[WOD/MAG] Magowie na Dzikim Zachodzie
-

MATTHEW RYLAND
Matthew otworzył oczy rażony zimnym uczuciem przechodzącym przez ciało. Nie był to strach, ale bardzo znajome odczucie. Takie, jakiego już wcześniej doświadczył, tylko mniej namacalne. Wtedy wręcz w nim tonął, ocierał się o nie. Tym razem... jakby było ono za szybą, jaka przepuszczała przez szkło. Przepuszczała coś, czego bynajmniej przepuszczać nie powinna, coś nie należącego do tego świata. Coś odrzucającego jego istnienie.
Euthanatos czuł otaczającą pociąg śmierć... nie dosłownie. Czuł nagromadzenie duchowej obecności przez Rękawicę. I rozumiał do czego ona może prowadzić. Nie wiedział czemu akurat tutaj ochrona przed wlaniem się Umbry była taka delikatna ani czemu tak wielce akurat ten teren interesował jej mieszkańców. Nie był adeptem czy jakkolwiek wysoko w wiedzy o Wymiarach, ale niebezpieczeństwo z tamtej strony rozumiał wystarczająco.
Wyciągnął z torby niewielki nóż, jakim przesunął po swojej dłoni, aby upuścić z rany trochę krwi. Strużka zaczynała płynąć po środku dłoni, jaką trzymał otwartą niby karmnik, w jakim gromadziła się powoli. Zanęta.
Gromadzące się byty były niepokojące. Sama obecność tak wielu mogła zaszkodzić żywym w podróży. Nie wyglądały na agresywne, choć sam ich wygląd mógłby śpiących przerazić. Matthew powoli rozejrzał się chłonąc ten martwy wianuszek, jakiego sensu obecności nie pojął. Rozumiał jednak, iż nawet nieagresywne per se mogą wyrządzić niechciane szkody...
Euthanatos wiedział, że żaden z niego egzorcysta, ale mógł spróbować przeciwdziałać temu, co zostanie sprowadzone na organizmy Śpiących w tych wagonach. Idąc za wzrokiem jaki widział duchowe zgromadzenie, podążał za śladami największych zgrupowań, jakich obecność mogła negatywnie wpływać na żyjących. Były w końcu jak swąd choroby unoszący się w powietrzu.
A ludzie w pociągu potrzebowali ochrony przed tą chorobą.
Matthew powoli przechadzał się po korytarzach wagonów, za jakie był odpowiedzialny. Dla przypadkowego obserwatora mógł być znudzonym podróżą pasażerem, jaki dla zabicia czasu spaceruje powoli po wagonach. Może rozprostowuje swoje bolące kości zastałe po godzinach siedzenia. Nie rozglądał się po przedziałach, był skupiony na niewidzialnej myśli. I własnym bólu.
Ochrona przedziałów wymagała więcej niż prostej chęci pomocy. Musiał przejąć część nadchodzącego niebezpieczeństwa i cierpienia na siebie, choćby i bardzo symbolicznie. Dlatego tej podróży towarzyszył mu ból zadawany sobie poprzez ściskanie w zamkniętej pięści niewielkiego ostrza żyletki.Nie była to prosta i szybka praca. Euthanatos był w swoistym transie, w jakim towarzyszyły mu jedynie własne myśli oraz ból, jaki sam sobie sprawił. Nie walczył z tym uczuciem ani nie próbował go uniknąć czy odseparować od własnej osoby. Był częścią procesu, swoistą ofiarą jaką musiał oddać, aby równowagę zachować oddając to, co wyrywał ze splotu Rzeczywistości. Działał bardziej odruchowo, nie per se rozmyślnie, gdy w zaciśniętej dłoni gromadziła się leniwie wypływająca z rany krew i ból ciała, który to omywał rany w otaczających ich splotach Rzeczywistości, na nowo odbudowując ich integralność.
