzeba będzie, uderzymy raz jeszcze.
Wyłuszczywszy swoją prostą taktykę i nie chcąc tracić ani chwili więcej czasu, ruszył przed siebie. W jednej ręce trzymał pochodnię, drugą zaś rozwarł szeroko i uniósł nad siebie, a światło pochodni rozświetlało symbol. Kiedy znalazł się już bliżej, krzyknął:
– Gonsarze Półoki! – krzyknął Egon, patrząc baczie, czy przypadkiem trupy nie zasadzają się do ataku. – Gonsarze Półoki, powracają sługi Czterech Sióstr, Norry, Oster, Soren i Vesty!
- Nie bój się. Jak na ciebie ruszą to my ruszymy na nich. - Lars klepnął ramię kolegi dla dodania otuchy. A sam wyjął topór zza pasa i ściągnął tarczę z placów. Widać było, że przygotowuje się do walki. Rune i Silny też. Pokiwali głowami do słów Norsmena i też sięgnęli po swoje pałki i topory. Zog cofnął się bliżej narożnika i miał już łuk w dłoniach. Astrid nieco wahała się. Stanęła w końcu za plecami kolegów z pierwszej linii i obok swojej milady. Położyła dłoń na rękojeści miecza ale widać było, że wolałaby go nie używać. Miała naturę awanturniczki i artystki więc nawet jeśli potrafiła używać miecza to nie było to jej priorytetem. Raisa stała w przejściu, nie kwapiąc się aby wejść do środka. Obserwowała wszystko co było widać w świetle pochodni. Bjorn z włócznią w dłoni, węszył i patrzył na stojących martwiaków. Niezbyt było wiadomo po co to robi.
Gladiator zdążył to objąć wzrokiem nim odwrócił się plecami do towarzyszy i ruszył przed siebie. Naprzeciw stojącym trupom. Słyszał jak przy każdym kroku woda chlupocze mu a nogi do połowy ud zanurzają się w zimnej, śmierdzącej trupem wodzie. Fale od tych kroków rozchodziły się dookoła niego. Widział jak natrafiają na obrońców krypty i tam się rozbijają. Albo nikną w ciemnościach gdzie nie sięgało już światło pochodni. Z każdym krokiem był bliżej szkieletowych wojowników. Lekko się chwiali ale nie na tyle aby groziło to upadkiem. Mieli kości zzieleniałe, kolczugi i paski metalu zardzewiałe. Pod nimi dawniej była jakaś warstwa pośrednia jaka obecnie zmieniła się w resztki, ciemnego, przegniłego materiału niewiadomego pochodzenia. Tak jak zauważył Lars, wiele z nich nosiło rozcięcia na pancerzach. Były świeże, materiał był jaśniejszy niż na powierzchni. Niektórzy mieli ucięte ramiona czy dziury w czaszkach. Żywych by t skutecznie wyeliminowało z walki ale ci tutaj stali jakby nic ich nie bolało. Wykrwawienia z ran zapewne nie musieli się obawiać tak jak żywi. A mimo to stali i w rękach dzierżyli broń. Faktycznie to mogli być ci sami wojownicy jakich Egon z towarzyszami pokonali parę dni temu.
Teraz zbliżył się do kilku co stało najbardziej na zewnątrz. Żaden z nich nie odpowiedział. Nie mieli czym mówić poza kościanymi szczękami. Nie widział po nich żadnej reakcji. Ale nadal go nie atakowali. Doszedł do nich i nic się nie stało. Wszedł między nich i mijał kolejnych wojowników. Raz któryś ruszył niezdarnie ku niemu. Ale jakby z wahaniem. Przeszedł parę kroków ale i on się zatrzymał na dwa kroki przed gladiatorem. Wodził po nim swoją kościaną twarzą jakby czegoś nasłuchiwał albo się przyglądał. Chociaż nie miał czym. I tak został. Nie zbliżył się bardziej. Egon widział już skrzynię kamiennego sarkofagu. Zostało mu ominięcie kilku ostatnich gwardzistów. Między innymi truchło bezgłowego goblina jakie trzymało w dłoni krzywą, goblińśką włócznię. W końcu uderzył o coś twardego stopą. Pod wodą więc nie widział co to takiego. Jak na macanego sprawdził stopą to musiały być już ten schodkowaty podest. Po nim wyszedł z wody na najwyższy poziom na jakim był postawiony ozdobny sarkofag. W świetle pochodni dostrzegł trupa czarownika. Szkelet obciągnięty resztkami wysuszonego ciała. Wciąż okryty dawną szatą jaka się zachowała kiepsko. Wydawało się, że tak go zostawiali gdy stąd odchodzili parę dni temu. Jak się odwrócił w stronę wyjścia widział pochodnie swoich towarzyszy. Wciąż obserwowali czujnie jego postępy niepewni jak ta cała eskapada w głąb komory się skończy.
- No i co? - Doszło go pytanie Silnego. Pewnie widzieli, że dotarł na miejsce ale nie widzieli co tu znalazł.– Dobra jest, czekajcie jeszcze – Egon odkrzyknął. – Dajcie mi chwilę jeszcze…
Wojownik powiódł wzrokiem po ożywionych trupach. Było to niezwykłe, choć nie mógł być całkiem przekonany, jak długo nieumarli wojownicy mogli pozostawać w takim stanie. Ocenił, że jeśli przyjdzie co do czego, mógł zawsze dobyć swej tarczy i tak dobiec do linii frontowej, a wtedy Rune i Silny zawiązaliby walkę. Musiał być gotowy na to, jeśli źle pójdzie…
Odwrócił się i zajrzał do środka sarkofagu. Trup był taki, jak wyglądał od ostatniego razu. To była dobra wiadomość: nieumarli strażnicy nadal pilnowali zwłok, toteż nikt, żaden człowiek z sioła ani goblin nie przedarł się przez nich.
Cóż, pozostało dokończyć roboty.
– Gonsarze Półoki, znam twe imię… – Egon rzekł głośno w stronę trupa, przybliżając swoją dłoń coraz bliżej jego czaszki. – Przychodzimy w służbie Czterech Sióstr, czy poznajesz znak i krew?
I przyłożył zakrwawioną dłoń do czerepu trupa.
Widział jak jego koledzy i koleżanki pokiwali głowami albo odpowiedzieli coś twierdząco. Ale zostali przy wejściu do komnaty grobowej. On sam znów odwrócił się do ciała jakie leżało tu od wieków. I chociaż wyciągnął dłoń w stronę martwego czarownika, nie doczekał się żadnej reakcji. Wysuszone usta przyklejone do brązowych ze starości zębów, pozostały ciche i nieruchome. Gdy dotknął dłonią czaszki poczuł pod nią zimną, chropawą, skórę. Coś z niej odpadło. Nie było to przyjemne w dotyku, zwłaszcza jak się miało świadomość czego się dotyka. Egon czekał przez chwilę na jakąś rekację. Słyszał cichy szelest wody, odgłosy jakie wydawał ekwipunek towarzyszy gdy lekko się ruszali. Podobnie jak ci martwi strażnicy tego miejsca. Wydawało się już, że nic z tego nie będzie.
Gdy poczuł ukłucie w dłoń, coś mu śmignęło przed oczami. Odruchowo cofnął się o krok i pomachał dłonią jakby dotknął czegoś gorącego. Spojrzał na nią i widział tam jaśniejszy punkt na własnej skórze jakiego przed chwilą jeszcze nie był. A palcami drugiej dłoni poczuł, że miejsce rzeczywiście jest cieplejsze niż reszta dłoni.
Ale było jeszcze coś. Na tej dłoni miał wymazany krwią Sorii glif. A przez moment też go widział. Na jednym z kamieni. Duże, stojące kamienie. Ustawione w krąg. Podobne jak te przy jakich spędzili ostatnią noc. Ale nie był pewien czy to te czy tylko tak mu się skojarzyło. I na tym jednym z kamieni widział ten sam glif. Wielkości ludzkiej głowy, wymazany chyba krwią lub farbą o podobnej barwie. Z zaciekami świadczącymi, że była płynna gdy ją malowano. I widział to przez perspektywę ciężarnego brzucha młodej kobiety. Na jej brzuchu też był taki symbol. I jakieś inne jakich nie znał. Chociaż między jej dorodnymi piersiami rozpoznał gwiazdę Chaosu. Jakby ujrzał jakieś odległe echo jakiegoś rytuału albo orgii. Ale zbyt krótkie i wyrwane z kontekstu aby mógł się zorientować o co tam dokładnie chodziło.
- Co jest? - Do rzeczywistości przywiódł go głos Larsa. Norsmen stał tam gdzie przed chwilą. Ale pewnie on i towarzysze widzieli jak nagle gladiatora odrzuciło od sarkofagu. Tylko nie wiedzieli jeszcze dlaczego.Egon odstąpił krok, nie do końca pewny, co może się stać teraz.
– Czarownik zdaje się gadać do nas zza grobu – rzekł Egon, a jego głos zawibrował po grobowcu, gdzie byli oni i umarli. I ciągnął, starając się, by Soria go usłyszała: – Widziałem coś… Ten symbol, Lady Soria, na jakimś kamieniu.
Egon urwał i pokręcił głową. Nie miał pojęcia, co mogła oznaczać wizja, ale z pewnością był to duch czarownika, który nadal był zaklęty w trupie.
Zaczął iść, choć bez pośpiechu, w stronę grupy.
– On może coś wiedzieć o Siostrach – rzekł w stronę Sorii, kiedy szedł z powrotem, pomiędzy nieumarłymi. – Jeśli krew jest tym, co go żywi, musimy skombinować parę wiader.
-

Heinrich von Achterberg
Angestag; ranek; wóz kultystów
Cała sytuacja wydawała się Heinrichowi jak jakiś pokręcony sen sprowadzony w gorączce na bezbronnego wiernego ochraniającego Imperium i jego ludzi przed zgubnym wpływem Niszczycielskich Potęg. Może nawet test jakim Sigmar oceniał swoich Inkwizytorów... I mógłby w to uwierzyć, gdyby nie poznał jak niewiele był on dla Sigmara wart. Jak jego głos nie docierał do niego mimo wszystkiego, co zostało dla niego poświęcone.
Stan w jakim się znalazł był efektem milczenia bogów, jakim zawierzył życie.
- Masz rację, Lady Sorio. To nie jest moja pasja, aczkolwiek uznałem, że moja ostatnia nieobecność w działaniach kultu zasługuje na jakieś przeprosiny do reszty członków, chociażby poprzez wsparcie ich zainteresowań poprzez obecność. A kłopotów sercowych nie miałem i teraz i głównie w przeszłości. Pozycja mnie uchroniła przed odrzuceniami, rozumiesz siłę jaką ma status społeczny. - uśmiechnął się do swoich słów.- Rozumiem. Ale dalej masz ten status? - Wężowa milady pozwalała aby Layla ufnie położyła głowę na jej ramieniu. Wyglądała jakby kapłanka z dalekiego południa próbowała zasnąć. - Ale wybacz moją ciekawość, wydawałeś się być zamyślony. Już miałam nadzieję, że jeśli chodzi o kłopoty sercowe, rozterki miłosne i kłopoty z kobietami, to może będę mogła ci jakoś pomóc Heinrichu. - Wyjaśniła skąd się wzięło jej początkowe zainteresowanie. - I to miło z twojej strony, że dołączyłeś do nas wczoraj. Zwłaszcza jeśli nie dla uciech żądz i ciała. Na pewno byś był mile widziany w Festag po mszy na małym, rodzinnym spotkaniu u Pirory. Tylko dla przyjaciół. - Z wytwornością wielkiej damy, zaprosila go na jutrzejsze spotkanie po mszy, jakby był conajmniej szlachcicem. Doszły go słuchy, że w ciągu ostatnich paru tygodni, stało się to swego rodzaju tradycją. I chociaż było zdominowane przez Sorię i jej dziewczęta, to inne frakcje też tam bywały,choć nie wszyscy i już nie tak regularne.
- Dalej jestem von Achterberg, przynajmniej tak długo jak daje mi to oczekiwane zasoby społeczne. Do bycia Łowcą Czarownic się nie przyznaję, to by mogło skomplikować wszystko, ale na samo szlachectwo oraz dawne bycie oficerem... Można podgrzać dziewczęce umysły. I łona, jeżeli być bardziej dosadnym. Musianoby bardziej zwrócić na mnie uwagę i zainteresować się kulawym emerytem, aby zacząć zaglądać głębiej w przeszłość człowieka, co przyznam mogłoby stać się bardziej niż zagrażające. - powiedział szczerze - Byłem zamyślony rozważając dalsze kroki, jakie podejmę po powrocie, na jakich szlaki kierują mnie sny. Jak i zawinięcie się wokół zainteresowanej mną córki profesora z Akademii. - wyjaśnił - Nie oznacza to oczywiście, że mam zamiar pogardzać wszystkimi zaproszeniami tak znamienitej damy jaką jesteś, moja pani. - lekko skłonił głowę Sorii ucałowawszy jej wierzch dłoni w wyuczonym szlacheckim stylu.
- Oh, wybacz Heinrichu, jeśli cię uraziłam. Niestety nie mieliśmy się za bardzo okazji poznać wcześniej i stąd ta gafa. - Milady w eleganckiej sukni, wyglądała młodo, świeżo i dostojnie. Bardziej by pasowała do szlacheckiej karocy niż zwykłego wozu kupca albo chłopa. Trudno było teraz uwierzyć, że ta elokwentna dama to ta sama osoba co wczoraj była w centrum wydarzeń na spotkaniu towarzyskim z plemieniem Ungarda. Z wdziękiem przyjęła ucałowanie w dłoń.
- Tak, teraz widzę, w tobie szlachecką godność. - Posłała mu czarujący uśmiech spod swoich długich rzęs. - Czyli jednak masz jakieś sprawy sercowe? I to córka profesora z Akademii? Brzmi bardzo obiecująco. Zdradzisz może kim jest ta niewiasta co ma takie dobre oko do wyboru interesujących mężczyzn? - Nieśmiertelna szlachcianka starała się delikatnie wybadać temat jakby sprawy romansów były jej naturalnym tematem do rozmów.- Naprawdę nie ma problemu, moja pani. Nie było wielkiej okazji, to przyznam. - Heinrich nie trzymał żadnej urazy z tego powodu - A niewiasta to Petra von Schneider. Nie szukam romansu dla samego romansu oczywiście, jednak ich obecność potrafi otwierać wiele drzwi, jakie byłyby zamknięte.
- Ah, Petra von Schneider. - Milady pokiwała głową uśmiechając się przy tym - Tak, miałam okazję ją poznać, chociaż nie tak dobrze jakbym miała ochotę. To jedna z dam jakie Kamila zaprasza na swoje wieczory poetyckie. No to masz dobry gust Heinrichu. - Dała znać, że chociaż mniej więcej wie o jaką niewiastę chodzi. I wydawała się aprobować wybór byłego łowcy czarownic. - Mnie również wydała się bardzo bystra, urokliwa i obiecująca. I zgadzam się, romanse bywają bardzo użyteczne a często nawet przyjemne. Potrafią otworzyć wiele drzwi, ust i lędźwi. A to już daje spory potencjał do dalszych działań. - Pochwaliła jego zainteresowania, nawet jeśli mogli mieć różne podejścia do tych sercowych spraw. - Zapewne będę ją jutro widzieć po mszy. Nie wiem czy Priora ją zaprosiła na nasze małe przyjęcie, zwykle nie brała w nich udziału. Więc nie jestem pewna jak będzie jutro. Ale jeśli bym spotkała naszą uroczą Petrę, to czy mam jej coś przekazać od ciebie? No chyba, że masz już wobec niej swoje plany to nie chciałabym ci sypać piasku w szprychy intrygi. - Popatrzyła życzliwie na siwowłosego mężczyznę jak zareaguje na jej propozycję.
- Zawsze dobre słowo o mojej osobie będzie w cenie. Dziewczyna zafascynowana jest, że byłem oficerem w imperialnej armii. Chciałbym przez nią dostać także dojście do jej ojca, oczywiście, a nim łatwiej będzie zagwarantować sobie wejście do Akademii, choć wiadomo że Petra ma także sporo do zaoferowania, jeżeli zostanie odpowiednio zaopiekowana. Jest już mną zainteresowana, ale brakuje mi jak najłatwiejszego dojścia, aby to wykorzystać.
- No rzeczywiście Heinrichu, choć wdzięku i uroku ci nie można odmówić to jednak nie jesteś damą z towarzystwa jaka by nie miała tylu trudności aby się spotkać z inną damą z towarzystwa. - Soria uśmiechnęła się ze zrozumieniem. Zdawała sobie sprawę, że w takim rozwarstwionym i pruderyjnym społeczeństwie w jakim żyli, nie było tak łatwo o spotkanie między młodą szlachcianką a jakimś mężczyzną. Przez chwilę syrena zastanawiała się nad tym zagadnieniem. - Jakbyś nie miał trudności z wizytami u Pirory, to może coś by się udało zorganizować. Będę musiała z nią o tym porozmawiać. A naszą słodziutką Petrę jeśli uda mi się spotkać, obiecuję ci, że szepnę jej dobre słówko o tobie. - Na koniec uśmiechnęła się życzliwie do siwowłosego aby dodać mu otuchy.
- U Pirory raz byłem, wraz z Otto i Joachimem niemniej dziękuję za każde szepnięte miłe słówko o mnie, milady. - odwzajemnił życzliwy uśmiech.
- No to jutro po mszy, też będziesz miał okazję. Ale jeśli nie to trudno, zawsze będziesz mógł nas odwiedzić następnym razem. - Milady skinęła głową, czarująco uśmiechając się do Heinricha.
Angestag; przedpołudnie; zakład garncarski
Były łowca heretyków, z powodu swojej nogi, nie był najlepszym piechurem. Niemniej po tym jak wraz ze swoją spiskową rodziną minął w bramie dwie blondwłose szlachcianki, które na chwilę ich zastopowały to właściwie wrócił do miasta bez szwanku. Zsiadł z wozu i pożegnał się z tymi co jeszcze tam byli. Po czym już na piechotę, ruszył w stronę swojego mieszkania. Mijał zapracowane miasto. Był początek dnia pracy i było to widać. Tylko niezamieszkałe kamienicy straszyły chwastami, odpadającym tynkiem i wybitymi szybami. Jutro był Festag, dzień wolny od pracy aby dobrzy ludzie mogli oddać cześć bogom i świątyniom. Ale raczej nie w sposób jaki zapraszała go syrenia milady na jutro po mszy u Pirory.
Właściwie wrócił już do siebie. Był przed kamienicą w jakiej wynajmował mieszkanie. Gdy doszedł go monotonny, cichy, odgłos koła garncarskiego. Widocznie ktoś tam był i pracował. To nie powinno dziwić, w końcu był dzień powszedni.
Odgłos kroków Heinricha i stuknięcia laski o bruk ucichł, gdy sam znalazł się przed kamienicą jaka mu służyła jako mieszkanie. Wsłuchiwał się w odgłos tego koła garncarskiego, jego monotonny i przewidywalny dźwięk zawierający w sobie siłę pracy wykonywanej przez garncarkę. Zrozumiał w tym momencie, że tak naprawdę nie wie co powinien tu zrobić. Pomysły mnicha zawsze miały swój sens, ale jednak nie był do nich przekonany. Dlaczego więc w ogóle tutaj się znalazł? Bo z jakiegoś powodu kierowały go te sny i nie zawsze odpowiedź od razu była na wyciągnięcie ręki. Czasami musiał powęszyć by ją zauważyć, nawet jeżeli mnich miałby rację i wystarczyło chcieć, aby garncarka wykonała robaki na kole.
Nie zatracił swoich dawnych przyzwyczajeń i wiedział, że tam gdzie prowadziły sploty, tam mógł być poszukiwany kłębek, nawet jeżeli nie rozumiało się czym ów kłębek był. Nie zawsze podążało się prostą drogą z jasnym celem, jak i teraz. Czasem musiał wpierw kluczyć, teraz idąc w stronę dźwięku koła garncarskiego powoli kręcącego glinę. Wyglądał nagromadzenia magii w okolicy, gdy tak zbliżał się do sklepu, w jakim chciał do koła się przybliżyć oraz samą kobietę obaczyć.
Właściwie to co widział go nie dziwiło. Wiele razy tędy przechodził. Dwie kamienice flankowały tą w środku jaka była cofnięta o kilka kroków. Przez co tworzyła się wnęka między nimi. I tam, na parterze było wejście do części mieszkalnej na górne piętra oraz warsztat garncarski. Widział wejście do środka i okno wystawowe za jakim dumnie pyszniły się wyroby rzemieślniczki. Talerze, dzbany, misy, kufle. Dość skromnie zdobione, jakby skupiano się na wytworzeniu wyrobu z gliny a niekoniecznie na malowaniu go. Gdy jednak przyjrzał się bliżej to na jednej z mis dostrzegł nietypowe malunki. Wzdłuż górnej krawędzi były podłużne kształty. Jakby krótkie, pulchne węże. Albo dłuższe niż zwykle czerwie. Były narysowane dość schematycznie to nie było pewności.
Przez okno wystawowe widział blask ognia pieca. Pewnie wypalała się tam kolejna porcja naczyń. Tak jak we śnie. Zgrzyt koła garncarskiego był już wyraźnie słyszalny. Ale z okna go nie widział. A więc i tej osoby co przy nim właśnie pracowała. To się trochę rożniło od tego co we śnie. Chociaż we śnie to przenikał przez ściany i pokonywał poszczególne etapy jakby albo stał albo był już kawałek dalej.
Jego eteryczne oko widziało jak wiatry innego wymiaru przenikają przez to miejsce. Przez wszystko przenikały. Nawet najsolidniejsze mury czy stal nie były dla nich przeszkodą. Nie dziwiło go, że teraz też tak jest. Wiały przez ściany sąsiednich i tej kamienicy. Okno wystatwowe, piec, warsztat. Może tam w środku było nieco zawirowań a może to tylko efekt tła. Nie był tego pewien. Raczej nie sugerowało to aby ktoś tu używał mocy Eteru albo w środku był jakiś mocny, magiczny przedmiot.Nie było co gdybać. Zakładanie efektu mogło zaburzyć cały proces dochodzenia prawdy i uniemożliwić odkrycie prawdziwego źródła. Heinrich nie był przeciw poświęcaniu niewinnych, jeżeli miało ono pomóc mu dotrzeć do celu, ale zakładanie na ślepo mogło wprowadzić w prawdziwe problemu bez uzyskania wyniku. Ostatni raz jak tak uczynił spędził miesiące jako więzień Czarnoksiężnika i poznał ból mutacji...
Temu też tym razem bez wahania postanowił wejść do środka, choćby musząc się przedstawić jako zainteresowany kupnem i coś zakupić.
Drzwi uderzyły w dzwonek, zapowiadając klienta. W środku od razu uderzyło go wilgotne ciepło i półmrok. Jak we śnie. I właściwie od razu ją zobaczył. Młoda, szczupła rzemieślniczka. Siedziała przy kole garncarskim jakie napędzała stopą. W dłoniach miała bezkształtny kawał mokrej gliny jaki jeszcze nie zdążyła wrzucić na swoje narzędzie pracy. Podniosła głowę aby sprawdzić kto przyszedł. Wyglądała podobnie jak we śnie. I też miała odkryte, spocone ramiona oraz dłonie ubrudzone gliną. A na przedzie fartuch. Tylko we śnie nic pod nim nie miała przez co widać było jej górne, kobiece atrybuty. A teraz miała na sobie koszulę. Z podwiniętymi rękawami i rozsznurowanym dekoltem. Więc widać było tej kobiecości mniej niż we śnie. No i czerwie z gliny po niej nie pełzały.
- O, pochwalony sąsiedzie. Wreszcie zdecydowałeś się na odwiedziny? Czyżbyś stłukł jakiś talerz albo dzban i potrzebujesz nowego? - Zagaiła wesołym tonem uśmiechając się do niego całkiem sympatycznie.- Zaiste, zaiste. - zgodził się, jako że ostatnio faktycznie talerz stłukł podczas, gdy walczył przeciw własnym demonom, od których uciekał z dala od kultu - Uznałem, że nadszedł czas choćby nasycić wzrok wyrobami, a nie tylko ucho dźwiękiem ruchu koła garncarskiego... i możliwie zobaczyć się z sąsiadką.
Heinrich nieśpiesznie rozglądał się po sklepie, w jakim tak wiele razu był, choć nigdy wcześniej na jawie.Wewnątrz było ciepło. Gorąco było od rozgrzanego pieca. To się zgadzało z tym co były łowca heretyków przeżył we śnie. Wnętrze było typowe dla sklepu z garnkami. Większe wazy stały na podłodze, średnie i małe na stole albo prostych regałach. Tych detali ze snu nie pamiętał, były tylko tłem. Teraz je widział pierwszy raz na własne oczy. W większości były to proste wyroby, przeznaczone dla niezbyt zasobnych mieszczan którzy potrzebowali ich do codziennego użytku. Ale tu i tam, stały dzbanki, talerze, misy czy kubki, jakie były wykonane staranniej, z większą ilością zdobień. Te już mogły być dla zwykłych mieszczan naczyniami na dzień świąteczny czy gości jakich wypada uhonorować czymś lepszym.

Na stole stało kilka kubków, jakie rozszerzały się ku górze. A na dole miały żłobienia podobne do norsmeńskich runów. Czy nimi były to Heinrich nie potrafił rozpoznać. Po chwili zorientował się, że podobne zdobienia można było dostrzec na innych naczyniach. Jego rozglądanie się przerwała mu młoda gospodyni. Jej skóra błyszczała od potu tak samo jak we śnie.
- Oj to niezdara z ciebie sąsiedzie. - Uśmiechnęła się wesoło. - Ale nie przejmuj się, co chwila się to komuś zdarza. Gdyby było inaczej już dawno poszłabym z torbami! - Mówiła jakby ją to niezmiernie bawiło. Podrapała się po policzku ale, że miała dłonie brudne od mokrej gliny to zostawiły na skórze wężowy ślad po palcach. Z daleka wyglądał jak gliniany robak narysowany na skórze. - To rozejrzyj się sąsiedzie, na co byś miał ochotę? - Zapraszający gestem pokazała wnętrze swojego warsztatu ale spojrzenie miała dość frywolne.
- Czas niezdarę ze mnie zrobił, miła pani. - wziął do ręki jeden z kubków z normenskimi runami i zaczął się im przyglądać, obracając je wokół własnej osi - Czy te zdobienia z wyobraźni pochodzą, czy może z jakiejś wiedzy ich twórczyni?
- Widziałam kiedyś taką misę co miała takie znaczki. To pomyślałam, że będą pasować na zdobienia. Wiesz sąsiedzie, tutaj to co trzecia rodzina ma norsmeńskie korzenie i takie motywy z północy dobrze się sprzedają. Kiedyś był u mnie jeden Norsmen i jak oglądał kubki powiedział, że to trochę nie tak wyglądają ich runy ale może być. Jakieś ich powiedzonko o pięknym, soczystym jabłku z robakami w środku. - Garncarka wyjaśniła tym samym lekkim tonem, chociaż z początku jakby zastanawiała się chwilę nad odpowiedzią. - A co? Podoba ci się ten kubek sąsiedzie? No to możesz wziąć do tego talerza co szukasz. Przyda ci się. Jak chcesz talerz, dzban albo misę z takimi wzorkami to mogę ci zrobić. Za parę dni będzie. - Dziewczyna widać miała żyłkę do interesów i potrafiła zachęcać klientów do większych zakupów niż mieli zamiar kupić. Wrzuciła grudę mokrej gliny na koło garncarskie czemu towarzyszyło mokre plaśnięcie.
- Interesuje mnie ten kubek, ale także... talerz z takimi wzorami wijącymi się jak węże. Jeżeli to nie byłby problemem to najchętniej bym zobaczył jak miła pani kształtuje tak zawiłe wzory. To musi być nie lada sztuka. - szepnął nie chcąc by chrypa zepsuła scenę.
- O, to sąsiad chce zobaczyć trochę brudnej roboty? Ale przy takiej brudnej robocie to trzeba uważać, bo łatwo się ubrudzić. - Dziewczyna nie traciła rezonu i śmiało patrzyła na klienta. Potem przeniosła spojrzenie na to co jej pokazywał. - Podoba ci się ten kubek? Możesz go wziąć, jest na sprzedaż. Wszystko tu jest na sprzedaż. - Pokiwała głową jakby dobrze bawiła się przy tej rozmowie. - I ten talerz z wystawy? Tak, też go możesz wziąć. Właściwie nie wiem czy to są węże czy robaki. Ale podobno jest to symbol płodności. Więc polecam go młodym parom i dziewczętom. To też widziałam na jakiejś starej wazie więc pomyślałam, że czemu nie. I dobrze to wychodzi, dobrze się sprzedaje. Zawsze mówię, że jak się dziewczę napije z takiego kubka albo zje z takiego talerza z tymi wężami to będzie miala tyle dzieci co tych węży na obrazku. Albo tak dorodnych. Zależy czy jest ich więcej ale mniejszych czy mniej ale większych. A ty sąsiedzie jakie byś wolał? I co byś chciał? Kubek, dzban, talerz, misę? - Tłumaczyła mu całkiem wesoło gdy omawiała swoją elastyczną strategię reklamy towarów w zależności od upodobań klientów. Na koniec zaczęła stopą napędzać pedał i koło garncarskie ruszyło. Podrapała się po ramieniu na jakim znów został wężowy ślad. Podobne we śnie zostawiały gliniane robaki jakie lepiła ale teraz, na żywo, to zostawiały je jej palce. Wzięła w swoje szczupłe dłonie bezkształtną jeszcze bryłę mokrej gliny i popatrzyła pytająco na stojącego w gorącym pomieszczeniu mężczyznę.
- Misę, miła pani. - odparł z zaciekawieniem obserwując ruchy kobiety oraz pracę, jaka stworzy te czerwie.
- Misę? Może być i misa. Misa robi dobry komplet do talerza i kubka. Chcesz z tymi norsmeńskimi runami czy bez? - Młoda rzemieślniczka chytrze próbowała go namówić aby kupił coś więcej niż tylko dwa naczynia. A sama bez wahania rzuciła bryłę gliny na koło. I Heinrich miał okazję obserwować jak tą lepką masę, zwinne dłonie garncarki formują w nowy kształt. Było w tym coś hipnotycznego obserwowanie takiej przemiany. Glina niczym żywa istota rosła i rosła. Aż uformowała coś w rodzaju wiadra. A to jeszcze garncarka przekształciła w coś co już przypominało misę. - Chcesz z uszami czy bez? - zapytała w pewnym momencie. Właściwie naczynie było już gotowe. Gładkie i błyszczące, gotowe do dalszych modyfikacji. Rzemieślniczka na chwilę je odstawiła na stojący obok taboret. A sama wzięła mniejszy kawałek gliny i zaczęła go lepić w dłoniach. - Robaki się robi osobno. A potem się je nakleja do powierzchni. Jakie wolisz? Mniejsze ale więcej czy większe ale mniej? - Znów podniosła wzrok aby spojrzeć na czekającego klienta. W dłoniach sprawnie kształtowała glinę. Z każdą chwilą przypominała czerwia. Jak poruszała dłońmi to poruszał się razem z nimi i wydawał się być żywy. We śnie to wyglądało podobnie. Tylko tam te ulepione czerwie zaczynały pełzać po jej ramieniu, w głąb jej ciała a ona zdawała się ich nie zauważać.
- Bez uszu... I większe. - zafascynowany hipnotyzującym ruchem wyszeptał odpowiedź, ciągle wpatrzony w glinę, jaką urobiły te śliczne dłonie.
- Większe? Mogą być i większe. Jak są większe to nawet uszy można zrobić w formie robaków albo węży. Wolisz robaki czy węże? - Garncarka ulepiła pierwszego czerwia i nachyliła się do zrobionej przed chwilą misy. Wygięła tego glinianego robaka tak, że jakby go przymocować na stałe, to byłby uchem tego naczynia. - Ja też wolę te większe. Są wtedy bardziej wyraziste. - Powiedziała znów się prostując i biorąc do rąk kolejną porcję gliny. Znów ją zaczęła kształtować w podłużny kształt. Z każdy ruchu wydłużał się i kręcił, znów sprawiając wrażenie żywego stworzenia.
- Robaki. - stwierdził krótko.
- Ciekawe, większość ludzi nie lubi robaków i lepiej się sprzedają węże. Chociaż ostatnio robiłam pewną zabawkę dla klientki co wyraźnie zaznaczyła, że chce mieć robaka do zabawy. - Zaśmiała się rozbawiona takim pomysłem. - Ja chyba też bardziej wolę robaki. Są mniej typowe no i jak w tym norsmeńskim przysłowiu. Najśliczniejsze i najbardziej soczyste jabłko może skrywać robaki. Moim zdaniem to znaczy, że robaki są chytre i potrafią się ukryć na widoku. Gdzie nikt nie podejrzewa, że mogą tam być w środku. Widziałeś coś takiego sąsiedzie? Coś pięknego i soczystego tak na pierwszy rzut oka a co w środku miało robaki? - Znów spojrzała na Heinricha gdy odkładała gotowego czerwia i brała się za następnego.
- Nawet nie wiesz jakie to częste. - uśmiechnął się pod nosem czując ironię tych słów w związku z kultystami, a jednocześnie mając swoje doświadczenie w wyszukiwaniu takich robaczywych pięknych jabłek na zlecenie Imperium... Czy teraz sam takim nie był?
- No właśnie. Pełno takich. - Dziewczyna pokiwała głową i zadumała się chwilę. Zaczęła przyklejać ulepione węże do misy i pokazała całość klientowi. - No to tak będzie wyglądało. Jak chcesz jeszcze jakieś dodatki sąsiedzie to mów jakie. Jak już wszystko to wstawiam do pieca i jutro możesz po nią przyjść. - Zaprosiła go gestem aby obejrzał ulepione naczynie. Była to misa, średniej wielkości, jaka stopniowo rozszerzała się ku górze. A przy samej górnej krawędzi miała ozdobę z pełzających czerwi.
- Jest idealne. - stwierdził Heinrich - Przyjdę po nie jutro.
Miał zamiar sprawdzić czy Tobias posiadałby tomy (lub choćby wiedzę z nich przekazać), jakie mogłyby dotykać zainteresowań młodej Petry, a przy okazji też rozbudować trochę jego zainteresowanie tematem, jakie mógłby wykorzystać dla zwiększenia jej fascynacji nim poza seksualną i marzeniach o jakimś oficerze. -

Otto spędził dzień po orgii pogrążony w przemyśleniach. Czas spędził na pomaganiu reszcie zgromadzonych.
Jego umysł zaczynał szkicować plany swoich następnych ruchów. Oczywiście musiał wrócić do Hospicjum i wykonać swoje powinności.
Mógł jednak pochwalić się przeorowi o kolejnym pacjencie, który zostanie od nich przejęty.
I oczywiście będzie musiał o tym porozmawiać z Niklasem.
Niklas! Właśnie.Wrcając do miasta mnich zaczepił na chwilę Lady Odette zabierając jej chwilę jej czasu z pytaniem, czy odwiedziałaby hospicjum w najbliższym czasie, gdyż autor nowej zabawki, którą tak polubiły bardzo chciał ją poznać.
Więc miał plan na przynajmniej pierwsze momenty swojego dnia. Hospicjum a potem…
Mógłby odwiedzić Lebkuchenów i zobaczyć jak się czuje Teofano i jej pokojówka. -

Otto spędził dzień po orgii pogrążony w przemyśleniach. Czas spędził na pomaganiu reszcie zgromadzonych.
Jego umysł zaczynał szkicować plany swoich następnych ruchów. Oczywiście musiał wrócić do Hospicjum i wykonać swoje powinności.
Mógł jednak pochwalić się przeorowi o kolejnym pacjencie, który zostanie od nich przejęty.
I oczywiście będzie musiał o tym porozmawiać z Niklasem.
Niklas! Właśnie.Wrcając do miasta mnich zaczepił na chwilę Lady Odette zabierając jej chwilę jej czasu z pytaniem, czy odwiedziałaby hospicjum w najbliższym czasie, gdyż autor nowej zabawki, którą tak polubiły bardzo chciał ją poznać.
Więc miał plan na przynajmniej pierwsze momenty swojego dnia. Hospicjum a potem…
Mógłby odwiedzić Lebkuchenów i zobaczyć jak się czuje Teofano i jej pokojówka.Tura 72 - 2519.07.26; ant; południe
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Miedziana 8, mieszkanie Nadii
Czas: 2519.07.26; Angestag; popołudnie
Warunki: jasno, ciepło, cicho ; na zewnątrz: dzień, deszcz; powiew; ziąb (0)|-Marcus i Nadia-|
Nadia mieszkała w Zachodniej Dzielnicy ale wciąż blisko centrum miasta. Marcus miał sporo czasu po opuszczeniu “Starej Adele” na swoje przemyślenia. Wyglądało na to, że wiele się zmieniło w jego sekretnej rodzinie, odkąd opuścił miasto wiele miesięcy temu. Część znajomych odeszło czasowo lub na stałe. Karlik oddał życie za sprawę. Za to doszli nowi. Tych jakich jeszcze nie znał. Starszy mówił, że wszyscy w jakimś stopniu słyszeli zew Sióstr ale zazwyczaj każdy od swojej patronki. Co więcej, śmiertelnicy spoza kultu, też prawdopodobnie słyszeli ten nadnaturalny zew. Jako sny i wizje. Ale u nich powinny być one bardziej mętne a bez wiedzy o Siostrach, mniej zrozumiałe. Niemniej trzeba było się liczyć, że wywoła to pewną nerwowość wśród śmiertelników a może nawet zaalarmować wrogów kultu. Nietrudno było sobie wyobrazić, że ktoś trapiony dziwnymi snami, zwierzy się z nich swojemu kapłanowi. A ci mogli już zacząć coś podejrzewać, zwłaszcza jakby takie zwierzenia zebrali do kupy. Zwłaszcza Matka Somnium, morrytka co przybyła do miasta z Saltzburga, dla celebracji pogrzebu i żałoby księżnej-matki, była uznana przez Starszego za potencjalne zagrożenie. Należała bowiem do tego odłamku morryckiego kapłaństwa jaka specjalizowała się w czytaniu snów i wizji. Bo to też była jedna z domen Morra.
Gdy już szedł ulicami miasta rozpadał się deszcz. Co nie było jakimś wielkim utrudnieniem ale zbyt przyjemne nie było. Tworzyły się pierwsze kałuże a rynsztoki zapełniały brudną wodą. W powietrzu dało się wyczuć tą wilgoć. Przechodnie nakładali płacze i kaptury albo przeklinali jeśli deszcz ich złapał bez takiego okrycia. Marcus też miał wierzchnie okrycie mokre gdy wreszcie mógł się schronić w klatce schodowej na Miedzianej 8. Tu, na trzecim piętrze mieszkała Nadia Ivanova. Jako drobny pracownik ratusza nie mogła sobie pozwolić na mieszkaniowe ekstrawagancje. Po nieco skrzypiących schodach wszedł na trzecie piętro i zapukał do odpowiednich drzwi. Przez chwilę nic się nie działo. Wtedy otworzyły się drzwi ale obok. Jakaś gruba kobieta w średni wieku, mijając go, obrzuciła go podejrzliwym spojrzeniem ale skinęła tylko głową na przywitanie. Schodząc po schodach, zakładała kaptur na głowę aby nakryć się nim dla ochrony przed deszczem. Usłyszał jednak metaliczny chrzęst zamka. I w drzwiach ukazała się młoda brunetka.
- Marcus! - W pierwszej chwili onemiała z wrażenia. Ale zaraz potem roześmiała się radośnie. - Wejdź, wejdź! Kiedy wróciłeś? - Uściskała go mocno i cmoknęła w policzek. Dał się wyczuć jej kislevski akcent i zapach niezbyt drogich perfum. Zaprosiła go do środka po czym zamknęła drzwi. - Dopiero z ratusza przyszłam. Tyle roboty, że nie wiadomo gdzie ręce włożyć. No siadaj, siadaj. I opowiadaj, co się z tobą działo. - Weszli razem do kuchni. Była prosto urządzona i niezbyt duża. Dominował w niej piec do grzania i gotowania wszystkiego oraz prosty, solidny stół noszacy ślady wieloletniego użytkowania. W kuchni było dość chłodno więc piec jeszcze nie zdążył się nagrzać. Gospodyni zaś była w sukni w jakiej pewnie wróciła z ratusza. Wyjęła z szafki proste, gliniane kubki i postawiła na stole przed gościem.Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; zachodnie wybrzeże zatoki; kurhan Gonsara Półokiego; komora grobowa
Czas: 2519.07.26; Angestag; popołudnie
Warunki: swiatło pochodni, chlupot wody, wilgoc, podziemia ; na zewnątrz: ???|-Egon i ekipa-|
- Hmm… - Syrenia milady znów miała zamyślone spojrzenie, gdy Egon ponownie bez przeszkód przeszedł pomiędzy stojącymi trupami i wrócił do reszty grupy. Wysłuchali go z zainteresowaniem. Ale czekali co powie kobieta o grubych, granatowych warkoczach które lekko zdawały się poruszać nawet tutaj, w podziemiach, gdzie nie było żadnego wiatru.
- To jak go dotknąłeś to miałeś wizję. Bez żadnego czarnego dymu jak ostatnio? - Astrid zaciekawiła się tym odmiennym doświadczeniem.
- Ważne, że te martwiaki stoją jak stały. Trochę ich jest, jakby się z nimi trzeba ciachać. - Silny czuł się wyraźnie nieswojo na widok truposzy. Stały ledwo parę kroków dalej. Odwagi mięśniakowi pewnie nie brakowało ale jednak przy bliskim zetknięciu z tak oczywistym wypaczeniem rzeczywistości jaką były to niechęć i strach były najczęstszym i często dość rozsądnym odczuciem.
- Może ciało on ma wątłe. Ale moc ma potężną, jeśli po tylu mileniach, wciąż potrafi przyzywać trupy aby go broniły. - Raisa wypowiedziała się jak to widzi od strony magii.
- Tak, myślę, że faktycznie służył naszym Siostrom, skoro rozpoznał glif i krew jednej z nich. - Soria odezwała się wreszcie czym przykuła uwagę nie tylko Egona. - Zapewne jest obecnie zbyt słaby aby poruszać się albo mówić. Dlatego korzysta ze snów. I tak, krew powinna pomóc. Powinna go wzmocnić. - Popatrzyła z aprobatą na brodatego gladiatora, ze zgadza się z jego pomysłami. - Ale możemy sprawdzić, czy ta metoda ma szansę zadziałać. Poczekajcie tu proszę. - Zwróciła się do nich a Lars, Astrid i inni, pokiwali głowami. Widać było zaciekawienie co milady wymyśliła.
Ona zaś paznokciem jaki na chwlę, przekształcił się w szpon, nacięła sobie skórę dłoni tak aby pokazała się świeża krew. Aromat jaki się rozszedł był bardzo przyjemny i sprawiał, że włoski na karku stawały dęba od tej bezdotykowej piesczoty. Milady ruszyła przez tą trupią wodę. Spokojnie przeszła między martwiakami. Te poruszały się i wydawało się, że węszą za nią lub obserwują swoimi pustymi oczodołami. Z kocią gracją wyszła po zatopionych schodach na podest z kamiennym sarkofagiem. Zatrzymała się przy nim i przez chwilę wpatrywała się w trupa jaki leżał w środku.
- Witaj Gnasarze Półoki. Sługo Czterech Sióstr. Zobaczymy czy po wiekach powstaniesz aby znów móc im służyć. - Gdy to powiedziała przystawiła krwawiącą dłoń gdzieś do głowy nekromanty. Lars popatrzył na pozostałych, Astrid spróbowała podnieść głowę wyżej aby zobaczyć co się dzieje w środku. Jednak ściany sarkofagu były gdzieś na wysokości ich głów więc nie było to możliwe. Ale dało się słyszeć. Jakieś dziwne chroboty, szmery jakby coś tam w środku się poruszyło.
- Dobrze. Widzę, że jest reakcja na krew. Czyli to ma sens. - Milady podniosła dłoń do swojej twarzy po czym oblizała krwawe stróżki. Podeszła do stóp kamiennej skrzyni i oparła się o nią tyłkiem. W tej pozycji była twarzą do czekających przy wejściu kultystów. Ssała swój zakrwawiony palec z ponętnym wdziękiem ale chyba nad czymś się zastanawiała.
- Tak, myślę, że Egon ma rację. Aby w pełni ożywić Gonsara, potrzebujemy świeżej krwi. Najlepiej ludzkiej. Zapewne spuszczenie krwi z jednego, może dwóch ludzi, powinno wystarczyć. Lub podobna ilość od większej ilości ludzi. Wiecie misę krwi można spuścić z jednego człowieka albo uzbierać po kubku od tuzina. Można też użyć zwierzęcej, ale nie będzie ona tak efektywna jak ludzka. - Oznajmiła im co o tym wszystkim myśli. Popatrzyła na nich po kolei, przez pryzmat gibiących się martwiaków jakich przyzwał nekromanta.
- Po ożywieniu, też pewnie będzie potrzebował krwi. Ale ile i jak często, to trudno teraz powiedzieć. W tej formie co teraz jest, też może zostać. Jednak wówczas jego moc będzie ograniczona do tego miejsca. I komunikował się będzie za pomocą snów. - Dodała jeszcze po chwili jak sama się spodziewa co może ich czekać w tej sprawie.Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Nabrzeże Mew, koga “Stara Adele”
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Pisarska 9, mieszkanie Tobiasa
Czas: 2519.07.26; Angestag; popołudnie
Warunki: jasno, ciepło, cicho ; na zewnątrz: dzień, deszcz; powiew; ziąb (0)|-Heinrich i Tobias-|
Henrich już nie był młodzieniaszkiem, i po nocy pełnej wrażeń, jego ciało potrzebowało odpoczynku. Nawet jeśli ograniczył się do roli obserwatora dzikich harców ze zwierzoludżmi albo rozmów z tą czy tamtym, to jednak noc pod chmurką i wczesna pobudka dały mu się odczuć. Więc po wizycie u młodej garncarki, wrócił do swojego mieszkania. Zanim się odświeżył i nabrał sił na kolejny spacer to się zrobił środek dnia. Wyszedł, lekko kuśtykając. Tobias mieszkał w Dzielnicy Zachodniej, więc musiał się przejść spory kawałek. Zanim tam dotarł to i tak pochmurne niebo, obrodziło deszczem. Gdy zastukał w drzwi, sygnałem kultystów, dość szybko usłyszał chrobot zamka i te otwarły się. W drzwiach stanął gospodarz. Starannie ubrany, choć bez drogich materiałów i ozdób na jakie stać było szlachtę lub bogatych kupców.
- O, co za niespodzianka. Witaj kolego. - Mężczyzna przywitał się uprzejmie i wpuścił gościa do środka. - O, jak już jesteś. Rzuć może okiem na to. - Uśmiechnął się i otworzył drzwi. W środku był mały pokój z piecem w narożniku, prostym łóżkiem, stołem i kredensem. Wyglądał dość skromnie ale solidnie. Jak pomieszczenia ubogiego mieszczanina albo służącego. - Przygotowuję pokój dla Grega. Nie wiem czy o nim słyszałeś. Jeden z pacjentów hospicjum. Otto mowi, że jest bardzo obiecujący. Podobno słyszy zew Vesty, wybitnie dokładnie. Ale widziałem go z raz czy dwa i wygląda jak kompletny matołek. Analfabeta ale cały czas mówi o książkach. Mówi, że mówią do niego. Trudno mi w to uwierzyć no ale nie przesądzam jeszcze sprawy, zwłaszcza, że Otto zdaje się mu wierzyć. A przecież to taki rozsądny, młody człowiek. Co prawda na moje oko za bardzo brata się z naszymi koleżankami no ale cóż… Młody jest, młodość ma swoje potrzeby. - Machnął na koniec dłonią, jakby z jednej strony szanował jednookiego mnicha za jego gruntowne wykształcenie, z drugiej mial wyrozumiałość dla jego młodego wieku i jego grzechów. Sam mówił jakby uważał się za wolnego od takich słabości cielesnych.
- No ale chodźmy do kuchni. Niestety musiałem przerobić salon na pokój dla Grega. Więc mogę cię ugościć jedynie w kuchni. - Wyjaśnił przepraszającym tonem. I poszli do tego pomieszczenia. Gospodarz zaczął wyjmować kubki i wino aby gość nie siedział o suchych ustach. - Dawno cię nie było kolego. Jak tam noga? Parę rzeczy cię ominęło. Ale cieszę się, że już jesteś na nogach. Bo niestety w naszej rodzinie jesteśmy w mniejszości. Mam wrażenie, że z każdym tygodniem przybywa nam coraz więcej chutliwych dziewcząt. Na pewno ma to swój urok i powab jeśli ktoś lubi takie zabawy. No ale przecież są poważniejsze sprawy niż prymitywne chędożenie. Jak książki, nauka, sztuka choćby. A swoją drogą, oczywiście doceniam, że taka sława jak lady Odette von Treskow przystała do nas. Ale w zaufaniu powiem ci kolego, że jestem nią nieco rozczarowany, że prywatnie okazała się zwykłą ladacznicą. Oczywiście talent do śpiewu ma przedni, słyszałem ją tydzień temu na mszy w świątyni i mam nadzieję, że jutro też wystąpi. Wspaniały talent, cóż za czysty, potężny głos, jaka gracja, jaka piękno. No ale prywatnie to zwykła ladacznica. Rozumiem, że naszym dziewczętom może się to podobać no ale ja się zastanawiam jak nam może być przydatna poza grzaniem łoża. - Wydawał się mówić szczerze, jakby wreszcie znalazł bratnia duszę do wyżalenia się na dominację koleżanek w ich rodzinie. Zresztą od paru tygodni miał o to niezbyt cichy żal. Już kiedyś spotkali się w aptece Sigismundusa gdzie też dawał wyraz swojemu niezadowoleniu na “panoszenie się” łotrzyc i ich koleżanek. Teraz jednak wyrażał się w bardziej stonowany sposób.
- Wiesz, że u nas też są? W Akademii. Burgund i Łasica. Jako półnagie modelki na lekcji rysunków i projektowania galionów. Szepnąłem słówko komu trzeba aby je przyjęto. Już machnąłem na to ręką. Może przydadzą się na coś i znajdą coś przydatnego jak wydobyć nasz klucz do skarbów Vesty. - Pokręcił głową i wniósł niemy toast do gościa po czym upił łyk z kubka. Widocznie uznał, że chociaż nie przepadał za obiema łotrzycami, to mogą być użyteczne w rozpoznaniu Akademii, pod względem wydobycia artefaktu z jej trzewi.
- Oj dzieje się, u nas i bez nich. Dziś instruktor szermierki tak zaognił sytuację na treningu, że doszło do rozlewu krwi. Został wezwany na dywanik przez rektora. Podobno tłumaczył się, że przyszli żołnierze i oficerowie muszą nabrać twardości aby być gotowi do walki. A poza tym jest przemęczony bo kiepsko ostatnio sypia. W ogóle mam wrażenie ludzie się zrobili bardziej nerwowi, zmęczeni, niewyspani, kłótliwi. - Zastnawiał się na głos nad tym zjawiskiem jakie obserwował w swoim miejscu pracy.
- Albo to. - Odstawił kubek, wstał i wyszedł z kuchni, zostawając Heinricha samego. Po chwili wrócił i trzymał w rękach jakąś tubę. Otworzył ją i wysypał z niej arkusze. Położył je wachlarzem na stole aby ten miał ich przegląd. - To prace Mileny von Morgen. Pochodzi z niezbyt zamożnej szlachty związanej z morzem. Szkoli się głównie na sztukę morksą. Czyli galiony, zdobienia armat, broni, burty, meble i tak dalej. Chodzi też na te lekcje rysunku gdzie pozują nasze ladacznice. - Gospodarz mówił powoli, pozwalając gościowi aby przejrzał sobie te rysunki. Były całkiem dobrze wykonane, te które były skończone miały wiele pieczołowicie wykończonych piórkiem lub pędzelkiem detali. Ozdobne zakończenia dział w kształcie paszczy, lufy pistoletów ozdobione wężami morskimi, kwietne balustrady schodów albo relingów. Więc w pewnym momencie anatomiczny rysunek muchy był pewnym zaskoczeniem. Wydawał się nie pasować do reszty. Insekt był wykonany bardzo starannie, z drobnymi włoskami na odwłoku i nogach, drobnymi żyłkami na skrzydłach czy trąbką wystającą z pyska. Ale po tym pierwszym, było więcej rysunków insektów. - Tłumaczyła się, że to projekt poświęcony aspektom małych stworzeń Rhyi. Rzeczywiście jest taki koncept. Na każdy miesiąc przypada jakieś małe stworzenie, zwykle robaki, pijawki i podobne. Ma to symbolizować, że każde stworzenie jest dzieckiem Rhyi i ma swoje miejsce i rolę w tym świecie. Więc oficjalnie nie mam się do czego przyczepić. Ale sam widzisz jak to wygląda. - W międzyczasie jak mówił, Heinrich miał okazję oglądać równie szczegółowe szkice pająków, much, komarów, stonóg, czerwi i innych małych stworzeń jakie zazwyczaj nie zwracają na siebie uwagi śmiertelników, chyba, że jako chwilowych natrętów.
- Według niej, to jest stonoga wychodząca z dziupli. - Belfer tłumaczył co widać na obrazku. Faktycznie tak to można było zinterpetować. Wij jaki wypełza z jakiejś drzewnej dziury. Ale jakoś kojarzył się też z wizerunkiem ud i kobiecego łona. Przez to, że poza stonogą, reszta rysunku była ledwo symbolicznie zaznaczona, nie można było mieć pewności.
- A to jest stonoga wędrująca po rozwidlonej gałęzi. - Tu wężowaty insekt okręcał się jak sprężyna, wokół czegoś podłużnego. Nawet było widać suptelne muśnięcia jakie pomagały artystce narysować ciało insekta po niewidocznej dla obserwatora stronie. Rzeczywiście paswało to do tego tytułu. Tylko znów te ledwo zarysowane gałęzie, przypominały kobiece uda i łono widziane z bocznego profilu.
- A to jest garniec zboża poświęcony żniwom i Rhyi. - Ten szkic przypominał misę jaką rano Heinrich zamowił u młodej garncarki. Tylko prz górnej krawędzi, zamiast czerwi, miał ozdobny szlaczek przypominający niekończący się warkocz. Za to w środku to ziarno było dziwnie długie i część była łukowato wygiętych przez co wydawały się zdeformowane. Ale jakby rysować robaki to wyglądałoby zapewne podobnie.
- Sam nie wiem co o tym myśleć. Trochę to dziwne i nietypowe ale ostatecznie nic skandalicznego. Albo powinienem to zgłosić do dziekana i niech on się tym martwi. Albo jej to oddać. Jutro Akademia i tak zamknięta bo Festag. No ale dzień później już powininem coś z tym zrobić. Co o tym myślisz kolego? - Tobias wyglądał na zafrapowanego. Poza tłumaczeniem tytułów jakie rysunkom nadała autorka, starał się nie odzywać, zapewne aby jego gość sam mógł podjąć decyzję co o nich uważa. W końcu jednak usiadł obok niego, wracając do swojego kubka i upijając z niego łyk.
- Ale tak ciągle gadam i gadam o sobie. A cóż cię do mnie sprowadza kolego? - Uśmiechnął się jakby to wszystko co wcześniej mówił to było głupstwo i teraz był gotów wysłuchać z czym były łowca heretyków do niego przyszedł. Gdy usłyszał, pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Ah, Petra von Schneider. Taka zgrabna blondynka. - Spojrzał na kolegę czy rozmawiają o tej samej osobie. Okazało się, że tak. Więc ciągnął temat dalej. - Córka Gerharda von Schneidera. On jest pułkownikiem artylerii, wykłada u nas balistykę i artylerię właśnie. Bardzo szanowany jegomość. Ale ciebie interesuje jego śliczna córka? No tak… - Zastanowił się jakby zbierał w głowie informacje na jej temat.
- U nas głównie studiuje nawigację. Ale też chętnie udziela się w orkiestrze akademickiej. Bardzo dobrze gra na skrzypcach i flecie. I chyba lubi koncerty, bale i tańce. Słyszałem jak się emocjonowała gdy do miasta przyjechała Odette von Treskow. Była pod wielkim wrażeniem, że Słowik Północy przyjechał do takiej dziury jak nasza. Przyjaźni się z Kamilą van Zee. Ich ojcowie także się przyjaźnią. Nie wiem czy słyszałeś, ale podobno Kamila jest już prawie całkowicie w naszych rękach. A Petra przyjaźni się także, z naszą Pirorą. Mam wrażenie, że bardziej trzyma się z dziewczętami niż chłopcami. Co jest nieco nietypowe w jej wieku. No ale podobno interesują ją dojrzalsi mężczyźni, przynajmniej w wieku jej ojca. Chyba rozumiesz, że dla wielu wdowców czy wieloletnich kawalerów to jest jak miód na uszy. Słyszałem plotki, że miała romans z jednym ze starszych wiekiem nauczycieli ale ponoć jej rodzina zatuszowała sprawę a jego gdzieś przenieśli. Ale nie wiem czy to prawda. I zdaje się, że “Skrzyżowane klucze” uważa za godny siebie lokal. Towarzysko to pewnie bardziej Pirora, Fabienne czy Kamila ją znają. Nie wiem co by ci tu jeszcze o niej powiedzieć. Co by cię interesowało? - Jak już belfer zaczął mówić to robił to szybko i zdecydowanie, jakby był na wykładzie. Miał mocny i wyraźny głos, wyćwiczony do mówienia dla masowego słuchacza. Na koniec jednak popatrzył na kolegę czy o takie informacje mu chodziło czy jakieś inne.
