Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
[Horror] Gruzy przeszłości
-

Alicja Filipowicz, Krzysztof Komeda, Paulina Kwiatkowska
Alicja poprawiła plecak i wyciągnęła przygniecione paskiem włosy, kiedy obok niej i Pauliny wyrósł Krzysiek z miną człowieka, który właśnie wpadł na pomysł genialny albo kompletnie głupi.
Zwianie z wycieczki i odzyskanie ostatniego dnia wolności dla siebie? Brzmiało jak coś, o czym jeszcze chwilę temu tylko marzyła. Czasami wystarczyło wypowiedzieć swoje życzenia na głos, by los sam podsunął sposób ich szybkiego spełnienia.
Serce zabiło jej odrobinę szybciej.- No jasne, że wchodzę. Jak nóż w masło, czy coś - odparła entuzjastycznie, ale konspiracyjnym szeptem, tak by nie usłyszał tego nikt poza Komedą i Kwiatkowską.
A skoro już o tej ostatniej mowa, to Alicja od razu spojrzała na nią wymownie, gdy Krzysiek zasugerował, że będą potrzebowali kogoś, kto będzie ich krył “w razie W”.
Uniesiona brew. Półuśmiech. Ciche: no dalej.
- To co, zgodzisz się? - zapytała prosząco Paulinę, ale w jej oczach czaiło się wyzwanie. - Ktoś musi nas uratować, jakby się wydało.
Czy właśnie w tej małej konspirze tworzyło się klasowe trio? Może. A może to tylko jednorazowy zryw głupoty pierwszego września. Odpowiedź wciąż nie była oczywista.
Piłeczka była po stronie Kwiatkowskiej.
Krzysiek spojrzał na Paulinę. Nie chciał narzucać na nikogo presji. Oglądał z matką co czwartek "997" i wiedział, że krycie sprawy to też przestępstwo.
- Bez spiny. Nie musisz się zgadzać, jak nie chcesz - powiedział konspiracyjnym szeptem. Po chwili do głowy wpadła mu myśl, której na początku nie brał pod uwagę.
- A może wolałabyś prysnąć z nami?Paulina przyglądała im się przez chwilę, jakby naprawdę rozważała wszystkie za i przeciw. W rzeczywistości decyzja zapadła już wcześniej, tylko lubiła moment, w którym inni zaczynali się niecierpliwić.
Uniosła lekko brew.
- Zwiać? - powtórzyła cicho. - Serio?Na jej ustach pojawił się krótki, rozbawiony uśmiech.
- Macie rozmach.Spojrzała jeszcze raz na Alicję, potem na Krzyśka.
- Dobra. - Wzruszyła lekko ramionami. - Kryję was.Powiedziała to spokojnie, jakby chodziło o pożyczenie długopisu.
- Ale ja nigdzie nie idę. Ktoś musi tu zostać i ogarniać sytuację. Poza tym… - zawahała się na moment, jakby dopiero teraz przyszło jej to do głowy. - Lepiej najpierw poznać takie miejsce. - W głowie miała włam na zamek z Kaśką i kilkoma fajnymi osobami. - Nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać. - Na jej buzi wymalował się słodki półuśmiech. Wyglądała niewinnie, biorąc pod uwagę, jakie plany rysowały się w jej głowie. - Zwiedzanie to też inwestycja.Oparła się o szkolną ławkę i spojrzała na nich z lekką wyższością.
- Jak coś pójdzie nie tak, mówicie, że byliście ze mną cały czas. I że odłączyliście się na chwilę, bo Krzysiek zbladł jeszcze bardziej, niż to możliwe.
Alicja w milczeniu skinęła głową, ale błysk w jej oku zdradzał, że była zadowolona z ubitego targu. Spojrzała jeszcze tylko na Krzyśka, by mieć pewność, że i jemu ten plan pasował.
- Mi to pasuje - odpowiedział krótko Komeda. – Dzięki Paulina. Mam u ciebie dług.

-
Poniedziałek, przed godziną 11
Wyszliście z klasy, wychowawca poprosił żeby ustawić się na korytarzu w pary, zamknął salę, przeliczył uczniów. Na koniec machnął ręką:
- Za mną.Szliście korytarzem, co chwila mijali was inni uczniowie patrzący się dziwnie na zorganizowaną grupę za nauczycielem. Przecież już po wszystkim, do jutra mamy wolne! Na parterze pan Wrona dał klucz innemu nauczycielowi z prośbą o odniesienie do pokoju nauczycielskiego.
Wyszliście ze szkoły, na boczną uliczną, na główną ulicę, poszliście w kierunku zamku. Najkrótsza i najprostsza droga na zamek prowadziła przez rynek i tak też prowadził was nauczyciel. Żadnego kluczenia.
- Nie zostawać w tyle, nie rozciągajcie się! - poganiał tych na końcu, ale bez żadnej agresji czy złości.Z rynku prawie było widać zamek, prawie, na wprost w oddali widać już było most i park miejski, z zamku to widzieliście tylko fragment dachu nad koronami drzew.
Krzysztof
Sklepy w miasteczku były już otwarte, na ulicach panował już ruch (jak na Sokołów, nie ma porównania do Legnicy czy Jeleniej Góry). Przez idącą chodnikiem grupę uczniów co chwila ktoś się przeciskał, często z siatkami zakupów.
Krzysztof miał szczęście. Wypatrzył je, gdy mijały nauczyciela. Pani Basia i pani Małgorzata, dwie z koleżanek matki. Szczególnie pani Basia, ubrana w płaszczyk w kolorze zszarzałej zieleni i paskudny różowawo-bordowy moherowy beret. Oczywiście go rozpoznają. I oczywiście opowiedzą matce (na mszy w południe) w co był ubrany. O Matko Święta! -

Krzysztof KomedaRynek w Sokołowie Śląskim nie był duży. Kilkanaście kamienic, ratusz, warzywniak, lodziarnia, poczta, Społem. Można go było przejść w trzy minuty. W cztery, jeśli ktoś poruszał się jak kowboj po całym dniu w siodle.
Krzysiek kulał się na samym końcu kolumny. Wrona prowadził klasę przez rynek jak pasterz trzodę, a Komeda trzymał się z tyłu, pozwalając, by dystans między nim a resztą rósł z każdym krokiem. Tu nikt nie patrzył, tu mógł iść swoim tempem, oszczędzając prawy pośladek i myśląc o mrożonkach z zamrażalnika, które za godzinę przyłoży sobie do tyłka.
I wtedy go zobaczył.
Moherowy beret.
Barbara Maciejakowa. Krzysiek rozpoznałby ten beret z kilometra. Maciejakowa chodziła z matką na kółko różańcowe, siedziała w trzeciej ławce od ołtarza. Obok niej, łeb w łeb, szła Małgorzata Bednarska.
Człowiek nie musiał być z Sokołowa, żeby wiedzieć, kim jest Bednarska. Wystarczyło raz w życiu przejść obok jej okna. Babsko miało wbudowany radar, który namierzał każdy ruch w promieniu stu metrów od jej kuchennego okna. Gdy do sąsiadów przyjeżdżał ktoś w gości, natychmiast zaczynała myć okna, wieszać firanki albo podlewać kwiatki na parapecie. Wszystko, byleby stać przy szybie, patrzeć i słuchać. Agenci Mosadu i MI6 to przy niej banda przedszkolaków, którym wciąż mylą się grabki z łopatką. To od niej matka Krzyśka dowiadywała się o wszystkim, co się działo w mieście. Kto z kim, jak i gdzie.
Teraz obie szły chodnikiem po prawej stronie rynku, wprost na kolumnę uczniów.
Krzysiek zwolnił. Od razu wyobraził sobie, co się stanie, jeśli go zauważą.
Matka dowie się jeszcze przed popołudniową mszą. Zaczną się gorzkie żale. “Krzysiu, to nie ty. Nie mój syn. Zły Duch w ciebie wstąpił”. „Kto ci to dał? Kto cię w to wciągnął?” “Co ksiądz proboszcz sobie pomyśli? Cały Sokołów będzie gadał.”. Potem będą łzy. Wspólny różaniec. Potem telefon do ojca charyzmatyka z prośbą o modlitwę. A na koniec msza święta w intencji nawrócenia Krzysztofa Komedy, zamówiona, opłacona i ogłoszona z ambony, żeby cały kościół wiedział, że Helena walczy o duszę syna. I Krzysiek będzie musiał na tej mszy służyć.
Przez jedną sekundę przez jedną krótką, szaloną, sekundę miał ochotę to zrobić. Minąć te podłe baby, ukłonić się z bezczelnym uśmiechem i powiedzieć: „Dzień dobry" i zobaczyć, jak Maciejakowej opada szczęka.
Bo to Maciejakowa była częściowo winna temu wszystkiemu. Tej całej świętej mitologii, w którą matka opatuliła jego życie jak w bandaż. Krzysiek znał tę historię na pamięć. Słyszał ją ze sto razy, albo i więcej. Był wtedy niemowlakiem, jeszcze nieochrzczonym. Matka go wtedy zabrała na spacer i wtedy, na parkingu przed Kościołem babka Barbary Maciejakowej, nieżyjąca już staruszka, podeszła do wózeczka. Była ślepa, nie wiedziała, czy w wózku leży chłopiec, dziewczynka, czy gumowa kaczka. Pochyliła się, wyciągnęła pomarszczoną rękę i powiedziała: „On będzie biskupem".
I tyle.Jedno zdanie wygłoszone przez ślepą staruszkę, a matka Krzyśka zbudowała na nim plan całego jego życia. Maciejakowa za każdym razem, gdy odwiedzała ich dom i widziała Krzyśka, powtarzała tę historię. „A pamiętasz, Helenko, co moja babcia powiedziała nad wózeczkiem?". Matka pamiętała. Cudowne, długo wyczekiwane dziecko. Przyszły święty, purpurat, ordynariusz diecezji legnickiej, ksiądz biskup Krzysztof Komeda. Wróć. Błogosławiony ksiądz biskup Krzysztof Komeda.
Ciekawe, czy Maciejakowa zmieniłaby zdanie, gdyby zobaczyła go teraz, w dżinsowej katanie pełnej naszywek, z czaszką oplecioną mackami na piersi, łańcuchem w spodniach.
Ale Krzysiek nie miał takich jaj.
Nie dzisiaj. Nie teraz.
Kolumna uczniów ciągnęła się na kilkanaście metrów. Wrona szedł na czele. Kobiety minęły nauczyciela i zbliżały się z naprzeciwka, idąc prawą stroną chodnika. Krzysiek ocenił odległość a resztę zrobił instynkt, ten sam, który od roku kazał mu chować przed matką kasety pod materacem.
Wysunął się na lewy bok kolumny. Powoli, bez gwałtownych ruchów. Nie biegł. przyspieszył kroku, ignorując pulsowanie pod plastrem. Szedł wzdłuż grupy, używając masy ludzkich ciał jako zasłony i naturalnego parawanu. Dwadzieścia głów między nim a prawą krawędzią chodnika, mur z nastolatków.
Wyminął Alicję, Paulinę, Chlebowskiego, Mikołaja, Piotrka i tę bladolicą cygankę a potem kolejnych uczniów klasy IB. Z każdym krokiem dystans do Wrony malał, a moherowy beret przesuwał się po prawej stronie.
W końcu dotarł do czoła kolumny. Stanął tuż za lewym ramieniem Wrony.
– Psorze, mam pytanie – odezwał się, starając się brzmieć naturalnie. – Po co właściwie idziemy na ten zamek?
Gówno go to obchodziło, ale Krzysiek wiedział, że musi coś powiedzieć, by nagłe wyskoczenie na przód nie wyglądało podejrzanie.
Nie odwracał się. Nie sprawdzał. Nie wiedział, czy go zauważyły.
Szedł dalej, ramię w ramię z nauczycielem, z twarzą skierowaną prosto przed siebie.
-

