Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
-
Akcja przenosi się do opuszczonego dworku pod Lenkster, gdzie tajemniczy starzec–szeptuch przygotowuje ziołowy wywar dla kozaków po nocy pełnej hulanki. Jeden po drugim pojawiają się oni w opłakanym stanie, lecz po wypiciu mikstury zasypiają i regenerują siły. Szybko okazuje się jednak, że brakuje Aleksieja, co wywołuje niepokój starca i zmusza Gottharda Distlera do działania. Porucznik rusza jego śladem i odnajduje go w kompromitującej sytuacji – uciekającego nago przed rozwścieczonymi chłopami po nocnych amorach z wiejską kobietą. Gotthard interweniuje, ratując podwładnego z kłopotów.
Po tym incydencie kozacy zbierają się do drogi, a Distler profilaktycznie odwiedza znajomego śledczego, by uprzedzić ewentualne konsekwencje zajścia. Następnie dołącza do reszty oddziału i oficjalnie zgłasza swoją gotowość do służby pod rozkazami Petry von Falkenhorst. W trakcie podróży zaczyna odczuwać nieufność wobec łowcy Stefana, którego twarz wydaje mu się znajoma. Wkrótce przypomina sobie, że to Kolesnikow – syn przemytnika, którego kiedyś brutalnie przesłuchiwał i doprowadził do egzekucji jego bandy, co rzuca światło na mroczną przeszłość porucznika.
W dalszej drodze Distler buduje relacje z Petrą, innymi oddziałami oraz czarodziejką, jednocześnie zachowując wobec tej ostatniej ostrożny respekt. Uważnie obserwuje sojuszników i analizuje ich przydatność bojową, a także dba o bezpieczeństwo wyprawy, wykazując się doświadczeniem i czujnością. Szczególnie niepokoi go możliwość zasadzki, dlatego wysyła zwiadowców i przygotowuje swoich ludzi do ewentualnej walki. Gdy pojawia się potencjalnie podejrzana sytuacja z „cudakami” w lesie, zgłasza się do pomocy, gotów wykorzystać swoje umiejętności językowe i negocjacyjne.
-
Miejsce : pd-zach Ostland; Lenkster; osiedle Krasnoludów, dom Jotunna von Bocka
Czas : 2521.04.20; Angestag; przedpołudnie
Warunki : półmrok; odgłosy gotowania z kuchni; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; chłodno (0)
Duivel, powoli wybudza się z transu w który się wprowadził po wieczorno-nocnym ucztowaniu w tawernie. Ocknął się otoczony unikalną atmosferą mieszkania. Dom w którym nocował to kamienne cudo, wzniesione (wykute) na obrzeżach Lenkster. Surowo ociosane ściany z dużych kawałków skały zdobią starożytne teksty krasnoludzkie i rzeźbione reliefy przedstawiające bohaterskie sceny krasnoludzkiego rzemiosła i triumfu. Elf mało z tego rozumiał, ale zawsze podziwiał wykonanie poszczególnych elementów. Wyrafinowane zbroje stoją na straży, przeplatając się z wieszakami na broń, na których wyeksponowane są precyzyjnie wykonane topory, kilofy i wszelkiego rodzaju młoty. Połyskujące kolczugi i błyszczące tarcze, ozdobione herbem Ostlandu, zdobią ściany. Kiedy Duivel wyszedł z alkowy i szedł w kierunku głównej izby, dostrzegł, że powietrze jest gęste od zapachu świeżego pieczywa, mięsa i jajka, przeplatane z aromatem dojrzałego piwa. W pomieszczeniu nie było już jednak śladu po służbie, która jak zwykle podczas obecności elfa, chowała się zaraz po zrobieniu swoich powinności.- Jotunn! Mały draniu, śpisz jeszcze? - blondwłosy elf wesoło spytał niemal krzycząc.
Z przeciwnej strony otworzyły się masywne drzwi z których wyszedł krasnolud w słusznym wieku z siwą brodą sięgającą tylko lekko za tors, zdecydowanie zmęczony, ale jego oczy świeciły radosnym ciepłem.
- Spiczastouchy, nie wydzieraj się tak od rana… Mógłbyś choć raz wstać później i dać mi się wyspać, ale kur*a nie…. przynajmniej zawsze jak tu jesteś mamy świeże jedzenie i paszteciki z jajkiem… ale ja zacznę od piwa! - gdy Jotunn wypowiedział te słowa już chwycił wielki kufel wypełniony po brzegi złocisto-mętnym napojem.
- Ja dziś wolałbym jakikolwiek ziołowy wywar. Specjalnie się oszczędzałem wczoraj, nie wiem ile pamiętasz, ale z racji tego że Cię tu przywlokłem to raczej niewiele. W każdym razie przyjacielu, Ty się nie zgłosiłeś na wyprawę, także spokojnie dojdź do siebie. Aaa, jeden z twoich wczoraj utarł nosa temu durniowi Lechlerowi w strzelaniu, a co więcej, był tuż za mną w ogólnym rozrachunku - Duivel usiadł przy wielkim kamiennym (a jakże!) stole na wyjątkowo wygodnym drewnianym krześle, które wyglądało jakby wyciosano je w lasach Laurelorn. Wziął grubą pajdę jeszcze trochę ciepłego chleba, dwa paszteciki i zaczął jeść. Nawet tak prosta czynność w wykonaniu elfa wyglądała jakby robił to z gracją (choć się o to nawet nie starał) i elegancją godną ludzkich szlachciców. Może nie był tak taktowny czy dystyngowany jak jego wuj czy ciotka, gdyż poprzez podróże po świecie z przeróżnymi istotami (i w przeróżnych funkcjach) przesiąknął trochę cechami innych obywateli Imperium. Po śniadaniu przyjaciele uścisnęli sobie mocno dłoń.
- Zanim wyjdziesz, pamiętaj, że mamy spotkać się na polu walki z tymi cholernymi plugawcami … nie przepadnij na tej wycieczce po konie pięknisiu - rzucił krasnolud na pożegnanie
- Ejj!! Gundrik zawieź powozem naszego gościa prosto pod tańczącego zająca – krzyknął krasnolud do jednego ze swoich podwładnych. Duivel uśmiechnął się serdecznie, skłonił i już bez słowa wyszedł.Gdy wyjechali z dzielnicy krasnoludów, w oddali Mundo-naru widział w oddali jakieś zamieszanie w kolonii nieopodal zamku, przyjrzał się uważnie i widział jak jakiś szlachcic na koniu grozi innym ludziom, inni z kolei biegali nago. „Ci zawsze pierwsi do awantur i bitki…” pomyślał sobie.
Miejsce : pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
Czas : 2521.04.20; Angestag; południe
Warunki : jasno; gwar karczmy; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; chłodno (0)
Duivel pojawił się nieopodal karczmy. Dziś nie ubrał swoich ulubionych ciuchów w dość jaskrawych odcieniach pomarańczy i fioletu. Na wyprawę przywdziałstrój stworzony tak, aby płynnie wtapiał się w gęste listowie i zapewniał zarówno zwinność, jak i ochronę. Założył warstwę lekkiej odzieży wykonanej z trwałych i oddychających materiałów dodatkowo zaimpregnowaną, aby była odporna na wilgoć i tłumiła szeleszczące odgłosy, które mogłyby zdradzić jego obecność. Na to ubrał elastyczną skórzaną zbroję, wzmocnioną lekkimi płytkami z przyciemnionego metalu, naśladującą teksturę kory drzewa. Do tego skórzane spodnie, a na stopy założył miękkie skórzane buty, aby jeszcze ciszej i szybciej się poruszać. Przy sobie miał również płaszcz z kapturem. Wszystko to wykonane w leśnych odcieniach brązu i zieleni. Na plecach niósł długi łuk mistrzowskiej roboty, ozdobiony misternymi rycinami liści i gałęzi. Ma ze sobą również solidny skórzany kołczan, który zawiera pokaźny asortyment strzał z piórami (pokolorowanymi tym razem w barwy moro). Do tego z prawej strony ma szablę schowaną w rzemienną pochwę, a z lewej strony małą tarczę, która wygląda na nieco podniszczoną, ale nie od walki tylko ze starości. Na szyi nosi wisiorek – czerwoną głowę byka
. Przed wejściem do środka zdjął na chwilę kołczan, aby przywdziać swój płaszcz i założyć kaptur. W mieście nie czuł się tak dobrze jak w lesie czy nawet w wiejskich terenach, ale i tak potrafił dobrze się ukryć. Także wybrał dogodne miejsce i czekał spokojnie na rozwój wydarzeń. Widział jak zjawili się halabardnicy, człowiek wyglądający na zwiadowcę, miecznicy na czele z Renate, no i w końcu przybyły Petra i Inez. Wtedy dopiero wyszedł z ukrycia, podszedł powoli do reszty i zdjął swój kaptur. Jeden z ludzi witał się ze wszystkimi, Duivel rozpoznał w nim jednego z uczestników wczorajszego konkursu łuczniczego.
- Dzień dobry łuczniku, oby nasze strzały pozostały w kołczanie do starcia z Chaosem. - powiedział do niego elf, uśmiechając się i przyjaźnie skinął głową na powitanie.
Przy wymarszu zwrócił uwagę na srebrnowłosą kobietę, której nie kojarzył z poprzedniego wieczoru, albo wymazał ją z pamięci podczas swojego rytuału. Pomachał i ukłonił się przed Inez rzucając - do zobaczenia wkrótce!
Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas : 2521.04.20-23; podróż
Warunki : - ; zróżnicowane
Duivel czuł się jak ryba w wodzie, znów w podróży i to jeszcze większość czasu wzdłuż albo nawet przez las. Atmosfera imprezy jaka odbyła się w karczmie już dawno minęła, ale elf przez większość czasu miał lekki uśmiech na twarzy, a może po prostu zawsze tak wygląda? Każdego dnia starał się trzymać blisko wyprawy, jednak codziennie rano i wieczorem gdy obóz był już (albo jeszcze) rozbity wyruszał na zwiady, ale nie oddalał się zbyt daleko. Gdy czekali w kolejce na przeprawę próbował nawiązać lepszy kontakt z Gretą dopytując ją o Górską Marchię Falkenhorst. Podszedł też do Petry i pytał ją czy jeden z zakupionych koni będzie w przydziale dla niego oraz o parę innych spraw osobistych. Chwilę później dowódczyni postanowiła ruszyć się dalej, elf doszedł do niej, gdy oczy innych już były odwrócone od niej i zaczął mówić tak, aby tylko ona słyszała- Pani Dowódco, z całym szacunkiem, niewiele czasu zyskamy, jeśli będziemy musieli jeszcze jeden raz rozbić obóz po drodze, a przecież zbiera się na deszcz. Nie podważam twej decyzji, tylko obawiam się o prawdomówność Stefana, mam nadzieję, że można mu ufać.
Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas : 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
Warunki : - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)
Gdy lina została już przymocowana na drugim brzegu, elf już ze spokojem podszedł do brzegu, aby przeprawić się jak najszybciej. Po krótkiej pogawędce z Renate, ta pozwoliła mu przejść przed jej miecznikami. Po wysłuchaniu rozmowy Petry zgłosił się zaraz po łuczniku, którego witał dzień po imprezie pod karczmą. Zwrócił się też do Grety- Dwóch cudaków w środku lasu? Mieli kaptury na głowie podobne do mojego, albo spiczaste uszy? Tak czy siak, zaskoczę was, ale uwielbiam lasy i chętnie z Wami pójdę.
-
Miejsce: pd-zach Ostland; obrzeża Lenkster; podwórze pospodarstwa Jeagerów
Czas: 2521.04.20; Angestag; późny świt
Warunki: ciemno; chłodno, spokojnieStefan strzelił lekko w ucho swojego młodszego brata kończąc rundę braterskich “czułości” którymi się uraczyli z okazji jego wyruszenia w drogę. Pozostałe dzieci poza Urliką spały jeszcze we wspólnym łóżku o tej wczesnej porze więc młody żołnierz uniknął wygrzebywania się spod skłębionej na nim krzyczącej dziecięcej masy przez co najmniej godzinę zanim udałoby mu się wyrwać z domu. Spojrzał na siostrę która jak zwykle od jego przyjazdu patrzyła na niego z byka. Kilka razy udało mu się przebić przez jej pancerz i wywołać u niej dobry humor z jakiego zawsze ją pamiętał ale teraz nie było po nim śladu.
Ta odpowiedziała mu surowym spojrzeniem, po czym ku jego zaskoczeniu kompletnie zmieniła nastawienie i przytuliła go mówiąc:- Wróć do nas szybko - Zaskoczony tym nagłym obrotem sprawy sam objął ją czule uśmiechając się:
-Obiecuje. Wrócę szybko Ulka.
Po chwili puścił siostrę i po raz ostatni uściskał matkę. Rozmawiali już wczęśniej więc ucałował ją po prostu w czoło i powiedział z uczuciem
- Uważaj na siebie Mamo, Kocham Cię, wrócę niedługo - ta odpowiedziała tym samym po czym patrzyła jak Stefan oddala się razem z ojcem w kierunku miejsca zbiórki bawiąc się oszczędnie ze biegającym dookoła nich psem.
Miejsce: pd-zach Ostland; obrzeża Lenkster; droga w kierunku granicy z Hochlandem
Czas: 2521.04.21; Festag; popołudnie
Warunki: jasno, pogodnie, sła.wiatr chłodnoStefan stał nad bulgoczącą w kotle zupą którą szykowali z innymi żołnierzami na późną obiadokolację dla oddziału. Skończył właśnie wsypywać do potrawy skąpe ilości ziół które udało mu się znaleźć w okolicy obozowiska w celu dodania posiłkowi odrobiny więcej smaku. Teraz wrzucał do kotła pokrojone warzywa które podawała mu dwójka żołnierzy, halabardnik Martin i miecznik Vallens siedzących na kocu przy ognisku. Zanim zajęli się zupą Stefan opatrzył ich stopy po tym jak dorobili się potężnych odcisków podczas marszu a w wypadku Martina nie tyle zwykłego odcisku który wystarczyło przebić czystą igłą, a całkiem pokaźne krwawiącego obtarcia które wymagało opatrzenia. Stefan nie chciał aby zmarnowali efekt prostego leczenia które im zaaplikował od razu zakładając buty i chodząc więc wciągnął ich w stacjonarne zajęcie przygotowywania jedzenia. Rozmyślał właśnie wrzucając do kotła cebule o tym jak ma się jego rodzina gdy w kierunku ich improwizowanej kuchni zbliżyła się Pani sierżant mieczników przerywając jego rozmyślania.
Uczący go walczyć wuj był weteranem regimentu włóczników i wpoił Stefanowi tak samo regimentowe tradycje dlatego Stefan nie mógł sobie odmówić rozpoczęcia kolejnego rozdziału docinków pomiędzy włócznikami a ludem miecznym, szczególnie tak miłym dla oka ludem miecznym:-Witam Pani sierżant! -powiedział salutując podoficer.
Ta zatrzymała się przy dwójce poszkodowanych wojaków i powstrzymała ich przed próbą poderwania się z ziemi na jej widok:- Spokojnie, nie wstawajcie - następne pytanie zadała wymownie spoglądając także na Stefana:
- Jak tam wasze nogi? - Stefan pozwolił dwójce zapewnić, że są zdrowi i że to drobne ranki po czym dodał
- To nic poważnego u Vellesa, niech się słucha moich zaleceń a będzie śmigał jutro Prawie jak nowy, z Martinem jest troszkę gorzej ale to nic z czym odrobinę opatrunków sobie nie poradzi! Tak w ogóle Pani sierżant to muszę się spytać Pani o jedną niezwykle nurtującą mnie rzec…
- Tak Jeager? - zapytała się Sierżant mieczników mierząc go zaciekawionym wzrokiem
- Pani sierżant, nie chce Pani w żaden sposób urazić ale jako - tu Stefan zmienił głos na parodię arystokratycznego snoba - jako kolejny w rodzinie żołnierz Włócznik muszę się spytać. Jak taka rozsądna, mądra i zaprawiona w walce podoficer skończyła jako dowódca oddziału uzbrojenego w same miecze? W końcu wszyscy wiemy że My Włócznicy mamy zawsze przewagę w walce nad miecznikami - mówiąc z każdą chwilą uśmiechał się coraz bardziej bezczelnie do wojowniczki. Chciał sprawdzić na ile może sobie z nią pozwolić w docinkach i czy ma podobne poczucie humoru.Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)Słysząc że ich dowódca szuka ochotników do sprawdzenia co to za cudacznych żołnierzy spotkała Greta Stefan nie zastanawiał wcale i podniósł rękę:
- Zgłaszam się , zobaczmy co to za nietutejsi - Po tych słowach Stefan szybko zrzucił z siebie swój plecak odkładając go wraz z innymi zbędnymi rzeczami w bezpiecznym miejscu z dala od wody ale jednocześnie doskonale widocznym dla reszty na wszelki wypadek gdyby Ci musieli ruszyć dalej bez nich aby jego rzeczy nie zostały porzucone na szlaku. W ten sposób został tylko z bronią przy boku i zestawem przyborami potrzebnymi do udzielenia pierwszej pomocy.
