[CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
-
-

Houston "Dingo" Dawn
– Co Ty wygadujesz, Żaba?! Jakbyś... - słowa Hifi były ostatnim co usłyszał Dingo nim wyślizgnął się uchylonymi do połowy wysokości drzwiami garażu. Nomada rozejrzał się szybko na boki, lustrując otoczenie z nawyku, który musi wejść w krew każdemu, kto chce wieczorem lub nocą szlajać się po NC. Zaułek nadal był pusty, jeśli nie liczyć stert śmieci i plamy krwi w miejscu, skąd razem z Frogiem zabrali zwłoki Valentinosa.
Ruszył w stronę furtki, którą z taką łatwością wcześniej otworzył Hifi i ruszył szybkim marszem w stronę najbliższej stacji NCART. Odetchnął z ulgą, kiedy filtry nosowe się odblokowały, wciągając znajome, ciężkie powietrze Night City.
Warsztat był o tej porze wyludniony i dziwnie cichy. Nawet wieczorami, tuż przed końcem zmiany nie wyglądał tak... obco, jak teraz. Dingo w pierwszej chwili poczuł się jak intruz, ale szybko zwalczył to uczucie. To jego miejsce... tak jakby. Częściowo. Spędza tu tyle czasu, że właściwie to nawet całkiem. Nie nazwałby go oczywiście swoim domem. Może gniazdem? Przystankiem na drodze? O, taką jakby spiżarnią, w której można przechować zapasy na trudne czasy...
Cóż, teraz musiał coś z niej zgarnąć. Skierował się od razu na tyły warsztatu, gdzie pod prowizoryczną wiatą, krytą blachą falistą stał wysłużony Villefort Columbus. Houston użył swojej karty, żeby wejść do warsztatu tylnymi drzwiami, rzucił tylko okiem, czy wszystko jest na swoim miejscu i nawet nie wchodząc, sięgnął do haczyka, na którym wisiała karta-klucz do samochodu.
Chwilę później Columbus z Houstonem za kierownicą powoli wytoczył się z podjazdu warsztatu na ulicę. Dingo włączając się do ruchu, rzucił okiem na zegarek na desce rozdzielczej, zastanawiając się przelotnie jak idzie chłopakom w garażu. Przypomniał sobie ostry zapach krwi i odgłos mięsa oddzielanego od ciała, więc postanowił o tym na razie nie myśleć. Włączył radio, otworzył okno od strony kierowcy, wystawiając zimny łokieć i wystukując palcami rytm melodii jechał na Ferguson Street.
-
Mieszkanie w H10, wieczór 14.07.77
Kobieta w progu może się i uśmiechała, ale był to nerwowy uśmiech, uśmiech maska, mający ukryć złość jaka zakiełkowała w piętach, eksplodowała w podbrzuszu, a obecnie rozsadzała głowę. Złość, że te głupie bezczelne gnojki, były już tak wyprane ze skupienia, że nie rozumieli co to znaczy spadać. Byli albo tak tępi, albo nie potrafili w ogóle słuchać wciąż rozpraszając swoją uwagę rolkami i interakcją z czatami. W pierwszym odruchu miała zatrzasnąć im drzwi przed nosem, ale to mogli odczytać jako odwrót, a odwracać się nie zamierzała. Wciąż otaczali ją zwartym woniącym chemikaliami kodonem wyższych o głowę testosteronów.
Stała tak chwilę spięta. Wygasiła muzykę. Usta zacisnęła, żeby nie palnąć co miała na końcu języka. Odliczała w głowie: pięć, sześć, siedem.... Wściekła jak osa.
Nikt nic nie mówił, tyle przynajmniej, że się na chwilę zamknęli. Drzwi na końcu korytarza się uchyliły i wyszedł z nich Stefan, konserwator i dozorca. Wszyscy znali Stefana, nazywali go Lewakiem z uwagi na duże hydrauliczne lewe ramię staroświeckiej konstrukcji, który to design przeżywał renesans.
-Cześć Arta, w porządku?-W porządku Lewak. Dzięki. Chłopaki chcieli autograf.
Lewak był rewolucjonistą i komunistą, dobrze się z tym krył biorąc łapówki jako stróż, musiało to boleć jego sumienie, ale ukrywanie się w kapitalistycznej dżungli miało swoją cenę. Ramię stracił oficjalnie w fabryce (za co pobierał rentę - marną, ale jednak), ale kiedyś jak się spił i próbował chwytać ją za kolano, jak Artemida miała naście lat, zwierzył się, że stracił rękę w Trzeciej Rewolucji Kubańskiej. Później dostał od niej w pysk za te kolana i się więcej nie czepiał.
Stefan przeszedł i wtedy dotarło do Artemidy co ją tak spięło. Nie bezczelność Czakasów, a niesforność kompanów. Jeden Quetzalcoatl wiedział co oprócz próżnych obietnic i zapisania się na kamerach jeszcze udało im się dokonać by zbliżyć się do popularesów w kartotekach. Ping w towarzystwie, wprost nakorowo z decka przez kontroler. Switch założył wspólne konto, to jak igła przypomniało o BlackVault - Czy mam się martwić? - W chuj się masz martwić cwany gapo - przemknęło jej przez myśl.
-Dobra panowie. Inwalidzi wojenni, jak mówiła. Tłok. Jasne? Jak gość nie będzie chciał handlować to sama pogadam z Dongiem. Skotakcimy się. Daj nika na dressholl. - wyjął smarta - Nie, powiedz. Zapamiętam. - zabrzmiało wiedźmo, bo wszyscy wiedzieli, że kult pamięci to działka cyfrowych bytów - Wiecie gdzie mnie szukać tylko bez hałasu i klamek, bo się kurator boczy.
-Piona mamuśka, klawa jesteś.
-Piona to będzie jak się skumplujemy. Nick.
-TyroneeFast - odezwał się Tyrone, przebijając Kakubę. Zabolało go, że jest nieznany.
Brazil machnęła już tylko kilka razy ręką, ci z kolei niechętnie odchodzili, wciąż wgapiając się w jej dekolt. Zaczekała aż odejdą, żeby przypadkiem nie być w odwrocie. Wróciła do środka jak huragan. Zatrzaśnięte drzwi same się zaryglowały, czego Hartley jeszcze nie widział w takim wydaniu. Owszem robił Hajfi, jakieś zdalne piloty, ale Mack nie zarejestrował żadnego ruchu Torquemady, trzasło i klasło, samo. Z głośników zawyła Samba
Brazil zaczęła się kołysać do rytmu na środku niewielkiej salonki. Musiała odreagować. Rytmy wolności, niewinności, namiętności spełnionych i nie.