Paulina Kwiatkowska i Arek Sosnowski
Szli z klasą w zwartym, hałaśliwym kłębie. Ktoś z tyłu śmiał się za głośno, ktoś z przodu marudził, że zimno, a nauczyciel co chwilę rzucał: „Trzymamy się razem!”. Paulina zwolniła o pół kroku, kiedy Arek zrównał się z nią, jakby przypadkiem.
— Sosnowski, ty się tak cieszysz, jakby tam na górze rozdawali kontrakty do Barcelony — rzuciła, zerkając na jego minę.
Arek uśmiechnął się szeroko, aż mu policzki prawie podskoczyły.
— A może rozdają! Nie wiesz! Zamek to zamek… może mają jakąś królewską drużynę. — Parsknął i poprawił pasek od plecaka. — Ale serio, bardziej się jaram dyskoteką.
— No proszę. Czyli jednak cywilizacja wygrała z futbolem?
— Ej, futbol zawsze wygrywa! — obruszył się teatralnie, po czym od razu zmiękł. — Tylko… dyskoteka też jest spoko. W sensie… ludzie tańczą, muzyka, i nikt ci nie fauluje.
— Jeszcze nie widziałeś, jak Magda tańczy łokciami — Paulina spojrzała na niego z niewinną miną. — To jest sport kontaktowy.
Arek roześmiał się głośniej, niż planował, i kilka osób obejrzało się na nich.
— Dobra, dobra. A ty idziesz? Tak serio? Bo jak ty nie pójdziesz, to połowa ludzi uzna, że to obciach.
— Czyli mam być… społecznym patronem imprezy? — Paulina uniosła brew. — Brzmi jak praca bez wypłaty.
— Ale z prestiżem! — wypalił od razu, po czym dodał ciszej — I z muzyką. Adam mówił, że DJ ma być spoko.
— Adam mówi dużo rzeczy. — Paulina przeciągnęła słowa, jakby ważyła je w ustach. — Skąd w ogóle wiesz, że będzie DJ?
Arek wzruszył ramionami.
— No bo… ktoś mówił. Na sali gimnastycznej. Albo… w sklepiku. — Zawahał się i uśmiechnął jak ktoś przyłapany na zmyślaniu. — Ale będzie muzyka, na sto procent. Zawsze jest.
— To jest twoja filozofia życiowa? „Zawsze jest muzyka”?
— Tak! — ożywił się natychmiast. — I „zawsze jest druga połowa”, i „zawsze da się odrobić wynik”. Tylko trzeba cisnąć.
Paulina parsknęła, a potem spojrzała na niego spod rzęs.
— No dobra, piłkarzu. W czym ty idziesz na tę dyskotekę? Bo jak przyjdziesz w dresie, to przysięgam, że zrobię ci zdjęcie i będzie krążyć do matury.
Arek aż się zatrzymał na ułamek sekundy.
— W dresie?! Nie! — oburzył się, jakby go oskarżyła o zbrodnię. — Mam… normalne spodnie. I koszulę. Taką… w kratę.
— W kratę. — Paulina powtórzyła, jakby testowała słowo. — Czyli styl: „uprzejmy chłopak, który pyta o drogę do serca nauczycielki od polskiego”.
— Ej! — Arek spłonął, ale dalej się śmiał. — To ładna koszula! Adam powiedział, że git.
— Adam jest twoim doradcą od mody?
— Adam jest moim doradcą od wszystkiego. — Arek powiedział to prosto, bez cienia ironii. — Ty też możesz być, jak chcesz.
Paulina zwolniła, udając, że rozważa propozycję jak coś poważnego.
— Uważaj, Sosnowski. Jeszcze chwilę i zacznę ci kazać tańczyć bezpiecznie, z rozgrzewką i rozciąganiem.
— Mogę! — odparł z entuzjazmem. — Serio, mogę! Tylko… ty też wtedy musisz zatańczyć.
— Zobaczymy. — Uśmiechnęła się lekko. — Może. Jak mnie tłum nie zadepcze i jak Magda nie zacznie tego swojego sportu kontaktowego.
Arek kiwnął głową, śmiertelnie poważny.
— To ja będę stał obok. Żeby cię… wiesz… osłaniać. Jak obrońca.
— Jasne. Golden retriever na bramce. — Paulina rzuciła mu krótkie spojrzenie. — Tylko nie merdaj ogonem za mocno, bo jeszcze ktoś pomyśli, że to znak.
— A jak pomyśli, to co? — zapytał, ale w jego głosie nie było sprytu, raczej czysta ciekawość.
Paulina uśmiechnęła się szerzej, już bez żartu.
— To pomyśli, że tej nocy na dyskotece będzie… ciekawiej, niż planowali.
Paulina zawiesiła na chwilę głos. Jej myśli poszybowały w innym kierunku. Zamyśliła się.
— Słuchaj... Moi znajomi chcą się urwać z tej wycieczki. Pomożesz mi ich kryć w razie co?
— Kryć? Jak… kocem? — palnął odruchowo, po czym dopiero do niego dotarło. — Aaa… kryć.
Wypiął pierś, jakby zaraz miał odbierać medal.
— Dobra, wchodzę w to. Jestem jak obrońca: niby nie strzelam bramek, ale robię robotę.
Po chwili jednak spoważniał i spojrzał na Paulinę uważniej.
— Tylko… powiedz, że oni nie chcą robić nic głupiego. Bo ja nie ogarniam kłopotów. Ja ogarniam piłkę.
— …I powiedz mi tylko, kiedy mam zacząć udawać, że wszystko jest normalnie, żebym nie spalił akcji.Paula zaśmiała się cicho, mrużąc przy tym oczy.
— Dobra, trenerze. Już mówię, jak gramy. — zaczęła wesoło i opowiedziała wszystko, co powinien wiedzieć na temat planów Alicji i Krzyśka.
-
Poniedziałek, przed godziną 11
Wyszliście z klasy, wychowawca poprosił żeby ustawić się na korytarzu w pary, zamknął salę, przeliczył uczniów. Na koniec machnął ręką:
- Za mną.Szliście korytarzem, co chwila mijali was inni uczniowie patrzący się dziwnie na zorganizowaną grupę za nauczycielem. Przecież już po wszystkim, do jutra mamy wolne! Na parterze pan Wrona dał klucz innemu nauczycielowi z prośbą o odniesienie do pokoju nauczycielskiego.
Wyszliście ze szkoły, na boczną uliczną, na główną ulicę, poszliście w kierunku zamku. Najkrótsza i najprostsza droga na zamek prowadziła przez rynek i tak też prowadził was nauczyciel. Żadnego kluczenia.
- Nie zostawać w tyle, nie rozciągajcie się! - poganiał tych na końcu, ale bez żadnej agresji czy złości.Z rynku prawie było widać zamek, prawie, na wprost w oddali widać już było most i park miejski, z zamku to widzieliście tylko fragment dachu nad koronami drzew.
Krzysztof
Sklepy w miasteczku były już otwarte, na ulicach panował już ruch (jak na Sokołów, nie ma porównania do Legnicy czy Jeleniej Góry). Przez idącą chodnikiem grupę uczniów co chwila ktoś się przeciskał, często z siatkami zakupów.
Krzysztof miał szczęście. Wypatrzył je, gdy mijały nauczyciela. Pani Basia i pani Małgorzata, dwie z koleżanek matki. Szczególnie pani Basia, ubrana w płaszczyk w kolorze zszarzałej zieleni i paskudny różowawo-bordowy moherowy beret. Oczywiście go rozpoznają. I oczywiście opowiedzą matce (na mszy w południe) w co był ubrany. O Matko Święta!Krzysztof zręcznie ominął obie panie, które jak wielkie dwunożne lornetki gapiły się na mijających uczniów. Tu przyspieszył, tu zwolnił, tu się schował, a kiedy obie panie miał już za plecami nie odważył się spojrzeć za siebie - gdyby to zrobił, tamte na pewno by go zauważyły, jakby kierowane radarem. Był już przy nauczycielu.
\– Psorze, mam pytanie – odezwał się, starając się brzmieć naturalnie. – Po co właściwie idziemy na ten zamek?
- Wystarczy proszę pana, nie jestem profesorem - odparł nauczyciel. - A ty jesteś?
- Krzysztof Komeda.
- Więc Krzysztofie, na zamku ą obecnie prowadzone prace. To plac budowy, ale nie chodzi o na przykład wyburzanie ścian, tylko odkrycie tego, o na tej ścianie przetrwało, często ukryte pod wieloma warstwami. Będziesz miał okazję zobaczyć jak wygląda cały proces remontu takiego pałacu i na czym polega konserwacja zabytków. Nie znam się na tym, też jestem ciekawy czego się dowiem. W nauce o historii nie chodzi o to, żeby bezmyślnie zapamiętywać wydarzenia i daty, tylko zrozumieć ciąg zdarzeń. Daty i konkretne wydarzenie też są ważne, ale bez swojej otoczki nic nie znaczą. Tu zobaczysz jak wygląda ten stan pośrednio od ruiny do kompletnie odrestaurowanego budynku. Gdyby to było nowe piękne muzeum to nie byłoby równie ciekawe. Oczywiście, to co by tam wystawiono byłoby samo w sobie ciekawe, ale nie zobaczyłbyś tam prawdziwej historii obiektu. Masz jeszcze jakieś pytania?W kilka minut byli na miejscu, droga biegła wzdłuż głównej ulicy, przez most, a na koniec czekała ich wspinaczka po krzywych schodach przez park (mogli iść też dalej do wybrukowanego podjazdu, ale nauczyciel wybrał krótszą, bezpośrednią drogę.
Sam budynek, częściowo ruina bez okien i uszkodzonym, nieszczelnym dachem, był już oczyszczony z zarastającej go jeszcze kilka tygodni temu roślinności. Wykarczowane wszystkie samosiejki które wyrosły na przestrzeni ostatnich 15-20 lat. Zamek Falkenstein był otoczony parkanem z nieheblowanych desek najgorszego sortu. Przed głównym wejściem stał barakowóz, obok hałasowała przyczepka z agregatem prądotwórczym. Przed barakowozem stało kilku facetów w roboczych ciuchach, żaden z nich nie wyglądał na typowego budowlańca, który bez przekleństw nie potrafi się wysłowić.
Nauczyciel zatrzymał grupę i zagadał do stojących. Wrócił z jednym z nich.
- Klaso, przedstawiam pana magistra Bałuckiego - mówił głośniej, żeby mimo pracującego agregatu być słyszalnym, także w ostatnim rzędzie. - Jak już wam mówiłem, mamy możliwość zobaczenia jak wygląda praca przy konserwacji zabytków w rzeczywistości. Może pan zaczynać.Sam Bałucki był może z 10, maksymalnie 15 lat starszy od was.
- Dziękuję. Na sam początek może przejdźmy w inne miejsce, tu przy tym agregacie jest za głośno - raz czy dwa się zaciął, albo lekko się jąkał, albo nie był przyzwyczajony do przemawiania. - Pójdziemy teraz do nowego skrzydła, tutaj agregat przeszkadza. Parter jest już oczyszczony z gruzu. Ehm, idźcie za mną.Co bardziej gorliwi ruszyli od razu za nim do budynku, pan Wrona poczekał aż wejdzie reszta.
Budynek naprawdę był ruiną, w kilku miejscach kapało z sufitu, odpadał tynk, tam gdzie prawdopodobnie była okazała klatka schodowa była pusta przestrzeń, na widocznym piętrze skute były wszystkie tynki. Zamiast podłogi szli po czymś co wyglądało jak szlaka (taka sama, jaką było wysypane szkolne boisko). Nowe skrzydło było dobudówką w sumie z jednym pomieszczeniem, ale za to dużym. Pewnie to był salon, sala balowa albo coś takiego, z kominkiem wysokim na dwa metry i z oknami na całej dłuższej ścianie wychodzącymi na tyły pałacu, gdzie przed wojną musiały się znajdować ogrody. Pomieszczenie było wymiecione, staliście na starym, kompletnie zniszczonym parkiecie.
Staliście na środku, wasz przewodnik zaczął wykład:
- Drodzy uczniowie, nazywam się Antoni Bałucki i z ramienia Polskiej Pracowni Konserwacji Zabytków przeprowadzam inwentaryzację dawnego pałacu rodu Von Hochtalbergów. Sam pałac... - wstęp trwał dobrych 5 minut, jeśli nie więcej. Bałucki opowiedział co dokładnie tu robią, wspomniał bark zachowanych planów oryginalnego pałacu, powiedział że w latach 70. prace budowlane były prowadzone w celu przebudowy, a nie zachowanie budynku, wtedy też wyburzono główne schody i skuto tynki na piętrze. I że w sumie z wnętrz nie da się dużo zachować, ale celem inwentaryzacji jest odnalezienie jak największej ilości śladów, jak zachowane jeszcze kolory ścian, wzór parkietu i rodzaj użytego drewna i inne takie. Niektórzy uczniowie byli zaciekawieni, inni znudzeni. Pan Wrona słuchał uważnie. Pan Bałucki nie przestawałby mówić, gdy nie...- WAS SOLL DAS ALLES BEDEUTEN?!
Wszyscy obrócili się w kierunku wejścia. Stał tam stary, łysy mężczyzna średniego wzrostu bez zarostu, ubranego w drogi garnitur i kapelusz, sztywny kołnierzyk koszuli ciasno opinał mu szyję i wbijał się w podbródek.
- ICH HAB’ EUCH GEFRAGT! WAS MACH’ IHR HIER?! - odwrócił się i zawołał: - FRAU HALLMAN! BITTE HIERHER KOMMEN!Do sali nerwowo wbiegła elegancko ubrana kobieta (wiek koło czterdziestki), mocno ściskając torebkę. Odezwała się do zebranych:
- Dzień dobry, n-nazywam się Elżbieta Hallman i jestem tłumaczką pana Alberta von H-Hochtalberga. - w jej głosie słychać było zdenerwowanie. A może strach?Von Hochtalberg. A więc to on. Wyprostowany, a raczej sztywny, nieprzyjemny, o zimnym spojrzeniu... ludożercy? To już chyba u Hannibala Lectera z "Milczenia Owiec", filmu z 1991 roku, było więcej ciepła.
Jeśli ktoś przed wejściem do zamku nazywał tego Niemca esesmanem, to na pewno nie zmienił zdania. Stary naziol, jak nic. Nic tylko palcami lewej dłoni zrobić wąsik pod nosem i wyprostować prawą rękę.
- ICH HABE GEFRAGT, WAS MACHT IHR HIER?!
- Pan von Hochtalberg pyta, co państwo tutaj robią?Niektórzy w tym miejscu poczuli sympatię do tego szwaba. Ich wycieczka najwidoczniej dobiegała przyspieszonego końca.
-

