Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
[CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
-

Hartley "Mack" Mackinaw
Mack popatrzył na Froga, potem na Artemidę, na Hajfiego. Znów na Froga. Na Artemidę. W jej oczach widział desperację.
- Trudno, najwyżej urżną mi łeb. Jadę z wami. - wstał, przyszedł mu do głowy jeszcze jeden pomysł: - Skoro nie wiemy, co jest ze Switchem oraz czy na pewno jego telefon jest tylko wyłączony i czy na pewno ma go przy sobie, to proponuję na razie nie korzystać z NoiseFeeda. No żeby ktoś tego nie przeczytał. -
Houston "Dingo" Dawn
a- O, mądrego dobrze posłuchać - rzucił Dingo pod adresem Macka, zatrzymując się gdzieś między kanapą, a przejściem do łazienki. Spojrzał na HiFi - Sorry, ale te monitory będą musiały poczekać. Też się z wami zabiorę. Wygląda na to, że Switch mógł się wpakować w jakiś gówniany deal.
Houston skoczył tylko do pokoju, który dzielił z Frogiem i sięgnął pod łóżko, gdzie HiFi z Shawnem wsadzili karton z rzeczami Valentinosa spod garażu Shivy. Wyciągnął stamtąd gnata należącego do tego nieszczęśnika - jemu już się nie przyda. Sprawdził magazynek, wsadził zabezpieczony pistolet do kieszeni i ruszył do pozostałych, a w jego głowie kołatała się jedna myśl: wataha troszczy się o swoich. Nikogo nie zostawia samego.
-
Mieszkanie w H10, 22.01; 14.07.2077
Stała jak sierota, a atencja, choć sama była jej sprawczynią, coraz bardziej ją onieśmielała. Nieco nawet spąsowiała pod makijażem. Na szczęście pigułka ją wyrównała.
-No wiem Hajfi, pewnie i racja, a tu moja wariacja. Tylko dlaczego ten zjeb nie może spędzić z nami wieczoru normalnie? - się nagle obruszyła - Co mówiłeś: Slimwire? Sprawdzę po drodze nie kojarzę. I to ja chcę wiedzieć czy on wyszedł, nie wy, więc wiedza będzie tam gdzie powinna. Nie będę zostawała na kamerze cały czas, lepiej wchodzić na sekundy i ściągać dane, to jest bardziej krypto. A goście, biorąc pod uwagę okolice to latino gangi: Valentinos lub Tren de Agua.
Na deklarację Macka się uśmiechnęła, wreszcie szczerze i ładnie. -Mamy jeszcze jedno miejsce w wynajętym Aigo. - się zerwał Dingo - no to w Aigo komplet, jak ktoś jeszcze chce to zmienię zamówienie na furgon.
-
Mieszkanie w H10, 14.07.2077, 22:03
Przysłuchujący się rozmowom znajomych Leif Gundarsson dopił swoją butelkę Spunky Monkey, po czym podniosł się z sofy poprawiając rękawy wymiętej służbowej kurtki.
- Najpierw zapraszacie, a potem zawijacie się z chaty? - prychnął z udawaną dezaprobatą, macając się po kieszeniach w poszukiwaniu waporizatora - Jadę z wami, tylko do kibla skoczę, nie wychodźcie beze mnie. I nie zamawiaj furgonu, to w chuj kasy, pojadę w bagażniku.
Wypożyczalnia aut miejskich znajdowała się trzydzieści pięter niżej, w sąsiednim skrzydle megabloku H10. Obsługiwany odpowiednią apką, system wypożyczalni powiązał z komórką Artemidy wybrany na stronie firmy pojazd, odblokował jego centralny zamek i podniósł bramkę parkingu. Drzwi wozu trzasnęły metalicznie, zaszumiał włączony przez Shawna elektryczny silnik. Składana na licencji Toyoty w Wolnych Stanach Zachodnich Aigo była niemiłosiernie porysowana, naznaczona mnóstwem wgnieceń oraz kilkoma układającymi się w równy rządek przestrzelinami na przedniej masce. Wnętrze wozu śmierdziało pastą do czyszczenia, marihuaną i stopionym plastikiem, ale kombinacja tych odorów nieco zelżała, kiedy w środku samochodu rozszedł się zapach perfum Brazil.
- Ja pierdolę, tu chyba są karaluchy - stęknął wsadzony do bagażnika Gundarsson - Ktoś zostawił stare żarcie, ja pierdolę. Moment, tylko to wyrzucę.
Shawn włączył radio, poprawił uciskającą go w niewygodnym fotelu kaburę Pacifiera i wyjechał z parkingu ocierając się lusterkami o porozstawiane w chaotyczny sposób inne pojazdy wypożyczalni.
- Zapodajcie konkretną muzę - zażyczył sobie Leif moszcząc się wygodniej w zaśmieconym bagażniku samochodziku.
-
Shawn "Żaba" Camara
- 45 jebanych minut??? - Solos aż pieprznął dłońmi w kierownicę gdy nawigacja wypluła spodziewany czas dojazdu - No to się E-Dra pójdzie jebać... Chuj mnie strzeli po całym dniu w sklepie... To już nikt tego fajfusa w Kabuki nie lubi, że musi dymać przez całe miasto??? Piątkowy wieczór. W korkach... Już żałuję, że nie zostałem z Hajfim. Doobra... Złap się czegoś Leif!
Silnik zawył zrozpaczony bezdusznym traktowaniem przynależnym wszystkim wypożyczanym i służbowym autom i wóz ruszył z parkingu.