- Azur do nogi! - zawołał do swojego psa przywołując go do siebie. Ten cały czas otrząsał się z przymusowej kąpieli jaką musiał przed chwilą odbyć spotkała go:-Choć piesku idziemy na małą wycieczkę! - rzucił radośnie
-
Magister nie bawiła się jak inni zgromadzeni w karczmie. Jej większą satysfakcję sprawiała obserwacja zachowania innych, niż osobiste branie udziału w zabawie. Wręcz można uznać, iż magini nie odczuwa prawdziwej radości, jako że przez cały czas ograniczała się co najwyżej do przyjaznego uśmiechu czy zmarszczenia skóry przy oczach z rozbawienia... ale ciężko to było prawdziwym rozbawieniem nazywać.
Śnieżnobiałe włosy idealnie kontrastowały ze śniadością skóry. Już podczas zabawy w karczmie obecność magini światła zdawała się w nienaturalny sposób wpływać na zaginanie oświetlenia w jej kierunku. Nie znaczyło to, że kobieta była bardziej oświetlona od innych, tylko... bardziej miało się nieokreślone wrażenie jakby bliżej niej oświetlenie nabierało bladej poświaty... albo i nie. Wrażenie tego fenomenu było zbyt ulotne dla zmysłów, aby się na nim skupić i dokładnie określić jego istnienie... lub nie.
Magowie...pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu; Wellentag; przedpołudnie
Tileańska Magister nie wydawała się być w najmniejszym stopniu zirytowana na nocną pogodę. wręcz przyjmowała wszystkie niewygody tej podróży także nieoczekiwany deszcz z niezachwianym spokojem. Kiedy rano się przebudziła jej jasne ubrania były zastanawiająco niezabrudzone, a nawet jeżeli użyła magii by się doprowadzić do czystości, to w porannym zamieszaniu umknęło to uwadze towarzyszy.
Jak zwykle nie opuszczał jej na krok młody Diethard, najwyraźniej zafascynowaniem jej egzotyczną urodą stanowił najbliższy element towarzyszący magini światła, który wziął na siebie opiekę nad dobytkiem Elezzii, jak i o wszelkie wygody jakie by sobie zażyczyła od mężczyzny za niespełna dochodzącego drugiej dekady. Usilnie próbował zarazić każdego z kim rozmawiał swoim humorem i pozytywnym nastawieniem, choć szybko można było się zorientować, iż sporo z jego natury w promieniuje naiwnością młodości. Niemniej choć Alezzia reagowała na jego słowa lekkim uśmiechem, to Diethardowi nigdy nie udało się wycisnąć z kobiety prawdziwego śmiechu.

Jednak to milczący Gotthold był większym stopniu zainteresowany bezpieczeństwem Magister niż jej urodą. Znajdował się u jej boku skuszony pieniądzem i traktował całą misję z niezachwianą powagą. Nie interesowały go pogaduszki ni to z Alezzią, nie z innymi członkami wyprawy, a jedynie cel do jakiego został wynajęty.

Gdy magini oddalała się sama by ustalić magiczne granice obozowiska i upewnić się że na pewno tej nocy nic nie przejdzie niezauważone, niczym cień towarzyszyła jej Katja, jaka podczas podróży była oczami i uszami przemykającymi w tle i wypatrującymi nadchodzących zagrożeń.
[MEDIA]https://i.pinimg.com/564x/69/70/b3/6970b3730aa2db8487c83567ef6feebc.jpg[/MEDIA]
Ostatnim towarzyszem Magister był jegomość, którego obecność nie była do końca zrozumiana, a i sama Alezzia nie raczyła przedstawić go bardziej niż tylko imieniem Marcel. Prawdę mówiąc kobieta nawet nie była bardzo chętna do prowadzenia rozmów z tym mężczyzną, który zdawał się nie pałać sympatią do magini. Możliwym wyjaśnieniem było, że po prostu jak większość osób w imperium nie ufał magom i ich sztuczkom. Niemniej zdawał się interesować dobrym zdrowiem Alezzii, z której zdawały się nie schodzić jego oczy, jednak w przeciwieństwie do Dietharda jego spojrzenie skrywało inny rodzaj zainteresowania.

Całą podróż Magister zajmowała się opieką nad bezpieczeństwem grupy podczas odpoczynku. Ustawiała magiczne alarmy wokół obozowiska, ale także zajmowała się przyziemnymi sprawami, jak pomoc w przygotowaniu posiłku. Była zawsze chętna porozmawiać, opowiedzieć, podzielić się wiedzą.
A gdy pojawiła się sytuacja z dwoma "cudakami" Alezzia nie wahała się wystąpić do pomocy.
- Zobaczę co da się w ich sprawie zrobić. - odezwała się Magister swoim silnym tileańskim akcentem. Wysłuchała słów Distlera i skinęła głową aprobując pomysł pomocy przez jego doświadczenie. - La tua conoscenza potrebbe rivelarsi utile. - odparła energicznym językiem.
-
Miejsce: pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
Czas: 2521.04.20; Angestag; południeO poranku Eitriego można było znaleźć zjadającego się śniadaniem. Solidna kiełbasa, jajka, które popijał piwem. Zaszedł go wtedy Klaus, najwyraźniej ten ciąglę męczył się z trudami picia.
- Znowu pijesz? - zagaił kiedy przysiadł się do krasnoluda - Słyszałem, że krasnoludy mają silne żołądki, ale słyszałeś o wodzie?
Eitrie przeżuwał spokojnie kiełbasę zanim odpowiedział.
- Ano, słyszałem. Używacie jej aby rozcieńczyć wasz Grog . - zaczął, używając Khazalidzkiego słowa na kiepski trunek - Wy człeki, używacie tyle pszenicy w waszych trunkach, że robi mi za chleb. - inżynier się uśmiechnął - Natrafimy kiedyś na prawdziwą, krasnoludzką gorzelnie, to dam ci posmakować Grizdalu . Piwo, które leży odkąd, twój pradziad był niższy ode mnie. - Eitri poklepał mężczyznę po plecach - Nie próbuj przepić Dawi'ego , większe szanse masz z Ogrim.
Po czym wrócił z powrotem do posiłku. Elf był nie lada dla niego zaskoczeniem, o ile spodziewał się, że łucznik będzie dobry, fakt, że ta tykwa doganiała go w piciu była niespodzianką. Będzie musiał poćwiczyć, jeżeli ma zamiar być na ciągle na szczycie.
Kiedy wyszedł z karczmy spotkał go Tobias. Kojarzył zwiadowcę z konkursu strzeleckiego. Musiało go nieźle dziwić, że pokonał go krasnolud.
- A, witaj Wutumgi . - Eitri uścisnął dłoń młodzieńca - Eitri Ironforge. Kowal i inżynier. Będziesz czegoś potrzebować, zawołaj.
Miejsce: pd-zach Ostland; obrzeża Lenkster; droga w kierunku granicy z Hochlandem
Czas: 2521.04.21; Festag; popołudnie
Warunki : jasno, pogodnie, sła.wiatr chłodnoNa trakcie Eitri starał się nie spowalniać pochodu, chociaż zauważał, że męczył się wolniej od ludzkich oddziałów. Kiedy rozbijali obóz krasnolud chodził od namiotu do namiotu, upewniając się, że wszystko jest odpowiednio umocowane, poprawiając gdzie widział niedociągnięcia. Upewniał się, że wszyscy zjedli posiłek, że wiedzą gdzie znajduje się ich ekwipunek.
Dużo czasu spędzał z Dymitrim i pozostałymi strzelcami. Tłumaczył im jak opiekować się swoją bronią. O ile był pewny, że ich oficerowie przeszkolili ich w konserwacji arkebuzu, broń palna wymaga obchodzenia się jak z dzieckiem. Nie chcą, aby w ważnym momencie zaciął się spust.
Kiedy nic nie robił Eitri siedział przyglądając się swojemu medalionowi, delikatnie głaszcząc jego wnętrze raz na jakiś czas.Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)Eitri przysiadł kiedy pochód się zatrzymał. Dwóch dziwaków na trakcie w górach?
- Przygotujmy się na bitkę. - zawołał krasnolud, kiedy wszyscy na niego spojrzeli wzruszył ramionami - To może być podpucha. Mogą mieć kolegów pochowanych po krzakach. - inżynier wyciągnął swój muszkiet opierając go na kolanach - Krasnoludy nie są najlepszymi zwiadowcami, kiedy są elfy i ludzie dostępni. Ja zostanę tu.
-
Oryginalny tytuł: Tura 03 - 2521.04.23; wlt; przedpołudnie
Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)Wszyscy
Te kilka dni wspólnej drogi z Lenkster, przez leśne ostlandzkie ostępy, wspólne biwakowanie pod gołym niebem, czasem tylko w jakiś stodołach czy zagrodach obok jakich się zatrzymywali sprzyjało rozmowom i lepszym poznawaniu się. Trudno było iść obok kogoś cały dzień i nie odezwać się do niego ani słowem albo o czymś nie pogadać przy wspólnym ognisku.
Tobias
- To tyś łucznik? I widzę myśliwy? No! To tak jak my! To dawaj, dawaj z nami kolego! - Tobias co przystał do myśliwych Stefana został przez nich całkiem ciepło przyjęty. Przynajmniej przez ich lidera. Wspólnie myszkowali po symbolicznym poboczu rozjeżdżonej i rozchodzonej przesieki gołej ziemi a jak deszcz spadł to błota jakie w Ostlandzie nazywano drogami. Wydawało się, że pod względem umiejętności i specyfiki to całkiem mu po drodze do ludzi pokroju Stefana. No i widocznie ten pamiętał go z wieczorku zapoznawczego jako jednego z łuczników jacy wówczas stawali ze sobą w symboliczne szranki w strzelaniu do wiadra albo czegoś podobnego.
- No. I ty to jesteś swój. Od razu widać, żeś swój chłop. Nie jak co niektórzy. - powiedział herszt myśliwych ze złośliwym błyskiem w oku wskazując wzrokiem na plecy kilku idących z przodu Kozaków. Wcześniej to właśnie ci pojedynczy myśliwi Stefana i paru takich zawodowych rangerów jak Tobias szli na czele kolumny. Ale widać teraz ta rola spadła na część grupy kozaków Gottharta. Chociaż jak się szybko okazało Stefan nie tyle pił do idących w roli czujki Kozaków co do ich szefa co jechał z kolei za jego myśliwymi razem z szefową i kilkoma konnymi góralami.
- Widziałem go wtedy w “Zającu”. Dla mnie to jakiś miglans z niego. Chodził, patrzył, słuchał, niczym się nie wychylał. No ta pani ładna też. Ale jak ona wiedźma to może nawet i lepiej. A on? Albo nic porządnego nie umie, żadnego fachu w ręku nie ma albo nie chce się chwalić tym co umie. W obu wypadkach to podejrzane. No z pannami nieco potańcował no ale hej, kto z nimi nie tańcował! Mówię ci nie podoba mi się on. I zobacz jak się szarogęsi na każdym kroku. Będą z nim kłopoty. - Hochlandczyk zdradził się, ze swoją nieufnością jaką żywił do Gottharta. Wydawało się, że ten mu jakoś nie podpasował swoim zachowaniem sprzed paru dni no i był z całkiem innej bajki. W przeciwieństwie do Tobiasa jaki wydawał się być mu znacznie bliższy.
- A w ogóle byłeś już u nas w Hochlandzie? - zaciekawił się za którymś razem gdy szli obok siebie. W końcu w takim a nie innym składzie wycieczki do sąsiedniej prowincji to chyba tylko właśnie myśliwcy byli stamtąd.
Gotthart
Ponieważ konnych w ich ekspedycji było niewielu to siłą rzeczy Petra miała ograniczone towarzystwo kawalerzystów. Zwykle dwóch czy trzech górali jechało za nią lub przed nią. Ci co akurat mieli tą zmianę, że nie jechali z przodu jako czujka. Bo wtedy zwykle jechali na tyle z przodu, że nawet z czoła kolumny nie było ich widać. Z siodła widział idących z przodu myśliwców Stefana a jeszcze bardziej z przodu swoich Kozaków. Za nimi maszerowali miecznicy Theiss, potem jechał wóz z zapasami a za nimi halabardnicy Meistera. I za nimi jeszcze szło paru Kozaków.
Sami górale pod względem ekwipunku bardzo przypominali ludzi Stefana. Albo większość chłopskiej piechoty jaką zdarzało mu się widywać. Zwykle mieli na sobie opończe albo futrzane czapki jakie dawały nadzieję, na zamortyzowanie ciosu. Niewielu z nich miało hełmy. Do tego przeszywalnice albo pikowane kurtki. Dawało to symboliczną ochronę. Znów pod tym względem przypominali oddział Hochlandczyków. Zwłaszcza, że też mieli łuki jaka chyba były ich główna bronią i rolą. Mieli też kordy czyli broń pośrednią między nożem a mieczem w jaką często wyposażali się ubożsi piechurzy. Do tego momentu łatwo było ich pomylić z jakąkolwiek łuczniczą piechotą. Nawet podczas obozów wyglądało, że obie grupy mają się ku sobie i bez trudu nawiązują wspólny język. Coś co wyróżniało Gebirgsjaeger to czekany jakie każdy z nich miał u boku. No i emblemat podobny do niezbyt regularnej gwiazdy albo kwiatu. Czasem z symbolicznie wyszytą górą. Każdy chyba sam sobie to wyszywał czy też raczej żona, córka czy matka więc były nieco inne ale ogólnie motyw był rozpoznawalny. Ze słów Lotara wynikało, że to szarotka. Kwiat jaki rośnie tylko w górach i od wieków był tradycyjnym symbolem tej formacji. Nawet jeśli tej formacji od wieków nie było.
- Dopiero nasz pan na nowo utworzył nasz regiment. Ufundował nam sztandar a pani Hela została jego matką chrzestną. I dopiero on zaczął traktować jak prawdziwe wojsko. A nie jakieś najemne przybłędy. - za każdym razem gdy Gebirgsjaeger wspominali o swoim patronie to zawsze mówili o nim z szacunkiem i jawił się on jako dobrodziej i jaki przywrócił chlubę ich formacji. Bez niego to się zaciągali do różnorodnych formacji i armii na nizinach, gdzie się dało. Więc często mieli w tym wojennym rzemiośle całkiem spore doświadczenie. Zwłaszcza jako zwiadowcy i strzelcy. No ale jak tylko margraf ogłosił odtworzenie ich regimentu to górale zaczęli do niego ściągać. Więc jak wiosną zaczynali w żałosne pół tuzina to teraz było ich kilkakrotnie więcej. Dlatego nie dla wszystkich starczyło wierzchowców.
Wierzchowce były kolejnym elementem jaki odróżniał Gebirgsjaeger od innej piechoty. Dosiadali bowiem małych, górskich kuców. Wydawały się mikre przy pełnowymiarowych koniach jakimi jechał Gotthart czy Petra. Ale w ich relacji brzmiało, że właśnie ta małe kuce były prawie jak górskie kozice gdy trzeba było podróżować dolinami gór. Ale na same akcje czy do walki to chodzili pieszo. W górach mieli od zeszłej wiosny sporo roboty z ich oczyszczaniem z wszelkiego tałatajstwa jakie się tam przez milenia zalęgło.
- A plany naszego pana to plany naszego pana. Jak tylko przyszły wieści z wiciami wojennymi to zaraz na drugi dzień nas posał przodem. Mieliśmy werbować wojsko dla niego i pod jego sztandary. Jak on przygotuje wszystki w Falkenhorst to przybędzie i obemie dowództwo. Trochę te armii udało nam się zebrać więc będzie miał czym dowodzić. Na razie to słaliśmy mu regularnie listy aby dać mu znać jak tu nam idzie. - przez te parę dni drogi Petra miała okazję aby poopowiadać nieco o ich górskim władcy pod jakiego poza tym co mu służyli już wcześniej zaciągnęli się na służbę.