Mikołaj Pogorzelski
Stukał o zęby przerzucanym z prawa na lewo kojakowym lizakiem. Topniał, uwalniając słodko przyjemny smak coli. Wrzesień podgryzał porannym chłodem. Z rękami wbitymi w ciepło kieszeni, bawił się wymacanym pękiem kluczy. Zadzierał głowę, spoglądając w sufit sali balowej. Błędnik lekko zawirował, jakby odtwarzał udział w dawnym walcu. Bębenki nagle przeszył wzmocniony echem zgryźliwy szwargot. Mikołaj się wzdrygnął, wzięty z zaskoczenia. Z uniesioną brwią, wsłuchiwał w potok słów wypływający z paszczy germańca. Kiwał ze zrozumieniem przy co trzecim. W pamięci kołotały wujasowe „Ja wol iś libe alkohol”, „Cigareten nach Berlin”, „Cak cak cak”. Coś tam umiał.
– Dziedzic, jego mać – zrekompensował hałaśliwy blitzkrieg. – Dziedzic pruski.
– Żywy, jak na kogoś kto się zerwał z Norymberskich – Daniel go trącił, sugestywnie dotykając palcami kołnierzyka.
– I bezczelny, jak na kogoś kto zabłądził na „polskiej” ziemi – co sądził o szwejach to jego, lecz koniec końców Pogorzelski był synem oficera wojsk łączności, z rodziny z tradycjami. – Niech pilnuje, by lusterka mu się z fury nie zerwały.
Każdy uczeń miał swojego Józefiaka. Tym razem pod tablicę wywołano Wronę, przyłapanego na lewiźnie.
– Du hast mich gefragt und ich hab nichts gesagt – Mikołaj ściągnął rysy. Żaden szwab nie będzie brał na spytki rodaka. Odpowiedź na niemieckie plugastwa mogła być tylko jedna. Zaintonował wyprostowany, z powagą i dumą. Wyciągnął nawet lizaka z japy.
– NIE RZUCIM ZIEMI SKĄD NASZ RÓD, NIE DAMY POGRZEŚĆ MOWY!
Skorupski się dołączył. Było już dwóch, dwóch partyzantów walczących z okupantem. Do pełnej mocy brakowało jeszcze wielu gardeł.
– POLSKI MY NARÓD, POLSKI LUD, KRÓLEWSKI SZCZEP PIASTOOOWY. NIE DAMY BY NAS ZGNĘBIŁ WRÓG! TAK NAM DOPOMÓŻ BÓG!
Bóg stanowił palący kompromis. Przywoływać żydowskiego, narzuconego Jahwe, gdy mieli choćby rodzimych Welesa i Peruna. Pogarda. Weszła druga, oceniająca kto godzien, kto dołączy, komu hańba? „Przetłumacz to, kolaborantko".
– DO KRWI OSTATNIEJ KROPLI Z ŻYŁ. BRONIĆ BĘDZIEMY DUCHA...
-

Alicja Filipowicz
Droga ze szkoły do zamku nie była szczególnie długa, ale wystarczająca, by chłód wrześniowego poranka dał o sobie znać. Alicja narzuciła na siebie flanelową koszulę, którą wcześniej miała przewiązaną w pasie. Gdy tylko elegancka biała bluzka zniknęła pod lekko startą flanelą, poczuła wyraźną ulgę - jakby mogła wreszcie być sobą i nie musiała udawać kogoś, kim nie była.
Przeczesała palcami burzę jasnych włosów, wyciągając niesforne kosmyki spod pasków plecaka, i z lekkim, niemal zadziornym uśmiechem maszerowała w tłumie rówieśników. Żałowała tylko, że walkman bezużytecznie leżał schowany w torbie. Zaklęła w myślach, że nie zabrała zapasowych baterii. Zanotowała sobie w pamięci, że w drodze powrotnej - jak już z Krzyśkiem zwieją z tej bzdurnej wycieczki - skoczy do kiosku.
Rozejrzała się, szukając swojego “partner in crime”, i z zaskoczeniem zauważyła go na samym przodzie, zagadującego do wychowawcy.
- Obyś tylko nie scykorzył, Komeda - przemknęło jej przez myśl, gdy przez chwilę obserwowała jego plecy przecinające tłum.
Potem jej wzrok powędrował w stronę Pauliny. Ta również była zajęta rozmową, choć przynajmniej z kimś w ich wieku. Nieszczególnie zdziwiło ją, że za cel obrała sobie Arka - w końcu należała do popularnej paczki Kaśki. Bardziej zaskakiwało ją to, że Paulina bez większego wahania zgodziła się kryć ją i Krzyśka. I że wcale nie wydawała się taka zła, jak sugerowałyby pozory przynależności do “świty” Nowak.
Alicja skrzywiła się lekko na wspomnienie wieczornego wyjścia do klubu. To zupełnie nie były jej klimaty. Głośna muzyka, plastikowe uśmiechy, ludzie udający starszych, niż byli. Ale może właśnie o to chodziło? Może to był moment, żeby trochę rozszerzyć własne granice. Zawsze mogła wyciągnąć tam Marcina. Albo przynajmniej sprawdzić, czy już i tak się tam nie wybierał. Ta myśl była jej małym światełkiem w tunelu.
Sam zamek nie zrobił na niej większego wrażenia. W Sokołowie Śląskim był raczej codziennością niż atrakcją. Dawno minęły czasy, gdy wierzyła w historie o duchach nazistów i ich ofiar, snujących się po zawalonych korytarzach. Teraz jedynymi “widmami” byli lokalni ćpuni, bezdomni i szeroko pojęty margines społeczny - w tym jej starszy brat Jarek. Nic nadprzyrodzonego. Nic magicznego. Tylko smutna, szara rzeczywistość.
- WAS SOLL DAS ALLES BEDEUTEN?!
Słowa wypowiedziane lodowatym tonem, z paskudnie twardym akcentem, przecięły powietrze jak nóż.
Alicja zamarła. Zimny dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa. Serce na ułamek sekundy jakby zapomniało, jak się bije. Przez krótką, absurdalną chwilę znów była kilkuletnią Alą, słuchającą Jarka, który szeptem opowiadał o złych nazistach porywających małe dziewczynki do zamku, żeby pożerać je, by przetrwać. Głupie. Dziecinne. A jednak wspomnienie wróciło z niepokojącą wyrazistością.
Z tego krótkiego paraliżu wyrwał ją dopiero Mikołaj i jego kumpel. Zaczęli ostentacyjnie wyśpiewywać - nie, to nie był śpiew, to było darcie ryja - patriotyczny tekst "Roty", jakby właśnie stali na jakiejś absurdalnej akademii.
Alicja zamrugała kilka razy, próbując upewnić się, że to dzieje się naprawdę. Uniosła brwi. Pokręciła głową z niedowierzaniem. Jej spojrzenie przeskakiwało z Pogorzelskiego na nauczyciela, potem na niespodziewanego przybysza i jego asystentkę, aż w końcu odnalazło Krzyśka. Musiała się dowiedzieć jak się miały sprawy z ich planem ucieczki. Czy w ogóle było z czego uciekać? Podeszła bliżej do Komedy, ale nie odezwała się, obawiając się przerywać ciszę. Spojrzała tylko na niego wymownie, czekając na dalszy obrót wydarzeń.
-

Paulina KwiatkowskaPodróż na zamek minęła jej zaskakująco szybko i w dobrej atmosferze. Co chwilę zrównała się z Magdą i Asią, potem z Kasią, aż w końcu przez dłuższy czas szły wszystkie razem, jak zwykle mając tysiąc tematów do rozmów. Nauczyciel właściwie przestał dla nich istnieć. Nie interesowało ich, co mówi, a nawet go nie słyszały, pochłonięte własnym światem.
Po dotarciu na miejsce trzymały się już nierozłącznie. Całą czwórką zwiedzały zamek, zwracając uwagę głównie na jego słabe strony. Były niemal pewne, że poza godzinami pracy, kiedy nikt nie zajmuje się konserwacją, dałoby się tu jakoś zakraść i urządzić choćby niewielkie spotkanie.
Chichotały pod nosem, ignorując zarówno nauczyciela, jak i pana przewodnika, którego imienia nawet nie próbowały zapamiętać. Historia nie interesowała ich ani trochę – ani ta związana z tym miejscem, ani żadna inna.
– Ale nuda – jęknęła Kasia, przewracając oczami i wysuwając język jak potrącony na drodze jeż.
Atmosfera ożywiła się dopiero, gdy jakiś Niemiec zaczął krzyczeć na wszystkich z końca sali. Paulina skrzywiła się i rzuciła krótkie spojrzenie Alicji. Dziewczyna wyglądała dokładnie tak samo – identyczne zniesmaczenie. Gdy Mikołaj podchwycił jego wrzaski i zaczął antyniemieckie przyśpiewki, a po chwili dołączył do niego kolega, harmider stał się nie do zniesienia.Paulina zrobiła kilka kroków w stronę Alicji, która równie dyskretnie kierowała się do Krzyśka. Kiwnęła do nich głową i szturchnęła Komedę w ramię.
– Zadomowiliście się tu czy co? – rzuciła z lekkim zdziwieniem. – Myślałam, że zawrócicie już przy wejściu.
Oparła się o kamienną ścianę i uśmiechnęła się pod nosem.
– Co, jednak wam się podoba zwiedzanie?
Po chwili dodała ciszej, z błyskiem w oczach:
– A może kiedyś wpadniemy tu kiedyś wieczorem? Taki mały wypad.
Na jej twarzy pojawił się cwany półuśmiech. -

