Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Pipboy79P
Pipboy79 jako
Pipboy79
Mistrz Gry
DekaresD
Dekares jako
Dekares
MirasM
Miras jako
Miras
CioldanC
Cioldan jako
Cioldan

Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
193 Posty 6 Uczestników 696 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • CioldanC Niedostępny
    CioldanC Niedostępny
    Cioldan jako Cioldan
    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
    #5

    Miejsce : Ostland; sektor pd-zach; Ristedt; dom Albwina
    Czas : 2521.04.11 Bezahltag; wieczór
    Warunki : główna izba, jasno, ciepło, spokojnie; na zewnątrz: wieczór, śr.wiatr, pogodnie, chłodno

    - Młody, jak tak dalej pójdzie to i my będziemy musieli się stąd wynieść - powiedział smutnym, jednocześnie bardzo melodyjnym głosem mężczyzna.
    - Wuju, nie masz co się martwić! Mówię już ci kolejny tydzień, zaciągnijmy się do armii! - odpowiedział mu inny mężczyzna, głębokim głosem, którego nie powstydziłby się żaden herold.
    - Co Ty gadasz... Już Hal'il się zaciągnął... - odpowiedział mężczyzna nazwany wujem. Zrobił pauzę na łyk piwa. Chwycił swój wielki kufel w dwie ręcę i w bardzo szybkim tempie opróżnił niemal całe naczynie. Kontynuuował wypowiedź - syn już mi przepadł gdzieś na wojnie, jeszcze brakuję, żebym ja zostawił moją Yuviel i moje dwie dziewczynki tutaj na pastwę losu...
    - Wujek! Uszy do góry, w końcu odeprzemy Burzę Chaosu - entuzjastycznie odpowiedział młodszy z rozmówców - ja na pewno się zaciągnę, trzeba pomóc ojczyźnie i przede wszystkim odnaleźć Hal'ila. Ty tu w takim razie zostań, bo mimo, że jest wojna, to jako kupiec, na pewno znajdziesz swoją niszę i dalej będziesz mógł handlować. Nie wiem przerzuć się na handel bronią albo alkoholem... Chyba jesz - nagle drzwi od izby otworzyły się, obijając się o ścianę z hukiem. Dwóch bardzo zaaferowanych mężczyzn przepychało się jakby obaj mieli do przekazania jakieś niesamowite wieści. W końcu jeden podstawił nogę drugiemu i stanął przed obliczem starszego mężczyzny.
    - Panie Albwinie, Pańska córka Lindara wróciła z Fort Korver! Pani Yuviel już ją przyjęła - dumny z siebie krasnolud przekazał informację. Drugi mężczyzna - średniego wzrostu człowiek - powli podnosił z ziemi swoje ciężkie ciało. Gdy już się wyprostował, otrzepał się i dodał od siebie - Eponia natomiast ogłosiła, że znalazła kupca na sprzęt browarniczy Hal'ila. Gdyby nie zaciągnął się do armii to mógł spłacić w ten sposób swój dług .- Powiedział spokojnie, już bez emocji.

    Dwóch elfów, a raczej eonirów wstało od stołu. U starszego w końcu zagościł uśmiech na twarzy, może ledwo widoczny, ale zawsze to uśmiech.

    - Felix, Kargun, zawsze miło was widzieć. Myślę, że z okazji powrotu mych kuzynek trzeba wystawić przyjęcie, wojsko nie zając! Panowie dołączcie do nas później i zawołajcie też Leni. Za dwie godziny tutaj... - elf już zacierał ręcę na myśl o świętowaniu.
    - Duivel, mogłem nie mówić, żebyś czuł się jak u siebie, prawda? Ale niech będzie przyjęcie, ale niezbyt duże i bez mocnych trunków. Mamy wystarczająco piwa, które Hal'il produkował i chciał sprzedawać. Dobra, zawiadomię służbę i widzimy się za dwie godziny.

    Przez dwie godziny w kuchni, która znajdowała się zaraz obok głównej izby, zrobiło się bardzo gwarno. Leni, która zastępowała szefa kuchni, wydawała rozkazy reszcie kucharzom, którzy byli przeważnie sporo wyższi od niziołkini. W głównej izbie nakryto do wielkiego drewnianego stoły, na krzesła położono specjalne płutna i rozstawili talerze, kufle i sztućce, a także trzy świeczniki. W końcu do sali wszedł Albwin ze swoją żoną Yuviel (również elfką, ale ciężko było rozpoznać, do których konkretnie elfów należała, zielarką z zawodu), za nim Duivel szedł pod rękę z Lindarą, przy stole już czekała Eponia, która dzieliła się opowieściami z podróży razem z najbardziej zaufanymi pracownikami Albwina - Felixem, Kargunem i Lenią, która to uwinęła już się w kuchni. Gdy wszyscy zasiedli do stołu, Albwin wniósł pierwszy z wielu toastów tego wieczoru. Posiadówka się zaczęła i piwo zaczęło lać się strumieniami....

    Miejsce : Ostland; sektor pd-zach; Lenkster; przed karczma “Pod skocznym zającem”
    Czas : 2521.04.13 Angestag; południe
    Warunki : droga przed wejściem, jasno, ciepło, gwar głosów; na zewnątrz: dzień, bezwietrznie, pogodnie, ciepło

    - Feli, cy to napewno tuuu hic - spytał Duivel, ubrany w całkiem elegancki strój, tyle, że mocno pobrudzony. Spodnie miał przetarte na kolanach, kurtka była lekko zniszczona przy rękawach, rozpięta, a koszula zapięta koślawo. Jego blond włosy były w całkowitym nieładzie i z jednej strony jakby posklejane. Jego kompan siedział po drugiej strone chodnika, nad wyraz zmęczony z kawałkami jedzenia na butach.
    - A Albi mówił że to ty czytasz umiesz... Ehhh ja sie nie zapisze... muszę poszukać Karguna... dzieś tu jeszt... na penwo - Odpowiedział z długimi pauzami na łapanie powietrza, jakby czynność mówienia było bardzo wymagająca. Od wschodniej strony przyjechał wóz, na którym siedziała Elfka ubrana jak szlachcianka. Poprawiła swój kapelusz i bardzo zgrabnie zeszła z wozu. Zwróciła się do mężczyzny na krawężniku.
    - Pięknie, znalazłam twojego kompana w rowie w połowie drogi do Lenkster, co wy sobie myśleliście? Naprawdę nie mogliście poczekać jeszcze dnia? Wytrzeźwieć porządnie? Mówiłam Albwinowi, że powinniśmy otoczyć się samymi elfami, a nie nawet eonirami... Mogłam stracić naszego rzemieślnika, woźnicę i członka rodziny. - wyraźnie poirytowana mówiła do Felixa, uderzając przy tym parasolką o ziemię, a czasem wymachując jak szablą. Tym razem popatrzyła na Duivela i mówiła dalej
    - Ty jeszcze jakoś trzymasz się na nogach, gdyby nie twoje kuzynki, to nie wiem czy byśmy was szybko znaleźli. Chcesz do tej armii? Dobrze, ale Felix i Kargun będą mogli co najwyżej towarzyszyć Ci z oddali. Po wojnie będę ich potrzebować... Jak się zdecydujesz zabrać swój mały obóz wędrowny, to w domu postanowiliśmy, że moje dziewczynki też mogą iść, ale nie w regularnej armii. Kto inny odnajdzie Hal'ila lepiej niż jego własne siostry. Jak one to i Leni, bo coś muszą dobrego jeść. Masz tu trochę ziółek mojej produkcji, nie pytaj, tylko jedz. Masz też trochę srebra na pokój w tawernie, może się prześpisz chwilę. Teraz zabieram twych pijackich kompanów i odstawię ich do Ristedt. Wieczorem wróć do nas.

    Yuviel weszła z gracją na wóz, poczekała aż Felix się tam wgramoli i z chrapiącym na wozie Kargunem odjechali. Duivel próbował wyłapać sens tego co się wydarzyło, ale nie był w stanie. Ziółko już pogryzł i połknął, poczuł się ciut lepiej, a na pewno stał się mniej chwiejny na nogach. Wszedł do karczmy i jak najciszej potrafił udał się do oberżysty. Poprosił o pokój ciepłą herbatę. Zapłacił pieniędzmi od ciotki.

    - Herbatę podam jak zrobię, postawię tu, a to klucz do pokoju. Idź na lewo, prosto i drugie drzwi po lewej to będzie twój. A teraz zmykaj - właściciel przybytku nie lubił obcych... albo po prostu elfów, słychać to było w jego głosie i widać w spojrzeniu jakim zmierzył eonira. Jednak klient to klient... Duivel już doszedł do pokoju, nie położył się jednak spać, tylko rozebrał się i wziął wiadro pełne lodowatej wody i polał się wodą z niego stojąc w jakiejś obskurnej wannie. Włosy były mokre, ale przynajmniej już się nie lepiły... z brudu. Wytarł się w koc z łóżka i ubrał spowrotem. Wytrzepał ciuchy, przejrzał się w lustrze. Wyglądał już lepiej. Dziwny tatuaż na jego szyi miał jakby czerwone obówdki wokół czarnego tuszu, nie pierwszy już raz w ostatnich miesiącach. Uszy mocno odstawały od głowy i miały charakterystyczne spiczaste zakończenie, tak że nikt nie mógł go pomylić z innym gatunkiem humanoidalnym. Wyszedł z pokoju, zamknął go i wrócił do oberżysty. Był już w znacznie lepszej formie, choć do trzeźwości jeszcze mu trochę brakowało. Jego herbata czekała, ale albo zdążyła całkiem wystygnąć, albo nigdy nie była ciepła. Tak czy siak wypił ją szybko i rozejrzał po karczmie. Od razu rozpoznał stół przy którym odbywała się rekrutacja.
    - Chciałem się zaciągnąć do armii Ostlandu! - krzyknął Duivel opierając się już o stół przy którym zasiadała trójka dystyngowanych ludzi.
    - Chyba do hufca pod banderą margafa von Falkenhorst?? - znajomy głos spytał zza jego pleców. Był to Jotunn, jego krasnoludzki przyjaciel. Również się zaciągał do armii. - słuchaj, dawno nie byłeś w Lenkster, a powiem Ci, że trochę się zmieniło. W każdym razie po wojnie będziemy mogli zostać sąsiadami w Górskiej Marchii Falkenhorst! No i 10 lat nie będziemy płacić podatków!
    - ale będziemy walczyć za Ostland? Nie będziemy czekać aż zaatakują ... góry? - spytał zaskoczony Duivel, który mimo swego obycia w świecie, nie słyszał o takim tworze jak Falkenhorst.
    - Przyjacielu! My zawsze za Ostland! Ale jeśli będą szły za tym inne korzyści... to czemu nie? - dodał rozbawiony krasnolud. Po chwili obaj już wpisali się na listę, a Duivel zaprosił Jotunna do Ristedt gdyż obiecał Ciotce, że tam wróci. Po chwili spędzonej na zamku, udali się do domu Albwina.

    ========

    Miejsce : pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
    Czas : 2521.04.19; Bezahltag; dzień
    Warunki : jasno; gwar karczmy; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; nieprzyjemnie

    Po kilku dniach spędzonych u wujostwa, dowiedział się, że Wuj i Ciotka opuszczają Ostland i ruszają do dalekiej rodziny. Mają tam zostać aż wojna się skończy. Kuzynki i cała służba zostają w okazałym domu, aby dopilnować interesów do ostatniej chwili. Dostali zakaz dołączenia do armii, ale może ruszą za Duivelem i pomogą mu w poszukiwaniu Hal'ila? Na tę chwilę jednak Mundo-naru był z powrotem na podzamczu przy karczmie “Pod tańczącym zającem”. Z uwagą słuchał co mają do przekazania dowódzcy małej armii do której się zaciągnął. Był zaskoczony, że tak wiele kobiet znazało się na czele poszczególnych regimentów. Jeszcze większe zdziwienie przyszło gdy zobaczył ich urodę. Gdy Petra przekazała im ogłoszenie o ochotnikach, Duivel nie wahał się ani chwili i niemal od razu podniósł ręcę i krzyknął - Ja jadę! Duivel Mundo-naru!- wręcz wyryczał z siebie głośno ale i wyraźnie. Zadowolony z siebie udał się na spacer po zamku ze swoimi przyjaciółmi, którzy również byli w armii, Jotunnem i Elarą. Tak spędzili większość dnia, a na wieczór wrócił do karczmy aby poznać innych wojaków, a przede wszystkim głównodowodzące. Przechadzając się po podwórzu gospody zobaczył jak grupka młokosów rzuca toporkami i nożami do celu. Już wiedział, że będzie się dziś dobrze bawił. Od razu podszedł do wyznaczonej liny, wyciągnął swój nóż, wycelował i cisnął nim do celu.

    - No dobra, ile mam rzutów? Użyczycie swoich noży i toporków? - spytał pełen entuzjazmu elf. Podniósł ręcę do góry, wstrzymał na chwilę konkurencję, gdyż poszedł wyciągnąć swoją własność z belki.
    - Tylko zapamiętajcie dobrze skąd wyciągam mój nożyk, jak już będziecie przyznawać nagrody! - wykrzyczał z radością pewny siebie Duivel. Nie mógł zostać dłużej, gdyż czekały go kolejne wyzwania. Strzelanie z łuku na tę chwilę odpuścił, będzie jeszcze czas na zmierzenie się z Paulem, ale najlepiej niech to będzie pojedynek korespondencyjny. To znaczy Mundo-naru wróci dopiero jak sierżant łuczniczych milicji pójdzie gdzieś dalej. Nie muszą strzelać w tym samym momencie. Arkebuzy nie interesowały go zbytnio i chociaż może by i wycelował celnie, to ten rodzaj broni wydawał mu się mało ... romantyczny. Chwilę jednek został i oglądał popisy strzelców, aż zauważył, że Paul wdał się w dyskusję z innym łucznikiem. To była jego szansa. Wziął łuk, wyciągnął swoją kolorową strzałę, napiął cięciwę i wycelował. Stał tak parę sekund żeby być pewnym i strzelił. Kilka strzał później, jeden z łuczników tak niefortunnie wystrzelił, że zawody trzeba było przerwać. Duivel spoglądał w stronę beczek z piwem, ale wiedział jednak, że najpierw trzeba dokończyć zawody sprawnościowe, a dopiero na końcu zasiąść do picia. Idąc dalej koło prężących muskuły zawodników, przystanął na chwilę, gdyż zobaczył jak w zapasach bierze udział krótkowłosa kobieta. Nie zastanawiając się, ustawił się w kolejce, aby się spróbować, a raczej stanąć oko w oko z piękną blondynką. Jednak kolejka była zbyt długa, a przecież nie miał całego wieczoru, więc odpuścił. Obok w najlepsze trwało siłowanie na ręcę. Tutaj elf chciał się spróbować, był łucznikiem, ale trochę krzepy posiadał. Po chwili spędzonej przy stole, podziękował za rywalizację i podbiegł do liny, przy której odbywała się kolejna konkurencja. Potrafił się wspinać, ale nie widział, czy górskie wspinaczki przełożą się na wejście po linie. Podjął jednak próbę, widząc, że prym wiodła tu Sorokina. Nie tyle chciał z nią wygrać, co się przed nią wykazać. Po powrocie na ziemię podszedł do stołów z pełnymi kuflami piwa.
    - Widzę, że niektórzy wybrali tylko tę konkurencję. Ale mam propozycję, zapiszcie wyniki, a będziemy kontynuować gdy już wszystkie inne zawody się zakończą. Chociaż widzę drogi Panie, że Ty nawet wtedy będziesz stał jak stoisz z kolejnym kuflem w ręku! - na koniec zwrócił się do Lukasa, który właśnie ocierał twarz z piany.

    Elf rozejrzał się, żeby sprawdzić gdzie go jeszcze nie było. Od razu zauważył jak dwie sierżantki rywalizują... w łapaniu kamyka.

    - Też chcę! - krzyknął i swoim szybkim krokiem dołączył do ochotników. To była kolejna konkurencja w której wziął udział, ale wciąż było mu mało. Niedaleko obok usłyszał jakieś głośne śmiechy. Okazało się, że to niektórzy uczestnicy konkursu piwnego brali udział w konkursie zagadek. Cała reszta uczestników śmiała się z odpowiedzi udzielanych przez owych delikwentów. Duivel oczywiście też wziął udział w tym konkursie. Zagadki to może nie był jego konik, ale głupi nie był. Zresztą kobieta imieniem Christina zaimponowała mu swoją wiedzą, więc kolejny raz chciał błysnąć przed płcią przeciwną.

    Konkurs unikania wiadra nie wydał mu się zbyt ciekawy. Może by i przetestował swoją siłę woli, gdyby zamiast wiadra latał jakiś pomiot Chaosu, ale i wtedy szkoda byłoby ryzykować utratę zęba. Szczególnie, że obok już trwały przygotowania do tańców. To oznaczało imprezę właściwą. Jeszcze tylko szybki powrót do konkursu picia.

    - Czy chodzi o to kto więcej wypije? Kto więcej wypije w określonym czasie? Czy może kto szybciej wypije jeden kufel piwa? Z tego co rozumiem, to klepsydra mierzy czas wypicia z tego cudnego kufla... To jeśli przedłużyliście konkurs, to podejmę dwie próby. - Ewidentnie podekscytowany elf mówił szybko acz wyraźnie do osób, które zapisywały wyniki. Nie dość, że świetnie się bawił przy każdej konkurencji, to jeszcze zaraz zaczynały się tańce! Zresztą muzyka już grała, skoczne melodie, które idealnie współgrały z dzisiejszymi nastrojami ochotników. Duivel wypił najszybciej jak się da oba kufle i czy konkurencja jeszcze trwała czy nie, udał się na potańcówkę, gdzie z przyjemnością prosił do tańca wszystkie panie.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • Pipboy79P Niedostępny
      Pipboy79P Niedostępny
      Pipboy79 jako Pipboy79
      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
      #6

      W karczmie trwa głośna i pełna alkoholu celebracja po ogłoszeniu, że Imperator nadciąga z armią, by wesprzeć walkę z chaosem. Nastrój wśród żołnierzy jest jednocześnie entuzjastyczny i podszyty niepewnością. Kislevscy kozacy, zwłaszcza Aleksiej i ich dowódca Gotthard Distler, reagują na wieści z mieszanką humoru i sceptycyzmu wobec obietnic władców. Distler snuje półżartobliwe wizje nadchodzącej kampanii jako wielkiej, niemal legendarnej wyprawy różnych ras, po czym przechodzi do działania: proponuje wykorzystanie swoich ludzi przy wyprawie po konie i zgłasza się z tym do Inez von Muller. Jednocześnie, korzystając z rozluźnionej atmosfery, próbuje zbliżyć się do piratki Dany Sorokiny, zapraszając ją do tańca, co podkreśla swobodny, ale napięty klimat przed zbliżającą się wojną.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • Pipboy79P Niedostępny
        Pipboy79P Niedostępny
        Pipboy79 jako Pipboy79
        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
        #7

        Tobias podniósł wzrok znad kufla kiepskiego, rozwodnionego piwa. Harmider niósł się po izbie, zabawa trwała w najlepsze. Po wieści o nadchodzącej Imperialnej odsieczy w serca przebywających w Lenkster obywateli wlała się nadzieja a żołnierze i najemnicy od razu zaczęli zachowywać się jakby już pokonali wroga. Tobias sam też był najemnym żołnierzem - zaciągnął się dwa dni wcześniej w szeregi margrabiego Walthera von Falkenhorsta. Nie dla chwały czy z poczucia obowiazku. Pragnął zemsty.
        Zdawał sobie jak banalnie to brzmi i gdzieś w głowie głos podpowiadał mu, że nawet gdyby jakimś sposobem dokonałby jej – nie przyniesie mu ulgi. Ale póki co to jedyne co ma. Gdy zamyka oczy ciągle widzi Ottona rozrywanego na strzępy przez olbrzymie bestie. A także władców tychże bestii wymalowanych w obrazoburcze symbole i wrzeszczących jak opętani...
        Z zamyślenia wyrwał Tobiasa jeden z rzecznych marines gdy wpadł na niego rozlewając mu piwo.