-Wiesz - zaczęła leniwie - Dlaczego to musi być tak skomplikowane, dlaczego nie może być po kolei. - zatrzymała się - Mack, kurwa, gubię się - czuła, że jest jej bardzo smutno, że czegoś się boi - Potrzebuję trochę stabilności - rozłożyła ręce, a makijaż rosiły łzy - potrzebuję, żebym mogła się na kimś oprzeć. Powiedzieć co i jak i żeby nie tylko zrozumiał, żeby chciał pomóc. Przepraszam, się rozkleiłam. - wtuliła się w kolegę. - daj mi chwilę.
Chwilę poszlochała. Puściła kolegę. - dzięki - otarła ręką smarki z nosa - Muszę coś sprawdzić, te ćwoki, a na czele mój facet mogli narobić sobie kłopotów. Pomożesz mi, czy szukasz czegoś w tych wiadomościach? Sorry - kontynuowała - ale jestem zajebiście głodna, ale potrzebuje normalnego jedzenia i żeby ktoś naprawił odpływ, i żeby była czysta woda w baniaku, i miski prawdziwego ryżu z papryką i orzechami. - wciąż się mieszała, choć udawała, że dochodzi do siebie.
Wyszła i zaraz wróciła już w kangórce. Znów krokiem tanecznym. Deck położyła na kolanach - To jak, pomożesz czy nie? Umiesz obsługiwać automatyczne programy? To proste, wyjaśnię. Reagujesz na komendy na ekranie, masz gotową sekwencję komend, możesz wymieniać o tak.
Jednocześnie rozmawiając z Hartleyem zamrugała zaszyfrowaną wiadomość do Żaby, tylko do niego bo jemu i Rezowi wgrała na smarty enigme. - Co tam robicie? Co z tą laską?
Impy wysłała z rozkazami, spijały z sieci na miarę swych skromnych możliwości, odcięła chwilowo sieć, rozwinęła ekran i podzieliła się z Hartleyem filmem od Swicha.
-
HiFi 
– Nikt nigdy się nie dowiedział, kto ją zabił - tłumaczył Shawnowi. - Policji to nie obchodziło. W sensie... – Wiesz jak jest. Jedna z wielu śmierci. Nikt specjalnie nie dochodził... a Leon... nie miał jak znaleźć sprawców... Ja go rozumiem. Nie wydaje mi się, że to CI brzytwiarze zabili mu siostrę, ale zrobili to ludzie tacy jak oni... może nie zemści się na sprawcach, ale chce zrobić coś, aby nie zrobili czegoś takiego czyjejś siostrze...
– Świata nie naprawi ani nie zbawi, ale ja to rozumiem. Ale... jak się nad tym wszystkim zastanowisz - powiódł okrwawioną dłonią wokół, nie wskazując niczego konkretnego - ... jaki sens jest w tym wszystkim, co robimy? Jeżeli myślimy tylko o tym, by przetrwać do jutra, zarobić by żyć, jeżeli wszystko co robimy nie służy właściwie niczemu?
– Sam nie wiem... nie spieszno mi zabierać się z tego świata, ale... dobra, dość tego filozofowania... Nie, nie powiewa mi, stary...
– Wolałbym, aby nic nie zrobił, żeby w nic się nie wpakował... ale to nie przejdzie...
– No, poza tym, to ryzykowna transakcja tak czy siak. Chuj wie, w co Krety pograją. Wiesz, ja to bym chciał tak rozegrać, aby oni się sami powybijali, Brzytwiarze z Kretami. Muszę zgadać się z Leonem, on na razie się nie odzywa. Chcę go przekonać, żeby zrobić to sprytnie. Z minimalnym ryzykiem. Niech szlag trafi Brzytwiarzy, to oni mi powiewają. Ale ja do tego mam transakcję do zrobienia.
– Najlepiej zrobić z nimi handel, dać broń Kretom, niech Krety załatwią Brzytwiarzy. Leon osiągnie cel, my będziemy mieć czyste ręce, Krety zdobędą i broń i żarcie. Takie win-win, jeżeli nie liczyć Brzytwiarzy - uśmiechnął się.
– Ale broń na wymianę dla kretów muszę zebrać. Na samą wymianę i tak chciałem was prosić o asystę i zabezpieczenie. Teraz doszła sprawa z Leone i Brzytwiarzami i sprawa może być bardziej niebezpieczna. A temat jest za dwa dni. Widzisz więc, że wymaga to przemyślenia. Czy wchodzisz w to. Czy wolisz trzymać się z daleka. Nie musisz decydować teraz.
-

Ferguson Street, wieczór 14.07.77
Columbus stanął na czerwonych światłach przy zjeździe na Brookland. Postukując palcami w kierownicę Dingo obserwował na przemian rzekę przelewających się przed maską vana przechodniów i wciąż stojący na placyku obok skrzyżowania radiowóz. Wysłużony warsztatowy Villefort nie miał zainstalowanego adaptera Lśnienia i nie emitował w blasku Nadświata własnej sygnatury informacyjnej, toteż zawsze istniało pewne ryzyko, że policjanci zechcą ściągnąć go na pobocze w ramach rutynowej kontroli, ale i tym razem Houstonowi dopisało szczęście: obaj gliniarze byli zajęci dyskusją z grupą przechodniów sprawiających wrażenie zorganizowanej wycieczki z Azji, oblegających stróżów prawa ciasnym kręgiem.
Światło lamp zmieniło kolor na zielony, pasy reaktywnej farby na nawierzchni ulicy na czerwony, ostatni piesi przyśpieszyli kroku uchodząc przed ruszającymi w jednej sekundzie pojazdami. Dingo przejechał przez skrzyżowanie, chwilę później wrzucił prawy migacz dojeżdżając na wysokość restauracji „Caliente”.