- A nasz pan dzielny i mężny. Oj tak, prawdziwy rycerz z niego! Jak z legend! Jak zeszłej wiosny jakaś maszkara grasowała po okolicy Falkenhorst, rozpatroszyła owcę czy kozę. To pastuchowie z trwogą zabrali swoje stada do miasta i bali się tam chodzić. A nasz pan jak sie dowiedział to wziął zroję, konia, kopię i razem z mistrzynią Helą pojechali w ten ciemny las. Sami! Tylko we dwójkę! Co za odwaga! Jak to bym się bała wleźć na dwa kroki do lasu i to w nocy jak by tam takie paskudztwo grasowało. A oni pojechali sami. Wrócili później i pan kazał wbić łeb poczwary na dziedzińcu aby wszyscy widzieli, że już nie ma się czego obawiać. Ale radość nastała! Wszyscy chodzili oglądać ten łeb. A wielki, kosmaty, w takim brudnym białawym futrze. Potem pastuchy poszły tam znów na te hale i znaleźcli resztę truchła. Jak ktoś był ochotny to nawet prowadzili tam ciekawskich. A wielkie to było, coś jak niedźwiedź albo wlochaty troll. Trudno powiedzieć co to było. A ten łeb to potem zaczął gnić i śmierdzieć to go Eryk oskrobał, wygotował i potem samą czaszkę oddał naszemu panu. A on kazał ją przybić na pal przy wjeździe do zamku aby wszyscy co go odwiedzają to widzieli. Taki jest nasz pan. Jesienią to my byliśmy ciekawi czy sam nie wystąpi w turnieju. Na pewno by wygrał z każdym! No ale nie. Był tylko jako gospodarz i gościł tych wszystkich znamienitych gości jacy zjechali. Bo nawet stąd to kawał drogi jest i to przez góry. Pieszo to ze trzy pełne tygodnie. Konno z połowę tego. Jeszcze zależy jaka pogoda bo w górach to ostrzejsza niż tutaj. Ale widoki za to jakie! Piękne, piękne te nasze góry. Chociaż ja to wolę miasto. A miasto nasze no cóż, nie ma co ukrywać, że jak ileś tam wieków stało puste no to kiepsko wygląda. Ale po kawałku je remontujemy i stawiamy na nowo. I jak puste do dużo miejsca jest. Jak ktoś nowy przyjeżdża to co mu się spodoba to może zająć. Najwięcej to mieszka teraz przy Placu Targowym. I tam jest moja “Tańcząca nimfa”. Pierwsza karczma w naszym mieście. Strasznie się starałam aby wyglądała jak najlepiej na zeszły turniej. Tam gościłam tych co się nie zmieścili na zamku albo ich obsługę. Ale jeszcze mam dużo planów co do niej. Teraz widziałam nowe draperie takie ładne to też by pasowały do mojej “Nimfy”. A nazwa to przez Eryka. Jak jechaliśmy znów do Lenkster to on i jego chłopaki znaleźli posąg takiej ładnej, tańczącej panienki z marmuru. Strasznie mi się spodobała! No i odkupiłam ją od nich, kazałam oczyścić i postawiłam w holu aby tak ładnie witała moich gości. I mnie natchnęła na nazwę bo wcześniej się jeszcze wahałam. - Petra jadąc konno pomiędzy Gotthartem a Alezzią, mając przed sobą łuczników Stefana a za sobą paru konnych Gebirgsjaeger i mieczników Theiss ładnie opowiadała. Widocznie miała talent do gawędziarstwa. I o swoim górskim władcy opowiadała chętnie i chlubnie. Wydawała się cieszyć z jego sukcesów, swojej pozycji zaufanej współpracownicy na jego dworze no i w ogóle z tego postępu jak górska marchia zrobiła w ciągu ostatniego roku. Gdy rok temu zaczylani w tuzin wozów jakie rozparcelowały się po pustych jeszcze wówczas stanicach na trasie, że do samego Bastionu dotarło pół tuzina i nieco obstawy w tym Eryk ze swoimi chłopakami i Greta co jeszcze wówczas do nich nie należała. A teraz? No może to nie mieli tam tak jak w Lenster czy jakimś innym większym mieście. Ale w porównaniu jak zaczynali dosłownie od niczego, od szarych kamieni wysmaganych wiatrem, wysuszonych górskim mrozem i wymrożonych śnieżną pierzyną, ze sparciałym drewnem, przerdzewiałym metalem to jednak postęp był zauważalny. A wciąż uważali, że to dopiero początek ku świetlanej przyszłości jaką pod patronatem górskiego markgrafa mieli dla swojej nowej ojczyzny.
Duivel
Elf musiał przyznać w duchu, że ten pomysł skrytej obserwacji zbiórki na podwórzu “Zająca” sprzed paru dni to jednak niezbyt mu wyszedł tak jak to sobie pierwotnie planował. Choćby dlatego, że karczma była wciśnięta między inne błotniste ulice Podzamcza, sąsiednie budynki i obejścia. Więc niezbyt było miejsce aby obserwować z daleka. Właściwie musiałby chyba wejść na piętro z któregoś z sąsiednich budynków aby widzieć przez mur co się dzieje na podwórzu a samemu mieć nadzieję aby nie być przez nich widzianym. Właściwie jedyne miejsce aby mieć wgląd w głąb podwórza to miejsce naprzeciwko bramy. Tą bowiem zostawiono gościnnie otwartą na kolejnych uczestników wyprawy. Ale ulica ograniczała to miejsce na tyle, że właściwie trzeba było właśnie stać naprzeciwko bramy. Mógł co prawda założyć kaptur i liczyć, że wczorajsi towarzysze go nie rozpoznają gdy będą przechodzić albo z nudów zerkać w stronę ulicy gdzie zapewne dojrzeli by sylwetkę w kapturze co kolejne pacierze tam stoi czy siedzi, nic właściwie więcej nie robi ale do środka nie wchodzi.
Po drodze to jak się przekonał Greta nie była zbyt rozmowna. Miał wrażenie, że łuczniczka nie przepada za rozmowami z nieznajomymi. Do tego siłą rzeczy jako jeden z niewielu konnych zwiadowców przez pół dnia jechała z górskim towarzyszem na przedzie kolumny. Tak daleko na przedzie, że zwykle nie było ich widać. Tak jechali do obiadu i wtedy podczas popasu zmieniali się rolami i poranna dwójka mogła jechać w środku szyku kolumny marszowej, zwykle w pobliżu Petry. A druga dwójka zmieniała ich na dalekiej czujce. Już bardziej jej towarzysz, Lotar, okazał się bardziej rozmowny.
- A co tam gadać elfie? Jak się ta cholerna wojna skończy to przyjedź do nas to sam się przekonać. U nas dużo luda potrzeba. To i myśliwi i łucznicy też się przydadzą. Dużo roboty trzeba jeszcze zrobić. Sporo żeśmy przez ostatni rok zrobili no ale do zrobienia jest jeszcze więcej. Miasto wciąż stoi pustkami, zasiedlić je trzeba. A tu widzisz elfie, wojna teraz przyszła i te wszystkie nasze plany poszły w łeb. Od jesieni tośmy planowali, że na wiosnę jak będziemy werbować tutaj ludzi do do kolonizacji. A nie na wojnę. - stwierdził filozoficznie górski łowca dając wyraz, że mieli całkiem inne plany na ten nowy, cieplejszy sezon. I wydawał się ciepło wyrażać o swojej nowej ojczyźnie, władcy no i odtworzonym regimencie nad jakim znów margraf obrał patronat. Ale to przez ostatni dzień czy dwa drogi. A obecnie, na chwilę przeprawy przez Górski Bród to Lotar został “z tymi dwoma cudakami” zaś Greta wróciła do szefowej aby ją poinformować o tym spotkaniu.
- To nie są elfy. Na moje oko to jacyś piechociarze. Tylko nie gadają po naszemu. - mruknęła do niego Greta z siodła swojego górskiego kuca na jego pytanie.
A podczas wcześniejszej rozmowy z szefową ta wysłuchała jego pytań o różne sprawunki jakie planował w Breder. - Zobaczymy ile i jakie mają te konie w tym Breder. Priorytetem są te dla Gebirgsjaeger bo mamy więcej górali niż wierzchowców. No i dla naszego pana bo te konie na wojnie to się szybko zużywają to jeden dla jednego rycerza to mało. A jak coś zostanie to zobaczymy. - więc niczego mu nie obiecała ale widocznie miała dość konkretne plany co do roli zakupionych w Hochlandzie wierzchowców. Co do reszty zakupów o jakie pytał to nie widziała jakichś większych przeciwskazań. Jak go stać aby kupić sobie wierzchowca to niech kupuje. Będzie miał na czym jeździć. Jak go stać na wóz i konia to też niech kupuje. Będzie miał swój wóz i konia. Dorzuci się go do tej karawany taborów jakie zamierzali stworzyć na rzecz ich powstających hufców. Jak się sam nie czuje na siłach powozić to ją chyba nieco zdziwiło ale zapewne jakiś woźnica się znajdzie. Trudniej było o konny wóz niż kogoś do jego powożenia. Natomiast gdy okazał swoje ograniczone zaufanie do Hochlandczyków Stefana to ją nieco zdziwiło.
- A czemu tak uważasz? Wczoraj powiedział, że tutaj będzie bród i pewnie pusty to jak widzisz jest ten bród i jest pusty. Czymś ci się narazili, że tak im nie ufasz? - zapytała elfa zdziwionym tonem jakby brała pod uwagę, że może wie o nich coś więcej niż ona i stąd jego brak zaufania do bandy leśnych łuczników.
Stefan
- Włócznik tak? I cóż wy byście mogli tymi wykałaczkami przeciwko sprawnemu mieczowi? - prychnęła rozbawiona sierżant mieczników gdy na ostatnim obozie ją zagadnął w tych szermierczych sprawach. Wydawała się mieć dość pogodną naturę co zdawało się przeczyć opinii prymitywów i srogich półnorsmenów jaką cieszyli się w Imperium Nordlandczycy. Nawet nie wyglądała na jakąś umięśnionego babochłopa czy inną kobietę z północy. Raczej na imperialnego żołnierza i oficera. Tyle, że kobieta. Co było nietypowe bo niewiele kobiet służyło w oddziałach liniowych. Zdarzało się ale jednak nie była to codzienność. Zwykle jak już to służyły w oddziałach pomocniczych. Chyba, że w obronie. Bo jak miasto było oblegane to wtedy cała ludność zwykle brało udział w tej czy innej formie obrony. To i kobiety w obronie murów zdarzały się częściej niż zwykle ale też póki się dało to raczej mężczyźni zwykle brali na siebie te najcięższe zadania. Ale widocznie sierżant Theiss należała do tej mniejszości kobiet jakie nie stroniły od męskich zawodów. A i jej podwładni zdawali się ją uwielbiać. W każdym razie tak jak włócznik wierzył w mocne strony swojego oręża tak ona zachwalała własny nie mając ochoty jej zmieniać.
Rozmowa z Petrą poszła mu dość gładko. Szefowa nie widziała trudności aby ktoś miał załadować własne bambetle czy kupione zapasy na wóz. Byle bez przesady, że zajmie pół wozu swoimi rzeczami. Ale jakiś worek czy dwa to pewnie by się zmieścił. Zwłaszcza, że brała pod uwagę zakup nowych wozów.
Zaś jako znachor nie miał na razie zbyt wiele do roboty. Straty marszowe były dość niewielkie. Późnowiosenna pogoda była taka sobie ale to już nie było ta wiosenna słota jaka topiła cały świat w błocie. Nie mówiąc już o zimowych mrozach zesłanych przez Ulryka. Podróżowali we względnie małej grupie a nie całą armią gdzie zagęszczenie luda było orkopne i tych chorych i kontuzjowanych siłą rzeczy było dużo więcej. No i przemieszczali się a nie obozowali w jednej ciżbie więc każdy postój wypadał w nowym miejscu. Chociaż co jakiś czas trafiali na wydeptane ślady poprzednich oddziałów jakie tędy przchodziły i obozowały.
A teraz Greta przywiozła wieści o nietypowym spotkaniu jakie trafiła razem z Lotarem. I na polecenie szefowej miała tam poprowadzić grupę zwiadowczą. Jak się okazało parę osób się zgłosiło prawie od razu więc nie miał iść sam.
Alezzia
Podczas wieczorku zapoznawczego Alezzia musiała przyznać, że chyba jej urok osobisty zadziałał. Bo gdy nie zdradzała ochoty do integracji z innymi czy choćby tańców a do tego była osobą parającą się sztukami mistycznymi czyli w opinii pospólstwa była wiedźmą to jakoś mało kto do niej podbijał aby ją sam z siebie zaprosić do tańca. Właściwie to wyglądało to podobnie jak z obiema szefowymi i szlachciankami. Przynajmniej póki Dana nie przełamała tego stuporu na rozpaczliwe wezwanie Petry. Potem nawet podeszła do Alezzi aby pół żartem a na w pół poważnie i jej zaproponować taniec no ale tak elastycznie, że łatwo było to obrócić jako żart bez ujmy dla którejś ze stron.
A podczas podróży niejako w naturalny sposób jechali we trójkę. W końcu poza nią tylko Petra i Gotthart mieli wierzchowce. Byli jeszcze Gebirgsjaeger na swoich górskich kucykach jakie wydawały się miniaturką przy pełnowymiarowych koniach. Ale i tak dzięki nim byli szybsi i mobilniejsi od piechurów. Zwykle dwójka jechała gdzies tam z przodu przepatrując drogę, że nawet z siodła nie było ich widać a dwójka jechała gdzieś trochę za Petrą. Więc młoda magini miała właśnie za towarzyszy najczęściej szefową i dowódcę pieszych Kislevitów jaki sam bynajmniej na Kislevitę nie wyglądał. A szefowa oprócz tego, że rozmawiała z Gotthartem o ich górskich włościach i władcy to znalazła też okazję dla drugiej towarzyszki podróży.
- To jesteś czarodziejką tak? Znaczy tym, magistrem. Tak jak Inez. - zagaiła gdy tak sobie jechali tymi błotnistym pasem pod baldachimem ponurego, ostlandzkiego lasu jaki kończył się gdzieś przy samej granicy z Kislevem. A z tego co Tileanka wyniosła z nauk w Kolegium to jak się weszło do niego w Reiklandzie przy wschodnich krańcach Gór Szarych to właśnie można było tylko lasami przejść aż do ostlandzko - kislevskiego pogranicza ani razu nie wychodząc na otwartą przestrzeń. Do tego ten tutejszy, ostlandzki las nazywano Lasem Cieni. I w całym Imperium chyba tylko Drakwald miał gorszą reputację. Pierwszy raz go widziała z bliska ale ponure widoki pasowały do tej ponurej reputacji o jakiej nauczuali w Kolegium.
- I słyszałam. To wy tam macie jak w klasztorze co? Tylko nauka, modlitwy, medytacja, posty i takie tam? Biedactwo… A taka ładna dziewczyna z ciebie… - Petra spojrzała w bok na jadącą obok świetlistą blondynkę. Jakoś tak smutno i współczująco. Jak starsza siostra czy koleżanka co powinna zaopiekować się tą młodszą i mniej doświadczoną przez życie.
- Inez to się udało, że znalazła swoją mistrzynię gdzieś tutaj. To ją wzięła pod swoje skrzydła. Tylko ona została z naszym margrafem w Falkenhorst a pan nas i Eryka posłał aby tutaj uzbierać to wojsko dla niego. No ale dlatego Inez ominęły te wysokie szkoły. Ale nieco słyszała i mi opowiadała jak tam jest. - młoda szlachcianka wyjaśniła skąd ma takie a nie inne informacje o magach. I z tego co wiedziała świetlista magister to mogło tak być. Nie wszyscy kandydaci zaczynali swoje nauki w samym Altdorfie. Większe imperialne miasta miały swoje filie, już nie tak wspaniałe i sławne jak to gówne Kolegium w stolicy no ale działały na tych samych zasadach. Miało to praktyczne znaczenie bo nie każdemu było łatwo wysłać potencjalnego kandydata do odległej stolicy i jak już łatwiej było też szkolić kogoś takiego gdzieś lokalnie. No i jak taki wykształcony magister już praktykował na własną rękę to miał prawo wziąć kogoś na ucznia i go szkolić. Tak zapewne właśnie miało miejsce z Inez i jej mistrzynią. Ale sądząc po tym co i jak mówiła jej przyjaciółka to chyba musiała sobie imaginować te lata nauki jako coś strasznie trudnego i męczącego niepozwalającego na inne rzeczy, zwłaszcza rozrywki.
