Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
[CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
-
Shawn Camara
Solos pokręcił głową wskazując paluchem na deck Artemidy.
- Nie... Pies jebał co kurewki wiedzą o druciarzach i prochach. Mi chodzi o alfonsa. Bo to najpewniej gangus i bonza z tej ulicy. Może i z tego Tren de Agua. Jeden chuj. Ale ten z kadru co go Brazil pokazała to właśnie tak mi wyglądał. Jeśli to nie on nam Switcha wyłączył, to nie ma tematu. Ale jak ma coś z tym wspólnego to dobrze złapać namiar przez cizie. Powiedzcie im... nie wiem... że z dziesięciu dziewczyn potrzebujemy na za tydzień. Z kim gadać o hurcie, a nie detalu.Po czym trącił w bok kolegę z łokcia.
- A Ty Dingo może i wyglądasz na burka z prerii, ale weeeeeź... Z pewnością nie na psa z policji. Ani szczeniaka. A niunie lubią dzikusów. Nie pytajcie tylko o Raze'a. Jeśli się wygłupiliśmy z tą rajzą tutaj, to nas Switch zjebie, że mu tu smrodu robimy i rozpytujemy o niego.Już chciał wyjść, ale coś go tknęło. Brazil miała rację z pożarami. Jeden na raz. Tylko, że ich się zbierało co raz więcej.
- HiFi pewnie znowu idzie coś opchnąć. Ostatnią parę gaci spyli jak mu kto zapłaci. Napalił się ostro na ten staroć od Kretów i kasę zbiera. Ale kurna, żeby nikt z Was mu nawet centa nie pożyczył! - mruknął złowróżbnie - Może nie będzie trzeba nic robić, bo mu ten deal sam się posypie. Nie znam się na tych pokątnych handlach. Pewnie Switch by coś więcej wiedział. Ale wiem, że nic dobrego nie wyjdzie jak się wejdzie między Kretów, a Brzytwiarzy. I to za jakiś przedpotopowy szmelc.
Podchodząc do ćpunów z uwieszoną na ramieniu hakerką, nieprzesadnie się zataczał. Raczej szampańsko. Wysiadłszy z samochodu sięgnął jeszcze łapskiem nad oponę i utytłał się z deka smarem. Na latynosa to w ogóle nie wyglądał. A jakby się lokalsi zwiedzieli o jego przeszłości to mógłby i wpierdol dostać. Ale ćpuńska brać rządziła się swoimi prawami bez rasowych uprzedzeń. Poza tym była przecież Artemida... Czy ona... nie była z Vista del Rey?
- Ty strzelasz im jakąś gadkę - mruknął do Brazil. -
♫♪ HiFi ♪♫ 
Drzwi otworzyły się bez potrzeby uciekania do specjalistycznego sprzętu. Otworzył je przyklejony do ściany korytarza i obrzucił wnętrze spojrzeniem. Wydawało się puste. Wślizgnął się do mieszkania i zamknął za sobą drzwi. Zastygł na pewien czas nasłuchując. Wewnątrz panowała cisza.
Mieszkanie było puste. Rozejrzał się identyfikując salon, wnękę sypialną, mikrołazienkę z prysznicem i toaletą. Kuchni było brak, zamiast niej stał paśnik All Foods, podłączony do zewnętrznej pompy z pastą. W kącie stał komputer, telewizor (jeszcze jeden!) oraz mnóstwo rzeczy osobistych.
Ustalając priorytety technik rozejrzał się za miejscem na umieszczenie kamerki. Gdzieś, gdzie będzie podgląda na wejście. Zamaskowane, bądź zacienione, schowane za czymś. Chodził od jednego takiego miejsca do drugiego sprawdzając od razu, czy kto inny nie wpadł wcześniej na równie genialny pomysł i nie monitorował Hajfiego swoim urządzeniem. W końcu zdecydował się na paśnik. W końcu naprawiał takie rzeczy. To było swego rodzaju znakiem dla niego. Zabrał się za rozkręcanie urządzenia. Przez chwilę przez głowę mu przyszło, że mógł podpiąć się sprzętem diagnostycznym i sprawdzić, kiedy ostatnio używano sprzętu. Ale odrzucił ten pomysł. Co by mu to w końcu dało?
Gdy skończył instalację, przetestował działanie oraz zapisywanie w chmurze. Potem sprawdził drzwi wejściowe. Ekran obok początkowo wziął za elektronicznego judasza. Ale okazało się, że pokazuje korytarz pod takim kątem i z takiego miejsca... uznał, że Shiva powiesiła sobie na zewnątrz własną prywatną kamerkę, ukrytą równie sprytnie jak jego własna. Przyszła mu do głowy myśl, że mógłby ją odnaleźć, zdemontować i wykorzystać. Ale potem.
Komputer. Włączony, lecz zablokowany. Korciło go, by chociaż wykręcić z niego dysk twardy... ale może zapyta późnij Artemidę, czy nie pomogłaby się dostać do kompa łatwiej, gdy jest włączony?