Jestem, wysłał wiadomość na NoiseFeed wjeżdżając żółwim tempem na chodnik obok restauracji i obserwując na przemian obydwa lusterka. Przemieszczający się na wstecznym biegu Columbus wjechał w ciemną przestrzeń pomiędzy budynkami, rozświetlił ją czerwonym światłem tylnych lamp.
Shawn stał w gotowości przy ogrodzeniu, z ręką na broni i spojrzeniem taksującym rzędy brudnych okien w studni zaułka. Widząc zbliżającego się Villeforta otworzył szeroko drucianą furtę, odkopnął w bok jakieś stare puszki po piwie. Dingo wjechał z wprawą wieloletniego kierowcy na podjazd garażu, zatrzymał wóz kilka centymetrów przed bramą.
Żaba stuknął pięścią w metal bramy i ta zaczęła się natychmiast unosić odsłaniając wnętrze garażu i czekającego już w progu HiFi.
- Jesteśmy gotowi z krojeniem, wyciągnęliśmy z zioma wszystko - oznajmił z nutą zadowolenia Shawn zatrzymując się przy uchylonej szybie vana - Możemy zacząć ładowanie.
- Switch się odzywał ? - spytał Houston gasząc silnik i wyciągając klucz ze stacyjki - Ktoś się tu kręcił?
-

Raze Switch More
Holly Street w Japantown, wieczór 14.07.77
Switch milczał jeszcze chwilę. Za długą, by była przypadkowa. Wzrok przesunął się po ulicy, po twarzach ludzi, po odbiciach w witrynach. Kiedy odezwał się w końcu, głos miał niski, wyraźnie spokojniejszy niż wcześniej.
– Cieszę się Slim, że jesteśmy kumplami – podsumował Switch. – I zróbmy wszystko, żeby tak zostało. I teraz kilka spraw, które poruszyłeś. Po pierwsze: jednostka centralna Shivy. Sprawdzę. Jeśli jest na chodzie, to puszczę ci to poniżej ceny rynkowej. Nie na piękne oczy i nie na same obietnice. Kredyt – tak. Raty – pilnowane. Jedno spóźnienie i przysługa się dezaktualizuje. Jasno? Możesz też spłacić część w usługach. Nigdzie nie dostaniesz takiej oferty, więc nie narzekaj.Krótka pauza.
– Po drugie: wanna. – Przewrócił oczami, chociaż sieciarz tego nie mógł widzieć. – Naprawdę Slim? Gdyby nie jej zawartość, podrzuciłbym ci ją gratis. Ale nie. Nie mam do tego głowy i zasobów. Kosztowałoby cię to więcej niż kupienie tej samej z drugiej ręki.
Odwrócił się plecami do ulicy, opierając się o zimny metal balustrady.
– Po trzecie: Carlos, jego stara, Valentinosi i Moralesi. SlimWire, nie znam ludzi. Chcesz mi zlecić jakieś zadanie? Nie bawię się w żadną bandyterkę. Robię w usługach Slim. Jeśli chcesz coś zlecić, mów wprost. Albo kończymy.Po skończonej rozmowie Raze wybrał numer Hi-Fi.
— Cześć, Hi-Fi. Kasa za robotę wpłynęła. Dobra robota. Słuchaj… zleceniodawca chciał, żebyśmy odzyskali coś z kwatery Shivy.
Opowiedział kumplowi, co udało mu się wydobyć.
— Podrzućcie sprzęt do Brazil. Niech oceni, co warte. Niech zrobi kopię wszystkiego, co da się wykorzystać. Mam jeszcze parę fantów i muszę odwiedzić jedno miejsce nim do was wrócę.
W drugiej kolejności zadzwonił do netrunnerki.
— Cześć, Arte. Trochę mi się spierdoliło tutaj… Mam nadzieję, że u ciebie lepiej. Słuchaj, widziałaś ten filmik? Otagował mnie. Co kurwa mam z tym zrobić?
-
Żaba

Shawn zmarszczył się po wyjaśnieniu technika i przejechał dłonią po ogolonej prawie na łyso glacy. Kumple kumpli to zawsze był śliski temat, w który wolał się nie mieszać. Ktoś kogoś, a potem znów kogoś… W takim zupie zawsze wszystkie imiona wypływają na wierzch. Kurwa… Przecież już się dał Switchowi w to wkręcić. Pocieszał się tylko, że wtedy chodziło o sprawdzenie co z dziewczyną, a nie jak u HiFiego o trefny dil z Kretami i Brzytwiarzami. A filozoficzne gadki o sensie życia… Taaa. Czy był lepszy moment na filozofię niż podczas ekstrakcji cyberwszczepów z martwego Valentinosa?
- No spox. Pogadamy jeszcze o tym. Ale wiesz. Ja bym rozważył, żeby tego twojego ziomka gdzieś związać i zamknąć na czas transakcji… Się wkurzy. Jasne. Ale potem ci podziękuje. Rzucanie się na każdego Brzytwiarza… - pokręcił głową - taki kumpel to jak odbezpieczony granat. Ale na ten kulomiot z wieżyczki to się tak nie nakręcaj na razie. Mnie też się podoba.
Smarthing bzyknął ponownie więc Shawn, który ręcę zdążył umyć wziął urządzenie i zajrzał kogo niesie. Brazil.
- Wypłaszczona. W swojej wannie. Jakiś netrunnerski syf. - odpisał. Zastanowił się chwilę i rzuciwszy okiem na zapakowany sprzęt dopisał. - Zbieramy fanty. Chcesz rzucić okiem na jej sprzęt?Na odpowiedź długo nie czekał.
- Paga! Zbieracie fanty? A kamery? Ktoś was widział?
Jeszcze raz spojrzał w miejsca, które już sprawdził. I jeszcze raz postanowił wyjść na zewnątrz by sprawdzić, czy i tam niczego nie przeoczył.
- Brak kamer : o Brak oczu. Ale to Kabuki ¯(ツ)/¯
Schował Smarthinga i odezwał się do myjącego ręce HiFiego, który jednocześnie gadał ze Switchem i przeglądał najbliższy rynek wyzyskanych implantów. Nie ma co. Technik był obrotny. Nie dało się z nim wytrzymać i nie dało się go nie lubić. Kurwa. Mógł się Żaba zasłaniać, że nie ma czasu, hajsu ani ochoty się pchać w te lewe dile. A i tak mu pewnie nie odmówi. Popieprzone to wszystko.
Wyciągnął fajki.