- Aha a byłeś wczoraj przy tych “Kamieniach”? I jak było? Działo się coś ciekawego? - Na koniec jakby przypomniał sobie, że Heinrich mógł być na wieczorno-nocnej orgii ze zwierzoludźmi gdy jego tam nie było. Więc był ciekaw co się tam działo.Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała 2, hospicjum
Czas: 2519.07.26; Angestag; rano - południe
Warunki: jasno, ciepło, cicho ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; powiew; ziąb (0)|-Otto i Odette (noc)-|
Jednooki mnich miał przyjemność rozmawiać jeszcze w nocy z diwą operową. Chociaż w takim stanie w jakim ją zastał to całkiem możliwe, że mało który fan by ją rozpoznał. Naga, oblepiona lepkim błotem, grudkami ziemi, źdźbłami trawy i wydzielinami ludzi i kopytnych. Chyba miała jakieś siniaki i zadrapania tam i tu ale zdawała się nie zwracać na to uwagi. A na tak intensywną noc to raczej było nieuniknione. Za to ona sama stała przy wozie i właśnie czyściła się czerpiąc miską z wody i próbując zmyć z siebie te klejące się ślady właśnie zakończonej orgii. Gdy tylko do niej podszedł i odezwał się, podniosła głowę i od razu się uśmiechnęła.
- Ah Otto, przyjacielu! Cóż za wspaniały bal na świeżym powietrzu! Było dużo barwniej i pełniej niż się spodziewałam. Naprawdę macie tu całe stado! A nie jednego, czy dwóch. I to jak mnie i Fabi przywiązaliście do tego kamienia. Cudowna niespodzianka Otto, bardzo wam dziękuję. Mam nadzieję, że to nie był nasz ostatni raz. Byłabym bardzo, bardzo zawiedzona i mocno rozczarowana. - Na gorąco wyrzuciła z siebie te emocje jakie wywołała w niej właśnie zakończony “bal na świeżym powietrzu”. I chociaż wyglądało, że będzie jutro miała ciężki poranek to tej nocy była cała w skowronkach. - Ja cię chyba Otto zrobię moim impresario od takich rozkosznych rozrywek. - Popatrzyła na niego czule jakby była zachwycona do jakich niecnych przygód przywiódł ją razem z kolegami i koleżankami. - I jutro będę musiała wysłać list do Saltzburga. Niech moje koleżanki też przyjeżdżają i skosztują tych wybornych delicji jakie tu macie! - Roześmiała się szczerze aż jej głowa odskoczyła do tyłu. I dopiero jak ten pierwszy wybuch radości minął, Otto miał okazję przedstawić milady swoją prośbę.
- Odwiedzić wasze hospicjum? - Wydawała się trochę zdziwiona jego prośbą. Ale szybko uśmiechnęła się ujmująco. - Naturalnie Otto, skoro mnie tam zapraszasz, to byłabym niewdzięczną małpą jakby po tym wszystkim co dla mnie zrobiłeś, odmówiła ci takiemu drobiazgowi. - Zgodziła się prawie od razu jakby ta wyuzdana, grzeszna orgia, nastawiła ją pozytywnie do świata. - Co prawda hospicja to dość ponure i przygnębiające miejsca ale często w nich bywam w ramach akcji miłosierdzia i charytatywnych. Zwykle jednak nic się nie dzieje, jest dość nudno a żal serce ściska jak się patrzy na te sieroty czy biedaków jakim już nie można pomóc. - Pokiwała swoją grzywą miodowych włosów, jakie też były uprstrzone trawą i kleistą wilgocią tak samo jak jej młode, posągowe ciało. - Jutro jednak nie wiem czy dam radę. Raczej nie wstanę z samego rana. Potem mam u Kamili umówione spotkanie z Benitą. Zasieję ją przyjemniaczkami do pełna a nie tak skromnie jak wtedy w teatrze za pierwszym razem. Może przyjdziesz? Jak chcesz to przyjdź, uprzedzę Kamilę aby cię wpuścili jeśli przyjdziesz. Pewnie po południu, jak wrócimy do miasta. A jutro mam występ podczas porannej mszy a później jadę do Pirory. Pewnie wiesz po co. Więc albo jutro na popołudnie albo jakoś pojutrze. - W nieco frywolny sposób ale przedstawiła mu swoje plany na jutro i pojutrze. Chociaż jak myślał o tym teraz w drodze do hospicjum to to spotkanie z Benitą powinna mieć dziś po południu a ta msza i tradycyjne już “psalmy żałobne u Pirory” to jutro.
|-Otto, bracia i Greg-|
- Pochwalony bracie. Wróciłeś do nas? Lepiej wyglądasz niż ostatnio. Chociaż chyba kiepsko spałeś. - Coś takiego często dziś słyszał od braci w hospicjum. W końcu od czasu pobicia na początku tygodnia, pierwszy raz pojawił się w pracy. Stare kąty jednak wyglądały podobnie, tak samo jak służba. Spóźnił się aby pomóc w kuchni przy śniadaniu ale za to dostał dyżur przy zmywaniu po tym posiłku. Później karmienie pacjentów co nie byli w stanie sami jeść, sprzątanie ich cel, wyniesienie do składziku połamanego krzesła i tak dzień schodził. Co prawda odczuwał pewne braki snu ale przynajmniej ciała nie miał tak sztywnego jak wówczas gdy w pełni uczestniczył w takich zabawach. Rutynę przełamały dwa wydarzenia. Pierwszym było z rana spotkanie z przeorem.
- Dobrze, że do nas wróciłeś Otto. Widzę, że lepiej już wyglądasz. Dobrze posłużył ci ten odpoczynek. - Stary mnich, wydawał się być zadowolony z powrotu swojego prymusa. Za to pozostali bracia na tą przychylność niekoniecznie przyjmowali pokornymi spojrzeniami. Ale na głos nikt, nic w twarz mu nie powiedział. Za to przeor ucieszył się, że być może znajdzie się patron na kolejnego pacjenta. - Ależ to wspaniale Otto! Ależ ty masz do tego rękę chłopcze! - Zaśmiał się i przyjaźnie poklepał go po ramieniu.---
Drugie spotkanie było z Gregiem. Matołek zamiatał krużganki. Pośrodku był mały ogród, gdzie niegdyś Otto rozmawiał z Annike i Marissą jak obie jeszcze były pacjentkami tego przybytku miłosierdzia. A jego znajomy pacjent przywitał się z nim w nieporadny sposób jaki tylko poświadczał światu, że nie jest w pełni sił umysłwych.
- Dzień dobry milady. - Skłonił się w past Otto. Wyglądało to jak chłopski prostak na widok przechodzącego obok szlachcia. Gdy się wyprostował wyszczerzył się w głupawym uśmiechu. - I jak dzieci? Bardzo się ruszają? Aha, przeszkadzają spać tak się wiercą? A jak macierzyństwo? Dobrze służy? - Podszedł do mnicha ale ten zorientował się, że pacjent zachowuje się jakby mówił do jakiejś niewidzialnej kobiety obok. Patrzył przymilnie tam gdzie dorosła kobieta powinna mieć brzuch. W pewnym momencie zachichotał i zwrócił się do Otto niczym urwis. - Zobacz jaka ona jest pełna! A chce jeszcze! - Pokazał mu gestem obok jakby naprawdę tu stała jakaś niewiasta. Ale przecież gdyby stała to musiałaby go usłyszeć. Ale Greg już rechotał na całego. - O! To było dobre! Dobrze, że Thorne nie ma bo by pękł z zazdrości! - Pokazywał palcem gdzieś na ścianę. Tam za nią był korytarz. A za nią drewutnia. I równie nagle jak zaczął, tak przestał się śmiać. Wyprostował się i oczy mu szybko chodziły na boki, jakby błyskawicznie czytał wers za wersem.
- Aha. Bo to jest teraz jak przyszedłeś bez niej. No tak. Nie zauważyłem. Ale sam jesteś sobie winny! Tyle razy już do mnie przychodziłeś i czasem z nią, czasem bez, czasem z jakimiś innymi! - Rzucił oskarżycielskim tonem, patrząc wprost na mnicha. I aby dać mu znak, że się na niego gniewa odszedł parę kroków i zaczął zamiatać. Zrobił kilka zamaszystych ruchów gdy niespodziewanie odezwał się ponownie.
- Książki chcą aby im przyprowadzić tą którą wezwały. Ona umiała je przeczytać. Będzie umieć wiele rzeczy. Jest potrzebna. Po to ją wezwały. Ona też szuka. Ale zew nie jest tak dokładny aby przyprowadzić ją prosto do książek. Dlatego musieliście jej poszukać w mieście a ona też szukała was. Dojścia do książek. Ale się ukrywa, umie inaczej wyglądać. Ale lubi mieć wiele oczu. Wiele małych oczu. Pamiętasz jak ją spotkaliście pierwszy raz? Właśnie po tych wiele małych oczu ją poznaliście. - Mówił przejętym ale nieco roztargnionym głosem. Co chwila zerkał na mnicha jakby sprawdzał czy ten go słucha.Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Warsztatowa 36; kamienica Lebkuchenów
Czas: 2519.07.26; Angestag; rano - południe
Warunki: jasno, ciepło, cicho ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; deszcz; ziąb (0)|-Otto, Teofano i Margo-|
Po wyjściu z hospcjum, deszcz go zdążył złapać, zanim doszedł do jednej z najlepszych, cukierni w mieście. A potem wszedł do wnętrza kamienicy. Tam zastukał w drzwi i otworzyła mu Margo. Trochę się zdziwiła a trochę ucieszyła na jego widok. Zaprosiła go do środka. - Poczekaj proszę, powiem pani, że przyszedłeś. - Uśmiechnęła się trochę nieporadnie, jakby nie była pewna jak powinna się wobec z niego zachować. Zostawiła go na chwilę samego ale szybko wróciła i zaprowadziła go do pokoju Teofano. Ta też rozpromieniła się na jego widok.
- Witaj Otto. Jak miło cię widzieć. Margo, przynieś nam coś do picia. - Poleciła pokojówce a ta pokiwała głową i wyszła z pokoju. - Matka poszła do koleżanki a ojciec jest w interesach na mieście. Więc chwilowo jesteśmy tu tylko we trójkę. - Oznajmiła mu przyjemnym, zalotnym tonem. - Czuję je. Czuję je jak się we mnie ruszają. To takie wspaniałe! - Wyznała jakby chodziło o jakąś romantyczną przygodę z eposu rycerskiego. Tylko dłoń trzymała na swoim brzuchu. - Dziękuję ci Otto, że mnie pobłogosławiłeś tym muszym nasieniem. Jeśli bym tylko mogła jakoś ci się odwdzięczyć to powiedz. I naturalnie jeśli znów byłbyś łaskaw mnie obdzielic tymi jajami to z radością je przyjmę. - mówiła do niego jak do kochanka i dobrodzieja jednocześnie. Ale w pewnym momencie się opamiętała.
- Ale z Margo mam pewien kłopot. Ona też już czuję jak się w niej ruszają. Ale ta idiotka nie docenia jakie szczęście ją spotkało. Mówiłam jej, że przecież te wspaniałe, bogate panie też dały się zasiać i zostały takimi muszymi matkami jak my. To trochę pomogło. Ale pomóż mi ją uspokoić. Może by ją wysłać do któreś z tych szlachcianek? I tak niedługo kończy dniówkę to by wracała do siebie do domu. - Teraz mówiła szybciej ale ciszej. Zapewne nie chcąc by jej pokojówka ją usłyszała. A sądząc po krokach ta już wracała do pokoju. -
- Tak, myślę, że Egon ma rację. Aby w pełni ożywić Gonsara, potrzebujemy świeżej krwi. Najlepiej ludzkiej. Zapewne spuszczenie krwi z jednego, może dwóch ludzi, powinno wystarczyć. Lub podobna ilość od większej ilości ludzi. Wiecie misę krwi można spuścić z jednego człowieka albo uzbierać po kubku od tuzina. Można też użyć zwierzęcej, ale nie będzie ona tak efektywna jak ludzka. - Oznajmiła im co o tym wszystkim myśli. Popatrzyła na nich po kolei, przez pryzmat gibiących się martwiaków jakich przyzwał nekromanta.
- Po ożywieniu, też pewnie będzie potrzebował krwi. Ale ile i jak często, to trudno teraz powiedzieć. W tej formie co teraz jest, też może zostać. Jednak wówczas jego moc będzie ograniczona do tego miejsca. I komunikował się będzie za pomocą snów. - Dodała jeszcze po chwili jak sama się spodziewa co może ich czekać w tej sprawie.Na słowa Lady Sorii Egon zamyślił się.
– Skoro strażnicy Gonsara nas nie atakują, musi on nas w jakiś sposób rozpoznawać – rzekł wojownik. – Nie opłaci się też rozbijać ściany grobowca, czarownik mógłby uznać to za brak szacunku. Nie, teraz, kiedy obudziliśmy go, musimy zrobić to do końca…
I rzekł w stronę grupy:
– Najlepiej porwać paru ludzi z sioła – rzekł. – O zmierzchu albo cichcem, lub też zasadzić się na paru rybaków na brzegu. Albo myśliwych w głuszy. Dwóch powinno wystarczyć. Capnąć ich i ogłuszyć, a potem zaciągnąć do kurhanu. Żeby nie wierzgali, zwiążemy ich gracko… Dwóch łyczków wystarczy na całe wiadro krwi.
Tu spojrzał na Zoga.
– Zog, skradać się ani tropić nie umiem – rzekł Egon. – Będziemy musieli polegać na tobie.
- To prawda, może nas jakoś wyczuwać. Zapewne jest częściowo wybudzony ale za mało aby fizycznie dało się to poznać. Dlatego leży jak trup. - Milady wciąż opierała się o węższą ścianę kamiennego sarkofagu, i wskazała kciukiem za siebie. - A być może każe swoim sługom bronić go i atakować tych którzy się zbliżają do sarkofagu. Ale mogą przepuszczać kogoś kto ma magiczny klucz. Taki jak znak i krew jednej z Sióstr. - Wężowłosa wskazała na inną możliwość.
- Mniejsza z tym, ważne, że działa. Nie chciałbym znów się z nimi ciachać. - Lars machnął ręką na znak, że pod tym względem wszystko mu jedno, póki martwaki tylko stoją. Ale zwrócił się do Egona. - Jak to? Chcesz zostawić tą ścianę? Przecież tam może być broń, łupy, złoto, precjoza i nie wiadomo co jeszcze. Przecież mamy łomy i kilofy co wczoraj kupiliśmy. - Norsmen był wyraźnie zaskoczony, że kolega jest gotów odpuścić rozbijanie ściany jakie pierwotnie planowali.
- Może być też klątwa rabusiów grobów albo jeszcze więcej martwiaków. - Raisa splunęła w bagienną wodę i widać wolała zachować ostrożność co do przebijania się do dalszych komór grobowca.
- Dobra, jak mamy go ożywić i potrzebna jest świeża krew to chodźmy stąd. Ciarki mnie przechodzą. - Burgund wciąż stała u wylotu korytarza i widać wolała się trzymać jak najdalej od trupich strażników.
- Czyli trzeba złapać jednego albo dwóch? I to żywych. No najbliżej będzie do tej wioski rybackiej. Chyba, że w lesie albo na plaży kogoś spotkamy. - Silny też nie wyglądał jakby miał ochotę zadawać się z trupami i nekromantami. Więc skupił się na zadaniu jakie wymagało wyjścia na świeże powietrze i niebo nad głową.
- Jeden czy dwóch wieśniaków to chyba nie problem? Może się rozdzielimy? - Astrid popatrzyła na towarzystwo jak reagują na taki pomysł.
- No ja mogę zaśpiewać pewną pieśń. Mało który śmiertelnik jest się w stanie jej oprzeć. Wtedy sami do mnie przyjdą i będą mi posłuszni. No ale ona działa na wszystkich co ją słyszą więc na was też jeśli będziecie w pobliżu i nie dacie rady jej się oprzeć. - Milady znów zwróciła na siebie uwagę wszystkich i ci popatrzyli po sobie, nieco zaskoczeni taką propozycją.
“Tak, mogę tropić. Jak ktoś będzie w lesie to go znajdę”. Egon usłyszał w międzyczasie odpowiedź beztwarzowego łucznika.– Taa, gracko ich złapiemy, ogłuszymy, to przynajmniej nie będą wierzgać, jak ich zarżniemy – Egon pokiwał głową. – Iście, Lady Sorio, twa pomoc zawsze jest jak najmilej widziana, wszak jeśli weźmiemy twój plan, to musiałabyś się od nas oddzielić… Hmm… A i przecież mogłoby to zwabić wielu luda, niż tylko paru.
“Z drugiej strony, Soria jest w stanie poradzić sobie w pojedynkę” – tu błysnęło w myślach Egonowi. Nie w smak było mu rozdzielanie grupy, jednak tylko wtedy efekty byłyby najszybsze.
– Rozdzielmy się zatem – rzekł wojownik. – Lady Soria pójdzie w stronę wybrzeża i zwabi paru swym głosem, zaś my pójdziemy nieco na południe. My zrobimy to po staremu. Zog będzie przepatrywał i może założy wnyki. Kiedy draby podejdą, ja, Silny i Rune przyszarżujemy. Ogłuszymy ich i zaciągniemy do kurhanu.
– Co rzekniecie? – zapytał Egon.
Jego towarzysze popatrzyli po sobie, naradzając się spojrzeniami. Tym razem pierwsza odezwała się ruda łotrzyca.
- Ale milady by miała pójść sama? A jak ktoś ją napadnie? - Wydawała się być zatroskana o bezpieczeństwo syreniej damy. Ta gdy, to usłyszała zaśmiała się wdzięcznie jakby ją rozbawiła ta uwaga.
- Oh, to było bardzo miłe Burgund. Doceniam twoją troskę. A gdyby ktoś mnie raczył napaść to mogłoby to być nawet coś ekscytującego albo chociaż zabawnego. - odpowiedziała z wesołym uśmiechem. Odepchnęła się tyłkiem od ściany sarkofagu o jaki się do tej pory opierała i zaczęła schodzić po zanurzonych stopniach do trupiej wody. - Rzeczywiście Egon trafnie to zauważył. Śpiew może podziałać na każdego kto go usłyszy. Więc może przybyć więcej niż jedna czy dwie osoby. - Pokiwała swoją głową, ozdobioną grubymi, granatowymi warkoczami. Przeszła bez przygód pomiędzy stojącymi trupami, wracając z powrotem do grupki przy wejściu. - Ale działa też na umysł i pamięć tych co mu ulegną. Jak po dobrym winie. Zobaczę kto by przybył na mój zew i wybrałabym kogoś obiecującego. Reszta zapewne w końcu dojdzie do siebie jeśli się oddalę a śpiew się skończy. - Wyjaśniła jak spodziewa się, że ta jej melodyjna moc, mogłaby podziałać na śmiertelników.
- No tak. Jakby nagle pół wioski zniknęło w lesie to ktoś mógłby się tym zainteresować. - Silny pokiwał swoją łysą głową na znak, że pewne skutki uboczne mogłyby się pojawić gdyby zbyt wiele osób zniknęło z pobliskiej wioski.
- Dobra, dla mnie może być. Pójdziemy wybrzeżem i lasem to może na kogoś trafimy. Jak będziemy w paru to tam jeden czy dwóch wieśniaków albo rybaków to nic nam nie zrobi. - Lars skinął głową mniej więcej zgadzając się na pomysł gladiatora.– Dzięki ci, Lady Soria – Egon skinął głową, utwierdzony w tym, że moc syreny znacząco przewyższa cokolwiek, co mogłoby się na nią zasadzić.
Egon, ujrzawszy syrenę ongiś, wiedział, że jedynym, co mogłoby jej zagrozić to regularny oddział imperialny, złożony z weteranów i ludzi wprawnych w bitce, a i zwykła siła ramienia była zbyt mała. Zapewne, aby dać odpór Sorii, potrzebne byłyby do tego klechy, które w jakiś sposób odmieniałyby jej magię. Nic, co można było spotkać na tym pustkowiu.
– Porwiemy nie więcej niż czterech, później zaś, jak kogo spotkamy na szlaku albo i później, rzekniemy, że zwierzoczłeki ich porwały – rzekł.
Tu Egon uczynił wysiłek, aby zapamiętać, aby później czarownika zapytać, cóż jest za ścianą.
– Dobrze, tedy postanowione – rzekł wojownik. – Ruszajmy!
- No właśnie, wyjdźmy już z tych przeklętych grobowców i odetchnijmy świeżym powietrzem. - Burgund wcale nie ukrywała, że te ponure podziemia drażnią ją i nie podobają jej się. Z miłą chęcią ruszyła z powrotem ku nieregularnemu korytarzowi prowadzącemu na powierzchnię.
- Fakt. Przydałoby się teraz chociaż dwóch czy trzech tych kopytnych na te łowy. No i nawet naprawdę by był to napad zwierzoludzi. - Lars zaśmiał się chrapliwie na pomysł Egona i poklepał go po łopatce. Ale póki co wszyscy kolejno wchodzili do korytarza i opuszczali tą zalaną trupią wodą komorę grobową.---
Gdy wyszli na powierchnię czekała ich niemiła niespodzianka. Padało. Więz zanosiło się na to, że teraz nie tylko dół ubrań od brodzenia w wodzie i mokradłach będą mieć mokre ale i resztę też. Mimo wszystko jednak oddychało się dużo przyjemniej niż zatęchłym, piwnicznym powietrzem podziemi. Póki co wszyscy musieli jeszcze raz przejść przez trzęsawisko gdzie za pierwszym razem zaatakowało ich paru martwiaków. Teraz jednak przechodzili po raz kolejny tą trasę i nic się nie stało. Na brzegu lasu chociaż pobieżnie próbowali wyczyścić nogawki, spódnice i buty z mułu.
- To co teraz? Milady idzie do wioski tak? A na te polowanie na niewolników to co? Wszyscy idziemy? - Astrid zapytała patrząc na Egona, Larsa i Silnego. Na razie wszyscy byli tutaj i mogli to jeszcze ustalić.
- Ja zostanę tutaj. Stara już jestem, nogi mnie bolą, tylko będę was spowalniać. - Raisa odchrzącknęła i splunęła na mokrą trawę. Wyglądała w tym momencie jak ucieleśnienie starej, gderliwej baby. Ale nagle uśmiechnęła się przymilnie i popatrzyła na tą samą trójkę mężczyzn co córka jarla. - Ale syneczki. Jakbyście mieli okazję to złapcię jakąś dziewoję dla robaków. - Popatrzyła na nich prosząco najwyraźniej nawet teraz nie zapominając o hodowli czerwi w kobiecych brzuchach. - I tak na wszelki wypadek, może wam się przydać. - Zaczęła grzebać w swojej brudnej, potarganej torbie. Wyjęła jakąś zakorkowaną buteleczkę, schowała ją, wyjęła innął słychać było jak przewraca tam klamoty. W końcu chyba znalazła to co chciała. - O, to jest wywar nasenny. Zwykle dolewa się do wina albo jedzenia. Wtedy na dłużej starcza i trudniej go wyczuć. Ale można i tak, z butelki. Wtedy działa szybciej ale smakuje jak nalewka ziołowa. Sami lepiej tego nie pijcie bo też zaśniecie. Jak ktos wypije całą butelkę to może już zasnąć na zawsze. - Podała im ciemną butelkę, wielkości może przeciętnego kubka. W środku był jakiś płyn.Egon pogładził swą brodę przez parę chwil, miarkując sytuację.
– Nie godzi się zostawiać Raisy samej. Czarownik w grobowcu bezpieczny jest, ale nie godzi się zostawiać towarzyszki bez obstawy.
Tu skinął na Silnego i Rune.
– Nie musicie zostawać przy kurhanie, ale pilnujcie Raisy – rzekł Egon, który nie chciał zostawić starej guślarki samej. – Tamój, widzicie, jar jest, popasać możecie i sucho będzie.
Egon, wyrzekłszy to, policzył pozostałych. Lady Soria odchodziła samopas na swą rejzę, Raisa, Silny i Rune pozostaną przy kurhanie. W takim razie pozostali Astrid, Zog, Lars, Burgund i on sam wreszcie. Gladiatorowi wydało się, że taka impreza całkowicie wystarczyła, żeby złapać paru łyków na ofiarę dla czarownika, szczególnie, że Lady Soria ze swymi ponadnaturalnymi umiejętnościami na pewno przyprowadzi paru. A i był pewien, że Zog ze swymi umiejętnościami zoczy ofiary.
Egon liczył, że z tego wszystkiego wyjdzie wiadro, dwa, może nawet i trzy wiadra krwi. Nie za dużo - miał nadzieję - bowiem chciał jeno wybudzić nieumarłego guślarza bez sprowadzania podejrzeń na sioło. Dość, by porozumieć się z trupim czarownikiem.
Przyjął butelkę Raisy bez słowa. Nie sądził, że na tej wyprawie wystarczy finezji, by kogoś spoić do snu.
– Dzięki ci, Raiso – skinął głową, chowając flaszę za pazuchę. – No… Kompani… Chodźmy zatem. Zda mi się, że rzecz nie zajmie więcej, niż trzy klepsydry.
- Mamy pilnować cnoty tej starej? - Silny był wyraźnie rozczarowany przydzielonym zadaniem. W końcu rano postanowił wesprzeć Egona swoimi mięśniami, licząc na jakąś walkę lub podobne ekscytujące przygody. A tu na razie walki z martwiakami nie było, łupów też nie no a teraz mieli z Rune, zostać tutaj, na skraju mokradła i lasu, jako eskorta starej wiedźmy. To nie było w naturze krewkiego, portowego zbira.
- Dobra chodź, mam wino. - Rune klepnął kamrata w ramię i pokazał wyjęty z torby bukłak wina. To nieco uspokoiło łysego mięśniaka ale widać było, że jest niepocieszony brakiem akcji na tej wyprawie. Ostatecznie jednak obaj zostali na miejscu. Lady Soria śmiało ruszyła na wschód, ku wiosce na wybrzeżu, w jakej spotkali bandę Gezackta a Egon z większością grupy ruszył na południe.
- No Burgund? To gdzie tu można kogoś spotkać? - Lars zagaił do miejskiej łotrzycy. Skoro Silny został z Rune i Raisą to miejska łotrzyca była ich jedynym tubylcem w grupie. Dziewczyna z ferajny zamyśliła się na chwilę. Była zdania, że największy ruch to jest od strony południowej bramy, wzdłuż traktu prowadzącego do Saltburga, stolicy prowincji. Tam miało działać też to plemię kopytnych jakich spotkał Joachim i nawet przyprowadził blondynkę jaka należała do ich plemienia. Nawet na wschód, na drodze Heilogdrf pewnie byłoby więcej luda niż tutaj. Bo bezpośrednio na zachód od Neus Emskrank to były wielkie, słone Teufelsumpf. Więc nie było po co tam jeździć. Właśnie tam miało żyć to plemię zwierzoludzi z jakimś szamanem co ostatniej nocy dowiedzieli się od Gnaka i Ungorda.
- Chyba, że Szweinewald. - Po chwili zastanowienia, łotrzyca przypomniała sobie jednak, że powinna być w pobliżu jakaś wioska. Głównie hodowała tam świnie bo podobno dobrze się tam je pasło w okolicznym lesie to uchodziły za bardzo dorodne. Burgund była tam tylko raz czy dwa, i bardziej znała opowieści o tym miejscu, że do miasta przyprowadzają najczęściej swoje dorodne świnie na handel. Lars uznał, że jak nie mają lepszego punktu zaczepienia to mogą się udać w tamtą stronę.
Przez jakiś dzwon szli na południe, równolegle do wybrzeża. Aż trafili na byle jaką drogę, jaka wyglądała na wyboisty, rozjeżdżony kołami wozów pas ziemi a nie prawdziwy trakt. Czyli jak większość lokalnych dróg w okolicy. Zdaniem łotrzycy, ona właśnie prowadziła do Schweinwald. Wtedy ruszyli wzdłuż niej, na zachód. Zog wysunął się na prowadzenie tak bardzo, że całkiem często znikał im z oczu za zakrętem i tylko na dłuższych prostych widzieli jego sylwetkę.
“Słyszę chrząkanie świń.” W pewnym momencie usłyszeli w swoich głowach. Zog wskazywał w prawą stronę drogi.
- No to jak są świnie to ktoś je musi paść. - Lars uśmiechnął się z zadowoleniem. Chociaż na razie z tej bezludnej drogi, nikogo nie widzieli. Las wznosił się wysoko nad ich głowami, rzucając mroczny cień nawet w ten letni dzień.Egon okolicę znał średnio, toteż co do tego, czy ten cały Schweinewald był warty świeczki, nie wypowiadał się. Gdzieś z tyłu głowy migały mu myśli o Lady Sorii - wojownik nie miał cienia wątpliwości, że syrena poradzi sobie znakomicie.
– Chodźmy – Egon skinął głową. – Miejcie oko na podejście, gdzie można się ukryć i złapać paru luda. Akcja musi być szybka, raz-dwa – tu Egon pacnął zewnętrzną stroną ręki o drugą. – Świadków też nie może być. Jeśli ktoś nas zoczy, musimy ścigać, aż złapiemy. Czysta robota.
Tu przystanął.
– W zasadzie – rzekł – wystarczą tylko dwa, może i jeden. Lady Soria wróci z jednym albo dwoma, to całkiem wystarczy na czarownika – rzekł wojownik, w głowie kalkulując, ile wiader krwi przełoży się na wieśniaków.
- Jak się pasie świnie to pewnie jedna, może dwie osoby. Raczej tłumów nie będzie. - Burgund szepnęła do kolegów. Ale już wszystkim udzieliło się podekscytowanie. Widać było jak Zog przed nimi schodzi z drogi w las. Więc poszli jego śladem. Szli cicho pod leśnym baldachimem. Po jakimś czasie rzeczywiście zaczęło być słychać chrumkanie świń. Musieli być blisko tych zwierząt. Jeszcze trochę bliżej i trafili jak ryją w ziemi w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Co chwila jedno zwierzę przechodziło kawałek dalej aby sprawdzić czy w ściółce albo tuż pod nią, jest coś obiecującego. Tych zwierząt musiało być z tuzin. Chociaż poruszały się to jakieś schodziło im z widoku nurkując w jakich krzakach albo wyłaniało się zza drzewa. Dopiero po chwili bystre oczy łotrzycy pokazały na coś pod jednym z drzew. Tak, ktoś tam siedział na ziemi, w burobrązowej kapocie. Dlatego jak się postać nie ruszała, zlewała się z tłem. Coś dłubała małym nożykiem na patyku, czasem tylko podnosząc głowę czy ze stadem wszystko w porządku. Dzieliło ich z kilkadziesiąt kroków od niej czy od niego. Trudno było z tej odległości rozpoznać. No i stado kręciło się dookoła niego przez co trzeba było się liczyć, że zareagują głośnym chrumkaniem jeśli ktoś obcy by się do nich zbliżył.
– Czuj duch – powiedział cicho Egon do swoich towarzyszy.
Egon był pewien, że muszą do tego podejść dobrze, nie było mowy o pomyłce. Musieli szybko złapać draba, zarżnąć i zaciągnąć czym prędzej do kurhanu.
– Burgund, Zog – rzekł Egon. – Umiecie skradać, by podejść go i zacukać łatwo? Szczególnie ty, Zog… Ten tutaj się nie rusza.
I wyrzekł plan:
– Zog weźmie go na cel od razu. My go otoczymy. Dam znak. A potem hurmem go złapiemy.
- Mogę spróbować. Ale to by trochę zajęło takie podchody. Mogę podejść i go zagadać. - Burgund odparła cicho po chwili zastanowienia. Popatrzyła na kolegów i koleżankę co oni na to.
“Mogę go trafić z łuku. Ale po co?” Zog wzruszył ramionami i dał znać, że mu to obojętne.
- Tylu nas jest, że jak jest tu sam, to i tak go złapiemy. Tylko jakby krzyczał a ktoś jest w pobliżu to może usłyszeć. Ale jeśli nawet to co nam może zrobić jakiś świniopas? - Lars machnął ręką pogardliwie jakby uważał, sprawę za już załatwioną.Egon skinął głową na słowa Larsa. Nie podobało mu się to, że było ryzyko, że zostaną wykryci, ale, z drugiej strony, przecież mogli zostać wzięci za drabów na podobieństwo bandy Gezackta.
– Dobra, otoczmy go i złapmy – Egon zgodził się, uznając, że jego wcześniejsze instynkty to przesadna ostrożność. – Tylko zróbmy rzecz szybko…
Gdy wyszli z ukrycia to całe łapanie świniopasa, przypominało bardziej chaotyczną mieszaninę zaskoczenia, krzyków, ucieczki z dodatkiem kwiku i biegania przestraszonych świń. Pojedynczy wieśniak nie miał większych szans z grupką zdeterminowanych kultystów i Norsmenów. Z początku zerwał się na równe nogi nie wiedząc jeszcze o co chodzi, szybko instynktownie wyczuł, że raczej nie przychodzą do niego w pokoju i zaczął uciekać. Ale Bjorn go dopadł pierwszy, powalił na ziemię, potem zaś dogoniła ich reszta. Wspólnie związali młokosa i już właściwie było po wszystkim. Stado wieprzy rozpierzchło się ale widząc koniec krzyków i zamieszania, zaczęło się uspokajać.
- No to mamy jednego. Próbujemy dalej czy wracamy? - Lars zaśmiał się chrapliwie z ich łatwej zdobyczy. I popatrzył wesoło na towarzyszy.– Nie ma sensu. Soria wróci także ze swoimi, więc tyle nam wystarczy – rzekł Egon, który nie wiedział, czy czarownik przebudzi się po jednym razie, wielu razach lub jakoś inaczej.
Egon także chciał uniknąć możliwości, żeby ktoś - paru ludzi tudzież ktoś znaczniejszy - zorientowali się, że w okolicy grasuje grupka ludzi, którzy porywają kogoś. Nie wiedzieli jeszcze, ile czarownik będzie potrzebował ani ile czasu to zajmie i w ogóle Egon nie chciał w żaden sposób wystawić się na wzrok inkwizycji, która przecież w okolicy była i podejrzewała, że coś może być na rzeczy. Parę zniknięć było czymś, na co luda przymkną oko, ale wieści o zorganizowanej bandzie mogły już trafić w nie te uszy, co trzeba.
– Chodźmy – rzekł gladiator. – Czym prędzej, tym lepiej dla nas.
- No to wracajmy. - Lars zgodził się z kolegą i powiedział coś po norsmeńsku do Bjorna. Ten wyjął linę i we dwóch, z wyraźną wprawą, zaczęli wiązać jeńca. Gdy skończyli, złapali go pod ramiona i postawili do pionu. Tropiciel złapał za powróz i prowadził go za sobą. Zaś cała grupka ruszyła z powrotem. Najpierw tą lichą drogą, ku wybrzeżu. A później na północ. Widzieli jak na wodach zatoki łodzie rybackie wracają z połowu do miasta. Te które były bliżej było widać ludzką figurkę czy dwie a te dalsze jedynie jako ciemne, podłużne kreski na tle zieleni morza. Odbili głębiej w las w pobliżu rybackiej wioski. Znów szli na przełaj pod leśnym baldachimem. Gdy po prawej stronie zaczęły się mokradła wiadomo było, że już niedaleko.
- Bjorn mówi, że czuje dym. Może rozpalili ognisko. - Lars cicho zwrócił się do sąsiadów, po krótkiej rozmowie z norsmeńskim tropicielem. Po paru chwilach dotarli do improwizowanego obowiska. Rzeczywiście dało się zauważyć cienką stróżke dymu wznoszącą się do koron drzew. Przy nim krzątała się Raisa. Ale to nie ona najbardziej rzucała się w oczy. Tylko Rune ze spuszczonymi spodniami, jaki energicznie brał jakąś młódkę. Ona była na czworakach i w samej chłopskiej koszuli. Wpatrywała się w siedzącą na pniu milady. Widząc ich Silny wstał i podszedł przywitać się z kolegami.
- O, jesteście. Tylko nie gadajcie głośno i nie róbcie gwałtownych ruchów. Bo urok pryśnie. Tak Soria mówiła. - rzekł do nich cichym, ale stanowczym tonem. Widać było, że jest w dobrym humorze. Stanął obok nich jakby też chciał popatrzeć na scenę. - Ja już ją brałem. Jak chcecie to też możecie. - Wskazał brodą na chędożącą się dwójkę. - Soria niedawno z nią wróciła. I jeszcze z tamtymi dwoma. - Pokazał gestem na dwa kształty leżące nieopodal. Dwaj mężczyźni, ciężko dyszeli jak po wielkim wysiłku. - Soria kazała im się bić ze sobą. No i się pobili. Amatorzy. Zwykli chłopi. Ja bym ich obu załatwił. No ale przynajmiej było na co popatrzeć no i łatwiej było ich pilnować. - Skończył im tłumaczyć co tu się dzieje. - A wam jak poszło? Widzę, że też kogoś złapaliście? - Mięśniak zatrzymał wzrok na spętanym jeńcu.– Poszło dobrze, ale nie tak, jak milady – rzekł Egon. – Zdaje się, że milady sprawiła wam zabawkę… Ha-ha – krzywy uśmiech wstąpił na oblicze Egona.
Egon skinął głową z podziwem na magiczne umiejętności Sorii. Gdyby zostawić ją dzień albo dwa, syrena mogła bez żadnych problemów rzucić urok na całe sioło albo i dwa i zaiste, nie byłoby żadnych świadków.
– Chylę czoła, Lady Soria – rzekł Egon, kłaniając się syrenie. – Twa moc zaiste jest wielka.
I podjął natychmiast:
– Trzech niechaj zabierze czarownik, dziewka mogłaby się przydać Raisie w hodowli Oster – rzekł Egon, któremu perspektywa hodowli larw nigdy nie schodziła do końca z myśli. – Jeśli się będzie opierać, posłuży czarownikowi i ona. Tymczasem… Chodźmy. Rune, Silny, weźcie łyczków. Zaprowadzimy ich do kurhanu i czas sprawdzić, jak Gonsarowi spodoba się prezent, który mu sprawimy. Ruszajmy.
Tu Egon na chwilę przemyślał całą sprawę - czy możliwe było Lady Sorii z czasem oddelegować porywanie ludzi tutaj, w kurhanie na wschodzie? Gladiator nie miał wątpliwości, że potęga syreny o ludzkiej twarzy była aż nadto, żeby dostarczyć nieumarłemu czarownikowi aż nadto materiału.
Nie był jednak teraz to czas na przemyślenia. Złapawszy swego więźnia, ruszył w stronę grobowca.
- Ano. Było z nią trochę zabawy. Ona zna te trzy, coście wzięli je stamtąd wcześniej. - Silny zaśmiał się chrapliwie ale widać było, że koniec, końców, nie żałował teraz decyzji o pozostaniu na miejscu.
- Oh dziękuję Egonie. Widzę, że też nie wrociliście z pustymi rękami. Hanna jak widzisz, bardzo się stara aby móc mi służyć. - Wężowa mlady uśmiechnęla się ciepło do gladiatora i posłała mu życzliwe spojrzenie. A gdy mówiła o młodej wieśniaczce, popatrzyła na nią. Łaskawie uniosła skraj swojej czerwonej sukni, że pokazał się trzewik i wyciągnęła go w stronę twarzy dziewczyny. Ta chocaż wciąż była pompwana przez byłego żołdaka, bez wahania zaczęła całować jej but i to z wielką gorliwością.
- Powiem ci Egon, że jakby milady z nami chodziła na te polowania to stałyby się o wiele łatwiejsze. - Lars pokiwał głową jakby jego myśli biegły podobnymi torami co kolegi.
- Zjedzcie coś syneczki. - Raisa zachęciła ich aby podeszli do ognia. Rzeczywiście od śniadania jeszcze przy Zachodnich Kamieniach, niewiele dzisiaj jedli. Zaś wiedźma zrobiła polewkę taką, że chociaż każdemu po kubku starczyło. - Milady się zgodziła, że jeśli chcemy to tą dziewczynę możemy zasiać. - Starucha oznajmiła po cichu i z wyraźną uciechą. Na razie, wszyscy zgrupowali się przy niewielkim ognisku, na chwilę odpoczynku i napełnienia żołądków. Rune skończył się zabawiać z Hanną, podciągnął spodnie i do nich dołączył. Ona zaś potulne usiadła u stóp milady jakby świata poza nią nie widziała.Wyglądało na to - skonstatował Egon - że rzecz z dostarczeniem juchy dla nieumarłego czarownika została oporządzona. Był to i dobry znak, że z czasem inicjatywa z dostarczaniem niewolników na wszelakie cele dla kultu była także trafiona, podwójnie, kiedy tylko skombinują korab.
Egon postanowił tedy usiąść. Miał wielkie nadzieje z ożywieniem trupa-guślarza… Oby los go nie zawiódł.
-

Heinrich von Achterberg
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Nabrzeże Mew, koga “Stara Adele”
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Pisarska 9, mieszkanie Tobiasa
Czas: 2519.07.26; Angestag; popołudnie
Warunki: jasno, ciepło, cicho ; na zewnątrz: dzień, deszcz; powiew; ziąb (0)
- Bardzo jestem rad, że zgodziłeś się przyjąć Grega w swój dom. Wymaga on powściągliwości w pierwszych oczekiwaniach, aczkolwiek jego talenta może powoli rozłożyć przed rozmówcą, jeżeli okaże się on odpowiedni by dyskurs zacząć... Dyskurs jaki nie będzie prosty do zrozumienia dla każdego, ostrzegę. - były łowca czarownic wyłożył swoje spojrzenie.
- Chciałbym bardziej przytulić Petrę z naszej strony kultu, na co Slaaneshytki przystały. - stwierdził spokojnie - Fascynuje się mną od strony umiłowania seksualnego starszych, ale także oficerska przeszłość daje mi bonusy. Jest ona także idealną linią do przysunięcia się do artefaktu Vesty zamkniętego w Akademii, dzięki kontaktom z jej ojcem przez nią. To będzie delikatna sprawa, nie wbicie się na siłę i wyrwanie artefaktu na oczach. - machnął ręką powracając do Petry - Chciałbym dowiedzieć się więcej o jej nauce i akademickich zainteresowaniach. Nie byłem sam uczonym, więc zawsze też bym z radością przyjął choćby naprowadzenie na wiedzę, jakiej mi brakuje, aby móc nawiązać lepszy kontakt z córką profesora.
- A orgia... - uśmiechnął się krzywo - Tak, byłem tam i by rozwiać domysły - nie, podziękowałem aktywnemu uczestnictwu. Bardziej interesowało mnie osobiste doznanie otaczającej miejsce magii i nie przeliczyłem się, bo ślady Dhar były obecne, a po orgii zrobiły się jakby wyraźniejsze zaś wiatry magii wzburzone jak na morzu. - opisał co zobaczył - Do tego możesz zupełnie nie popierać, ale poprzez działalność łowczą nauczyłem się jak istotne jest utrzymywanie odpowiednich relacji w grupie, z jaką jesteś związany, nawet jeżeli wymagają one czasem zaciśnięcia zębów i zabrudzenia się, jeżeli efekt będzie tego wart.- No może i masz rację. Mówisz, że niekoniecznie trzeba się tam chędożyć z wszystkim co podleci? No to może następnym razem zgodzę się pojechać razem z nimi. Pewnie będzie w przyszłym tygodniu. Zwykle są raz w tygodniu choć w różnych dniach te spotkania ze zwierzoludźmi. Nie wie czym one naszym ladacznicom imponują. Przecież to takie prymitywy. Chociaż zapewne mogą być użyteczni gdzieś w lesie jako zbrojna banda. - Nauczyciel zabębnił palcami po rozłożonych rysunkach jakie właśnie pokazywał koledze. Ale raczej zastanawiał się nad sugestią jaką od niego usłyszał. W końcu jakby dla oczyszczenia myśli, upił ze swojego kubka i gestem pozdrowił sąsiada. Dało się wyczuć, że czuje intelektualną wyższość osoby wykształconej nad prymitywnymi istotami z lasu, czy nawet hedonistycznymi koleżankami z kultu. Wtem jakby coś sobie przypomniał i spojrzał bystro na kolegę.
- A Odette von Treskow? Była z nimi? Naprawdę? Tak po całości? - Wydawał się być zainteresowany czy sławna śpiewaczka też się udzielała we wczorajszej orgii tak jak koleżanki czy raczej ograniczyła się do roli widza tak jak Heinrich.
- Zaś Petra, tak ma potencjał. Zwłaszcza jakby przystała do nas na stałe. Nie tylko z powodu, że tak powiem walorów estetycznych. Ale z racji statusu społecznego ma wielu znacznych znajomych, podobnie jak u nas Fabienne czy Pirora. Albo Kamila. To bardzo bystra, młoda kobieta. Jej celne uwagi w dyskusji świadczą o jej wysokiej inteligencji i śmiałości. No i jest uczennicą w Akademii więc bywa tam prawie codziennie. Raczej nie w tej piwnicy z artefaktami, to inny budynek. No ale zawsze to dobre na start. Te nasze ladacznice to są tam dość krótko i nie każdego dnia. Zresztą w każdej chwili Akademia może podziękować im za współpracę i ich legalna obecność na terenie może być poważnie utrudniona. Ja mogę tam być prawie codziennie ale też mam swoje zajęcia i nie wszędzie mogę być. Nie mam też pretekstu aby się włóczyć po tych piwnicach. - Tobias pokiwał powoli swoja głową jak myślał o tym intensywnie. I dostrzegał plusy z tego jakby udało się młodą Schneider przekonać do współpracy.
- Myślałem czy by jakoś ich nie połączyć, naszych łotrzyc i Petry. Tak jak zimą Egona z Łasicą. Niby chodzili na schadzki a w gruncie rzeczy przygotowali grunt pod naszą akcję uwolnienia Mergi. Jeśli jednak ty jesteś zainteresowany Petrą to może z tobą udałby się taki numer. Jakby cię to oczywiście kolego interesowało. - Pokiwał głową dając znać, że i na tym polu miał swoje przemyślenia. - A z Petrą pewnie mógłbyś coś ugrać z powodu swojego wieku no i bycia oficerem. Pewnie jakbyś podkreślał coś o swojej służbie, niekoniecznie to co robiłeś naprawdę, to mogłoby ją to zainteresować. Najbezpieczniej nic z artylerii czy morza bo na tym się chociaż pobieżnie zna a mówiłem ci, że jest bystra. Chyba, że masz jakieś doświadczenie na tym polu? Właśnie, powiedz mi w czym się czujesz mocny to może znajdziemy jakieś punkty styczne z Petrą, co może ją zainteresować. - Popatrzył na swojego gościa gdy tak próbował zrobić jakieś podsumowanie o preferencjach młodej szlachcianki.- Hmm... - Heinrich spojrzał w zamyśleniu w sufit - Nie byłem w żadnym stopniu z marynarki czy artylerii, to zupełnie poza moim wojskowym doświadczeniem. Dowodziłem w armiach lądowych i skupiałem się na utrzymywaniu żołnierzy w morale oraz trzymaniu całego ludzkiego systemu jak najlepiej naoliwionego, skąd też nauczyłem się, że nie można od razu odrzucać potencjalnych zalet, tylko z powodu bycia zniechęconym nieistotnymi szczegółami danej osoby, jakie głównie nas męczą, jak ich wygląd czy status społeczny. Jeżeli robią swoją robotę jak trzeba to dla większego dobra warto przełknąć ich wady i własną dumę schować... póki nie będzie można jej pokazać w innym momencie. - wzruszył ramionami - Cel uświęca środki, a czasem te środki wymagają osobistych poświęceń i jeżeli ten cel jest wart... Później będzie się nawet bardziej świętować.
- Dobra, dobra, będę dla nich milszy. Może nawet pojadę na tą ich następną orgię. Właściwie to się zorientowałem, że ta moja poprzednia taktyka nie była zbyt skuteczna. Teraz są mi niechętne i trudniej się nimi manipuluje. Mogłem tak ich nie naciskać aby przyjęły w siebie te jaja Oster i resztę. - Tobias nieco się zirytował na te przytyki od kolegi i niechętnie przyznał mu rację. I chyba jak najszybciej chciał to przykryć innym tematem bo wrócił do rozmowy o młodej córce artylerzysty z Akademii.
- Czyli byłeś oficerem w lądowym wojsku? To dobrze. Tutaj większość szlachty raczej służy w marynarce więc co tam się dzieje w głębi lądu to trochę egzotyka. - Pokiwał głową jakby uznał to za potencjalny atut Henri’ego w kuszeniu von Schneider. - Myślę, że jakbyś poopowiadał jakieś przygody z tego okresu to mogłoby ją to zaciekawić. Nawet nie muszą być prawdziwe, sam wiesz jakie są kobiety, zwłaszcza młode. Chcą czuć, chcą przeżywać, chcą się ekscytować. No i może jakiś romans czy nieszczęśliwą miłość w to wpleciesz to też prawie pewny temat. Może bez zbędnego okrucieństwa, trupów, wyprutych flaków. - Tobias mówił dość szybko, widać było, że myśli o tym na bieżąco i popatrzył czy jakoś to pomoże starszemu koledze w zaplanowaniu rozmowy z von Schneider.- Byłoby idealnie ją w nasze sieci wplątać, a jeszcze przez to otrzymać dostęp do jej ojca. - powiedział kiwając głową do swoich słów - A ten rysunek studentki... Balansuje na linii, ale na tyle dobrze, że można jeszcze przykrywać to jako przypadek. Jeżeli ktoś inny zacznie mówić chociażby o tych udach... to gorzej na niego wskazuje, niż na rysunek, jaki został utworzony "w innym zamyśle". Trzeba utrzymywać się jak cyrkowiec na linie i trzymać innych w niepewności, czy aby to nie ich rozbuchane wyobrażenia podsuwają takie skojarzenia. Powiem ci, że czasem na samych domysłach można stworzyć całą sprawę i niewinnego człowieka na stos wsadzić, mało kto chce ryzykować bycie wplątanym w takie sieci. - z przyjemnością upił z kubka wino, jakby smakował wspomnienia.
- A Greg... Może i analfabeta, ale wyraźnie umiejętność czytania mu niepotrzebna by książki go wybrały. - zapatrzył się w wino w kubku, jakim to poruszał okrężnym ruchem - I bez rozmowy ze mną zobaczył popiół, jakim jestem otoczony.
- Doprawdy? - Gospodarz podniósł wzrok z tych kontrowersyjnych rysunków swojej studentki gdy gość, wspomniał o pacjencie z hospicjum. - No na mnie zrobił wrażenie zwykłego matołka. Ale Otto zna go lepiej i mówi, że ma unikalny kontakt z tymi książkami. Mam nadzieję, że to okaże się prawdą i doprowadzi nas to do jakiegoś przełomu. Dlatego zgodziłem się przyjąć go pod swój dach no i jak widzisz, pokój mu szykuję. - Belfer lubił naukowe dowody i widocznie pierwsze spotkanie z Gregiem nieco go rozczarowało. Jednak był na tyle elastyczny by mimo to przychylić się do prośby jednookiego mnicha i wydobyć pacjenta na bardziej przychylny kultystom teren. I dać mu szansę się wykazać.
- Tak, Petra von Schneider i jej ojciec, mogą być bardzo obiecujący. Życzę ci kolego powodzenia z nimi. A gdybyś potrzebował jakiejś pomocy w tej sprawie to daj znać. Może na romansach się nie znam tak jak nasze koleżanki ale co mogę to pomogę. - Uśmiechnął się życzliwie do byłego łowcy czarownic. I jeszcze raz spojrzał na rozłożone na stole szkice i rysunki. Wziął jeden z nich, ten który równie dobrze mógł być wijem sunącym po gałęzi z dziupli drzewa ale też wijem sunącym z kobiecego łona po kobiecym udzie.
- Wiem, wiem, też o tym myślałem. Czy nie patrzę na to jako ktoś uprzedzony i widzę coś co sam sobie zasugerowałem. Dlatego poprosiłem cię kolego abyś na to spojrzał świeżym okiem. - Pokiwał głową, jakby miał podobne przemyślenia jakie właśnie wypowiedział na głos Heinri. - I myślisz, że jak to byłby zew Sióstr to więcej osób może rysować coś takiego? - Uniósł brwi i popatrzył z zainteresowaniem na kolegę jakby ten podsunął mu tą myśl. - Powiem ci, że nie widziałem innych takich prac u innych studentów. Ale i te to trafiłem prawie przypadkiem? A może nie? Może to też jest część planu naszych patronek? Wtedy jednak sugerwałoby, że to jednak jest jakiś ich wpływ? - Widać było, że bystry umysł Tobiasa od razu potrafił rozważać różne, nawet całkiem odmienne od siebie wnioski i nie dawało mu spokoju, że nie może znaleźć jednolitej odpowiedzi. - Co mi radzisz zrobić z tym wszystkim? - W końcu zapytał wskazując na rozsypane na stole prace.
- Może być zew jaki natrafił na łatwy grunt, bardziej otwarty umysł niż reszty, a może ta studentka nie posiada takiej siły mentalnej by się chronić przed wpływem, jak woda jedynie omywa umysły innych. - pokiwał głową i napił się wina - Możliwe, że studentka nie jest w żaden sposób świadoma i poza rysunkiem nic więcej nie doświadcza, a może dziwne sny ją naszły... choć bym się spodziewał raczej nieświadomych czynów, jak szczegóły na rysunkach. W tym momencie nie wykraczają poza granicę za jaką nie da się bronić niezauważeniem sygnałów, więc jesteś jeszcze na bezpiecznej pozycji. Możesz jej zasugerować jakieś poprawki, nawet nie skupiając się w całości na tych szczegółach, a jedynie po nich przesuwając uwagą czy lekką korektą. Lepiej grać nieświadomego niż zbyt wyczulonego na sygnały. Mógłbyś nawet być jedynym, jaki alarmowałby o tych rysunkach, jakich sens umknąłby reszcie.
- No właśnie. Takie robi niedokończone te rysunki. Te owady rysuje dokładnie ale reszta to tylko zarys. No i zgaduj czy to tylko gałąź czy kobiece udo. - Westchnął pokręcił głową na znak, że trudno mu rozwikłać ten kontekst. - Chyba jej to po Festag po prostu oddam. O snach myślałem ale bałem się zaryzykować pytanie o nie. Jakby je miała to może coś by było na rzeczy, w końcu Siostry przemawiają przez sny. Tak, chyba lepiej udać nieświadomego. - Pokiwał głową jakby zaczynał się przekonywać do jednego z pomysłów swojego gościa.
- Do tego kwestia niedokończenia rysunków daje ci świetne zaczepienie, aby je jej oddać. W końcu raczej nie były to zajęcia, na jakich wymagałeś jedynie szczegółów, więc nie zrobiła tego, czego oczekiwałeś jako nauczyciel, czyż nie? - stwierdził biorąc ostatni łyk wina.- Jakkolwiek masz zamiar podchodzić teraz do naszych koleżanek to zalecałbym ostrożność. Po przeszłych relacjach nagła zmiana na całkowicie odwrotną mogłaby tylko wywołać nieufność oraz podejrzliwość, ale zapewne to rozumiesz... choć zawsze możesz zasugerować zainteresowanie, chociażby, Odette, o jakiej mówiłeś. - zażartował - Choć to już będziesz musiał sam przemyśleć, ja tylko uczulam na powzięcie ostrożności w budowaniu relacji z naszymi dziewczynami.
- Ah lady Odette. - Belfer uniósł do góry brwi i pokiwał głową jakby kolega przypomniał mu o niej. - Powiem ci tak między nami, że po tak wyrafinowanej milady, z tak ogromnym talentem i sławą to się spodziewałem czegoś… Czegoś innego. Niż chodzenia na orgie ze zwierzoludźmi. - Wydawało się, że ma pewien żal do milady za jej hedonistyczne zainteresowania. - No ale oczywiście gdyby do nas przystała to otwiera przed nami możliwości nawet większe niż oboje Schneiderowie, Fabienne, Grubson razem wzięci. - Jego analityczna część umysłu, potrafiła się chociaż teoretycznie wzniesć ponad własną niechęć do ekstrawaganckiej milady. Doceniał, że jej sława i znajomości, mogą przynieść kultowi duże korzyści. - A z ladacznicami no cóż, postaram się być dla nich milszy. Nadal uważam, że każda powinna przyjąć w siebie dar Oster bo to oczywiste, że nas to wzmacnia i przynosi korzyści. Przecież czcigodna Merga jasno wytłumaczyła jakie zastosowanie mogą mieć wyhodowane tak muchy. No, ale może jak się na nie zmniejszy presję to sama któraś się zgodzi i w ogóle będzie chętniejsza do współpracy. Dochodzę do wniosku, że może jakby postawić na niskie argumenty na jakich zazwyczaj działają, zamiast do czystej logiki z jaka u nich krucho, to może być skuteczniejsze narzędzie perswazji. - Po tych trudnych początkach był w stanie jednak przyznać, że mógł popełnić błąd w relacji z koleżankami z kultu które zwykle miały inne od niego priorytety i zainteresowania.
