Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
[Horror] Gruzy przeszłości
-

Paulina Kwiatkowska
Paulina odprowadziła ich wzrokiem z lekkim uniesieniem brwi. To nie wyglądało jak spontaniczny zryw romantyzmu. Raczej jak szybka ewakuacja.
Jeszcze przez moment patrzyła za nimi, po czym przeniosła wzrok w stronę wejścia. Skoro Alicja tak nagle zapragnęła tańczyć właśnie teraz, musiała mieć powód. A Paulina nie wierzyła w przypadki.
Zamieszanie. Burda. Mikołaj czający się przy wejściu jak krab, jakby chciał zająć pierwsze miejsce na trybunach i mieć najlepszy widok na ewentualną awanturę.
Do głowy przyszło jej jedno pytanie – przed czym, albo kim, uciekała Alicja? Szczerze wątpiła, żeby była aż tak wrażliwa, żeby nie móc na to patrzeć.Przeniosła spojrzenie na Magdę.
– Szybko poszło – rzuciła cicho.Na moment zawiesiła wzrok na parkiecie, gdzie Alicja już ciągnęła Krzyśka między pary.
– Jeszcze chwila i byś go zaprosiła sama.Magda odruchowo poprawiła włosy, uciekając na sekundę spojrzeniem w bok.
– Nie zdążyłam – przyznała cicho, z lekkim, trochę zawstydzonym uśmiechem.Paulina zerknęła na nią kątem oka.
– No to następnym razem szybciej. – Kącik jej ust uniósł się lekko – Bo ktoś ci go znowu sprzątnie sprzed nosa.Magda tylko lekko się uśmiechnęła i wzruszyła ramionami, jakby nic się nie stało. Może rzeczywiście nie zwróciła większej uwagi na zamieszanie przy wejściu. Po jej minie było jednak widać, że coś sobie układa w głowie.
W tym czasie Paulina przesuwała wzrokiem po sali, wyłapując znajome twarze. W końcu dostrzegła Sosnowskiego na parkiecie. Wiedziała, że Magdę to ucieszy.
– Asia, bar czy parkiet?
– Bar. I jakiś stolik – odpowiedziała bez wahania.Paulina uśmiechnęła się lekko i podała jej aparat oraz torebkę.
– Na stówę cykor go obleciał – rzuciła Kasia, wracając do tematu Chlebowskiego. – Bez sensu, nie będziemy tu tak stać. Asia, ogarnij nam coś do picia i bądź czujna.
– A my idziemy na parkiet! – dodała Paulina z nagłym przypływem energii.
Dziewczyny jakby się obudziły.
– Wyczaiłam Arka. Wbijamy – trąciła łokciem Magdę. Jej humor wyraźnie się poprawił.
Ruszyły w tany.

Parkiet szybko wciągnął je w swój rytm. Muzyka była może średnia, ale wystarczyło kilka taktów, żeby dziewczyny złapały tempo i zaczęły się śmiać, kręcić i zapominać o wszystkim poza chwilą.
Paulina odruchowo rozejrzała się wokół – bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby – i niemal od razu wyłapała znajomą sylwetkę.
Alicja i Krzysiek tańczyli niedaleko. A raczej… próbowali.
Krzysiek trzymał ręce zdecydowanie zbyt wysoko, jakby ktoś mu wcześniej dokładnie wyznaczył bezpieczną strefę, której pod żadnym pozorem nie wolno przekroczyć. Sztywny, trochę zagubiony, wyraźnie walczył z własnym ciałem, które nie bardzo wiedziało, co zrobić z muzyką.
Paulina uniosła lekko brew, obserwując to przez chwilę.
– Patrz na niego – rzuciła półgłosem do Magdy, kiwając lekko głową w tamtą stronę. – Jakby go ktoś na egzamin z tańca wysłał.Magda zerknęła dyskretnie i parsknęła cicho śmiechem. Być może potrzebowała tego, aby nie czuć się źle przez to, że został jej "podebrany".
– No… trochę.
Paulina przeniosła wzrok na Alicję.
Ona z kolei wyglądała, jakby dokładnie wiedziała, co robi. Spokojniejsza, pewniejsza, jakby prowadziła tę sytuację bardziej, niż powinna.
Kącik ust Pauliny drgnął. Alicja od początku wydawała jej się osobą, która prędzej dotrzyma towarzystwa Asi przy stoliku, niż dołączy na parkiet.
– Albo bardzo chce zatańczyć… – mruknęła pod nosem do samej siebie – …albo bardzo nie chce być gdzie indziej.Na moment jeszcze zatrzymała na nich spojrzenie, jakby próbowała coś dopasować do siebie, po czym wzruszyła ramionami i wróciła do dziewczyn.
– Dobra, koniec podglądania.Uśmiechnęła się lekko, łapiąc rytm muzyki.
– Tańczymy, zanim ktoś znowu zrobi tu przedstawienie. -
Zamek Falkenstein; koło południa
Adam Chlebowski
- No dobra młody - jeden z pracowników z Pracowni Konserwacji Zabytków dał mu lekkiego klemensa w kark. - Wkurzyłeś szefa, ciesz się że tylko tylko. Następnym razem nawet nie próbuj, wpadniesz do dziury i sobie kark złamiesz. A teraz spieprzaj! - pchnął Adama w kierunku drogi.
Kierowca przy mercedesie nadal stał nieporuszony całą sytuacją.
Adam Chlebowski przez stres miał chyba dziurę w pamięci, bo ostatnie kilka lub kilkanaście minut pamiętał jak przez mgłę, albo jego mózg nie chciał się pogodzić z tym co się zdarzyło i salwował się niepamięcią. Może i dobrze.
Próbował sobie przypomnieć, ten szkop go usłyszał, potem on sam krzyczał, próbował uciekać, potem chyba ten szkop go dogonił (ten dziadek? jak to w ogóle możliwe? Może znowu się przewróciłem?) i przytrzymał, uścisk miał pancerny. A potem co? Coś mu świtało, że potem Niemiec zawołał tę tłumaczkę, ta chyba tego pracownika, prowadzili go na zewnątrz i...
- Co tak stoisz jak krowa na miedzy? Do widzenia. - ten konserwator był chyba nawet rozbawiony całą sytuacją.
Reszta uczniów już sobie poszła, podobnie jak nauczyciel. Do domu miał dosłownie rzut beretem.
-

