Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka
-
Zakaret przysłuchiwała się temu co mówią, a potem zostawiła się przez moment, bo coś tutaj zupełnie jej nie pasowało.
- Wyverny… Potwory podobne do Byakhe albo pradawnych Serpentisów… Aczkolwiek nie spokrewnione z nimi… Nie dziwi mnie to, że Potwory atakują owce i inne stworzenia, bo podobnie robią Pająki Czeluściowe, aczkolwiek one zazwyczaj porywają tylko dzieci lub psy… - Przekrzywiła głowę i spojrzała swoimi naturalnymi oczyma prosto w oczy patriarchy krasnoludów. *- Wyglądacie na zapalonych łowców, więc jestem trochę zaskoczona, że sami się nie udaliście, aby na nie zapolować -
Było bardzo miło znaleźć się w ciepłym pomieszczeniu i zdjąć pelerynę. Od razu dało ono o sobie znać, a i widoki były dość interesujące - trofeów nie brakowało, a wręcz zostały one wystawione jak na pokaz.
Zaira skinęła głową - najpierw dwukrotnie witając się z krasnoludami, potem jeszcze raz, gdy powitała ich głowa rodziny gospodarzy.
Elfka słuchała rozmów, przyglądając się uważnie wypchanym zwierzętom. Osobiście nigdy tego nie robiła - zwyczajnie szkoda by było czasu. Polowała, jak najbardziej. Mięso było do jedzenia, piór używała do robienia strzał lub odsprzedawała tanio jako narzędzie piśmiennicze, zaś futra były na sprzedaż - ale to ostatnie nigdy nie było celem a jedynie odbywało się tylko przy okazji.
Ciężko jej było określić, czy zostały zrobione miesiąc temu, czy pięć dekad temu - musiało to być jakoś tak pomiędzy i z pewnością rozwleczone w czasie.
Odniosła wrażenie, ze niektóre z oczu w głowach wypchanych wilków były puste. Inne miały jakieś oszlifowane kamienie lub szkiełka i wyglądały dużo bardziej "żywo". Ale braki te dawały się zauważyć dopiero po dokładniejszym obejrzeniu z bliska, więc był to niewielki defekt.Nie trwało długo, zanim dała odpocząć zmęczonym nogom i zasiadła do stołu.
Była przekonana, że wywerny są dużo groźniejsze niż wystawione w pomieszczeniu trofea. Było dla niej nawet zagadkowe i dziwne, że nie pochwalili się wypchaną wywerną - skoro ich przodkowie skutecznie z nimi walczyli. Ale naturalnie nic takiego nie powiedziała.
Jej zdaniem, wywern tyczyły się te same zasady jak i innych zwierząt - jak choćby zapotrzebowanie na jedzenie i prokreację.
- Ja się na wywernach może średnio znam, - zaczęła skromnie, - ale moim zdaniem, wróciły na stare tereny aby dopełnić pętlę życia. Wiele zwierząt migruje aby złożyć jaja i nawet sam już wspomniałeś o gniazdach, - mówiła i spojrzała na gospodarza. - A że biorą więcej jedzenia niż zdaje się potrzebne. Moim zdaniem zabierają je do gniazda aby nakarmić młode, które same jeszcze nie polują. Ale to ostatnie może się niedługo zmienić, więc trzeba działać w miarę szybko... Kiedy następowały te porwania zwierzyn? -
– Wyglądacie na zapalonych łowców, więc jestem trochę zaskoczona, że sami się nie udaliście, aby na nie zapolować – rzekła Zakareth.
– Aaano – krasnolud powiódł swoją okrągłą dłonią, chełpliwie wskazując na każde z trofeów zawieszone na ścianie. – Powiadają, że jeden z mych przodków z rodu Ponurorytu, Trudigg Pięściotarcza, zakończywszy boje w Obłędnych Górach, słynął ze swej niezwykłej techniki podchodzenia zwierzyny i łamania jej karku jednym ciosem. Taaak… Ja, Dorlivin i Vorlindi jesteśmy łowcami. Bestie jednak są zawzięte, rozumiecie? Vorlindi gadał, że te tutaj atakują masą po trzy, po cztery! Nie taka łatwa rzecz.Krasnolud poskubał swą siwą brodę.
