Krzyk Pustki
-
Davy O'Collan - Ambulatorium Kardashiana
Davy nie odezwał się od razu.
Stał z boku, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, i słuchał, jak kapitan mówi do Purcella. Też jakoś nie ufał rozbitkowi i gdyby to od niego zależało, facet siedziałby przypięty do koi - tak na wszelki wypadek.
Kiedy kapitan zadał pytanie i spojrzał na niego znacząco, O’Collan tylko lekko przekrzywił głowę.
— Panie kapitanie — powiedział spokojnie. — No jak trzeba, to się dołącze do naszej wesołej gromadki. Jednak zastanawiam się, jak tam dolecimy? Moja propozycja jest następująca...
— Nie mamy pełnego obrazu starburty, nie wiemy, czy ta wyrzutnia jest martwa, śpiąca, czy tylko czeka, aż ktoś większy podejdzie jej pod nos. Kardashian jest za duży, za cenny i ma za dużo ludzi na pokładzie, żeby robić nim za tarczę testową.
Davy przesunął palcem po krawędzi konsoli, jakby kreślił w powietrzu niewidzialną trajektorię.
— Ale mamy przecież naszą D-klasę - EEVałkę, którą możemy użyć.
Przywołał w pamięci dane modułu ratunkowego.
— Małe, zwrotne, z własnym ciągiem. Zrobione do odrywania się od jednostek FTL i przeżywania rzeczy o których nie śniło się filozofom. Na papierze wejdzie tam nawet dwudziestu ludzi, a realnie pięć, sześć osób w skafandrach, jeśli wszyscy wciągną brzuchy.
— Proponuję więc: nie podchodzimy Kardashianem do Bleinerta. Trzymamy statek na bezpiecznym dystansie, poza potencjalnym kątem pracy wyrzutni i poza najgorszym pasmem promieniowania. Ja pilotuję D-klasę i podejdziemy po łuku od strony, którą już częściowo widzieliśmy, potem zejdę niżej i zrobię wolny oblot kadłuba. Bez bohaterstwa i gwałtownych korekt. Tempo spacerowe.
Wskazał palcem w stronę niewidocznego tendera.
— Najpierw sprawdzamy starburtę z bliska: wyrwa, źródło promieniowania, ewentualne ruchome elementy, aktywne systemy obrony. Jeśli moduł zacznie łapać za dużo radów albo ta zabawka na burcie choćby kichnie, odchodzę na bocznych i wracamy. Jeśli będzie czysto, siadam przy najbezpieczniejszym włazie albo robię miękki kontakt przy śluzie. Bez twardego dokowania, dopóki nie będę miał pewności, że Bleinert nie rozpadnie nam się pod uszczelką.
Przez moment zawiesił spojrzenie na kapitanie.
— Ja pilotuję. Adam i Holt idą z panem, jeśli taka decyzja. Do tego ktoś z technicznym okiem albo medycznym zestawem. Ja poczekam w gotowości w module lub będę stanowić pomoc w razie W.
Davy westchnął cicho i dopiero wtedy pozwolił sobie na cień dawnego, krzywego uśmiechu.
Oparł dłonie na biodrach.
— To jest moja rekomendacja, kapitanie. Kardashian zostaje z tyłu. D-klasa robi za igłę. Wkłuwamy się ostrożnie, wyciągamy kogo się da, nie przynosimy na pokład niczego, co próbuje gryźć, strzelać albo udawać martwe.
— Dajcie mi ze dwadzieścia minut na sprawdzenie modułu i mogę być gotów do startu...
-
- Nie - uciął krótko kapitan.
Było to może o tyle dziwne, że w kilku sprawach pilot miał niewątpliwą rację. Dysponowali kapsułą ewakuacyjną, której użycie niosło za sobą poczucie bezpieczeństwa. Przynajmniej dla tych, którzy pozostaną na kombajnie. Co prawda wbrew temu co twierdził, była to kosmiczna krowa, której silniki manewrowe i układ sterowania były raczej symboliczne i zostawiały wiele do życzenia, ale jeśli ktokolwiek był w stanie dokonać nią dokowania to istotnie właśnie Davy. Niemniej z jakiegoś powodu Hannigan, nawet mając świadomość zdolności swojego pilota, zdecydował, że zamiast igły użyją świdru. Czyli całego kombajnu.
- Nie będziemy się zbliżać do starburty i wyrzutni. Poziom promieniowania i ryzyko ataku to wyklucza. Zadokujemy Kardashianem, i pana w tym głowa panie O'Collan, burtami od bakburty Bleinerta i połączymy jednostki korzystając z ekranowania tendera. Następnie użyje pan ciągu głównego by przesunąć obie jednostki z dala od źródła promieniowania. I wtedy właśnie wejdziemy do środka.
-
Adam powrócił do otwartej kapsuły ratunkowej z noszami i hermetycznym workiem transportowym. W jej wnętrzu panował chłód, a ciężki zapach rozkładu mieszał się z metaliczną wonią zamkniętej przestrzeni.
Nie był jednak sam.
Pochylony nad zwłokami pracował już Elias Crowe. Diagnostyczna nakładka na oku analizowała kolejne szczegóły, podczas gdy toksykolog metodycznie oglądał wnętrze kapsuły i ciało zmarłego, poszukując śladów skażeń oraz wszystkiego, co mogło mieć znaczenie dla bezpieczeństwa załogi.
Adam nie przerywał jego pracy.
Stanął z boku, cierpliwie czekając na zakończenie oględzin. Dopiero gdy Crowe zakończył zabezpieczanie materiału i odsunął się od ciała, syntetyk wykonał kolejny etap procedury.
Rozłożył hermetyczny worek transportowy obok zwłok.
Ciało znajdowało się w zaawansowanym stadium rozkładu. Na wysuszonej skórze można było dostrzec jedynie słabo widoczne rany postrzałowe, częściowo zatarte przez procesy pośmiertne.
Adam ostrożnie przeniósł zwłoki do worka, unikając gwałtownych ruchów. Po zamknięciu szczelnego zamka sprawdził uszczelnienie, a następnie ułożył ciało na noszach.
— Zwłoki zabezpieczone do transportu — oznajmił spokojnie.
Chwycił nosze i opuścił śluzę, kierując się do hangaru.
Po dotarciu na miejsce ostrożnie zsunął worek z noszy i pozostawił go na stalowej podłodze, zgodnie z decyzją kapitana. Nie wykonywał dalszych czynności. Procedura przewidywała pozostawienie ciała w hangarze do czasu rozhermetyzowania pomieszczenia i wykorzystania próżni oraz niskiej temperatury przestrzeni kosmicznej do jego naturalnego zamrożenia.
Adam wyprostował się i przez chwilę spoglądał na nieruchomy worek.
Następnie aktywował komunikator.
— Zwłoki zostały przetransportowane do hangaru i zabezpieczone zgodnie z pańskimi rozkazami, kapitanie. Hangar jest gotowy do dalszej procedury. -
Davy O'Collan - Ambulatorium Kardashiana i droga na mostek
Davy patrzył na kapitana przez dłuższą chwilę.
Nie tak długo, żeby nazwać to niesubordynacją. Wystarczająco długo, żeby każdy na tyle przytomny, by znać O’Collana, zrozumiał, że pilot właśnie przełyka komentarz, który nie do końca mu się podoba.
W końcu westchnął.
— Czyli jednak świder — mruknął.
Przesunął dłonią po karku, po czym spojrzał w stronę, gdzie za pancerzem Kardashiana czekał Bleinert. Martwy, milczący i coraz mniej zachęcający z każdą kolejną minutą.
— Bakburta do bakburty, ekranowanie tendera, bez wchodzenia w starburtę, bez wystawiania się wyrzutni i bez całowania źródła promieniowania. Potem sprzężenie jednostek i przesunięcie całego układu ciągiem bocznym Kardashiana. Tak?
Nie czekał właściwie na odpowiedź.
— Da się. Nie będzie to eleganckie. Tender może mieć poszycie nadgryzione bardziej, niż widzimy. Jeżeli dam za dużo ciągu, możemy pogłębić uszkodzenia albo zerwać połączenie. Jeśli dam za mało, będziemy wisieć przy nim jak pijany przy barze, tylko mniej stabilnie. A jeśli Bleinert ma aktywne systemy, których jeszcze nie pokazał, to będziemy dużym, grzecznym celem przyklejonym do jego burty.
Zrobił pauzę i skrzywił się lekko.
— Poza tym naprawdę nienawidzę przesuwać dwóch jednostek naraz, kiedy jedna z nich jest martwa, napromieniowana i prawdopodobnie pełna niespodzianek.
Davy spojrzał jeszcze raz na kapitana. Przez moment wyglądał, jakby chciał dodać coś więcej. Coś o tym, że mała kapsuła była lepszym pomysłem. Coś o tym, że pilotowanie kombajnem przy uszkodzonym tenderze to mniej manewr, a bardziej próba przekonania góry, żeby zatańczyła walca.
Ale nie powiedział tego.
Rozkaz był rozkazem. A Hannigan, w swoim nieznośnie kapitańskim stylu, podjął decyzję.
O’Collan kiwnął głową.
— Przyjąłem, kapitanie. Zadokuję Kardashianem od bakburty Bleinerta. Bez ekspozycji na starburtę. Potem przesunę obie jednostki poza strefę najgorszego promieniowania. Powoli, na krótkich impulsach, z pełnym monitoringiem naprężeń na połączeniu.
— Najpierw złapię Bleinerta cumami magnetycznymi z dziobu i rufy, potem posadzę ramiona górnicze na jego punktach konstrukcyjnych. Kołnierz dokujący pójdzie osobno — tylko dla ludzi i atmosfery. Krótkie impulsy powinny dać radę ruszyć tą górę złomu z miejsca...
— Proszę tylko uprzedzić wszystkich, żeby w czasie manewru nie bawili się w bohaterów przy śluzach, grodziach i luźnych elementach. Jeśli coś puści, nie chcę, żeby ktoś mi potem mówił, że „tylko na chwilę odpiął zabezpieczenie”.
Dopiero wtedy na jego twarz wrócił cień krzywego uśmiechu.