Adam Chlebowski
Problemy z pamięcią
~Co, do cholery ?! Ten szwabski Doctor Mengele musiał mi wstrzyknąć jakieś narkotyki! Tyłek i przód mnie nie bolą więc mnie nie wykorzystali~ pomyślał sobie Adam, i pokręcił głową jak pies, który wyszedł z jeziora, wciąż czuł się pogubiony. Ruszył do domu teraz jak o tym pomyślał, to krepina przecież się podrze przy najdrobniejszym ruchu! Ważne że nie wezwali Ojca nawet jak mu coś wstrzyknęli do krwiobiegu, tak jak mówili na godzinie wychowawczej kiedyś tam to najwyżej będzie bardziej taneczny w klubie.
Planował wziąć szybki prysznic po szkolę (przy okazji sprawdzając czy nie zostały mu jakieś ślady po niemieckich igłach! Serio jakaś dziwna sytuacja z tym Niemcem! Eksperymenty na ludziach czy co ?! ) w głowie zaczął mu świtać już nowy pomysł na kostium...
Plany na wieczór
Miał zamiar szybko pobiec do łazienki ściągnąć spodnie i schować je do plecaka żeby nikt nie dojrzał przerwania dopóki nie da rady przeszyć i spróbować naprawić... Pamiętał że starszy brat miał z tyłu szafy czarny garnitur na który od lat już był za duży przez złą dietę i brzuch piwny. Młodszy Chlebowski planował wziąć spodnie i marynarkę ze sobą na tyły Domu Kultury miał też czerwone skarpety z bazaru które nie mogły być prane w pralce bo wszystko farbowały... Adam planował wziąć ciuchy i wyprać je w jakieś misce na tyłach Domu Kultury licząc że zabarwi za duże ubrania po starszym bracie na różowo! Potem będzie to musiał wszystko wysuszyć swoją suszarką do włosów, same włosy planował przylizać żelem i założyć okulary które również chciał podebrać bratu...
Dzień zaczął się kijowo ale była szansa go jeszcze uratować pod warunkiem że uda mu się wykraść z domu bez niepoznaki nawet jeżeli przez przygotowania miałby się nieco spóźnić na samą dyskotekę to oczami wyobraźni już widział swoje WIELKIE WEJŚCIE...
-
Adam Chlebowski
Po powrocie do domu szybko przystąpił do realizacji swojego wymyślonego po drodze planu. Pod prysznicem, ze strachem, obejrzał i obmacał siebie w poszukiwaniu śladów po zastrzykach. Nic nie znalazł, a szukaj przecież gruntownie, ranek i siniaków niewiadomego pochodzenia.
Pozyskanie garnituru też poszło sprawnie, garniak był tylko trochę przykurzony. Z garniturem i suszarką do włosów w plecaku bez problemu wszedł do domu kultury, nie zwrócono na niego uwagi (albo raczej nie zwrócił większej uwagi niż zwykle, był tam częstym gościem i znano go z widzenia - skoro jak dotąd nic nie ukradł, to można było mu zaufać).
Samo pomieszczenie na tyłach domu kultury nadal lekko pachniało zawilgoceniem, przez tę całą powódź. Ale wiedział, gdzie jest kran i gdzie znajdzie miskę lub inny pojemnik. Dorzucił TE skarpety.
Poszło nie tak. Stanowczo poszło nie tak. Garnitur, po wysuszeniu, nie był już czarny. Ale chyba nawet i daltonista nie powie, że był różowy. Był na pewno bardziej czarny niż różowy. Sam musiał to przyznać, bo kolor był daleki od różowego.
Zafarbowany garnitur był ciemno-buro-buraczkowy, tego ostatniego najmniej. Po prostu paskudny. Adam popełnił ten błąd, że próbował ufarbować czarny garnitur. Te skarpety skutecznie farbowały jasne ubrania.
-

Adam Chlebowski
Adam wziął się za farbowanie podśpiewując sobie "If You're Anxious for to Shine" autorstwa GIlbert & Sullivan's z 19 wiecznej operetki komediowej"Patience"... Miał szczęście że Pani Kowalska pracowała kiedyś w USA i podzieliła się biblioteką swoimi zbiorami płyt winylowych z różnych oper i operetek.
Było wśród nich wiele pięknych utworów które kochał, niestety nie miał dość dobrego głosu żeby próbować śpiewania, ale wciąż kochał te słowa które mimo stuleci nie straciły prawie w ogóle na aktualności! A krytyka zakłamania bardzo pasowała mu do tego co obecnie robił (tak był w pełni świadom ironii i własnej hipokryzji!)Projekt nie wyszedł tak jak to sobie wyobrażał.... Mina mu zrzedła, przez chwilę miał ochotę rzucić to wszystko w diabły bo i tak już był spóźniony a lepiej było być uznanym za tchórza niż przez całe liceum być znanym jako "Pan Buraczek".
//- Nie prawdziwy artysta nigdy się nie poddaje! Kreatywność i pomysłowość potrafi uratować każdą sytuacje - Powiedział do spurchlałych, zagrzybionych ścian starając się dodać sobie animuszu.Pamiętał że niedawno próbował pomóc zamalować te ściany żeby pozbyć się zacieków po powodzi (nie wyszło zacieki i grzyb wylazły zza farby a na razie nie było kasy na specjalną anty grzybną) ale wydawało mu się że gdzieś tu zostało trochę starej zielonej farby?
Gdyby zrobił na tym o dwa numery za duże garniaku zielone ciapki może wyglądałby na tyle zabawnie żeby zamiast być obśmianym stać się częścią żartu i komediantem ? Był gotowy spróbować " kto nie ryzykuje ten nie pije szampana" jak to mawiają ruskie!
Mechanika:
Rzut na maker bo robimy garnitura poprawki... Wyszło 6! Bo tech mam 2 w KP ale przez stan, z poprzedniej porażki rzucam jedną kostką i wyskoczyło 6 to chyba sukces ? link do rzutu -
Dyskoteka w klubie "Miami"
Impreza rozkręcała się na wielu płaszczyznach. Po kilku minutach "swojskiej muzyki" didżej ruszył w mocniejsze klubowe nuty, puszczając muzykę elektroniczną, o wiele żwawsze.
Na parkiecie Paulina z Arkiem i Alicja z Krzysztofem dobrze się bawili. Gdyby nie tłum i ciągłe popychania można było zobaczyć, że Arek z Pauliną bawią się ze swobodą, naturalnie. Krzysztof z Alicją tworzyli sztywniejszy, ustatkowany duet, gdzie to Krzysztof był kotwicą bez swobody ruchów. Alicja zbytnio nie zauważała tego, będąc spiętą pojawieniem się jednego z kumpli brata, którego obecność była z automatu zaprzeczeniem dobrej zabawy.
Kasia chyba była zła, że kontakt z Mikołajem był nieudany (i to z jego winy!), ale podążyła za nim, stojąc w tłumie, kiedy ten siedząc naprzeciw wejścia coś krzyczał. Zaintrygowana patrzyła jak ochrona blokuje przejście jakiemuś dresiarzowi.
Adam zwracał uwagę. Nawet w słabym świetle ulicznych latarni widać było te jaśniejsze punkty pokrywające garnitur. Kompozycja zielonych punktów wyszła dobrze, nawet dobrze, groszki nie wyglądały jak pacnięte byle jak.
Intrygowały.
Grupka kompletnie nieznanych ludzi wskazała na niego palcem, krztusząc się papierosowym dymem. Adam nawet ich nie zauważył, na spokojnie wspinając się na piętro do klubu. Nie było dużej kolejki, tylko grupa dresów stojąca trochę z boku dopalająca ostatniego szluga. Wszedł do klubu, słyszalna już na zewnątrz muzyka stała się głośniejsza i stanął przed bramkarzami kłócącymi się z kolejnym dresem.
Mikołaj też zauważył Adama. Z teatralnym żalem stwierdził, że Chlebowski nie miał na sobie różowego garnituru. Jego strój to był za to buro-buraczkowy w duże zielone grochy. To samo widziała Kasia pochylająca się za oparciem sofy.
- O ja cię... - i pobiegła w głąb sali.Po chwili Kasia i Asia jednocześnie przerwały dobrze rozwijające się znajomości.
- Jest Adam! - wykrzyczały do Pauliny, Arka, Alicji i Krzysztofa.Sytuacja na wejściu się zagęściła. Dresy dopaliły i wbiły się na salę.
- O kurwa, patrzcie na tego pajaca, he, hehe!- jeden z nich trącił Adama w ramię. -