        - Wybacz, Panie...eee...łuczniku? - zabełkotał marine. Barmanie nalejże temu dobremu Panu kolejne piwo, ja płacę!

        Tobias wstał i podszedł do barmana i wziął pieniący się napój i skierował swe kroki ku Petrze von Falkenhorst.

        - Jeżeli znajdzie się dla mnie miejsce to chętnie dołączę do wyprawy do Hochlandu.

        Petra spojrzała prosto w jego zielone oczy, po czym omiotła wzrokiem jego sylwetkę – wyprostowaną, szczupłą jednak muskularną ubraną spodnie tunikę i kurtę w kolorach zieleni i brązu. Po chwili wzięła do ręki pióro, zatknęła końcówkę w kałamarzu po czym spojrzała pytająco.
        Tobias po chwili dopiero ocknął się i niemal krzyknął: -Walder! Tobias Walder!
        Petra zapisała nazwisko na liście i odprawiła Tobiasa wzrokiem po czym rzuciła tylko za nim jak odchodził – Tylko się nie spóźnij Walder! W jej głosie słychać było rozbawienie.
        Mijając uśmiechnięte, pijane gęby Tobias zastanawiał się ilu z nich dożyje do przybycia wojsk Imperatora i czy ta karczma będzie jeszcze stała...Wróg jest bliżej niż się wydaje. Prawdopodobnie obserwują teraz miasto, oceniając jego siły. - Nie bądź paranoikiem – Skarcił sam siebie w myślach.
        -Dla oczyszczenia głowy może próbuję swych sił konkurując w strzelaniu z łuku. Bardziej to przydatne niż wychylanie kolejnego kufelka. Tylko czy ten długouchy mógłby się przestać tak wydzierać?...

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • DekaresD Niedostępny
          DekaresD Niedostępny
          Dekares jako Dekares
          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
          #8

          Miejsce: pd-zach Ostland; obrzeża Lenkster; Gospodarstwo Jeagerów Czas: 2521.04.19; Bezahltag; przedpołudnie
          Warunki: jasno; spokojnie

          Stefan ciął nożem z wprawą i zdecydowaniem wynikłym z lat doświadczenia, oddzielając ostatni skrawek skóry jelenia od reszty wypatroszonego ciała. Przez chwilę przyglądał się swoimi niebieskimi oczami płatowi skóry po czym uśmiechnął się sarkastycznie do siebie zadowolony z efektu swojej pracy. Pamiętał doskonale że kilka lat temu narzekałby na konieczność wykonywania tego zajęcia, ale nie teraz.
          Teraz obdzieranie upolowanego w nocy z ojcem i Ulką jelenia przypominało mu o jednej rzeczy , o domu…o tym, że był nareszcie w domu. Spojrzał w stronę ich rodzinnego domostwa i uśmiechnął się jeszcze bardziej widząc matkę z Agatą wieszającą różne zioła na stelażu do suszenia. Jego młodsza siostra Aga wyglądała przy ich matce jak niemal idealna kopią tej, słuchająca z absolutną uwagą każdego słowa matki dotyczącego różnych możliwości zastosowania danej rośliny. Widząc jakie zioła właśnie rozwieszały i widząc gestykulacje rodzicielki nawet nie musiał słyszeć wypowiadanych przez nią słów aby wiedzieć, ba pamiętać słowo w słowo jej opis zastosowania tej rośliny. Pozwolił sobie jeszcze na sekundę gapiostwa po czym powrócił do swojej pracy.
          Musiał Jak najszybciej poćwiartować całego jelenia, bo czekało go jeszcze mnóstwo innej pracy jak choćby sterta drewna na opał do porąbania znajdująca się po drugiej stronie domu. Może i pogoda robiła się coraz cieplejsza ale to nie oznaczało, że może się ociągać z wykonaniem tego zadania. W końcu w każdej chwili mógł otrzymać informację o konieczności wymarszu wraz ze swoim nowym oddziałem. a nie miał zamiaru pozwolić aby jego rodzina znowu cierpiała z powodu braku jego rąk do pracy kiedy znowu nadejdzie mróz.
          Tnąc ostrym rzeźnickim nożem jelenia na kawałki znowu zatopił się w myślach o tym jak mógł te pięć lat temu pozwolić sobie na odrzucenie tak wspaniałego życia jakie miał tutaj ze swoimi rodzicami, rodzeństwem i wujem na rzecz wojaczki na dalekim południu i to jeszcze nawet nie w służbie własnego władcy i obrony swojego domu tylko obcej prowincji.

          - Głupiec z Ciebie Jeager! Skończony cymbał! Głupszy od pijanego snotlinga we mgle… -mruknął po raz kolejny pod nosem do siebie samego pewnie z setny raz po tym jak zapukał do drzwi rodzinnego domu te kilkanaście dni temu i nie został przegnany kijami jak przystało na niewdzięcznika jakim był. Zamiast tego przywitano go chlebem i solą i w zasadzie po za jego siostrą Ulryką wszyscy mu wybaczyli jego szczeniacką ucieczkę ze Stirlandzkim wojskiem.

          Niczego bardziej nie pragnął jak zostać tu z nimi i spełniać swoje obowiązki, jednocześnie wiedział, że Sigmar ma dla niego inne plany. Trzeba było ruszać jak najszybciej na wschód i stawić czoła wrogowi który zagraża wszystkiemu co jest mu tak bardzo bliskie, wroga z którym zdarzało mu się już wcześniej krzyżować ostrza zdecydowanie zbyt wiele razy jak na jego gust. No i musiał w tym oku cyklonu jakim stał się wschodni Ostland odnaleźć Franza Jeagera i Hansa Petera. Wiedział, że Ci są tam i na pewno walczą jak rozszalałe niedźwiedzie przeciw Chaosowi…nieważne co by głosiły pochopne plotki wygłaszane w delirium … - jego rozmyślania przerwał roześmiany krzyk, za którym przez długi czas bardzo tęsknił:

          -Mamo! MAMO!...STEFAN!... AGA! BĘDZIE…. PRZEMAWIAŁ! JUŻ NIE DŁUGO! - rozgorączkowany głos należał do jego młodszego brata który wpadł na podwórze niczym strzała wypuszczona z łuku, Kurt starał się złapać oddech aby mówić dalej ale nie wychodziło mu to zbyt dobrze biorąc pod uwagę że cały czas wręcz podskakiwał w miejscu z radości chwytając matkę za ubranie i próbując ją ciągnąć w stronę centrum osady.
          Stefan widząc rozgrywająca się przed nim scenę starał się słuchać lawiny słów wypowiadanych przez jedenastolatka i o ile dobrze zrozumiał ten mówił o tym że sam pułkownik Hochberg będzie przemawiał do mieszkańców za niedługo.
          Przeciągnął się, prężąc całe swoje 170 centymetrowe ciało i odwrócił się w stronę matki do której w słuchaniu chłopca dołączył ich ojciec.
          Pójdę z nim, posłuchać co Hochberg ma do powiedzenia - powiedział podchodząc do rodziców przeczesując jednocześnie odziedziczone po nich szatynowe włosy dłonią - Jak ktoś z nim nie pójdzie to zamęczy nas wszystkich na śmierć, poza tym to może być coś naprawdę istotnego…
          A Ja też Mogę iść prawda? Mamo? Prawda?! -rozległo się wołanie młode dziewczęcej kopii matki nagle już nie była tak zainteresowana poznawaniem tajników zielarstwa.

          - Co się dzieje!? Gdzie idziecie i dlaczego ją też tam idę?! - zawołała Ulryka wychodząca z domu z najmłodszą z sióstr Nadią ściśle przylepioną do jej sukni.

          Stefan spojrzał na rodziców po czym wzniósł wymownie oczy do nieba śmiejąc się od ucha do ucha:

          - No dobrze, pójdę tam z nimi Wszystkimi zanim stratują nas niczym orcze WAAAGH!
          - Oczywiście jeśli nie masz nic przeciwko Ojcze?

          Ich ojciec spojrzał na niego z pozoru poważną miną ale Stefan doskonale widział że to tylko maska zatrzymująca się na poziomie roześmianych oczu:

          - No, nie wiem… wypuszczenie naraz z domu takiej ordy może doprowadzić do tego że z Lenkster nie pozostanie kamień na kamieniu… -ojciec uśmiechnął się od ucha do ucha - A to znaczy, że idziemy wszyscy razem, w końcu ta wymówka od pracy nie przysługuje tylko Wam!

          Wszyscy parsknęli śmiechem po czym ruszyli dokończyć na ile się dało rozpoczętą pracę zanim wyruszą pod twierdze.


          Miejsce: pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
          Czas: 2521.04.19; Bezahltag; dzień
          Warunki: jasno; gwar karczmy; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; nieprzyjemnie (0)

          Stefan z lekkim uśmiechem chłonął słowa wypowiadane przez Inez von Muller i Petrę von Falkenhorst. Pozwoliły mu one przynajmniej na chwile odpędzić od siebie przemożne zmęczenie które coraz bardziej go przekonywało że powinien iść się położyć i zdrzemnąć

          - Nareszcie ruszamy! - pomyślał słuchając o tym, że mają ruszyć na wschód. Co prawda najpierw mają niby udać się w zupełnie innym kierunku niż by chciał ze względu na prowadzone przez niego poszukiwania, ale to i tak lepsze niż siedzenie w Lenkster bezczynnie.

          Kiedy wzrok Petry von Falkenhorst. zatrzymał się na chwilę na nim, zawahał się co prawda przez moment czy powinien zgłaszać się na ochotnika do tej wyprawy po zapasy, ze względu na to że mógłby jeszcze przez kilka dni pomóc rodzinie na gospodarce i dalej pomagać w szpitalu polowym… ale było to tylko chwilowe wahanie. Niedługo miały ich czekać znacznie ważniejsze zadania i nadszedł czas żeby wrócił przed nimi do formy. Co prawda przechodził codziennie szkolenia z innymi rekrutami w celu wdrożenia się do oddziału, ale nigdy nie mogło to w pełni zastąpić prawdziwej walki. A biorąc pod uwagę przypuszczenia ich dowódczyń mogą się spodziewać na szlaku niemiłego towarzystwa.
          Stefan miał niekłamaną ochotę wyślizgnąć się z całej integracyjnej części imprezy jaka właśnie zaczęła się po zakończeniu zbierania wszystkich ochotników do jutrzejszej wyprawy. Ale zmusił się do pozostania choć na trochę, w końcu miał może już jutro walczyć razem z tymi ludźmi na śmierć i życie z Sigmar wie jakimi czartem. Więc lepiej żeby poznał ich trochę lepiej… może nawet porozmawiał z kimś kogo nie zna więcej niż dziesięć sekund. Pomysł okazał się nie tak głupim jak sądził i wkrótce towarzystwo zajęło się różnymi zawodami, od zapasów po zagadki, co znacznie bardziej mu pasowało nic próżne siedzenie przy ławach i patrzenie jak inny wlewają w siebie alkohol.
          Co prawda przez chwilę zawachał się czy tak wypada mu siłować się z kobietami i to jeszcze przewyższającymi go ranga? Ale po chwili wzruszył ramionami i zgłosił się do zapasów. Starając się jednocześnie nie zapomnieć że powinien wyjść wcześniej żeby się dobrze wyspać, przygotować swój mandżur na drogę, a przede wszystkim udać się jeszcze do świątyni Sigmara i pomodlić za powodzenie jutrzejszej wyprawy....No i powinn9en porąbać jeszcze drewno... .

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SeachS Niedostępny
            SeachS Niedostępny
            Seach
            napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
            #9

            Miejsce: Ostland; Ferlangen; domostwo Ironforge
            Czas: 2521.01.23 Angestag; wieczór
            Warunki : droga przed wejściem, jasno, ciepło,cicho; na zewnątrz: wieczór, wietrznie, opady śniegu, zimno

            - Musisz wrócić do rodziny. Zabierz Jensa i wróć do swoich. - krasnolud spojrzał na swoją partnerkę, która pomimo braku łez była widocznie zdewastowana. Oczywiste znaki dla Eitriego. Zaciśnięte usta i pięści, jednak ściskała jeden z wielu warkoczy na głowie kobiety. Oczy twardo patrząc na inżyniera delikatnie drżały.
            - I co ja mam im powiedzieć? - Eitri westchnął i wsadził w dłoń Kary list
            - Powiedz, że twój mąż nie jest już w stanie być mężem. Gdybym miał mniej rozumu w głowie, albo więcej nadziei, zszedłbym na drogę Zabójcy… wtedy też bym musiał cię pozostawić.
            - Okropnie byś wyglądał w rudych włosach. - krasnolud zatrzymał pakowanie i spojrzał w oczy swej żony. Oboje zaczęli się śmiać i pierwsze łzy w końcu wypłynęły z ich oczu. Eitri ujął krasnoludkę i ucałował ją.
            - Zrozum… nie jestem już w stanie tak żyć. Poczucie winy, wstyd… muszę zrobić coś inaczej oszaleje. - Kara otarła palcem łzy swojego męża.
            - I zaciągnięcie się do wojska, to jedyne co daje ci ognik nadziei, co? Dobrze, wrócę do swoich, zabiorę Jensa, ale ty mu mówisz co się dzieje. - Eitri zachichotał.
            - On już wie. - Kara spojrzała na niego z kwaśną miną - C hłopak jest bystry, jak na siedmiolatka. Widział jak rozmawiałem z jednym z tych naganiaczy do wojska i zapytał "Będziesz szczelał do wrogów za wujka?" - oboje delikatnie parsknęli - Więc on wie. Załatwiłem już sprzedaż domu, więc nie wrócisz do nich z pustymi rękami.

            Kobieta uniosła dłonie w geście poddania się.

            - D obrze, dobrze… tylko jeden warunek. Jak już wyrżniesz w pień wszystkich sukinsynów. Wróć do nas… Bartokk nie chciałby, abyś zmarnotrawił swój talent na mordowaniu szaleńców z północy.


            Miejsce: pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
            Czas: 2521.04.19; Bezahltag; dzień
            Warunki: jasno; gwar karczmy; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; nieprzyjemnie (0)

            - Umgak. - stwierdził krasnolud kiedy zobaczył jak Dymitri chwali się swoją bronią. Eitri Ironforge miał jakieś półtora metra. Kasztanowa broda i włosy były w dobrym stanie, chociaż kilka pojedynczych siwych włosków, można było dostrzec. Wydawał się cichy do momentu zabawy. Brał udział w zawodach strzelania i picia, a teraz przyglądał się osiłkom. - Ale, nie najgorsze. Jeżeli chcesz pochwalić się rurą, to wyciągnę swoją. - zanim ktokolwiek miał szansę zaprzeczyć, krasnolud postawił na stole solidny muszkiet. Chociaż lufa była nieco krótsza i grubsza od Imperialnego standardu, kunsztu nie można było jej zaprzeczyć.
            - Co to za znaczki na nim? - Eitri westchnął na pytanie Dimitriego.
            - Widzisz Thrumgi, to runy mego ludu. Pismo. Te, które zauważyłeś "Bak", oznaczają "Pięść", te tu - odwrócił muszkiet, aby pokazać drugi zestaw run - "Drek" oznaczają "Daleko". Więc całość oznacza "Odległa Pięść". - spojrzał na Dimitriego, który najwyraźniej starał się coś rozgryźć - W wolnym tłumaczeniu "Człowiek Pistolet". - Eitri się uśmiechnął i poklepał mężczyznę po… no po nerkach biorąc pod uwagę różnicę wzrostu - Zabiorę się z wami Umgi. Pewnie połowa z was nie wie jak się zajmować tą bronią, więc przyda wam się, ktoś kto wie jak te "zabaweczki" działają. A teraz… - podwinął rękaw i usiadł naprzeciwko pierwszego przeciwnika. Ciągłe miał na sobie rękawice, chociaż ta uniesiona delikatnie się podwinęła ukazując niebieskawy kolor skóry na nadgarstku. - Pokażcie mi słabeusze, czemu powinienem mierzyć się z waszymi siostrami.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • Pipboy79P Niedostępny
              Pipboy79P Niedostępny
              Pipboy79 jako Pipboy79
              napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
              #10

              Oryginalny tytuł: Tura 02 - 2521.04.20-23; ant - wlt; dzień

              Miejsce: pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
              Czas: 2521.04.20; Angestag; południe
              Warunki: jasno; gwar karczmy; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; chłodno (0)

              Wszyscy

              Kolejny poranek nad Lenkster okazał się zimny i pochmurny. Ale to mieli okazję przekonać się tylko ci co wstali z samego rana. Wczoraj bowiem ten nieplanowany przez nikogo festyn jaki wywołała euforia po przeczytaniu listu od samego imperatora udzieliła się chyba wszystkim na Podgrodziu. A już na pewno w “Zającu” gdzie drugą połowę dnia i wieczór spędzili ci najważniejsi dowódcy co zaciągnęli się pod sztandary markgrafa von Falkenhorsta. A i na co dzień miała reputację takiej jaką upodobali sobie różni bardowie, minstrele i poeci. Wczoraj wieczorem było całkiem gwarno i wesoło, jakby na pohybel tym ponurym i strasznym wieściom jakie spływały do zamku w ciągu ostatnich tygodni. Wreszcie była okazja to odreagować na wesoło. A i dzisiaj rano dało się to jeszcze odczuć. Na błotnistych ulicach Podgrodzia można było spotkać mocno zmęczone sylwetki idące w sobie wiadomym celu. I tak przez cały ranek.

              Karczmy jak zwykle z rana zaczęły swoją pracę bez względu na wczorajsze wydarzenia. I pierwsi a potem kolejni goście zbierali się przy stołach zamawiając śniadanie. Nie inaczej było w “Zającu”. Gdzie od rana na śniadanie albo raczej po zaczęli się zjawiać poszczególni ochotnicy zwerbowani do hufców górskiego margrafa. Tym razem nie tylko na posiłek czy spotkanie towarzyskie jak to miało miejsce wczoraja ale część z nich miała ruszyć na zachód więc przybyła ze swoimi żołnierzami. Ci w większości zbierali się na tym samym podwórzu karczmy Philippe’a gdzie wczoraj odbywała się część zabaw i konkursów. Zresztą to postrzelane i rozwalone wiadro jakie wczoraj było celem do trafiania czy inne ślady też wskazywały na wesołą zabawę jaka miała miejsce wczoraj w drugiej połowie dnia i wieczorem.

              A dzisiaj była dobra okazja do świeżych wspomnień z wczorajszego spotkania gdzie pierwszy raz można było spotkać większe grono przyszłych towarzyszy którzy też zaciągnęli się pod te same sztandary. Pośród weselnej atmosfery festynu można było też wykazać się kto jest w czym mocny albo nie i porównać jak to się wypada na tle nowych kolegów i koleżanek. Albo potraktować to jako pretekst do wspólnej zabawy jakiej w ostatnich tygodniach zbyt wiele nie było. Panowała raczej przygnębiająca atmosfera pełna niepewności jutra. Wczoraj była wreszcie okazja to odreagować.

              Wśród zapaśników jacy zmagali się na tym samym podwórzu co dziś zbierali się wojacy jacy mieli pod wodzą lady von Falkenhorst ruszyć do Breder w Hochlandzie na czele znalazł się Stefan. Na samym końcu zmagań został już tylko jego pojedynek z jednym z mieczników. Ten raczej mu nie ustępował w tych zmaganiach na podwórzu. Ale ostatecznie to Stefanowi udało się o ten jeden raz więcej powalić go na plecy lub wypchnąć z narysowanego na ziemi kręgu. Chociaż sam nie był pewien jak skończyłby się ten pojedynek gdyby zmagali się ponownie. Tak czy siak został przez wesolutką publiczność okrzyknięty zwycięzcą i nagrodzony oklaskami i darmowym kuflem piwa.