- Ale jakby ci ktoś dokuczał to powiedz. Wiesz, nie wszyscy lubią wiedźmy. Ale teraz pracujesz dla nas więc gdyby ktoś ci dokuczał to powiedz. - powiedziała na koniec jakby chciała dodać otuchy jaśniejszej koleżance. Chociaż na oko to wydawały się być w podobnym wieku. Poklepała ją przyjacielsko po ramieniu i posłała ciepły uśmiech.
A, że ktoś mógłby być dla niej niemiły to się już zdążyła przekonać sama. Póki studiowała w Kolegium to chociaż tam były podziały na poszczególne Tradycje, na różne stopnie zaawansowania wśród uczniów i profesorów to jednak panowała dość uduchowiona i braterska atmosfera światłych ludzi nauki. I tam co prawda ostrzegano uczniów, że ich moc może budzić “pewno wotum zaufania” tak u wysoko urodzonych jak i pospólstwa. Nawet jeśli będzie się ono różnie objawiać. Zapewne jakiś szlachcic nie schyli się aby ciskać w maga łajnem czy spluwać przez ramię dla odczynienia złego uroku ale zapewne też gdyby chciał potrafiłby okazać swoją nieprzychylność dla magistra. Ale dopiero jak skończyła naukę i zaczęła praktykować na zewnątrz przekonała się, że to nie były żarty ani czcze gadanie. Póki ktoś ją brał za jakąś uczoną, może szlachciankę to pół biedy. Ale jak się zdradziła albo jakoś dowiedział się o tym kim jest… No to różnie z tym bywało. Co prawda do jakichś rękoczynów czy wyzwisk to się nie dochodziło tak często ale już łagodniejsze formy okazywania niechęci, obawy, strachu, braku zaufania były dość powszechne. Pewnie to skłoniło Petrę do tego ostatniego zapewnienia. Sama chyba nie miała wcześniej doświadczeń z magami póki nie spotkała Inez z jaką się z czasem zaprzyjaźniła. Więc jej poglądy to był taki konglomerat popularnych przesądów i prawd o magach jak i własnej praktyki z życia obok jednej z takich “wiedźm”. Chyba zwłaszcza to ostatnie sprawiało, że była gotowa okazać nieco więcej zaufania i serca do nowo poznanej magister.
No i tak sobie podróżowali od opuszczenia Lenkster. Dopiero jak rozbijali się na południowy popas dla koni i obiad dla siebie była okazja rozprostować kości i rozejrzeć się po pozostałych ogniskach. Albo wieczorem jak się rozbijali na nocleg czy rano przy śniadaniu zanim ruszyli w drogę. Aż do teraz jak Greta przyszła z wieściami z konnej czuki o spotkaniu tych dwóch “cudaków” co nie mówili ani w reikspiel ani w kislevskim. Chyba dwóch najpopularnieszych językach na tych wschodnich kresach. Zresztą jak się okazało chociaż szefowa niejako zgłosiła ją na ochotnika, głównie zapewne ze względu na znajomość nietypowego w Imperium języka to na je sugestię i już paru innych śmiałków się zgłosiło jako towarzysze w tej czy innej roli.
Eitri
Na drugi dzień po wieczorku zapoznawczym, gdy spotkał się ze swoimi nowymi towarzyszami okazało się, że całkiem sporo osób pamięta go z dnia poprzedniego. I to raczej w pozytywny sposób. Ostmarczyk Klaus dosiadł się do niego, razem z nim zjadł śniadanie i pożartował sobie trochę. Spodobał mu się pomysł spróbowania oryginalnego trunku khazadów. Zwłaszcza, że zdarzało mu się w przeszłości go próbować i miło to wspominał. Ale takie starodawne piwo o jakim mówił nowy kompan no to mu przypadło do gustu i był chętny go spróbować.
- No to bywaj krasnoludzie. Powodzenia w tym Breder. - pożegnał się gdy Eitri już wychodził aby dołączyć do reszty kolumny.
Ze strzelcami Dimitriego nie miał za bardzo okazji jak i gdzie pogadać. Na wieczorku towarzyskim był tylko ich szef z odległych, południowych krain a przy śniadaniu poza nim ledwo paru z nich. Ale Dimitri przedstawił go im w dobrym świetle jako niezrównanego strzelca co nawet z elfem mógł stawać w szranki no i właściciela bardzo eleganckiej i mocnej broni. Mimo wszystko jednak za wiele nie mieli do pogadania bo w końcu zebrali się wszyscy co mieli ruszać do Hochlandu więc kolumna wyruszyła w drogę.
Droga zaś dla khazada była męcząca. A raczej męczące było dla niego nadążyć za długonogimi. Mógł maszerować długo, może nawet dłużej niż oni. Ale jednak krótsze nogi dawały krótszy krok a więc z każdym kolejnym zostawał trochę z tyłu. Musiał mocno i gęsto wyciągać swoje krótkie nogi aby za nimi nadążyć. Może dlatego przy wieczornym rozbijaniu obozu w Festag podeszła do niego Petra i grzecznie zaproponowała, że może by skorzystał z wozu. Na koźle obok woźnicy było miejsce.
- No i czułabym się pewniej jakby krasnolud stał na straży naszego dobytku. - dodała z uśmiechem bo wóz nie jechał pusty tylko wiózł te wszystkie podróżne bambetle jakie szkoda było nieść na sobie podczas całych dni marszu.
Gdy zaś przyszło przeprawiać się przez ten górski bród o jakim wczoraj mówił hochlandzki brodacz o aparycji zbira czatującego na traktach to się zaczęli przeprawiać. Napierw sam pomysłodawca jakby szefowa chciała sprawdzić czy skoro tak zachwala to przejście to aby sam dał przykład. I dał. Przeszedł mniej więcej bez większych trudności. Potem poszła reszta. Kozacy Diestlera i myśliwi Stefana a także Tobias i paru innych przeprawili się w pierwszej fali. Bród był na tyle szeroki, że pomieścili się wszyscy chętni. Teraz ociekali zimną, górską wodą na drugim brzegu no chyba, że wzorem Stefana zdjęli wcześnie spodnie i przenieśli je nad głową. Ale to było nie takie proste i zarówno jeden z Kozaków jak i myśliwych stracili równowagę na tych zatopionych kamieniach obmywanych wartkim prądem i grzmotnęli w wodę. Większość przeszła jednak raczej bez takich przygód. Potem jeszcze przejechała mała grupka konnych no a on sam przypatrywał się jeszcze z tego brzegu jak miecznicy rozbierają się ze spodni aby potem nie łazić pół dnia w mokrych. Chyba nawięcej uwagi przykuwała ich sierżant co się rozbuła i też zdejmowała swoje barwne portki ukazując całkiem zgrabne, gładkie nogi. Co w tym zdecydowanie męskim towarzystwie nie przeszło bez echa. Ale koledzy miecznicy robili pozostałym dość wymowne miny aby ich zniechęcić od jakichś głupich uwag. No i właśnie na to wszystko trafiła Greta na tamtym już brzegu gdy obwieściła o spotkaniu “z dwoma cudakami”. Petra dość szybko znalazła ochotniczkę do tego zadania i dała do zrozumienia, że lepiej aby panie nie jechały same. I na szczęście znalazło się całkiem sporo ochotników.
Grupa rozpoznawcza
- No to chodźcie za mną. - rzuciła Greta do ochotników na tą grupę zwiadowczą. Dała butami w boki kuca i ruszyła pierwsza. Jechała spacerowym tempem więc ani Alezzia czy Gotthart na swoich wierzchowcach ani piechurzy nie mieli trudności aby za nią nadążyć. Jechali błotnistą przesieką jaką wyżłobila niezliczona ilość nóg, kół i kopyt. Czasem trzeba było przejść nad jakimś korzeniem albo zwaloną gałęzią czyli podobnie jak na ostlandzkich drogach. Jakoś dróg jakoś skokowo nie poprawiła się tylko dlatego, że weszli na teren bardziej zachodniej prowincji.
- Tam w lewo będzie droga. Oni przybiegli z tej drogi jak nas zobaczyli. I wołali do nas. No ale nie po naszemu to się nie dogadaliśmy. - wyjaśniła po drodze konna góralka. Wydawała się być dość spokojna, wręcz flegmatyczna więc chyba nie spodziewała się kłopotów. Jechali i szli tak z pół pacierza, może pacierz gdy za którymś tam zakrętem ujrzeli konnego jeźdźca. Ten pozdrowił ich uniesionym ruchem dłoni. Greta odpowiedziała tym samym. Obok niego stało dwóch piechurów. Ale jeszcze nie było widać detali. Pojawiały się w miarę jak skracali odległość. Wyglądali na dwóch piechurów z jakiejś imperialne armii albo milicji. Ale nie mieli na sobie ani zieleni Hochlandu ani czerni i bieli Ostlandu. Co jeszcze jednak nic nie znaczyło bo w różnych najemniczych oddziałach lub milicjach każdy się szykował w to co miał i było go stać a ujednolicenie wyglądu było na szarym końcu priorytetów. W każdym razie na pewno nie tak wyglądali standardowi norsmeńscy piraci i rabusie. Ani elfy.
- Dobrze, że jesteście. Bo mnie cisnął. Chyba chcą aby tam gdzieś z nimi pójść. Tam chyba ten ich oficer. Bo oni to zwykłe soldaty jak na moje oko. - Lotar wyraźnie ucieszył się, że przybyło jakieś wsparcie co zdejmie z niego ciężar niewygodne dyskusji w obcym dla niego języku. Więc zostawał im jedynie ten uniwersalny migowy.
Alezzia dostrzegła w nich coś znajomego jeszcze zanim się odezwali. Na piersi jednego z nich był przyszyty mały ryngraf. A na nim wizerunek kobiety z tarczą i włócznią. Na tarczy było wymalowane duże “M”. Zwykle tak przedstawiano Myrmidię. Bogini taktyki i wojny nie była zbyt popularna tutaj w Imperium. A zdecydowanie nie tutaj na północno - wschodnich kresach, zwłaszcza wśród pospólstwa. Za to była wręcz boginią i narodową patronką tak Estalii jak i jej rodzimej Tileii. Obie krainy rościły sobie prawa aby to właśnie ich kraj był ojczyzną dla tej boginni. W jednym z nich się narodziła w drugie dokończyła swojego doczesnego żywota więc prawa do niej wydawały się równorzędne. I nie raz były przedmiotem sporów tak wśród pospólstwa jak i możnych a nawet władców a i zdarzały się zamieszki czy wręcz wojny religijne właśnie z tego powodu. Ale to tam, na południu, za pasmem gór jaki oddzielał Bretonię i Imperium na północy a Estalię, Tileę i Księstwa Graniczne na południu. Ale mimo wszystko talizmany z różnymi dobrymi bogami było dość rozpowszechnione na całym świecie o jakim słyszała. Więc to jeszcze nie przesądzało sprawy. Jednak sprawa się potwierdziła gdy jeden z nich odezwał się po tileańsku do drugiego.
- Guarda, uccideranno i nostri ragazzi lì prima che facciamo un patto con quegli sciocchi!* - powiedział z rozgoryczeniem jeden do drugiego a ten smutno pokiwał głową w hełmie. Pozostali w ogóle nie zrozumieli tych ich obce gadki. Poza tym, że Greta się nie myliła i rzeczywiście nie był to ani reikspiel ani kislevski.
- To jak ktoś z was umie z nimi gadać to niech próbuję. - powiedział Lotar jakby był nie mniej zmęczony tym wzajemnym niezrozumieniem się jak ci dwaj piechurzy. Ci zaś mieli na sobie przeszywalnice i kaptur kolczy albo skórzany a na nim hełm. Jeden prostą, klasyczną łebkę a drugi kapalin. Co pasowało do niezbyt dostojnego wizerunku piechurów i pewnie nie byli szlachetnego pochodzenia. U boku mieli kordy. Podobnie zresztą jak niektórzy piechurzy co się zaciągnęli pod sztandar margrafa. Te długie noże były w sam raz do dobijania powalonych wojowników, prac obozowych czy dawały przewagę zasięgu przed zwykłymi nożami. A i nie były tak ciężkie i długie jak klasyczne miecze czy topory. W sam raz dla piechoty co nie jest nastawiona na bezpośrednie starcie.
Ci co woleli zajść potencjalnego przeciwnika od tyłu musieli przejść się przez ten mroczny, wilgotny las. I w końcu usłyszeli rozmowy zapoczątkowane przez Lotara. A i sami przez krzaki i drzewa widzieli jednego konnego i dwóch pieszych do jakich podjechała lub podeszła reszta grupy podążającej za Gretą błotnistą przesieką. Słów nie słyszeli chyba, że ktoś podniósł głos. Ale nie widzieli też innych osób.
- By mieli go zaciukać to by go zaciukali jak stali z nim sami. Wystarczyłoby aby go zadźgać, zabrać konia i resztę fantów. Zanim byśmy przyszli to już by tylko trup został. Słabo się zabierają do tego rabowania i zasadzki. A nas jest niezła kupa. Sporo by ich musiało być aby się poważyć na taki atak. - mruknął cicho jeden z Hochlandczyków jakich Stefan wydzielił do tego zwiadu. Sam został przy brodzie z większością oddziału aby zapewnić bezpieczny przejazd przez bród reszcie karawany. I sprawdzić czy ktoś nieprzyjemny się nie kryje wśród okolicznych drzew i krzaków. Ale ze dwóch ludzi posłał przodem. I jeden z nich wychylał się zza sąsiedniego drzewa obok Tobiasa i dwóch Kislevitów Gottharta aby dać swoje zdanie na ten temat. Rzeczywiście zanim Greta wróciła do brodu a potem porozmawiali chwilę i znów zawróciła z powrotem do Lotara to jednak z pół pacierza minęło. Albo pacierz. Jakby ci dwaj żywili jakieś niecne zamiary to mieli ten czas w relacji ich dwóch na jednego górala dosiadającego kuca aby zrobić mu krzywdę. A coś z tego miejsca nie wyglądało na to aby coś tam złego się działo między nimi przez ten czas. A na bocznej drodze widać było względnie świeże ślady pasujące do dwóch piechurów. Nocny deszcz pewnie zmył resztę zostawiając tylko rozjeżdżone od dawna koleiny. Widocznie nie była to jakoś za bardzo uczęszczana droga. No i tak jak mówił ten Hochlandczyk łącznie mieli z pół setki zbrojnych w kawalkadzie. To już było nieco sporo jak na jakąś przygodną bandę rabusiów. Ci woleli zwykle atakować tych co się nie mieli szans obronić. A i dobrze było aby ich było z czego obrobić. Zaś maszerujące oddziały zwykłej piechoty raczej nie dawały nadziei ani na łatwy ani na bogaty łup.
*Guarda, uccideranno i nostri ragazzi lì prima che facciamo un patto con quegli sciocchi! - (wł) No zobacz! Wybiją tam naszych zanim się dogadamy z tymi głupcami!
Karawana
Ten bród dawał szansę na przeprawę przez Wolf. Ale jednak nie było się co dziwić, że nie jest zbyt popularny. Zwłaszcza dla wozów. Ta lina jaką rozpięła Petra była pomocna o ile się miało wolne ręce aby się jej trzymać. A nie każdy z tego korzystał zwłaszcza jeśli wolał nieść swoje ubrania i ekwipunek nad głową. To wtedy miał zajęte ręce. No i tak wśród mieczników też jeden stracił równowagę i przewalił się do tej zimnej, rwącej wody spływającej z gór. Ale jakoś się przeprawili. Już byli po hochladzkiej stronie, wycierali się do sucha, z powrotem zakładali spodnie i buty. Teraz przyszła kolej na wóz.
- Weźcie chłopaki ruszcie się przodem. Macie te kijki to sprawdźcie gdzie jest najlepsze dno aby przejechać co? - Hugo co był woźnicą poprosił Marcusa o pomoc. Ten nie wahał się i posłał paru z nich aby “kijkami” czyli trzonkami swoich halabard sprawdzili gdzie tu by było najlepsze miesce aby przeprawić wóz. To zapowiadało się na trudniejsze niż przejść na piechotę czy przejechać na grzbiecie wierzchowca. Przerwał im też rozważania na temat kobiecych nóg. Chyba sierżant Theiss ich do tego natchnęła i bardzo żałowali, że ich szefowa czy magiczka były konno i nie musiały nic zdemować. Bo chociaż u szefowej było widać całkiem zgrabne kształty opięte w skórzane spodnie a u magiczki w jej długiej spódnicy niewiele to jednak po ogólnie zachęcającej aparycji zapowiadało się, że mają tam pod spodem całkiem ciekawe widoki. No ale jedna była szlachcianką i do tego szefową całej te wyprawy i jeszcze zaufaną górskiego pana. A druga była wiedźmą. Więc poza takimi okazjami nie zapowiadało się aby taki zwykły soldat miał okazję rzucić okiem na to czy owo. No i właśnie te luźne rozważania przerwał im sierżant zaganiając część z nich do rozpoznania brodu.
