[CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
-

Raze Switch More
Jig-Jig Street w Japantown
niedziela 15.07.77,
— Ja sobie...?
Switcha aż zatkało. Przez moment tylko patrzył na Hectora, jakby próbował ustalić, czy ten naprawdę właśnie zrobił mu awanturę o to, że nie pozwolił mu siedzieć przy stole z Cesarzową.
— Co TY sobie wyobrażasz, Garcia?
Głos miał już spokojniejszy, ale właśnie przez to bardziej niebezpieczny. Zrobił krok w jego stronę.
— Strzelasz focha jak panienka, której nie poprosili do tańca. Kurwa, Hector. Po pierwsze... — uniósł wskazujący palec. — Myślałeś, że będziesz woził się na moich plecach? Że przedstawisz mnie, usiądziesz obok i będziesz negocjował swój interes przy okazji?
Drugi palec.
— Po drugie: naprawdę myślisz, że Wakako nie wie, że na co dzień nie pracujemy razem? Że jesteśmy partnerami? Ona wie o nas więcej, niż my wiemy o niej. Miałem ją okłamać tylko po to, żebyś lepiej wyglądał przy stole?
Trzeci palec.
— I po trzecie... — zawiesił głos. — Naprawdę myślisz, że zostawię cię z niczym?
Hector otworzył usta, ale Switch nie dał mu dojść do słowa.
— Ty załatwiłeś mi spotkanie z Cesarzową. Być może właśnie nakręciłeś mi robotę, przy której będę potrzebował pomocy. Jak myślisz, do kogo pójdę wtedy w pierwszej kolejności, Garcia?
Opuścił rękę i przez chwilę patrzył mu prosto w oczy.
— Chyba że wolisz się obrazić. Wtedy znajdę sobie kogoś innego.
Hector zmrużył oczy.
— Ile ci dała?
Switch przez sekundę milczał. Nie był pewien, czy bardziej chce się roześmiać, czy przywalić mu w ramię.
— Na razie sprawdza autentyczność nagrania — odpowiedział w końcu. — Ma się odezwać.
To nie było dokładnie kłamstwo. Po prostu prawda ułożona tak, żeby Hector usłyszał to, co powinien.
Switch poprawił marynarkę.
— Więc nie sraj w gacie. Spotkanie się odbyło. Nagranie jest u niej. Kontakt mam, nawet jeśli nie dostałem go wprost. A ty zrobiłeś dokładnie to, o co cię prosiłem.
Przechylił głowę.
— To jak będzie między nami?
-

Klub „Tekken” w Kabuki
Jet Lee prowadził „Tekkena” od dobrych dziesięciu lat, ze zmiennym powodzeniem lansując pięściarzy, którym zdarzało się zdobywać całkiem wysokie miejsca w rankingachnie tylko w Watson. Słynący z morderczego kopnięcia z półobrotu Jack Morris, uwielbiany przez płeć piękną Wulf Rapecke czy kompletnie nieobliczalny w ringu i poza nim Lolo Weird wypromowali „Tekkena” w złotych czasach tego sportu w Little China, dopóki Tygersi nie przejęli kontroli nad lokalnymi ligami przenosząc siedzibę federacji do ekskluzywnych klubów w Japantown. Po serii zmian w regulaminach ligi „Tekken” mocno stracił na znaczeniu, ale jego właściciel z uporem walczył o zachowanie pozycji na rynku, znaczną część swej uwagi przenosząc na słono monetaryzowane w sieci walki dzieci z karłami, pojedynki robotów z wojskowymi weteranami czy sparingi do pierwszego otwartego złamania kości. Zyski z tych zawsze chętnie oglądanych widowisk pozwalały utrzymywać „Tekkena” przy życiu, a jednocześnie umożliwiać Jetowi Lee planowanie powrotu na salony liderów świata mieszanych sztuk walk.
Shawn generalnie lubił tego małego ruchliwego i hałaśliwego człowieczka, który z niezrozumiałą dumą obnosił się przez cały czas ze słomkowym kapeluszem, jadał wyłącznie chińskie zupy Vifona, wyzywał swoich przegrywających zawodników od najgorszych nie oszczędzając również ich matek, ale jednocześnie potrafił zdobyć się bez wahania na wspaniałomyślne gesty takie jak choćby sprezentowanie inwalidzkiego wózka dla sparaliżowanego, a przez to wyrzuconego z klubu pięściarza.
Chińczyk siedział w swojej kanciapie na pierwszym piętrze „Tekkena” siorbiąc z tekturowej miseczki zupę instant i oglądając jednocześnie na ekranie telewizora jakąś walkę bokserską. Widząc wchodzącego do środka Froga rozpromienił się ukazując oczom solosa swoje krzywe i upstrzone kawałkami makaronu zęby.
- Flok, jak se mas disaj? - wyseplenił okropnie akcentowanym angielskim, generowanym przez chip lingwistyczny częściowo niekompatybilny z przestarzałym procesorem neuralnym - Bonito ufifla mi w juse wsyskie lenczniki pses cebie, ty bycku. Sadaj, sadaj, mam dla cebe njusa.
- Dobry, panie Lee - przywitawszy się z Chińczykiem zdawkowym, acz bynajmniej nie lekceważącym skinieniem głowy, Żaba stanął w wejściu do pomieszczenia i podparł ścianę. Nie spoufalał się, ale i nie trzymał zbędnego dystansu ani przesadnego respektu; ten etap już minął - Postoję. Dziękuję. A jak noga? Nie dokucza dziś?
- W Japantałn sykuje se wielgcha feta penscarska - gospodarz zignorował pytanie o zdrowie wkładając plastikowe pałeczki do zjedzonej w połowie zupy i przesuwając naczynie zachęcającym gestem w stronę Shawna - Ty mocalny bycek, se nada do ekypy „Tekkena”. Pan Lee pocebuje deset bycków na walki eliminasyjne. Take no wes, ustawne, ale lealne. Stalowy Knul musi byt piefszy w rankinchu, ale ty moses byt as druchi. Pan Lee topsze zaplasi za shoł.
-
Magazyny AllFoods w Northside
Houston wzruszył ramionami. Stare powiedzenie mówiło, że lew nie sprzymierza się z kojotem... tylko kim oni byli w tym porzekadle?
Teraz plan podobał mu się nieco bardziej. Im prościej, tym lepiej. Bez zbędnych wybuchów i fajerwerków. Zapamiętał słowo-klucz: "deser". Pomysł z dronem też był niezły, bo w razie czego dawał mu szersze pole widzenia. Mógł być jednocześnie strzelcem i spotterem...