              Za to konkurencje strzeleckie zebrały o wiele więcej chętnych do wzięcia udziału. Tutaj stawka była bardziej rozciągnięta. Ale na czoło w końcu wysunęli się dwaj nieludzie. Chociaż używający całkiem innej broni. Obaj wyraźnie odstawali od reszty zawodników. Pod względem konkurencji Duivel miał większą konkurencję bo łuczników było najwięcej. Ale niejako potwierdził renomę elfich strzelców jako strzeleckiej elity. I na tym polu okazał się bezkonkurencyjny. Za to niemałe zdziwienie wzbudziły umiejętności Eitriego. Krasnolud używał nietypowego muszkietu a strzelców broni palnej było wczoraj w karczmie niewielu. Właściwie tylko Dymitri mógł z nim stanąć tutaj w szranki. Co prawda używał lżejszego arkebuza a nie muszkietu więc jego broń używała lżejszych kul o mniejszej sile niszczącej i zasięgu od ciężkich, muszkietowych. Ale na tak krótkie dystanse na jakie wczoraj strzelali to miało mniejsze znaczenie a bardziej liczyła się celność. Tutaj Eitri zdecydowanie pokonał przybysza z odległych Księstw Granicznych. Ba! Ku niemałemu zdziwieniu publiczności chociaż używał całkiem innej broni to zdawał się dorównywać elfowi pod względem celności.

              Stefan i Tobias uzyskali przyzwoite wyniki ale jednak zbliżone do tych jakie reprezentowali ci najlepsi strzelcy więc wstydu nie było ale jednak trudno było im marzyć o wybiciu się na ich tle na tym polu. Wszystkich tutaj niejako zaskoczyła lady Petra która też wzięła udział w strzelaniu. Chyba dla samej zabawy i solidarności. Używała lekkiej kuszy ale z tych droższych i elegantszych. Widać było, że to nie jest jej pierwsze strzelanie z tego rodzaju broni ale jednak plasowała się gdzieś w górnej granicy tych lepszych strzelców jednak się ponad nich nie wybijała. Wyglądało więc na to, że w roli kuszniczki sprawdziłaby się całkiem przyzwoicie.

              Zabawa w rzucanie nożem do celu miała o wiele mniej zwolenników. Ściągała tych jacy chcieli się popisać swoimi umiejętnościami w tej materii. Albo takich jak Duiviel jacy byli zieloni pod tym względem ale z ciekawości chcieli zobaczyć jak to jest. I o ile łucznikiem elf okazał się być wybornym o tyle miotanie nożem szło mu wyraźnie gorzej. I raczej nie mógł się równać z zawodowymi miotaczami tej broni.

              Za to nie było wątpliwości kto wczoraj okazał się bezkonkurencyjny w siłowaniu na rękę. Krótkie ale mocarne ramiona khazada okazały się tak krzepkie na jakie wyglądały. I prędzej czy później kładł on prawice swoich przeciwników na blat stołu. Tutaj ani Duiviel, ani niektórzy ze zwerbowanych sierżantów czy po prostu gości kareczmnych mogli tylko początkowo stawiać opór temu nieubłaganemu naporowi krasnoludzkich mięśni i uporowi.

              Podobnie ksilevicka pani marynarz nie miała sobie równych gdy chodziło o wspinanie się po linie. Widocznie to marynarskie doświadczenie coś jednak znaczyło gdy chodziło o takie wspinaczkowe sprawy. Nawet elficki łucznik, pomimo sprawności jaką się wykazywał nie był w stanie jej dorównać nie mówiąc już aby ją prześcignąć. Z kim by się w parze po tej linie Sorokina nie wspinała to na szczyt okienka stodoły zawsze właziła jako pierwsza.

              A gdy chodziło o konkurs mocnego gardła i żelaznego żołądka jaki polegał na wypiciu ogromnego, pamiątkowego kufla jaki Philipp użyczył do tej zabawy to wyniki były mocno wyrównane a i chętnych na darmowe picie całkiem sporo. No i zdaniem publiczności jak i innych zawodników to z nowo zwerbowanych wojaków górskiego markgrafa najszybciej byli w stanie wyhylić ten wielku i pięknie zdobiony kufel Eiri i Klaus. Chociaż z pewnym zaskoczeniem stwierdzono, że i blond elf niewiele im chyba ustępuje.

              W dziedzinie szybkiego refleksu jaki sprawdzano przez przechwytywanie rzucanego kamyka to zdecydowanie zostały zdominowane przez panie. Można by dyskutować czy trochę szybsza była tutaj szefowa mieczników pochodząca z Nordlandu czy kislevska pani marynarz wydawały się tutaj iść łeb w łeb. Właściwie tylko Duiviel na tyle się do nich zbliżył ze swoimi wynikami aby godnie reprezentować męską część chętnych zaawodników. A chętnych było sporo skoro to najczęściej właśnie Petra przerzucała ten kamyk więc była okazja aby stanąć lub usiąść naprzeciwko niej do dobrej zabawy. A przy okazji okazało się, że refleks też ma nie lichy ale jako ta która przerzucała kamyk dla wszystkich chętnych zawodników no i razem z Inez liczyły wyniki to właściwie nie startowała jako zawodniczka.

              A gdy szło o bardziej intelektualne rozrywki czyli konkurs na zagadki, skojarzenia i wyłapywanie ciekawostek z mówionego tekstu to tutaj sędzią była druga z górskich szlachcianek czyli lady Inez. Ona zadawała najwięcej zagadek i wydawała się w nich lubować. Duiviel i Christine stanowili tutaj czołówkę bo wydawało się, że oboje mają dryg do wychwytywania takich skojarzeń i podpowiedzi zawartych w tekście. Ale i świetlista Alessia mówiąca nieco dziwnym akcentem niewiele od nich odstawała.

              Za to sama lady Inez zaskoczyła wszystkich gdy podeszła do zawieszonego na krokwi napełnionego wiadra i kazała je rozbujać. Bo trochę to nie pasowało do zabaw dam z wyższych sfer. Ale jak się okazało młoda szlachcianka potrafiła zachować zimną krew na widok pędzącego prosto ku jej twarzy wiadra. Na tyle, że Ostermarczyk poczuł się zobowiązany stanąć w nią szranki. I przez dobre kilka tur stawali równo. Za każdym razem coraz bliżej, ociupinkę ale bliżej skracali dystans do rozpędzonego wiadra. Aż uznali, że mają dość w tym samym momencie. Więc publiczność wesoło oboje z nich ogłosiła nieustraszonymi zwycięzcami a oni sami gratulowali sobie zwycięstwa.

              No i oczywiście oprócz wina jakie miało prawie magiczną zdolność nawiązywania nowych znajomości także podobnie działały tańce. Zwłaszcza, że była to jedna z niewielu okazji gdy mężczyzna i kobieta co nie byli w świętym związku małżeńskim, ani nijak spokrewnieni mieli niejako zezwolenie społeczne aby być blisko siebie. A, że jednych i drugich w karczmie nie brakowało, do tego muzyka też przygrywała ładnie i wesoło to część stołów odsunięto aby zrobić miejsce na te tańce i chętnie z tej okazji korzystano. Atmosfera była wesoła i przyjemna, jakby ktoś wyprawiał wesele. Można było w szumie wina i muzyki zapomnieć o ponurym świecie i tragicznych wieściach z zewnątrz i nie mniej wesołej przyszłości jaka zaczynała się jutro. Dzisiaj, można było się wyszumieć i wielu z tego korzystało.

              Panowie podchodzili do pań prosząc je do tańca a te zwykle im nie odmawiały. Ponieważ jak to często bywało panów było więcej niż pań to te były wręcz rozrywane przez chętnych kawalerów. Ledwo któraś z dziewcząt zdołała podziekować któremuś za taniec a już podbijał do niej następny kawaler. Dziewczęta były więc mocno zmordowane pod koniec wieczoru ale równie szczęśliwe i zadwolone.

              Swoistą furorę zrobiła Dana Sorokina gdy zaprezentowała publiczności kislevski taniec z szablą. W wykonaniu tak ognistego i zgrabnego dziewczęcia rozbudził on widownię do tego stopnia, że nagrodzili ją owacjami i domagali się powtórki. Dana też pomogła lady Petrze przełamać impas towarzyski. Bowiem status szlachcianek oraz szefowych i wysłanniczek wielkiego, górskiego margrabiego sprawiał, że mało kto odważył się do nich podbić i zaprosić do tańca. Chyba tylko gospodarz czyli Bretończyk Philipp poprosił najpierw jedną, potem drugą z nich. Ale poza tym jakoś chyba mało kto ośmielił startować do szlachcianek, oficerów i jeszcze szefowych. Dopiero jak z pewnym przekąsem Petra się odezwała do Dany po jej występie z szablą i ta dała przykład to się zmieniło.

              - No moja piękna bohaterko z ostrą szablą! Wybaw nas smutne biedaczki od przekleństwa samotności bo tu uschniemy z zazdrości i zgryzoty! - Petra zawołała do Kislevitki wskazując na ich niedolę co wywołało śmiech i jej samej i widowni. Dana więc weszła w rolę mężczyzny jakiego obu szlachciankom brakowało, podeszła do Petry, stuknęła po oficersku obcasami, i po szarmancku poprosiła ją do tańca. Lady Petra wydawała się być wniebowzięta a po chwili już obie tańcowały do muzyki i oklasków publiczności. A potem Dana elegancko cmoknęła dłoń szlachcianki dziękując jej za taniec no i poprosiła Inez to tańca. Z podobnym skutkiem. To chyba właśnie sprawiło, że później już i inni także prosili te młode wysłanniczki górskiego pana do tańca.

              Wydawało się, że wszystkie panie mają dryg do tańca. Ładnie, zgrabnie i zdrowo się w nim prezentowały i zwykle czuły się swobodnie. Stukały podeszwami o deski podłogi, łapały się za kibić, ruszały biodrami a spod ładnych rzęs błyskały zachęcające uśmiechy. Taniec każdą z nich zdawał się czynić piękniejszą i bardziej wyzwoloną od purytańskich rygorów codzienności. Z każdą tańczyło się całkiem przyjemnie.

              Wśród panów najlepszymi tancerzami okazali się Gotthart i Duiviel. Okazywali się wdziękiem i płynnością ruchów jaka podobała się kobietom. Ale i mniej sprawnym tancerzom jak choćby Stefan partnerki były skłonne wybaczyć pewne potknięcia w imię wspólnej, dobrej zabawy.

              Wśród tych wieczornych tańców między innymi Gotthart miał przyjemność zatańczyć z Sorokiną. Okazała się tak zgrabną tancerką jak to wcześniej widział gdy tańczyła z innymi. I widocznie także Aleksiej zrobił wcześniej swoją robotę ale uprzedził, że jego rodaczka ma cięty i złośliwy język. Co wczoraj Gotthard sam miał okazje się przekonać gdy szeptał jej czułe słówka do ucha. Roześmiała się wesoło i dała sobą obrócić w tańcu. Gdy wróciła z powrotem ujrzał z bliska jej roześmiane usta. Ale był to dość kpiący uśmiech.

              - O jaki z pana oficera poeta. A ja taka prosta dziewczyna z dalekiej wsi. A pan oficer taki dzielny i odważny, tak gromko gromi wrogów i taki twardy i bezlitosny dla nich jest, że strach. Cóż może zrobić taka biedna, prosta dziewczyna ze wsi jak ja? Nic tylko drżeć z przerażenia i wrażenia jak jakaś osika, że wielki i wspaniały pan oficer raczył zwrócić na nią uwagę a nawet poprosił do tańca i czułe słówka do uszka mruczy. - powiedziała mu wesołym i nieco kpiącym tonem. Przez co nie był pewny czy raczej kpi z niego czy raczej żartuje sobie. Bo w tańcu jakoś mu nie uciekała spod rąk, okazała się świetną partnerką przy jakiej doświadczony tancerz mógł rozwinąć skrzydła. Więc mimo wszystko wydawało mu się raczej przychylna chociaż nie wyglądało aby zaraz miała mu omdleć w ramionach z wrażenia jakie na niej zrobił.

              Podobnie Duviel miał podczas wczorajszego wieczoru zatańczyć chyba z większością chętnych kobiet. Też raczej nie przypominał sobie aby któraś mu odmówiła. A, że był przecież niczego sobie sprawnym tancerzem no a ludzie zwykle uważali elfy za tą piękniejszą i bardziej dystyngowaną rasę to te flirty podczas tańców albo szło wyszły mu całkiem przyzwoicie. Może żadna z pań nie straciła dla niego głowy ale umiał rozpoznać zachęcające spojrzenia i uśmiechy jakimi go obdarzały.


              Ale to wszystko było wczoraj. Dzisiaj był Konistag czyli dzień po. I dało się to odczuć od samego rana. Poranek był pochmurny i panował ziąb. A do “Zająca” zaczęli się schodzić zwyczajowi goście jacy obecnie byli w zdecydowanej mniejszości. Także ci co przybyli tutaj w celach wojennych. W tym także ludzie zwerbowani przez wysłanników markgrafa.

              Pod karczmą z rana pierwszy zjawił się Gieorgij Meister ze swoimi halabardnikami. Łącznie uzbierało się ich prawie półtorej tuzina. Rzeczywiście wyglądali w przeszywalnicach, hełmach i halabardnicach na ramieniu jak jakiś oddział straży miejskiej. Nie było dziwne, że szefowe ich wybrały do tego zadania. Jako, że zmieścić ich wszystkich w środku karczmy byłby kłopot to udali się na jej podwórze i arenę wczorajszych zmagań.

              Niedługo po nich nadeszli miecznicy pod wodzą krótkoostrzyżonej blondynki z Nordlandu. Też ich była podobna ilość. A z tarczami, mieczami u boku i lekkich kolczugach lub przeszywalnicach prezentowali się jak zawodowe wojsko. I tak się zachowywali. Z tych samych powodów co koledzy z halabardami udali się na podwórze a Theiss do karczmy czekając na dalszy los wydarzeń.

              Później konno nadjechały obie szefowe. Przy czym lady Inez była ubrana w suknię i bynajmniej nie sprawiała wrażenia gotowej do drogi. No ale ona miała zostać na miejscu. Za to lady Petra w swojej opończy i kubraczku ładnie obszytego futerkiem i z wyszytymi barwnymi kwiatami pasowała do obrazka drogi dużo bradziej. Prowadziła też podjezdka z bagażami. Jednak sama szlachcianka wydawała się mocno wczorajsza.

              - No to pochwalony. I jak tam? Gotowi do drogi? - zapytała siląc się na nieco wymuszony uśmiech gdy razem z Inez weszły do środka i przywitała się z resztą ochotników na tą wyprawę do Hochlandu.

              - Nie ma jeszcze tych nicponi Stefana. Reszta się jeszcze schodzi. - odparł Gieorgij a Theiss potwierdziła to kiwaniem głowy. Petra pokiwała głową i spojrzała za okno. Ranek już powoli przechodził w południe. Właśnie bili dziewiąty dzwon. Czekali jeszcze kilka pacierzy na przybycie Stefana i jego myśliwych. A potem jeszcze sama zbiórka na podwórzu karczmy, przeliczenie czy wszyscy co się wczoraj zgłosili albo zostali wybrani są i jak się to zgadzało to wreszcie Petra dała znak do wymarszu. Uściskała się na pożegnanie ze swoją przyjaciółką a ta pozdrawiała przechodzące obok niej oddziały przyjemnym uśmiechem i machaniem dłoni. W międzyczasie zebrała się całkiem spora ilość sierżantów i wojaków jacy zeszli się do karczmy na spóźnione śniadanie albo żeby po prostu popatrzeć na odchodzących i dodać im otuchy na pożegnanie.


              Mecha 02

              Flirty z kobietami (OGŁ + Przekonywanie vs SW)

              patent oficerski +10 (Gotthart)
              atrakcyjny wygląd +10 (Duivel)
              komplementy +10 (Gotthart)
              wesoła atmosfera +20 (wszyscy)
              dumna i złośliwa +20 (Dana)
              Ranga 4+2=6 -5 (Gotthart)
              Ranga 4 -15 (Dana i kobiety)
              Ranga 3 -20 (Duviel)

              Gotthart 45+10+10+20-5=80 vs Dana 45+10+10-15=50; 50+80-50=80; rzut: https://orokos.com/roll/979090 57; 80-57=+23 > ma.suk = lekka przychylność

              Duiviel 45+10+20-20=55 vs Kobiety 45-15=30; 50+55-30=75; rzut: https://orokos.com/roll/979091 25; 75-25=+50 > śr.suk = standardowa przychylność


              Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
              Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
              Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

              Wszyscy

              No więc byli w drodze. Szli mniej więcej cały czas na północ. W górę rzeki Wolf jaka stanowiła granicę pomiędzy Hochlandem a Ostlandem. Wciąż po ostlandzkim brzegu. Wedle planów szefowej to do Breder powinni dotrzeć w jakieś dwa, trzy dni marszu. Ale dwa pełne dni marszu. Jak się okazało pierwszy dzień gdy wymaszerowali z Lenkster to była raczej połowa standardowego dnia podróży bo jak zostawiali za sobą rogatki Podzamcza jakie ich gościło od paru tygodni to było już mniej więcej południe. Do wieczora nie zaszli więc zbyt daleko. Jak to ktoś zażartował jakby rano postanowili wrócić to by pewnie w południe byli z powrotem. Ale nie zawrócili.

              Było nieco sarkania bo kolejny dzień to wypadał Festag. Dzień świątyń i bogów. Dzień wolny od pracy w jaki należało oddawać cześć dobrym bogom. A niebieskowłosa szefowa jakoś nie zdradzała ochoty aby miała zrobić dzisiaj odpoczynek w podróży.

              - Jaki odpoczynek? Po czym? Dopiero wczoraj żeśmy w południe wyszli z Lenkster. Jak mamy zdążyć do Breder przed Marktag to nie ma co się guzdrać. - sapnęła i zdziwiona i nieco zirytowana jak usłyszała takie sarkania w obozie. Ale pozwoliła odprawić modły więc ruszyli ze dwa dzwony później niż to zwykle się zaczynało podóże czy dzień roboczy.

              Podróż zaś nie była taka prosta. Już byli na terenie pogórza a gdy teren pozwalał to i majestatyczne góry było widać nie tak daleko. Często więc trzeba było podróżować w górę i w dół po tych różnych garbach. A drogi były typowo ostlandzkie. Czyli właściwie był to rozchodzony na dnie lasu albo wzdłuż rzeki pas błota jakie chętnie wciągało i buty, i koła i kopyta. Nie byli też sami. Często natykali się na różnych podróżnych. Oddziały milicji albo bardziej regularne jakie zmierzały na wschód. Konni strażnicy dróg w ostlandzkich czarno - białych barwach co patrolowali pogranicze wyłapując rabusiów, zbirów, bandytów i dezerterów. Uciekinierów jacy toczyli swoje wozy i garby albo ze wschodnich kresów Ostlandu albo nawet z Kisleva. Ponure, zrozpaczone, zapatrzone w siebie i swoją klęskę twarze. Na poboczach drogi leżały kupy śmieci. Resztki po posiłkach i ogniskach, utwkione błocie buty i przedmioty, zgubione ubrania, przewrócone i uszkodzone wozy, padłe zwierzęta, czasem jakiś świeży nagrobek. Wszystko to świadczyło o klęsce i odwrocie.

              Właśnie w połowie Festag czyli wczoraj dotarli do brodu na rzece Wolf. Właśnie przez niego planowali się przeprawić do Hochlandu. Ale korek był strasznie długi. Do tego niezbyt się posuwał. Jak już to pierwszeństwo miały oddziały i różne takie pomocnicze formacje w drodze na front czyli z Hochlandu a nie do Hochlandu. Tak stracili kilka dzownów stojąc w tej kolejce. Rozbili się na obiad, ugotowali go, zjedli a jak skończyli kolejka niewiele się posunęła.

              - Mam tego dość. Stefan! - Petra wydawała się nie słynąć z cnoty cierpliwości i bezczynne czekanie wcale jej się nie uśmiechało. Wezwała do siebie herszta hochlandzkich myśliwych.