- Idę przed garaż.Obaj sobie skinęli, a Shawna po chwili owiał przyjemny wyziew wieczornej ulicy. Spalony tłuszcz, pierdzące klimy i dusząca nuta plastalowej dżungli. Lepsze niż biedna Shiva i trupek Valentinos. Zaciągnął się dymkiem i po raz ostatni sprawdzić, czy jakie kable z wnętrza garażu nie szły gdzieś w jakieś dziwne miejsca. Aż trudno było uwierzyć, że Shiva nie zamontowała monitoringu.
Miał ochotę wbić na nabrzeże i zobaczyć, kiedy z kosmodromu coś startuje.Zamiast rozbłysku podboju kosmosu, Shawn jednak dostał po oczach reflektorami. Wrócił Dingo.
- Pusto. Nawet meneli brak. - odpowiedział - Poza nami. A ze Switchem HiFi gada właśnie.
-

Hartley "Mack" MackinawH10, mieszkanie
Mack miał łatwe zadanie. Robić dobrą minę do złej gry. Jego postura, jego twarz, jego oczy i jego niewypowiedziane słowa miały tylko wrzeszczeć: Nawet nie próbuj. Nie chcesz wiedzieć, co wam zrobię. Każdemu po kolei.
W sumie kilka godzin temu przeszedł przyspieszony kurs zabijania wzrokiem. W myślach sam siebie naskoczył za żart, że w to zabijanie wzrokiem w sumie mu się udało.
Trzasnęły drzwi, rozbrzmiała muzyka, Mack z lekkim opóźnieniem domyślił się, że Brazil jest podpięta pod wszystkie systemy w mieszkaniu, pewnie nawet te, którym nie mieli wypunktowanych na umowie najmu.
- Dzięki Brazil. Potrafisz spławiać natrętów. A sprawa pachnie mi Hajfim, a Frog robił za ochroniarza.
Na dotyk Artemidy też zareagował z opóźnieniem, ale nie oponował, pozwolił współlokatorce się wypłakać. I starał się nie zaglądać jej w dekolt. Pociągnął wciąż przyklejoną do niego dziewczynę po lodówkę i wyciągnął z niej kolejne piwo. Dla siebie.
- Piwo ci się wygazuje. I co to za robota? Mogę pomóc. A co do tych moich... poszukiwań, to nie chcesz wiedzieć, kilku policjantów próbowało wpakować mnie w kłopoty, ale raczej im się nie udało. Znaczy, im się gorzej niż nic nie udało, ale nie wiem co mają w systemie i kto to wymyślił. I tak w to nie uwierzysz.Pociągnął głębszy łyk z puszki. Puszki były typowo amerykańskie, czyli małe, kila łyków i nie zostawało nic.
- Dobra, dajesz ten stuff - obejrzał nagranie. Potem kolejny raz - co mamy znaleźć?
Od dawna nie rył dogłębnie w sieci ani bibliotecznych bazach uczelni, to była dla niego prehistoria. Tamte, zdechłe już, życie.
-

Salon Juliusa Kraita, wieczór 14.07.2077
Doktor Julius Krait prowadził salon cybernetyczny na tyłach „Czarnego Lotosa” od prawie siedmiu lat. Major Krait, były lekarz wojskowy, weteran Wojny Unifikacyjnej, który porzucił mundur NUSA i osiadł w Night City po udanej obronie miasta przez zdeterminowanych secesjonistów pod wodzą Luciusa Rhyne. Na początku świadczący usługi inwalidom wojennym, szybko wyrobił sobie reputację niezawodnego specjalisty od każdego rodzaju cybernetyki, mającego dojścia do specyficznego sprzętu i pracującego dla każdego, kogo było stać na jego usługi.
Switch nigdy nie wyjawił reszcie paczki jak właściwie poznał Kraita i jaką dzielił z nim przeszłość, ale musiał ich łączyć szczególny związek.
Fikser wszedł do środka tylnymi drzwiami, minął kilku wynajętych Animalsów tworzących zaufaną ochronę przybytku Kraita. Wpuścili go bez słowa identyfikując twarz Switcha dzięki wgranej do ich neuralnych banków pamięci liście stałych gości. Poszedł do pierwszego salonu, tego dla mniej znaczących klientów, którzy zwykli tworzyć zasłonę dymną dla bardziej wyspecjalizowanych usług Kraita. Po potraktowanym wiertarką pacjencie nie było już śladu, jedynym dowodem jego obecności były ostatnie niezmyte dotąd plamy krwi na podłodze przy fotelu.
Julius Krait stał oparty bokiem o umywalkę z nierdzewnej stali, z puszką NiColi w dłoni, popalając bezceremonialnie skręta i poruszając głową w rytmie muzyki, którą tylko on słyszał. Wysoki postawny mężczyzna o przystojnej twarzy z powleczonego syntoskórą kevlaru i nienaturalnie błyszczących zielonych oczach.
- Co takiego masz dla mnie, Raze, że jest to warte marnowania sobotniego wieczoru? Nie powinieneś być teraz z Brazil w jakimś klubie? Jak będziesz ją zaniedbywał, ktoś ci ją zwinie sprzed nosa? Kto wie, może nawet ja?
-
Mieszkanie w H10, wieczór 14.07.77
Trochę się głupio czuła, że zrobiła dramę, że nie odpowiedziała na słowa kolegi kiedy zaryglowała drzwi. Się z drugiej strony rozluźniła, oczyściła, musiała to przyznać: wyrzygała testując przyjaźń, a on zdał test. Przytulił, nie komentował, nie robił min. Była mu zajebiście wdzięczna.
W ustępującym zamieszaniu nie zapomniała o wskazanym przez Hartleya pivie, podjęła, upiła już spokojnie. Wysłuchała uważnie tego co powiedział, a kultura pamięci, do której przystępowała nie pozwalała zapomnieć. Zadowolona z siebie, że zdołała kolegę zaktywować puściła przekaz Raze jak najświeższy hit steem'u.
Tymczasem na peryferiach zwrotka od Shawna. Nie uspokoiło jej to, bo brak kamer to gangi, albo inni rewolucjoniści. Chwilę jej zajęło, choć myśl podjęła to zawiesiła ją, spoglądając w świat cyfrowy, czy nic się do łącza nie klei.