Adam Chlebowski
Celem Adama tego wieczoru było przybranie roli klasowego klowna, wiedział że wyglądał idiotycznie ale w tym, przerysowaniu kryła się sekretna broń! Jeżeli sam tworzysz żart śmiech przestaje być ostrzem a staje się walutą!
//- Zajebiste co nie ? Ściągnąłem od rudej krowy w kropki bordo hahah - Odpowiedział chłopakowi który trącił go w ramię, puścił oko dając znać że nie mówi poważnie i zaczął "tańczyć Jacksona" w rytm muzyki która wypływała na zewnątrz.
Z oryginalnego konceptu krepinowego Miami Vice został jedynie powiązany sznurkami karton pod spodem marynarki przez co Chlebowski wyglądał na komicznie przypakowanego długie włosy przylizał toną żelu do włosów.Wiedział że kostium wyszedł mu świetnie, teraz potrzebował tylko wczuć się w rolę. Zamiast brać na bary ubranie się w najlepszy ciuch i bycie najfajniejszym ogierem w stajni czyż nie lepiej wymyślić własną niszę gdzie nie ma konkurencji ?
-

Mikołaj Pogorzelski
Mikołaj obserwował grand entrance Adama i zabiegi chłopców po chemioterapii w bazarowych dresach. Trzy paski Abidosa zmarszyły się kreszem, gdy zwracającą uwagę lepą, troskliwie upewniali się, czy aby nie ma żadnego problemu. Odpowiedź wyszła poza schemat, bo stali tak z rozdziawionymi paszczami i zwiechą wymazaną na ryjach. Co puste łby były w stanie wydalić, ściekało z kącików ust i spływało strużkami po brodach.
Odwrócił się, sprawdzając czy Kasia wciąż za nim stoi wytrwale jak Jason Voorhees. Raz jedziesz potem. Potem się trzyma blisko. Nie czaił awangardy. Zniknęła w tłumie w reporterskiej pogoni za sensacją. Otwarcie. Oto nadszedł moment, by porzucić normików ich interesowaniom i po angielsku wyparować. Wszystkie oczy wbite w człowieka-biedronę i mało kogo obchodził zupełny nikt, przemykający wzdłuż ścian.
– Nara, wariaty – szepnął pod nosem, opuszczając oddział zamknięty.
Już na zewnątrz, z torbą przewieszoną przez ramię, odetchnął mieszaniną mgły i chłodnego powietrza. Wolnym krokiem oddalał od przygaszonych dźwięków Miami. Sycił nocą. Noc była bliska. Noc, Sen i siostra jego, Śmierć. Najlepsza rodzina.
Wytężył słuch, zbliżając się do brudnej plamy na mapie Sokołowa. Siedliszcza wszy, hivu i wąchaczy kleju. Z torby wyciągnął kastet, przełożył do kieszeni. Zimno metalowych obręczy opinających palce przynosiło komfort. Uspokajający dotyk ochronnego talizmanu. Naprężył mięśnie, gotowy by w razie potrzeby odcisnąć runę zaklęcia na kaprawej mordzie zniekształconej FAS, gdyby która się przypadkiem nawinęła. Trzymał się ciemności, czujny. Jak zawsze, gdy tędy przechodził. Odkąd pamiętał.
Furtka w ogrodzeniu zgrzytnęła zawiasami. Pchnął mocno by zatrzasnąć zamek. Chodził ciężko. Metaliczne uderzenie rozeszło się hałasem, wywołując wilka z lasu. Ogar wyjrzał spod schodów zaspanym wzrokiem. Polski Gończy, piękny, dumny, najmądrzejszy i najleniwszy ze wszystkich psów. Chłopak przyklęknął przy pupilu, tarmosząc wielkiego pluszaka, nazywając go „Ziewaczem” i „Kochanym Nieogarem”.
Kilka kroków, przekręcony klucz i był na ganku.
– Cześć, już jestem – krzyknął przez przedpokój w boazerii, w stronę zapalonych w głębi świateł. Mama wyszła z kuchni z krzyżówką w ręce.
– Czesc, dziecnko – przegryzała jabłko, z zawodową ciekawością przyglądając się opuchliźnie nad okiem. – Wypisze cie z mordowni, zobaczysz.
Groziła za każdym razem.
– Wezme Ogara na spacer – Mikołaj nie chciał kończyć dnia.
– Jak zdołasz go wyciągnąć – najpierw delikatnie uniosła mu włosy, potem dźgnęła palcem w śliwę.
– Mamo – syknął.
– Jak biją, nie przeszkadza – odgryzła kęs Antonówki. – Ne krecie sie byt ugo. Przyotuje ompres.
-