              - Ta je psze pani? - zapytał wesoło mysliwy kłaniając się przed szlachcianką i szefową.

              - Jest tu jakaś inna droga do tego Breder? Tutaj nam zejdzie cały dzień w tej kolejce a kto wie czy jutro się dopchamy. Jest jakaś inna droga? - zapytała z siodła wskazując z irytacją na tą wcale nie posuwającą się do przodu kolumnę wozów, pieszych, prowadzonych zwierząt. Dopiero przy samym brodzie były posterunki strażników. Po tej stronie ostlandzkich po tamtej hochlandzkich. Oni regulowali ruch. Czyli zakazywali przeprawy zwłaszcza na zachód gdy stamtąd ktoś miał się przeprawiać tutaj.

              - Tak psze pani! Jest Górski Bród. Bardziej na północ. Trzeba tylko dalej iść w górę rzeki. Jakieś pół dnia. Na wieczór albo jutro rano byśmy doszli. I stamtąd to już prosta droga do Breder. - myśliwemu śmiały się cwane i złośliwe oczka ale swoich wypowiedzi wydawał się być całkiem pewien. Petra popatrzyła z niechęcią na tą nieruchomą karawanę widoczną po tej i tamtej stronie rzeki i skrzywiła się.

              - Dobra to prowadź do tego Górskiego Brodu. - oznajmiła w końcu i tak ruszyli wreszcie z miejsca. Znów na północ i w górę rzeki Wolf. Do brodu górscy Gebirgsjaeger co jechali zwykle w czołówce faktycznie dotarli wczoraj pod wieczór. Ale dla piechociarzy było to już za daleko. I rozbili się na noc obozem ze świadomością, że rano będą się przeprawiać przez ten bród.


              Noc okazała się zimna i dżdżysta. Niektórzy sarkali, że to kara od bogów za nienależyte obchodzenie dnia świętego jaki był wczoraj. W nocy padał regularny deszcz a przed świtem przeszedł w monotonną mżawkę. Więc jak rano wstawali i wychodzili ze swoich namiotów wszystko było zimne i mokre. Tak samo jak otaczający ich las.

              https://i.imgur.com/VaeNlzA.jpg

              - Zbierać się, zbierać! Od brodu do Breder jeszcze półtorej dnia drogi! Dobrze abyśmy jutro tam dotarli! - Petra chociaż sama była niezbyt dobrym humorze od tej wiosennej niepogody to jednak dała znak, że nie zamierza zwlekać.

              Rozpalili na nowo wieczorne ogniska, ugotowali strawę, pomyli gary a w międzyczasie złożyli namioty i spakowali je w poręczne pakunki. Te na szczęście można było wrzucić na jeden wóz z zapasami jaki mieli i właśnie na takie okazje. A potem jak to krzyczała szefowa trzeba było się ruszać dalej. Do brodu o jakim wcześniej mówił Stefan a wczoraj wieczorem konni zwiadowcy dotarli dzwon albo dwa później. Pewnie na upartego i wczoraj by dali radę no ale już po ciemku a obóz to by chyba w ogóle trzeba było rozbijać po nocy. Wolf w tym miejscu nie była jakąś majestatyczną rzeką. Ale była całkiem bystra zasilona wiosennymi roztopami jakich jeszcze nie osuszyło letnie słońce.

              - O! Widzicie! Tam jest już Hochland! - ucieszył się Stefan wskazując na znaki graniczne po tamtej stronie bystrzycy. Po ten stał słup z przybitą byczą czaszką oznaczający granicę Ostlandu. A po tamtej szczerzyła się ludzka czaszka na tle białego krzyża w czerwonym polu jakie były wymalowane na tarczy. Chyba od dość dawna sądząc po stopniu zniszczenia surową pogodą.

              - Trzeba się przeprawić. Stefan jak znasz ten bród to idź pierwszy. Potem Greta i Lotar. - Petra dość krytycznym wzrokiem spoglądała na te bystre nurty wody co jakoś nie zachęcały do kąpieli ani tego by się z nimi zapoznać lepiej.

              - Oszywiście psze pani! - zawołał dziarsko Stefan i przy wtórze śmiechów pozostałych zaczął z siebie zzuwać buty i portki. Potem było nieco śmiechów jak trzymając je nad sobą, razem z łukiem i kołczanem balansował zanurzony po pas w wodzie. Ale jakoś przeszedł. Chociaż nie wyglądało to na takie proste zadanie. To jednak w końcu znalazł się po tamtej stronie.

              - Ah Hochland! Czujecie? Tu od razu powietrze jest lepsze! Zdrowsze i czystsze! Od razu lepiej się oddycha! - zawołał radośnie do pozostałych. Po czym przeprawiła się dwójka konnych Gebirsjeager. Konie ostrożnie stawiały kopyta zmagając się jednocześnie z silnym prądem. Ale koniom to co najwyżej brzuchy mogło zamoczyć. Po tych paru chwilach wymagającyh uwagi oboje zwiadoców znalazło się po drugiej stronie. Zaś reszta hochlandzkich myśliwych zaczęła się rozbierać i iść śladem swojego herszta.

              - Jedźcie dalej! Zobaczcie czy tam jest jakaś droga! Nam tu trochę zejdzie! - zawołała Petra do dwójki zwiadoców. Ci pokiwali głowami, spięli końskie boki ostrogami i po chwili znikneli w gęstym lesie. Zaś reszta kompanii pojedynczo przekraczała ten bród. Konnym było zdecydowanie łatwiej. Ale jak się okazało i lady Petra miała wprawę w forsowaniu takich bystrzyc.

              - Tak to robimy w górach. - oznajmiła gdy ruszyła konno każąc przywiązać linę do jednego z ostlandzkich drzew. A gdy sama przejechała rzuciła linę Stefanowi i ten przywiązał ją po hochlandzkiej stronie. W efekcie powstała prowizoryczna poręcz jaka pomagała trzymać pion. Najtrudniej zapowiadało się przeprawienie wozu więc zostawiono to na koniec. Ale zanim to nastąpiło wróciła Greta.

              - Spotkaliśmy tam jakichś dwóch cudaków. W ogóle nie mówią po naszemu. Lothar próbował z nimi coś po kislevicku ale też ni w ząb. Jedyne co mówią po naszemu to “oficer” i pokazują gdzieś w las. - Greta zameldowała szefowej na co się natknęli już tutaj w Hochlandzie. Petrę to zastanowiło. Po paru pytaniach konny zwiadowca doprecyzowała, że to chyba jacyś piechociarze w hełmach i przeszywalnicach, z kordami u boku. Ale chyba z daleka bo w ogóle nie idzie się z nimi dogadać. Oprócz tego “oficera”.

              - Dwóch cudaków co nie gada po naszemu… - zamyśliła się szefowa i popatrzyła w mglisty, mokry las. - Ja tu muszę dopilnować wszystkiego. - popatrzyła na ostlandzki brzeg. Tam jeszcze większość mieczników Theiss dopiero miała się przeprawiać a jeszcze w kolejce czekali halabardnicy Meistera no i wóz z prowiantem i zapasami.

              - To kto tam na rozmowach się chwalił, że zna insze języki co? - zawołała wesoło patrząc po zwerbowanych twarzach. - Alezzia? - ni to wybrała ni zapytała bo magister miała tak wyraźnie obcy akcent w reikspiel, że nie szło ukryć, że ma jakieś egzotyczne jak na Imperium pochodzenie. - No i aby nasza świetlista dama nie podróżowała sama. To jeszcze ktoś by się przydał. - rozejrzała się z siodła po okolicy czekając na resztę chętnych do tego zadania.

              - Greta zaprowadź ich gdzie trzeba. I spróbujcie się z nimi dogadać. Nam jeszcze trochę tu zejdzie jak widzisz. Zobaczcie co to za jedni i czego chcą. - poleciła konnemu zwiadowcy o kasztanowych włosach jaka na nowo zaczynała zapuszczać swój obcięty w zeszłym roku warkocz.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • Pipboy79P Niedostępny
                Pipboy79P Niedostępny
                Pipboy79 jako Pipboy79
                napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                #11

                Miejsce: pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
                Czas: 2521.04.20; Angestag; południe

                Wczorajsza noc był jednak dla Tobiasa dość ciekawym doświadczeniem. Pomijając zgiełk do którego wciąż trudno mu się przyzwyczaić, było całkiem ciekawie. Zwłaszcza te próby - rywalizacja w wielu dziedzinach, sam wziął zresztą udział w konkursie strzeleckim, gdzie spisał się całkiem przyzwoicie. Zdziwiony był gdy wybuchał niekontrolowanym śmiechem raz za razem - to nie może być tylko alkohol.
                Teraz stał przed karczmą - zjawił się jako jeden z pierwszych na zbiórce i szybko się przekonał że będzie musiał cierpliwie poczekać aż zebrani wyruszą. Przynajmniej może przyjrzeć się jego nowym ‘towarzyszom’. Kiwnął głową dowódcy halabardników, za chwilę dotarli miecznicy. Pojawił się też ten elf z wczoraj, jak mu tam - Duiviel. Mówiono mu że jest leśnym elfem. Tobias jednak w to wątpił. Pamiętał wszak opowieść swojego dziadka - po którym zresztą nosi imię - o tym jak z pułapki jaką zastawili na jego dziadka i pozostałych myśliwych zwierzoludzie. Walczyli dzielnie ale przewaga liczebna była po stronie zwierzęcych sług Chaos. Znikąd pojawiły się jednak one- niczym duchy zmarłych - ciche i zabójcze, poruszały się z gracją tancerzy a ciosy zadawały jak herosi z legend. Zakapturzeni, z twarzami zakrytymi , o ciemnych oczach były istotami niemalże z baśni - leśne elfy. Duivial był jednak taki, taki…zwyczajny. Bez tych uszu można by było go wziąć za kupca, barda… No jedynie umiejętność posługiwania się łukiem zgadzało się ze starą opowieścią. No ale będzie okazja przyjrzenia mu się w warunkach 'leśnych'.
                Jego przeciwieństwem był Krasnolud Etri - przedstawiciel kolejnej starożytnej rasy którą miał przyjemność poznać. I był dokładnie taki jak już jako młody chłopak Tobias wyobrażał, przysadzisty z krzaczastą brodą, dziwną krasnoludzką bronią i odpornością na pite trunki. Tobias od razu go polubił. Kiedy krasnolud pojawił się rano przed karczmą łowca postanowił się przedstawić. - Witaj mości krasnoludzie - Tobias Walder, do usług - rzekł z wyciągniętą przed siebie prawicą.
                Oprócz krasnoluda Tobias, już kurtuazyjnie przywitał się z resztą ekipy. -Niech wiedzą, że jestem z nimi, może nie odstrzelą mi głowy gdy naglę wyjdę na drogę wracając ze zwiadu.

                Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                Tobias szedł z przodu z resztą zwiadowców rozglądając się uważnie. Do pogody był przyzwyczajony. Chłodny i deszczowy poranek działał na niego odświeżająco. Mimo monotonii tych paru dni znowu czuł się pewny siebie. Zgodnie z rozkazem ‘szefowej’ przeczesywał okolice szukając śladów bytności wroga czy pułapek. Szybko złapał też wspólny język z Hochlandczykiem Stefanem, który szedł na przedzie. Gdy dotarli nad rzekę, oczywiście Tobias był jednym z pierwszych do przeprawy - podczas przeprawy oddziały były szczególnie wrażliwe i po drugiej stronie od razu zagłębił się w las rozglądając się ostrożnie. Nie sposób było nie zauważyć dwójki ’obcych’ którym na spotkanie ruszyła Greta w towarzystwie kilkorga ochotników, w tym z czarodziejką - jak się dowiedział. Przyprawiali go o ciarki - magowie - ale ta przynajmniej była przyjemna dla oka.

                - Jeśli już o oku mowa, to rusz się i sprawdź skąd ta dwójka przyszła i co tam na Nas czeka…

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • Pipboy79P Niedostępny
                  Pipboy79P Niedostępny
                  Pipboy79 jako Pipboy79
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                  #12

                  Akcja przenosi się do opuszczonego dworku pod Lenkster, gdzie tajemniczy starzec–szeptuch przygotowuje ziołowy wywar dla kozaków po nocy pełnej hulanki. Jeden po drugim pojawiają się oni w opłakanym stanie, lecz po wypiciu mikstury zasypiają i regenerują siły. Szybko okazuje się jednak, że brakuje Aleksieja, co wywołuje niepokój starca i zmusza Gottharda Distlera do działania. Porucznik rusza jego śladem i odnajduje go w kompromitującej sytuacji – uciekającego nago przed rozwścieczonymi chłopami po nocnych amorach z wiejską kobietą. Gotthard interweniuje, ratując podwładnego z kłopotów.

                  Po tym incydencie kozacy zbierają się do drogi, a Distler profilaktycznie odwiedza znajomego śledczego, by uprzedzić ewentualne konsekwencje zajścia. Następnie dołącza do reszty oddziału i oficjalnie zgłasza swoją gotowość do służby pod rozkazami Petry von Falkenhorst. W trakcie podróży zaczyna odczuwać nieufność wobec łowcy Stefana, którego twarz wydaje mu się znajoma. Wkrótce przypomina sobie, że to Kolesnikow – syn przemytnika, którego kiedyś brutalnie przesłuchiwał i doprowadził do egzekucji jego bandy, co rzuca światło na mroczną przeszłość porucznika.

                  W dalszej drodze Distler buduje relacje z Petrą, innymi oddziałami oraz czarodziejką, jednocześnie zachowując wobec tej ostatniej ostrożny respekt. Uważnie obserwuje sojuszników i analizuje ich przydatność bojową, a także dba o bezpieczeństwo wyprawy, wykazując się doświadczeniem i czujnością. Szczególnie niepokoi go możliwość zasadzki, dlatego wysyła zwiadowców i przygotowuje swoich ludzi do ewentualnej walki. Gdy pojawia się potencjalnie podejrzana sytuacja z „cudakami” w lesie, zgłasza się do pomocy, gotów wykorzystać swoje umiejętności językowe i negocjacyjne.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • CioldanC Niedostępny
                    CioldanC Niedostępny
                    Cioldan jako Cioldan
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                    #13

                    Miejsce : pd-zach Ostland; Lenkster; osiedle Krasnoludów, dom Jotunna von Bocka
                    Czas : 2521.04.20; Angestag; przedpołudnie
                    Warunki : półmrok; odgłosy gotowania z kuchni; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; chłodno (0)
                    Duivel, powoli wybudza się z transu w który się wprowadził po wieczorno-nocnym ucztowaniu w tawernie. Ocknął się otoczony unikalną atmosferą mieszkania. Dom w którym nocował to kamienne cudo, wzniesione (wykute) na obrzeżach Lenkster. Surowo ociosane ściany z dużych kawałków skały zdobią starożytne teksty krasnoludzkie i rzeźbione reliefy przedstawiające bohaterskie sceny krasnoludzkiego rzemiosła i triumfu. Elf mało z tego rozumiał, ale zawsze podziwiał wykonanie poszczególnych elementów. Wyrafinowane zbroje stoją na straży, przeplatając się z wieszakami na broń, na których wyeksponowane są precyzyjnie wykonane topory, kilofy i wszelkiego rodzaju młoty. Połyskujące kolczugi i błyszczące tarcze, ozdobione herbem Ostlandu, zdobią ściany. Kiedy Duivel wyszedł z alkowy i szedł w kierunku głównej izby, dostrzegł, że powietrze jest gęste od zapachu świeżego pieczywa, mięsa i jajka, przeplatane z aromatem dojrzałego piwa. W pomieszczeniu nie było już jednak śladu po służbie, która jak zwykle podczas obecności elfa, chowała się zaraz po zrobieniu swoich powinności.

                    - Jotunn! Mały draniu, śpisz jeszcze? - blondwłosy elf wesoło spytał niemal krzycząc.

                    Z przeciwnej strony otworzyły się masywne drzwi z których wyszedł krasnolud w słusznym wieku z siwą brodą sięgającą tylko lekko za tors, zdecydowanie zmęczony, ale jego oczy świeciły radosnym ciepłem.

                    - Spiczastouchy, nie wydzieraj się tak od rana… Mógłbyś choć raz wstać później i dać mi się wyspać, ale kur*a nie…. przynajmniej zawsze jak tu jesteś mamy świeże jedzenie i paszteciki z jajkiem… ale ja zacznę od piwa! - gdy Jotunn wypowiedział te słowa już chwycił wielki kufel wypełniony po brzegi złocisto-mętnym napojem.
                    - Ja dziś wolałbym jakikolwiek ziołowy wywar. Specjalnie się oszczędzałem wczoraj, nie wiem ile pamiętasz, ale z racji tego że Cię tu przywlokłem to raczej niewiele. W każdym razie przyjacielu, Ty się nie zgłosiłeś na wyprawę, także spokojnie dojdź do siebie. Aaa, jeden z twoich wczoraj utarł nosa temu durniowi Lechlerowi w strzelaniu, a co więcej, był tuż za mną w ogólnym rozrachunku - Duivel usiadł przy wielkim kamiennym (a jakże!) stole na wyjątkowo wygodnym drewnianym krześle, które wyglądało jakby wyciosano je w lasach Laurelorn. Wziął grubą pajdę jeszcze trochę ciepłego chleba, dwa paszteciki i zaczął jeść. Nawet tak prosta czynność w wykonaniu elfa wyglądała jakby robił to z gracją (choć się o to nawet nie starał) i elegancją godną ludzkich szlachciców. Może nie był tak taktowny czy dystyngowany jak jego wuj czy ciotka, gdyż poprzez podróże po świecie z przeróżnymi istotami (i w przeróżnych funkcjach) przesiąknął trochę cechami innych obywateli Imperium. Po śniadaniu przyjaciele uścisnęli sobie mocno dłoń.
                    - Zanim wyjdziesz, pamiętaj, że mamy spotkać się na polu walki z tymi cholernymi plugawcami … nie przepadnij na tej wycieczce po konie pięknisiu - rzucił krasnolud na pożegnanie
                    - Ejj!! Gundrik zawieź powozem naszego gościa prosto pod tańczącego zająca – krzyknął krasnolud do jednego ze swoich podwładnych. Duivel uśmiechnął się serdecznie, skłonił i już bez słowa wyszedł.

                    Gdy wyjechali z dzielnicy krasnoludów, w oddali Mundo-naru widział w oddali jakieś zamieszanie w kolonii nieopodal zamku, przyjrzał się uważnie i widział jak jakiś szlachcic na koniu grozi innym ludziom, inni z kolei biegali nago. „Ci zawsze pierwsi do awantur i bitki…” pomyślał sobie.

                    Miejsce : pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
                    Czas : 2521.04.20; Angestag; południe
                    Warunki : jasno; gwar karczmy; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; chłodno (0)
                    Duivel pojawił się nieopodal karczmy. Dziś nie ubrał swoich ulubionych ciuchów w dość jaskrawych odcieniach pomarańczy i fioletu. Na wyprawę przywdział

                    strój stworzony tak, aby płynnie wtapiał się w gęste listowie i zapewniał zarówno zwinność, jak i ochronę. Założył warstwę lekkiej odzieży wykonanej z trwałych i oddychających materiałów dodatkowo zaimpregnowaną, aby była odporna na wilgoć i tłumiła szeleszczące odgłosy, które mogłyby zdradzić jego obecność. Na to ubrał elastyczną skórzaną zbroję, wzmocnioną lekkimi płytkami z przyciemnionego metalu, naśladującą teksturę kory drzewa. Do tego skórzane spodnie, a na stopy założył miękkie skórzane buty, aby jeszcze ciszej i szybciej się poruszać. Przy sobie miał również płaszcz z kapturem. Wszystko to wykonane w leśnych odcieniach brązu i zieleni. Na plecach niósł długi łuk mistrzowskiej roboty, ozdobiony misternymi rycinami liści i gałęzi. Ma ze sobą również solidny skórzany kołczan, który zawiera pokaźny asortyment strzał z piórami (pokolorowanymi tym razem w barwy moro). Do tego z prawej strony ma szablę schowaną w rzemienną pochwę, a z lewej strony małą tarczę, która wygląda na nieco podniszczoną, ale nie od walki tylko ze starości. Na szyi nosi wisiorek – czerwoną głowę byka

                    . Przed wejściem do środka zdjął na chwilę kołczan, aby przywdziać swój płaszcz i założyć kaptur. W mieście nie czuł się tak dobrze jak w lesie czy nawet w wiejskich terenach, ale i tak potrafił dobrze się ukryć. Także wybrał dogodne miejsce i czekał spokojnie na rozwój wydarzeń. Widział jak zjawili się halabardnicy, człowiek wyglądający na zwiadowcę, miecznicy na czele z Renate, no i w końcu przybyły Petra i Inez. Wtedy dopiero wyszedł z ukrycia, podszedł powoli do reszty i zdjął swój kaptur. Jeden z ludzi witał się ze wszystkimi, Duivel rozpoznał w nim jednego z uczestników wczorajszego konkursu łuczniczego.