Cóż zatem? Czas na przetrząsanie w poszukiwaniu rzeczy wartościowych, które mogłyby się przydać. Czegoś, co możnaby przehandlować. Metodycznie, Hajfi, metodycznie. Na spokojnie. Krok po kroczku. Nie przegap niczego. Spokojnie... -

Vine Street w Heywood, 22:45
Trójka ludzi stojących przy krawężniku ulicy zerkała w stronę Aigo już wtedy, gdy samochodzik parkował przy automacie z jedzeniem, ale widząc nadchodzącą parę obcych wszyscy nagle zaczęli otwarcie się gapić na Brazil i Shawna. Facet w przeciwdeszczowym płaszczu nie przestawał ściskać w palcach szklanej lufki, podgrzewanej przez starszą kobietę w dresie za pomocą zapalniczki. Shawn nie miał pojęcia, jaka substancja znajdowała się w środku lufki, ale obstawiał jeden z tuzina śmieciowych i aktualnie modnych ulicznych narkotyków niszczących mózgi i umysły uzależnionych od nich nieszczęśników.
Wysoki i przeraźliwie szczupły mężczyzna z dredami poprawił ułożenie palców na trzonku opartej o bark siekiery. Jego cybernetyczna ręka, ewidentnie uszkodzona i pozbawiona zdemontowanej amatorsko dłoni, warczała głośno w nieregularnym rytmie, zmieniając kąt ustawienia w łokciu w nieprzewidywalnie chaotyczny sposób.
- Czego? - spytała szorstkim tonem stateczna dresiara, mierząc Artemidę i Shawna podejrzliwym wzrokiem. Dredziarz zachichotał do siebie w dziwacznie piskliwy sposób, chociaż Brazil nie miała pojęcia, co go właściwie rozbawiło. Gość trzymający lufkę zaczął poruszać bezgłośnie ustami jakby próbował coś powiedzieć, ale nie potrafił wytworzyć dźwięku za pomocą naturalnych organów mowy.
- Bela noite, cidadãos. Que bom ver vocês - powiedziała Artemida - Precisamos de remédio para a haste - jej dłoń poruszyła się w obscenicznym geście przyciągając momentalnie uwagę dredziarza.
- Códigos de farmácia, - tym razem wykonała gest z wypięciem brzucha - um comerciante gordo.
Para przygotowujących narkotyczną działkę lokalsów popatrzyła po sobie z dziwnymi minami, ewidentnie nie rozumiejąc niczego z portugalskiego języka. Młodzieniec z zepsutą cyberręką rozpromienił się na dźwięk słów Brazil, odsłonił w serdecznym uśmiechu poczerniałe dziąsła i pękniętą zębową protezę.
- Jestem dziobakiem - przedstawił się wymachując z radosnym podekscytowaniem siekierą - Potrafię zajebiście dziobać!
- Uspokój się, Weird! - sarknęła po angielsku starsza pani w dresie - Nie wiem, co gadasz, zdzirko. Działki nie dostaniesz, już dzielimy na troje, spadaj stąd.
- Nie mów tak do niej! - dredziarz zdenerwował się w jednej chwili, napiął jak postronek swoje przeraźliwie szczupłe ciało - Te lala, pokazać ci mojego dzioba?
Gość trzymający w dłoni szklaną lufkę przewrócił oczami w wieloznaczny sposób, a potem przysunął nos do przyrządu węsząc smarkotliwie.
-

Hartley "Mack" Mackinaw
Vine Street, bardzo późny wieczór
Mack pokręcił głową, wzruszył ramionami
- Sieciarzy raczej nie znają, chyba że ci idą na ulicę zamoczyć - przypomniał sobie jeszcze co Brazil mówiła o tym, czym zajmuje się ten Slimwire. - Z opisu to ten sieciarz to raczej z tych co jadą na ręcznym do wirtuala. Po drugie gdybym był dziwką to bym nie stał pod własnym domem.Jaką ksywę ma ten sieciarz? Slimwire?
- To spytamy je czy to po prostu właściwy adres, mamy sprawę do sieciarza z polecenia. Pytamy o adres budynku, pytamy o sieciarza. Nie jesteśmy z gangu, nie jesteśmy z policji. A ja ... nie ablam espaniol czy jakoś tak. Jak nas zleją to odpuszczamy, zgoda?
-
Vine Street w Heywood, 22:45
Prędko traciła Artemida cierpliwość, równie prędko jak napalała się na nowe wyzwania. Świadomość własnego temperamentu, nie zawsze idącego w parze z oczekiwaniami otoczenia, nauczyły ją kontrolować emocje. Tak grała chwili owej, bazując na szczątkach nadziei, że się czegoś dowie od zaoranych ćpunów. Twarz pieściła uśmiechem, teatr domykając zwolnionymi o pięć ruchami samby. Kołysanki.
-Santa Muerte cantou sobre o ornitorrinco - wystawiła palec w kierunku chudego - Nie odjebój! Patrz na znaki na mojej twarzy, powinieneś to widzieć.
-Szukamy handlarza kodami aptecznymi. Sildenafil, Tadalafil, Monostearynian glicerolu. Dostałam namiar od Rodriga w klubie, na tę kamienicę. Vine Street. - leniwie przeszła do konkretów.
-Eles não sabem de nada. - zwróciła się nieoczekiwanie do Shawna, zaraz znów leniwie w kierunku rezydentów - Ktoś coś, czy tracimy czas?