Ledwo słyszalne na zewnątrz pomrukiwanie niczym muzyka wtórująca w rytm oddechu Euthanatosa była jedynym, co towarzyszło magowi w jego podróży przez wagony. Gdyby jakiś Śpiący go zobaczył to zapewnie natrafiłby wzrokiem na zamyślonego osobnika, jaki zajęty własnymi myślami nie zauważa świata wokół niego... choć z jakiegoś powodu prawie mechanicznie wybiera drogę i unika przeszkód. Nie zobaczyłby na pierwszy rzut oka, jak spod zaciśniętej dłoni złożonej na piersi powoli wypływa stróżka krwi, jaka płynie w dół pod mankiet i za nim się kryje. Nie byłby też w stanie zobaczyć tego, co zajmowało świat samotnego mężczyzny.I zrozumieć sensu działań Przebudzonego, jaki swoim bólem płacił za szkody wyrządzone Tellurianowi, jakimi zapewniał ochronę tym, co wciąż Spali.
-

- Cholerny pociąg zmarłych - wyrwało się wiedźmie pod nosem gdy uświadomiła sobie, że poza zmorami gromadzą się umarli.
Cicho westchnęła. Zbliżała się godzina którą wywróżyła przed początkiem drogi, a całe duchowe zamieszanie chociaż zabrało jej jeden kłopot. Planowała dwa kwadranse wcześniej wyostrzyć swoją percepcję aby móc zacząć śledzić co dokładnie się wydarzy. Przynajmniej tą część pracy miała z głowy. Szkoda tylko, że rozmowa z potencjalnie najbardziej rozmownymi istotami w tym duchowym orszaku nie była prosta.
Przynajmniej miała dobry zapas czasu. Swoją współpasażerkę odesłała do toalety klasyczną rotą verben którą wiedźmy od wieków wykorzystywały do spławiania natrętów lub zapewnienia sobie chwil samotności - lub rozmowy z kimś na osobistości. Wykorzystując szybę jako lustro postanowiła zajrzeć do penumbry, ale tym razem nieco agresywniej.
Poszukała nieco inteligentniejszej zmory podążającej za pociągiem, lecz wybierając pośród tych słabych. Gdy dostrzegła ofiarę, rozcięła nożem swój palec i krwią wyrysowało szybkm, niemal machninalnym ruchem dłoni krąg na szybie.
Coś przykleiło się pyskiem do szyby. Coś czworonożnego… jakby liczba kończyn miała znaczenia w umbrze. Wyglądało to z grubsza jak kojot, sparszywiały kojot… a może nawet gnijący. Jego skóra po części wyleniała, po części zaropiała miała gdzieniegdzie zielonkawy kolor. Jedno oko było zakryte ropieniem wielkości pięści, ale drugie, niebieskie jak niebo, patrzyło na kobietę z wyraźną nienawiścią. Z każdej rany i ropienia ciała spływały po ciele krople czarnej ropy.
Pysk otworzył się odsłaniając żółty zestaw kłów. Samych kłów. Nie było w paszczy innego rodzaju zębów. Bo i po co miały być? To nie tak, że zmora żywiła się mięsem.
Otwarty pysk wyrzucił w stronę Mileny krople śliny, ropy i żółci i stek wyzwisk z których to “dziwka”, “nieudacznica” i “wrzód Gai” były najłagodniejszymi.
Milena pozwoliła zmorze powyklinać się do woli, przyzwyczajona na tego typu pierwszą reakcje. Nie wykazała przejęcia tym, nie tylko nie mają szacunku do duchów Żmija, ale też traktując je tym czym trzeba - językiem siły.
- Bądź grzeczny pchlarzu, a zaraz cię wypuszczę. Fikaj, a wyrwę te kły i zaklnę w nie twą esencję, sprzedając amulety. Co was tutaj przyciągnęło?
- Śmierć… twoja i innych w tym pociągu. Jedziecie ku zgubie…- zachichotał stwór.- Pociąg się wykolei i umrzecie.-
Verbena cicho westchnęła i tylko bez słowa domalowała nad kręgiem ostatnią świeża kroplą krwi runę.
Wiązanie zmory do szyby wzmocniło się odrobinę, a jego oblicze bardziej stopiło się w szkle.
- Ja naprawdę nie żartowałam. Teraz na poważnie.
Zmora zawarczała i spróbowała się wyrwać. Zawyła i zajęczała, gdy jej się to nie udało.
- Pieśń której nie słychać… i zapach którego nie czuć tu nas przyciągnęły. Coś…- odparła zrezygnowanym głosem. - Coś tu nas ciągnie… coś… co jest w tym pociągu, a czego nie możemy odnaleźć.
- Dobrze - wiedźma stwierdziła spokojnie - jeden rzecz?