- Jasne, skitram się tu... powiedzmy o trzeciej? Jesteście z nimi ustawieni na piątą, nie? - upewnił się Dingo - Rano mam robotę, ale wyrwę się wcześniej z warsztatu. Wymówię się... sprawą rodzinną.
Houston uśmiechnął się pod nosem, zastanawiając się czy będzie to kłamstwo czy tylko niedopowiedzenie. Bo w sumie HiFi i reszta to taka jego nowa rodzina.
-
– Chwila moment... – zaoponował HiFi. – Co masz na myśli, że my walimy w tych po bokach? Przecież wyraźnie mówiłem, że ja nie strzelam, póki nie muszę – zirytował się technik.
– Przecież nie jestem jakimś jebanym mordercą, kurwa! To przypadkowi goście... może źli, może świat byłby lepszy bez nich, ale ja się na to nie piszę! Chcesz ich rozwalić, to ich rozwalaj stary, będę przy tobie i będę cię wspierał i osłaniał. Ale nie będę do nich strzelał, jeżeli nic złego nie zrobią. Dingo - zwrócił się do Houstona szukając u niego wsparcia. -
Hartley "Mack" Mackinaw
Mieszkadło w Megabloku
- Jeszcze raz, spokojnie, ktoś jest jeszcze z wami? jest tam ktoś jeszcze oprócz was? Co się stało? Zuri, co się stało?! - Mack wiedział, że Adeola nie zadzwoni żeby poplotkować, ale czegoś takiego się nie spodziewał.
Na dodatek wydarzenia z wczoraj nakarmiły porządnie jego paranoję. Tam coś się stało, wypadek, cokolwiek, albo porachunki gangów. Albo ktoś próbował go wciagnąć w pułapkę.
Artemida była w swoim pokoju, wypadało dać znać gdzie idzie, a nie zniknąć bez słowa. Zwłaszcza że jak na razie nie wiedział co się tam dzieje. Ale pewnie że pójdzie.
Jeszcze zanim zdążył przeszkodzić Brazil w tym, co tam robiła, wpadł na pomysł że mogłaby mu pomóc - zrobić to co wczoraj, podpiąć się do monitoringu i zobaczyć, co się dzieje na korytarzu piętro wyżej.
Mocno zapukał, wciąż z telefonem przy uchu.
Paranoja, ja pierdolę. Pierdolony Fred Murphy.
-
H10: Mieszkadło Paczki; Późne Popołudnie
Ledwo stuknął, a drzwi się otworzyły, wcale ich nie kluczowała. Zdała sobie sprawę, że nieco za prędko otworzyła, spuściła wzrok na dużą militarną torbę, do której zdążyła już spakować decki Lacorix, jej straszydło niewinnie spoczywało na materacu. Miała tajemnice.
-Co jest? - wychrypiała ledwo z zaciśniętego gardła. Otworzyła szerzej - Wejdź. - odsunęła się i zabębniła paluszkami bosych stóp o linoleum.
Brazil widziała, że Mack jest wzburzony i wiedziała, że odebrał telefon z piętra wyżej, ale za konieczne uważała, żeby sam wprowadził ją w temat.
-Co się stało? - pytała, ale już wsuwała stopy w klapki, na rozciągnięty podkoszulek z logo programu Nighty Overlord NO zarzuciła ciężką kurtkę, po tą ją nabyła, i tak wyglądała jak fleja, nie wliczając nowej fryzury. Postanowiła i to zepsuć, założyła na czubek głowy kocie uszy. Uśmiechnęła się do tłumaczącego sprawę przyjaciela.
Swój deck zamknęła w małym plecaczku, utwardzanym w środku płytami grafitowymi. Zaciągnęła mocno na ramionach. Nie zapomniała o kontrolerze, nożu do PCV i smarcie. Na tym ostatnim sprawdziła lokalizację lokalu, z którego nadeszło połączenie, wnosząc, że to niedawno odbyta rozmowa tak wzburzyła Hartleyem.Wreszcie przekrzywiła główkę spoglądając zmrużonymi oczami na Macka.
-
Houston spojrzał zdezorientowany najpierw na HiFi, potem na Leona. W końcu, jakby z zakłopotaniem zwrócił się do technika.
- To jest dżungla, HiFi - powiedział powoli, ostrożnie - Zrozumiałem, że chcemy mieć ciastko i zjeść ciastko. A to ty, Avrille, masz z nimi kosę...Westchnął, drapiąc się bezwiednie po brodzie. Jak dla niego wyglądało trochę na to, że HiFi faktycznie chce mieć to ciastko... ale bez rozbijania żadnych jajek, metaforycznie mówiąc. Bez brudzenia rąk. A przynajmniej swoich rąk. Houstonowi przyszło do głowy kolejne przysłowie - sypał dziś nimi jak z rękawa - "si vis pacem para bellum". Wojna i tak będzie, pytanie tylko kto dostarczy do niej pretekst: Brzytwiarze czy Leon?
Uniósł ręce w ugodowym geście.
- Jak dla mnie, mogę was tylko osłaniać i nie zrobić nic, zanim to oni nie wyciągną gnatów - powiedział - Tylko, że wtedy może być za późno. Wiesz, HiFi, że to nie są mili panowie z 2nd Amendment. To Brzytwiarze. Gdyby znaleźli cię rannego w zaułku, nie zastanawialiby się dwa razy, tylko wylądowałbyś w wannie z lodem. To dżungla, stary - powtórzył - Jeśli mam wybierać, albo my, albo oni... to wybór jest prosty.Jak dobrze pójdzie, HiFi faktycznie nawet nie będzie musiał sięgać po broń, bo nomada i Leon załatwią sprawę. Houston spróbował uśmiechnąć się pokrzepiająco do technika na tę myśl.
-

Jig-Jig Street w Japantown
Hector milczał przez chwilę z miną pełną złości i rozczarowania. Jego oczy zapalały się jaskrawą czerwienią i gasły, rytmem dopasowanym do stopnia wzburzenia fiksera. Wciąż milcząc, wyciągnął z kieszeni saszetkę z dopaminowym plastrem, rozdarł ją i przykleił używkę do boku szyi rzucając puste opakowanie pod nogi.
- Zawsze był z ciebie kawał skurwysyna, Raze - powiedział przymykając powieki i czekając na pierwsze uderzenie dawki sztucznych hormonów - Zawsze coś wymyślisz, żeby ciągnąć wszystko pod siebie. Dobrze wiesz, że jak byś dobrze zagadał, ona nawet wiedząc o ściemie szybko by ją przyklepała. W tej branży kłamie się w żywe oczy, choć każdy wie, że to kłamstwo, a ty mnie wywaliłeś swoim tekstem za drzwi jak jakiegoś kurwa bezwartościowego przydupasa. Kawał chuja z ciebie, Raze. Będę czekał na telefon w tej sprawie, byle nie za długo, bo z nami będzie koniec.