Odesłała - To się zbierajcie stamtąd.Przydzieliła Hartleyowi pomocników w poszukiwaniach, sama zaglądała głębiej, przez szczeliny znane tylko cowboyom sieci. Była dość wyczerpana głębokim nurkowaniem, a Mack był dobrym kompanem, toteż chętnie korzystała z kulawego interfacu ciała, tak by kolega mógł jej zaglądać przez ramię. Co raz łapała się na tym , że inicjowała komendy na ekranie bez klikania w klawisze, co nie dawało Mackowi czasu na analizę. Brazil czuła misje nie mogła się tylko zdecydować, czy ważniejsze są tagowania Switcza, czy tajemnicze wiadomości Hartleya, a już na pewno wycieczka Shawna, Hifiego i Dingo.
-

Ulice Little China, późny wieczór 14.07.2077
Załadowany kontrabandą Villefort Columbus przemierzał tłoczne ulice Little China okrężną drogą, najpierw bulwarem nad kanałem, potem poprzez Ellison Street na megablok H10. Minęła już dwudziesta druga i szaleńcza atmosfera sobotniego wieczoru wzięła we władanie całą dzielnicę wypełniając ją blaskiem neonów, światłem czerwonych chińskich lampionów, warkotem samochodowych silników, rykiem wszechobecnych reklam, płynącą z przenośnych głośników orientalną muzyką. Van stawał co chwila w ulicznych korkach, niemal zderzak w zderzak z poprzedzającymi go pojazdami, obchodzony przez pieszych przebiegających co rusz w poprzek ulicy w wędrówce pomiędzy tętniącymi ogromem decybeli klubami.
Siedzący przy drzwiach pasażera Shawn oglądał zabrany Rodriguezowi pistolet, model Unity od Constitutional Arms, bliźniaczo wręcz zbliżony parametrami do jego własnego Pacifiera Militechu. Broń Valentinosa pokryta była niezłej jakości grawerunkiem na okładkach rękojeści, z motywami Santa Muerte oraz florystycznymi wzorami tak popularnymi wśród latynoskich gangów z Heywood. Po lewej stronie zamka, naniesiony delikatnymi zawijasami wiertła grawera, widniał napis “Mojemu chrześniakowi, Padre”. Frog cmoknął z uznaniem ważąc ciężar pistoletu w dłoni. To była spersonalizowana broń w bardzo dobrym stanie, pachnąca smarem, zadbana, warta dobrej ceny w obiegu wtórnym.
- Dingo, masz plany w poniedziałek wieczorem? - siedzący pomiędzy kierowcą i solosem HiFi przestał sprawdzać coś w smarthingu, przyciszył radio, w którym na 88.9 Pacific Dreams leciał Isometric Air w wykonaniu Quantum Lovers - Pytam, bo jest sprawa.
- Tak, posłuchaj go - Shawn zrzucił z metalicznym trzaskiem odciągnięty zamek Unity, pstryknął palcem w bezpiecznik i schował pistolet do kieszeni na udzie spodni - Dobrze się przysłuchaj, co wymyślił.
- Nie bądź taki upierdliwy - burknął technik obrzucając Żabę pełnym dezaprobaty spojrzeniem - To jest sprawa honoru, przecież ci tłumaczyłem.
- Uwielbiam sprawy honoru, nawijaj - uśmiechnął się kącikiem ust Dingo - Co jest, ktoś obraził twoją laskę, trzeba mu ryja obić?
- Najpierw trzeba mieć laskę, taką prawdziwą, a nie dmuchaną na pilota - zauważył filozoficznym tonem Shawn, oglądając dla odmiany punkty montażowe pod lufą wsadzonego między kolana Copperheada - Ale to nie panienka, to coś znacznie lepszego, weź go tylko posłuchaj.
- To weź się nie dopierdalaj, bo nigdy nie skończę - sarknął HiFi - Byłem dzisiaj na starych magazynach All Foods za Kennedy Avenue, tam w stronę estakady. Miałem interes do zrobienia, ja i Leon, z Kretami.
- Robisz interesy z Kretami, młody? - Houston zatrąbił na jakiegoś faceta, który goniąc z łomem w ręku innego gościa omal nie wpadł mu pod koła - Oszalałeś? Nie słyszałeś, co mówią na dzielni o Kretach? Oni porywają i zjadają dzieci, ciebie też wpierdolą na surowo przy pierwszej okazji.
- Z wami się kurwa nie da pogadać jak z normalnymi ludźmi - żachnął się HiFi - Leon robi z nimi od dawna interesy, sprzedaje im przeterminowane żarcie z automatów w zamian za różne graty z podziemi i ugadaliśmy się z nimi na zajebisty sprzęt audio, ale takie retro za naprawdę zajebistą kasę po renowacji. Nie ściemniam, dostałem na próbkę wzmacniacz Macintosha, mam go w mieszkaniu, ale żeby zrobić pełną transakcję, potrzebuję specjalnego towaru.
- I czego chcą? - Houston najwyraźniej poczuł zainteresowanie tematem, rytmicznie kiwając głową i postukując palcami w kierownicę do wtóru płynącej z radia piosenki.
- Młody zaczął od dupy strony - wtrącił Shawn ściskając mocniej kolanami karabin i sprawdzając gwint tłumika - Nadział się z Leonem na Brzytwiarzy, którzy się tam przypałętali jak ci gadali z Kretami. Gangusy wkurwiły Avrille, kojarzysz go na pewno, koleś ma czasami krótki lont. Umówili się obaj z tymi Brzytwiarzami pojutrze wieczorem na wymianę kradzionego żarcia na broń dla Kretów, ale oni nie mają towaru, tylko chcą tych boosterów zajebać, bo Leon ma z nimi kosę, a HiFi jest honorowy i nie chce kumpla zostawić na lodzie. Ale zanim tam pójdzie, musimy sprawdzić w La Catrinie aktualny cennik za kremację ciała, bo przecież nie pozwolimy, żeby gangusy wyrzuciły zwłoki młodego po wszystkim na śmietnik, mamy swój honor.
Dingo odwrócił głowę w stronę technika, zagwizdał przeciągle spoglądając na chłopaka znad szkieł swoich ciemnych okularów.