– Synowie moi coś gadali, że w rzecz może być zamieszana jaka magia – rozłożył ręce. – Nie wyznaję się na rzeczy…
Zwrócił się jeszcze do Zairy, która spytała się, kiedy ostatnim razem wywerny zaatakowały:
– Ostatni raz? – Auldegrund wysunął przed siebie swoją pulchną dłoń i począł liczyć. – Jakieś… Dwa… Mmm. Dwa albo trzy tygodnie temu. Dwa raczej niż trzy. Zabrały wtedy sześć owiec. To byśmy rachowali, że niedługo puszczą się na nas jeszcze raz.
Zaira i Kraghul sięgnęli pamięcią co do natury wywern. Cóż, wydawało się, że stary krasnolud miał rację. Wywerny zdawały się rzadko wypuszczać na te tereny, jednak głód i polowania szczepów orków w Obłędnych Górach mogły ściągnąć niektóre z nich na tereny, takie jak ten. Kraghul i Zaira znali wywerny jednak jako samotne drapieżniki, rzadko kiedy łączące się w coś więcej niż parę. Toteż wieści o trójce lub czwórce łuskowatych paszcz ork i elfka przyjęli za co najmniej rzadkie, niemalże nieprawdopodobne.
Tymczasem, z drzwi, gdzie dobiegały odgłosy gotowania strawy, wyszedł Dorlivin. Krasnolud o włosach rudych jak rdza zrobił lekki ukłon w stronę swego ojca, który lekko skinął głową. Niosąc antał wina, nalał on do czaszy w dłoni Auldegrunda, po czym z małej kiesy przy pasie wyciągnął pięć dodatkowych kielichów. Cztery rozłożył przed wędrowcami i nalał wino do każdego z nich, piąty zaś nalał sobie.
– Strawa będzie niedługo – rzekł.
I dodał:
– Stara tradycja Ponurorytu dla nowicjuszy każe, by ten rzekł opowieść o największej, najbardziej zażartej i najbardziej niebezpiecznej bestii, z jaką się starł – rzekł Dorlivin. – I jak się udało ją pokonać. Czy… Oddacie honoru staremu obyczajowi i rzekniecie, z jakimi bestiami walczyliście na waszych ziemiach? Wszakże Auldegrund Ponury rzekł już nieco o misji, rzeknijcie nieco o sobie.
Dorlivin, rzucając od czasu do czasu spojrzenie na Auldegrunda, stanął przed czwórką wędrowców, oczekując odpowiedzi.
-
Jaithe
Weszłam przez worta, a ciepłe powietrze uderzyło mnie w twarz. Włosy lekko zafalowały i opadły nie poprawione na policzek. Wzrokiem objąłem całe majestatyczne pomieszczenie. Truchła zwierząt które tutaj były, nie wzbódzały we mnie odrazy, a raczej uczucia pokrewieństwa. Jakby one były podobne do mnie, albo ja do nich. Puste skorupy, które można było by natchnąć. Te świadectwa jednak były pokazem łowieckim, co dośc mocno i mnie zaniepokoiło że sami nie gnali się do walki z innymi bestami. Może polowali na pospolite zwierzyny, niżeli na większe bestie.Sama pokiwałam głową na powitanie synom gospodarza, jak i później jemu samemu. Nie odzywałam się na razie, próbując zakryć swoją twarz aby ich nie spłoszyć. Przysłuchiwałam się rozmową które toczyli, rozglądając się bardziej w pomieszczeniu, próbując zobaczyć lub dostrzec coś co mogło by wzbódzić moje obway. Moja wizja się nie myli, tutaj będzie coś emocjonującego, wolałam się na to przygotować. Miałam nadzieję że to nie ckliwa historyjka krasnolódów, bo to było by...nudne.