                    - Dzień dobry łuczniku, oby nasze strzały pozostały w kołczanie do starcia z Chaosem. - powiedział do niego elf, uśmiechając się i przyjaźnie skinął głową na powitanie.

                    Przy wymarszu zwrócił uwagę na srebrnowłosą kobietę, której nie kojarzył z poprzedniego wieczoru, albo wymazał ją z pamięci podczas swojego rytuału. Pomachał i ukłonił się przed Inez rzucając - do zobaczenia wkrótce!

                    Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                    Czas : 2521.04.20-23; podróż
                    Warunki : - ; zróżnicowane
                    Duivel czuł się jak ryba w wodzie, znów w podróży i to jeszcze większość czasu wzdłuż albo nawet przez las. Atmosfera imprezy jaka odbyła się w karczmie już dawno minęła, ale elf przez większość czasu miał lekki uśmiech na twarzy, a może po prostu zawsze tak wygląda? Każdego dnia starał się trzymać blisko wyprawy, jednak codziennie rano i wieczorem gdy obóz był już (albo jeszcze) rozbity wyruszał na zwiady, ale nie oddalał się zbyt daleko. Gdy czekali w kolejce na przeprawę próbował nawiązać lepszy kontakt z Gretą dopytując ją o Górską Marchię Falkenhorst. Podszedł też do Petry i pytał ją czy jeden z zakupionych koni będzie w przydziale dla niego oraz o parę innych spraw osobistych. Chwilę później dowódczyni postanowiła ruszyć się dalej, elf doszedł do niej, gdy oczy innych już były odwrócone od niej i zaczął mówić tak, aby tylko ona słyszała

                    - Pani Dowódco, z całym szacunkiem, niewiele czasu zyskamy, jeśli będziemy musieli jeszcze jeden raz rozbić obóz po drodze, a przecież zbiera się na deszcz. Nie podważam twej decyzji, tylko obawiam się o prawdomówność Stefana, mam nadzieję, że można mu ufać.


                    Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                    Czas : 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                    Warunki : - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)
                    Gdy lina została już przymocowana na drugim brzegu, elf już ze spokojem podszedł do brzegu, aby przeprawić się jak najszybciej. Po krótkiej pogawędce z Renate, ta pozwoliła mu przejść przed jej miecznikami. Po wysłuchaniu rozmowy Petry zgłosił się zaraz po łuczniku, którego witał dzień po imprezie pod karczmą. Zwrócił się też do Grety

                    - Dwóch cudaków w środku lasu? Mieli kaptury na głowie podobne do mojego, albo spiczaste uszy? Tak czy siak, zaskoczę was, ale uwielbiam lasy i chętnie z Wami pójdę.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • DekaresD Niedostępny
                      DekaresD Niedostępny
                      Dekares jako Dekares
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                      #14

                      Miejsce: pd-zach Ostland; obrzeża Lenkster; podwórze pospodarstwa Jeagerów
                      Czas: 2521.04.20; Angestag; późny świt
                      Warunki: ciemno; chłodno, spokojnie

                      Stefan strzelił lekko w ucho swojego młodszego brata kończąc rundę braterskich “czułości” którymi się uraczyli z okazji jego wyruszenia w drogę. Pozostałe dzieci poza Urliką spały jeszcze we wspólnym łóżku o tej wczesnej porze więc młody żołnierz uniknął wygrzebywania się spod skłębionej na nim krzyczącej dziecięcej masy przez co najmniej godzinę zanim udałoby mu się wyrwać z domu. Spojrzał na siostrę która jak zwykle od jego przyjazdu patrzyła na niego z byka. Kilka razy udało mu się przebić przez jej pancerz i wywołać u niej dobry humor z jakiego zawsze ją pamiętał ale teraz nie było po nim śladu.
                      Ta odpowiedziała mu surowym spojrzeniem, po czym ku jego zaskoczeniu kompletnie zmieniła nastawienie i przytuliła go mówiąc:

                      - Wróć do nas szybko - Zaskoczony tym nagłym obrotem sprawy sam objął ją czule uśmiechając się:

                      -Obiecuje. Wrócę szybko Ulka.

                      Po chwili puścił siostrę i po raz ostatni uściskał matkę. Rozmawiali już wczęśniej więc ucałował ją po prostu w czoło i powiedział z uczuciem

                      - Uważaj na siebie Mamo, Kocham Cię, wrócę niedługo - ta odpowiedziała tym samym po czym patrzyła jak Stefan oddala się razem z ojcem w kierunku miejsca zbiórki bawiąc się oszczędnie ze biegającym dookoła nich psem.

                      Miejsce: pd-zach Ostland; obrzeża Lenkster; droga w kierunku granicy z Hochlandem
                      Czas: 2521.04.21; Festag; popołudnie
                      Warunki: jasno, pogodnie, sła.wiatr chłodno

                      Stefan stał nad bulgoczącą w kotle zupą którą szykowali z innymi żołnierzami na późną obiadokolację dla oddziału. Skończył właśnie wsypywać do potrawy skąpe ilości ziół które udało mu się znaleźć w okolicy obozowiska w celu dodania posiłkowi odrobiny więcej smaku. Teraz wrzucał do kotła pokrojone warzywa które podawała mu dwójka żołnierzy, halabardnik Martin i miecznik Vallens siedzących na kocu przy ognisku. Zanim zajęli się zupą Stefan opatrzył ich stopy po tym jak dorobili się potężnych odcisków podczas marszu a w wypadku Martina nie tyle zwykłego odcisku który wystarczyło przebić czystą igłą, a całkiem pokaźne krwawiącego obtarcia które wymagało opatrzenia. Stefan nie chciał aby zmarnowali efekt prostego leczenia które im zaaplikował od razu zakładając buty i chodząc więc wciągnął ich w stacjonarne zajęcie przygotowywania jedzenia. Rozmyślał właśnie wrzucając do kotła cebule o tym jak ma się jego rodzina gdy w kierunku ich improwizowanej kuchni zbliżyła się Pani sierżant mieczników przerywając jego rozmyślania.
                      Uczący go walczyć wuj był weteranem regimentu włóczników i wpoił Stefanowi tak samo regimentowe tradycje dlatego Stefan nie mógł sobie odmówić rozpoczęcia kolejnego rozdziału docinków pomiędzy włócznikami a ludem miecznym, szczególnie tak miłym dla oka ludem miecznym:

                      -Witam Pani sierżant! -powiedział salutując podoficer.
                      Ta zatrzymała się przy dwójce poszkodowanych wojaków i powstrzymała ich przed próbą poderwania się z ziemi na jej widok:

                      - Spokojnie, nie wstawajcie - następne pytanie zadała wymownie spoglądając także na Stefana:
                      - Jak tam wasze nogi? - Stefan pozwolił dwójce zapewnić, że są zdrowi i że to drobne ranki po czym dodał
                      - To nic poważnego u Vellesa, niech się słucha moich zaleceń a będzie śmigał jutro Prawie jak nowy, z Martinem jest troszkę gorzej ale to nic z czym odrobinę opatrunków sobie nie poradzi! Tak w ogóle Pani sierżant to muszę się spytać Pani o jedną niezwykle nurtującą mnie rzec…
                      - Tak Jeager? - zapytała się Sierżant mieczników mierząc go zaciekawionym wzrokiem
                      - Pani sierżant, nie chce Pani w żaden sposób urazić ale jako - tu Stefan zmienił głos na parodię arystokratycznego snoba - jako kolejny w rodzinie żołnierz Włócznik muszę się spytać. Jak taka rozsądna, mądra i zaprawiona w walce podoficer skończyła jako dowódca oddziału uzbrojenego w same miecze? W końcu wszyscy wiemy że My Włócznicy mamy zawsze przewagę w walce nad miecznikami - mówiąc z każdą chwilą uśmiechał się coraz bardziej bezczelnie do wojowniczki. Chciał sprawdzić na ile może sobie z nią pozwolić w docinkach i czy ma podobne poczucie humoru.

                      Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                      Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                      Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                      Słysząc że ich dowódca szuka ochotników do sprawdzenia co to za cudacznych żołnierzy spotkała Greta Stefan nie zastanawiał wcale i podniósł rękę:

                      - Zgłaszam się , zobaczmy co to za nietutejsi - Po tych słowach Stefan szybko zrzucił z siebie swój plecak odkładając go wraz z innymi zbędnymi rzeczami w bezpiecznym miejscu z dala od wody ale jednocześnie doskonale widocznym dla reszty na wszelki wypadek gdyby Ci musieli ruszyć dalej bez nich aby jego rzeczy nie zostały porzucone na szlaku. W ten sposób został tylko z bronią przy boku i zestawem przyborami potrzebnymi do udzielenia pierwszej pomocy.
                      - Azur do nogi! - zawołał do swojego psa przywołując go do siebie. Ten cały czas otrząsał się z przymusowej kąpieli jaką musiał przed chwilą odbyć spotkała go:

                      -Choć piesku idziemy na małą wycieczkę! - rzucił radośnie

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • ZellZ Niedostępny
                        ZellZ Niedostępny
                        Zell
                        Moderator Obsługa
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                        #15

                        Magister nie bawiła się jak inni zgromadzeni w karczmie. Jej większą satysfakcję sprawiała obserwacja zachowania innych, niż osobiste branie udziału w zabawie. Wręcz można uznać, iż magini nie odczuwa prawdziwej radości, jako że przez cały czas ograniczała się co najwyżej do przyjaznego uśmiechu czy zmarszczenia skóry przy oczach z rozbawienia... ale ciężko to było prawdziwym rozbawieniem nazywać.
                        Śnieżnobiałe włosy idealnie kontrastowały ze śniadością skóry. Już podczas zabawy w karczmie obecność magini światła zdawała się w nienaturalny sposób wpływać na zaginanie oświetlenia w jej kierunku. Nie znaczyło to, że kobieta była bardziej oświetlona od innych, tylko... bardziej miało się nieokreślone wrażenie jakby bliżej niej oświetlenie nabierało bladej poświaty... albo i nie. Wrażenie tego fenomenu było zbyt ulotne dla zmysłów, aby się na nim skupić i dokładnie określić jego istnienie... lub nie.
                        Magowie...

                        pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu; Wellentag; przedpołudnie

                        Tileańska Magister nie wydawała się być w najmniejszym stopniu zirytowana na nocną pogodę. wręcz przyjmowała wszystkie niewygody tej podróży także nieoczekiwany deszcz z niezachwianym spokojem. Kiedy rano się przebudziła jej jasne ubrania były zastanawiająco niezabrudzone, a nawet jeżeli użyła magii by się doprowadzić do czystości, to w porannym zamieszaniu umknęło to uwadze towarzyszy.

                        Jak zwykle nie opuszczał jej na krok młody Diethard, najwyraźniej zafascynowaniem jej egzotyczną urodą stanowił najbliższy element towarzyszący magini światła, który wziął na siebie opiekę nad dobytkiem Elezzii, jak i o wszelkie wygody jakie by sobie zażyczyła od mężczyzny za niespełna dochodzącego drugiej dekady. Usilnie próbował zarazić każdego z kim rozmawiał swoim humorem i pozytywnym nastawieniem, choć szybko można było się zorientować, iż sporo z jego natury w promieniuje naiwnością młodości. Niemniej choć Alezzia reagowała na jego słowa lekkim uśmiechem, to Diethardowi nigdy nie udało się wycisnąć z kobiety prawdziwego śmiechu.

                        Jednak to milczący Gotthold był większym stopniu zainteresowany bezpieczeństwem Magister niż jej urodą. Znajdował się u jej boku skuszony pieniądzem i traktował całą misję z niezachwianą powagą. Nie interesowały go pogaduszki ni to z Alezzią, nie z innymi członkami wyprawy, a jedynie cel do jakiego został wynajęty.

                        Gdy magini oddalała się sama by ustalić magiczne granice obozowiska i upewnić się że na pewno tej nocy nic nie przejdzie niezauważone, niczym cień towarzyszyła jej Katja, jaka podczas podróży była oczami i uszami przemykającymi w tle i wypatrującymi nadchodzących zagrożeń.

                        [MEDIA]https://i.pinimg.com/564x/69/70/b3/6970b3730aa2db8487c83567ef6feebc.jpg[/MEDIA]

                        Ostatnim towarzyszem Magister był jegomość, którego obecność nie była do końca zrozumiana, a i sama Alezzia nie raczyła przedstawić go bardziej niż tylko imieniem Marcel. Prawdę mówiąc kobieta nawet nie była bardzo chętna do prowadzenia rozmów z tym mężczyzną, który zdawał się nie pałać sympatią do magini. Możliwym wyjaśnieniem było, że po prostu jak większość osób w imperium nie ufał magom i ich sztuczkom. Niemniej zdawał się interesować dobrym zdrowiem Alezzii, z której zdawały się nie schodzić jego oczy, jednak w przeciwieństwie do Dietharda jego spojrzenie skrywało inny rodzaj zainteresowania.

                        Całą podróż Magister zajmowała się opieką nad bezpieczeństwem grupy podczas odpoczynku. Ustawiała magiczne alarmy wokół obozowiska, ale także zajmowała się przyziemnymi sprawami, jak pomoc w przygotowaniu posiłku. Była zawsze chętna porozmawiać, opowiedzieć, podzielić się wiedzą.

                        A gdy pojawiła się sytuacja z dwoma "cudakami" Alezzia nie wahała się wystąpić do pomocy.

                        - Zobaczę co da się w ich sprawie zrobić. - odezwała się Magister swoim silnym tileańskim akcentem. Wysłuchała słów Distlera i skinęła głową aprobując pomysł pomocy przez jego doświadczenie. - La tua conoscenza potrebbe rivelarsi utile. - odparła energicznym językiem.

                        Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SeachS Niedostępny
                          SeachS Niedostępny
                          Seach
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                          #16

                          Miejsce: pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
                          Czas: 2521.04.20; Angestag; południe

                          O poranku Eitriego można było znaleźć zjadającego się śniadaniem. Solidna kiełbasa, jajka, które popijał piwem. Zaszedł go wtedy Klaus, najwyraźniej ten ciąglę męczył się z trudami picia.

                          - Znowu pijesz? - zagaił kiedy przysiadł się do krasnoluda - Słyszałem, że krasnoludy mają silne żołądki, ale słyszałeś o wodzie?

                          Eitrie przeżuwał spokojnie kiełbasę zanim odpowiedział.

                          - Ano, słyszałem. Używacie jej aby rozcieńczyć wasz Grog . - zaczął, używając Khazalidzkiego słowa na kiepski trunek - Wy człeki, używacie tyle pszenicy w waszych trunkach, że robi mi za chleb. - inżynier się uśmiechnął - Natrafimy kiedyś na prawdziwą, krasnoludzką gorzelnie, to dam ci posmakować Grizdalu . Piwo, które leży odkąd, twój pradziad był niższy ode mnie. - Eitri poklepał mężczyznę po plecach - Nie próbuj przepić Dawi'ego , większe szanse masz z Ogrim.

                          Po czym wrócił z powrotem do posiłku. Elf był nie lada dla niego zaskoczeniem, o ile spodziewał się, że łucznik będzie dobry, fakt, że ta tykwa doganiała go w piciu była niespodzianką. Będzie musiał poćwiczyć, jeżeli ma zamiar być na ciągle na szczycie.

                          Kiedy wyszedł z karczmy spotkał go Tobias. Kojarzył zwiadowcę z konkursu strzeleckiego. Musiało go nieźle dziwić, że pokonał go krasnolud.

                          - A, witaj Wutumgi . - Eitri uścisnął dłoń młodzieńca - Eitri Ironforge. Kowal i inżynier. Będziesz czegoś potrzebować, zawołaj.

                          Miejsce: pd-zach Ostland; obrzeża Lenkster; droga w kierunku granicy z Hochlandem
                          Czas: 2521.04.21; Festag; popołudnie
                          Warunki : jasno, pogodnie, sła.wiatr chłodno

                          Na trakcie Eitri starał się nie spowalniać pochodu, chociaż zauważał, że męczył się wolniej od ludzkich oddziałów. Kiedy rozbijali obóz krasnolud chodził od namiotu do namiotu, upewniając się, że wszystko jest odpowiednio umocowane, poprawiając gdzie widział niedociągnięcia. Upewniał się, że wszyscy zjedli posiłek, że wiedzą gdzie znajduje się ich ekwipunek.
                          Dużo czasu spędzał z Dymitrim i pozostałymi strzelcami. Tłumaczył im jak opiekować się swoją bronią. O ile był pewny, że ich oficerowie przeszkolili ich w konserwacji arkebuzu, broń palna wymaga obchodzenia się jak z dzieckiem. Nie chcą, aby w ważnym momencie zaciął się spust.
                          Kiedy nic nie robił Eitri siedział przyglądając się swojemu medalionowi, delikatnie głaszcząc jego wnętrze raz na jakiś czas.

                          Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                          Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                          Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                          Eitri przysiadł kiedy pochód się zatrzymał. Dwóch dziwaków na trakcie w górach?

                          - Przygotujmy się na bitkę. - zawołał krasnolud, kiedy wszyscy na niego spojrzeli wzruszył ramionami - To może być podpucha. Mogą mieć kolegów pochowanych po krzakach. - inżynier wyciągnął swój muszkiet opierając go na kolanach - Krasnoludy nie są najlepszymi zwiadowcami, kiedy są elfy i ludzie dostępni. Ja zostanę tu.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • Pipboy79P Niedostępny
                            Pipboy79P Niedostępny
                            Pipboy79 jako Pipboy79
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                            #17

                            Oryginalny tytuł: Tura 03 - 2521.04.23; wlt; przedpołudnie

                            Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                            Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                            Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                            Wszyscy

                            Te kilka dni wspólnej drogi z Lenkster, przez leśne ostlandzkie ostępy, wspólne biwakowanie pod gołym niebem, czasem tylko w jakiś stodołach czy zagrodach obok jakich się zatrzymywali sprzyjało rozmowom i lepszym poznawaniu się. Trudno było iść obok kogoś cały dzień i nie odezwać się do niego ani słowem albo o czymś nie pogadać przy wspólnym ognisku.

                            Tobias

                            - To tyś łucznik? I widzę myśliwy? No! To tak jak my! To dawaj, dawaj z nami kolego! - Tobias co przystał do myśliwych Stefana został przez nich całkiem ciepło przyjęty. Przynajmniej przez ich lidera. Wspólnie myszkowali po symbolicznym poboczu rozjeżdżonej i rozchodzonej przesieki gołej ziemi a jak deszcz spadł to błota jakie w Ostlandzie nazywano drogami. Wydawało się, że pod względem umiejętności i specyfiki to całkiem mu po drodze do ludzi pokroju Stefana. No i widocznie ten pamiętał go z wieczorku zapoznawczego jako jednego z łuczników jacy wówczas stawali ze sobą w symboliczne szranki w strzelaniu do wiadra albo czegoś podobnego.