-

Vine Street w Heywood, 22:45
Dwie młode kobiety stały przy paśniku All Foods komentując między sobą coś, co wyższa z nich oglądała na ekranie smarthinga. Dostrzegając kątem oka zbliżających się mężczyzn obie odwróciły głowy w ich kierunku. Houston ujrzał wykwitające na twarzach kobiet fałszywe uśmiechy, pełne przyjaznego ciepła, które nie sięgało ich zimnych oczu. I chociaż poświata bijąca od automatu z przekąskami nie pozwalała dostrzec zbyt wielu szczegółów, Dingo zauważył coś jeszcze.
Błysk nadziei, trwający zaledwie sekundę, który przeszedł w wyraz rozczarowania, zastąpiony w następnej sekundzie pozorowaną życzliwością.
Houston wiedział, co było powodem tego rozczarowania, ale i tak poczuł nieprzyjemne ukłucie niezadowolenia. Ani on ani Mack nie wyglądali na ten rodzaj klientów, na których ulicznym dziwkom najbardziej zależało, wręcz przeciwnie. Przyjechali zdezelowanym samochodzikiem i nosili stroje nie wieszczące zamożności. Najniższa kategoria w oczach obu kobiet.
- Cześć kochanie - powiedziała ta wyższa, z ufarbowanymi na czerwono włosami, zaciągając się jednocześnie mentolowym papierosem - Szukacie z kolegą towarzystwa? Żadnych chorób zakaźnych ani wirusów? Jakieś posrane wszczepy genitalne?
- Jak macie aktywne biomonitory to pokażcie od razu - powiedziała druga, niska szatynka w minispódniczce - Zaoszczędzimy na czasie, czas to pieniądz.

Vine Street w Heywood, 22:45
Kobieta w dresie spojrzała na Brazil wyraźnie podejrzliwie, zgasiwszy wpierw zapalniczkę i obracając się w stronę pary intruzów całym ciałem. Gość z siekierą kiwał się w przód i tył, ale szczęśliwie umilkł wpatrując się w zamian oczarowanym wzrokiem w Brazil.
- Sildenafil? - powtórzyła po Artemidzie uśmiechając się sarkastycznie i przenosząc spojrzenie na Shawna - A wygląda na chłopa na schwał, nawet bym nie pomyślała. Po co go chemią trujesz jak może sobie Studda zainstalować? Albo el Guapo? Ale to nie moja sprawa, jak chcecie kupić leki, to dobrze trafiliście, my wam wszystko załatwimy. Weird, opuść tą siekierę, klientów straszysz. Idź na Disco ludzi na BBS-ach wkurwiać jak nie masz nic lepszego do roboty. Ja tu z dziunią interesy robię.
Dredziarz sapnął z niezadowoleniem, ale wykonał polecenie starszej pani, opierając się na trzonku siekiery. Właściciel sklepowego wózka zaciągał się w międzyczasie oparami podgrzanego w amatorski sposób narkotyku, przewracając z lubością oczami i posapując ledwie słyszalnie.
- Tutaj nikt nie handluje towarem z mieszkania, ale mogę kogoś ściągnąć na telefon - powiedziała kobieta wyciągając z kieszonki dresu zmaltretowanego niemiłosiernie smartfona, jakiegoś przedpotopowego Samsunga Galaxy 320 albo podobnie leciwego gruchota - Oczywiście płacicie prowizję. Czego dokładnie wam trzeba? I kasę pokażcie, tego twojego sztuchlika w rozliczeniu nie wezmę jak jedzie na Sildenafilu. Jestem naturalistką, taka chemia mi obrzydza seks.
-
Mieszkanie 877 w H10, 22:45
Ściany utrzymanego w zaskakującej czystości i ładzie mieszkania całkiem nieźle tłumiły dźwięki dzięki naklejonym na nie matom, toteż poruszający się w jego wnętrzu HiFi słyszał zaledwie pogłos puszczanej w sąsiednim apartamencie muzyki. Us Cracks, topowy żeński zespół technofolkowy z Japonii i ich niekwestionowany hit sprzed dwóch lat, Watashi no Yunikon.
Tournée Us Cracks po Stanach i ich zapowiadany koncert w Night City budziły ekstremalne emocje w mediach, u konesera muzyki retro pokroju HiFi wywołując ciarki i ból głowy.
Shiva Lacroix musiała całkiem nieźle zarabiać, czymkolwiek się nie trudniła w Sieci. Podczas gdy Brazil cisnęła się ze Switchem w jednym zagraconym pokoiku, Shiva najpewniej miała do swojej wyłącznej dyspozycji całe mieszkanie - HiFi nie znalazł w nim żadnych męskich ubrań ani kosmetyków; nie znalazł też damskich butów o odmiennym rozmiarze czy różnych zestawów perfum sugerujących istnienie współlokatorki.
Wbudowany w ścianę obok wnęki sypialnej paśnik funkcjonował na bazie opłacanego co miesiąc abonamentu. Sprawdzając na ekranie automatu jego ustawienia, HiFi ostatecznie utrwalił się we wcześniejszych podejrzeniach: właścicielka apartamentu 877 wykupiła pakiet dla jednej osoby.
Nieco uspokojony, technik po raz kolejny obejrzał poprzez swoją kamerkę korytarz na zewnątrz mieszkania, a potem wyciągnął z paśnika torebkę paszy z mączników i puszkę wiśniowej NiColi i usiadł na obrotowym krześle przyciągniętym na środek salonu.