— I dla jasności: jeśli to się uda, będę mówił, że to był mój pomysł i poproszę o wpis do logu statku, że lata pan z zajebistym pilotem oraz podwyżkę. Jeśli się nie uda, od początku byłem przeciwny i to wina kapitana.
Ruszył w stronę mostka szybkim, zdecydowanym krokiem. Marudzenie zostało za nim w korytarzu, ale w głowie miał już tylko procedury.
Masa Kardashiana. Masa Bleinerta. Punkt dokowania. Kąt podejścia. Martwe pole wyrzutni. Promieniowanie. Ekranowanie. Ciąg główny. Margines błędu.
Coraz mniejszy margines błędu.
— No dobra, maleńka — rzucił z czułością do ścian korytarza, którym szedł. — Kapitan chce, żebyśmy zatańczyli z trupem. To pokażmy mu, że jeszcze pamiętamy kroki kosmicznego cha-cha-cha.
-
Delilah le Fey
Ten głupiec chce nas wszystkich pozabijać.
To była pierwsza myśl Delilah le Fey, gdy Opiekun skończył zdawać raport. Miała ochotę się uszczypnąć a obracany w dłoni żeton wypadł z palców i z brzękiem uderzył o dno kajuty. Wiedziała już, że rozbitek nazywa się Purcell i podczas przesłuchania wspomniał o tajemniczym ładunku na jednostce Wallander. Wiedziała też, że zewnętrzne kamery Kardashian potwierdziły istnienie baterii rakiet i źródła silnego promieniowania na sterburcie tendera. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, wobec tego co usłyszała chwilę później. Wiedziała już, że Hannigan to niekompetentny łajdak, ale nawet ją zaskoczyła jego decyzja.
— Powtórz to jeszcze raz maszyno — zażądała — Kapitan chce spenetrować wrak i wysłać tam misję ratunkową?
— Potwierdzam. Procedura ratunkowa na pokładzie USS Bleinert została oficjalnie autoryzowana przez dowódcę.
— I O'Collan zaproponował bezpieczny lot zwiadowczy małym modułem a on go zignorował i chce przykleić statek do napromieniowanego trupa?
— Tak agentko le Fey. Parametry manewru potwierdzone.
Z gardła Delilah wyrwał się dziwny dźwięk, który zabrzmiał jak nerwowy, histeryczny śmiech. Przycisnęła dłoń do ust zaskoczona swoją reakcją. Po chwili na twarz powrócił lodowaty spokój. Odgarnęła zbłąkany kosmyk z czoła. Musiała się skupić i zakończyć to szaleństwo raz na zawsze. Czas na uprzejmości się skończył, Borodino nie będzie wiecznie czekać.
— Opiekunie, podaj pełną listę zagrożeń. Skup się na fizycznym ryzyku dla statku. Wygeneruj wszystkie możliwe symulacje wraz z rachunkiem prawdopodobieństwa.
Podniosła zimny pieniążek z podłogi, który już tyle razy pozwolił jej się skupić i wyłączyć niepotrzebne myśli. Zacisnęła go w dłoni.
— A kiedy skończysz przedstaw mi łańcuch dowodzenia na Kardashian. — poleciła — ...i wylicz wszystkie prawne przesłanki, które umożliwią odsunięcie kapitana od dowodzenia statkiem.
-
W mesie minuty dłużyły się niemiłosiernie, a z każdą kolejną sekundą wizja powrotu do hangaru i chwytania za gnijące zwłoki napawała Joshuę coraz większym przerażeniem. Nie potrafił się do tego zmusić. Ostatecznie, pchany dziwną mieszanką tchórzostwa i niezdrowej ciekawości, opuścił kantynę, wybierając zupełnie inną drogę niż ta, którą zwykle wchodziło się na mostek. Oj, wolał się nie zetknąć z kapitanem. Zresztą, zatrudnił się jako inżynier, a nie jakiś podrzędny truponosz. Lekka złość pomogła zwalczyć strach. Ruszył bocznymi korytarzami technicznymi bezpośrednio w stronę sekcji medycznej. Zastanawiał się przy tym, kogo właściwie wyciągnęli żywego z tego wraku. Wojskowy świat był przerażająco mały. Czy mógł to być ktoś, kogo kojarzył z dawnych lat? Ktoś z jego krótkiego, urwanego epizodu w koszarach?
Kiedy dotarł na miejsce, zatrzymał się w pół kroku. Gdyby był robotem, to licznik odwagi znów świecił u Joshuy na czerwono. I nie starczyło mu jej by wejść do środka, stanąć twarzą w twarz z nieznajomym i zmierzyć się z ewentualnymi pytaniami. Zamiast tego ostrożnie zbliżył twarz do wzmocnionej szyby w drzwiach ambulatorium. W sterylnym, jasnym wnętrzu dostrzegł sylwetkę rozbitka oraz czuwającego przy nim Holta, który wyglądał jak uosobienie ochrony i czujności. Speszony tym widokiem, Gleeson odsunął się powoli i wycofał w półmrok korytarza. Nie było mowy, żeby tam wszedł i wdał się w interakcję z kimkolwiek... Z kimkolwiek, oprócz...
Wtedy wpadł na znacznie bezpieczniejszy pomysł. Adam. Androidy nie oceniały, nie irytowały się zbędnymi pytaniami i z zasady po prostu dzieliły się raportami. Z pewnością syntetyk mógł mu obiektywnie powiedzieć wszystko, co do tej pory ustalono na temat ocalałego. Problem polegał jednak na tym, że Adama nie było w ambulatorium.No jasne Przecież kapitan kazał mu zanieść worki izolacyjne do hangaru
Gleeson odwrócił się na pięcie i ruszył z powrotem w stronę śluz. W głowie szybko układał sobie wiarygodną wymówkę, na wypadek gdyby musiał się tłumaczyć ze swojej nieobecności. W końcu na statku obowiązywały procedury.
Sprawdzałem przepustowość filtrów antypatogenowych i uszczelki w korytarzach do sekcji medycznej, żeby ten smród i potencjalne wirusy nie rozniosły się po statku
To brzmiało na tyle mądrze i pół-profesjonalnie, że powinno wystarczyć na otarcie łez każdemu, kto musiał za niego dźwigać trupa.
Pokonawszy ostatni odcinek technicznej kratownicy, Joshua wcisnął panel przy grodzi prowadzącej do hangaru. Ciężkie drzwi rozsunęły się z sykiem, a on przekroczył próg pomieszczenia. Jego wzrok od razu padł na zapięty po same brzegi, gruby, czarny worek izolacyjny spoczywający na pokładzie, oraz stojących nad nim Adama i Eliasa Crowe'a. Patrząc na zaciętą i wyraźnie niezadowoloną minę technika, Gleeson od razu zrozumiał, że cała brudna robota została już wykonana bez niego, a jego naprędce wymyślona, medyczno-techniczna wymówka może nie wystarczyć, by załagodzić sytuację. -
Marcus Holt
Holt wysłuchał decyzji kapitana nie komentując jej.
Świdrem zamiast igłą. Większe ryzyko dla Kardashiana, mniejsze dla ludzi w module. Hannigan wziął to na siebie świadomie.
Odnotował fakt i zamknął temat w głowie. Decyzja należała do kapitana, kapitana nie było po co przekonywać do alternatyw których już nie rozważał.
Zwrócił się do Hannigana spokojnie, rzeczowo, bez wstępu.
-Kapitanie. Kilka rzeczy przed wejściem.
-Pierwszy - Purcell mówił o strzałach i buncie na pokładzie. Traktujemy Bleinerta jako wrogie środowisko dopóki nie udowodnimy sobie że jest inaczej. Każdy kto wchodzi ma broń i wie jak jej używać w zamkniętej przestrzeni. Jeśli ktoś z grupy nie strzelał nigdy w korytarzu to lepiej żeby został przy śluzie jako zabezpieczenie niż żeby wszedł i stworzył problem.
-Drugi - przyda nam się podgląd. Kamery w skafandrach jeśli mamy. Chcę żeby Opiekun albo Volkov widzieli na żywo co widzimy my. Drugie oczy na mostku mogą wychwycić coś czego nie zobaczymy pod presją w środku.
-Trzeci - niech Opiekun sprawdzi czy ma w bazie plany techniczne USS klasy Monroe przed dokowaniem. Układ korytarzy, rozmieszczenie śluz, mostku, ładowni, zbrojowni. Chcę to mieć w skafandrze zanim przekroczę próg. Wchodzenie na nieznany statek bez mapy to niepotrzebna strata czasu i margines na błąd.
-Czwarty - decyzyjność operacyjna jest pańska kapitanie, bez dyskusji. Ale w środku szyk i kierunek ruchu to moje. Nie dlatego że nie ufam ocenie pozostałych - dlatego że jeden głos w środku robi mniej zamieszania niż pięć. Jeśli mówię stop to wszyscy stoją. Jeśli mówię wracamy to wracamy bez negocjacji, nawet jeśli cel jest trzy metry dalej.
Zrobił krótką pauzę i spojrzał na ambulatorium.
-I ostatnia rzecz.
Wrócił po chwili z karabinem Purcella. Sprawdził go przy wszystkich - magazynek, komora, mechanizm. Wojskowy M41A był w innej klasie niż to co miał przy sobie. Zabrał własny karabin na ramię, Purcella wziął w ręce.
-Lepszy sprzęt - powiedział krótko w odpowiedzi na spojrzenia. - Purcell nie będzie go potrzebował w kajdankach.
Odwrócił się i ruszył korytarzem w stronę kajuty.
Zamknął za sobą drzwi.
Schowek przy koi otworzył jednym ruchem. Zaczął od dołu - metodycznie, bez pośpiechu, tak jak robi się rzeczy które robi się od lat i które muszą być zrobione dobrze za pierwszym razem bo drugiej szansy może nie być.
Nóż przy łydce najpierw. Stary nawyk - broń którą zawsze masz pod ręką nawet gdy reszta zawiedzie. Sprawdził ostrze kciukiem, schował z powrotem w pochwę i zapiął uchwyt.