- Tu powinno być dobrze! - zawołali gdy już ochotnicy na rozpoznanie zniknęli jakiś czas temu w trzewiach mrocznego lasu. Było to nieco niżej niż tam gdzie była rozpięta lina i przeprawiła się większość grupy. Hugo więc dał po lejcach i ostrożnie ruszył w tamtą stronę. Sierżant Aachem zagonił swoich ludzi aby utworzyli ochronny kordon wokół wozu. Po przeciwnej stronie Theiss postąpiła podobnie. Z łuczników Stefana było widać tylko jednego czy dwóch co stali najbliżej rzeki. I Petra podjechała konno z tamtej strony aby kibicować tej przeprawie.
Z początku nie było tak źle. Hugo widocznie miał wprawę w powożeniu. Ostrożnie pogodnił lejcami konia i ten wszedł w wodę ciągnąc za sobą wóz. Potem dotarli do połowy. Ale wóz mocno trzeszczał i kolebał się na zatopionych kamieniach. Gibał się na wszystkie strony. Ale z mozołem parł do przodu. Aż nie wiadomo co się stało. Koń się czymś spłoszył czy koło gdzieś utknęła, coś tam się obsunęło pod nim w wodzie bo wszystko stało się na raz. Koń zarżał głośno a wóz niespodziewanie przechylił się na jedna z burt. Tak bardzo, że groziło, że zaraz się na nią przewali.
- Trzymać! - krzyknął przytomnie Marcus i dwóch najbliższych halabardników co stało obok wyznaczając tor przejazdu podbiegło i zaparło się aby przytrzymać wóz.
- Pomóżcie im! - krzyknęła Petra i Theiss też pognała swoich ludzi aby pomogli przytrzymać wóz. Chwilowo wspólnymi wysiłkami sytuacja została opanowana. Ale wóz nadal stał niebezpiecznie pochylony na jedną z burt i groziło, że zaraz się przewali. Tylko napór krzepkich ramion licznych wojaków zdawał się go przed tym hamować. Ale to nie mogło trwać wiecznie. Z połowa obu oddziałów została na swoich brzegach a pozostali przytrzymywali wóz.
- Hugo wyjedź stamtąd! Dasz radę? - krzyknęła szefowa do woźnicy jaki siedział pod dziwnym kątem na mocno pochylonym koźle.
- Spróbuję! - odkrzyknął jej i pogodnił konia lejcami. Podobnie wojacy starali się pomóc napierając na niego aby go wydobyć z tej wodnej pułapki. Ale przynajmniej tak od razu to to się nie udało.
-
Gotthard, mimo braku wyraźnego zagrożenia, zachowuje czujność i przywołuje swoich ukrytych kozaków, którzy wychodzą z zarośli z łukami w gotowości. Nie ufa napotkanym „cudakom” i woli mieć sytuację pod kontrolą. Zwraca się do czarodziejki z pytaniem, czy rozumie ich mowę, jednocześnie w myślach odnosząc się do nich z lekceważeniem i podejrzliwością.
-
Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas : 2521.04.20-23; podróż
Warunki : - ; zróżnicowane- A czemu tak uważasz? Wczoraj powiedział, że tutaj będzie bród i pewnie pusty to jak widzisz jest ten bród i jest pusty. Czymś ci się narazili, że tak im nie ufasz? - zapytała elfa zdziwionym tonem jakby brała pod uwagę, że może wie o nich coś więcej niż ona i stąd jego brak zaufania do bandy leśnych łuczników.
- Droga Petro, otóż podczas mojego jeszcze krótkiego życia, zwiedziłem cały Ostland i byłem już parokrotnie na południe od Ristedt, przy granicy z Hochlandem. Mógłbym przysiąc, że widziałem już twarz tego Stefana podczas moich podróży, gdy wraz z kuzynem ochranialiśmy cenne wozy kupieckie mojego wuja. Przy trzech takich wyprawach zaatakowali nas podobni do jego wojów bandyci i niemal pewny jestem, że go widziałem wśród tych pyszałków choć wyglądał młodziej. Było to jedynie jakieś 10-12 lat temu, ale przy żywotności niczym jętka na pewno zestarzał się trochę... Mój kuzyn stanął z nim twarzą w twarz, ale on już bije się za Ostland na wschodzie i na tę chwilę nie potwierdzi moich przypuszczeń .- odpowiedział Duivel, starając się zwięźle wytłumaczyć swoją nieufność wobec Stefana. Oczywiście dodatkowo Stefan był człowiekiem co ani trochę nie zwiększało poziomu zaufania do niego.
Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas : 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
Warunki : - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)Mundo-naru uważnie się przyglądał tak zwanym 'cudakom' choć dla niego wyglądali ... jak ludzie. Spodziewał się Jaszczuroludzi, Zielonoskórych, Elfów, a nawet Skavenów, a to byli ludzie, tylko mówili inaczej. Jednak musiał się przyjrzeć czy mają jakieś świeże oznaki walki. Zwrócił się do Grety i Lotara.
Z całym szacunkiem, może powinniśmy wrócić do Petry i kontynuować podróż. Mamy armię Chaosu przedzierającą się przez kraj i nie powinniśmy marnować czasu. Chyba, że tych tutaj zaatakowali Zwierzoludzie czy inne pomioty, wtedy zrozumiem chęć pomocy. To tylko moja sugestia... .- skinął lekko głową i cofnął się. Czekał aż Magini Światła przetłumaczy dla nich rozmowę, więc póki rozmawiali w obcym języku rozglądał się czujnie po okolicy, ale gdy tylko zaczęli rozmawiać w znanym mu języku zaczął słuchać z uwagą. -
Miejsce : pd-zach Ostland; droga w kierunku granicy z Hochlandem
Czas : 2521.04.21; Festag; popołudnie
Warunki : jasno, pogodnie, sła.wiatr chłodnoStefan słysząc odpowiedź Pani sierżant niczym jeden z tych potworów morskich co mają pływać u brzegów jej rodzimej prowincji poczuł krew w wodzie i w myślach wyszczerzył się wyimaginowaną paszczą okrutnych zębów.
Oczy zabłysły mu ewidentnym rozbawieniem ale na tyle na ile potrafił zdusił w sobie śmiech po jej ripoście i sparodiował śmiertelnie dotkniętego jej słowami, teatralnie uniósł dłoń aby przesłonić sobie twarz i powiedział oburzonym głosem:
- Wykałaczkami?! No tak! Nie ma się argumentów to przechodzi się do takich Straszliwych Kolumni.
Pozostaje mi tylko domagać się satysfakcji w imieniu wszystkich włóczników świata Pani Sierżant!
Opuścił dłoń i uśmiechnął się kontynuując już w zasadzie normalnym rozbawionym głosem:- A tak całkiem poważnie To co Pani powie na mały sparing w dogodnym momencie? Treningu nigdy za dużo, a myślę że, powinniśmy Ostatecznie rozwiązać ten spór pomiędzy Włócznią a Mieczem, ale możemy posparować też mecz na miecz… .
W końcu nie chciałbym mieć cały czas nieuczciwej przewagi
Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas : 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
Warunki : - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)Młody Ostlandczyk trzymał się blisko dowódcy oddziału kiedy ruszyli rozpoznać sprawę dwóch nieznajomych. Szedł w ciszy obserwując zarówno trakt jak i swoją stronę pobocza uważnie, zakładając że druga strona jest obserwowana przez osoby idące po tamtej stronie. Trzymał Azura blisko siebie nakazując psu ciszę. Uważnie obserwował będących w jego polu widzenia żołnierzy czy nie pokazują żadnych znaków rękami oznaczających niebezpieczeństwo. W lewej ręce niósł swoją sprawdzoną włócznie, natomiast w prawej łuk . Tarcze na plecach.
Widząc że ich człowiekowi nic się nie stało odetchnął z ulgą, ale nie pozwalał sobie na nieuwagę, ruszył szybszym krokiem do przodu i minął dwójkę nieznajomych pozdrawiając ich z lekkim uśmiechem w swym ojczystym języku. Po tym zatrzymał się odwrócony do nich plecami i zaczął obserwować teren dookoła ich małego oddziału koncentrując się na trakcie i kierunku z którego przyszli. Starał się przy tym pozostać na tyle blisko aby słyszeć odbywającą się rozmowę. -
Miejsce: pd-zach Ostland; obrzeża Lenkster; droga w kierunku granicy z Hochlandem
Czas: 2521.04.21; Festag; popołudnie
Warunki: jasno, pogodnie, sła.wiatr chłodno- Kiedy miałem 10 wiosen wuj Johan zabrał mnie do Hergig za Wilczym Strumieniem - odpowiedział Tobias na pytanie Stefana. - Odbywało się tam wtedy duże polowanie, pamiętam sfory psów myśliwskich, konnych włóczników i atmosferę święta. Polowano wtedy na jakiegoś dużego zwierza, Do dziś pamiętam powiedzenie myśliwych - całkiem trafne zresztą - o czym miałem się przekonać kilka lat później: ‘Idziesz na niedźwiedzia, szykuj łoże. Idziesz na odyńca, szykuj mary’. Pamiętam również Hochlandczyków jako ludzi bardzo otwartych i przyjaznych , podobno - na tle całego Imperium - wyróżniają się na tym polu.
Ty chyba jesteś jednak wyjątkiem - pomyślał już Tobias wspominając nieprzyjemny ton i słowa Stefana o tym Gottharcie. - Mam wrażenie że Stefan go zna, tylko czy stara się mnie nastawić przeciwko niemu? Mogę się mylić ale trzeba będzie mieć na oku ich obu. Tak na wszelki wypadek.
Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)Przyglądając się ‘cudakom’ - których szybko uznał za jakiś obcych najemników - Tobias rozglądał się uważnie drodze z której przyszli i jej okolicom. Gdy słyszał jak w dziwnym języku się porozumiewają , podniósł się z ziemi, ciągle pozostając skrytym, gestem pokazał chłopakowi Stefana że rozejrzy się jeszcze kawałek idąc w kierunku z którego nadeszli najemnicy.
- Na razie nie wygląda to źle, wyglądają na sojuszników. Ale skoro już tu jestem... - pomyślał i ruszył ostrożnie przed siebie.
-
Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)Alezzia uśmiechnęła się gdy usłyszała pierwsze słowa wypowiedziane przez cudacznych żołnierzy. Podjechała bliżej swoim koniem, aby zatrzymać się przed nimi i żywo wypowiedzieć tileańskie słowa do nieznajomych.
- Salve! - przywitała ich - Czemu zatrzymaliście ludzi z naszego oddziału? Co takiego się stało? - zapytała nienagannym językiem pozbawionym grama obcego akcentu.
- O! Rodaczka! No wreszcie! Wreszcie jakaś cywilizowana osoba w tej przeklętej, mrocznej dziczy! - obaj jej krajanie w pierwszej chwili zaniemówili jak się do nich odezwała w ojczystym języku. Zamrugali w zdumieniu oczami i popatrzyli po sobie. Ale gdy ten pierwszy efekt minął od razu podeszli bliżej jej konia i zaczęli mówić jeden przez drugiego. Mówili gwałtownie i szybko, nie ukrywając emocji w takim stylu jaki pamiętała ze swojego dzieciństwa z kraju ojczystego. Czasem rozglądali się po imperialnych tubylcach jacy ich otaczali i jakich z każdą chwilą robiło się jakby coraz więcej jak co chwila ktoś wyłaził z pomiędzy drzew i krzaków ale mówili głównie do niej.
- Tam, w wiosce! Tam jest nasz oficer! Bo nam nasz porucznik kazał się przebić i znaleźć jakąś pomoc! No ale tylko Edgaro mówi w tym barbarzyńskim języku! Ale on oberwał i teraz tam leży w wiosce i nam kazał sprowadzić pomoc! - mówił gwałtownie ten z ryngrafem Myrmidii na piersi a kolega energicznie kiwał głową potwierdzając jego słowa.
- Bo my szli do brodu! Bo ten na południu zajęty a tu miał jakiś być, tak mówili tych cośmy pytali! Ale tam bagna jakieś! Mgła i bagna! A z tej mgły wyszły te przeklęte stwory! I myśmy się bronili na jakieś zgniłej farmie! Ale bełty się kończą i woda! To porucznik kazał nam się przebić i sprowadzić pomoc! Ale Edgaro dostał a my z tym tutejszymi dzikusami to się nie możemy dogadać! Ani z tymi w wiosce ani tą dwójką tutaj! Edgaro zawsze gadał no ale on oberwał i w wiosce leży o tam! - ten drugi nie ustępował temu pierwszemu w żarliwości i frustracji na ten obcy język i krainę jaka sprawiła im tu tyle kłopotów. I na koniec wskazał kierunek tej bocznej drogi jaką Lotar mówił, że przyszli. On sam i Greta przyglądali i przysłuchiwali się z siodeł swoich kuców tej wymianie zdań ale na razie nie wtrącali się.
Miło było ponownie usłyszeć rodzimy język, który musiało się porzucić, gdy za młodości udało się na nauki do Imperium. Alezzia musiała ciszy ducha przyznać rację obu żołnierzom. tutejsza mowa nie dostawała do tileańskiego języka. Była tak twarda, bez grama śpiewności... a jednocześnie pozbawiona była żywiołowej natury. Nawet opanowana Magister nie wyzbyła się emocji w twoim rodzimym języku.
- Dlaczego znajdujecie się na ziemiach Imperium? - zapytała wprost.
- No my przyszli na wojnę. My jesteśmy kondotierzy i kusznicy. I tak my szli coraz bardziej na północ i wschód całe dnie. Aż doszlimy do tego brodu co mówiłem ale tam kolejka straszna. Ale Edgaro się wypytał, że tutaj jakiś drugi bród jest, bliżej gór. No to my ruszyli wzdłuż rzeki ale trafiliśmy na jakieś bagna. Myślimy “Przejdziemy!”. Wystarczy iść w górę rzeki i ten bród się trafi. No ale jakeśmy wleźli to się mglisto zrobiło jeszcze bardziej. I te rogate stwory zaczęły nas podchodzić. Iść się nie dało to porucznik mówi “Bronimy się!” a trafiliśmy na jakąś farmę. I bronimy się, nasze kusze i bełty dobre, trafi któregoś parcha to często na wylot no ale bełty zaczęły się kończyć, pomocy znikąd, jakieś dzikie bagna, porucznik mówi, że jak do nocy nie wyjdziemy z okrążenia to nocą mogą nam podejść pod same nosy to ciężko będzie więc trzeba działać póki dzień. No i wysłał nas abyśmy kogoś do pomocy znaleźli i my trafili, wyszliśmy z tych bagien, ominęliśmy te rogate stwory ale kusze musieliśmy zostawić bo trudno z nimi iść po cichu no a jeszcze Edgaro oberwał i prawie padł to my go wlekli przez te bagna i dowlekli do tej wioski. Ale już ledwo dychał, źle z nim panienko o źle. A tam jeszcze tylko ta barbarzyńska nacja, nawet pomogli, wzięli do chaty, dali wina i chleba, dobrzy ludzie no ale nic nie idzie się z nimi dogadać po naszemu to pytalimy o jakieś wojsko albo miasto to tą drogę pokazywali to my poszli. I trafilimy na tych dwoje co jechali to my krzyczymy i wołami i biegniemy. Ale te paskudniki złośliwie też nic po naszemu nie gadają! Co to za kraj?! To ma być największe królestwo ludzi?! Przeca tu w ogóle nie da się z nikim dogadać! Same lasy, komary i błoto! No ale ten o coś posłał tą dziewczynę gdzieś tam dalej no i na szczęście nasza ukochana Mymrmidia zlitowała się nad swoimi sługami i przysłała panienkę co wreszcie z kimś umnym i rozumnym można pogadać! - ten z ryngrafem jak się otworzył w tym streszczaniu swoich ostatnich dziejów to nie dało się go zatrzymać tak namiętnie i gorączkowo opowiadał. Skarżąc się i złorzecząc przed krajanką na te wszystkie przykrości jakie ich ostatnio spotkały w tym dżdżystym i bagiennym kraju tak całkiem odmiennym od słonecznej i suchej Tilei.