Posilając się nieśpiesznie, oglądał jednocześnie punkt po punkcie wnętrze mieszkania netrunnerki, skrzętnie odnotowując w pamięci każdy element jego wyposażenia, który mógłby szybko spieniężyć. Nie był wybredny i gdyby okoliczności mu sprzyjały, zapewne zdjąłby nawet akustyczne panele ze ścian, aby je sprzedać, ale musiał kalkulować swoje plany na chłodno. Zaledwie kilka metrów dzieliło go od wejścia do legowiska rodziny Tyrone, zaledwie jedno telefoniczne połączenie od wizyty coraz bardziej uciążliwych Chakkasów. Każdy inny sąsiad Shivy też pewnie zacząłby się interesować zorganizowaną akcją czyszczenia apartamentu, a HiFi nie miał pojęcia jak dobrze żyła z sąsiadami i czy widok obcych wynoszących graty z jej apartamentu nie uruchomiłby jakiegoś drastycznego sąsiedzkiego alertu.
Komputerowa stacja robocza z rezerwową baterią na wypadek zaniku zasilania i układem niestandardowego chłodzenia. Wielki wiszący telewizor na ścianie, do tego tablet monitoringu przy drzwiach. Lodówka pełna pudełek z soją, mikrofalówka. Składane łóżko z materacem w doskonałym stanie. Dwie szafy wypchane mnóstwem damskich ciuchów. Dwa regały kosmetyków w miniaturowej łazience.
Technik odłożył niedopitą puszkę NiColi na podłodze i podszedł do łóżka Shivy, po czym uklęknął przy nim i wyciągnął ukrytą pod spodem szufladę. I gwizdnął z nieudawanym zadowoleniem.
Pęki spiętych trytytkami kabli do braindancu. Przezroczyste pudło z goglami i chipami rozrywkowymi. Drugie pudło, z przegródkami, w których tkwiło kilkanaście nieoznakowanych drzazg neuralnych w różnych wzorach kolorystycznych. Dwa przyborniki elektroniczne w nienaruszonym stanie. Rozpylacz gazu łzawiącego, dwa paralizatory, drogi womaniser w eleganckim pudełku. I czarna walizeczka z wytłoczonym na wierzchu logo Arasaki, zaopatrzona w ergonomiczny uchwyt do przenoszenia.
HiFi wyciągnął walizeczkę na łóżko i otworzył ją spoglądając na eleganckie kształty włożonego w piankowe wnętrze czarnego pistoletu. Markowa broń Arasaka, towar ewidentnie z wyższej półki.
Mieszkanie wypłaszczonej na tyłach Ferguson Street nieboszczki okazało się żyłą złota, a siedzący na tej żyle HiFi nie zwykł myśleć jednotorowo. Inwestycja w deal z Kretami była akcją na już, ale z apartamentu 877 dało się potencjalnie wyciągnąć znacznie więcej przy odpowiednim zaplanowaniu działań.
Musiał to wszystko zaplanować z głową i w najmniejszych szczegółach.
-
Houston "Dingo" Dawn
Dingo rzucił szybkim spojrzeniem na Macka i przekalkulował pospiesznie ich szanse. Uznał, że w ich sytuacji nie ma co czarować, tylko lepiej podejść biznesowo. Tak samo jak dziewczyny, czas to pieniądz. Jak to powiedział Shawn w aucie? Hurt, a nie detal, tak?
- Hej dziewczyny. Szukamy, ale nie dla nas, tylko dla naszego bossa - zełgał pospiesznie - Człowiek biznesu... tak jak my. Domyka transakcję, a nas wysłał, żeby było towarzystwo do świętowania. Lubicie świętować? Pewnie, że tak, kto nie lubi. Macie jakieś koleżanki? Albo... nie wiem, kierownika?
Starał się obrzucić dziewczyny spojrzeniem mówiącym "ja tu tylko pracuję". Czy przydupas zamożnego fiksera (nawet wyimaginowanego, jak w tym przypadku) różni się tak bardzo od ulicznej dziewczyny i jej alfonsa?
- I jeszcze druga sprawa... - powiedział powoli, zadzierając głowę i patrząc na górujący nad Vine Street budynek - Szukamy sieciarza, Slimwire, też do interesów. Podobno jest dobry i mieszka gdzieś tutaj. Znacie go, dziewczyny?
-
Żaba
- Rodzynka tym słodsza, im bardziej pomarszczona, co mamciu? Nie, nie szukamy lewego towaru - powiedział Shawn. Tak jak i Artemida i on był nieco zniecierpliwiony mimo, że nadal stawiał na bajerkę. Ale cierpliwość mu się kończyła. I zakonotował sobie w pamięci, żeby tej brazylijskiej żartownisi więcej gadania nie zostawiać. Sildenafil… Pół godziny się tłukł po mieście po dropsy na erekcję… - Szukamy kogoś kto nam zfiksuje lipny kod na receptę na apteczny towar szybko wystawi. I śpieszno nam. Znacie tu kogoś, czy nie?
Wyciągnął ostentacyjnie na zachętę Smarthinga i wpisał na szybki Blink piątaka. Takie żule to i znały takie źródełka gdzie i za piątaka można się napierdolić. -
♫♪ HiFi ♪♫ 
– Łaaaał... - wydobyło się niezbyt głośno z ust technika, bo i cóż innego mógł powiedzieć? Same pudełko od broni pewnie dałoby radę nieźle spieniężyć, a co dopiero ze spluwą? Sprawdził, czy jest zabezpieczona. Taki egzemplarz mógł mieć blokadę i działać tylko w sprzęgu z właścicielem. Co to za model? Co to za kaliber? I czy jest do niego amunicja?