- Jebaniutki... - mruczał pod nosem solos skręcając wbrew nawigacji w kierunku New Westbrook, żeby ominać city. - Zakład o zgrzewę Grzmota, że się okaże, że chleje, żeby przybić jakiś swój dil. I jeszcze z mordą do nas wyskoczy, że mu dupę zawracamy. Trzymaj mnie wtedy który... I to w Vista del Rey... Pierdolony latino lover.
-
Ulice Nigh City 14.07.2077, 22:09
Usadowiona na tylnej kanapie za siedzeniem pasażera, bo Camara zajmował sporo miejsca z przodu, a chciała mieć wygodę, żeby trzymać deck na kolanach, Torquemada nie mogła wyjść z podziwy jak jej drama odmieniła wieczór i jak niebezpiecznie zaczynała przypominać komedię. A mogło się skończyć jak zapowiadał Shawn, że Raze jeszcze ich opierdoli.
-To go zabierzemy i będzie chlał z kumplami jak powinien. - zaproponowała mając nadzieję, że nie wyprowadzi Camary z równowagi. Łypała na niego zza ucha, na odbicie w szybie na tle neonowego miasta. Ustawiała usta w dziubek. Jednocześnie z zadowoleniem przyjmując decyzję kierowcy o zmianie trasy. - Stawiam michę ryżu i butelkę grappy.
Przypomniała sobie o SlimWire i zapuściła przeglądarki. Czuła niemożliwą ochotę, żeby podzielić się z kolegami informacją o otrzymanym zleceniu, ale jednocześnie chwila jej kompletnie nie leżała, powinna to zrobić wcześniej na mieszkadle, ale wtedy opanowały ją inne demony, teraz chwilowo uśpione. Powierciła się trochę pupą, żeby się właściwie ustawić. Usadowiona przewijała kalejdoskopy obrazów i linijek kodu.
-
Houston "Dingo" Dawn
Nomada zajął miejsce z przodu na siedzeniu pasażera. Kiedy wyjeżdżali przez chwilę dyskutował z Frogiem o tym kto ma prowadzić, ale Dingo ostatecznie przekonał argument, że do warsztatu prowadził on, więc teraz kolej Shawna.
Nie zmieniało to jednak faktu, że Houston jako pasażer angażował się równie mocno w kierowanie jak kierowca.
a - Dobrze, a potem na następnej w lewo. Uważaj, czerwone! No, właściwie to głębokie żółte, ale...- komentował podczas jazdy. Właśnie minęli skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną, a jeden z kierowców prawie wjechał im w bok. Dawn pokazał mu przez okno środkowy palec - Słowo daję, każdemu palantowi dzisiaj dają prawo jazdy...Nerwowo tupał nogą o przetarty dywanik wynajętego samochodu. Niepokój zasiany podczas rozmowy w mieszkaniu kiełkował i rósł, podlewany upartym milczeniem telefonu Switcha.
-

Ulice Night City, 22:35
Wszechobecne uliczne korki topiły betonowo-szklany labirynt Little China w ogłuszającym hałasie klaksonów, a ledwo mieszczące się na chodnikach tłumy przechodniów tylko dopełniały wrażenia wszechobecnego chaosu. Dzieląc swoją uwagę pomiędzy samochodową nawigację i pandemonium za oknami pojazdu, Shawn zrezygnował z mozolnego przebijania się przez mosty łączące Watson ze Śródmieściem - zamiast tego uciekł poprzez fałszywie gwarne i złudnie kolorowe slumsy Kabuki do Japantown, objeżdżając zatłoczone do granic możliwości Corpo Center bulwarem Longshore South w stronę Mostu Kongresowego.
Japantown też pełne było ruchu, świateł i hałasu, ale zdecydowana większość ludzi wsiąkała w rozrywkowe centrum dzielnicy, kierując się ku sławnej dzielnicy czerwonych latarni przy Jig-Jig Street. Tłumy miłośników dobrej zabawy, orientalnej kuchni, płatnego seksu oraz mniej lub bardziej legalnych dopalaczy tłoczyły się coraz gęściej w neonowym blasku Japantown - niczym ławice mniejszych ryb obserwowane z cienia przez dwunożne rekiny.
W Growl FM skończył się „Mind is Freedom” Cartesian Duelists, lecz zamiast zapowiadanego na wyświetlaczu urządzenia utworu „Flatline” z nowego albumu Red Dead Roadkill z głośników popłynęła seria dziwnych trzasków.
- Jebany złom - warknął pełnym irytacji głosem Frog - Wszystko się tu pierdoli, aż dziw, że to jeszcze jeździ. Brazil, ile to kosztowało?
Budujemy sztuczne światy na orbicie, zgrywamy mózgi na układy scalone, tworzymy wszechmocne SI, ale wciąż nie potrafimy stworzyć szczepionek na raka? Nie, wy durnie chłonące papkę mainstreamu. Korporacje świadomie eksterminują życie, bo to niepokorne życie śmie rozmnażać się bez patentów i praw autorskich. Już teraz możemy jeść wyłącznie mięso, które wyhodowano w próbówce. Już teraz uprawiamy tylko rośliny stworzone w laboratorium. Nawet fotosyntezę udało się sprywatyzować. Teraz czas na nas, na ludzi.
Głos płynący z głośników radia został tak silnie zniekształcony elektronicznymi filtrami, że stracił wszelkie nuty człowieczeństwa, ale wszyscy siedzący w czerwonym samochodziku ludzie natychmiast go rozpoznali. Doktor Paradox, naczelny propagator teorii spiskowych na Zachodnim Wybrzeżu, zmora mediów głównego nurtu i działów prawnych wielu korporacji, szaleniec według jednych i wizjoner według innych, ponad to zaś doskonały haker zdolny raz za razem włamywać się do infrastruktury radiowych rozgłośni, aby nadawać za ich wymuszonym pośrednictwem swoje wywrotowe audycje.