- Ja pierdolę młody, ja cię nie poznaję - oznajmił teatralnie zdumionym głosem - Co się z tobą dzieje, chcesz zostać zakapiorem jak wujek Shawn? Polować nocą na boosterów w Northside? Zostać dilerem Kretów?
- Po pierwsze, Leon to mój przyjaciel, przyjaciół się w biedzie nie zostawia, was bym też nie zostawił, chociaż się często zachowujecie jak ostatnie ciule. On pójdzie się z nimi policzyć nawet jak zostanie sam, tu chodzi o jego siostrę. A po drugie, oni obiecali przynieść na wymianę strzelby, a mnie są potrzebne strzelby dla Kretów, bo oni nagle już nie chcą żarcia i leków, tylko broni i amunicji i paliwa.
- HiFi, to brzmi jak jakiś gruby deal - stwierdził Dingo poważniejąc w jednej chwili - Bardzo gruby i kurewsko niebezpieczny. Masz jakiś realny plan? Na pewno chcesz się w to pchać? Co ci da zajebanie tych Brzytwiarzy?
- No przecież już mówiłem, że oni mają nam przynieść broń na wymianę za żarcie - zdenerwował się ponownie HiFi - W ogóle mnie nie słychacie. Jak Leon i tak chce ich załatwić, to się to zrobi tak jakby przy okazji. Zabierzemy spluwy i amunicję, a teraz tak sobie myślę… tylko się kurwa nie śmiejcie, ale może i z nich coś się da wyciąć? Normalnego człowieka bym nie dotknął, ale trupy gangsterów to co innego. Wiecie, ile jest warty ten towar, który wyciągnęliśmy z Valentinosa? Na legalnym rynku wtórnym ponad sześć tysięcy, ale my dostaniemy może połowę z tego, ale to ciągle trzy tysiące. Te parę dni może nas ustawić na całe miesiące, chłopaki. Wreszcie skończycie z pożyczaniem drobnych na dziwki i wódkę, wszystkich nas będzie stać na dużo więcej.
- Tę sprawę z Brzytwiarzami rozumiem, chociaż nie wiem, czy to dobry pomysł - cmoknął Dingo wjeżdżając na rondo przed południowym wejściem do megabloku - Ale po co Kretom broń? Czy oni szykują się na walkę z ratuszem o te kanały? Będą strzelać do ekip pompujących gaz do studzienek?
- Po chuj drążyć? - wzruszył ramionami Shawn - Już mówiłem, trzeba sprawdzić koszty kremacji, ale zaoszczędzimy na opłatach za miejsce pamięci, postawimy sobie urnę z młodym w salonie nad kanapą.
-

Raze Switch More
Salon Juliusa Kraita, wieczór 14.07.2077
Switch prychnął cicho.
— Spokojnie, Julius. Jakbyś próbował ją zwinąć, to musiałbyś nadążyć. A twoje kolana pamiętają jeszcze Unifikację.
Rozejrzał się po pomieszczeniu, po krwi przy fotelu, po stali, po Animalsach za drzwiami.
— Nie przyszedłem tu z randkową zazdrością. Szukam jednej osoby. Znajomej znajomego. Od kilku miesięcy w NC. Może nie chce, żeby ją ktoś znalazł. — Wzruszył ramionami. — Co nie znaczy, że nie można.
Wyciągnął smarthinga, obrócił go w palcach.
— Dostałem pakiet medyczny. Pełne profile, mody, ingerencje. Świeże. Jeśli robiła coś przy sobie w mieście, ktoś musiał ją kroić. A każdy, kto kroi, zostawia ślad. Zamówienia, firmware, seryjne, łańcuch dostaw. Ty znasz ten ekosystem lepiej niż ktokolwiek.
Podsunął urządzenie Kraitowi.
— Sprawdź, czy coś ci mówi ten zestaw. Kto to mógł składać. Gdzie.
Zamilkł na moment. To drugie nie przychodziło mu łatwo.
— I… skoro już marnuję ci sobotę.
Przesunął palcami po karku, jakby coś go tam uwierało.
— Rzuć okiem na mnie.
Krótka pauza.
— Pełny skan. Wszczepy, warstwa komunikacyjna, diagnostyka pasywna. Bez grzebania głębiej niż trzeba.
Uniósł wzrok na Juliusa.
— Chcę wiedzieć, czy ktoś mnie nie otagował. Jakiś znacznik, pasywny ping, cokolwiek. Ostatnio za dużo przypadków trafia mnie „przypadkiem”.
Brazil nie powiedziała mu nic.
Krzywy uśmiech.
— I nie, to nie paranoja. Jeszcze.
Westchnął.
— Jeśli ktoś mnie prowadzi, wolę wiedzieć, zanim zaprosi się na mojego drinka.
-

Salon Kraita w Kabuki, późny wieczór 14.07.2077
Trzy dni, powiedział Julius, a Raze znał go dostatecznie dobrze, aby nawet nie próbować jakiegokolwiek nacisku. Major prowadził swoje interesy na wojskową modłę, dokładnie planując harmonogram projektów; był też wyjątkowo słowny i Raze nie wątpił, że w środę dostanie na smarthinga konkretną odpowiedź.
- Nie wiem jaki będzie koszt - stwierdził Krait czekając aż Switch zajmie miejsce na fotelu - Myślę, że zamkniesz się w tysiącu. Oczywiście na raty nie rozkładam, informatorów opłacam gotówką.
- Jakbyś się w końcu podzielił źródłami, nie musiałbym ci w przyszłości zawracać głowy - mruknął fikser. Krait roześmiał się w odpowiedzi, pochylił się nad Switchem, unieruchomił jego kończyny we wzmocnionych prowadnicach i sięgnął po giętki kabel złącza neuralnego biegnący od zawieszonego nad fotelem ekranu.
- Mam cię odciąć od wzgórza mózgu? - zapytał ripper sprawdzając coś na swoim panelu - Jeśli będziesz miał wirusa, jego kasowanie może wywołać fantomowe wrażenie bólu. Może wolałbyś nie cierpieć? Nie gwarantuję, że nie będziesz czuł niczego, ale to może poprawić twój komfort zabiegu.
- Nie ma takiej kurwa opcji - odpowiedział Switch krzywiąc usta - Żadnej przejściowej lobotomii. Uśpisz mnie, a potem się nie powstrzymasz od sięgnięcia po jebaną pilarkę. Dawaj na żywca.