- No nic, po Festag oddam tej studentce jej rysunki. I może zachęce do kolejnych. Może coś się wyjaśni. Ona chodzi na te lekcje rysunku z naszymi ladacznicami. Może by coś uderzyć pod tym kątem? Właściwie to ja nie jestem nauczycielem rysunku a te jej prace to przypadkiem trafiłem jak jej się rozsypały. Więc to leży poza moimi bezpośrednimi kompetencjami. - Wyjaśnił jeszcze parę detali co do artystki tak pieczołowicie rysującej różne drobne stworzenia jakie zwykle uważano za obrzydliwe lub szkodniki.***
Heinrich była bardzo zadowolony, że imiennik jego brata poszedł po rozum do głowy i nie zakopuje się jak obrażona panienka w swoim własnym bagienku. Podziały były tym, co najchętniej wykorzystywali Łowcy poszukujący sekt i kultów. Nie chciał dawać więcej ognia stosowi wyciągającemu ku nim swoje ogniste jęzory. I Tobias musiał to rozumieć.
Opierał się na swojej lasce, kulejąc przy każdym kroku. Mutacja prawie zakończyła swoją drogę i niedługo Heinrich przestanie potrzebować maści od Mergi...
Przyda się Kurta Einza posłać by uchem posłużył się wśród najemników, a kochaną Ilsę (jak bardzo by ją przeraziło co on wyczynia) pociągnąć za język odnośnie słów jakimi miasto ostatnimi czasy bardziej żyje oraz jej inni chlebodawcy. Kobiety lubią plotkować, a były Łowca Czarownic lubił jak mógł takich plotek słuchać.
-

Marcus Schleiffer
Wizyta u Nadji
-
Brakowało mi Ciebie. - powiedział ciepło podczas uścisku, który odwzajemnił z radosną ochotą. Jakby nie było, była rozkoszną istotką, którą… nie miał zamiaru dzielić się z Kultem. Była zbyt blisko jego spraw, by podejmować jakiekolwiek ryzyko z jej ujawnieniem. Poza tym, nie lubił się dzielić swoimi zabawkami.
-
Papierkowa robota. - odpowiedział śmiejąc się, gdy zasiadali do stołu i pokręcił z rezygnacją głową, by się do niej uśmiechnąć - Dzisiaj, całkiem niedawno zresztą. Tam? Miejsce z którego cieszę się, że uciekłem, ale widać chyba chcą mnie ściągnąć… ich niedoczekanie! Nawet nie wiesz jak mi ciężko tam był nie mając Ciebie u boku.
-
To miło z twojej strony. - Nadia zaśmiała się rezolutnie i miała wesołe iskierki w oczach. W końcu rozlała jeszcze wino do zwykłych, glinianych kubków i usiadła przy stole. - U nas też dużo roboty. Odkąd wyjechałeś nie wzięli nikogo na twoje miejsce więc robota ta sama a ludzi mniej. No ale skoro wróciłeś to może nawet i lepiej. Łatwiej ci będzie wrócić na dawne stanowisko. Jutro jest dzień świątynny to nie, ale pojutrze to możesz pokazać się w ratuszu. Pewnie byś musiał porozmawiać z Hermanem czy by cię przyjął z powrotem. Ale pewnie tak, kto by nie chciał mieć u siebie takiego fachowca jak ty. No ja na pewno bym się ucieszyła jakbyś wrócił i byśmy znów mogli pracować razem. To za szczęśliwe powroty! - Gospodyni wydawała się cała w skowronkach. I pewnie miała rację, jakby chciał wrócić do pracy w ratuszu, to musiałby pewnie rozmawiać z Hermanem Schusterem. Widać dalej był na swoim stanowisku. Ale na razie to Nadia wzniosła toast za to spotkanie.
-
Za powroty. Za dobre dziś i lepsze jutro. - powiedział ciepło unosząc kielich
-
Nie mniej, połowa moich umiejętności to Twoja zasługa. Nie mogę się doczekać… powrotu.
-
Oh, skromny jesteś Marcus. Ale cieszę się, że wróciłeś. Jak tam dziewuszki w stolicy? Smakowały ci? Nie mów, że nie próbowałeś. I tak bym nie uwierzyła. - Popatrzyła na niego z wesołymi iskierkami w oczach i widać było, że ma dobry humor.
-
Mwoah… - mruknął z niechęcią ekonom - …mają swoje uroki, ale mówię ci kochana… małą psiu-wdziu w głowie. Myślą, że jak większa mieścina to… - pokręcił ze zrezygnowaniem głową - …gdzie prawda jest taka, że my wszyscy nie ważne skąd i jakiej wiary, czy stanu… tacy sami. Tylko… ludzie z naszymi urokami i słabościami…
Marcus przyjrzał jej się bacznie i z wielkim zainteresowaniem. -
A u Ciebie, Nadio, promyczku? Jakiś gieroy?
- Oj tam, zaraz tam jakiś gieroj! Było paru co smalił do mnie cholewki ale nie byłam nimi na poważnie zainteresowana. I sam rozumiesz, że porządna dziewczyna z ratusza to musi dbać o reputację. - Brunetka zaśmiała się wesoło i machnęła dłonią. Wydawała się być rozbawiona i zadowolona z odpowiedzi swojego gościa o kobietach z jakimi miał do czynienia podczas pobytu w odległej stolicy Imperium. - Ja słyszałam, że te kobiety z wielkich miast a ze stolicy to już w ogóle, to są strasznie zmanierowane i przemądrzałe. Nawet zwykłe kelnerki z tawern. O. A słyszałeś, że niedawno przyjechała do nas Odette von Treskow? Słowik Północy? Tydzień temu śpiewała psalmy na porannej mszy. Ależ ona ma głos! I jest taka młoda. Myślałam, że jest starsza. Widziałam ją przez chwilę z bliska jak mijała mnie gdy wychodziła ze świątyni. Ciekawe czy jutro też będzie śpiewać. - Podzieliła się z nim plotkami o sławnej artystce. Marcus też o niej słyszał ale nigdy nie był na jej występach ani jej nie spotkał.
-
Słowik u nas? - delikatnie się zdziwił po czym dodał - Artyści tak mają, że kochają publikę, więc są całkiem niezłe szanse. Zobaczymy.
Marcus uniósł nieznacznie pytającą brew. -
To o której mam Ciebie odebrać na mszę?
-
No a jednak przyjechała do nas. Trochę się zdziwiłam bo przecież to taka sławna diwa a my nawet prawdziwego teatru nie mamy. Znaczy szlachta od wiosny, przebudowuje starą tawernę na teatr i nawet nieźle im to idzie. Oczko w głowie tych bogatych co chcą nieco ekskluzywnej rozrywki a nie ciągle jeździć do Saltburga albo płynąć do Marienburga. Sama Kamila van Zee, wiesz, córka kapitana portu, to ona za tym stoi. I podobno to na jej zaproszenie lady von Treskow do nas przyjechała. Ale też trafiła na tą żałobę po księżnej-matce więc wszystko jest odwołane. Ta premiera teatru też. Bo właśnie ona miała przyjechać uczcić to otwarcie teatru u nas. - Nadia rozgadała się o tych teatralnych sprawach i widać było, że ją bardzo interesują. To jednak była prawda, teatry to była domena wielkich miast i takie średnie i nędzne jak Neus Emskrank, raczej nie mogło sobie na nie pozwolić. A co dopiero na wizytę tak znakomitej śpiewaczki jak lady Odette von Treskow.
-
I przyjdziesz po mnie? To miłe z twojej strony. - Gospodyni posłała mu pogodny uśmiech. - Z pacierz się idzie no to gdzieś o pół dzwonu trzeba by wyjść aby się nie spóźnić na mszę. - Po tym okazaniu radości zastanowiła się nad praktyczną stroną tej propozycji. Pół dzwonu wydawało się rozsądnym czasem aby od niej, dotrzeć na poranną mszę w świątyni Mananna.
-
Oczywiście. - odpowiedział jej ciepło i pogodnie - Nie wyobrażam sobie mszy bez Ciebie u mego boku…
-
No to zapraszam na jutro. Nie spóźnij się bo sama pójdę. Nie chcę aby mnie ludzie palcami wytykali na tą co się na msze spóźnia. - Uśmiechnęła się do niego ciepło i wyglądało na to, że są umówieni na jutrzejszy poranek.
-
Brzmi to trochę tak jakbyś chciała bym przyszedł przed czasem… - powiedział łagodnie z szerokim uśmiechem.
-
No tak. Przecież mówię ci, że nie chcę się spóźnić. - Brwi Nadii powędrowały do góry jakby niezbyt rozumiała do czego zmierza Marcus.
Na co mężczyzna się delikatnie uśmiechnął.
-
Oczywiście. Z czystej zawodowej ciekawości. Jak wyglądają sprawy w Ratuszu i Neues?
-
No urwanie głowy nawet tak na co dzień. A teraz przez ten turniej jest jeszcze gorzej. Bo jak wyjechałeś to mowiłam ci, nie wzięli nikogo na twoje miejsce. Więc robota została ta sama a ludzi mniej. A pewnie pamiętasz, że wszelkie festyny w mieście to przechodzą przez ratusz chociaż częściowo. Ten co miał być parę tygodni temu miał być duży. Aby promować miasto, ściągnąć gości z prowincji ale też z Marienburga i Erengradu. Bo no cóż, nic się nie zmieniło i w porównaniu do nich, dalej jesteśmy zwykłą dziurą gdzie statki zawiajją na chwilę aby uzupełnić zapasy i może sprzedać albo kupić drobną część swoich towarów ale płyną dalej albo na wschód albo na zachód. No i ten turniej miał być taki duży i wspaniały aby to chociaż trochę zmienić. Ściągnąć inwestorów. Nawet ten teatr to Kamila von Zee z resztą szlachty założyła to też miał mieć swoją premierę. I ta lady Odette von Treskow przyjechała. Chociaż już jak była żałoba. No ale jednak. A tu no widzisz, Morr pokrzyżował te wszystkie plany. Teraz mamy żałobę i wszystko jest w zawieszeniu. Część gości co przyjechała na ten turniej już wyjechała. Część gości nadal u naszej szlachty, czasem po karczmach. Tłuszcza co przyjechała razem z nimi to tak różnie ale też liczą, że ten turniej w końcu jednak będzie jak się żałoba skończy. Po cichu liczymy, że będzie trwała miesiąc no to jeszcze z tydzień albo dwa. Trudno powiedzieć. To kuria z Saltzburga musiałaby ogłosić. - Dziewczyna wysypała się ze swoimi przemyśleniami na temat pracy w ratuszu i brzmiało jak urwanie głowy. Zwłaszcza był duży kontrast między oczekiwaniami jakie zapewne nie tylko ona miała co do turnieju a żałobą z powodu śmierci starej księżnej. To jednak było tradycją jako okazanie czci i szacunku znamienitym osobą. A matka księcia-elektora to nie był byle kto. Więc i żałoba po niej musiała odcisnąć piętno na prowincji.
-
Jestem ekonomem Nadio. Choć szanuję tradycję, to jednak patrzę przede wszystkim na rachunek zysków i strat… a strat mamy teraz zdecydowanie za dużo... - Marcus pomasował się po skroni - …ale nic stracone. Muszę tylko porozmawiać dłużej z Herr Schusterem, ale tu będę potrzebować Twojej pomocy. Potrzebne mi pełne zestawienie kosztów tego turnieju, listy gości z rozbiciem na tych co zostali i u kogo się zatrzymali, oraz tych co wybyli, ich pochodzenia i statusu… na cito, ale tym zajmiemy się pierwszego dnia pracy. Jutro dzień świątynny… - uśmiechnął się delikatnie - odpocznijmy i nabierzmy sił przed nawałem roboty.
-
Ale ja nie wiem czy jest takie zestawienie. My na pewno takiego nie robiliśmy. Nie wiem czy ktoś ma pełną listę gości spoza miasta. Normalnie zgłaszaliby się rycerze i uczestnicy turnieju. No ale jak go odwołali to nikt takiego nie robił. Ratusz odpowiada za zbudowanie toru i zorganizowanie oprawy. Pewnie jakieś przyjęcie by było. Ale teraz wszystko zawisło w próżni. Goście jak pewnie wiesz, nie przyjechali sami tylko ze swoją świtą, do tego masa kuglarzy, ladacznic i handlarzy. Jak na każdy festyn. Ale oni wszyscy siedzą po kwaterach u rodzin i przyjaciół jak kto ma, jak nie to tam gdzie się u szlachty zaczepi a jak nie to po karczmach i tawernach. A te wszystkie kupce i ladacznice to pewnie gdzie się da. Nie wiem czy ktokolwiek wie ilu ich dokładnie zjechało do miasta. Nigdy zresztą tego nie rejestrujemy. - Nadia wydawała się być nieco zdziwiona prośbą Marcusa. I wyjaśniła dokładniej jak to zwykle bywa w organizacji takich festynów. I jak znów ta żałoba ucięła tą rutynę przez co tym razem nie było jak zwykle.
-
Hmm… - mruknął Schleiffer i pomasował skroń - …czyli pod górkę. No cóż, będę musiał wykazać się kreatywnością. - spojrzał na młodą kobietę pogodnie - Wygląda na to, że jesteśmy trochę z tyłu, ale to nic czego nie da się naprawić.
Skład celny, spotkanie z Hansem Adolfem Zimmer
Marcus nienawidził deszczu. Nie trawił go, ni w jotę, a teraz przemieszczał się w nim w stronę portu, a dokładniej, do składu celnego. Hans był… pracoholikiem? Nie, nie… to było złe słowo… był… obrotny? Tak, o wiele lepsze! Marcus natomiast był jak ten pająk. Lubił pająki. Jaka szkoda, że większość ludzi nie rozumiała ich piękna i przydatności. Jednak ludzkie pająki, takie jak on… cóż, był oddany Wężowi, ale Tkacz też był mu bliski.
Lało. Jak on nienawidził deszczu… teraz jednak pośród strug dostrzegł znajome schody prowadzące do biura na górnej kondygnacji. Znał cel i właśnie tam niosły go nogi.
Jak otworzył drzwi, ujrzał Zimmera jak stoi przy swoim biurku i rozmawia z jakimś mężczyzną w kwiecie wieku. Dojrzał gościa i posłał mu szczery uśmiech oraz pozdrowienie głową ale na razie chciał dokończyć sprawę z klientem. Tak na słuch, to chyba chodziło o jakieś detale opłaty za skład towarów. Klient w końcu pożegnał się i wyszedł, mijając Marcusa. Obrzucił go przelotnym spojrzeniem i tyle. Gdy zostali sami Hans uśmiechnął się szczerze do swojego gościa.
-
A kogóż to widzą moje chciwe oczy? Któż to do nas wrócił? No witaj Marcusie, witaj. Kiedy przyjechałeś do miasta? No i na czym dasz mi zarobić tym razem? - Podszedł i jowialnie potrząsnął jego prawicą. Widać było, że cieszy się na jego widok, nawet jeśli parodiował ton bezdusznego chciwca.
-
Całkowicie niedawno i moja pierwsza myśl była zobaczyć tego drania, który zdaje się zawsze mieć coś co mnie zainteresuje. - odpowiedział w ton z uśmiechem Schleiffer - Na południu mają burdel, mówię ci, Hans. Dobrze być z powrotem na spokojnych rubieżach.
-
W końcu stolica! Stolica największego burdelu w tym kraju! To nic dziwnego, że się tam kotłuje! - Gospodarz zaśmiał się rubasznie i gestem zaprosił gościa aby usiadł na krześle. Sam podszedł do szafki i zaczął czegoś w niej szukać. - Ale trzeba znać swoje możliwości i ograniczenia. Może tam w Altdorfie mają największy i najdroższy tort a my tutaj tylko małe podpłomyki. Ale mamy je w garści, na swoim podwórku. - Okazało się, że wyjął butelkę wina i dwa kielichy. Od razu widać było, że lepiej mu się powodzi, niż młodej, drobnej urzędniczce z ratusza. Postawił naczynia na blacie biurka i odkorkował butelkę.
-
A jak u ciebie? Wracasz do ratusza? Czy masz inne plany? - Zagaił kolegę gdy rozlewał wino do obu kubków.
-
Raczej na prawie pewno tak. Nie mniej, rozmowa z Schusterem mnie czeka. Z tego co się przelotnie zainteresowałem jeszcze nie znalazł mojego zastępcy, więc wiesz… - Marcus się zaśmiał - …nie mogę się doczekać powrotu. Widzisz, mam plany na przyszłość z tym miejscem…
-
…ale! Dość o mnie. Opowiadaj łotrze co u Ciebie i w ogóle. Stare nudy? - zapytał z promiennym uśmiechem.
- O, masz plany związane z tym miejscem? Ambicji ci widzę nie zabrakło w tej stolicy. A jakie to plany jeśli można wiedzieć? - Gospodarz usiadł na swoim miejscu i wzniósł swój kielich aby wznieść toast z gościem. Po czym upił pierwszy łyk.
- A u mnie stara bieda i jeszcze doszła nowa. Pewnie słyszałeś, że parę tygodni temu zmarła nasza ukochana księżna-matka? - Uniósł brwi ale pytał raczej dla formalności. O tym fakcie Marcus słyszał jeszcze zanim wrócił do miasta. Bo matka elektora jednej z prowincji była zbyt ważną osobą aby jej śmierć przeszła bez echa. - No to zmarła. Więc teraz mamy żałobę. A zmarła tuż przed turniejem jaki miał się u nas odbyć. Wiele znamienitych gości przyjechało na turniej a gdy ona zmarła to ogłoszono żałobę. I turniej odwołano. A ja nakupiłem wina, tileańskiego, estalijskiego, bretońskiego, kislevskich miodów. Bo wiadomo, że tacy znamienici gości to co kiesy mają pękate a i w gardła nie będą lać byle berbeluchy. No i dalej piją ale nie tak jak by mogli gdyby turniej się odbył. Więc inwestycja na razie na siebie nie zarobiła. Liczę, że w końcu ta żałoba się skończy i zrobią ten turniej i wreszcie interes ruszy z miejsca. Teraz zalega mi w magazynie i pożytku z tego nie ma. A opchnąć nie mogę bo liczę, że lada chwila się ta żałoba skończy. - Wyjaśnił swoje rozczarowanie nieplanowanym przestojem w interesie.-
Przyjdzie czas, będzie rada. - powiedział łagodnie choć z lekką goryczą Schleiffer - Faktycznie z tym turniejem się rozdupczyło… Widać Morr ma… “wytrawne” poczucie humoru. Mówię Ci, problemy z tego tylko będą. Znudzona szlachta to nieobliczalna szlachta…
Podrapał się po podbródku w namyśle. -
Dużo masz tych kislevskich miodów?
-
Morr nie zwraca uwagi na żywych póki nie przestąpią bram jeg ogrodów. - Kupiec rzucił znaną sentencją na temat kruczego boga. Zadumał się chwilę zanim odpowiedział na pytanie gościa. - Sporo Marcus, sporo. Cały stos beczek. Mówię ci, że brałem miarę na turniej a nie żałobę. - Westchnął gdy szybki zysk na jaki liczył, zawisł obecnie na sznurku przynajmniej oddalając się w czasie.
-
Same beczki? - zapytał ze zdziwieniem Marcus - Żadnych butelek czy gąsiorków? Przyznam, zadziwiasz mnie.
-
Jestem hurtownikiem Marcus. Nie bawię się w detal. Jak ktoś ode mnie kupi te beczki to niech sobie serwuje je do dzbanów albo butelek. Ale ja się w to nie bawię. - Uśmiechnął się z tonem wyższości nad drobnymi ciułaczami co musieli handlować pojedynczym butelkami.
-
Oj, Hans… - Ekonom uśmiechnął się szeroko - Wiem, że wybitnie się znasz na swojej robocie. Jest jednak taka sztuczka w moim świecie ekonomii… która jest silnie powiązana z kultem Hendricha, a skoro oni ją uskuteczniają? Powiedz mi, gdybyś był niezdecydowanym klientem i chciał kupić wino, czy kupowałbyś w ciemno? Parę butelek czy gąsiorków warto mieć, by poczęstować klienta, snuć historię i sprzedać towar. Warto też dać butelkę innego trunku w prezencie mówiąc, że ma się więcej. Spróbuje i zapewne przyjdzie, a nawet jak nie przyjdzie? To będzie się czuł zobowiązany, bo dostał coś za darmo. Zresztą, najpewniej to wiesz… Tędy się dziwię.
-
Ciekawa strategia. Może i tak zacznę robić. Ale tym razem miał być pewnik. Tawerny i wielmoże mieli zamawiać u mnie beczkami. Przecież brałem same pewniaki, te co najlepiej schodzą. I by schodziły! Na pniu! Sam wiesz co się dzieje podczas festynów czy turniejów! Każdy chce sobie odbić dzień powszedni i zabawić się na zapas aby wytrzymać do następnego festynu. A tu taki klops z tą żałobą. Wszystkie plany mi pokrzyżowała. Sprzedaję teraz ułamek tego co bym mógł gdyby tej żałoby nie było. Pewnie bym już drugą turę zamawiał i tylko liczył monety w sakwie. - Kupiec westchnął rozżalony na takie niespodziewane przyblokowanie interesu. Widać było, że czeka na ten turniej jak roślina na deszcz w środku lata.
-
Zobaczę co da radę ruszyć w Ratuszu. - powiedział łagodnie - Tu będę potrzebował jednak luźny spis beczek, gatunków, litrażu i roczników… oraz ile sobie liczysz. Nie mniej, słowa “do negocjacji” potrafią ruszyć machinę handlu.
-
O? Naprawdę? - Hans uniósł brwi do góry jakby trochę się zdziwił tą propozycją. I trawił ją przez chwilę w sobie. Po czym uśmiechnął się promiennie. - Cieszę się, że wróciłeś Marcus. Może rzeczywiście ktoś, coś w ty ratuszu ruszy. Jakby się dało załatwić licencję na dostawę wina do ratusza na te biesiady to byłoby cudownie. Wiesz przecież, że też nie byłbyś stratny na takim interesie. - Posłał gościowi życzliwy uśmiech i od razu potrafił dostrzec okazję do załatwienia dodatkowego dochodu. Gdyby udało mu się zostać dostawcą na oficjalne bale i przyjęcia organizowane przez ratusz na ten turniej, to miałby pewny rynek zbytu dla swoich zalegających beczek. - Teraz nie mam tej gotowej listy a nie chcę cię zanudzać pisaniną. Zostaw jednak adres pod jakim można cię złapać to ci podeślę tą listę. - Zaproponował od siebie jak mogą to załatwić.
-
Miodowa 11a, na południe od Placu Targowego w Dzielnicy Centralnej. Ten co ostatnio, ale jakby coś miało się zmienić dam Tobie znać. - odpowiedział Marcus
-
Dobra poślę tam później kogoś. Jakby ci się udało to załatwić to byłoby świetnie. No! To wypijmy za to! I za spotkanie! - Kupiec uśmiechnął się i wzniósł swój kielich do toastu ze swoim gościem.
-
Zdrowie i ku pomyślności!
Karczma “Kwarta”
Po spotkaniu z jednym ze swoich bliższych znajomych. Jakkolwiek by to słowo nie brzmiało dziwnie, na co przewrócił oczami skrytymi pod ciężkim kapturem impregnowanej, ciasno tkanej, wełny, z uśmiechem witał znajomy szyld miejsca upajania stróżów prawa. Nogi go niosły z nową werwą. Powrócił… i miał zamiar osiągnąć więcej niż kiedykolwiek wcześniej.
Chwycił za uchwyt i rozchylił drzwi wchodząc do środka. Knut… powinien być po swojej zmianie, a jak nie? To zawsze miał coś na każdą okazję. Teraz jednak rozglądał się za zasłużonym stróżem prawa. Wszak miał ochotę się napić…
Jeszcze zanim pchnął mokre od deszczu drzwi “Kwarty” to słyszał gwar głosów dobiegajace ze środka. A gdy to zrobił to tylko oczy potwierdziły to co uszy słyszały. Wnętrze było zatłoczone. Trafił na porę gdy dzienne zmiana już skończyła służbę więc teraz przychodzili coś zjeść, wypić i pogadać. Było gwarno i tłoczno. Kelnerki uwijały się nosząc tace z półmiskami i kuflami a wracając do kuchni z pustymi. Marcus musiał uważnie rozglądać się po stołach aby znaleźć swojego znajomego. W końcu zastał go siedział z kilkoma kamratami przy stole pod ścianą. Jedli, pili i rozmawiali o czymś. Jeszcze nikt z nich go chyba nie zauważył.
Cień szelmowskiego uśmiechu przemknął mu przez facjatę, by zniknąć jak tylko się pojawił pod pogodnym. Nie było co się śpieszyć. Tym bardziej, że… miał też interes do… i ruszył do lady. Zasięgnąć języka i napić się trochę piwa. Nigdy nie było wiadomo, a teraz ciekawiło go kto tam pilnował wodopoju.
Gdy Marcus przysiadł do szynkwasu i zamówił napitek to dostał dość średniej jakości trunek. No ale “Kwarta” może nie była najgorszą karczmą w mieście jednak strażnicy, najemnicy czy żołnierze to raczej nie mieli zbyt wyrafinowanych gardeł i żołądków. Kelnerka jaka pracowała po drugiej stronie drewnianej lady, chętnie mu powiedziała to i owo. Zwłaszcza jak zobaczyła sowity napiwek to posłała gościowi szczery uśmiech. I zdradziła mu parę szczegółów o kilku widocznych wewnątrz klientach.
Ten stary, z futrzaną czapką w kislevickim stylu, rzeczywiście był z Kisleva. Przyjechał ze swoim panem na turniej. Niestety z powodu żałoby po księżnej-matce, ten został odwołany. I teraz ten kislevski majordom, szukał jakichś rozrywek dla swojego pana. Może jakieś polowanie, pojedynek, walki gladiatorów czy cokolwiek co by mogło zainteresować jego znudznego pana.
A ten młodzik, w zwykłej przeszywalnicy i z toporem u boku w dość obleśny ale sugestywny sposób opowiadał, że spotkał na plaży za miastem dziwne stworzenia jakie czasem nazywano trytonimi przyrodzeniami. Bo właśnie tak wyglądały. I podobno mogły dogodzić każdej kobiecie. No i młody wojak był tym tak zachwycony jakby liczył, że któraś się skusi aby pójść tam razem z nim i spróbować. Kelnerka nie wróżyła mu sukcesu z powodu jego grubiańskości.
No i był jeszcze ten młody, tam pod ścianą. Wyglądał na przygnębionego i zmartwionego. Nic dziwnego. Pożyczył geldy od człowieka jakiemu lepiej nie podpadać a zbliżał się termin spłaty. A po minie widać było, że raczej nie patrzy na tą perspektywę swobodnie.Ekonom nie miał żadnego zainteresowania zadłużonym, który powinien wiedzieć lepiej. Co innego Kislevita, oraz ten młodzik. W jednym widział zysk, w drugim ciekawostkę wartą sprawdzenia.
- Hm. - mruknął w zadumie i zwrócił się łagodnie do kelnerki - Tej historii jeszcze nie słyszałem. Trytoni? Wszyscy wiedzą, że nie istnieją, ale nawet bujda ma swój urok. Może się uśmieję. Dziękuję, Słońce i jakbyś mogła polej jedno dla bajarza. Wszyscy wiemy, że opowieść najlepiej idzie jak oleum zaszumi w głowie.
Karczma, spotkanie z młodzikiem
Kiedy piwo zostało nalane, Marcus udał się do młodzika i kładąc piwo przed nim usiadł na wolnym miejscu.
-
Ponoć opowiadasz ciekawe historie. - powiedział z uśmiechem po czym napił się swojego.
-
Trytonów nie ma ale cycate syreny to pewnie są co? - Kelnerka uśmiechnęła się do niego ironicznie. Nie był pewny czy to tylko jej riposta czy też ma inne zdanie na ten temat. Jednak nalała piwa do drugiego kufla i podała mu na blat szynkwasu. Jak je zabrał to miał czym zacząć rozmowę z młodym, krzepkim nieznajomym. Ten siedział na ławie przy jednym ze stołów. Kilka miejsc było wolnych a przy drugim krańcu stołu siedziało trzech innych mężczyzn. Ale chyba raczej byli osobno od tego młodzika. On zaś spojrzał najpierw na podsunięte piwo, potem podniósł głowę na tego kto je dzierżył.
-
To nie są historię, tylko mówię co widziałem na plaży. - Odparł nieco zaczepnie jakby miał już dość ciągłych przytyków na ten temat. Jednak widok pełnego kufla sprawił, że pohamował wybuch złości. Popatrzył ponad nim na gościa który usiadł na przeciwko.
-
Nie jestem tu by kpić. - powiedział pogodnie Marcus - Po prostu ciekawi mnie Twoja wersja wydarzeń, a ja lubię wysłuchać ciekawej opowieści. Szczególnie w szczegółach. Przyznasz, że jest dość nietypowa.
-
Jak moja wersja wydarzeń? A znasz inną? - Młodzian zmrużył oczy jakby coś mu się nie zgadzało. I rozejrzał się po wnętrzu karczmy jakby się zastanawiał od kogo jegomość z naprzeciwka mógł coś usłyszeć na ten temat. - Zresztą, mniejsza z tym. - Machnął dłonią, odwracając się z powrotem do rozmówcy. - Żadna tajemnica. Po prostu szedłem rano plażą i znalazłem tam buławę trytona. Tak na to mówią. Wygląda jak przyrodzenie męża. Dlatego mówią buława. I trytona bo to na brzegu morza się czasem znajduje. Podobno jak jakis tryton wkurzy syrenę to ona mu odgryza tą buławę i ja wyrzuca. Dlatego potem się znajduje je na brzegu. Takie małżeńskie kłótnie wodniaków. No i podobno jak u nas jakaś ladacznica jest wyposzczona to może sobie użyć tej buławy wiesz jak. No i podobno to jak któraś spróbuje to sobie to chwali. W końcu syreny i trytony to podobno wspaniali kochankowie. Jak elfy albo bardziej. Tak słyszałem, żadnej syreny nie spotkałem ale jeśli są takie urodziwe jak te na galionach i freskach to chętnie bym jakąś spotkał. - Mężczyzna opowiadał szybko i w miarę jak mówił nieco się rozluźnił. Pod koniec nawet się nieco uśmiechnął.
Schleiffer uśmiechnął się do młodzieńca.
-
Marcus Schleiffer, jakbyś znalazł taką buławę to mi przynieś. Jeśli będzie autentyczna i w dobrym stanie to może znajdę kogoś zainteresowanego kupnem. Tylko ładnie zapakuj.
-
Herman. - Przedstawił się kiwając mu głową. Dopił piwo ze swojego kufla i sięgnął po to pełne jakie przed chwilą postawił mu rozmówca. - Nie, nie, tak to nie. - Pokręcił głową na znak, że inaczej widzi sprawę. - Ja ci powiedziałem gdzie leżą te buławy. Jak chcesz to możesz pójść i je sobie obejrzeć i nawet zebrać. Całkiem za darmo. Ale jak chcesz abym ja tam wrócił i je dla ciebie zebrał no to musisz mi dać jeszcze na dwa kufle. - Przedstawił Marcusowi kontrofertę.
Marcus uśmiechnął się delikatnie węsząc nieścisłość w opowieści.
- Nie mniej, dziękuję za ciekawą historię. - powiedział pogodnie wstając - Jakbyś zmienił zdanie, popytaj o mnie.
Karczma, spotkanie z Kislevitą
Po zamknięciu sprawy z Hermanem, Ekonom skierował swoje kroki w stronę Kislevczyka.
-
Przyjechał waść na turniej? - zagaił przyjaźnie - Chwilowo nici, ale trochę się obawiam co szlachta wymyśli z nudów, co nie?
-
Ano na turniej, na turniej. A tu taki klops dobrodzieju. - Kislevczy podniosł głowę aby zobaczyć kto do niego podszedł. I chociaż dość płynnie mówił w reikspiel to z wyraźnym, wschodnim akcentem. - Miał być turniej, mój pan spakował majdan i tu przypłynął, tak się cieszył, że weźmie w nim udział a tu klops dobrodzieju. Klops na całą prowincję. Morr wezwał do siebie waszą księżną i my, maluczcy nic z tym nie możemy zrobić. No i żałoba teraz. I turniej odwołano. A my tu utknęlim już kolejny tydzień bo niby na nowy miesiąc może go przywrócą. A to już tylko kilka dni zostało. - Kislevita był całkiem dobrze ubrany, choć na modłę swojego kraju, jaki wyraźne różnił się od zachodniego sąsiada. I wydawał się być pogodzony z losem ale bynajmniej nie ucieszony. Jemu też żałoba pokrzyżowała plany związane z turniejem. Dał gestem znak aby gość dosiadł się do niego jeśli ma ochotę.
-
Nic nie jest stracone, choć obecna sytuacja jest… problematyczna. - powiedział łagodnie Ekonom siadając - Przeciąga się to niemiłosiernie. Powiedz mi, dobry człowieku, jak Twój Pan radzi sobie z tym wszystkim?
-
Ah mój pan, baron Fiodor Ursunow, źle znosi bezczynność. A jak źle coś znosi to ma zły humor. A jak ma zły humor to da się to odczuć. Przyjechał na turniej, pojedynki, bale, polowania, koncerty. A tu bogowie na prowincję śmierć zesłali i teraz wszędzie żałoba. Wszystko zabronione. Nawet ta piękna diwa o cudownym głosie przyjechała i mój baron jest nią zachwycony. No ale i tak ani ona koncertu dać nie może ani na żadnym balu się nie pokaże. I mój baron zły jest z tego powodu. Tedy rzecze mi abym poszukał mu jakiejś rozrywki. Bo znudzon okropnie. Tedy ja myślał, żeby jakieś polowanie mu zorganizować, przeca to można powiedzieć, że w las, na przejażdzkę się jedzie. A, że w lesie różne poczwary siedzą to i trzeba jakiś łuk, oszczep czy rohatynę zabrać. No albo jakieś walki czy pojedynki. Tylko ja też z nim przyjechałem, pierwszy raz jestem w tym mieście i mało kogo tu znam. Pytam tego, tamtego, ale wszyscy się boją aby żałoby nie naruszyć i klerowi nie podpaść, władzom i ludziom też. - Kislevita wyżalił się co mu leży na sercu. A jego wschodni akcent jeszcze bardziej dał się znać. Żałoba oczywiście była nakazem, jaki publicznie było bardzo nierozsądne łamać. Oznaczałoby brak szacunku dla zmarłej księżnej i rodziny elektora. Oraz tradycji i praw boskich. Co mogło się źle skończyć dla śmiałka jaki by sobie to wszystko lekceważył. Nic dziwnego, że mało kto kwapił się aby się angażować w tak ryzykowne przedsięwzięcie.
-
Mówisz całkiem niezłym Reikspielem. - zauważył, czy może pochwalił człowieka z północnego wschodu,
-
Jego Miłość, Herr Ursunow… Baron? Znaczy się, że posiadający ziemię? - zapytał z ciekawością - Czym zajmują się jego włości?
-
A dziękuję, miałem nauczyciela reikspiel z Imperium. Z Wolfenburga. Jestem Nikolaj Zacharenko. - Przedstawił siebie i skinął głową swojemu gościowy. - Oczywiście, że nasz baron posiada ziemię. Jest właścicielem kilku wiosek i dwóch młynów. Jednego wodnego i drugiego wiatrowego. No i przyjechał tu na turniej… Właściwie to statkiem z Erengradu żeśmy przypłynęli. A tu taki klops jak mówię. No i szukam teraz kogoś kto by mi pomógł zorganizować jakąś rozrywkę godną mojego pana. - Powiedział strapionym głosem.
-
Żałoba jest dość problematyczna dla nas wszystkich. Wielce niefortunna. W innych okolicznościach… - powiedział z żalem Marcus i ściszył głos - …nic nie obiecuję.
Kislevski majordom otworzył szerzej oczy. I aż pochylił się nad stołem.
-
Mógłbyś coś herr poradzić na te rozrywki dla mojego pana? - zapytał z nadzieją wypisaną na twarzy.
-
Nic nie obiecuję. - odpowiedział cicho Ekonom wstają.
-
Poczekaj proszę. Jeśli się coś dowiesz, to przyślij prosze wiadomość do Herr Cornelisa von Munka. Mój pan gości u niego. Kogo by mieli zapowiedzieć? - Kislevita zareagował całkiem przytomnie, chcąc złapać jakiś kontakt z rozmówcą.
-
Marcus Schleiffer. - odpowiedział z lekkim uśmiechem Ekonom. - Jak Was zowią?
-
Boris. Boris Zacharenko. Majordomus barona Fiodora Ursunowa. - Przedstawił się z lekkim ukłonem.
Marcus skinął głową mężczyźnie w uznaniu.
- Do zobaczenia, Herr Boris. To przyjemność móc was poznać.
Karczma, spotkanie z Knutem Sigurdsson
Bogatszy o wiedzę i z dalszymi planami na przyszłość, Marcus skierował swoje kroki w stronę swojego starego druha, Knuta. Nie minęło wiele czasu od przybycia Schleiffera do “Kwarty”, więc przewidywał, że nadal siedział ze swoimi znajomkami ze Straży. W tym gwarze i tłoku musiał najpierw na nowo go znaleźć…
Z pewnym niepokojem, Marcus zauważył, że chyba zasiedział się w tych rozmowach dłużej niż się spodziewał. Bo jak podszedł w okolice stołu gdzie wcześniej siedział Knut, to go tam nie zauważył. Rozglądał się czy gdzieś indziej go nie widać no i dostrzegł. Wojak wracał od wychodka i dojrzał starego znajomego.
-
Kogóż ja widzę? Któż to wrócił do miasta? - Uśmiechnął się szeroko i podszedł do Marcusa. Uściskał mu prawicę i z zaciekawieniem obrzucił jego sylwetkę z góry na dół. - Kiedy wróciłeś? Tak przejazdem czy na dłużej? - zapytał gdy już się przywitali.
-
Niedawno, jeszcze nie zdążyłem się rozgościć. - odpowiedział z szerokim uśmiechem Uczony - Pierwsza myśl? Zobaczyć co u mojego starego przyjaciela. Tak to na dłużej, mam nadzieję na stałe, choć nadal mam zobowiązania i jestem “na list”, gdyby mnie potrzebowali. Choć moja papierkologia się zgadza… - zaśmiał się cicho - …to musieliby się naprawdę postarać szukając kruczków prawnych by ściągnąć mnie na dłużej.
Marcus rozejrzał się wokoło i westchnął lekko. -
Nawet nie wiesz jak mi brakowało Neues… ale dość o mnie. Co u Ciebie?
-
A stara bieda, dobrze, że nie nowa. Przenieśli mnie na Południową Bramę. No to jak mam tam dyżur to się nie nudzę. Mówili, że czasowo, bo kolega nam wypadł z obiegu no ale wiesz jak jest. Na razie już z kwartał trwa to “tymczasowo”. No i niewesoło. Z miesiąc temu ktoś napadł i okradł świątynię Mananna. Ale się zakotłowało! Nikogo nie znaleźli. Dziwne. Liczyliśmy, że trefny towar gdzieś wypłynie w mieście ale albo go skitrali albo jakoś wynieśli z miasta. Mogli załadować na statek to teraz te fanty są już gdziekolwiek na Morzu Szponow albo i dalej. Ale wciąż ich szukamy. No i ten przeklęty turniej. Pół biedy ci możni. Ale ta cała hołota zjechała się na turniej. Jakby było normalnie to by się odbył i by znów pojechali gdzie indziej. A tak to siedzą i mają za wiele czasu wolnego. Bo wszyscy liczą, że jednak się odbędzie jak się żałoba skończy. - Westchnął na koniec gdy skończył opowiadać to co najważniejsze się u niego działo odkąd się ostatni raz widzieli.
-
Okradli świątynię Mannana? - brwi Ekonoma powędrowały do góry w zdziwieniu i pokręcił, aż głową - Bezbożnicy. Prędzej czy później ich dorwiemy, ale dziwne, że nie ma podejrzanych…
Widocznie zmarszczył brwi zastanawiając się nad tym faktem, by wzruszyć ramionami. -
No cóż, klops z tym turniejem, nie ma co, ale co zrobić? Zmarło się i wszyscy pokutujemy. Gdyby to był jeden z nas… czy ktokolwiek by się przejął? Na pewno nie ci na górze. - zauważył Marcus - Na południu to co zawsze co roku. Wiosna, więc ceny wszystkiego poszły w górę. Szczególnie żywności i broni, bo to sezon na wojaczki… Eh, mówię ci, nie rozumiem tego skakania sobie do gardeł wielmożów i cieszę się, że znów tu jestem. Z dala to problemów.
-
To prawda. Nam się wydaje, że jesteśmy tacy ważni i wyjątkowi. A potem Morr wzywa do siebie i okazuje się, że świat robi kolejny krok i kolejny. Ale już bez nas. - Knut nieco smętnie pokiwał głową i zamyślił się na chwilę nad tą kruchością ludzkiego żywota. - A tych bezbożników szukamy. Raczej to jakaś przyjezdna ekipa. Bo swoich to, żeśmy nieźle przetrzepali. Sam rozumiesz, presja od samej góry. Taki wstyd na całą prowincję. Zwłaszcza, że to tylu gości spoza miasta mamy bo sie zjechali na ten turniej. No więc władze i świeckie, i kościelne, szmergla dostały aby złapać tych heretyków. No ale na razie nic. Na moje oko to wiedzieli na co się piszą i zwiali z miasta razem z fantami jeszcze tej samej nocy albo tuż po. - Pokiwał głową jakby dzielił się z kolegą swoimi przemyśleniami na ten temat. - Dobra, nie stójmy tak. Chodź, usiądźmy i pogadajmy jak cywilizowani ludzie. - Pokazał na stół przy jakim wcześniej go widział Marcus. Nadal tam siedziało trzech innych zbrojnych.
Kiedy znaleźli się przy stole Marcus powiedział krótkie.
-
Uszanowanie Panowie.
-
To mój kolega Marcus. Właśnie wrócił do miasta, dawno go nie było. A to jest Ernst, Bolko i Rupert. - Przedstawił ich sobie a oni krótko się z nim przywitali. Wyróżniał się ubiorem, oni mieli na sobie zwykłe kaftany lub przeszywalnice. Ale po chwili rozmowa wróciła na poprzednie tory. - No to jak mówiłem, trochę starej biedy a trochę nowej. - Knut nawiązał do tego co rozmawiali przed chwilą.
-
Czasami mam wrażenie, że nowe to nic innego jak przebrane stare. Ten sam, a często i gorszy, ból głowy w nowej odsłonie. - powiedział lekko zmęczonym głosem Ekonom.
-
To prawda, to prawda. - Knut zadumał się. Zaczął nalewać z gąsiora wina dla Marcusa po czym przesunął kubek w jego stronę. - No to za jutrzejszy ból głowy na mszy! - Zaśmiał się rubasznie i wzniósł toast. Jego kompanów to rozbawiło i też dołączyli ze swoimi kuflami.
Mieszkanie Marcus
Nie miał większych planów. Wizyta na południu zmieniła go... i wiedział, czuł to całym sobą. Było już ciemno kiedy zapalał świecę zegarową, by mieć pewność porannej pobudki. Następnie herbata z ziółek na kolorowe i wyraziste sny. Tak, jutrzejszy dzień był kluczowy pod wieloma względami i miał plany co do niego. Noc natomiast zamierzał odespać. Nie to co kiedyś. Jeśli jednak miałby się obudzić to miał księgi do sprawdzenia, ale jutro? Msza i Wyżnik. Co dalej? Był otwarty na los.
-
-
Angestag; zmierzch; kurhan Gonsara
Krótki posiłek przy gnisku przydał się. Nawet jeśli gęsta polewka nie zabiła całkowicie głodu w żłądkach to pozwoliła go stłumić aby stał się drobną irytacją na krawędzi świadomości. W grupie humory dopisywały. Łącznie udało im się pochwycić aż czwórkę jeńców z czego Hanna wydawała się tak oczarowana wężową milady, że wydawała się być gotowym materiałem na jej służkę oraz na nosicielkę jaj Oster. Na razie zachowywała się jakby była całkiem w niej zakochana i nie zwracała większej uwagi na to co się dookoła dzieje.
- Poczekasz tu na mnie Hanno? Mam parę spraw do załatwienia. Ale wrócę do ciebie i znów będziemy razem. Burgund dotrzyma ci towarzystwa. - Milady mówiła aksamitnym głosem od jakiego nawet jak się stało obok to stawały włoski na karku i miało się kosmate skojarzenia. Zaś na chłopkę z rybackiej wioski działało to jeszcze bardziej.
- Dobrze milady, poczekam tu na ciebie. - Zgodziła się bez słowa sprzeciwu a ta wynagrodziła ją podając jej dłoń do pocałowania. Rybaczka zrobiła to bez słowa a na rudowłosą łotrzycę ledwo spojrzała. Ta wzruszyła ramionami.
- Dobra, zostanę z nią. I tak nie chcę wracać w te przeklęte lochy. - Wydawała się nawet ucieszona takim podziałem ról. Już wcześniej widać było, że źle znosi ten pobyt w podziemiach gdzie trupia woda sięgała po kolana albo po uda.Większość grupy jednak po raz kolejny ruszyła na przełaj przez mokradła. Potrzebowali z pacierza albo dwóch aby je przbyć i stanąć na suchszej ziemi na jakiej wznosił się kurhan. Tu trzeba było rozpalić małe ognisko a od niego odpalić pochodnie. Przy ich świetle przejść nieregularnym, wijącym się korytarzem w dol. Gdzie zimnej wody było coraz więcej. Aż dotarli do komory grobowej. Sceneria się za bardzo nie zmieniła. Trupy dalej stały w pobliżu sarkofagu, jakby blokując intruzom drogę do środka. Ale nie atakowały przybyszów.
Egon skinął głową. Idąc wcześniej przez mroczny, chlupoczący wodą korytarz, mógł tylko zgadywać, co wkrótce mogła przynieść ze sobą przyszłość. Wkroczywszy do wielkiej komnaty grobowej Gonsara, rzekł do swych towarzyszy:
– Rune i Silny, chodźcie ze mną. Lady Soria, wszakże i twa pomoc i doświadczenie będą pomocne. Zbliż się proszę, milady, do grobowca, jako że twą krew Gonsar rozpoznał już raz. Będziesz niby pieczęć, którą rozpozna czarownik.
Tu rzekł do Silnego i Rune:
– Weźcie drabów w ręce i podążajcie za mną. Kiedy dojdziemy do sarkofagu, rzeknę jeno słowo albo dwa do trupiego maga, bo teraz już wiem, że nas słyszy, choć jest martwy. Na mój znak gracko łby odrąbiecie, a kiedy jucha tryśnie, trzymajcie i lejcie prosto do grobu. Jasne? No… To ruszajmy.
Wziął jednego z oczarowanych jeńców pod rękę, niby żelazne kleszcze, w drugiej dłoni mając pochodnie i rzekł:
– Gonsarze! – zawołał w ciemnościach. – Słudzy Sióstr raz jeszcze przychodzą i składają dary!
Po czym skinął głową na resztę i ruszył przed siebie tak, jak wcześniej.
- Nie trzeba odrąbywać im glów. Wystarczy pderżnąć im gardła i przytrzymać aby krew ściekała do ust Gonsara. No chyba, że bardzo chcecie odrbąć im głowy. - Milady zwrociła się do wojowników jacy jej twarzysyzli w tym podziemnym swiecie. Silny wzruszył ramionami na znak, że mu to obojętne. I po chwili, prąc przez zimną, zgniłą wodę, ruszyli w kierunku sarkofagu. Szkielety i truchła goblinów, wciąż stały na miejscu. Lekko chybotały się jak trzciny na wietrze. Ale przepuściły ich. Po paru chwilach, cała grupka była już przy kamiennym sarkofagu. Odruchowo zajrzeli do środka ale nic się nie zmieniło. Trup wciąż tam leżał. Okryty skórą cienką jak pergamin, co była napięta na starych kościach. Wydawało się, że nic się nie zmieniło.
- Co teraz? - Astrid zapytała z mieszanina obawy i zaciekawienia wypisanną na twarzy. Soria uniosła palec do góry, jakby prosiła o uwagę. Po czym przyłożyła swoją dłoń do czoła czarnoksiężnika. Przymknęła oczy i przez chwilę tak stała nieruchomo. W końcu otworzyła je i popatrzyła na leżące truchło.
- Coś wyczułam ale za słabo aby coś zrozumieć. W każdym razie nadal tu jest. - Zrobiła palcem ruch dookoła komnaty. - Chłopcy dajcie tu tego pierwszego. Przystawcie mu szyję na dół, tak aby krew spływała do ust czarownika. I przytrzymajcie go tak aż przestanie lecieć coś rozsądnego. - Milady poleciła trzem wojownikom co teraz powinni zrobić.
- Jak chcecie mu odrąbać łeb to rąbcie. Ale jak chcecie poderżnąć gardło to ja to mogę zrobić. - Raisa wyjęła swój zardzewiały nóż jaki jednak wyglądał na ostry.Egon skinął głową na Raisę i złapał się na tym, że zapewne niejeden raz pracowała jak akuszerka i przecinała pępowiny, jak każda wiedźma. A i pewnie też wprawna była w robieniu nożem. Noże - sądził Egon - nie były bronią godną wojownika, takiego jak on, toteż postanowił roboty dokonać Raisie.
Wziął jeńca w odpowiednią pozycję. Szyję oczarowanego nadstawił nad usta trupa i rzekł:
– Dalej Raiso – ponaglił. – Rozpocznijmy!
- Już syneczki, już. - Wiedźma zakolebała się i swoim niezdarnym, kaczym chodem obeszła sarkofag aby znaleźć się przy głowie nekromanty. Dała znać aby Egon przytrzymał jeńca w odpowiedniej pozycji. A wtedy bez ceregieli przejechała mu nożem po gardle. Krew od razu chlusnęła w rozciętych tętnic a więzień szarpnął się jakby w godzinie śmierci przełamał urok syreny. Widać było jak wodzi przytomnym nagle spojrzeniem i próbuje się wyrwać. Miał ścisk tonącego i chociaż Egon był od niego masywniejszy i silniejszy to ten rzucał mu się w objęciach jak wyrzucona na brzeg ryba. Lars złapał go z drugiej strony a Astrid przepchnęła się obok wiedźmy aby pomóc mu z drugiej. We trójkę dali radę utrzymać słabnące ciało. Chociaż świeża krew splamiła piersi, ubrania, szyję trupa raz wnętrze podłogi i ścianek sarkofagu. Więzień w końcu znieruchomiał. Krew coraz słabiej pulsowała z rozciętej szyi. Zrobiło się jakby ciszej i zrobiła się atmosfera oczekiwania. Przerwał ją beznamiętny głos starej wiedźmy.
- Dobra już. Już więcej z niego nie wycieknie. - Machnęła dłonią dając znać, że już wystarczy tej krwawej uczty. Zmarszczyła oczy i przyglądała się trupowi błyszczącemu od krwawych zacieków. Soria znów położyła dłoń na jego czole. Widać było jak płynna czerwień zostaje na jej alabastrowej skórze. Przymknęła oczy i jakby wsłuchiwała się w coś.
- Tak. Pomogło. Budzi się. Jest wyraźniejszy. Dajcie następnego. - Oznajmiła im gdy mówiła z jeszcze zamkniętymi oczami. A gdy je otworzyła zrobiła zachęcający ruch dłonią aby podać następną ofiarę.– Dawaj tam następnego, brat – Egon dał znak Rune, żeby ten podał mu swojego jeńca. – Łatwo pójdzie… Te-he-he – Egon zaśmiał się gardłowo, jako że widok płynącej krwi dodał mu animuszu.
Dwójka jeńców nie miała szans stawić sensownego oporu. Co prawda syreni urok nie był idealy gdy doszło do szarpaniny, do obecności trupów, tych stojących i tego w kamiennej skrzyni, to zwykle następowało przebudzenie. Jednak już było za późno. Trzymani mocno przez Egona, Larsa, Silnego czy Rune, byli skazani na porażkę. Raisa bez większych ceregieli podrzynała im gardła swoim zakrzywionym, zardzewiałym nozem. Z rozcietych gardeł chlustała krew i spływała w dół. Większa część do pradawnych ust nekromanty. Ale umierającymi ciałami nie było tak łatwo sterować więc gorąca jucha tryskała wszędzie dookoła. Na twarz nekromanty, szyję, piersi ściany sarkofagu a na dnie tworzyły się coraz większe, czerwone kałuże. Gdy ostatni z jeńców padł bez życia na schody, grupka kultystów zebrała się wokół pradawnego grobu. W chłodnym powietrzu, para unosiła się z rozlanej posoki.
- I co teraz? - Astrid zapytała podnosząc głowę znad otwartego sarkofagu.
- Musimy poczekać aż krew zacznie dzialać. - Stara wiedźma zachowywała spokój.
- A długo to będziemy tak czekać? - Silny posłął jej pytające spojrzenie. Ona jednak tylko wzruszyła ramionami.
- Nabiera mocy. Ta krew nadaje mu mocy. Budzi się. Ale powoli. - Po chwili wiedźma dodała coś jeszcze.
- Jego duchowa forma od dawna jest poza ciałem. Teraz musi wrócić i związać się ze swoją fizyczną formą. - Soria też dołożyła swoje zdanie.
Czekali jeszcze trochę na jakąś reakcję. Rune z Silnym odeszli na skraj wody i zaczęli rozmawiać. Raisa usiadła w kucki u stóp sarkofagu i zaczęła medytować. Napięcie zdążyło opaść i ludzie starali się jakoś zabić czas tym czekaniem. Lars podszedł do Egona.
- Widziałeś jak oczarowała tą trójkę z wioski? To by nam mogło ułatwić te łowy jakby zgodziła się pójść z nami. I statek jeszcze by się przydał. Ta czarnowłosa Bretonka z robakami mówiła, że coś tam ma jakieś znajomości w porcie bo jej mąż jest kapitanem. To można by z nią o tym pogadać czy nie dałoby się czegoś zorganizować. No i jeszcze załoga, bo we dwóch czy trzech to łodzią możemy wiosłować a nie statkiem. - Widać norsmeński korsarz, wrócił myślami do przyszłych łowów o jakich rozmawiali wcześniej.– Jeśli tylko Lady Soria miałaby czas i chęci uczestniczyć w takich wyprawach – Egon zgodził się z Larsem. – Tego bym pewien nie był. Rzecz obgadać trzeba będzie, jak się wyrobimy z tym tutaj…
- Hej zobaczcie! - Okrzyk Astrid postawił wszystkich na nogi. Blondwłosa córka jarla pokazywała na wnętrze sarkofagu. Gdy się zebrali, dostrzegli pewną zmianę. Na ciemnoszarej skórze trupa pojawiły się czarne żyłki. I jak się chwilę na nie popatrzyło to widać było jak rosły. Jak jakieś podskórne korzenie albo dziwny układ krwionośny wypełniony czarną krwią.
- Krew napełniła go mocą. Budzi się Ciało od tylu mileniów martwe, znów wraca do żywych.. - Stara wiedźma dalej siedziała w kucki u stóp kamiennej skrzyni.
- Chyba skóra zmieniła mu kolor. Albo t tylko światło teraz inaczej pada. - Rune zauważył inny detal. Chociaż inni też nie byli pewni czy słusznie czy nie. W pewnym momencie kściste ramię uniosło się do góry. Co zaskoczyło wszystkich. Drgnęli, jękneli albo wstrzymali oddech. Wreszcie widać było jakiś namacalny dowód, że ta przelana krew przyniosła jakiś efekt. Po chwili martwy od mileniów trup poruszył czaszką. Z jego ust wydobył się syk podobny do uchodzącego przez cienką dziurę powietrza. Z jego ciała zaczął parować ciemny dym. A ono samo zaczęło wykonywać nieskoordynowane ruchy, jakby dostało jakiś konwulsji. Dym przy samym sarkofagu gęstniał, słychać było jak kościste członki objają się o wnętrze kamiennej skrzyni.
- Spojrzał na mnie! - Krzyknął w zdenerwowaniu Lars. I zaczął się cofać do tyłu. Egon nie był pewien o co chodziło. Coraz mniej widział a instynkt podpowiadał aby uciekać od tego nadnaturalnego niebezpieczeństwa. Czuł jak pod ubraniem skóra na plecach pokrywa mu się gorącym potem. Tak samo jak dłonie. Wszyscy zaczęli coś krzyczeć i mówić jednocześnie. Dopytywali się co się dzieje albo cofali się od wnętrza sarkofagu, jakie wydawało się być epicentrum teg chaosu. Dymiło już na całego, jak wulkan. Po komnacie rozszedł się ten czarny dym. Najpierw bił w górę ale jak trafiał na sufit to się tam rozpstrzestrzeniał wzdłuż niego. Część jednak opadała na dół przez co pomieszczenie robiło się coraz bardziej zadymione. Ludzie cofali się i kaszleli, machali przed twarzami dłońmi aby choć na chwilę oczyścić grobowe powietrze.
- Zobaczcie! Rusza się! - Chyba Silny, lub jakiś inny mężczyzna krzyknął. Przez kaszel trudno było poznać. Pokazywał w stronę sarkofagu. A tam wydawało się, że w słupie czarnego dymu chyba stoi jakaś postać.