Paulina Kwiatkowska
Paulina nawet nie próbowała się już przedzierać przez tłum, kiedy Kasia z Asią praktycznie wykrzyczały im to do uszu. Wystarczyło jedno słowo.
Adam.
Automatycznie uniosła głowę, jakby dało się go zobaczyć ponad ludźmi. Nie dało się. Ale hałas przy wejściu mówił wystarczająco dużo. Zwolniła ruchy, jakby taniec nagle przestał mieć znaczenie. Tanczenym ruchem przesuwała się bliżej Kasi, żeby nie zniknęła jej zaraz w tłumie.
Paulina odwróciła się lekko w stronę wejścia, wspinając się na palce, próbując złapać cokolwiek ponad głowami ludzi. Światła migały, ktoś ją szturchnął barkiem, ktoś inny zahaczył łokciem.
— Kurwa, serio… — mruknęła pod nosem, bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Zatrzymała się na moment. Nie ruszyła od razu. Zamiast tego spojrzała jeszcze raz na Kasię, jakby oceniała, czy ta już leci w tamtą stronę, czy jeszcze ogarnia sytuację. Zawahała się, obserwując gesty i mimikę przy wejściu.
Już po sekundzie wiedziała, że coś jest nie tak. To nie było zwykłe „o, ktoś przyszedł”. To było to napięcie, które czuć zanim jeszcze zobaczysz problem.
— Idziemy zobaczyć co się odwala czy udajemy, że nas to nie dotyczy? — rzuciła ciszej, ale z tym charakterystycznym półuśmiechem, który mówił, że decyzja i tak już w niej zapadła. Jeszcze raz zerknęła w stronę wejścia. Tłum się tam dziwnie zagęszczał. Albo jej się tak wydawało.
Super. , przemknęła myśl niezadowolenia. Nie lubiła agresji, napięcia, spięcia… Takiej niewygodnej atmosfery.
Paulina zauważyła to szybciej niż powinna. Nie konkrety. Raczej to uczucie, że coś za chwilę pójdzie nie tak.
Zatrzymała się na moment, jakby tylko na sekundę wypadła z rytmu muzyki, po czym ruszyła w stronę drzwi, przeciskając się przez ludzi spokojnie, bez nerwów, jakby wciąż była w rytmie tańca. Dopiero bliżej zwolniła.
W końcu udało jej się zobaczyć.
Adam. Nie miał różowej marynarki, ale dalej uśmiechał się jak półgłówek.
Kilku typów obok. A on chyba myślał, że warto się do nich odezwać. Czemu?
Westchnęła cicho, ale już bez irytacji.
Podeszła do niego od boku, jakby wpadła na niego przypadkiem. Starała się być jak najbardziej urocza, a wiedziała, że zwykle jej to wychodzi.— O, jesteś — rzuciła lekko, jakby właśnie go szukała. — Zniknąłeś nam.
Uśmiechnęła się krótko, naturalnie, nawet nie patrząc dłużej na resztę. Jakby ich tam w ogóle nie było.
— Chodź, bo zaraz nam zajmą miejsce. — dodała, trochę ciszej, ale swobodnie, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Być może jeśli dresy załapią, że nie jest sam, dadzą sobie spokój, w końcu ciężej walczyć z grupą, czyż nie? Pomachała też Arkowi, który z niedaleka patrzył w jej stronę nie rozumiejąc, co właściwie robi.
Paulina już się nie odwracała, zakładając, że skumał i pójdzie za nią.
Na sekundę tylko zerknęła jeszcze w jego stronę, łapiąc z nim kontakt wzrokowy, wystarczający, żeby było jasne, że to nie jest prośba, tylko rozwiązanie.
Ruszyła z powrotem w tłum.
. Postanowiła, że później mu wygarnie, jakim jest pajacem. Tak na wszelki wypadek, nim zdąży pomyśleć, że spodobała jej się jego stylówa błazna. -

Alicja Filipowicz
Krzysiek starał się bardziej, niż wymagała tego sytuacja. I gdyby Alicja zabrała go na parkiet tylko dlatego, że naprawdę chciała z nim zatańczyć, pewnie bardziej doceniłaby jego starania - nawet jeśli były trochę nieporadne i niezręczne.
Dla Alicji jednak ten taniec był przede wszystkim pretekstem. Sposobem, by odsunąć się od wejścia, a jednocześnie mieć je cały czas na oku. Kontrolować, kto wchodzi.
I tylko na moment, naprawdę krótką chwilę, oderwała spojrzenie. Jej niebieskie oczy skrzyżowały się ze spojrzeniem Komedy.
Uśmiechnęła się lekko. Trochę niezręcznie, trochę z uprzejmości, a trochę po to, by dodać mu otuchy. Jakby chciała powiedzieć: dzięki, wiszę ci przysługę.Ale to wszystko. Nie mogła pozwolić sobie na więcej. Na dłuższą wymianę spojrzeń, na rozmowę, na rozproszenie.
Jej uwaga natychmiast wróciła w stronę wejścia, przy którym zaczynała gęstnieć atmosfera. Zbierała się tam grupka lokalnych dresów i...- Jest Adam! - Głos Kaśki i Aśki rozdarł przestrzeń niczym alarm przeciwbombowy.
Alicja momentalnie zmieniła cel swojej uwagi, wychylając się zza Krzyśka, z którym wciąż tkwiła w tym niezręcznym, pozbawionym rytmu tańcu.- O… wow… - wyburknęła tylko.
Odsunęła się od Krzyśka, pozwalając, by sam mógł zobaczyć, co się dzieje. Obecność typów pokroju jej własnego brata nigdy nie zwiastowała niczego dobrego. Dresiarze podjudzeni wyglądem i zachowaniem Adama - to był przepis na rozróbę.
Alicja jednak niespecjalnie przejęta była losem Chlebowskiego. Wciąż wypatrywała tylko jednego. Jak złego znaku. Jak czegoś, co może pojawić się w każdej chwili i wszystko spierdolić.- Muszę spadać - powiedziała do Krzyśka.
Nie widziała nigdzie swojego brata. To mógł być jedyny moment, żeby się ulotnić.
- Dzięki za… no wiesz. Nie było źle. - Znowu się uśmiechnęła. Ale trochę inaczej niż wcześniej. - Pożegnaj resztę. Widzimy się w szkole.
I zaczęła przeciskać się w stronę wyjścia, ukrywając twarz pod burzą blond włosów.
-