Garcia wyciągnął z kieszeni kolejnego papierosa, zapalił go nie częstując Switcha, zaciągnął się głęboko dymem, a potem wmieszał się w tłum przechodniów pozostawiając znajomka na chodniku przed salonem gier.
Raze odprowadził kumpla wzrokiem, a kiedy upewnił się, że Hector zszedł po najbliższych schodach na niższy poziom dzielnicy, wyciągnął z kieszeni płatniczą drzazgę i sparował ją w dyskretny sposób ze swoim smarthingiem.
Przywołana naciśnięciem palca na ikonę odpowiedniej aplikacji, na ekranie urządzenia pojawiła się zdeponowana na nośniku kwota.
Switch otworzył na jej widok szerzej oczy, przybrał natychmiast obojętny wyraz twarzy świadomy bliskiej obecności wielu drapieżników szukających na Jig-Jig Street okazji do szybkiego zarobku. Przelewając zawartość drzazgi na telefon fikser śledził bacznym wzrokiem przelewający się przed jego oczami tłum, w myślach analizując raz jeszcze rezultaty nieoczekiwanej wizyty w Japantown.
Jego życie omal nie legło w gruzach poprzedniego dnia - pobity, okradziony, najpewniej wrobiony w morderstwo dzieci ze szkolnej wycieczki, kilkanaście godzin później wychodził z biura Wakako Okady z perspektywami, dla których warto było założyć przyciasny stary garnitur.

Mieszkanie paczki w Watson
Nie siląc się na własne tłumaczenia, Hartley przełączył smarta na głośnik i Brazil z miejsca usłyszała szloch dziecka punktowany w tle histerycznymi krzykami dorosłej kobiety.
- Zuri, już zabieram swoje rzeczy i do was idę, ale powiedz mi raz jeszcze, kto jest u was w mieszkaniu i co się dokładnie stało? - zapytał weterynarz spoglądając jednocześnie znacząco na współlokatorkę.
- Ja i mama i Chinwe, proszę pana - wyrzuciła z siebie dziewczynka, którą Brazil z racji użytego imienia natychmiast skojarzyła z luźno sobie znaną rodziną Ogunlesi - Jakiś chłopak przyprowadził przed chwilą Chinwe i jest z nią bardzo źle, a on zaraz poszedł. Mama płacze i krzyczy, a Chinwe chyba umarła. A Nkechi nie wróciła, a wyszła z Chinwe. Niech pan szybko przyjdzie, bardzo się boję.
- Powiedz mamie, że już idę - w głosie Macka zadźwięczała nuta determinacji, której Artemida już dawno u niego nie słyszała - Zaraz będę, czekaj pod drzwiami!
- To Ogunlesi? Ta nigeryjska rodzina nad serwisem elektroniki? - upewniła się Brazil wsuwając w obudowę cyberdeka miniaturową klawiaturę, używaną czasami w towarzystwie ludzi, przed którymi nie obnosiła się ze swoim neuralnym sprzęgiem - Po drugiej stronie pionu?
- Tak, Adeola i jej dzieciaki - skinął głową Hartley, który zdążył już położyć rękę na panelu zamka drzwi - Nie brzmi to dobrze. Ktoś ją przyprowadził w złym stanie i zostawił. Muszę wiedzieć czy to nie jakaś pułapka. Ktoś mógł to zrobić myśląc, że ona ściągnie medyka z opioidami, żeby go okraść. Potrzebuję twoich oczu na kamerach, Brazil.
Torquemada przechyliła w odpowiedzi głowę, charakterystycznym ruchem zdradzającym chwilowe zakłócenie pracy błędnika, kiedy jej mózg gwałtownie zwiększył stopień interakcji z neuralnym procesorem.

Strefa industrialna w Northside
Leon odwrócił głowę w stronę przyjaciela, przepchnął ręcznie skręcanego papierosa w kącik ust nie przestając postukiwać palcami w ekranik biomonitora. Przez jego twarz przemknął jakiś cień, którego dokładnego znaczenia HiFi nie zdążył rozpoznać.
- Dingo wie, co mówi, posłuchaj go uważnie - powiedział chłodnym tonem Avrille - To są potwory, drapieżniki w ludzkiej skórze. Mogą wyglądać jak zagubione dzieciaki ze slumsów, oni są takimi dzieciakami ze slumsów, ale mają kompletnie nasrane we łbach. To Brzytwiarze Dnia Ostatniego, gorszej sekty w Northside nie znajdziesz. Może i mieli rodziny, ale one ich wypierdoliły już dawno na bruk albo wykończyli swoich rodziców, żeby potem okraść ich trupy. Nad takimi śmieciami nie ma się co litować, bo gdybyśmy w sobotę nie pokazali im gnatów, zarżnęliby nas bez mrugnięcia okiem.
Technik urwał na chwilę, zaciągnął się ponownie, wydmuchnął z płuc chmurę dymu..
- Jak masz stać z boku i patrzeć jak im dziurawię łby to możesz się doczekać własnej kulki. Czego się boisz, wyroku za współudział? Gliniarze nawet nie zaczną dochodzenia, zadzwonią tylko po REO, że jest towar do zabrania i że chcą swoją działkę za organy, o ile z tych popaprańców da się wykroić cokolwiek zdrowego na przeszczep. Nie rób się kurwa na kogoś lepszego ode mnie, bo gdyby więcej ludzi myślało tak jak ja, moja siostra jeszcze by żyła. Pamiętasz Celine. Przypomnij sobie jaka była. I pamiętaj jeszcze jedno. Jeśli będę musiał ich załatwić sam i nie dam rady, po mnie wezmą się za ciebie i Dingo może nie wystarczyć. Pomyśl nad tym dobrze, a teraz pomóż mi przeciągnąć tę skrzynię, będzie dobra na osłonę.
-
H10: Mieszkadło Paczki; Późne Popołudnie
Pożałowała hakerka, że się szmatami zajęła, a nie zareagowała w porę. Chodziło o kamerę w telefonie dzwoniącego malca, sprawa była na szczęście do odkręcenia. Kamery, wcześniej kamery do sprawdzenia w pobliżu mieszkania zajmowanego przez rodzinę Ogunlesi, na tę chwilę zamarła Brazil, równie jawnie co nieporadnie okazując, że nie potrzebuje fizycznego interfacu do kształtowania przestrzeni sieci.