-Hm... Mowicie więc, że może być wmieszana magia do działań besti? To może naprawdę utrudnić łowcom polowanie jeżeli na takowe magiczne zwierzęta się nie brały - Powiedziałam a moja dolna szczęka się podzieliła na przecięciu brody. - Sama miałam doczynienia z magicznymi bestiami, ale raczej z ciemniejszymi istotami, niżeli zwyczajne bestie. Najciekawszą moją zdobyczą było stworzenie z innego wymiaru, sama do końca nie wiem co to mogło być, choć je badam. A co do wiwern, jakie macie dowody lub poszlaki odnośnie magii? Mam nadzieję że będziemy mogli je zobaczyć, aby uspokoić was że to są jednak zwyczajne stworzenia, które zachowują się nadmiar nie przewidywalnie przez inny zewnętrzny czynnik -
Zakareth była absolutnie pewna, że to wszystko jest jedną wielką płapką, ale uznała że z czystej ciekawości może w nią wpaść. Jednakże wolała zadać pytanie.
- Nie jestem pewna, jak potężne są Wyverny… Podejrzewam jednak, że nasza drużyna byłaby w stanie poradzić sobie z jedną, być może dwoma, chociaż to wątpliwe, ale trzy lub cztery to zdecydowanie zbyt wiele jak ma nasze możliwości… Jeśli chodzi o najgroźniejszą istotę jaką kiedykolwiek Pokonałam… Na początku chciała opowiedzieć o jednym z kucharzy z zamku Maledictus, ale potem zmieniła zdanie i powiedziała. - Śpiewający pająk z błękitnych szczytów…. Potrafią swoją śpiewem zwabić kogoś w pajęczynę… Nie żywią się jednak jego ciałem, a snami i marzeniami - -
Zaira zastanawiała się jakie stworzenie było najpotężniejszym jakie upolowała. Na te najgroźniejsze bestie zawsze polowali w grupach, zatem nie mogła sobie przywłaszczyć chwały ich pokonania. Z jej osobistych polowań? Ludzie zdawali się być na szczycie listy, ale czy oni się liczyli?
Nieznane stworzenie z innego wymiaru, czy też wielki magiczny pająk otumaniający śpiewem brzmiały interesująco i egzotycznie. Zaira nie miała takich doświadczeń, ale w obronie ich Lasu polowała na niejedno.
- Owlbear, dosyć wielki, jeśli chodzi o mnie osobiście. Uporczywością i celnie wypuszczanymi strzałami - powiedziała z nieukrywaną nutą dumy.
- Ale brałam też udział w upolowaniu hydry i wybiciu stada terrorbirdów, a to zrobiliśmy dzięki dobrej pracy zespołowej - dodała szybko. I na tym powinni się teraz skupić jeśli chcieli ubić grupę wywren, na pracy zespołowej łączącej magię i stalową broń, oczywiście przy zastosowaniu dobrej taktyki myśliwskiej. -
– A co do wiwern, jakie macie dowody lub poszlaki odnośnie magii? Mam nadzieję że będziemy mogli je zobaczyć, aby uspokoić was że to są jednak zwyczajne stworzenia, które zachowują się nadmiar nie przewidywalnie przez inny zewnętrzny czynnik – zapytała Zaira.
Auldegrund, obserwowany przez Dorlivina, odparł w te słowa:
– Przecie gadam, że porywają ludziska w kupie – wzruszył ramionami, nagle zniecierpliwiony. – Bestie raczej pojedynczo przylatują, no chyba, że para. Ale bym gadał, że coś niedobrego za sprawą jest. Ooo, niedobrego.
~
Rozmowy i wymiana uprzejmości z Auldegrundem trwały jeszcze jakiś czas. Stary krasnolud, w miarę upływu czasu, zdawał się być coraz bardziej zainteresowany swoimi własnymi uwagami i tonem swojego głosu, zamiast tym, co mieli do opowiedzenia podróżnicy. Jeśli chodziło zaś o misję, którą mieli wypełnić przybysze, Ponury zbywał ich coraz bardziej: tłumaczył, że “nie czas jeszcze” i “o polowaniu to się gada nie o pustym żołądku”. Ot, zdawało się, że stary Auldegrund nie miał ochoty do rzeczy powracać w tym dniu, raz nakreśliwszy, na czym sprawa polegała.