Zapytała wyjmując z torebki chusteczkę, zamiarując się do uwolnienia ducha i zmazania malunku na szybie.
- Nie wiem… instynkt… tak to nazywacie wy śmiertelni? Wewnętrzny przymus kazał… nie wiem czemu. Nie chcę oddalić, nie wiem czemu.- powtarzała istota wyraźnie zirytowana faktem, że musiała przyznać się do własnej słabości i bezradności.
- Dobrze - ponownie Milena przytaknęła zmorze w ten sam sposób - teraz cię uwolnię. Nie próbuj zemsty. Ale - uśmiechnęła się - jeśli nie chcesz podążać za tą pieśnią, nie wiesz do czego ona cię poprowadzi, mam dla ciebie ofertę. Wejdziesz do przedmiotu, poprowadzisz mnie do niej, a gdy i ja się od pieśni oddalę, wypuszczę cię. Słyszałam, że nawet sparszywiałe kojoty są sprytne. Co ty na to?
- Nie.- odparła zmora.- Jeśli nie znajduję jej teraz… to czemu miałbym znaleźć będą uwięzionym w twojej błyskotce? Próbujesz oszukać oszusta?-
Zaśmiał się chrapliwie plując flegmą i ropą.
- Ponieważ wspierałby cię potężny mag - wzruszyła ramionami - a zaklęcie w przedmiot ukierunkowuje twoje zdolności do jednego celu. Wierz mi, dla mnie zaklęta zmora to problem, śmierdzi od was. Głupio się z taką błyskotką w towarzystwie pokazać, wilkołaki też was nie cierpią. To twoje gwarancja, że cię nie przytrzymam. Ale jak chcesz.
I zaczęła rozplątać zaklęcie jednocześnie przemywając śliną krąg.
- Nie. - odparła zmora przyglądając się podejrzliwie. - Moja wolność ważniejsza od pieśni, a od ciebie śmierdzi sługami Gai. Nie sprzymierzę się z tobą.
W tym momencie zaklęcie puściło ostatecznie, a verbena jeszcze chwilę szorowała uporczywą smugę. Wyglądała na zamyśloną. Poirytowaną. Ale też coś trudnego do opisania jawiło się na jej obliczu, coś co ktoś bardzo wprawny w odczytywaniu emocji określiłby jako poczucie obowiązku. Milena jako członkini Tradycji czuła się w obowiązku chronić śpiących, a sytuacja była z tych niebezpiecznych.
Milena weszła do przedziału Eliasa z miną którą czasem widzi się u ludzi albo zdeterminowanych, albo takich którzy chcą kogoś zabić. Na szczęście chodziło o to pierwsze.
- Elias, do mnie - powiedziała krótko i ruszyła do przedziału dwóch pozostałych magów.
Elias uniósł brew na polecenie kobiety, ale wolał się nie sprzeczać w chwili obecnej.
- Jakiś pomysł co je rozbudziło?
- Tak - wiedźma odparła w szybkim kroku po czym wystawiła połowę ciała do przedziału dwóch pozostałych magów i zawołała ich na korytarz milczącym gestem. Mając wszystkich przy sobie dopiero się rozgadała.
- Jak większość z was zauważyła, mamy tutaj małą duchową imprezę, i to z gatunku tych w mordowni. Znaczy mam nadzieję, że nie jesteście ślepi - dodała po chwili - około południa, to znaczy około 12.00, z dokładnością kwadransową, wydaży się… W sumie sama nie wiem co, moje wróżby nie musiały być precyzyjne, mamy punkt najbardziej interesujących wydarzeń, krótki impuls.
Zrobiła pauzę, nie teatralną lub na myślenie, lecz ktoś, kto przywykł do robienia szybkich odpraw i nauczył się aby dawać ludziom kilka chwil na poukładanie myśli oraz oswojenie się z informacjami.
- Duchy lgną do czegoś, co pewien sparszywiały kojot określił pieśnią. Mamy też umarłych który mogli za życia zawrzeć pakt z nieznaną mi w tej chwili siłą, też są przyciągani. W cholerę syfu. Jesteście magami Tradycji - podkreśliła to mocno - nie muszę nikomu tłumaczyć, że przez te wszystkie zmory i podróż przez dość dzikie rejony, z cienką rękawicą, niektórzy śpiący mogą mieć problemy. Choroby, powroty uzależnień, inny syf, a nóż do kogoś coś się przyczepi jak przyciąganie minie. Pociąg ma osiem wagonów, bierzemy po dwa. Aby było łatwiej, ja biorę pierwsze dwa z lokomotywą. Wzmacniamy rękawicę od teraz do odwołania, odwołam akcję pewnie po południu. Jak ktoś nie zna Ducha, to niech użyje swoich metod i będzie przydatny, a jak nie, to pies go drapał i jego poczucie obowiązku - machnęła ręką - jakieś pytania?