- Klient nasz pan - wzruszył ramionami Krait - Poznałem w życiu wielu takich twardzieli. Opowiadałem ci kiedyś o Trzeciej Wojnie o Grenlandię? Kiedy Kanadyjczycy rzucili na Nuuk mózgoboty, a najemnicy z Baszkirii dostali się pod wibratory soniczne? Był taki jeden gość…
Krait wpiął wtyczkę panelu diagnostycznego w gniazdo za uchem i Raze poczuł przelotne mrowienie w całym ciele, gdy ripper kalibrował swoje instrumenty logując się do wszczepionego w kręgosłup fiksera neuralnego procesora. Na wyświetlaczu cyberoka Switcha pojawiły się linijki kodu przesuwające się w zawrotnym tempie poprzez całe cybernetyczne pole widzenia mężczyzny, pociągając za sobą nieuniknione zawroty głowy.
Julius Krait opowiadał wojenne anegdoty i pracował jednocześnie, nawet na chwilę nie odrywając wzroku od ekranu. Ripper nie miał w zwyczaju komentować diagnostyki na bieżąco, zawsze czekał z raportem do końca zabiegu.
- Miałeś pluskwę - oznajmił po trzydziestu minutach skanowania - Mały trojan, dość pasywny, bez rozpoznawalnej sygnatury. Myślę, że miał umożliwiać dyskretne logowanie się do twojej cybernetyki w czasie, gdybyś był sprzęgnięty z urządzeniami peryferyjnymi, wystarczyłoby, żebyś włączył WiFi. Byłeś nieostrożny, Switch. Takie błędy szybko się mszczą.
- Kurwa, a więc jednak - warknął fikser przywołując z pamięci wspomnienie Reda Herringa - Jak ktoś mi to mógł wgrać w niezauważony sposób?
- Teoretycznie są dwie możliwości - wzruszył ramionami Krait odwieszając kabel diagnostyczny na uchwyt przy komputerze - Ktoś wykorzystał luki w firmowym sofcie, co chwilę słychać o wyciekach danych z korporacji. Albo ktoś był z tobą sprzęgnięty na otwartym porcie komunikacyjnym i sobie coś dyskretnie wgrał. Bez sprzęgu to raczej niemożliwe. Sam sobie musisz odpowiedzieć na pytanie, kiedy dałeś sobie ściągnąć gacie.
- Tak czy owak, jesteś czysty. Pięć dych, możesz przelać Blikiem. I spadaj, w przeciwieństwie do ciebie ja mam romantyczne plany na wieczór.
-
HiFi 
– No dobra... to oddaję ci kasę, Shawn - rzekł technik, przelewając z nowego wspólnego konta 20
na prywatny rachunek solosa.Stan konta Shezam: -20e$
Ładowali co cenniejszy sprzęt na vana.
– Dawajcie, ta lodóweczka z napojami też, co mają się zmarnować. A sprzęt albo sobie na chatę wstawimy, ale się też opyli - HiFi rozglądał się po oczyszczonym ze sprzętu pomieszczeniu. Podszedł do biurka i zaczął je przeszukiwać. Odnalazł kartę dostępową taką, jak do ich mieszkania.
– No, no... - mruknął do siebie pod nosem. Ciekawe, co masz u siebie na chacie mała... - urwał przypominając sobie, jak ta „mała” obecnie wygląda.
– Sorry, ale tobie już się i tak nie przyda... wiesz jak jest... - zastanowił się. Mieszkanie mogło wymagać dodatkowo użycia linii papilarnych lub kodu ze smarthinga. Smarthinga nie znaleźli. Pewnie netrunnerka miała odpowiedni implanty... ale tych, nie wydobędą... a linie papilarne... spojrzał w stronę wanny... ręce były wyciągnięte w górę a dłonie zachowały się w dużo lepszym stanie niż cała reszta. Była szansa, że mogłyby jeszcze zadziałać. Wystarczyło je odciąć i...
Tfu... kto mu do głowy wkładał takethie myśli? Nie będzie paradował z workiem odciętych palców lub dłońmi, tfu...
Spojrzał na sofę...
– Słuchajcie, skoro mamy już transport... bierzmy i te sprzęty - wskazał na meble. - Wystawimy przed blokiem, puścimy krótkie info w obieg, zawsze wpadnie jakaś kasa. Hm?

– Kurde, chłopaki - HiFi obrzucił kolegów jadących z nim vanem. - Jest dil do zrobienia. Co mnie obchodzi, po co im broń? Jakby to było większe zmartwienie od innych. Że z brzytwiarzami handel taki straszny? Jak przyszli, to było ich trzech, a ja tylko z Leonem. Dało się sprawę załatwić. To nie Tajgersi.
– A ze związaniem Leona to nie taki dobry pomysł. Raz, że on się domyśli, kto za tym stoi i może mi nigdy nie wybaczyć. Ale gorzej, że Krety mogą bez Leona nie chcieć rozmawiać. Spróbuję z nim porozmawiać. Ale to nic nie da. Zresztą... - machnął ręką i zamilkł.
– Ładujemy wszystko na chatę? Trochę tego jest. Możnaby coś wynająć. Trochę kasy szkoda... - bił się z myślami. - Dla Brazil lepiej, żeby wszystko było pod ręką, mogłaby by sobie posprawdzać co jej potrzebne. Nie trzeba by w razie czego wozić tam i nazad... Dobra, może jednak ładujemy to na chatę... - westchnął.
-
Mieszkanie w H10, późny wieczór 14.07.77
Co tam robicie? Co z tą laską?
Wypłaszczona. W swojej wannie. Jakiś netrunnerski syf. Zbieramy fanty. Chcesz rzucić okiem na jej sprzęt?Shiva Lacroix nie żyła i generalnie Artemida nie powinna czuć szczególnie głębokiego poruszenia czytając wiadomości Shawna. Każdego dnia w Night City umierał jakiś netrunner: zainfekowany LODem, osłabiony zbyt długim podłączeniem bez fizjologicznego podtrzymywania, odcięty od możliwości powrotu umysłu do ciała. W cyfrowym świecie wszechobecnej wojny, gdzie ścierały się ze sobą korporacyjne wydziały CWF, NetWatch i rywalizujące z nim rządowe agencje NUSA, kryminalne syndykaty i niezliczeni wolni strzelcy, liczba ofiar wśród sieciarzy szła w dziesiątki każdego tygodnia, a poczucie lojalności i przynależności miało bardzo płynne granice. Dzisiejsi sprzymierzeńcy jutro mogli stać się nieprzejednanymi rywalami, by pojutrze starać się wzajemnie zlikwidować albo wejść w kolejny kruchy sojusz.