Dorlivin był przez jeszcze jakiś czas w pomieszczeniu i słuchał tego, co goście, którzy zawitali do Loży mieli do powiedzenia. Dorlivin wydawał się być pod wrażeniem opowieści trzech kobiet, które stanowiły pewien kontrast do orka, który milczał, rozpostarty na swym siedzeniu.
Krasnolud szybko wycofał się do wnętrza pomieszczenia, gdzie jego brat przygotowywał jedzenie. Zdało się, że dwójka zdwoiła swe wysiłki, aby wreszcie dostarczyć jedzenie, bowiem z lekko uchylonych drzwi uderzyła feeria zapachów: dominowało pieczyste, jednak i przebijały się też akcenty ziół.
Wreszcie, zdobione dźwierze do kuchni otworzyły się i dwóch krasnoludów wyszło z nich, niosąc nęcące nozdrza jedzenie.

Wewnątrz mis znajdowały się przeróżne potrawy, które, choć skromne i posiadające pewny surowy urok, wyglądały na zaiste przyrządzone z należytym pietyzmem. Była tu pieczeń z sarniny o aromacie czerwonego wina, rozmarynu i pieprzu. Polana była fioletowo-czerwonym sosem z jeżyn, jagód i porzeczek. Wokół niej, na podobieństwo mchu porastającego głaz, rozsypana została kasza gryczana z grzybami i cebulą, pachnąca świeżą natką pietruszki. Poza daniem głównym, czyli pieczenią, były pieczone selery, marchewki i buraki, zaś osobną misę zarezerwowano na modrą kapustę podaną z jabłkami i śliwkami. Każdy z krasnoludów miał na swych plecach mały antałek wina.
~
Auldegrund, kiedy tylko jego synowie podali mu przyrządzone jedzenie, zawołał:
– Wreszcie, synowie moi! Kuchciki z was przednie, ale grzebiecie się w onej kuchni jak muchy w smole albo jak klacz w oborze, pfhe-he-he! – krasnolud rubasznie zaśmiał się z własnego żartu, zatopił widelec w odciętym kawale mięsiwa i z uśmiechem od ucha do ucha głośno żuł pieczyste. – No! Goście! Częstujcie się, czym chata bogata, jak gadają… Lub Loża!
I zaśmiał się raz jeszcze, żując i mlaskając bez zażenowania. Vorlindi zdjął ze swych pleców antał i postawił przed sędziwym krasnoludem, Dorlivin zaś zbliżył się do śmiałków i odkorkował antał.
Nagle…
Krasnolud stracił równowagę i pchnął nieco mocniej jeden z kielichów, który należał do Zakareth. Wino rozlało się nieco, choć krasnolud w ostatniej chwili złapał kielich. Niestety! Krople wina rozlały się już na stół i na posadzkę, plamiąc ziemię.
– A… Wybaczcie no… – burknął nagle zbity z pantałyku Dorlivin.
Auldegrund jednak parsknął potężnie i z ledwością przełknął, aby wreszcie ryknąć śmiechem.
– Dorlivin! Chlać miałeś przestać, na wszystkie diabły! – siwobrody śmiał się jeszcze przez parę dłuższych chwil, wypełniając przestronne wnętrze tubalnym rechotem. – Do kroćset, cóż nie tak jest z tym dzieciakiem? Ha-ha-ha!
Auldegrund przez dłuższy czas rechotał, jednak Dorlivin przybliżył się do Zakareth i w ułamku sekundy szepnął, ścierając rozlane wino:
– Nie jedz, zatrute.
To było wszystko. Szept krasnoluda był nie głośniejszy niż odległe szuranie myszy. Auldegrund, zaśmiewając się, pokraśniał i robił rumor swym kielichem, prześmiewczo naśladując swego syna, Vorlindi zaś był całkiem zajęty usługiwaniem staremu.
-
Zakareth Z wielkim trudem powstrzymała się przed tym, aby ciężko westchnąć słysząc to co mówią krasnoludy. Hotel czekała na gotowany poczęstunek, obejmując swój okuty z piwem kostur. Uczty nie były tym, co ją pasjonowało… Zwykli mieszkańcy Leng wyprawiali czasem uczty i biesiady, ale takie istoty jak ona… Były jedyne aspekty życia pośród normalnych istot, Które o wiele ją interesowały, Ale ich tutaj raczej nie było…
Potem jedynek na uczcie usłyszała od jednego z braci, Dorilvina, że podano im truciznę, powiedziała.
