Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje D20
  3. Rozgrywka
  4. Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka
Polowanie w Lwiej Loży
SantorineS
Santorine jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
MekowM
Mekow jako
Zaira
LubeszL
Lubesz jako
Jaithe
slann22S
slann22 jako
Zakareth z Leng
PiołunP
Piołun jako
Kraghul Ośmiooki

Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
pathfinder 2egolarion
45 Posty 5 Uczestników 965 Wyświetlenia 3 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SantorineS Online
    SantorineS Online
    Santorine jako Mistrz Gry
    napisał ostatnio edytowany przez
    #14

    – Wyglądacie na zapalonych łowców, więc jestem trochę zaskoczona, że sami się nie udaliście, aby na nie zapolować – rzekła Zakareth.
    – Aaano – krasnolud powiódł swoją okrągłą dłonią, chełpliwie wskazując na każde z trofeów zawieszone na ścianie. – Powiadają, że jeden z mych przodków z rodu Ponurorytu, Trudigg Pięściotarcza, zakończywszy boje w Obłędnych Górach, słynął ze swej niezwykłej techniki podchodzenia zwierzyny i łamania jej karku jednym ciosem. Taaak… Ja, Dorlivin i Vorlindi jesteśmy łowcami. Bestie jednak są zawzięte, rozumiecie? Vorlindi gadał, że te tutaj atakują masą po trzy, po cztery! Nie taka łatwa rzecz.

    Krasnolud poskubał swą siwą brodę.

    – Synowie moi coś gadali, że w rzecz może być zamieszana jaka magia – rozłożył ręce. – Nie wyznaję się na rzeczy…

    Zwrócił się jeszcze do Zairy, która spytała się, kiedy ostatnim razem wywerny zaatakowały:

    – Ostatni raz? – Auldegrund wysunął przed siebie swoją pulchną dłoń i począł liczyć. – Jakieś… Dwa… Mmm. Dwa albo trzy tygodnie temu. Dwa raczej niż trzy. Zabrały wtedy sześć owiec. To byśmy rachowali, że niedługo puszczą się na nas jeszcze raz.

    Zaira i Kraghul sięgnęli pamięcią co do natury wywern. Cóż, wydawało się, że stary krasnolud miał rację. Wywerny zdawały się rzadko wypuszczać na te tereny, jednak głód i polowania szczepów orków w Obłędnych Górach mogły ściągnąć niektóre z nich na tereny, takie jak ten. Kraghul i Zaira znali wywerny jednak jako samotne drapieżniki, rzadko kiedy łączące się w coś więcej niż parę. Toteż wieści o trójce lub czwórce łuskowatych paszcz ork i elfka przyjęli za co najmniej rzadkie, niemalże nieprawdopodobne.

    Tymczasem, z drzwi, gdzie dobiegały odgłosy gotowania strawy, wyszedł Dorlivin. Krasnolud o włosach rudych jak rdza zrobił lekki ukłon w stronę swego ojca, który lekko skinął głową. Niosąc antał wina, nalał on do czaszy w dłoni Auldegrunda, po czym z małej kiesy przy pasie wyciągnął pięć dodatkowych kielichów. Cztery rozłożył przed wędrowcami i nalał wino do każdego z nich, piąty zaś nalał sobie.

    – Strawa będzie niedługo – rzekł.

    I dodał:

    – Stara tradycja Ponurorytu dla nowicjuszy każe, by ten rzekł opowieść o największej, najbardziej zażartej i najbardziej niebezpiecznej bestii, z jaką się starł – rzekł Dorlivin. – I jak się udało ją pokonać. Czy… Oddacie honoru staremu obyczajowi i rzekniecie, z jakimi bestiami walczyliście na waszych ziemiach? Wszakże Auldegrund Ponury rzekł już nieco o misji, rzeknijcie nieco o sobie.

    Dorlivin, rzucając od czasu do czasu spojrzenie na Auldegrunda, stanął przed czwórką wędrowców, oczekując odpowiedzi.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    1
    • LubeszL Niedostępny
      LubeszL Niedostępny
      Lubesz jako Jaithe
      napisał ostatnio edytowany przez
      #15

      Jaithe
      Weszłam przez worta, a ciepłe powietrze uderzyło mnie w twarz. Włosy lekko zafalowały i opadły nie poprawione na policzek. Wzrokiem objąłem całe majestatyczne pomieszczenie. Truchła zwierząt które tutaj były, nie wzbódzały we mnie odrazy, a raczej uczucia pokrewieństwa. Jakby one były podobne do mnie, albo ja do nich. Puste skorupy, które można było by natchnąć. Te świadectwa jednak były pokazem łowieckim, co dośc mocno i mnie zaniepokoiło że sami nie gnali się do walki z innymi bestami. Może polowali na pospolite zwierzyny, niżeli na większe bestie.

      Sama pokiwałam głową na powitanie synom gospodarza, jak i później jemu samemu. Nie odzywałam się na razie, próbując zakryć swoją twarz aby ich nie spłoszyć. Przysłuchiwałam się rozmową które toczyli, rozglądając się bardziej w pomieszczeniu, próbując zobaczyć lub dostrzec coś co mogło by wzbódzić moje obway. Moja wizja się nie myli, tutaj będzie coś emocjonującego, wolałam się na to przygotować. Miałam nadzieję że to nie ckliwa historyjka krasnolódów, bo to było by...nudne.
      -Hm... Mowicie więc, że może być wmieszana magia do działań besti? To może naprawdę utrudnić łowcom polowanie jeżeli na takowe magiczne zwierzęta się nie brały - Powiedziałam a moja dolna szczęka się podzieliła na przecięciu brody. - Sama miałam doczynienia z magicznymi bestiami, ale raczej z ciemniejszymi istotami, niżeli zwyczajne bestie. Najciekawszą moją zdobyczą było stworzenie z innego wymiaru, sama do końca nie wiem co to mogło być, choć je badam. A co do wiwern, jakie macie dowody lub poszlaki odnośnie magii? Mam nadzieję że będziemy mogli je zobaczyć, aby uspokoić was że to są jednak zwyczajne stworzenia, które zachowują się nadmiar nie przewidywalnie przez inny zewnętrzny czynnik

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      ♥
      3
      • slann22S Niedostępny
        slann22S Niedostępny
        slann22 jako Zakareth z Leng
        napisał ostatnio edytowany przez slann22
        #16

        Zakareth była absolutnie pewna, że to wszystko jest jedną wielką płapką, ale uznała że z czystej ciekawości może w nią wpaść. Jednakże wolała zadać pytanie.
        - Nie jestem pewna, jak potężne są Wyverny… Podejrzewam jednak, że nasza drużyna byłaby w stanie poradzić sobie z jedną, być może dwoma, chociaż to wątpliwe, ale trzy lub cztery to zdecydowanie zbyt wiele jak ma nasze możliwości… Jeśli chodzi o najgroźniejszą istotę jaką kiedykolwiek Pokonałam… Na początku chciała opowiedzieć o jednym z kucharzy z zamku Maledictus, ale potem zmieniła zdanie i powiedziała. - Śpiewający pająk z błękitnych szczytów…. Potrafią swoją śpiewem zwabić kogoś w pajęczynę… Nie żywią się jednak jego ciałem, a snami i marzeniami -

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        2
        • MekowM Niedostępny
          MekowM Niedostępny
          Mekow jako Zaira
          napisał ostatnio edytowany przez Mekow
          #17

          Zaira zastanawiała się jakie stworzenie było najpotężniejszym jakie upolowała. Na te najgroźniejsze bestie zawsze polowali w grupach, zatem nie mogła sobie przywłaszczyć chwały ich pokonania. Z jej osobistych polowań? Ludzie zdawali się być na szczycie listy, ale czy oni się liczyli?
          Nieznane stworzenie z innego wymiaru, czy też wielki magiczny pająk otumaniający śpiewem brzmiały interesująco i egzotycznie. Zaira nie miała takich doświadczeń, ale w obronie ich Lasu polowała na niejedno.
          - Owlbear, dosyć wielki, jeśli chodzi o mnie osobiście. Uporczywością i celnie wypuszczanymi strzałami - powiedziała z nieukrywaną nutą dumy.
          - Ale brałam też udział w upolowaniu hydry i wybiciu stada terrorbirdów, a to zrobiliśmy dzięki dobrej pracy zespołowej - dodała szybko. I na tym powinni się teraz skupić jeśli chcieli ubić grupę wywren, na pracy zespołowej łączącej magię i stalową broń, oczywiście przy zastosowaniu dobrej taktyki myśliwskiej.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          1
          • SantorineS Online
            SantorineS Online
            Santorine jako Mistrz Gry
            napisał ostatnio edytowany przez
            #18

            – A co do wiwern, jakie macie dowody lub poszlaki odnośnie magii? Mam nadzieję że będziemy mogli je zobaczyć, aby uspokoić was że to są jednak zwyczajne stworzenia, które zachowują się nadmiar nie przewidywalnie przez inny zewnętrzny czynnik – zapytała Zaira.

            Auldegrund, obserwowany przez Dorlivina, odparł w te słowa:

            – Przecie gadam, że porywają ludziska w kupie – wzruszył ramionami, nagle zniecierpliwiony. – Bestie raczej pojedynczo przylatują, no chyba, że para. Ale bym gadał, że coś niedobrego za sprawą jest. Ooo, niedobrego.

            ~

            Rozmowy i wymiana uprzejmości z Auldegrundem trwały jeszcze jakiś czas. Stary krasnolud, w miarę upływu czasu, zdawał się być coraz bardziej zainteresowany swoimi własnymi uwagami i tonem swojego głosu, zamiast tym, co mieli do opowiedzenia podróżnicy. Jeśli chodziło zaś o misję, którą mieli wypełnić przybysze, Ponury zbywał ich coraz bardziej: tłumaczył, że “nie czas jeszcze” i “o polowaniu to się gada nie o pustym żołądku”. Ot, zdawało się, że stary Auldegrund nie miał ochoty do rzeczy powracać w tym dniu, raz nakreśliwszy, na czym sprawa polegała.