Krzysztof Komeda– Muszę spadać. Dzięki za… no wiesz. Nie było źle. Pożegnaj resztę. Widzimy się w szkole.
Alicja uśmiechnęła się do niego, ale to nie był uśmiech dziewczyny, która dobrze się bawi. Krzysiek znał takie uśmiechy, bo sam je produkował hurtowo przy matce.
– Do jutra – opowiedział.
Alicja odwróciła się i zaczęła przeciskać w stronę wyjścia, chowając twarz pod włosami. Patrzył za nią i próbował zrozumieć, co się właśnie stało. Czyżby aż tak chujowo tańczył? Na razie nie miało to jednak znaczenia, bo ktoś w końcu wypatrzył Chlebowskiego a przecież to dla niego tu przyszedł. By na własne oczy zobaczyć to upokorzenie, jakie sobie za chwilę zafunduje Adaś. Komeda zszedł z parkietu cofając się pod ścianę. Wychylił się zza głów ludzi. Przy wejściu faktycznie stał on. Ale nie miał na sobie różowej marynarki z krępiny. Założył garnitur pokryty ciapkami, włosy przylizał na żel. Krzysiek nie znał się na modzie, ale nawet on musiał przyznać, że przy Chlebowskim wygląda jak ten stary dziad, który co niedziele wystaje przed kościołem zbierając na protezę.
Powoli docierała do niego prosta, szczera i brutalna prawda.
Chlebowski zrobił z niego durnia.
Nie było żadnej krepiny, żadnego Miami Vice, żadnego Crocketta i Tubbsa.
Cała ta gadka, cały ten jego słowotok, pierdolenie po próżnicy to było przedstawienie, które miało uśpić czujność Komedy. Wmówić mu, że ma do czynienia ze skończonym kretynem. Chlebowski zadbał nawet o rekwizyty. Przyniósł ciupagę, z którą pobiegł do zamku a Krzysiek połknął to jak rosół matki. Łyżka za łyżką, bez zastanowienia.
To nie idiota, pomyślał To geniusz.
Ale dlaczego on? Dlaczego Krzysiek? Znali się od kilku godzin, nigdy się wcześniej nie spotkali. Chlebowski nie miał żadnego powodu, żeby go wkręcać. Chyba że miał. Może chodziło o Kościół, o jego wiarę, o to że Krzysiek pół życia spędził przed ołtarzem? Może Chlebowski był świadkiem Jehowy, albo Żydem? Albo nawet satanistą, który obrał go za swój cel. Krzysiek słyszał różne plotki, nie tylko od matki i Bednarskiej. Marek wspominał kiedyś, że jakieś lesbijki organizują nocami czarne msze w Sokołowie. Może w mieście istniała też druga komórka czcicieli diabła złożona z samych pederastów? Komeda już niczego nie był pewien oprócz tego, że znalazł się na celowniku szkolnego prześladowcy. Współczuł "Carrie" a niedługo sam dołączy do klubu przegrywów.
Tymczasem pod wejściem zrobiło się zamieszanie. Krzysiek stanął na palcach i wtedy zobaczył jak Chlebowskiego otacza banda dresiarzy, którym chyba nie spodobała się jego stylówka.
On tańczy. Nie ucieka. On tańczy.
Mózg Komedy zrobił fikołka, potem obrót i salto w tył. Chwilę temu był przekonany, że Chlebowski to makiaweliczny złodupiec, który go ograł jak dzieciaka. Teraz patrzył jak ten sam złodupiec próbuje naśladować Micheala Jacksona i zaciekle bije się o nagrodę Darwina z ruskim spod Nowosybirska, który wyciągnął zawleczkę granata. Rusek myślał, że dopóki nim nie rzuci granat nie wybuchnie mu w łapie. Ich sytuacja wyglądała podobnie i koniec też mógł mieć identyczne zakończenie. Mimo to Krzysiek nie ruszył się z miejsca. Nie zamierzał się wtrącać, ale obserwował na wypadek gdyby jednak zaczęła się zadyma.
-
Dyskoteka w klubie "Miami"
Adam
Jeden z dresów nawet się zaśmiał, patrząc jak ten pląsa przed bramkarzem (bramkarz się nie śmiał, nie spuszczał wzroku z "elementu problemogennego"), ale reszta nie zareagowała tak jak chciał. Sztylety w oczach, grymasy (jednemu brakowało kilku zębów), brakowało tylko pary buchającej z nosa jak u byka. Widział, jak się zbliżają...
Mikołaj - w swoim domu
Ziewacz nie protestował, ale nic poza tym, nie przejawiał większego zainteresowania, nawet jak spod zaparkowanego na ulicy samochodu śmignął kot, albo coś podobnego. Zignorował to. Pies dłuższą chwilę obwąchiwał słupek ogrodzenia na rogu ulicy, dopiero po dłuższej chwili podniósł łapę.
Mikołaj zrobił rundkę z psem, wrócił na posesję. Gdy tylko zamknął drzwi zobaczył ojca stojącego przy telefonie. Proste plecy, sztywna postura. Od razu było widać, że to rozmowa służbowa. Albo goni komuś kota albo sam dostaje opieprz.
- Tak jest - odwiesił słuchawkę. Czyli to drugie.Mikołaj widział jak ojciec bezgłośnie, ekpresyjnie skomentował to po żołniersku: kurwa. (Mimika twarzy, ruch ust i od razu wiadomo, o jaką partykułę chodzi).
- Kto dzwonił? - mama wychyliła się z pokoju.
- Dowódca, dostał cynk od kolegi z Warszawy o niezapowiedzianej kontroli. Też z Warszawy. Goni wszystkich, muszę jechać do jednostki. Nie wiem na jak długo, ale może w czwartek będę z powrotem. A koty pewnie już w ramach nocnych ćwiczeń malują krawężniki.Krzysztof.
Piętrowe scenariusze w głowie nabierały tempa. Zniknęła gdzieś muzyka, zniknął gdzieś tłum. Adam otwierał przed nim kompletnie nowe wymiary. Fascynujące.
Adam i Paulina
Adam jakby ignorując wszystkich dalej robił występ przed dresami. Numer nie poskutkował, mógł rozpocząć odliczanie do momentu, kiedy pierwsza pięść trafi go w twarz, zanim ochroniarz zdąży zareagować.
Cztery.
Trzy.
"Billie Jean is not my lover"
Dwa.- O, jesteś. Zniknąłeś nam.
Jeden nigdy nie nastąpiło. Paulina, koleżanka z klasy, chwyciła go za ramię, ciągnąc na salę. A dresy... Opad szczęki, agresja która zamieniła się w maślane spojrzenia. Ordynarnie gapili się Paulinie na biust.
Paulina dosłownie czuła ich spojrzenia, gapili jej się na cycki. I na nogi. Rozbierali wzrokiem. Jak najszybciej pociągnęła Adama za sobą, żeby być jak najdalej od nich. Adam był przytomny na tyle, żeby mieć drobniaki na wejście, poszło sprawnie, a zanim tamtym agresja ponownie uderzyła do głowy, odgradzał ich już bramkarz. Nie wejdą.
- Hej, lala... - więcej nie usłyszała, muzyka stała się głośniejsza, a oni byli coraz dalej.Alicja
Mikołaj nie był jedynym który się ewakuował. O ile ten był dla dresów nikim i po prostu przeszedł, Alicja musiała to lepiej zaplanować. Widziała, jak Paulina ruszyła do Adama. Alicja zaryzykowała, odwracając się do ściany i...
Widziała, jak Paulina ściąga na siebie uwagę bandy problemów (swojego brata wśród nich nie widziała, co nie znaczyło że go tam na pewno nie było). Przemknęła chyba niezauważona, bo nikt jej nie zaczepił, szybko pokonał schody, niemalże rozpychając kolejnych dyskotekowców. Starcy imprezy na dziś. Odeszła jeszcze kawałek, odwróciła się. Nikt za nią nie szedł, nikt nie zwracał uwagi. Dokąd teraz? Do domu?
Krzysztof
Fascynujące. Obserwował jak dresy zaraz przypierdolą Adamowi i będzie nawalanka, ale wtedy pojawiła się Paulina i.... (widział też, jak Mikołaj i Alicja osobno wychodzą ignorując całe to zamieszanie), i... Adamowi nic się nie stało, podążał jak posłuszny psiak holowany przez Paulinę, a dresi wyglądali, jakby byli w stanie zrobić wszystko jak tylko dziewczyna kiwnie palcem. Czary.
Jak ona to to zrobiła? Wszystkie dziewczyny to potrafią? Nawet Carrie? Nawet siostra Faustyna?
...
The lover of life's not a sinner
The ending is just a beginner
The closer you get to the meaning
The sooner you'll know that you're dreaming
...Czy śni, czy to coś innego? Smok na dupie, niepytany, zionął ogniem.
-