Potem magazynki. Dwa do własnego karabinu, dwa do M41A Purcella - wojskowa amunicja była inna, sprawdził czy pasuje, pasowała. Wszystkie cztery schował przy pasku w kolejności w jakiej będzie po nie sięgał - prawa strona własne, lewa Purcella, żeby w ciemności i pod presją ręka trafiała tam gdzie powinna bez myślenia.
Apteczka polowa - mała, kompaktowa, tylko to co niezbędne. Opatrunki uciskowe, dwie strzykawki z morfiną, nożyczki do przecinania materiału. Nic czego nie umiałby użyć jedną ręką w skafandrze.
Skafander sprawdził przy łączeniach złącze po złączu - ramiona, biodra, kołnierz, uszczelnienie hełmu. Każde osobno, bez skracania procedury. Uszczelka przy lewym nadgarstku była lekko zużyta - zanotował, uznał za dopuszczalne, nie ryzykowałby tym przy dłuższym wyjściu ale na Bleinercie wystarczy.
Wziął M41A i jeszcze raz przeszedł przez procedurę - komora, mechanizm, optyka, bezpiecznik. Lufa zanieczyszczona ale nie krytycznie. Przy okazji sprawdził własny karabin tym samym rytmem - ręce robiły to bez udziału głowy.
Zarzucił własny karabin na plecy. M41A wziął w ręce.
Spojrzał na kajutę. Pusta, schludna, nic osobistego. Tak jak zawsze.
Wyszedł i ruszył w stronę foteli zabezpieczających koło śluzy. Zgodnie ze słowami pilota, nie chciał latać w lewo i prawo gdy dojdzie do procesu dokowania, dlatego lepiej być po prostu przypiętym.

-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Przyjął klucze do kajdanek bez słów. Spojrzał na soldatika. Widział jak chował je w kieszeni kombinezonu. Poczekał aż wyszli. Aż zostali tylko oni dwaj.
Usiadł wtedy ciężko na krześle. Naprzeciw pryczy. Czekał. Z nadzieją, że mu się język rozwiąże. Że sam zacznie.
Miesiąc samemu w kapsule. Mając za towarzysza tylko gnijącego trupa. To może namieszać w głowie. Po takim czasie człowiek sam gada do ścian. A potem do pierwszego, który zacznie słuchać.
Nie naciskał. Siedział. Po prostu był.
Soldatik jednak się nie odzywał a po pewnym czasie po prostu zasnął.
Sadza wstał dopiero gdy oddech soldatika się wyrównał. Spojrzał raz jeszcze na skutego, po czym opuścił ambulatorium, upewniając się, że zamknął za sobą drzwi, dając do nich dostęp tylko załodze Kardashiana.
Powolnym krokiem udał się z powrotem do miejsca, w którym przyjęli rozbitka. Starannie zamknął za sobą śluzę.
Przed wejściem przeciągnął dłonią po burcie kapsuły. Zimna.
W środku ciągle unosił się fetor rozkładu. Rdzawy, lepki zaciek na podłodze przypominał gdzie leżało rozkładające się ciało. Usiadł w fotelu pilota.
Miesiąc w tej puszce. Sam z trupem.
Blin.
Człowiek po tygodniu zacząłby gadać z nieboszczykiem.
Rozejrzał się wokół.
-
Wysłuchawszy konwojenta, kapitan zastanawiał się przez chwilę patrząc w jakiś niematerialny punkt między nim, a łóżkiem z przywiązanym rozbitkiem. Potem skinął głową na zgodą.
- Dobrze panie Holt. Pan Gleeson, jeśli raczy się gdzieś łaskawie objawić, poszuka w bazie danych Opiekuna schematów i to co znajdzie, udostępni. Nie wiem na ile można to sprzęgnąć ze skafandrami, ale sama łączność wideo z mostkiem działa. Po wyjściu ze strefy promieniowania, nie powinno być też zakłóceń. Na pokładzie Bleinerta - pokiwał głową w kierunku zgromadzonych pieczętując modyfikację w systemie dowodzenia - Ster i komendę nad grupą ratunkową zdaję na pana. Za wyłączeniem decyzji o przerwaniu akcji. Ta pozostanie w mojej gestii.Po powrocie na mostek Hannigan usiadł ciężko w fotelu dowodzenia i od razu otrzymał wygenerowany automatycznie zrzut z działalności Delili le Fey. Dziwnie szczątkowy i jakby poszatkowany. Widać było, że agentka była świadoma swoich i kapitańskich uprawnień, ale nie zmieniało to jej działania. Posiadała jak widać niezbędne do tego umiejętności, a Opiekun nie był bardzo wymagającym przeciwnikiem. Był bardziej algorytmem niż sztuczną inteligencją.
Proszę bardzo. Pomyślał i nie wprowadził Opiekunowi żadnych asekuracyjnych przeciwdziałań. Cokolwiek agentka le Fey osiągnie i tak nic jej to nie da na Kardashianie. Kompletnie niczego. I aż humor poprawił wyraz jej twarzy gdy kobieta zda sobie z tego sprawę. W Borodino mogła go zapewne zgnieść. Ale tu…
Stara zasada jeszcze z czasów ziemskich żeglug. Pierwszy po Bogu.Uruchomił kapitański log, by podsumować dotychczasową działalność załogi podczas nieplanowanej akcji ratunkowej. Co chwila zerkał na zegarek i skrupulatnie odnotowywał kolejne kroki. A odnotował wszystkie. Prawie wszystkie. Nie udostępnił w raporcie nazwy drugiej jednostki. Wallander. Jej jedynym źródłem był specjalista Purcell, który bez przeprowadzenia dochodzenia miał status podejrzanego o morderstwo, co zresztą Hannigan podkreślił w sprawozdaniu. W związku z czym Caleb jego zeznania miał prawo traktować jako niewiarygodne. Przez krótką chwilę się wahał jeszcze nad wrzuceniem do sprawozdania wzmianki o Weyland-Yutani. Odruch dopełnienia procedury był silny. Nie zrobił tego jednak. Natomiast dopisał w adnotacjach, że młodszy technik Joshua Gleeson unika wykonywania obowiązków podczas wstępnego procedowania akcji ratunkowej. Co uczyniwszy wywołał młodszego technika przez interkom.
- Panie Gleeson, proszę potwierdzić przekaz wideo ze skafandrów na mostek. Proszę też sprawdzić bazę danych Opiekuna na okoliczność schematu okrętu klasy Monroe.
Skończył.Akurat by móc podziwiać jak Davy wykonuje projekcje wektora podejścia do burty Bleinerta. Pilot doskonale radził sobie w swoich wyliczeniach, które śmigały przed fotelem pilota, nawet z faktem, że środek ciężkości kombajnu po podłączeniu jednostek wywaliło poza obrys jego bryły. A tego żadne oprogramowanie symulacyjne nie przewidywało. Projekt wektora podejścia i holowania były więc całkowicie autorskie O’Collana i Caleb uśmiechnął się do siebie zadowolony ze skuteczności pilota. Nawet jeśli ten nie postarał się specjalnie by ukryć swoje wątpliwości co do sensu łączenia jednostek. Ale póki co jedynym potwierdzonym zagrożeniem była radioaktywna chmura. I to z jej powodu, kapitan zdecydował się na taki manewr. Dzięki temu zabezpieczy teren przed radiacją. I jednocześnie przetestuje holowanie.
Bleinert zaś jak był martwy, tak martwym pozostawał. Nie włączyły się żadne systemy obronne, ani alarmowe. Komunikaty Nadii informujące na głucho Bleinerta o zamiarach Kardashiana nadal pozostawały bez odpowiedzi. Tender był grobowcem. Choć rozmowa z Crowe’m przypomniała Calebowi o jednej ważnej rzeczy, która mogła mieć się na Bleinercie doskonale, ale być niebezpieczna dla ekipy ratunkowej. Sięgnął po interkom i wywołał na otwartym kanale:
- Pan Kalashnikov i Pan Holt, na mostek.
- Hipotetyczne pytanie, panowie. Natykamy się na wciąż działającego i potencjalnie agresywnego androida. Tak, agresywnego. Dlatego pytanie hipotetyczne - Każdy wiedział, że android nie może zaatakować ani narazić człowieka. Ale każdy wiedział, że wojsko i korporacje już dawno obeszły 3 prawa Asimova wspaniale brzmiącymi klauzalami - Środki zapobiegawcze i ochronne. Czy możemy wykorzystać coś ze stanu Kardashiana? Paralizator?
Na razie postanowił nie wtajemniczać obu mężczyzn, że podłożem pytania jest fakt, że prawdopodobny armator drugiej jednostki to Weyland-Yutani często wykorzystujący androidy. W końcu wojsko też je miało. Przed wyjściem na Bleinerta przekaże Sadzy.
-
Marcus Holt
Holt stanął przy fotelu dowodzenia i przez chwilę patrzył na kapitana z tym szczególnym rodzajem uwagi który nie był wrogością ale był czymś blisko niej.
-Hipotetyczne - powtórzył spokojnie, bez ironii w głosie. - Dobrze.
Oparł M41A o ścianę i skrzyżował ramiona.
-Traktat Novaya z 2147 roku. Trzy prawa Asimova jako międzynarodowy konwenans obowiązujący sygnatariuszy. Wojsko Zjednoczonych Ameryk podpisało z zastrzeżeniem paragrafu siódmego dotyczącego jednostek operacyjnych w strefach konfliktu. Ale ważniejsi mają własną interpretację prawną którą ich dział prawny bronił skutecznie w czterech procesach przez ostatnią dekadę. UPP w ogóle nie ratyfikowała tych zastrzeżeń. Mieli inne problemy z problemami głodowymi ich sektorów. Tak w skrócie odnośnie lekcji historii.
Prychał krótko.
-Prawo Asimova to konwenans dyplomatyczny, nie wgrany hardware. Odpowiednio zaprogramowany android zrobi to co mu każą ludzie którzy go zaprogramowali. Zawsze tak było.
Urwał na sekundę, po czym przeszedł do rzeczy.