                            - No. I ty to jesteś swój. Od razu widać, żeś swój chłop. Nie jak co niektórzy. - powiedział herszt myśliwych ze złośliwym błyskiem w oku wskazując wzrokiem na plecy kilku idących z przodu Kozaków. Wcześniej to właśnie ci pojedynczy myśliwi Stefana i paru takich zawodowych rangerów jak Tobias szli na czele kolumny. Ale widać teraz ta rola spadła na część grupy kozaków Gottharta. Chociaż jak się szybko okazało Stefan nie tyle pił do idących w roli czujki Kozaków co do ich szefa co jechał z kolei za jego myśliwymi razem z szefową i kilkoma konnymi góralami.

                            - Widziałem go wtedy w “Zającu”. Dla mnie to jakiś miglans z niego. Chodził, patrzył, słuchał, niczym się nie wychylał. No ta pani ładna też. Ale jak ona wiedźma to może nawet i lepiej. A on? Albo nic porządnego nie umie, żadnego fachu w ręku nie ma albo nie chce się chwalić tym co umie. W obu wypadkach to podejrzane. No z pannami nieco potańcował no ale hej, kto z nimi nie tańcował! Mówię ci nie podoba mi się on. I zobacz jak się szarogęsi na każdym kroku. Będą z nim kłopoty. - Hochlandczyk zdradził się, ze swoją nieufnością jaką żywił do Gottharta. Wydawało się, że ten mu jakoś nie podpasował swoim zachowaniem sprzed paru dni no i był z całkiem innej bajki. W przeciwieństwie do Tobiasa jaki wydawał się być mu znacznie bliższy.

                            - A w ogóle byłeś już u nas w Hochlandzie? - zaciekawił się za którymś razem gdy szli obok siebie. W końcu w takim a nie innym składzie wycieczki do sąsiedniej prowincji to chyba tylko właśnie myśliwcy byli stamtąd.

                            Gotthart

                            Ponieważ konnych w ich ekspedycji było niewielu to siłą rzeczy Petra miała ograniczone towarzystwo kawalerzystów. Zwykle dwóch czy trzech górali jechało za nią lub przed nią. Ci co akurat mieli tą zmianę, że nie jechali z przodu jako czujka. Bo wtedy zwykle jechali na tyle z przodu, że nawet z czoła kolumny nie było ich widać. Z siodła widział idących z przodu myśliwców Stefana a jeszcze bardziej z przodu swoich Kozaków. Za nimi maszerowali miecznicy Theiss, potem jechał wóz z zapasami a za nimi halabardnicy Meistera. I za nimi jeszcze szło paru Kozaków.

                            Sami górale pod względem ekwipunku bardzo przypominali ludzi Stefana. Albo większość chłopskiej piechoty jaką zdarzało mu się widywać. Zwykle mieli na sobie opończe albo futrzane czapki jakie dawały nadzieję, na zamortyzowanie ciosu. Niewielu z nich miało hełmy. Do tego przeszywalnice albo pikowane kurtki. Dawało to symboliczną ochronę. Znów pod tym względem przypominali oddział Hochlandczyków. Zwłaszcza, że też mieli łuki jaka chyba były ich główna bronią i rolą. Mieli też kordy czyli broń pośrednią między nożem a mieczem w jaką często wyposażali się ubożsi piechurzy. Do tego momentu łatwo było ich pomylić z jakąkolwiek łuczniczą piechotą. Nawet podczas obozów wyglądało, że obie grupy mają się ku sobie i bez trudu nawiązują wspólny język. Coś co wyróżniało Gebirgsjaeger to czekany jakie każdy z nich miał u boku. No i emblemat podobny do niezbyt regularnej gwiazdy albo kwiatu. Czasem z symbolicznie wyszytą górą. Każdy chyba sam sobie to wyszywał czy też raczej żona, córka czy matka więc były nieco inne ale ogólnie motyw był rozpoznawalny. Ze słów Lotara wynikało, że to szarotka. Kwiat jaki rośnie tylko w górach i od wieków był tradycyjnym symbolem tej formacji. Nawet jeśli tej formacji od wieków nie było.

                            - Dopiero nasz pan na nowo utworzył nasz regiment. Ufundował nam sztandar a pani Hela została jego matką chrzestną. I dopiero on zaczął traktować jak prawdziwe wojsko. A nie jakieś najemne przybłędy. - za każdym razem gdy Gebirgsjaeger wspominali o swoim patronie to zawsze mówili o nim z szacunkiem i jawił się on jako dobrodziej i jaki przywrócił chlubę ich formacji. Bez niego to się zaciągali do różnorodnych formacji i armii na nizinach, gdzie się dało. Więc często mieli w tym wojennym rzemiośle całkiem spore doświadczenie. Zwłaszcza jako zwiadowcy i strzelcy. No ale jak tylko margraf ogłosił odtworzenie ich regimentu to górale zaczęli do niego ściągać. Więc jak wiosną zaczynali w żałosne pół tuzina to teraz było ich kilkakrotnie więcej. Dlatego nie dla wszystkich starczyło wierzchowców.

                            Wierzchowce były kolejnym elementem jaki odróżniał Gebirgsjaeger od innej piechoty. Dosiadali bowiem małych, górskich kuców. Wydawały się mikre przy pełnowymiarowych koniach jakimi jechał Gotthart czy Petra. Ale w ich relacji brzmiało, że właśnie ta małe kuce były prawie jak górskie kozice gdy trzeba było podróżować dolinami gór. Ale na same akcje czy do walki to chodzili pieszo. W górach mieli od zeszłej wiosny sporo roboty z ich oczyszczaniem z wszelkiego tałatajstwa jakie się tam przez milenia zalęgło.

                            - A plany naszego pana to plany naszego pana. Jak tylko przyszły wieści z wiciami wojennymi to zaraz na drugi dzień nas posał przodem. Mieliśmy werbować wojsko dla niego i pod jego sztandary. Jak on przygotuje wszystki w Falkenhorst to przybędzie i obemie dowództwo. Trochę te armii udało nam się zebrać więc będzie miał czym dowodzić. Na razie to słaliśmy mu regularnie listy aby dać mu znać jak tu nam idzie. - przez te parę dni drogi Petra miała okazję aby poopowiadać nieco o ich górskim władcy pod jakiego poza tym co mu służyli już wcześniej zaciągnęli się na służbę.

                            - A nasz pan dzielny i mężny. Oj tak, prawdziwy rycerz z niego! Jak z legend! Jak zeszłej wiosny jakaś maszkara grasowała po okolicy Falkenhorst, rozpatroszyła owcę czy kozę. To pastuchowie z trwogą zabrali swoje stada do miasta i bali się tam chodzić. A nasz pan jak sie dowiedział to wziął zroję, konia, kopię i razem z mistrzynią Helą pojechali w ten ciemny las. Sami! Tylko we dwójkę! Co za odwaga! Jak to bym się bała wleźć na dwa kroki do lasu i to w nocy jak by tam takie paskudztwo grasowało. A oni pojechali sami. Wrócili później i pan kazał wbić łeb poczwary na dziedzińcu aby wszyscy widzieli, że już nie ma się czego obawiać. Ale radość nastała! Wszyscy chodzili oglądać ten łeb. A wielki, kosmaty, w takim brudnym białawym futrze. Potem pastuchy poszły tam znów na te hale i znaleźcli resztę truchła. Jak ktoś był ochotny to nawet prowadzili tam ciekawskich. A wielkie to było, coś jak niedźwiedź albo wlochaty troll. Trudno powiedzieć co to było. A ten łeb to potem zaczął gnić i śmierdzieć to go Eryk oskrobał, wygotował i potem samą czaszkę oddał naszemu panu. A on kazał ją przybić na pal przy wjeździe do zamku aby wszyscy co go odwiedzają to widzieli. Taki jest nasz pan. Jesienią to my byliśmy ciekawi czy sam nie wystąpi w turnieju. Na pewno by wygrał z każdym! No ale nie. Był tylko jako gospodarz i gościł tych wszystkich znamienitych gości jacy zjechali. Bo nawet stąd to kawał drogi jest i to przez góry. Pieszo to ze trzy pełne tygodnie. Konno z połowę tego. Jeszcze zależy jaka pogoda bo w górach to ostrzejsza niż tutaj. Ale widoki za to jakie! Piękne, piękne te nasze góry. Chociaż ja to wolę miasto. A miasto nasze no cóż, nie ma co ukrywać, że jak ileś tam wieków stało puste no to kiepsko wygląda. Ale po kawałku je remontujemy i stawiamy na nowo. I jak puste do dużo miejsca jest. Jak ktoś nowy przyjeżdża to co mu się spodoba to może zająć. Najwięcej to mieszka teraz przy Placu Targowym. I tam jest moja “Tańcząca nimfa”. Pierwsza karczma w naszym mieście. Strasznie się starałam aby wyglądała jak najlepiej na zeszły turniej. Tam gościłam tych co się nie zmieścili na zamku albo ich obsługę. Ale jeszcze mam dużo planów co do niej. Teraz widziałam nowe draperie takie ładne to też by pasowały do mojej “Nimfy”. A nazwa to przez Eryka. Jak jechaliśmy znów do Lenkster to on i jego chłopaki znaleźli posąg takiej ładnej, tańczącej panienki z marmuru. Strasznie mi się spodobała! No i odkupiłam ją od nich, kazałam oczyścić i postawiłam w holu aby tak ładnie witała moich gości. I mnie natchnęła na nazwę bo wcześniej się jeszcze wahałam. - Petra jadąc konno pomiędzy Gotthartem a Alezzią, mając przed sobą łuczników Stefana a za sobą paru konnych Gebirgsjaeger i mieczników Theiss ładnie opowiadała. Widocznie miała talent do gawędziarstwa. I o swoim górskim władcy opowiadała chętnie i chlubnie. Wydawała się cieszyć z jego sukcesów, swojej pozycji zaufanej współpracownicy na jego dworze no i w ogóle z tego postępu jak górska marchia zrobiła w ciągu ostatniego roku. Gdy rok temu zaczylani w tuzin wozów jakie rozparcelowały się po pustych jeszcze wówczas stanicach na trasie, że do samego Bastionu dotarło pół tuzina i nieco obstawy w tym Eryk ze swoimi chłopakami i Greta co jeszcze wówczas do nich nie należała. A teraz? No może to nie mieli tam tak jak w Lenster czy jakimś innym większym mieście. Ale w porównaniu jak zaczynali dosłownie od niczego, od szarych kamieni wysmaganych wiatrem, wysuszonych górskim mrozem i wymrożonych śnieżną pierzyną, ze sparciałym drewnem, przerdzewiałym metalem to jednak postęp był zauważalny. A wciąż uważali, że to dopiero początek ku świetlanej przyszłości jaką pod patronatem górskiego markgrafa mieli dla swojej nowej ojczyzny.

                            Duivel

                            Elf musiał przyznać w duchu, że ten pomysł skrytej obserwacji zbiórki na podwórzu “Zająca” sprzed paru dni to jednak niezbyt mu wyszedł tak jak to sobie pierwotnie planował. Choćby dlatego, że karczma była wciśnięta między inne błotniste ulice Podzamcza, sąsiednie budynki i obejścia. Więc niezbyt było miejsce aby obserwować z daleka. Właściwie musiałby chyba wejść na piętro z któregoś z sąsiednich budynków aby widzieć przez mur co się dzieje na podwórzu a samemu mieć nadzieję aby nie być przez nich widzianym. Właściwie jedyne miejsce aby mieć wgląd w głąb podwórza to miejsce naprzeciwko bramy. Tą bowiem zostawiono gościnnie otwartą na kolejnych uczestników wyprawy. Ale ulica ograniczała to miejsce na tyle, że właściwie trzeba było właśnie stać naprzeciwko bramy. Mógł co prawda założyć kaptur i liczyć, że wczorajsi towarzysze go nie rozpoznają gdy będą przechodzić albo z nudów zerkać w stronę ulicy gdzie zapewne dojrzeli by sylwetkę w kapturze co kolejne pacierze tam stoi czy siedzi, nic właściwie więcej nie robi ale do środka nie wchodzi.

                            Po drodze to jak się przekonał Greta nie była zbyt rozmowna. Miał wrażenie, że łuczniczka nie przepada za rozmowami z nieznajomymi. Do tego siłą rzeczy jako jeden z niewielu konnych zwiadowców przez pół dnia jechała z górskim towarzyszem na przedzie kolumny. Tak daleko na przedzie, że zwykle nie było ich widać. Tak jechali do obiadu i wtedy podczas popasu zmieniali się rolami i poranna dwójka mogła jechać w środku szyku kolumny marszowej, zwykle w pobliżu Petry. A druga dwójka zmieniała ich na dalekiej czujce. Już bardziej jej towarzysz, Lotar, okazał się bardziej rozmowny.

                            - A co tam gadać elfie? Jak się ta cholerna wojna skończy to przyjedź do nas to sam się przekonać. U nas dużo luda potrzeba. To i myśliwi i łucznicy też się przydadzą. Dużo roboty trzeba jeszcze zrobić. Sporo żeśmy przez ostatni rok zrobili no ale do zrobienia jest jeszcze więcej. Miasto wciąż stoi pustkami, zasiedlić je trzeba. A tu widzisz elfie, wojna teraz przyszła i te wszystkie nasze plany poszły w łeb. Od jesieni tośmy planowali, że na wiosnę jak będziemy werbować tutaj ludzi do do kolonizacji. A nie na wojnę. - stwierdził filozoficznie górski łowca dając wyraz, że mieli całkiem inne plany na ten nowy, cieplejszy sezon. I wydawał się ciepło wyrażać o swojej nowej ojczyźnie, władcy no i odtworzonym regimencie nad jakim znów margraf obrał patronat. Ale to przez ostatni dzień czy dwa drogi. A obecnie, na chwilę przeprawy przez Górski Bród to Lotar został “z tymi dwoma cudakami” zaś Greta wróciła do szefowej aby ją poinformować o tym spotkaniu.

                            - To nie są elfy. Na moje oko to jacyś piechociarze. Tylko nie gadają po naszemu. - mruknęła do niego Greta z siodła swojego górskiego kuca na jego pytanie.

                            A podczas wcześniejszej rozmowy z szefową ta wysłuchała jego pytań o różne sprawunki jakie planował w Breder. - Zobaczymy ile i jakie mają te konie w tym Breder. Priorytetem są te dla Gebirgsjaeger bo mamy więcej górali niż wierzchowców. No i dla naszego pana bo te konie na wojnie to się szybko zużywają to jeden dla jednego rycerza to mało. A jak coś zostanie to zobaczymy. - więc niczego mu nie obiecała ale widocznie miała dość konkretne plany co do roli zakupionych w Hochlandzie wierzchowców. Co do reszty zakupów o jakie pytał to nie widziała jakichś większych przeciwskazań. Jak go stać aby kupić sobie wierzchowca to niech kupuje. Będzie miał na czym jeździć. Jak go stać na wóz i konia to też niech kupuje. Będzie miał swój wóz i konia. Dorzuci się go do tej karawany taborów jakie zamierzali stworzyć na rzecz ich powstających hufców. Jak się sam nie czuje na siłach powozić to ją chyba nieco zdziwiło ale zapewne jakiś woźnica się znajdzie. Trudniej było o konny wóz niż kogoś do jego powożenia. Natomiast gdy okazał swoje ograniczone zaufanie do Hochlandczyków Stefana to ją nieco zdziwiło.

                            - A czemu tak uważasz? Wczoraj powiedział, że tutaj będzie bród i pewnie pusty to jak widzisz jest ten bród i jest pusty. Czymś ci się narazili, że tak im nie ufasz? - zapytała elfa zdziwionym tonem jakby brała pod uwagę, że może wie o nich coś więcej niż ona i stąd jego brak zaufania do bandy leśnych łuczników.

                            Stefan

                            - Włócznik tak? I cóż wy byście mogli tymi wykałaczkami przeciwko sprawnemu mieczowi? - prychnęła rozbawiona sierżant mieczników gdy na ostatnim obozie ją zagadnął w tych szermierczych sprawach. Wydawała się mieć dość pogodną naturę co zdawało się przeczyć opinii prymitywów i srogich półnorsmenów jaką cieszyli się w Imperium Nordlandczycy. Nawet nie wyglądała na jakąś umięśnionego babochłopa czy inną kobietę z północy. Raczej na imperialnego żołnierza i oficera. Tyle, że kobieta. Co było nietypowe bo niewiele kobiet służyło w oddziałach liniowych. Zdarzało się ale jednak nie była to codzienność. Zwykle jak już to służyły w oddziałach pomocniczych. Chyba, że w obronie. Bo jak miasto było oblegane to wtedy cała ludność zwykle brało udział w tej czy innej formie obrony. To i kobiety w obronie murów zdarzały się częściej niż zwykle ale też póki się dało to raczej mężczyźni zwykle brali na siebie te najcięższe zadania. Ale widocznie sierżant Theiss należała do tej mniejszości kobiet jakie nie stroniły od męskich zawodów. A i jej podwładni zdawali się ją uwielbiać. W każdym razie tak jak włócznik wierzył w mocne strony swojego oręża tak ona zachwalała własny nie mając ochoty jej zmieniać.

                            Rozmowa z Petrą poszła mu dość gładko. Szefowa nie widziała trudności aby ktoś miał załadować własne bambetle czy kupione zapasy na wóz. Byle bez przesady, że zajmie pół wozu swoimi rzeczami. Ale jakiś worek czy dwa to pewnie by się zmieścił. Zwłaszcza, że brała pod uwagę zakup nowych wozów.

                            Zaś jako znachor nie miał na razie zbyt wiele do roboty. Straty marszowe były dość niewielkie. Późnowiosenna pogoda była taka sobie ale to już nie było ta wiosenna słota jaka topiła cały świat w błocie. Nie mówiąc już o zimowych mrozach zesłanych przez Ulryka. Podróżowali we względnie małej grupie a nie całą armią gdzie zagęszczenie luda było orkopne i tych chorych i kontuzjowanych siłą rzeczy było dużo więcej. No i przemieszczali się a nie obozowali w jednej ciżbie więc każdy postój wypadał w nowym miejscu. Chociaż co jakiś czas trafiali na wydeptane ślady poprzednich oddziałów jakie tędy przchodziły i obozowały.

                            A teraz Greta przywiozła wieści o nietypowym spotkaniu jakie trafiła razem z Lotarem. I na polecenie szefowej miała tam poprowadzić grupę zwiadowczą. Jak się okazało parę osób się zgłosiło prawie od razu więc nie miał iść sam.

                            Alezzia

                            Podczas wieczorku zapoznawczego Alezzia musiała przyznać, że chyba jej urok osobisty zadziałał. Bo gdy nie zdradzała ochoty do integracji z innymi czy choćby tańców a do tego była osobą parającą się sztukami mistycznymi czyli w opinii pospólstwa była wiedźmą to jakoś mało kto do niej podbijał aby ją sam z siebie zaprosić do tańca. Właściwie to wyglądało to podobnie jak z obiema szefowymi i szlachciankami. Przynajmniej póki Dana nie przełamała tego stuporu na rozpaczliwe wezwanie Petry. Potem nawet podeszła do Alezzi aby pół żartem a na w pół poważnie i jej zaproponować taniec no ale tak elastycznie, że łatwo było to obrócić jako żart bez ujmy dla którejś ze stron.

                            A podczas podróży niejako w naturalny sposób jechali we trójkę. W końcu poza nią tylko Petra i Gotthart mieli wierzchowce. Byli jeszcze Gebirgsjaeger na swoich górskich kucykach jakie wydawały się miniaturką przy pełnowymiarowych koniach. Ale i tak dzięki nim byli szybsi i mobilniejsi od piechurów. Zwykle dwójka jechała gdzies tam z przodu przepatrując drogę, że nawet z siodła nie było ich widać a dwójka jechała gdzieś trochę za Petrą. Więc młoda magini miała właśnie za towarzyszy najczęściej szefową i dowódcę pieszych Kislevitów jaki sam bynajmniej na Kislevitę nie wyglądał. A szefowa oprócz tego, że rozmawiała z Gotthartem o ich górskich włościach i władcy to znalazła też okazję dla drugiej towarzyszki podróży.