Adam Chlebowski
Chlebowskiemu nie trzeba było dwa razy powtarzać podążał za Kwiatkowską w pełni naturalnie //- Dzięki Paulina uratowałaś mi skórę, wiszę ci przysługę jakby mi wlali to by pewnie Ojciec poprawił za to że pozwoliłem się pobić.... Nie mam ładnych ciuchów to chciałem zrobić coś śmiesznego niestety nie wszyscy mają poczucie humoru. - Naprawdę czuł sporą ulgę i wdzięczność wobec nowej koleżanki.
Mimo kiepskiego początku wieczoru i tak zamierzał się dobrze bawić i potańczyć.
-

Krzysztof Komeda
Smok na dupie przypomniał o sobie w najmniej odpowiednim momencie. Krzysiek zacisnął zęby i przeniósł ciężar ciała na lewą nogę, ale to nic nie dało. Czuł się jakby miał hemoroidy, choć nigdy nie miał hemoroidów i nie wiedział do końca na czym to polega. Ale kiedyś na wigilii wujek Andrzej z Jeleniej Góry między jednym a drugim kieliszkiem, jeszcze zanim zdążył się pokłócić z teściem o Wałęsę i zwyzywać Kwaśniewskiego pożalił się, że nie może nawet się podetrzeć, bo tak go piecze. Krzysiek miał nadzieję że rana się nie otworzyła. Ciemnoczerwona plama na spodniach byłaby sensacją wieczoru przy którym marynarka z krepiny to niewinna igraszka. Nikt by przecież nie uwierzył w tatuaż smoka na dupie wydziarany w chałupniczych warunkach w piwnicy sąsiada. We wtorkowy poranek cała szkoła by huczała, że Krzysztof Komeda z IB dostał rozwolnienia w klubie Miami i przegrał nierówną walkę ze zwieraczami.
Krzysiek zauważył, że Paulinie udało się odciągnąć Chlebowskiego od dresów. Poczuł ulgę, choć sam tego nie rozumiał. Bo przecież Chlebowski ewidentnie na niego polował. Może przemawiały przez niego resztki chrześcijańskiego miłosierdzia, albo może po prostu nie chciał oglądać jak gęba rówieśnika niczym tyłek Krzyśka po spotkaniu z maszynką do dziarania zamienia się w krwawą papkę.
Wiedział za to jedno. Jeśli Chlebowski go zobaczy to na pewno wykorzysta okazję by znów go spróbować pogrążyć. A już na pewno tak zrobi jeśli rana się otworzy a na spodniach pojawi się plama. Krzysiek nie zamierzał siedzieć i nadstawiać łba pod ciupagę. Musiał zniknąć po angielsku, wrócić do domu, zrobić zimny okład i iść spać.
Był zły na siebie że w ogóle wyszedł i okłamał matkę. Jutro Helena Komeda prześwietli go jak rentgen i wypyta jak było na imprezie u proboszcza. I jeśli kłamstwo w końcu się wyda trafi do piekła jeszcze za życia. Będzie gotować się w kotle wypełnionym łzami matki.
Ruszył w stronę wyjścia. Próbował nie rzucać się w oczy, nie dać po sobie poznać że coś go boli. Ktoś przeszedł obok, szturchnął go biodrem i Krzysiek stęknął cicho. Zdążył jeszcze przekląć w duchu Chlebowskiego i siebie samego po czym wyszedł z Miami i powlókł się chodnikiem w kierunku Błonia.
-