- Mam dość, spadam stąd! - Lars odwrocił się i zacząl przepychać się między stojącymi martwiakami w kierunku wyjścia. Nie tylko on. Bjorn i Rune też mieli taki zamiar ale jakby zawahali się czy da się bezpiecznie przejść pomiędzy martwymi strażnikami grobu. Zog uniósł w dłoniach łuk ale stanął na krawędzi wody. Jak na broń zasięgową to był ledwo kilka kroków czy od tego co było w sarkofagu czy tych stojących w wodzie trupów. Egon też wycofał się na krawędź wody. Czuł jak zimna wlewa mu się do i tak mokrych butów.
- Na razie chyba stoi w miejscu. - Silny przełknął ślinę ale stał bliżej sarkofagu. Choć minę miał niepewną.
- Spokojnie. Jego fizyczna forma jest jeszcze bardzo słaba. Powrót kosztował go wiele mocy i wysiłku. - Raisa wstała i z dwóch kroków wpatrywała się w coś co stało wewnątrz słupa czarnego dymu. I starała się uspokoić kolegów.
- Będzie o czym pisać sagę. - Astrid próbowała się uśmiechnąć ale minę miała niewyraźną.
- Raisa ma rację. Nasz sojusznik jeszcze jest słaby. Na długo mu ta krew nie wystarczy. Wie, że jesteśmy przyjaciółmi i nie zamierza nam zrobić krzywdy. Dlatego jego sługi nas nie atakują. - Ze środka dobiegł ich aksamitny głos syreniej kusicielki. Nawet w tak nietypowej sytuacji brzmiał słodko i kojąco. Jako jedyna została przy samym sarkofagu. I teraz swobodnie, z taneczną gracją podeszła od wezgłowia do bocznej ściany. Wsadziła dłoń w dym a ta w nim zniknęła.– Prawdę rzecze Lady Soria – Egon skinął głową, który, choć zaniepokojony obecnością nieumarłych, na logikę wiedział, że nieumarły mag byłby idiotą, jeśli zaatakowałby tych, którzy byli jego dobroczyńcami.
Choć… Któż tam wiedział w rzeczywistości. On i Soria powołali się na Cztery Siostry i żywe trupy nie atakowały ich, co informowało ich o zamiarach czarownika. Teraz jednak, skoro zaszli tak daleko i zarżnęli trzech wieśniaków, nie mogli zrezygnować.
Egon zwrócił się do swych towarzyszy, bacznie obserwując nieumarłych, czy jakimś dziwnym sposobem nie postanowią nagle zaatakować:
– Potrzeba więcej krwi – rzekł, nagle rozmyślając. – Trzech drabów wystarczyło, aby sprowadzić Gonsara raz jeszcze tutaj, trzech lub sześciu jeszcze będzie potrzeba, aby przywrócić jego formę do żywych. Mus nam wybrać się raz jeszcze do jakiegoś sioła, aby złowić kolejnych.
I dodał:
– Czarownik zapewne będzie potrzebował krwi, żeby w ogóle przeżyć – zauważył wojownik. – Być może będzie i tak, że będzie wymagał ciągłej dostawy świeżej krwi.
Widząc, że ani martwi strażnicy, ani sylwetka zarysowana w słupie czarnego dymu nie zachowuje się agresywnie, pomogło to opanować sytuację. Tak samo jak uspakajające słowa Raisy, Sorii i Egona. Grupka zatrzymała się i znów zaczęli obserwować co się będzie działo. A na razie widać było jak pod sufitem kłębi się czarny dym. Powoli opadał na dół ale przez to nie był już tak gęsty. Z sarfagu też już prawie nie leciał, przez co sylwetka nekromanty była teraz lepiej widoczna. Dalej wyglądał mniej więcej tak jak przed chwilą, gdy leżał w sarkofagu, tyle, że teraz stał o własnych siłach. Jak szkielet obciągnięty napiętą, ciemnoszarym pergaminem. Chociaż tam i tu, widać było te dziwne, czarne żyłki pod skórą. Wydawały się pulsować. Najspokojniej zachowywała się syrenia milady. Stała tuż obok kamiennej skrzyni i trzymała dłoń na nagim czole ożywionego krwią trupa. Oczy miała przymknięte jakby zapadła w jakiś letarg na stojąco.
- Pewnie tak. Pewnie będzie potrzebował nowej krwi. Ta co mu daliśmy teraz, starczyła aby wrócił do swojego ciała. Ale jest jeszcze bardzo słaby. - Raisa pokiwała głową, patrząc na gladiatora jakby miała podobne do niego wnioski.
- To on jest jak jakiś wampir? - Astrid popatrzyła na nich oboje z nieco niepewną miną.
- Nie. Raczej nie. Wampry są potężniejsze. Ale nie tylko one używają krwi w swich rytuałach. Krew jest bardzo popularnym składnikiem wielu czarów i rytuałów. To symbol życia, dzieczictwa, pokoleń, rodu, trwania, wierności, zemsty. - Wiedźmie spodobał się temat jaki był pokrewny jej profesji i całkiem chętnie go pociągnęła.
- No ale co teraz? Będzie tak stał? - Silny też już zdążył się oswoić z sytuacją. I wskazał na trupa jaki wciąż zachowywał się dość niemrawo. Wtedy wężowa milady odezwała się swoim kuszącym, aksamitnym głosem.
- Gonsar Półtorej oki dziękuję nam za ożywienie. Od dawna czekał na taką okazję. Cieszy się, że też jesteśmy sługami Czterech Sióstr tak jak on. Obiecuję, że jak wróci mu moc to znów będzie im służył. - Brzmiało jakby tłumaczyła słowa pradawnego czarownika. Zebrani popatrzyli po sobie a wtedy ku pewnemu zaskoczeniu, nekromanta uniósł swoją ledwo obcięgniętą skórą dłoń jakby ich pozdrawiał. Wywołało to pewne poruszenie ale tym razem już zdążyli się oswoić na tyle, że nie reagowali tak gwałtownie jak przed chwilą gdy zaczął wracać do życia.
- Tak, krew go ożywia. Będzie potrzebował jej więcej. Ale to prymitywny sposób. Tam czeka na niego tron. - Syrena pokazała w ciemność. Tam już światła pochodni nie sięgały. Ale ci co byli tu wcześniej, wiedzieli, że tam było to zamurowane wejście. - Tron przywróci mu moc. Ustabilizuje jego żywot. Ale ze świeżą krwią będzie to szybsze i łatwiejsze. - Syrena nieco zamilkła jakby toczyła mentalny dialog z nekromantą jakiego inni nie mogli usłyszeć. Nagle uśmiechnęła się półgębkiem. - Gonsar mówi, że chciałby wam podziękować. Mozecie tu podejść i go dotknąć tak jak ja. Wtedy może uda wam się nawiązać rozmowę. Może nie jest to dobre słowo. Jak nie jesteście wprawni w magii i takich rytuałach to pewnie będą to obrazy. - Otworzyła oczy i popatrzyła na zebranych przy sarkofagu. Potem puściła czerep nekromanty ale wyłamała mu jeden z zębów. Znów oparła się tyłem o krawędź sarkofagu i po norsmeńsku zwróciła się o coś do Astrid i Bjorna. Oboje mieli zdziwione miny ale skald podeszła do milady a ta jej wyrwała jeden z blond włosów. Córka jarla na chwilę się skrzywiła ale z zaciekawieniem obserwowała co robi syrena. Bjorn zaś wyszedł z wody i zaczął szukać czegoś w swojej torbie.
- Ja tam nie mam ochoty go dotykać. - Silny uniósł dłonie do góry na znak, że bliższa znajomość z nekromantą wcale nie jest mu potrzebna.Egon, w przeciwieństwie do Silnego, czuł, że musi jakoś porozumieć się z czarownikiem, niezależnie od tego, czy to, czego się dowie, będzie niespójnym ciągiem wizji, które trup wleje mu w jego umysł. Zamierzał go dotknąć.
Idąc bliżej do trupa, który zrobił na Egonie spore wrażenie sam o własnych siłach wstając. Rzadko się widziało takie rzeczy.
– Rzeczesz, Lady Soria, że za ścianą jest jego tron – zaczął Egon. – Gonsarze, jak się dostać za ścianę? Czy nie lepiej by było, byśmy Gonsara od razu posadzili na jego tronie? Jeśli iście ma moc, to poza krwią będzie jeszcze jednym źródłem odzyskania jego sił.
- Tak, trzeba go posadzić na tym tronie. Jeśli gdzieś tam jest, to trzeba będzie go przenieść. - Soria przyjęła od Bjorna jakiś mały drobiazg. I wydawała się być skupiona na składaniu tych drobnych elementów w całość.
- Ale tam nic nie ma. Znaczy co było w wazach i garncach to już żeśmy wzięli za pierwszym razem. No i jest zamurowane wejście. Poprzednio nie mieliśmy go jak rozwalić a i nie byliśmy pewni czy warto. - Astrid wskazała w ciemność, w tą samą co przed chwilą milady. Ona zaś wzruszyła ramionami.
- No to trzeba będzie rozwalić tą ścianę. On potrzebuje tego tronu. Inaczej będzie potrzeba bardzo wielu trupów aby go utrzymać na chodzie. - Syrena kończyła majstrować przy swoim drobiazgu.– Narzędzia się znajdą, mamy wszystko – rzekł Egon.
Tu gladiator pochylił się nad swą sakwą podróżną i sprawdził, czy wszystko było na miejscu - ano, było. Upewniwszy się, że rzeczywiście tak jest, potrząsnął narzędziami.
– Silny, Rune, Lars. Będę was potrzebował. Jeśli potrzeba się przebić, to zrobi się… ale będziemy mieli nieco roboty.
Egon przez pewien czas zastanawiał się (choć czasu na to nie miał), jakie dalekosiężne zmiany przyniesie przebudzenie czarownika i jego nieumarłej hordy. Jeśli miał w istocie możliwość ożywiania martwego ciała tak samo, jak udało mu się z jego obrońcami wokół i samym sobą, to - być może - czy mogli zbudować wielką armię, która z czasem przyniesie im zwycięstwo?
Grupka mężczyzn zebrała się przy pozornie ślepej ścianie. Astrid weszła do trupiej wody razem z nimi aby przyświecać im pochodnią. Oni zaś wyjęli z tobołów te narzędzia jakie wczoraj Egon i Lars kupili właśnie w tym celu. Z bliska zamurowane przejście było całkiem dobrze widoczne. Lars na próbę postukał i pogładził ścianę jakby sprawdzał jej wytrzymałość.
- Uderzajcie od góry. Aby woda się nie przelała przez dziurę. - Norsmen poradził im gdy cofnął się aby się przymierzyć do tej roboty.
- Nie wiadomo, może po tamtej stronie też jest woda. - Silny zauważył a inni pokiwali głowami.
- Jak jej nie rozwalimy to nie będziemy wiedzieć. - Rune wzruszył ramionami. I po chwili zaczęli pracę. Puste ściany komnaty grobowej tworzyły echo każdego uderzenia. Szło się rozgrzać od tej ciężkiej, fizycznej pracy. Ale widać był efekty. Stare kamienie poddawały się nowoczesnej stali, wspartej przez solidne mięśnie. Miejsca było na dwóch robotników na raz. Ale jak się często zmieniali to pozwalało utrzymać raźne tempo prac. Do zimnej, zgniłej wody spadały skalne odłamki. Tworzyło to małe fale jakie rozchodziły się w głąb komnaty. Szybko też wszyscy zaczęli kaszleć od pyłu jaki wzbijał się przy każdym uderzeniu. Najpierw wykuli wnękę. Ta powiększyła się do dziury. Z początku małej jak na tyle aby głowę wsadzić do środka. Jednak nawet jak poświecili pochodnią to widać było kawałek stopniowo zakręcającego korytarza. Ale wody tam było niewiele. To dodało animuszu kolegom Egona i kuli dalej. Aż zrobiła się na tyle duża dziura, że sięgała do pasa. Dało się już przejść do środka. Znów poświecili ale widoki na ten łukowaty korytarz się nie zmieniły.
- Jak ktoś chętny to się nie krępujcie. - Silny zaśmiał się, pokazując gestem wybity otwór. Sam otarł pot z łysej czaszki. Wszyscy byli nieźle rozgrzani po tej pracy.– Zanim tam wejdziemy, trza się spytać Gonsara, czy czasem w środku nie ma jakiej pułapki albo czegoś – rzekł Egon. – Lady Sorio, czy mogłabyś zapytać się go o to?
Pułapki - wzmiankował bowiem Egon - stanowiły niemalże nieodłączną część kurhanów i starych grobowców i ich obawiał się najbardziej, jako że nie raz było tak, że szlachta tudzież kapłani, którzy kazali chować swe ciała w grobach, chcieli także je zabezpieczyć odpowiednio przed rabusiami grobów.
I dodał do reszty:
– Ja i Silny albo Rune poszlibyśmy na przedzie, Burgund, Raisa i Zog mogliby być w środku imprezy, zaś Rune zabezpieczałby tyły, jeśli coś poszłoby źle.
Wolał zostawić Lady Sorię razem z trupem - Egon planował. Jeśli bowiem rzecz była jakąś zasadzką albo krotochwilą nieumarłego maga (Egon wszak zachował czujność), syrena dałaby odpór i mogłaby ich odpowiednio ostrzec.
- Nie no gdzie syneczku? Tak wysoko? Gdzie ja ci przelezę przez ten murek. - Raisa pkręciła głową na znak, że dziura jest dla jej starczego ciała zbyt wysoko aby przez nią przeszła. Co wywołało śmiechy u niektórych ale na tym się skończyło. Syrenia milady zaś odbiła się swoim zgrabnym kuperkiem od zewnętrznej ściany sarkofagu i podeszła do stojącego trupa. Położyła mu dłoń na czole i tak przez chwilę trzymała. Nie było widać aby ze sobą rozmawiali. Ale wszyscy czekali na wynik.
- Nie wie co tu jest. Jego słudzy go tu pochowali gdy był już martwy. Wyczuwa tron w pobliżu bo jest z nim związany. Jest w pobliżu więc chyba nie powinny tam być jakieś wielkie katakumby. A jego duch inaczej postrzega rzeczywistość niż my swoimi oczami. - Syrena przekazała im słowa nekromanty. - Nie wyczuwam tam takich trupów jak te tutaj. - Dodała po chwili jakby nasłuchiwania albo węszenia.
- Może Bjorn niech pójdzie z tobą? Jak tam będzie coś do wywęszenia to on to wywęszy najprędzej. - Lars wskazał na norsmeńskiego tropiciela.Egon skinął głową.
– Skoro tak – rzekł w stronę Raisy
Wydawało mu się dziwnym, że czarownik nie pamiętał, czy w pobliżu są jakieś pułapki - jednak Egon założył, że było to najbardziej naturalne.
– Pójdziemy ja, Bjorn, Zog i Silny – rzekł Egon, który postanowił się zdać na siłę dwóch wojów i zwiadowcy, przypuszczając, że jeśli przyjdzie do bitki, lepiej było mieć w towarzystwie toporników. – Pójdziemy jako przepatrywacze. Za nami pójdzie Astrid, Rune i Lars jako drugi oddział. My będziemy przepatrywać i rozpoznawać, a pozostali będą w odwodzie. Lady Soria i Raisa zostaną przy czarowniku. Musimy znaleźć ten tron…
Po kolei przechodzili przez świeżo wybitą dziurę. Najpierw pierwsza para, potem kolejna. Światło pochodni oświetlało teren tylko na kilka kroków dookoła. Później zaczynał się półmrok jaki stopniowo przechodził w jednolitą czerń. Wody prawie nie było. Ot kałuże pod nogami, na kamienniach jakie wykładały posadzkę. Przeszli przez ten pierwszy korytarz i po zakręcie okazał się dość krótki. W świetle pochodni ukazała się większa przestrzeń. Ale znacznie mniejsza niż komnata z sarkofagiem. Tu po jedną ze ścian był tron. Wyglądał solidnie i majestatycznie. Ale z powodu licznych ozdobień czaszkami i kośćmi to także dość groźnie. Rozmiarem przypominał masywny fotel. Choć bez miękkich obić więc nie wyglądał na zbyt wygodny. Za siedziskiem było widać jakieś dziwne żłobienia, jak małe rynny. Po chwili zebrali się tu całą czwórką i z ciekawością oglądali ten mebel. Była też zamknięta skrzynia. Zakurzona i nie ruszana pewnie od wieków. I regał z jakimiś przedmiotami. Niektóre to chyba były rulony pergaminu ale w większości już dawno zgniły i rozpadły się w pył. Całość pomieszczenia wyglądała jak jakiś magazynek na rzeczy dla uczonego, maga w jakim ktoś w pośpiechu wrzucił co się dało albo latami tylko dokładał kolejne graty.
Egon zmrużył nieco oczy. Całe pomieszczenie wyglądało na prastare i cudem chyba tylko uchowało się przed rabusiami grobów, a w każdym razie, na takie wyglądało. Jakimś cudem pułapek nie było… “Dobra nasza”, pomyślał Egon. Jeśli to nie był tron, który wyczuwał w komorze grobowej czarownik, to Egon nie wiedział, co to było.
Przez chwilę błysnęło mu w myśli, by splądrować ten pokój, ale zmitygował się przed tym. Teraz, kiedy Gonsar przebudził się, z pewnością będzie uważał ów pokój za swój… No i prawda - większość tego była po prostu stara i zmurszała, by reprezentować jakąś wartość.
– To wszystko, zdaje się – rzekł Egon. – Trzeba będzie go tutaj przenieść, czarownik jest zbyt słaby, by pójść o własnych nogach. Wróćmy do komnaty sarkofagu.
Wydawało się, że Norsmeni mają naturalną pokusę do myszkowania. I to nieważne czy morski łupieżca, barbarzyński tropiciel czy córka jarla. Z początku zainteresował ich trupi tron bo w całym pomieszczeniu wydawał się najokazalszym znaleziskiem. Jednak gdy juz go obejrzeli to zaczęli zaglądać w różne zakamarki. Pechowo dla nich nie było tu tak oczywistych fantów jak te co parę dni temu znaleźli w komorze grobowej. Co prawda Lars znalazł jakiś miecz ale był przeżarty przez rdzę tak bardzo, że wyglądał jak złom. Bjorn oglądał te same zgniłe zwoje co Egon ale widząc, że niewiele z nich zostało to szybko się znudził. Astrid znalazła wyprawione skóry. Widać było na nich jakieś znaki i chyba używano ich jak pergaminów. Ale skóra tak pociemniała, że były ledwo widoczne. Jednak skald rozpoznała jeden z glifów jaki ten którym oznaczano Cztery Siostry. W końcu więc jak już nie było za bardzo ani co do oglądania ani rabowania to wrócili do komnaty grobowej. Tam zaś sytuacja za bardzo się nie zmieniła. Wężowa milady opierała się przy Gnosarze o kamienny sarkofag i rozmawiała z Raisą. Obie wydawały się fizycznie skrajnie różne. Jasna, smukła, gibka młodość tuż obok szarej, przygarbionej, pomarszczonej starości. Obie jednak przerwały rozmowę aby zobaczyć z czym wraca ekipa zwiadowców. Jak się okazało, że znaleźli tron to obie się ucieszyły.
- Świetnie wam poszło. Teraz już powinno pójść z górki. A tu mam coś jeśli jest ktoś chętny i odważny. - Syrena pokazała im ten mały przedmiot jaki widocznie zdążyła skończyć jak byli w sąsiednim magazynie. Wyglądał jak ząb dyndający na blond nitce przymocowanej do haczyka na ryby.
- Co to? - Astrid zainteresowała się i podeszła bliżej aby się przyjrzeć.
- To kolczyk zrobiony wedle instrukcji Gonsara. Można go zaczepić w ucho albo gdzie tam chcecie. - Wężowłosa wyjaśniła całkiem chętnie. - To pozwoli komuś na nawiązanie więzi z czarownikiem. Zapewne jako obrazy, może jakiś szept. Trudno powiedzieć. Oczywiście najsilniej będzie działał w jego pobliżu ale gdzieś dalej też by mógł. - Dodała jeszcze czym jest ten improwizowany kolczyk.
- Mi tam to wcale nie jest potrzebne. - Silny ponownie zgłosił swoją niechęć do bliższego obcowania z nekromantą. Właściwie tylko Raisa i Astrid wyglądały jakby mogły być zainteresowane ale jeszcze patrzyły co inni powiedzą.
- To co? Trzeba go teraz tam przenieść i posadzić na krzesełku? - Lars wskazał kciukiem w stronę przejścia gdzie niedawno wybili otwór.
– Niechaj rzeknie Raisa i Astrid. Jeśli chcą, oddam im pierwszeństwo. Ale jeśli nikt nie chce, to sam ten kolec w ucho sobie wbiję – oświadczył Egon, który czuł, że relacja z trupim czarownikiem była ważna, choć z drugiej strony sądził, że inni, bardziej wprawni w magii mogli to lepiej spożytkować.I zwrócił się do Larsa:
– Ktoś będzie go musiał ponieść – rzekł Egon. – Pewnie niezbyt ciężki, ale leżał stulecia w grobie. Ja mogę go tam przenieść… Jeśli jeno Gonsar się zgodzi. Moglibyśmy spróbować też zaimprowizować nosze i władować go na nie, może pójdzie trochę lepiej – podzielił się pomysłem.
- Syneczku, jak chcesz ten kolczyk to go weź. - Starucha uśmiechnęła się swoimi wąskimi, brzydkimi wargami do brodatego mocarza. Skald popatrzyła na nią, na niego i widać było, że się zastanawia nad tym dłużej. W końcu wzruszyła ramionami i odpuściła temat. Więc milady przekazała kolczyk gladiatorowi. Zostało im przenieść ożywionego trupa do sąsiedniej komnaty.
- A on się nie rozpadnie? W końcu to stare truchło, starsze niż Raisa! - Lars zapytał bo czarownik chociaż stał o własnych siłach to jednak wyglądał dość cherlawo. No i te czarne żyłki wciąż pulsowały mu tuż pod skórą.
- Może zróbmy te nosze bo faktycznie może się cherlak rozsypać. - Silny pewnie doszedł do podobnych wniosków i poparł pomysł Egona. Po paru chwilach majstrowania związali dwa płaszcze a milady bez większych trudności, złapała za boki nekromanty i ostrożnie przeniosła go do wnętrza tego improwizowanego nosidła. Wtedy Egon i Lars mogli go ponieść do dziury. Ty trzeba było się trochę nagimnastykować ale Silny i Rune im pomogli. Złapali płaszcze aby najpierw jeden mógł przejść do wewnętrznego korytarza a potem drugi. I tak wrócili do komnaty tronowej. Tu trzeba było ostrożnie przenieść tego zetlałego trupa na ten dziwny tron.
- Właściwe kości na właściwym miejscu he he! - Lars zaśmiał się gdy cofnęli się i mogli podziwiać swoje dzieło.
– Dobra jest – Egon pokiwał głową i potarł brodę na znak dobrze wykonanej roboty. – Ta jego armia trupów będzie go chronić, przynajmniej już nie ma niebezpieczeństwa, że zostanie wykradziony albo coś mu się stanie… Chodźmy z powrotem do komnaty grobowej, aby tam deliberować.Później zwrócił się raz jeszcze do towarzyszy:
– Musimy znowu zapolować, dziś lub wkrótce. Czarownikowi potrzeba więcej krwi. Trzej zaledwie sprowadzili go do tego świata, trzech więcej zapewne go wzmocni. Ale pewien jestem, że być może i tak, że co jakiś czas będzie potrzebował świeżej dostawy. Lady Soria, czy pomożesz nam i teraz? Lub też czy wolisz, abyśmy znowu się wyprawili na rejzę myśliwską?
I rzekł jeszcze do Raisy:
– Wepniesz mi ów ząb w ucho? – zapytał z ponurym uśmiechem. – Wprawniejsza jesteś.
- A to kiedy chcesz iść na tą rejzę? Tutaj to ciężko określić ale na zewnątrz pewnie jest koniec dnia albo już zmierzcha. Dziś już nic nie załatwimy. Po nocy nie ma sensu łazić po lesie. A jutro mieliśmy wracać do miasta. I tak jak ruszymy z rana to pewnie przed obiadem tam nie zdążymy. - Silny popatrzył na Egona i wypowiedział mu swoje szacunki co do tych wycieczek po brańców. W podziemiach rzeczywiście trudno było określić jaka jest pora doby i pogoda na zewnątrz ale na oko to mięśniak mógł mieć rację. Gdy wchodzili do grobowca to było już popołudnie. I letni dzień, chociaż długi, pewnie już się kończył. Do najbliższego rybackiego sioła, ta skąd wróciła syrenia milady, było kilka pacierzy marszu. I to w dzień. Do tej Schweinewald skąd pochwycili młodego świniopasa, ze dwa razy dalej.
- Nie wiadomo ile on na tych trzech wytrzyma. A te worki krwi to byśmy mogli zgarnąć gdy byśmy wybrali się po tych niewolników dla Munira i dziewki dla robaków. To i jemu można by coś w nich przydzielić. - Lars podrapał się po brodzie i podsunął podobne rozwiązanie. Popatrzył i na ponętną milady i na starą wiedźmę, jakby od nich oczekiwał jakiejś opinii o tych sprawach związanych z mroczną magią.
- On nie jest żywy. Więc z głodu nie umrze. Najwyżej zapadnie w letarg. Nawet wtedy pewnie będzie mógł się komunikować za pomocą snów i wizji, tak jak to robił do tej pory. Tylko trzeba będzie być wtedy tutaj. - Wiedźma podeszła do wężowłosej i przejęła od niej kolczyk.
- No ale jak tylko będzie leżał i spał to na niewiele nam się przyda. A ten tron coś pomoże? - Astrid machnęła dłonią w stronę wejścia prowadzącego do korytarza jaki łączył ten magazynek z komorą grobową.
- Zapewne tak. Tron powinien pomóc mu napełnić się mocą. A ta przywróci mu pełną sprawność. Ale ze świeżą, ludzką krwią będzie to szybciej. Po to ma te rowki tam na zapleczu tego tronu. Tyle zrozumiałam z jego wizji. Ale ile to potrwa to nie wiem. - Milady odezwała się swoim aksamitnym głosem wskazując swoimi zadbanymi, smukłymi palcami na tył dziwnego fotela jaki przed chwilą oglądali.
- A jak to potrwa dziesięć lat? Albo sto? - Córka jarla skrzywiła się na myśl o tak długim czekaniu na jakieś wymierne efekty jego działań.
- To i tak by mógł porozumiewać się z nami za pomocą wizji. Ale widzieliście, że jak spożył tych trzech to sam wstał. To pewnie był duży wysiłek dla niego, wrócić do własnego ciała po tylu mileniach. Więc teraz powinno być to szybciej niż dziesięć czy sto lat. Nie wiadomo jak ten jego tron działa. - Starucha swoim kolebiącym się krokiem podeszła do gladiatora. Trzymała w dłoniach kolczyk o jaki poprosił.
- No cóż, jeśli świeża krew przyśpiesza powrót do życia naszego martwego sojusznika to jutro z rana mogę udać się na zatokę. I spróbuję złowić paru rybaków. To chyba by było najszybciej. Ale wtedy nie wróciłabym z wami do miasta. - Milady popatrzyła po zebranych jak przyjmują jej propozycję. Zaś Raisa dała znak Egonowi aby się pochylił. Bez tego trudno jej było sięgnąć do jego ucha.Egon pochylił się dla Raisy, żeby ta zaczęła swą robotę i rzekł w te słowa:
– Wystarczyło trzech chłopa, żeby powstał z martwych – rzekł gladiator. – To niedużo. Trzech albo może sześciu wystarczy, żeby raz jeszcze pokrył się ciałem na nowo, ani chybi. A nawet jeśli, cóż to za rzecz? Nawet, jeśli byśmy musieli całe sioło skąpać we krwi, to warto będzie, bowiem będzie znał wiele rzeczy… Wiele rzeczy, które zostało zapomnianych.
– Prawdę prawisz, Lars. Jak zorganizujemy więcej karków, które juchą tryskać będą, tym prędzej powróci do siebie. Wszak moglibyśmy zrobić rejzę z Gezacktem, żeby nałapać więcej łyczków - część z nich damy jako ofarię dla Gonsara, część sprzedamy Munirowi, część zaś pójdzie na Oster, ale i pamiętać musimy, by też Gezacktowi nieco opchnąc i jego imprezie.
Tu zwrócił się do Lady Sorii:
– Jeśli to nie frasunek dla ciebie, Lady, w takim razie pójdź na łowy. Jesteś w nich najlepsza z nas wszystkich.
Egon planował zatem powrócić do miasta i czym prędzej wyruszyć na imprezę łapania niewolników z Larsem i Gezacktem - kto wie, może przy okazji tej wyprawy ruszą także do miejsca, gdzie słyszeli, że statki są opuszczone? Jeśli mogliby znaleźć jakiś korab i przysposobić go i przy okazji znaleźć świeże mięso dla czarownika, to byłoby kolejne zwycięstwo.
-

Otto i Odette (ostatnia noc)
- Cieszę się, że nie zanudzamy cię milady - odparł mnich - Impresario? Obawiam się, że nie mam powołania do teatru i jego okolic, habit służy mi dobrze, nawet jeżeli siły, którym oddaje cześć są bardziej zainteresowane jak często bywam między twymi udami. - mnich się uśmiechnął trochę błogo - Nie poganiam do wizyty moja pani, natomiast obiecałem autorowi twojej zabawki, że postaram się zorganizować wasze spotkanie. O ile nie jest wielkim wielbicielem sztuk, na pewno będzie wielbił twe wdzięki, nawet jeżeli sam nie jest zbyt wyględny.
|=- Oh! Czyli są siły które interesują się tym co lub kogo mam między moimi udami? - Szlachcianka uniosła brwi i uśmiechnęła się filuternie jakby ją rozbawiła ta uwaga. - Czyli są zainteresowane mną. To mi schlebia. - Skinęła głową, jakby brała tą wiadomość za dobrą monetę. - A ten zdolny rzemieślnik no jestem go ciekawa. Myślę, że powinien zrobić więcej takich zabawek. A ty nie bądź taki skromny bracie Otto. Widzę, że masz talent do serwowania interesujących przygód i romansów. Myślę, że ktoś taki tutaj albo nawet w Saltburgu, byłby bardzo użyteczny no a ja potrafię się odwdzięczyć użytecznym ludziom. No i sam rozumiesz, wkrótce przybędą moje koleżanki więc w pewnym sensie byłabym dla nich gospodynią i nie wypadałoby aby nudziły się w tej gościnie. - Miodowłosa milady, mówiła pewnym siebie i wesołym głosem. Nagość i upodlony stan w jakim obecnie była, wcale jej w tym nie przeszkadzały a nawet zdawała się być w świetnym i łaskawym humorze.
- Nie mam kontroli nad leśnymi stadami, więc nie mogę obiecać, że przygotuję coś takiego na przyjęcie twych znajomych. - odparł mnich z odrobiną smutku - I mimo młodego wieku raczej sam nie zadowolę większej ilości pięknych kobiet, nie żebym nie chciał spróbować. Oczywiście, jeżeli byłbym w stanie oderwać się od ciebie, Pani. Postaram się coś oczywiście wymyślić, jeżeli taka twa zachcianka.
- Oh byłoby cudownie! - Artystka ucieszyła się na jego zgodę. - I może być z tymi leśnymi dzikusami ale nie ograniczajmy się! Przecież te sprawy teatru to damy radę załatwić z Kamilą czy Pirorą, te wszystkie przyjęcia u pięknych i bogatych także. Ale takie rozrywki - mówiła swobodnie i wesołym tonem, wskazała na nagie ciała gdzie pewnie z połowa należała do kopytnych. Już raczej było po głównej części spotkania i większość zapadła w leniwy letarg, rozmawiali ze sobą cichymi głosami. Jeszcze tylko Genda uderzała biodrami w wypięte pośladki którejś z dziewcząt. Obie stały pod drzewem. - No takie rozrywki sprawiają, że krew szybciej krąży w żyłach a życie pikanterii. Wspaniałe urozmaicenie. Oczywiście Otto moje drzwi też są dla ciebie zawsze otwarte. Zwłaszcza jakbyś mi umiał zorganizować tak ekscytujące doznania i przygdy. - Pieszczotliwie przesunęła palcem po piersi jego habitu, dając znać, że nie jest wykluczony z takich zabaw, zwłaszcza jakby udał mu się zaspokoić nietuzinkowe potrzeby wielkiej diwy.
- Żyję aby służyć, a sprawianie radości nimfom o twej urodzie to najwspanialsza nagroda. - dłoń mnicha mimowolnie przesunęła się po biodrze divy - Masz na coś konkretnie apetyt, pani? Bo na razie musiałbym sięgnąć pamięcią do tomów napisanych przez bardzo… frywolnych autorów, aby znaleźć inspirację.
- Oh, Otto, ty pochlebco! - Aktorka o miodowych włosach zaśmiała się i pacnęła mnicha dłonią. Obecnie te włosy wciąż miała zmierzwione i przetykane kawałkami liści, grudek ziemi, źdźbłami trawy i lepkimi zaciekami ale nadal potrafiła rozmawiać i zachowywać się jak wielka dama. Nie uciekła też przed dotykiem dłoni rozmówcy na swoim biodrze. Jego pytanie jednak wywołało u niej chwilę zastanowienia.
- Frywolni autorzy brzmią interesująco. Nie mam nic przeciwko abys czerpał z nich inspirację. - Zachęciła go ciepłym uśmiechem aby nie ograniczał swojej wiedzy i fantazji co do szukania rozrywek dla niej. - No cóż, przystojnych kochanków i piękne kochanki to mam tego na pęczki wszędzie gdzie się pokażę. To jest wspaniałe i uwielbiam tą adorację ale jednak brakuje temu wyjątkowości. A wyjątkowość jest naprawdę interesująca i wyróżnia cię z tłumu. Nawet wspaniale ubranego i wyperfumowanego. Jak z tymi pieszczoszkami. W życiu nie miałam nic tak ohydnego w ustach ani w sobie! Oh to było rewelacyjne Otto, dziękuję, że mi podarowałeś to doznanie. I tak jak mówiła Fabi, czuję je teraz w sobie i nigdy wcześniej nie przeżyłam czegoś takiego. - Szlachcianka wydawała się wręcz rozczulona na myśl o zabawie i zapładnianiu czerwiami. Jakby to było całkowicie nowe doświadczenie jakiego wybijało się ponad tle jej bogatego w romanse życia. Aż czule pogłaskała dłonią policzek mnicha.
- Właśnie o coś takiego mi chodzi mój drogi Otto. Coś wyjątkowego czego nie można zaznać na salonach. Choćby te zabawy z dzikusami. Aż się nie mogę doczekać następnych. Mam koleżankę co myślę jej też by się mogło to spodobać. I inną która jest we mnie beznadziejnie zakochana więc myślę, że nie będzie mi trudno ją namówić na takie zabawy. Inna wiem, że bardzo kocha zwierzęta jeśli wiesz co mam na myśli. Zresztą Otto sam pomyśl. Co w tych wszystkich szeptanych opowieściach ta wyuzdana i hedonistyczna szlachta robi gdy pospólstwo, kler i władza ich nie widzi? - Lekkim tonem wymieniała różne przygody jakie by interesowały ją lub jej koleżanki. Na koniec zadała mnichowi pytanie i chwilę dała mu na przemyślenie. - Właśnie to bym chciała robić. Sam powiedz, w jakiej roli i z kim byś mnie widział w swoich fantazjach gdybyś wiedział, że będę im posłuszna? - Zapytała obdarzając go życzliwym uśmiechem i bystrym spojrzeniem.
Mnich przyjrzał się divie i uśmiechnął się. Rozwiązał pas swego habitu i ustawił się za kobietą. Przesłonił oczy kobiety pasem i wyszeptał jej do ucha.
- Aby pomóc w wizualizacji… - następnie uniósł jej ręce, aby oplotła je wokół jego głowy - A więc, proszę sobie wyobrazić pani… ty, naga, w pomieszczeniu otwartym na ulicę, jedynie cienka zasłona między tobą a tłumem pospolitych ludzi. Twe ręce związane, twe usta zakneblowane, oczy zasłonięte… - mnich delikatnie się schylił i uniósł kobietę, rozkładając jej nogi - a twe uda otwarte i gotowe na każdego, kto przekroczy próg. Strażnik, żebrak, szlachcic, kapłan… ty nie będziesz wiedziała kto, oni też nie. Jedynie będą mówili pewnie jaka dobra z ciebie ladacznica do chędożenia. Może zostawimy im kawałek węgla, aby mogli napisać na twym ciele co o nim myślą… Jak ci się widzi taka scena?
- Oh Otto ależ to by była ekscytująca przygoda! Właśnie kogoś takiego potrzebuję na impresario od rozrywki! - Diwa dała sobie zawiązać oczy i poddała się zabiegom mnicha. Słuchała jego wizji z zainteresowaniem a gdy skończył roześmiała się szczerze i nagrodziła go pogłaskaniem swoją delikatną dłonią po policzku. Po czym westchnęła z żalem. - No ale ta piękna wizja raczej się nie spełni. Jestem zbyt rozpoznawalna. Wybuchł by taki skandal, że nawet moja reputacja nie dałaby rady tego zatuszonwać a pewnie by żądali mojej głowy. Niestety. Są i cienie tej sławy, w pewnych obszarach naszego życia łatwiej jest być kimś nierozpoznawalnym z tłumu. Mniej ekscytujące ale łatwiejsze. - Mimo, że pomysł bardzo jej przypadł do gustu to jednak zdawała sobie sprawę, że jej rozpoznawalność działa przeciwko niej w jego realizacji.
- Jak rozpoznawalna jesteś pani, jeżeli nie byłoby widać twej twarzy? Jestem pewny, że mamy jakiś worek, czy bardziej gustowną metodę, aby osłonić twe rysy. I postawi się kogoś, aby pilnował, żeby nikt nie zajrzał. - mnich ciągle nie opuścił kobiety, jedynie delikatnie nią kołysał na boki dla rozrywki divy - Są też oczywiście inne metody, aby zrobić z ciebie publiczną dziurę do spożytkowania.
- Worek? No tak, to jest jakieś rozwiązanie. - Naga szlachcianka pokiwała głową na znak, że dostrzega walory takiego rozwiżania. - Ale co ze zbiegowiskiem? Pewnie by się rozeszło po mieście, że cały tłum chędożył jakąś ladacznicę. - Milady raczej dostrzegała ryzyko takiej przygody i się go obawiała. Ale sam pomysł nadal wydawał jej się ekscytujący. - I masz jeszcze jakieś pomysły jakbym mogła się publicznie udzielić temu miastu? No to mój drogi impresario nie trzymaj mnie w niepewności tylko zdradź mi jak. - Roześmiała się zalotnie dając znać, że podoba jej się taki scenariusz jaki jednooki mnich przed nią malował.
- Podążając za tym pomysłem? Sztuczna ściana, że jedynie twe dolne części wystają z jednej strony, a górne są po drugiej. Co do tłumu… czyż to też nie ekscytujące? Ty pewnie będzie już zmęczona po piątym, czy szóstym kochanku, a tu jeszcze siedmiu chce cię wypełnić swym nasieniem. Każda dziura wypełniona po brzegi. - mnich się uśmiechnął - I głos tłumu oceniający cię. Zastanawiam się, czy poczułabyś w końcu nutkę wstydu ze względu na ich słowa.
- Sztuczna ściana? I ja w niej bezwolnie utknięta do dyspozycji swawolnej tłuszczy? - Brwi nad opaską milady powędrowały do góry, gdy próbowała sobie wyobrazić taką scenę. W końcu odwróciła się frontem do mnicha i pieszczotliwie objęła jego szyję raminami. - Bardzo frywolny pomysł mój mnichu. Podoba mi się. Nie sądzę aby taka tłuszcza wywołała we mnie rumieniec wstydu ale kto wie, kto wie? Takiej przygody jeszcze nie miałam. Ale jeśli uważasz, że to by było dobre dla przedstawienia i naszego samopoczucia oczywiście mogę wstyd odegrać. - Mówiła kusicielskim tonem jakby rozmawiali o schadzce kochanków. - Podoba mi sie twoja śmiałść i wyobraźnia Otto. Właśnie kogoś takiego potrzebuję na impresario rozrywek. Oczywiście gdybym ci mogła jakoś w tym pomóc albo to się wiązało z jakimis kosztami to się tym nie przejmuj, zrobię co mogę aby ci pomóc zrealizować te wspaniałe, odważne projekty. Teraz nie brałam do lasu większej sakiewki ale jeśli byś potrzebował to dziś zapraszam cię do Kamili. Będzie Benita i zasiejemy ją znowu. No a przy okazji oczywiście zabawimy się z nią. Jeśli nie miałbyś innych planów to zapraszam. A jak masz to zrozumiem. - Smukła, naga kobieta o rozczochranych, miodowych włosach mówiła cicho i zalotnie jak do swojego kochanka. Lekko bujała się na bok jakby oboje byli w jakimś delikatnym tańcu.
Dłonie mnicha powędrowały do pośladków kobiety, podążał za jej tańcem w uśmiechu.
- Musiałbym znaleźć miejsce, aby wynająć. Nie w slumsach oczywiście, chcę ci dać różnorodność. Jeżeli mogę jeszcze połechtać twą wyobraźnię. Wróć do wizji z tobą wiszącą z sufitu. I nie jesteś tam sama. Twoje koleżanki z Saltzburga dzielą twoją dolę i nie tylko słyszysz komentarze na twój temat, ale i dźwięki jak one są wykorzystywane.
Otto poczuł pod dłońmi, dwie gładkie i jędrne półkule. Ciepłe i nieco mokre od niedawnych ablucji. Zaś po tym ruchu, szlachcianka przylgnęła do niego jeszcze bardziej. Gdy usłyszała jego kolejny pomysł roześmiała się perliście.- Bardzo apetyczna wizja godna mojego impresario. - rzekła do niego tym samym zalotnym tonem co przed chwilą. - I myślę, że chociaż część moich koleżanek będzie miała ochotę przeżywać te przygodny razem z nami. Powiem ci, w zaufaniu Otto, że w tej artystycznej bohemie to wiele uwielbianych postaci to straszne rozpustnice. - Uśmiechnęła się na koniec jakby ta autoironia bardzo ją bawiła.
- Ma sens. - uznał mnich - Ciało zawsze szuka ekscytacji. - jedna dłoń powędrowała między półkule kuperka divy - A tak znamienite postaci jak ty, często pewnie doznają tego co plebs uważa za rzadkość.
- Zapewne tak. Ale plebs niezbyt mnie interesuje. Chyba, że jako widownia ale rzadko gram dla gawiedzi. No albo w takiej roli jaką planujesz mój impresario. Wtedy rzeczywiście mogą być przydatni. Z tą ich nieokrzesaną chucią. - Odparła z tonem wyższości jaką często okazywali błękitnokrwiści niższym warstwom społecznym. Na jej twarzy znów pojawił się frywolny uśmieszek. Może na wspomnienie planu dostarczenia jej rozrywki jaką właśnie uknuli. A może na dotyk męskiej dłoni jaka tam na dole, poczynała sobie coraz śmielej. A tam miała całkiem gładkie i przyjemne w dotyku okolice do zwiedzania.
- Jest też myśl co do sztucznej ściany. Jeżeli wszystkie w niej "utknięcie", będziesz mogła widzieć reakcje swoich koleżanek na bycie chędożenie w takiej sytuacji. - palce mnich przesunęły się po wrażliwszych punktach ciała kobiety - Słuchałabyś jak opisują rozmiar, widziałabyś jak szarpią nią spazmy przyjemności. - mnich się uśmiechnął - Lub jeżeli chcesz, możesz usiąść po drugiej stronie ściany i po prostu obserwować ich reakcje.
- Ależ Otto, ja jestem artystką. Śpiewaczką, diwą, aktorką. Ja występuję na scenie dla publiczności aby wzbudzać ich żądze i podnietę. Ja jestem od tego aby mnie kochać, wielbić, zazdrościć i nienawidzić. Gdzie się pojawiam tam wszyscy odwracają głowy ku mnie. Nie jestem jedną z wielu jaka siedzi w tłumie i podziwia widowisko. Chcę czuć, przeżywać i być widowiskiem. - Miodowłosa artystka, wciąż nie zdjęła sobie pasa przesłaniającego jej oczy. Przez co nieco za wysko unosiła głowę gdy mówiła co było typowe dla osób mających kłopoty z widzeniem. Ale wciąż była świadoma otoczenia. Aby ułatwić mnichowi pieszczoty między swoimi gładkimi, jędrnymi udami, postawiła nagą stopę na klapie wozu. Teraz męska dłoń miała tam o wiele swobodniejszy dostęp.
- Ale oczywiście, jeśli mój impresario zorganizuje taką przygodę z tą sztuczną ścianą także dla moich koleżanek to oczywiście będę współpracować. Może być całkiem interesująco jeśli nie będę tam sama. Ale pamiętaj, że to ja jestem diwą i to ja mam grać główną rolę. - Sięgnęła dłonią do tyłu aby złapać go za potylicę i nakierować jego usta do swoich.
Mnich celowo zatrzymał się tuż przed pocałunkiem, diva mogła poczuć jego ciepły oddech na swych ustach, był tak blisko.
- Po prostu myślę jak dodać ci pikanterii… - jego głos zniżył się do szeptu - To pomyśl o tym w ten sposób, pokaz siły wobec koleżanek. One, uwięzione w ścianie, wykorzystywane niczym niewolnice, ty po drugiej stronie, przyglądająca się niczym prawowita władczyni ich losu, pieszczona przez niewielki harem?
Naga aktorka lekko rozchyliła swoje ponętne usta, jakby gotowa przyjąć pocałunek partnera. A gdy ten w ostatniej chwili się zatrzymał poruszyła nozdrzami i brwiami jakby pobudziła ją ta niedokończona pieszczota. Wysłuchała go i uśmiechnęła się.
- No nie jest to nieprzyjemna wizja. Właściwie nawet mi się podoba. Niektórym moim koleżankom zapewne bardzo by się przydała taka przygoda w ścianie a innym nawet spodobała. Chociaż jeszcze nie wiem które i kiedy do nas przyjadą. Zapewne poprzedzą się listem. Jeszcze żadnego nie dostałam ale pewnie mój dopiero co dotarł do Saltburga. - Diwa po chwili namysłu nawet wydawała się być skłonna poddać się pomysłowi mnicha. - No dobrze mój drogi impresario od rozrywki. Widzę, że masz całkiem ciekawą wizję na tą przygodę ze mną i moimi koleżankami. Jestem gotowa ci zaufać i dać okazję się wykazać. Więc jak już te moje koleżanki tu przyjadą to postaram się je namówić na tą wspólną, brudną przygodę. A co miałbyś do zaoferowania mnie zanim przyjadą? Bo najprędzej spodziewam ich się za parę dni. - Widać było, że artystka lubi takie niecne przygody i stanowią dla niej ekscytującą rozrywkę.
Mnich delikatnie musnął usta aktorki swoimi, najwyraźniej zaczynała mu się podobać rola kusiciela.
- No cóż, moje zaproszenie do hospicjum zakładało trochę niegrzecznych igraszek z autorem zabawki. Jeżeli jednak chcesz czegoś konkretnego… - palce Otto znalazły wrażliwy punkt na łonie Odette i zaczęły wywierać napięcie na niego - … To tylko zapytam jak dużą chcesz widownię?
- O, to by mogła być nie tylko wizyta charytatywna w waszym hospicjum ale też i coś dla przyjemności grzesznego ciała? - Diwa zamruczała z zadwoleniem. Tylko nie było pewne czy na ten pomysł, pocałunek czy pieszczoty palców między swoimi udami. - No to by było interesujące. I to jeszcze z widownią? No, no Otto… Nie spodziewałam się, że macie takie ciekawe to hospicjum. - Wyglądała na zadowoloną na taki przebieg wypadków i rozmowy.
- Jest ktoś do rozważenia… ale nie ryzykowałbym jeszcze. Miałem na myśli na czas oczekiwania twych koleżanek - kolejne muśnięcie trafiło na delikatną szyję kobiety, mimowolnie mnich przylgnął divę mocniej do swojego ciała, tak że byli piersią w pierś i Odette mogła wyczuć przyspieszony puls mnicha - Słyszałem twój piękny głos wielokrotnie, ale zastanawiałem się nad twoimi talentami tańca.
- Taniec? Bez muzyki? - Ponad opaską brwi aktorki uniosły się i na twarzy widać było, że to nie jest coś co jej w pełni podpasowało. - No ale dobrze, może w twych ramionach, mój drogi impresario, nie okażę się taką straszną pokraką. - Zrobiła dobrą minę do tych improwizowanych warunków. Ale jak ruszyli to okazała się zdolną tancerką. Widocznie te liczne bale w jakich brała udział, jednak się przydawały w takich warunkach. Właściwie to całkiem zgrabnie pomagała nadrabiać partnerowi jego prostą sztukę tańca, dodając im gracji i finezji. - Czyli ta widownia to nie u was w hospicjum? - Wróciła do tego o czym rozmawiali przed chwilą. - No cóż, ja lubię występować przed widownią. Nie jestem wstydliwa. Zwłaszcza jak uda mi się nawiązać z nią więź to bywa bardzo interesująco i podniecająco. Miałbyś taką widownię dla mnie? - Obracała się w jego ramionach i to odpływała to wracała do nich. I to pomimo, że wciąż miała zasłonięte oczy. Jej głos nic nie stracił ze swojej pobudzającej kusicielskości.
- Nie będzie łatwo jeżeli idzie o przedstawienie, które ja mam na myśli, zważając na twą sławę. - mnich podniósł kobietę, pozwalając jej nogom owinąć się wokół jego pasa, wtedy w końcu zwieńczył ich taniec namiętnym pocałunkiem - Taniec, z muzyką oczywiście, powolną i sensualną. Ty w pełni ubrana, z maską na twarzy, aby cię nie rozpoznali. Powoli rozbierająca się przed widownią. Wiwaty i uwielbienia, lub cisza kiedy nie mogą oderwać oczu od twego coraz bardziej nagiego ciała. Ty w pełnej kontroli nad tym co i kiedy im pokazać.
- O. Taki rozbierany taniec? - Wypielęgnowane brwi szlachcianki znów powędrowały do góry, ale tym razem w grymasie zainteresowania i aprobaty. - Brzmi ciekawie mój impresario. Coraz bardziej podobają mi się twoje pomysły. Trzeba by dobrać zaufaną orkiestrę. No chociaż ze dwie, trzy osoby. Może być od biedy nawet jedna z fletem albo skrzypcami. Lutnia albo harfa też by mogły być. I maska musiałaby być pełna. Bo przecież wszyscy mnie tu znają. To miałbyś taką widownię mój drogi Otto? I dyskretne miejsce na taki spektakl? - Dała mu znać, że taki pomysł zdobył jej uznanie.
- Widownię znajdę bez problemu. Jeżeli nie przeszkadza ci coś… mniej wyrafinowanego. Wystarczy dać cynk w kilku karczmach. - pocałunki mnicha zniżyły się do obojczyka kobiety - Zapytam Pirory, czy mogłaby polecić jakiś grajków, załatwię ochronę, aby nikt nie sądził, że może dotknąć a nie patrzeć. Miejsce… zacznę szukać przy najbliższej okazji. Widzę, że podoba się pomysł?
- Coś mniej wyrafinowanego? - Teraz szlachcianka zacisnęła usta jakby smakowała ten pomysł. I uśmiechnęła się z zadowoleniem. - Oh, naturalnie, że mi nie przeszkadza mój drogi Otto. To mogłoby być bardzo ożywcze doświadczenie. Bo na bale i koncerty to sama mogę sobie zorganizować wejście a i tak mnie wszędzie zapraszają. No ale taka przygodna w jakiejś karczmie brzmi całkiem ekscytująco. Ufam, że zorganizujesz to jak trzeba. Gdybyś potrzebował w tym jakiejś pomocy to koniecznie daj mi znać. - Diwa położyła dłonie na jego ramionach i przez chwilę mogłaby popatrzeć mu w oczy, gdyby opaska na jej oczach jej w tym nie przeszkadzała. A i tak zalotnie cmoknęła go w policzek.
Mnich delikatnie postawił kobietę na ziemi i delikatnie zsunął pas z jej oczu.
- I jak wyobraźnia wpływa na twe żądze, pani? Mam nadzieję, że taka małe doświadczenie dało ci odrobinę rozrywki.
- Tak Otto, dziękuję, bardzo wpływa. Dobrze się bawiłam. - Chociaż była całkiem naga, to dygnęła przed nim z kurtuazją jakby oboje byli błękitnokrwistą parą na eleganckim balu. - To kiedy byś miał dla mnie jakieś wieści o ekscytujących przygodach? Jutro pewnie przed południem nie wrócę do miasta. A po południu mam spotkanie z Benitą u Pirory. Tam chyba najprędzej mógłbyś mnie złapać. - Zagaiła chcąc się już umówić na kolejne spotkanie.
- Więc się zjawię, mój piękny Słowiku. - ucałował dłoń kobiety - Jutro rozpocznę poszukiwania miejsca… chyba nawet wiem jak ubić dwie sprawy na raz. - mnich się uśmiechnął i spojrzał na kobietę ponownie, podziwiając piękno jej ciała. Diva mogła zobaczyć głód w pojedynczym oku kultysty, ale najwyraźniej kontrolował się jeszcze - Od Pirory też będę mógł wziąć maskę dla ciebie.
- No to cudownie. To jesteśmy umówieni na jutro u Pirory. No i na zasiewanie Benity tymi ohydnymi przyjemniaczkami. - Miodowa aktorka uśmiechnęła się i klasnęła w dłonie z zadowoleniem, że tak gładko udało im się umówić następne spotkanie.
Otto w hospicjum
- Staram się pomagać hospicjum i naszym pacjentom. - odparł prawie szczerze mnich - Podejrzewam, że pan Grubson niedługo będzie chciał nas odwiedzić i rozpocząć proces. Postaram się trzymać pieczę na sprawie do tego czasu.
- Grubson? To ten kupiec co dostarcza kostiumy do teatru? - Przeor trochę się zdziwił jak usłyszał to nazwisko ale jednak przyzwoicie je kojarzył. - No cóż, niech przyjdzie. Może też nas czymś wesprze. - Ostatecznie uznał, że i taka wizyta może być korzystna dla przybytku miłosierdzia jakie prowadził.
- Ah, Lady Odette von Treskow nas odwiedzi na dniach. - mnich pstryknął palcami jakby sobie o czymś przypomniał - Nie wiem czy osobiście nas wesprze, ale mówiła, że więcej dam z Saltzburg'a niedługo odwiedzi miasto. Więc wiedza o naszej skromnej lecznicy trochę się rozszerzy.
- Rozmawiałeś z lady von Treskow?! - Na twarzy ojca przeora pojawiło się zdumienie. Aż się zapowietrzył i potrzebował chwili czasu na ochłoniecie. - I ona nas wkrótce odwiedzi?! Oh! To cudownie! Cudownie Otto! Świetna robota! Oh… To trzeba teraz wszystko wyszorować. Aby ta wspaniała dobrodziejka co ma tak cudowny głos, nie pomyślała sobie, że to jakaś ponura nora. - Po pierwszym wybuchu radości, stary mnich zreflektował się, że tak sławna persona zasługuje na specjalne przyjęcie. I trzeba przygotować hospicjum na jej godne przyjęcie.
- Tylko też nie za bardzo. Sakwy nie otwierają się na widok dobrobytu. - przypomniał mnich.
- Jakiego dobrobytu, Otto? - Przeor przekrzywił głowę i popatrzył na młodszego mnicha z politowaniem. - Sam zobacz, że mamy tu gołe ściany. Ale te pajęczyny trzeba będzie omieść, podłogi wyszorować. Na zacieki i dziury w dachu już się nic nie zrobi a może naszym dobrodziejkom bardziej serce zmięknie jak zobaczą w jakich warunkach musimy dbać o naszych pacjentów. - Wskazał na tą niezbyt wesołą okolicę. Hospicjum utrzymywało się głównie z datków więc nigdy się tu nie przelewało i zawsze balansowało na krawędzi biedy.
- Po prostu ostrzegam. Ekscytacja może zwyciężyć nad umiarem. - mnich się uśmiechnął - Mam przekazać nowiny reszcie braci?
- Nie trzeba Otto. Świetnie się spisałeś. Ja im przekażę podczas obiadu. No i będę ich musiał pogonić do roboty skoro mamy mieć tak zacnego gościa. - Przeor dał znak, że tym już młody mnich nie musi się kłopotać i on bierze to na siebie. Dodatkowe prace sprzątające nigdy nie były przyjemne dla tych co je wykonywali więc nie witano ich radośnie. Tym razem jednak na osłodę mieli to, że sam Słowik Północy obiecała zawitać w ich skromne progi.
- Na pewno się ucieszą. Więc są jakieś zadania dla mnie do tego czasu, czy mam wracać do swoich zwykłych obowiązków?