Shawn wiedział, że zmiana stacji nie miała większego sensu: przez następne sześćdziesiąt sekund niemal wszystkie rozgłośnie Night City miały i tak nadawać ten sam materiał
Ostateczny upadek homo sapiens już się rozpoczął. Nasze ciała rosną same, bez udziału korporacji, więc trzeba je pociąć, ulepszyć, zmienić. Tak, żeby każdy nasz oddech, każde uderzenie serce generowało dla nich zysk.
- Gość wie, co gada - powiedział z uznaniem Leif, który wykręcił się w bagażniku tak, by móc przecisnąć głowę przez otwór pomiędzy tylnymi siedzeniami Aigo - Różne rzeczy się słyszy w Med-Center, czasami aż się włos jeży.
Następne w kolejce będą dzieci. Teraz może je mieć każdy, kto chce. Co za marnotrawstwo, ile straconych przychodów. Nasi ciemiężyciele sprawią, że już niedługo rodzicielstwo nie będzie naturalnym prawem, tylko przywilejem, za który przyjdzie nam słono zapłacić. Stworzą substancję, która pozbawi nas płodności. Dosypią jej do jedzenia, doleją do wody. A potem będą hodować dzieci w słojach, z kodem kreskowym wytatuowanym na czole. Musimy się obudzić. Musimy się obudzić, zanim będzie za późno.
Radioodbiornik zatrzeszczał ponownie, po czym z głośników popłynęły dźwięki “Candy Shell” zespołu Spirit Machines, utworu zajmującego trzecie miejsce w tygodniowym rankingu przebojów Growl FM.
- Ciekawy, kim jest ten koleś - powiedział Houston popukując palcami w tapicerkę Aigo - Słucham różnych apokaliptyków, ale Paradox takie rzeczy gada, aż człowieka ciarki przechodzą czasami. Pamiętacie tę audycję o eksperymentach z pomniejszaniem mózgu u ludzkich płodów? Żeby wyhodować tępy podgatunek służebny, którym można bez wysiłku manipulować? Mainstream komentował, że to stek bzdur, a rok później jeb! Life-Tech opatentował technologię zmniejszania ludzkich mózgów w ciąży, znaczy się, farmakologicznie nie pozwalają im rosnąć.
- Jebani! - gwizdnął Leif - Robią z nas małpy.
- A Paradox to wiedział rok wcześniej - ciągnął dalej Dingo - Czyli gość musi mieć dojścia i to bardzo wysoko… kurwa, hamuj!
Aigo stanęło w miejscu z piskiem zmaltretowanych klocków hamulcowych i stęknięć pasażerów uderzających z rozpędu w różne elementy wyposażenia samochodu. Długowłosy mężczyzna w ortalionowym płaszczu, który wtargnął bez ostrzeżenia na ulicę podniósł w górę kartonową tablicę pokrytą fosforyzującymi literami.
Stop nowym odwiertom na polach Northside! Stop zatruwaniu wód gruntowych! Chemia zabija!
- Dingo, poproś tego pana, żeby wypierdalał - wycedził przez zęby Shawn - Bo zaraz go odjebię na środku tej pierdolonej ulicy.
-
♫♪ HiFi ♪♫ 
Pojechali i technik został sam. Nawet Leif się zabrał z nimi. HiFi miał lekkie wyrzuty sumienia widząc, jak się przejęli Switchem. No ale przecież... Fikser chyba nie potrzebował pomocy? Artemida była nadwrażliwa. Tak sądził. Tak sobie tłumaczył. I do tego... Mack... nie używać NoiseFeeda? Żeby ktoś tego nie przeczytał? Ale jak, skoro smarthing Raze'a jest wyłączony? Popatrzył niepewnie na swoje urządzenie, dzięki któremu reszta wiedziała gdzie jest.
Zostawić włączony czy nie zostawić, oto jest pytanie... Tamtym łatwo gadać. Pojechali w piątkę. Będą mieli siebie nawzajem na wizualu. A jeżeli jemu, Hajfiemu, coś się stanie, to nie będą nawet wiedzieli, gdzie jest...
Postawiony przed tym dylematem postanowił zdać się na los. Kiedyś ludzie mieli zawsze przy sobie monety, którymi rzucali by się dowiedzieć, jak postąpić. Oczywiście, można by się zastanawiać, czy było to do końca losowe, skoro nie wiadomo było, czy środek ciężkości pokrywa się ze środkiem geometrycznym. Ale... w tym momencie chętnie użyłby nawet monety. Dobra, znał inny patent. Parzysta minuta - zostawia smarthinga włączonego. Nieparzysta - wyłącza. Zerknął na zegarek.22:19
Los tak chciał. Wyłączył swoją lokalizację na smarthingu.
Ruszył na blok, kupić kamerki. Na razie nie miał dość kasy... chyba, żeby ściągnął ze wspólnego konta... W końcu coś mu się z puli należało. Ćwierć? Brazil trochę im pomagała, ale czy to się liczyło jako jej działka, czy raczej jako przysługa? Po namyśle uznał, że jednak jako przysługa. Czy More odliczył sobie koszt nafaszerowanego żarcia? Tak czy inaczej, kalkulował, 90 eurasów powinno przypadać na niego.