Oczy mu się iskrzyły. Może nawet go sobie zatrzyma. Albo przehandluje, by mieć na Macintosha... Ucieszył się jeszcze bardziej. Po oględzinach chwilę się zastanowił. Pudełko weźmie... ale później, gdy będzie miał wolne ręce... a broń ukrył w kieszeni. Od razu uzbroił się też w paralizator i gaz, resztę fantów pakując. Womaniser, kosmetyki, drzazgi, czipy... to, co dało się na tu i teraz zabrać ze sobą. To co było małe i cenne.
Najważniejszą część roboty zrobił. Miał podgląd i oględziny lokalu. Na większe wynoszenie rzeczy potrzebna będzie większa ekipa. Sam zbyt łatwo mógłby paść łupem kogoś innego...
Podszedł by sprawdzić, czy droga na zewnątrz jest wolna. Planował jak najszybciej wrócić do siebie. Czekając na resztę może chwilę podłubać przy oczyszczaniu wszczepów, zanim pójdzie w kimę. Plan wydawał się dobry... -

Vine Street w Heywood, 22:46
Dziewczyny wymieniły pomiędzy sobą spojrzenia, w których niedowierzanie walczyło o lepsze z rozbawieniem. Ta wyższa rzuciła okiem na zaparkowane opodal Aigo, pokręciła przekornie głową starając się nie roześmiać na głos.
- Wasz szef przysłał was tym gównianym złomem, żebyście zorganizowali mu ekipę do towarzystwa, bo domyka jakiś gruby interes? - powiedziała przechylając się w stronę Houstona - Wiesz, my mamy koleżanki, nawet całkiem sporo, i one potrafią za odpowiednie pieniądze zrobić rozmaite fajne rzeczy, ale wy mi nie wyglądacie na klientów, których byłoby na to stać. Jeśli macie gotówkę, to możemy zabawić się u nas, tu są pokoje na godziny, ale jak chcecie akcję wyjazdową to musicie podać szczegóły. Nie jesteśmy głupie, każdy słyszał o jakiejś dziwce wywiezionej do Northside i pociętej na organy przez Kosiarzy.
Dingo rozłożył ręce w spolegliwym geście, przywołał na twarz wyraz przyjaznego zatroskania. Mack obejrzał się ponad ramieniem w stronę Brazil i Froga, rozmawiających z grupką miejscowych kilkanaście metrów dalej w głębi ulicy. Leif odwzajemnił jego spojrzenie zza przedniej szyby Aigo, wiercąc się w siedzeniu samochodu i kręcąc na wszystkie strony głową.
Dostawczy Columbus przejechał ulicą w stronę Republic Avenue, za nim kilka osobówek. Na chodnikach ruch pozostawał znikomy, ale Hartley nie mógł się oprzeć wrażeniu, że obserwują go liczne oczy ukryte za oknami wygaszonych pomieszczeń w wyrastających ponad ulicę apartamentowcach.
- Jak byśmy was mieli porwać dla Kosiarzy, tobyśmy podjechali drogą furą na lewych papierach i z paralizatorami - powiedział weterynarz dołączając do rozmowy - Żniwiarskie gangi się nie bawią w grzeczne rozmowy, a poza tym to jest teren Valentinos i Tren de Agua, kto normalny chciałby z nimi zadzierać? Mamy kasę, ale woleliśmy przyjechać wozem pasującym do tej okolicy, jeszcze by nas wasi alfonsi skroili za korposki wygląd. To jak z tym sieciarzem, znacie tu kogoś dobrego w okolicy?
- Wy się lepiej zdecydujcie czy chcecie podupczyć w realu czy w wirtualu - odezwała się druga z dziewczyn, sprawiająca niewinne wrażenie nastolatka w spódniczce - Ci, co tam z wami przyjechali to kto? Ten gość to wasz szef czy szef siedzi w aucie?
Spojrzenie czarnowłosej dziewki pobiegło w stronę Brazil i Shawna, a potem zatrzymało się na Aigo.
- To reszta naszej ekipy - odpowiedział Dingo - My organizujemy dziewczyny, a oni dopalacze. Nie chcecie zarobić, nie ma sprawy, nie będziemy się upierać. Za namiar na sieciarza dam wam gotówkę, wystarczy słówko albo pokazać palcem, gdzie on siedzi.
- Wybacz, pięknisiu, ale nic nie wiem o żadnym SlimWire - pokręciła głową ta wyższa - Tacy ludzie się reklamują w Sieci, jeśli są dobrzy w swoim fachu, ulotek na ulicy nie rozdają. Fajnie się gada, ale my w robocie jesteśmy, czas to pieniądz. Pięć dych od każdego z was, może być jedna na jednego albo orgia, nam pasuje wszystko. Żadnych wszczepów penetracyjnych, o których wcześniej nie powiedzieliście. Płacicie PayPalem, przelew od razu, żeby wisiał w chmurze. Jeśli za drogo to sorki, będziecie musieli obciągnąć sobie nawzajem. Albo poprosić szefa. To jak będzie, decydujecie się?