            Dorlivin był przez jeszcze jakiś czas w pomieszczeniu i słuchał tego, co goście, którzy zawitali do Loży mieli do powiedzenia. Dorlivin wydawał się być pod wrażeniem opowieści trzech kobiet, które stanowiły pewien kontrast do orka, który milczał, rozpostarty na swym siedzeniu.

            Krasnolud szybko wycofał się do wnętrza pomieszczenia, gdzie jego brat przygotowywał jedzenie. Zdało się, że dwójka zdwoiła swe wysiłki, aby wreszcie dostarczyć jedzenie, bowiem z lekko uchylonych drzwi uderzyła feeria zapachów: dominowało pieczyste, jednak i przebijały się też akcenty ziół.

            Wreszcie, zdobione dźwierze do kuchni otworzyły się i dwóch krasnoludów wyszło z nich, niosąc nęcące nozdrza jedzenie.

            Wewnątrz mis znajdowały się przeróżne potrawy, które, choć skromne i posiadające pewny surowy urok, wyglądały na zaiste przyrządzone z należytym pietyzmem. Była tu pieczeń z sarniny o aromacie czerwonego wina, rozmarynu i pieprzu. Polana była fioletowo-czerwonym sosem z jeżyn, jagód i porzeczek. Wokół niej, na podobieństwo mchu porastającego głaz, rozsypana została kasza gryczana z grzybami i cebulą, pachnąca świeżą natką pietruszki. Poza daniem głównym, czyli pieczenią, były pieczone selery, marchewki i buraki, zaś osobną misę zarezerwowano na modrą kapustę podaną z jabłkami i śliwkami. Każdy z krasnoludów miał na swych plecach mały antałek wina.

            ~

            Auldegrund, kiedy tylko jego synowie podali mu przyrządzone jedzenie, zawołał:

            – Wreszcie, synowie moi! Kuchciki z was przednie, ale grzebiecie się w onej kuchni jak muchy w smole albo jak klacz w oborze, pfhe-he-he! – krasnolud rubasznie zaśmiał się z własnego żartu, zatopił widelec w odciętym kawale mięsiwa i z uśmiechem od ucha do ucha głośno żuł pieczyste. – No! Goście! Częstujcie się, czym chata bogata, jak gadają… Lub Loża!

            I zaśmiał się raz jeszcze, żując i mlaskając bez zażenowania. Vorlindi zdjął ze swych pleców antał i postawił przed sędziwym krasnoludem, Dorlivin zaś zbliżył się do śmiałków i odkorkował antał.

            Nagle…

            Krasnolud stracił równowagę i pchnął nieco mocniej jeden z kielichów, który należał do Zakareth. Wino rozlało się nieco, choć krasnolud w ostatniej chwili złapał kielich. Niestety! Krople wina rozlały się już na stół i na posadzkę, plamiąc ziemię.

            – A… Wybaczcie no… – burknął nagle zbity z pantałyku Dorlivin.

            Auldegrund jednak parsknął potężnie i z ledwością przełknął, aby wreszcie ryknąć śmiechem.

            – Dorlivin! Chlać miałeś przestać, na wszystkie diabły! – siwobrody śmiał się jeszcze przez parę dłuższych chwil, wypełniając przestronne wnętrze tubalnym rechotem. – Do kroćset, cóż nie tak jest z tym dzieciakiem? Ha-ha-ha!

            Auldegrund przez dłuższy czas rechotał, jednak Dorlivin przybliżył się do Zakareth i w ułamku sekundy szepnął, ścierając rozlane wino:

            – Nie jedz, zatrute.

            To było wszystko. Szept krasnoluda był nie głośniejszy niż odległe szuranie myszy. Auldegrund, zaśmiewając się, pokraśniał i robił rumor swym kielichem, prześmiewczo naśladując swego syna, Vorlindi zaś był całkiem zajęty usługiwaniem staremu.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            1
            • slann22S Niedostępny
              slann22S Niedostępny
              slann22 jako Zakareth z Leng
              napisał ostatnio edytowany przez
              #19

              Zakareth Z wielkim trudem powstrzymała się przed tym, aby ciężko westchnąć słysząc to co mówią krasnoludy. Hotel czekała na gotowany poczęstunek, obejmując swój okuty z piwem kostur. Uczty nie były tym, co ją pasjonowało… Zwykli mieszkańcy Leng wyprawiali czasem uczty i biesiady, ale takie istoty jak ona… Były jedyne aspekty życia pośród normalnych istot, Które o wiele ją interesowały, Ale ich tutaj raczej nie było…

              Potem jedynek na uczcie usłyszała od jednego z braci, Dorilvina, że podano im truciznę, powiedziała.
              - Muszę się przebrać, a także Udać do toalety… Coś z moim żołądkiem nie tak - I gdy przechodziła obok Zairy zgięła się Boleśnie w pół, i i jej szeptem na ucho
              .- Chcą nas otruć.- I ruszyła dalej.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • PiołunP Niedostępny
                PiołunP Niedostępny
                Piołun jako Kraghul Ośmiooki
                Mecenas
                napisał ostatnio edytowany przez Piołun
                #20

                Kraghul słuchał kolejnych odpowiedzi, nie przerywając nikomu. Nie wyglądał na znudzonego, choć właściwie trudno było odczytać cokolwiek z jego twarzy. Zmieniło się to dopiero przy wzmiance Zakareth o Śpiewającym Pająku z Błękitnych Szczytów. Poruszył wtedy lekko palcami opartymi o stół, a jego twarz przybrała przykry grymas. Próbował sobie to wyobrazić. Kher, jakby wyczuwając zmianę nastroju orka, przesunął się nieco na jego barku.

                Pająk żywiący się snami i marzeniami.

                Było w tym coś paskudnego. Rozumiał zwykły głód, ale ten rodzaj czerpania energii z innych istot jawił mu się jako dalece bardziej okrutny. Głód był głodem i czasem trzeba było zjeść mięso innej istoty, ale to? Paskudna była sama myśl, że coś może zostawić ciało, a zabrać z człowieka to, co pozwala mu wstać następnego dnia. Jego sens.

                Opowieść Zairy spodobała mu się bardziej. Zmagania, którym musiała sprostać, przypominały nieco jego rytuał wejścia w dorosłość. Sowoniedźwiedź. To było nader imponujące, ale osiągalne dla kogoś, kto wcześniej się przygotuje i wybierze teren. Do tego hydra i terrorbirdy pokonane wspólną pracą. Kraghul nie powiedział tego głośno, ale skinął jej lekko głową z uznaniem. Tak, praca zespołowa była ważna, zwłaszcza jeśli mieli wyjść z tego cało.

                Sam długo nie odpowiadał. Dorlivin czekał, Auldegrund mówił coraz chętniej, sala pachniała pieczenią, winem i dymem, ale ork nie rozkoszował się tym. Miał wrażenie, że im więcej słów padało przy stole, tym mniej było w nich prawdziwej treści. Znał mniej więcej sposób żerowania wywern. Nie był może w tej kwestii specjalistą, ale wychowując się wśród orczych łowców, nabywało się trochę wiedzy. Stworzenia te atakowały samotnie lub czasem w parze. Rzadko więcej. Wieść o trzech albo czterech naraz trąciła mu przesadą.

                Kiedy wreszcie podano jedzenie, nie rzucił się na nie, chcąc dać wyraz temu, iż nie należy z góry oceniać ogłady orków. Część jego współplemieńców oczywiście odmiennie potraktowałaby tę sprawę, chwyciłaby szybko za nóż, a może nawet rękoma wybrała polewkę z misy, ale Kraghul czuł się zobowiązany zmieniać utrwalone stereotypy. Nawet jeśli zapach sarniny i grzybów był nader kuszący. Przyjął miskę, spojrzał na pieczeń i przez chwilę się zawahał. Nie chciał wyjść na nieuprzejmego, ale od początku wiele mu nie pasowało w tej wizycie. Brak służby, przeczucie, iż Loża stanowi pewien rodzaj więzienia, mętne tłumaczenia gospodarza. Coś mu tu nie pasowało. Na razie dał jedzeniu ostygnąć.

                I właśnie wtedy podano mu kielich. Ork grzecznie odmówił. Nana Anadi mu świadkiem, że w kontaktach z duchami lepiej pozostawiać trzeźwy umysł. Nie ma nic gorszego niż obcowanie z duchami w stanie upojenia. W końcu kontakt często bywa obustronny. Znacznie lepiej spisywały się różne mieszanki ziół, które wynosiły umysł na inne poziomy świadomości, choć wątpił, by gospodarze mieli akurat coś takiego.

                Kiedy rozważał tę kwestię, Dorlivin akurat zachwiał się przy kielichu Zakareth. Kraghul doliczył ów fakt do kupki podejrzanych sytuacji. W każdym razie jego spojrzenie na moment stwardniało. Widział już, jak ktoś potyka się ze zmęczenia albo w stanie upojenia. To tutaj mogło być zwykłym przypadkiem, ale wątpliwości narastały. Kher wspiął się wyżej, bliżej szyi orka, a cienkie odnóża musnęły skórę pod jego uchem.

                Zakareth podniosła się chwilę później, mówiąc coś o żołądku i potrzebie przebrania. Kiedy przechodziła obok Zairy, zgięła się w pół odrobinę zbyt teatralnie, a Kraghul odprowadził ją wzrokiem. Nie trzeba było mieć przydomku Ośmiooki, by wiedzieć, że coś jest na rzeczy. Miał tylko nadzieję, że gospodarz nie jest równie bystrym obserwatorem. Trzeba było jakoś skupić jego uwagę. Pytał o największą, najgroźniejszą bestię. Dobrze. Niech spóźniona odpowiedź Kraghula będzie dywersją i da czas reszcie grupy na... na cokolwiek teraz planowali.