Ale... jeżeli ktoś miałby dostęp do smarthinga Switcha, do NoiseFeeda, to czemu nie do konta? Lepiej na zimne dmuchać.Stan wspólnego konta: -90e$. Pozostało 390e$
Stan konta HiFi: +90e$
Dobra, teraz go było stać na kamerki. Mógł też barterem przehandlować kupon na zajęcia BDSM. Po namyśle jednak postanowił go zachować. Może mu się jeszcze przyda w negocjacjach. Kupił na razie jedną kamerkę.
Stan konta HiFi: -50e$
Wyposażony w swój przybornik narzędziowy, deszyfrator, kamerkę oraz klucz dostępu do mieszkania Shivy, ruszył pod 877.
-
Ulice Nigh City 14.07.2077, 22:23
Jazgotało i szarpało, zapięła pas. Ustawiła do wagi. Żałowała, że nie ma słuchawek, z którymi mogłaby pokazać się publicznie, bo zawodzący z radia o ewolucji kaznodzieja skutecznie ją drażnił. Pracę opóźniał. Kilka razy zamierała nad pojedynczym obrazem, niby zawieszona, ale zaraz zebrała dość okruchów, by wydobyć skutecznie obraz Slimwrie.

Skończyła na raz przed ostrym stopem, aż się zaparła nogami.
-Uf! Cowboya by wyrwało ze sprzęgu. - ściskała kurczowo deck, żeby nie dostał kolejnych plastrów - Mam dossier tego SlimWire: Druciarz, znaczy haker, oszust. Wyłudza świadczenia socjalne, recepty, usługi medyczne. Na tym można nieźle zarobić, ryzyko małe, wyroki niskie, wykrywalność prawie żadna. Pracuje w rejonie Vista del Rey, wysługują się nim latynoskie gangi, ale widzę też powiązania z półświatkiem Watson i Santo Domingo. - oblizała usta suche - To by się zgadzało. Tylko po co lazł by tam Raze osobiście? I wolałabym żeby te gangusy, a musicie wiedzieć, że te ich kurtki to są z utwardzanego synkevlaru, to widać po wykończeniach i tym jak trzymają fason, wolałabym, żeby nie mieli z tym nic wspólnego. - rozejrzała się po twarzach kolegów, czy nie za dużo na raz, no ale jak nie teraz to kiedy.
-No i żeby netrunner miał wygłuszony pokój, to nie pasuje, to bardziej coś dla technika, czy złodzieja, fiksera, albo lobbysty. Sieciarze załatwiają to inaczej. A całkiem wygłuszony pokój zakłócałby pracę elektroniki. Można oczywiście w takim pokoju podłączyć stały kabel i chować się w środku, ale to jak budowanie hologramów z kartoników po batonikach. Netrunner stworzyłby virtual i zabierając tam pasażera odciął od sieci. W ten sposób rozmowa jest absolutnie izolowana. Tylko, że w takim przypadku smart nie ma powodu się wyłączyć.
-Dobra, skąd Hajfi wziął tego druciarza SlimWire? - wybrała na samrcie numer technika i wsparła połączenie kontrolerem. Puściła na głośnik.
-the number is not responding, please call later - A to co?! - wyrwało jej się -
É uma epidemia. Estão sumindo como dinheiro no salão de beleza. - Brazil była na równi rozdrażniona i zaniepokojona. - Smart Hajfi logował się w mieszkadle 22.19. Później się wyłączył. Chwilę później dokonał przelewu ze wspólnego konta. 90E. Dongi go dopadły? Spróbuję się tam dobić, a jak by ktoś mógł sprawdzić facjaty tych moich bohaterów z karabinem. - potarła kciukiem kontroler decka. Jedne programy zamarły inne się obudziły - Już chyba dojeżdżamy.Z pozycji poruszającego pojazdu nawigowanie w sieci mogło wydawać się karkołomne, nic jednak podobnego, jedynym ograniczeniem była przepustowość polaczenia, która mogła być zmienna, ale Brazil nie potrzebowała szybkości, udała się w dobrze sobie znane rejony fortec danych H10. Jako zarejestrowany lokator nie potrzebowała ich nawet forsować. Do właściwego pliku dotarła przenikając ściany podświatu. Był to ten sam bank danych, który odpowiadał za obraz czakasów sprzed kilku godzin. Spojrzała poprzez elektroniczny zapis na verite z pozycji ducha.
Podświat zamieszkuje wiele duchów, którym zdarza się z różnych powodów angażować w życie białka i tłuszczu. Tak może być kiedy twój smartfon spozycjonuje specjalnie twoje strony żeby cię na coś naprowadzić, nagle zmieni się światło na skrzyżowaniu i w wypadku zginie kto inny.
Nie mogła dojść Artemida jakie duchy tak zaprzątnęły jej głowę, że nie nadążyła i obecnej chwili była o dwa kroki za prawdą o tym co robił Switch przez ostatnie kilka godzin.
-

Hartley "Mack" Mackinaw
Cały dzień był po prostu szalony. Czy może ostatnie godziny, od chwili gdy skończył z harówą na ten tydzień. Najpierw (tfu!) stróże prawa, potem gangusy z sąsiedztwa, teraz w piątkę w małym samochodziku jadąc n Vine Street gdzie zaginął Switch. Nie miał on wprawdzie wszczepionego żadnego lokalizatora, ale zamilknięcie jego smarthinga wystarczyło żeby przestraszyć Brazil.
Siedząc na tylnym siedzeniu ze swoją kurierską torbą na kolanach. Nawet jej nie przepakowywał, miał tam te same rzeczy co zwykle. Pomijając zbierające się zawsze po torbach, kieszeniach i plecakach typowe smieci miał tam też swój mocno rozbudowany zestaw medyczny oraz broń, dobrą bardziej na postrach i przeganianie natrętów, ewentualnie ostrzał w czasie ucieczki.