- Możesz zerknąć na Grega. Widzę, że masz na niego dobry wpływ i nić porozumienia. Poza tym po posiłku, pomóż w kuchni. No chyba, że masz jakieś polecenia od naszych dobrodziejek? No to wtedy nie można im kazać czekać. Dawno nikt tak hojnie nie wsparł naszego przybytku tak jak one ostatnio. A zobacz, podłe ludzie mawia, że te piękne i bogate damy to mają tylko pstro w głowie i są próżne. A tu jak można źle człowieka po pierwszym wrażeniu ocenić. - Przeor pokiwał w zadumie głową ale wydawało się, że jest gotów wdrożyć jednookiego do jego rutynowych obowiązków w hospicjum. I zadumał się nad tym kontrastem między bogatymi, pięknymi szlachciankami a ich dobrocią jaką ostatnio okazywały ich przybytkowi.
- W sumie mam kilka spraw od nich, ale odwiedzę Georga. Pewnie biedak znowu chce mi o czymś opowiadać. - mnich pokłonił się przed przełożonym i ruszył do hospicjum w poszukiwaniu pacjenta.Z Georgem
- Pracujemy nad tym George, uwierz mi. - mnich uśmiechnął się do mężczyzny - Nie tylko ty ją widziałeś, więc zaczniemy jej szukać w mieście na dniach. Szczególnie, że jest zagrożona. Jeżeli ją odnajdziemy postaram się, aby ciebie odwiedziła. Albo tu albo jak w końcu Tobias cię przygarnie.
- Oczywiście, że tak. - Mężczyzna w średnim wieku o twarzy od razu zdradzającej ułomność umysłową, skinął głową jakby był co najmniej wykładowcą w Akademii. - Ale to zależy w której książce. Nici są różne i czasem udawało nam się ją odnaleźć i nakłonić do współpracy a czasem nie. Tam gdy uda to jest zwykle lepiej bo ona jest mądra i wiele wie. Rozumie książki a książki chcą z nią obcować. - Pacjent wyjaśnił tonem jakby tłumaczył dziecku coś co jest dla niego oczywiste.
Mnich się zastanowił chwilę nad słowami pacjenta. Rozumiał oczywiście sens jego paplaniny. Tkacz Losu ponoć widzi wszelkie możliwe decyzje, przyszłość nie jest pewna dopóki nie stanie się przeszłością. Ciekawiło Otto natomiast, jak dużo księgi wyjawiły George'owi.
- Księgi nie wyjawiły ci może lokacji, w których się udaje? Nawet jeżeli ty ich nie rozpoznajesz, pomogłoby to w poszukiwaniach.
- Ksiąg nie interesują takie detale. Księgi chcą aby ona mogła się z nimi spotkać. Mówią, że jest już w mieście i ich szuka. Na dłoni ma srebrny pierścień z oczami. Tych oczu używała do rozmów z książkami. Będzie szukać książek bo nie wie, że tych prawdziwych nie ma w mieście albo wie ale nie wie gdzie dokładnie. - Pacjent pokazał na swoja dłoń gdzie owa tajemnicza kobieta miałaby mieć ów pierścień jaki opisywał. I kiwał przy tym głową, jak chłopiec jaki z przejęciem opowiada rodzicom jak wpadł w pokrzywy.
- Ale to już jest coś. - odparł Otto - Dobrze, rozsieję wici i sam zacznę poszukiwania. Postaram się doprowadzić do waszego spotkania.
- Dobrze. Ona zawsze umiała się dostoswać i zmieniać wygląd. Więc nie tak łatwo ją odnaleźć. Ale nawet ci kopytni co ich wasz mag spotkał to zwrócili na nią uwagę. Przecież ta blondyna mu o tym mówiła ale on zazwyczaj bywał taki nieuważny. - Pacjent pokiwał mądrze głową i przez chwilę wydawał się całkiem podobny do Tobiasa jaki zwykle z wyższością człowieka wykształconego patrzył na większość kolegów a zwłaszcza koleżanki z kultu.
- Blondyna…? - mnich pokręcił głową - Mniej ważne. Dobrze, postaram się… i jesteś pewny, że już była u kopytnych?
Tym razem pacjent aż złożył ramiona na krzyż, jakby to Otto był uczniem w jego klasie. I to takim co właśnie palnął coś niezbyt mądrego. Patrzył tak przez chwilę po czym odezwał się strofującym tonem. - Tak, ta blondyna. Co przystała do plemienia zwierzoludzi i teraz jest ich samicą. I wie gdzie ich znaleźć i chce się z nimi chędożyć tak samo jak te nasze dobrodziejki co tu bywały. I jak wasz mag ją spotkał i ich też i ją zabrał ze sobą do siebie. Tą drugą to różnie bo czasem ją zabierał, czasem zabijał a czasem zostawiał ją w tej karczmie. - Greg pokręcił glową jakby musiał przypomnieć Otto tekst jaki już tyle razy wcześniej omawiali na lekcjach. Chociaż jednooki słyszał go od niego po raz pierwszy.
- Niestety George, ja jestem więźniem teraźniejszości i nie przeprowadziłem z tobą jeszcze tej rozmowy, chociaż rozumiem twoje zmęczenie moją niewiedzą. Więc Joachim znalazł, albo znajdzie towarzyszkę. Dobrze dla niego. - mnich się zastanowił chwilę - Zakładam, że imię to też rzecz mało warta uwagi dla ksiąg?
- Tak, wasz mnich znalazł tą ludzką samicę zwierzoludzi. Innych niż ci z którymi się już związaliście. A imię tej mądrej kobiety nie ma znaczenia. Przecież tylu ich używała. Tak samo jak wyglądu. Po książkach ją poznacie. Będzie szukała książek i wiedzy. I po tym srebrnym pierścieniu z oczami. Umie używać mocy i wiedzy ale to większość z was nie widzi. - Greg pokiwał głową i jakby jeszcze starał się przeszukać pamięć co by mógł przydatnego rzucić o tej nieznajomej.
- Wasz mnich…? W sensie ja? - Otto zastanawiał się czy ktoś inny z rodziny mógłby pasować do tego opisu - Blondynka od zwierzoludzi… - jednooki starał sobie przypomnieć wszystkie znane mu blondynki.
- No mag a nie mnich. - Pacjent sapnął jakby niechętny temu, że Otto przyłapał go na pomyłce. Więc szybko zaczął drugi temat. - Tak, blondynka od zwierzoludzi. Przecież wasz mag i ladacznice przypłynęły z nią do miasta. Ta druga to nie wiem czy jest z nimi. Ładna ta blondynka chociaż z lasu. Ladacznice oczywiście od razu zaczynały się z nią chędożyć gdy tylko miały okazję. Bo jest ładna. Ta druga była ładna ale jak poczuła dotyk bogów to już niekoniecznie. Ktoś by musiał lubić z odmieńcami aby się podobała. - Pacjent rozwinął ten temat skoro mnich o niego zapytał.
- Hm… no cóż zapytam. Nie zaszkodzi. Mówiłeś, że uczona zmienia wygląd, ale pierścień pozostaje?
- Tak, pierścień zostaje. Po pierścieniu ją poznacie. I po książkach. Będzie ich szukać. - Greg potwierdził domysły mnicha i na koniec skinął głową.
- No to mamy punkt zaczepienia. Srebrny pierścień z oczami. Poinformuje rodzinę i sam zacznę szukać.Otto u Teofano
- Cieszy mnie twa radość, Teofano. I jestem pewny, że twoje maleństwa również cieszą się z tak kochającej mamy. - spojrzał odrobinkę lubieżnie na dziewczynę - Nie uchodzi mi prosić co mi chodzi obecnie po głowie, szczególnie, że jestem w gościach, ale może kiedyś. - jego głos zbliżył się do cichego mruczenia - Co do Margo… - westchnął - Tego się obawiałem, twoja radość nie jest uniwersalna. Większość Imperium jej nie podziela i Margo po prostu boi się, co o niej inni pomyślą. Nie mogę jej od tak wysłać do naszych wspólnych znajomych, nie śmiałbym się im tak narzucać. Porozmawiam z nią i spróbuję ustalić jakieś spotkanie, może z służkami lady Fabienne, to moje pacjentki, jestem pewny, że Marissa ją przekona… do otwartości na pomysł takiego figlowania.
- No właśnie! Ty mnie rozumiesz! I zaszczyt jaki nas spotyka jak możemy zostać muszymi matkami! - Młoda cukiernik aż oczy rozbłysły a na twarzy pojawił się promienny uśmiech. Jakby wspólnie z mnichem, dzielili tą samą tajną wiarę. Matczynym gestem położyła dłoń na swoim brzuchu i pogłaskała go czule. Na razie wciąż był płaski i na pierwszy rzut oka, nie widać było jej błogosławionego stanu. - Ale Margo tego nie rozumie. Idiotka. - Popatrzyła na drzwi do swojej sypialni z pewnym smutkiem i rozczarowaniem. Widać było, że oczekiwała, że jej pokojówka po ostatnich przygodach ze szlachetnymi damami i w hospicjum, okaże się bardziej do niej podobna. - Ze służkami milady być może. Chociaż to nadal służki a nie milady, sam rozumiesz, że to nie to samo. Nie ma tego splendoru. A obcować z lady Odette, Fabienne czy Pirorą to takie przyjemne. Ale może i masz rację, sama już nie wiem co mam robić z tą niewdzięcznicą. - Westchnęła na myśl o postawie swojej pokojówki. Ta jednak już wracała bo słychać było jej szybkie kroki. Weszła do środku i postawiła tacę z trunkami dla jej pani i gościa. Gospodyni zerknęła na mnicha jakby była gotowa mu oddać pałeczkę rozmowy z Margo.
- Najlepiej pozwolić jej pozostać w przyjemnościach, które sama wybierze i poczekać aż ciekawość i głód nowości weźmie górę. - odparł mnich nim Margo wróciła - Na razie przegońmy jej lęki, nawet jeżeli w domu będziesz musiała przez jakiś czas być sama w matkowaniu. Ale uczep się tej radosnej myśli; więcej dzieci dla ciebie. - mnich zerknął na Margo kiedy ta weszła z trunkami - Więc, Margarethe, usiądź proszę… - jednooki wydawał się rozważać coś - Moje kolana są pewnie milsze od krzesła, ale nie narzucam się. - Otto uśmiechnął się ciepło do służki.
- Z tymi szlachciankami pewnie byłoby łatwiej, dlatego myślałam aby poprosić o spotkanie z nimi. - Teofano pokiwała swoją kasztanową głową ale jej pokojówka już weszła to zamilkła. Rudawa służąca zas postawiła tacę na stole i odwróciła się do nich. Gdy mnich się do niej odezwał, najpierw spojrzała na swoją panią.
- No śmiało Margo, chyba nie odmówisz tak miłemu zaproszeniu? - Wskazała mu na kolana mnicha, dając pokojówce przyzwolenie na takie zachowanie. Ta lekko uśmiechnęła się do niej i jeszcze szerzej do mnicha po czym podeszła do niego i usiadła mu bokiem na jego kolanach. Młoda córka znanych cukierników zaś siedziała na krześle obok i na razie obserwowała co się teraz stanie.
- Teofano mówi mi, że masz ciągle wątpliwości co do daru, którego doświdczyłyście. Zrozumiałe, nie jest coś codziennego. - głosnicha był łagodny, opiekuńczy - Jeżeli masz jakieś pytania, albo lęki, nie krępuj się. Postaram się wszystko wyjaśnić.
- No… - Pokojówka d razu zerknęła na swoją panią jakby nie była pewna jak się powinna zachować. Teofano Lebkuchen w pierwszej chwili zacisnęła swoje ładne usta w wąską linię jak zwykle gdy ktoś ją zirytował. Po chwili jednak jakby się namyśliła i uśmiechnęła się trochę.
- Mów śmiało Margo. Przecież wiesz, że i ja przyjęłam ten cudowny dar i nawet te piękne, wspaniałe szlachcianki z jakimi miałyśmy przyjemność. Wszystkie będziemy mieć zaszczyt zostać muszymi matkami. Będziesz jedną z nas. - Tym razem cukiernik przyjęła ton podobnie łagodny jak Otto. Wstała ze swojego miejsca i podeszła do tacy jaką ruda zostawiła na stole. Nalała do kubka i podeszła do nich oboje wręczając go pokojówce. Nawet kucnęła przy ich kolanach jakby nie chciała dominować nad nimi i zachęcić do przyjaznej rozmowy. Teraz oni oboje mogli patrzeć na nią z góry.
- No tak, ja rozumiem. Z tymi szlachciankami bardzo mi się podobało. - Margo lekko uśmiechnęła się i przyjęła kubek. Widać było, że czuła się znobilityowana tym, że mogła pokładać się z tak znamienitymi damami. - Ale… Ale to naprawdę mamy tam w sobie robaki? - Pokojówka w koncu odważyła się zadać pytanie. Jej pani posłała jej ciepły uśmiech i pokiwała twierdząco głową. - Ale… To dobrze? Przecież… To robaki. I ja je czuję. Czuję jak się tam ruszają w środku. Dzisiaj to chyba najbardziej. Kotłują się tam na całego. - Ruda służąca popatrzyła niepewnie i na mnicha i na swoją panią czy aby na pewno jest wszystko w porządku. W koncu zwykle jak ktoś miał w sobie robaki to uznawano, że jest chory i, że to obrzydliwe.
Mnich kiwnął głową.
- Spokojnie Margareth. Tak to są robaki, ale nie lękaj się. Nie są groźne, nie są oznaką choroby, ich obecność nie zrobi ci krzywdy. - delikatnie położył dłoń na łonie dziewczyny - Pomyśl o nich jak o fasolkach. Potrzebują jedynie twojego ciepła i wilgoci, aby urosnąć na duże i dorodne. Wtedy po prostu z ciebie wyjdą. Jedna po drugiej, albo wszystkie na raz. - uśmiechnął się - I uwierz mi, doznanie jest przyjemne. Byłem świadkiem takiego "porodu", kiedy ty i Teofano byłyście z lady Fabienne. Kobietą telepało jakby była rażona piorunem.
- Ale szczęściara. - Cukiernik spojrzała z zazdrością na mnicha jak ten wspomniał o robaczym porodzie jakiego był świadkiem. - Ja już nie mogę doczekać się swojego. Oczywiście od razu jestem gotowa przyjąć kolejny dar aby spełnić swój macierzyński obowiązek. - Zapewniła gorliwie. Zachowywała się jak neofitka jakiejś wiary lub gorliwa służbistka. Wydawała się być calkowicie poświęcona swjemu muszemu macieerzyństwu. - A z tymi fasolkami to Otto dobrze powiedział. Nie czujesz Margo jakie to przyjemne? Mieć je tam w sobie? Ja czuję to przyjemność cały czas. I pamiętasz co ta bretońska milady mówiła? Ona też sobie bardzo chwaliła tą ciążę. Ty tego nie czujesz? - Teraz przeniosła spojrzenie na swoją pokojówkę ale starała się do niej mowić łagodnie.
- No tak czuję. To… Nawet przyjemne. - Rudowłosa aby czymś zająć spojrzenie i ręce, upiła z kubka wina. I nawet się uśmiechnęła. - Czuję jak się ruszają. Tam w środku. No i… Dziś tak bardziej niż wczoraj. I czuję, że robię się tam mokra. I one tam się tak wiercą mocno. - Starała się opisać im swoje odczucia. Teofano zmarszczyła brwi jakby starała się zrozumieć o co jej chodzi ale spojrzała na mnicha co ten na to powie.
- Powiedz mi Margarethe. Czy sądzisz, że przyjemność byłaby większa… gdyby ich było więcej? Bo nie słyszę w twych słowach lęku, czy obrzydzenia. Tylko ciekawość i drobny niedosyt. - ucałował delikatnie szyję dziewczyny - I jeżeli mam rację, to jest to dobry znak.
- Więcej? No ale jak? Przecież jak więcej to bym chyba pękła. - Margo poruszyła się niespokojnie na kolanach mnicha. Jednak uśmiechnęła się lekko gdy pocałował jej szyję. Teo wciąż kucała przy ich kolanach i starała się być miła.
- Oczywiście, że jak więcej to lepiej. Słyszałaś co mówiła lady Fabienne? Ona co chwila przyjmuje w siebie ten dar i ciągle ma ochotę na więcej. A przecież to szlachcianka i wielka pani. - Cukiernik mówiła łagodnym tonem i zaczęła podwijać suknię pokojówki. Gdy pokazało się jej kolano to je pocałowała.
- No to może… Sama nie wiem… No tak, milady mówiła, że je lubi i jak się w niej ruszają. Może tak? Myślicie, że powinnam ich przyjąć więcej? Trochę się boję. A co jeśli się wyda? Co ludzie powiedzą? Że to ta co ma robaki. - Pokojówka wydawała się bić z myślami o konsekwencjach społecznych i dorobienia parszywej gęby. Zapewne tak by było gdyby się wydało i to w łagodnym wariancie gdyby uznać te robaki za jakieś standardowe pasożyty ze złego jedzenia czy brudnej wody. Lebkuchen pocałowała jej kolano raz jeszcze i dłonią zaczęła powoli przesuwać po jej udzie jakby chciała przekierować jej uwagę na przyjemniejsze sprawy.
- Uwierz mi to nie był pierwszy raz lady Fabienne, a ona ma opiekunkę, która odpowiada przed jej mężem. Jeżeli pod tak bacznym okiem jej się udało ukryć swoje maluszki, ty nie masz się czego lękać. - widząc działania Teofano, mnich uniósł dłoń do biustu Margareth, delikatnie masując wzgórki dziewczyny - Nie jest to coś co wymuszamy. Jeżeli ciągle nie jesteś pewna, to poczekaj aż ten okres przejdzie przez wszystkie etapy. Jeżeli zdecydujesz, że nie chcesz więcej, nie poruszymy tematu znowu. Jeżeli jednak bedziesz chciała… no cóż, najwyraźniej tam to nie jedyne miejsce gdzie maluszki lubią gniazdować.
- We mnie mogą gniazdować. Ja je przyjmę bardzo chętnie. - Teo mruknęła z gorliwym zainteresowanim. Podniosła głowę aby psłać im obojgu wesoły uśmiech. Jej wola byca muszą matką zdawała się nie słabnąć ani na chwilę. Na razie jednak subtelnie podwijała spódnice swjej służącej więc widać było coraz więcej jej jędrnych ud. Ale skumulowany materiał przesłaniał mnichowi widok na ich zwieńczeie. Widać było, że nauka nie poszła w las i cukiernik starała się naśladować w tych zabawach z pokojówką wielkie damy z jakimi ostatnio miały do czynienia.
- No tak, lady Fabienne mówiła, że przyjęła je w siebie wiele razy. A w ogóle po niej nie widać. Nawet jak jest bez ubrania. - Margo pokiwała głową i wydawało się, że zaczyna ulegać pieszczotom mnicha na swojej górze i swojej pani na dole. Jednooki zaś mógł czuć przyjemność z oglądania i dotykania tych jej górnych jędrności.
- To mam poczekać? Aż… Wyjdą ze mnie? Tak? - Pokojówka popatrzyła na mnicha pytająco czy właściwie zrozumiała jego słowa.
- Ty naprawdę jesteś mokra. - Z dołu doszedł ich zdziwiony głos Lebkuchen. Właśnie dotarła do bielizny służącej. I jak wyjęła stamtąd palce to pokazała mnichowi, że łączy je lekpa, przezroczysta nitka.
- No mówiłam wam. To tak niedawno. Jak się tak wiercą w środku. Bardziej niż rano albo wczoraj. - Rudowłosa powiedziała nieco speszonym głosem.
- Tak będzie najlepiej. Mówiłem prawdę, że nie zagrażają twojemu zdrowiu. Nie ryzykowałbym nim dla własnej uciechy. Po prostu, zostańmy przy tym co jest i później zobaczysz, czy chciałabyś znowu… - Otto zerknął na dłoń Teofano - No, no… ktoś karmi swe maleństwa obficie. Jak sądzisz Teofano, dasz radę nie utonąć?
- No może nie mam tak sprawnych ust jak lady Fabienne. Ale spróbuję. - Młoda cukiernik i podniosła głowę i uśmiechnęła się do nich obojga. Po czym oboje zobaczyli jak rozchyla uda pokojówki i przystawia do nich twarz. Dało się słyszeć jak jej usta i język tam pracują. I jak podniecenie o każdego z nich rośnie. Margo oddychała coraz szybciej i ściągnęła z siebie górę sukni aby uwolnić swój dekolt. Teraz mnich miał do niego swobodny dostęp. Zabawa zaczynała się rozkręcać gdy niespodziewanie młoda cukiernik zamarła. Właśnie miała palce w mokrych trzewiach swojej pokojówki.
- Tam się coś rusza! - Podniosła głowę aby popatrzeć zdumionym wzrokiem na nich.
- No mówiłam wam, że się ruszają. Bardziej niż wczoraj albo rano. - Wyjęczała pokojówka.
- Otto one chyba wychodzą. - Cukiernik wydawała się trochę przestraszona a trochę zaintrygowana. Wciąż miała na sobie rumieńce przyjemności jaką właśnie przeżywali i przyspieszony oddech.
Mnich gwizdnął.
- No, no… nie spodziewałem się tak szybkiego dorastania. Teofano, pobiegnij proszę po wiadro, nie ma co aby wylądowały na podłodze. - mnich trzymał spokojnie Margareth - Spokojnie moja droga, nic złego się nie dzieje.
Lebkuchen pokiwała głową i wybiegła z pokoju. Mnich na chwilę został sam z blond rudzielcem. Ta siedziała mu na kolanach z zadartą na górze i dole spódnicą. Oddychała coraz szybciej przez co sprawiała wrażenie, że przeżywa jakąś podnietę. Tylko spojrzenie miała rozkojarzone i nieco zaniepokjone.
- To ja… Rodzę? Ale… Ale jak? To niemożliwe… Przecież wieczór w teatrze dopiero co był. - Bełkotała patrząc na niego nierozumiejącym wzrokiem. Oczywiście gdyby porownywać do zwykłej ludzkiej ciąży to jej zdumienie było jak najbardziej na miejscu. Ale czerwie rozwijały się swoim tempem i nosicielka nawet nie była w prawdziwej ciąży więc takie porównania były nie na miejscu. Pokojówka wsadziła sobie dłoń pod bieliznę i po chwili wyjęła. Jej palce sklejał śluz podobny do tego jaki oblepiał czerwie. - Czuję je. Jak się ruszają. Chyba rodzę. - Margo wydawała się być nieco spanikowana tym nienaturalnym zjawiskiem jakie właśnie przeżywała. W międzyczasie Tofano przybiegła z dużą miską.
- Nie znalazłam wiadra ale mam to! - krzyknęła od progu ale zatrzymała się przed parą siedzącą na krześle. Widać bylo, że cukiernik niezbyt wie co teraz powinna zrobić. - Ona rodzi? Te cudowne maleństwa? - Brunetka popatrzyła pytająco na Otto jakby wierzyła, że będzie wiedział co dalej robić.
- Całkiem możliwe, daj to co znalazłaś pod nią. - mnich trzymał delikatnie Margo - Spokojnie Margareth, te maluszki rosną własnym tempem, nic złego się nie dzieje. Po prostu mogą już być gotowe do wyjścia. - mnich delikatnie sięgnął pod spódnicę dziewczyny zsuwając jej bieliznę - Teraz spokojnie… oddychaj. Chcesz, abyśmy uprzejmnili ci proces? Nie będzie bolesny jak prawdziwy poród, więc w niczym nie przeszkodzi.
- Ale… Ale jak to… - Pokojówka oddychała coraz szybciej. Widać było jak pod zwykłą spódnicą, jej brzuch porusza się coraz szybciej. Jakby cała sytuacja działa się dla niej zbyt szybko. Jej pani, posłusznie postawiła miskę między jej nogi. A mnich zaczął ściągać pokojówce bieliznę. Już widział jej nagie łono i jak cienki materiał zsunął się na górną część ud, gdy rudzielec spanikowała. - One wychodzą! - Zawołala i zerwała się na równe nogi. Teofano złapała ją w ramiona i przytrzymała.
- Margo! Uspokoj się! Musisz urodzić. Teraz już tego nie da się przerwać. Usiądź. Połóż się. - Ciemnowłosa najpierw krzyknęła na służkę. Ostro co zwróciło jej uwagę. Wtedy złagodniała i pociągnęła pokojówkę aby usiadła na skraju jej łóżka. Ta zrobiła to i po chwili oparła się łokciami o nie. Jej pani dokończyła ściąganie jej majtek i z powrotem przysunęła miskę między jej nogi. Wrócili mniej więcej do tego co mieli przed chwilą.
- Co teraz Otto? - Młoda cukiernik znów spojrzała na mnicha. Ten pierwszy raz brał udział w przyjmowaniu robaczego porodu. Ale jak widział te rozchylone uda Margo i jej nagie łono to przypominało to scenę ze snu jaki tyle razy śnił. Teraz wiedział, że śniły mu się Fabienne i Odette. Ale leżały podobnie jak teraz młoda pokojówka. I we śnie, przy wtórze jęków rozkoszy, obie szlachcianki rodziły czerwie. Wychodziły z nich same. No ale to był sen a teraz na wyciągnięcie ręki miał rozchylone uda Margo i podekscytowane spojrzenie Teofano.
- Teraz czekamy. Powinny wyjść same, trzeba jedynie uspokoić Margereth aby biedaczka się tak nie męczyła. - mnich ujął policzek - Spokojnie Margo. - ucałował kobietę delikatnie - Opisz co czujesz. Nie bój się, nie grozi ci krzywda, a z tego co wiem nawet ból. Opisz jedynie co czujesz. Boli, swędzi… czy jest jednak trochę przyjemnie?
- No… Ruszają się… Wychodzą… - Widać było jak pokojówka jest nieco zdezorietnowana. Ale po pocałunku mnicha lekko się uśmiechnęła. - I… No tak… Trochę jakby… Łaskocze. I przyjemne. I trochę… Tak jak wtedy jak się z zacnymi damami zabawiałyśmy… Oh! - Mówiła coraz bardziej spazmatycznie. Załapała mnicha za rękę. A Teofano usiadła z drugiej strony. Z przejęciem obserwowała to twarz swojej pokojówki to jej łono. Gdy ta sapnęła głośniej i wytzeszczyła oczy na jej uda trysnęła ciecz. Okazała się lepka i przezroczysta jak śluż jakim oblepione były czerwie. Cukiernik nachyliła się aby lepiej widzieć. A rudzielec znów sapnęła trochę głośniej.
- Jest! Wychodzi! - Cukiernik krzyknęła entuzjastycznie i spojrzała na nich oboje. Chociaż i Otto widział jak czerw pokazał się między udami kobiety. Po chwili z plaśnięciem wpadł do miski. Margo odetchnęła z ulgą. Ale to nie był koniec. Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilkukrotnie. Za każdym razem udawało jej się wypchnąć robaka na zewnątrz. A cukiernik zeszła na podłogę i przejmowała je aby nie spadały tylko je wkładała do miski. Wiły się w pojemniku zostawiając w nim kleisty śluz jaki łączył je z udami i łonem co je wydały na świat. Było ich chyba przynajmniej z pół tuzina. Teofano była zachwycona. Złapała jednego z nich i pokazała dwójce na łóżku. - Oh zobaczcie jakie śliczne maleństwo! - Uśmiechnęła się do nich promiennie.
Mnich pogłaskał policzek Margaret i ucałował ją ponownie.
- Gratulacje, mam nadzieję, że nie było to nieprzyjemne? - pozwolił kobiecie leżeć i oswoić z tym co się właśnie stało i zerknął na nowy miot z uśmiechem - Cudowne, powinnaś być dumna Margereth.
- To już? - Pokojówka leżała na plecach w poprzek łóżka swojej pani. Wzrok miała rozleniwiony, dłońmi wodziła po pustym już brzuchu. Na twarzy błąkał jej się błogi uśmieszek. - Tak, było… Całkiem miłe. - Chyba w tej chwili miała trudności z ubraniem swoich myśli w słowa. Wyglądała jak kochanka tuż po szczytowym momencie przyjemności w figlach. Teofano za to była przytomna, pobudzona i podekscytowana.
- Oh to było takie piękne! Ja też tak będę miała? Nie mogę się doczekać! Jej, Margo, jak ci zazdroszczę, że już w pełni zostałaś muszą matką! - Młoda cukiernik nachyliła się nad leżącą pokojówką i nagrodziła ją pocałunkiem w usta. Co ta chętnie przyjęła. I wymamrotała coś niezrozumiale ale z zadowoleniem. Wtedy brunetka podniosła się i objęła mnicha za szyję. Jego też namiętnie pocałowała. - Ja też tak chcę. Jak najwięcej i najczęściej. Nie mogę się doczekać! - Oznajmiła mu szepcząc prosto w twarz. Wydawała się już przeżywać swój przyszły poród jakby teraz gdy była jego świadkiem, jeszcze bardziej się niecierpliwiła.
Mnich odwzajemnił pocałunek i wciągnął cukiernik na swoje kolana.
- Cierpliwości, nie można przyspieszyć tego, jeszcze maleństwom coś by się stało, ale oczywiście jak tylko wydasz swój pierwszy miot z chęcią zasieję cię na nowo. - przybliżył się, aby wyszeptać Teofano do uszka - Jeżeli to cię zainteresuje, każdy otwór jest dobry dla maleństw, jeżeli chcesz poczuć ich więcej.
- Oczywiście, że tak! Jestem gotowa je przyjąć z każdej strony i dowolną ilość! A musimy czekać? Nie mógłbyś mnie zasiać ponownie? No albo któraś z milady jeśli to by było łatwiej i szybciej. No i Margo też. Zobacz, że teraz jak urodziła to jest pusta. - Teofano bardzo chętnie weszła mu na kolana i czule objęła jak kochanka. Też szeptała mu i patrzyła z gorliwym oddaniem muszemu macierzyństwu. Spojrzała w bok na leżącą tuż obok pokojówkę. Margo miała nieco rozchełstany wygląd. Podwinięta spódnica pokazywała nagie uda i łono a na górze jej biust. Teraz jakby zapadała w słodki letarg jak po spełnieniu po figlach. - Ah. A co zrobimy z maleństwami? - Młoda cukiernik spojrzała w dół na miskę pełną czerwi. To były te małe, wielkości może długości dłoni dorosłego mężczyzny. Za to szybciej dojrzewały w łonie nosicielek i przez to gdzieś po pół tygodniu już następował ich poród.
- Nie zabrałem ze sobą dziś jajek. Co do Margo… pozwólmy jej zdecydować, na razie jest rozkojarzona. Poczekajmy, aż zobaczy twój poród może? - dłonie mnicha zaczęły delikatnie wędrować po ciele cukiernik - Zabiore maluchy, mamy ich rodzeństwo w specjalnym miejscu dla nich. Wiem, że pewnie chciałbyś, aby zostały, ale o ile ciążę mogliśmy ukryć, no duże bzyczące muchy przykują uwagę… i ktoś mógłby zrobić im krzywdę.
- Oh no tak. Musimy je chronić. - Kobieta o kasztanowych włosach popatrzyła na pełzającą zawartość misy i zgodziła się. Choć z wyraźnym żalem. - Nie mogę się doczekać aż wydam na świat moje maleństwa. - Westchnęła kładąc dłoń na własnym brzuchu. Ten na razie nie zdradzał, że jest tam coś więcej niż ostatni posiłek. - Lady Fabienne tak pięknie o tym opowiadała. I to, że już tyle razy przyjęła ten cudowny dar w siebie. Też bym tak chciała. - Pokiwała głową jakby była całkowicie oddana tej sprawie a zachęta ze strony bretońskiej milady tylko ją w tym utwierdzała. - Szkoda, że nie masz przy sobie tych jaj? To na kiedy się umówimy? Mogę przyjść do was do hospicjum jeśli chcesz. I zabrać Margo. Albo do lady Pirory. Wiem gdzie to jest. - Popatrzyła gorliwie na mnicha jakby chciała jak najszybciej się umówić na kolejne zapłodnienie. - A Margo to poczekaj, zaraz zobaczymy. - Uśmiechnęła się i schyliła do miski. Wzięła jednego z czerwi i wyprostowała się. Spojrzała pytająco na jednookiego jakby sprawdzając czy popiera ten pomysł aby podać robaka nosicielce.
Mnich kiwnął głową i podążył za Teofano, ale nie mieszał się w jej plan. Usiadł jedynie obok Margo, kładąc delikatnie jej głowę na udzie, delikatnie gładząc jej czoło i czekając na ruch Teofano.
Widząc zachętę, cukiernik położyła czerwia między piersiami swojej pokojówki. I z ciekawością wymalowaną na twarzy czekała co się stanie. Rudoblond dziewczyna w pierwszej chwili jakby nic nie poczuła. W kolejnej sięgnęła tam dłonią. I przez chwilę głaskała czerwia a ten żywo sprawdzał jędrne otoczenie w jakim się znalazł. Dopiero jak lepkość oblepiła palce pokojówki ta otworzyła oczy jakby się zorientowała w tym. Popatrzyła z pewnym zdziwieniem na swoją dłoń po czym podniosła głowę na swoje robacze dziecię.
- To twój. Ale ci zazdroszczę Margo. Ja sama to już nie mogę się doczekać swoich. - Teofano nie wytrzymała aby się nie odezwać. I delikatnie pogłaskała czerwia jaki zostawiał lepki ślad na piesiach jej służącej.
- To moje? - Do byłej garbarki jakby zaczynało docierać w jakiej była sytuacji. Przyglądała się robakowi z bliskiej perspektywy.
- Tak. W misie jest ich więcej. To one dostarczyły ci ostatnio tyle przyjemności. - Cukiernik pokiwała głową i pokazała gestem poza krawędź łóżka. Pokojówka patrzyła na tego pulsującego robaka jakby nie mogła oderwać od niego wzrok.
- No i chciałabyś jeszcze raz? - Brunetka w końcu zadała pytanie jakby się nie mogła doczekać odpowiedzi. Służka podniosła głowę na nią. A potem na mnicha. Wyglądała jakby nie była pewna jakiej odpowiedzi od niej oczekują.
- Nie lękaj się i powiedz co naprawdę myślisz. Jeżeli nie chcesz nie powinniśmy cię zmuszać. Nie ma nic smutniejszego od matki, która nie może kochać swego potomstwa. - zerknął na Teofano, miał nadzieję, że oddanie dziewczyny własnym chęciom nie przesłoni jej rozsądku.
- No… To było… Całkiem miłe… - Leżąca na plecach pokojówka dotknęła swojego brzucha. Lekko się w końcu uśmiechnęła jakby na świeże wspomnienie własnego porodu. Słysząc to, cukiernik rozpromieniła się.
- Jesteś bardzo zdolna Margo. Wydałaś piękny i silny miot. Jesteś dobrą muszą matką. No i do tego sama widzisz jakie to przyjemne. Az nie mogę się doczekać kiedy do ciebie dołączę. A tu sama zobacz. To maleństwo dopiero co miałaś w sobie. - Brunetka pochwaliła swoją służkę jakby odczuwała z nią teraz więź jako nosicielka czerwi. Jednego z nich zademonstrowała pokojówce. Ta spojrzała na niego.
- To moje? - Trochę jakby zdziwiła się, że coś tak odmiennego od człowieka, mogło właśnie w niej być przez ostatnie kilka dni. Ostrożnie uniosła dłoń i dotknęła śliskiej larwy. Od razu jej palec połączyła z nią nitka śluzu. Robak zareagował żywszymi ruchami, jakby sprawdzał co go dotyka. Pokojówkę to jakby rozbawiło bo zaśmiała się cicho. I pogłaskała go delikatnie.
- Twoje moja droga, twoje. - mnich się uśmiechnął - Maleństwo zrodzone z twego ciepła i miłości. - Otto ucałował czoło służki - Czy chciałabyś stworzyć kolejne?
- No chyba tak. Ten poród i jak się ruszały w środku to było całkiem miłe. - Blond rudzielec uśmiechnęła się i powoli skinęła głową. Teofano zaśmiała się i nagrodziła ją całusem w usta.
- Tak! Będziemy spełniać nasze posłannictwo i zapełniać świat kolejnymi miotami! - Zawołała radośnie i z gorliwością w oczach. - Bardzo apetyczna wizja godna mojego impresario. - rzekła do niego tym samym zalotnym tonem co przed chwilą. - I myślę, że chociaż część moich koleżanek będzie miała ochotę przeżywać te przygodny razem z nami. Powiem ci, w zaufaniu Otto, że w tej artystycznej bohemie to wiele uwielbianych postaci to straszne rozpustnice. - Uśmiechnęła się na koniec jakby ta autoironia bardzo ją bawiła.
-

Angestag; popołudnie; Otto i apteka SigismundusaMnich zabrał nowy miot do apteki Sigismundusa, było to jedyne miejsce gdzie mógł je bezpiecznie przechować. Po drodze kupił trochę jedzenia dla opiekunki domu aptekarza.
- Witaj ponownie, Dorno. - uściskał mutantkę na przywitanie - Przyniosłem prowiant, oraz mam nowe maleństwa do hodowli. Jedna z najnowszych matek wydała miot w dwa dni po zasianiu.
- Wejdź Otto. - Mutantka otworzyła mu ostrożnie jak zawsze. Była w kapturze a jego cień przysłaniał jej twarz. Dopiero jak zostali sami w kuchni to go zdjęła i ukazały się jej kolczaste włosy i ziemista cera. Ucieszyła się zarówno z wiadomości, jedzenia jak i nowego miotu. Z ciekawością zajrzała do worka w jakim kłębiło się życie. - Dobrze, zaniose je na dół, do reszty. - Pdniosła głowę i lekko uśmiechnęła się do niego. Mówiła przyciszonym głosem. Dała mu znak aby poszedł za nią. - Raisa jeszcze nie wróciła z tego grobowca. To jestem tu sama z tymi dziewczynami z wioski. Staram się im nie pokazywać. Ale to trochę trudne i dziwne jak się mieszka w tym samym domu. Zwykle Raisa z nimi gadała. Byłoby łatwiej jakby któraś ze szlachcianek je wzięła na służbę. Był tu Egon z Larsem. Kupili nam klatki na te nowe muchy. Bo już nam brakowało. I zasiali je razem z Raisą. Ale już wydały swój miot. - Mówiła cicho gdy przeszli przez parter na zaplecze apteki. Tam zeszli na dół do piwnicy. Do ostatniego pomieszczenia gdzie była hodowla. Tu mutantka otworzyła lewą celę i weszła do środka. Zaczęła przygotowywać jedną ze skrzynek wyłożoną słomą aby tam przenieść nowy miot. Zaś w innych skrzynkach widać było inne czerwie w różnych etapach robienia kokonów lub już same kokony. A pod długą ścianą regały z klatkami na kury i króliki w jakich siedziały dorosłe muchy. Te małe były trochę dłuższe niż ludzka głowa. Te większe mniej więcej jak z pół ludzkiego korpusu.
Mnich delikatnie pogłaskał jedną z larw i spojrzał na Dornę.
- Potrzebujesz pomocy? - rozejrzał się po pomieszczeniu - I czy mogłabyś mnie zaopatrzyć w kolejne dawki? Zapowiada się, że będę dalej zapładniał kolejne matki.
- Może mógłbyś się im pokazać? Ja staram się jak najmniej. One chyba nie wiedzą jaka naprawdę jestem. Ale dziwą się czemu po domu chodzę w kapturze. Coś podejrzewają. Dlatego Raisa jak jest to z nimi gada. Mam nadzieję, że szybko wróci. One siedzą na piętrze. - Poprosiła kolegę aby się choć na chwilę rozmówił z trzema rybaczkami z piętra. - Jak je zabierali z tej wioski to im Astrid i reszta obiecali, że bogata pani weźmie je na służbę i będzie im lepiej niż tam na wsi. Więc one teraz czekają i pytają kiedy ta pani je weźmie do siebie na tą służbę. - Westchnęła jakby teraz pretekst pod jaki pozwolił grupie Norsmenów dość gładko zabrać te trzy wieśniaczki do miasta, teraz odbijał się rykoszetem.
- Dobrze, chodź. One już sobie tutaj poradzą. Teraz zaczną robić kokon. Ale to im dzień czy dwa zajmuje zanim skończą. - Uśmiechneła się na widok pół tuzina małych czerwi jakie wysypała z worka jaki Otto dostał od Teofano. Wyglądała niczym dumny hodowca. Podniosła wzrok i skinęła aby kolega poszedł za nią. Zaprowadziła go do prawej celi. Tu były misy z jajami jakie przyniesiono z jaskini Oster. - Chcesz same jaja czy napełnić ci strzykwy? - Zapytała odwracając się ku niemu. Pokazała gestem na stos pustych, glinianych strzywk które można było teraz napełnić jajami.
- Same jaja wystarczą, mam własne narzędzie. - odparł z uśmiechem mnich, spojrzał w kierunku piętra, gdzie znajdują się kobiety ze wsi - Chcesz, abym im powiedział jakąś bajkę na temat tego czemu się zakrywasz? Coś, żeby cię nie męczyły?
- Możesz. Ja nie wiem co powiedzieć. Najlepiej by był jakby któraś ze szlachcianek je zabrała do siebie. Chociaż jedną czy dwie. To byśmy tu znów zostały we dwie z Raisą. - Mutantka może i miała już przyjemne doświadczenia na zabawach u Pirory z resztą kultystów ale poza tym nadal obawiała się reszty ludzi. Całkiem rozsądne zresztą bo w przeciwieństwie do jej kamratki z jaskini to jej skaza od razu rzucała się w oczach. A Lilly jak była w długiej spódnicy to mogła uchodzić za młodą i ładną mieszczkę. Na Dorna usiadła na niskim, trójnożnym stołku i zaczęła nakładać kolejne porcje jaj do woreczka.
- A dla kogo to? I która to wydała ten miot? - Zagaiła na przyjemniejszy temat. Wydawała się zaciekawiona dla jakich nosicielek pakuje te jaja.
- Nie wiem czy ją spotkałaś. Margereth, służka lokalnych cukierników. Zasiałem ją… dwa.. trzy dni temu i już wydała miot. Jest zainteresowany kolejnym więc będę kontynuował. Do tego Lady Odette zaprosiła mnie na spotkanie z znajomą, którą zechce zasiać, więc i tam się udam.- mnich się uśmiechnął - Coraz więcej mamy chętnych matek. Niedługo pewnie trzeba będzie pomyśleć o nowym miejscu na przechowywanie ich.
- No u nas jeszcze trochę jest. Można sąsiednią celę przerobić na żłobek dla tych maleństw. A na wszelki wypadek Sigismundus zabrał ze sobą Loszkę i część hodowli. Zresztą zanim odjechał to mówił, że jak któraś by była chętna na zasianie to nie jest to żaden problem. Tylko trzeba pilnować aby ciężarnego brzucha nie było widać. Bo to by mogło ją zdradzić. A poza tym to sama da się zasiać, sama donosi, sama urodzi i przyniesie ten miot. Tak jak Laura z zamtuza. Już chyba ze dwa czy trzy od niej tu mamy. Gorzej jakby jakaś nie chciała to trzeba by ją gdzieś przetrzymać aż urodzi. Chociaż takie miejsce gdzie by można trzymać te nosicielki by się przydało. Można by je wtedy zasiewać do pełna bez obaw, że ktoś zobaczy ich ciężarny brzuch. A tej Margaret to nie znam. Pewnie jakaś nowa. Lady Odette to tak bo była u Pirory po mszy tydzień temu jak ja też byłam. Co się bawiłyśmy w te panny młode. Pamiętasz? - Dorna chętnie się rozgadała gdy ładowała kolejne porcje jaj do woreczka. Chociaż głównie powtarzała to co usłyszała od aptekarza zanim te wyjechał z miasta.
- Pamiętam, pamiętam. Sam przecież prowadziłem procesję. Margereth spotkałem przez jej córkę cukierników, Teofano. Dziewczyna się nakręciła na bycie "muszą matką" i wciągnęła Margereth do tego. - mnich westchnął - Czasem wydaję się to zbyt łatwe… - mnich schował pakunki z jajami - Dziękuję ci kochana, na pewno znajdę dla nich ciepłe domki. Masz może jakieś prośby co do mnie?
- To tej Teofano też nie znam. - Mutantka pokiwała swoją kolczastą głową i lekko się uśmiechnęła. - Ale jeśli chce rodzić te maleństwa to dobrze. Gdybyś jeszcze potrzebował tych jaj to przyjdź. Jak widzisz jeszcze trochę ich jest. Niektóre muchy są już dorosłe to chyba same powinny móc produkować nowe jaja ale nie wiem jak. Sigismundus tak mówił zanim wyjechał. Że jak już dorsoną to nie będzie się trzeba martwić czy nam jaj zabraknie bo te dorosłe bedą produkować nowe. Ostatnio był u nas Egon z tym swoim kolegą z Norsci. Obaj sa tacy duzi. No i też zabrali trochę jaj na zasiew. Mam nadzieję, że im się powiedzie. I tobie też. A na razie dziękuję Otto ale chyba mam co mi potrzeba skoro to jedzenie nam kupiłeś. Oby Raisa szybko wróciła. Jak tu jest to jakoś z nią raźniej. - Szaroskóra uśmiechnęła się na koniec ale wydawała się być dobrej myśli.
- Dobrze. To porozmawiam z twoimi towarzyszkami, nie wiem czy uda mi się załatwić dla nich zatrudnienie, ale może sprawię, że dadzą ci spokój. - mnich ruszył na górę w poszukiwaniu nowych współlokatorek Dorny.
Mutantka ucieszyła się i zaprowadziła do na schody prowadzące na górne piętro. Pokazała mu które drzwi ale wolała nie pokazywać się nowym koleżankom na oczy. Gdy mnich tam wszedł zastał trzy młode kobiety zajęte łuskaniem jakiegoś ziarna. Wszystkie spojrzały na niego aby sprawdzić kto przyszedł. Spódnice miały proste chociaż czyste. Wyglądały na wieśniaczki albo mieszczki jakim się nie przelewa. I każda miała włosy w innym kolorze. Blondynka, ruda i czarna. Chyba je zaskoczył bo nie bardzo wiedziały co powiedzieć. Wymamrotały tylko krótkie “pochwalony ojcze” skoro zobaczyły osobę w mnisim habicie.
- Witajcie moje drogie, jestem Otto i jestem tu za pośrednictwem szlachetnych dam tego miasta. - mnich uśmiechnął się do kobiet - Rozumiem, że poszukujecie zatrudnienia, aby im usługiwać?
- Jesteś od szlachcianek ojcze? Oj tak, my byśmy bardzo chciały pójść do nich na służbę. W wiosce nam mówili, że będziemy mieć lepiej tu w mieście, że jedzenie będzie i spanie. I robota łatwiejsza niż przy sieciach. I my myślały, że może tej blond panience będziemy służyć no ale jej tu nie ma ostatnio. Ale my dalej byśmy chciały pójść na służbę do jakiejś milady. - Odezwała się blondynka i mówiła szybko. Pozostałe dwie też gorliwie kiwały głowami na znak, że zgadzają się z jej słowami. Porzuciły swoje zajęcie i podeszły do niego patrząc na mnicha z nadzieją.
- Rozumiem. Cóż, oczywiście przedstawię wasze chęci lady Von Mannlieb i von Dyke. Być może lady Von Treskov również by szukała pomocnic, ale ona nie zostanie w mieście na zawsze. - mnich się uśmiechnął - Więc, jakie talenty oferujecie?
Trzy wieśniaczki ożywiły się gdy potwierdził, że ma znajomości wśród bogatych dam w mieście. Chociaż nazwiska chyba nie zrobiły na nich wrażena. Całkiem możliwe, że jeśli pochodziły z którejś podmiejskich wsi, to nie były im znane.
- My możemy ciężko pracować! Pracowite jesteśmy! W kuchni możemy robić i sprzątać. I przy zwierzętach. No i ryby oprawiać, wędzić, suszyć. Łodzią pływać i sieci rzucać też. Przeca my rybaczki jesteśmy. No i chrustu w lesie nazbierać czy grzybów. Przeca u nas las to się zaraz za ogrodzeniem zaczyna. - Mówiły na przemian i szybko. Jakby chciały przekonać jak są pracowite. Brzmiało to na zestaw umiejętności typowych dla ludzi ze wsi z dodatkiem rybackiego rzemiosła. Chociaż jak na wieśniaczki to były jeszcze całkiem młode, jędrne i proste.
Otto się zastanowił.
- Nie są to do końca użyteczne talenty w mieście… nawet portowym. - przyjrzał się dokładnie kobietom - Ale… jesteście młode i urodziwe… czasem to wystarczy. Szlachta często organizuje przyjęcia dla swoich. Służba musi im oczywiście usługiwać, przynosić jedzenie, trunki. Oznacza to jednak… bycie otoczonym przez przez mężczyzn, często pod wpływem alkoholu, jeżeli rozumiecie. Nie lękacie się takiej możliwości?
- No… - Teraz widać było, że trzy młode rybaczki speszyły się. Zapewne trafił ich tym pytaniem w czuły punkt. Jak się nie było lubiącą swawole hedonistką jak Burgund czy Łasica to takie mroczniejsze strony usługiwania młodych kelnerek na balach szlachty mogły się jawić mało atrakcyjnie a nawet jako zagrożenie. Więc chociaż ucieszyły się jak pochwalił ich urodę i młodość to teraz wyglądały na zmieszane. - A to gdzieś w kuchni by się nie dało? Albo w stajni? - Zapytała jedna z nich cichym, nieśmiałym głosem.
- Zapytam oczywiście. Po prostu chce wiedzieć jak was najlepiej im przedstawić. - mnich się zastanowił znowu - Jeżeli by się nie udało z szlachetnymi damami, czy miałybyście coś przeciwko pracy w lokalnym hospicjum? Zawsze potrzebna nam pomoc. Będę oczywiście się starał z szlachetnymi paniami.
Trzy młode rybaczki pokiwały głowami jakby im ulżyło, że nie zostaną rzucone na żer pijanych, rozwydrzonych szlachciców. I szybko się zastanowiły nad pytaniami mnicha. - Tak, możemy pracować w hospicjum. Ale wolałybyśmy u jakiejś bogatej i dobrej milady. - Wyrzekły w końcu po tej krótkiej chwili zastanowienia.
- Oczywiście. I postaram się to załatwić. - mnich pokiwał głową - Jest jeszcze jedna sprawa. Wasza współlokatorka z dołu, Drona. Rozumiem, że martwi was jej zwyczaj chodzenia w kapturze… prosiłbym, abyście pozostawiły ją w spokoju, biedaczka się nacierpiała w życiu… choroba w młodości naznaczyła jej twarz i wstydzi się ją pokazywać. Proszę, znajdźcie litość w sercu i pozwólcie jej żyć w spokoju.
- Ah Dorna… No tak… Ona jest jakaś dziwna. - Trzy młode wieśniaczki zwierzyły się mnichowi ze swoich podejrzeń co do zakapturzonej lokatorki. I przez chwilę patrzyły na siebie jakby się zastanawiały. - No ale jak ma coś z twarzą to przykra sprawa. Biedaczka. Ale to nie jest zaraźliwe? - Wydawały się zgodne aby uszanować prośbę sługi bożego. Jednak wspomnienie o chorobie wywołało nutkę niepokoju. Co było zrozumiałe jak choroby były codziennością a raz na pokolenie trafiał się większy pomór.
- Nie, nie. Choroba została wyleczona, ale szkody pozostały. Nie będę was męczył opisami. Oboje będziemy naprawdę wdzięczni jeżeli dacie jej być w swojej nie codzienności. - mnich się uśmiechnął - Dobrze, zatem wiem co przekazać moim benefaktorkom. Postaram się do was wrócić z dobrą nowiną.*
Załatwiwszy sprawę w aptece Otto udał się do teatru Pirory. Zapukał do tylnego wyjście czekając na wpuszczenie.
Trochę to trwało. Jakiś służący mu otworzył i zapytał czego chce. Potem poprosił aby poczekać i pewnie poszedł przekazać wiadomość. Mnich zaś czekał w kuchni. Jej akurat nie zmieniano bo wciąż była przydatna. I jakaś pulchna kucharka z młodą pomocnicą się tam krzątały. Pozdrowiły go skinieniem głowy i dobrym słowem ale nie angażowały się w rozmowę. Po paru chwilach wrócił sługa i poprosił aby mnich poszedł za nim. Gdy przechodzili przez izbę główną widać i słychać było próbę chóru. Otto rozpoznał psalm pochwalny na cześć morskiego boga. Sługa poprowadził go na zaplecze. Do tej samej komnaty gdzie parę dni temu spotkał pierwszy raz Benitę i dwójkę znajomych szlachcianek. Gdy dziś sługa zapukał w drzwi, dało się słuszeć krótkie, zdecydowane kobiece “Proszę!”. I gdy otworzył drzwi, wpuszczając mnicha do środka ten znów zobaczył tą samą trójkę. Lady Odette, Fabienne i Benitę. Sługa zamknął drzwi, zostawiając ich samych. Zaś miodowłosa milady podjęła rolę gospodyni.- Oh brat Otto. Jak miło, że nas zaszczyciłeś swoją obecnością. - Powitała go szarmancko jakby był conajmniej szlachciem lub chociaż renomowanym spowiednikiem szlachty. A nie zwykłym, ubogim mnichem z hospicjum. Fabienne też posłała mu ciepły uśmiech ale pozwalała grać rolę swjej koleżance.
- Pamiętasz naszą drogą Benitę? Dziś nas odwiedziła i pragnęłaby wziąć kilka lekcji śpiewu u mnie. Właśnie o tym rozmawiamy. - Artystka przedstawiła zapewne oficjalny powód dla którego błękitnokrwista małżonka jednego ze szlachciców, dzisiaj jest u niej na prywatnej wizycie w garderobie. Ta pokiwała głową, potwierdzając niemo słowa diwy.
Mnich się skłonił.
- Witam nimfy tego cudnego miasta. - Otto spróbował od prostego komplementu - Lady Benito jestem pewny, że twój głos jest zdolny do akompaniamentu lady Odette. Piękno twego ciała jest przecie manifestacją piękna twojej duszy.
- Dziękuję bracie Otto. To bardzo miłe z twojej strony. - Tutejsza szlachcianka wydawała się być przyjemnie zaskoczona takim komplementem z ust mnicha. Dwie jej koleżanki co już miały z nim do czynienia może mniej ale też się uśmiechnęły z aprobatą.
- Właśnie miałam sprawdzić gardło Benity. - Odette odwróciła się do rozmówczyni jakby wracając do tego w czym przerwało im przybycie mnicha. - Jak wiadomo, siła głosu płynie z silnego, zdrowego gardła. Zaczyna się od przepony, płuc a kończy na ustach. Więc najpierw trzeba sprawdzić usta. - Aktorka tłumaczyła jakby zdradzała im jakieś tajniki śpiewu. Brunetka pokiwała głową całkowicie zafascynowana tą prywatną lekcją. Fabienne posłała mnichowi porozumiewawczy uśmieszek. W aktorka zaczęła wodzić palcem po ustach drugiej szlachcianki. Właściwie wyglądało to jak na początkowe pieszczoty ale otoczka wielkiej diwy i lekcji muzyki zrobiła swoje. Benita wydawała się być całkowicie pod urokiem Słowika Północy. - Dobrze, to teraz sprawdźmy nieco głębiej. Posmakujmy tego gardła. - Oznajmiła pewnym siebie głosem i zbliżyła usta do ust swojej wielbicielki. Dość szybko zaczęło to przypominać coraz bardziej namiętny pocałunek. Jak skończyły Benita patrzyła na nią z przejęciem. Zaś aktorka miała minę jakby smakowała na jęzuku talent drugiej kobiety.
- I co? - Benita nie wytrzymała aby nie zapytać.
- Sama nie wiem. Wynik nie jest niejednoznaczny. Fabi, może ty spróbujesz? Wy Berończycy macie naturalny talent muzczyny. - Poprosiła koleżankę a von Manlieb podeszła do Benity i zaczęła ustami testować usta tamtej drugiej. Zaś lady Odette zyskała okazję aby podejść do mnicha.
- Miło, że przyszedłeś moj impresario. Mam nadzieję, że nie zapomniałeś o czym rozmawialiśmy w nocy? Oh i masz może ochotę spróbować naszej słodkiej Benity? Sam widzisz jaka jest zaangażowana. - Powiedziała do niego cicho pozwalając sobie na poufały ton i uśmiech póki obie koleżanki były sobą zajęte.
Mnich poklepał się po boku i lady Odette mogła rozpoznać znajomy kształt zabawki do zasiewu.
- Jestem przygotowany do tej posługi, o najpiękniejsza ze słowików. - zapewnił Otto, spojrzał na poczynania Fabienne - Jesteś przekonana, że nie będzie miała nic przeciwko. Obcowanie z klechą może nie przystoić zamężnej damie, przynajmniej bardziej niż obcowanie z kobietami.
- O, przyniosłeś tą zabawczkę? Jak miło. Powiem ci, że uwielbiam jej używać. Zresztą w snach też mi się śniło, że będę zapładniać inne kobiety nie ludzkim życiem. Tymi strzykwami też można się trochę pobawić no ale to nie daje mi takiej frajdy jak ta zabawczeka. Nie mógłbyś zorganizować drugiej mój impresario? Sam widzisz, że chętnych dziewcząt do zabawy jest całkiem sporo. A jak jeszcze moje koleżanki z Saltzburga przyjadą to będzie jeszcze więcej. - Milady stanęła obok mnicha aby swobodnie obserwować rozwój zabawy u dwóch koleżanek. A te zdołały się już nieźle rozgrzać. Fabienne umiejętnie była tą prowadzącą jaka już obejmowała nową kochankę a ta jakby zapominając całkiem o swoim mężu, oddawała jej się z takim samym zaangażowaniem.