                – Wśród mojego ludu młody ork nie staje się dorosły z czasem. Musi przejść próbę, rytuał dorosłości... – odezwał się w końcu niskim, chropawym głosem. – Rada dobiera poziom wyzwania wedle własnego zamysłu. Oczywiście nikt nie ma żadnych forów, ale głupio jest szafować tym samym wyzwaniem wobec każdego. Sprawiedliwie nie znaczy równo.
                Na moment spojrzał na wypchane łby zwierząt. Potem na Auldegrunda i jego synów.
                – Mnie posłano kiedyś za ankhravem – powiedział po chwili. – W języku mojego ludu bestie te noszą nazwę Gorakh'aktha, co można przetłumaczyć jako "żądło mieszkające w ziemi".
                Urwał na moment, jakby próbował przedrzeć się przez osnowę wspomnień.
                – Nie jest to bestia, którą można podejść jak jelenia albo zagonić jak dzika. Nie widzisz jej, nie słyszysz, dopóki sama nie zechce, by ją ujrzano. Idziesz przez suchą równinę, a nagle ziemia pęka ci pod stopami. Musisz być gotowy, by w odpowiednim momencie wrazić włócznię w ziemię. To głównie próba cierpliwości i czujności. Cech, których wówczas nieco mi brakowało. Starsi dobrze dobrali swoją próbę, a ja wróciłem z łbem bestii. Silniejszy i lepszy niż w dniu, w którym mnie posłano.
                Nie uśmiechnął się.
                – A jeśli obyczaj pozwala spytać także gospodarzy, jaką bestią możecie pochwalić się ty i twoi synowie, Auldegrundzie Ponury? – zapytał i miał nadzieję, że takie zawiązanie tematu odwróci uwagę od... całej reszty.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                1
                • SantorineS Online
                  SantorineS Online
                  Santorine jako Mistrz Gry
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #21

                  Zakareth powstała, Vorlindi zaś drgnął. W międzyczasie, Dorlivin, który już starł wino z blatu stołu, ustawił się nieco za Auldegrundem, gotów usługiwać swemu ojcu. Wygłoszona uwaga, aby iść do wychodka sprawiła, że Auldegrund rzucił krótkie spojrzenie na Vorlindiego, ten zaś z uśmiechem począł iść w stronę Zakareth. Zakareth miała niejasne przeczucie, że choć jej blef z pójściem do garderoby wszedł gładko, Auldegrund i pozostali zobaczyli, jak przytłumionym głosem rzekła coś do Zairy. Krasnoludy załapały coś… Chyba

                  Auldegrund wydawał się jednak nie tracić rezonu.

                  – Się rozumie – stary krasnolud nie podniósł głowy ze swojej misy, nadal intensywnie żując, mlaskając i opryskując śliną wokół wszystko. – Vorlindi, zaprowadź panią do garderoby.

                  Krasnolud, zgodnie z instrukcją swojego ojca, wskazał drzwi, gdzie wcześniej wyszedł on sam i Dorlivin. Krępej postury brodacz wykonał przywołujący gest w stronę Zakareth, ta zaś podeszła nieco bliżej i poczęła kręcić się i spowalniać kroku. Kapłanka Nyarlothepa sięgnęła do swego plecaka podróznego i poczęła w nim gmerać ostentacyjnie, szukając czegoś chyba i grając na czas.

                  W międzyczasie, Kraghul wyłożył Auldegrundowi swą historię z ankhravem, co krasnolud przyjął z wdzięcznym, acz nieco zobojętniałym wzrokiem. Opowieść Kraghula, za każdym razem, kiedy robił pauzę tudzież przecinek, zdawała się być akcentowana westchnięciami starego krasnoluda, który kręcił widelcem, ponaglając orka i kiwał głową.

                  Kraghul spytał:

                  – A jeśli obyczaj pozwala spytać także gospodarzy, jaką bestią możecie pochwalić się ty i twoi synowie, Auldegrundzie Ponury?

                  Auldegrund podniósł swój wzrok znad drewnianej misy.

                  – Chimera – Auldegrund pokiwał głową, zdaje się, wracając do wspomnień. – Sioło, co się Szron zwało. Cholerna bestia z trzema głowami, magiczne wynaturzenie jakieś. Ot, czasy się zmieniają, kiedyś to mój dziadek jeno na kuguary polował, a dzisiaj? Dzisiaj to uczciwy krasnolud to musi i zapolować, i przyhandlować, i…

                  Urwał. Auldegrund spojrzał nagle na Zakareth, która od paru dłuższych chwil już grzebała w swojej torbie podróżnej, usilnie szukając czegoś. Zaraz potem jego wzrok odbił się na Kraghula, który absolutnie nie tknął swojego jedzenia, tak samo jak Jaithe i Zaira. Wydawało się, że stary krasnolud odczytał sytuację, która rysowała się przed jego oczyma.

                  Auldegrund powstał nagle z siedzenia i wskazał na Dorlivina i Vorlindiego jakimś dziwnym, zamaszystym gestem, po czym wykrzyknął:

                  – Dźwierze! Czas, czas, już czas!

                  Z wrót do Lwiej Loży nagle dobiegł intensywny dźwięk przemieszczającego się mechanizmu, a potem głośny chrzęst, który przywodził na myśl tylko serię spadających zapadek i skręcających się łańcuchów, które w jednej, krótkiej chwili zwarły się.

                  W tym samym czasie, Dorlivin i Vorlindi, a także i sam ich ojciec, odpięli swoje młoty bojowe zza pasów. Jedynie Dorlivin, który, wyciągając swój młot bojowy, ociągał się i jakoś wahał, jednak pokornie słuchał swego ojca.

                  – BRAĆ ICH! – Auldegrund wykrzyknął.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  1
                  • MekowM Niedostępny
                    MekowM Niedostępny
                    Mekow jako Zaira
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #22

                    Zaira potraktowała poważnie wiadomość od Zakareth. Na szczęście nie zdążyła jeszcze niczego spróbować, choć niewiele brakowało. Elfka nie miała pojęcia co krasnoludy chciały zyskać zabijając ich, wszak mieli przy sobie niewiele więcej niż wartość zatrutego jedzenia, chyba. Wiedziała natomiast, że w pierwszej kolejności należało ostrzec pozostałych, ale siedzieli oni po drugiej stronie stołu, więc niebezpiecznie było to zrobić werbalnie. Niestety nie mieli też wspólnego doświadczenia z truciznami, do którego mogłaby się odnieść.
                    Wysunęła i nawet wyprostowała nogę pod stołem, ale nie dosięgnęła siedzącej na przeciwko niej Jaithe. Na szczęście Zakareth odwróciła uwagę jednego z krasnoludów dzięki czemu elfka dyskretnie wysunęła się do przodu, siadając na samej krawędzi swojego krzesła. Jej stopa dosięgnęła kolan Jaithy, a mając jej uwagę, Zaira zaczęła znacząco mrugać prawym okiem - którego nie widział żaden z krasnoludów, jednak wiadomość sprowadzała się do ogólnego ostrzeżenia, niczego nie wyjaśniając.
                    Zanim Zaira wymyśliła jak przekazać konkretną informacje, Auldegrund albo zorientował się że coś wiedzą albo stracił cierpliwość... No i się zaczęło.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    2
                    • SantorineS Online
                      SantorineS Online
                      Santorine jako Mistrz Gry
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez Santorine
                      #23

                      Vorlindi, odpiąwszy uprzednio swój młot zza pasa, huknął Zakareth raz, drugi. Runiczny młot rozbłysnął zimnym ogniem, potężnie raniąc kapłankę Nyarlathotepa. Była ona teraz poważnie ranna!

                      – Było iść po dobroci! – wrzeszczał Auldegrund, który lada chwila, już-już miał natrzeć na podróżników.

                      Ork na wyzwanie Auldegrunda odpowiedział nerwowym warknęciem, podnosząc się ze swojego krzesła. Kraghul uniósł jeden ze swoich kościanych fetyszów przed siebie i wymamrotał słowa, które zawibrowały w przestrzeni. Przed Auldegrundem pojawił się świetlisty tasak, który chlasnął krasnoluda w skroń, aż chlusnęła jucha.

                      Dorlivin tymczasem stał na uboczu; zdawać się mogło, że miedzianowłosy krasnolud siłował się z czymś, coś próbował przezwyciężyć. Co rusz sięgał po młot, to odwracał się od niego, to wiercił w dziwny sposób, niejeden raz walnął siebie kułakiem po czerepie. Czyżby walczył z jakimś obcym wpływem? Lub też postradał zmysły?

                      – Głupcze, co robisz!? – krzyczał Auldegrund do Dorlivina, który z gniewem już nacierał na Kraghula. – Zepsujesz mój misterny plan!
                      Siwy krasnolud zwarł się z orkiem! Przez parę chwil młot uderzał tylko powietrze, jednak ból w piersi i trzeszczenie żeber powiedziały orkowi, że uchylił się o oddech zbyt późno!

                      Szara energia rozlała się po ciele Zakareth, a kapłanka doznała, jak mordercze rany zadane przez Vorlindiego zasklepiają się, zrastane mocą jej boga. Wypaczona nie pozostała jednak dłużna krasnoludowi: zwinęła się i załomotała swym kosturem po czerepie krasnoluda, ten zaś jęknął z bólu.

                      Zakareth popatrzyła na krasnoluda ukazując ostre zęby i powiedziała.
                      - Służysz jednak władcy piekieł, prawda? Być może wygracie tą walkę, lecz mój Pan jest ponad demony i diabły, ponad piekło i niebiosa, albowiem i piekło zostanie poświęcone, a w niebiosach zapadnie noc.
                      – Bah! – krzyknął Auldegrund, słysząc słowa Zakareth. – Pusta paplanina!
                      Dobywając łuku, Zaira stanęła na krześle i weszła na stół, niczym pospieszne wchodzenie po schodach o dwa stopnie na raz. Mogli walczyć parami, dwa na jednego, ale instynktownie uznała, że powinni załatwić dowódcę i prowodyra całego zamieszania - Auldegrunda. Trzymając się raczej lewej strony stołu, wystąpiła ostrożnie do przodu, posyłając strzały w siwobrodego krasnoluda.
                      Jaithe patrzyła, co się dzieję z mieszanką niezadowolenia i irytacji. Westchneła teatralnie, choć jej niezadowolenie mieszało się jednak z uciechą, bo będzie mniej paplaniny, która akurat tutaj się nie sklejała. Zauważyła jak jeden syn się jakby waha i nie atakuję, to był dobry znak. Na razie jednak skoncentrowała się na gospodarzu, próbując go OGŁUPIĆ.
                      Tymczasem Zaira, mając łuk już w swoich dłoniach, wskoczyła nagle na stół. Misy z zatrutym jedzeniem z łoskotem potoczyły się po drewnianym stole, wino rozlało się w wielkie, czerwone plamy, na podobieństwo krwi. Elfia łuczniczka obrała za swój cel starego krasnoluda, który walczył z Kraghulem. Skoncentrowała się, z wyczuciem łowcy przewidując jego ruchy i wreszcie puściła cięciwę. Trafiło! Auldegrund odpowiedział jej wymyślną wiązanką przekleństw, nadal atakując orka. Strzała sterczała z pancerza krasnoluda, rana zaś broczyła krwią.