Przypadek Shiry Lacroix był inny. Podobnie jak Artemida, przewinęła się przez klub sieciarski w Kabuki, przez co nie była już kimś anonimowym, bezimiennym postacią ukrytą za zwodniczym nickiem albo wieloznaczną ikoną.
- Switch ma talent do wpierdalania się w kłopoty - powiedział Mack studiując uważnym wzrokiem szczegóły przesłanego Brazil nagrania - To jest dowód popełnienia podwójnego morderstwa. Nie rozumiem, dlaczego go puścili żywego, przecież jest świadkiem.
Artemida zerknęła na ekran tabletu siedzącego fotel w fotel mężczyzny - na fragment, gdzie jeden z upiornych albinosów miażdżył krtań trzymanego w morderczym uścisku Tygersa nie okazując żadnego niepokoju obecnością Raze’a.
- Są bardzo pewni siebie - rzuciła osądem netrunnerka - I może mają poczucie misji. Może zależy im na świadkach. Chcą, że ludzie o tym gadali, żeby im podnieść reputację.
- Pierwszy raz widzę takich pozerów - mruknął Hartley - Ta stylizacja jest… no nie wiem, cudaczna? Wszyscy trzej praktycznie identyczni, śnieżna karnacja, te stroje i implanty, co to kurwa jest? I te wisiorki z ptakami. To jacyś zwierzęcy fetyszyści?
- Też niczego nie znalazłam - przyznała z niechęcią Brazil - Są jak duchy, wypłynęli znikąd i znowu zniknęli. Może to jednorazowa akcja. Ale wydaje mi się, że jeszcze o nich usłyszymy.
-
Mieszkanie w H10, późny wieczór 14.07.77
Zejście Shivy do płaskiej wywołało u Brazil tyle ambiwalentne odczucia, że nie zdołała odpowiedzieć na kolejną wiadomość Shawna. Oglądać ciekawa, ale nie oglądać by wołała sprzętu i zapisu wypłaszczonej hakerki. Niełatwo jest spoglądać w chwilę śmierci mięsa mózgu, niełatwo tym bardziej, że to podróż poza czas. Przeszłość, która w cyfrowym świecie może się wydarzać w nieskończoność. Obrzydzał Brazil taki gwałt na ludzkim umyśle, nie chciałaby żeby ktoś obnażał ją w podobny sposób, ale ciekawa była zapisu decka, jak stronic magicznej księgi poznania. Tajemnic tam zapisanych, które mogły uchronić ją od podobnego losu.
Zepchnęła rozterki w kąt, zaangażowana w angażowanie Hartleya i siebie samej, skupiła się na filmie od Raze'a. Wszystko pod krypto z pełną kontrolą zapisu elektronicznego z mieszkadła. Emocje udzieliły się obojgu widzów owocując konstruktywną wymianą spostrzeżeń. Goście ewidentnie oczekiwali poklasku, lub sprawdzali swą pozycję wobec fixera.
-Jakby nie dbali o własne życie, a o wizerunek gangu... - zawahała się - ...albo sekty.Jedno było pewne Swich pakował się w kłopoty i wciągał w nie innych.
-Może są śmiertelnie chorzy i wymieniają akolitów aktualizując ich wszczepami, albo to antki. - rzuciła jeszcze do Hartleya i przesłała mu dane - W poszukiwaniach pomoże ci asystent, nazywa się Murzyn i jest bardzo dumny ze swojego imienia. Podsyłam ci komendy i kody dostępu do jego funkcji. Wydaje się zajmować RAM, ale udostępnię ci zasoby całej chaty.
Sama szukając głębiej skryła swój ślad za pięcioma serwerami i pięcioma bramami. Nie szarżowała na posterunek policji, czy nawet bramy gangów z Kabuki, śliznęła się przez spożywczaki, bibliotekę i udało się przez sklep z bronią. Wszystko w mięsie, tyle, że komendy wydawała szybciej główką niż paluszkami, a pazurki nie przeszkadzały.
Nic nie znalazła, może była zbyt zachowawcza, ale zaraz pomyślała, że może Shiva nie była. Mack również nic nie znalazł i znów ta ambiwalencja, bo i dobrze i szkoda. Impulsywnie wysłała do Raze, trochę w złości, zaraz pożałowała, że go bardziej nie nastraszyła. Chciała go mieć przy sobie i podzielić się problemami, ale te bladły przy jego. Odrzuciła, bo główka racjonalna wygrała, chęć wysłania wiadomości do Swicha, żeby zaraz wracał, najpierw wolała rozmówić się z resztą, bo niepokoiła ją beztroska, lub może bezmyślność kolegów.
Kolejny raz zepchnęła wszystko i z kolei przeniosła uwagę na Macka.
-Dzięki, dobra robota. Fajnie, że ktoś czasem chce pomóc za puszkę piva. - zaśmiała się, - No wiem, że to ja zajebałam ci pivo i jeszcze zaciągnęłam do przeszukiwania baz, bo mnie facet poprosił, ale to wszystko jedno. Tyle dostajemy co dajemy. No i jak masz jakieś problemy z glinami, czy coś to zawsze mogę spróbować pomóc. Nie od razu, bo mam teraz zlecenie i nie ukrywam trudne. - znów ten uśmiech czarownicy - Nie musze w nic wierzyć, mogę sprawdzić. - zatrzymała się, żeby nie powiedzieć za dużo i nie chodziło jej o siebie, a o to co gryzło Macka.
Położyła mu dłoń na ramieniu na wypadek jakby zamierzał wstać i wyjść.
-Powinieneś wiedzieć jeszcze jedno. - wyświetliła holo - To trasa naszych kolegów, wygląda, że zmierzają do mieszkadła. Mam podstawy domyślać się, że mają przy sobie kradziony sprzęt powiązany z zgonem netrunnerki Shivy. No i wiesz, jak trafiły tu za nimi te łebki od Donga, to co się może jeszcze przywlec.