Na szyi zawieszona maska mikroporowa, w kieszeni etui ze smartgoglami.
Uciekające procenty we krwi.
-
Korytarze megabloku H10, 22:30
Wnętrze gigantycznego budynku tętniło życiem sobotniej nocy. Po korytarzach kręciło się mnóstwo rozweselonych ludzi, niesionych falą alkoholowego upojenia, potencjałem chemicznych dopalaczy i zwyczajną radością życia, której nie zdołały jeszcze pożreć bezlitosne demony Night City. Butelki Brosepha i Spunky Monkey krążyły z rąk do rąk razem z tubami owocowego Orgiastica i próżniowo pakowanymi kanapkami z sojową szynką, suplementowane rozprowadzanymi przez dilerów tabletkami zefiru, grzmota i euforii.
HiFi przemieszczał się przez te korytarze krokiem lokalsa krążącego po własnym terytorium, ale jego czujne oczy bezustannie śledziły najbliższe otoczenie. Rozum podpowiadał mu, że Chakkasi siedzieli teraz w jakimś klubie nawaleni po uszy używkami własnej roboty, lecz zawsze istniało pewne prawdopodobieństwo, że działając pod wpływem narkotyków postanowią raz jeszcze odwiedzić HiFi w jego własnej części H10.
Dziesięć pięter wyżej i jedno skrzydło megabloku dalej zatracił poczucie bezpieczeństwa. Wielkie mrówkowce aglomeracji stanowiły swoiste odbicie całego Night City w zminiaturyzowanej formie - podzielone na strefy wpływów gangów, grup straży sąsiedzkiej, rodzinnych klanów, rządzących się niepisanymi prawami i niechętnie patrzących na obcych, za których mogli uchodzić również lokatorzy mieszkający dwa piętra niżej czy dziesięć numerów dalej.
Zachowując jeszcze większą czujność technik dotarł poprzez kilka klatek schodowych, wind i łączników między głównymi korytarzami megakonstrukcji w pobliże mieszkania Shivy Lacroix. Przez dłuższą chwilę obserwował jego drzwi udając jednocześnie, że ogląda coś niebywale interesującego na wyświetlaczu swojego smarthinga. Z lokum zajmowanego przez rodzinę Tyrone dobiegały dźwięki głośnej muzyki i jakieś pokrzykiwania, w których młodzieniec z zimnym dreszczem rozpoznał głos temperamentnej matki, ale żaden z lokatorów nie wychodził na korytarz.
HiFi wiedział, że zamykając apkę NoiseFeed ukrył swój lokalizator, zniknął z ekranów swoich kompanów. Świadomość ta sprawiała, że serce biło mu szybciej i że czuł dziwne mrowienie w całym ciele, ale z pewnym zdziwieniem odkrył, że nie było to bynajmniej wrażenie nieprzyjemne.
Czas uciekał. Im dłużej wystawał w korytarzu, tym większe rosło ryzyko, że napatoczy się na braciszków z Chakkasów albo innych lokalsów chcących się dowiedzieć, czego właściwie szuka przy ich mieszkaniu. Panel drzwi mieszkania 877 pulsował leciutką poświatą, gotowy do zareagowania na przyłożoną doń kartę dostępu.
-

Vine Street w Heywood, 22:43
Świat za Mostem Kongresowym zmienił się w sposób, którego człowiek bawiący w Night City przelotem pewnie by nie zauważył. Spoglądając przez szyby Aigo Shawn widział te same reklamy na ścianach budynków, te same kontenery na śmieci i hydranty, ale jego wzrok dostrzegał subtelne szczegóły różniące Vista del Rey od Japantown. Samochody stojące na mijanych parkingach były w gorszym stanie niż te widziane wcześniej po przeciwnej stronie kanału, sterty worków piętrzyły się w cuchnące rozkładem sterty, niektóre witryny sklepów trzymały się całości dzięki pasom przeźroczystej folii naklejonej na popękane szkło, a fasady budynków dawno już nie były malowane na nowo. A jaskrawe kształty liter hanzi stworzących logo Tygersów zostały zastąpione graffiti latynoskich gangów z Heywood.
Im głębiej Shawn wjeżdżał w Vista del Rey, tym bardziej zmieniali się też ludzie na ulicach. W miejscu elegancko ubranych korposów i ruchliwych turystów z Japantown pojawili się przechodnie w znoszonych strojach, w często przetartych ortalionowych płaszczach, pchający przed sobą sklepowe wózki wyładowane podniszczonym dobytkiem. Przy budkach zulicznym jedzeniem stali młodzi mężczyźni i kobiety z butelkami w rękach, pozornie pogrążeni w rozmowach, ale obserwujący z ukosa chodniki, wiecznie czujni lub wypatrujący okazji do nieoczekiwanego zarobku. Vista del Rey była tą częścią Heywood, dokąd bezlitosne tryby korporacyjnych wpływów wpychały ludzi, którym w Mieście Snów nie wiodło się zbyt dobrze, mieszając ich z lokalną latynoską społecznością niechętnie spoglądającą na obcych. Na tworzone w ten sposób lokalne napięcia nakładały się sporne terytoria gangów działających w Heywood, raz za razem wchodzących też w krótkotrwałe wojny z paramilitarystami z Szóstej Ulicy. Funkcjonujące w tak niestabilnym i pełnym przemocy środowisku biznesy ledwie łatały koniec z końcem, tylko pogłębiając stopień zubożenia Vista del Rey i nie przysparzając zaniedbanej dzielnicy dobrej sławy.