                      Jaithe wymamrotała magiczne słowa i zakreśliła symbole. Niewidzialna energia pomknęła przez przestrzeń, prosto w stronę Auldegrunda. Auldegrund zaparł się w sobie i zacisnął zęby…
                      – Ha! – wrzasnął krasnolud, chełpliwie szczerząc zęby. – Przeklęte magiczne sztuczki, myślicie, że mnie tak łatwo pokonacie? Auldegrund Ponury zawsze wygrywa!

                      Vorlindi natarł na Zakareth z okrzykiem bojowym, jednak tym razem kapłanka Nyarlathotepa wymykała się obuchowi młota wojennego raz po raz. Vorlindi, choć uderzał z całej siły, nie mógł jej dosięgnąć!

                      Kraghul cofnął bark pod uderzeniem młota. Ból przeszedł przez pierś, a nadwyrężone żebra protestowały teraz przy głębszym oddechu. Ork odpowiedział krótkim warknięciem, lecz nie rzucił się na krasnoluda. Auldegrund był szybki i silniejszy, niż wskazywał jego wiek, ale nie niezniszczalny. Strzała Zairy sterczała już z jego pancerza, a świetlisty tasak wciąż wisiał w powietrzu, drżąc od duchowej energii. Kraghul uniósł kościany fetysz i zacisnął na nim palce.
                      – Jeszcze raz – mruknął.
                      Tasak poderwał się gwałtownie i pomknął ku Auldegrundowi, próbując ciąć go przez ramię i pierś. W tej samej chwili wokół orka rozlała się półprzezroczysta osłona, cienka jak pajęcza błona, lecz napięta duchową mocą. Kraghul kątem oka obserwował Dorlivina. Krasnolud sięgał po młot, lecz za każdym razem wyglądał tak, jakby własna ręka odmawiała mu posłuszeństwa. Jakby coś ciągnęło go w dwie przeciwne strony.
                      – Nie ruszajcie Dorlivina – rzucił do pozostałych. – On walczy z czymś innym.

                      Tasak chlasnął Auldegrunda, jednak miotający (całkiem wymyślne) wyzwiska krasnolud uskoczył w dosłownie ostatniej chwili przed ciosem widmowego miecza.
                      – Bwfcha! – Mwha-ha-ha! Magia nie ima się tych z rodu Ponurorytu! Wkrótce… Wkrótce dołączycie do pozostałych!
                      Kiedy widmowa osłona orka przesłoniła jego ciało, Kraghul skupił się przez dwa oddechy na Dorlivinie, który nadal miotał się pod ścianą, ku irytacji Auldegrunda. Skupił się…

                      Kraghul zobaczył coś. Jeden detal, który dotychczas jakimś dziwnym, nieuchwytnym sposobem umykał jego uwagę: ramię Dorlivina, miotane niewątpliwie jakimś rodzajem obcej woli, poruszało się w rachityczny, nienaturalny sposób. Ork doznał nieodpartego wrażenia, że Dorlivin - może także Auldegrund i Vorlindi? - wszystkie krasnoludy, które były w Lwiej Loży zachowywały się na podobieństwo konstruktów lub marnych aktorów. Nie, nie była to magia umysłu… Było to coś znacznie bardziej fundamentalnego, ale co?

                      Nie było jednak czasu na zgadywanie! Młot Auldegrunda świsnął w powietrzu i uderzył Kraghula, który poczuł, jak chyba właśnie pękło mu żebro.
                      Zakareth Uśmiechnęła się ponuro i natarła na wroga, przywołując mocno swojego bóstwa.

                      Mroczna energia spowiła laskę Zakareth, niczym wirujący pył nasączony energią. Wypaczona uderzyła potężnie Vorlindiego, który aż jęknął z bólu, który nagle rozlał się po jego ciele! Zakareth smagnęła swoją laską bo raz jeszcze, ale nauczony tej lekcji krasnolud uniknął tym razem ciosu.

                      Zaira tymczasem schyliła się i w paru zręcznych ruchach zanurzyła strzałę w sosie zatrutego mięsiwa. Elfka zaraz potem wycelowała, biorąc na cel kark walczącego z Kraghulem krasnoluda. Trafiła! Efekt był zaiste piorunujący: w paru jeno chwilach siwy krasnolud przestał miotać przekleństwa, zaś jego ruchy stały się niezdarne i powolne… Auldegrund został otruty swoją własną trucizną!

                      Jaithe rozwarła swoją szczękę w wyjątkowo paskudny, mrożący krew w żyłach sposób, aż Zaira musiała odwrócić twarz. Zabieg zaklinaczki jednak zadziałał: Auldegrund wrzasnął ze strachu i obrzydzenia, nagle niepewny, czy kontynuować walkę.
                      Na tym jednak nie poprzestała: Jaithe skupiła się w jednej chwili, wysyłając falę psychicznej energii do walczącego krasnoluda, który wyglądał, jak gdyby ktoś właśnie zdzielił go pięścią przez czerep.

                      Vorlindi z triumfalnym rykiem nacierał na Zakareth, z wściekłością uderzając kapłankę Nyarlathotepa parę razy. Potężne uderzenia młota bojowego poważnie uszkodziły kapłankę!

                      Kraghul zachwiał się pod kolejnym uderzeniem młota. Ból rozszedł się po piersi, i nagle było mu też trudniej oddychać. Odpowiedział krótkim, gardłowym warknięciem, zaciskając palce na kościanym fetyszu. Widmowy tasak uniósł się po raz kolejny i runął na Auldegrunda, próbując dokończyć to, czego nie udało mu się dokonać poprzednim cięciem.
                      Ork nie czekał jednak na rezultat. Pochylił się gwałtownie, jakby coś ścisnęło go od środka. Jego gardło poruszyło się w nienaturalny sposób, a oczy rozszerzyły się i zalśniły czernią. Po chwili z jego ust wyrwała się gęsta fala emanujących czernią eterycznych pająków, wijących się odnóży i chitynowych odwłoków. Duchowe robactwo rozlało się szerokim stożkiem ku Auldegrundowi, gryząc, kłując i wciskając się w szczeliny jego pancerza.
                      Kher uniósł przednie odnóża na barku orka, jakby dyrygował rozlewającym się rojem.
                      Tym razem jednak cios widmowego tasaka chlasnął Auldegrunda głęboko! Ostrze rozorało ramię, opryskując pieczywo i roztrzaskane misy, stary krasnolud zaś krwawił na podobieństwo zarzynanego wieprza.
                      – Khh… Jeszcze nie… Koniec! – wycharczał.
                      Koniec jednak nadchodził nieubłaganie. Magiczny rój, który dobył się z ust orka wziął obu - Vorlindiego i Auldegrunda - przez zaskoczenie. Dwójka krasnoludów wierzgała i pluła, próbując odgonić się od nagłej chmury insektów. Bezskutecznie jednak! Gryzące szczęki czarnych pająków wbijały się jak setki małych, złośliwych noży, w ciało.

                      – TO TWOJA WINA, OJCZE!!! – wrzasnął nagle Dorlivin, wyrwawszy się z otępienia i konfliktu, który miotał nim przez długi czas. – TO WSZYSTKO TWOJA WINA!!! GIŃ, GIŃ, GIŃ!
                      Ująwszy swój bojowy młot w dłoń, Dorlivin z wrzaskiem skoczył za Auldegrunda, który nagle znalazł się w potrzasku między nim a orkiem. Miedzianowłosy krasnolud wzniósł nad głowę młot i uderzył z całej siły w czerep starego. A potem…
                      Auldegrund zastygł. Nie umarł, ale zastygł, jak gdyby nie stał tam nigdy on sam, ale statua, którą nagle się stał. Uderzający młot chlasnął przez czerep, a pozostałości tego, czym chwilę był Auldegrund rozbryzły się nagle w mokrej brei. Czy to był… Śnieg?

                      Auldegrund

                      Lód i śnieg zatrzeszczały. Płatki zawirowały, buchnął mróz. Ale Dorlivin już biegł w stronę Vorlindiego. Pozostałości śnieżnej sylwetki stały w miejscu, bezładnie.

                      – Zapłacisz za to, Dorlivin! – krzyczał Vorlindi, czerwony na twarzy.
                      – Nie, to TY zapłacisz za wszystko, co robiliście! – krzyczał miedzianowłosy, biegnąc w stronę swego brata i machając groźnie młotem bojowym.
                      Zakareth wyprowadziła dwa ataki swą laską, ale! Każdy z nich chybił, Vorlindi zaś zarechotał złośliwie, widząc, że kapłanka przeszła w defensywę.
                      – ON już wie! – krzyknął Vorlindi, to do podróżników, to do Dorlivina. – Już nic nie możesz zrobić!