- Ale szybko jakieś wojsko trzeba i ruszyć naszym na pomoc! Bo ich te poczwary wybijął a manierek nie ma na tym bagnie jak uzupełniać i bełtów też nie a te poczwary czujne, co rusz coś próbują podejść a w tej mgle to im łatwiej, trzeba szybko jakąś pomoc zorganizować, wojsko jakieś aby odbić naszych! - dodał szybko ten w łebce pokazując gorączkowo na tą drogę jaką tu przyszli a poza tym w pełni potwierdzając miną i głową słowa kolegi.
- I co? Mówią coś ciekawego? - zapytał w reikspiel Lothar widząc, że rozmowa rozgorzała na dobre ale konna uczona na razie nic nie tłumaczyła na jego rodzimy język.
Magister odwróciła spojrzenie na swoich towarzyszy i skinęła im głową, Po czym spojrzała jeszcze raz na tileańskich żołnierzy:
- Przedstawię sprawę reszcie. - powiedziała do nich w tileanskim nim wróciła uwagą do swoich, do których mówiła już w reikspiel, choć zachowywała akcent rodem z innego języka.
-To Tileańczycy którzy przyszli na wojnę. Kondotierzy i kusznicy, którzy potrzebują naszej pomocy. - tutaj rozpoczęła opowiadać słowa obcych żołnierzy, chcąc przedstawić swoim jak najbardziej ich historię, przy okazji nadając temu poważności, bez wspominania o przytykach.
-
Wieść o zwierzoludziach działających na tyłach armii wyraźnie niepokoi Gottharda, który uznaje sytuację za potencjalnie bardzo groźną – skoro bestie odważyły się zaatakować żołnierzy, muszą czuć się silne albo działać z czyjegoś rozkazu. Natychmiast przechodzi do działania, zasypując czarodziejkę pytaniami o liczebność oddziału Tileańczyków, skalę zagrożenia i położenie oblężonej wioski. Nie czekając na odpowiedzi, zaczyna wydawać rozkazy: Greta ma jak najszybciej przekazać raport dowództwu, a jego kozacy zostają postawieni w stan gotowości. Część z nich ma pilnować terenu przed ewentualnym podkradnięciem się wroga, podczas gdy reszta zbiera się przy nim, oczekując dalszych poleceń.
-
Nic nie rozumiał Tobias ze strzępek rozmowy w tym dziwnym, trochę śmiesznym języku - dziwne jednak było to, że gdzieś kiedyś już go słyszał. Zatrzymał się, kiedy usłyszał ton w jakim obcy mówili. Byli wyraźnie poddenerwowani i wymachiwali co chwila rękami w kierunku z którego przyszli.
Ze strzępek słów które Tobias usłyszał było miedzy innymi ''kreatua kornuta' które już gdzieś słyszał - w ponurym kontekście. Zaś 'ajuto' -prawie pewien był że znaczy 'pomocy'. Choć być może bardziej z kontekstu czy niemal błagalnego tonu żołnierzy.
Ciekawość zwyciężyła i Tobias zawrócił chcąc dowiedzieć się co Magini przetłumaczy... -
Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)Eitri westchnął na propozycję kiedy przełożona zaproponowała mu wóz.
- Wymówek nie trzeba Frau Falkenhorst. Wiem, że jestem najwolniejszy w tym pochodzie. - spojrzał na wóz. Wiedział, że kobieta nie ma złych intencji, propozycja jednak zabolała - Pilnować dobytku, co? Ano, to mógłbym robić…
Krasnolud zeskoczył z wozu, gdy tylko ten się przechylił, aby nie dodawać do niestabilności.
- Umgak wut!* - zaklął pod nosem widząc sytuację wozu. Szybko ruszył w stronę chłopaków trzymających wóz. Konkretnie podszedł do halabardników zabierając im oręż. Pierwszą z drzewcowych broni wbił w burtę wozu, opierając drzewiec o kamienie w strumieniu. Drugą dalej trzymał w jednej ręce, a drugą zaczął macać u podnóża koła, starając się wyczuć jaka jest sytuacja.
`Jak tylko krasnolud zeszkoczył w wody strumienia od razu poczuł się jak w rodzimych, górskich stronach. Ten strumień bowiem był tak rwący i lodowaty jak jakaś górska bystrzyca. Nawet jeśli rozmiarami nie mógł się równać do którejś z wielkich rzek na nizinach to jednak sprawić kłopot mógł. No i właśnie sprawiał.
Któryś z halabardników nie protestował gdy złapał za jego broń. I wszyscy ciut się posunęli aby zrobić mu miejsce na jego działania. Dało się wyczuć zdenerwowanie zaskakującą sytuacją ale też i upór aby ją przezwyciężyć. Coraz więcej wojaków dołączało do wozu aby spróbować opanować sytuację. Zaś gdy on sam zaparł się halabardą jak dźwignią ktoś szybko go wsparł i wspólnie zaczęli zmagać się z oporną masą wozu. Hugo umiejętnie wykorzystał sytuację strzelając lejcami, koń poszedł we właściwym kierunku, wojacy napierali na skrzynię wozu i ten w końcu przełamał ten moment bezwładności, drgnął najpierw powoli a potem koń szarpnął go uwalniając z matni. Hugo skierował go w stronę zachodniego brzegu. Częściowo mokrzy wojacy z obu oddziałów na wszelki wypadek pchali ten wóz póki najpierw kopyta zwierzęcia a potem koła pojazdu nie wylądowały na trawiastym brzegu.
- No! Udało się! Dobra robota! Kiepsko by było jakby się nam wszystko w tą kipiel wywaliło! - zaśmiała się Petra podjeżdżając bliżej i oglądając wszystko z pozycji siodła.
Eitri chwycił obie Halabardy, upewniając się, że nie znikną w odmętach strumienia.
- Gdyby nie gonił nas czas, sugerowałbym zrobienie prowizorycznej tamy. - zaczął krasnolud brodząc w wodzie. Wręczył oręż ich właścicielom i kiwnął im głową, w podzięce za pomoc. Po czym wciągnął się na wóz.
- Czekają nas podobne przeprawy jeszcze? - zwrócił się z tym zarówno do Petry jak i zwiadowców - Przy postoju obejrzę to koło, nie wiadomo czy ten mały manewr go nie uszkodził.- Tamy? Znasz się na tym? U nas w górach to sporo takich rzeczy. Nasz pan planował budowę mostów i kładek. No i dróg. Ale na razie to nie ma na to pieniędzy ani ludzi to zwykle chodzi sie brodami, czasem się jakieś drzewo zwali jako kładkę i tyle. Tam u nas to jeszcze dzicz jest. - odezwała się szefowa jakby pytanie krasnoluda przypomniało jej podobny temat z bardziej rodzimych stron. Skinęła broda w stronę widocznych nie tak daleko pasm górskich. Nie umywały się do Gór Krańca Świata pod żadnym względem no ale to wciąż były góry więc klimat i trudności przeprawowe powinny być podobne. Sama zaś spojrzała pytająco na Stefana jaki w końcu z nich wszystkich zdawał się najlepiej orientować w tutejszej okolicy.
- To Wolf psze pani. - wskazał na rzekę przez jaką się właśnie przeprawili. Skoro zamieszanie się skończyło to z ostlandzkiego brzegu zaczęli przechodzić halabardnicy.
- Takiej dużej to do Breder nie będzie. Będą mniejsze ale nie takie duże i silne jak ta. Da się przejść. - wyjaśnił Hochlandczyk raczej optymistycznym tonem.
- Bobry się na tym znają a wykształcenia nie mają. - zauważył Eitri - Ułożyć kupę kamieni w poprzek rzeczki to żaden wyczyn inżynieryjny. Pytałem, bo trzeba by było się na to przygotwać. - krasnolud zdjął but i wylał zebraną w nim wodę - Jeżeli zagnieździły się gdzieś, trzeba będzie samemu zainwestować w takie rzeczy. - krasnolud spojrzał w stronę gór - Znaleźć jakieś miejsce na kamieniołom, wyżwirować drogi może.
- No teraz to nie mamy na to czasu. Musimy do Breder dotrzeć najpóźniej jutro aby na ten targ zdążyć. Ale jak się ta cholerna wojna skończy to zapraszamy do nas w góry. Tam dużo takich rzeczy jest do zrobienia to się taki majster by przydał. - powiedziała młoda szlachcianka kiwając głową na znak, że widzi gdzieś pod swoimi skrzydłami rolę dla takiego umnego specjalisty od prac budowlanych.
Umgak wut - Kazalid - Kiepskiej jakości wyrób z drewna.
-
Duivel nie zamierzał słuchać rozmowy w nieznanym języku, w międzyczasie rozglądając się w skupieniu, wyczekując na jakiekolwiek niespodziewane zagrożenie. Jednak gdy usłyszał, że Alezzia zaczęła mówić w języku, który był mu dobrze znany, skierował swoje spojrzenie na nią. Jeśli którekolwiek spośród towarzyszy, rozejrzawszy się po okolicy, rzucił na niego okiem, mógł dostrzec radykalną zmianę w wyrazie jego twarzy. Mundo-naru, u którego uśmiech mógł wyglądać na naturalny wyraz twarzy (chyba że spotykał Paula Lechlera, wówczas pojawiał się na chwilę nieprzyjemny skrzywiony grymas), nagle przybrał poważniejszy wyraz. Mieli chronić te ziemie przed zbliżającym się zw schodu chaosem, ale o to, w lasach czaił się znany mu wróg...
Nikt inny, jak on, nie zdawał sobie sprawy, ilu zwierzoludzi zamieszkiwało głębokie lasy. Może doświadczenie wyniósł z Lasów Cienia, ale w Darkwaldzie też był kilka razy w swoim życiu. Znaczna część jego życia polegała na ekspedycjach w głąb mrocznego lasu, by odpędzać różne bestie od wiosek w północnym Ostlandzie, tam gdzie się wychował.- Jeśli ktoś użyczy mi swego konia, to szybko udam się do Petry. Nie znamy siły wroga, a może okazać się, że będziemy potrzebować wszystkich. Tak blisko krańca lasu duże grupy raczej się nie zapędzały, ale odkąd ze wschodu nadciąga cała armia, to może jakoś te dranie wyczuły i chcą dołączyć. Albo tak jak Gotthard mówi niech pobiegnie Greta, byle szybko. - mówił Elf jakby w ogóle nie musiał brać oddechu aby wypowiadać kolejne słowa. Popatrzył na Alezzię i dodał do niej.
- Szanowna magini, spytaj ich czy widzieli wśród tych potworów kogoś na kształt dowódczy. -
Oryginalny tytuł: Tura 04 - 2521.04.23; wlt; przedpołudnie
Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)Wszyscy - okolice krzyżówek
Po tym jak Gotthart gwizdnął zza drzew i krzaków zaczęli wychodzić ukryci do tej pory Kozacy. Tobias co też był w tym momencie jeszcze ukryty widział jak ci ruszyli w kierunku drogi koncentrując się stopniowo przy konnym dowódcy. On sam też jeszcze chwilę został na miejscu nim dał znać dwóch nowym znajomym Hochlandczykom, że pójdzie sprawdzić tą przesiekę jaką przyszli obaj nieznajomi. Samo pojawienie się Kozaków nieco zaskoczyło obu Tileańczyków i przerwało Alezzi rozmowy bo chcieli wiedzieć, czy ci wyłaniajacy się z lasu przybysze ze wschodu są z nimi. Jak się okazało, że tak to znów zaczęli tileańską rozmowę o całej tej sytuacji jaka ich tu sprowadziła.
Duiviel co stał w pobliżu konno - pieszej rozmowy nie miał zbyt wiele do słuchania póki rozmawiali w języku jakim nie znał. Ale mógł wspomnieć własną poranną rozmowę z niebieskowłosą dowódcą. Wysłuchała go co ma do powiedzenia na temat hochlandzkiego Stefana i jak coś sobie pomyślała czy postanowiła to tego mu nie obwieściła a on sam tego nie poznał. Ale skwitowała coś w stylu, że teraz wszyscy co się zaciągnęli pod sztandar jej pana to walczą z tym samym wrogiem.
Jak obserwował tych “cudaków” jak to ich przy brodzie określiła Greta to mógł dojść do wniosku, że wygląd ich wcale nie jest cudaczny. Wyglądali na dwóch piechurów z jakiegoś oddziału albo milicji. Więc ta “cudaczność” raczej nie wiązała się z ich wyglądem zewnętrznym a obcością mowy jakiej poza konną uczoną nikt tu chyba nie rozumiał. Obaj zaś wyglądali na mokrych i brudnych. Zwłaszcza nogawki spodni mieli mokre aż za kolana, podobnie jak rękawy gambesonów. Mokre i ubłocone. Z kawałkami liści i trawy jakie się do nich przyczepiły. Więc wyglądali jakby przedzierali się przez jakiś mokry i trudny teren.
A jak elf zaproponował dwójce górali wysłanie kogoś w stronę brodu aby zawiadomić szefową to skinęli głową ale też czekali na wynik rozmowy blond uczonej bo na razie to wszyscy mieli tylko swoje domysły o co tu może chodzić i mogliby Petrze zameldować niewiele więcej niż wcześniej Greta.
Stefan także czekał niedaleko elfa i konnych. No i Kozaków jak tych gwizdnięciem wezwał do siebie Gotthart. To się zrobiło całkiem ludno na tym leśnym, ponurym szlaku. Stał, słuchał, obserwował ale najbardziej interesująca rozmowa odbywała się w obcycm dla niego języku więc zostawało czekać aż magister przetłumaczy to na coś bardziej zrozumiałego. Bo wyglądało na to, że złapała z nimi język i jakoś się z nimi gada.
Też miał okazję wspomnieć odpowiedź innej blondynki z dzisiejszego poranka. Tym razem tej krótkowłosej sierżant z mieczem u boku i tarczą na plecach. Tak ona i jej miecznicy nosili te tarcze aby nie przeszkadzały w marszu. Zaś resztę rzeczy wieźli na wozie kierowanym przez Hugo. Powiedziała, że “się zobaczy”. Więc nie był pewien czy przyjmie jego zaproszenie na ten ćwiczebny pojedynek czy nie. Rano i tak nie było na to czasu bo mieli się przeprawiać przez Wolf i potem dojść jak najdalej się do do Breder. Zrobiliby dziś dobry kawałek to może jutro rano albo w południe byliby na miejscu więc szefowa nie chciała zwłóczyć a sierżanci wzięli w karby swoje oddziały aby wypełnić ten zamiar. Teraz jednak stał niedaleko rozmawiających i czekał co z tego wyniknie. Na razie jakoś nie wyglądało aby ktoś miał ich tu napaść.
Tobias zaś widząc, że rozmowa jest z tych dłuższych i niejako na raty jak w obie strony wszystko musiało iść przez Alezzię to ruszył tam gdzie zamierzał od początku. Obaj Hochlandczycy skinęli mu głową na znak powodzenia i aprobaty. A on sam poszedł tam skąd przyszli ci dwaj. Szedł a poranne i nocne deszcze były jego sprzymierzeńcem bo skutecznie zmyły wszystkie ślady pozostawiając tylko kontury kolein i tych śladów tak zniekształconych przez deszcze, że zmieniły się w doły obecnie napełnione mętną, błotnistą wodą. Na tym tle wprawne oko tropiciela widziało dwa ślady piechurów i czytało z nich jak z otwartej księgi. Ostatni kawałek obaj biegli. Bo kroki były dłuższe. Biegli w kierunku tej drogi jaka prowadziła od brodu do Breder. Jeśli byli ranni to niezbyt poważnie. Bo nie widział śladów krwi na ziemi. A i ranni, zwłaszcza ciężko ranni, zwykle mieli kłopot aby biec. A tropy szły dość prosto. Znaczy o ile “prosto” można uznać, że próbowali omijać co większe, nieprzyjemnie wyglądające kałuże i doły z mętną wodą. Zaczęli biec zaś w miejscu skąd widać było poprzeczną drogę tak jak i on chociaz już chyba z półtorej setki kroków ale widział jeszcze rozmawiającą grupkę. Nawet jeśli już nie widział zbyt wielu detali ani nie słyszał głosów. Poszedł jeszcze kawałek i tam było bez niespodzianek. Widział jak dwaj piechurzy maszerowali tam gdzie się dało obok siebie a gdzie niezbyt to jeden za drugim. Dość spacerowym tempem. Innych śladów nie dostrzegł więc wyglądało na to, że od poranka ci dwaj byli pierwszymi użytkownikami tej drogi. W końcu nie chcąc za daleko wędrować sam przystanął i czekał na rozwój wypadków. W pewnym momencie dostrzegł zbliżających się dwóch Kozaków. Też szli wzdłuż drogi tak samo jak on niedawno. I gdy się zbliżyli zatrzymali się i czekali we trzech na to co tam wyjdzie z tego spotkania. Aż ciekawość zwyciężyła i Tobias postanowił wrócić z powrotem w stronę grupki przy krzyżówkach.