Krzysztof Komeda
Heil Hitler!
Słowa uformowały się w krtani, gotowe do wystrzału. Jeszcze pół sekundy. Jeszcze jedno uderzenie serca. Krzysiek już widział, jak to będzie wyglądać. Wyprostuje się, stuknie obcasami trampek, wyrzuci prawą rękę do przodu i ryknie prosto w tę starą, łysą mordę.
Dwadzieścia par oczu w sali. Mikołaj i jego kumpel darli się z „Rotą", więc poprzeczka patriotyczna była ustawiona wysoko, ale Krzysiek miał asa w rękawie. Nic tak nie upokarza Niemca jak potraktowanie go jak nazistę. Nic.
Palce zacisnął na łańcuchu przy szlufce. Nabierał powietrza.
I wtedy ktoś szturchnął go w ramię.Paulina.
Okrzyk cofnął się z powrotem do gardła.
– Zadomowiliście się tu czy co? – rzuciła z lekkim zdziwieniem. – Myślałam, że zawrócicie już przy wejściu.
Krzysiek zerknął na Alicję, Alicja zerknęła na niego. Plan ucieczki. Racja. Mieli zwiać.
– Chyba nie ma już z czego uciekać – mruknął. – Ten naziol za chwilę nas sam wyrzuci.
Bo tak to wyglądało. Niemiec stał w drzwiach jak celnik na granicy, tłumaczka trzęsła się przy nim jak osika, a Bałucki zamilkł w pół zdania. Wycieczka zdychała na ich oczach.
I tu Krzyśka zatkało.
Bo nagle, patrząc na Wronę, poczuł coś, czego się nie spodziewał.
Współczucie.Wrona stał z boku i patrzył na Niemca z miną człowieka, któremu właśnie splunięto na buty. I Krzysiek, choć przez całą drogę na zamek przeklinał wychowawcę za tę idiotyczną wycieczkę, nagle zrozumiał.
Wrona się starał.
Facet po prostu chciał im pokazać coś fajnego. Coś, co go kręciło. Może ta konserwacja zabytków była nudna jak flaki z olejem, może Krzysiek nie zapamiętał ani jednego słowa z wykładu Bałuckiego, ale Wrona nie był kolejnym nauczycielem, który odwalał robotę za minimalną. Przygotował wycieczkę, załatwił wejście, prowadził ich przez miasto jak wycieczkowicz z powołania. A teraz jakiś pruski dziadek w kapeluszu srał mu na głowę przy całej klasie.
Paulina oparła się o kamienną ścianę i rzuciła coś o nocnym wypadzie. Krzysiek chciał odmówić. Odruchowo, bo tak działał jego mózg. Każda propozycja, która pachniała kłopotami, uruchamiała w nim alarm i widmo reprymendy. „Krzysiu, nie wolno. Krzysiu, to grzech. Krzysiu, co ludzie powiedzą."
Ale potem spojrzał na ścianę za plecami Pauliny. Stary tynk, odpadający płatami. Gołe cegły, idealnie gładka powierzchnia.
I w głowie zapaliła mu się żarówka.Bochenek chleba z żołędzią był dobry. Ale tym razem Krzysiek miał lepszy pomysł. Męski organ. Realistyczny. Ale nie byle jaki. Z grzywką zaczesaną na bok i małym wąsikiem pod główką.
Portretowy.
Uśmiechnął się. Ten uśmiech był szeroki, szczery i miał w sobie więcej złośliwości niż cały katalog ksywek wymyślanych przez Bochenka.
– Wiesz co, Paulina? – powiedział cicho, nie odrywając wzroku od ściany. – To w sumie niezły pomysł. Jestem za. -
Zamek Falkenstein, przed południem
- SCHNAUZE!
Niemiaszek dosłownie wwiercał się w was spojrzeniem, niektórzy to wytrzymywali, inni odwracali wzrok, Mikołaj w metaforyczny sposób splunął mu w twarz.
- Tylko spokojnie, cisza! - Wrona wyszedł na środek i stanął na środku, obok którego zaraz pojawił się ten Bałucki. Stali przed tym Niemcem i jego tłumaczką, tyłem do was.
- WAS SOLL DAS ALLES BEDEUTEN?! SIE SIND HIER UM ZU ARBEITEN! SIND DAS ALLES NEUE ARBEITER?! NEIN! ALLE RAUS, UND DU - wycelował palcem w ich przewodnika. - UND DU KEHRST SOFORT ZUR ARBEIT ZURÜCK! WAS FÜR EINE POLNISCHE WIRTSCHAFT! LOS!
- Pan von H-Hochtalberg prosi, żeby zakończyć tę... wycieczkę. Proszę stąd wyjść oraz przypomina panu, panie Antoni, że ma pan tutaj p-pracować, a nie oprowadzać szkolne g-grupy - tłumaczka starała się mówić spokojnie (nie było porównania z Niemcem), ale była wyraźnie... zdenerwowana? Przestraszona? Przytłoczona całą sytuacją? Można mieć było tylko nadzieję, że przynajmniej ten Niemiec dobrze jej płaci.Sam Bałucki nie odpowiedział, patrzył jeszcze na tego Hochtalberga, potem zwrócił się do nauczyciela:
- Idziemy, niestety nie mogę kontynuować tej wizyty. Wszyscy do wyjścia! - i sam ruszył, tą samą drogą, którą weszliście do pomieszczenia.Klasa ruszyła za nim, oraz za nauczycielem, który na spokojnie "poganiał" maruderów, ale bez żadnego ustawiania w pary oraz liczenia.
- BALUCKI, KINDER GEHEN RAUS UND SIE BLEIBEN HIER! WEITER ARBEITEN!
- Panie Bałucki, grupa szkolna ma wyjść a pan jest proszony o pozostanie i kontynuowane prac.- To jest teren budowy i nie mogę pozostawić osób postronnych bez opieki. Proszę powiedzieć panu Hochtalbergowi, że wyprowadzam grupę na zewnątrz i dopiero wtedy mogę kontynuować robotę! - nie czekał aż tłumaczka wszystko przetłumaczy, bo zaraz zniknął w korytarzu i przestał być widoczny z tej dużej sali.
Wyszliście. Na podjeździe stał wielki, wypolerowany mercedes ze wszystkimi bajerami. Obok stał kierowca w ciemnych okularach. Nie uśmiechał się.
- Klasa, posłuchajcie! - zabrał głos Wrona, kiedy uczniowie opuścili budynek. - W wyniku wystąpienia pewnych... czynników zewnętrznych... - co niektórzy parsknęli śmiechem, ale Wrona nie zamierzał nikogo strofować - nasza wycieczka dobiegła końca. Wierzę, że jesteście wystarczająco dorośli, żeby samodzielnie wrócić do domów. Widzimy się jutro w szkole!
Opuszczaliście teren w różnym tempie. Niektórzy dosłownie biegiem zniknęli w parku, inni jeszcze gadali, niektórzy stali przysłuchując się rozmowie Wrony i Bałuckiego. Bałucki wyciągnął papierosy, Wrona się poczęstował, odpalili. Jeden z uczniów, ten cały Maciek Chaber próbował na krzywy ryj też zostać poczęstowanym, ale ciężkie spojrzenia obu dorosłych wystarczyły, żeby go spławić.
\ - Skaranie z tym Niemcem, zwykle przyjeżdża po piętnastej, nie wiem co go dzisiaj napadło.
- No niezbyt sympatyczny – odparł Wrona.
- Nie warto się z nim kłócić. Tępa pała.
- Nie boi się pan, że nie zapłaci?
- Już zapłacił, i to z góry. I raczej nie on, a jakaś fundacja, co siedzi gdzieś pod Frankfurtem nad Menem. I wszystko idzie przez Warszawę, więc bezpośrednie nie może mi nic zrobić. I cholera spieszy im się, ale poza wrzaskami gówno może mi zrobić.
- Nie wraca pan do środka?
- Zaraz, tak długo jak on jest w środku i tak nie da się pracować. Sam pan słyszał, on cały czas wrzeszczy dlaczego tak mało jest zrobione.
- I co, będzie odbudowa tego zamku?
- Nie wiem, my tylko zabezpieczamy i inwentaryzujemy to co się jeszcze zachowało, detale fasad plus to co w środku. Na piętrze to nic się nie zachowało, za Gierka skuli wszystkie tynki i wyburzyli stare schody, da się tam wejść tylko po rusztowaniu. Próbujemy zrekonstruować wzory na parkiecie, kolor ścian i tapety z zachowanych resztek. Tak samo stiuki na sufitach, co nieco się zachowało. Budynek przebudowano w przeszłości w stylu neogotyku angielskiego, więc możemy wziąć za wzór zamek w Kórniku pod Poznaniem. I przy okazji mamy zabezpieczyć dach przed zimą. Ewentualny remont będzie najwcześniej w przyszłym roku.
- A zamek jest jego?
- Gdzie tam - Bałucki pokręcił głową. - Nadal należy do gminy. Ten cały Hochtalberg nawet nie pozwał państwa o zwrot mienia. Ale na odgruzowanie tego wszystkiego idzie gruby szmal.Tą nieprzyjemną sytuacją zakończył się pierwszy dzień szkoły. Dochodziła godzina dwunasta. Byliście wolni.
-

|-Adam Chlebowski-|
Adam usadowił się w pierwszym rzędzie nigdy nie rozumiał tego owczego pędu do ostatnich ławek, jego zdaniem nauczyciele właśnie bardziej patrzyli na ostatnie ławki żeby się przypieprzyć o plotkowanie czy podjadanie. W pierwszej ciężej było plotkować czy przekazywać sobie liściki ale z doświadczenia wiedział że "Gogi i Gożki" byli bardziej wybaczalni jak się człowiek usadowił w pierwszej ławce udając kujona a akurat odpłynął myślami co mu się zdarzało częściej niż atrakcje ostatnich ławek. Cieszyła go wycieczka do zamku bo była to kolejna wymówka żeby nie siedzieć w domu w parze poszedł z Kaśką która wprost sikała pod siebie z radości że zobaczą zamek dużo bardziej niż Adam lubiła taką historię na żywo i muzea Chlebowski lubił historię o tyle, o ile wzbogacała jego wiedzę w kwestii zrozumienia opery, operetek książek i innych tego typu rzeczy ale osobiście irytowało go te całe obsesyjne fascynacje Powstaniami wszelakimi i 2 Wojną Światową.
Jeżeli chodzi o irytacje odczuwał ją też w stosunku do Pauliny Kwiatkowskiej która "przyfasoliła się" do Arka choć sam przed sobą nie chciał przyznać że chodzi o zazdrość...
Próba przyjaźni (?)
Cała sytuacja z Niemcem zirytowała go bo oglądanie ruin było ciekawsze niż innego plany zanim cała grupa się rozeszła do swoich zajęć postanowił jeszcze podbiec do Krzyśka Komedy dziwna odpowiedź jaką dostał gdy spytał go o koszulę cały czas siedziała mu w głowie:
//- Hej Krzysiek! Zaczekaj chwilę.... Słuchaj mam wrażenie że czymś cię obraziłem, nie chce sobie robić wrogów pierwszego dnia szkoły. Po prostu chciałem rozszerzyć sobie krąg znajomych ponad dwójkę najlepszych przyjaciół których mam od zawsze a ten nadruk naprawdę zajebiście wygląda! Co złego to nie ja! Jeżeli nie chcesz się kumplować to spoko nie będę się przypierdalał po prostu nadruk wyglądał jak coś fajnego a ja zwykle lubię rzeczy które mają sto plus lat typu opera to myślałem że mógłbym coś fajnego i nowoczesnego poznać... Kurwa sorry rozgadałem się znów Arek zawsze mi mówi że za dużo pierdolę po próżnicy... Słuchaj chciałbyś może pójść do domu kultury ? Planuje zrobić kostiumy w stylu "Miami Vice" z krepiny i kartonu żeby tanim kosztem fajnie wyglądać na imprezie w klubie Miami" - Czuł się głupio pytając, ale Kaśka zawsze mu powtarzała że nigdy nie będzie mieć nowych przyjaciół jeżeli się nie odważy zagadać nawet jeżeli Komeda go wyśmieje ważne że spróbował!
-