                      Całość była dość dziwna, gdyż Dorlivin zaczął wykrzykiwać niezrozumiałe teksty. Jaki on? Co wie? I o co chodzi? Może to wyjaśni po walce. Miejmy nadzieję że tak zrobi.
                      Skupiłam wolę na Vorlindi wpająjąc w jego umysł energię aby go ogłuszyć. Drugą ręką nakierowałam swą enerię do Zairy Aby miały łatwiejszy rzut
                      Śmierć Auldegrunda, jakkolwiek dziwaczna i ewidentnie związana z magią, pozostawiła im tylko jednego przeciwnika. Dopiero gdy go załatwią, dowiedzą się wszystkiego od Dorlivina. Szykując kolejną strzałę, Zaira przeszła się na środek stołu - szybko i szykując łuk, ale na tyle ostrożnie aby się na niczym nie poślizgnąć. Strzelanie z nowego miejsca ograniczało ryzyko przypadkowego trafienia Zakareth do minimum. Tak jak przewidywała, kapłanka dobrze się trzymała, dzięki swym mocom i bóstwu, ale lepiej było nie igrać z losem.

                      Elfka, wzmocniona zaklęciem Jaithe, przestąpiła parę kroków, rozbryzgując zatrute jedzenie, które z łoskotem spadało ze stołu. Z refleksem błyskawicy, wyciągnęła kolejne dwie strzały z kołczana i wypuszczała pociski, które ze świstem wbijały się w coraz bardziej rannego krasnoluda!

                      – Za ród Ponurorytu!!! – Vorlindi krzyczał, skupiając się na Zakareth.
                      Razy runicznego młota trafiały kapłankę, ta zaś poczuła zawroty głowy i powoli, powoli zdawała się być coraz bardziej oszołomiona uderzeniami krasnoluda. W ostatniej chwili uchyliła się przed uderzeniami!

                      Vorlindi, który już wcześniej zebrał ciosy od orka, elfki, zaklinaczki i kapłanki, już chwiał się na nogach. Kraghul zrobił jeszcze parę gestów, a jego widmowy tasak zatopił się w ciele czarnowłosego krasnoluda. Podchwyciwszy okazję, Dorlivin doskoczył ostatnie parę stóp dystansu i uderzał, tak jak w swojego ojca, z góry na czerep. Obrzydliwe chrupnięcie rozległo się w sali uczt, a Vorlindi wrzeszczał tylko przez jedną, krótką chwilę, aby tak samo jak Auldegrund zastygnąć jako śnieżna statua.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SantorineS Online
                        SantorineS Online
                        Santorine jako Mistrz Gry
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Santorine
                        #24

                        Kurz bitewny opadł, a podróżnicy - Kraghul, Zaira, Jaithe i Zakareth - nagle znaleźli się w środku rozgardiaszu, który pozostał po walce, która, tak samo niespodziewanie rozpoczęła się, tak niespodziewanie skończyła się z młotem Dorlivina na czaszce jego brata.

                        Potłuczone naczynia i wywrócone kielichy i kufle zmieszały się z kawałkami mięsa. Potłuczone misy leżały bez ładu na posadzce, jedno z krzeseł zaś zostało wywrócone. Obok tego wszystkiego leżały pozostałości czegoś, co jeszcze minutę temu było Vorlindim i Auldegrundem. Statuy szybko topniały w żarze z kominka, z minuty na minutę zamieniając się w płynną breję śniegu i lodu, coraz bardziej przypominając niezdarnie wyrzeźbione bałwany.

                        Nagła cisza, tak odmienna od wcześniejszych krzyków furii, przyniosła trzeźwiącą świadomość: drzwi do Lwiej Loży nadal były zamknięte. Kamienne wrota stały tak samo zatrzaśnięte, jak w momencie, kiedy Auldegrund wykrzyknął zaklęcie zamknięcia. Lub czymkolwiek to było.

                        Dorlivin, zakasawszy swój młot bojowy z powrotem za pas, rzekł:

                        – Auldegrund wkrótce tutaj przybędzie – rzekł rudowłosy krasnolud. – Za godzinę, za dwie, może za pół dnia. Ale nadciągnie tutaj prędzej czy później… Tego możecie być pewni. Rad jestem, że powstrzymałem mord kolejnych śmiałków. Możecie odwdzięczyć się mi… Zabijając mnie. I kończąc ten głupi epizod nie-życia.

                        Dorlivin

                        Dorlivin splunął.

                        – Ale zanim to się stanie, chciałbym dokończyć robotę i posłać mojego ojca do samych głębin gorejących piekieł! – krasnolud krzyknął zuchwale, do siebie raczej i patrząc gdzieś ponad podróżników.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • PiołunP Niedostępny
                          PiołunP Niedostępny
                          Piołun jako Kraghul Ośmiooki
                          Mecenas
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #25

                          Kraghul stał jeszcze przez chwilę z uniesioną dłonią, choć widmowy tasak zakończył już swoją pracę. Duchowa broń zadrżała w powietrzu, po czym rozpłynęła się w drobnych smugach światła, jakby została wciągnięta z powrotem pomiędzy niewidzialne nici płynące spoza tego planu. Dopiero wtedy ork wypuścił powietrze.

                          Ból w piersi natychmiast przypomniał mu o złamanym albo przynajmniej mocno nadwyrężonym żebrze. Skrzywił się i przycisnął na moment dłoń do boku. Walka dobiegła końca, ale on dalej nie mógł się otrząsnąć po tym co się stało. Wszystko wydarzyło się tak szybko. Wokół leżały potłuczone misy, rozlane wino i jedzenie, które miało... właściwie co? Uśpić ich? Zabić. Po Auldegrundzie i Vorlindim nie zostały jednak trupy. Zamiast krwi, kości i wnętrzności na kamiennej posadzce rozlewała się zimna breja śniegu i lodu. Kraghul przyglądał się temu w milczeniu.

                          Kher zsunął się z jego barku na przedramię. Eteryczny pająk zatrzymał się przy nadgarstku orka i uniósł przednie odnóża, zwrócony w stronę topniejących szczątków. Kraghul przysiadł ciężko obok pozostałości Auldegrunda, zanurzył dwa palce w lodowatej brei, a następnie roztarł ją między opuszkami. Zimna wilgoć, którą poczuł wydała mu się zwyczajna, ale powoli topniejące oblicze krasnoluda, już nie. Coś było na rzeczy i nie za bardzo podobały mu się wnioski do których dochodził. Właściwie nie mógł mieć pewności, ale...
                          – Słyszałem kiedyś o rytuałach, które pozwalają stworzyć ze śniegu albo lodu podobiznę żywej istoty. Jako badacz istot duchowych i zagadnień pneumatologicznych podobne relokacje jaźni interesowały mnie od praktycznej strony – powiedział powoli.
                          – Potrzebna jest do tego rzecz należąca do osoby, kogo chce się skopiować. Włos, kropla krwi, kawałek ciała. Potem lepi się powłokę, nadaje jej twarz i karmi cudzymi wspomnieniami, aż zacznie chodzić i mówić jak ten, którego ma udawać.
                          Przyjrzał się topniejącym szczątkom.
                          – Simulacrum. Tak chyba nazywali to uczeni. Jeśli dobrze pamiętam, taka kopia nie jest prawdziwym człowiekiem. Ma jego wygląd i tylko tyle wiedzy, ile włożył w nią twórca. Bywa też związana z nim rozkazem, czasem podobno nawet myślą, niezależnie od odległości.
                          Uniósł wzrok na Dorlivina.
                          – Ale to tylko coś, co kiedyś zasłyszałem. Nie traktujcie moich domysłów jako pewnik – rzekł do towarzyszy.
                          – Może wykorzystano tu inną magię. Potężniejszą. Bo coś nie pasuje... – zwrócił się do krasnoluda. – Ty nie zachowujesz się jak pusta powłoka. Czujesz gniew, winę i strach. Nich by ci ich nie umieszczał specjalnie. Przyznaje, że nie wiem co to znaczy. – dodał.

                          Jego oczy zwęziły się lekko i jeszcze raz badawczo przyjrzał się krasnoludowi. Podczas walki ruchy Dorlivina przypominały mu zachowanie źle wykonanego konstruktu albo aktora zmuszonego do odgrywania roli, której sam nie rozumiał. Nie była to jednak zwykła magia umysłu. Coś sięgało głębiej. Do samego sposobu, w jaki ciało i wola krasnoluda były ze sobą połączone. Kraghul podniósł się z pewnym trudem. Zignorował na razie odłożoną w czasie prośbę o zakończenie jego jak to ujął "nieżycia". Zamiast tego stanął naprzeciw niego, ciężko opierając się na kosturze.
                          – Nie – odpowiedział krótko. Nie zabrzmiało to ani jak odmowa z litości, ani jak groźba.
                          – Jeśli prosisz nas o łaskę śmierci najpierw będziesz musiał odpowiedzieć na kilka pytań.
                          Przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu, jakby próbował dostrzec pod jego twarzą kolejną warstwę.

                          Rozejrzał się po sali. Po zamkniętych na głucho wrotach oraz po topniejących szczątkach dwóch istot, które jeszcze przed chwilą serwowały im zatrute posiłki. Jakże się cieszył, że nie nabrali się na ten marny podstęp.
                          – Powiedziałeś, że powstrzymałeś mord następnych śmiałków. Ilu było przed nami? Co się z nimi stało? Dlaczego naprawdę zostaliśmy tutaj zwabieni? I co zrobi Auldegrund, kiedy wróci?
                          Urwał na moment.
                          – Vorlindi powiedział, że „on już wie”. Jeśli prawdziwy Auldegrund widział przez oczy swojej kopii albo poczuł jej śmierć, czasu może być mniej, niż sądzisz.

                          Palce wolnej dłoni Kraghula odruchowo zacisnęły się na rytmicznej kości ukrytej przy pasie. Jedynie na chwilę, nim ponownie je rozluźnił.
                          – Po prostu powiedz Dorlivinie coście tu czynili. Bez upiększeń. Czuje, że przychodząc tu wdepneliśmy w bagno, ale chcę wiedzieć jak bardzo jest głębokie.
                          Kraghul wyciągnął dłoń bliżej, chcąc dotknąć ramienia krasnoluda i wsłuchać się w to, co mogło pozostać pod jego sztuczną powłoką.