-Nic tam nie ma w pobliżu, żadnej podejrzanej grupy. Zaczekaj! - choć twarz Hartleya wyraźnie mówiła, że nie zamierzał czekać. - Czekaj kurwa, idę z tobą. - zrzuciła ze stópek niedorzeczne klapki i wsunęła niedawno skrojone w Chinatown balerinki. Zawahała się jeszcze, czy zabierać ze sobą decki Shivy, miała obawy by je zostawiać w pustym mieszkaniu, z drugiej strony nikt inny też się nimi nie martwił. Wcisnęła je za stos ubrań, których dawno powinna się pozbyć.
Już wychodząc za Mackiem, założyła na drzwi czterdziestoośmio znakowy kod. Kamerę opodal drzwi zapięła na decku i dała do podglądu Murzynowi. W razie zainteresowania ich lokalem miał informować. Plan oczywiście nie był idealny, ale nieco uspokoił obawy Brazil o to, że chodziło o wyciągnięcie z mieszkania właśnie ich.
Kobieta tuptała i podbiegała starając się dorównać mężczyźnie kroku.
-Czekaj - ciągała za rękaw. - Tak, to może być zasadzka, ale na ciebie? Przecież nie masz w tej torbie za grosz dragów. Może ktoś chce ściągnąć rippera na nielegalne patroszenie, albo.. sama nie wiem. Zrobimy tak, na miejscu wejdziesz sam, albo - się jej przypomniało - możesz poprosić tego małolata o włączenie kamery na smarcie? Niech pokaże pomieszczenie, powiedz, że chcesz obejrzeć rany i innych domowników.
Owej chwili zdała sobie hakerka sprawę jak by jej pomogły zwykłe gogle z wyświetlaczem, ale dopiero zaczęła wychodzić na prostą z kasą. Jedne zakupy walczyły z innymi. Widziała taką szminkę, nowy model Profanity nr 1212.
Znów musiała przyspieszyć kroku.
-
– Aaa... - błyskotliwie odpowiedział HiFi na odpowiedź Dingo. Nie tego się spodziewał. Ale się wkopał! Jedynym honorowym wyjście z sytuacji byłoby teraz związanie go przez Żabę. Ale wtedy nici z transakcji. Może chłopaki jednak mieli rację? Może zbytnio się przejmował? Może po prostu strzelić i tyle?
Nie potrafił sam siebie przekonać.
– Dobra - rzekł do Leona. – Spróbuj ogarnąć Kretów. Wolałbym to załatwić przez nich. Nie potrzebuję mieć złej reputacji w handlu. Jak się inaczej nie da, to trudno. Zrobię to dla ciebie. Chodźmy Houston, zajrzymy do Paula Wilsona po drodze, co? Jak masz robić za snajpera, to może by tłumik ci kupić, żeby cię za łatwo nie zauważyli? Na nasz koszt, mój i Leona, w zamian za pomoc, co? A broń, będzie miał tam na górze o co oprzeć? Bo to nie wiadomo, jak długo będziesz musiał na muszce ich mieć. Mogę dorzucić statyw, co ty na to? A po akcji zostaje dla ciebie. Będzie w porządku?
Chciał, aby tę część rozmowy usłyszał jeszcze Arville. Kolejne informacje HiFi miał przeznaczone tylko dla współlokatora.
– Jest jeszcze jedna sprawa. Ta netrunnerka, Shiva, miała chatę w naszym mega. Mam klucz dostępu do niej do mieszkania. Byłem się tam rozejrzeć na szybko, ale może byś chciał pójść ze mną? A przy okazji... naprzeciwko jej chaty mieszka taka czarna herod-baba z synami. Oni należą do Czakasów. Byliśmy tam z Frogiem i gadaliśmy z nimi, gdy szukaliśmy Shivy. Przy okazji pytałem, czy nie mają strzelb do załatwienia, mieli się zorientować. To też na wymianę z Kretami za McIntosha, bo Brzytwiarze mają dostarczyć 5 sztuk. A ja potrzebuję łącznie 8. No i smartgoogle. To bym po wizycie u Paula wpadł do nich sprawdzić, czy czego nie nagrali po drodze. I przy okazji bym porównał ceny jakie daje Paul, a jakie mogą dać Czakasi. Wybrałbyś się ze mnę?NoiseFeed Switch & HiFi Switch: Młody, ile ci jestem krewny za oko? Technik podrapał się w głowę, czytając wiadomość. Raze dopiero co na nogi wstał. Ale HiFi potrzebował kasy na wymianę. Co robić, co robić? More to kumpel, od kumpla nie wypada brać jak od randoma. No ale to fikser. Trochę inny sort.
NoiseFeed Switch & HiFi HiFi: Dasz e$550, gdy będziesz miał wolne fundusze. Nie stresuj się. Wysłał.
-

Raze Switch More
Jig-Jig Street w Japantown
niedziela 15.07.77,
Switch jeszcze przez chwilę patrzył w kierunku, w którym zniknął Hector.
— Kawał chuja... — mruknął pod nosem. — Sam jesteś kawał chuja Garcia. Właściwie, małego kutasa.
Raze wypuścił powoli powietrze i ruszył przed siebie, wtapiając się w tłum Jig-Jig Street. Nie zamierzał za nim biec. Nie teraz. Hector był wkurwiony, ale nie zerwał kontaktu. Powiedział: "będę czekał na telefon”, a nie "pierdol się”. W ich branży była to istotna różnica.
Przynajmniej na razie.
Switch wsunął dłoń do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyczuł palcami drzazgę.
Dwa kawałki.
Zatrzymał się na moment przed jedną z pulsujących witryn, jakby zainteresował go wyświetlany na niej reklamowy braindance. W rzeczywistości jeszcze raz przeliczał w głowie pieniądze.
Dwa patyki eurodolarów.
Pierwsze co zrobił, to napisał wiadomość na Noise Feed do HiFi:
"Młody, ile ci jestem krewny za oko?"
Wczoraj nie miał praktycznie nic. Dzisiaj miał pieniądze, świeży implant w oczodole, kontakt do Cesarzowej i — co chyba było najważniejsze — możliwość, że Wakako Okada jeszcze do niego zadzwoni.
Nie był to majątek.
Ale wystarczająco dużo, żeby przestać przez chwilę zastanawiać się, czy stać go na zainwestowanie w sprzęt.
Wystarczająco dużo, żeby zacząć myśleć o tym, co zrobić dalej.
Odpowiedź od technika przyszła prawie natychmiast:
"Dasz e€550, gdy będziesz miał wolne fundusze. Nie stresuj się."
Uśmiechnął się i przelał e$600 na konto HiFi.
"Sprzedałbym taki towar z biegu za sześć stówek. Następnym razem jak będziesz coś chciał opchnąć przyjdź do mnie. Razem na tym skorzystamy. Dzięki."
Wieczór.