- No rzeczywiście to mężatka. Właściwie to obie. - Odette pokiwała swoją miodowłosą głową gdy się chwilę napatrzyła na harce obu błękitnokrwistych mężatek. - No ale zobaczymy. Sama jestem ciekawa. - Spojrzała na niego przez chwilę po czym nieco uniosła brodę zanim podniosła głos. - Dobrze, myślę, że wystarczy moje drogie. Jak myślisz Fabi? Czy Beni ma talent oralny? - Zapytała znów wracając do tego mentorskiego tonu. Czarnowłosa Bretonka oderwała się od brunetki i posłała jej ciepły uśmiech i mokre spojrzenie.
- Tak, moim skromnym zdaniem, Beni ma bardzo mocne i utalentowane usta. I wspaniale wrażliwy język. To daje bardzo duży potencjał. - Wyraziła się o talencie koleżanki bardzo pozytywnie. A ta odwzajemniła jej się pełnym wdzięczności uśmiechem.
- Też miałam takie wrażenie. No ale skoro odwiedził nas sługa boży to może jeszcze jego zapytajmy o zdanie. Więc Beni, jakbyś mogła tutaj pozwolić. - Szlachcianka wskazała wzorkiem na stojącego obok niej mnicha. Tym raze jednak Benita się zawahała.
- No ale… Przecież to mężczyzna. - Wyjąkała z pewnym zażenowaniem.
- Oczywiście, że tak Beni. Nie da się tego ukryć. Ale przecież wiesz, że świątynne chóry mają wielowiekową tradycję i mnisi od razu potrafią odkryć czy ktoś ma talent w gardle i ustach czy nie. Prawda ojcze? - Odette starała się uspokoić wątpliwości koleżanki ale jeszcze zapytała mnicha o zdanie.
Mnich się się uśmiechnął i spokojnie podszedł do Benity, głaszcząc jej policzek.
- To jedynie sprawdzenie twojego talentu do śpiewu pani, nic w tym złego. Do tego, jestem przecież sługą bogów. To nie to samo co jakiś zwykły mężczyzna co go spotkasz na mieście. - zbliżył swoje usta do warg szlachcianki, ale zatrzymując się tuż przed, pozwalając jej zdecydować, czy chce oddać się temu uczuciu.
Benita powoli pokiwała głową na jego słowa. I nie cofnęła się gdy się do niej zbliżył. Ale też jeszcze jakby wahała się czy powinna to zrobić. - Ale to dotyczy każdej mężatki? A czy to nie grzech? - Wydawało się, że wcześniejsze zabawy ją pobudziły i rozochociły na tyle, że miała już ochotę na więcej. Jednak też nie mogła tak w jednej chwili zapomnieć o całej moralności w jakiej ją wychowano i w jakiej na co dzień żyła.
- Przecież brat Otto to sługa boży. Cokolwiek tu nagrzeszymy to da nam rozgrzeszenie. Jak chcesz to brat Otto sprawdzi mój talent do mocnego gardła i zwinnych ust. - Fabienne co stała na trzecią, tuż obok nich, włączyła się do rozmowy. Benita spojrzała na nią i pokiwała ochoczo głową. Jakby była skłonna zdać się na bardziej doświadczoną mężatkę. Bladolica więc uśmiechnęła się do niej, do mnicha obrzuciła go z bliska kuszącym spojrzeniem. - Bracie Otto. Czy mógłbyś sprawdzić moje usta? - Zapytała filuternie.
Mnich ujął kobietę delikatnie i złączył ich usta, początkowo pocałunek był pieszczotliwie delikatny, ale zaczął rosnąć w głodzie i intensywności im dłużej trwał. Dłonie mnicha zaczęły powoli wędrować po ciele szlachcianki. W końcu mnich przerwał pocałunek, patrząc na Fabienne z uwielbieniem.
- Słodsze niczym miód, moja pani. A twe gardło wydaje się wytrenowane… zapewne ćwiczysz je intensywnie. - mnich Otto uśmiechnął się łobuzersko - Chętnie sprawdzę jak wygląda twój trening.
- Ja zawsze chętnie służę słudze bożemu. - Fabienne dygnęła grzecznie przed swoim kochankiem. Gdyby nie to, że właśnie się całowali to można by ten gest uznać za zgodny z dworską etykietą. Zaś z bliska widać było, że jednookiemu udało się przyjemnie rozbudzić swoją kochankę. Zresztą nie tylko ją. Benita stała z ich jednego bocznego profilu a Odette z drugiego. Też wyglądały jakby miały ochotę wskoczyć w tych zabawach na wyższy poziom. - Chyba Beni teraz nie masz już żadnych wątpliwości? - von Mannlieb zwróciła się ty samym zalotnym tonem do jeszcze wahającej się koleżanki. Ta zaśmiała się krótko i trochę nerwowo.
- No nie, teraz już nie. - I obie przesunęły się ze sobą tak aby teraz to brunetka mogła zająć miejsce czarnowłosej.
- Może za chwilę Fabi zademonstrujesz nam jak używać ust i gardła aby podziękować słudze bożemu za jego czas i dobroć? - Diwa wymownie wksazała gdzieś na przód habitu mnicha i miała rozbawioną minę.
- Oczywiście Oddie. Jestem tu aby służyć. - Bretonka odezwała się z fałszywą pokorą od jakiej włoski stawały na karku. Zwłaszcza jak się znało jej uległe preferencje w łożnicy. Zaś w tym czasie Benita zdążyła zbliżyć swoje usta do ust mnicha gotowa się z nimi zapoznać już bez wahania.
Tym razem bez wahania Otto rozpoczął pocałunek. Podobnie jak z Fabienne, na początku pieszczotliwie muskając usta kobiety. Z czasem pogłębiając pocałunek, łącząc języki pary w tańcu. Mimowolnie dłoń mnich przesunęła po piersi szlachcianki, a druga przysunęła ją bliżej, tak że jedyne co dzieliło ich ciała to ubrania, które mieli na sobie. W jednooki przerwał pocałunek, aby złapać powietrze i spojrzał na reakcję szlachcianki zanim podał swój werdykt co do jej talentu.
W pocałunkach, Benita wydawała się być całkiem śmiała. Gdy już przezwyciężyła swoje pierwotne opory moralności. Usta miała chętne i przyjemnie miękkie, język gościnny i skory do pieszczot. A gdy skończyli to na twarzy widać było podniecenie. Miała ochotę na coś więcej. Zaś dwie sąsiadki też wyglądały na ustatysfakcjonowane tym widowiskiem.
- A teraz Beni, czas odetchnąć pełną piersią. Aby głos mógł w pełni wybrzmieć. - Odette szepnęła zalotnie swojej wielbicielce do ucha i wyszła na jej tyły. I tam zaczęła rozwiązywać jej gorset. A nawet przez suknię Otto czuł jej kobiece walory które niczym nie ustępowały jego bretońskiej kochance. Ta zresztą podeszła do niego i odwróciła się tyłem.
- Mógłbyś bracie Otto? - Zapytała zalotnym tonem pozwalając aby rozwiązał jej suknię.
- I co myślisz o talentach Beni bracie Otto? - Odette spojrzała na niego zza pleców rozbieranej szlachcianki.
- Zgodzę się z waszą oceną. - uśmiechnął się mnich, pomagając w rozwiązaniu sukni - Ma potencjał, ale trzeba pomóc mu zakwitnąć. Musi ćwiczyć te ustka, język i gardziołko. Będziecie musiały jej pokazać jakie ćwiczenia powinna wykonywać.
Gdy to mnich powiedział, zarobił od młodej szlachicanki taki sam wdzięczny uśmiech jak przed chwilą jej bretońska koleżanka. A po paru chwilach obie zostały w samych pończochach i bieliźnie, odsłaniając swoje młode biusty i jędrne, zadbane ciała. Jeszcze tylko diwa pozostała w sukni. Odsunęła się aby stanąć obok mnicha i też pooglądać te piękne widoki.
- Jak myślisz mój drogi impresario? Od czego teraz powinniśmy zacząć to szkolenie Benity? Jestem pewna, że Fabi będzie nam służyć wszelką możliwą pomocą. - Zapytała go jakby byli parą belfrów przygtwujących się do egzaminu młodej studentki.
- Oczywiście, że bardzo chętnie będę służyć. - Fabienne posłała im krzywy uśmieszek, wiedząc, że ich dwójka może rozpoznać to drugie, kosmate dno jej wypowiedzi. Benita zaś stała obok niej i z ekscytacji przygryzała wargę co teraz będzie.
- Może niech Lady Fabienne zaprezentuje jak trzeba na razie ćwiczyć usta i język? - mnich zerknął na Bretonkę wyciągając do niej zapraszająco rękę.
- Bardzo dobry pomysł mój drogi. Fabi, czy możemy cię prosić o małą prezentację? - Odette uśmiechnęła się z aprobatą na taki pomysł. I po flirciarsku zwróciła się do swojej kochanki ubranej w czerń jaka tak kontrastowała z jej porcelanowo białym ciałem. Bretonka uśmiechnęła się do nich oboje i bez wahania podeszła w objęcia mnicha. Znów zaczęła się z nim namiętnie całować. Teraz jej prawie nagie ciało dało się czuć dużo pełniej. A ona po chwili przerwała te zabawy. Popatrzyła na niego z krzywym uśmieszkiem po czym bez słowa uklękła przed nim i zaczęła podnosić mu habit.
- Beni stamtąd wiele nie zobaczysz. Podejdź bliżej. To jest właśnie bretońska miłość. Na pewno przyda ci się w życiu. Nawet nie wiesz ile razy mnie to się przydało. - Diwa zachęciła brunetkę aby podeszła do nich bliżej. Ta z fascynacją w oczach obserwowała poczynania drugiej mężatki podczas karesów z mężczyzną. A widząc, że to ją zaabsorbowało miodowłosa poklepała torbę mnicha gdzie trzymał zabawkę Niklasa dając znać, że czas ją wyjąć.
Mnich wyjął zabawkę od Niklasa, starając się nie przeszkadzać Fabienne w jej prezentacji. Napełnił przerząd jajami Oster po czym wręczył ją Odette.
- Jestem pewny, że wiesz co z tym zrobić moja pani.
- Oj chyba coś jeszcze pamiętam. - Wynagrodziła go pocałunkiem w usta ale sama odsunęła się trochę w bok aby móc sobie założyć ten przyrząd. - Fabi, nie bądź taka chciwa. Zobacz jak narobiłaś apetytu Beni. Daj jej też się pobawić i wykazać. - Diwa udała storfujący ton ale widać było, że świetnie się bawi tą sytuacją tak samo jak pozostała trójka. Słysząc to klęcząca Bretonka ostatni raz oderwała się od przyrodzenia kochanka i zadarła głowę aby posłać mu przyjemny uśmiech. Ale trochę się odsunęła aby druga mężatka mogła teraz zająć jej miejsce. Gdy uklękła von Mannlieb pocałowała ją w usta.
- To przekazuję ci pałeczkę Beni. - Zaćwierkała do niej radośnie. Benita też wyglądała na podnieconą. I całkiem wprawnie zajęła miejsce koleżanki. Otto widział z góry jak pracuja jej usta i język. A na dole czuł to na swojej męskości. Fabienne zaś wstała i pomogła zapiąć zabaweczkę do bioder aktorki. I odpiąć dół jej sukni aby nie przeszkadzał w zabawach. Potrzebowały na to paru chwil gdy Benita była zajęta dogadzaniem mnichowi.
Mnich pogłaskał policzek szlachcianki, która obecnie oddawała cześć jego berłu,
- Bardzo dobrze… teraz… może zobaczyć jak wytrwałe jest twoje gardło…
- I jak wytrwałe? - Odette zapytała z ciekawością. Fabienne właśnie skończyła zapinanie drewnanego przyrodzenia i teraz aktorka mogła wrócić do zabawy. Podeszła do klęczącej koleżanki i złapała ją za biodra każąc jej ustawić się na czworakach. Benita chętnie uległa tym prośbom i odwróciła się na chwilę do tyłu aby sprawdzić co tam się dzieje.
- Beni ważą się twoje losy jako osobistej uczennicy naszego Słowika Północy. - Fabienne nachyliła się nad brunetką jakby jej przypomniała dlaczego się tu spotkały.
- Ano tak. - Brunetka pokiwała głową i wróciła do pieszczot na przyrodzeniu mnicha. Ten widział, że usta i brodę ma już mokre od tych prac. A teraz jeszcze cicho jęknęła gdy z drugiej strony zabaweczka przymcowana do bioder diwy weszła w nią po raz pierwszy. Po chwili jednak złapali wspólny rytm i zabawa rozkręciła się na dobre.
- Ślicznie razem wyglądacie. - Fabienne wydawała się rozczulona tym widokiem. Oparła się o blat stołu i stanęła ramię w ramię obok mnicha. Oboje teraz mieli podobny widok na obie kochanki.
Mnich obrócił głowę w kierunku Bretonki i ucałował ją. Jednocześnie ujął dłonią głowę Benity i wepchnął całą długość swego berła do jej ust. Szlachcianka zaczęła się chwilę dławić więc Otto wycofał się odrobinę.
- Spróbuj rozluźnić gardło moja pani. - po czym ponownie naparł na twarz szlachcianki.
Z okolicy własnych bioder, do uszu jednookiego doszły dławiące się odgłosy jakie wydawały usta i gardło Benity. A sam widział jak Odette zdążyła wejść z jej drugiej strony do zabawy. Widział jak podskakuje biust diwy w rytm uderzeń jej bioder o wypięte pośladki drugiej szlachcianki. A Fabienne stała obok niego, głaszcząc go po ramieniu, piersi albo całując gdy obserwowała tą wspólną zabawę.
Figle w garderobie Słowika Północy, rozgorzały na dobre. Gospodyni z lubością używała drewnianej zabawki Niklasa na gościnnych trzewiach swojej wielbicielki. Ta chętnie się temu oddawała jednocześnie pozwalając aby jej usta czy biust sprawiały przyjemność mnichowi. Gdy miodowłosa milady próżniła zabaweczkę na chwilę odstępowała od zabawy a Fabienne napełniała jajami tą drewnianą tubę. I po chwili znów wracały do figlów. Otto miał kłopot skupić się na tym ile dawek Benita w siebie przyjęła ale pewnie z kilka. W końcu gdy wszyscy byli przyjemnie zmęczeni, zdyszani i zadowoleni był moment aby odpocząć i przygotować się na wyjście stąd na świat zewnętrzny. Szlachcianki zaczynały szukać swojej bielizny, sukni, zapinać gorsety. Humory wciąż jednak miały szampańskie.
- To jak Beni, podobają ci się te nasze prywatne lekcje śpiewu? Byłabyś nimi zainteresowana? - Lady Odette postawiła stopę na stołku i poprawiając jedwabną pończochę spojrzała wesoło na swoją wielbicielkę. Starała się wrócić do tego mentorskiego tonu z początku rozmowy gdy Otto tutaj przyszedł.
- Oh tak, było cudownie! Jak bym milady mnie przyjęła na te lekcję byłabym bardzo szczęśliwa. - Brunetka odparła bez wahania, posyłając jej rozmarzone spojrzenie. Fabienne stała za nią i wiązała jej gorset.
- No chyba da się to załatwić. A ty bracie Otto? Mój impresario? Czy znalazłbyś czas i ochotę aby do nas dołączyć w takich spotkaniach? Sam widzisz, że przydałaby nam się osoba duchowa aby dać nam rozgrzeszenie po tych niecnotach. - Diwa zwróciła się teraz do mnicha i popatrzyła na niego z flirciarskim uśmiechem.
- Żyję aby służyć. - odparł mnich - A pomoc przy sztukach wielkich to największe powołanie jakiemu ktoś mógłby się oddać. - ucałował dłoń divy - Mam jedynie nadzieję, że się wam nie znudzę. Jeden klecha dla tak cudownych kobiet… aż smutno, że marnujecie swoje żądze na mnie.
- Oh skromny jesteś mój impresario. Myślę, że żadna z koleżanek nie powinna narzekać na twoją wizytę i będzie z utęsknieniem czekać kolejnych. - Aktorka z przyjemnym uśmiechem obserwowała jak mnich ucałował jej dłoń i z aprobatą przyjęła jego komplementy. Zdążyła już założyć bieliznę i pończochy ale wciąż była w stanie negliżu. Popatrzyła na swoje dwie koleżanki.
- No my z bratem Otto to się już znamy całkiem dobrze od jakiegoś czasu. I cieszę się, że bogowie splotli ze sobą nasze ścieżki. No i przecież to on obdarował nas tym szczęściem i mnóstwem innych doznań. - Fabienne odeszła od pleców Benity gdy skonczyła sznurować jej gorset. Podeszła do jednookiego i pocałowała go w policzek. A przy tym macierzynskim ruchem dotknęła swojego nagiego brzucha. Od dobrych paru dni całkiem przyjemnie mówiła o doznaniach jakie dostarcza jej ta robacza pseudociąża i pamietała kto ją zasiał po raz pierwszy.
- No ja też bardzo chętnie się spotkam z bratem Otto. No i z wami wszystkimi. Nie mogę się już doczekać kolejnej lekcji muzyki. Będę musiała powiedzieć mężowi, że zaczynam ale chyba powinien się zgodzić. - Młoda mężatka też wyglądała na zadowoloną. Patrzyła trochę roztargnionym wzrokiem bo szukała swojej sukni. W końcu schyliła się aby ją podnieść i zaczęła zakładać.
- To kiedy następny raz? Może jutro po mszy? Pirora zapraszała nas wszystkich. - Diwa uśmiechnęła się i popatrzyła na zebranych z ciepłym uśmiechem.
- Ja bardzo chętnie. Strasznie przypadły mi do gustu te psalmy po mszy co u siebie organizuje. - Fabienne od razu zgłosiła swoją zgodę. Więc aktorka spojrzała na drugą szlachciankę.
- Jutro po mszy? Oj bardzo bym chciała. Ale już jesteśmy umówieni na wizytę u znajomych. Nie mogę się doczekać aż zobaczą miny jak im powiem, że milady zgodziła się udzielać mi prywatnych lekcji śpiewu! - Brunetka wydawała się chętna na ponowne spotkanie już jutro ale widać już wcześniej była umówiona z mężem na inne spotkanie.
- No to może pojutrze się spotkamy. A ty bracie Otto? Kiedy zaszczycisz nas swoją obecnością? - Aktorka zwróciła się teraz do jedynego mężczyzny w garderobie.
Mnich objął aktorkę, jego dłoń na sekundę powędrowała do jej brzucha, gdy usta obdarowywały szyję pocałunkami, patrzył jednak na Benitę, obecując jej ponowne pieszczoty. Odsunął się w końcu od Divy, gładząc delikatnie jej policzek.
- Dla was moje piękne? Zjawię się jak tylko wezwiecie.
- W takim razie zapraszam cię mój drogi Otto jutro po mszy. A z naszą słodką Benią najwyżej umówimy się na kolejne dni. Zaprosiłam też naszą wspólną znajomą co ostatnio z takim zaangażowaniem bawiła się z nami w teatrze po występie. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza? Z tego co pamiętam całkiem dobrześmy się razem dgadywali. - Miodowłosa dała się mu cmoknąć w policzek i szczebiotała z zadowoleniem o planach na najbliższą przyszłość.
- Teofano? Tak opowiadała mi o swojej wizycie, oczywiście chętnie i ją nauczę śpiewu. - mnich skłonił się kobietom - Życzę miłego wieczoru, najpiękniejsze.
Otto opuścił tatr i ruszył w kierunku domu. Postanowił po prostu odpocząć przed jutrzejszymi wydarzeniami. Jutro oczywiście msza no i nie mógł odmówić sobie kolejnych przyjemnych chwil z Slaaneshytkami. Później… no cóż, ma kilka planów. Najpierw odwiedzi karczmę Silnego, obiecał Odette przygodę.
-

Angestag; popołudnie; Otto i apteka SigismundusaMnich zabrał nowy miot do apteki Sigismundusa, było to jedyne miejsce gdzie mógł je bezpiecznie przechować. Po drodze kupił trochę jedzenia dla opiekunki domu aptekarza.
- Witaj ponownie, Dorno. - uściskał mutantkę na przywitanie - Przyniosłem prowiant, oraz mam nowe maleństwa do hodowli. Jedna z najnowszych matek wydała miot w dwa dni po zasianiu.
- Wejdź Otto. - Mutantka otworzyła mu ostrożnie jak zawsze. Była w kapturze a jego cień przysłaniał jej twarz. Dopiero jak zostali sami w kuchni to go zdjęła i ukazały się jej kolczaste włosy i ziemista cera. Ucieszyła się zarówno z wiadomości, jedzenia jak i nowego miotu. Z ciekawością zajrzała do worka w jakim kłębiło się życie. - Dobrze, zaniose je na dół, do reszty. - Pdniosła głowę i lekko uśmiechnęła się do niego. Mówiła przyciszonym głosem. Dała mu znak aby poszedł za nią. - Raisa jeszcze nie wróciła z tego grobowca. To jestem tu sama z tymi dziewczynami z wioski. Staram się im nie pokazywać. Ale to trochę trudne i dziwne jak się mieszka w tym samym domu. Zwykle Raisa z nimi gadała. Byłoby łatwiej jakby któraś ze szlachcianek je wzięła na służbę. Był tu Egon z Larsem. Kupili nam klatki na te nowe muchy. Bo już nam brakowało. I zasiali je razem z Raisą. Ale już wydały swój miot. - Mówiła cicho gdy przeszli przez parter na zaplecze apteki. Tam zeszli na dół do piwnicy. Do ostatniego pomieszczenia gdzie była hodowla. Tu mutantka otworzyła lewą celę i weszła do środka. Zaczęła przygotowywać jedną ze skrzynek wyłożoną słomą aby tam przenieść nowy miot. Zaś w innych skrzynkach widać było inne czerwie w różnych etapach robienia kokonów lub już same kokony. A pod długą ścianą regały z klatkami na kury i króliki w jakich siedziały dorosłe muchy. Te małe były trochę dłuższe niż ludzka głowa. Te większe mniej więcej jak z pół ludzkiego korpusu.
Mnich delikatnie pogłaskał jedną z larw i spojrzał na Dornę.
- Potrzebujesz pomocy? - rozejrzał się po pomieszczeniu - I czy mogłabyś mnie zaopatrzyć w kolejne dawki? Zapowiada się, że będę dalej zapładniał kolejne matki.
- Może mógłbyś się im pokazać? Ja staram się jak najmniej. One chyba nie wiedzą jaka naprawdę jestem. Ale dziwą się czemu po domu chodzę w kapturze. Coś podejrzewają. Dlatego Raisa jak jest to z nimi gada. Mam nadzieję, że szybko wróci. One siedzą na piętrze. - Poprosiła kolegę aby się choć na chwilę rozmówił z trzema rybaczkami z piętra. - Jak je zabierali z tej wioski to im Astrid i reszta obiecali, że bogata pani weźmie je na służbę i będzie im lepiej niż tam na wsi. Więc one teraz czekają i pytają kiedy ta pani je weźmie do siebie na tą służbę. - Westchnęła jakby teraz pretekst pod jaki pozwolił grupie Norsmenów dość gładko zabrać te trzy wieśniaczki do miasta, teraz odbijał się rykoszetem.
- Dobrze, chodź. One już sobie tutaj poradzą. Teraz zaczną robić kokon. Ale to im dzień czy dwa zajmuje zanim skończą. - Uśmiechneła się na widok pół tuzina małych czerwi jakie wysypała z worka jaki Otto dostał od Teofano. Wyglądała niczym dumny hodowca. Podniosła wzrok i skinęła aby kolega poszedł za nią. Zaprowadziła go do prawej celi. Tu były misy z jajami jakie przyniesiono z jaskini Oster. - Chcesz same jaja czy napełnić ci strzykwy? - Zapytała odwracając się ku niemu. Pokazała gestem na stos pustych, glinianych strzywk które można było teraz napełnić jajami.
- Same jaja wystarczą, mam własne narzędzie. - odparł z uśmiechem mnich, spojrzał w kierunku piętra, gdzie znajdują się kobiety ze wsi - Chcesz, abym im powiedział jakąś bajkę na temat tego czemu się zakrywasz? Coś, żeby cię nie męczyły?
- Możesz. Ja nie wiem co powiedzieć. Najlepiej by był jakby któraś ze szlachcianek je zabrała do siebie. Chociaż jedną czy dwie. To byśmy tu znów zostały we dwie z Raisą. - Mutantka może i miała już przyjemne doświadczenia na zabawach u Pirory z resztą kultystów ale poza tym nadal obawiała się reszty ludzi. Całkiem rozsądne zresztą bo w przeciwieństwie do jej kamratki z jaskini to jej skaza od razu rzucała się w oczach. A Lilly jak była w długiej spódnicy to mogła uchodzić za młodą i ładną mieszczkę. Na Dorna usiadła na niskim, trójnożnym stołku i zaczęła nakładać kolejne porcje jaj do woreczka.
- A dla kogo to? I która to wydała ten miot? - Zagaiła na przyjemniejszy temat. Wydawała się zaciekawiona dla jakich nosicielek pakuje te jaja.
- Nie wiem czy ją spotkałaś. Margereth, służka lokalnych cukierników. Zasiałem ją… dwa.. trzy dni temu i już wydała miot. Jest zainteresowany kolejnym więc będę kontynuował. Do tego Lady Odette zaprosiła mnie na spotkanie z znajomą, którą zechce zasiać, więc i tam się udam.- mnich się uśmiechnął - Coraz więcej mamy chętnych matek. Niedługo pewnie trzeba będzie pomyśleć o nowym miejscu na przechowywanie ich.
- No u nas jeszcze trochę jest. Można sąsiednią celę przerobić na żłobek dla tych maleństw. A na wszelki wypadek Sigismundus zabrał ze sobą Loszkę i część hodowli. Zresztą zanim odjechał to mówił, że jak któraś by była chętna na zasianie to nie jest to żaden problem. Tylko trzeba pilnować aby ciężarnego brzucha nie było widać. Bo to by mogło ją zdradzić. A poza tym to sama da się zasiać, sama donosi, sama urodzi i przyniesie ten miot. Tak jak Laura z zamtuza. Już chyba ze dwa czy trzy od niej tu mamy. Gorzej jakby jakaś nie chciała to trzeba by ją gdzieś przetrzymać aż urodzi. Chociaż takie miejsce gdzie by można trzymać te nosicielki by się przydało. Można by je wtedy zasiewać do pełna bez obaw, że ktoś zobaczy ich ciężarny brzuch. A tej Margaret to nie znam. Pewnie jakaś nowa. Lady Odette to tak bo była u Pirory po mszy tydzień temu jak ja też byłam. Co się bawiłyśmy w te panny młode. Pamiętasz? - Dorna chętnie się rozgadała gdy ładowała kolejne porcje jaj do woreczka. Chociaż głównie powtarzała to co usłyszała od aptekarza zanim te wyjechał z miasta.
- Pamiętam, pamiętam. Sam przecież prowadziłem procesję. Margereth spotkałem przez jej córkę cukierników, Teofano. Dziewczyna się nakręciła na bycie "muszą matką" i wciągnęła Margereth do tego. - mnich westchnął - Czasem wydaję się to zbyt łatwe… - mnich schował pakunki z jajami - Dziękuję ci kochana, na pewno znajdę dla nich ciepłe domki. Masz może jakieś prośby co do mnie?
- To tej Teofano też nie znam. - Mutantka pokiwała swoją kolczastą głową i lekko się uśmiechnęła. - Ale jeśli chce rodzić te maleństwa to dobrze. Gdybyś jeszcze potrzebował tych jaj to przyjdź. Jak widzisz jeszcze trochę ich jest. Niektóre muchy są już dorosłe to chyba same powinny móc produkować nowe jaja ale nie wiem jak. Sigismundus tak mówił zanim wyjechał. Że jak już dorsoną to nie będzie się trzeba martwić czy nam jaj zabraknie bo te dorosłe bedą produkować nowe. Ostatnio był u nas Egon z tym swoim kolegą z Norsci. Obaj sa tacy duzi. No i też zabrali trochę jaj na zasiew. Mam nadzieję, że im się powiedzie. I tobie też. A na razie dziękuję Otto ale chyba mam co mi potrzeba skoro to jedzenie nam kupiłeś. Oby Raisa szybko wróciła. Jak tu jest to jakoś z nią raźniej. - Szaroskóra uśmiechnęła się na koniec ale wydawała się być dobrej myśli.
- Dobrze. To porozmawiam z twoimi towarzyszkami, nie wiem czy uda mi się załatwić dla nich zatrudnienie, ale może sprawię, że dadzą ci spokój. - mnich ruszył na górę w poszukiwaniu nowych współlokatorek Dorny.
Mutantka ucieszyła się i zaprowadziła do na schody prowadzące na górne piętro. Pokazała mu które drzwi ale wolała nie pokazywać się nowym koleżankom na oczy. Gdy mnich tam wszedł zastał trzy młode kobiety zajęte łuskaniem jakiegoś ziarna. Wszystkie spojrzały na niego aby sprawdzić kto przyszedł. Spódnice miały proste chociaż czyste. Wyglądały na wieśniaczki albo mieszczki jakim się nie przelewa. I każda miała włosy w innym kolorze. Blondynka, ruda i czarna. Chyba je zaskoczył bo nie bardzo wiedziały co powiedzieć. Wymamrotały tylko krótkie “pochwalony ojcze” skoro zobaczyły osobę w mnisim habicie.
- Witajcie moje drogie, jestem Otto i jestem tu za pośrednictwem szlachetnych dam tego miasta. - mnich uśmiechnął się do kobiet - Rozumiem, że poszukujecie zatrudnienia, aby im usługiwać?
- Jesteś od szlachcianek ojcze? Oj tak, my byśmy bardzo chciały pójść do nich na służbę. W wiosce nam mówili, że będziemy mieć lepiej tu w mieście, że jedzenie będzie i spanie. I robota łatwiejsza niż przy sieciach. I my myślały, że może tej blond panience będziemy służyć no ale jej tu nie ma ostatnio. Ale my dalej byśmy chciały pójść na służbę do jakiejś milady. - Odezwała się blondynka i mówiła szybko. Pozostałe dwie też gorliwie kiwały głowami na znak, że zgadzają się z jej słowami. Porzuciły swoje zajęcie i podeszły do niego patrząc na mnicha z nadzieją.
- Rozumiem. Cóż, oczywiście przedstawię wasze chęci lady Von Mannlieb i von Dyke. Być może lady Von Treskov również by szukała pomocnic, ale ona nie zostanie w mieście na zawsze. - mnich się uśmiechnął - Więc, jakie talenty oferujecie?
Trzy wieśniaczki ożywiły się gdy potwierdził, że ma znajomości wśród bogatych dam w mieście. Chociaż nazwiska chyba nie zrobiły na nich wrażena. Całkiem możliwe, że jeśli pochodziły z którejś podmiejskich wsi, to nie były im znane.
- My możemy ciężko pracować! Pracowite jesteśmy! W kuchni możemy robić i sprzątać. I przy zwierzętach. No i ryby oprawiać, wędzić, suszyć. Łodzią pływać i sieci rzucać też. Przeca my rybaczki jesteśmy. No i chrustu w lesie nazbierać czy grzybów. Przeca u nas las to się zaraz za ogrodzeniem zaczyna. - Mówiły na przemian i szybko. Jakby chciały przekonać jak są pracowite. Brzmiało to na zestaw umiejętności typowych dla ludzi ze wsi z dodatkiem rybackiego rzemiosła. Chociaż jak na wieśniaczki to były jeszcze całkiem młode, jędrne i proste.
Otto się zastanowił.
- Nie są to do końca użyteczne talenty w mieście… nawet portowym. - przyjrzał się dokładnie kobietom - Ale… jesteście młode i urodziwe… czasem to wystarczy. Szlachta często organizuje przyjęcia dla swoich. Służba musi im oczywiście usługiwać, przynosić jedzenie, trunki. Oznacza to jednak… bycie otoczonym przez przez mężczyzn, często pod wpływem alkoholu, jeżeli rozumiecie. Nie lękacie się takiej możliwości?
- No… - Teraz widać było, że trzy młode rybaczki speszyły się. Zapewne trafił ich tym pytaniem w czuły punkt. Jak się nie było lubiącą swawole hedonistką jak Burgund czy Łasica to takie mroczniejsze strony usługiwania młodych kelnerek na balach szlachty mogły się jawić mało atrakcyjnie a nawet jako zagrożenie. Więc chociaż ucieszyły się jak pochwalił ich urodę i młodość to teraz wyglądały na zmieszane. - A to gdzieś w kuchni by się nie dało? Albo w stajni? - Zapytała jedna z nich cichym, nieśmiałym głosem.
- Zapytam oczywiście. Po prostu chce wiedzieć jak was najlepiej im przedstawić. - mnich się zastanowił znowu - Jeżeli by się nie udało z szlachetnymi damami, czy miałybyście coś przeciwko pracy w lokalnym hospicjum? Zawsze potrzebna nam pomoc. Będę oczywiście się starał z szlachetnymi paniami.
Trzy młode rybaczki pokiwały głowami jakby im ulżyło, że nie zostaną rzucone na żer pijanych, rozwydrzonych szlachciców. I szybko się zastanowiły nad pytaniami mnicha. - Tak, możemy pracować w hospicjum. Ale wolałybyśmy u jakiejś bogatej i dobrej milady. - Wyrzekły w końcu po tej krótkiej chwili zastanowienia.
- Oczywiście. I postaram się to załatwić. - mnich pokiwał głową - Jest jeszcze jedna sprawa. Wasza współlokatorka z dołu, Drona. Rozumiem, że martwi was jej zwyczaj chodzenia w kapturze… prosiłbym, abyście pozostawiły ją w spokoju, biedaczka się nacierpiała w życiu… choroba w młodości naznaczyła jej twarz i wstydzi się ją pokazywać. Proszę, znajdźcie litość w sercu i pozwólcie jej żyć w spokoju.
- Ah Dorna… No tak… Ona jest jakaś dziwna. - Trzy młode wieśniaczki zwierzyły się mnichowi ze swoich podejrzeń co do zakapturzonej lokatorki. I przez chwilę patrzyły na siebie jakby się zastanawiały. - No ale jak ma coś z twarzą to przykra sprawa. Biedaczka. Ale to nie jest zaraźliwe? - Wydawały się zgodne aby uszanować prośbę sługi bożego. Jednak wspomnienie o chorobie wywołało nutkę niepokoju. Co było zrozumiałe jak choroby były codziennością a raz na pokolenie trafiał się większy pomór.
- Nie, nie. Choroba została wyleczona, ale szkody pozostały. Nie będę was męczył opisami. Oboje będziemy naprawdę wdzięczni jeżeli dacie jej być w swojej nie codzienności. - mnich się uśmiechnął - Dobrze, zatem wiem co przekazać moim benefaktorkom. Postaram się do was wrócić z dobrą nowiną.*
Załatwiwszy sprawę w aptece Otto udał się do teatru Pirory. Zapukał do tylnego wyjście czekając na wpuszczenie.
Trochę to trwało. Jakiś służący mu otworzył i zapytał czego chce. Potem poprosił aby poczekać i pewnie poszedł przekazać wiadomość. Mnich zaś czekał w kuchni. Jej akurat nie zmieniano bo wciąż była przydatna. I jakaś pulchna kucharka z młodą pomocnicą się tam krzątały. Pozdrowiły go skinieniem głowy i dobrym słowem ale nie angażowały się w rozmowę. Po paru chwilach wrócił sługa i poprosił aby mnich poszedł za nim. Gdy przechodzili przez izbę główną widać i słychać było próbę chóru. Otto rozpoznał psalm pochwalny na cześć morskiego boga. Sługa poprowadził go na zaplecze. Do tej samej komnaty gdzie parę dni temu spotkał pierwszy raz Benitę i dwójkę znajomych szlachcianek. Gdy dziś sługa zapukał w drzwi, dało się słuszeć krótkie, zdecydowane kobiece “Proszę!”. I gdy otworzył drzwi, wpuszczając mnicha do środka ten znów zobaczył tą samą trójkę. Lady Odette, Fabienne i Benitę. Sługa zamknął drzwi, zostawiając ich samych. Zaś miodowłosa milady podjęła rolę gospodyni.- Oh brat Otto. Jak miło, że nas zaszczyciłeś swoją obecnością. - Powitała go szarmancko jakby był conajmniej szlachciem lub chociaż renomowanym spowiednikiem szlachty. A nie zwykłym, ubogim mnichem z hospicjum. Fabienne też posłała mu ciepły uśmiech ale pozwalała grać rolę swjej koleżance.
- Pamiętasz naszą drogą Benitę? Dziś nas odwiedziła i pragnęłaby wziąć kilka lekcji śpiewu u mnie. Właśnie o tym rozmawiamy. - Artystka przedstawiła zapewne oficjalny powód dla którego błękitnokrwista małżonka jednego ze szlachciców, dzisiaj jest u niej na prywatnej wizycie w garderobie. Ta pokiwała głową, potwierdzając niemo słowa diwy.
Mnich się skłonił.
- Witam nimfy tego cudnego miasta. - Otto spróbował od prostego komplementu - Lady Benito jestem pewny, że twój głos jest zdolny do akompaniamentu lady Odette. Piękno twego ciała jest przecie manifestacją piękna twojej duszy.
- Dziękuję bracie Otto. To bardzo miłe z twojej strony. - Tutejsza szlachcianka wydawała się być przyjemnie zaskoczona takim komplementem z ust mnicha. Dwie jej koleżanki co już miały z nim do czynienia może mniej ale też się uśmiechnęły z aprobatą.
- Właśnie miałam sprawdzić gardło Benity. - Odette odwróciła się do rozmówczyni jakby wracając do tego w czym przerwało im przybycie mnicha. - Jak wiadomo, siła głosu płynie z silnego, zdrowego gardła. Zaczyna się od przepony, płuc a kończy na ustach. Więc najpierw trzeba sprawdzić usta. - Aktorka tłumaczyła jakby zdradzała im jakieś tajniki śpiewu. Brunetka pokiwała głową całkowicie zafascynowana tą prywatną lekcją. Fabienne posłała mnichowi porozumiewawczy uśmieszek. W aktorka zaczęła wodzić palcem po ustach drugiej szlachcianki. Właściwie wyglądało to jak na początkowe pieszczoty ale otoczka wielkiej diwy i lekcji muzyki zrobiła swoje. Benita wydawała się być całkowicie pod urokiem Słowika Północy. - Dobrze, to teraz sprawdźmy nieco głębiej. Posmakujmy tego gardła. - Oznajmiła pewnym siebie głosem i zbliżyła usta do ust swojej wielbicielki. Dość szybko zaczęło to przypominać coraz bardziej namiętny pocałunek. Jak skończyły Benita patrzyła na nią z przejęciem. Zaś aktorka miała minę jakby smakowała na jęzuku talent drugiej kobiety.
- I co? - Benita nie wytrzymała aby nie zapytać.
- Sama nie wiem. Wynik nie jest niejednoznaczny. Fabi, może ty spróbujesz? Wy Berończycy macie naturalny talent muzczyny. - Poprosiła koleżankę a von Manlieb podeszła do Benity i zaczęła ustami testować usta tamtej drugiej. Zaś lady Odette zyskała okazję aby podejść do mnicha.
- Miło, że przyszedłeś moj impresario. Mam nadzieję, że nie zapomniałeś o czym rozmawialiśmy w nocy? Oh i masz może ochotę spróbować naszej słodkiej Benity? Sam widzisz jaka jest zaangażowana. - Powiedziała do niego cicho pozwalając sobie na poufały ton i uśmiech póki obie koleżanki były sobą zajęte.
Mnich poklepał się po boku i lady Odette mogła rozpoznać znajomy kształt zabawki do zasiewu.
- Jestem przygotowany do tej posługi, o najpiękniejsza ze słowików. - zapewnił Otto, spojrzał na poczynania Fabienne - Jesteś przekonana, że nie będzie miała nic przeciwko. Obcowanie z klechą może nie przystoić zamężnej damie, przynajmniej bardziej niż obcowanie z kobietami.
- O, przyniosłeś tą zabawczkę? Jak miło. Powiem ci, że uwielbiam jej używać. Zresztą w snach też mi się śniło, że będę zapładniać inne kobiety nie ludzkim życiem. Tymi strzykwami też można się trochę pobawić no ale to nie daje mi takiej frajdy jak ta zabawczeka. Nie mógłbyś zorganizować drugiej mój impresario? Sam widzisz, że chętnych dziewcząt do zabawy jest całkiem sporo. A jak jeszcze moje koleżanki z Saltzburga przyjadą to będzie jeszcze więcej. - Milady stanęła obok mnicha aby swobodnie obserwować rozwój zabawy u dwóch koleżanek. A te zdołały się już nieźle rozgrzać. Fabienne umiejętnie była tą prowadzącą jaka już obejmowała nową kochankę a ta jakby zapominając całkiem o swoim mężu, oddawała jej się z takim samym zaangażowaniem.
- No rzeczywiście to mężatka. Właściwie to obie. - Odette pokiwała swoją miodowłosą głową gdy się chwilę napatrzyła na harce obu błękitnokrwistych mężatek. - No ale zobaczymy. Sama jestem ciekawa. - Spojrzała na niego przez chwilę po czym nieco uniosła brodę zanim podniosła głos. - Dobrze, myślę, że wystarczy moje drogie. Jak myślisz Fabi? Czy Beni ma talent oralny? - Zapytała znów wracając do tego mentorskiego tonu. Czarnowłosa Bretonka oderwała się od brunetki i posłała jej ciepły uśmiech i mokre spojrzenie.
- Tak, moim skromnym zdaniem, Beni ma bardzo mocne i utalentowane usta. I wspaniale wrażliwy język. To daje bardzo duży potencjał. - Wyraziła się o talencie koleżanki bardzo pozytywnie. A ta odwzajemniła jej się pełnym wdzięczności uśmiechem.
- Też miałam takie wrażenie. No ale skoro odwiedził nas sługa boży to może jeszcze jego zapytajmy o zdanie. Więc Beni, jakbyś mogła tutaj pozwolić. - Szlachcianka wskazała wzorkiem na stojącego obok niej mnicha. Tym raze jednak Benita się zawahała.
- No ale… Przecież to mężczyzna. - Wyjąkała z pewnym zażenowaniem.
- Oczywiście, że tak Beni. Nie da się tego ukryć. Ale przecież wiesz, że świątynne chóry mają wielowiekową tradycję i mnisi od razu potrafią odkryć czy ktoś ma talent w gardle i ustach czy nie. Prawda ojcze? - Odette starała się uspokoić wątpliwości koleżanki ale jeszcze zapytała mnicha o zdanie.
Mnich się się uśmiechnął i spokojnie podszedł do Benity, głaszcząc jej policzek.
- To jedynie sprawdzenie twojego talentu do śpiewu pani, nic w tym złego. Do tego, jestem przecież sługą bogów. To nie to samo co jakiś zwykły mężczyzna co go spotkasz na mieście. - zbliżył swoje usta do warg szlachcianki, ale zatrzymując się tuż przed, pozwalając jej zdecydować, czy chce oddać się temu uczuciu.
Benita powoli pokiwała głową na jego słowa. I nie cofnęła się gdy się do niej zbliżył. Ale też jeszcze jakby wahała się czy powinna to zrobić. - Ale to dotyczy każdej mężatki? A czy to nie grzech? - Wydawało się, że wcześniejsze zabawy ją pobudziły i rozochociły na tyle, że miała już ochotę na więcej. Jednak też nie mogła tak w jednej chwili zapomnieć o całej moralności w jakiej ją wychowano i w jakiej na co dzień żyła.
- Przecież brat Otto to sługa boży. Cokolwiek tu nagrzeszymy to da nam rozgrzeszenie. Jak chcesz to brat Otto sprawdzi mój talent do mocnego gardła i zwinnych ust. - Fabienne co stała na trzecią, tuż obok nich, włączyła się do rozmowy. Benita spojrzała na nią i pokiwała ochoczo głową. Jakby była skłonna zdać się na bardziej doświadczoną mężatkę. Bladolica więc uśmiechnęła się do niej, do mnicha obrzuciła go z bliska kuszącym spojrzeniem. - Bracie Otto. Czy mógłbyś sprawdzić moje usta? - Zapytała filuternie.
Mnich ujął kobietę delikatnie i złączył ich usta, początkowo pocałunek był pieszczotliwie delikatny, ale zaczął rosnąć w głodzie i intensywności im dłużej trwał. Dłonie mnicha zaczęły powoli wędrować po ciele szlachcianki. W końcu mnich przerwał pocałunek, patrząc na Fabienne z uwielbieniem.
- Słodsze niczym miód, moja pani. A twe gardło wydaje się wytrenowane… zapewne ćwiczysz je intensywnie. - mnich Otto uśmiechnął się łobuzersko - Chętnie sprawdzę jak wygląda twój trening.
- Ja zawsze chętnie służę słudze bożemu. - Fabienne dygnęła grzecznie przed swoim kochankiem. Gdyby nie to, że właśnie się całowali to można by ten gest uznać za zgodny z dworską etykietą. Zaś z bliska widać było, że jednookiemu udało się przyjemnie rozbudzić swoją kochankę. Zresztą nie tylko ją. Benita stała z ich jednego bocznego profilu a Odette z drugiego. Też wyglądały jakby miały ochotę wskoczyć w tych zabawach na wyższy poziom. - Chyba Beni teraz nie masz już żadnych wątpliwości? - von Mannlieb zwróciła się ty samym zalotnym tonem do jeszcze wahającej się koleżanki. Ta zaśmiała się krótko i trochę nerwowo.
- No nie, teraz już nie. - I obie przesunęły się ze sobą tak aby teraz to brunetka mogła zająć miejsce czarnowłosej.
- Może za chwilę Fabi zademonstrujesz nam jak używać ust i gardła aby podziękować słudze bożemu za jego czas i dobroć? - Diwa wymownie wksazała gdzieś na przód habitu mnicha i miała rozbawioną minę.
- Oczywiście Oddie. Jestem tu aby służyć. - Bretonka odezwała się z fałszywą pokorą od jakiej włoski stawały na karku. Zwłaszcza jak się znało jej uległe preferencje w łożnicy. Zaś w tym czasie Benita zdążyła zbliżyć swoje usta do ust mnicha gotowa się z nimi zapoznać już bez wahania.
Tym razem bez wahania Otto rozpoczął pocałunek. Podobnie jak z Fabienne, na początku pieszczotliwie muskając usta kobiety. Z czasem pogłębiając pocałunek, łącząc języki pary w tańcu. Mimowolnie dłoń mnich przesunęła po piersi szlachcianki, a druga przysunęła ją bliżej, tak że jedyne co dzieliło ich ciała to ubrania, które mieli na sobie. W jednooki przerwał pocałunek, aby złapać powietrze i spojrzał na reakcję szlachcianki zanim podał swój werdykt co do jej talentu.
W pocałunkach, Benita wydawała się być całkiem śmiała. Gdy już przezwyciężyła swoje pierwotne opory moralności. Usta miała chętne i przyjemnie miękkie, język gościnny i skory do pieszczot. A gdy skończyli to na twarzy widać było podniecenie. Miała ochotę na coś więcej. Zaś dwie sąsiadki też wyglądały na ustatysfakcjonowane tym widowiskiem.
- A teraz Beni, czas odetchnąć pełną piersią. Aby głos mógł w pełni wybrzmieć. - Odette szepnęła zalotnie swojej wielbicielce do ucha i wyszła na jej tyły. I tam zaczęła rozwiązywać jej gorset. A nawet przez suknię Otto czuł jej kobiece walory które niczym nie ustępowały jego bretońskiej kochance. Ta zresztą podeszła do niego i odwróciła się tyłem.
- Mógłbyś bracie Otto? - Zapytała zalotnym tonem pozwalając aby rozwiązał jej suknię.
- I co myślisz o talentach Beni bracie Otto? - Odette spojrzała na niego zza pleców rozbieranej szlachcianki.
- Zgodzę się z waszą oceną. - uśmiechnął się mnich, pomagając w rozwiązaniu sukni - Ma potencjał, ale trzeba pomóc mu zakwitnąć. Musi ćwiczyć te ustka, język i gardziołko. Będziecie musiały jej pokazać jakie ćwiczenia powinna wykonywać.
Gdy to mnich powiedział, zarobił od młodej szlachicanki taki sam wdzięczny uśmiech jak przed chwilą jej bretońska koleżanka. A po paru chwilach obie zostały w samych pończochach i bieliźnie, odsłaniając swoje młode biusty i jędrne, zadbane ciała. Jeszcze tylko diwa pozostała w sukni. Odsunęła się aby stanąć obok mnicha i też pooglądać te piękne widoki.
- Jak myślisz mój drogi impresario? Od czego teraz powinniśmy zacząć to szkolenie Benity? Jestem pewna, że Fabi będzie nam służyć wszelką możliwą pomocą. - Zapytała go jakby byli parą belfrów przygtwujących się do egzaminu młodej studentki.
- Oczywiście, że bardzo chętnie będę służyć. - Fabienne posłała im krzywy uśmieszek, wiedząc, że ich dwójka może rozpoznać to drugie, kosmate dno jej wypowiedzi. Benita zaś stała obok niej i z ekscytacji przygryzała wargę co teraz będzie.
- Może niech Lady Fabienne zaprezentuje jak trzeba na razie ćwiczyć usta i język? - mnich zerknął na Bretonkę wyciągając do niej zapraszająco rękę.
- Bardzo dobry pomysł mój drogi. Fabi, czy możemy cię prosić o małą prezentację? - Odette uśmiechnęła się z aprobatą na taki pomysł. I po flirciarsku zwróciła się do swojej kochanki ubranej w czerń jaka tak kontrastowała z jej porcelanowo białym ciałem. Bretonka uśmiechnęła się do nich oboje i bez wahania podeszła w objęcia mnicha. Znów zaczęła się z nim namiętnie całować. Teraz jej prawie nagie ciało dało się czuć dużo pełniej. A ona po chwili przerwała te zabawy. Popatrzyła na niego z krzywym uśmieszkiem po czym bez słowa uklękła przed nim i zaczęła podnosić mu habit.
- Beni stamtąd wiele nie zobaczysz. Podejdź bliżej. To jest właśnie bretońska miłość. Na pewno przyda ci się w życiu. Nawet nie wiesz ile razy mnie to się przydało. - Diwa zachęciła brunetkę aby podeszła do nich bliżej. Ta z fascynacją w oczach obserwowała poczynania drugiej mężatki podczas karesów z mężczyzną. A widząc, że to ją zaabsorbowało miodowłosa poklepała torbę mnicha gdzie trzymał zabawkę Niklasa dając znać, że czas ją wyjąć.
Mnich wyjął zabawkę od Niklasa, starając się nie przeszkadzać Fabienne w jej prezentacji. Napełnił przerząd jajami Oster po czym wręczył ją Odette.
- Jestem pewny, że wiesz co z tym zrobić moja pani.
- Oj chyba coś jeszcze pamiętam. - Wynagrodziła go pocałunkiem w usta ale sama odsunęła się trochę w bok aby móc sobie założyć ten przyrząd. - Fabi, nie bądź taka chciwa. Zobacz jak narobiłaś apetytu Beni. Daj jej też się pobawić i wykazać. - Diwa udała storfujący ton ale widać było, że świetnie się bawi tą sytuacją tak samo jak pozostała trójka. Słysząc to klęcząca Bretonka ostatni raz oderwała się od przyrodzenia kochanka i zadarła głowę aby posłać mu przyjemny uśmiech. Ale trochę się odsunęła aby druga mężatka mogła teraz zająć jej miejsce. Gdy uklękła von Mannlieb pocałowała ją w usta.
- To przekazuję ci pałeczkę Beni. - Zaćwierkała do niej radośnie. Benita też wyglądała na podnieconą. I całkiem wprawnie zajęła miejsce koleżanki. Otto widział z góry jak pracuja jej usta i język. A na dole czuł to na swojej męskości. Fabienne zaś wstała i pomogła zapiąć zabaweczkę do bioder aktorki. I odpiąć dół jej sukni aby nie przeszkadzał w zabawach. Potrzebowały na to paru chwil gdy Benita była zajęta dogadzaniem mnichowi.
Mnich pogłaskał policzek szlachcianki, która obecnie oddawała cześć jego berłu,
- Bardzo dobrze… teraz… może zobaczyć jak wytrwałe jest twoje gardło…
- I jak wytrwałe? - Odette zapytała z ciekawością. Fabienne właśnie skończyła zapinanie drewnanego przyrodzenia i teraz aktorka mogła wrócić do zabawy. Podeszła do klęczącej koleżanki i złapała ją za biodra każąc jej ustawić się na czworakach. Benita chętnie uległa tym prośbom i odwróciła się na chwilę do tyłu aby sprawdzić co tam się dzieje.
- Beni ważą się twoje losy jako osobistej uczennicy naszego Słowika Północy. - Fabienne nachyliła się nad brunetką jakby jej przypomniała dlaczego się tu spotkały.
- Ano tak. - Brunetka pokiwała głową i wróciła do pieszczot na przyrodzeniu mnicha. Ten widział, że usta i brodę ma już mokre od tych prac. A teraz jeszcze cicho jęknęła gdy z drugiej strony zabaweczka przymcowana do bioder diwy weszła w nią po raz pierwszy. Po chwili jednak złapali wspólny rytm i zabawa rozkręciła się na dobre.
- Ślicznie razem wyglądacie. - Fabienne wydawała się rozczulona tym widokiem. Oparła się o blat stołu i stanęła ramię w ramię obok mnicha. Oboje teraz mieli podobny widok na obie kochanki.
Mnich obrócił głowę w kierunku Bretonki i ucałował ją. Jednocześnie ujął dłonią głowę Benity i wepchnął całą długość swego berła do jej ust. Szlachcianka zaczęła się chwilę dławić więc Otto wycofał się odrobinę.
- Spróbuj rozluźnić gardło moja pani. - po czym ponownie naparł na twarz szlachcianki.
Z okolicy własnych bioder, do uszu jednookiego doszły dławiące się odgłosy jakie wydawały usta i gardło Benity. A sam widział jak Odette zdążyła wejść z jej drugiej strony do zabawy. Widział jak podskakuje biust diwy w rytm uderzeń jej bioder o wypięte pośladki drugiej szlachcianki. A Fabienne stała obok niego, głaszcząc go po ramieniu, piersi albo całując gdy obserwowała tą wspólną zabawę.
Figle w garderobie Słowika Północy, rozgorzały na dobre. Gospodyni z lubością używała drewnianej zabawki Niklasa na gościnnych trzewiach swojej wielbicielki. Ta chętnie się temu oddawała jednocześnie pozwalając aby jej usta czy biust sprawiały przyjemność mnichowi. Gdy miodowłosa milady próżniła zabaweczkę na chwilę odstępowała od zabawy a Fabienne napełniała jajami tą drewnianą tubę. I po chwili znów wracały do figlów. Otto miał kłopot skupić się na tym ile dawek Benita w siebie przyjęła ale pewnie z kilka. W końcu gdy wszyscy byli przyjemnie zmęczeni, zdyszani i zadowoleni był moment aby odpocząć i przygotować się na wyjście stąd na świat zewnętrzny. Szlachcianki zaczynały szukać swojej bielizny, sukni, zapinać gorsety. Humory wciąż jednak miały szampańskie.
- To jak Beni, podobają ci się te nasze prywatne lekcje śpiewu? Byłabyś nimi zainteresowana? - Lady Odette postawiła stopę na stołku i poprawiając jedwabną pończochę spojrzała wesoło na swoją wielbicielkę. Starała się wrócić do tego mentorskiego tonu z początku rozmowy gdy Otto tutaj przyszedł.
- Oh tak, było cudownie! Jak bym milady mnie przyjęła na te lekcję byłabym bardzo szczęśliwa. - Brunetka odparła bez wahania, posyłając jej rozmarzone spojrzenie. Fabienne stała za nią i wiązała jej gorset.
- No chyba da się to załatwić. A ty bracie Otto? Mój impresario? Czy znalazłbyś czas i ochotę aby do nas dołączyć w takich spotkaniach? Sam widzisz, że przydałaby nam się osoba duchowa aby dać nam rozgrzeszenie po tych niecnotach. - Diwa zwróciła się teraz do mnicha i popatrzyła na niego z flirciarskim uśmiechem.
- Żyję aby służyć. - odparł mnich - A pomoc przy sztukach wielkich to największe powołanie jakiemu ktoś mógłby się oddać. - ucałował dłoń divy - Mam jedynie nadzieję, że się wam nie znudzę. Jeden klecha dla tak cudownych kobiet… aż smutno, że marnujecie swoje żądze na mnie.
- Oh skromny jesteś mój impresario. Myślę, że żadna z koleżanek nie powinna narzekać na twoją wizytę i będzie z utęsknieniem czekać kolejnych. - Aktorka z przyjemnym uśmiechem obserwowała jak mnich ucałował jej dłoń i z aprobatą przyjęła jego komplementy. Zdążyła już założyć bieliznę i pończochy ale wciąż była w stanie negliżu. Popatrzyła na swoje dwie koleżanki.