- Muszę się przebrać, a także Udać do toalety… Coś z moim żołądkiem nie tak - I gdy przechodziła obok Zairy zgięła się Boleśnie w pół, i i jej szeptem na ucho
.- Chcą nas otruć.- I ruszyła dalej. -
Kraghul słuchał kolejnych odpowiedzi, nie przerywając nikomu. Nie wyglądał na znudzonego, choć właściwie trudno było odczytać cokolwiek z jego twarzy. Zmieniło się to dopiero przy wzmiance Zakareth o Śpiewającym Pająku z Błękitnych Szczytów. Poruszył wtedy lekko palcami opartymi o stół, a jego twarz przybrała przykry grymas. Próbował sobie to wyobrazić. Kher, jakby wyczuwając zmianę nastroju orka, przesunął się nieco na jego barku.
Pająk żywiący się snami i marzeniami.
Było w tym coś paskudnego. Rozumiał zwykły głód, ale ten rodzaj czerpania energii z innych istot jawił mu się jako dalece bardziej okrutny. Głód był głodem i czasem trzeba było zjeść mięso innej istoty, ale to? Paskudna była sama myśl, że coś może zostawić ciało, a zabrać z człowieka to, co pozwala mu wstać następnego dnia. Jego sens.
Opowieść Zairy spodobała mu się bardziej. Zmagania, którym musiała sprostać, przypominały nieco jego rytuał wejścia w dorosłość. Sowoniedźwiedź. To było nader imponujące, ale osiągalne dla kogoś, kto wcześniej się przygotuje i wybierze teren. Do tego hydra i terrorbirdy pokonane wspólną pracą. Kraghul nie powiedział tego głośno, ale skinął jej lekko głową z uznaniem. Tak, praca zespołowa była ważna, zwłaszcza jeśli mieli wyjść z tego cało.
Sam długo nie odpowiadał. Dorlivin czekał, Auldegrund mówił coraz chętniej, sala pachniała pieczenią, winem i dymem, ale ork nie rozkoszował się tym. Miał wrażenie, że im więcej słów padało przy stole, tym mniej było w nich prawdziwej treści. Znał mniej więcej sposób żerowania wywern. Nie był może w tej kwestii specjalistą, ale wychowując się wśród orczych łowców, nabywało się trochę wiedzy. Stworzenia te atakowały samotnie lub czasem w parze. Rzadko więcej. Wieść o trzech albo czterech naraz trąciła mu przesadą.
Kiedy wreszcie podano jedzenie, nie rzucił się na nie, chcąc dać wyraz temu, iż nie należy z góry oceniać ogłady orków. Część jego współplemieńców oczywiście odmiennie potraktowałaby tę sprawę, chwyciłaby szybko za nóż, a może nawet rękoma wybrała polewkę z misy, ale Kraghul czuł się zobowiązany zmieniać utrwalone stereotypy. Nawet jeśli zapach sarniny i grzybów był nader kuszący. Przyjął miskę, spojrzał na pieczeń i przez chwilę się zawahał. Nie chciał wyjść na nieuprzejmego, ale od początku wiele mu nie pasowało w tej wizycie. Brak służby, przeczucie, iż Loża stanowi pewien rodzaj więzienia, mętne tłumaczenia gospodarza. Coś mu tu nie pasowało. Na razie dał jedzeniu ostygnąć.
I właśnie wtedy podano mu kielich. Ork grzecznie odmówił. Nana Anadi mu świadkiem, że w kontaktach z duchami lepiej pozostawiać trzeźwy umysł. Nie ma nic gorszego niż obcowanie z duchami w stanie upojenia. W końcu kontakt często bywa obustronny. Znacznie lepiej spisywały się różne mieszanki ziół, które wynosiły umysł na inne poziomy świadomości, choć wątpił, by gospodarze mieli akurat coś takiego.