-

Megablok H10, 22:55
Korytarz był pusty. HiFi odczekał jeszcze chwilę wypatrując śladu rodziny Tyrone, a potem wymknął się pośpiesznie na zewnątrz mieszkania zamykając za sobą drzwi. Starając się wyglądać na przypadkowego przechodnia skręcił w stronę najbliższej klatki schodowej, zdecydowany wrócić do własnej części H10 bezpieczniejszą okrężną drogą.
Dwa piętra niżej odetchnął z ulgą, chociaż nie zwalniał kroku. Ukryte po kieszeniach fanty Shivy wypychały materiał ubrania, ciążyły wręcz namacalnie, chociaż żaden znajomy zmarłej netrunnerki nie miał szans na rozpoznanie jej własności w rękach HiFi.
Docierając do tarasu obiegającego studnię wnętrza bloku, technik przystanął pomiędzy dwoma automatami All Foods i otworzył przeglądarkę smarthinga sprawdzając w Sieci witryny sklepów z bronią. Wystarczyło mu kilkadziesiąt sekund, żeby znaleźć u autoryzowanych dealerów Arasaki model pistoletu znaleziony w mieszkaniu Shivy. Dziewięciomilimetrowy Kenshin, warty w fabrycznym zestawie czterysta pięćdziesiąt eurodolarów.
Wpatrując się w pulsujące światła wielkie ekrany reklamowe wiszące na przeciwnej stronie studnbi HiFi pozwolił sobie na przelotny uśmiech. Wszystko układało mu się tego dnia w stopniu wręcz niewyobrażalnym, wszystko spinało się doskonale, a dobra passa miała spore szanse, aby się utrzymać. Interesy z Kretami nabierały koloru i jedynie zaplanowana na poniedziałkowy wieczór rozprawa z Brzytwiarzami nieco psuła technikowi humor.
Grupa lokalsów okupowała najbliższe ławki i stoliki, upijając się na wesoło i puszczając sobie braindance. Jeden z nich leżał na betonie pomiędzy nogami kumpli, wyginając się w rytmie dyktowanych przez elektronikę gogli spazmów, zabezpieczony przed stłuczeniami wsuniętym pod ciało kocem. Reszta śmiała się z niego do rozpuku, nagrywając ziomka bez cienia zażenowania telefonami. Żaden nie zwracał najmniejszej uwagi na HiFi.
Młodzieniec wyciągnął z kieszeni spodni energetycznego batona wyciągniętego z paśnika Shivy, rozerwał jego opakowanie i ruszył żwawym krokiem w stronę swojej części megabloku, żując z entuzjazmem twardą białkową masę o smaku miodowej szarańczy.
-
Houston "Dingo" Dawn
Nomada przez chwilę przyglądał się dziwce bez słowa. Wyglądało na to, że najlepszym sposobem, żeby ściągnąć ich alfonsa, byłoby zacząć jakąś rozróbę... co jednak mijałoby się z celem. Pewnie już i tak zwracali na siebie wystarczająco dużo uwagi. W takich miejscach zawsze ktoś patrzył - jeśli nie jeden z miejskich drapieżników, czekających na ofiarę, to ktoś z dolnej części łańcucha pokarmowego, ukrywający się w ciemnej uliczce. Obserwowanie oznaczało przetrwanie.
- Chyba jednak spasujemy, dziewczyny. Bawcie się dobrze - rzucił tylko, puszczając mimo uszu komentarz o obciąganiu. Spojrzał na Macka i wskazał brodą na frontowe drzwi do megabloku. Kamery, nie kamery, wyglądało na to, że i tak będzie trzeba się pofatygować do środka.
Podszedł tam powolnym krokiem, na razie trzymając się chodnika i ściany budynku. Wyciągnął smarthinga z kieszeni i szybko wpisał "SlimWire" w wyszukiwarkę - a nuż koleś faktycznie się gdzieś reklamuje? Ale nie wierzył w to, Brazil by to już wyłapała. Chodziło mu bardziej, o to, żeby dla postronnych oczu był kolejnym smarthingowym zombie, wpatrzonym w ekran.
Rzucił okiem na Shawna i Brazil, dyskutujących z lokalsami - poczeka jeszcze chwilę, bo może oni się czegoś dowiedzą. Ale jeśli nie, pozostanie szukanie po korytarzach ludzkiego mrowiska. Zwrócił się do Macka.
- Może bardziej poszczęści nam się w środku - powiedział. Najlepszym tropem na razie było pytanie mieszkańców wewnątrz... jednocześnie to też najlepszy sposób, żeby napytać sobie biedy - Choć to jak szukanie igły w stogu siana. -

Vine Street w Heywood, 22:46
Kobieta w dresie uniosła spolegliwym gestem jedną rękę, kciukiem drugiej wystukując jakiś numer na dotykowej klawiaturze swojego telefonu. Obserwujący ją uważnie Shawn zauważył, że nie miała tego numeru zapisanego w pamięci urządzenia, ale wstukiwała go cyfra po cyfrze z głowy - co świadczyło, że musiał być dla niej ważny, a jednocześnie przeznaczony jedynie dla jej wiadomości.
- Poczekajcie tu na chwilę, zaraz ściągnę kogoś, kto ma dojście do różnych środków na recepty - powiedziała przywołując na popękane wargi cień uśmiechu - Znacie Bonifaca? Opłaca się go znać. Sam robi dużo własnych receptur, to eksperymentator. Trochę męczydupa i uparty jak wrzód na dupie, nie odpuści jak na coś sfiksuje, ale ma dobre ceny.
Nawiązawszy połączenie starsza pani odeszła na kilka kroków od grupy, odwróciła się do pary obcych bokiem rozmawiając ledwie słyszalnie, ale z ożywieniem. Jej towarzysze przyglądali się w tym czasie Brazil i Shawnowi w wielkim skupieniu: dredziarz z wyrazem tęsknej melancholii, gość z lufką bardzo podejrzliwie.
- Już jedzie - oznajmiła kobieta w dresie głosem pełnym satysfakcji - On nocami jeździe po Vista z towarem i receptami, cały czas w ruchu i pod telefonem. Będzie do pięciu minut. To jak, odpalisz dwudziestkę za pomoc, przystojniaku? Dam ci w zamian pociągnąć z lufki, crack taki, że łeb urywa przy samej dupie.
- Termu tu nie urwał - odpowiedział chłodno Camara spoglądając na gościa opartego o sklepowy wózek - Chyba ci się trafiła słabsza działka.
- Jemu nic już dupy nie urywa - prychnęła wymijająco kobieta zabierając towarzyszowi lufkę i wyciągając ją w stronę Froga. Słyszący jej słowa dredziarz zaniósł się piskliwym śmiechem.
Brazil obejrzała się za siebie, na Dingo i Macka przechodzących właśnie w poprzek ulicy na jej przeciwną stronę, pod drzwi apartamentowca, w którym zniknął Switch.
-
Vine Street w Heywood, 22:46
Zachodziła w głowę Brazil jaki miała stara interes, że wydzwoniła dilera, pół kredytu nie przelała, zła już była jak po zrzucie MDMAC, nóżką tupała, wierciła się w miejscu. Na siebie zła, że nie miała pomysłu, że jej blef kompletnie nie trafił celu. Zacisnęła piąstki, ząbki same się zwarły, zaraz zaczęła nimi gryść się w dolną wargę z nerwów.
-Jasne, zajebiste dzięki. Będziemy w pobliżu jak gość się zjawi. Tylko myślę, że to nie ta liga. - nie wytrzymała i wypaliła. - Potrzebuję hakera, co wydrukuje mi prawdziwe recepty, na towar z aptek. I nie dla niego. - wskazała na Shawna - Coś ty sobie myślała? - pokręciła głową.-Dobra zdaje się, że ktoś się niecierpliwi. - wskazała na Dingo i Macka - Coś mi chodzi po głowie.
Chwytała się w istocie brzytwy Artemida, chwytała czego mogła, bo już miała wyrzuty sumienia, że wywlekła kolegów do szemranej dzielni w pogoni za białym królikiem.
Ceremonialnie zawinęła połą kurtki i ruszyła pewnym krokiem w kierunku wejścia do kamienicy. Pociągnęła za sobą delikatnie Camarę. Nie za mocno, jak by jednak zamierzał zostać.
-Zobaczymy jak wygląda wejście do budynku. Mam kilka pomysłów, ale nie powinniśmy zabawiać tu za długo. - widać było, że jest zdenerwowana. Postawiła kołnierz.
Podeszła do kolegów - U nas gówno się rozlewa, ćpuny dzwonią po dilerów, nie mamy dużo czasu. Luz, pod bramą nie ma kamer, ale tam jest jedna. - Kucnęła przy domofonie i sięgnęła do torebki.
Zainteresowała się bramą i systemem zabezpieczenia.
-
Shawn Camara
- Jebać to - mruknął przez chwilę rozważając, czy nie wyciągnąć klamki i nie użyć innych argumentów. Uznał jednak, że Brazil miała rację już wcześniej. Te zjeby niczego nie wiedziały. Dał się dziewczynie pociągnąć do kumpli.
- Zmiana planów - powiedział gdy usłyszał, że kurewki też były nie dość, że pyskate to i bezużyteczne - Dingo, odpal swojego bzyczka i obserwujcie budynek. Ja okrążę go i znajdę skrzynkę prądową. Rozwalę to gówno. Haker powinien mieć chyba własne awaryjne źródło prądu. I może nawet nie jakieś UPS, tylko lewy kabel pociągnięty poza głównym ciągiem, żeby zasilić wszystko. Zobaczcie na którym piętrze i na której ścianie będzie się palić światło.
-
Vine Street w Heywood, 22:47
Skulona w przyklęku i oparta plecami o ścianę naprzeciwko panelu videofonu hakerka znalazła w torebce czego szukała, najpierw się uśmiechnęła, ale zaraz spochmurniała, rozglądając się dookoła. Złym wzrokiem zgasiła elektroniczne oko wymierzone w grupę pod kamienicą. Nerwowo uniosła paluszek. - Zaczekaj! - zwróciła się do Camary - daj mi jeszcze chwilę dostępu. A poza tym to dobry pomysł.
Proteza procesowała hasła i zasięgi miejscowych sieci. Część odrzuciła z miejsca inne wydawały się prawdopodobne, znów zaprzęgła Skrybę do wstępnej selekcji. Sama zaś postanowiła zejść do poziomu jaskiń. Do wydzielin i odorów, do śladów stóp mokrych.
-Jak z panienkami? Nie poszło? Nam też kompletnie. Cholera, wiszę wam kolację. - zagadywała kolegów.
Z torebki wyjęła cylindryczny atomizer do nabijania w drogerii. Zbliżyła się do ledowego panelu i delikatnie spryskała. Dawkując micelarny płyn do demakijażu jak magiczny pyłek wróżek. Tam gdzie w ciągu ostatnich godzin odbiły się tłuste łabska białkowców płyn formował równe krople, zaś na czystej części spływał jak łzy matki zastrzelonego dzieciaka, albo pot z czoła maklera przy krachu.
Czekając na efekt przyszykowała się do wejścia - Chłopaki, wyłączyłam kamerę, spróbuje otworzyć bramę, ale nie wiem jeszcze gdzie mógł pójść Gapa. Nad tym też pracuję. Przydałby się ten nasz mały spryciarz. - w sumie trochę ją gryzło, że zostawili Hajfiego, a z drugiej strony gryzło ją, że w ogóle wyciągnęła chłopaków, a z trzeciej nie dawało spokoju, że Raze wyłączył smarta. Z każdej strony podgryzana, a Skryba już raportował.
Paradoksalnie mnogość bodźców znów wyrwała ją z zwątpienia i napędzała do działania. Popatrzyła sobie w oczy kiedy skierowała twarz na szybę w drzwiach wejściowych. ADHD, o czym zapomniała, co pomineła, bo się zapędziła, odgoniła.
Znów kucnęła i skupiła wzrok na kroplach. -
Apartamentowiec przy Vine Street, 22:48
Pozostawiwszy Artemidę przy magnetycznym zamku drzwi pod opieką towarzyszy, Shawn zapuścił się zdecydowanym krokiem w zaułek rozdzielający apartamentowiec SlimWire od następnego budynku. Przez cały czas operował funkcją zbliżenia obrazu cyberoka, uważnie przeczesując podejrzane ciemne zakamarki. Poświata neonów bijąca od głównej ulicy słabła po każdym kolejnym metrze, zastępowana znacznie słabszym światłem sączącym się z okien budynku. Pod nogami Camary zgrzytało rozbite szkło, szeleściły jakieś plastikowe śmieci. Trącona butem butelka poturlała się po brudnym betonie, by zaraz utknąć w rozerwanym zawilgoconym materacu, który ktoś najpewniej wyrzucił prosto z okna mieszkania.
Frog skrupulatnie skontrolował boczną ścianę budynku, szukając albo zewnętrznej skrzyni rozdzielczej albo przynajmniej oznakowania mogącego wskazać jej położenie. Jego plan, w istocie bardzo prosty, zakładał zidentyfikowanie mieszkania SlimWire po wyłączeniu prądu w całym obiekcie. Każdy szanujący się netrunner musiał mieć niezależne źródło zasilania i nawet jeśli własne generatory miało też kilku zaradnych współlokatorów sieciarza, każde ciemne mieszkanie automatycznie spadało z listy potencjalnych kryjówek SlimWire. Co więcej, jeżeli apartamentowiec spełniał podstawowe normy przeciwpożarowe - co w Vista del Rey nie musiało być oczywistością - wyłączenie prądu pociągnęłoby za sobą zwolnienie wszystkich magnetycznych blokad w drzwiach, aby mieszkańcy mogli bez przeszkód opuścić swoje lokum.
Odnalazł skrzynkę na jeszcze ciemniejszym placu na tyłach budynku, pod rdzewiejącą kratownicą schodów przeciwpożarowych. Jakiś wracający od kontenera na śmieci człowiek wpierw zwolnił kroku dostrzegając obcego, potem zaś przyspieszył okrążając Shawna bez słowa szerokim łukiem i znikając za rogiem. Kilka sekund później do uszu solosa dobiegł dźwięk kopniętej przypadkiem butelki, najpewniej tej samej, na którą napatoczył się Camara.
Opierając się plecami o ścianę wyciągnął z kieszeni smarthinga i zadzwonił wybierając z listy pierwszy z góry numer.
- Jak z tym zamkiem? - zapytał z wyraźnym zniecierpliwieniem - Mam przyłącze.
-
Shawn Camara
- 5 minut Ci starczy? - Shawn zapytał latynoskę, która zabierała się za gmeranie w interkomie. Wyglądał jakby nie zamierzał odpuszczać, a przeciwnie, przeciwności i kłopoty z lokalsami tylko go rozjuszały jak trzymanego na kagańcu dobremana przed walką - Jeśli nie, to odpuść. I tak już zrobiliśmy widowisko. Rozwalę skrzynkę i może drzwi się nie zatną. A jak się zatną, to je też rozwalę.
- Do otwarcia drzwi wystarczy - odpowiedziała czarując przy panelu te swoje brazylijskie voodoo, którego Żabie nigdy nie będzie dane pojąć - może nawet do wytypowania mieszkania. Otwarcie robię z czapy. Jeśli się uda.
Skinął i poszedł.
***
Przed skrzynką rozejrzał się jeszcze na boki, czy gapiów nie było i czekał. Stanął przed blaszaną obudową w odległości kilku metrów i zmierzył ją wzrokiem.
- I co się gapisz zjebie? - mruknął czując się już nieźle nabuzowanym. Błyskawicznym ruchem wyciągnął Pacifiera i wymierzył do bezbronnej skrzynki - Długo cię znajdę??
Uśmiechnął się i schował klamkę z powrotem do kabury. A potem powtórzył zabawę ze dwa razy z innych kątów i z innym tekstem. Miał ochotę coś rozwalić. Zastanawiał się jaki dzisiaj mecz w Blood Bowla...