Krzysztof KomedaChlebowski gadał, gadał i gadał.
Krzysiek stał i słuchał, bo nie za bardzo miał inne wyjście. Wciąż nie wiedział, o co chodzi. Typ przepraszał go za coś, ale słowa leciały tak gęsto, że trudno było wyłowić sens. Nadawał jak stacja radiowa, na trzech częstotliwościach naraz. Przez pierwszych kilka sekund Krzysiek był przekonany, że to jednak musi być podpucha. Że koleś wziął go sobie na celownik i robi z niego jaja. Ale nie. On mówił dalej. O operze i nadruku. O jakimś Arku, który mu powtarza, że za dużo pierdoli po próżnicy. Kimkolwiek był ten cały Arek miał nosa do ludzi. Chlebowski rzeczywiście pierdolił po próżnicy.
A potem padło to słowo.
Miami Vice. Kostiumy z krepiny i kartonu.
Krzysiek poczuł, jak mu opada szczęka. Dosłownie, jak w kreskówce z Tomem i Jerrym. Patrzył na Chlebowskiego i czekał na puentę, na „ żartowałem, stary", ale nic takiego się nie wydarzyło. Zrozumiał, że puenty nie będzie i Chlebowski mówi to wszystko na poważnie. Że naprawdę zamierza iść na dyskotekę przebrany za Sonnego Crocketta i chce żeby Krzysiek na skrzydle robił za Tubbsa.
Przed oczami stanął mu obraz z najgorszych horrorów, gorszy niż bal maturalny na którym Carrie White została oblana wiadrem świńskiej krwi. Wyobraził sobie jak staje w drzwiach klubu w marynarce z krepiny, a muzyka nagle cichnie i wszyscy, połowa jego szkoły odwraca wzrok w jego kierunku.
Krzysiek przeszedł w życiu sporo upokorzeń. Cyganie pogonili go na kopach na cmentarzu na Wszystkich Świętych, a matka karmiła go piersią do piątego roku życia i wiedziały o tym wszystkie kuzynki i kuzyni ze Świebodzic, którzy drą z tego łacha na do dziś. Ale wejście na dyskotekę w kostiumie z krepiny, przed ludźmi z którymi będzie chodził do szkoły przez cztery lata? To byłby inny poziom. Taki, z którego nie ma powrotu.
Adam skończył mówić i Krzysiek otworzył usta, żeby odpowiedzieć. Chciał odmówić grzecznie, jak na ministranta przystało. „Dzięki, stary, ale to nie mój klimat."
I właśnie wtedy odezwał się w nim psotnik.
Ten sam mały, wredny diabełek, który kazał mu rysować bochenki chleba z żołędzią na karteczkach i strzelać nimi przez całą klasę. Ten sam który na pielgrzymce ósmych klas do Częstochowy, gdy cały pokój w domu pielgrzyma już chrapał, kazał mu wstać po cichu, wyciągnąć z plecaka Piotrka przepocone skarpetki i położyć mu je na nosie. Matka próbowała z Krzyśka wydusić tego psotnika przez szesnaście lat. Nie udało jej się.
Diabełek zobaczył Adama Chlebowskiego i jego szczerą, otwartą gębę. I uśmiechnął się.
– Wiesz co, Adam? – zaczął i sam się zdziwił, jak spokojnie to zabrzmiało. Poklepał Chlebowskiego po ramieniu. – To jest zajebisty pomysł.
– Serio?
– Serio. Tylko wiesz co, nie rób mi kostiumu. Mam w domu różową marynarkę po ojcu. Kupił ją kiedyś na wakacjach nad Balatonem. Przebierz się sam, a ja do ciebie dołączę już w Miami. Na dwudziestą. Git?
Żadnej różowej marynarki nie było. Ojciec mu umarł, zanim Krzysiek nauczył się wiązać buty i nie została po nim żadna pamiątka, ale Adam nie musiał o tym wiedzieć.
Komeda wyciągnął rękę by przypieczętować umowę i pomyślał.
Kurwa. Spłonę w piekle.
Wiedział już, że takiego widowiska nie może przepuścić. Nie miał jeszcze pojęcia jak wymknie się z domu. Matka o dwudziestej jeszcze nie spała i odmawiała koronkę do Bożego Miłosierdzia. Ale to były szczegóły. Szczegóły się wymyśli.
-

Mikołaj Pogorzelski
Mikołaj zamilkł. Włożył lizaka do ust i ciumknął z niewinnością dziecięcia miętoszącego smoczek. Wychodził z kamiennych murów ociągliwie powoli. Z nadzieją, że zapieczonego Niemca w kolorze dojrzałego pomidora z nerwów ściśnie zawał.
Przystanął pod wiatr, przysłuchując się nauczycielskiej rozmowie. Z przymarszczonym czołem, wędząc się w papierosowym dymie, wyłapywał kropki, które dałyby się powiązać z podejrzaną sytuacją na zamku. Łącząc je jak w Misiu, pisemku dla przedszkolaków, próbował znaleźć ukryty kształt. Na razie wychodził jeden wielki…
– Fiu fiu – Daniel przeciął rozmyślania. Przemieszczał się w trybie cichociemnego. Zdawał się wyrywać w głowie wszystkie szczegóły. Numery blach, kształt bieżnika. Z chęcią zajrzałby do wnętrza fury…rer wagena, lecz Helmut ze szczękościskiem skutecznie odstraszał.
– Na setę naziol czegoś szuka. Albo złoto, albo…– „Upadła Madonna z wielkim cycem” – Pogorzelski pozostawał sceptyczny.
– Te, a może na freskach była wskazówka gdzie szukać? – fantasta się nie poddawał.
Bleck metalowiec już nie słuchał. Oddychał głęboko. L&M’y, wychwytywał niuanse w papierosowym smrodzie niesionym lekką bryzą. Wciągając dym pomiędzy szeroko rozwarte nozdrza. Red Label, wewnętrzny chromatograf uzyskał niemal osiemdziesięcioprocentową pewność. Zmrużył z satysfakcją oczy drażnione oparami nikotyny, jedną tajemnicę rozwikłał.
Skorupski coś tam jeszcze mówił. Patrzył wyczekująco, licząc na odpowiedź.
– Taaa… – dostał komentarz dosadnie krótki, uniwersalnie pasujący do wszystkiego, od człowieka który nie wiedział na czym stanęło. Żeby nie poczuł się kompletnie zlany, uzupełniony o głębokie – Jak się za mocno pochylisz, jedyne co tu znajdziesz to Aids.
Chłopcy przemieścili się w pobliże pozostałych niedobitków na placu, Krzycha i trajkoczącego jak na speedzie, chyba Adama. Jeszcze dobrze nie wiązał twarzy z imionami. Wkręt blondasa był mocny. Musiał się rozkasłać, by nie zdradzić parsknięciem.
– Chlebowski, tak? – upewniał się. – Chlebowski i Bochenek. Jak tutaj nie wyjdzie, tej przyjaźni już na pewno nic nie zatrzyma. Po grobową deskę… do krojenia.
Wycelował palca w publiczność, jak Strasburger po rzuceniu suchara.
– Wraca kto na Błonia?
-

Alicja Filipowicz
Uniosła brew, wpatrując się chwilę w Paulinę. W eleganckiej sukience z białym kołnierzykiem, lekkim makijażu i z zadbanymi brązowymi lokami wyglądała raczej jak grzeczna prymuska, a nie dziewczyna, która bez mrugnięcia okiem zgadza się kryć dwójkę wagarowiczów czy proponuje nocne włamy na prywatny teren lokalnej ruiny należącej do starego nazisty.
Alicja przeniosła spojrzenie na Krzyśka, który wyglądał na skonsternowanego - przynajmniej przez krótką chwilę, bo zaraz potem z uśmiechem przytaknął na plan nielegalnego zwiedzania zamczyska. Ubrany w dżinsową kamizelkę obszytą naszywkami jak ostatnia strona zeszytu bazgrołami, wręcz krzyczał: bunt! Co nieźle kontrastowało z jego drugim “ja”, które Alicja kojarzyła sprzed kilku lat, kiedy jeszcze bywała na niedzielnych mszach w ramach rodzinnych wypadów.
Zaśmiała się krótko pod nosem i ledwo zauważalnie pokręciła głową. Rozbawiły ją jej własne rozmyślania. Mówią, że nie ocenia się książki po okładce, że pozory mylą. Właśnie stała w towarzystwie dwóch osób, które były żywym tego przykładem. Tylko co było okładką, a co prawdziwym wnętrzem?
- Nie mówię nie - powiedziała tajemniczo w odpowiedzi na plan Pauliny, a na pytające spojrzenia wzruszyła jedynie ramionami. Nie chciała deklarować się na sto procent. Chciała zostawić sobie furtkę, na wypadek gdyby jednak znajomość z tą dwójką nie kliknęła. Poza tym nauczyła się już na własnym błędzie sprzed wycieczki, by nie zgadzać się bezmyślnie na propozycje rówieśników. Chociaż coś jej podpowiadało, że akurat tego wypadu nie żałowałaby tak, jak wyjścia na dyskotekę.
- Dobra, ja się zmywam. Widzimy się wieczorem. Nara! - rzuciła na odchodne.
Nie czekając na odpowiedź, odłączyła się od towarzystwa swoich nowych kolegów i koleżanek z klasy i opuściła tereny podzamcza.
Spojrzała na zegarek i zaklęła w myślach, widząc, że było już popołudnie. Niech szlag trafi tego Wronę i jego przeklętą wycieczkę. Stracili na to tyle cennego czasu! Była umówiona z Marcinem pod jego technikum, ale czuła, że chłopak raczej nie czekał na nią aż tyle godzin.Przyjaźnili się - jasne. Był dla niej ostoją normalności w tej krzywej rzeczywistości, oparciem w trudnych chwilach, powiernikiem tajemnic i szosowym towarzyszem: on na desce, ona na wrotkach. Jednak mimo tej zażyłości wątpiła, by tracił czas, czekając na nią pół dnia.
Jak się okazało, miała rację.
Technikum nie było szczególnie daleko - zresztą w Sokołowie Śląskim nic nie było naprawdę daleko - więc dla pewności sprawdziła, czy Marcina tam nie ma. Nie było po nim śladu.
Było jeszcze kilka miejsc, które mogła sprawdzić w jego poszukiwaniu, najpierw jednak postanowiła zahaczyć o kiosk. Nie mogła już dłużej zdzierżyć braku muzyki w słuchawkach. Baterii do walkmana potrzebowała jak powietrza. Przydałoby się też coś na ząb, bo zaczynała być głodna.
“Only Happy When It Rains” zespołu Garbage przygrywało z działającego już walkmana, kiedy jakiś czas później jeździła bez celu po głównej ulicy, ostatecznie okrążając większość Sokołowa kilka razy. Marcina nie udało jej się znaleźć w żadnej z miejscówek, które przyszły jej do głowy. Mógł wyjechać poza miasto albo zabunkrować się w domu - Alicja tego ostatniego nie sprawdziła.
Nie chciała ryzykować spotkania z jego matką, która była przemiłą kobietą w średnim wieku i zawsze cieszyła się na widok Alicji. Miała jednak jeden mankament: była przekonana, że ona i jej syn są parą. A to Alicję co najmniej irytowało. Tego dnia nie czuła się na siłach, by z uśmiechem na twarzy znosić takie sugestie.
Dlatego ostatecznie spędziła kilka następnych godzin na samotnej jeździe po asfalcie głównej ulicy Sokołowa Śląskiego.
W drodze powrotnej wstąpiła jeszcze do marketu, żeby zrobić prowizoryczne zakupy - na wypadek gdyby ojciec zapomniał albo zwyczajnie nie miał na to czasu. W domu przywitała ją cisza. Dokładnie taka sama, jaką pożegnała rano, wychodząc do szkoły.Przyjęła to z ulgą. Zero wymuszonych pogawędek o jej dniu. Brak kłótni ze starszym bratem. Cała chata tylko dla niej i kompletny spokój.
Rzuciła wrotki niedbale w kąt zaraz po wejściu. Zakupy zostawiła na stole w kuchni, sama zaś poszła na piętro do swojego pokoju i klapnęła na łóżko. Wpatrywała się w sufit, pozwalając ciału choć trochę odpocząć po całym dniu.
Czas minął jej zdecydowanie za szybko. W końcu nadszedł wieczór i moment wyjścia do “Miami”.
Przez chwilę nawet rozważała, czy nie olać zaproszenia Pauliny i po prostu zostać w domu. Miała przeczucie, że dziewczyna nawet nie zauważyłaby jej braku, zajęta towarzystwem reszty gangu Kaśki Nowak. A to wcale nie byłoby nic złego - Alicja przecież i tak nie była szczególnie zachwycona wizją tej imprezy.
Z każdą chwilą coraz bardziej kusiła ją wizja zostania w domu z paczką czipsów i telewizorem grającym do późnych godzin. Może nawet puszczaliby coś ciekawego.
Ale Alicja Filipowicz dotrzymywała danego słowa. Chyba że na jej drodze stawały czynniki, na które nie miała wpływu - jak na przykład niespodziewana szkolna wycieczka.
Tego wieczoru jednak nic takiego się nie wydarzyło. Stanęła więc przed lokalnym klubem, z którego już dobiegała muzyka i do którego właśnie weszło kilka znajomych jej twarzy. Plan był prosty. Znaleźć Paulinę. Przywitać się. Spróbować dobrze się bawić. A przynajmniej na tyle, na ile będzie potrafiła w towarzystwie dziewczyn z innej planety.
Poprawiła ramoneskę, którą wyhaczyła w wakacje w second handzie, przeczesała dłońmi włosy i ruszyła pewnym krokiem do klubu.