Elias pokręcił głową.
- Pytań nie… miejmy nadzieje, że żaden pchlarz nic nie spróbuje kiedy my będziemy łatać rękawicę… Wezmę trzeci i czwarty wagon.
-Na duchach się nie znam, ale myślę że zdołam odpędzić negatywną energię dzięki praktykom zakonu, to powinno utrzymać zmory na dystans. Biorę dwa ostatnie wagony. - Smok potrzebował usiąść w spokoju, żeby wprowadzić się we właściwy stan umysłu, więc najlepszym rozwiązaniem było działanie z własnego przedziału.
Milena chyba nie miała zamiaru czekać na zabranie głosu przez eutanatosa.
- Bawcie się dobrze, ja idę jeszcze zaczepić znajomego.
Mówiąc to zostawiła ich.
Matthew nie był obeznany w walce z duchami, ale i tak mógł chronić ludzi, jacy padliby ofiarą wpływu tych istot.
- Zajmę się pozostałymi wagonami. - odezwał się niepomny na odejście kobiety - Będę monitorował stan Śpiących i w razie potrzeby oferował im opiekę. Jeżeli traficie na zbyt duży problem medyczny... wiecie już gdzie mnie szukać. Mam nadzieję, że nie będzie potrzeby ustawienia miejsca dla chorych, ale w razie czego będę improwizował.
Verbena ruszyła w poszukiwaniu poznanego wilkołaka zaraz po daniu znać magom.
Znudzonego mężczyznę łatwo było znaleźć, przy swoim wzroście przytłaczał pozostałych pasażerów swoją obecnością. I ignorował uprzejmie zaczepki trzydziestoletniej kobiety nadal dumnej ze swojej urody. A zwłaszcza gęstych pukli jasnych włosów.
Milena przywitała Srebrnego Kła jak ostatnio, prosząc go na korytarz, jednocześnie kurtuazyjnie przepraszając kobietę za porównanie jej, jak to określiła, przystojnych mięśni. Na zewnątrz zaczęła żartobliwie.
- No wiesz co, naszych nigdy nie za wiele… - zaczęła wskazując wzrokiem na przedział.
- Eeech…- mruknął w odpowiedzi wilkołak. - Nie jest.. “nasza”... jest Francuzką z pochodzenia. A Amerykanką z urodzenia. Jedyne co w niej zostało z Francji to nazwisko. Nie ma w niej nic naszego. I chyba rozjaśnia włosy jakimś specyfikiem. Czasami wrażliwy nos to przekleństwo.
- Wkurzałam tak kuzynów - Milena powiedziała szczerze - też to czujesz co się dzieje? Wraz z towarzyszami będziemy w ramach możliwości wzmacniać rękawicę lub inaczej trochę odpędzać zmory aby się do ludzi nie przyczepiły. Jakbyś miał zamiar skakać w bok, to raczej pierwsze dwa wagony, nimi się ja zajmę, to cię poznam, będzie bez kompilacji.
- Jestem ahrounem… a to robota dla teurga.- wzruszył ramionami wilkołak.- Chętnie bym rozerwał parę zmor w ramach rozrywki, ale tu jest więcej niż parę. Nie mogę ryzykować swojego zdrowia i życia, dopóki nie wykonam misji. Wiążę mnie przysięga.-
- O nic nie proszę - wiedźma dodała - chciałam ci po prostu dać znać, aby nie było kłopotów. Około 12 też może coś się wydarzyć, ale co… Coś pewnie z nimi, może kogoś będą próbowały zaatakować, a może będzie ich wtedy najwięcej - wzruszyła ramionami - no nic, to trzymaj się. I może powiedz swej francuzce, że powinna wrócić do korzeni - mrugnęła okiem na pożegnanie.