                          Deklaracje dla MG:

                          Chciałbym spróbować rozpoznać naturę Dorlivina oraz pozostałości Auldegrunda i Vorlindiego. Kraghul wysuwa teorię, że mogą być magicznymi duplikatami, ale na razie nie traktuje tego jako pewnej wiedzy. Jeśli mógłbym przetestować to, by mieć większą pewność to fajnie. A tak to próbuje sprawdzić, czy Dorlivin posiada własnego ducha, fragment cudzej duszy albo jedynie sztucznie odtworzoną osobowość. Do rozpoznania chciałbym użyć Occultism lub Religion, zależnie od tego, co uznasz za właściwe. Jeśli jakieś pozostałości albo przedmioty Dorlivina się do tego nadają, Kraghul może również użyć Read Psychometric Resonance.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          🆒
                          1
                          • SantorineS Online
                            SantorineS Online
                            Santorine jako Mistrz Gry
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez Santorine
                            #26

                            – Rzeczesz, że nie zachowuję się jak pusta powłoka, ale czy sądziłeś tak o tych bastardach? Wszak grali swe role wcale nieźle – Dorlivin kopnął pozostałości po Vorlindim, a mokry śnieg plusnął. – Coś poszło… Nie tak. Nie wiem. Wiem tylko, że kiedy obudziłem się tutaj, byłem jakiś innych od tych dwóch, którzy wykonywali każde z jego poleceń co do joty. Stary nigdy nie zauważył.

                            Kraghul zapytał:

                            – Powiedziałeś, że powstrzymałeś mord następnych śmiałków. Ilu było przed nami? Co się z nimi stało? Dlaczego naprawdę zostaliśmy tutaj zwabieni? I co zrobi Auldegrund, kiedy wróci?
                            – Przed wami byli jeszcze jacyś, czwórka – odparł Dorlivin. – Jeśli był tam jeszcze ktoś, to nie pamiętam… Moje istnienie liczy zaledwie jakiś tydzień – spojrzenie Dorlivina błądziło jakiś czas po płomieniach kominka; zdawało się, że pamięć krasnoluda była w takim samym opłakanym stanie, jak sala uczt. – Ale kiedy trucizna poczęła działać, Auldegrund i jego “wybrani” zabierali ich tam.

                            Odwrócił się i wskazał na wysunięte najbardziej na północny wschód drzwi, po stronie prawej łapy jednego z wypchanych niedźwiedzi, w rogu.

                            – Oni zabierali ich tam – ciągnął Dorlivin. – Auldegrund nie chciał, byśmy zobaczyli, co tam jest i dlatego rzucił zaklęcie na drzwi. Pułapka. Ja i pozostali byliśmy zawsze tutaj, czasem w kuchni.

                            Krasnolud milczał chwilę, nagle rozproszony. Przypomniawszy sobie nagle ostatnie z pytań orka, dodał:

                            – Nie wiem, co się z nimi stało – rzekł wreszcie. – Jedyne, co wiem, to że nigdy już nie wrócili.

                            Tymczasem, Kraghul zbliżył się nieco do Dorlivina, który zdawał się być zajęty swoimi własnymi myślami - jeśli, w istocie, cokolwiek co stało przed nimi, można było nazywać Dorlivinem. Szaman skupił się w jednym krótkim momencie, szukając wizji, emocji…

                            Tak. Coś tu było. Wizja. Cienista energia wydawała się spowijać Dorlivina, oplatając go niczym kokon lub też, czy można było rzec, że sam był z niej utkany? Przez jedną, krótką chwilę Kraghul widział daleką scenę pojedynczej, krępej postaci, z której głowy wystawała para pokaźnych rogów. Szepty i mamrotanie, a przed nim stół i kawałki lodu obok alchemicznych fiol.

                            Wizja minęła tak szybko, jak się pojawiła, jednak Kraghul, który wzrokiem powiódł także po śnieżnych statuach, nabrał pewności, że cokolwiek, co stało przed nimi, rzeczywiście nie było krasnoludem. Był to cienisty klon kogoś. Na usta cisnęło się pytanie: gdzie był ten prawdziwy Dorlivin?

                            Dorlivin-simulacrum odsunął się, nagle niepewny intencji orka.

                            – Kiedy Auldegrund wróci, zapewne będzie chciał dokończyć swoją robotę – rzekł.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            3
                            • slann22S Niedostępny
                              slann22S Niedostępny
                              slann22 jako Zakareth z Leng
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez
                              #27

                              Zakareth Wysłuchała fałszywego krasnoluda z namysłem rozważając jego słowa… To wszystko aż tak jejnie szokowało, może co najwyżej dziwiło ją, jak wiele wysiłku włożono w te oszustwo… Tworzenie fałszywego siebie było cokolwiek ekscentrycznym pomysłem…
                              - Czy ty istniałeś wcześniej? I Kim jest prawdziwy Auldegrund? Lub przynajmniej czym… Tak na oko… - potem zwróciła się do towarzyszy.-* Mam jeszcze wystarczająco mocno magicznej na dwa uleczenia, i prawdę mówiąc osobiście czuję, że moje ciało potrzebuje wsparcia… Wolę jednak tę moc zachować na później… Czy więc ktoś z was potrafi leczyć nie magicznie? I jeszcze pytanie, czy da się opuścić to miejsce, a jeśli tak to czy robimy to, szykujemy tutaj zasadzkę albo zaglądamy do tego ukrytego pomieszczenia… Mam pomysł jak można rozbroić pułapkę. -* Wskazała nieznacznifałszywego krasnoluda

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SantorineS Online
                                SantorineS Online
                                Santorine jako Mistrz Gry
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                #28

                                – Czy ty istniałeś wcześniej? – zapytała kapłanka. – I kim jest prawdziwy Auldegrund? Lub przynajmniej czym… Tak na oko…
                                – Jest krasnoludem z krwi i kości, lub też, ongiś był – przyznał Dorlivin, patrząc na posiniaczoną i krwawiącą Zakareth. – Za każdym razem jednak, kiedy ktoś znikał, zmieniał się… Ostatnim razem, kiedy tu był, jego skóra była czerwona, niby najprawdziwszy jaspis albo kwiat maku. Nie zwierzał nam się z tych zmian, jeno coś gadał o “darach”, co miał dostać. Śliska rzecz, ta jego magia.

                                Dorlivin nalał sobie wina do jednego z przewróconych kielichów, z antała Auldegrunda-simulacrum, przypuszczalnie niezatrutego.

                                – Zaiste, istniałem – odparł jeszcze krasnolud i pokręcił głową, nagle nieufny wspomnieniom, które mogły się okazać fałszywe. – Tak myślę…

                                I dodał jeszcze:

                                – Wydaje mi się, że tam, w głębi, są jakieś groty, jaskinie – wypił wino. – Tak gadali jego “wybrani”, co z nimi się prowadzał, bo mówili czasem o “światłach na stalaktytach”. Cokolwiek to miało znaczyć.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                1
                                • MekowM Niedostępny
                                  MekowM Niedostępny
                                  Mekow jako Zaira
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez Mekow
                                  #29

                                  Sytuacja była co najmniej dziwna, a przyczyny całej wizyty pozostawały nieznane. Dobrze, że Dorlivin postanowił stanąć po ich stronie i mógł im wyjaśnić kilka rzeczy. Zaira początkowo skupiła się na truciźnie, którą chcieli im podać w jedzeniu - wąchała je, zbadała konsystencje i kolory, smakować nie miała zamiaru mimo iż zawsze mogła to wypluć.
                                  Jednocześnie słuchała tego co mówili inni. Nie znała się na magii i nie słyszała o simulacrum, ale ufała opinii towarzyszy. Istota, w tym przypadku krasnolud, będąca tak naprawdę magicznym lodowo-śnieżnym posągiem? To musiało(!) być tym o czym mówił Kraghul... Ale skoro Auldegrund i Vorlindi nimi byli, to Dorlivin z pewnością też - jakkolwiek to działa.

                                  Wyglądało na to, że zwabiano tu podróżników, aby Auldegrund lub ktoś tam, mógł posiąść nowe "cechy"... Zaira nie zdziwiła by się, gdyby jednocześnie zrobił lodowo-śniegowe marionetki na ich podobieństwo, którymi sam by dyrygował.

                                  Zakareth zadała konkretne pytanie.
                                  - Tak. Umiem zatamować krwawienie, rozluźnić nabrzmiałe od uderzenia mięśnie... opatrzeć ranę, dbając aby się dobrze goiła. Niestety potrzeba czasu aby całkiem przeszło. Choć zwykle da się zrobić tak, aby nie przeszkadzało.
                                  Zaira podeszła dwa kroki bliżej, świadoma że kapłanka walczyła z krasnoludem-lodowcem sam na sam i to w niezłym zwarciu - bo pokonanie Auldegrunda było ważniejsze dla całej walki. - Dzielnie walczyłaś, gratuluję. Jeśli coś Cię boli, dokucza, powiedz a postaram się pomóc.

                                  Drzwi zabezpieczone magiczną pułapką? Dobrze, że przynajmniej o niej wiedzą! Ale i tak. Jakieś podziemia? Cóż, można się było spodziewać, że "budynek" był tylko skromnym przedsionkiem całego kompleksu - niczym kupka igieł sosnowych na powierzchni podziemnego mrowiska.
                                  Pierwszą walkę wygrali, ale wyzwanie było duże jak na ich skromną ekipę.
                                  - Zostaliśmy wplątani w niezłą kabałę. Pytanie brzmi: czy zamierzamy rozwiązać sytuację? Czy też opuścimy Lożę i... powiadomimy o wszystkim straż i króla?

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  1
                                  • PiołunP Niedostępny
                                    PiołunP Niedostępny
                                    Piołun jako Kraghul Ośmiooki
                                    Mecenas
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                    #30

                                    Kraghul trwał przez chwilę w milczeniu, przetwarzając to, co właśnie usłyszeli. Prawdziwy Auldegrund nie tylko żył i zmierzał w ich kierunku, ale też najwyraźniej zmieniał się za każdym razem, gdy w głębi Loży znikał kolejny ze zwabionych tu podstępem śmiałków. Czerwona skóra i ten tajemniczy dar od... właśnie kogo? Zakareth wspominała o władcach piekieł, a sam Dorlivin mówił, iz chce posłać ojca do piekielnych czeluści. Czyżby za zdolnościami Auldegrund kryła sie istota z planu Infernalnego? Każda kolejna odpowiedź zamiast rozplątywać całą sprawę, dodawała do niej następny węzeł.