                            - To jesteś czarodziejką tak? Znaczy tym, magistrem. Tak jak Inez. - zagaiła gdy tak sobie jechali tymi błotnistym pasem pod baldachimem ponurego, ostlandzkiego lasu jaki kończył się gdzieś przy samej granicy z Kislevem. A z tego co Tileanka wyniosła z nauk w Kolegium to jak się weszło do niego w Reiklandzie przy wschodnich krańcach Gór Szarych to właśnie można było tylko lasami przejść aż do ostlandzko - kislevskiego pogranicza ani razu nie wychodząc na otwartą przestrzeń. Do tego ten tutejszy, ostlandzki las nazywano Lasem Cieni. I w całym Imperium chyba tylko Drakwald miał gorszą reputację. Pierwszy raz go widziała z bliska ale ponure widoki pasowały do tej ponurej reputacji o jakiej nauczuali w Kolegium.

                            - I słyszałam. To wy tam macie jak w klasztorze co? Tylko nauka, modlitwy, medytacja, posty i takie tam? Biedactwo… A taka ładna dziewczyna z ciebie… - Petra spojrzała w bok na jadącą obok świetlistą blondynkę. Jakoś tak smutno i współczująco. Jak starsza siostra czy koleżanka co powinna zaopiekować się tą młodszą i mniej doświadczoną przez życie.

                            - Inez to się udało, że znalazła swoją mistrzynię gdzieś tutaj. To ją wzięła pod swoje skrzydła. Tylko ona została z naszym margrafem w Falkenhorst a pan nas i Eryka posłał aby tutaj uzbierać to wojsko dla niego. No ale dlatego Inez ominęły te wysokie szkoły. Ale nieco słyszała i mi opowiadała jak tam jest. - młoda szlachcianka wyjaśniła skąd ma takie a nie inne informacje o magach. I z tego co wiedziała świetlista magister to mogło tak być. Nie wszyscy kandydaci zaczynali swoje nauki w samym Altdorfie. Większe imperialne miasta miały swoje filie, już nie tak wspaniałe i sławne jak to gówne Kolegium w stolicy no ale działały na tych samych zasadach. Miało to praktyczne znaczenie bo nie każdemu było łatwo wysłać potencjalnego kandydata do odległej stolicy i jak już łatwiej było też szkolić kogoś takiego gdzieś lokalnie. No i jak taki wykształcony magister już praktykował na własną rękę to miał prawo wziąć kogoś na ucznia i go szkolić. Tak zapewne właśnie miało miejsce z Inez i jej mistrzynią. Ale sądząc po tym co i jak mówiła jej przyjaciółka to chyba musiała sobie imaginować te lata nauki jako coś strasznie trudnego i męczącego niepozwalającego na inne rzeczy, zwłaszcza rozrywki.

                            - Ale jakby ci ktoś dokuczał to powiedz. Wiesz, nie wszyscy lubią wiedźmy. Ale teraz pracujesz dla nas więc gdyby ktoś ci dokuczał to powiedz. - powiedziała na koniec jakby chciała dodać otuchy jaśniejszej koleżance. Chociaż na oko to wydawały się być w podobnym wieku. Poklepała ją przyjacielsko po ramieniu i posłała ciepły uśmiech.

                            A, że ktoś mógłby być dla niej niemiły to się już zdążyła przekonać sama. Póki studiowała w Kolegium to chociaż tam były podziały na poszczególne Tradycje, na różne stopnie zaawansowania wśród uczniów i profesorów to jednak panowała dość uduchowiona i braterska atmosfera światłych ludzi nauki. I tam co prawda ostrzegano uczniów, że ich moc może budzić “pewno wotum zaufania” tak u wysoko urodzonych jak i pospólstwa. Nawet jeśli będzie się ono różnie objawiać. Zapewne jakiś szlachcic nie schyli się aby ciskać w maga łajnem czy spluwać przez ramię dla odczynienia złego uroku ale zapewne też gdyby chciał potrafiłby okazać swoją nieprzychylność dla magistra. Ale dopiero jak skończyła naukę i zaczęła praktykować na zewnątrz przekonała się, że to nie były żarty ani czcze gadanie. Póki ktoś ją brał za jakąś uczoną, może szlachciankę to pół biedy. Ale jak się zdradziła albo jakoś dowiedział się o tym kim jest… No to różnie z tym bywało. Co prawda do jakichś rękoczynów czy wyzwisk to się nie dochodziło tak często ale już łagodniejsze formy okazywania niechęci, obawy, strachu, braku zaufania były dość powszechne. Pewnie to skłoniło Petrę do tego ostatniego zapewnienia. Sama chyba nie miała wcześniej doświadczeń z magami póki nie spotkała Inez z jaką się z czasem zaprzyjaźniła. Więc jej poglądy to był taki konglomerat popularnych przesądów i prawd o magach jak i własnej praktyki z życia obok jednej z takich “wiedźm”. Chyba zwłaszcza to ostatnie sprawiało, że była gotowa okazać nieco więcej zaufania i serca do nowo poznanej magister.

                            No i tak sobie podróżowali od opuszczenia Lenkster. Dopiero jak rozbijali się na południowy popas dla koni i obiad dla siebie była okazja rozprostować kości i rozejrzeć się po pozostałych ogniskach. Albo wieczorem jak się rozbijali na nocleg czy rano przy śniadaniu zanim ruszyli w drogę. Aż do teraz jak Greta przyszła z wieściami z konnej czuki o spotkaniu tych dwóch “cudaków” co nie mówili ani w reikspiel ani w kislevskim. Chyba dwóch najpopularnieszych językach na tych wschodnich kresach. Zresztą jak się okazało chociaż szefowa niejako zgłosiła ją na ochotnika, głównie zapewne ze względu na znajomość nietypowego w Imperium języka to na je sugestię i już paru innych śmiałków się zgłosiło jako towarzysze w tej czy innej roli.

                            Eitri

                            Na drugi dzień po wieczorku zapoznawczym, gdy spotkał się ze swoimi nowymi towarzyszami okazało się, że całkiem sporo osób pamięta go z dnia poprzedniego. I to raczej w pozytywny sposób. Ostmarczyk Klaus dosiadł się do niego, razem z nim zjadł śniadanie i pożartował sobie trochę. Spodobał mu się pomysł spróbowania oryginalnego trunku khazadów. Zwłaszcza, że zdarzało mu się w przeszłości go próbować i miło to wspominał. Ale takie starodawne piwo o jakim mówił nowy kompan no to mu przypadło do gustu i był chętny go spróbować.

                            - No to bywaj krasnoludzie. Powodzenia w tym Breder. - pożegnał się gdy Eitri już wychodził aby dołączyć do reszty kolumny.

                            Ze strzelcami Dimitriego nie miał za bardzo okazji jak i gdzie pogadać. Na wieczorku towarzyskim był tylko ich szef z odległych, południowych krain a przy śniadaniu poza nim ledwo paru z nich. Ale Dimitri przedstawił go im w dobrym świetle jako niezrównanego strzelca co nawet z elfem mógł stawać w szranki no i właściciela bardzo eleganckiej i mocnej broni. Mimo wszystko jednak za wiele nie mieli do pogadania bo w końcu zebrali się wszyscy co mieli ruszać do Hochlandu więc kolumna wyruszyła w drogę.

                            Droga zaś dla khazada była męcząca. A raczej męczące było dla niego nadążyć za długonogimi. Mógł maszerować długo, może nawet dłużej niż oni. Ale jednak krótsze nogi dawały krótszy krok a więc z każdym kolejnym zostawał trochę z tyłu. Musiał mocno i gęsto wyciągać swoje krótkie nogi aby za nimi nadążyć. Może dlatego przy wieczornym rozbijaniu obozu w Festag podeszła do niego Petra i grzecznie zaproponowała, że może by skorzystał z wozu. Na koźle obok woźnicy było miejsce.

                            - No i czułabym się pewniej jakby krasnolud stał na straży naszego dobytku. - dodała z uśmiechem bo wóz nie jechał pusty tylko wiózł te wszystkie podróżne bambetle jakie szkoda było nieść na sobie podczas całych dni marszu.

                            Gdy zaś przyszło przeprawiać się przez ten górski bród o jakim wczoraj mówił hochlandzki brodacz o aparycji zbira czatującego na traktach to się zaczęli przeprawiać. Napierw sam pomysłodawca jakby szefowa chciała sprawdzić czy skoro tak zachwala to przejście to aby sam dał przykład. I dał. Przeszedł mniej więcej bez większych trudności. Potem poszła reszta. Kozacy Diestlera i myśliwi Stefana a także Tobias i paru innych przeprawili się w pierwszej fali. Bród był na tyle szeroki, że pomieścili się wszyscy chętni. Teraz ociekali zimną, górską wodą na drugim brzegu no chyba, że wzorem Stefana zdjęli wcześnie spodnie i przenieśli je nad głową. Ale to było nie takie proste i zarówno jeden z Kozaków jak i myśliwych stracili równowagę na tych zatopionych kamieniach obmywanych wartkim prądem i grzmotnęli w wodę. Większość przeszła jednak raczej bez takich przygód. Potem jeszcze przejechała mała grupka konnych no a on sam przypatrywał się jeszcze z tego brzegu jak miecznicy rozbierają się ze spodni aby potem nie łazić pół dnia w mokrych. Chyba nawięcej uwagi przykuwała ich sierżant co się rozbuła i też zdejmowała swoje barwne portki ukazując całkiem zgrabne, gładkie nogi. Co w tym zdecydowanie męskim towarzystwie nie przeszło bez echa. Ale koledzy miecznicy robili pozostałym dość wymowne miny aby ich zniechęcić od jakichś głupich uwag. No i właśnie na to wszystko trafiła Greta na tamtym już brzegu gdy obwieściła o spotkaniu “z dwoma cudakami”. Petra dość szybko znalazła ochotniczkę do tego zadania i dała do zrozumienia, że lepiej aby panie nie jechały same. I na szczęście znalazło się całkiem sporo ochotników.


                            Grupa rozpoznawcza

                            - No to chodźcie za mną. - rzuciła Greta do ochotników na tą grupę zwiadowczą. Dała butami w boki kuca i ruszyła pierwsza. Jechała spacerowym tempem więc ani Alezzia czy Gotthart na swoich wierzchowcach ani piechurzy nie mieli trudności aby za nią nadążyć. Jechali błotnistą przesieką jaką wyżłobila niezliczona ilość nóg, kół i kopyt. Czasem trzeba było przejść nad jakimś korzeniem albo zwaloną gałęzią czyli podobnie jak na ostlandzkich drogach. Jakoś dróg jakoś skokowo nie poprawiła się tylko dlatego, że weszli na teren bardziej zachodniej prowincji.

                            - Tam w lewo będzie droga. Oni przybiegli z tej drogi jak nas zobaczyli. I wołali do nas. No ale nie po naszemu to się nie dogadaliśmy. - wyjaśniła po drodze konna góralka. Wydawała się być dość spokojna, wręcz flegmatyczna więc chyba nie spodziewała się kłopotów. Jechali i szli tak z pół pacierza, może pacierz gdy za którymś tam zakrętem ujrzeli konnego jeźdźca. Ten pozdrowił ich uniesionym ruchem dłoni. Greta odpowiedziała tym samym. Obok niego stało dwóch piechurów. Ale jeszcze nie było widać detali. Pojawiały się w miarę jak skracali odległość. Wyglądali na dwóch piechurów z jakiejś imperialne armii albo milicji. Ale nie mieli na sobie ani zieleni Hochlandu ani czerni i bieli Ostlandu. Co jeszcze jednak nic nie znaczyło bo w różnych najemniczych oddziałach lub milicjach każdy się szykował w to co miał i było go stać a ujednolicenie wyglądu było na szarym końcu priorytetów. W każdym razie na pewno nie tak wyglądali standardowi norsmeńscy piraci i rabusie. Ani elfy.

                            - Dobrze, że jesteście. Bo mnie cisnął. Chyba chcą aby tam gdzieś z nimi pójść. Tam chyba ten ich oficer. Bo oni to zwykłe soldaty jak na moje oko. - Lotar wyraźnie ucieszył się, że przybyło jakieś wsparcie co zdejmie z niego ciężar niewygodne dyskusji w obcym dla niego języku. Więc zostawał im jedynie ten uniwersalny migowy.

                            Alezzia dostrzegła w nich coś znajomego jeszcze zanim się odezwali. Na piersi jednego z nich był przyszyty mały ryngraf. A na nim wizerunek kobiety z tarczą i włócznią. Na tarczy było wymalowane duże “M”. Zwykle tak przedstawiano Myrmidię. Bogini taktyki i wojny nie była zbyt popularna tutaj w Imperium. A zdecydowanie nie tutaj na północno - wschodnich kresach, zwłaszcza wśród pospólstwa. Za to była wręcz boginią i narodową patronką tak Estalii jak i jej rodzimej Tileii. Obie krainy rościły sobie prawa aby to właśnie ich kraj był ojczyzną dla tej boginni. W jednym z nich się narodziła w drugie dokończyła swojego doczesnego żywota więc prawa do niej wydawały się równorzędne. I nie raz były przedmiotem sporów tak wśród pospólstwa jak i możnych a nawet władców a i zdarzały się zamieszki czy wręcz wojny religijne właśnie z tego powodu. Ale to tam, na południu, za pasmem gór jaki oddzielał Bretonię i Imperium na północy a Estalię, Tileę i Księstwa Graniczne na południu. Ale mimo wszystko talizmany z różnymi dobrymi bogami było dość rozpowszechnione na całym świecie o jakim słyszała. Więc to jeszcze nie przesądzało sprawy. Jednak sprawa się potwierdziła gdy jeden z nich odezwał się po tileańsku do drugiego.

                            - Guarda, uccideranno i nostri ragazzi lì prima che facciamo un patto con quegli sciocchi!* - powiedział z rozgoryczeniem jeden do drugiego a ten smutno pokiwał głową w hełmie. Pozostali w ogóle nie zrozumieli tych ich obce gadki. Poza tym, że Greta się nie myliła i rzeczywiście nie był to ani reikspiel ani kislevski.

                            - To jak ktoś z was umie z nimi gadać to niech próbuję. - powiedział Lotar jakby był nie mniej zmęczony tym wzajemnym niezrozumieniem się jak ci dwaj piechurzy. Ci zaś mieli na sobie przeszywalnice i kaptur kolczy albo skórzany a na nim hełm. Jeden prostą, klasyczną łebkę a drugi kapalin. Co pasowało do niezbyt dostojnego wizerunku piechurów i pewnie nie byli szlachetnego pochodzenia. U boku mieli kordy. Podobnie zresztą jak niektórzy piechurzy co się zaciągnęli pod sztandar margrafa. Te długie noże były w sam raz do dobijania powalonych wojowników, prac obozowych czy dawały przewagę zasięgu przed zwykłymi nożami. A i nie były tak ciężkie i długie jak klasyczne miecze czy topory. W sam raz dla piechoty co nie jest nastawiona na bezpośrednie starcie.

                            Ci co woleli zajść potencjalnego przeciwnika od tyłu musieli przejść się przez ten mroczny, wilgotny las. I w końcu usłyszeli rozmowy zapoczątkowane przez Lotara. A i sami przez krzaki i drzewa widzieli jednego konnego i dwóch pieszych do jakich podjechała lub podeszła reszta grupy podążającej za Gretą błotnistą przesieką. Słów nie słyszeli chyba, że ktoś podniósł głos. Ale nie widzieli też innych osób.

                            - By mieli go zaciukać to by go zaciukali jak stali z nim sami. Wystarczyłoby aby go zadźgać, zabrać konia i resztę fantów. Zanim byśmy przyszli to już by tylko trup został. Słabo się zabierają do tego rabowania i zasadzki. A nas jest niezła kupa. Sporo by ich musiało być aby się poważyć na taki atak. - mruknął cicho jeden z Hochlandczyków jakich Stefan wydzielił do tego zwiadu. Sam został przy brodzie z większością oddziału aby zapewnić bezpieczny przejazd przez bród reszcie karawany. I sprawdzić czy ktoś nieprzyjemny się nie kryje wśród okolicznych drzew i krzaków. Ale ze dwóch ludzi posłał przodem. I jeden z nich wychylał się zza sąsiedniego drzewa obok Tobiasa i dwóch Kislevitów Gottharta aby dać swoje zdanie na ten temat. Rzeczywiście zanim Greta wróciła do brodu a potem porozmawiali chwilę i znów zawróciła z powrotem do Lotara to jednak z pół pacierza minęło. Albo pacierz. Jakby ci dwaj żywili jakieś niecne zamiary to mieli ten czas w relacji ich dwóch na jednego górala dosiadającego kuca aby zrobić mu krzywdę. A coś z tego miejsca nie wyglądało na to aby coś tam złego się działo między nimi przez ten czas. A na bocznej drodze widać było względnie świeże ślady pasujące do dwóch piechurów. Nocny deszcz pewnie zmył resztę zostawiając tylko rozjeżdżone od dawna koleiny. Widocznie nie była to jakoś za bardzo uczęszczana droga. No i tak jak mówił ten Hochlandczyk łącznie mieli z pół setki zbrojnych w kawalkadzie. To już było nieco sporo jak na jakąś przygodną bandę rabusiów. Ci woleli zwykle atakować tych co się nie mieli szans obronić. A i dobrze było aby ich było z czego obrobić. Zaś maszerujące oddziały zwykłej piechoty raczej nie dawały nadziei ani na łatwy ani na bogaty łup.


                            *Guarda, uccideranno i nostri ragazzi lì prima che facciamo un patto con quegli sciocchi! - (wł) No zobacz! Wybiją tam naszych zanim się dogadamy z tymi głupcami!


                            Karawana

                            Ten bród dawał szansę na przeprawę przez Wolf. Ale jednak nie było się co dziwić, że nie jest zbyt popularny. Zwłaszcza dla wozów. Ta lina jaką rozpięła Petra była pomocna o ile się miało wolne ręce aby się jej trzymać. A nie każdy z tego korzystał zwłaszcza jeśli wolał nieść swoje ubrania i ekwipunek nad głową. To wtedy miał zajęte ręce. No i tak wśród mieczników też jeden stracił równowagę i przewalił się do tej zimnej, rwącej wody spływającej z gór. Ale jakoś się przeprawili. Już byli po hochladzkiej stronie, wycierali się do sucha, z powrotem zakładali spodnie i buty. Teraz przyszła kolej na wóz.

                            - Weźcie chłopaki ruszcie się przodem. Macie te kijki to sprawdźcie gdzie jest najlepsze dno aby przejechać co? - Hugo co był woźnicą poprosił Marcusa o pomoc. Ten nie wahał się i posłał paru z nich aby “kijkami” czyli trzonkami swoich halabard sprawdzili gdzie tu by było najlepsze miesce aby przeprawić wóz. To zapowiadało się na trudniejsze niż przejść na piechotę czy przejechać na grzbiecie wierzchowca. Przerwał im też rozważania na temat kobiecych nóg. Chyba sierżant Theiss ich do tego natchnęła i bardzo żałowali, że ich szefowa czy magiczka były konno i nie musiały nic zdemować. Bo chociaż u szefowej było widać całkiem zgrabne kształty opięte w skórzane spodnie a u magiczki w jej długiej spódnicy niewiele to jednak po ogólnie zachęcającej aparycji zapowiadało się, że mają tam pod spodem całkiem ciekawe widoki. No ale jedna była szlachcianką i do tego szefową całej te wyprawy i jeszcze zaufaną górskiego pana. A druga była wiedźmą. Więc poza takimi okazjami nie zapowiadało się aby taki zwykły soldat miał okazję rzucić okiem na to czy owo. No i właśnie te luźne rozważania przerwał im sierżant zaganiając część z nich do rozpoznania brodu.

                            - Tu powinno być dobrze! - zawołali gdy już ochotnicy na rozpoznanie zniknęli jakiś czas temu w trzewiach mrocznego lasu. Było to nieco niżej niż tam gdzie była rozpięta lina i przeprawiła się większość grupy. Hugo więc dał po lejcach i ostrożnie ruszył w tamtą stronę. Sierżant Aachem zagonił swoich ludzi aby utworzyli ochronny kordon wokół wozu. Po przeciwnej stronie Theiss postąpiła podobnie. Z łuczników Stefana było widać tylko jednego czy dwóch co stali najbliżej rzeki. I Petra podjechała konno z tamtej strony aby kibicować tej przeprawie.