-

Paulina Kwiatkowska
Paulina nie ruszyła od razu z resztą. Zatrzymała się jeszcze na moment na podjeździe, jakby samym staniem chciała pokazać temu całemu Hochtalbergowi, że nie robi na niej żadnego wrażenia. Mercedes błyszczał w słońcu jak wypucowany bucior, kierowca wyglądał jak ktoś, kto uśmiecha się wyłącznie na pogrzebach, a stary Niemiec pewnie dalej darł mordę gdzieś w środku. Wszystko to razem było tak ostentacyjnie nadęte, że aż śmieszne.
Słuchała jednym uchem rozmowy Wrony z Bałuckim, niby od niechcenia, ale wyłapywała to, co najważniejsze. Fundacja spod Frankfurtu. Gruby szmal. Zamek dalej należy do gminy. Czyli ten pruski pajac nie był żadnym właścicielem, tylko panoszył się po cudzym, bo miał pieniądze i widocznie lubił, kiedy ludzie kulą przy nim uszy.
To akurat bardzo jej się nie spodobało.Kątem oka zerknęła na Krzyśka. Jeszcze przed chwilą wyglądał tak, jakby miał ochotę zrobić coś widowiskowo głupiego, a teraz już tylko patrzył w stronę ścian zamku z tym swoim podejrzanie zadowolonym uśmieszkiem. Dobrze. Taki uśmiech zwykle oznaczał kłopoty, a kłopoty bywały interesujące.
– No to ustalone – rzuciła cicho, przesuwając spojrzeniem po nim i po Alicji. – Skoro już nas stąd tak ładnie wyprosili, to głupio byłoby nie wrócić.
Nie mówiła głośno. Wystarczająco cicho, żeby nie doleciało do żadnego nauczyciela, ale wystarczająco wyraźnie, żeby nie było wątpliwości, że nie żartuje.Alicja odpowiedziała wymijająco, po swojemu. Krótkie „nie mówię nie” wystarczyło Paulinie w zupełności. To nawet lepiej. Ludzie, którzy od razu rzucali się z entuzjastycznym „jasne!”, często potem pierwsi pękali. Ostrożność była nudna, ale przynajmniej bardziej wiarygodna.
– Widzimy się wieczorem – rzuciła jeszcze za nią, kiedy tamta się odłączyła.Mimochodem obejrzała się jeszcze raz na zamek.
Za dnia wyglądał jak każda inna stara ruina z zadęciem. Kamień, obdrapane ściany, trochę historii, trochę kurzu, trochę dorosłych, którzy udają, że wszystko mają pod kontrolą. Ale nocą… nocą to mogło być już zupełnie inne miejsce.
I właśnie to podobało jej się najbardziej.Z zamyśleń wyrwało ją szturchnięcie Kaśki.
– Hallo, mówię do Ciebie – Kasia uniosła brew wyczekująco, a na twarzy malował się zadziorny uśmieszek, którego pochodzenia Paulina jeszcze nie rozumiała.
– No co?
– Nie słyszałaś?
– Co?
Kasia westchnęła z niedowierzaniem, Magda zaś przebierała nogami jak zniecierpliwiona i ten jej charakter osoby wiecznie na szybkości, wygrał
– Ten Adam będzie w ciuchach z krepiny na dysko!
–Co?! – powtórzyła Paulina zupełnie nieświadomie, choć w zupełnie innej tonacji, wyrażającej jednocześnie niedowierzanie i zażenowanie
– Tragedia – skomentowała Asia, której najdalej było do oceniania innych.
– Wkręcacie mnie? – Paulina musiała się upewnić.
– A wyglądam? – Kasia odpowiedziała pytaniem na pytanie. Była przy tym poważna i podobnie zażenowana, co reszta. Wtedy Paulina zrozumiała. Nie żartowały.
– Biorę aparat. – zadeklarowała Paulina automatycznie, a powaga, która utrzymywała się wśród dziewczyn, była jak gęsta chmura
– Koniecznie! – skwitowała Kasia, potem rzuciła porozumiewawcze spojrzenie na Asią i Magdę – To dołącz do nas później, idziemy do Aśki ciuchy przymierzać. Weź te fajne spódniczki, co ci ojciec przywiózł, wiesz, te jeansowe i aparat.
– Jasne, do zobaczenia!Grupa zaczynała się rozłazić we wszystkie strony jak rozsypane koraliki. Jedni gnali od razu do domu, inni zostawali na papierosowe niedobitki rozmów, jeszcze inni kręcili się po placu, jakby liczyli, że zaraz wydarzy się coś jeszcze. Paulina poprawiła pasek torby na ramieniu i ruszyła przed siebie. Powoli, bez pośpiechu.
W domu Asi - rewia mody
Popołudnie u Asi zaczęło się niewinnie, ale szybko zamieniło się w mały modowy chaos. Jej pokój wyglądał jak laboratorium stylu – łóżko zasypane ubraniami, na krześle kilka toreb z rzeczami, a na podłodze porozrzucane paski i biżuteria. W powietrzu unosił się zapach perfum i lakieru do włosów. Asia ze względu na o wiele lepszą sytuację materialną i możliwości, miała ciuchy o jakich każda mogła pomarzyć. Jej ojciec często przywoził modowe nowości z Niemiec czy Francji.
Asia pierwsza otworzyła szafę i teatralnym gestem powiedziała, że dziś każda musi znaleźć coś „idealnego”. Magda natychmiast zaczęła przeglądać wieszaki, wyciągając kolejne koszule i przykładając je do siebie przed lustrem. Co chwilę odwracała się do dziewczyn z pytaniem, czy wygląda w tym dobrze, choć zanim zdążyły odpowiedzieć, już miała w ręku coś następnego.Paulina siedziała na łóżku z nogami podwiniętymi pod siebie i oglądała spinki oraz paski, które Asia wysypała z małego pudełka. Co chwilę wybuchała śmiechem, kiedy Kasia wychodziła zza drzwi po kolejnej przymiarce. Kasia traktowała całą zabawę jak pokaz mody – stawała na środku pokoju, robiła poważną minę modelki, a potem obracała się, żeby zaprezentować spódnicę albo kurtkę.
W pewnym momencie Magda znalazła czerwoną koszulę w kratę i od razu ją założyła na biały top. Paulina stwierdziła, że wygląda w niej jak bohaterka jakiegoś serialu dla młodzieży. Kasia dorzuciła skórzaną kurtkę i zaczęła przekonywać, że każda dziewczyna powinna mieć jedną „rockową” rzecz w szafie. Asia tylko kręciła głową i próbowała uporządkować stertę ubrań, która z każdą minutą rosła.
Najwięcej śmiechu było przy przymierzaniu spódnic. Paulina przymierzyła jedną z nich i zaczęła udawać, że idzie po wybiegu, podczas gdy Magda klaskała jak publiczność. Kasia komentowała wszystko z przesadną powagą, jak uznany krytyk modowy.
Paulina wciągnęła kolejną spódnicę i stanęła na środku pokoju jak na wybiegu.
– Proszę państwa – oznajmiła poważnym tonem – kolekcja jesień–zima.
Magda natychmiast zaczęła klaskać.
– Dziesięć punktów za dramatyzm.
– Siedem – poprawiła Kasia z kamienną twarzą. – Chód trochę za mało drapieżny.
Paulina zatrzymała się przed lustrem i spojrzała na nie z udawaną obrazą.
– A ty co, komisja sędziowska?
– Ktoś musi pilnować poziomu – odparła Kasia, opierając się o szafę.
Magda w tym czasie poprawiała kołnierz swojej kraciastej koszuli.
– A ja uważam, że wyglądasz dobrze. Tylko...
Zawahała się.
Paulina zmrużyła oczy.
– Tylko co?
Magda wskazała na spódnicę.
– Tylko jak usiądziesz, to chyba wszyscy zobaczą twoją bieliznę.
Asia parsknęła śmiechem.
– No to idealnie na dyskotekę.
Paulina prychnęła, ale uśmiech sama cisnął jej się na twarz.
– W takim razie Magda idzie pierwsza na parkiet. Będzie test praktyczny.
– Nie ma mowy – Magda natychmiast podniosła ręce w obronnym geście. – Ja spodnie zakładam, nie ryzykuję
Kasia spojrzała na nie obie z udawaną powagą.
– Dziewczyny, skupcie się. Najważniejsze pytanie brzmi: czy Adam naprawdę przyjdzie w tej krepinie.Na moment zapadła cisza.
Potem wszystkie wybuchnęły śmiechem.
Niedługo przed planowaną imprezą, we cztery stanęły przed lustrem obok siebie, porównując stroje i poprawiając włosy. Pokój wyglądał jak po małym modowym tornado, ale żadnej z nich to nie przeszkadzało – najważniejsze było to, że bawiły się razem i śmiały się z każdego kolejnego pomysłu na nowy strój.Dyskoteka Miami

Przyszły razem, jak przystało na paczkę przyjaciółek. Po pierwsze dlatego, że razem bawiły się najlepiej, a po drugie – było to po prostu bezpieczniejsze. Spóźniły się w klasycznym stylu. Takie pięć minut, akurat tyle, żeby wejść jak gwiazdy i na chwilę olśnić zgromadzonych.
Paulina, będąc w swoim żywiole, szybko odnalazła wzrokiem Alicję i podeszła do niej razem ze swoją ekipą. To była najlepsza okazja, żeby je sobie przedstawić.
– Dziewczyny, to jest Alicja, mówiłam wam – zaczęła Paulina.
Kasia, Magda i Asia przedstawiły się po kolei, rzucając kilka miłych komentarzy o stylówce Alicji i jej torebce. Magda jednak, jak zaczarowana, palnęła nagle:
– Ładne włosy.
Spotkało się to z niemal palącym spojrzeniem jej koleżanek. Ale Magda już taka była – czasem potrafiła powiedzieć coś kompletnie z kosmosu.
– Czekamy na Adama i robimy zdjęcia, potem robimy odbitki i obklejamy nimi korytarze szkoły – dodała Paulina, wskazując na aparat fotograficzny, który miała już przygotowany. Teraz pozostawało tylko doczekać się pojawienia Chlebowskiego.W międzyczasie wzrokiem namierzyły Krzyśka. Paulina postanowiła podejść także do niego, żeby przedstawić mu swoją paczkę.
– Ej, to ty miałeś mieć ten różowy garniak? Wystawiłeś kumpla? – zauważyła Kasia, lustrując Komedę od stóp do głów.
Jej usta szybko wygięły się w cwany uśmiech.
– Ty jaja sobie z niego robiłeś? Haha, o nie wierzę… no to będzie hit!
Królowa imprezy klasnęła raz w dłonie i potarła ręce. Jej krótki śmiech wyraźnie odbił się w gwarze sali. Była rozbawiona i – co ciekawsze – widać było, że Krzysztof tym numerem naprawdę jej zaimponował. -

|-Adam Chlebowski-|
Adam ucieszył się jak głupi do sera że ma nowego kumpla który się nie gniewa że coś tam palną o koszuli czy innym nadruku uścisnął mocno podaną rękę zupełnie nie podejrzewając żadnych niecnych zamiarów...
Potem podszedł drugi chłopak z lizakiem i spytał się kto wraca na Błonia *- Ty, Mikołaj tak ? Chyba coś tak cię wzwali na liście obecności ? Ja chyba jednak spróbuje obejrzeć sobie ten zamek nie po to tyle szło się z buta żeby mnie szwabskie nasienie miało przeganiać - Dodał szeptem wyciągnął z plecaka małą drewnianą ciupagę rzeźbioną w kwiatki i zakręcił nią młynka - Może nawet coś nawet Niemcowi zajumam ? Nie wiem coś mi się należy za tą podróż - Oznajmił i po trochu chcąc zrobić wrażenie na innych ruszył szukać wejścia od tyłu żeby móc się wspiąć po siatce i obejrzeć ruinę.
-