- No my z bratem Otto to się już znamy całkiem dobrze od jakiegoś czasu. I cieszę się, że bogowie splotli ze sobą nasze ścieżki. No i przecież to on obdarował nas tym szczęściem i mnóstwem innych doznań. - Fabienne odeszła od pleców Benity gdy skonczyła sznurować jej gorset. Podeszła do jednookiego i pocałowała go w policzek. A przy tym macierzynskim ruchem dotknęła swojego nagiego brzucha. Od dobrych paru dni całkiem przyjemnie mówiła o doznaniach jakie dostarcza jej ta robacza pseudociąża i pamietała kto ją zasiał po raz pierwszy.
- No ja też bardzo chętnie się spotkam z bratem Otto. No i z wami wszystkimi. Nie mogę się już doczekać kolejnej lekcji muzyki. Będę musiała powiedzieć mężowi, że zaczynam ale chyba powinien się zgodzić. - Młoda mężatka też wyglądała na zadowoloną. Patrzyła trochę roztargnionym wzrokiem bo szukała swojej sukni. W końcu schyliła się aby ją podnieść i zaczęła zakładać.
- To kiedy następny raz? Może jutro po mszy? Pirora zapraszała nas wszystkich. - Diwa uśmiechnęła się i popatrzyła na zebranych z ciepłym uśmiechem.
- Ja bardzo chętnie. Strasznie przypadły mi do gustu te psalmy po mszy co u siebie organizuje. - Fabienne od razu zgłosiła swoją zgodę. Więc aktorka spojrzała na drugą szlachciankę.
- Jutro po mszy? Oj bardzo bym chciała. Ale już jesteśmy umówieni na wizytę u znajomych. Nie mogę się doczekać aż zobaczą miny jak im powiem, że milady zgodziła się udzielać mi prywatnych lekcji śpiewu! - Brunetka wydawała się chętna na ponowne spotkanie już jutro ale widać już wcześniej była umówiona z mężem na inne spotkanie.
- No to może pojutrze się spotkamy. A ty bracie Otto? Kiedy zaszczycisz nas swoją obecnością? - Aktorka zwróciła się teraz do jedynego mężczyzny w garderobie.
Mnich objął aktorkę, jego dłoń na sekundę powędrowała do jej brzucha, gdy usta obdarowywały szyję pocałunkami, patrzył jednak na Benitę, obecując jej ponowne pieszczoty. Odsunął się w końcu od Divy, gładząc delikatnie jej policzek.
- Dla was moje piękne? Zjawię się jak tylko wezwiecie.
- W takim razie zapraszam cię mój drogi Otto jutro po mszy. A z naszą słodką Benią najwyżej umówimy się na kolejne dni. Zaprosiłam też naszą wspólną znajomą co ostatnio z takim zaangażowaniem bawiła się z nami w teatrze po występie. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza? Z tego co pamiętam całkiem dobrześmy się razem dgadywali. - Miodowłosa dała się mu cmoknąć w policzek i szczebiotała z zadowoleniem o planach na najbliższą przyszłość.
- Teofano? Tak opowiadała mi o swojej wizycie, oczywiście chętnie i ją nauczę śpiewu. - mnich skłonił się kobietom - Życzę miłego wieczoru, najpiękniejsze.
Otto opuścił tatr i ruszył w kierunku domu. Postanowił po prostu odpocząć przed jutrzejszymi wydarzeniami. Jutro oczywiście msza no i nie mógł odmówić sobie kolejnych przyjemnych chwil z Slaaneshytkami. Później… no cóż, ma kilka planów. Najpierw odwiedzi karczmę Silnego, obiecał Odette przygodę.
Tura 73 - 2519.07.27; fst; ranek
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
Czas: 2519.07.27; Festag; ranek
Warunki: półmrok, chłodno, msza ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; sła.wiatr; ziąb (0)Msza w świątyni Mananna (Heinrich, Marcus, Otto)
Ludowa mądrość mówiła, że kim by się nie było i co nie robiło przez cały tydzień, to i tak się wszyscy spotykają w Festag na mszy. To wydawało się dość trafne powiedzenie gdy się patrzyło na pełne ławki w największej i najpopularniejszej świątyni w mieście. Tu, nad brzegem smaganego wichrami Morza Szponów, była to oczywiście świątynia boskiego patrona mórz i oceanów. Wszelkie inne świątynie w Neus Emskrank były mniejsze i skromniejsze. Niecały wiek temu, miasto wybudowano jako wielki, imperialny projekt otwarcia wielkiego portu morskiego. Jako alternatywy dla Marienburga na zachodzie i Erengradu na wschodzie. Ale wyszedł z tego wielki skandal i niewiele więcej. Obecnie port co prawda funkcjonował ale był ledwo zauważalnym okruchem w porównaniu do tych dwóch wielkich portów na przeciwległych krańcach burzliwego morza. Większość budynków od dekad stała pusta stąd miasto był anomalią do zatłoczonych miast w innych rejonach świata. Tutaj, żartowano, że w mieście jest więcej domów niż mieszkańców. A wielu z nich, co tydzień spotykało się w Festag w największej świątyni. To był dzień świątynny, wolny od codziennego znoju, aby śmiertelnicy mogli w pełni oddać cześć bogom i odpocząć przed kolejnym tygodniem pracy. Był to cotygodniowy mały festyn gdy nawet ubodzy mieszczanie wyciągali z szaf odświętne ubrania aby tak przed ludźmi jak i bogami, pokazać się z jak najlepszej strony.
Msza w świątyni jak w soczewce ogniskowała hierarchię społeczną. W pierwszych rzędach siedziała elita tego miasta. Najznaczniejsze rody szlacheckie jak von Zee czy van Hansen, rektor Akademii Morskiej oraz ci najznaczniejsi z rady miejskiej, gildii czy kleru. Obecnie było też kilkoro znaczniejszych gości przybyłych na turniej. Za nimi ta mniej znacząca szlachta, ważniejsi kupcy, sławniejsi kapitanowie statków, szlachetnie urodzeni profesorowie szkoły morskiej, bogatsi kupcy. Tutaj dało się dostrzec lady Fabienne von Manlieb czy Benitę von Hohenfels z mężem. Nieco za nimi była Pirora van Dyke która była na tyle nowa w mieście, że chociaż zdołała zaistniec w błękitnokrwistym towarzystwie to jednak bez bogatej rodziny i tradycji z tych okolic, trudno jej było się przebić do przednich ławek. Jeszcze rząd czy dwa za nią pokornie siedział Hubert Gruber ze swoją grubą małżonka i gromadka pulchnych dzieci. A niedaleko także Tobias, Marcus z Nadią, Heinrich i Joachim albo rodzina Lebkuchenów. Nawet Adrienne z archiwum ratusza. Stała razem ze swoimi rodzicami. Bez nazwisk rodowych, koneksji wśród śmietanki towarzyskiej, włości ziemskich i majątków drogę do wyżyn społecznych mieli mocno utrudnioną. Przynajmniej jeśli patrzeć na to oficjalnie, z pryzmatu świątynnych ławek. To co łączyło ich z co niektórymi przedstawicielami śmietanki towarzyskiej miasta towarzysko czy sekretnie, to nawet nie powinno było ujrzeć światła dziennego, zwłaszcza w świątyni i pod okiem wścibskich kapłanów. Jeszcze za nimi była szara masa zwykłych urzędników, rzemieślników, rybaków, dokerów, nawet paru chłopów z okolicznych wiosek co zdążyli przybyć na poranną mszę. Kto wie, może nawet już wieczorem koczowali pod bramami miasta albo w izbie zbiorowej jakiejś karczmy. Gdzieś wśród nich był Otto. Jako ubogi mnich z dobroczynnego hospicjum bezczelnością z jego strony byłoby przepychać się do przednich ławek gdzie zasiadali godniejsi od niego.
Msza wymagała godności i powagi. Jednak zanim na dobre się zaczęła dały się słyszeć szepty i pytania. “A dzisiaj też będzie?”, “A jeszcze jest w mieście?”, “A nie wyjechała?”. Widać było, że występ Słowika Północy z zeszłego tygodnia, powszechnie zapadł w pamięć. I przełamywał tą codzienna rutynę. Nie co dzień miasto miało okazję gościć tak znamienitą osobę. A jeśli już to o ile nie było to związane z festynem czy turniejem gdzie tłuszcza miejska mogła ujrzeć kogoś takiego na własne oczy, to takie znakomitości gościły w zbyt wysokich i wyperfumowanych progach aby jakiś rzemieślnik czy robotnik mógł w ogóle o niej wiedzieć. Tym razem było inaczej bo lady Odette von Treskow, zwana Słowikiem Północy, tydzień temu dała wspaniały popis swoich sławnych możliwości jako diwa i pieśniarka. Całe miasto mogło ją oglądać i słuchać chociaż na chwilę. I wszystkich urzekła swoim głosem i urodą. Więc i dzisiaj przed mszą ludzie zastnawiali się czy też tak uświetni mszę. Wydawało się, że nawet młoda morrytka, tajemnicza, bladolica matka Somnium, wywołuje już mniejsze emocje niż sławna diwa.
Ta nie zawiodła oczekiwań widowni. Wyszła z zakrystii gdy przyszła pora psalmów i zaśpiewała “Ave Manann”. Głos miała potężny i czysty jak górski kryształ. Zdawało się, że ściany świątyni zostały stworzone aby rezonansować i wzmacniać taki właśnie głos. Nawet chór śpiewał wyraźnie lepiej niż ostatnio. Widać było, że ten tydzień pracy jaki diwa włożyła w jego trening przyniósł efekty albo stała się dla nich żywą inspiracją. Wierni mieli łzy wzruszenia w oczach, kiwali głowami dawali z siebie co się dało aby śpiewać razem za swoją liderką. Nawet surowy zwykle ojciec Absalon, wydawał się złagodnieć na twarzy gdy młoda śpiewaczka o miodowych włosach skończyła swoją pieśń. A aktorka nawet strojem dopasowała się do mszy. Miała na sobie prostą suknię w morskich kolorach i jedyną ozdobą wydawała się być srebrna brosza i kolczyki ale była zbyt daleko aby zobaczyć więcej detali.
- Dawno nie słyszałem tak pięknego wykonania tej pieśni. - Ponury kapłan morskiego boga podziękował milady za ten występ. I musiał odchrząknąć aby zebrać się w sobie i prowadzić właściwą część mszy. Uczył o tym jak jego boski patron potrafi się gniewać a już na pewno gdy wierni pozwalają aby obrabować jego świątynię. Bo przecież te wszystkie precjoza są nie dla uciechy kapłanów ale są poświęcone bogu, na utrzymanie świątyni, wierni, wspomaganie sierot po rybakach i marynarzach. Więc ci zbrodniarze i świętokradcy co ośmielili się podnieść rękę na świątynie zapłacą za to po stukroć i nie będą mogli liczyć na litość Absalona skoro okradają jego boskiego patrona i jego wiernych.
- Wysłałem list do Salzenmunda i Marienburga. Skoro mamy tak niespokojne czasy, że nawet świątynie bogobojnych ludzi nie są bezpieczne. To poprosiłem o pomoc. I radujcie się bracia i siostry! Nasi bracia w wierze nie zostawili nas samych! I obiecali nas wspomóc w tej godzinie próby! Wielka Świątynia Mananna w Marienburgu obiecała przysłać do nas swoich strażników aby wesprzeć nasze zbrojne ramię! A władze w naszej stolicy śledczych jacy pomogą schwytać sprawców! - Obwieścił wiernym radosne nowiny. I w większości przywitano to z radością. Mało rozsądnym było okazywanie braki entuzjazmu do ścigania i karania świętokradców. Ale zerkano w kierunku władz ratusza jacy do tej pory odpowiadali za śledztwo. Właściwie słowa kapłana oznaczały ograniczone zaufanie jakie do nich miał. Lub działał pod wpływem gniewu i emocji. W przypadku brata Absalona znanego ze swojego radykalizmy i trudnego charakteru, obie możliwości wydawały się być równie prawdopodobne. Zresztą nie wykluczały się wzajemnie. Później surowy kapłan ustąpił miejsca swojej młodszej, bladolicej koleżance. Matka Somnium zajęła jego miejsce. Wydawała się młoda, krucha i delikatna. Jak wiotka trzcina, zwłaszcza jak była blisko muskularnego, ogorzałego od morskiej soli i wiatru kapłana morskiego boga. Bardziej szło uwierzyć, że jest dopiero akolitką niż pełnoprawną kapłanką. Ale jednak otaczał ją nimb mistycyzmu jaki sprawiał, ze trudno ją było zignorować.- Ostatnio spada na nasze miasto ciąg ciosów. Nasi boscy patroni poddają nas próbie. My, morryci, bez względu na wszystko, dalej zapewniamy posługę i przeprowadzamy wszystkich do bram Morra. Ale nasz Kruczy Pan, jest także patronem snów. A ostatnio wiele naszych sióstr i braci skarży się na dziwne sny. Przyznam, że są one niepokojące. A jest ich zbyt wiele aby uznać je za przypadek czy wariactwo jednej albo paru osób. Choćby baron Wirsberg. Tydzień temu w sennym widzie na gwałt wyjechał z miasta w las i do tej pory go nie odnaleziono. Nie wszystkie przypadki są tak spektakularne ale świadczą, że mrok zbliża się do naszego miasta. Z każdą nocą jest trochę bliżej. Widziałam to jak cztery chmury co się zbliżają z czterech stron świata. Każda trochę inna ale wszystkie są dla nas zagrożeniem. To co wszyscy widzimy co się dzieje w świątyniach, na ulicach, w mieście to tylko objaw tego zagrożenie. Musimy być czujni i pokładać wiarę w dobrych bogach i kapłanach. Ostatniej nocy miałam sen. O tym, że w trzewiach ziemi, przebudziło się coś pradawnego. I nie jest to przyjaciel dobrych ludzi. Uważajcie na siebie moi bracia i siostry, bądźcie czujni na objawy zepsucia i zgnilizny. A jeśli coś takiego dojrzycie nie czekajcie! Zawiadomcie mnie lub brata Absolona. Straż miejską. Kogokolwiek. Pamiętajcie, że bierność jest współudziałem. - Bladolica kapłanka mówiła z troską i obawą. Ale jednak jej głos potrafił być czysty i mocny. Jej słowa poruszyły wiernych. Zerkali po sobie, niektórzy kiwali głowami lub mieli zamyślony wyraz twarzy. A ona w tym czasie odeszła od mównicy. A ojciec Absalon znów zabrał głos i dokończył mszę. Wszystkich zastanowiło, że wspomniał, że za dwa tygodnie obchodzą święto Pierwszego Kamienia. Czyli tradycyjną datę rozpoczęcia budowy miasta. Co roku był festyn z tej okazji. Czyżby to oznaczało, że w tym roku też? Czy żałoba po księżnej-matce okaże się silniejsza? Kapłan tego już nie powiedział więc oba domysły wydawały się być równie prawdopodobne. Miały swoich zwolenników i przeciwników. Wiadomo było, że żałobę ogłosiły władze prowincji więc lokalne nie mogły jej samoistnie odwołać. Ale kto wie? Może wystarają się o dyspensę? A może wiedzą już kiedy się skończy?
---
Po mszy jak zwykle wierni wylegli na dziedziniec świątynny. To była tradycyjna okazja aby się spotkać, porozmawiać z członkami dalszej rodziny czy kimś kogo się nie widziało przez cały tydzień. Wymienić się pozdrowieniami i plotkami co się u kogo działo od ostatniego spotkania czy umówić się na coś. Można było tez kupić święte obrazki, wisiorki i inne odpusty. Ale też zobaczyć z bliska diwę co tak pięknie śpiewała. Oczywiście jak ktoś miał tyle samozaparcia aby się przepchać przez tłum. Wiele osób bowiem chciało chocaż przez chwilę zobaczyć ją z kilku kroków. Ona zaś wcale nie śpieszyła się do bramy. Śmiało rozmawiała z różnymi osobistościami tego miasta lub ich zacnymi gośćmi co przyjechali na turniej. Blisko niej trzymała się Kamila van Zee, dorodna córka kapitana portu o nietypowo ciemnej karnacji wskazującej na domieszkę krwi z dalekich, egzotycznych krain. To nie było dziwne bo jej ojciec. Gert von Zee, za młody był śmiałym kapitanem który pływał w bardzo dalekie rejsy. I z nich przywiózł młodą, atrakcyjną żonę o nietypowej w Imperium karnacji. Chociaż podobno zmarła ona dawno temu jednak urodą jej córka ją miała bardzo przypominać. Obecnie zaś lady Kamila milcząco pławiła się w swoim sukcesie. Bo von Treskow wcale nie ukrywała, że przyjechała tu z Salzenmundu specjalnie na jej zaproszenie. I właśnie rodzina van Zee udzieliła jej gościny na czas pobytu.
Obecnie widać było jak jakiś szlachcic stara się zaprosić sławną diwę do siebie, inny pochwalił się, że miał okazję podziwiać ją w salzenmunskiej operze, jakaś milady, że była na jej koncercie w marienburskim Grosses Theater. Wydawało sie, że czy tutejsi czy zagraniczni możni są wielbicielami talentu, wdzięku i urody młodej śpiewaczki. A opinia skandalistki wdającej się w liczne romanse wcale im nie przeszkadza.|-Heinrich i plotki-|
Gdy wczoraj Heinrich wrócił od Tobiasa, dał znać swoim podwładnym, że jest łaskaw posłuchać ich plotek. Kurta zastał jeszcze wczoraj. Mężczyzna wydawał się w pierwszej chwili zdziwiony prośbą swojego pana. Ale w końcu zaczął coś mówić. Większość z tych jego opowieści wydawała się błacha i nie związana ani ze snami od Sióstr ani sprawami kultu. Ktoś tam się pobił z kimś w karczmie, inny z powodów długów się powiesił, tam jakiś inny sprał i wyrzucił na bruk niewierną żonę. Inny gadał, że wie od znajomego rybaka, że na nabrzeżu widział jakieś dziwne stwory. Takie ani to ludzie ani potwory. Trochę jak żaboludzie albo kraboludzie. Tu trochę się opowieść rozjeżdżała z jakim morskim gatunkiem miała to być domieszka ale coś takiego groźnego, ohydnego i morskiego na dwóch nogach. Ot, codzienna rutyna w mieście. Ale w “Kwarcie” pojawiła się nowa najemniczka i łowczyni nagród. Ładna. I spoza miasta bo nikt jej nie zna. Znajomi Kurta zastanawiali się po co tu przyjechała. Niby pyta o jakieś zlecenia ale żadnego nie bierze. Więc dumają, że albo jeszcze ją sakiewka za gardło nie ciśnie albo czeka na jakieś konkretne zlecenie. No i smukła, gładka i w ogóle dziewczyna - malina. I twarda babka, podobno jak jeden z wojaków złapał ją za tyłek to tak mu dała w pysk, że aż na podłogę poleciał. Za to bardzo miła jest dla kelnerek. I to się ostatnio przebiło z codziennej rutyny.
Ilse przyszła dziś rano aby pomóc panu wyszykować się na mszę no i śniadanie zrobić aby na głodnego nie szedł. Jej wcale za język nie trzeba było ciągnąć. Jak tylko zorientowała się, że tym razem pan chce jej słuchać to gdy kroiła, parzyła, podawała do stołu albo wyjmowała ubranie z szafy to gadała jak najęta. Większości też były to głupstwa. Ot sklep gdzie zwykle kupowała mydło na pranie zbankrutował więc biadoliła jakie to trudne czasy i gdzie ona teraz będzie kupować to mydło na pranie. Chyba przesadzała bo przecież był to codzienny produkt jaki można było kupić na każdym rogu. Kolega z jakim wychowywała się na ulicy dostał się na pomocnika piekarza. To dobrze, dobrze. Przecież to dobra i pewna praca bo chleba wszyscy potrzebują. Syn innej zamustrował się na statek. Wiadomo, trudno w tym mieście o dobry zarobek dla zwykłych ludzi a marynarz dawał szansę na taki. Ale to przecież taki niebezpieczny zawód. Szkoda chłopaka, nie wiadomo czy w ogóle wróci z tego morza. A największy dziw to było jak sprzątała u tej milady z banku. Znaczy nie była szlachcianką ale miały taką różnicę w bogactwie i statusie, że Ilse w praktyce i tak traktowała ją jakby była. No więc jak u niej sprzątała sypialnię to niechcący przewróciła pudło pod łóżkiem. No i tam były rzeczy dla uprzyjemniania samotności kobietom. Ilse aż się zarumieniła gdy o tym wspomniała i dodała od razu, że ona sama nie używa nic tak sprośnego. No ale jeden przedmiot przykuł jej uwagę bo wyglądał jak jakiś czerw albo robak. Taki brązowy i nie ruszał się. Ale Ilse bała się go dotknąć więc tylko szybko kapciem wturlała to wszystko z powrotem do pudła i odłożyła na miejsce. I ma nadzieję, że pani nie pozna się, że jej tam zaglądała. Trochę się obawiała, że jednak tak ale to będzie u niej ponownie dopiero po Festag.|-Heinrich i Pirora-|
Heinrich gdy pokuśtykał na zewnątrz znalazł się na dziedzińcu świątynnym. Też zdarzyło mu się dojrzeć przez ten tłum ramion i głów, teatralną diwę. Już lepiej ją widział na mszy gdy tak pięknie śpiewała spod morskiego ołtarza. A najlepiej jak przez moment minęła go gdy wychodziła z kościoła. Wtedy dzieliło ich tylko kilka kroków. Dzisiaj jak była czysta, w skromnej ale eleganckiej sukni prezentowała się godnie i dumnie. Perła w koronie dam jakie dziś przyszły na mszę w swoich drogich sukniach. Trudno było uwierzyć, że to ta sama kobieta z którą były łowca czarownic rozmawiał przy Zachodnich Kamieniach dwie noce temu. Wtedy była całkiem naga i splugawiona lepkimi, brudnymi śladami orgii z wszetecznymi zwierzoludźmi. A widział ją wówczas z bliższej odleści niż teraz. Konstrast wydawał się być oszałamiający. Teraz w świetle dnia, w rześkim, morskim powietrzu, można by myśleć, że to dwie, całkiem różne osoby.
- A tu jesteś Heinrichu. Bałam się, że cię nie złapię w tym tłumie. - Z zamyślenia wyrwał go młody, kobiecy głos. Jak się odwrócił dojrzał Pirorę. Ucieszyła się gdy go znalazła. I nie traciła czasu. - Jeśli byś miał ochotę to jesteś zaproszony do mnie na psalmy żałobne. Niekoniecznie w aktywnej formie, samo uczestnictwo też będzie mile widziane. - Uśmiechnęła się delikatnie dając znać, że go zaprasza ale nie zmusza. Zapewne pamiętała, że podobnie jak ona, podczas zabaw przy Zachodnich Kamieniach, wolał oszczędzić sobie bezpośrednich zabaw. - No i lady Soria z nami rozmawiała o tobie i Petrze von Schneider. Przed odjazdem poprosiła nas abyśmy pomogły wam się spotkać. Zaprosiłam Petrę do mnie i zgodziła się przyjść. Dlatego dziś nie będę mogła uczestniczyć w psalmach w pełni. Jeśli byś miał ochotę się z nią spotkać to zapraszam. Jeśli nie to powiedz kiedy ci pasuje i postaram się ją umówić ale niczego nie obiecuję. - Mówiła szybko i przyciszonym głosem. A i tak starała się nie wypowiadać zbyt kompromitujących szczegółów. Zapewne spieszyła się aby jako gospodyni owych psotnych psalmów, wrócić do domu jako pierwsza.|-Heinrich i garncarka-|
- Pochwalony sąsiedzie. - Wydawało się, że dopiero co Pirora odeszła mieszając się z tłumem a znów usłyszał kobiecy głos. Tym razem okazało się, że to ta garncarka z naprzeciwka. Dziś miała na sobie lepszą, choć wciąż dość prostą suknię. I bez plam gliny na niej na rękach. Bez śladów glinianych czerwi jakie sunęły po niej w jego śnie. Tylko uśmiech miała ten sam. Psotny i krnąbrny. Widząc, że ją zauważył odezwała się ponownie.
- Wczoraj umówiliśmy się na dzisiaj z tym odbiorem misy. Ale oboje zapomnieliśmy, że dziś jest Festag. Więc wszystko jest zamknięte, mój warsztat też. - Przypomniała mu ich rozmowę z wczorajszego poranka. - W każdym razie zrobiłam ci tą misę sąsiedzie. Wsadziłam do pieca i wypaliłam. Dziś powinna już być gotowa. Jak chcesz to jutro możesz po nią przyjść. Bo dziś to mam zamknięte. Nikogo nie będzie w warsztacie. No chyba, żebyś sąsiedzie zadzwonił. No to bym mogła zejść i ci dać. Bo co te robaki będą stać takie nieużywane nie? - Patrzyła na niego leniwym wzrokiem. I oczywiście miała rację. Zapomnieli, że dziś Festag i nawet jak zdążyła wczoraj zrobić tą misę to dziś nie wypadało jej otwierać warsztatu. Ale widocznie była skłonna przymknąć oko jeśli by akurat on tam dzisiaj przyszedł. Jeśli mieszkała gdzieś nad warsztatem to faktycznie mogła dość szybko zejść i mu otworzyć.|-Marcus, Nadia i Herman-|
Gdy przyszedł z samego rana po Nadię to ta była już prawie gotowa do wyjścia. Ucieszyła się, że przyszedł. Objęła go i cmoknęła w policzek na przywitanie. Jeszcze kilka ostatnich poprawek, płaszcz i mogli wychodzić. Na mszę się nie spóźnili ale i tak było gęsto. Co prawda ta największa świątynia w Neus Emskrank, mogłaby być ledwo przedsionkiem do tych najwspanialszych w Altdorfie no ale pewnie całe to miasto mogłoby się zmieścić w jednej z dzielnic imperialnej stolicy a mieszkańcy pewnie w jednym jej kwartale.
W świątyni odkrył, że wiele się nie zmieniło. I chociaż ubrał się godnie jak należy to dalej było to zbyt skromnie aby przeć do przednich ławek. Zajął gdzieś miejsce po środku. Nadia i tak promieniowała z dumy bo jako skromna urzędniczka z ratusza zwykle siadała dobre parę rzędów z tyłu. Dla niej to i tak był symboliczny awans społeczny w przeliczeniu na ten ławkowy prestiż.
Później zaczęła się msza. Miał okazję ujrzeć ową Słowik Północy. Co prawda bez detali ale dało się dostrzec, że ma ładną, smukłą sylwetkę i porusza się z płynnością tancerki. Zresztą widział, że wzbudza ona powszechne zainteresowanie. Nadia też dyskretnie wychyliła głowę aby ją lepiej zobaczyć. Zaś śpiew diwy był oszałamiający. Zapewne nawet w altdorfskiej operze czy na deskach tamtego teatru też by się odnalazła. Ale nieco bliżej tą ją widział tylko przez chwilę, gdy już po mszy, wychodziła głową nawą w kierunku wyjścia. Wtedy dojrzał jej młodą, regularną twarz, pełny biust i zgrabną kibić. Jakby mimochodem zarejestrował, że obok niej szła Kamila van Zee oraz jej ojciec. Ale szybko przeszła obok i jakby stanowiła czoło procesji. Dopiero jak ich minęła, ludzie z ławek wychodzili i też szli w kierunku wyjścia.
Oprócz tego dostrzegł na mszy parę znajomych twarzy. Nawet dyskretnie go pozdrowili skinieniem głowy czy spojrzeniem. Zwykle wydawało mu się, że dostrzega zdziwienie na ich twarzach. W końcu bez ostrzeżenia wrócił do miasta po prawie roku nieobecności. Knuta czy Hansa też dostrzegł ale zajmowali zbyt odległe miejsca aby porozmawiać. Zresztą msza nie była od tego. Można było liczyć, że po niej będzie okazja zamienić z kimś ze dwa słowa chociaż.- O, zobacz, jest Herman. - Gdy wyszli po mszy na dziedziniec świątynny wmieszali się w barwny, rozgadany tłum. Nie było sensu się przepychać na siłę. Zresztą ludziom na pewnym poziomie nawet nie wypadało. Wydawało się, że to diwa o miodowych włosach, w naturalny sposób kumuluje na sobie uwagę wiernych. Trudno było się tam dopchać przez tą ciżbę. Niektóre dzieciaki stawały na skrzynkach i beczkach aby zobaczyć coś ponad głowami dorosłych. Nadia też się zastanawiała na głos czy aby nie udało im się tam podejść i chociaż rzucić okiem na sławną aktorkę. Ale w pewnym momencie pociągnęła za rękę Marcusa aby wskazać mu na jakiegoś mężczyznę. Miał na sobie wielki, granatowy beret z jeszcze większym i piękniejszym pawim piórem. Widać było, że wielmoża choć pewnie nie szlachcic. I był z jakąś podobnie mu wystrojoną kobietą, pewnie żoną. Dopiero jak się odwrócił nieco bocznym profilem, ekonom poznał, że to Herman Schuster. Miał zamiar odwiedzić go jutro w ratuszu. Ale spotkali się już dzisiaj. W tym tłumie to zaraz Schusterowie mogli wpaść na niego a równie dobrze tłum mógł ich rozdzielić, że się już dziś nie spotkają.
Wczoraj pod wieczór Hans faktycznie przysłał mu listę swoich winnych towarów. Było tego sporo. Jakby naprawdę zrobił zakupy na obsługę znaczących gości turnieju. Najwięcej różnych bretońskich i averlandzkich win. Ale też sporadycznie mocniejsza bretońska brandy, reiklandzkie nalewki, ostlandzka miodówka i kislevskie miody. Nic dziwnego, że tak się wściekał na żałobę. Bez festynu pewnie też w końcu sprzeda tak interesujący towar ale nie będzie miał tak szybkiego i dużego zysku jak podczas festynu.
|-Marcus, Nadia i Łasica-|
- Oh, przepraszam! - Jakaś dziewka potknęła się i wpadła na nich oboje. Odruchowo on i Nadia złapali ją aby nie upadła do końca. Zresztą wtedy groziłoby im, że całą trójką przewrócili się na brudne, kocie łby dziedzińca. A tak, to udało im się uniknąć tej małej katastrofy. Gdy we trójkę się wyprostowali dziewczyna na chwilę obdarzyła ich ciepłym, życzliwym uśmiechem wdzięczności. - Dziękuję państwu. Niech wam bogowie w lędźwiach i brzuchach wynagrodzą. - Powiedziała do nich życzliwie i odeszła w tłum.
- Chyba wzięła nas za parę. - Nadia uśmiechnęła się nieco zakłopotana. Powiedzonko było znane i życzliwe, choć dość frywolne i raczej niskich lotów. Zwykle tak matrony i ciotki mówiły do młodszego pokolenia gdy im dobrze życzyły na przyszłość. Na salonach raczej nie należało się go spodziewać. Marcus jednak w ostatniej chwili rozpoznał w tej dziewczynie Łasicę. Nic dziwnego. Przecież łotrzyca była zawodową oszustką jaka potrafiła się wcielać w różne role. Teraz była ubrana jak skromna mieszczka, w grzecznym, białym czepku na głowie. Nie zdążył już zapobiec zanim odeszła. Ale po chwili zorientował się, że pewnie nie przypadkiem na niego wpadła. Bo teraz szła równolegle do nich parę rzędów ludzi między nimi. Celowo aby ją zauważył. I posyłała mu bezczelny, ironiczny uśmieszek jaki już bardziej pasował do dziewczyny z ferajny niż ten biały czepek i suknia córki rzemieślnika czy sprzedawcy. Gdy się złapali spojrzeniami skinęła głową w bok. Czyli chciała gdzieś pogadać ale bez zbędnych świadków spoza ich spiskowej rodziny.|-Otto i Teofano-|
Mnich zdążył już wyjść ze świątyni. Wmieszał się w ten barwny, rozkrzyczany tłum na zewnątrz. Widział zbiegwisko jakie w naturalny sposób zrobiło się wokół miodwłosej diwy no ale wczoraj mu obiecała, że dziś będzie na psalmach żałobnych u Pirory. Więc za parę pacierzy pewnie i tak się tam spotkają.
Co jakiś czas spotykał znajome twarze. Nawet jeśli publicznie nie wypadało się im przyznawać do jakiejś znajomości. Obok niego przeszła Adrienne z rodzicami. Oczywiście pracownica archiwum ratusza nie poznała go. Przecież gdy widział ją ostatni raz to było parę dni temu, na zapleczu teatru, gdy jako pokazowa niewolnica Huberta i Oksany, składała na czworakach hołd lady Sorii i innym szlachciankom. A on osobiście władował w jej trzewia jedną strzykwę jaj Oster. Jeśli jeszcze nie urodziła miotu to pewnie wciąż je miała w sobie. Chociaż brzuch miała płaski jak wtedy w teatrze. Jednak po jednej dawce to nie było takie dziwne. Na razie razem z rodzicami przeszli obok ubogiego, jednookiego mnicha pewnie nawet nie wiedząc o jego istnieniu.
Drugą muszą matkę spotkał zaraz potem. Benita von Hohenfels szła pod ramię ze swoim mężem. Wyglądała tak jak elegancka, młoda, kochająca żona szlachcica powinna. Prawie na siebie wpadli i dlatego się zauważyli. Brunetka z jaką Otto wczoraj figlował razem z Odette i Fabienne w garderobie diwy zauważyła go w ostatniej chwili. I posłała mu krótki, dyskretny uśmieszek. Na więcej przy swoim mężu się nie odważyła. Po chwili minęli się i państwo von Hohenfels poszli dalej.
Dopiero trzecia musza matka jaką spotkał, bez wahania podeszła do niego i skinęła głową w oznace szacunku. - Pochwalony ojcze. - Teofano przywitała się z nim jakby był jej ulubionym spowiednikiem. Też szła z rodzicami ale ci właśnie rozmawiali z kimś kto chyba Teo tak bardzo nie interesował. Dlatego wypatrzyła jednookiego mnicha. Odeszła od nich aby podejść do niego. Miała na sobie tunikę w morskim kolorze jakie nosili członkowie chóru. Możliwe, że w nim była ale mnich stał zbyt daleko aby podczas mszy ją rozróżnić wśród podobnie ubranych postaci stojących obok siebie. - Z Margo wszystko w porządku. Jest gotowa na jeszcze. Ale rodzice jej potrzebują na dzisiaj. Mnie lady Pirora zaprosiła dziś do siebie. Jak tylko wykręcę się rodzicom to tam przyjdę. - Młoda cukiernik mówiła szybko i cicho aby nikt ich nie podsłuchał. Ale widać było, że jest bardzo podekscytowana tym zaproszeniem od szlachcianek jakie prawie na pewno miało się skończyć karesami z tymi szlachciankami. Zerknęla szybko za siebie aby sprawdzić czy rodzice już jej nie wołają ale widać jeszcze byli zajęci rozmową ze znajomymi.|-Otto i Elke-|
Już powoli wychodził w stronę bramy. Gdy usłyszał kobiecy, nieco onieśmielony głos obok siebie. - Pochwalony ojcze. - Gdy się odwrócił zobaczył młodą, szczupłą blondynkę w odświętnym, czystym stroju niezbyt bogatej mieszczki. Nic dziwnego. Elke pochodziła z podmiejskiej wsi więc po chłopce nie należało oczekiwać bogactwa. Ale była zaskakująco rumiana, miała ładny uśmiech, zdrową cerę i trzymała się jeszcze prosto. Widać ciężkie, chłopskie życie jeszcze nie zdążyło przygnieść ją do ziemi. Ostatni raz widzieli się parę dni temu, w dzień targowy. Teraz wydawało się to wieki temu. Wtedy Elke poszła z nim i bliżej się poznali na piętrze opuszczonej kamienicy. A jeszcze dała do zrozumienia, że bardzo kocha swoje kozy a zwłaszcza kozły. Może dlatego teraz tak patrzyła nieśmiało na niego, niepewna czy ją rozpozna albo czy w ogóle będzie chciał rozpoznać. Wtedy była chętna pójść na służbę do jakiejś bogatej pani a on obiecał jej, że się rozejrzyj.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; okolice kurhanu Gonsara Trzyokiego; skraj lasu i mokradeł, obóz
Czas: 2519.07.27; Festag; ranek
Warunki: półmrok, chłodno, msza ; na zewnątrz: dzień, pogodnie; sła.wiatr; ziąb (0)|-Egon i obozowicze-|
- Ale mi w baniaku dzwoni. - Lars mruczał sennie gdy zmęczonym gestem przykładał dłoń do czoła.
- To od tej mgły i wilgoci. Za blisko tego bagna się rozbiliśmy. - Astrid też wyglądała na markotną. No rzecziwście. Jak wyszli z podziemi to już zmierzchało. Jak przeszli przez ten pas mokradeł jaki oddzielał pagórek od skraju lasu to już panował półmrok. Gałęzi na ognisko szukali już prawie po ciemku. Więc gdzie tu mowić aby jeszcze iść gdzieś w las byle dalej od podmokłego terenu. No to jeszcze przy tak ostrej nocy nic dziwnego, że ten nocleg pod chmurką dał im w kość. Chociaż przynajmniej jak wrócili to czekała ich pewna niespodzianka.
- No co? Jak milady poszła to chyba urok przestał działać i się zaczęła szarpać. Chciała zwiać. No ale dałam radę. - Burgund zareagowała obronnym tonem jeszcze zanim ktoś ją o coś zapytał. Ale Hannach siedząca na ziemi, z nadgarskami przywiązanymi do drzewa wywołała zdziwione, rozbawione i kpiące spojrzenia.
- Wypuśćcie mnie! Nic nikomu nie powiem! - Zajęczała przestraszona rybaczka. Wierzgnęła nogami ale nic jej to nie dało. Dziewczyna z ferajny związała ją solidnie. Rzeczywiście wyglądała teraz na trzeźwą i przestraszoną. Jakby wreszcie zdała sobie sprawę z powagi swojej sytuacji. Ale długo to nie trwało.
- Oh doprawdy Hannah? To już nie masz ochoty mi służyć? - Syrena wysunęła się do przodu i przemówiła swoim lepkim, powabnym głosem jaki pobudzał nawet gdy nic niezwykłego nie robiła ani nie mówiła. Od razu przykuła uwagę przywiązanej wieśniaczki. Ta zadarła głowę i wpatrywała się w nią jakby zastanawiała się czy ją zna. - Tylko nie krzyczcie i nie wykonujcie gwałtownych ruchów. - Milady odwróciła się przez ramię i rzuciła cicho do grupy. Ci pokiwali głowami ale z ciekawością obserwowali co będzie dalej. Ona zaś znów zwróciła się do rybaczki. Podeszła jeszcze o dwa kroki ku niej. - Nie poznajesz mnie Hannah? Swojej milady? Nie pamiętasz o czym rozmawiałyśmy? Jak wezmę cię do miasta na służbę i będziesz mi służyć? Mówiłaś mi, że bardzo tego pragniesz. I pragniesz mi służyć. - Dalej mówiła spokojnym, aksamitnym głosem. I trudno było zgadnąć czy pierwszy raz czy naprawdę o tym wcześniej rozmawiały.
- Milady! Oh tak! Tak, moja milady! Tak, pragnę ci służyć! Chcę być z tobą! Proszę weź mnie ze sobą! - Hannah nagle wykrzyknęła, jakby wiatr zdmuchnął mgłę niepamieci z jej umysłu. I w oczach było widać gorliwość do tej służby. Syrena zaśmiała się z lekkim poczuciem triumfu i zadowolenia.
- Rozwiąż ją. Teraz Hannah już jest z nami. - Poleciła łotrzycy o miedzianych włosach. Ta bez słowa podeszła do pnia i zaczęła rozwiązywać sznur. Po chwili młoda wieśniaczka już była wolna. Odruchowo rozcierała czerwone nadgarski ale też jeszcze na kolanach podeszła do stojącej szlachcianki o grubych, granatowych warkoczach i objęła ją.
- Tak bardzo tęskniłam. Tak się cieszę, że milady już wróciła. - Mamrotała jakby świata poza nią nie widziała. Ona zaś delikatnie głaskała ją po głowie jak jakaś kapłanka albo matka witająca córę marnotrawną.
- Pomożesz nam poszukać drewna na ognisko? - Lekko uniosła jej brodę aby z góry spojrzeć swojej nowej służce prosto w oczy. A rybaczka gorliwie pokiwała głową na znak zgody. I rzeczywiście już później nie sprawiała więcej kłopotów. Chodziła z resztą po drewno, chociaż niby miała szansę się urwać w ciemnościach lasu. Jednak wracała do obozu z kolejnymi kawałkami znalezionego drewna. Przy rozpalonym ognisku ugotowali spóźnioną kolację. A jak za towarzyszki miało się Sorię, Burgund, Astrid i zaślepioną urokiem milady Hannah to wieczór zrobił się nawet przyjemny. Ale dogasający ogień nie był w stanie odpędzić wilgotnego zimna ciągnącego od bagien. Więc rano mało komu wstawało się lekko. Chyba tylko wężowa milady wydawała się być świeża, wypoczęta i tryskająca pozytywna energią. Zupełnie jak poprzedniego poranka przy Zachodnich Kamieniach. Egonowi też się tak lekko nie wstawało ale jak już zaczął się ruszać to stopniowo ostatnia noc zaczęła opuszczać zesztywniałe ciało. Ale było coś jeszcze. Jak dotknął ucha gdzie wczoraj Raisa wbiła mu improwizowany kolczyk to wyczuł drobną opuchliznę. I zaschniętą krew jaka kruszyła się na pył pod dotykiem palców. Coś mu się śniło.Ten obraz już widział wcześniej. Jak w komorze sarkofagu wybuchł ten czarny dym i wszystkich zamroczyło na jakiś czas. Parę dni temu, gdy byli tu pierwszy raz. Coś jakby obły kamień ofiarny. I inne, stojące pionowo dookoła. W tym jeden pochylony, jakby zamierzał upaść ale jednak nie upadł. Podobnie to wyglądało przy Zachodnich Kamieniach. Tylko nie było tego stołu ofiarnego na środku. Ale sam widział jak ledwo poprzedniej nocy do tego skośnego kamienia przywiązano lady Odette i Fabienne aby mogły służyć im wszystkim i jeszcze zwierzoludziom jak już przybyli.
Teraz jednak na tym kamieniu ofiarnym leżała młoda, naga kobieta. Miała na ciele wymalowane glify. Krwią albo farbą. Rozpoznał tylko schematyczną Gwiazdę Chaosu między obojczykami. Po zewnętrznej stronie uda kobieta miała dziwną plamę, jak bezkształtne znamię. Coś takiego widział już we wcześniejszej wizji. Ale wtedy kobieta była w zaawansowanej ciąży, jakby miała rodzić. A ta była płaska. Zresztą nie pamiętał twarzy tamtej więc nie był pewny czy teraz to ta sama co wtedy czy jakaś inna. I pojawiło się coś nowego. Jakby czyjś chrapliwy oddech. Zobaczył blade, zaniedbane dłonie o za długich paznokciach tak jakby był ich właścicielem. Rękawy długie, i ozdobione jakimiś znakami. I jakby pojawił się nowy obraz.
Młoda kobieta, chyba ta sama co na ołtarzu. Sama w lesie. Na skraju lasu. W oddali widać było kawałek, zwykłej zaniedbanej chaty. Jakby stamtąd uciekała. Ale ścigający ją mężczyźni dogonili ją. Śmiali się gdy zdzierali z niej suknię i sukmanę. Widział jak kobieta w rozpaczy zaciska palce na ściółce. Jak gdy jest już sama zanosi swoją płaczliwą skargę do bogów. Jak bogowie milczą. A ona w desperacji obiecuje zemstę na swoich oprawcach. Chociaż została sama na świecie i nie ma szans ich pokonać orężem.
Następna scena. Ta sama kobieta. W biednej, brudnej sukmanie. Ale z zaciętym wyrazem twarzy. Stoi w chacie czarownika. Chce zemsty. Ale nie ma nic do zaoferowania. Żadnej zapłaty. Prócz siebie. Więc oferuje siebie.
Więc leży teraz nago, na kamieniu ofiarnym. Czarownik obiecał jej, że zna sposób. Sama wyda na świat swoją zemstę. Jej dzieci spadną na jej oprawców i pokonają ich. To zajmie trochę czasu zanim urosną i nabiorą sił. Ale bez obaw, to się stanie jeszcze przed nastaniem zimy. Więc czeka. W świetle ogniska i dymu kadzidełek, do śpiewu i mamrotania czarownika. wewnątrz tych prastarych, mistycznych kamieni. Czeka na ojca swojej zemsty. I w końcu się pojawia. Zapowiada go owadzie bzyczenie. To tu to tam. Czasem ucicha jakby przysiadł gdzieś i obserwował. A w końcu widzę jakiś cień. Coś co spaceruje po jednym z pionowych kamieni. Wreszcie wlatuje w obręb światła. Tłusta, włochata mucha wielkości średniego psa. Kobieta panikuje. Nie spodziewała się tego. Krzyczy i chce się zerwać z kamienia. Suche, dłonie czarownika są całkiem mocne. Zresztą podał jej wcześniej zioła uspokajające więc może to ona nie jest w pełni sił. Mówi do niej. Przypomina o zemście. O wstydzie, o straconym mężu, dzieciach, ciąży, rodzinie, domu. Wszystkim co miała. Jest sama. Nikt jej nie zna. Nie należy do żadnego plemienia. Nikt nie zadrze dla kobiety z lasu z sąsiednim plemieniem. Tylko ona sama może wywrzeć na nich zemstę. To przekonuje kobietę. Kładzie się z powrotem na kamieniu. Po chwili wahania rozchyla uda. I przyjmuje swojego kochanka.
Czarownik się cieszy. Okazała się być dobrą matką. Wydała wiele solidnych miotów. I osiągnęła swoją zemstę. Widział jak stado much wielkości latającego psa atakuje jakąś wioskę. Jak wlatują do domów, powalają mężczyzn i kobiety. Czasem któryś insekt oberwał od siekiery czy włóczni ale są w locie, szybkie, mniejsze od człowieka i nie tak łatwe do trafienia. Gdzieś na skraju lasu stoi ich matka. Uśmiecha się mściwie gdy słyszy płacz, ból i strach dobiegające z wioski. Ma ciężarny brzuch, wkrótce pewnie znów wyda na świat kolejny miot. Albo kolejnego mutanta czy zwierzoludzia. To już mniejsza z tym. Zawarła pakt z Siostrami w zamian za zemstę. Stąd ma to znamię widocznie na udzie przez szczelinę spódnicy. Ona i jej córki aż do sto dwudziestego trzeciego pokolenia.Coś takiego mu się śniło tej nocy. Te muchy ze snu, wyglądały podobne jak te które widział w klatkach co u Raisa w aptece pokazywała. Może te ze snu były trochę większe ale tego nie był pewien. Ogólnie to wyglądały podobnie. No i z tego co mówił Starszy to właśnie tak chcieli użyć tych much tylko teraz, na tych ważniakach z miasta. Tak jak przed mileniami ta pierwsza matka much z pomocą czarownika, użyła ich na wiosce swoich wrogów.
- Dobra. Nic tam nie wybuchło, nie idzie na nas armia trupów. Więc chyba możemy odchodzić z czystymi sumieniami. - Głos kolegi wyrwał Egona z zadumy. Lars patrzył w stronę kurhanu. Od wczoraj nic się tam nie zmieniło. Śniadanie już zjedli. To mogli się zbierać do drogi.
- A co ty taki zamyślony z rana? - Astrid posłała gladiatorowi nieco kpiący ale też zaciekawiony uśmieszek.
- Mam dość tych cholernych lasów bagien. Wracajmy do cywilizacji. - Silny sarknął i splunał na trawę. Energicznie pakował swój koc i derkę aby się szykować do drogi.
- Eh, ominie nas zabawa u Pirory po mszy. Nie ma szans abyśmy zdążyli. Ciekawe czy Łasica poszła wieczorem do lady Froyi. Miała iść. - Burgund też się pakowała i widać było, że dziewczynę z ferajny ciągnie do miasta tak samo jak jej łysego kolegę. W tym chociaż byli zgodni.---
|-Brzeg morza-|
Przeszli lasem z kilka pacierzy aż dało się wyczuć zwiekszoną wilgoć w powietrzu. Potem prześwity między drzewami oznaczające koniec lasu. A w końcu wyszli na piaszczystą plaze z widokiem na odległe, klify po zachodniej stronie zatoki. Byli trochę na południe od osady Hannah i kilka dzwonów marszu od miasta. Faktycznie szykowało się, że najprędzej będą tam na obiad. Tego jednak spodziewali się już wczoraj. Mniej więcej też pół dnia im wczoraj zeszło na dotarciu z miasta do kurhanu.
- Dobrze moi przyjaciele. Tu musimy się rozstać. - Syrenia milady, z gracją elfki, odwróciła się ku nim i na chwilę obrzuciła każdego swoim tajemniczym spojrzeniem. W połączeniu z jej aksamitnym głosem i lekkim uśmieszkiem brzmiało to obiecująco kusząco. - Ja sobie teraz zażyję nieco kąpieli w morzu. I poszukam kolegów dla naszego znajomego ze wzgórza. Więc dziś w mieście raczej się mnie nie spodziewajcie. Jutro już prędzej. - Stała na tle zielonkawych, morskich fal czarując uśmiechem i spojrzeniem.
- A to milady odchodzi? - Hannah chociaż pewnie rozpoznawała domowe okolice, w ogóle nie zdradzała zainteresowania powrotem do rodzinnej wioski. Za to jakby właśnie do niej dotarło, że nadchodzi chwila rozstania z ukochaną panią. Ta spojrzała do niej i wezwała ją gestem do siebie. Wieśniaczka bez wahania wykonała polecenie.
- Tak Hannah. Muszę załatwić pewne sprawy. Ale wrócę. Spotkamy się w mieście. I znów będziemy razem i będziesz mogła mi służyć. - Wyglądało to jakby kapłanka przemawiała do swojej wiernej wyznawczyni. Pogłaskała ją po policzku pieszczotliwym gestem jak obietnica tego co zazna po ponownym spotkaniu.
- No dobrze milady. Będę czekać. - Młoda rybaczka odparła pokornie ale z zauważalnym bólem i tęsknotą w głosie.
- Bardzo dobrze Hannah. Nie smuć się, przecież nie zostawiam cię samej tylko z przyjaciółmi. Zadbają o ciebie i dadzą opiekę, schronienie póki ja nie wrócę. Postaraj się nie sprawiać kłopotów dobrze? - Syrena mówiła łagodnym tonem jakby chciała przekonać nową służkę do współpracy z resztą grupy.
- Dobrze milady. - Hannah pokiwała głową i w nagrodę jej pani, dała jej dłoń do pocałowania. Służka z radością ją pocałowała. I cofnęła się z powrotem do grupy. Burgund objęła ją ramieniem i bez ceregieli zajrzała w jej niezbyt obfity dekolt.
- Nie bój się Hannnah, zajmiemy się tobą. Ja się tobą bardzo chętnie zajmę. - Obiecała jej choć to zabrzmiało mocno dwuznacznie. Jak mieli załatwioną tą sprawę to jeszcze milady popatrzyła czy mają coś jeszcze do omówienia zanim zniknie w morskich odmętach. -
Egon potrząsnął głową, próbując strzepnąć z siebie wizje i sny, o których zamierzał myśleć później. Gonsar został ustawiony na swym tronie, zaś Soria wkrótce miała iść na polowanie, aby napoić krwią nieumarłego czarownika. Teraz zaś… Cóż, pozostało wracać do Neues Emskrank - trzeba było oporządzić się i czym prędzej rozpocząć wyprawę łupieżczą.
– Zabawa nie zabawa, robota jest – odparł Burgund. – Ruszajmy czym prędzej!
I, zjadłszy suszone mięso i popiwszy wodą, przygotował się do podróży do miasta.
Festag; południe; ulice Neus Emskrank
Pogoda sprzyjała spacerom. Nad głowami mieli pogodny, słoneczny błękit. Gdy po rozstaniu z lady Sorią ruszyli plażą na południe, w kierunku miasta, widzieli je już z daleka. Najpierw jako poziomą kreskę na wybrzeżu, później poziome przecinki wież w murach obronnych. Wreszcie wystające ponad nimi wieże i dachy świątyn. No i coraz wyraźniej słychać było regularne bicie dzwonów. Pojedyncze co pół godziny albo coraz ich większą ilość przy pełnej. Przy dwunastym dzwonie byli już blisko murów miasta. Przy trzynastym widzieli już Zachodnią Bramę. I wkrótce bez przeszkód przechodzili obok znudzonych strażników. Przy tej bramie zazwyczaj ruch był niewielki bo trakt prowadził na południowe obrzeża słonych bagien zwanych Teufelsump. Właśnie na nich wedle Ungarda i Gnaka miało grasować plemię gorów posłuszne jakiemuś szamanowi. A dalej trakt wiódł na wybrzeże i niewielkie miasta i porty. Był więc o wiele mniej uczęszczany niż ten wiodący na południe, do stolicy prowincji. Teraz jednak znaleźli się już na ulicach Neus Emskrank.
- I dobrze. Bo te chmury tak się zbierają, że chyba zaraz padać będzie. - Burgund nie ukrywała satysfakcji, że sie wyrobili z powrotem. W międzyczasie bowiem niebo zasnuło się ciemnymi chmurami jakie zwiastowały deszcz. O ile w ostatnim momencie wiatr ich nie zwieje gdzieś dalej.
- Ja już za stara jestem na takie wycieczki. Nogi mnie bolą, będe musiała sobie okłady porobić jak wrócę. - Raisa gderała jak to stare kobiety potrafią. Głównie ze względu na nią, musieli poruszać się niezbyt szybko.
- Dobra to miło było. Ale my wracamy do siebie. - Silny widząc, że wrócili, skinął swoją łysą głową w bok. On z Rune, urzędowali w południowych dzielnicach miasta więc chcieli już odbijać w swoją stronę.
- Ja to będę szła do “Mewy”. Chociaż do Pirory mam po drodze. Może do niej zajdę. A wy gdzie idziecie? I co z Hannah? Kto ją bierze? - Łotrzyca odezwała się jakie ma plany. “Wesoła mewa” była ulubioną tawerną jej i Łasicy. Tam je było najpewniej szukać. Nic dziwnego, że chciała zaczepić się właśnie tam. Ale tawerna była przy samej rzece więc faktycznie mogła tam dojść przez Plac Targowy a Pirora mieszkała niedaleko niego. Jednak rudzielec wskazała na wieśniaczkę jaka wciąż szła razem z nimi.
- Ja to wracam do Pirory. I tak u niej mam wszystkie swoje rzeczy. - Astrid wzruszyła ramionami bo odkąd z resztą grupy z Norsci, przybyła do miasta to zatrzymali się właśnie u młodej Averlandki z kultu.Egon przystanął i oparł się o mur jednej z kamiennic. Zatem rzecz z Gonsarem została pchnięta do przodu. Grupa spełniła swe zadanie, toteż każdy mógł odejść w swoją stronę, poza… Cóż, poza Larsem oczywiście, z którym ostatnimi czasy łączyło go sporo sprawunków.
– Zanim się wszyscy rozejdziemy w swe strony, dobrze by było popasać i rozmówić się, co dalej – rzekł wojownik. – Może być w Wesołej Mewie albo i u Pirory, wszak wszystko to jedno. Rzecz trzeba omówić z łapaniem drabów na nasze interesa. To co, obgadamy w Wesołej Mewie? – zapytał.
Pozostali popatrzyli na niego i po sobie. Od razu widać było, że łotrzyca ładnie uśmiechnęła się do gladiatora za to, że wybrał jej ulubioną tawernę. Silny dokładnie odwrotnie. Uniósł brwi do góry jakby dawał znać, że wolałby jakąkolwiek inną knajpę niż tą gdzie grasowała jego główna konkurentka o fioletowych włosach.
- W “Mewie” mają bardzo ładne kelnerki, dobre wino, piwo a nie drogie i zawsze jest sporo chętnych ladacznic i dziewek do zabawy. - Burgund w lot wyczuła okazję i starała się wesprzeć propozycję kolegi.
- No chodź. Zjadłbym coś. Głodny jestem po takim cienkim śniadaniu. - Rune klepnął w ramię łysego oprycha aby przełamać jego bierny opór.
- Też zgłodniałem. A jak tam jest wino i chętne dziewki to brzmi w sam raz. - Lars skinął głową, że też podoba mu się taki wybór.
- Jak jest dużo dobrego wina i chętnych dziewek to i muzyka by się przydała. A ja jeszcze nie byłam w tej tawernie. - Astrid wydawała się chętna na takie poznawanie nowego dla siebie miasta.
- Dobra, niech będzie. - Widząc taką komitywę Silny ustąpił. Ruszyli więc przed siebie, w stronę centrum miasta. Przeszli parę ulic gdy usłyszeli, ostry, męski głos.
- Hej! Hej wy! - Zaczęli się rozglądać aż dostrzegli karocę pasująca do kogoś możnego. Z kozła machał na nich stangret aby zwrócić na siebie ich uwagę.
- To do nas? - Silny zmarszczył brwi w grymasie podejrzliwości. Widać było jak drzwi się otworzyły i pokazała się w nich jakaś czarnowłosa milady.
- A! To lady Fabienne! - Burgund rozpoznała ją mimo odległości. I szybko ruszyła w stronę karocy. Astrid wzruszyła ramionami i poszła za nią. Reszta jeszcze rozglądała się po sobie jakby niepewni czy też tam podejść czy lepiej zostać i poczekać.Egon uniósł brwi. Niewiele przestawał z Fabienne, ale jeśli z daleka już witała ich, znaczyło, że mogła mieć jakiś konkretny interes. Może taki, który można było spożytkować dla jego własnego interesu? Cóż, takiej okazji przepuścić nie mógł. Mógł chociaż zobaczyć, w czym rzecz.