Kiedy rozważał tę kwestię, Dorlivin akurat zachwiał się przy kielichu Zakareth. Kraghul doliczył ów fakt do kupki podejrzanych sytuacji. W każdym razie jego spojrzenie na moment stwardniało. Widział już, jak ktoś potyka się ze zmęczenia albo w stanie upojenia. To tutaj mogło być zwykłym przypadkiem, ale wątpliwości narastały. Kher wspiął się wyżej, bliżej szyi orka, a cienkie odnóża musnęły skórę pod jego uchem.
Zakareth podniosła się chwilę później, mówiąc coś o żołądku i potrzebie przebrania. Kiedy przechodziła obok Zairy, zgięła się w pół odrobinę zbyt teatralnie, a Kraghul odprowadził ją wzrokiem. Nie trzeba było mieć przydomku Ośmiooki, by wiedzieć, że coś jest na rzeczy. Miał tylko nadzieję, że gospodarz nie jest równie bystrym obserwatorem. Trzeba było jakoś skupić jego uwagę. Pytał o największą, najgroźniejszą bestię. Dobrze. Niech spóźniona odpowiedź Kraghula będzie dywersją i da czas reszcie grupy na... na cokolwiek teraz planowali.
– Wśród mojego ludu młody ork nie staje się dorosły z czasem. Musi przejść próbę, rytuał dorosłości... – odezwał się w końcu niskim, chropawym głosem. – Rada dobiera poziom wyzwania wedle własnego zamysłu. Oczywiście nikt nie ma żadnych forów, ale głupio jest szafować tym samym wyzwaniem wobec każdego. Sprawiedliwie nie znaczy równo.
Na moment spojrzał na wypchane łby zwierząt. Potem na Auldegrunda i jego synów.
– Mnie posłano kiedyś za ankhravem – powiedział po chwili. – W języku mojego ludu bestie te noszą nazwę Gorakh'aktha, co można przetłumaczyć jako "żądło mieszkające w ziemi".
Urwał na moment, jakby próbował przedrzeć się przez osnowę wspomnień.
– Nie jest to bestia, którą można podejść jak jelenia albo zagonić jak dzika. Nie widzisz jej, nie słyszysz, dopóki sama nie zechce, by ją ujrzano. Idziesz przez suchą równinę, a nagle ziemia pęka ci pod stopami. Musisz być gotowy, by w odpowiednim momencie wrazić włócznię w ziemię. To głównie próba cierpliwości i czujności. Cech, których wówczas nieco mi brakowało. Starsi dobrze dobrali swoją próbę, a ja wróciłem z łbem bestii. Silniejszy i lepszy niż w dniu, w którym mnie posłano.
Nie uśmiechnął się.
– A jeśli obyczaj pozwala spytać także gospodarzy, jaką bestią możecie pochwalić się ty i twoi synowie, Auldegrundzie Ponury? – zapytał i miał nadzieję, że takie zawiązanie tematu odwróci uwagę od... całej reszty. -
Zakareth powstała, Vorlindi zaś drgnął. W międzyczasie, Dorlivin, który już starł wino z blatu stołu, ustawił się nieco za Auldegrundem, gotów usługiwać swemu ojcu. Wygłoszona uwaga, aby iść do wychodka sprawiła, że Auldegrund rzucił krótkie spojrzenie na Vorlindiego, ten zaś z uśmiechem począł iść w stronę Zakareth. Zakareth miała niejasne przeczucie, że choć jej blef z pójściem do garderoby wszedł gładko, Auldegrund i pozostali zobaczyli, jak przytłumionym głosem rzekła coś do Zairy. Krasnoludy załapały coś… Chyba
Auldegrund wydawał się jednak nie tracić rezonu.
– Się rozumie – stary krasnolud nie podniósł głowy ze swojej misy, nadal intensywnie żując, mlaskając i opryskując śliną wokół wszystko. – Vorlindi, zaprowadź panią do garderoby.