- To ten budynek - powiedział Dingo wychylając się w siedzeniu i pokazując na odrapany apartamentowiec po lewej stronie ulicy - Gdzieś tam znikła jego pinezka.
- Trochę dalej po prawej jest wolne miejsce na auto - odezwał się ze swojego miejsca Mack - Przed tym furgonem, koło paśnika All Foods.
Shawn zatrzymał Aigo przy krawężniku i rozejrzał się bacznie po ulicy. W Japantown byłoby na niej mnóstwo ludzi, w Vista del Rey przechodniów można było policzyć na palcach. Camara nie mógł nie zauważyć, że praktycznie nikt nie chodził w pojedynkę, tylko w grupkach po dwie albo trzy osoby. Od Mostu Kongresowego nie zauważył też ani jednego radiowozu, chociaż wcześniej w Japantown minął nie tylko kilka wozów prewencji NCPD, ale i dwa zaparkowane u wylotu Silk Road czarne SUVy Netwatchu, wściekłe błyskające niebiesko-czerwonymi światłami.
- Nieciekawa okolica - powiedział Leif cmokając z dezaprobatą ustami - Raze obraca się w dziwnym towarzystwie, Brazil, musiałabyś go ostrzej wziąć pod pantofelek.
-
Shawn Frog Camara
- Wzbudzamy litość - stwierdził Żaba parkując gruchota. Pół godziny drogi wystarczyło, żeby się uspokoił. Przynajmniej na tyle, żeby już nie truć - Ja bym się w każdym razie na nas nie połasił. Ale wolę tu nie siedzieć dłużej niż trzeba i się nie przekonać, czy się mylę.
Odwrócił się na tylne siedzenie do Macka, Artemidy i głowy Leifa wystającej z bagażnika.
- SlimWire, tak? Dobra. Zrobimy tak... Ja i Brazil pójdziemy do tamtych ćpunów na rogu. Zapytamy kto tu lewe recepty może wypisać. Dingo i Mack wypytają tamte cizie pod latarnią kto tu ulicą trzęsie i z kim gadać w razie by się chciało jakiś ekstra serwis. A Leif siądzie za kółkiem i czeka i paczy po kogo trzeba szybko podjechać w razie się sprawia spierdoli. No. I co się kurwa może nie udać?Spojrzał jeszcze na Artemidę.
- Weź se tylko te włosy... no zmierzw. I mejkap rozmaż. Bo na ćpunkę to nie wyglądasz i jeszcze nas za gliny wezmą. -
Houston "Dingo" Dawn
Dingo obrzucił spojrzeniem okolicę, wyglądającą jak miejska ściółka i podobna w swej naturze do tej prawdziwej, niemetaforycznej. Tutaj najmniejsze organizmy walczyły o każdy ochłap substancji odżywczej miejskiej tkanki, czy to było faktycznie jedzenie, czy dragi lub po prostu eurodolce. Z padlinożercami nigdy nic nie wiadomo - czasem uciekną przed większym zwierzem, a czasem przeważy w nich desperacja.
Wzruszył ramionami na słowa Shawna. Plan dobry jak każdy inny, choć po co komplikować prostą sprawę.
a- Dobra, mogę zagadać do tych dziewczyn, choć jeśli nawet nie wezmą nas za gliniarzy, to za prawiczków na pewno. - powiedział bez złośliwości, po prostu stwierdzając fakty - Bez obrazy, Mack. Jesteśmy nietutejsi. Ale dziewczyny do towarzystwa pewnie znają sieciarzy... znają, prawda?Spojrzał na Brazil, która może wiedzieć więcej... choć ona była daleka od stereotypowego, pryszczatego nerda zamkniętego w swoich czterech ścianach. Ale może znała podobnych? Nawet jeśli, to pewnie nie spotykała ich na żywo.
a- Mamy może jakieś zdjęcie jak ten cały Slim wygląda? - spytał Houston - No wiecie, skoro to ten... Druciarz, tak? To pewnie przychodzą do niego różni ludzie w interesach. Wiecie, biznesmeni. Jak my.Spojrzał ukradkiem na swojego smarthinga. Jak dokładnie mógł określić ostatnią pinezkę Switcha? Pewnie jak zwykle w komórkowym GPS... czyli za mało, żeby znaleźć konkretne miejsce w budynku.
a- W razie czego po prostu zapytamy o Raze'a. Pewnie ktoś go tu widział. -
Vine Street w Heywood, 22:43; 14.07.77
Miasto przypominało rekombinującą się strukturę informacyjną, maszyny i ludzie jak nośniki zdarzeń sunące wzdłuż rdzeni komunikacji. Zasilani konsumpcją. Nęceni marzeniami.
Hakerka zakończyła zwiad w podświecie i znacznie już spokojniejsza mogła przez chwilę znów poczuć głód mięsa. Zagłuszała go adrenaliną i widokiem z Mostu Kongresowego. Wcale nie była już pewna jaki ma plan na miejscu i z sekundy na sekundę oddalała decyzję.
Kiedy tylko wjechali do Vista del Rey pojęła jak bardzo zmieniło się to miejsce przez siedem, a może i osiem lat. Nie poznawała ulic i budynków, dzielnica zdawała się zaklęta w entropi, przypominała nowotwór w ciele żyjącego miasta. Przeszło jej przez myśl, że pcha kompanów w cienie, w których rozpłynął się jej kochanek.
Rozpłynął się, jak wiele razu mu życzyła, a kiedy to się stało czuła się głupio, trochę winna.Na miejscu rozpoznała apartamentowiec, zapamiętała zasięg kamery. Czujna, już wchodziła w rolę.