Mikołaj Pogorzelski
Mikołaj się przysłuchiwał. Nawet w rozmowie telefonicznej ciało żołnierza przyjmowało postawę zasadniczą. Tak wytresowane. Zabawne, choć do śmiechu wcale nie było. Zrobiło się nerwowo, aż włosy na ciele uniosły się naelektryzowane napięciem w powietrzu. Ojciec z ciężkim westchnieniem poszedł się przebrać. Wiązał krawat przed lustrem. W ostatnich tygodniach wyraźnie wzrosła ilość siwych pasm przecinających zaczesaną na prawo, zawsze schludnie przystrzyżoną fryzurę. Ucałował mamę.
– Poczekam na zewnątrz – uśmiechnął się z wyrazem „ot, kolejny poniedziałek w armii”. Ewakuował, chcąc oszczędzić sobie dalszych pytań.
Stanął na schodach prowadzących na ganek. Obok walizki. Zawsze spakowana. Telefon mógł zadzwonić w każdym momencie, psując przyjemny wieczór, rodzinny wyjazd, jakiekolwiek plany. Na niej spoczywała garnizonowa czapka z gwiazdą na otoku. Podwójnym galonem na daszku. Wysunął do połowy pocisk z magazynku Camela, zabijający z opóźnieniem. Bawił się zapalniczką, gdy Mikołaj przysiadł koło niego.
– Myślałem, że rzuciłeś – chłopak zagaił.
– Kawa i papieros, tak się zaczęło, sposób na przetrwanie nocnej wachty – pstryknął krzemieniem. Iskry rozświetliły zmęczoną twarz. Wbił fajkę z powrotem do opakowania.
– Nigdy nawet nie zaczynaj – wyciągnął ostrzegawczo wskazujący palec.Trwali dłuższą chwilę w milczeniu. Aura nocnego nieba sprzyjała spojrzeniu z dystansu, ułożeniu myśli.
– Chcą rozformować Centrum – major legnickich wojsk łączności wycedził ostrożnie, prawie niesłyszalnie.Odpowiedział mu uniesiony wzrok, trafiony wiadomością artyleryjskiego kalibru.
– To pewne?– Bolesławiec, Kętrzyn, nawet WSW z Mińska. Dlaczego nas mają oszczędzić? – wojak spojrzał tęsknie na schowanego kiepa. – Po reformacji, jedyne co ciągle słyszę to „reorganizacja”.
– Co będzie?
– Nic. Najwyżej zdejmę mundur. Szkoda zostawiać wszystko. Zaczynać w innej części Polski.
– Może bliżej stolicy wyślą? – Mikołaj kombinował. – Lepsze stanowisko, perspektywa awansu. Jakby coś jadę z tobą.
Cisnął uwierającym, wygrzebanym spod tyłka kamieniem. W dal, w nic konkretnego i w całe przeklęte miasto zarazem.– Nie bądź taki do przodu – poczuł kokosa wwiercanego w czaszkę. – Żołnierze przelewali krew stawiając nasz luksusowy klocek.
– Trzeba było kotom bhp kazać przestrzegać – nastolatek wysmyknął się spod pięści wbijanej w czubek głowy.
Przed ogrodzenie zajechał Honker. Zatrzymał się trzeszcząc szutrem. Kierowca wysiadł. Chciał dzwonić do furtki, lecz zobaczył przełożonego przed drzwiami. Zaniechał. Cofnął się kilka kroków. Oczekiwał przy samochodzie.
Major Pogorzelski poprawił marynarkę, krawat, założył czapkę.
– Trzymaj się, młody. Będą rozkazy, będziemy się martwić – poklepał syna po plecach. Wyszedł na chodnik. Kierowca zasalutował. Zniknęli we wnętrzu pojazdu. Smugi świateł rozświetliły ściany sąsiednich posesji przy nawrocie. Silnik zawarczał. Nabierali prędkości. Przesłonił ich zakręt.– Trzymaj się, Ogar. Będą rozkazy, będziemy się martwić – dzieciak przedrzeźniając, poklepał psiaka po karku. Wrócił do domu.
Długo stał pod natryskiem, zmywając z siebie dzień. Nie tylko brud. Słowa, dźwięki, zapachy. Ludzką obecność. Przebrany, z ręcznikiem na głowie poszedł zrobić tosty. Zamknął się z nimi w pokoju i czekając aż włosy wyschną, robił błogie nic. Siedząc na łóżku, oparty o poduszkę, chrupał warstwy sera, szynki, ogóra i pomidora. Muzyka w tle przygrywała.
The more I drink, the more I see
That suicide could be the key
To the place called paradise
Where pain not dwells, not hate nor lies
But if I look beyond all this
I reckon something I would surely miss
Because in my dreams I rule my life
And the sleeping beauty is my wife…Myśli wędrowały w stronę Felicji. Nie zauważył, kiedy zasnął.
-

Paulina Kwiatkowska
Paulina przewróciła oczami, stając naprzeciw Adama z rękami założonymi na piersi. Pewnie nawet nie zauważył, że jest wściekła — a była. I to bardzo. Może nie znała tych dresów z imienia, ale kojarzyła ich aż za dobrze. Właściwie każdy kojarzył. Jeśli ktoś robił burdy i psuł innym zabawę, szybko zapadał w pamięć.
Nie chciała się w to mieszać… ale jeszcze mniej chciała patrzeć, jak Adam pakuje się w coś, z czego może nie wyjść cało.
— Czy ty masz jakikolwiek instynkt samozachowawczy? — zrugała go od razu, gdy tylko odeszli na bok. — Nie musisz robić z siebie idioty, żeby komuś zaimponować. Albo w ogóle mieć znajomych. Serio.
Weszła w ten swój „nauczycielski” ton, ale gdzieś pod spodem czuła coś jeszcze — coś na kształt współczucia. Miał w sobie znajome jej uczucie. Jakby też próbował być kimś innym, żeby tylko zostać zaakceptowanym.
Jej głos mimowolnie złagodniał.— Ech… dobra. Wisisz mi przysługę.
Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo już po chwili dopadły ich dziewczyny, rozemocjonowane jak po najlepszym hicie kinowym trzymającym w napięciu.
— O kurdę, ale akcja!— wyrzuciła z siebie Asia.
— No, no… wywinęłaś się jak królowa — dodała Kasia z lekkim przekąsem.
— Adam, ale miałeś dziś farta — Magda uśmiechnęła się zaczepnie. — Serio, upiekło ci się.
Magda nie zamierzała sobie odpuszczać. A Adam… cóż. Wcale nie wyglądał źle. Trzeba mu przyznać, że był całkiem zabawny i przystojny. Nieco głupkowaty. Widać było że przy nim blondyneczka zdążyła zapomnieć o Krzyśku.

Paulina jednak o nim nie zapomniała.
Kiedy dziewczyny porwały Adama na parkiet, otaczając go jak wygłodniałe piranie, kątem oka dostrzegła blondyna. Stał trochę z boku, zgarbiony, ręce w kieszeniach, jakby próbował zniknąć. A potem ruszył w stronę wyjścia.
Bez słowa przyspieszyła.
— Krzysiek, czekaj!Zatrzymał się — albo raczej został zatrzymany. Jeden z dresów zagrodził mu drogę, mierząc Paulinę spojrzeniem. Nie powiedział ani słowa, ale nie musiał. Samą postawą dawał jasno do zrozumienia, że lepiej nie wchodzić mu w drogę.
Paulina nie zamierzała się zastanawiać czy to dlatego, że mu się spodobała, czy może chcą wklepać komuś innemu.
Podbiegła, złapała Krzyśka za rękę i pociągnęła go z powrotem w tłum. Prychnęła pod nosem — przez moment poczuła się jak jakaś syrena wabiąca rozbitków.
Krzysiek wyglądał na kompletnie zagubionego. To zdecydowanie nie był jego świat. Widać to było w każdym jego ruchu. Może nie zawsze rozumiała emocje ludzi, ale jedno wiedziała na pewno — on czuł, że tu nie pasuje.
Na parkiecie panował chaos. Magda kleiła się do Adama, Arek kręcił się przy Kasi, Asia tańczyła gdzieś obok, śmiejąc się bez opamiętania. Nie było sensu im przeszkadzać — zwłaszcza że leciała szybka, skoczna nuta.
Paulina nachyliła się do Krzyśka.