                                    Kher zszedł z ramienia orka i przeszedł po jego przedramieniu, po czym zatrzymał się na grzbiecie dłoni. Kraghul pozwolił mu tam zostać, sam zaś oparł ciężar ciała na kosturze. Walka dobiegła końca, ale ból pod żebrami dawał o sobie znać. Każdy głębszy oddech stanowił porblem.
                                    – Nie sądzę, żebyśmy mogli po prostu wyjść – odezwał się w końcu, odpowiadając Zairze. – Kiedy zaczęła się walka, stary uruchomił mechanizm w dźwierzach. Słyszałem zapadki, łańcuchy i rygle. Wrota nadal są zamknięte.

                                    Przesunął wzrokiem po ścianach Loży, jakby próbował dostrzec przez kamień prowadzące dalej korytarze.
                                    – Zanim zdecydujemy, czy chcemy rozwiązać tę sprawę, dobrze byłoby sprawdzić, czy w ogóle mamy wybór. Dorlivin mówi o jaskiniach w głębi. Jeśli istnieje drugie wyjście, droga do niego najpewniej prowadzi właśnie tam. Jeśli nie istnieje, trzeba będzie wrócić do głównych wrót i przygotować się na przybycie Auldegrunda.
                                    Spojrzał na drzwi wskazane wcześniej przez krasnoluda.
                                    – Najpierw obejrzałbym jednak pozostałe pomieszczenia. Kuchnię, komnaty i wszystkie przejścia, których jeszcze nie widzieliśmy. Możemy znaleźć klucz do mechanizmu, inne wyjście albo rzeczy należące do poprzednich gości. Przy okazji dowiemy się może, ilu ludzi naprawdę przez to miejsce przeszło.

                                    Na wspomnienie pułapki Kraghul nieznacznie zwęziły oczy.
                                    – Chyba nie możemy działać w pośpiechu. Każde przejście trzeba najpierw obejrzeć. Większość pułapek potrzebuje nacisku, ruchu albo czegoś, co wejdzie w ich pole działania. – zwrócił oblicze w stronę Zakareth.
                                    – Nie rozstawałbym się z naszym przyjacielem jeszcze tak szybko. Jeśli Dorlivin pamięta, gdzie ją umieszczono, niech nam wskaże miejsce. Nie będę jednak pchał go przodem tylko dlatego, że sam prosił o śmierć.
                                    Zatrzymał wzrok na krasnoludzie.
                                    – Jeśli zgodzisz się nas prowadzić, będziesz przewodnikiem, nie przynętą. Dość istot zostało już tutaj użytych jak narzędzia.
                                    Potem spojrzał na wypchane zwierzęta. W sali nie brakowało ciężkich trofeów. Oprócz tych zdecydowanie za dużych do celu o którym myślał, były też mniejsze.
                                    – Możemy rzucić tam tą wypchaną głową jelenia – wskazał na trofeum wiszące na ścienie – Jeśli nie trafimy od razu, można pociągnąć go liną w odpowiednią stronę. O ile oczywiście pułapka reaguje na ciężar lub ruch. Jeśli działa inaczej, będziemy potrzebować kogoś, kto zna się na jej rozbrajaniu.

                                    Kraghul odwrócił się w stronę Zairy. Przez chwilę milczał, jakby sama prośba sprawiała mu większy problem niż przyjęcie kolejnego uderzenia młotem.
                                    – Skoro potrafisz opatrywać rany... przydałaby mi się twoja pomoc. Auldegrund chyba naruszył moje żebro. Mogę iść dalej, ale wolałbym nie sprawdzać, ile jeszcze uderzeń wytrzyma.

                                    Na koniec ponownie spojrzał na zamknięte drzwi wiodące w głąb Loży.
                                    – Jeśli nie znajdziemy wyjścia, proponuje przygotować zasadzkę przy głównych wrotach. Być może da się ponownie wykorzystać mechanizmy albo pułapki tego miejsca przeciwko jego gospodarzowi. Ale zanim zaczniemy przesuwać meble i stawiać sidła, naprawdę wolałbym wiedzieć co czycha na nas tutaj w środku. Nie podoba mi się myśl, że będziemy czekać na Auldegrunda, w niepewności, czy coś nie zaskoczy nas od tyłu.

                                    Wyciągnął dłoń z Kherem w stronę korytarzy prowadzących z sali. Eteryczny pająk uniósł przednie odnóża, jakby próbował wyczuć cokolwiek swoim zmysłami. Raczej nie było to możliwe, ale ork doceniał gest chowańca.
                                    – Proponuję, żebyśmy najpierw przeszukali dostępne pomieszczenia i poszukali innego wyjścia. Razem, bez rozdzielania się. Potem zajmiemy się drzwiami z pułapką. A jeśli nie znajdziemy drogi na zewnątrz, przygotujemy temu prawdziwemu Auldegrundowi powitanie, które mam nadzieje, będzie ostatnią niespodzianką w jego życiu.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    ♥
                                    2
                                    • SantorineS Online
                                      SantorineS Online
                                      Santorine jako Mistrz Gry
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #31

                                      – Jeśli zgodzisz się nas prowadzić, będziesz przewodnikiem, nie przynętą. Dość istot zostało już tutaj użytych jak narzędzia – rzekł Kraghul.

                                      Dorlivin jednak wzruszył ramionami.

                                      – To nie-życie jest bez żadnej wartości. Jeśli będzie pożytek ze mnie, tym lepiej dla was! – odparł.

                                      W miarę rozmowy orka i Dorlivina, Zaira zeskoczyła ze stołu. Uprzednio skupiła się na tym, czym mogła być trucizna w jedzeniu. Elfka obwąchiwała zatrute jedzenie przez jakiś czas i niekiedy odwracała grotem strzały pokrojone kawałki.

                                      Zaira skonstatowała, że trucizna, którą poczęstował ich gospodarz, musiała być jakimś rodzajem mocnego środka usypiającego, na tyle silnego, by zasnąć twardym snem na parę lub paręnaście godzin.

                                      Zdawało się jednak, że ów środek był całkowicie pozbawiony zapachu, smakowania zaś mięsiwa elfka poniechała. Koniec końców, fałszywy Auldegrund, chwile przed zastygnięciem w śnieg wydawał się oszołomiony i senny. Tedy, wyciągnęła wniosek: mieli zasnąć, a nie być zabici.

                                      Wreszcie, Zaira wyciągnęła ze swego plecaka podróżnego narzędzia medyka: bandaże i laudanum, obok którego były naturalne medykamenty znalezione w dziczy.

                                      Rozwinęła bandaże i poczęła aplikować roztwór z kory wierzby i kupalnika, uśmierzając ból i próbując w niemagiczny sposób potraktować rany swych towarzyszy.

                                      Zaira Nature Check (Wisdom +0, Expert +8, Natural Medicine +2) 20 Rezultat: Sukces.
                                      Zaira Nature Check (Wisdom +0, Expert +8, Natural Medicine +2) 27 Rezultat: Krytyczny sukces. .

                                      Kraghul odzyskuje 13 PW.
                                      Zakareth odzyskuje 9 PW.

                                      Ponownie mogli opatrzyć swe rany za jakąś godzinę.

                                      ~

                                      Dorlivin szedł pierwszy, jak ustalono.

                                      Fałszywy krasnolud wydawał się być całkowicie obojętny co do swojego losu i wykonywał wszystkie polecenia na podobieństwo konstruktu, którym kierowała tylko ślepa żądza zemsty wobec własnego stwórcy. Pozostali ustawili się za nim, ostrożnie idąc jeden po drugim, sam Dorlivin bowiem nie znał w pełni rozkładu Lwiej Loży. Kraghul, Zakareth, Jaithe i Zaira poczęli odwiedzać wszystkie pokoje, do których mieli przystęp.

                                      Kuchnia i spiżarnia

                                      Kuchnia urządzona była surowo i skromnie, acz funkcjonalnie. Wielki, kamienny piec został wbudowany w północne lico skalnej ściany i, choć pomarańczowe płomienie dawały światło i ciepło, wyglądało na to, że w jakiś niezrozumiały sposób drewno nie dymiło ani trochę. Zapewne magia? Były tutaj też noże, kociołek, patelnie i cały arsenał kuchenny, którym zapewne para krasnoludów przyrządziła posiłek. Nieco pozostałości po tym przygotowywaniu zostało na stole: połowa cebuli, trzy nadmiarowe ziemniaki i jeszcze cały antałek wina.

                                      Obok pieca zostały rozłożone narzędzia alchemiczne - cztery puste fiole z resztkami jakiegoś szarego płynu, mały palnik na oliwę i pojedyncza kolba zatkana korkiem. Obok tego moździerz i destylator. Choć zapach był przyćmiewany przez przejmujące doznania ziół, to jednak bliższy rekonesans z destylatorem wyjawiał, że całość cuchnęła lekkim, niedostrzegalnym niemal zapachem przywodzącym na myśl zgniłe jaja.

                                      Zaira, sprawdzając resztki proszku w moździerzu stwierdziła, że krasnoludy warzyły tutaj nic innego, jak truciznę znaną pod nazwą Pajęczej Grzybni. Trucizna była silnym środkiem nasennym: ten, który zjadł choć tylko naparstek, zasypiał snem, niby martwy, na wiele godzin.

                                      Spiżarnia była pustym pomieszczeniem: wydawało się, że Auldegrund i jego świta simulacrum przechowywała tylko tyle jedzenia, aby przygotować jedną ucztę. Wewnątrz podróżnicy znaleźli jeszcze trzy szklane fiole, które znowuż Zaira zidentyfikowała jako nektar grozokwiatu: w trzech fiolkach znajdowały się porcje bladozielonego płynu. Według tego, co zrozumiała łowczyni, nektar, raz zaaplikowany na strzałę, wywoływał przerażające wizje.