Rzucił okiem na pozostałych i gestem dał znać, że idzie. Ruszył za Burgund.
- Idź, idź syneczku. Ona jest bardzo dobra dla dziedzictwa naszej kochanej Oster. Zobacz co ta dobra kobieta potrzebuje. Szkoda, że inne nie przyjęły tego daru z taką godnością jak ona. - Starucha ożywiła się jakby z pewnym opóźnieniem zorientowała się o kogo chodzi. A może już jej stare oczy nie dowidziały na taką odległość.
- Ja zostaję. Nie ma co tłoku robić. - Silny dał znać, że poczeka na miejscu. Rune skinął głową, że zostanie razem z nimi.– Popasajcie w Mewie albo u Pirory, wedle gustu – machnął ręką i wreszcie wkroczył do środka karocy. Drewno jęknęło pod naporem umięśnionego ciała wojownika, zaś on sam usadowił się na swym miejscu.
W końcu więc tylko Egon dołączył do dwóch koleżanek jakie podeszły do karety. Zastał je jak witały się z bladolicą Bretonką.
- O witaj Egonie. Dobrze wyglądasz. Widzę, że ten pogodny dzień ci służy. - Siedziała na kanapie powozu ale przez otwarte drzwi mogli rozmawiać. - Zresztą nie róbmy zbiegowiska. Wchodźcie do środka. - Dała znak gestem i zachęciła uśmiechem. Rzeczywiście ich trójka niezbyt pasowała na szlacheckie salony i mogło się wydać dziwne co mają za sprawy z kimś w takiej karocy. Burgund bez wahania wskoczyła do środka a po niej weszła blond córka jarla. Rudzielec usiadła obok szlachcianki a Norsmenka naprzeciwko niej ale i tak zostało jeszcze sporo miejsca dla gladiatora.
– Witaj, milady – Egon skłonił się, chcąc tym razem uczynić zadość tradycjom. – Wszakże nie tak dobrze, jak ty. Miło cię widzieć… Jakież interesa sprowadzają ciebie do nas? – Egon zapytał, preferując od razu przejść do konkretów.
- Właściwie to żadne. Zauważyłam was przez okno jak szliście ulicą. Właśnie wracam od Pirory. - Szlachcianka wyjaśniła swobodnym, wesołym tonem. Wskazała na okno przy jakim siedziała skąd pewnie przed chwilą ich dostrzegła.
- A to już zabawy u niej się skończyły? - Burgund zapytała o to co ją od rana interesowało. Czarnowłosa spojrzała na nią i skinęła głową.
- No o tej porze to już czas na obiad. - Starała się złagodzić to, że obie koleżanki minęła rozrywka jaką tak lubiły.
- Właśnie szliśmy do tawerny aby coś zjeść. Może milady by poszła z nami? - Łotrzyca przyznała jakie mieli zamiary.
- Oh bardzo chętnie. Dziękuję za zaproszenie. Ale chyba rozumiecie, że mężatce nie wypada chodzić bez męża po portowych tawernach. - Teraz bladolica westchnęła jakby ją miała ominąć ciekawa zabawa. Ale sięgnęła do pasa i wyjęła sakiewkę. - Ale może chociaż wypijcie coś za moje i wasze zdrowie. Naprawdę chętnie bym z wami poszła ale no nie wiem jakby to miało wygladać. - Mówiła otwierając sakiewkę.
- A ty Egonie, dalej szukasz tego statku i załogi? - Spojrzała przelotnie na siedzącego naprzeciwko gladiatora.
– Zaiste, prawda to – przyznał Egon, który poza Larsem nie miał w zasadzie nikogo, kto znałby się chociaż trochę na korsarstwie. – Choć plotki do mnie dotarły, że ponoć kawałek od miasta napaście były jakieś, które sprawiły, że korabie zostały splądrowane.– Splądrowane korabie nadal pływają, co nie? – rzekł Egon. – A nawet jeśli chociażby jedna z tych kryp, które tam pływają byłaby sprawna chociaż w połowie, to jakimś sumptem być może udałoby nam się ją podreperować i wypuścić się na głębsze wody… Na pożytek naszej grupy, rozumieć się ma. Mmm… Czyżbyś miała jakieś wieści o okrętach na zbyciu, milady?
- Ja się co nieco znam na żeglowaniu. - Oświadczyła bladolica szlachcianka. Czym wyraźnie zaskoczyła swoje koleżanki. Dama w eleganckiej sukni raczej kojarzyła się ze szlacheckimi salonami niż pokładem statku. - Pochodzę z Brionne. To miasto portowe przy granicy z Estalią. Chodziłam do szkoły morskiej. Podobnej jaką macie tutaj. Znam podstawy nawigacji i jak działa statek. - Wyjaśniła skromnie. Po czym wysypała z sakiewki garść monet i wręczyła je siedzącej obok niej Burgund.
- O to wystarczy na obiad i ze trzy kolejki. - Łotrzyca ucieszyła się gdy szybko przeliczyła sumę. - Jak tylko będzie okazja milady to w podziękowaniu bardzo chętnie zamknę cię w dybach i wysmagam batem. - Obiecała jej z uroczym uśmiechem. Bretonka roześmiała się wdzięcznie.
- Będę na to czekać z utęsknieniem moja droga! - Widocznie ją rozbawiła ta uwaga ale w końcu była znana ze swoich uległych upodobań. - A wracając do tych statków. - Wciąż w dobrym humorze spojrzała na gladiatora. - Tak, coś słyszałam o tych zaginionych statkach na rzece. To w górę rzeki, gdzieś w połowie drogi między nami a Saltemund. Podobno znajdują je puste ze śladami walki i krwi na pokładzie ale żadnych trupów. Jak znajdą te łodzie to je odholowują albo w górę rzeki do Saltenmund albo do nas. Więc jak chcecie jakąś przejąć to musielibyście mieć fart trafić na jakąś tuż po napadzie i móc ją obsadzić. Zapewne też musielibyście zmienić jej nazwę. To trefny towar bo po rzece łodzie i barki zwykle pływają po stałej trasie więc je znają. Dobrze by było ją od razu sprzedać i kupić coś legalnego albo wypłynąć w morze. - Okazało się, że Bretonka jest całkiem dobrze zorientowana w żeglarskich realiach regionu.
- Ale pamiętacie tą Adrienne z ratusza? Ta co Hubert i Oksana nam prezentowali w kuchni teatru po występie? - Milady popatrzyła na całą trójkę. A koleżanki pokiwały głowami, że tak. - Ona pracuje w archiwum, ma dostęp do różnych dokumentów. Ja słyszałam o statku jaki poszedł w zastaw za długi. Wiem, że taki jest ale nie znam szczegółów. Myślę, że ona mogłaby je znaleźć. Wtedy taki statek moglibyście kupić legalnie po dobrej cenie. - Podpowiedziała im jakie znalazła rozwiązanie dla poszukiwań łajby do morskich wypraw.Egon pamiętał Adrienne - tą samą Adrienne, która w uległy sposób oddawała się nie tak dawno temu mistrzowi ceremonii Huberta. Jeśli wtedy tak łatwo mogli ją brać, to Egon był pozytywnie zaskoczony - “Zdaje się, że przydatność dziewki nie kończy się na jej zadku” - pomyślał.
– Poszedł w zastaw za długi, ale jeśli pewnie wykupić statek tak czy inaczej będzie kosztował sporo żeliwa – zauważył gladiator, który dotychczas największy dług, który widział, to tab w spelunie w Salkalten. – Mmm… Dwa wyjścia widzę. Albo jakoś zdobyć dokument pod zastaw, jakoś dotrzeć do wierzyciela, albo… Mmm… Po prostu sprzedać zdobyczny statek i kupić ten zastawiony – rzekł Egon, który ważył pomysły, jak do rzeczy podejść. – Co rzekniesz?
- Rzeknę, że jest wiele zmiennych jakich w tej chwili nie znamy więc trudno coś wyrokwac. - Szlachcianka odparła z lekkim, przyjaznym uśmiechem. - Nie wiem po ile jest ten statek z zastawu. To zapewne Adrienne mogłaby sprawdzić w rejestrze. Jeśli macie kłopot udać się do niej do ratusza to mogę się tym zająć. Nie dzisiaj oczywiscie bo dziś ratusz zamknięty. - Bladolica zaoferowała swoją pomoc w kontakcie z pracownicą ratusza. - A z kolei jeśli by udało wam się zdobyć jakąś łódź na rzece to nie wiadomo jaką i w jakim będzie stanie. A więc za ile dałoby się ją tu sprzedać. - Rozłożyła dłonie w geście bezradności. - Ale ogólnie to myślę, że gra może być warta świeczki. Statek nawet sprzedawany po taniości to może być tani dla kogoś kto już ma swój statek albo kilka. A jak się zaczyna od zera to faktycznie taki tani może nie być. Wtedy może wam się przydać ta sumka za ten statek z rzeki. O ile go zdobędziecie. No i musicie mieć z pół tuzina, tuzin marynarzy do jego obsługi. Zależy jaki duży będzie. Jeszcze z tym zastawionym statkiem to zależy kto jest właścicielem. Jak ktoś stąd to być może go znam. - Lady Fabienne przedstawiła im jak ocenia sprawę nawet jeśli było w niej tyle niewiadomych.
– Brzmi dobrze, podoba mi się – brodaty wojownik pokiwał swoją kudłatą czupryną. – Jeśli tedy możesz nas wesprzeć, Lady Odette, niechaj tak będzie… Jeśli możesz, sprawdzisz on statek w ratuszu z Adrienne? Jeśli byśmy odpowiednio się zakręcili… Ha, wiele jest dróg, żeby rzecz pozyskać.Egon odwrócił na moment oblicze. Trzeba było zapamiętać i tą rzecz z Odette - wróci do tego, kiedy będą już z powrotem z wyprawy.
– Dzięki ci zatem, milady. Na mnie wszak droga czeka, mus mi do Wesołej Mewy, gdzie moi kompanioni na mnie czekają…
- No dobrze Egonie więc po Festag, postaram się odwiedzić naszą słodką Adrienne. - Bladolica szlachcianka skinęła głową i uśmiechnęła się do niego ciepło. - A jak macie plany na tawernę to już was nie zatrzymuję. Aż wam zazdroszczę. - Dała znak, że nie będzie ich dłużej trzymać i koleżanki skinęły głowami aby gladiator wstał i wyszedł pierwszy.
- A my jesteśmy umówione na dyby i pejcz. - Burgund żartobliwym tonem rzuciła do wciąż siedzącej szlachcianki.
- Oh koniecznie. Nie mogę się doczekać. - Bladolica odpowiedziała w podobnym stylu. Co rozbawiło całą trójkę bo się roześmiały.– Bywaj zatem, milady! – Egon skłonił się lekko.
Egon wyszedł zatem z wnętrza karocy i wciągnął powietrze w płuca, rad, że wydostał się z ciasnego i ciemnego pomieszczenia. Gladiator wolał zawsze rozległą przestrzeń, a przynajmniej ulice Neues Emskrank i nie w smak były mu dworskie zwyczaje, na których i tak niewiele się działo. Ale statek… Jeśli tylko szlachcianka z Brionne mogłaby dostarczyć ciekawych wieści, można było zorganizować coś… No. Ale to potem.
Egon miarowym krokiem ruszył do Wesołej Mewy. Sprawy czekały.
Festag; południe; tawerna “Wesoła mewa”
Egon i kurhanowa ekipa
Burgund raźno poprowadziła ich w stronę narożnika miasta wepchniętego między zielonkawe wody zatoki a błękitne rzeki Salt. Dotarli do tawerny a zgiełk ze środka zapowiadał, że nie nie straszy pustkami. Gdy weszli do środka okazało się to prawdą. Łotrzyca o miedzianych włosach czuła się jak u siebie i śmiało podeszła do szynkwasu witając się z biuściastą blondynką. Widać było, że się bardzo dobrze znają. I po krótkiej rozmowie partnerka Łasicy odwróciła się do swojej grupki i dała znać aby poszli za nią. Usiedli przy solidnym, prostym drewnianym stole jaki nosił ślady intensywnego użytkowania ale nadal trzymał się nieźle. To była ta sama tawerna w jakiej się spotkali w ostatni dzień przed napadem na świątynie Mananna. Wtedy jeszcze była z nimi Merga Złotooka i lady Soria. Po chwili podeszła do nich zgrabna kelnerka aby przyjąć zamówienie. A gdy poszła mieli wreszcie okazję aby sobie swobodnie pogadać. W tej barwnej mozaice gości dominowali marynarze, dokerzy, typy spod ciemnej gwiazdy i ladacznice. Nic dziwnego, że Burgund z Łasicą czuły się tu tak swobodnie.
Byli tu już i oto powrócili znowu, liczniejsi i silniejsi, zaś Merga została odratowana i była bezpieczna w Norsce. Choć sporo roboty zostało do zrobienia, Egon czuł jakiś rodzaj przyjemności, że pomimo zmienności losu, niektóre rzeczy były takie same: ława, micha pełna żarcia i piwo.
– Ejże, karczmareczko, dajże mi no tu kwartę piwa – sypnąwszy grosiwem, wojownik usadowił się na ławie z pozostałymi swymi kompanami.
Odczekał nieco, a czas zabijał, wpatrując się w plotkującą gawiedź, swój wzrok zawieszając tu i tam na poszczególnych gościach tego przybytku, dłużej zaś wpatrywał się na uwijające się, usługujące dziewki.
Kiedy piwo wreszcie przybyło, pociągnął solidnie i rzekł te słowa:
– Soria rzecz z czarownikiem oporządzi. Tedy nie musimy, przynajmniej na razie, zdobywać krwi dla żywego trupa. Ale będzie potrzebował jej więcej, może i więcej, żeby się przynajmniej utrzymać. Całkiem musimy go wybudzić, żeby przybrał cielesną formę, ani chybi, niejeden sekret zna…
– Dwie rzeczy mnie interesują teraz – ciągnął. – Ale po kolei. Pierwsza rzecz… Trza nam się zgadać z Gezacktem i wyruszyć czym prędzej na wyprawę. Rejza będzie miała dwa cele: najpierw wypuścimy się w stronę Salzenmund i zbadamy, czy przypadkiem jeden z korabiów tam na rzece nie był został… Mus nam to sprawdzić. I po drodze nałapać jakich łyczków, ale solidnie, bo widzicie… Otóż widzicie, za utarg za nich trzeba będzie opłacić Gezackta, część z nich pójdzie na żer dla czarownika, baby pójdą na Oster, a czwarta część dla Munira lub też broń dla Gnaka.
Egon zamilkł. Rzeczy komplikowały się, ale cóz podołać? Ów niewolniczy interes miał opłacić wiele spraw, które zaczęli.
Co prawda ta ładna i zgrabna blond koleżanka Burgund została za szykwasem ale inne kelnerki też były niczego sobie. Zwłaszcza gorsety ładnie podkreślały szczupłość sylwetki uwypuklając też biust. Dziewczyny uwijały się między stołami roznoszac jadło, napitek alb zgraniając puste kufle i naczynia. Były też dwie czy trzy ladacznice jeszcze nie zagospodarowane co wodziły wzrokiem i uśmiechem za potencjalnymi klientami. Egon też się złapał z parę razy na zachęcające spojrzenie i uśmiech. Ale zapewne musiałby do nich podejść aby się rozmówić. Na razie jednak było o czym gadać przy stole.
- No z tym Gezacktem to chyba powinno być prosto. Mówił, gdzie się zatrzymali to można tam uderzyć jakby było potrzeba. Pewnie lepiej prędzej niż później zanim sami złapią jakąś inną robotę ale pewnie będą chcieli zabawić jakiś czas w mieście. Wcześniej wyglądał na skorego na tą rejzę to jak mu się nie odmieni to powinno być dobrze. - Lars zaczął od swojego zdania na temat herszta bandy zbirów z jakim ostatnio współpracowali.
- A lady Soria na pewno sobie poradzi z łapaniem tych głupich wieśniakow. Widzieliście jak oczarowała tamtych z wioski? Zresztą Hannah też. - Burgund zdawała się podzielać wiarę gladiatora w możliwości wężowej syreny co do zdobycia brańców. Nawet jak miała się tym zajmować sama.
- No tak, przydaliby się ci brańcy. Bo tak jak Egon mówi, trochę się po nich kolejka zrobiła. A mamy już i tak ruszać za miasto to można by i wybadać co z tą rzeką i statkami. W ogóle daleko to jest od drogi ta rzeka? - Morski łupieżca pokiwał głową i popatrzył po tutejszych gdy pytał o lokalne warunki.
- Droga do Salzenmundu prowadzi mniej więcej w górę rzeki Salt. Ale niekoniecznie tak blisko aby z niej rzekę było widać. Czasem tak a czasem nie. Zależy na jakim odcinku. - Silny odpowiedział mu po chwili zastanowienia.
- Tylko trochę nie wiadomo na jakim odcinku są te napady. Jak część łodzi co znajdą sprowadzają do nas a część do stolicy to pewnie gdzieś pośrodku. Albo napadają na nie na różnych odcinkach, raz bliżej nas, raz bliżej Salzenmunda. Drogą do stolicy to jakieś trzy, cztery dni marszu albo wozem. Konno to z połowę tego. - Burgund dopowiedziała swoje przypuszczenia i szacunki.
- W lecie, w ładną pogodę. Albo zimą jak ma się sanie. Jak jest słota to dłużej zajmuje. A najłatwiej to rzeką dopłynąć do stolicy. Bo he he he mniejsza szansa, że cię ktoś napadnie, jakieś orki, zwierzoludzie albo banici. - Łysy mięśniak dorzucił coś od siebie a myśl o napadach nawet go rozbawiła. W końcu sam się tym często zajmował osobiście chociaż raczej tu w mieście.
- No to dla nas nawet lepiej jak to nie jest tuż za rogiem miasta. Powinno być łatwiej zwiać po napadzie a im trudniej kogoś powiadomić. Ale najłatwiej by było popłynąć tam łajbą. - Lars uznał te wskazówki za dobrą monetę i popatrzył na Egona i resztę co oni na to.
– A co jeśli – zapytał Egon – zatrudnimy się jako najmusy do ochrony łodzi? Kupcy będą płacić dobry grosz za obstawę i jeśli będziemy mieć trochę szczęścia, to zaatakują nas… Zarżniemy tych, co napadają, możnemu wbijemy nóż w plecy, a sami wypłyniemy statkiem na Morze Szponów. Zarobimy nieco grosiwa, zyskamy statek i kto wie, może uda nam się jakoś paktować z tymi drabami, jeśli paru zostawimy żywych…? To byłoby całkiem niezłe.Ciągnął jeszcze:
– Moglibyśmy zbójeckie rejzy zmieszać z tymi z polowaniem na korabie. Jeden rejs byśmy zarobili i czekali na dogodną okazję, a po tym, kiedy byśmy żeliwo wzięli, to byśmy wypuszczali się nałapać łyczków. I tak aż do czasu, kiedy naprawdę draby zaatakują statek. Wtedy odparlibyśmy atak, wzięli paru w jasyr, w międzyczasie, kiedy tamci niemalże odparci by byli, byśmy dobili obrońców statku i samój się wypuścili…
Tu przystanął i zastanowił się:
– Jedyna wada tego fortelu jest taka, że musielibyśmy zostawić żeglarzy, czyli świadków, przy życiu. Albo zostawić tamtym, żeby ich dobili. Albo mieć swoich gdzieś w zanadrzu. Ja się na pływaniu nie znam ni diabeł – Egon skrzywił się, nagle dostrzegając w swym planie wady. – A mogłoby być tak, że wcale tak łatwo i szybko nie zaatakują… Moglibyśmy całe miesiące zmitrężyć. Więc jak by ataku nie było, to byśmy musieli sprawy wziąć w swoje ręce.
Brwi uniosły się do góry a niektóre głowy pokiwały z uznaniem po tych słowach brodacza. Zebrani przy stole popatrzyli po sobie nawzajem. - No tak, jakby się zabrać na taką łajbę co płynie w górę rzeki to by nam szukanie własnej odpadło. - Lars wydawał się dostrzegać zalety takiego rozwiązania. - A tu da się zamustrować na taką łajbę? - Norsmen swoje spojrzenie skierował na Burgund i Silnego. Z ich grupy to oni byli tubylcami więc powinni mieć najlepsze rozeznanie w lokalnych warunkach. Łotrzyca i zbir popatrzyli na siebie przez chwilę.
- Tak, pewnie tak. Wystarczy popytać. Prędzej czy później, powinien znaleźć się ktoś kto będzie chętny wziąć najemników jako eskortę. Zwłaszcza jak te napady takie częste. - Burgund pokiwała głową na znak, że wróży sukces takiej inicjatywie. Tym większy im większą skalę by miała.
- Ale Salt to nie jest wielka rzeka. Więc barki czy krypy co po niej pływają, niekoniecznie nadaja się na pełne morze. - Silny dopowiedział inny detal. Norsmen machnął na to swoją sękatą ręką.
- To się będziemy martwić jak ją będziemy już mieć. Najwyżej ją się sprzeda i będzie jakaś sumka na większą łajbę. A jak mniejsza to nawet lepiej. Mniejsza załoga potrzebna do jej obsługi. Pewnie pół tuzina osób, może tuzin wystarczy aby ją obsłużyć. U nas to ja mogę to robić, Bjorn i Astrid. Zog ty chyba też? Od biedy jakby do wioseł trzeba to każdy kto ma trochę krzepy w ramionach się nada. Ster czy żagle to już trochę inna robota ale to nasza trójka by dała radę. - Morski łupieżca wydawał się być dobrej myśli i przynajmniej Norsmenów był gotów zaliczyć do doświadczonych żeglarzy. Ci kiwali głowami i wyglądało jakby mogli wystarczyć chociaż na szkieletową załogę jednostki. Czy aby napewno to jednak zależało jak duża łajba by się trafiła.
- No jak na jakąś bitkę to ja bym się pisał. Nudno trochę ostatnio. Odkąd na początku tygodnia z Otto i Anniką spraliśmy po gębach takich jednych łapserdaków co myśleli, że są cwani i twardzi to niewiele się dzieje. W sumie może ją zabrać? Otto chyba w nią wierzy, że ma jakieś wizje od naszej patronki czy co tam. Dla mnie to ona nieco za chuda jest. Jak taki chudziak może mieć siłę w łapach aby solidnie grzmotnąć? No ale Otto w nią chyba wierzy. No to może i ją można by zabrać. Tylko z tą Bretonką trzeba by gadać bo to jej milady. - Silny nawet był skłonny dołączyć do takiej wycieczki. Wydawał się być spragniony mocniejszych wrażeń. Choć raczej jako wojownik niż marynarz. Po chwili zastanowienia Rune też pokiwał głową, że widzi sprawę podobnie.
- I jak już będziemy mieć tą łajbę to sobie popłyniemy nią gdzie chcemy. To i jak trafi się okazja to się nałapie po wioskach czy traktach kogo się da. - Lars ucieszył się, że imperialni koledzy znów byli chętni wesprzeć ich inicjatywę.
- No tak. Wszystko ładnie. Ale jak chcecie płynąć w górę rzeki i to może i na nas napadną. Jak tak skutecznie wyrzynali te załogi do tej pory to chyba letko z nimi nie będzie. Co innego zająć pustą łajbę a co innego bić się z jakimiś piratami czy kto to tam napada te łodzie. - Burgund zgłosiła pewne zastrzeżenie co do takiego planu.
- No i na wszelki wypadek przydałoby się jeszcze ze dwóch, trzech, czterech co zna się na żeglowaniu. Gdyby nam się coś stało. - Astrid dodała swoją uwagę.Egon pokiwał głową. Wydawało się, że plan byłby do zrobienia. Jakoś.
– Ja, Lars, Bjorn, Astrid, Zog… Hmm… – Egon liczył na palcach członków wyprawy. – Silny, Rune, Annika. Ośmiu do obsadzenia. Moglibyśmy dodać Raisę, aby użyczyła nam swej magii, ale przy korabiu nie pomoże, a może i w ogóle zły pomysł. Lepiej, żeby została u Sigismundusa i może uwarzyła nam jaki humor albo fluid, który byśmy mogli wykorzystać… Zatem… Ośmiu. Mógłbym dać znać i Starszemu, może wynajdzie jeszcze kogoś…? Sam nie wiem kogo by mógł nam dać – Egon myślał. – Gezackta?
Egon zastanowił się.
– Gezackt miał zostać włączony w wyprawę łupieżczą. Jego luda raczej przy żegludze nie pomogą, ale on i paru ludzi mogliby się włączyć w rzecz – skonstatował wojownik. – Co rzekniecie, kompanioni? Jeśli będzie to nasza pierwsza wyprawa łupieżcza, to Gezackt zagwarantuje, że wszystko pójdzie dobrze, a z czasem wspomoże nam w łapaniu i dostanie swoją dolę.
Egon zmilkł nagle, bowiem zorientował się, że ten żywy towar miał pokryć wiele wydatków: niewolników dla Gnaka (tudzież przehandlowanie ich na broń i pancerze dla zwierzoludzi), branki na zasiew Oster, pokarm dla czarownika, opłacanie Gezackta i wreszcie, na sam koniec, handlowanie z Munirem. Szczęściem, Munir zawijał do Neues Emskrank znacznie później, toteż do tego czasu rzecz może nabierze rozpędu.
Sprawy trupiego czarownika i opanowania głazu, gdzie grasowały bestigory, zostawił na później. Chciał czym prędzej napoić głaz krwią dla Boga Czaszek, ale nie mógł za rzecz zabrać się teraz.
– Co rzekniecie? – zapytał. – Tedy bym zaszedł do Anniki i Gezackta.
- Raisy nie trza brać. Stara już jest, ledwo o własnych nogach z tego kurhanu wróciła. - Astrid pokręciła głową na znak, że niezbyt podoba jej się pomysł zabierania na taką ryzykowną wyprawę starej wiedźmy.
- Oj ja jeszcze na grobie niejednego młodego światło będę palić. - Stara odcięła się jej od razu ale po chwili zwróciła się już spokojniej do pozostałych. - Ale to prawda. Ja muszę w tej aptece wszystkiego przypilnować syneczki. Beze mnie tylko Dorna została. Dobra dziewczyna ale za słaby ma pomyślunek aby wszystkim się zająć jakby mnie dłużej tam nie było. Jak wam trzeba jakiś mikstur syneczki to powiedzcie to wam narobię. Ale ja to raczej tutaj zostanę. - Raisa choć z innych powodów niż myślała córka jarla, ale wolała pozostać na miejscu. Uśmiechała się łagodnie do Larsa i Egona jakby byli jej ulubionymi wnuczkami.
- No tak, widzę, że z pół tuzina nas się uzbiera. Nawet więcej. Z czego z połowa zna się na łajbach. No to jakąś niedużą moglibyśmy dać radę pożeglować. Reszta to najwyzej do wioseł by była przydatna. - Lars pokiwał głową jakby tak wstępnie udało im się zebrać obiecujący skład wśród zaufanych ochotników. - U Gezackta żeglarzy raczej nie ma. Ale to banda bez sumienia. Jak nie wiemy kto lub co napada na te łajby to lepiej by było ich mieć przy sobie niż nie mieć. Może to nie tacy przedni wojownicy jak my, ale są. W grobowcu się przydali a to z martwiakami się ścieraliśmy. No i już wcześniej zgodził się w jarzma brać kogo popadnie to byśmy mieli go do tego pod ręką. - Podsumował to tak, jakby uważał takie połączenie za dobry pomysł.
- No to fajnie. Ale jak ich jest z tuzin, nas tutaj też trochę to wychodzi prawie dwudziestu chłopa lekką ręką. - Burgund zauważyła a Lars po krótkim przeliczeniu w pamięci, potwierdził to ruchem głowy. - No to nie lada łajba musiałaby być aby brać ze dwie dziesiątki na eskortę. Nie wiem czy taką znajdziecie. Zwykle eskorta to paru ludzi, może pół tuzina czy dziesiątka albo tuzin jak większa. A wy chcecie zamustrować prawie dwa, trzy razy tyle. - Zauważyła, że mogą być problemy z zatrudnieniem tak dużej grupy. - Może się udałoby złapać jakiś kontrakt łączony na dwie łajby co będą razem płynąć dla bezpieczeństwa. Albo wziąć tylko część. Albo zamustrować się jako pasażerowie do Salzenmundu. - Łotrzyca podpowiedziała im parę sugestii jakie mogłyby im pomóc.
– Gezackt nie musi iść w pełnym składzie – zgodził się Egon. – Jeśli pójdzie on i ze dwóch jego ludzi to mielibyśmy akurat luda do tego interesu. Myślę, że trudno by było przejąć dwie łodzie na raz… Byłoby zbyt niebezpieczne, nie wiadomo by było, co mogłoby się zdarzyć – rzekł wojownik, który spodziewał się, że abordaż nawet jednej łajby będzie prezentował ze sobą spore ryzyko.Egon pokiwał głową.
– Dobra, to postanowione. Kto chce iść ze mną do Anniki i Gezackta? Lars, chcesz? – zapytał korsarza, z którym dotychczas załatwiał wszystkie sprawy. – Ustawimy rzecz czym prędzej, abyśmy mogli wyruszyć jak najszybciej… Pogadamy z Anniką i Gezacktem, a później odwiedzimy targ albo port. Zawsze tam będą kręcić się ludzie, co chcą przewieźć towary. Tam ustawimy, że chcemy ich eskortować - nie za drogo, ale też i nie za darmo, żeby niczego nie podejrzewali. Kompani, kręćcie się tutaj albo w Trzech Gwoździach, żebym was odnalazł.
- No tak, dwie łajby, płynące tego samego dnia, w tym samym kierunku i szukajace ochroniarzy albo marynarzy na tą podróż to by pewnie trudniej było niż na jedną. - Silny pokiwał swoją łysą głową na znak, że zgadza się z podsumowaniem kolegi.
- No to Gezackt nam zostawił tą knajpę gdzie miał buszować ze swoimi ludźmi. To najwyżej tam zajdziemy. A tą Annikę to gdzie znajdziemy? Która to jest? - Lars też raczej się skupiał na praktycznym sfinalizowaniu tego o czym rozmawiali podczas tego obiadu.
- Była z nami w lesie na pikniku. Taka ładna i czarna. Ale raczej została przy wozie, nie widziałam aby się włączyła do zabawy. Siedziała tam z Otto i Pirorą. - Burgund starała się przypomnieć Norsmenowi o kogo chodzi. Ten powoli uniósł i opuścił głowę jakby coś kojarzył z orgii przy Zachodnich Kamieniach ale chyba niekoniecznie tą kobietę jaka była w jej trakcie na uboczu.
- No ale to może nie być tak łatwo ją spotkać teraz. - Łotrzyca przykuła uwagę morskiego łupieżcy.
- Dlaczego? - Pytał lekkim zaciekawieniem.
- Ona jest służką lady Fabienne. Tą co spotkaliśmy w powozie jak tu szliśmy. - Rudowłosa chętnie zaczęła wyjaśniać i widać było, że czarnowłosą szlachciankę z charakterystycznym, bretońskim akcentem wszyscy kojarzą bez problemu. - No to ona by się musiała zgodzić aby nam wypożyczyć Annikę na kilka dni. Chyba powinna się zgodzić, zwykle Fabi idzie nam na rękę. No ale jednak to tak jak jesteśmy w rodzinnym gronie. A oficjalnie to ona jest szlachcianka i mężatka więc nie wypada jej przyjmować jakichś morskich łobuzów. - Dziewczyna z ferajny spojrzała wymownie na Egona i Larsa. Wyglądali raczej na wojowników od topora niż na bywalców szlacheckich salonów.
- No to jak się mamy z nią skontaktować? - Lars skinął głową choć nie tryskał radością na tą komplikację.
- Mogę pójść z wami. Marissa i Fabi mnie znają. No i mogę powiedzieć, że mam wiadomość od Pirory czy coś. I jak się spotkam z milady to powiem jej o co chodzi i albo się jakoś z wami spotka albo da mi odpowiedź. - Burgund popatrzyła pytająco na kolegów czy im pasuje takie rozwiązanie. Przy swojej dość zwyczajnej sukni, pasowała wyglądem to pokojówki czy innej służki, jaką jedna szlachcianka mogła wysłać z wiadomością do drugiej.Egon założył ręce, pokiwał głową wreszcie. Jasna sprawa była, że Annika byłaby mile widziana jako ta, do której szeptał jego własny patron, jednak jeśli miałoby się okazać, że opętana dziewka nie pójdzie, zamierzał dobrać ludzi z bandy Gezackta.
– Dobra, chodźmy – zgodził się Egon.
Rzeczy były, mniej więcej, zaplanowane. Egon jednak, próbując na podobieństwo swego mrocznego boga przewidywać ruchy i planować, niby na wojnie, począł myśleć także i o innych aspektach: kiedy bowiem drużyna bojowa zostanie skompletowana i w istocie uda im się zostać łże-najemnikami do ochrony korabiu, było coś jeszcze… Mianowicie, gdzież ten przeklęty okręt będa przechowywać i w jaki sposób na dłuższą metę będą maskować siebie i statek w taki sposób, żeby rozpoznanie go na wodach Morza Szponów nie było takie łatwe?
Niemniej, poniechał rozmyślania. Zamierzał pozwolić Burgund rzecz oporządzić z Anniką.
Festag; popoludnie; rezydencja von Mannliebów
Egon, Lars i Burgund
Łotrzyca o miedzianych włosach okazała się dobrą przewodniczką. Zapewne znała miasto najlepiej z ich trójki. Poszli przy nabrzeżu, do północnej dzielnicy gdzie zwykle mieszkali ci możni i znaczący. Martwiła się jak wytłumaczyć swoją brudną suknię. Nie wzięła drugiej na zmianę a jeszcze nie zdążyła się przebrać po powrocie do miasta. O ile w “Mewie” jeszcze na to za bardzo nikt nie zwracał uwagi to w rezycencji szlacheckiej już mogło bardziej się rzucac w oczy. Jej dwaj towarzysze byli podobnie uwaleni błotem od parokrotnych przemarszów przez mokradło jakie oddzielało las od kurhanu oraz brodzenia w trupiej wodzie wewnątrz grobowca. Ale podobnie na ten moment niewiele mogli z tym zrobić. W końcu Burgund uznała, że pójdzie i spróbuje poprosić milady o spotkanie licząc, że ta ją rozpozna i mimo wyglądu przyjmie. Z tym postanowieniem pożegnała się z dwoma towarzyszami. I widzieli jak śmiało podchodzi do solidnej bramy. Tam chwilę rozmawiala ale strażnik ją wpuścił do środka. Potem jeszcze ją widać było jak wchodzi po schodach rezydencji i znika w głównym wejściu.
- No to jak ją ta Bretonka pozna to chyba wpuści. Ciekawe czy nas wpuści. W lesie wydawała się całkiem he he gościnna. - Lars pogłaskał się po brodzie. Ale zostało im czekanie. W tej drogiej dzielnicy parę przechodniów czy stangretów posłało im podejrzliwe spojrzenia jakby dziwił ich widok dwóch zbrojnych. Nie na tyle aby jednak zatrzymac się i wypytywać o coś. Czekali tak z pacierz, może półtorej nim zobaczyli jak łotrzyca schodzi po schodach a potem wychodzi przez bramę. Szła ku nim tak samo pewnie jak przedtem gdy ich tu zostawiała. Szybko podeszła do czekających kolegów.
- Dobra, powiedziałem milady o co chodzi. Trochę się wzdraga aby wypuścić Annikę. Ona ma te sny co parę dni po jakich wpada w amok i pędzi przed siebie no i milady się tym martwi. Ale w końcu zgodziła się z wami spotkać. Tylko musimy wejść od tyłu. Jakby co to Pirora was przysłała aby zabrać jeden kufer do siebie. Potem Fabi zrobi scenę, że się rozmyśli i was odeśle. Ale musimy udawać bo poza Anniką i Marissą to reszta służby jest na usługach jej męża. Więc się nie możemy z nią tutaj za bardzo spoufalać. - Łotrzyca wyjaśniła im zasady tego wynegocjowanego spotkania. I widać było, że i jej, i gospodyni, bardzo zależy na pozorach.– Bah, cholerne zwyczaje szlacheckie – Egon fuknął sam do siebie. – Ale Annika dobrze by było, żeby poszła z nami… Rozmówiłbym się z nią o tych jej snach, jeno na moment trzeba będzie czatować, a kto wie, może i wiązać ją na czas, kiedy zapadnie do snu.
– Mmm… Pirora nas przysłała, żeby wziąć kufer do siebie… I scenę zrobi. No dobra, niech będzie i tak. Jak to zrobi robotę, to może być.
I dał gestem znak, że mogą iść dalej.
- Cóż to byłaby za rezydencja szlachecka jakby każdy z ulicy mógł ot tak sobie wejść. - Burgund rozbawiła uwaga brodacza ale wydawała się być zadowolona, że zgodził się zachować pozory. Kontrolnie spojrzała jeszcze na Norsmena a ten skinął głową, że nie ma sprawy. Więc poprowadziła ich wzdłuż solidnego ogrodzenia i starannie przystrzyżonego żywopłotu jakie zapewniały domownikom ochronę i prywatność.
Egon, Lars, Burgund i Fabienne
Łotrzyca okrążyła kwartał aby dostać się na alejkę jaka prowadziła na tyły kamienic i rezydencji szlachetnie urodzonych. Bez wahania podprowadziła swoich kolegów do jednej z furt. Tam zadzwoniła i czekali tam chwilę. Przyszedł jakiś służący w liberii i przyjrzał im się zza prętów furty badawczo.
- My od milady van Dyke. Po kufer. Jesteśmy umówieni. - Burgund wyjaśniła bez zwłoki, łagodnym, uprzejmym tonem. Odźwierny skinął głową ale dwóm jej towarzyszom poświęcił dłuższe spojrzenie niż jej. I wyglądał jakby najchętniej pozostawił ich za furtą. Jednak wyjął klucz i otworzył ją.
- Proszę za mną. - Odezwał się z oschłą godnością. Łotrzyca machnęła do kolegów i posłała im uśmiech, że dobrze idzie po czym ruszyła za przewodnikiem. Jej koledzy także. Przeszli przez niewielki podjazd i tyły ogrodu. Nawet ta robocza część rezydencji von Mannliebów była bez porównania bardziej zadbana niż zabagnione podwórze apteki Sigsmundusa. Służący poprowadził ich do korytarza między kuchnią a jakimiś innymi pomieszczeniami i poprosił tak samo oschle jak przy bramie, aby poczekali chwilę. Po czym ruszył w głąb korytarza i szybko zniknął im z oczu. Nie byli jednak sami, bo dał sie słyszeć ruch i głosy, głównie kobiece. Widać praca tu trwała. W pewnym momencie ujrzeli gibką, kobiecą postać jaka przyszła korytarzem.
- Witajcie, nasza milady cieszy się, że lady Pirora tak szybko was przysłała po te kufer. Proszę za ną. - To była kasztanowłosa Marissa. Podobnie jak Annika, wcześniej była pacjentką hospicjum. Ale podobnie jak jej milady, poświęciła się oddawaniu czci Soren. Razem z nią w pełni się udzielała podczas zabaw na nocnym pikniku przy Zachodnich Kamieniach. Teraz jednak też zachowywała pozory aby nie zdradzić domownikom, że cokolwiek ją łączy z gośćmi. Zgrabnie odwróciła się i ruszyła przodem aby ich zaprowadzić do głównej gospodyni rezydencji. I Lars i Burgund całkiem chętnie wpatrywali się w jej gibkie wdzięki, widoczne zwłaszcza jak wchodziła po schodach na piętro. Przeszli przez korytarz i pokojówka otworzyła kolejne drzwi ale tym razem stanęła zaraz za nimi, aby wpuścic trójkę gości do środka. Wtedy zamknęła za nimi drzwi i została w środku. Oni zaś ujrzeli czekającą na nich lady Fabienne.
- Witajcie. Cieszę się, że moja droga przyjaciółka Pirora, tak szybko kogoś przysłała po ten ufer. - Bretonka mówiła z wyczuwalnym akcentem swojej ojczyzny jaki często był uważany za atrakcyjny, romantyczny i poetycki. Więc podobno na salonach niektórzy próbowali go naśladować nawet jeśli wcale nie mieli nic wspólnego z tą ojczyzną win i winorośli. Ale o dziwo, wskazała im swoim zadbanym paznokciem, na solidnie wyglądający kufer stojący na podłodze pod ścianą. - Ale teraz jak tak myślę, to zaczynam sie wahać. Może postępuje zbyt pochopnie? I powinnam to jeszcze przemyśleć? - mówiła jakby naprawdę ją naszły jakieś wątpliwości. Chociaż jej goście nie mieli pojęcia co jest w kufrze. - Oh może porozmawiamy o tym przy winie. Usiądźcie proszę. - Wskazała im na mały ale ozdobny stolik i cztery krzesła. Sama też usiadła a Marissa zaczęła rozlewać wino z butelk do smukłych, szklanych kieliszków.
- Wybaczcie ale to konieczne. Tutaj ściany mają uszy. Naprawdę cieszę się, że was widzę. Dwa razy tego samego dnia? Szkoda, że was u Pirory nie było Mielibyśmy okazję się lepiej poznać. - Szlachcianka widocznie uznała, że już wystarczy tego odgrywania bo uśmiechnęła się do gości ciepło ale mówiła dość cicho. - Więc podobno sprowadza was moja Annika? To prawda? - zapytała patrząc po kolei na każdego z trójki gości.
– Witaj raz jeszcze, milady – Egon skłonił się, chcąc dopełnić rytuału, który zdawał się być ważny dla szlachcianki. – Iście, prawda to. Jako żeśmy rzekli już, szukamy korabiu, żeby posłużył naszej sprawie… I tedy żeśmy uradzili, że może wypuścimy się samój po korab na rzece – Egon rzekł, nie do końca pewien, czy w istocie potrzeba było wtajemniczać milady w intymne szczegóły planu, tym bardziej, że ponoć ściany miały uszy w tym dworze. – Ale obstawy potrzeba, mężnych i walecznych. A że i Annika mogłaby się nam później przydać po wypełnieniu tej misji, tedy żeśmy po nią przyszli.Była to prawda. Choć Egon dowiedział się o istnieniu głazu wśród bestigorów, wojownik nie mógł nie przestać zadawać sobie pytania - czy Annika, którą raz opęta duch Pana Krwi, rzeczywiście pobiegnie w tamtą stronę? Lub też, inaczej, pobiegnie w jeszcze jakieś inne miejsce i być może tam będą mieli już jakieś wskazówki? Egon musiał koniecznie wypytać Annikę co do snów na osobności, ale to w swoim czasie.
– Annika przyda nam się na wyprawie – dodał jeszcze, wyczekując reakcji szlachcianki.
- Ah, te znikające na rzece korabie… No tak, Fanriel coś mówiła jak byliśmy w teatrze. Ktoś napada na załogi zdaje się. - Zadbane brwi szlachcianki powędrowały do góry i nieco zmrużyła oczy. Wyglądało na to, że też doszły ją jakieś plotki na ten temat ale bez większych detali. Opuściła głowę i przez chwilę jej smukłe palce bawiły się kielichem wina jakby pomagało jej to zebrać myśli. - Ale moja Annika wam potrzebna? Jak raz Otto ją zabrał to wróciła ledwo żywa. Tak ją pobili. A wy jak chcecie płynąć korabiem to pewnie chcecie wypłynąć za miasto. I to pewnie na więcej niż jeden dzień. - Podniosła głowę patrząc na Egona jakby potrzebowała więcej szczegółów aby podjąć decyzję.
– Prawda to – rzekł Egon, który nie widział powodu, żeby łgać. – Zbieramy drużynę, co działać w sprawie będzie… I walka być może. Ale jeśli chcesz, będę sam ją osłaniał, żeby nie zebrała po głowie.I dodał:
– Po prawdzie to i interesują mnie sny Anniki – tu pogładził brodę, nagle kalkulujący, kiedy sprawy zeszły na ten temat. – Bowiem żeśmy odkryli, że niedaleko jest głaz ku czci Norry… Wiedzieć musiałbym, czy jest tak, że ona do niego biegnie. A jeśli i tak, to jakieś sny ma… No. Jeśli na wyprawę nie chcesz mi jej dać, to daj mi chociaż z nią pogadać na ten temat.
- Walka będzie? Oh… Ale przecież ona jest taka delikatna. - Szlachcianka aż przykryła usta swoją szczupłą dłonią i wyglądała na tak przejętą jak kwoka gdacząca nad bezpieczeństwem swoich kurcząt. Wydawała się być zaniepokojona wizją, że udział w takiej eskapadzie mógłby narazić czarnowłosą pokojówkę.
- Z całym szacunkiem milady. Ale jeśli ona jest wybrańcem Norry czy kimś takim to jej przeznaczeniem jest walka. I jeśli przemawia przez nią wola jednej z Sióstr to kim my jesteśmy aby się jej sprzeciwiać? - Tym razem Lars postanowił się wtrącić i wesprzeć kamrata w tej prośbie. Gospodyni spojrzała teraz na niego i przygryzła wargę jakby biła się z myślami.
- No tak, Annika ma te dziwne sny. Potem się zrywa i pędzi na oślep w jakimś amoku. Mówi, że śni jej się jakiś wielki, dziwny głaz w lesie. I, że ten głaz ją wzywa. - Bretonka pokiwała głową na znak, że też ma jakąś orientację co do nietypowych snów swojej służącej. I niepokojącego efektu jaki w niej wywołują. Biła się przez chwilę z myślami po czym podniosła głowę i spojrzała na drugą z byłych pacjentek hospicjum.
- Marisso idź proszę zbacz jak się czuje Annika. I jeśli się czuje na siłach to poproś ją tutaj. - Wydawała polecenie pokojówce a ta pokiwała głową i wyszła z salonu.
- No nie chcę stawać na drodze ani naszym bogom ani ich pomazańcom. Ale ona tyle przeszła i jest taka delikatna. - Wciaż wydawała się być zmartwiona niebezpieczeństwem jakie mogło sprowadzić na czarnowłosą taka wyprawa. Czekali tak parę chwil, rozmawiając o drobiazgach i popijając całkiem dobre wino jakiego nie serwowano w zwykłej tawernie. Gdy drzwi otworzyły się i do środka weszły obie służki milady.
- Anniko, nie wiem czy się znacie. Ale to jest Egon i Lars. Bo z Burgund to się znasz przecież. - Czarnowłosa szlachcianka przedstawiła ich sobie. Co prawda spotkali sie już podczas nocy przy Zachodnich Kamieniach ale wówczas raczej się mijali. Pokojówka bez wahania popatrzyła na obu mężczyzn. Łotrzycy lekko skinęła głową w pozdrowieniu jakby faktycznie już się choć trochę znały. Teraz widząc Annikę z bliska i w świetle dnia, można było zrozumieć wątpliwości Silnego jakie co do niej żywił. Nie wyglądała na wojowniczkę. Nie była rosła ani masywna. Nawet Norma to Axe wydawała się być solidniej zbudowana od niej. Ale może to przez kolczugę i dwa topory jakie na sobie zwykle nosiła. A nie zwykłą suknię mieszczki jak pokojówka milady.
- Egon i Lars planują na parę dni wyruszyć łodzią w górę rzeki. Być może będzie tam walka i inne niebezpieczeństwa. No i pytają czy byś chciała wyruszyć razem z nimi. - Milady przedstawiła służącej dlaczego ją wezwała. Ta wysłuchała jej uważnie po czym znów spojrzała na obu mężczyzn.
- Naprawdę? Macie dla mnie topór? - Zapytała jakby teraz od nich chciała usłyszeć na co się właściwie zanosi. Ale nie wyglądała na zlęknioną, raczej na zaciekawioną.
– Broń dostaniesz, pancerz też – rzekł Egon, ukazując za połami swego płaszcza swój ulubiony gudendag, którym rad grzmocił czerepy pospólstwa. – Jeśli topora ci trza, zdaje mi się, że Silny ma jakiś na zbyciu, albo i jeśli byś chciała, to sam ci go kupię na targu, jak wolisz. I pancerz się znajdzie.Egon, wyjaśniwszy rzecz, przeszedł do sedna:
– Zbiera się wyprawa na korab – stwierdził. – Każde ramię, co umie walczyć, pomocne będzie, a jeśli będziesz potrzebowała, na tyłach ciebie zostawię. Będzie jeszcze Gezackt i paru, których znasz. A i o twe sny chciałem wypytać, rozumiesz… W lesie żeśmy o głazie usłyszeli ku czci Wielkiego Ogara. Obudzenie tego, który tam śpi jest dla mnie najważniejsze. On jest tym, z którego idzie cała ma siła… Tedy twoja rola jest podwójna: pomóc przy korabiu, a przy okazji zobaczymy, ile wiesz o głazie.
- Wcale nie chcę być na tyłach. Nie boję się. - Czarnowłosa od razu się zacietrzewiła na myśl, że miałaby zostać z tyłu.
- Nikt tego nie sugerował Anniko. Chociaż ja to bym wolała abyś się nie pakowała w jakieś niebezpieczne sytuację. - Szlachcianka westchnęła jakby naprawdę obawiała się o los czarnowłosej pokojówki.
- Tak jak Egon mówił, jakąś broń się znajdzie jeśli potrzeba. A nam przydałby się ktoś pewny, kogo możemy zabrać w podróż na parę dni. Już mamy paru ochotników, w większości ludzie których dobrze znacie. No ale taka dziarska dziewoja też by nam się przydała. Od nas Astrid też bedzie płynąć więc nie byłabyś jedyną kobietą w załodze. - Lars też dorzucił swoje trzy pensy aby zachęcić i pokojówkę i jej panią, na wyrażenie zgody na tą rzeczną wycieczkę w głąb lądu.
- Głaz w lesie to mi się śnił. Wzywa mnie. Ale statki to nie. - Czarnowłosa służka podrapała się po głowie jakby priorytetem było dla niej odnalezienie owego głazu Norry i trochę nie była pewna jak do tego przypasować taką rzeczną wycieczkę.
- Jeśli czujesz zew Krwawego Ogara lub Siostry jaka mu się poświęciła to polowanie i zabijanie na pewno ich ucieszy. - Norsmen starał się dodać coś jeszcze. - No a i pewnie z łupami byśmy wrócili to jeszcze by zysk był z tego. A i milady byśmy mogli wtedy wynagrodzić za taki pomocny gest. Prawda Egon? - Zwrócił sie do kamrata jakby liczył, że zgoda szlachcianki mogłaby przesądzić sprawę. Popatrzył na niego zachęcająco aby też coś dorzucił aby przekonać bladolicą Bretonkę.Egon skinął głową na słowa korsarza.
– Z interesu dochód będzie, a jakże – zgodził się Egon, który z tyłu głowy miał pomysły, jak zagospodarować okręt. – Mi też zależy na tym, żeby odnaleźć głaz – tu już zwrócił się do Anniki, po czym ciągnął: – Ale widzisz, w tym rzecz, że głaz Krwawego Boga jest strzeżony przez bestigory. I cała sprawa nie tylko na tym wisi, żeby on obelisk odnaleźć, ale też trzeba będzie się poradzić Sorii, czarownika, a wreszcie trzeba będzie zrobić zbrojną rejzę, żeby go odbić. Rozumiesz? Nie tak łatwo będzie go odzyskać, Anniko. Musimy podejść do rzeczy odpowiednio, aby nie zawieść tego, którego zwą Krwawym Ogarem. Trza nam najpierw zdobyć grosz, a potem tym groszem opłacić armię, która zdobędzie obelisk.
Egon miał nadzieję, że wyraził się w miarę jasno. Nie był to żaden wybieg albo łgarstwo - sam bowiem sądził, że jeśli w grę wchodziły bestigory, to odzyskanie głazu będzie trudne i zrobi się przez walną bitwę, do niej zaś będą potrzebowali najemników, zbroje i miecze, a także wsparcie Gnaka. Rzeczy nie mogli w żaden sposób pokpić, podchodząc do niej nazbyt wcześnie.
Oczywiście, sprawa larw Oster i produkcji much także zależała od tego wszystkiego. “Ano, oby tych niewolniczych łapserdaków popłynął cały strumień, bo wszyscy ich chcą”.
- No tak, był jakiś rogacz przy tym kamieniu. Pewnie obecny strażnik. Walczyłam z nim. - Annika z powagą przyjęła słowa gladiatora. I pokiwała głową do tego co pewnie widziała w swoich snach. W końcu jakby otrząsnęła się i wzruszyła ramionami. - Dobra, mogę z wami płynąć. Może złapiemy jakąś brankę dla mojej milady? - Czarnowłosa w koncu zgodziła się wziąć udział w wyprawie. Chociaż nie było pewne czy w pełni rozumie na co się pisze. Nawet uśmiechnęła się nieco i spojrzała na siedzącą obok szlachciankę.
- Oh, Anniko, to było takie miłe. - Bretonka rozpromieniła się jakby ta ostatnia myśl pokojówki, złapała ją za serce.
- Fabi to by pewnie sama chętnie została taką branką. - Burgund zachihotała złośliwie pijąc do łóżkowych preferencji gospodyni. Ta roześmiała się rozbawiona jeszcze bardziej i pokiwała głową.
- Bardzo chętnie. No ale niestety nie teraz i nie tutaj. - Obdarzyła ich trójkę ciepłym spojrzeniem jednak zrobiła wymowny gest dłonią dookoła przypominając, że nawet ona nie może się tu czuć całkiem swobodnie.
- Kto wie, kto wie. Może się jakieś branki znajdą na tej wyprawie. Astrid przecież od początku zamierza wrócić do nas, z dorodną świtą dookoła siebie więc już się za nią rozgląda. - Lars był też zadowolony tak z humoru nowych koleżanek jak i zgody dwóch głównych zainteresowanych aby klucz Norry, popłynęła razem z nimi.
– Bardzo dobrze – Egon skinął głową, wyraźnie rad, że sprawy się tak potoczyły. – Dobra… Szkoda dnia, a musimy jeszcze zorganizować wyprawę – rzekł. – Annika, chcesz iść z nami od razu, czy chcesz się zebrać? Nasi kamraci są w Wesołej Owcy… Będziemy na ciebie czekać.Uznawszy, że sprawa jest załatwiona, Egon rzucał spojrzenia to na Annikę, to na milady, chcąc rozpocząć kolejny etap - czyli pójścia do Gezackta.
- A to kiedy chcecie ruszać na tą wyprawę? - Czarnowłosa gospodyni zapytała patrząc na nich obu na przemian. Lars wymienił się spojrzeniami z kolegą. Tak naprawdę to terminu nie mieli. Dopiero mieli w planie rozejrzeć się za jakąś łajbą płynącą w górę rzeki co by mogli się na nią zamustrować.Egon na to wzruszył ramionami.
– Najpierw trza mi wiedzieć, ilu luda pójdzie – rzekł. – Nie ma siły, trza najpierw drużynę mieć, zanim się pomyśli. Z Gezacktem jeszcze chciałem gadać…
I tu urwał. Szlachcianka miała rację, jeśli nie było kupca, to i nie było też krypy, której można było bronić albo zrabować.
– Słusznie gadasz – rzekł wojownik. – Chciał żem najpierw ludzi mieć, ale jeszcze będziemy gadać z kupcami. Tedy Annika może zostać tutaj, póki co, dopóki do niej nie przyjdziemy. Ale raczej myślę, że długo nie zajmie.
- No cóż, jeśli Annika chce z wami płynąć a wy chcecie ją zabrać, to nie będę was rozdzielać. - Bretonka westchnęła ale widać było, że ta zgoda ciąży na jej spokoju ducha. - Dziś jest Festag to i tak wszystko pozamykane. Ale jeśli już Annika ma płynąć z wami to kupcie jej jakis pancerz. Ja wam dam geldy ale w ogóle się na tym nie znam. - Podniosła głowę i popatrzyła na obu wojowników co w tej grupce w walce, mieli największe doświadczenie.
- Ja znam parę sklepów. To mogę was zaprowadzić. Ale to by się Annika przydała aby wziąć wymiar. No i najprędzej jutro bo dziś to i tak wszystko będzie pozamykane. - Burgund wtrąciła się ze swoją znajomością miasta z poziomu ulicy.
- Jak byłam z Otto to już w jednym sklepie brali ze mnie miarę. Tylko nie wiem czy już zrobili ten pancerz dla mnie. - Annika zabrała głos i pomysł o jakim mówiła nieco zaskoczył wszystkich.
- No cóż to jakby był gotowy to by było świetnie. To by nam ułatwiło sprawę. - Lars pokiwał głową, zadowolony z takiego obrotu sytuacji.
– Dobra, musimy jeszcze pójść do Gezackta, bo musi wiedzieć, że szykuje się interes – rzekł Egon.I zwrócił się do Bretonki:
– Milady, tedy czas na nas – skłonił się nisko. – Anniko, jeśli chcesz, możesz pójśc z nami, acz pancerz i miecz dopiero sprawimy jutro, kiedy kramy zostaną otwarte. Trza nam jeszcze zgadać się z Gezacktem… Jutro zaś dopniemy wszystkiego do końca. Nie wierzę, że w porcie nie będzie ani jednego, co by nie gadał o tym, że obstawy nie chce… No. Ale to później. Idziemy w takim razie.