Spotkanie z Cesarzową zakończone. Hector obrażony. Arte na kwaterze. Chłopaki pewnie kroją własne interesy. Do tego SlimWire, Trensi, Szóstki i całe to gówno, które jeszcze wczoraj wyglądało jak kilka niepowiązanych ze sobą problemów, a dzisiaj zaczynało układać się w jeden cholernie niebezpieczny obraz.
Switch skrzywił się lekko.
I oczywiście miał jeszcze jeden problem.
Arte.
Po tym wszystkim, co wydarzyło się przed jego wyjściem, nie miał pojęcia, jak będzie wyglądał ich wieczór.
Spojrzał na tłum przed sobą.
— No dobra, Raze — powiedział cicho do siebie. — Najpierw wracasz żywy. Potem martwisz się resztą.
Ruszył dalej.
Tym razem już bez pośpiechu. Po drodze chciał się jeszcze doposażyć. Szkoda mu było starego Snitcha. Ale może teraz uda mu się wyhaczyć coś lepszego w dobrej cenie? I dobrze by było jeszcze skombinować jakąś klamkę.
Mijając krzyczące witryny Japantown zwolnił nagle przy jednej z nich. Zatrzymał go nie krzykliwy neon ani reklama z Podświata, lecz zapach. Zawahał się tylko chwilę nim wszedł.
W środku było zdecydowanie ciszej. Na podświetlonych półkach stały kosmetyki, perfumy i różnego rodzaju pachnidła, od tanich syntetyków po rzeczy, których ceny wyglądały jak pomyłka. Switch przeszedł kilka kroków, aż dostrzegł niewielką, czarną buteleczkę.
Wziął ją do ręki i przeczytał nazwę. Jig-Jig No. 9. Jaśmin, bergamotka, piżmo.
— Arte by się spodobało — mruknął.
Spojrzał na cenę. Sto osiemdziesiąt edków.
Przez chwilę kalkulował. Miał teraz niecałe półtorej tysia i mnóstwo rzeczy, na które mógł je wydać. Potrzebował sprzętu, broni, a przede wszystkim zapasu na wypadek, gdyby wieczór z Cesarzową okazał się początkiem, a nie końcem problemów.
Odłożył flakonik.
Zrobił dwa kroki.
Wrócił.
— Pieprzyć to.
Podał go sprzedawcy.
— Pakuj.
-
Houston przez chwilę wpatrywał się zdziwiony w Leona - nie wiedział ani, że jest taki cięty na Brzytwiarzy, ani że ma takie talenty oratorskie... a może po prostu dostał flow, bo go krew zalewa. Tak czy inaczej, Dingo ucieszył się, kiedy HiFi przejął pałeczkę w rozmowie i nieco zmienił temat.
Postukał się palcem w bok głowy w geście "główka pracuje".
- Cichy jak żbik, pamiętasz? - powiedział do technika z głupkowatym uśmiechem - Pewno, Wilson będzie miał tłumik... i celownik optyczny z kolimatorem... statyw... no nie wiem. To strasznie ciężkie gówno. Ale pomaga. Zróbmy tak, jak Paul da nam jakąś fajną promocję, to w sumie czemu nie. Mam też trochę szmalu, jak coś. Jednak wiesz... siedzimy w tym razem, nie?Houston obrzucił spojrzeniem tereny przemysłowe Northside. Miejska dżungla, na razie śpiąca, ale wkrótce... groźna. Dla nieostrożnych wędrowców.
Kiedy on i HiFi znaleźli się poza zasięgiem słuchu Leona, Dingo kiwał głową na słowa technika.
-Kurwa, HiFi, jak ty mnie imponujesz teraz - zażartował, słysząc o tym jak obrotnie technik organizuje broń - Skąd masz klucz do jej mieszkadła? Zresztą, w sumie nieważne. Szukamy czegoś u niej? Czy tak sprawdzić? Wiesz... żeby chłopstwo nie rozkradło? Pewnie, pójdę z tobą. Lepiej, żeby cię tam nikt samego nie przyłapał, bo wiesz... może być dziwnie, jakby cię tam znalazł jakiś jej kumpel. Choć wiesz jacy są kowboje... Raczej mało towarzyscy, przynajmniej w realu. Czakasami się nie przejmuj. Dopilnujemy, żeby nas nie zrobili w wała na kasę. To nic dla takich młodych wilków, jak my, co nie? -
- Zna mnie pan, Panie Lee - odparł Shawn i wzruszył ramionami. Pomysł był intratny, ale daleki od tego by go przyjmować z entuzjazmem. “Shoł” oznaczał co najmniej takie lanie jakie otrzymał przed chwilą biedny Bonito. Od Bonita Żaba mógłby takie zgarnąć bo to był ziomek. A Knur to był tępy chuj. I lanie od tępego chuja boli niestety podwójnie. Nie wspominając o ryzyku, że Knura poniesie… - Umiem zbierać baty. Ale nie mogę teraz zarwać roboty. Kiepski moment. Kiedy by to miało być? I jaki system? Eliminacje? Każdy z każdym?
Spojrzał bez wyrazu na podsuniętą miskę z kluskami, których długie girlandy zwisały Chińczykowi z uśmiechniętych ust. Wyglądał jak dziadek z zaawansowaną demencją. Pomyłka, którą można było drogo przypłacić. Pan Lee wbrew temu co można było sądzić, był kiedyś młody. I nie zarabiał gotując zupy instant.
- Poza tym Knura też pan zna. To zjeb. I sadysta. Nie musiał tak Foxxa urządzić…
Jet Lee pokiwał głową w wyrazie wielkiego żalu, zapatrzył się na miskę nudli.
- No ne musał, ale Fochs ne musał fikac, tylko pasc po piewsej rundze- oświadczył rozkładając bezradnie ręce - Knul to fariat, ale duso kasy robi. Ale ale, mofa kasa. Piewse walki w łikent, ctelech na ctelech. Knul i kto wychra, walki w nedele dwa i dwa i wielgchi final w nedele Knul i drugi z was. Jak chces, moches ty nawet pasc pod Knulem, byle robis dobra szoł. Pan Lee da duszo mamona za szoł.
- Dużo kasy to dokładnie ile? - spytał Shawn przywracając w jednej chwili uśmiech na twarz Chińczyka.
- Bony na papu do Caliente za piewszy fajt, dwa stówki za druchi i i pół tysiąca za szoł z Knulem! Bardzo dobra dil, bycku.