Krzysztof Komeda
Mikołaj wycelował palcem w tłum jak prezenter teleturnieju.
– Wraca kto na Błonia?
– Ja mieszkam na Błoniach – odpowiedział Krzysiek. – Ale muszę jeszcze wrócić po rower pod szkołę. I mam parę spraw po drodze, więc sam se podreptam.
Skłamał. Skłamał i nie skłamał, bo mieszkał na Błoniach, ale nie miał żadnych spraw do załatwienia, po za jedną. Przebrać się z powrotem w normalne ciuchy zanim wróci do domu. W oczach kogoś takiego jak Pogorzelski mogłoby to wyglądać żałośnie. Mikołaj wyglądał na gościa, który chodzi własnymi drogami i ma gdzieś, co myślą inni. Wkładał co chciał i mówił co chciał. Ile Krzysiek by dał, żeby rzucić do matki przy kolacji: „Mamo, od jutra idę do szkoły w katanie. A obrazek komunijny wylatuje. Wieszam tam teraz plakat Ozziego”. Helena Komeda pewnie by zemdlała, a po przebudzeniu zadzwoniła oczywiście gdzie? Tak. Do ojca charyzmatyka wyspecjalizowanego w egzorcyzmach i modlitwach o uzdrowienie duszy.
Wrócił pod szkołę bocznymi uliczkami, żeby nie natknąć się na Maciejakową i Bednarską. Rower stał tam, gdzie go zostawił. Krzysiek zarzucił nogę przez ramę i usiadł na siodełku. Ból od razu przypomniał mu o tatuażu, ale zacisnął zęby i ruszył. Raz, dwa, ała. Raz, dwa, ała.
Za garażami zatrzymał się w tym samym miejscu co rano. Zrzucił katanę i dżinsy z łańcuchem a potem koszulkę z czaszką, którą Marek przywiózł z konwentu “Kryształów Czasów” w Choroszczy. Na końcu zsunął trampki. Przebrał się z powrotem w białą koszulę, spodnie w kant i lakierki. Wylinka w drugą stronę. Ciuchy metalowca poszły na dno plecaka, zwinięte w kulkę, bo nie było czasu na składanie. Krzysiek spojrzał na siebie w lusterku roweru i zobaczył to, co zawsze widział. Grzecznego chłopca.
Clark Kent wraca do domu.
Matka czekała w kuchni a obiad już stał na stole. Rosół z niedzieli, jak zawsze w poniedziałek. Krzysiek wszedł do przedpokoju i nie zdążył zdjąć butów, kiedy Helena się odwróciła.
– Krzysiu, a gdzieś ty się tak pomiął?
Spojrzał w dół. Koszula, która od rana leżała w plecaku wyglądała tak, jakby przeżuł ją pies i wypluł z powrotem.
– A, to nic. Byliśmy na wycieczce, na zamku, chodziliśmy po rusztowaniach i w ogóle.
Helena pokręciła głową, ale nie drążyła. Krzysiek poszedł do pokoju, rzucił plecak w kąt i wrócił do kuchni. Matka postawiła talerz z rosołem na podkładce i usiadła naprzeciwko.
– No to mów. Jak nowa szkoła? Jak klasa?
– Spoko, klasa jest fajna. Mam już nawet dwie nowe koleżanki. Alicję i Paulinę.
Powiedział to bez zastanowienia i od razu pożałował. Oczy matki zmrużyły się o milimetr.
– A jak mają na nazwisko?
– Nie znam jeszcze dobrze wszystkich nazwisk. Dopiero co je poznałem
– Mhm.
To „mhm" zabrzmiało złowieszczo. Oznaczało, że matka zapamiętała imiona i przy najbliższej okazji, gdy dowie się już jak mają na nazwisko przepyta Bednarską, co to za jedne.
Helena odłożyła łyżkę, wyprostowała plecy i złożyła ręce na stole. Oho. Krzysiek wiedział to go oznacza.
– Krzysiu, ja ci nie bronię ci mieć koleżanek. Ale musisz wiedzieć, że dzisiejsze dziewczyny to nie to co kiedyś. Teraz tylko dyskoteki im w głowie, malowanie, krótkie spódniczki. One ciągną dobrych chłopców na zatracenie. Namawiają do palenia, albo…
– Czego?
– Jeszcze gorszych rzeczy. Ty się jeszcze na tych sprawach nie znasz, ale wierz starej matce na słowo. Pamiętasz Łukaszka Piętę? Taki grzeczny był, też ministrant i co? Poznał jedną taką w sanatorium w Rabce, przestał służyć do mszy i zaczął się włóczyć po dyskotekach. Teraz matka go szuka go po nocach w knajpach.
Krzysiek jednym uchem wpuszczał, drugim wypuszczał. Historię Łukasza Pięty słyszał przynajmniej piętnaście razy.
– Jasne. Będę uważał – powiedział, wsadzając makaron do ust, żeby nie musieć mówić więcej. A potem, gdy Helena nabrała powietrza do kolejnego kazania, zmienił temat. Gładko i bez zająknięcia, jak nóż w masło.
– Mamo, zapomniałem powiedzieć. Ksiądz Roman robi dzisiaj imprezę urodzinową na plebanii po popołudniowej mszy i zaprosił wszystkich ministrantów. Mogę iść?
Helena zmarszczyła czoło.
– Urodzinową? Proboszcz Roman ma urodziny w marcu.
Krzysiek poczuł, jak makaron staje mu w gardle. Idiota. Mógł pomyśleć dwie sekundy dłużej. Oczywiście, że ksiądz proboszcz ma urodziny w marcu.
– A może to nie urodziny – odpowiedział spokojnie, chociaż spokój kosztował go więcej niż tatuaż. – Może imieniny? Albo jakieś inne święto, Kuba mi mówił na apelu i pewnie źle powtórzył. W każdym razie ksiądz zaprasza.
Krzysiek nie odważył się spojrzeć na matkę, gapił się więc w talerz. Trwało to ze trzy sekundy, ale wydawało się ciągnąć wieczność. W końcu Helena Komeda wydała wyrok.
– No, jak proboszcz zaprasza, to idź Krzysiu, idź. Nikomu bym swego dziecka nie oddała w opiekę, ale księdzu? Czego tu się bać? Nawet nie wypada odmówić.
Krzysiek pokiwał głową i włożył do ust kolejną łyżkę makaronu, żeby ukryć ulgę. Kłamstwo przeszło, matka chwyciła przynętę.
Po obiedzie zamknął się w pokoju. Stanął przed szafą i otworzył ją na oścież. Nie było w niej wiele ciuchów. T-shirty, trzy białe koszule, jedna jasnoniebieska, spodnie do szkoły, spodnie odświętne i na co dzień. Do tego sweter wydziergany na drutach.
Krzysiek wiedział, że nie może przesadzić. Wychodzi z domu do księdza, więc musi wyglądać tak, jakby szedł do księdza. Żadnych dżinsów i łańcuchów, żadnych katan. Ale musi jakoś przeżyć też dyskotekę. Z półki nad wieszakiem wyciągnął jasnoniebieską koszulę. ciemne spodnie i adidasy firmy Kubota które matka mu kupiła w wakacje u Rumunów na targu. Wtedy sobie przypomniał kuzyna Staszka z Opola, który twierdził, że w sportowych butach nie wpuszczają do klubów. Sięgnął więc po stare, ale jeszcze nie tak starte zamszowe mokasyny.
Koszulę włożył w spodnie i podciągnął je pod sam pępek, tak jak widział kiedyś u starszych chłopaków na dożynkowym festynie w Wólce Wodzisławskiej, dokąd pojechał z księdzem poświęcić nowy wóz strażacki. Tamci wyglądali dobrze. Przynajmniej tak mu się wydawało.
Spojrzał w lustro. Nie wyglądał już jak metalowiec, ale też nie ministrant. Nie mógł określić kim jest bo nigdy nie słyszał określenia wiejski wichurant.
Wyszedł z domu o wpół do piątej. Helena stała w drzwiach i wcisnęła mu do ręki banknot.
– Pięćdziesiąt złotych. Kup po drodze czekoladki dla księdza Romana. Z Wedla albo Wawelu, byle nie te ruskie z bazaru. Nie wypada iść z pustymi rękami.
– Jasne, dzięki mamo.
Schował banknot do kieszeni i szczęśliwy ruszył w stronę kościoła. Za pięćdziesiąt złotych mógł się już poszalkeć w klubie. Kupić przy barze w Miami pepsi albo kaskadę.
Msza popołudniowa była krótka i nudna. Krzysiek służył na autopilocie. Szukał wzrokiem siostry Faustyny, ale jej nie było ani w zakrystii, ani w ławkach, ani w ogóle. Dzień bez niej był jak rosół matki bez makaronu i to ten poniedziałkowy. Niby to samo, ale czegoś brakuje.
Po mszy wyszedł z kościoła i przez kolejnych kilka kwadransów kręcił się po bezczynnie rynku. Do Miami wszedł kwadrans po ósmej.
Pierwsze co zobaczył, to że jest chujowo ubrany. Znaczy nie chujowo w sensie, że brzydko, tylko chujowo w sensie, że inaczej niż wszyscy. Chłopaki mieli na sobie luźne koszulki, dżinsy, trampki albo adidasy. Dziewczyny krótkie spódniczki i bluzki, od których matka Krzyśka dostałaby zawału na miejscu. A on stał w drzwiach w jasnoniebieskiej koszuli zapiętej pod szyję, ze spodniami podciągniętymi pod pępek i w mokasynach. Nie miał marynarki z krepiny, ale i tak czuł się jak pajac.
Wykonał szybkie trzy ruchy. Wyciągnął koszulę ze spodni, rozpiął dwa górne guziki a potem zmierzwił włosy palcami. Stanął pod ścianą i rozglądał się po sali.

Muzyka grała, wokalista śpiewał w refrenie bajabongo je je je, ale to nie były zupełnie jego klimaty. Światła migały, ludzie tańczyli, gadali, pili piwo. Krzysiek szukał wzrokiem Chlebowskiego, ale ten jeszcze się nie zjawił. Kogo jak kogo, ale jego na pewno by zauważył.
A może jednak nie przyjdzie? Może może się rozmyślił, może w ostatniej chwili zrozumiał, że krepina to zjebany pomysł godny ucznia szkoły specjalnej a nie pierwszej klasy liceum?
Przez sekundę Krzysiek poczuł coś na kształt litości. A co jeśli on naprawdę jest upośledzony a on go wystawił na pośmiewisko? Szybko jednak uznał, że to niemożliwe. Przecież nikt by nie przyjął dauna do liceum. Po za tym Chlebowskiem przyda się zimny prysznic. Może po tym wszystkim przestanie zaczepiać obcych ludzi i proponować im udział we wspólnym upokorzeniu się przed całą szkołą.
Przystępował znudzony z nogi na nogę, gdy nagle podeszła Paulina.
Krzysiek otworzył usta i zapomniał je zamknąć. Stała przed nim dziewczyna, którą ledwo poznawał. Kręcone włosy, umalowana, w ciuchach, które nie miały nic wspólnego z tym co nosiła rano w szkole. Za nią stały trzy inne koleżanki, równie wystrojone i umalowane. I do tego Alicja z nogami do samej szyi. Matko boska. Krzysiek poczuł gorąco na policzkach. W całym swoim szesnastoletnim życiu nie stał tak blisko tylu ładnych dziewczyn naraz. Siostry Faustyny nie liczył, bo ta chodziła w habicie po kostki i Krzysiek mógł najwyżej zgadywać co jest pod spodem. A tutaj nie trzeba było zgadywać. Tutaj wszystko było na wierzchu.
W głowie odezwał się głos matki. „Dzisiejsze dziewczyny to nie to co kiedyś. Teraz tylko dyskoteki im w głowie, malowanie, krótkie spódniczki. One ciągną dobrych chłopców na zatracenie."
Krzysiek zepchnął głos matki tam, gdzie trzymał różaniec, na samo dno kieszeni.
– Ej, to ty miałeś mieć ten różowy garniak? Wystawiłeś kumpla?
Gdy Paulina się roześmiała, Krzyśkowi zrobiło się ciepło, bo nie śmiała się z niego, tylko z numeru jaki wykręcił stukniętemu Adasiowi. To była miła odmiana.
– To nie moja wina – wyjaśnił Krzysiek gdy Paulina przestała się chichrać. – Ten przygłup sam mi się wystawił pod kosę. I nie jest moim kumplem. Nie kumplowałbym się z typem, który nosi w plecaku ciupagę.
Spojrzał na zegarek, dochodziła dwudziesta. Posłał Paulinie uśmiech, którego nie powstydziłby się sam władca piekieł. Zobaczył, że dziewczyna trzyma w ręku aparat fotograficzny.
– Szykuj się. Zaraz zacznie się widowisko.
-