-A chcemy, żeby nas było widać na kamerze, czy nie? Chyba wole nie. - wskazała miejsce nie objęte monitoringiem.Na uwagę Froga aż oczami przewróciła, że wygląda zbyt ładnie na ćpunkę. Nie odważyła się jednak na rozmycie zaklęć na policzkach, użyła szminki i zaciągnęła na kąciki ust. Schowała deck do torby, mocno dopięła szelkę.

Plan Shawna wydał się jej dobry, nawet bardzo dobry, ale nie byłaby sobą jak by swojego nie dorzuciła. - Panienki mogą widzieć kto dealuje afrodyzjakami i pilkami na wzwód. To na pewno fajne dziewczyny. Przypuszczam, że apartamentowiec może mieć drugą klatkę schodową z tyłu budynku, albo schody pożarowe. Nie mam niestety fot druciarza, ale z historii wnioskuję, że miękiszon. Znaczy nie wytrzymał rygoru żarcia i może mieć nadwagę. Ja pierdolę, też jestem głodna. Jak znajdę się na ulicy spróbuję namierzyć miejscowe urządzenia podpięte do sieci, jeśli są to frontowe drzwi budynku to będziemy mieli spore szanse dowiedzieć się gdzie dobijano się o 21.07 i 21.45. Ale to: jeśli. - wygięła brzydko usta - ta blondyna ze zdjęcia to Rosita Cortez, bruxa gangu Tren de Aqua.
Na koniec nieco mniej złowieszczo - dodała - Hajfi opuścił mieszkanie sam i dalej go nie śledziłam. Miał na ramieniu swój przybornik. - Wzruszyła ramionami - Ugaśmy jeden pożar.
Kiedy znalazła się sama z Camarą, uwiesiła się na jego ramieniu, ale nagle powstrzymała. Oddała się w objęcia protezie, która użyła jej zmysłów jak interfacu, żeby odszukać w okolicy punkty dostępu do sieci, wszystkie widziane działające roboty, zintegrowane z siecią maszyny.
-
Shawn Camara
Solos pokręcił głową wskazując paluchem na deck Artemidy.
- Nie... Pies jebał co kurewki wiedzą o druciarzach i prochach. Mi chodzi o alfonsa. Bo to najpewniej gangus i bonza z tej ulicy. Może i z tego Tren de Agua. Jeden chuj. Ale ten z kadru co go Brazil pokazała to właśnie tak mi wyglądał. Jeśli to nie on nam Switcha wyłączył, to nie ma tematu. Ale jak ma coś z tym wspólnego to dobrze złapać namiar przez cizie. Powiedzcie im... nie wiem... że z dziesięciu dziewczyn potrzebujemy na za tydzień. Z kim gadać o hurcie, a nie detalu.Po czym trącił w bok kolegę z łokcia.
- A Ty Dingo może i wyglądasz na burka z prerii, ale weeeeeź... Z pewnością nie na psa z policji. Ani szczeniaka. A niunie lubią dzikusów. Nie pytajcie tylko o Raze'a. Jeśli się wygłupiliśmy z tą rajzą tutaj, to nas Switch zjebie, że mu tu smrodu robimy i rozpytujemy o niego.Już chciał wyjść, ale coś go tknęło. Brazil miała rację z pożarami. Jeden na raz. Tylko, że ich się zbierało co raz więcej.
- HiFi pewnie znowu idzie coś opchnąć. Ostatnią parę gaci spyli jak mu kto zapłaci. Napalił się ostro na ten staroć od Kretów i kasę zbiera. Ale kurna, żeby nikt z Was mu nawet centa nie pożyczył! - mruknął złowróżbnie - Może nie będzie trzeba nic robić, bo mu ten deal sam się posypie. Nie znam się na tych pokątnych handlach. Pewnie Switch by coś więcej wiedział. Ale wiem, że nic dobrego nie wyjdzie jak się wejdzie między Kretów, a Brzytwiarzy. I to za jakiś przedpotopowy szmelc.
Podchodząc do ćpunów z uwieszoną na ramieniu hakerką, nieprzesadnie się zataczał. Raczej szampańsko. Wysiadłszy z samochodu sięgnął jeszcze łapskiem nad oponę i utytłał się z deka smarem. Na latynosa to w ogóle nie wyglądał. A jakby się lokalsi zwiedzieli o jego przeszłości to mógłby i wpierdol dostać. Ale ćpuńska brać rządziła się swoimi prawami bez rasowych uprzedzeń. Poza tym była przecież Artemida... Czy ona... nie była z Vista del Rey?
- Ty strzelasz im jakąś gadkę - mruknął do Brazil. -
♫♪ HiFi ♪♫ 
Drzwi otworzyły się bez potrzeby uciekania do specjalistycznego sprzętu. Otworzył je przyklejony do ściany korytarza i obrzucił wnętrze spojrzeniem. Wydawało się puste. Wślizgnął się do mieszkania i zamknął za sobą drzwi. Zastygł na pewien czas nasłuchując. Wewnątrz panowała cisza.
Mieszkanie było puste. Rozejrzał się identyfikując salon, wnękę sypialną, mikrołazienkę z prysznicem i toaletą. Kuchni było brak, zamiast niej stał paśnik All Foods, podłączony do zewnętrznej pompy z pastą. W kącie stał komputer, telewizor (jeszcze jeden!) oraz mnóstwo rzeczy osobistych.