Alezzia nigdzie się zaś nie wybierała. Dawno nie miała okazji porozmawiać z krajanami w ojczystej mowie. Ale oprócz przyjemności rozmowy w rodzimym języku chyba była jedyną osobą w tym gronie jaka rozmawiała po tileańsku więc jak już się dowiedziała od obu kuszników co najważniejsze to spadła na nią rola tłumacza. Gdy musiała jednym tłumaczyć pytania tych drugich a potem ich odpowiedzi tym pierwszym. Zajmowało to więcej czasu niż swobodna rozmowa gdy obie strony mówiły tym samym językiem ale było do zrobienia. Tak jak zaczęła od rzeczy o jakie pytał Gotthart.
Wynikało, że kuszników było z tuzin. Z czego im trzem udało się wydostać z matni i mieli sprowadzić pomoc. Niestety jedyny z ich trzech jaki mówił w imperialnej mowie oberwał i ledwo jego towarzysze go wywlekli z tych bagien do wioski. Tam się dobrzy ludzie nimi zajęli i przyjęli z rezerwą ale całkiem gościnnie, Napoili, dali chleba ze smalcem i rybami ale w ogóle tam nie dało się z nimi dogadać a Edgaro już się do niczego nie nadawał. Na migi i gdakając do siebie obaj kusznicy dowiedzieli się gdzie jest jakieś miasto czy wojsko i poszli drogą wskazaną przez wieśniaków zostawiając ciężko rannego kolegę pod ich opieką. I na szczęście trafili na dwójkę konnych górali co wyglądali jak z jakiegoś wojska. No ale ci też nie rozmawiali w mowie odległych południowców. A ile było tych zwierzoludzi to nie wiadomo bo byli we mgle. Tylko ich nadlatujące strzały i oszczepy było widać. A jak już któregoś to tak krótko, że było tylko parę kroków nim zaczynała się bezpośrednia walka. Dlatego jak porucznik Ferro dojrzał tą zatopioną w bagnie starą farmę to tam kazał iść no i się bronili. Zamknęli się tam i bronili. Ale i tak mgła była straszna coś widać było tylko na kilka kroków, jakieś majaczące sylwetki i kontury ledwo kilka kolejnych kroków.
Gdy pani czarodziejka zaczęła tłumaczyć to wszystko kolegom Gotthart dał znać Grecie aby pojechała z powrotem do brodu. Teraz już coś było wiadomo więcej niż gdy ona sama przyjechała parę pacierzy temu mówiąc o “dwóch cudakach”. Zresztą Duivel też postąpił podobnie ponaglając góralkę do jak najszybszego przekazania wieści. Konia jednak mu nie uzyczyła. Ani Lotar. A i Alezzia czy Gotthart też się jakoś nie kwapili do zsiadania z siodeł. Ale Greta pojechała z powrotem przekazać wieści szefowej. Jeszcze widzieli jej plecy i zad jej kuca gdy odjeżdżała póki nie znikła za najbliższym zakrętem. Gotthart zaś posłał swoich dwóch najlepszych zwiadowców w stronę drogi na południe zaś reszta czekała w jego pobliżu co z tego wszystkiego wyjdzie. I tak czekali wszyscy rozmawiając między sobą czy za pośrednictwem uczonej z dwoma kusznikami. Aż znów pokazała się konna Greta wracając z powrotem i dając znać, że wojsko już przeprawiło się przez bród i już tu jedzie. Z pół pacierza później rzeczywiście pokazała się forpoczta złożona z myśliwych Stefana a za nimi reszta oddziałów. Jeszcze trochę czekania i już mogli się spotkać ponownie wszyscy razem.
Także Eitri przyjechał na wozie siedząc na koźle obok Hugo. Po zarzegnaniu kryzysu podczas przeprawy brodem obyło się już bez większych przygód. Halabarnicy Meistera przeprawili się na hochlandzki brzeg jako ostatni. Potem jeszcze kto najpierw siągnął to teraz zakładał swoje portki i resztę dobytku. Aż ludzie Stefana dali znać, że wraca Greta. Po chwili rzeczywiście ukazała się góralka dosiadająca kuca i zaczęła rozmowę z Petrą streszczając jej czego się dowiedzieli. Ci dwaj “cudacy” to chyba jacyś tileańscy kusznicy i szukali pomocy dla kolegów oblężonych na mglistym bagnie przez zwierzoludzi. A, że już wszyscy się przeprawili to Petra kazała uformować kolumny i ruszać dalej zaś Gretę posłała z poleceniem aby reszta poczekała bo już tam do nich jadą. A gdy się ponownie spotkali z pacierz później to sami mogli się przekonać jak się sprawy mają.
- To mówicie jest was tam z tuzin na tej farmie… Tuzin ciężkich kuszników z Tilei… Porucznika Ferro… I mgła i bagna tam są… I zwierzoludzie co was tam osaczyli… - Petra siedząc w siodle dość dobrze podsumowała tego wszystkiego co za pośrednictwem świetlistej blondynki udało im się dowiedzieć od obu kuszników. Szefowa widocznie namyślała się co tu teraz zrobić. Zerknęła na zachód wzdłuż wąskiej, błotnistej przesieki jaką do tej pory wędrowali. Tam było Breder. Wciąż mieli szansę tam dotrzeć do jutrzejszego południa. Po czym spojrzała na południe. Na podobny, błotnisty szlak jaki miał prowadzić do tej wioski o jakiej mówili obaj kusznicy, bagna, mgły no i ich kolegów obleganych przez zwierzoludzi.
- Stefan, znasz tą wioskę? I te bagna? - zanim podjęła decyzję zapytała się swojego przewodnika co u co niektórych kolegów wzbudzał tak wiele kontrowersji.
- Ta je psze pani! To Tongruben psze pani! Tam mają dobrą glinę, dobre garnki i dzbanki z niej wychodzą to robią te dzbanki. I to leży zaraz na skraju mokradeł. Mgliste Bagna na nie wołają. I ta opuszczona farma też tam jest. Ci z Tongruben mówią, że przeklęta! To nie tak daleko. Ale tam zawsze mgła jest to nie tak łatwo trafić. Trzeba wiedzieć jak iść. - Stefan jak zwykle uśmiechał się szczerze jakby bawiła go ta cała sytuacja. I radośnie, bez skrępowania odpowiadał szefowej na jej pytania jak prostoduszny człek powinien gdy rozmawiał z lepiej urodzonymi.
- A te zwierzoludzie? - Petra pokiwała głową i znów namyślała się chwilę. W końcu zadała mu kolejne pytanie.
- A tak, zwierzoludzie tak psze pani, zwierzoludzi to tu dostatek! Zawsze się da trafić na jakąś ich bandę. Chytre są i czujne, nie tak łatwo je podejść ale jak się uda to taki łeb zawiesić nad kominkiem albo sprzedać jakiemuś panu to można, można. Ale tych co oni mówią to zbyt dużo pewnie nie jest. - myśliwy ze swadą tłumaczył jak to tutaj bywa z tymi plemionami pierwotnych dzieci Chaosu jacy od zawsze stanowili dla ludzi wrogą im nację.
- Dlaczego tak uważasz? - zapytała szefowa którą to ostatnie zdanie widocznie zdziwiło.
- A bo ci dwaj się wymknęli. I jeszcze potem wlekli rannego. Czyli kopytnych nie było zbyt wiele. Albo gdzieś sobie poleźli z innej strony i im się akurat udało. No i to nie może być cała horda bo by ich od razu zgnietli. Teraz bu obgryzali ich gnaty i wyżerali oczy z oczodołów. To jakoś na mój rozum prostego człeka zbyt wielkie stado to być nie powinno. - odparł Stefan ale już bez swojego dość niefrasobliwego uśmiechu. Teraz mówił jak doświadczony myśliwy za jakiego się podawał i jaki niejedno już widział, słyszał i przeżył.
- Czyli mówisz, że nie powinno być ich zbyt dużo? No dobra. To pojedziemy do tego Tongruben. I zobaczymy jak się tam sprawy mają. W końcu nasz markgraf prosił abyśmy w miarę okazji dokonywali chwalebnych czynów i, że inni będą nas oceniać i obserwować bośmy nowi i bez opinii. - szefowa zdecydowała się wreszcie co powinni robić. I wydała rozkazy. Kozacy Gottharta mieli iść przodem i zabezpieczać jedną flankę kolumny zaś myśliwi Stefana podobnie tylko z drugiej strony. Potem miecznicy Theiss, wóz i halabardnicy Meistera. Sierżanci zaczęli przekazywać rozkazy i formować kolumny. I po chwili kawalkada zboczyła z główniejszej przesieki na tą mniej uczęszczaną.
Wszyscy - osada Tongruben
Droga do wioski zajęła ze dwa pacierze zapewne. W końcu przybyszom ukazała się dość ponuro i odpychająco wyglądająca wioska.

https://i.imgur.com/MyxGZ5F.jpg
Z niej nieco trwożliwie wyszło paru ludzi. Reszta trzymała się w pobliżu swoich chat i obejść ale widać było, że są dość nieufni do sporej grupy obcych. Do tego uzbrojonych. Te pierwsze lody pomógł przełamać Stefan.
- Pochwalony wujaszku Thomas! - zawołał do któregoś z nich i wyszedł z ramionami jakby chciał go objąć na przywitanie. I jakoś to poszło. Tubylców chyba uspokoiło to, że obce wojsko nie przyjechało tu palić, gwałcić, rabować i kwaterować tylko są w sprawie tych obcych z bagien. Zaprowadzili Petrę i jej świtę do chaty gdzie złożono rannego kusznika. Zrobiono mu posłanie na piecu więc miał ciepło i całkiem wygodnie. Dwaj jego koledzy za pośrednictwem swojej uczonej rodaczki tłumaczyli jak to było.
Porucznik Ferro szukał ochotników aby się spróbowali przebić i sprowadzić pomoc. Oczywiście z powodu bariery językowej rozmów z tubylcami zgłosił się Edgaro. A oprócz niego właśnie jego dwaj obecni towarzysze czyli Alberto i Renzo. Zostawili swoje bełty i kusze oraz cały ekwipunek jaki mógłby ich obciążać i zdradzać obecność. Zabrali tylko kordy. Przekradali się po ruinach tej zdezelowanej farmy. A potem w górę rzeki. Szli i szli przez tą mgłę i bagna. Aż dotarli tutaj, do wioski. Czyli właśnie do Tongruben. Ale wcześniej natknęli się na dwóch rogatych. Wyskoczyli znienacka z tej mgły nie wiadomo skąd. Jednego udało im się zabić a drugiemu dołożyc tak, że zwiał. Ale wcześniej Edgaro oberwał tak mocno, że Renzo i Alberto wzięli go za ramiona i wlekli. Szli jak najszybciej potykając się i topiąc w tym bagnie aby jak najszybciej i jak najdalej wyrwać się z tej matni i ujść ewentualnemu pościgowi. I chyba się udało bo dotarli do tej wioski. Petra jak popatrzyła i posłuchała tego wszystkiego znów miała niezły orzech do zgryzienia.
- Zobaczy czy dasz radę mu jakoś pomóc. - zwróciła się do Alezzi ale na razie wyszła na błotnisty dziedziniec wioski. Znów wsiadła na swojego konia jakby miała dzięki temu lepszą perspektywę. Wpatrywała się w kierunku ściany mgły jaka skrywała te bagna ich zagrożenia, tajemnice i oblężonych kuszników.
- Nie ma co się zastanawiać. Albo trzeba wejść po nich w te bagna albo wracać na szlak do Breder. Co radzicie? - spojrzała w dół na najważniejszych dowódców oddziałów i różnej maści specjalistów. Pytanie było jak najbardziej na miejscu. Na razie nic wielkiego się nie stało biorąc pod uwagę główny cel jaki mieli wyruszając z Lenkster czyli zrobienie zapasów w Breder. Ot straciliby dzwon czy dwa na przyjazd do Tongruben i rozeznanie się w sytuacji. Mogliby zabrać tą trójkę ocalałych albo zostawić i jechać dalej za swoimi sprawami. Mogli też spróbować ruszyć w tą mgłę i bagna aby spróbować ich odnaleźć i uratować. O ile jeszcze było kogo ratować. Bagno jednak było samo w sobie trudnym terenem do prowadzenia walki i przemarszów. Do tego ta mgła. Coś widać było może na pół setki kroków, coś tam majaczyło góra do kolejnej setki. Co przeszkadzało w orientacji w terenie a i ograniczało możliwości strzelców. A tu był skraj tych bagien. W głębi mgła miała być gęstsza. Kusznicy opisywali, że przy farmie to coś widać ledwo na parę, paręnaście kroków. Jakby tak miało być to w ogóle strzelcy mieliby ograniczoną użyteczność. A poza tym zwierzoludzie słynęli z wszelkich forteli, podstępów i zasadzek. Nie było dziwne, że szefowa chciała zapytać innych o zdanie. Jedyne czego była pewna to to, że w tej wiosce nie było co stać po próżnicy.
- Trzeba by po nich pójść. Ale w te bagna i mgłę to może być ciężko. Pogubić i potopić się można. A jeszcze mają tam być zwierzoludzie. - odparł Meister w swoim oszczędnym stylu.
- To żołnierze. Jak ich zostawimy to nie wiem czy ktoś z nich się wyrwie. A na naszą wojne przyszli. - Theiss okazała podobne, ostrożne poparcie chociaż też nie wyglądała na taką co by miała ochotę zanurzać się w tą mgłę i bagna. Ale wydawała się odczuwać jakieś pokrewieństwo z innymi wojakami.
- Jak trzeba to ja mogę zaprowadzić. Wiem gdzie jest ta farma. - odparł wesoło Stefan ale nie chciał się sam wyrywać z jakimiś większymi deklaracjami.
Na czterech dowódców oddziałów trzech mniej więcej wydawało się skłonnych zaryzykować pomoc oblężonym kusznikom. Chociaż zdawali sobie sprawę, że teren jest bardzo niesprzyjający i to ich wyraźnie nie nastrajało zbyt entuzjastycznie. Więc Petra spojrzała na czwartego z dowódców czyli Gottharta. I przesunęła się po reszcie twarzy czy mają coś do powiedzenia w tej sytuacji.
Mecha 04
Zmienne wiatry magii
rzut 2k10:
01 magia cienia
02 magia metalu
03 magia niebios
04 magia ognia
05 magia śmierci
06 magia światła
07 magia zwierząt
08 magia życia
09 magia dhar
10 magia innarzut: https://orokos.com/roll/980342 7,4
7 > magia zwierząt +2 do rzutów
4 > magia ognia -2 do rzutów -
Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas : 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
Warunki : - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)okolice krzyżówek
Elf podczas rozmowy Petry ze Stefanem stał jak najbliżej nich, słuchając co mają do powiedzenia. Większość wniosków Stefana miało pokrycie w tym czego i on doświadczył nie raz w Lesie Cieni. Jednak szybko dodał coś od siebie na koniec rozmowy, jeszcze zanim Stefan odszedł od szefowej
- Szanowna Pani i przewodniku, nie możemy wykluczyć, że w związku z wojną na wschodzie, zwierzoludzie są przyciągani przez Chaos aby dołączyć do wojny. Jest też mała szansa, że to byli zwiadowcy wypuszczeni na przód większego oddziału i część wróciła z informacją o żołnierzach do dowódcy. Na szczęście dla nas, wyglądało to raczej na łatwe zwycięstwo pomiotów i nie powinni wysyłać posiłków. W każdym scenariuszu liczy się tylko to, że musimy działać szybko. - Następnie zwrócił się bezpośrednio do Petry
- Droga Petro, czy mamy w naszych szeregach innego maga niż Alezzia? Jestem ciekawy czy jakoś moglibyśmy pozbyć się mgły… - na samym końcu jeszcze nie czekając na odpowiedź, popatrzył na Kolesnikowa i do niego też skierował pytanie
- Szanowny …przewodniku, bywałeś tu najczęściej z nas wszystkich. Te mgły to naturalne zjawisko w tym miesiącu? Są jakieś godziny w ciągu dnia w których mgła jest mniejsza i widoczność lepsza dla łuczników?