Shawn pokiwał głową. Pół tysia piechotą nie chodziło. Ale musiał to jeszcze przemyśleć. Nie, że wybrzydzał. W końcu zanosiło się, że ma lepszą fuchę niż okładanie mordy za pieniądze. Ale widok brata siedział mu w głowie. Wiedział, że nie odpuści tej kasie. Bo co on kurwa potrafił? Nie umiał szyć ludzi jak Mack. Kompletnie nie rozumiał tego hokus pokus, którymi się zajmowali HiFi i Brazil. Nie umiał gadać z ludźmi jak Switch. Kurwa nawet Dingo nie był cieciem w spożywczaku, tylko na mechanika się zrobił. Shawn przejebał czas gdy trzeba było się uczyć. Więc teraz trzeba było się lać po mordzie.
- Zgłoszę się Panie Lee - powiedział.
Wychodząc z kantorka zahaczył jeszcze o Bonito i upewnił się, że kumpel dojdzie do siebie szybciej niż później. Wysłuchawszy kilku obelg, odwdzięczył się fajkiem i wyszedł. Mógł wracać na kwadrat. Może dziś z E-Dry coś wyjdzie…
Parsknął z powątpiewaniem, pokręcił głową i sam odpalił papierosa idąc w kierunku przystanku kolejki. E-Dra. Jasne. Gotów był się założyć, że Switch nie usiedział godziny na chacie i już coś szponcił. A HiFi planował radosny odstrzał Brzytwiarzy.
Może chociaż zdąży coś zjeść i się umyć.
-

Sklep Paula Wilsona w H10
Wytłumione kiepskiej jakości matami ściany strzelnicy słabo zatrzymywały dźwięki wystrzałów, toteż HiFi dla lepszego komfortu rozmowy prawie się wspiął na biegnącą przez całą szerokość sklepu ladę.
- Młody, ale ty sobie ze starego Paula żartów nie robisz, co? Czy sobie jaja robisz? - zapytał właściciel filii „2nd Amendment” w H10 - Bo ja cię kocham jak syna, ale nie lubię jak ktoś mi czas marnuje. Czas to pieniądz.
HiFi niewiele sobie obiecywał po daleko posuniętej fraternizacji ze strony Wilsona, bo Paul zwykł nazywać bratem czy synem każdego klienta kupującego u niego paczkę naboi - liczył w zamian na to, że na Paulu zrobi wrażenie skala ewentualnego zakupu.
- To tylko analiza oferty, niezobowiązująca - zaznaczył podkreślając swoje słowa stanowczym ruchem palca - Szukam sprawdzonego dostawcy z reputacją i w najlepszej cenie.
- Zwłaszcza w cenie - przytaknął Dingo, który wodził wzrokiem po rzędach wystawionych w gablotach pistoletów Lexingtona i dedykowanych im konwerterów zamków różnego kalibru.
- Dobre strzelby, powiadasz? - Wilson przepuścił obok siebie niosącego jakieś pudełka pomocnika, odwrócił się w stronę jednego z regałów na broń długą. Jego sklep robił wrażenie szerokim wachlarzem oferty, od tanich chińskich Streetmasterów trzeciej generacji po karabinki szturmowe Militechu i Arasaki, bagnety, kamizelki kuloodporne i mikrokomunikatory - a kto cieszył się u Wilsona zaufaniem większym niż zwyczajny syn czy brat, mógł przy niewielkim nakładzie starań uzyskać dostęp do oferty czarnorynkowej - a przynajmniej tak gadali niektórzy w H10.
- Powiedziałem tanie, ale mogą być przy okazji dobre - zastrzegł natychmiast HiFi.
- Dobra, ale ile ty tego chcesz, dwie?
- Niech będzie, że trzy - zaproponował Houston - Ile będziesz chciał za trzy strzelby z tych tańszych, ale nie jakiś zajechany złom, z trzema pudłami amunicji?
- To może coś od Hatsana, co? - zastanowił się Wilson - Mają całkiem zgrabne pompki na siedem naboi, z poręczną lufą osiemnaście cali, w sam raz do sprzątania mieszkania jak się człowiekowi wbiją do środka jakieś ćpuny. Kaliber 12/76, można dokupić czoki do regulowania stopnia zwężenia strumienia śrutu.
- Bez akcesoriów, wystarczy sama podstawa - zastrzegł ponownie HiFi - To ma być prezent dla zupełnych amatorów, żadnych czopków im na start nie będzie potrzeba.
- Kupujesz komuś w prezencie trzy strzelby, młody? - Wilson uniósł pytająco brwi, rozdarty pomiędzy rozbawieniem i niedowierzaniem - Masz chrześniaków? Pierwsza komunia w rodzinie albo bar micwa? Mam zajebistego grawera, robi na broni świetne zdobienia cytatami z Tory za śmieszne pieniądze…
- Po prostu zwykłe strzelby, żadnych czopków, żadnych grawerowanych świeczników czy gwiazd Dawida - jęknął HiFi - Po prostu trzy strzelby.
- Dobra, dobra, po co te narzekania, klient nasz pan, nie ma co uszczęśliwiać kogoś na siłę - Wilson uniósł dłonie w geście kapitulacji - Trzy nówki prosto z fabryki plus pięćdziesiąt naboi do każdej gratis w promocji, czterysta pięćdziesiąt baksów od sztuki.
- Tak drogo? - HiFi przywołał na twarz wyraz absolutnego męczeństwa, ścisnął razem dłonie niczym człowiek chroniący pomiędzy palcami ostatniego eurodolara - Nie da się taniej?
- Młody, to jest cena jak dla rodzonego syna, normalnie puszczam je po pół tysiąca - zarzekł się właściciel sklepu - Bardziej spuścić nie mogę, ledwie na czynsz zarabiam przy takiej promocji. Weź mnie nie denerwuj, albo cię stać na markowe prezenty albo idź do budki BudgetArmsa i kup trzy plastikowe jednostrzały.
- Dobra, a upuścisz coś na dodatkowych akcesoriach? - Dingo popukał palcem w szybę gabloty - Potrzebowałbym coś do mojego Black Ronina, HiFi obiecał mi w prezencie. Optyka z kolimatorem, ultralekki dwunóg i tłumik. Chcę poćwiczyć daleki dystans, ale bez straszenia sąsiadów.
- Do Militechu zawsze coś się znajdzie, możesz wziąć niemarkowe zamienniki - Wilson przeniósł uwagę na Houstona dając HiFi chwilę do namysłu - Mam dobrą lunetę od Kang Tao, według katalogu 199,90, ale mogę upuścić dwie dyszki…
Wciąż przeliczający w głowie na nowo swoje fundusze technik podążył wzrokiem za sięgającym do górnych regałów Wilsonem, co rusz poszturchiwany przez innych klientów, których obsługiwali pomocnicy Paula. Odwrócony plecami do zewnętrznej witryny, nie mógł zauważyć postaci, która przyciskała osłoniętą dłońmi twarz do szyby okna wpatrując się w jego postać z błyskiem ekscytacji w oczach.