— Wiem, że to nie twój klimat — powiedziała głośno, próbując przekrzyczeć muzykę. — Ale spróbuj się po prostu dobrze bawić. Nie myśl o sobie, o tym jak wyglądasz, co robią inni…
Zrobiła pauzę i uśmiechnęła się lekko. Skąd wiedziała? Nie dało się ukryć, po ubiorze na rozpoczęciu roku szkolnego.
— To oni są tłem. Ty jesteś gwiazdą. Płyniesz.
Próbowała zaszczepić w nim trochę luzu, choć nie była pewna, czy w ogóle wie, co ze sobą zrobić. Dlatego zaczęła pokazywać mu proste ruchy — dalekie od jakiejkolwiek kokieterii. Ruszała się swobodnie, jakby naprawdę „płynęła”, bez napięcia i bez pozowania. Jej taniec był czystą, nieskrępowaną zabawą. Nie próbowała nikomu imponować ani udowadniać, że jest najlepszą laską na sali. Po prostu była — tu i teraz — i to było w niej widać. A jeśli Krzysiek nie miał ochoty się w to wciągnąć, robiła wszystko, by przynajmniej rozluźnić atmosferę.
Po kilku szybkich kawałkach byli już kompletnie zdyszani. Paulina złapała go za rękaw i zaciągnęła do stolika. Zamówiła dwa napoje i opadła na krzesło, próbując złapać oddech.
— No i co… aż tak źle? — rzuciła z uśmiechem, popijając przez słomkę.
Przyjrzała mu się uważniej.
— Ej… serio. Co cię gryzie?
Nie znali się prawie wcale, a jednak zależało jej, żeby poczuł się tu choć trochę swobodnie. Może robiła to dla niego… a może trochę dla siebie.

Po chwili przy stolikach zebrała się już cała ekipa — dziewczyny, Arek i Adam. Trzeba było przenieść się do większego stołu, żeby wszyscy się pomieścili, więc Paulina z Krzyśkiem bez słowa zmienili miejsce.
Paulina oparła się wygodnie i rozejrzała wokół. Była zadowolona. Ten wieczór układał się lepiej, niż się spodziewała. Udało jej się zbliżyć do kilku osób — w tym dwóch, które jeszcze niedawno były dla niej zupełnie obce.
Kasia patrzyła na nią z czymś na kształt uznania. Magda najwyraźniej nie żałowała, że odpuściła Krzyśka — taniec z Adamem w zupełności jej wystarczył. Wyglądało na to, że jego styl naprawdę przypadł jej do gustu… choć kto wie, co powie jutro.
Asia była w swoim żywiole. Ożywiona, wpatrzona w Adama, który właśnie rozkręcał jakąś historię. Lubiła takie momenty — siedzenie przy muzyce, rozmowy, śmiech.
To była krótka chwila oddechu.
Zanim znów wrócą na parkiet.

-

Alicja Filipowicz
Odetchnęła z ulgą, kiedy w końcu wydostała się z klubu, w którym zrobiło się dla niej zdecydowanie za ciasno. Przed wejściem wciąż kręciło się kilka osób - ktoś stał pod ścianą i palił papierosa, ktoś inny próbował przecisnąć się do środka. Dla wielu wieczór dopiero się zaczynał.
Alicja zapięła zamek kurtki, bo przez ciało przebiegł jej zimny dreszcz. Choć wakacje ledwo się skończyły i był dopiero początek września, wieczorne powietrze przeszywało rześkim chłodem. Skrzyżowała ręce na piersi, dodając sobie trochę ciepła, po czym ruszyła przed siebie, zostawiając “Miami” i dyskotekę za sobą.
Latarnie oświetlały drogę ciepłym, pomarańczowym światłem, ale były rozstawione zbyt rzadko, przynajmniej jak na gust Alicji. Idąc samotnie chodnikiem przez puste miasteczko, wcale nie czuła się pewnie. Może powinna była zostać dłużej i poprosić kogoś o odprowadzenie? Może spotkanie Jarka nie byłoby wcale najgorszym pomysłem - w jego towarzystwie na pewno mogła liczyć na bezpieczny powrót.
Ulice Sokołowa Śląskiego po zmroku miały w sobie coś niepokojącego. Alicja nie potrafiła do końca określić co. Czy chodziło o to, że choć nie wybiła jeszcze północ, miasteczko było kompletnie opustoszałe? A może to upiorny zamek górujący nad miastem i jego ponura historia kładły się dodatkowym cieniem?
Droga do domu w słabym świetle latarni dłużyła się, a w głowie pojawiały się coraz gorsze scenariusze. Alicję ogarnęło nieprzyjemne uczucie ściskające gardło i żołądek. Naprawdę zaczęła żałować, że nie została dłużej w klubie z dziewczynami. Przyspieszyła kroku - odruchowo, jakby coś w środku kazało jej to zrobić. Nie słyszała żadnych kroków ani szelestów. Wręcz przeciwnie - otaczała ją głucha cisza śpiącego miasteczka. A jednak miała nieodparte wrażenie, że ktoś za nią idzie. I że jest bliżej, niż powinien.
Nie obejrzała się. Wiedziała, że jeśli ktoś naprawdę tam był, mogłoby go to tylko sprowokować, a ją spowolnić. Szła szybko, pewnie, choć wcale się tak nie czuła. Przeciwnie - zaczynała się bać. Czy to tylko wyobraźnia, czy ktoś rzeczywiście szedł za nią? Nie była na tyle odważna, albo na tyle głupia, żeby to sprawdzić. Ścisk w gardle narastał, a do oczu zaczęły napływać łzy, rozmazując obraz. Serce łomotało jak oszalałe. Miała wrażenie, że ktokolwiek za nią szedł, był już tuż za nią. Mogłaby przysiąc, że czuła czyjś oddech na karku. Że coś do niej szeptało.
Zaczęła biec. Ile sił w nogach. Wpadła na podwórko przed domem i dopadła drzwi wejściowych. Były otwarte - ojciec był w środku, nie zamknął na klucz, wiedząc, że Alicji i Jarka nie ma. Nie obejrzała się ani razu. Dopiero kiedy znalazła się w domu, za zamkniętymi drzwiami, pozwoliła sobie odetchnąć.
Niedługo później, już we własnym pokoju, zakopała się pod kołdrą i zasnęła niemal od razu.
-

Adam Chlebowski
// - Wiesz Paulina u Willama Szekspira błazen zawsze jest najmądrzejszą postacią jak sam zrobię z siebie idiotę i obrócę to w żart to nikt obcy nie może mi tak zrobić - Powiedział puszczając oko niby w żarcie ale po zachowaniu dresów widać było, że to bardziej pobożne życzenia i fantazje Adama niż fakt //- Niestety, jak widać nie wszyscy łapią moją poczucie humoru... - Dodał w ramach usprawiedliwienia.
Potem został porwany w chaos życia towarzyskiego! Tańczył dobrze, nie deptał Magdzie po nogach, starał się aby czuła się księżniczką wieczoru. Nie roił sobie przy tym, żadnych marzeń o chodzeniu ze sobą, czy ślubnym kobiercu... Nie zdziwi się, jeżeli Madzia jutro zapomni jak ma na imię ale to nie było ważne bo cieszył się chwilą!
Dużo się uśmiechał, więcej słuchał niż mówił, żeby nie wyjść na jeszcze gorszego dziwaka, choć na to już był za późno ?
Nawet głębokie cienie pod oczami jakby na chwilę zniknęły bo zapomniał o domowym piekle które były ich powodem.