Krasnolud, zgodnie z instrukcją swojego ojca, wskazał drzwi, gdzie wcześniej wyszedł on sam i Dorlivin. Krępej postury brodacz wykonał przywołujący gest w stronę Zakareth, ta zaś podeszła nieco bliżej i poczęła kręcić się i spowalniać kroku. Kapłanka Nyarlothepa sięgnęła do swego plecaka podróznego i poczęła w nim gmerać ostentacyjnie, szukając czegoś chyba i grając na czas.
W międzyczasie, Kraghul wyłożył Auldegrundowi swą historię z ankhravem, co krasnolud przyjął z wdzięcznym, acz nieco zobojętniałym wzrokiem. Opowieść Kraghula, za każdym razem, kiedy robił pauzę tudzież przecinek, zdawała się być akcentowana westchnięciami starego krasnoluda, który kręcił widelcem, ponaglając orka i kiwał głową.
Kraghul spytał:
– A jeśli obyczaj pozwala spytać także gospodarzy, jaką bestią możecie pochwalić się ty i twoi synowie, Auldegrundzie Ponury?
Auldegrund podniósł swój wzrok znad drewnianej misy.
– Chimera – Auldegrund pokiwał głową, zdaje się, wracając do wspomnień. – Sioło, co się Szron zwało. Cholerna bestia z trzema głowami, magiczne wynaturzenie jakieś. Ot, czasy się zmieniają, kiedyś to mój dziadek jeno na kuguary polował, a dzisiaj? Dzisiaj to uczciwy krasnolud to musi i zapolować, i przyhandlować, i…
Urwał. Auldegrund spojrzał nagle na Zakareth, która od paru dłuższych chwil już grzebała w swojej torbie podróżnej, usilnie szukając czegoś. Zaraz potem jego wzrok odbił się na Kraghula, który absolutnie nie tknął swojego jedzenia, tak samo jak Jaithe i Zaira. Wydawało się, że stary krasnolud odczytał sytuację, która rysowała się przed jego oczyma.
Auldegrund powstał nagle z siedzenia i wskazał na Dorlivina i Vorlindiego jakimś dziwnym, zamaszystym gestem, po czym wykrzyknął:
– Dźwierze! Czas, czas, już czas!
Z wrót do Lwiej Loży nagle dobiegł intensywny dźwięk przemieszczającego się mechanizmu, a potem głośny chrzęst, który przywodził na myśl tylko serię spadających zapadek i skręcających się łańcuchów, które w jednej, krótkiej chwili zwarły się.
W tym samym czasie, Dorlivin i Vorlindi, a także i sam ich ojciec, odpięli swoje młoty bojowe zza pasów. Jedynie Dorlivin, który, wyciągając swój młot bojowy, ociągał się i jakoś wahał, jednak pokornie słuchał swego ojca.
– BRAĆ ICH! – Auldegrund wykrzyknął.
-
Zaira potraktowała poważnie wiadomość od Zakareth. Na szczęście nie zdążyła jeszcze niczego spróbować, choć niewiele brakowało. Elfka nie miała pojęcia co krasnoludy chciały zyskać zabijając ich, wszak mieli przy sobie niewiele więcej niż wartość zatrutego jedzenia, chyba. Wiedziała natomiast, że w pierwszej kolejności należało ostrzec pozostałych, ale siedzieli oni po drugiej stronie stołu, więc niebezpiecznie było to zrobić werbalnie. Niestety nie mieli też wspólnego doświadczenia z truciznami, do którego mogłaby się odnieść.
Wysunęła i nawet wyprostowała nogę pod stołem, ale nie dosięgnęła siedzącej na przeciwko niej Jaithe. Na szczęście Zakareth odwróciła uwagę jednego z krasnoludów dzięki czemu elfka dyskretnie wysunęła się do przodu, siadając na samej krawędzi swojego krzesła. Jej stopa dosięgnęła kolan Jaithy, a mając jej uwagę, Zaira zaczęła znacząco mrugać prawym okiem - którego nie widział żaden z krasnoludów, jednak wiadomość sprowadzała się do ogólnego ostrzeżenia, niczego nie wyjaśniając.
Zanim Zaira wymyśliła jak przekazać konkretną informacje, Auldegrund albo zorientował się że coś wiedzą albo stracił cierpliwość... No i się zaczęło.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się