                            Z początku nie było tak źle. Hugo widocznie miał wprawę w powożeniu. Ostrożnie pogodnił lejcami konia i ten wszedł w wodę ciągnąc za sobą wóz. Potem dotarli do połowy. Ale wóz mocno trzeszczał i kolebał się na zatopionych kamieniach. Gibał się na wszystkie strony. Ale z mozołem parł do przodu. Aż nie wiadomo co się stało. Koń się czymś spłoszył czy koło gdzieś utknęła, coś tam się obsunęło pod nim w wodzie bo wszystko stało się na raz. Koń zarżał głośno a wóz niespodziewanie przechylił się na jedna z burt. Tak bardzo, że groziło, że zaraz się na nią przewali.

                            - Trzymać! - krzyknął przytomnie Marcus i dwóch najbliższych halabardników co stało obok wyznaczając tor przejazdu podbiegło i zaparło się aby przytrzymać wóz.

                            - Pomóżcie im! - krzyknęła Petra i Theiss też pognała swoich ludzi aby pomogli przytrzymać wóz. Chwilowo wspólnymi wysiłkami sytuacja została opanowana. Ale wóz nadal stał niebezpiecznie pochylony na jedną z burt i groziło, że zaraz się przewali. Tylko napór krzepkich ramion licznych wojaków zdawał się go przed tym hamować. Ale to nie mogło trwać wiecznie. Z połowa obu oddziałów została na swoich brzegach a pozostali przytrzymywali wóz.

                            - Hugo wyjedź stamtąd! Dasz radę? - krzyknęła szefowa do woźnicy jaki siedział pod dziwnym kątem na mocno pochylonym koźle.

                            - Spróbuję! - odkrzyknął jej i pogodnił konia lejcami. Podobnie wojacy starali się pomóc napierając na niego aby go wydobyć z tej wodnej pułapki. Ale przynajmniej tak od razu to to się nie udało.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • Pipboy79P Niedostępny
                              Pipboy79P Niedostępny
                              Pipboy79 jako Pipboy79
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                              #18

                              Gotthard, mimo braku wyraźnego zagrożenia, zachowuje czujność i przywołuje swoich ukrytych kozaków, którzy wychodzą z zarośli z łukami w gotowości. Nie ufa napotkanym „cudakom” i woli mieć sytuację pod kontrolą. Zwraca się do czarodziejki z pytaniem, czy rozumie ich mowę, jednocześnie w myślach odnosząc się do nich z lekceważeniem i podejrzliwością.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • CioldanC Niedostępny
                                CioldanC Niedostępny
                                Cioldan jako Cioldan
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                #19

                                Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                                Czas : 2521.04.20-23; podróż
                                Warunki : - ; zróżnicowane

                                - A czemu tak uważasz? Wczoraj powiedział, że tutaj będzie bród i pewnie pusty to jak widzisz jest ten bród i jest pusty. Czymś ci się narazili, że tak im nie ufasz? - zapytała elfa zdziwionym tonem jakby brała pod uwagę, że może wie o nich coś więcej niż ona i stąd jego brak zaufania do bandy leśnych łuczników.
                                - Droga Petro, otóż podczas mojego jeszcze krótkiego życia, zwiedziłem cały Ostland i byłem już parokrotnie na południe od Ristedt, przy granicy z Hochlandem. Mógłbym przysiąc, że widziałem już twarz tego Stefana podczas moich podróży, gdy wraz z kuzynem ochranialiśmy cenne wozy kupieckie mojego wuja. Przy trzech takich wyprawach zaatakowali nas podobni do jego wojów bandyci i niemal pewny jestem, że go widziałem wśród tych pyszałków choć wyglądał młodziej. Było to jedynie jakieś 10-12 lat temu, ale przy żywotności niczym jętka na pewno zestarzał się trochę... Mój kuzyn stanął z nim twarzą w twarz, ale on już bije się za Ostland na wschodzie i na tę chwilę nie potwierdzi moich przypuszczeń .- odpowiedział Duivel, starając się zwięźle wytłumaczyć swoją nieufność wobec Stefana. Oczywiście dodatkowo Stefan był człowiekiem co ani trochę nie zwiększało poziomu zaufania do niego.


                                Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                                Czas : 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                                Warunki : - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                                Mundo-naru uważnie się przyglądał tak zwanym 'cudakom' choć dla niego wyglądali ... jak ludzie. Spodziewał się Jaszczuroludzi, Zielonoskórych, Elfów, a nawet Skavenów, a to byli ludzie, tylko mówili inaczej. Jednak musiał się przyjrzeć czy mają jakieś świeże oznaki walki. Zwrócił się do Grety i Lotara.
                                Z całym szacunkiem, może powinniśmy wrócić do Petry i kontynuować podróż. Mamy armię Chaosu przedzierającą się przez kraj i nie powinniśmy marnować czasu. Chyba, że tych tutaj zaatakowali Zwierzoludzie czy inne pomioty, wtedy zrozumiem chęć pomocy. To tylko moja sugestia... .- skinął lekko głową i cofnął się. Czekał aż Magini Światła przetłumaczy dla nich rozmowę, więc póki rozmawiali w obcym języku rozglądał się czujnie po okolicy, ale gdy tylko zaczęli rozmawiać w znanym mu języku zaczął słuchać z uwagą.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • DekaresD Niedostępny
                                  DekaresD Niedostępny
                                  Dekares jako Dekares
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                  #20

                                  Miejsce : pd-zach Ostland; droga w kierunku granicy z Hochlandem
                                  Czas : 2521.04.21; Festag; popołudnie
                                  Warunki : jasno, pogodnie, sła.wiatr chłodno

                                  Stefan słysząc odpowiedź Pani sierżant niczym jeden z tych potworów morskich co mają pływać u brzegów jej rodzimej prowincji poczuł krew w wodzie i w myślach wyszczerzył się wyimaginowaną paszczą okrutnych zębów.

                                  Oczy zabłysły mu ewidentnym rozbawieniem ale na tyle na ile potrafił zdusił w sobie śmiech po jej ripoście i sparodiował śmiertelnie dotkniętego jej słowami, teatralnie uniósł dłoń aby przesłonić sobie twarz i powiedział oburzonym głosem:

                                  - Wykałaczkami?! No tak! Nie ma się argumentów to przechodzi się do takich Straszliwych Kolumni.

                                  Pozostaje mi tylko domagać się satysfakcji w imieniu wszystkich włóczników świata Pani Sierżant!
                                  Opuścił dłoń i uśmiechnął się kontynuując już w zasadzie normalnym rozbawionym głosem:

                                  - A tak całkiem poważnie To co Pani powie na mały sparing w dogodnym momencie? Treningu nigdy za dużo, a myślę że, powinniśmy Ostatecznie rozwiązać ten spór pomiędzy Włócznią a Mieczem, ale możemy posparować też mecz na miecz… .

                                  W końcu nie chciałbym mieć cały czas nieuczciwej przewagi

                                  Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                                  Czas : 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                                  Warunki : - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                                  Młody Ostlandczyk trzymał się blisko dowódcy oddziału kiedy ruszyli rozpoznać sprawę dwóch nieznajomych. Szedł w ciszy obserwując zarówno trakt jak i swoją stronę pobocza uważnie, zakładając że druga strona jest obserwowana przez osoby idące po tamtej stronie. Trzymał Azura blisko siebie nakazując psu ciszę. Uważnie obserwował będących w jego polu widzenia żołnierzy czy nie pokazują żadnych znaków rękami oznaczających niebezpieczeństwo. W lewej ręce niósł swoją sprawdzoną włócznie, natomiast w prawej łuk . Tarcze na plecach.
                                  Widząc że ich człowiekowi nic się nie stało odetchnął z ulgą, ale nie pozwalał sobie na nieuwagę, ruszył szybszym krokiem do przodu i minął dwójkę nieznajomych pozdrawiając ich z lekkim uśmiechem w swym ojczystym języku. Po tym zatrzymał się odwrócony do nich plecami i zaczął obserwować teren dookoła ich małego oddziału koncentrując się na trakcie i kierunku z którego przyszli. Starał się przy tym pozostać na tyle blisko aby słyszeć odbywającą się rozmowę.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • Pipboy79P Niedostępny
                                    Pipboy79P Niedostępny
                                    Pipboy79 jako Pipboy79
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                    #21

                                    Miejsce: pd-zach Ostland; obrzeża Lenkster; droga w kierunku granicy z Hochlandem
                                    Czas: 2521.04.21; Festag; popołudnie
                                    Warunki: jasno, pogodnie, sła.wiatr chłodno

                                    - Kiedy miałem 10 wiosen wuj Johan zabrał mnie do Hergig za Wilczym Strumieniem - odpowiedział Tobias na pytanie Stefana. - Odbywało się tam wtedy duże polowanie, pamiętam sfory psów myśliwskich, konnych włóczników i atmosferę święta. Polowano wtedy na jakiegoś dużego zwierza, Do dziś pamiętam powiedzenie myśliwych - całkiem trafne zresztą - o czym miałem się przekonać kilka lat później: ‘Idziesz na niedźwiedzia, szykuj łoże. Idziesz na odyńca, szykuj mary’. Pamiętam również Hochlandczyków jako ludzi bardzo otwartych i przyjaznych , podobno - na tle całego Imperium - wyróżniają się na tym polu.

                                    Ty chyba jesteś jednak wyjątkiem - pomyślał już Tobias wspominając nieprzyjemny ton i słowa Stefana o tym Gottharcie. - Mam wrażenie że Stefan go zna, tylko czy stara się mnie nastawić przeciwko niemu? Mogę się mylić ale trzeba będzie mieć na oku ich obu. Tak na wszelki wypadek.

                                    Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                                    Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                                    Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                                    Przyglądając się ‘cudakom’ - których szybko uznał za jakiś obcych najemników - Tobias rozglądał się uważnie drodze z której przyszli i jej okolicom. Gdy słyszał jak w dziwnym języku się porozumiewają , podniósł się z ziemi, ciągle pozostając skrytym, gestem pokazał chłopakowi Stefana że rozejrzy się jeszcze kawałek idąc w kierunku z którego nadeszli najemnicy.

                                    - Na razie nie wygląda to źle, wyglądają na sojuszników. Ale skoro już tu jestem... - pomyślał i ruszył ostrożnie przed siebie.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • ZellZ Niedostępny
                                      ZellZ Niedostępny
                                      Zell
                                      Moderator Obsługa
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                      #22

                                      Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                                      Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                                      Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                                      Alezzia uśmiechnęła się gdy usłyszała pierwsze słowa wypowiedziane przez cudacznych żołnierzy. Podjechała bliżej swoim koniem, aby zatrzymać się przed nimi i żywo wypowiedzieć tileańskie słowa do nieznajomych.

                                      - Salve! - przywitała ich - Czemu zatrzymaliście ludzi z naszego oddziału? Co takiego się stało? - zapytała nienagannym językiem pozbawionym grama obcego akcentu.

                                      - O! Rodaczka! No wreszcie! Wreszcie jakaś cywilizowana osoba w tej przeklętej, mrocznej dziczy! - obaj jej krajanie w pierwszej chwili zaniemówili jak się do nich odezwała w ojczystym języku. Zamrugali w zdumieniu oczami i popatrzyli po sobie. Ale gdy ten pierwszy efekt minął od razu podeszli bliżej jej konia i zaczęli mówić jeden przez drugiego. Mówili gwałtownie i szybko, nie ukrywając emocji w takim stylu jaki pamiętała ze swojego dzieciństwa z kraju ojczystego. Czasem rozglądali się po imperialnych tubylcach jacy ich otaczali i jakich z każdą chwilą robiło się jakby coraz więcej jak co chwila ktoś wyłaził z pomiędzy drzew i krzaków ale mówili głównie do niej.

                                      - Tam, w wiosce! Tam jest nasz oficer! Bo nam nasz porucznik kazał się przebić i znaleźć jakąś pomoc! No ale tylko Edgaro mówi w tym barbarzyńskim języku! Ale on oberwał i teraz tam leży w wiosce i nam kazał sprowadzić pomoc! - mówił gwałtownie ten z ryngrafem Myrmidii na piersi a kolega energicznie kiwał głową potwierdzając jego słowa.

                                      - Bo my szli do brodu! Bo ten na południu zajęty a tu miał jakiś być, tak mówili tych cośmy pytali! Ale tam bagna jakieś! Mgła i bagna! A z tej mgły wyszły te przeklęte stwory! I myśmy się bronili na jakieś zgniłej farmie! Ale bełty się kończą i woda! To porucznik kazał nam się przebić i sprowadzić pomoc! Ale Edgaro dostał a my z tym tutejszymi dzikusami to się nie możemy dogadać! Ani z tymi w wiosce ani tą dwójką tutaj! Edgaro zawsze gadał no ale on oberwał i w wiosce leży o tam! - ten drugi nie ustępował temu pierwszemu w żarliwości i frustracji na ten obcy język i krainę jaka sprawiła im tu tyle kłopotów. I na koniec wskazał kierunek tej bocznej drogi jaką Lotar mówił, że przyszli. On sam i Greta przyglądali i przysłuchiwali się z siodeł swoich kuców tej wymianie zdań ale na razie nie wtrącali się.

                                      Miło było ponownie usłyszeć rodzimy język, który musiało się porzucić, gdy za młodości udało się na nauki do Imperium. Alezzia musiała ciszy ducha przyznać rację obu żołnierzom. tutejsza mowa nie dostawała do tileańskiego języka. Była tak twarda, bez grama śpiewności... a jednocześnie pozbawiona była żywiołowej natury. Nawet opanowana Magister nie wyzbyła się emocji w twoim rodzimym języku.

                                      - Dlaczego znajdujecie się na ziemiach Imperium? - zapytała wprost.

                                      - No my przyszli na wojnę. My jesteśmy kondotierzy i kusznicy. I tak my szli coraz bardziej na północ i wschód całe dnie. Aż doszlimy do tego brodu co mówiłem ale tam kolejka straszna. Ale Edgaro się wypytał, że tutaj jakiś drugi bród jest, bliżej gór. No to my ruszyli wzdłuż rzeki ale trafiliśmy na jakieś bagna. Myślimy “Przejdziemy!”. Wystarczy iść w górę rzeki i ten bród się trafi. No ale jakeśmy wleźli to się mglisto zrobiło jeszcze bardziej. I te rogate stwory zaczęły nas podchodzić. Iść się nie dało to porucznik mówi “Bronimy się!” a trafiliśmy na jakąś farmę. I bronimy się, nasze kusze i bełty dobre, trafi któregoś parcha to często na wylot no ale bełty zaczęły się kończyć, pomocy znikąd, jakieś dzikie bagna, porucznik mówi, że jak do nocy nie wyjdziemy z okrążenia to nocą mogą nam podejść pod same nosy to ciężko będzie więc trzeba działać póki dzień. No i wysłał nas abyśmy kogoś do pomocy znaleźli i my trafili, wyszliśmy z tych bagien, ominęliśmy te rogate stwory ale kusze musieliśmy zostawić bo trudno z nimi iść po cichu no a jeszcze Edgaro oberwał i prawie padł to my go wlekli przez te bagna i dowlekli do tej wioski. Ale już ledwo dychał, źle z nim panienko o źle. A tam jeszcze tylko ta barbarzyńska nacja, nawet pomogli, wzięli do chaty, dali wina i chleba, dobrzy ludzie no ale nic nie idzie się z nimi dogadać po naszemu to pytalimy o jakieś wojsko albo miasto to tą drogę pokazywali to my poszli. I trafilimy na tych dwoje co jechali to my krzyczymy i wołami i biegniemy. Ale te paskudniki złośliwie też nic po naszemu nie gadają! Co to za kraj?! To ma być największe królestwo ludzi?! Przeca tu w ogóle nie da się z nikim dogadać! Same lasy, komary i błoto! No ale ten o coś posłał tą dziewczynę gdzieś tam dalej no i na szczęście nasza ukochana Mymrmidia zlitowała się nad swoimi sługami i przysłała panienkę co wreszcie z kimś umnym i rozumnym można pogadać! - ten z ryngrafem jak się otworzył w tym streszczaniu swoich ostatnich dziejów to nie dało się go zatrzymać tak namiętnie i gorączkowo opowiadał. Skarżąc się i złorzecząc przed krajanką na te wszystkie przykrości jakie ich ostatnio spotkały w tym dżdżystym i bagiennym kraju tak całkiem odmiennym od słonecznej i suchej Tilei.

                                      - Ale szybko jakieś wojsko trzeba i ruszyć naszym na pomoc! Bo ich te poczwary wybijął a manierek nie ma na tym bagnie jak uzupełniać i bełtów też nie a te poczwary czujne, co rusz coś próbują podejść a w tej mgle to im łatwiej, trzeba szybko jakąś pomoc zorganizować, wojsko jakieś aby odbić naszych! - dodał szybko ten w łebce pokazując gorączkowo na tą drogę jaką tu przyszli a poza tym w pełni potwierdzając miną i głową słowa kolegi.

                                      - I co? Mówią coś ciekawego? - zapytał w reikspiel Lothar widząc, że rozmowa rozgorzała na dobre ale konna uczona na razie nic nie tłumaczyła na jego rodzimy język.

                                      Magister odwróciła spojrzenie na swoich towarzyszy i skinęła im głową, Po czym spojrzała jeszcze raz na tileańskich żołnierzy:

                                      - Przedstawię sprawę reszcie. - powiedziała do nich w tileanskim nim wróciła uwagą do swoich, do których mówiła już w reikspiel, choć zachowywała akcent rodem z innego języka.

                                      -To Tileańczycy którzy przyszli na wojnę. Kondotierzy i kusznicy, którzy potrzebują naszej pomocy. - tutaj rozpoczęła opowiadać słowa obcych żołnierzy, chcąc przedstawić swoim jak najbardziej ich historię, przy okazji nadając temu poważności, bez wspominania o przytykach.

                                      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • Pipboy79P Niedostępny
                                        Pipboy79P Niedostępny
                                        Pipboy79 jako Pipboy79
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                        #23

                                        Wieść o zwierzoludziach działających na tyłach armii wyraźnie niepokoi Gottharda, który uznaje sytuację za potencjalnie bardzo groźną – skoro bestie odważyły się zaatakować żołnierzy, muszą czuć się silne albo działać z czyjegoś rozkazu. Natychmiast przechodzi do działania, zasypując czarodziejkę pytaniami o liczebność oddziału Tileańczyków, skalę zagrożenia i położenie oblężonej wioski. Nie czekając na odpowiedzi, zaczyna wydawać rozkazy: Greta ma jak najszybciej przekazać raport dowództwu, a jego kozacy zostają postawieni w stan gotowości. Część z nich ma pilnować terenu przed ewentualnym podkradnięciem się wroga, podczas gdy reszta zbiera się przy nim, oczekując dalszych poleceń.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • Pipboy79P Niedostępny
                                          Pipboy79P Niedostępny
                                          Pipboy79 jako Pipboy79
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                          #24

                                          Nic nie rozumiał Tobias ze strzępek rozmowy w tym dziwnym, trochę śmiesznym języku - dziwne jednak było to, że gdzieś kiedyś już go słyszał. Zatrzymał się, kiedy usłyszał ton w jakim obcy mówili. Byli wyraźnie poddenerwowani i wymachiwali co chwila rękami w kierunku z którego przyszli.
                                          Ze strzępek słów które Tobias usłyszał było miedzy innymi ''kreatua kornuta' które już gdzieś słyszał - w ponurym kontekście. Zaś 'ajuto' -prawie pewien był że znaczy 'pomocy'. Choć być może bardziej z kontekstu czy niemal błagalnego tonu żołnierzy.
                                          Ciekawość zwyciężyła i Tobias zawrócił chcąc dowiedzieć się co Magini przetłumaczy...

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0

                                          Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                          Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                          With your input, this post could be even better 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa