Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka
-
Zakareth wzruszyła ramionami, a potem powiedziała Szeptem do towarzyszy.
- Nie jestem pewna czy już wam to mówiłam, ale na pieczęci, którą dostałam znajdował się jeden z władców piekieł, Alocer… To byłoby na swój sposób całkiem zabawne, Gdyby okazało się że zasnowidy porzuciły wiarę przodków, i zaprzedały się w niewolę komuś takiemu… -Potem zostali przywitali przez synów gospodarza, oraz jego samego. Kapłanka Nyarlathotepa pokiwała głową, i powiedziała.
- Nic nie chciało nas zjeść w trakcie podróży tutaj, ani wypaczyć na umysłów. Więc mogę powiedzieć, że była to aż podejrzanie spokojna wędrówka… Co lub kogo mamy zabić?- -
Auldegrund drgnął, usłyszawszy słowa Zakareth. Zapewne krasnolud nie widział zbyt wielu tych, którzy zostali wypaczeni przez magię, bowiem zawiesił na niej swój wzrok o oddech dłużej, niż nakazywałaby to etykieta.
– Aaa, przechodzimy od razu do interesów, a? – Auldegrund skinął głową i wskazał przybyszom miejsca, aby je zajęli. – Zupełnie jak flisacy na rzece Runtash! Ale podoba mi się to, podoba…
Usiadłszy, krasnolud wyjął zza pazuchy sporej wielkości fajkę i zaczął ją nabijać tytoniem.
– Wywerny, wicie-rozumicie – spojrzenie Auldegrunda zezowało to na Zakareth, to na Kraghula, to na Zairę i Jaithe wreszcie. – Przeklęte bestie, które nie dawniej niż miesiąc temu założyły gniazdo na północ stąd i od tamtego czasu poczynają sobie coraz śmielej. Onuż… Najpierw było tak, że zeżarły pastuchom parę cieląt. To żem nic sobie z tego nie zrobił, tereny wszakże dzikie, jak slumsy Korvosy! No, ale później to było. Dwa konie sędziwego Grenndo, na farmie na podgórzu. I potem jeszcze kolejne trzy, jakby im było mało. Później pięć dorosłych owiec Agroda Czerwonego. Gniazdo może i daleko, ale i też skrzydła spore, podlecieć im łacno a przezpiecznie, wszak nie polował na nie nikt… A sam żem jeszcze się z moimi synkami wypuścić nie chciał!
-
Kraghul jeszcze przez chwilę przyglądał się płaskorzeźbom, nawet wtedy, gdy pozostali zaczęli się już zbliżać się do otwartych drzwi. Nie znał dobrze historii krasnoludów z tych stron, ale znał naturę tego dumnego ludu. Żadnych plam na honorze. Czy to właśnie dlatego zmieniono historię zawartą w reliefie? Przesunął opuszkami palców po jednym z wyżłobień, tam gdzie dłuto zostawiło świeższy ślad. Próbował wyczuć, jakie emocje targały tym, który nanosił poprawki. Zmarszczył lekko brwi. Historia na ścianie była prosta. Bestie napadły na wsie. Waleczni jeźdźcy na smoczych grzbietach przybyli i zwyciężyli. Brodaty wojownik z płonącą włócznią postawił stopę na pokonanej wywernie. Tylko czy tak właśnie było?
Ork nic nie skomentował. Milcząc, cofnął dłoń od ściany i dopiero wtedy ruszył za resztą. Kher poruszył odnóżami na jego barku, jakby też wyczuł, że coś jest nie tak. Kiedy Zakareth wspomniała o pieczęci i Alocerze, Kraghul obrócił ku niej lekko głowę. Wysłuchał, nie przerywając marszu. Nie znał dobrze imion piekielnych panów i nie zamierzał udawać, że jest inaczej. Nie podejrzewał też, jaki to może mieć związek z ich sytuacją. No cóż, pewnie wszystko jak zawsze wyjaśni się z czasem.
Wejście do środka przyniosło ciepło. Przyjemne, mocne, a jego ciało przyjęło je niemal zachłannie po znojach na skutym lodem trakcie i wiatrach ciągnącym ze zboczy, które przemyciły zimno głęboko w jego mięśnie kości. Ork przez moment pozwolił, by ciepło komnaty go nasyciło, ale nie przymknął oczu z ulgą. Nie miał wrażenia, że znajdują się w schronieniu.
Zbyt wiele było tu zwierzęcych szczątków, by mógł się odprężyć.
Kości na półkach. Wypchane truchła niedźwiedzi. Wilk ze szczerzącymi się kłami. Martwe pyski zwierząt, którym taksydermista zostawił na obliczach tyle gniewu, ile tylko zdołał. Ludzie nie rozumieli, że kości i skóry też mają moc, a dla wrażliwych na duchy było to naprawdę paskudne miejsce. Nie wspominając już o tym, że nie widział w tych trofeach powodów do dumy. Nie zabito tych zwierząt dla mięsa, dla skór ani nawet dla rytuału sprawdzenia sił, który miał wprowadzić młodego orka w dorosłość. To było Thrak-gor. Łowy dla pychy.
Mimo wszystko nie chciał pokazać gospodarzom swojego niesmaku. Ostatecznie nie zmieniłoby to ich nastawienia, a Ośmiooki nie brał udziału w walkach, których nie mógł wygrać. Kher wspiął się wyżej, bliżej szyi orka. Kraghul uniósł rękę i na moment dotknął go palcem, delikatnie, gestem niemal niepasującym do wielkiej dłoni. Chowaniec wyczuwał jego nastroje i reagował na nie.W środku dokładnie przyjrzał się krasnoludom. Rzucił spojrzeniem na Dorlivina i Vorlindiego, tak podobnych i tak różnych w sposobie, w jaki nosili swoje imiona. Potem na Auldegrunda Ponurego, który wyszedł do nich z dumą gospodarza i przywitał ich jowialnie. Bardzo cudacznie jak na gust Kraghula. Nie uszło też jego uwadze, że jedzenie mieli przygotować synowie. Czy we włościach urządzonych z takim rozmachem nie było służby? Nie wiedział, co ma myśleć o tej trójce. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że trochę nie pasują do aury tego miejsca. A może po prostu zbyt mało czasu spędził wśród tego niskiego ludu? Westchnął i spoczął ciężko na jednym z krzeseł, wyraźnie nieprzygotowanym dla kogoś jego gabarytów.
Zakareth zapytała wprost, co albo kogo mają zabić, co nieco go zdziwiło. Zdążył przywyknąć do bezpośredniości towarzyszki, ale nawet on nie spodziewał się poruszenia tej kwestii tak szybko. W pewnym sensie było to uczciwsze pytanie niż większość grzecznych powitań. Patrzył na Auldegrunda, kiedy ten zaczął mówić o wywernach, i znowu głęboko się zastanowił, do czego właściwie byli mu potrzebni. Pan tylu trofeów nie zasłaniałby się chyba lękiem przed prawdziwymi łowami. W końcu to była Lwia Loża. Na dodatek przed wejściem miał wrażenie, że mury te są po części więzieniem. Jeśli nie chodziło o żadną bestię zamkniętą w środku, to o co? Coś bardzo mu w tym wszystkim nie pasowało.
I znowu wywerny. Te same, co na reliefie. Czy to był przypadek? Nie sądził, by w istocie tak było. Zamierzał wywiedzieć się więcej od gospodarza, lecz najpierw trzeba było zadbać o introdukcję i fasadę uprzejmości.
– Droga była ciężka, ale warta znoju. Poza tym do żadnego miejsca wartego zobaczenia nie mogą wieść łatwe ścieżki – powiedział w końcu niskim, chropawym głosem.
Spojrzał krótko w stronę wejścia, jakby widział przez ściany świeże ślady dłuta na zewnętrznych reliefach.
– Wasza Loża jest większa, niż się spodziewałem. I cięższa.
Miał nadzieję, że nie brzmiało to jak obelga. Nie potrafił pochwalić tego miejsca w naturalny sposób, więc zwrócił uwagę na fakty, które i tak mogły zostać odebrane przez gospodarzy jako komplement. Do kompletu pochylił lekko głowę przed gospodarzem, bardziej z tytułu zasad gościny niż z uniżoności.
– Kraghul Ośmiooki – przedstawił się krótko. – Dziękuję za zaproszenie i ciepło twego ognia, Auldegrundzie Ponury.
Powiedział to z odpowiednim szacunkiem, po czym, mając kwestie grzecznościowe za sobą, przeszedł do meritum.
– Nie jestem wielkim znawcą, ale czy wywerny nie zabijają zwykle wtedy, kiedy są głodne albo kiedy bronią gniazda? Jeśli mamy je zabić, dobrze byłoby wiedzieć, co je sprowokowało. Czy to jedna z bolączek tych stron? Nie umknęło mojej uwadze, że na reliefie przy wejściu również upamiętniono ubicie wywern. Zresztą, chciałem też zapytać przy okazji, czy nie zechcesz, drogi gospodarzu, przybliżyć nam historii tam zawartej?
Zarzucił gospodarza garstką pytań i czekał na odpowiedź. -
Wcześniej - Kraghul
Kraghul przyłożył dłoń do kamiennego reliefu. Głaz był zimny, zaiste, zimny podwójnie albo i potrójnie, bowiem zewnętrze Loży zostało wystawione na działanie legendarnego wichru Obłędnych Gór, który, jeśli tylko wierzyć bajaniom gawiedzi, potrafił przeniknąć do kości nawet najtęższego z wojowników.
Ork skupił się przez parę dłuższych chwil, próbując odczytać, czy w kamieniu został jakiś ślad emocji. Skupił się, skupił…
Wizja. Ręce uderzające w kamień. Ktoś, chyba krasnolud. Jakiś tuzin rąk, pieczołowicie uderzających w kamienne lico. Wielu z nich, całkowicie obojętnych, wykonujących rozkazy. Jeden jednak… Poczucie chytrości. “Nowe czasy… Nowe metody”, głos nienależący do kogokolwiek przemknął przez umysł orka. Może to był nawet głos samego Kraghula? Chęć ukrycia czegoś. Zatarcia śladów. Pozostałość emocji płonęła w kamieniu. A potem nic, nic. Rozwiała się, jak dym.
Wizja odeszła tak szybko, jak przyszła. To było wszystko.
Po wejściu do Loży - Kraghul
– Droga była ciężka, ale warta znoju. Poza tym do żadnego miejsca wartego zobaczenia nie mogą wieść łatwe ścieżki – Kraghul powiedział w końcu niskim, chropawym głosem. – Wasza Loża jest większa, niż się spodziewałem. I cięższa.
– Ba-ha! – Auldegrund z dumą rozpostarł się na swoim siedzeniu – Jakżeby inaczej! Warto tu być, a jakże… Warta znoju rzecz. Dzięki ci, dużo żeśmy się napracowali. Konkretny grosz w rzecz wszedł, a jakże!W tym samym czasie, zza drzwi, gdzie wcześniej zniknęli Dorlivin i Vorlindi poczęły dobywać się nęcące zapachy: pieczone mięsiwo i drażniąca woń ziół mieszały się w jedno. Jaithe przysiągłaby, że gdzieś tam bulgotał kocioł, zaś Zaira, strzygąc swoimi długimi uszami, usłyszała klamor naczyń i syk noży, które wbijały się w kawałki upolowanego mięsa. Krasnoludy spieszyły się, aby wkrótce podać to, co mieli do zaoferowania.
Tymczasem konwersacja trwała.
– Nie jestem wielkim znawcą, ale czy wywerny nie zabijają zwykle wtedy, kiedy są głodne albo kiedy bronią gniazda? – zapytał Kraghul. – Jeśli mamy je zabić, dobrze byłoby wiedzieć, co je sprowokowało. Czy to jedna z bolączek tych stron? Nie umknęło mojej uwadze, że na reliefie przy wejściu również upamiętniono ubicie wywern. Zresztą, chciałem też zapytać przy okazji, czy nie zechcesz, drogi gospodarzu, przybliżyć nam historii tam zawartej?
Auldegrund przeżuwał słowa orka przez jakiś czas.
– Chcesz ode mnie odpowiedzi i opowieści – postukał się w swoją srebrną czuprynę. – Mmm. A i słuszne to… No – stary przez parę chwil zbierał myśli i drapał się po czerepie. – Wywerny, prawda… Przeklęta plaga, ot, i tyle. Vorlindi wypuszczał się na stoki wcześniej, a, prawda to. Zebrał paru luda z sioła opodal. Moc kreatur tam, na stoku. Chcieliśmy się wypuścić we trzech, ale… Wszak żem słyszał, żeście w pobliżu. Czemu nie? – Auldegrund rozpostarł ręce. – Co tam je sprowokowało? Aaa. Długa rzecz, opowiadać. Nazajutrz bym wam rzekł co więcej, jak bestie podejść. Nie taka łatwa sprawa. Długi temat, rzekłbym. I nie na pusty żołądek.
Jeśli zaś chodziło o opowieść co do tego, co zostało przedstawione na kamiennych reliefach na zewnątrz, Auldegrund uśmiechnął się niemal przepraszająco:
– Znam wiele opowieści, ale ta, co jest wyryta na murach Lwiej Loży, jest najkrótsza. Rzekłbym ci cały werset mego klanu, ale widzisz, wypiłem swe pierwsze piwo przed tym, kiedy nowe wersety zostały dodane.
Pokręcił głową i zaśmiał się krótko.
– Prapraprapradziad mój, Bhandrin, osiedlić się miał w Janderhoff, ale grosz mu nie szedł, tedy imał się łowiectwa i garbarstwa. Począł polować u stóp gór, i, onuż, widzisz, wywerny. Zażarte bestie, nie tak szybko pójdą w piach. Zwołał wtedy luda z sioła, zbrojni w widły i czerepy. Wzięli, weszli w góry i usiekli parę zielonych gadów. I Lożę założyli. I prawda to, jak gadają pisma, mój dziad wprawny był w rozkazywaniu smoczyskom. Jaką to sztukę w onych czasach poznał, jego rzecz. Ot… I tyle.
Krasnolud roześmiał się, jakby cała rzecz była żartem.
-
Zakaret przysłuchiwała się temu co mówią, a potem zostawiła się przez moment, bo coś tutaj zupełnie jej nie pasowało.
- Wyverny… Potwory podobne do Byakhe albo pradawnych Serpentisów… Aczkolwiek nie spokrewnione z nimi… Nie dziwi mnie to, że Potwory atakują owce i inne stworzenia, bo podobnie robią Pająki Czeluściowe, aczkolwiek one zazwyczaj porywają tylko dzieci lub psy… - Przekrzywiła głowę i spojrzała swoimi naturalnymi oczyma prosto w oczy patriarchy krasnoludów. *- Wyglądacie na zapalonych łowców, więc jestem trochę zaskoczona, że sami się nie udaliście, aby na nie zapolować -
Było bardzo miło znaleźć się w ciepłym pomieszczeniu i zdjąć pelerynę. Od razu dało ono o sobie znać, a i widoki były dość interesujące - trofeów nie brakowało, a wręcz zostały one wystawione jak na pokaz.
Zaira skinęła głową - najpierw dwukrotnie witając się z krasnoludami, potem jeszcze raz, gdy powitała ich głowa rodziny gospodarzy.
Elfka słuchała rozmów, przyglądając się uważnie wypchanym zwierzętom. Osobiście nigdy tego nie robiła - zwyczajnie szkoda by było czasu. Polowała, jak najbardziej. Mięso było do jedzenia, piór używała do robienia strzał lub odsprzedawała tanio jako narzędzie piśmiennicze, zaś futra były na sprzedaż - ale to ostatnie nigdy nie było celem a jedynie odbywało się tylko przy okazji.
Ciężko jej było określić, czy zostały zrobione miesiąc temu, czy pięć dekad temu - musiało to być jakoś tak pomiędzy i z pewnością rozwleczone w czasie.
Odniosła wrażenie, ze niektóre z oczu w głowach wypchanych wilków były puste. Inne miały jakieś oszlifowane kamienie lub szkiełka i wyglądały dużo bardziej "żywo". Ale braki te dawały się zauważyć dopiero po dokładniejszym obejrzeniu z bliska, więc był to niewielki defekt.Nie trwało długo, zanim dała odpocząć zmęczonym nogom i zasiadła do stołu.
Była przekonana, że wywerny są dużo groźniejsze niż wystawione w pomieszczeniu trofea. Było dla niej nawet zagadkowe i dziwne, że nie pochwalili się wypchaną wywerną - skoro ich przodkowie skutecznie z nimi walczyli. Ale naturalnie nic takiego nie powiedziała.
Jej zdaniem, wywern tyczyły się te same zasady jak i innych zwierząt - jak choćby zapotrzebowanie na jedzenie i prokreację.
- Ja się na wywernach może średnio znam, - zaczęła skromnie, - ale moim zdaniem, wróciły na stare tereny aby dopełnić pętlę życia. Wiele zwierząt migruje aby złożyć jaja i nawet sam już wspomniałeś o gniazdach, - mówiła i spojrzała na gospodarza. - A że biorą więcej jedzenia niż zdaje się potrzebne. Moim zdaniem zabierają je do gniazda aby nakarmić młode, które same jeszcze nie polują. Ale to ostatnie może się niedługo zmienić, więc trzeba działać w miarę szybko... Kiedy następowały te porwania zwierzyn? -
– Wyglądacie na zapalonych łowców, więc jestem trochę zaskoczona, że sami się nie udaliście, aby na nie zapolować – rzekła Zakareth.
– Aaano – krasnolud powiódł swoją okrągłą dłonią, chełpliwie wskazując na każde z trofeów zawieszone na ścianie. – Powiadają, że jeden z mych przodków z rodu Ponurorytu, Trudigg Pięściotarcza, zakończywszy boje w Obłędnych Górach, słynął ze swej niezwykłej techniki podchodzenia zwierzyny i łamania jej karku jednym ciosem. Taaak… Ja, Dorlivin i Vorlindi jesteśmy łowcami. Bestie jednak są zawzięte, rozumiecie? Vorlindi gadał, że te tutaj atakują masą po trzy, po cztery! Nie taka łatwa rzecz.Krasnolud poskubał swą siwą brodę.
– Synowie moi coś gadali, że w rzecz może być zamieszana jaka magia – rozłożył ręce. – Nie wyznaję się na rzeczy…
Zwrócił się jeszcze do Zairy, która spytała się, kiedy ostatnim razem wywerny zaatakowały:
– Ostatni raz? – Auldegrund wysunął przed siebie swoją pulchną dłoń i począł liczyć. – Jakieś… Dwa… Mmm. Dwa albo trzy tygodnie temu. Dwa raczej niż trzy. Zabrały wtedy sześć owiec. To byśmy rachowali, że niedługo puszczą się na nas jeszcze raz.
Zaira i Kraghul sięgnęli pamięcią co do natury wywern. Cóż, wydawało się, że stary krasnolud miał rację. Wywerny zdawały się rzadko wypuszczać na te tereny, jednak głód i polowania szczepów orków w Obłędnych Górach mogły ściągnąć niektóre z nich na tereny, takie jak ten. Kraghul i Zaira znali wywerny jednak jako samotne drapieżniki, rzadko kiedy łączące się w coś więcej niż parę. Toteż wieści o trójce lub czwórce łuskowatych paszcz ork i elfka przyjęli za co najmniej rzadkie, niemalże nieprawdopodobne.
Tymczasem, z drzwi, gdzie dobiegały odgłosy gotowania strawy, wyszedł Dorlivin. Krasnolud o włosach rudych jak rdza zrobił lekki ukłon w stronę swego ojca, który lekko skinął głową. Niosąc antał wina, nalał on do czaszy w dłoni Auldegrunda, po czym z małej kiesy przy pasie wyciągnął pięć dodatkowych kielichów. Cztery rozłożył przed wędrowcami i nalał wino do każdego z nich, piąty zaś nalał sobie.
– Strawa będzie niedługo – rzekł.
I dodał:
– Stara tradycja Ponurorytu dla nowicjuszy każe, by ten rzekł opowieść o największej, najbardziej zażartej i najbardziej niebezpiecznej bestii, z jaką się starł – rzekł Dorlivin. – I jak się udało ją pokonać. Czy… Oddacie honoru staremu obyczajowi i rzekniecie, z jakimi bestiami walczyliście na waszych ziemiach? Wszakże Auldegrund Ponury rzekł już nieco o misji, rzeknijcie nieco o sobie.
Dorlivin, rzucając od czasu do czasu spojrzenie na Auldegrunda, stanął przed czwórką wędrowców, oczekując odpowiedzi.
-
Jaithe
Weszłam przez worta, a ciepłe powietrze uderzyło mnie w twarz. Włosy lekko zafalowały i opadły nie poprawione na policzek. Wzrokiem objąłem całe majestatyczne pomieszczenie. Truchła zwierząt które tutaj były, nie wzbódzały we mnie odrazy, a raczej uczucia pokrewieństwa. Jakby one były podobne do mnie, albo ja do nich. Puste skorupy, które można było by natchnąć. Te świadectwa jednak były pokazem łowieckim, co dośc mocno i mnie zaniepokoiło że sami nie gnali się do walki z innymi bestami. Może polowali na pospolite zwierzyny, niżeli na większe bestie.Sama pokiwałam głową na powitanie synom gospodarza, jak i później jemu samemu. Nie odzywałam się na razie, próbując zakryć swoją twarz aby ich nie spłoszyć. Przysłuchiwałam się rozmową które toczyli, rozglądając się bardziej w pomieszczeniu, próbując zobaczyć lub dostrzec coś co mogło by wzbódzić moje obway. Moja wizja się nie myli, tutaj będzie coś emocjonującego, wolałam się na to przygotować. Miałam nadzieję że to nie ckliwa historyjka krasnolódów, bo to było by...nudne.
-Hm... Mowicie więc, że może być wmieszana magia do działań besti? To może naprawdę utrudnić łowcom polowanie jeżeli na takowe magiczne zwierzęta się nie brały - Powiedziałam a moja dolna szczęka się podzieliła na przecięciu brody. - Sama miałam doczynienia z magicznymi bestiami, ale raczej z ciemniejszymi istotami, niżeli zwyczajne bestie. Najciekawszą moją zdobyczą było stworzenie z innego wymiaru, sama do końca nie wiem co to mogło być, choć je badam. A co do wiwern, jakie macie dowody lub poszlaki odnośnie magii? Mam nadzieję że będziemy mogli je zobaczyć, aby uspokoić was że to są jednak zwyczajne stworzenia, które zachowują się nadmiar nie przewidywalnie przez inny zewnętrzny czynnik -
Zakareth była absolutnie pewna, że to wszystko jest jedną wielką płapką, ale uznała że z czystej ciekawości może w nią wpaść. Jednakże wolała zadać pytanie.
- Nie jestem pewna, jak potężne są Wyverny… Podejrzewam jednak, że nasza drużyna byłaby w stanie poradzić sobie z jedną, być może dwoma, chociaż to wątpliwe, ale trzy lub cztery to zdecydowanie zbyt wiele jak ma nasze możliwości… Jeśli chodzi o najgroźniejszą istotę jaką kiedykolwiek Pokonałam… Na początku chciała opowiedzieć o jednym z kucharzy z zamku Maledictus, ale potem zmieniła zdanie i powiedziała. - Śpiewający pająk z błękitnych szczytów…. Potrafią swoją śpiewem zwabić kogoś w pajęczynę… Nie żywią się jednak jego ciałem, a snami i marzeniami - -
Zaira zastanawiała się jakie stworzenie było najpotężniejszym jakie upolowała. Na te najgroźniejsze bestie zawsze polowali w grupach, zatem nie mogła sobie przywłaszczyć chwały ich pokonania. Z jej osobistych polowań? Ludzie zdawali się być na szczycie listy, ale czy oni się liczyli?
Nieznane stworzenie z innego wymiaru, czy też wielki magiczny pająk otumaniający śpiewem brzmiały interesująco i egzotycznie. Zaira nie miała takich doświadczeń, ale w obronie ich Lasu polowała na niejedno.
- Owlbear, dosyć wielki, jeśli chodzi o mnie osobiście. Uporczywością i celnie wypuszczanymi strzałami - powiedziała z nieukrywaną nutą dumy.
- Ale brałam też udział w upolowaniu hydry i wybiciu stada terrorbirdów, a to zrobiliśmy dzięki dobrej pracy zespołowej - dodała szybko. I na tym powinni się teraz skupić jeśli chcieli ubić grupę wywren, na pracy zespołowej łączącej magię i stalową broń, oczywiście przy zastosowaniu dobrej taktyki myśliwskiej. -
– A co do wiwern, jakie macie dowody lub poszlaki odnośnie magii? Mam nadzieję że będziemy mogli je zobaczyć, aby uspokoić was że to są jednak zwyczajne stworzenia, które zachowują się nadmiar nie przewidywalnie przez inny zewnętrzny czynnik – zapytała Zaira.
Auldegrund, obserwowany przez Dorlivina, odparł w te słowa:
– Przecie gadam, że porywają ludziska w kupie – wzruszył ramionami, nagle zniecierpliwiony. – Bestie raczej pojedynczo przylatują, no chyba, że para. Ale bym gadał, że coś niedobrego za sprawą jest. Ooo, niedobrego.
~
Rozmowy i wymiana uprzejmości z Auldegrundem trwały jeszcze jakiś czas. Stary krasnolud, w miarę upływu czasu, zdawał się być coraz bardziej zainteresowany swoimi własnymi uwagami i tonem swojego głosu, zamiast tym, co mieli do opowiedzenia podróżnicy. Jeśli chodziło zaś o misję, którą mieli wypełnić przybysze, Ponury zbywał ich coraz bardziej: tłumaczył, że “nie czas jeszcze” i “o polowaniu to się gada nie o pustym żołądku”. Ot, zdawało się, że stary Auldegrund nie miał ochoty do rzeczy powracać w tym dniu, raz nakreśliwszy, na czym sprawa polegała.
Dorlivin był przez jeszcze jakiś czas w pomieszczeniu i słuchał tego, co goście, którzy zawitali do Loży mieli do powiedzenia. Dorlivin wydawał się być pod wrażeniem opowieści trzech kobiet, które stanowiły pewien kontrast do orka, który milczał, rozpostarty na swym siedzeniu.
Krasnolud szybko wycofał się do wnętrza pomieszczenia, gdzie jego brat przygotowywał jedzenie. Zdało się, że dwójka zdwoiła swe wysiłki, aby wreszcie dostarczyć jedzenie, bowiem z lekko uchylonych drzwi uderzyła feeria zapachów: dominowało pieczyste, jednak i przebijały się też akcenty ziół.
Wreszcie, zdobione dźwierze do kuchni otworzyły się i dwóch krasnoludów wyszło z nich, niosąc nęcące nozdrza jedzenie.

Wewnątrz mis znajdowały się przeróżne potrawy, które, choć skromne i posiadające pewny surowy urok, wyglądały na zaiste przyrządzone z należytym pietyzmem. Była tu pieczeń z sarniny o aromacie czerwonego wina, rozmarynu i pieprzu. Polana była fioletowo-czerwonym sosem z jeżyn, jagód i porzeczek. Wokół niej, na podobieństwo mchu porastającego głaz, rozsypana została kasza gryczana z grzybami i cebulą, pachnąca świeżą natką pietruszki. Poza daniem głównym, czyli pieczenią, były pieczone selery, marchewki i buraki, zaś osobną misę zarezerwowano na modrą kapustę podaną z jabłkami i śliwkami. Każdy z krasnoludów miał na swych plecach mały antałek wina.
~
Auldegrund, kiedy tylko jego synowie podali mu przyrządzone jedzenie, zawołał:
– Wreszcie, synowie moi! Kuchciki z was przednie, ale grzebiecie się w onej kuchni jak muchy w smole albo jak klacz w oborze, pfhe-he-he! – krasnolud rubasznie zaśmiał się z własnego żartu, zatopił widelec w odciętym kawale mięsiwa i z uśmiechem od ucha do ucha głośno żuł pieczyste. – No! Goście! Częstujcie się, czym chata bogata, jak gadają… Lub Loża!
I zaśmiał się raz jeszcze, żując i mlaskając bez zażenowania. Vorlindi zdjął ze swych pleców antał i postawił przed sędziwym krasnoludem, Dorlivin zaś zbliżył się do śmiałków i odkorkował antał.
Nagle…
Krasnolud stracił równowagę i pchnął nieco mocniej jeden z kielichów, który należał do Zakareth. Wino rozlało się nieco, choć krasnolud w ostatniej chwili złapał kielich. Niestety! Krople wina rozlały się już na stół i na posadzkę, plamiąc ziemię.
– A… Wybaczcie no… – burknął nagle zbity z pantałyku Dorlivin.
Auldegrund jednak parsknął potężnie i z ledwością przełknął, aby wreszcie ryknąć śmiechem.
– Dorlivin! Chlać miałeś przestać, na wszystkie diabły! – siwobrody śmiał się jeszcze przez parę dłuższych chwil, wypełniając przestronne wnętrze tubalnym rechotem. – Do kroćset, cóż nie tak jest z tym dzieciakiem? Ha-ha-ha!
Auldegrund przez dłuższy czas rechotał, jednak Dorlivin przybliżył się do Zakareth i w ułamku sekundy szepnął, ścierając rozlane wino:
– Nie jedz, zatrute.
To było wszystko. Szept krasnoluda był nie głośniejszy niż odległe szuranie myszy. Auldegrund, zaśmiewając się, pokraśniał i robił rumor swym kielichem, prześmiewczo naśladując swego syna, Vorlindi zaś był całkiem zajęty usługiwaniem staremu.
-
Zakareth Z wielkim trudem powstrzymała się przed tym, aby ciężko westchnąć słysząc to co mówią krasnoludy. Hotel czekała na gotowany poczęstunek, obejmując swój okuty z piwem kostur. Uczty nie były tym, co ją pasjonowało… Zwykli mieszkańcy Leng wyprawiali czasem uczty i biesiady, ale takie istoty jak ona… Były jedyne aspekty życia pośród normalnych istot, Które o wiele ją interesowały, Ale ich tutaj raczej nie było…
Potem jedynek na uczcie usłyszała od jednego z braci, Dorilvina, że podano im truciznę, powiedziała.
- Muszę się przebrać, a także Udać do toalety… Coś z moim żołądkiem nie tak - I gdy przechodziła obok Zairy zgięła się Boleśnie w pół, i i jej szeptem na ucho
.- Chcą nas otruć.- I ruszyła dalej. -
Kraghul słuchał kolejnych odpowiedzi, nie przerywając nikomu. Nie wyglądał na znudzonego, choć właściwie trudno było odczytać cokolwiek z jego twarzy. Zmieniło się to dopiero przy wzmiance Zakareth o Śpiewającym Pająku z Błękitnych Szczytów. Poruszył wtedy lekko palcami opartymi o stół, a jego twarz przybrała przykry grymas. Próbował sobie to wyobrazić. Kher, jakby wyczuwając zmianę nastroju orka, przesunął się nieco na jego barku.
Pająk żywiący się snami i marzeniami.
Było w tym coś paskudnego. Rozumiał zwykły głód, ale ten rodzaj czerpania energii z innych istot jawił mu się jako dalece bardziej okrutny. Głód był głodem i czasem trzeba było zjeść mięso innej istoty, ale to? Paskudna była sama myśl, że coś może zostawić ciało, a zabrać z człowieka to, co pozwala mu wstać następnego dnia. Jego sens.
Opowieść Zairy spodobała mu się bardziej. Zmagania, którym musiała sprostać, przypominały nieco jego rytuał wejścia w dorosłość. Sowoniedźwiedź. To było nader imponujące, ale osiągalne dla kogoś, kto wcześniej się przygotuje i wybierze teren. Do tego hydra i terrorbirdy pokonane wspólną pracą. Kraghul nie powiedział tego głośno, ale skinął jej lekko głową z uznaniem. Tak, praca zespołowa była ważna, zwłaszcza jeśli mieli wyjść z tego cało.
Sam długo nie odpowiadał. Dorlivin czekał, Auldegrund mówił coraz chętniej, sala pachniała pieczenią, winem i dymem, ale ork nie rozkoszował się tym. Miał wrażenie, że im więcej słów padało przy stole, tym mniej było w nich prawdziwej treści. Znał mniej więcej sposób żerowania wywern. Nie był może w tej kwestii specjalistą, ale wychowując się wśród orczych łowców, nabywało się trochę wiedzy. Stworzenia te atakowały samotnie lub czasem w parze. Rzadko więcej. Wieść o trzech albo czterech naraz trąciła mu przesadą.
Kiedy wreszcie podano jedzenie, nie rzucił się na nie, chcąc dać wyraz temu, iż nie należy z góry oceniać ogłady orków. Część jego współplemieńców oczywiście odmiennie potraktowałaby tę sprawę, chwyciłaby szybko za nóż, a może nawet rękoma wybrała polewkę z misy, ale Kraghul czuł się zobowiązany zmieniać utrwalone stereotypy. Nawet jeśli zapach sarniny i grzybów był nader kuszący. Przyjął miskę, spojrzał na pieczeń i przez chwilę się zawahał. Nie chciał wyjść na nieuprzejmego, ale od początku wiele mu nie pasowało w tej wizycie. Brak służby, przeczucie, iż Loża stanowi pewien rodzaj więzienia, mętne tłumaczenia gospodarza. Coś mu tu nie pasowało. Na razie dał jedzeniu ostygnąć.
I właśnie wtedy podano mu kielich. Ork grzecznie odmówił. Nana Anadi mu świadkiem, że w kontaktach z duchami lepiej pozostawiać trzeźwy umysł. Nie ma nic gorszego niż obcowanie z duchami w stanie upojenia. W końcu kontakt często bywa obustronny. Znacznie lepiej spisywały się różne mieszanki ziół, które wynosiły umysł na inne poziomy świadomości, choć wątpił, by gospodarze mieli akurat coś takiego.
Kiedy rozważał tę kwestię, Dorlivin akurat zachwiał się przy kielichu Zakareth. Kraghul doliczył ów fakt do kupki podejrzanych sytuacji. W każdym razie jego spojrzenie na moment stwardniało. Widział już, jak ktoś potyka się ze zmęczenia albo w stanie upojenia. To tutaj mogło być zwykłym przypadkiem, ale wątpliwości narastały. Kher wspiął się wyżej, bliżej szyi orka, a cienkie odnóża musnęły skórę pod jego uchem.
Zakareth podniosła się chwilę później, mówiąc coś o żołądku i potrzebie przebrania. Kiedy przechodziła obok Zairy, zgięła się w pół odrobinę zbyt teatralnie, a Kraghul odprowadził ją wzrokiem. Nie trzeba było mieć przydomku Ośmiooki, by wiedzieć, że coś jest na rzeczy. Miał tylko nadzieję, że gospodarz nie jest równie bystrym obserwatorem. Trzeba było jakoś skupić jego uwagę. Pytał o największą, najgroźniejszą bestię. Dobrze. Niech spóźniona odpowiedź Kraghula będzie dywersją i da czas reszcie grupy na... na cokolwiek teraz planowali.
– Wśród mojego ludu młody ork nie staje się dorosły z czasem. Musi przejść próbę, rytuał dorosłości... – odezwał się w końcu niskim, chropawym głosem. – Rada dobiera poziom wyzwania wedle własnego zamysłu. Oczywiście nikt nie ma żadnych forów, ale głupio jest szafować tym samym wyzwaniem wobec każdego. Sprawiedliwie nie znaczy równo.
Na moment spojrzał na wypchane łby zwierząt. Potem na Auldegrunda i jego synów.
– Mnie posłano kiedyś za ankhravem – powiedział po chwili. – W języku mojego ludu bestie te noszą nazwę Gorakh'aktha, co można przetłumaczyć jako "żądło mieszkające w ziemi".
Urwał na moment, jakby próbował przedrzeć się przez osnowę wspomnień.
– Nie jest to bestia, którą można podejść jak jelenia albo zagonić jak dzika. Nie widzisz jej, nie słyszysz, dopóki sama nie zechce, by ją ujrzano. Idziesz przez suchą równinę, a nagle ziemia pęka ci pod stopami. Musisz być gotowy, by w odpowiednim momencie wrazić włócznię w ziemię. To głównie próba cierpliwości i czujności. Cech, których wówczas nieco mi brakowało. Starsi dobrze dobrali swoją próbę, a ja wróciłem z łbem bestii. Silniejszy i lepszy niż w dniu, w którym mnie posłano.
Nie uśmiechnął się.
– A jeśli obyczaj pozwala spytać także gospodarzy, jaką bestią możecie pochwalić się ty i twoi synowie, Auldegrundzie Ponury? – zapytał i miał nadzieję, że takie zawiązanie tematu odwróci uwagę od... całej reszty. -
Zakareth powstała, Vorlindi zaś drgnął. W międzyczasie, Dorlivin, który już starł wino z blatu stołu, ustawił się nieco za Auldegrundem, gotów usługiwać swemu ojcu. Wygłoszona uwaga, aby iść do wychodka sprawiła, że Auldegrund rzucił krótkie spojrzenie na Vorlindiego, ten zaś z uśmiechem począł iść w stronę Zakareth. Zakareth miała niejasne przeczucie, że choć jej blef z pójściem do garderoby wszedł gładko, Auldegrund i pozostali zobaczyli, jak przytłumionym głosem rzekła coś do Zairy. Krasnoludy załapały coś… Chyba
Auldegrund wydawał się jednak nie tracić rezonu.
– Się rozumie – stary krasnolud nie podniósł głowy ze swojej misy, nadal intensywnie żując, mlaskając i opryskując śliną wokół wszystko. – Vorlindi, zaprowadź panią do garderoby.
Krasnolud, zgodnie z instrukcją swojego ojca, wskazał drzwi, gdzie wcześniej wyszedł on sam i Dorlivin. Krępej postury brodacz wykonał przywołujący gest w stronę Zakareth, ta zaś podeszła nieco bliżej i poczęła kręcić się i spowalniać kroku. Kapłanka Nyarlothepa sięgnęła do swego plecaka podróznego i poczęła w nim gmerać ostentacyjnie, szukając czegoś chyba i grając na czas.
W międzyczasie, Kraghul wyłożył Auldegrundowi swą historię z ankhravem, co krasnolud przyjął z wdzięcznym, acz nieco zobojętniałym wzrokiem. Opowieść Kraghula, za każdym razem, kiedy robił pauzę tudzież przecinek, zdawała się być akcentowana westchnięciami starego krasnoluda, który kręcił widelcem, ponaglając orka i kiwał głową.
Kraghul spytał:
– A jeśli obyczaj pozwala spytać także gospodarzy, jaką bestią możecie pochwalić się ty i twoi synowie, Auldegrundzie Ponury?
Auldegrund podniósł swój wzrok znad drewnianej misy.
– Chimera – Auldegrund pokiwał głową, zdaje się, wracając do wspomnień. – Sioło, co się Szron zwało. Cholerna bestia z trzema głowami, magiczne wynaturzenie jakieś. Ot, czasy się zmieniają, kiedyś to mój dziadek jeno na kuguary polował, a dzisiaj? Dzisiaj to uczciwy krasnolud to musi i zapolować, i przyhandlować, i…
Urwał. Auldegrund spojrzał nagle na Zakareth, która od paru dłuższych chwil już grzebała w swojej torbie podróżnej, usilnie szukając czegoś. Zaraz potem jego wzrok odbił się na Kraghula, który absolutnie nie tknął swojego jedzenia, tak samo jak Jaithe i Zaira. Wydawało się, że stary krasnolud odczytał sytuację, która rysowała się przed jego oczyma.
Auldegrund powstał nagle z siedzenia i wskazał na Dorlivina i Vorlindiego jakimś dziwnym, zamaszystym gestem, po czym wykrzyknął:
– Dźwierze! Czas, czas, już czas!
Z wrót do Lwiej Loży nagle dobiegł intensywny dźwięk przemieszczającego się mechanizmu, a potem głośny chrzęst, który przywodził na myśl tylko serię spadających zapadek i skręcających się łańcuchów, które w jednej, krótkiej chwili zwarły się.
W tym samym czasie, Dorlivin i Vorlindi, a także i sam ich ojciec, odpięli swoje młoty bojowe zza pasów. Jedynie Dorlivin, który, wyciągając swój młot bojowy, ociągał się i jakoś wahał, jednak pokornie słuchał swego ojca.
– BRAĆ ICH! – Auldegrund wykrzyknął.
-
Zaira potraktowała poważnie wiadomość od Zakareth. Na szczęście nie zdążyła jeszcze niczego spróbować, choć niewiele brakowało. Elfka nie miała pojęcia co krasnoludy chciały zyskać zabijając ich, wszak mieli przy sobie niewiele więcej niż wartość zatrutego jedzenia, chyba. Wiedziała natomiast, że w pierwszej kolejności należało ostrzec pozostałych, ale siedzieli oni po drugiej stronie stołu, więc niebezpiecznie było to zrobić werbalnie. Niestety nie mieli też wspólnego doświadczenia z truciznami, do którego mogłaby się odnieść.
Wysunęła i nawet wyprostowała nogę pod stołem, ale nie dosięgnęła siedzącej na przeciwko niej Jaithe. Na szczęście Zakareth odwróciła uwagę jednego z krasnoludów dzięki czemu elfka dyskretnie wysunęła się do przodu, siadając na samej krawędzi swojego krzesła. Jej stopa dosięgnęła kolan Jaithy, a mając jej uwagę, Zaira zaczęła znacząco mrugać prawym okiem - którego nie widział żaden z krasnoludów, jednak wiadomość sprowadzała się do ogólnego ostrzeżenia, niczego nie wyjaśniając.
Zanim Zaira wymyśliła jak przekazać konkretną informacje, Auldegrund albo zorientował się że coś wiedzą albo stracił cierpliwość... No i się zaczęło. -
Vorlindi, odpiąwszy uprzednio swój młot zza pasa, huknął Zakareth raz, drugi. Runiczny młot rozbłysnął zimnym ogniem, potężnie raniąc kapłankę Nyarlathotepa. Była ona teraz poważnie ranna!
– Było iść po dobroci! – wrzeszczał Auldegrund, który lada chwila, już-już miał natrzeć na podróżników.
Ork na wyzwanie Auldegrunda odpowiedział nerwowym warknęciem, podnosząc się ze swojego krzesła. Kraghul uniósł jeden ze swoich kościanych fetyszów przed siebie i wymamrotał słowa, które zawibrowały w przestrzeni. Przed Auldegrundem pojawił się świetlisty tasak, który chlasnął krasnoluda w skroń, aż chlusnęła jucha.
Dorlivin tymczasem stał na uboczu; zdawać się mogło, że miedzianowłosy krasnolud siłował się z czymś, coś próbował przezwyciężyć. Co rusz sięgał po młot, to odwracał się od niego, to wiercił w dziwny sposób, niejeden raz walnął siebie kułakiem po czerepie. Czyżby walczył z jakimś obcym wpływem? Lub też postradał zmysły?
– Głupcze, co robisz!? – krzyczał Auldegrund do Dorlivina, który z gniewem już nacierał na Kraghula. – Zepsujesz mój misterny plan!
Siwy krasnolud zwarł się z orkiem! Przez parę chwil młot uderzał tylko powietrze, jednak ból w piersi i trzeszczenie żeber powiedziały orkowi, że uchylił się o oddech zbyt późno!Szara energia rozlała się po ciele Zakareth, a kapłanka doznała, jak mordercze rany zadane przez Vorlindiego zasklepiają się, zrastane mocą jej boga. Wypaczona nie pozostała jednak dłużna krasnoludowi: zwinęła się i załomotała swym kosturem po czerepie krasnoluda, ten zaś jęknął z bólu.
Zakareth popatrzyła na krasnoluda ukazując ostre zęby i powiedziała.
- Służysz jednak władcy piekieł, prawda? Być może wygracie tą walkę, lecz mój Pan jest ponad demony i diabły, ponad piekło i niebiosa, albowiem i piekło zostanie poświęcone, a w niebiosach zapadnie noc.
– Bah! – krzyknął Auldegrund, słysząc słowa Zakareth. – Pusta paplanina!
Dobywając łuku, Zaira stanęła na krześle i weszła na stół, niczym pospieszne wchodzenie po schodach o dwa stopnie na raz. Mogli walczyć parami, dwa na jednego, ale instynktownie uznała, że powinni załatwić dowódcę i prowodyra całego zamieszania - Auldegrunda. Trzymając się raczej lewej strony stołu, wystąpiła ostrożnie do przodu, posyłając strzały w siwobrodego krasnoluda.
Jaithe patrzyła, co się dzieję z mieszanką niezadowolenia i irytacji. Westchneła teatralnie, choć jej niezadowolenie mieszało się jednak z uciechą, bo będzie mniej paplaniny, która akurat tutaj się nie sklejała. Zauważyła jak jeden syn się jakby waha i nie atakuję, to był dobry znak. Na razie jednak skoncentrowała się na gospodarzu, próbując go OGŁUPIĆ.
Tymczasem Zaira, mając łuk już w swoich dłoniach, wskoczyła nagle na stół. Misy z zatrutym jedzeniem z łoskotem potoczyły się po drewnianym stole, wino rozlało się w wielkie, czerwone plamy, na podobieństwo krwi. Elfia łuczniczka obrała za swój cel starego krasnoluda, który walczył z Kraghulem. Skoncentrowała się, z wyczuciem łowcy przewidując jego ruchy i wreszcie puściła cięciwę. Trafiło! Auldegrund odpowiedział jej wymyślną wiązanką przekleństw, nadal atakując orka. Strzała sterczała z pancerza krasnoluda, rana zaś broczyła krwią.Jaithe wymamrotała magiczne słowa i zakreśliła symbole. Niewidzialna energia pomknęła przez przestrzeń, prosto w stronę Auldegrunda. Auldegrund zaparł się w sobie i zacisnął zęby…
– Ha! – wrzasnął krasnolud, chełpliwie szczerząc zęby. – Przeklęte magiczne sztuczki, myślicie, że mnie tak łatwo pokonacie? Auldegrund Ponury zawsze wygrywa!Vorlindi natarł na Zakareth z okrzykiem bojowym, jednak tym razem kapłanka Nyarlathotepa wymykała się obuchowi młota wojennego raz po raz. Vorlindi, choć uderzał z całej siły, nie mógł jej dosięgnąć!
Kraghul cofnął bark pod uderzeniem młota. Ból przeszedł przez pierś, a nadwyrężone żebra protestowały teraz przy głębszym oddechu. Ork odpowiedział krótkim warknięciem, lecz nie rzucił się na krasnoluda. Auldegrund był szybki i silniejszy, niż wskazywał jego wiek, ale nie niezniszczalny. Strzała Zairy sterczała już z jego pancerza, a świetlisty tasak wciąż wisiał w powietrzu, drżąc od duchowej energii. Kraghul uniósł kościany fetysz i zacisnął na nim palce.
– Jeszcze raz – mruknął.
Tasak poderwał się gwałtownie i pomknął ku Auldegrundowi, próbując ciąć go przez ramię i pierś. W tej samej chwili wokół orka rozlała się półprzezroczysta osłona, cienka jak pajęcza błona, lecz napięta duchową mocą. Kraghul kątem oka obserwował Dorlivina. Krasnolud sięgał po młot, lecz za każdym razem wyglądał tak, jakby własna ręka odmawiała mu posłuszeństwa. Jakby coś ciągnęło go w dwie przeciwne strony.
– Nie ruszajcie Dorlivina – rzucił do pozostałych. – On walczy z czymś innym.Tasak chlasnął Auldegrunda, jednak miotający (całkiem wymyślne) wyzwiska krasnolud uskoczył w dosłownie ostatniej chwili przed ciosem widmowego miecza.
– Bwfcha! – Mwha-ha-ha! Magia nie ima się tych z rodu Ponurorytu! Wkrótce… Wkrótce dołączycie do pozostałych!
Kiedy widmowa osłona orka przesłoniła jego ciało, Kraghul skupił się przez dwa oddechy na Dorlivinie, który nadal miotał się pod ścianą, ku irytacji Auldegrunda. Skupił się…Kraghul zobaczył coś. Jeden detal, który dotychczas jakimś dziwnym, nieuchwytnym sposobem umykał jego uwagę: ramię Dorlivina, miotane niewątpliwie jakimś rodzajem obcej woli, poruszało się w rachityczny, nienaturalny sposób. Ork doznał nieodpartego wrażenia, że Dorlivin - może także Auldegrund i Vorlindi? - wszystkie krasnoludy, które były w Lwiej Loży zachowywały się na podobieństwo konstruktów lub marnych aktorów. Nie, nie była to magia umysłu… Było to coś znacznie bardziej fundamentalnego, ale co?
Nie było jednak czasu na zgadywanie! Młot Auldegrunda świsnął w powietrzu i uderzył Kraghula, który poczuł, jak chyba właśnie pękło mu żebro.
Zakareth Uśmiechnęła się ponuro i natarła na wroga, przywołując mocno swojego bóstwa.Mroczna energia spowiła laskę Zakareth, niczym wirujący pył nasączony energią. Wypaczona uderzyła potężnie Vorlindiego, który aż jęknął z bólu, który nagle rozlał się po jego ciele! Zakareth smagnęła swoją laską bo raz jeszcze, ale nauczony tej lekcji krasnolud uniknął tym razem ciosu.
Zaira tymczasem schyliła się i w paru zręcznych ruchach zanurzyła strzałę w sosie zatrutego mięsiwa. Elfka zaraz potem wycelowała, biorąc na cel kark walczącego z Kraghulem krasnoluda. Trafiła! Efekt był zaiste piorunujący: w paru jeno chwilach siwy krasnolud przestał miotać przekleństwa, zaś jego ruchy stały się niezdarne i powolne… Auldegrund został otruty swoją własną trucizną!
Jaithe rozwarła swoją szczękę w wyjątkowo paskudny, mrożący krew w żyłach sposób, aż Zaira musiała odwrócić twarz. Zabieg zaklinaczki jednak zadziałał: Auldegrund wrzasnął ze strachu i obrzydzenia, nagle niepewny, czy kontynuować walkę.
Na tym jednak nie poprzestała: Jaithe skupiła się w jednej chwili, wysyłając falę psychicznej energii do walczącego krasnoluda, który wyglądał, jak gdyby ktoś właśnie zdzielił go pięścią przez czerep.Vorlindi z triumfalnym rykiem nacierał na Zakareth, z wściekłością uderzając kapłankę Nyarlathotepa parę razy. Potężne uderzenia młota bojowego poważnie uszkodziły kapłankę!
Kraghul zachwiał się pod kolejnym uderzeniem młota. Ból rozszedł się po piersi, i nagle było mu też trudniej oddychać. Odpowiedział krótkim, gardłowym warknięciem, zaciskając palce na kościanym fetyszu. Widmowy tasak uniósł się po raz kolejny i runął na Auldegrunda, próbując dokończyć to, czego nie udało mu się dokonać poprzednim cięciem.
Ork nie czekał jednak na rezultat. Pochylił się gwałtownie, jakby coś ścisnęło go od środka. Jego gardło poruszyło się w nienaturalny sposób, a oczy rozszerzyły się i zalśniły czernią. Po chwili z jego ust wyrwała się gęsta fala emanujących czernią eterycznych pająków, wijących się odnóży i chitynowych odwłoków. Duchowe robactwo rozlało się szerokim stożkiem ku Auldegrundowi, gryząc, kłując i wciskając się w szczeliny jego pancerza.
Kher uniósł przednie odnóża na barku orka, jakby dyrygował rozlewającym się rojem.
Tym razem jednak cios widmowego tasaka chlasnął Auldegrunda głęboko! Ostrze rozorało ramię, opryskując pieczywo i roztrzaskane misy, stary krasnolud zaś krwawił na podobieństwo zarzynanego wieprza.
– Khh… Jeszcze nie… Koniec! – wycharczał.
Koniec jednak nadchodził nieubłaganie. Magiczny rój, który dobył się z ust orka wziął obu - Vorlindiego i Auldegrunda - przez zaskoczenie. Dwójka krasnoludów wierzgała i pluła, próbując odgonić się od nagłej chmury insektów. Bezskutecznie jednak! Gryzące szczęki czarnych pająków wbijały się jak setki małych, złośliwych noży, w ciało.– TO TWOJA WINA, OJCZE!!! – wrzasnął nagle Dorlivin, wyrwawszy się z otępienia i konfliktu, który miotał nim przez długi czas. – TO WSZYSTKO TWOJA WINA!!! GIŃ, GIŃ, GIŃ!
Ująwszy swój bojowy młot w dłoń, Dorlivin z wrzaskiem skoczył za Auldegrunda, który nagle znalazł się w potrzasku między nim a orkiem. Miedzianowłosy krasnolud wzniósł nad głowę młot i uderzył z całej siły w czerep starego. A potem…
Auldegrund zastygł. Nie umarł, ale zastygł, jak gdyby nie stał tam nigdy on sam, ale statua, którą nagle się stał. Uderzający młot chlasnął przez czerep, a pozostałości tego, czym chwilę był Auldegrund rozbryzły się nagle w mokrej brei. Czy to był… Śnieg?
Lód i śnieg zatrzeszczały. Płatki zawirowały, buchnął mróz. Ale Dorlivin już biegł w stronę Vorlindiego. Pozostałości śnieżnej sylwetki stały w miejscu, bezładnie.
– Zapłacisz za to, Dorlivin! – krzyczał Vorlindi, czerwony na twarzy.
– Nie, to TY zapłacisz za wszystko, co robiliście! – krzyczał miedzianowłosy, biegnąc w stronę swego brata i machając groźnie młotem bojowym.
Zakareth wyprowadziła dwa ataki swą laską, ale! Każdy z nich chybił, Vorlindi zaś zarechotał złośliwie, widząc, że kapłanka przeszła w defensywę.
– ON już wie! – krzyknął Vorlindi, to do podróżników, to do Dorlivina. – Już nic nie możesz zrobić!Całość była dość dziwna, gdyż Dorlivin zaczął wykrzykiwać niezrozumiałe teksty. Jaki on? Co wie? I o co chodzi? Może to wyjaśni po walce. Miejmy nadzieję że tak zrobi.
Skupiłam wolę na Vorlindi wpająjąc w jego umysł energię aby go ogłuszyć. Drugą ręką nakierowałam swą enerię do Zairy Aby miały łatwiejszy rzut
Śmierć Auldegrunda, jakkolwiek dziwaczna i ewidentnie związana z magią, pozostawiła im tylko jednego przeciwnika. Dopiero gdy go załatwią, dowiedzą się wszystkiego od Dorlivina. Szykując kolejną strzałę, Zaira przeszła się na środek stołu - szybko i szykując łuk, ale na tyle ostrożnie aby się na niczym nie poślizgnąć. Strzelanie z nowego miejsca ograniczało ryzyko przypadkowego trafienia Zakareth do minimum. Tak jak przewidywała, kapłanka dobrze się trzymała, dzięki swym mocom i bóstwu, ale lepiej było nie igrać z losem.Elfka, wzmocniona zaklęciem Jaithe, przestąpiła parę kroków, rozbryzgując zatrute jedzenie, które z łoskotem spadało ze stołu. Z refleksem błyskawicy, wyciągnęła kolejne dwie strzały z kołczana i wypuszczała pociski, które ze świstem wbijały się w coraz bardziej rannego krasnoluda!
– Za ród Ponurorytu!!! – Vorlindi krzyczał, skupiając się na Zakareth.
Razy runicznego młota trafiały kapłankę, ta zaś poczuła zawroty głowy i powoli, powoli zdawała się być coraz bardziej oszołomiona uderzeniami krasnoluda. W ostatniej chwili uchyliła się przed uderzeniami!Vorlindi, który już wcześniej zebrał ciosy od orka, elfki, zaklinaczki i kapłanki, już chwiał się na nogach. Kraghul zrobił jeszcze parę gestów, a jego widmowy tasak zatopił się w ciele czarnowłosego krasnoluda. Podchwyciwszy okazję, Dorlivin doskoczył ostatnie parę stóp dystansu i uderzał, tak jak w swojego ojca, z góry na czerep. Obrzydliwe chrupnięcie rozległo się w sali uczt, a Vorlindi wrzeszczał tylko przez jedną, krótką chwilę, aby tak samo jak Auldegrund zastygnąć jako śnieżna statua.
-
Kurz bitewny opadł, a podróżnicy - Kraghul, Zaira, Jaithe i Zakareth - nagle znaleźli się w środku rozgardiaszu, który pozostał po walce, która, tak samo niespodziewanie rozpoczęła się, tak niespodziewanie skończyła się z młotem Dorlivina na czaszce jego brata.
Potłuczone naczynia i wywrócone kielichy i kufle zmieszały się z kawałkami mięsa. Potłuczone misy leżały bez ładu na posadzce, jedno z krzeseł zaś zostało wywrócone. Obok tego wszystkiego leżały pozostałości czegoś, co jeszcze minutę temu było Vorlindim i Auldegrundem. Statuy szybko topniały w żarze z kominka, z minuty na minutę zamieniając się w płynną breję śniegu i lodu, coraz bardziej przypominając niezdarnie wyrzeźbione bałwany.
Nagła cisza, tak odmienna od wcześniejszych krzyków furii, przyniosła trzeźwiącą świadomość: drzwi do Lwiej Loży nadal były zamknięte. Kamienne wrota stały tak samo zatrzaśnięte, jak w momencie, kiedy Auldegrund wykrzyknął zaklęcie zamknięcia. Lub czymkolwiek to było.
Dorlivin, zakasawszy swój młot bojowy z powrotem za pas, rzekł:
– Auldegrund wkrótce tutaj przybędzie – rzekł rudowłosy krasnolud. – Za godzinę, za dwie, może za pół dnia. Ale nadciągnie tutaj prędzej czy później… Tego możecie być pewni. Rad jestem, że powstrzymałem mord kolejnych śmiałków. Możecie odwdzięczyć się mi… Zabijając mnie. I kończąc ten głupi epizod nie-życia.
Dorlivin splunął.
– Ale zanim to się stanie, chciałbym dokończyć robotę i posłać mojego ojca do samych głębin gorejących piekieł! – krasnolud krzyknął zuchwale, do siebie raczej i patrząc gdzieś ponad podróżników.
-
Kraghul stał jeszcze przez chwilę z uniesioną dłonią, choć widmowy tasak zakończył już swoją pracę. Duchowa broń zadrżała w powietrzu, po czym rozpłynęła się w drobnych smugach światła, jakby została wciągnięta z powrotem pomiędzy niewidzialne nici płynące spoza tego planu. Dopiero wtedy ork wypuścił powietrze.
Ból w piersi natychmiast przypomniał mu o złamanym albo przynajmniej mocno nadwyrężonym żebrze. Skrzywił się i przycisnął na moment dłoń do boku. Walka dobiegła końca, ale on dalej nie mógł się otrząsnąć po tym co się stało. Wszystko wydarzyło się tak szybko. Wokół leżały potłuczone misy, rozlane wino i jedzenie, które miało... właściwie co? Uśpić ich? Zabić. Po Auldegrundzie i Vorlindim nie zostały jednak trupy. Zamiast krwi, kości i wnętrzności na kamiennej posadzce rozlewała się zimna breja śniegu i lodu. Kraghul przyglądał się temu w milczeniu.
Kher zsunął się z jego barku na przedramię. Eteryczny pająk zatrzymał się przy nadgarstku orka i uniósł przednie odnóża, zwrócony w stronę topniejących szczątków. Kraghul przysiadł ciężko obok pozostałości Auldegrunda, zanurzył dwa palce w lodowatej brei, a następnie roztarł ją między opuszkami. Zimna wilgoć, którą poczuł wydała mu się zwyczajna, ale powoli topniejące oblicze krasnoluda, już nie. Coś było na rzeczy i nie za bardzo podobały mu się wnioski do których dochodził. Właściwie nie mógł mieć pewności, ale...
– Słyszałem kiedyś o rytuałach, które pozwalają stworzyć ze śniegu albo lodu podobiznę żywej istoty. Jako badacz istot duchowych i zagadnień pneumatologicznych podobne relokacje jaźni interesowały mnie od praktycznej strony – powiedział powoli.
– Potrzebna jest do tego rzecz należąca do osoby, kogo chce się skopiować. Włos, kropla krwi, kawałek ciała. Potem lepi się powłokę, nadaje jej twarz i karmi cudzymi wspomnieniami, aż zacznie chodzić i mówić jak ten, którego ma udawać.
Przyjrzał się topniejącym szczątkom.
– Simulacrum. Tak chyba nazywali to uczeni. Jeśli dobrze pamiętam, taka kopia nie jest prawdziwym człowiekiem. Ma jego wygląd i tylko tyle wiedzy, ile włożył w nią twórca. Bywa też związana z nim rozkazem, czasem podobno nawet myślą, niezależnie od odległości.
Uniósł wzrok na Dorlivina.
– Ale to tylko coś, co kiedyś zasłyszałem. Nie traktujcie moich domysłów jako pewnik – rzekł do towarzyszy.
– Może wykorzystano tu inną magię. Potężniejszą. Bo coś nie pasuje... – zwrócił się do krasnoluda. – Ty nie zachowujesz się jak pusta powłoka. Czujesz gniew, winę i strach. Nich by ci ich nie umieszczał specjalnie. Przyznaje, że nie wiem co to znaczy. – dodał.Jego oczy zwęziły się lekko i jeszcze raz badawczo przyjrzał się krasnoludowi. Podczas walki ruchy Dorlivina przypominały mu zachowanie źle wykonanego konstruktu albo aktora zmuszonego do odgrywania roli, której sam nie rozumiał. Nie była to jednak zwykła magia umysłu. Coś sięgało głębiej. Do samego sposobu, w jaki ciało i wola krasnoluda były ze sobą połączone. Kraghul podniósł się z pewnym trudem. Zignorował na razie odłożoną w czasie prośbę o zakończenie jego jak to ujął "nieżycia". Zamiast tego stanął naprzeciw niego, ciężko opierając się na kosturze.
– Nie – odpowiedział krótko. Nie zabrzmiało to ani jak odmowa z litości, ani jak groźba.
– Jeśli prosisz nas o łaskę śmierci najpierw będziesz musiał odpowiedzieć na kilka pytań.
Przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu, jakby próbował dostrzec pod jego twarzą kolejną warstwę.Rozejrzał się po sali. Po zamkniętych na głucho wrotach oraz po topniejących szczątkach dwóch istot, które jeszcze przed chwilą serwowały im zatrute posiłki. Jakże się cieszył, że nie nabrali się na ten marny podstęp.
– Powiedziałeś, że powstrzymałeś mord następnych śmiałków. Ilu było przed nami? Co się z nimi stało? Dlaczego naprawdę zostaliśmy tutaj zwabieni? I co zrobi Auldegrund, kiedy wróci?
Urwał na moment.
– Vorlindi powiedział, że „on już wie”. Jeśli prawdziwy Auldegrund widział przez oczy swojej kopii albo poczuł jej śmierć, czasu może być mniej, niż sądzisz.Palce wolnej dłoni Kraghula odruchowo zacisnęły się na rytmicznej kości ukrytej przy pasie. Jedynie na chwilę, nim ponownie je rozluźnił.
– Po prostu powiedz Dorlivinie coście tu czynili. Bez upiększeń. Czuje, że przychodząc tu wdepneliśmy w bagno, ale chcę wiedzieć jak bardzo jest głębokie.
Kraghul wyciągnął dłoń bliżej, chcąc dotknąć ramienia krasnoluda i wsłuchać się w to, co mogło pozostać pod jego sztuczną powłoką.Deklaracje dla MG:
Chciałbym spróbować rozpoznać naturę Dorlivina oraz pozostałości Auldegrunda i Vorlindiego. Kraghul wysuwa teorię, że mogą być magicznymi duplikatami, ale na razie nie traktuje tego jako pewnej wiedzy. Jeśli mógłbym przetestować to, by mieć większą pewność to fajnie. A tak to próbuje sprawdzić, czy Dorlivin posiada własnego ducha, fragment cudzej duszy albo jedynie sztucznie odtworzoną osobowość. Do rozpoznania chciałbym użyć Occultism lub Religion, zależnie od tego, co uznasz za właściwe. Jeśli jakieś pozostałości albo przedmioty Dorlivina się do tego nadają, Kraghul może również użyć Read Psychometric Resonance.
-
– Rzeczesz, że nie zachowuję się jak pusta powłoka, ale czy sądziłeś tak o tych bastardach? Wszak grali swe role wcale nieźle – Dorlivin kopnął pozostałości po Vorlindim, a mokry śnieg plusnął. – Coś poszło… Nie tak. Nie wiem. Wiem tylko, że kiedy obudziłem się tutaj, byłem jakiś innych od tych dwóch, którzy wykonywali każde z jego poleceń co do joty. Stary nigdy nie zauważył.
Kraghul zapytał:
– Powiedziałeś, że powstrzymałeś mord następnych śmiałków. Ilu było przed nami? Co się z nimi stało? Dlaczego naprawdę zostaliśmy tutaj zwabieni? I co zrobi Auldegrund, kiedy wróci?
– Przed wami byli jeszcze jacyś, czwórka – odparł Dorlivin. – Jeśli był tam jeszcze ktoś, to nie pamiętam… Moje istnienie liczy zaledwie jakiś tydzień – spojrzenie Dorlivina błądziło jakiś czas po płomieniach kominka; zdawało się, że pamięć krasnoluda była w takim samym opłakanym stanie, jak sala uczt. – Ale kiedy trucizna poczęła działać, Auldegrund i jego “wybrani” zabierali ich tam.Odwrócił się i wskazał na wysunięte najbardziej na północny wschód drzwi, po stronie prawej łapy jednego z wypchanych niedźwiedzi, w rogu.
– Oni zabierali ich tam – ciągnął Dorlivin. – Auldegrund nie chciał, byśmy zobaczyli, co tam jest i dlatego rzucił zaklęcie na drzwi. Pułapka. Ja i pozostali byliśmy zawsze tutaj, czasem w kuchni.
Krasnolud milczał chwilę, nagle rozproszony. Przypomniawszy sobie nagle ostatnie z pytań orka, dodał:
– Nie wiem, co się z nimi stało – rzekł wreszcie. – Jedyne, co wiem, to że nigdy już nie wrócili.
Tymczasem, Kraghul zbliżył się nieco do Dorlivina, który zdawał się być zajęty swoimi własnymi myślami - jeśli, w istocie, cokolwiek co stało przed nimi, można było nazywać Dorlivinem. Szaman skupił się w jednym krótkim momencie, szukając wizji, emocji…
Tak. Coś tu było. Wizja. Cienista energia wydawała się spowijać Dorlivina, oplatając go niczym kokon lub też, czy można było rzec, że sam był z niej utkany? Przez jedną, krótką chwilę Kraghul widział daleką scenę pojedynczej, krępej postaci, z której głowy wystawała para pokaźnych rogów. Szepty i mamrotanie, a przed nim stół i kawałki lodu obok alchemicznych fiol.
Wizja minęła tak szybko, jak się pojawiła, jednak Kraghul, który wzrokiem powiódł także po śnieżnych statuach, nabrał pewności, że cokolwiek, co stało przed nimi, rzeczywiście nie było krasnoludem. Był to cienisty klon kogoś. Na usta cisnęło się pytanie: gdzie był ten prawdziwy Dorlivin?
Dorlivin-simulacrum odsunął się, nagle niepewny intencji orka.
– Kiedy Auldegrund wróci, zapewne będzie chciał dokończyć swoją robotę – rzekł.
-
Zakareth Wysłuchała fałszywego krasnoluda z namysłem rozważając jego słowa… To wszystko aż tak jejnie szokowało, może co najwyżej dziwiło ją, jak wiele wysiłku włożono w te oszustwo… Tworzenie fałszywego siebie było cokolwiek ekscentrycznym pomysłem…
- Czy ty istniałeś wcześniej? I Kim jest prawdziwy Auldegrund? Lub przynajmniej czym… Tak na oko… - potem zwróciła się do towarzyszy.-* Mam jeszcze wystarczająco mocno magicznej na dwa uleczenia, i prawdę mówiąc osobiście czuję, że moje ciało potrzebuje wsparcia… Wolę jednak tę moc zachować na później… Czy więc ktoś z was potrafi leczyć nie magicznie? I jeszcze pytanie, czy da się opuścić to miejsce, a jeśli tak to czy robimy to, szykujemy tutaj zasadzkę albo zaglądamy do tego ukrytego pomieszczenia… Mam pomysł jak można rozbroić pułapkę. -* Wskazała nieznacznifałszywego krasnoluda
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się