- Tak szanowny panie elfie. Zawsze tu jest jakaś mgła. Dlatego zwą je Mgliste Bagna. No i wiadomo, w gorące dni, w lecie, w środku dnia to jest jej mniej. Ale teraz na wiosnę, jak całą noc padało to teraz to paruje. Mgła będzie gęsta do wieczora. Zwłaszcza na bagnach bo tam zawsze mokro i pełno wody. Więc to normalne psze pana. - Stefan odparł szybko i bez wahania. Uśmiechnął się przymilnie do elfa gdy to mówił aby okazać swoje szczere intencje. Reszta tych co zdecydowali się przysłuchiwać rozmowie na krzyżówkach dalej stała w pobliżu obserwując przebieg rozmowy.
- A to ci jednego maga to mało? - zaśmiała się rozbawiona szefowa gdy ją z kolei zapytał o innego maga w ich oddziale. Ale poza świetlistą, konną blondynką to coś się nie zanosiło aby ktoś inny mógł być tu magiem. Większość kolumny stanowiły oddziały zaciężnych wojaków jacy zwerbowali się pod sztandary górskiego markgrafa.
- Ale zobaczymy jak będzie z tą mgłą. Może nie będzie tak źle? Mgła to jak wiatr albo deszcz. Jak jest to wiele nie poradzisz. - szefowa zdawała się podchodzić do sprawy mgły jako jednego z elementów pogody i chyba wątpiła aby coś dało się z nią zrobić. Chociaż popatrzyła jeszcze z siodła kontrolnie na uczoną czy może jednak coś by mogła na to zaradzić.droga do Tongruben
Podczas drogi, nastąpiła również wymiana zdań z Gotthartem. Ogólnie podczas podróży do Tongruben, Duivel coraz śmielej zagadywał do różnych osób, podszedł także bliżej do magini Alezzi i odezwał się, wcześniej się kłaniając
- Droga Magini, czy magia, którą umiesz zawiera jakieś czary związane z silnymi powiewami wiatru? Myślę o rozproszeniu mgły, abyśmy mieli lepsze szanse ze zwierzoludźmi. Pani widzi, mamy tu wielu łuczników, którym będzie ciężko na polu bitwy. Czyż to nie jest zabawne, że Elf chodzi tu z łukiem bez żadnej wiedzy magicznej, a człowiek posiadł wiedzę na temat jednej z części Aethyr *… - elf podczas rozmowy rzadko spoglądał na Alezzie. Może nie lubił zadzierać głowy do góry, aby patrzeć komuś w oczy, gdy ten jedzie na koniu, a może nie chciał zdradzać zbyt wiele swoim rozmówcom. Jednak w kilku momentach, można było dostrzec szczeru uśmiech i wzrok jakby pełen podziwu gdy mówił o człowieku, który okiełznał magię.
Alezzia uśmiechnęła się lekko do elfa gdy ten do niej zagadał. Spokój jakiś zdawał się promienieć z jej sylwetki nie dostawał do typowego człowieka.
- Wiatr, który opanowałam nie posiada takich możliwości. Hysh to, mówiąc kolokwialnie, magia światła. Przykro mi. - skłoniła głowę w zasmuceniu - Moja specjalizacja opiera się na innych talentach. Może pomógłby Magister z wiatrem Ghyran, ale niestety nie ja. Hysh pomoże gdy będzie trzeba zmierzyć się samym Chaosem, ale prawdziwego wiatru nie opanuje .
Duivel podziękował za odpowiedź, znów ukłonił się nisko, serdecznie się uśmiechnął i zwolnił, gdyż ciężko prowadziło się rozmowy z osobami jadącymi na koniu. Następnie udał się pośpiesznie na wóz, gdzie siedział tak dobrze strzelający krasnolud. Ukłonił się lekko, zdjął kaptur i z uśmiechem zaczął mówić do współtowarzysza podróży.
- Mości krasnoludzie, nie pamiętam czy już gratulowałem drugiego miejsca w strzelaniu. Fantastyczny wynik. W każdym razie ciekawi mnie czy ten twój sprzęt to lepiej radzi sobie w strzałach dystansowych czy może z bliska też będzie skuteczna? Może przy jakiejś sposobności będziemy mogli wymienić się wiedzą o naszych jakże innych, a jednak podobnych broniach.
- Witaj, wutelgi. - zaczął krasnolud unosząc brew, na otwartość elfa - Przewaga broni palnej nad łukiem to zasięg w jakim jest skuteczna. O ile "Odległa Pięść" spisze się lepiej od łuku na bliższy dystans, łuk nie ma tendencji do zawodzenia. Ruchome części, mokry proch, czy zniekształcenie lufy od przegrzania mogą sprawić, że będzie mi bardziej przydatny jako maczuga. Do tego umiejętność. - krasnolud westchnął i pogłaskał swoją broń - Każdy idiota, może wycelować broń palną, nacisnąć spust i coś trafić. Łuk wymaga umiejętności, lat treningu i pewnego oka. W rękach wprawnego strzelca będę się bał łuku ponad najładniejszą pukawkę.
- Owszem, nie mylisz się co do łuków, ale dobry nauczyciel może sprawić, że szybko opanujesz podstawy, a potem już tylko trening. Co do twej jakże ciekawej broni, to myślę, że jesteś zbyt skromny... Przy lepszych warunkach chętnie wziął bym lekcję z obsługi, szczególnie od tak zacnego strzelca... - Duivel ukłonił się i z uśmiechem na twarzy zeskoczył z wozu. Resztę drogi do osady spędził na rozglądaniu się po okolicy, chcąc wychwycić jakieś cechy terenu, które mógłby wykorzystać w walce ze zwierzoludźmi.osada Tongruben [/center]
Gdy dotarli na miejsce, Duivel poszedł za sierżantami i porucznik do chaty gdzie znajdował się ranny kusznik. Podczas gdy Alezzia płynnie tłumaczyła opowieść pozostałych dwóch kuszników, Elf udał się w pobliże łoża na którym leżał. Mundo-naru nie czekał aż magini odprawi swoje czary i jeszcze podczas Jej rozmowy z obcokrajowcami przyjrzał się dokładnie rannemu Tileańczykowi i ku swojej radości stwierdził po sumiennych oględzinach, że wie jak choć trochę pomóc rannemu. Spotkał się już wcześniej z podobnymi obrażeniami zadanymi przez zwierzoludzi, także wziął się do roboty i po jakimś czasie poszkodowany mógł poczuć się lepiej.Test na inteligencje do leczenia. Int 45 + bonus 20 - stan zdrowia 30 : 1d100 22
Leczenie : 1d6 6Elf usłyszał, jak Petra prosi Alezzię o pomoc i wtrącił w rozmowę dwóch kobiet
- Szanowne Panie, w międzyczasie udało mi się opatrzeć nieco rany kusznika, powinno być z nim nieco lepiej. Także jeśli lepiej zachować magiczne siły na później, to nie trzeba w tej chwili bardziej uzdrawiać rannego - ukłonił się i wyszedł z chaty nie czekając na odpowiedź.
Zajął się teraz bardziej przyziemnymi sprawami. Wypchał swój kołczan strzałami, sprawdził napięcie cięciwy, poprawił małą tarczę przywiązaną do pasa, a na końcu wyjął swoją szablę z pochwy aby sprawdzić czy przypadkiem nie zardzewiała. Jego bystry wzrok przydaje się często na co dzień, jednak gdy znajdzie się w tak gęstej mgle, to nawet ta cecha może okazać się zbędna, a wtedy przydałoby się aby jego broń awaryjna była zdatna do użytku.
W międzyczasie Petra już wyszła z chaty i rozmawiała z dowódcami poszczególnych regimentów. Elf podszedł do nich i przysłuchiwał się dyskusji, a jeśli ktoś stał trochę dalej to próbował wyczytać słowa z ruchu warg. Następnie stanął bliżej i zaczął dość głośno mówić- Co do wyprawy droga Petro, to łucznicy mogą tam bardziej przeszkadzać niż pomagać gdy widoczność będzie na dwa kroki. Jeśli mamy sposób na rozproszenie mgły to chętnie pójdę wybić paru zwierzoludzi. Jeśli jednak jest inaczej… to będę czekał na Wasze postanowienia - Duivel skończył zdanie i rozglądał się po twarzach dowódców i innych zgromadzonych w pobliżu. Po krótkiej chwili spytał donośnym tonem ogółu zgromadzonych wokół.
- Mamy jakieś eliksiry, które przydadzą się nam na polu bitwy? - wypowiedział to pewnym siebie głosem, z lekkim, zwyczajnym uśmiechem na twarzy.wiatrów magii
ps
sorki za ten rzut na dole, testowałem
|-
-
osada Tongruben
…Bagna są bardzo zwodnicze, wydaje Ci się że wchodzisz na polanę, po której można sobie hasać niczym sarenka. Łatwo jednak stracić orientację, bo bagno żyje, wciąż się zmienia. Wystarczy jedno zanurzenie po pas i uświadamiasz sobie że nie wiesz gdzie jesteś, zwłaszcza gdy jest mgła. Brnąc przez moczary co rusz niewidzialna siła wciąga Cię w otchłań, zasysa i pochłonie Cię jeżeli nie będziesz ostrożny Tobiasie. A im bardziej się szarpiesz i chcesz wyrwać tym bardziej Cię pochłania. Bagno jest cierpliwe, wykańcza powoli, czekając aż opadniesz z sił i się poddasz. Tylko spokój może Cię uratować. Spokój i ‘trzecia noga’ - długi kij którym oprzesz się o twardy grunt i który możesz podać towarzyszowi. Siekniesz nim przez łeb zwierzoczłekowi jak będzie trzeba. Nie wyruszaj bez niego na bagna…
Tobias kończył przycinanie grubej długiej gałęzi która nadawała się na ‘trzecią nogę'.- Wuj zawsze miał rację - wspomniał Tobias a gdy kij uznał za skończony skierował się w stronę ‘szefowej’.
- W gęstej mgle zwierzoludzie będą widzieć równie słabo jak my, węch też nie na wiele się im zda, jeżeli podejdziemy w kilku grupach, ich wzajemny zapach też im nie ułatwia sprawy. Widziałem łódkę czy dwie może można część drogi nimi przepłynąć. Mają przewagę słuchu dlatego może przydałaby się hałaśliwa grupka albo dwie. Garść albo dwie kamieniu rzuconych to tu, to tam może zmylić zwierzoludzi. - kontynuował Tobias patrząc Petrze prosto w oczy. - Nie tylko na ich trzeba uważać na bagnach. W Ostlandzie można się na nich natknąć na olbrzymie pijawki, czerwie i mięsożerne krwawniki, no i chmary owadów.. Nie sądze, żeby w Hochlandzie było pod tym kątem lepiej.’
Osobiście chętnie utłukłbym kilka bestii, ale ratunek żołnierzy ma pierwszeństwo a z doświadczenia wiem że gdy zwierzoludzie biorą kopyta za pas gdy wiedzą że mają do czynienia siłami większymi niż ich. Uważam zatem że powinniśmy ich po prostu stamtąd przegonić.
Może panna Alezzia - tu Tobias odwrócił głowę w stronę czarodziejki, lekko się kłaniając - ma jakiś sposób by to właśnie uczynić.No i szefowo upewnij się by ludzie idący na bagna mieli ze sobą to - Tobias uniósł trzymany w ręku kij.
-
Stefan z uwagą przysłuchiwał sią uwagom i opiniom zapytanych przez Petrę o wyprawę ratunkową na bagna podwładnych. Po czym dodał swoje trzy grosze:
Uważam, że zdecydowanie należy im pomóc. Dzisiaj oni są w okrążeniu, a jutro to możemy być my. Poza tym chyba każdy z tu obecnych miał do czynienia z tą paskudną, nic nie wartą nacją kozojebców. Nikt nie zasługuje, żeby zostawić go na taką śmierć! - w ostatnich słowach Stefana słychać było szczerą nienawiść i pogardę dla wrogów, którzy rozszarpali na strzępy zdecydowanie zbyt wielu jego towarzyszy. - Jednak w pełni zgadzam się z obawami związanymi z terenem. Nie możemy tam wejść na ślepo, bo te dranie wciągną nas w zasadzkę albo uciekną bez strat.
Spoglądając na Gottharda i Duivela ciągnął dalej:
Zgadzam się z tym, że teren i ta mgła może stworzyć zagrożenie dla naszych zwiadowców. Ale nie sądzę, że wysyłanie przodem ciężko zbrojnych będzie dobrym pomysłem, bestie jeszcze łatwiej ich wypatrzą i wciągną w walkę w niekorzystnych dla nich warunkach, a odwrót będą mieli utrudniony ze względu na cięższy ekwipunek. Zwiadowcy mimo wszystko powinni mieć szansę, jeśli to dobrze rozegramy, podejść wroga i pozwolić nam przyjąć walkę w dogodnych albo co najmniej wyrównanych warunkach, a w najgorszej sytuacji zrobić to, do czego są stworzeni, czyli znaleźć wroga i związać go walką na tyle długo aż cięższe oddziały zdążą się uszykować do walki.
Skończywszy zdanie przeniósł swój wzrok na Tobiasa:
-Pomysł z podziałem na kilka grup jest ciekawe i prawdopodobnie skuteczny ale stwarza także poważne ryzyko, że bydlaki będą bić nas częściami. A co do ich przewagi w powonieniu to mamy w oddziale kilka psów które powinny należycie użyte pozwolić nam wyczuć ich nie później niż oni nas. No i zawsze możemy spróbować podejść ich pod wiatr, aby osłabić ich możliwość wywąchania nas.
Po tych słowach spojrzał na sierżanta zwiadowców:Ufam w umiejętności naszych zwiadowców Panie Kolesnikow, mimo to uważam, że kluczowe będzie to aby wziąć kilku dobrych przewodników spośród miejscowych. Te bestie chaosu na pewno im też sprawiają wiele kłopotów, więc powinnyśmy dać radę ich przekonać do pomocy, jest to w ich własnym interesie. Miejscowi pokażą nam najbardziej zdradliwe niebezpieczeństwa na trasie i mogą wskazać te ścieżki o których mogą nie wiedzieć nawet zwierzoludzie. Tych którzy są zorientowani w temacie trzeba w ogóle wypytać co wiedzą o tej bandzie potworów. Jest jeszcze jedna kwestia, zwierzoludzie nie są głupi, więc powinniśmy założyć, że obsadzili wioskę czujkami jako najbliższe miejsce z którego może nadejść odsiecz i należałoby się ich pozbyć wysyłając własnych zwiadowców. Reasumując proponowałbym wysłać naprzód kilkuosobowy oddział zwiadowców który przecierałby szlak dla reszty naszych oddziałów i szukał drogi do okrążonych oraz starał się znaleźć przeciwnika zanim on znajdzie nas. Zgłaszam się na ochotnika do tego oddziału.
Stefan spojrzał w kierunku bagien i dodał po chwili spoglądając na czarodziejkę:
Nie znam się na tych sprawach Pani di Lucci ale chciałem się spytać czy jest Pani w stanie wyczuć/ sprawdzić czy w tym gadaniu o tym że ta farma na której bronią się żołnierze rzeczywiście jest “przeklęta” w jakiś sposób czy to tylko takie gadanie? -
- Z całym szacunkiem Herr Jeager, mówiłem o przewadze słuchu, nie powonienia. Chciałbym przypomnieć też, że bagno to nie łąka czy las, nie da się od tak kogoś okrążyć, zwłaszcza gdy nie wie się gdzie on się dokładnie znajduje. Jeżeli jest tam gęsta mgła to nie ma wiatru, albo jest niewielki więc ani zwierzoludzie ani nasze psy nie poczują nic do ostatniej chwili, zwłaszcza że bagna wydzielają 'własne' zapachy, nierzadko dość intensywne - gnijące zwłoki na przykład.
Jeżeli mielibyśmy jedynie przepędzić bestie i ratować ludzi to powinniśmy iść w dużej liczbie i narobić hałasu. Jeżeli zaś mamy zamiar ubić jak największą liczbę kozich synów, to lekkie oddziały powinny - jak słusznie sugerujesz Herr Jager -pójść przodem i w razie natknięcia się na zwierzoludzi pozorować ucieczkę tak by wciągnąć je naprzeciw naszym najsilniejszym siłom.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się