-
Hartley "Mack" Mackinaw
Megablok
- Dobry pomysł - Mack kiwnął Artemidzie głową.
- Zuri! Zuri! Słuchaj uważnie. Włącz kamerę i pokaż mi co się tam dzieje. Już do was idę! - wyjął jeszcze z kieszeni smartgogle i uruchomił, sprzęt szybko połączył się ze smarthingiem, Hartley włączył jeszcze (wszystko ręcznie) podgląd obrazu.Okulary dał Brazil:
- Masz, żebyś widziała co się tam dzieje. Ja mam podgląd na telefonie. Idę po sprzęt.Wszystko miał w sumie spakowane, dorzucił jeszcze paczkę opatrunkków bo nie wiedział co tam zastanie. Jedną rana? Dwie? Pokaz młodego brzytwiarza?
Chwycił za kurierską torbę. Miał tam między innymi swój pakiet-przybornik i wiele innych rzeczy. Było to na tyle małe, a torba na tyle wielka, że ngdy tego nie wyciągał. Przełożył tylko kilka rzeczy do kieszeni.***
Ruszyli.
- Trzymaj. - dał Brazil jednorazowe opakowanie z rękawiczkami.Współlokatorka pociągnęła go za ramię wskazując na sklep z bronią oraz Hajfiego i Houstona w środku. Przydadzą się? Mack nawet się nie namyslał.
- Znasz Hajfiego, jak robi interes to będzie to długo trwało, nie mamy czasu. Napisz im tylko gdzie będziemy.Przyspieszył.
-
Przy mieszkaniu rodziny Ogunlesi
Korytarz sprawiał wrażenie całkowicie bezpiecznej strefy, podobnie jak jego odnogi, zakamarki serwisowe i pobliskie klatki schodowe. Brazil podłączyła się kolejny raz bezprzewodowo do sieci udając, że przegląda menu na automacie AllFoods, przeleciała szybko po wszystkich dostępnych w pobliżu kamerach szukając ludzi mogących budzić jakiekolwiek zasadne podejrzenia. Nikogo takiego nie dostrzegła, podobnie jak Hartley, któremu posłała livestreama z podglądu na wyświetlacz smartgogli medyka.
Wszędzie wokół kręcili się zwyczajni zapracowani mieszkańcy megabloku, zaniedbani, niedożywieni, szpanujący braną na wieloletnie kredyty cybernetyką w krzykliwych barwach, jedzący w ruchu sojową papkę z plastikowych pudełek, wymieniający z rąk do rąk chipy płatnicze i lekkie narkotyki, pijący w kątach tani alkohol i palący skręty. Chociaż Brazil nie rozpoznawała nikogo z twarzy, w mrówkowcu pokroju H10 wcale jej to nie dziwiło. W kompleksie żyło tuż obok siebie tak wielu ludzi, a większość apartamentów tak często zmieniała lokatorów, że zazwyczaj znało się z imienia i nazwiska zaledwie parę osób na piętrze.
- Nic podejrzanego, według mnie czysto jak w klinice - powiedziała ściszonym głosem zawieszając pobieranie obrazów z kamer na dysk przenośnego deka - Dzwoń do małej, Mack.
Hartley wybrał na smarthingu numer Adeoli, przełączył aparat w tryb głośnomówiący. Do uszu Brazil natychmiast popłynął zapłakany dziecięcy głosik, punktowany rozpaczliwymi krzykami matki.
- Zuri, zaraz będę - powiedział uspokajającym tonem Mack - Włącz teraz jeszcze raz kamerę i pokaż mi znowu wasze mieszkanie, tak szybciutko, ale żeby było widać każdy pokój, dobrze? Muszę wiedzieć, kto gdzie się teraz znajduje i na ile jesteście bezpieczne.
- Dobrze, proszę pana - dziewczynka wciąż była przerażona, ale wzięła się w garść słysząc konkretne polecenie. Na ekranie aparatu Macka pojawiły się rozkołysane, podskakujące chaotycznie obrazy kolejnych pomieszczeń; pustych z wyjątkiem salonu, gdzie Brazil dostrzegła dwie kobiece sylwetki.
- Są same w domu! - rzuciła z pełnym przeświadczeniem w głosie - Dajemy!
- Zuri, otwórz drzwi, teraz!
Hartley już się przemieszczał wzdłuż ściany korytarza, jedną ręką ściskając pasek przewieszonej przez ramię torby, drugą odsuwając na bok stojących mu na drodze ludzi.
Drzwi apartamentu stanęły otworem. Hartley i Artemida wpadli do środka, przez zagraconą przestrzeń salonu dobierając do sofy, przy której klęczała rozhisteryzowana Adeola. Medyk położył dłoń na jej ramieniu, odsunął kobietę stanowczym ruchem w bok i przyklęknął obok leżącej na sofie nastolatki.
Czarnoskóra dziewczyna o zaplecionych w niezliczone warkoczyki włosach sprawiała wrażenie pogrążonej w głębokim śnie, ale jej bladosine wargi i przesiąkająca przez materiał koszuli krew zdecydowanie przeczyły tej iluzji.
Krew była wszędzie, na torsie Chinwe, na sofie, na rękach Adeoli i na podłodze. Odchodząca od zmysłów matka nastolatki przyciskała zwiniętą w rulon bluzę z kapturem do brzucha córki, wbijając w twarz Macka oszalałe z trwogi spojrzenie.
- Ma wbity nóż! - krzyknęła pociągając za tymi słowami szloch Zuri - Nie mogę go wyciągnąć!
-
Mieszkanie rodziny Ogunlesi
Trudno byłoby Artemidzie opowiedzieć jak dostała się z miaszkadła paczki do mieszkania rodziny Ogunlesi, a przecież aspirowała do gatunku wiecznej pamięci. Daleka była jeszcze jej droga do post człowieka.
Skupiła się na goglach otrzymanych od Macka. Rzecz, która była jej bardzo potrzebna, ale wciąż na dalszej pozycji na liście zakupów. Śledzenie dwóch obrazów wymagało większej koncentracji, hakerka potraktowała to jako dobry test. W strefie handlowej wychwyciła kolegów w sklepie z bronią, ale równie jak jej przyjaciel uznała, że nie ma czasu na pogaduchy.Zaraz zaczęła sprawdzać kamery w zasięgu zmysłów. Na chwilę zapomniała o zakupowiczach. Nie mogła wyjść z podziwu jak przydatny przedmiot użyczył jej Hartley.
O Dingo i HiFi przypomniała sobie dopiero pod drzwiami Ogunlesi.
NoiseFeed Brazil do Dingo ] Brazil Widzałam was w sklepie trzy minuty temu. Mamy z Hartleyem interwencję medyczną. Nasze miszkadło puste. Brazil Wysyłam pineskę z naszym położeniem Jak to szybko śmigało i ogarniała tyle rzeczy na raz.
Weszli. Krew, dużo krwi, żeby nie spanikować musiała się Brazil czymś zająć. W przebłysku świadomości zamknęła drzwi. Pozostając przy wejściu poleciła kobiecie odsunąć się od rannej. Ledwo chwilę na niej skupiła uspokajając i pozwalając przyjacielowi działać.
-Nie martw się. Pozwól mu pracoać, jak będziesz spokojna to będę mogła mu pomóc. Zrobiłaś dość. - wypowiedziała stanowczo
Tymczasem impy, karmione obrazem z gogli, analizowały obrażenia i wysyłały zamówienia na medykamenty, te korelowała Torquemada ze swoimi zasobami. Wszystko do konsultacji z medykiem.NoiseFeed Brazil do Dingo Brazil Mamy tu dużo krwi, ktoś pociął nożem młodą dziewczynę. Brazil Sprawdzam mieszkanie Wszystko trwało ledwie kilka sekund, Brazil ściskając w garści nóż do PCV ruszyła osobiście do przeszukania mieszkania. Zaczęła od namierzenia wszystkich urządzeń sieciowych w zamiarze wychwycenia niepasującego/nadmiarowego smarta. Przykleiła się do lewej ściany.
-
Hartley "Mack" Mackinaw
Megablok, mieszkanie Adeoli
To nie było miejsce, w którym mógł się spodziewać takiej jatki.
- Zrobiłaś dobrze, że go nie wyciągnęłaś - przerwał Adeoli.Wyjął z torby sprzęt. Jeżeli dziewczyna miała nóż wbity w brzuch, to Mack nie był pewny czy jego pomoc będzie skuteczna. Nie wystarczy bandaż. Dziewczyna powinna trafić szybko na blok operacyjny. Nie wystarczy zszycie skóry. Mała ma uszkodzone bebechy i nawet przebranżowiony weterynarz vel. pichciciel prochów to wiedział. Rozejrzał się po pomieszczeniu.
- Adeola, nie jestem cudotwórcą. Ona musi trafić na blok operacyjny, rozumiesz?
Jeszcze zanim Adeola mu odpowiedziała, przerywając szloch, wiedział że nic z tego nie będzie. Ona nie ma pieniędzy nawet na nielegalną klinikę o szemranej reputacji.
- Pieniądze... nie ma.. mamy pie... pie - Adeola zaniosła się szlochem - pieniędzy.Mack patrzył na leżącą dziewczynę. Szansę przeżycia oceniał na 50/50. Podjął decyzję.
- Dobra, SPRÓBUJĘ pomóc. Teraz skupcie się. Bierzemy ją i kładziemy ją na stole.
Nawet nie próbował odwinąć ciuchów. Wiedział, że tam jest nóż. Dziewczyna musi leżeć na płaskiej twardej powierzchni.Mack miał o tyle szczęścia, że nikt podczas przenoszenia nie zemdlał. Dopiero wtedy przyciągnął kilka krzeseł.
- Adeola, przynieś mi CZYSTE ręczniki.
Rozłożył je na krzesłach, a na nich rozłożył swój sprzęt. Sprzęt to było dobre określenie, wiele z tego co miał kupił z drugiej ręki na portalach aukcyjnych. A w sumie wszystko najlepiej nadawało się do opatrywania ran po bójkach, a nie operacji brzucha. Nawet kurwa nie miał odpowiedniej ilości leków!Od razu przykleił dziewczynie na szyi kilka derm ze środkami przeciwbólowymi, i to takich których w Żabce nie będzie.
Dopiero wtedy założył rękawiczki i zdjął przesiąkniętą krwią bluzkę.
- O kurwa! - to co zobaczył sprawiło, że nawet się nie kontrolował. - co to w ogóle jest?No, nóż. Coś w rodzaju motylka, ale to gówno miało więcej ruchomych części niż zwyczajny motylek. Tu jakaś blokada tutaj... dwa, nie trzy niezablokowane ostrza.
- Nie mogę tego wyjąć, to cholerstwo jeszcze bardziej ją rozcharata.Adeola zaczęła zawodzić. Zuri jeszcze się trzymała, ale jej też niewiele brakowało. Szybko kalkulował, z pozycji i wielkości noża musiał określić które organy zostały uszkodzone.
- Muszę poszerzyć nacięcie.A szanse przeżycia niewiele większe niż w loterii.
Rozciąć powłokę brzuszną nie ruszając noża, spróbować usunąć nóż i nikogo przy tym nie zabić, zszyć organy, zszyć skórę. O ile dziewczyna w tym czasie nie umrze, to zadzwonić do Leifa z zamówieniem na antybiotyki dożylne. Tężec, zapalenie otrzewnej - to dopiero początek. Mack nie miał przy sobie takiej ilości środków, by móc leczyć dziewczynę.
-Brazil! Potrzebuję twojej pomocy! W torbie mam narzędzia. Znajdź te małe kombinerki. Będę ich potrzebował. - Ostatnie czego chciał to być zranionym przed odskakujące ostrze. On, a może i Brazil, chwyci nóż kombinerkami i dopiero wtedy SZYBKO wyciągnie.
1/10 że przeżyje. Albo i mniej.
-
Megablok, mieszkanie Adeoli
Napędzana podejrzliwością hakerka prześlizgneła się po każdym sieciowym urządzeniu w zasięgu, dopiero wtedy obeszła na wzór komandosów z popularnych rolek wszystkie pomieszczenia. Czysto.
Jakby niedowierzając własnym zmysłom, że mieszkanie bezpieczne, ale wypełniła polecenia Hartleya. Asystując łakomie łowiła każdy szczegół, równie łakomie jak programy, obdarzone nowymi zmysłami, spoglądające na verite jej oczami, nie przypadkową kamerą. Te prześcigały się w mądrościach i interpretacjach czerpiąc swoją wiedzę z maszynowo przeglądanych plików instruktarzowych i baz danych. Zepchnęła je w cień, by nie wprowadzały zamieszania.W torbie narzędzia. Kombinerki. Poddała się protezie, żeby wystudzić emocje. Wyważonymi ruchami wzięła torbę położyła w świetle i wybrała narzędzie. Starała się nie odzywać. Murzyn się mocno dobijał, przepuściła go, bo ten miał przynajmniej maniery.
-Potrzeba na leki to mam. Krew też dam. Mam zerówkę na plusie - wypowiedziała cicho po konsultacji z programem. - Mów co trzeba.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się