Ustalając priorytety technik rozejrzał się za miejscem na umieszczenie kamerki. Gdzieś, gdzie będzie podgląda na wejście. Zamaskowane, bądź zacienione, schowane za czymś. Chodził od jednego takiego miejsca do drugiego sprawdzając od razu, czy kto inny nie wpadł wcześniej na równie genialny pomysł i nie monitorował Hajfiego swoim urządzeniem. W końcu zdecydował się na paśnik. W końcu naprawiał takie rzeczy. To było swego rodzaju znakiem dla niego. Zabrał się za rozkręcanie urządzenia. Przez chwilę przez głowę mu przyszło, że mógł podpiąć się sprzętem diagnostycznym i sprawdzić, kiedy ostatnio używano sprzętu. Ale odrzucił ten pomysł. Co by mu to w końcu dało?
Gdy skończył instalację, przetestował działanie oraz zapisywanie w chmurze. Potem sprawdził drzwi wejściowe. Ekran obok początkowo wziął za elektronicznego judasza. Ale okazało się, że pokazuje korytarz pod takim kątem i z takiego miejsca... uznał, że Shiva powiesiła sobie na zewnątrz własną prywatną kamerkę, ukrytą równie sprytnie jak jego własna. Przyszła mu do głowy myśl, że mógłby ją odnaleźć, zdemontować i wykorzystać. Ale potem.
Komputer. Włączony, lecz zablokowany. Korciło go, by chociaż wykręcić z niego dysk twardy... ale może zapyta późnij Artemidę, czy nie pomogłaby się dostać do kompa łatwiej, gdy jest włączony?
Cóż zatem? Czas na przetrząsanie w poszukiwaniu rzeczy wartościowych, które mogłyby się przydać. Czegoś, co możnaby przehandlować. Metodycznie, Hajfi, metodycznie. Na spokojnie. Krok po kroczku. Nie przegap niczego. Spokojnie... -

Vine Street w Heywood, 22:45
Trójka ludzi stojących przy krawężniku ulicy zerkała w stronę Aigo już wtedy, gdy samochodzik parkował przy automacie z jedzeniem, ale widząc nadchodzącą parę obcych wszyscy nagle zaczęli otwarcie się gapić na Brazil i Shawna. Facet w przeciwdeszczowym płaszczu nie przestawał ściskać w palcach szklanej lufki, podgrzewanej przez starszą kobietę w dresie za pomocą zapalniczki. Shawn nie miał pojęcia, jaka substancja znajdowała się w środku lufki, ale obstawiał jeden z tuzina śmieciowych i aktualnie modnych ulicznych narkotyków niszczących mózgi i umysły uzależnionych od nich nieszczęśników.
Wysoki i przeraźliwie szczupły mężczyzna z dredami poprawił ułożenie palców na trzonku opartej o bark siekiery. Jego cybernetyczna ręka, ewidentnie uszkodzona i pozbawiona zdemontowanej amatorsko dłoni, warczała głośno w nieregularnym rytmie, zmieniając kąt ustawienia w łokciu w nieprzewidywalnie chaotyczny sposób.
- Czego? - spytała szorstkim tonem stateczna dresiara, mierząc Artemidę i Shawna podejrzliwym wzrokiem. Dredziarz zachichotał do siebie w dziwacznie piskliwy sposób, chociaż Brazil nie miała pojęcia, co go właściwie rozbawiło. Gość trzymający lufkę zaczął poruszać bezgłośnie ustami jakby próbował coś powiedzieć, ale nie potrafił wytworzyć dźwięku za pomocą naturalnych organów mowy.
- Bela noite, cidadãos. Que bom ver vocês - powiedziała Artemida - Precisamos de remédio para a haste - jej dłoń poruszyła się w obscenicznym geście przyciągając momentalnie uwagę dredziarza.
- Códigos de farmácia, - tym razem wykonała gest z wypięciem brzucha - um comerciante gordo.
Para przygotowujących narkotyczną działkę lokalsów popatrzyła po sobie z dziwnymi minami, ewidentnie nie rozumiejąc niczego z portugalskiego języka. Młodzieniec z zepsutą cyberręką rozpromienił się na dźwięk słów Brazil, odsłonił w serdecznym uśmiechu poczerniałe dziąsła i pękniętą zębową protezę.
- Jestem dziobakiem - przedstawił się wymachując z radosnym podekscytowaniem siekierą - Potrafię zajebiście dziobać!
- Uspokój się, Weird! - sarknęła po angielsku starsza pani w dresie - Nie wiem, co gadasz, zdzirko. Działki nie dostaniesz, już dzielimy na troje, spadaj stąd.
- Nie mów tak do niej! - dredziarz zdenerwował się w jednej chwili, napiął jak postronek swoje przeraźliwie szczupłe ciało - Te lala, pokazać ci mojego dzioba?
Gość trzymający w dłoni szklaną lufkę przewrócił oczami w wieloznaczny sposób, a potem przysunął nos do przyrządu węsząc smarkotliwie.
-

Hartley "Mack" Mackinaw
Vine Street, bardzo późny wieczór
Mack pokręcił głową, wzruszył ramionami
- Sieciarzy raczej nie znają, chyba że ci idą na ulicę zamoczyć - przypomniał sobie jeszcze co Brazil mówiła o tym, czym zajmuje się ten Slimwire. - Z opisu to ten sieciarz to raczej z tych co jadą na ręcznym do wirtuala. Po drugie gdybym był dziwką to bym nie stał pod własnym domem.Jaką ksywę ma ten sieciarz? Slimwire?
- To spytamy je czy to po prostu właściwy adres, mamy sprawę do sieciarza z polecenia. Pytamy o adres budynku, pytamy o sieciarza. Nie jesteśmy z gangu, nie jesteśmy z policji. A ja ... nie ablam espaniol czy jakoś tak. Jak nas zleją to odpuszczamy, zgoda?