-Ale konkrety. Jeśli chodzi o neutralizację. Android nowej generacji ma trzy punkty krytyczne. Pierwszy - procesor centralny w podstawie czaszki, tuż ponad kręgosłupem szyjnym. Celny strzał tam wyłącza jednostkę natychmiast. Drugi - węzeł zasilający w klatce piersiowej, po lewej stronie mostka, odpowiednik ludzkiego serca. Uszkodzenie go powoduje stopniową utratę funkcji motorycznych - android nie wyłącza się od razu ale przestaje stanowić zagrożenie w ciągu kilkunastu sekund. Trzeci - system hydrauliczny ramion, nadgarstki i łokcie. Nie neutralizuje ale unieruchamia kończyny co przy androidzie który używa siły fizycznej jest wystarczające do opanowania sytuacji.
Spojrzał na Kalashnikova, potem z powrotem na Hannigana.
-Co do paralizatora - prąd wysokiego napięcia może wyłączyć starsze modele. Nowe generacje mają izolację przeciwprzepięciową jako standard od 2175 roku. Zależy co konkretnie mielibyśmy na Bleinercie.
Zrobił pauzę. Krótką, ale wystarczająco długą żeby kapitan wiedział że następne zdanie jest inne w charakterze od poprzednich.
-A teraz omińmy konwenanse. Nie mamy na nie czasu. Kapitanie. To nie jest hipotetyczne pytanie.
Nie pytał. Stwierdzał.
-Pytanie o agresywnego androida przed wejściem na statek który właśnie przeżył bunt i strzelaninę, zadane przez kapitana który przez ostatnią godzinę był bardzo ostrożny w tym co ujawnia załodze - to nie jest ćwiczenie intelektualne. Wie pan coś o Bleinercie albo o drugiej jednostce czego nam nie powiedział.
Patrzył na Hannigana spokojnie, bez oskarżenia w głosie, z tą samą chłodną uwagą z jaką patrzył na krzywą promieniowania na ekranie Volkov.
-Wchodzimy na ten statek za chwilę. Jeśli jest tam coś czego powinienem się spodziewać to jest to dokładnie właściwy moment żeby mi o tym powiedzieć. Informacja której nie mam przed wejściem może kosztować życie ludzi w tej grupie. I pańskie też, bo pan idzie z nami. Daje Panu konkrety. Oczekuje tego wzamian.
Nie dodał nic więcej. Czekał.
-
Davy O’Collan — Mostek Kardashiana
Davy siedział w fotelu pilota tak, jak inni ludzie siedzieli w barze przy ostatniej szklance przed końcem świata.
Wygodnie i swobodnie. Z irytującą pewnością, że wie, co robi.
Przed nim, w półprzezroczystej projekcji nawigacyjnej, wisiały dwie bryły: ciężki, górniczy Kardashian i martwy Bleinert, czarny, cichy i nieprzyjemnie spokojny. Pomiędzy nimi pulsowały linie podejścia, kąty martwe, zakres promieniowania, masa względna, kompensacja obrotu, planowane punkty zaczepu cum magnetycznych i trajektoria późniejszego odsunięcia obu jednostek.
Opiekun wyliczył trasę jako pierwszy.
Davy spojrzał na nią przez pół sekundy.
— Nie — powiedział.
Kasował ją krótkim ruchem dłoni.
— Proponowany wektor podejścia mieści się w bezpiecznym marginesie operacyjnym — odezwał się spokojny głos statkowej SI.
— Mieści się też w kategorii „babcia parkuje cysternę pod kościołem” — mruknął Davy. — Za grzecznie i za nudno.
— Korekta: obecność niestabilnego kadłuba, aktywnego źródła promieniowania i niezweryfikowanego uzbrojenia wymaga zwiększonego marginesu bezpieczeństwa.
— Właśnie dlatego nie będziemy robić tego tak, jak ty chcesz.
Nadia Volkov, stojąca przy stanowisku inżynieryjnym, uniosła wzrok znad danych.
— Davy...
— Spokojnie, Volkov. Jak będę próbował nas zabić, dam ci znać trzy sekundy wcześniej.
— To nie jest uspokajające.
— Dla mnie jest. Trzy sekundy to luksus.
Kapitan Hannigan siedział w fotelu dowodzenia, milczący i obserwujący poczynania Davyego. Ten czuł jego spojrzenie na karku, ale nie odwracał się. Teraz nie było miejsca na dyskusję. Teraz była matematyka. Ta właściwa, lekko szalona lecz ścisła.
Nie ta od Opiekuna, który liczył, jakby wszechświat był czystą tabelą ryzyka, a statki poruszały się po niej grzecznie jak pionki w korporacyjnej symulacji. Davy liczył inaczej. Ręcznie. Po staremu. Z poprawką na masę Kardashiana, na dryf Bleinerta, na asymetrię kadłuba, na tę przeklętą wyrwę, której nie widzieli, na ramiona górnicze, które nie były stworzone do tańca, ale mogły udawać partnera, jeśli poprosić je odpowiednio brutalnie.
Palce pilota przesuwały się po panelach.
Jedna linia znikała.
Druga pojawiała się niżej.
Kąt podejścia ciaśniejszy.
Rotacja skompensowana krótkim impulsem z dysz manewrowych.
Cumy magnetyczne: przednia lewa, tylna lewa, potem para stabilizująca górna...
Ramiona górnicze: nie na poszycie a na wzmocnienia konstrukcyjne przy pierścieniu ładunkowym i ramie śluzy. No, powinno się udać - mrukną do siebie...
— Opiekunie, symulacja — rzucił.
— Prawdopodobieństwo powodzenia manewru według aktualnych parametrów: trzydzieści jeden procent.
Davy cmoknął.
— Czyli nie zrozumiałeś. Chłopie...
— Parametry przekraczają zalecenia producenta dla bezpiecznego dokowania jednostki klasy przemysłowej.
— Producent nie znał mnie osobiście.
Nadia spojrzała na kapitana z miną człowieka, który właśnie odkrył, że pracuje w cyrku, ale niestety to ona odpowiada za stan lin zabezpieczających.
Davy sięgnął do kieszeni kombinezonu, wyciągnął gumę i wsunął ją do ust. Potem założył słuchawki. Stare i poobijane, z pęknięciem na lewym pałąku i naklejką męskiego przyrodzenia, która dawno straciła kolor.
W mostku przez chwilę było słychać tylko ciche buczenie aparatury, a potem z jego stanowiska popłynęły cicho pierwsze takty starego amerykańskiego kawałka. Coś z czasów, kiedy ludzie jeszcze wierzyli, że wystarczy gitara, bębny i trochę bezczelności, żeby wygrać z całym światem.
Davy uśmiechnął się pod nosem. Johnny Cash – “Ghost Riders in the Sky”. Zaczął nucić, ale opanował się, przypominając sobie, że nie jest tu sam...
— No dobra, maleńka — powiedział zamiast tego do Kardashiana. — Pokażmy martwemu chłopcu, jak tańczy kombajn.
— Panie O’Collan — odezwał się kapitan.
— Tak jest, kapitanie - lecimy. Czekam tylko na "Engage", jak w Star Treku...
— Panie O’Collan — odezwał się mocniejszym tonem kapitan.
— No dobra, wio..
Kardashian ruszył. Niezbyt gwałtownie i z cicha muzyką w tle.
Davy nie walczył z masą statku.
On ją namawiał do współdziałania.
Krótkim impulsem ustawił dziób minimalnie niżej, potem zdjął rotację boczną ledwie zauważalnym kopnięciem dysz korekcyjnych. Ogromny kombajn przesunął się względem Bleinerta jak śpiące zwierzę, które nie chciało jeszcze wstać, ale już zaczynało rozumieć, że nie ma wyboru.
Na projekcji linia podejścia zwężała się.
Sto metrów.
Osiemdziesiąt.
Sześćdziesiąt.
— Odchylenie od bezpiecznego wektora: cztery koma dwa stopnia — poinformował Opiekun.
— Wiem.
— Zalecam korektę.
— Ja też. Tylko inną.
Davy pchnął manetkę boczną o milimetr.
Kardashian zareagował z opóźnieniem. Jak zawsze. Wielki, stary, górniczy drań najpierw udawał, że nie słyszy, potem robił dokładnie to, czego chciał Davy, a na końcu jeszcze miał pretensje w hydraulice.
Yippie-yi-o, Yippie-yi-yay, Ghost riders in the sky
Bleintert zbliżył się do nich burtą. Martwy kadłub wypełnił podgląd z kamer. Blacha, kratownice, wypalone panele, ciemne ślady po mikrouderzeniach. Żadnych świateł czy ruchu.
— Dystans trzydzieści metrów — powiedziała Nadia.
— Widzę.
— Prędkość względna nadal za wysoka.
— Wiem.
— Davy.
— Nadia.
— Nie podoba mi się to.
— Mnie też nie. Dlatego robię to szybko, zanim ktoś zakuma.
Opiekun odezwał się niemal natychmiast:
— Aktualny wariant manewru może doprowadzić do kontaktu kadłubów poza osią dokowania.
— To się nazywa „plan”.
— Kontakt poza osią dokowania jest błędem proceduralnym.
— Nie, kochanie. Błąd proceduralny jest wtedy, kiedy udajesz, że dokowanie do zniszczonego statku wojskowego, w środku nicości, w strefie zabójczego promieniowania jest standardową procedurą pomocy rozbitkowi.
Davy odłączył jedną z automatycznych blokad korekcyjnych.
Na panelu Nadii zapalił się czerwony znacznik.
— Davy! — warknęła.
— To była tylko ta głupia.
— Ona jest opisana jako stabilizacja awaryjna!
— Właśnie mówię. Głupia i niepotrzebna.
Kardashian zszedł po łuku ciaśniej, niż powinien. Przez jedną długą sekundę wyglądało, jakby cały górniczy kolos miał po prostu przyłożyć bokiem w tender i rozsmarować własny kołnierz dokujący o jego pancerz. Nadia złapała krawędź konsoli tak mocno, że pobielały jej knykcie.
Kapitan nie powiedział nic. Davy przyznał w myślach z uznaniem, że było to bardzo kapitańskie.
— O’Collan — odezwał się Hannigan dopiero po chwili.
— Jeszcze nie.
— Panie O’Collan.
— Jeszcze nie.
Davy liczył w głowie ostatnie metry.
Nie patrzył już na wszystkie ekrany. Tylko na trzy: odległość, rotację, naprężenia ramion przygotowanych do uchwytu.
Cztery metry.
Trzy.
Dwa i pół.
— Kontakt za dwa koma jeden metra — podał Opiekun. — Zalecam natychmiastowe hamowanie.
— Nie.
— Manewr niemożliwy do zatwierdzenia.
— To dobrze, że nie prosiłem o podpis.
Davy przegryzł gumę, wypluł powietrze nosem i wykonał sekwencję tak szybko, że dla obserwatora wyglądało to jak przypadkowe dotknięcie panelu.
Krótkie szarpnięcie boczne.
Minimalna kontra na ogonie.
Zamknięcie prędkości względnej.
Otworzenie magnetycznych cum.
— Cuma pierwsza poszła i siedzi! — rzuciła Nadia.
Na ekranie błysnął znacznik.
Potem drugi.
— Cuma druga... złapała. Trzecia... Davy, trzecia idzie za wysoko!
— Ma iść za wysoko.
— Ona nie ma punktu zaczepu!
— Jeszcze nie ma.
Davy przesunął Kardashianem o pół metra w dół.
Pół metra.
Przy dwóch kadłubach tej masy było to mniej więcej tak rozsądne, jak poprawianie kieliszka na stole młotem pneumatycznym.
Trzecia cuma złapała z trzaskiem magnetycznego zamka.
Czwarta weszła zaraz po niej.
Kardashian i Bleinert drgnęły względem siebie.
Nadia wydała z siebie krótki dźwięk, którego z całą pewnością by się wyparła, gdyby ktoś pytał.
— Naprężenie na tylnej parze! — powiedziała ostro. — Za duże, za duże, za duże...
— Widziałem większe.
— Na czym?!
— Na moim pierwszym małżeństwie.
— Davy!
Ramiona górnicze Kardashiana wysunęły się z wolna, ciężkie i brudne, zbudowane do chwytania skał, kontenerów i wszystkiego, co korporacja kazała rozciąć, skruszyć albo przeciągnąć przez próżnię. Teraz miały złapać martwy tender tak delikatnie, jak chirurg łapie tętnicę.
Czyli absolutnie niezgodnie z projektem.
— Ramię pierwsze, punkt konstrukcyjny A — powiedział Davy.
— Potwierdzam obraz — rzuciła Nadia. — Masz przesunięcie o dwadzieścia centymetrów.
— Piętnaście.
— Dwadzieścia.
— Piętnaście, bo jestem optymistą.
Zacisk wszedł.
Metal przeniósł drganie przez oba kadłuby. Gdzieś w głębi Kardashiana coś jęknęło, jakby statek uznał, że jednak chciałby złożyć skargę.
— Ramię pierwsze trzyma — powiedziała Nadia.
— Ramię drugie.
— Punkt B ma uszkodzoną kratownicę.
— Nie biorę B. B jest dla lamerów.
— To co bierzesz?
— C.
— C jest poza zakresem.
— Według Opiekuna.
— Według geometrii!
Davy uśmiechnął się szerzej.
— Geometria to tylko Opiekun z lepszym PR-em.
Drugie ramię przesunęło się pod kadłubem Bleinerta. Przez moment kamera pokazała tylko ciemność, potem poszarpany fragment konstrukcji i cień wyrwy daleko po niebezpiecznej stronie. Wskaźnik promieniowania skoczył.
— Mamy pik! — krzyknęła Nadia.
— Krótki kontakt.
— Za krótki na komfort, za długi na mój puls!
— Puls jest przereklamowany.
— Opiekun, potwierdź dawkę!
— Ekspozycja chwilowa mieści się w granicach akceptowalnych. Manewr nadal niezalecany.
— Słyszałaś. Nawet nasz elektroniczny księgowy mówi, że żyjemy.
Drugie ramię zacisnęło się na wzmocnieniu.
Tym razem Bleinert odpowiedział. Kadłubem. Cała martwa jednostka zadrżała, a projekcja środka masy skoczyła nagle w bok.
Na ekranach pojawiła się czerwona kaskada ostrzeżeń.
— Przesunięcie masy! — rzuciła Nadia.
— Mam.
— Nie masz, ono idzie poza zakres!
— Już nie.
Davy wcisnął sekwencję ręczną, odciął automatyczną próbę kompensacji i dał Kardashianowi krótki impuls przeciwny.
Mostek przechylił się minimalnie, ale wystarczająco, żeby komuś za plecami pilota wyrwało się przekleństwo.
Opiekun, bez emocji i bez najmniejszego wyczucia dramatyzmu, oznajmił:
— Uwaga. Bieżący manewr nie występuje w zarejestrowanych procedurach dokowania.
— Bo jeszcze go nie nazwałem.
— Zalecam przerwanie.
— Odrzucam.
— Zalecam ponowne rozważenie.
— Też odrzucam.
— Prawdopodobieństwo uszkodzenia kołnierza dokującego wzrosło do—
Davy ściszył Opiekuna jednym ruchem.
Nie wyłączył. Tego kapitan mógłby się czepić.
Po prostu sprawił, że statek zaczął marudzić ciszej.
— O’Collan — powiedział Hannigan.
Tym razem głos kapitana był spokojny, ale twardszy. Dużo twardszy.
Davy nie odwrócił głowy.
— Już kończę, kapitanie.
Przez chwilę wszystko sprowadziło się do oddechu, muzyki w słuchawkach i trzech migających wartości.
Dystans.
Rotacja.
Naprężenie.
'Cause they've got to ride forever
On that range up in the sky
On horses snorting fire
As they ride on, hear their cryKardashian przesuwał się ostatnie centymetry. Cumy magnetyczne trzymały jak cztery uparte diabły. Ramiona górnicze kompensowały martwy ciężar Bleinerta. Kołnierz dokujący wysunął się z sykiem hydrauliki, szukając pierścienia śluzy tendera.
— Kołnierz aktywny — powiedziała Nadia, już ciszej.
— Wiem.
— Nie widzisz go z tej kamery.
— Czuję.
— Nie wolno ci czuć kołnierza dokującego.
— A jednak jesteśmy sobie bliscy.
Na ekranie pojawił się żółty znacznik kontaktu.
Potem drugi.
Potem zielony.
Pierścień uszczelniający dopasował się do śluzy Bleinerta. Automatyczne zatrzaski zaryglowały się jeden po drugim.
Klak.
Klak.
Klak.
Klak.
Na mostku zapadła cisza. W słuchawkach Davyego też - utwór właśnie się skończył...
Opiekun odezwał się po chwili, wyraźnie ciszej niż zwykle:
— Kontakt dokujący ustanowiony. Czworopunktowa stabilizacja magnetyczna aktywna. Ramiona górnicze w pozycji nośnej. Kołnierz śluzy szczelny. Połączenie jednostek potwierdzone.
Davy zdjął jedną słuchawkę z ucha.
— Możesz powtórzyć tę ostatnią część? Tę, w której brzmisz, jakbyś mnie przepraszał.
— Połączenie jednostek potwierdzone — powtórzył Opiekun.
Davy obrócił się lekko w fotelu i spojrzał na kapitana.
Twarz miał spokojną a uśmiech niewielki. Bezczelny dokładnie w takim stopniu, żeby irytować, ale jeszcze nie zapracować na formalną naganę.
— Kardashian zadokowany z Bleinertem, kapitanie. Cumy magnetyczne trzymają, ramiona górnicze stabilizują, kołnierz śluzy uszczelniony. Przejście jest dostępne.
Przeżuł gumę i dodał:
— A ten manewr nazwiemy „Świder Hannigana” - na pana cześć, panie kapitanie...
— Palant - rzuciła do niego Nadia z lekkim uśmiechem i otarła czoło, na którym widniały delikatne krople potu...
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Wezwany na mostek przez Starego, wyszedł z kapsuły z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony zadowolony, że mógł opuścić to miejsce cuchnące śmiercią. Z drugiej rozczarowany, że ani nic nie dowiedział się od soldatika, ani nic nie odkrył w tej latającej trumnie.
Na mostku Sadza siedział oparty o ścianę z kubkiem wystygłej kawy w dłoni, słuchając jak Mient i Stary przerzucają się paragrafami, traktatami i mądrościami o syntetykach.
Trzy prawa... konwenans... paragraf siódmy...
Brzmiało to wszystko mądrze. Nawet bardzo.
Ale dla Siergieja Nikołajewicza były to głównie słowa ludzi, którzy nigdy nie musieli wybierać między wejściem do zalanej chodni a powrotem na powierzchnię z pustymi rękami.
Milczał, dopóki Holt nie skończył.
Podrapał się po zaroście.
— Czysto teoretycznie, panie kapitanie...
Spojrzał na Hannigana.
— Załóżmy, że ten cały Bleinert świeci tak, że jeszcze chwila i sami zaczniemy świecić po ciemku... i dalsza akcja ratunkowa oznacza pewną śmierć załogi...
Zawahał się na moment.
— Więc zawracamy. Odchodzimy i nikt nie ma prawa się przypierdolić.
Wzruszył ramionami.
— Bo sygnał odebraliśmy. Sprawdziliśmy. Oceniliśmy zagrożenie. Jak statek jest nie do podejścia, to przecież nie ma sensu dokładać do jednego wraku drugiego.
Przez chwilę obracał kubek w dłoniach.
— Pytam, bo nie znam się na tych wszystkich traktatach. Ale wiem jedno. Trup jeszcze nigdy nikogo nie uratował.
-
Kapitan bębniąc palcami po pulpicie swojej konsoli słuchał z wyraźną uwagą wszystkiego o czym opowiedział mu konwojent. Patrzył przy tym cały czas na czołowy iluminator na mostku, w którym powoli acz metodycznie rósł imponujący gabaryt tendera. W końcu pokiwał głową.
- Dziękuję panie Holt - i choć wydawało się przez chwilę, że to wszystko co miał do powiedzenia, kontynuował - Ponieważ nie jest pan moim regularnym załogantem to wyjaśnię panu jak widzę tę sprawę. Zasługuje pan na to choćby za samo zaangażowanie, które pan wykazuje, a które doceniam i szanuję. Skupiamy się na faktach. Potwierdzonych twardych faktach. Nie na domysłach. Od każdego członka załogi wymagam tylko tyle i aż tyle by był skupiony na wykonywaniu swoich obowiązków. Bo tylko dzięki temu ten kombajn ma szansę przetrwać kursy międzygwiezdne. Jeśli każdy da z siebie wszystko, mamy największą szansę przeżyć do następnej wypłaty.
Tu Caleb przerwał i zaczął wskazywać na poszczególnych członków swojej załogi, to jest Nadię, Davy’ego, Sadzę, siebie samego, a na końcu Holta. Po czym zaczął wymieniać.
- Radiostacja…
- Wolant…
- Śrubokręt..
- Pulpit…
- Młotek. Pan panie Holt to młotek. Certyfikowany i akredytowany przez Kelland Mining młotek. I oczekuję, że będzie pan w pełni skupiony na potencjalnych gwoździach. Nie na moich domysłach, które póki nie będą konkretami, niczego nie zmieniają, a mogą tylko niepotrzebnie rozpraszać załogę, tak jak pana Kalashnikova. Domysłach, które zresztą można przejrzeć. Jeśli coś zabiło załogę Bleinerta to nie było to promieniowanie, które choć mordercze wymaga czasu. Mielibyśmy więcej kapsuł z ciałami. Zatem zginęli z innego powodu, którego się domyślam. Ale to dla was panowie jako załogi Kardashian, tak jak mówiłem, niczego nie zmienia. Nadal obowiązuje nas akcja ratunkowa. AKCJA RATUNKOWA panie Kalashnikov, bo i pan jak widzę utknął w domysłach. Po to właśnie odsuwam Bleinerta od źródła radiacji by zabezpieczyć akcję. Promieniowanie gamma panie Kalashnikov to nie choroba. Nie można się nim zarazić, bo to fala elektromagnetyczna. Proszę porozmawiać z oficerem naukowym panem Crowe’m jeśli ma pan wątpliwości. Zakładając, że ocalałym udało się znaleźć ekranowane pomieszczenie, to tam ich znajdziemy. Bo Bleinert po odsunięciu nie będzie świecił, ani promieniował. Co najwyżej jego starburta, ale tylko od zewnętrznej strony. A teraz jeśli mamy tę część za sobą, to pan panie Kalashnikov zostaje na mostku. Pani Volkov i pan Crowe również na Kardashianie. Proszę nie zostawiać rozbitka… ani pasażerów bez opieki. Za to pójdzie z nami pan O’Collan ze swoją bronią i pan Gleeson. Proszę poinformować młodszego inżyniera o tym fakcie i poinstruować panie Holt. A teraz na stanowiska panowie, bo rozpoczynamy zbliżenie.
-
Wiliam od wybudzenia doskonale zdawał sobie sprawę ze swojego statusu zbędnej jednostki marnującej tlen. Miał zamiar poczekać na koniec akcji i wrócić do hipersnu. Okazało się jednak, że wcale nie jest tak dojrzały, jak sobie myślał. Po kilku godzinach bezczynności i odbijania się z kąta w kąt, był znudzony do tego stopnia, że postanowił pozaczepiać kapitana. Niestety ten postanowił zlać młodego archeologa. Nie miał mu tego za złe. Zadanie kapitana to dowodzenia załogą a nie zabawianie pasażerów.
W końcu natrafiła się okazja, idealne zajęcie dla naukowca. Pilnowanie rozbitka, osoby, która wiele przeżyła, posiadała ogromną wiedzę a także była w stanie, który Bill widział po raz pierwszy. Kapitan i załoga ustalali jakieś mało interesujące sprawy, podczas gdy chłopak oczami wyobraźni widział, jak żołnierz opowiada mu o katastrofie. Jedynym, co wybiło Wiliama z wizji rozmowy była decyzja kapitana o podleceniu do Bleinerta kombajnem. Było to dziwne, z jego punktu widzenia dokowanie małym poręcznym statkiem jest dużo lepszą opcją. Zwinniejsza jednostka, a jak coś się nie powiedzie umiera tylko część załogi. Naprawdę bycie przyczepionym do wojskowego statku nie wydawało się dobrym pomysłem. Aczkolwiek Wiliam był tylko pasażerem, nie miał doświadczenia, może za tym krył się jakiś ważny powód. Niezbyt się tym przejął. Teraz liczył się tylko rozbitek.
W pomieszczeniu został tylko on, Siergiej i skarbnica wiedzy. Naukowiec usiadł wygodnie i już miał zadawać pytanie, gdy nagle po pomieszczeniu rozprzestrzenił się dźwięk sygnału. Siergiej musiał stawić się na mostku. Stary załogant wstał i bez żadnych emocji wskazał Wiliamowi, że musi opuścić pomieszczenie.
Bill patrzył przez chwilę na zamknięte drzwi do ambulatorium, westchnął i odszedł w stronę jedynej osoby, która mogła go zrozumieć.
-Panie Crowe. Czy mógłbym obejrzeć akcję ratunkową na kamerach? - spytał z wyrazem twarzy dziecka, któremu ktoś zabrał lizaka. -
Marcus Holt
Młotek.
Holt patrzył przez chwilę na kapitana z twarzą która nie powiedziała absolutnie nic. Ewidentnie myślał.
Młotek.
Dobrze zatem. Niech będzie młotek.
-Rozumiem kapitanie - powiedział spokojnie, bez żadnej szczeliny w głosie przez którą mogłoby przejść cokolwiek więcej. Skinął głową krótko, raz, i odwrócił się w stronę interkomu przy ścianie mostka.
Wcisnął przycisk.
-Tu ochroniarz kontraktowy Holt. Pan Gleeson zgłosi się przy śluzie w pełnym skafandrze z bronią osobistą za pięć minut. Broń ma być załadowana, bezpiecznik aktywny. Spóźnienie nie wchodzi w grę.
Puścił przycisk na sekundę. Wcisnął ponownie.
-Jeśli pan Gleeson ma wątpliwości co do wyposażenia lub instrukcji - zgłasza się do mnie przy śluzie. Nie przez interkom. Osobiście.
Wyłączył kanał.
Wziął M41A i ruszył w stronę śluzy nie odwracając się.

-Słuchajcie uważnie bo powiem to raz - zaczął spokojnie, bez podnoszenia głosu. - Każdy sprawdza teraz broń przy mnie. Magazynek, komora nabojowa, bezpiecznik. Jeśli ktoś ma wątpliwości jak to zrobić, mówi teraz.
Poczekał sekundę na wszelki wypadek i kontynuował.
-Bezpiecznik aktywny dopóki nie powiem inaczej. Palec poza kabłąkiem dopóki nie ma celu. Na zamkniętym statku kula która mija cel szuka następnego - i tym następnym możecie być wy albo ja. Rykoszety lubią być wredne. Tego nie chcemy.
Przeszedł wzdłuż grupy sprawdzając broń każdego bez pytania o zgodę - krótki rzut okiem, sprawdzenie bezpiecznika, ocena jak ktoś trzyma.
- Formacja. Kolumna dwójkowa, zredukowana do warunków korytarzowych czyli kolumna jedynkowa z zabezpieczeniem tylnym.
Spojrzał po reszcie, westchnął lekko.-Układ przy śluzie. - Wskazał kolejno. - Android idzie pierwszy. Wysoki, szeroki, zatrzyma pierwszą serię jeśli coś na nas czeka za progiem. Do tego widzi w ciemności lepiej niż my wszyscy razem wzięci. Wykorzystujemy to.
Wskazał na siebie.
- Za Adamem ja. Broń gotowa, lufa skierowana w przestrzeń między Adamem a sufitem - żebym mógł strzelać ponad nim jeśli zajdzie potrzeba bez przestrzeliwania go w plecy. Odstęp między mną a Adamem - dwa kroki.
Spojrzał na Hannigana.
-Kapitan za mną, po mojej lewej stronie, pół kroku z tyłu. Nie bezpośrednio za mną - jeśli ktoś strzela w korytarzu w pierwszą sylwetkę to druga sylwetka dokładnie za nią dostaje rykoszetem lub drugą serią. Lewa strona daje kapitanowi pole widzenia i pole ognia na prawy sektor korytarza.
Spojrzał na O'Collana.
-O'Collan za kapitanem, prawa strona, pół kroku z tyłu względem kapitana. Lustrzane odbicie. Lewy sektor korytarza. Wasza dwójka krzyżuje pola ognia - jeśli coś wychodzi z bocznego odgałęzienia jeden z was ma kąt.Na końcu Gleeson.
-Gleeson zamyka. Odwrócony tyłem do kierunku marszu, przodem do tego skąd przyszliśmy. Twoje zadanie to to co za nami, nie to co przede mną. Nie oglądasz się do przodu żeby sprawdzić co robimy. Słuchasz moich komend i idziesz razem z grupą nie odwracając się dopóki nie powiem inaczej lub dopóki nie usłyszysz czegoś za plecami co wymaga reakcji. Wtedy mówisz głośno co widzisz, nie strzelasz samodzielnie.
Przeszedł jeszcze raz wzrokiem po całej grupie.
-Odstępy między ludźmi - dwa kroki. Nie zbijamy się w kupę przy zatrzymaniu bo jeden granat albo jedna seria z ciasnego korytarza kończy całą akcję ratunkową. Nie rozciągamy się za bardzo bo tracimy kontakt wzrokowy i słuchowy.
Stanął przy śluzie i położył dłoń na panelu.
-Gdy otworzy się śluza - stoimy. Adam wchodzi na mój rozkaz, ja za nim, reszta czeka aż dam sygnał że przestrzeń jest czysta. Sygnał - otwarta dłoń skierowana do tyłu oznacza stój. Zaciśnięta pięść i ruch naprzód oznacza wchodzimy. Zaciśnięta pięść i ruch w tył oznacza wracamy bez pytań.
Spojrzał na wszystkich po kolei.
-Gdy śluza się otworzy nie ruszamy się dopóki nie ocenię przestrzeni po drugiej stronie. Nikt nie wchodzi przede mną. Nikt nie wyprzedza szyku bez mojego słowa. Jeśli powiem stop - wszyscy stoją natychmiast, bez pytania dlaczego. Jeśli powiem wracamy - wszyscy wracają natychmiast, bez negocjacji.
Zrobił krótką pauzę.
-Decyzyjność operacyjna należy do kapitana Hannigana. W środku szyk i kierunek ruchu należą do mnie. To nie jest dyskusja, to jest podział który kapitan zatwierdził.
Spojrzał na Gleesona, potem na O'Collana. W jakiś sposób ominął Kapitana.
-Ktokolwiek obejdzie rozkaz w środku jest zdany wyłącznie na siebie. Jeśli sytuacja będzie zbyt gorąca, nie będę miał czasu ani obowiązku go szukać. I zanim spytacie: tak, to zgodność procedury korporacyjnej
Odwrócił się w stronę śluzy.
-Pytania teraz. Nie w środku.
-
Delilah le Ley
To nie był jej dzień.
Maszyna potwierdziła, że usunięcie dowódcy w trakcie lotu wymagało ofiar w ludziach lub krytycznych uszkodzeń statku. Żadne z tych kryteriów jeszcze nie zaistniało. Jeszcze. Gdy Opiekun podał listę zastępców Hanningana w łańcuchu dowodzenia Kardashian pokręciła głową zrezygnowana.
Sergiej Kalashnikov, pierwszy oficer.
O litości.
Nie, zdecydowanie to nie był jej dzień.
Rosjanin nie wyglądał na człowieka, z którym można prowadzić wyrafinowane negocjacje. Był zwykłym robolem, wyrobnikiem bez ambicji i gdyby od niej zależało nie wpuściła by go na nawet pokład statku nie mówiąc już o przyznawaniu jakichkolwiek stopni oficerskich. Trzeba było przyznać, że kapitan rozegrał to wyjątkowo sprytnie. Otoczył się ludźmi celowo gorszymi od siebie. Nikt przy zdrowych zmysłach nie usunie dowódcy, jeśli jego miejsce zajmie skończony prymityw.
Chyba że prymityw uległby niespodziewanemu wypadkowi. Wtedy następny w kolejce byłby oficer naukowy. Wystarczyłoby tylko...
Delilah zmrużyła oczy i szybko odrzuciła tę nieproszoną myśl. Lasalle Bionational zatrudniało negocjatorów, nie zabójców. Niezależnie od tego, co wygadują pijani piloci w kantynach i górnicy w koloniach, agenci korporacji nigdy nie posuwają się do morderstw.
O ile ktoś nie zagraża interesom firmy.
Delilah na spokojnie zaczęła analizować fakty. Hannigan odebrał sygnał SOS, uratował rozbitka i zadośćuczynił kosmicznemu prawu. Procedura ratunkowa została zamknięta. Dlaczego więc ten drań ryzykował zniszczenie potężnego kombajnu i życie załogi dla napromieniowanego wraku? Tam nie było już kogo ratować. Wniosek nasuwał się sam. Chodziło o ładunek, o to tajemnicze cargo z Wallandera. Wiedziała, że nie może pójść na mostek i go zatrzymać, bo decyzja została już podjęta a ona sama była ostatnią osobą, ze zdaniem której liczyłby się ktoś taki jak Caleb Hanningan. A hołota jej nie poprze, bo jest agentką korporacji i z założenia nie można jej ufać.
— Maszyno — rzuciła chłodno w stronę czujnika na suficie. — Poinformuj mnie natychmiast, gdy zespół ratunkowy przekroczy śluzę Bleinerta.
— Rozkaz przyjęty.
Delilah stanęła przed szafką i wbiła autoryzacyjny kod. Drzwiczki puściły. Wyjęła ze środka walizkę, w której większość miejsca zajmowały dokumenty, kosmetyki i zmysłowa bielizna, ale na jej dnie znajdowało się coś jeszcze. Coś po co sięgała jedynie w ostateczności.
-
Mostek Kardashiana w trakcie odprawy
Napięcie pomiędzy kapitanem Hanniganem i kontraktowym ochroniarzem urosło w tak dalece, że dało się odczuć innym obecnym na mostku członkom załogi kombajnu. Nie dało się nie zauważyć jak umiejętnie Marcus Holt manewrował na granicy niesubordynacji, dość otwarcie, aby każdy dostrzegł jego niezadowolenie z decyzji dowódcy jednostki, a jednocześnie wystarczająco spolegliwie, by jego zachowania nie można było uznać za deklarację buntu.
Dotąd przewijający się gdzieś w tle konwojent w obliczu kryzysu zaczął prezentować wszystkim swoją prawdziwą twarz: profesjonalisty nie cofającego się przed kwestionowaniem autorytetu zwierzchnika, ale jednocześnie dość zdyscyplinowanego, aby nie przekraczać pewnych granic.
Nadia Volkov chrząknęła znacząco ponad elektronicznymi piskami pracującej wokół aparatury, odchyliła się w fotelu spoglądając na znacząco w stronę Hannigana.
- Kapitanie, powinien pan coś zobaczyć… wszyscy powinniście coś zobaczyć - dodała przenosząc wzrok na Holta i O’Collana - Powiększyłam zdjęcia z oblotu, zanim go nie przerwaliśmy. Pierwsze tutaj.
Rosjanka obróciła przegubowy wyświetlacz tak, by pozostali członkowie załogi ujrzeli prezentowany przez nią obraz, nieco rozmazany z tytułu daleko posuniętego powiększenia.
- To wyrzutnia rakiet umocowana na przeciwnej burcie zaopatrzeniowca - powiedziała Nadia postukując palcem w ekran - Na ten moment jedyny element uzbrojenia, jaki udało się zidentyfikować. Na maksymalnym powiększeniu można zauważyć na krawędziach prowadnic, że w górnej części wyrzutni rury nośne mają przekręcone w górę tylne zaślepki, na przykład tu i tu. To oznacza, że odpalono umieszczone w nich rakiety. Sądzę, że poszło ich dziesięć, połowa zasobnika. A skoro Bleinert odpalił rój dziewięciu rakiet, mamy chyba pewność, że zniszczył na minimalnym dystansie Wallandera.
Inżynierka kliknęła myszą swojej konsolety, zmieniła fotografię na inną i chociaż za pierwszym razem wszyscy zgromadzeni wokół jej stanowiska mężczyźni natychmiast rozpoznali wyrzutnię rakiet, o tyle teraz większość z nich zmarszczyła czoła.
- Wiem, że to niepodobne do czegokolwiek w ujęciu pod takim kątem, ale to powiększenie dziury, którą sfotografowaliśmy również po tamtej stronie okrętu. Myślałam w pierwszej chwili, że to efekt ostrzału ze strony Wallandera albo wybuchu w głębi struktury Bleinerta, ale to pasuje do kształtu tej dziury. Jej krawędzie nie wydają się być wygięte w żadną stronę, nie wskazują wektora energii kinetycznej.
- Więc co to jest pani zdaniem? - zapytał Hannigan pochylając się nad ekranem i pocierając dłonią podbródek - I jak duża jest ta dziura?
- Szacunkowo trzy na trzy metry - odpowiedziała Nadia prowokując swoją oceną znaczące gwizdnięcie Davy’ego - I przychodzi mi na myśl tylko jedna przyczyna takiego uszkodzenia. Korozja chemiczna, innymi słowy kwas. Niebywale silnie żrący środek chemiczny. Latam całe życie we flocie kosmicznej, ale nie wiem jakie standardowe chemikalia na pokładzie mogłyby spowodować takie zniszczenia. Nie wiem, czy tutaj nie chodzi o ten tajny ładunek z drugiego statku, kapitanie.
Nadia urwała na chwilę pozwalając, aby jej słowa zapadły w pamięć słuchaczy.
- Silnie żrąca substancja o zastosowaniu militarnym, w bardzo dużej ilości i stężeniu, przeładowana na Bleinerta. Jeśli w trakcie przeładunku doszło do rozszczelnienia zbiorników, to by tłumaczyło ten wybuch, o którym mówił ten marynarz. Cokolwiek to jest, przeżarło się na zewnątrz kadłuba. Musicie się liczyć nie tylko z dehermetyzacją, ale i skażeniem chemicznym. Kapitanie, będziecie tam potrzebowali zaufanych osób. Myślę, że Siergiej i Elias powinni pójść z panem, Elias na pewno. Ja i Davy poradzimy sobie z wszystkim, ten chłystek, korposuka i gość w ambulatorium to pestka. Wy będziecie potrzebowali więcej oczu na miejscu niż my tutaj.
-
Ponownie. Domysły. Dlaczego Bleinert ostrzelał Wallandera. Czy miał z tym coś wspólnego wyciek żrących substancji ze specjalnego ładunku. Pytania bez odpowiedzi.
- Dziękuję pani Volkov - Hannigan sięgnął po interkom i przywołał na mostka Crowe'a po czym długo zastanawiał się nad propozycją techniczki. Na ekranie wciąż widoczna była wyrwa w poszyciu. Poszyciu, które przy wojskowych transportowcach było wielokrotnie bardziej wytrzymałe niż w górniczych jednostkach.Gdy Holt zniknął by znaleźć Gleesona, a Elias wrócił i Caleb miał już całą swoją podstawową załogę bez pasażerów, wpisał w swoją konsolę kapitański kod zabezpieczeń i wydał polecenie.
- Opiekunie, odetnij mostek.
Oświetlenie zamigotało nieznacznie, a drzwi i włazy zatrzasnęły się. Zgasły też czerwone diodki feed'ów kamer monitoringu.
- To nie jest oficjalna odprawa - zaczął kapitan gdy cztery pary zaskoczonych spojrzeń zwróciło się ku niemu. Piąta para oczu należała do Chaplina, który pojawił się obok Nadii nie wiadomo skąd i jako jedyna nie była zaskoczona. Odcięcie mostka było procedurą awaryjną w razie buntu załogi, lub ataku piratów. I uniemożliwiało dotarcie i podgląd wnętrza z pokładu. Kapitan wskazał palcem na tender - Przeprowadzamy regulaminową akcję ratunkową. Ustawa o prawie kosmicznym przewiduje określoną rekompensatę za coś takiego. A wojsko, to nie korporacje. Tam się liczy procedura. Połowę tej rekompensaty otrzymuje Kelland. Połowę załoga biorąca udział w akcji. Ale. Ale jeśli nie ma kogo ratować i jednostka jest opuszczona, to prawo kosmiczne w przypadku odholowania przyznaje nie określoną kwotę, a od dziesięciu do trzydziestu procent... wartości odholowanej jednostki z jej ładunkiem włącznie. A mówimy o tenderze floty wojskowej. Ale akcja ratunkowa musi być wykonana regulaminowo od A do Z. Wszystko wskazuje na to, że na tenderze nikt nie ocalał. Ale musimy to potwierdzić. Dlatego przychylam się do tego co powiedziała Nadia. To nie jest rozkaz. Ale Twoja Sadza i Twoja Elias obecność w naszej grupie rzeczywiście znacząco ułatwi zadanie. Davy weź broń i miej ze sobą. Jeśli oni pójdą, Ty zostaniesz. Mamy na pokładzie więźnia więc chcę, żebyś był gotowy. Tak, to więzień w pierwszej kolejności. Dopiero w drugiej rozbitek. Jego historia nie jest niczym potwierdzona i nie bierzemy jej pod uwagę. Równie dobrze, on mógłby być załogantem Wallandera i zamienić się z trupem na uniformy. To co wiemy na pewno, to to że zabił drugiego rozbitka.
Spojrzał każdemu z załogantów w oczy upewniając się, że sens i waga tych słów dotarły do nich. Po czym ponownie wpisał kapitański kod dostępu.
- Opiekunie, zdejmij blokadę mostka. -
Elias nie spieszył się z odpowiedzią na wezwanie na mostek bardziej, niż musiał. Nie dlatego, że lekceważył kapitana. Po prostu ciągle nachodziły go myśli o tym, jak bardzo nie podoba mu się ta sytuacja. Był starszym naukowcem w zawodzie dla ludzi, którzy powinni z wyprzedzeniem planować swoją emeryturę. Trzeba było przestać latać parę lat temu. A teraz te coraz częstsze bóle w klatce piersiowej trochę go osłabiły. Ból zelżał, ale nie zniknął całkiem. Czaił się pod mostkiem, tępy i uparty, jak źle dokręcona śruba, którą trudno poprawić. Szedł więc wolniej niż zwykle, z twarzą trochę bardziej bladą niż na co dzień. Jego dłoń od czasu do czasu przesuwała się po piersi w geście, który można było pomylić z poprawianiem ubrania. W rzeczywistości jednak rozmasowywał bolący punkt.
Kiedy wszedł na mostek, od razu wyczuł atmosferę. Ludzie mają jakąś dziwną zdolność wyczuwania napiętej sytuacji, choć nie mówi się o tym często. W każdym razie rozejrzał się szybko. Najbardziej iskrzyło między Holtem a kapitanem Hanniganem, choć bez kontekstu trudno było ocenić, jak bardzo było poważnie. Tylko miny reszty, uciekającej wzrokiem do innych punktów w pomieszczeniu, mogły podpowiedzieć, że całkiem poważnie. Mimo wszystko Elias nie skomentował tego. Nie jego cyrk. Nie jego małpy. Zamiast tego, żeby poczuć się lepiej, sięgnął do swojej piersiówki i pociągnął mały łyk. Smak mocnego alkoholu brzydko wykrzywił mu twarz.
Kiedy uwaga obecnych przesunęła się z powrotem na ekran Nadii, Elias skinął krótko głową kapitanowi, a potem samej techniczce. Ktoś streścił mu najważniejsze... powiększenie wyrwy w kadłubie, brak typowych śladów po trafieniu, możliwa korozja chemiczna. Podszedł bliżej, opierając jedną dłoń o krawędź konsoli. Nie za mocno. Tak tylko, żeby wyglądało, że odczytuje parametry, a nie że przez sekundę potrzebuje punktu podparcia. Na powiększeniu widniała wyrwa w kadłubie Bleinerta. Crowe zmrużył oczy.
– Paskudne – mruknął, kręcąc nosem.
Przez chwilę patrzył na obraz w milczeniu, przesuwając wzrokiem po krawędziach uszkodzenia. Nie do końca się na tym znał, więc trzeba było dać wiarę ocenie Nadii, która przecież brzmiała sensownie.– Jeśli pani Volkov ma rację i to faktycznie korozja chemiczna, to nie mówimy o przewróconej bańce z chłodziwem – powiedział w końcu. – Wojskowe kadłuby są testowane na różne sposoby i zabezpieczane substancjami, które powinny wytrzymać praktycznie wszystko – skomentował na tyle, na ile się znał. – Jeśli coś przeżarło się przez poszycie w taki sposób, to musi być jakaś eksperymentalna mieszanka. Możliwe, że coś wymknęło się spod kontroli przy testach? – zaproponował.
Zamilkł, kiedy kapitan wpisał kod i kazał Opiekunowi odciąć mostek. Uniósł lekko brwi. To było dość radykalne posunięcie i nie do końca zrozumiał, czemu miało służyć. Włazy zatrzasnęły się, światło zamigotało, a czerwone diody kamer zgasły jedna po drugiej. Przez ułamek sekundy Crowe poczuł coś dziwnie podobnego do ulgi, jaką zawsze odczuwał w miejscach pozbawionych form inwigilacji. Słuchał Hannigana bez wtrącania się. Nie za bardzo znał się na prawie kosmicznym, a kapitan to kapitan. Bardzo przemawiał do niego argument o tym, że opuszczony tender wojskowy z ładunkiem może być wart więcej, niż ich portfel kiedykolwiek wcześniej przetrawił. Tak, to mogło pomóc mu w przejściu na emeryturę.
– Co do wejścia na Bleinerta... – westchnął. – Nie powiem, że marzyłem o takim spacerze po wojskowym grobowcu, ale jak zawsze możecie na mnie liczyć.
Na moment przyłożył dłoń do piersi, ale zaraz ją opuścił. Na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech.
– Wiem, że to nie rozkaz, ale chcę iść. Będę waszym kanarkiem w kopalni. Tylko takim starym, wrednym i z własnym analizatorem, ale ostrzegę was w porę. No i jakoś trzeba zasłużyć sobie na ten procent z udziału. No to co, ekipa? – zapytał wesoło, ale nie oczekiwał odpowiedzi.
Kiedy drzwi mostka ponownie zostały odblokowane, zaczął przygotowywać się do tej eskapady. -
Davy O'Collan - narada na mostku
Davy przez chwilę milczał, opierając dłonie o konsolę nawigacyjną. Wpatrywał się w sylwetkę Bleinerta na ekranie, jakby już układał w głowie kolejne etapy całej operacji. W końcu odwrócił się do kapitana.
— Kapitanie...
Skinął głową w stronę hologramu z danymi jednostki.
— Jeśli faktycznie nie znajdziemy tam żywych... to przestajemy patrzeć na wrak. Patrzymy na nagrodę.
Przesunął palcem po parametrach statku.
— Wojskowy transportowiec klasy M, do tego z pełnowymiarową sekcją ładunkową. Taki kadłub jest wart grubo ponad trzydzieści milionów dolarów. Minimum trzydzieści. Nawet jeśli Kelland odzyska go za ułamek wartości, a załoga dostanie standardowy udział w akcji ratowniczej... powiedzmy dziesięć procent... — gwizdnął cicho. — Po podziale na siedmioro ludzi każdy z nas byłby całkiem nieźle ustawiony. Chyba pierwszy raz od dawna los postanowił oddać mi premię za wszystkie nadgodziny.
Uśmiech szybko zniknął, ustępując miejsca profesjonalizmowi.
— Dlatego myślę, że to dobry pomysł, żebym został na Kardashianie. Znam ten statek lepiej niż własną kieszeń. Będę monitorował wasze biosygnatury, telemetrię skafandrów, ruch obu jednostek i całą komunikację. Ktoś musi mieć sytuację pod kontrolą z bezpiecznej strony.
Wyciągnął dwa palce.
— W międzyczasie z Nadią przygotujemy dwa warianty holowania. Pierwszy, klasyczny — Bleinert na holu FTL Kardashiana, z przeliczeniem naprężeń i masy całego zestawu. Drugi, jeśli okaże się, że jego napęd nadświetlny nadal jest sprawny, spróbujemy wykorzystać własny FTL Bleinerta i zsynchronizować oba statki do wspólnego skoku. To może być bezpieczniejsze dla naszej jednostki.
Klepnął się lekko w kaburę na udzie.
— O mnie się nie martwcie. Broń mam przy tyłeczku, jak zawsze. Zanim wyruszycie, skoczę może jeszcze do kajuty po moje SSDD i wtedy naprawdę nie będę miał powodów do narzekania.
Wzruszył ramionami.
— Jak tylko przejdziecie na Bleinerta, zarygluję śluzy Kardashiana. Purcell niech siedzi pod kluczem dopóki nie wrócicie. Mam też szczerą nadzieję, że nasza korporacyjna pasażerka zrozumie sytuację i będzie łaskawa posiedzieć cicho w swojej kajucie. Im mniej osób będzie mi się tu plątać pod nogami, tym lepiej dla wszystkich.
Spojrzał z wyraźną sympatią na główną konsolę pilota i przeciągnął dłonią po jej krawędzi.
— Ja z Nadią ogarniemy mostek. Będziemy mieć na was oko przez cały czas. Jeśli coś się wydarzy, zauważymy to pierwsi. A kiedy wrócicie... mam nadzieję, że będziemy już mieli gotowy plan, jak odholować tego kolosa do najbliższej stacji i zamienić go na największą premię, jaką którekolwiek z nas widziało...
— I jeszcze jedno: żadnego bohaterstwa przy tej wyrwie. Jeśli coś potrafi zrobić dziurę w wojskowym kadłubie, to zasługuje na odrobinę szacunku.
Spojrzał na Holta z uśmiechem.
— Wróćcie w komplecie. Kapitan będzie zadowolony, Nadia przestanie marudzić, a pan Holt nie będzie musiał liczyć, ilu ludzi wysłał i ilu przyprowadził z powrotem.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się