Mikołaj Pogorzelski
Zamek Falkenstein. Godz. 12:15
– Ty, Mikołaj tak? – Adam pytał neandertalską modłą. Przed prześmiewczym podjęciem jaskiniowego dialektu uchroniła wyciągnięta z plecaka ciupaga. Pogorzelski z czujnością zmrużył oczy i odsunął o krok, biorąc dystans od młynka.
– Mikołaj – potwierdził, wcale nie za nisko, nie tak wyraźnie i nadmiernie powoli.
Typ sprawiał wrażenie uśpionego odpaleńca. Zapobiegawczo wolał nie widnieć na czarnej liście. Jaki kraj, taka szkolna masakra.
– Ja mieszkam na Błoniach – Krzysiek rzucił faktem wszak już całkiem znanym. – Ale muszę jeszcze wrócić po rower pod szkołę. I mam parę spraw po drodze, więc sam se podreptam.
– Dreptaj szybko, zanim go Rumuny na złom pokroją.
Rzec do trve człeka mainsteamowe „nara" byłoby nietaktem.
– Tymczasem.
Dyskoteka "Miami". Godz. 19:40
Mikołaj przedostał się do pulsujących energią trzewi Miami w wyniku szczególnej koincydencji. Podmiejskiej konspiracji między ludźmi o poznaczonych strupami wargach i przekrzywionych nosach. Wymieniali porozumiewawcze spojrzenia, a druga zasada ich klubu brzmiała zupełnie tak samo jak pierwsza. Bramkarz zza okularów przeciwsłonecznych przyglądał się ukrytej pod rozpuszczonymi włosami opuchliźnie na łuku brwiowym stojącego przed nim nastolatka. Pogorzelski wpatrywał się w schowane za przyciemnionym szkłem żółto-fioletowe limo. Pomimo sportowej torby, wielokieszeniowych bojówek i szwejowskiego obuwia, ochroniarz przesunął się na bok i wyciągniętą dłonią zaprosił do środka.
Siedział zanurzony w miękkiej kanapie. Przed nim stała szklanica wody. Już nie mineralnej, tą opróżnił haustem. Teraz po taniości uzupełniona orzeźwiającą kranowianką ze źródła w WuCecie. Torbę zostawił w pomieszczeniu Securitas. Nic za darmo. Musiał pójść na współpracę i wtapiając się w tłum, wyłapywać szlaki przemytu alkoholu. Widział już prezerwatywę napełnioną wódą, ukrytą w spodniach. Przelewaną w kiblu do butelki. Próbę wciągnięcia Bolsa przez kiblowy lufcik. Kibel był kluczowy.
Kula disco mieniła się refleksami. Muzyka dudniła w płucach monosylabowym tekstem. Dziewczyny w wygodnych strojach śmigały po parkiecie. Strój tym mniej krępujący im mniej materiału. Wyginały się z naturalną lekkością, uprzyjemniając relaks pod neonową palemką. Próbujący nadążyć chłopacy w większości wzbudzali zażenowanie. Pinokio przybity do krzyża miałby więcej gracji. W pobliżu wejścia klubu, 1B knuła w reprezentacyjnym gronie, walcząc o wysokie miejsce na liście psychola.
-
Zamek Falkenstein. Południe
Adam ignorując wszystkich zniknął w chaszczach okalających ten plac budowy. Od frontu z pewnością nie wejdzie, za dużo ludzi i w ogóle. Skupiony na swoim celu nie widział, jak Krzysztof, Mikołaj i ich kumple obserwują jego zachowanie. Po chwili zniknął im z oczu. Szedł wzdłuż parkanu z desek, aż dotarł na tyły. Tu nikt nie był w stanie go zobaczyć. Parkan był trudny do sforsowania, ale z tyłu wykonano go, jak to się mówi, na odpierdol. Konkretnie to wykorzystano drzewo jako słup, przybijając do niego biegnące poziomo deski. Pionowa deska już się nie zmieściła, zostawiając sporo miejsca, żeby spokojnie wspiąć się i przekroczyć parkan. Bez strachu przeskoczył, ale spodnie zaczepiły o deskę i Adam, za przeproszeniem, zwalił się na ryj. Na szczęście na podartych spodniach (ojciec go zabije) i pobrudzeniu ciuchów się skończyło.
Ale się nie poddawał. Parł przed siebie (gdyby ktoś by to obserwował z góry, to mógłby powiedzieć, że parł do przodu jak cysterna bez hamulców*.
Od tyłu cała roślinność przy budynkach była wykarczowana. Podejście było trudne. Jednocześnie było widać, co się dzieje w tym skrzydle, z którego przegonił ich ten Niemiaszek. I Adam widział. Widział tego Niemca stojącego tam, gdzie oni stali, z zamkniętymi oczami i rozpostartymi rękami.Próbował zbliżyć się jeszcze bliżej (do sterty cegieł pod budynkiem), ale jak na złość przeoczył jeden z pieńków po wykarczowanych drzewach, ponownie upadając musiał zwrócić na siebie uwagę Niemca:
-WER IST DA?!Klub "Miami", wieczór.
Pełna sala przedstawiała cały przekrój uczniów z Sokołowa. Młodsi, starsi, wyciągnięci na miasto "zagubieni", doświadczone imprezowiczki oraz standardowe grupy, która zamieniły toalety w palarnie. ochrona miała inne rzeczy do roboty niż przejmować się taką pierdołą. Dwóch na wejściu, kolejny kręcił się na sali, czwarty stał obstawiając wyjście ewakuacyjne. Muzyka zagłuszała skrzypiący parkiet, reflektory i dyskotekowa kula maskowały to, że "Miami" był w przeszłości barem "Turysta", który odmalowano, wstawiono błyszczące, chromowane meble i sztuczne palmy. Teraz była zabawa w zachodnim stylu, żadnych domówek, wszyscy do baru! Impreza dla nieletnich, nawet jak ktoś miał już dowód, to barman tego dnia nie sprzedawał alkoholu. Tu elegancją była prawdziwa Coca-Cola z lodem i plasterkiem cytryny zatkniętym na szklance. Ci ze szmalem mogli pozwolić sobie na kolorowe drinki ze słomką i papierową parasolką. Też bez alkoholu. Ci starsi i doświadczeni po prostu przed wejściem obalali flaszkę na spółę, a moc procentów rozwijała się na parkiecie.
Grupa licealistów z 1B zaraz przy wejściu na salę robiła za drugą bramkę.
Czekaliście. Adama nadal nie było. Zaczęliście się denerwować. Przez korytarz od wejścia na salę wchodziły kolejne dzieciaki i nastolatki. Dziewczyny z podstawówki, około szóstej klasy, z pierwszym chyba w życiu makijażem (brokat na policzkach!), chłopcy w podobnym wieku, fryzura na jeża, nijakie ciuchy, ci to będą podpierać ściany.My nie byliśmy tacy, prawda?
Krzysztof poczuł trącenie w ramię. Na tle tych, którzy właśnie go minęli, nie wyglądał źle. Mogło być gorzej. To Magda (Magda? Chyba, nie był pewny co do imienia) zagadała go, wykorzystując moment, kiedy didżej puścił "trochę" spokojniejszy kawałek. Albo taki, który musiał się dopiero rozpędzić.
- Krzysztof, prawda? Adam chyba nas wystawił.Alicja jednym uchem przysłuchiwała się tej rozmowie, obecnie skupiona na tym, kto stał przed bramkarzami. I ci mieli z nim problem, ewidentnie nie chcieli go wpuścić. Alicja go kojarzyła z widzenia, niestety. To był jeden z kumpli jej brata, podobno ćpun. A teraz stał tu, kompletnie nawalony. Skoro on tam jest, to pewnie i braciszek zaraz się pojawi.
\ -Nie no, on psuje nam cała imprezę! - Kasia powiedziała do Pauliny, a raczej krzyczała, żeby Paulina była w stanie cokolwiek usłyszeć. - No Adam! No gdzie on jest?! Zaraz chyba wracam na parkiet! - Kasię ewidentnie bawiło obśmianie Adama, ale jej głównym celem była zabawa, cały czas pląsała w rytm muzyki.
Pojawił się Mikołaj, Kasi zaświeciły się oczy.
- Czeeeeść! - Oraz po chwili, gdy (jak to Kasia) zbliżyła się do Mikołaja - Fuj! Śmierdzisz!Boks to nie przelewki.
EDYCJA (zapomniałem przypisu):
- przeć (iść) do przodu jak cysterna bez hamulców - nawiązanie do "Felixa, Neta i Niki oraz Trzeciej kuzynki"
-

Alicja Filipowicz
- Fajna koszula - odparła Alicja Magdzie, całkiem szczerze i bez żadnej złośliwości. Bo blondynka z gangu Nowakowej faktycznie miała na sobie spoko koszulę. Właściwie wszystkie cztery miały na sobie bardzo cool i modne ciuchy, świetne fryzury i w ogóle wyglądały jak wyjęte z młodzieżowego czasopisma. Alicja przyjęła komplementy dziewczyn z lekkim zaskoczeniem, ale musiała przyznać, że było to miłe uczucie.
- Na Chlebowskiego? Po co chcecie obklejać szkołę jego zdjęciami? - spytała, przyglądając się aparatowi w rękach Pauliny.
Alicja szybko została wprowadzona przez dziewczyny w ich niecny plan, a przede wszystkim w jego powód. Jakoś wcześniej jej uwadze umknęło, że Adam planował obkleić się bibułą i przyjść w takim stroju na szkolną imprezę. Przeszło jej przez myśl, że to całkiem odważne z jego strony. Bo w końcu ten wieczór miał przesądzić o tym, jak przez resztę lat spędzonych w liceum każde z nich będzie postrzegane - to przecież była oczywista oczywistość dla każdego normalnego nastolatka!
Cóż, jasnym jednak było, że świat Kasi Nowak nie należał do odważnych. Należał do tych, którzy idą z głównym nurtem, nie pod prąd. Każdego, kto się wybijał, należało w tym świecie wyszydzać, wyśmiewać i - ogólnie rzecz ujmując - redukować do zera.
Alicja nie była pewna, czy chciała należeć do takiego świata. Nie była też pewna, czy Paulina Kwiatkowska pasowała do niego tak bardzo, jak sprawiała pozory.- Fajna koszula - powiedziała do Krzyśka, którego przybycie wyrwało ją z zamyślenia.
Nie było to do końca to, co chciała powiedzieć, ale było pierwszym, co przyszło jej do głowy. Zdecydowanie nie chciała robić nawyku z komplementowania koszul innych.Krzysiek zaprezentował im swoje trzecie “ja”. W koszuli, eleganckich spodniach i zamszowych mokasynach wyglądał zdecydowanie poważniej i mniej buntowniczo niż w dżinsowym bezrękawniku obszytym naszywkami. Ile jeszcze takich wizerunków miał w zanadrzu? Alicja była zaintrygowana. Sama nie potrafiła jeszcze odpowiedzieć sobie na pytanie, która wersja bardziej przypadła jej do gustu (wykluczając tę kościelną, oczywiście).
Uwaga Alicji przeniosła się w stronę wejścia. Zmarszczyła brwi, przyglądając się sytuacji przy bramkarzach. Z początku miała nadzieję, że się pomyliła, że to był ktoś inny. Jednak im dłużej przyglądała się chłopakowi, z którym bramkarze mieli niemały kłopot, tym bardziej przekonywała się, że jej wzrok wcale się nie pogorszył.
Skrzywiła się na samą myśl, że Jarek - jej starszy brat - mógł być gdzieś nieopodal, skoro jego kumpel właśnie próbował dostać się na imprezę.
Ten wieczór faktycznie był sądnym wieczorem. Jak się pokazali, tak mieli zostać zapamiętani na resztę liceum. Alicja zdecydowanie wolałaby pokazać się w marynarce z różowej bibuły, niż otrzymać etykietkę lokalnej patologii. A tak na pewno by się stało, gdyby skojarzono ją z jej bratem. Na sto procent. Szczególnie jeśli doszłoby do jakiejś rozróby z jego udziałem.
- Olać Chlebowskiego, pewnie cykor go obleciał - powiedziała w pewnym momencie, wciąż przyglądając się wejściu.
Chciała zniknąć, póki nie dostrzegła swojego brata. Tylko gdzie i jak? Nie mogła wyjść z klubu - dopiero co przyszła, impreza ledwo się zaczęła, źle by to wyglądało. Mogła uciec do toalety, ale wtedy straciłaby kontrolę nad tym, czy Jarek wejdzie do klubu z kumplem, czy powstrzymają ich bramkarze. Nie będzie w stanie ocenić, gdzie jest i jak skutecznie się przed nim ukryć.
Wtedy spojrzała na „fajną koszulę” Komedy i w jej głowie urodził się plan. Ryzykowny - głównie ze względu na to, co pomyślą inni.
Sorry, Magda… pomyślała Alicja, zanim wkroczyła między dwójkę rozmawiających i chwyciła Krzyśka za rękę.
- Chodź, zatańczymy. - To nie było pytanie. To było stwierdzenie. W niebieskich oczach Alicji natomiast malowała się wyraźna, niemal błagalna prośba, żeby Krzysiek nie protestował. W tle przyśpiewywała Anna Maria Jopek.