                                      Pokoje gości

                                      Para południowych drzwi otwierała się na korytarz, który zapewne miał prowadzić pokojów dla gości Lwiej Loży. Rząd czterech zwykłych, drewnianych drzwi znajdował się w kamiennym korytarzu, który rozświetlany był magicznymi pochodniami. Te, choć dawały światło, nie wydzielały żadnego ciepła. Zdawać się mogło, że nie było tutaj żadnych pułapek albo zasadzki, lub też… Być może ta jeszcze nie znalazła ich? Grupka podróżników, wiedziona przez Dorlivina, otworzyła pierwsze z drzwi.

                                      Wnętrze pokoju było proste i surowo urządzone. Pojedyncze, wyrzezane z niedbałością biurko i jeden, drewniany kubek na nim, a przed nimi spartańsko wyglądające krzesło. Dębowe łoże, posłanie ze średniawej jakości, szarej tkaniny, która została wypchana zasuszoną paprocią.

                                      Coś obrzydliwego wisiało na południowej ścianie.

                                      Była to wypchana, ludzka głowa. Pozostałości po czymś, co było kiedyś ludzkim mężczyzną zostały zawieszone na drewnianej tarczy, zaś skóra błyszczała lekko w świetle pochodni, jako że czerep zdał się być pokryty cienką warstwą żywicy. Szklane oczy zostały wprowadzone nieco krzywo, nadając twarzy groteskowego zeza.

                                      Na szczęście, wewnątrz pokoju nie było żadnych pułapek - być może Auldegrund pokładał tyle pewności w truciznę i jego stworzone z substancji cienia klony, że po prostu nie przewidywał porażki?

                                      Iście, na to wyglądało, bowiem każdy z trzech pozostałych pokoi miał trofeum podobnego rodzaju: w każdym z nich było trofeum elfa, gnoma i niziołka, wszystkie spreparowane z wprawą zawodowego kuśnierza. W szufladzie jednego z biurek Jaithe znalazła porzucony piszczel, Zakareth zaś pod jednym z łóżek zlokalizowała zasuszoną dłoń.

                                      Całe to przeszukiwanie, sprawdzanie i macanie wszystkiego zajęło około godziny; akurat na czas zmiany bandaży i ponowne opatrzenie Zakareth i Kraghula. Zręczne elfie dłonie pracowały nad ranami jej kompanionów, aż wreszcie dwójka mogła odczuć ulgę.

                                      Zaira Nature Check (Wisdom +0, Expert +8, Natural Medicine +2) 19 Rezultat: Sukces.
                                      Zaira Nature Check (Wisdom +0, Expert +8, Natural Medicine +2) 27 Rezultat: Krytyczny sukces.

                                      Kraghul odzyskuje 6 PW.
                                      Zakareth odzyskuje 25 PW.

                                      ~

                                      Północne dźwierze

                                      Wreszcie, zbadawszy wszystkie pomieszczenia wokół sali uczt, podróżnicy podeszli do północnych drzwi.

                                      Niepozorne, drewniane drzwi wyglądały tak samo surowo i prosto, jak wszystkie pozostałe w Lwiej Loży. Czy naprawdę była tutaj pułapka? Ork, elfka, krasnolud i dwie spaczone przez magię wytężyli oczy, jednak tylko Zakareth była w stanie dojrzeć małą, niepozorną runę naniesioną na drzwi.

                                      Jaithe, kiedy tylko Zakareth wskazała jej runę, rzuciła Wykrycie Magii; zaiste, drewniane drzwi emanowały dosyć silną aurę magiczną. Cóż… Czy potrzeba było cokolwiek więcej co do tego, że jest tutaj pułapka?

                                      Spaczona stanęła przed drzwiami, zaś jej dłonie rozbłysły ciemnoniebieską energią magii, która była wspólna dla wszystkich tradycji: boskiej, wtajemniczeń, okultyzmu i pierwotnej. Zaklinaczka przez chwilę kreśliła magiczny symbol i wyrzekła wreszcie słowo, a fala energii pomknęła przez przestrzeń.

                                      Drzwi zabrzęczały złowrogo, powietrze zapachniało ozonem. W jednej chwili jednak wszystko ustało.

                                      Przejście stało otworem.

                                      Ołtarz

                                      Grota wysoka na około dwadzieścia stóp przechodziła naturalnie w większą jaskinię na południu. W miejscu, w którym znaleźli się, znajdował się drewniany stół otoczony sześcioma krzesłami. Obfite, choć chybotliwe światło zdawało się emanować ze strony stalaktytów, których końce lizały zaklęte płomienie.

                                      Różnorakie narzędzia zostały rozrzucone na stole wokół pułapki na niedźwiedzie, w której środku znajdowała się czaszka humanoida. W stronę północy, do dwóch drewnianych ram przybito skóry. Na nich zaś znajdowały się malowidła. Te przedstawiały humanoida o głowie lwa, który rzygał ogniem i dosiadał jakąś dziwną hybrydę smoka i konia. Oba z malowideł przedstawiały tą samą scenę, choć detale nieco zmieniały się: w jednym malowidle przejeżdżał on przez górskie szlaki i knieje, w drugim zaś stał na środku miasta, otoczony przez pokonane, ludzkie sylwetki. Nie było wątpliwości, że postać człeka-lwa miała naturę diabła lub też demona pośledniejszego rodzaju.

                                      Na południe zaś rozciągała się półka skalna, szeroka na jakieś pięć stóp, która także była rozświetlana przez tuziny stalaktytowych pochodni. Półka skalna tworzyła pewnego rodzaju ścieżkę nad przepaścią w dole.

                                      Podróżnicy przyjrzeli się malunkom na rozciągniętych skórach. Po paru chwilach, Zakareth nie miała wątpliwości, przed czyją podobizną stoi: był to Alocer.

                                      Podobizny piekielnego księcia, znanego też jako Pana Watahy, w upiorny sposób zdawały się przeszywać wzrokiem tego, który na nie spoglądał. Oba z tych obrazów przedstawiały księcia Piekieł podczas łowieckiej rejzy. Sposób wykonania nieco różnił się, jednak detale zgadzały się niemal co do matematycznej joty: diabeł miał głowę lwa, w jego paszczy tlił się ogień, miał na sobie skórzany pancerz, zaś szponiaste dłonie dzierżyły napięty łuk, którego strzała płonęła.

                                      Dorlivin jednak tylko splunął ze złością na ołtarz.

                                      – Przekleństwo – mruknął krasnolud.

                                      Choć ścieżka prowadziła dalej, wzdłuż skalnej półki, podróżnicy rozejrzeli się wokół: pod stołem rytualnym znajdował się zestaw narzędzi do składania sideł, a także mały kuferek, wewnątrz którego piątka znalazła strzały ze srebrnymi grotami i garść zwojów zaklęć. Pod stołem znalazł się także stos małych elementów, takich jak sprężyny, kolce, żyłki, metalowe pręty. Kraghul rozpoznał, że były to narzędzia do zakładania sideł.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      🔥
                                      3
                                      • slann22S Niedostępny
                                        slann22S Niedostępny
                                        slann22 jako Zakareth z Leng
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                        #32

                                        Gdy usłyszała słowa orka na temat tego, że nie chce wykorzystać fałszywego krasnoluda, to wzruszyło ramionami i cicho powiedziała.
                                        - Dla Pełzającego Chaosu i tak wszystkie narody i cywilizacje są tylko jak kwiaty, który należy podlewać, ale i przycinać, albo wyrywać z korzeniami-
                                        Zakareth W milczeniu pomagała towarzyszom badać całą posiadłość. Na widok zawieszonej wypchanej ludzkiej głowy powiedziała.
                                        - Tam skąd pochodzę mieszka pewien Ghoul, który handluje ludzkimi głowami należącymi do mędrców i uczonych… Są zaklęte tak, że zachowują świadomość i zawsze można z nimi porozmawiać… W pewnym sensie ten człowiek więcej miał szczęście… -
                                        Przyjęła pomoc w leczeniu bez narzekania,
                                        Gdy natrafili na ołtarz, to powiedziała.
                                        - Mam ochotę go w jakiś sposób zbezcześcić… To mogło by osłabić krasnoluda sługę diabłu… Ale wolę nie robić sobie na razie tak wielkich wrogów…- I podeszła przyglądać się zwojom.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        1
                                        • LubeszL Niedostępny
                                          LubeszL Niedostępny
                                          Lubesz jako Jaithe
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                          #33

                                          Chodząc po pomieszczeniach dotykałam wszystko. Były to jak najbardziej zwykle pomieszczenia, choć dekoracja z trofeum osób była osobista. Każda z nich dotknęłam jakbym patrzyła na coś... co mi cos przypominało. Miałam znów to samo uczucie jak z wypchanymi zwierzętami. A gdy zakareth powiedziała o ghoulu, az sie uśmiechnęłam.
                                          -TAK... bycie w zawieszeniu śmierci jest gorsze niż samo bycie trofeum.

                                          Pogłaskałam czule trofea jakbym im współczują, albo miało się wrażenie jakbym rozumiała przez co mogli przechodzić.
                                          Nie czekaliśmy długo w tych pomieszczeniach i ruszyliśmy do zamkniętych drzwi. Ściągnęłam runę pułapkę i wkroczylismy do srodka.

                                          Pomieszczenie nie wzbudziło we mnie strachu, rozejrzałam sie zaciekawiona. Mieszkałam w ciemności jaskiń, tutaj było dość jasno. Malowidła na ścianie były dopracowane detalami, ale nie rozpoznałam kto to jest.
                                          -Czy to ten demon o którym mówiłaś że list mial jego pieczęć?- zapytałam pokazujac na malowidła
                                          -Zbeszteścić stół? Myslisz że to coś pomoże? Czy masz podejrzenia że on daje moc?-
                                          Spojrzałam uważnie na stół próbując obczaić czy ten ołtarz mial powiązania magiczne religijno-okulistuczne ktore by dawały jakas moc lub władzę.

                                          -Coś ciekawego jest w zwojach? Lista ofiar? Cel?

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0

                                          Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                                          Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                                          Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa