Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
[CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
-
♫♪ HiFi ♪♫ 
– Łaaaał... - wydobyło się niezbyt głośno z ust technika, bo i cóż innego mógł powiedzieć? Same pudełko od broni pewnie dałoby radę nieźle spieniężyć, a co dopiero ze spluwą? Sprawdził, czy jest zabezpieczona. Taki egzemplarz mógł mieć blokadę i działać tylko w sprzęgu z właścicielem. Co to za model? Co to za kaliber? I czy jest do niego amunicja?
Oczy mu się iskrzyły. Może nawet go sobie zatrzyma. Albo przehandluje, by mieć na Macintosha... Ucieszył się jeszcze bardziej. Po oględzinach chwilę się zastanowił. Pudełko weźmie... ale później, gdy będzie miał wolne ręce... a broń ukrył w kieszeni. Od razu uzbroił się też w paralizator i gaz, resztę fantów pakując. Womaniser, kosmetyki, drzazgi, czipy... to, co dało się na tu i teraz zabrać ze sobą. To co było małe i cenne.
Najważniejszą część roboty zrobił. Miał podgląd i oględziny lokalu. Na większe wynoszenie rzeczy potrzebna będzie większa ekipa. Sam zbyt łatwo mógłby paść łupem kogoś innego...
Podszedł by sprawdzić, czy droga na zewnątrz jest wolna. Planował jak najszybciej wrócić do siebie. Czekając na resztę może chwilę podłubać przy oczyszczaniu wszczepów, zanim pójdzie w kimę. Plan wydawał się dobry... -

Vine Street w Heywood, 22:46
Dziewczyny wymieniły pomiędzy sobą spojrzenia, w których niedowierzanie walczyło o lepsze z rozbawieniem. Ta wyższa rzuciła okiem na zaparkowane opodal Aigo, pokręciła przekornie głową starając się nie roześmiać na głos.
- Wasz szef przysłał was tym gównianym złomem, żebyście zorganizowali mu ekipę do towarzystwa, bo domyka jakiś gruby interes? - powiedziała przechylając się w stronę Houstona - Wiesz, my mamy koleżanki, nawet całkiem sporo, i one potrafią za odpowiednie pieniądze zrobić rozmaite fajne rzeczy, ale wy mi nie wyglądacie na klientów, których byłoby na to stać. Jeśli macie gotówkę, to możemy zabawić się u nas, tu są pokoje na godziny, ale jak chcecie akcję wyjazdową to musicie podać szczegóły. Nie jesteśmy głupie, każdy słyszał o jakiejś dziwce wywiezionej do Northside i pociętej na organy przez Kosiarzy.
Dingo rozłożył ręce w spolegliwym geście, przywołał na twarz wyraz przyjaznego zatroskania. Mack obejrzał się ponad ramieniem w stronę Brazil i Froga, rozmawiających z grupką miejscowych kilkanaście metrów dalej w głębi ulicy. Leif odwzajemnił jego spojrzenie zza przedniej szyby Aigo, wiercąc się w siedzeniu samochodu i kręcąc na wszystkie strony głową.
Dostawczy Columbus przejechał ulicą w stronę Republic Avenue, za nim kilka osobówek. Na chodnikach ruch pozostawał znikomy, ale Hartley nie mógł się oprzeć wrażeniu, że obserwują go liczne oczy ukryte za oknami wygaszonych pomieszczeń w wyrastających ponad ulicę apartamentowcach.
- Jak byśmy was mieli porwać dla Kosiarzy, tobyśmy podjechali drogą furą na lewych papierach i z paralizatorami - powiedział weterynarz dołączając do rozmowy - Żniwiarskie gangi się nie bawią w grzeczne rozmowy, a poza tym to jest teren Valentinos i Tren de Agua, kto normalny chciałby z nimi zadzierać? Mamy kasę, ale woleliśmy przyjechać wozem pasującym do tej okolicy, jeszcze by nas wasi alfonsi skroili za korposki wygląd. To jak z tym sieciarzem, znacie tu kogoś dobrego w okolicy?
- Wy się lepiej zdecydujcie czy chcecie podupczyć w realu czy w wirtualu - odezwała się druga z dziewczyn, sprawiająca niewinne wrażenie nastolatka w spódniczce - Ci, co tam z wami przyjechali to kto? Ten gość to wasz szef czy szef siedzi w aucie?
Spojrzenie czarnowłosej dziewki pobiegło w stronę Brazil i Shawna, a potem zatrzymało się na Aigo.
- To reszta naszej ekipy - odpowiedział Dingo - My organizujemy dziewczyny, a oni dopalacze. Nie chcecie zarobić, nie ma sprawy, nie będziemy się upierać. Za namiar na sieciarza dam wam gotówkę, wystarczy słówko albo pokazać palcem, gdzie on siedzi.
- Wybacz, pięknisiu, ale nic nie wiem o żadnym SlimWire - pokręciła głową ta wyższa - Tacy ludzie się reklamują w Sieci, jeśli są dobrzy w swoim fachu, ulotek na ulicy nie rozdają. Fajnie się gada, ale my w robocie jesteśmy, czas to pieniądz. Pięć dych od każdego z was, może być jedna na jednego albo orgia, nam pasuje wszystko. Żadnych wszczepów penetracyjnych, o których wcześniej nie powiedzieliście. Płacicie PayPalem, przelew od razu, żeby wisiał w chmurze. Jeśli za drogo to sorki, będziecie musieli obciągnąć sobie nawzajem. Albo poprosić szefa. To jak będzie, decydujecie się?
-

Megablok H10, 22:55
Korytarz był pusty. HiFi odczekał jeszcze chwilę wypatrując śladu rodziny Tyrone, a potem wymknął się pośpiesznie na zewnątrz mieszkania zamykając za sobą drzwi. Starając się wyglądać na przypadkowego przechodnia skręcił w stronę najbliższej klatki schodowej, zdecydowany wrócić do własnej części H10 bezpieczniejszą okrężną drogą.
Dwa piętra niżej odetchnął z ulgą, chociaż nie zwalniał kroku. Ukryte po kieszeniach fanty Shivy wypychały materiał ubrania, ciążyły wręcz namacalnie, chociaż żaden znajomy zmarłej netrunnerki nie miał szans na rozpoznanie jej własności w rękach HiFi.
Docierając do tarasu obiegającego studnię wnętrza bloku, technik przystanął pomiędzy dwoma automatami All Foods i otworzył przeglądarkę smarthinga sprawdzając w Sieci witryny sklepów z bronią. Wystarczyło mu kilkadziesiąt sekund, żeby znaleźć u autoryzowanych dealerów Arasaki model pistoletu znaleziony w mieszkaniu Shivy. Dziewięciomilimetrowy Kenshin, warty w fabrycznym zestawie czterysta pięćdziesiąt eurodolarów.
Wpatrując się w pulsujące światła wielkie ekrany reklamowe wiszące na przeciwnej stronie studnbi HiFi pozwolił sobie na przelotny uśmiech. Wszystko układało mu się tego dnia w stopniu wręcz niewyobrażalnym, wszystko spinało się doskonale, a dobra passa miała spore szanse, aby się utrzymać. Interesy z Kretami nabierały koloru i jedynie zaplanowana na poniedziałkowy wieczór rozprawa z Brzytwiarzami nieco psuła technikowi humor.
Grupa lokalsów okupowała najbliższe ławki i stoliki, upijając się na wesoło i puszczając sobie braindance. Jeden z nich leżał na betonie pomiędzy nogami kumpli, wyginając się w rytmie dyktowanych przez elektronikę gogli spazmów, zabezpieczony przed stłuczeniami wsuniętym pod ciało kocem. Reszta śmiała się z niego do rozpuku, nagrywając ziomka bez cienia zażenowania telefonami. Żaden nie zwracał najmniejszej uwagi na HiFi.
Młodzieniec wyciągnął z kieszeni spodni energetycznego batona wyciągniętego z paśnika Shivy, rozerwał jego opakowanie i ruszył żwawym krokiem w stronę swojej części megabloku, żując z entuzjazmem twardą białkową masę o smaku miodowej szarańczy.
-
Houston "Dingo" Dawn
Nomada przez chwilę przyglądał się dziwce bez słowa. Wyglądało na to, że najlepszym sposobem, żeby ściągnąć ich alfonsa, byłoby zacząć jakąś rozróbę... co jednak mijałoby się z celem. Pewnie już i tak zwracali na siebie wystarczająco dużo uwagi. W takich miejscach zawsze ktoś patrzył - jeśli nie jeden z miejskich drapieżników, czekających na ofiarę, to ktoś z dolnej części łańcucha pokarmowego, ukrywający się w ciemnej uliczce. Obserwowanie oznaczało przetrwanie.
- Chyba jednak spasujemy, dziewczyny. Bawcie się dobrze - rzucił tylko, puszczając mimo uszu komentarz o obciąganiu. Spojrzał na Macka i wskazał brodą na frontowe drzwi do megabloku. Kamery, nie kamery, wyglądało na to, że i tak będzie trzeba się pofatygować do środka.
Podszedł tam powolnym krokiem, na razie trzymając się chodnika i ściany budynku. Wyciągnął smarthinga z kieszeni i szybko wpisał "SlimWire" w wyszukiwarkę - a nuż koleś faktycznie się gdzieś reklamuje? Ale nie wierzył w to, Brazil by to już wyłapała. Chodziło mu bardziej, o to, żeby dla postronnych oczu był kolejnym smarthingowym zombie, wpatrzonym w ekran.
Rzucił okiem na Shawna i Brazil, dyskutujących z lokalsami - poczeka jeszcze chwilę, bo może oni się czegoś dowiedzą. Ale jeśli nie, pozostanie szukanie po korytarzach ludzkiego mrowiska. Zwrócił się do Macka.
- Może bardziej poszczęści nam się w środku - powiedział. Najlepszym tropem na razie było pytanie mieszkańców wewnątrz... jednocześnie to też najlepszy sposób, żeby napytać sobie biedy - Choć to jak szukanie igły w stogu siana. -

Vine Street w Heywood, 22:46
Kobieta w dresie uniosła spolegliwym gestem jedną rękę, kciukiem drugiej wystukując jakiś numer na dotykowej klawiaturze swojego telefonu. Obserwujący ją uważnie Shawn zauważył, że nie miała tego numeru zapisanego w pamięci urządzenia, ale wstukiwała go cyfra po cyfrze z głowy - co świadczyło, że musiał być dla niej ważny, a jednocześnie przeznaczony jedynie dla jej wiadomości.
- Poczekajcie tu na chwilę, zaraz ściągnę kogoś, kto ma dojście do różnych środków na recepty - powiedziała przywołując na popękane wargi cień uśmiechu - Znacie Bonifaca? Opłaca się go znać. Sam robi dużo własnych receptur, to eksperymentator. Trochę męczydupa i uparty jak wrzód na dupie, nie odpuści jak na coś sfiksuje, ale ma dobre ceny.
Nawiązawszy połączenie starsza pani odeszła na kilka kroków od grupy, odwróciła się do pary obcych bokiem rozmawiając ledwie słyszalnie, ale z ożywieniem. Jej towarzysze przyglądali się w tym czasie Brazil i Shawnowi w wielkim skupieniu: dredziarz z wyrazem tęsknej melancholii, gość z lufką bardzo podejrzliwie.
- Już jedzie - oznajmiła kobieta w dresie głosem pełnym satysfakcji - On nocami jeździe po Vista z towarem i receptami, cały czas w ruchu i pod telefonem. Będzie do pięciu minut. To jak, odpalisz dwudziestkę za pomoc, przystojniaku? Dam ci w zamian pociągnąć z lufki, crack taki, że łeb urywa przy samej dupie.
- Termu tu nie urwał - odpowiedział chłodno Camara spoglądając na gościa opartego o sklepowy wózek - Chyba ci się trafiła słabsza działka.
- Jemu nic już dupy nie urywa - prychnęła wymijająco kobieta zabierając towarzyszowi lufkę i wyciągając ją w stronę Froga. Słyszący jej słowa dredziarz zaniósł się piskliwym śmiechem.
Brazil obejrzała się za siebie, na Dingo i Macka przechodzących właśnie w poprzek ulicy na jej przeciwną stronę, pod drzwi apartamentowca, w którym zniknął Switch.
-
Vine Street w Heywood, 22:46
Zachodziła w głowę Brazil jaki miała stara interes, że wydzwoniła dilera, pół kredytu nie przelała, zła już była jak po zrzucie MDMAC, nóżką tupała, wierciła się w miejscu. Na siebie zła, że nie miała pomysłu, że jej blef kompletnie nie trafił celu. Zacisnęła piąstki, ząbki same się zwarły, zaraz zaczęła nimi gryść się w dolną wargę z nerwów.
-Jasne, zajebiste dzięki. Będziemy w pobliżu jak gość się zjawi. Tylko myślę, że to nie ta liga. - nie wytrzymała i wypaliła. - Potrzebuję hakera, co wydrukuje mi prawdziwe recepty, na towar z aptek. I nie dla niego. - wskazała na Shawna - Coś ty sobie myślała? - pokręciła głową.-Dobra zdaje się, że ktoś się niecierpliwi. - wskazała na Dingo i Macka - Coś mi chodzi po głowie.
Chwytała się w istocie brzytwy Artemida, chwytała czego mogła, bo już miała wyrzuty sumienia, że wywlekła kolegów do szemranej dzielni w pogoni za białym królikiem.
Ceremonialnie zawinęła połą kurtki i ruszyła pewnym krokiem w kierunku wejścia do kamienicy. Pociągnęła za sobą delikatnie Camarę. Nie za mocno, jak by jednak zamierzał zostać.
-Zobaczymy jak wygląda wejście do budynku. Mam kilka pomysłów, ale nie powinniśmy zabawiać tu za długo. - widać było, że jest zdenerwowana. Postawiła kołnierz.
Podeszła do kolegów - U nas gówno się rozlewa, ćpuny dzwonią po dilerów, nie mamy dużo czasu. Luz, pod bramą nie ma kamer, ale tam jest jedna. - Kucnęła przy domofonie i sięgnęła do torebki.
Zainteresowała się bramą i systemem zabezpieczenia.
-
Shawn Camara
- Jebać to - mruknął przez chwilę rozważając, czy nie wyciągnąć klamki i nie użyć innych argumentów. Uznał jednak, że Brazil miała rację już wcześniej. Te zjeby niczego nie wiedziały. Dał się dziewczynie pociągnąć do kumpli.
- Zmiana planów - powiedział gdy usłyszał, że kurewki też były nie dość, że pyskate to i bezużyteczne - Dingo, odpal swojego bzyczka i obserwujcie budynek. Ja okrążę go i znajdę skrzynkę prądową. Rozwalę to gówno. Haker powinien mieć chyba własne awaryjne źródło prądu. I może nawet nie jakieś UPS, tylko lewy kabel pociągnięty poza głównym ciągiem, żeby zasilić wszystko. Zobaczcie na którym piętrze i na której ścianie będzie się palić światło.
-
Vine Street w Heywood, 22:47
Skulona w przyklęku i oparta plecami o ścianę naprzeciwko panelu videofonu hakerka znalazła w torebce czego szukała, najpierw się uśmiechnęła, ale zaraz spochmurniała, rozglądając się dookoła. Złym wzrokiem zgasiła elektroniczne oko wymierzone w grupę pod kamienicą. Nerwowo uniosła paluszek. - Zaczekaj! - zwróciła się do Camary - daj mi jeszcze chwilę dostępu. A poza tym to dobry pomysł.
Proteza procesowała hasła i zasięgi miejscowych sieci. Część odrzuciła z miejsca inne wydawały się prawdopodobne, znów zaprzęgła Skrybę do wstępnej selekcji. Sama zaś postanowiła zejść do poziomu jaskiń. Do wydzielin i odorów, do śladów stóp mokrych.
-Jak z panienkami? Nie poszło? Nam też kompletnie. Cholera, wiszę wam kolację. - zagadywała kolegów.
Z torebki wyjęła cylindryczny atomizer do nabijania w drogerii. Zbliżyła się do ledowego panelu i delikatnie spryskała. Dawkując micelarny płyn do demakijażu jak magiczny pyłek wróżek. Tam gdzie w ciągu ostatnich godzin odbiły się tłuste łabska białkowców płyn formował równe krople, zaś na czystej części spływał jak łzy matki zastrzelonego dzieciaka, albo pot z czoła maklera przy krachu.
Czekając na efekt przyszykowała się do wejścia - Chłopaki, wyłączyłam kamerę, spróbuje otworzyć bramę, ale nie wiem jeszcze gdzie mógł pójść Gapa. Nad tym też pracuję. Przydałby się ten nasz mały spryciarz. - w sumie trochę ją gryzło, że zostawili Hajfiego, a z drugiej strony gryzło ją, że w ogóle wyciągnęła chłopaków, a z trzeciej nie dawało spokoju, że Raze wyłączył smarta. Z każdej strony podgryzana, a Skryba już raportował.
Paradoksalnie mnogość bodźców znów wyrwała ją z zwątpienia i napędzała do działania. Popatrzyła sobie w oczy kiedy skierowała twarz na szybę w drzwiach wejściowych. ADHD, o czym zapomniała, co pomineła, bo się zapędziła, odgoniła.
Znów kucnęła i skupiła wzrok na kroplach. -
Apartamentowiec przy Vine Street, 22:48
Pozostawiwszy Artemidę przy magnetycznym zamku drzwi pod opieką towarzyszy, Shawn zapuścił się zdecydowanym krokiem w zaułek rozdzielający apartamentowiec SlimWire od następnego budynku. Przez cały czas operował funkcją zbliżenia obrazu cyberoka, uważnie przeczesując podejrzane ciemne zakamarki. Poświata neonów bijąca od głównej ulicy słabła po każdym kolejnym metrze, zastępowana znacznie słabszym światłem sączącym się z okien budynku. Pod nogami Camary zgrzytało rozbite szkło, szeleściły jakieś plastikowe śmieci. Trącona butem butelka poturlała się po brudnym betonie, by zaraz utknąć w rozerwanym zawilgoconym materacu, który ktoś najpewniej wyrzucił prosto z okna mieszkania.
Frog skrupulatnie skontrolował boczną ścianę budynku, szukając albo zewnętrznej skrzyni rozdzielczej albo przynajmniej oznakowania mogącego wskazać jej położenie. Jego plan, w istocie bardzo prosty, zakładał zidentyfikowanie mieszkania SlimWire po wyłączeniu prądu w całym obiekcie. Każdy szanujący się netrunner musiał mieć niezależne źródło zasilania i nawet jeśli własne generatory miało też kilku zaradnych współlokatorów sieciarza, każde ciemne mieszkanie automatycznie spadało z listy potencjalnych kryjówek SlimWire. Co więcej, jeżeli apartamentowiec spełniał podstawowe normy przeciwpożarowe - co w Vista del Rey nie musiało być oczywistością - wyłączenie prądu pociągnęłoby za sobą zwolnienie wszystkich magnetycznych blokad w drzwiach, aby mieszkańcy mogli bez przeszkód opuścić swoje lokum.
Odnalazł skrzynkę na jeszcze ciemniejszym placu na tyłach budynku, pod rdzewiejącą kratownicą schodów przeciwpożarowych. Jakiś wracający od kontenera na śmieci człowiek wpierw zwolnił kroku dostrzegając obcego, potem zaś przyspieszył okrążając Shawna bez słowa szerokim łukiem i znikając za rogiem. Kilka sekund później do uszu solosa dobiegł dźwięk kopniętej przypadkiem butelki, najpewniej tej samej, na którą napatoczył się Camara.
Opierając się plecami o ścianę wyciągnął z kieszeni smarthinga i zadzwonił wybierając z listy pierwszy z góry numer.
- Jak z tym zamkiem? - zapytał z wyraźnym zniecierpliwieniem - Mam przyłącze.
-
Shawn Camara
- 5 minut Ci starczy? - Shawn zapytał latynoskę, która zabierała się za gmeranie w interkomie. Wyglądał jakby nie zamierzał odpuszczać, a przeciwnie, przeciwności i kłopoty z lokalsami tylko go rozjuszały jak trzymanego na kagańcu dobremana przed walką - Jeśli nie, to odpuść. I tak już zrobiliśmy widowisko. Rozwalę skrzynkę i może drzwi się nie zatną. A jak się zatną, to je też rozwalę.
- Do otwarcia drzwi wystarczy - odpowiedziała czarując przy panelu te swoje brazylijskie voodoo, którego Żabie nigdy nie będzie dane pojąć - może nawet do wytypowania mieszkania. Otwarcie robię z czapy. Jeśli się uda.
Skinął i poszedł.
***
Przed skrzynką rozejrzał się jeszcze na boki, czy gapiów nie było i czekał. Stanął przed blaszaną obudową w odległości kilku metrów i zmierzył ją wzrokiem.
- I co się gapisz zjebie? - mruknął czując się już nieźle nabuzowanym. Błyskawicznym ruchem wyciągnął Pacifiera i wymierzył do bezbronnej skrzynki - Długo cię znajdę??
Uśmiechnął się i schował klamkę z powrotem do kabury. A potem powtórzył zabawę ze dwa razy z innych kątów i z innym tekstem. Miał ochotę coś rozwalić. Zastanawiał się jaki dzisiaj mecz w Blood Bowla... -
Vine Street w Heywood, 22:50
Nie traciła Brazil sekundy żadnej na zbyteczne działania, może pomijając mimowolne ruchy paluszków poprawiających fryzurę. Nie czekając malunku kropel na panelu uruchomiła kontroler otwierający elektroniczne drzwi. Wymagało to ledwie mgnienia skupienia, pchnięty myślą mechanizm zaklęty we wzory zer i jedynek realizował się sam. Program był jej własnego autorstwa, dość ciężki jak na kontroler, ale praktyczny i skuteczny. Zainfekowany kodem sterownik głucho odblokował magnetyczny zamek, drzwi ustąpiły pod lekkim naciskiem czubka buta.
Znów wróciła do białkowych zmysłów odczytując uzyskane wyniki, zmarniła sekundę na samozadowolenie. Łzy omijały kilka numerów. Uzyskane informacje skorelowana z wyższym menu pada, czy jakieś punkty nie pokrywają się z innymi oczywistymi wyborami. Kosmetycznym płatkiem wchłonęła nabrzmiałą na tłustych plamach wodę.
-Zróbcie chłopaki skany tych tłustych paluchów na makro - zwróciła się do kolegów i odsunęła pod ścianę. - Zwróćcie uwagę na 18, 19 na pierwszym, 25 na drugim i 31 i 36 na trzecim.
Czas uciekał, a Artemida nie zamierzała mieszać w szykach Froga. Nauczyła się już kiedy go lepiej nie denerwować. Skorelowała adresy i poziom zabezpieczeń sieci swoich i Skryby. Odrzuciła wszystkie zbyt oczywiste z datami i imionami kochanek, czy gwiazd porno. Wytypowała nieoczywiste, rozważając, które zabezpieczenie jest najsilniejsze.
Gdyby miała jeszcze czas, żeby porównać to z rachunkami za pobór energii miałaby właściwy numer. Miała trzy typy, kiedy w cyfrowym świecie czarne sople lodu wbijały się między kod bramy, brama zniknęła, Camara zrealizował swój plan, Brazil powróciła do mięsa jak wybudzona ze snu.
Nie pozostawała bierna, chaos budził nowe możliwości. Pchnęła drzwi i weszła do środka, szybkie rozglądnięcie i skierowała się za piktogramem klatki schodowej. Zdecydowana znaleźć się na piętrze nim ktoś zacznie wychodzić na korytarz. Dopiero na tam przystanęła i znów skupiła uwagę na punktach dostępu.
-
Blok przy Vine Street, 22:50
Frog odczekał jeszcze chwilę chcąc się upewnić, że nikt inny mu nie przeszkodzi w następnym kroku. Otoczony fasadami sąsiadujących ze sobą budynków, ciemny plac sprawiał wrażenie wyludnionego, chociaż zza części rozjaśnionych lampami okien dobiegały dźwięki muzyki, oglądanych w TV filmów czy inne odgłosy sobotniego życia towarzyskiego. Solo oszacował w głowie rozmiary budynku i doszedł do wniosku, że okna wychodzące na plac należały do rzędu mieszkań usytuowanych w tylnej części apartamentowca, a te nad Vine Street do przednich - co pociągało za sobą konieczność obserwacji obu części budynku, ale co samo w sobie nie nastręczało Shawnowi większego problemu.
Plac pozostawał pusty, spotkany na nim przypadkowy mężczyzna był zapewne lokalsem, który akurat teraz wybrał się do wielkiego stalowego kontenera wyrzucić śmieci i który wykazał dużo rozsądku udając, że nie widzi na placu obcego gościa.
Dłuższe czekanie mijało się z celem. Camara wyciągnął z kabury Pacifiera, złożył się płynnie do strzału mierząc lufą broni w obudowę skrzynki i zaczął pociągać za spust w jednosekundowych odstępach, po każdym razie opuszczając lufę pistoletu o dwa centymetry niżej w pionie skrzynki.
Pyknięcia tłumika zlały się w jedno z metalicznym szczękiem dziurawionej obudowy i brzękiem spadających na beton łusek, ledwie słyszalne z odległości większej niż kilka metrów.
Po czwartym strzału wewnątrz rozdzielni coś huknęło, w przestrzelinach pojawiły się iskry i Shawn w końcu doczekał się efektu, na który liczył.
W obserwowanym przez niego apartamentowcu zgasły wszystkie światła. Przez dwie sekundy w środku panowała zrodzona z zaskoczenia cisza, która prysła w trzeciej sekundzie zastąpiona pełnymi złości i frustracji krzykami płynącymi z niemal każdego mieszkania. Shawn mógł sobie wyobrazić furię ludzi, którzy właśnie oglądali finałowy mecz sezonu Blood Bowla albo nowy odcinek „Watson Whore”.
W dwóch mieszkaniach od strony placu zapaliły się światła, na trzecim piętrze niemal natychmiast po zwarciu, na parterze po dobrych dziesięciu sekundach. W pozostałych częściach obiektu panowała ciemność, która miała się tam rozgościć najpewniej do początku następnego tygodnia, jeśli brało się pod uwagę opieszałość miejskich służb energetycznych.