- Wątpię by miała korzenie warte takiego wysiłku. I… powodzenia. Nie jestem Czerwonym Szponem, by życzyć śmierci ludziom.- dodał na pożegnanie mężczyzna.
- Wiem - Milena przystanęła na chwilę zamyślona - podczas impergium nawet wilki się was bały… - dodała cicho odchodząc.
Rozwój technologii wiele zmienił w magy w sposób, w jaki magowie się tego nie spodziewali. Wzmocnienie rękawicy było stosunkowo rutynową magyą, wykonywane na odrobinę inny sposób przez studentów i adeptów ducha, lecz finalny rezultat prowadził do utrudnienia tamtej stronie oddziaływania na fizyczność. Tego typu zaklęcia wykonywało się permanentnie we własnych sanktuariach lub wedle potrzeby - albo tworząc urok na tyle silny aby wzmocnił rękawicę na określony czas, lub podtrzymując własną wolą bieg magy przez dłuższy czas. Wszystko to miało jeden wspólny mianownik - dotyczyło konkretnego miejsca.
Kolej żelazna wiele zmieniła - ciągłym, szybkim ruchem który wymuszał inne podejście do magy. Dotychczas ten problem dotyczył wyłącznie mistrzów morskich, a ci dumni magowie Porządku Hermesa i Verbeny nie byli skorzy do dzielenia się swoimi sekretami.
Milena przystawała na korytarzu pociągu tuż na kołami i wpatrując się w swe odbicie w zakurzonej szybie pociągu wyrysowywanie na pyle prosty krąg. Czyniąc magyę wracała wspomnieniami do dawnych dni.
- Niebiański Chór? Naprawdę? Bardziej do pana zdają się pasować domy hermetyczne, zresztą widziałam wcześniej jak dyskutowaliście z tamtą grupą Verditius.
- A widzi pani - dżentelmen zamyślił się - nie uznaję religii. Ale chórzyści mi się nawet podobają, ten hart ducha. Prawda jest też taka, że pójdę tam gdzie przeżyję. Mogę mówić dosadniej, prawda? Znam pani renomę. Faraday powiesi mnie za jaja i będzie wystawiał w głównej hali. Moje dni jako Inżyniera Elektrodynamicznego są policzone.
- Więc twarde odejście?
- Nie do końca. Wciąż mam uczniów, oni są wciąż w Porządku Rozumu. Może go zmienią, a może nie i też odejdą. Widzi pani - mężczyzna uśmiechnął się - ten żart o Faradayu mówił coś więcej. Jestem za duży aby ktokolwiek mniejszy od niego mnie tknął. Będę więc łamał protokoły i sprawiał aby każdy mógł zjeść ciastko nie musząc znać dokładnego przepisu.
Milena chwilę się zamyśliła.
- Wie pan co, panie Heaviside? Nie ważne gdzie þojdziecie, poprawiacie mi opinię o tej grupie. Teraz zaczynam myśleć, że Inżynierowie Elektrodynamiczni nie są tacy źli, za chwile zacznę dobrze myśleć o inkwizycji.
- Dziękuję za komplement. Chyba przerwa się skończyła, pokażę wam kilka moich sztuczek. Będziemy łamać protokoły - technomanta zatarł ręce.
Milena do magy korespondencji zazwyczaj używała klasycznych okręgów. Dobrze się składało, że pociąg miał… koła. Obręczowane koła. To co wiedźma wyniosła ze sporadycznych kontaktów z technokratami to otwartość umysłu. Verbeny nigdy nie był tak zamknięte jak hermetycy w sztywnych ramach, ale Milena otworzyła się szczerzej na nieortodoksyjne rozwiązania. W pół godziny wykonała kompletną, psychiczną sterylizację pierwszego wagonu. NIe tylko rękawica została wzmocniona, a efekt związany z obręczami kół, tak naprawdę cały umralny wpływ został odcięt - zrobiło się przyjemniej.
Kobieta westchnęła cicho idąc w kierunku kolejnego wagonu i lokomotywy. A po tym należało być czujnym podczas godziny zero… -

Elias ruszył do wybranych przez siebie wagonów. Pora rozpocząć przedstawienie.
Wyciągnął z kieszeni zestaw do skręcania papierosów i naprędce zrobił cztery. Zapalił je i ułożył na parapecie okien wagonów. Jeden na pierwszym oknie, drugi na ostatnim.
- Duchy tych co odeszli, ofiaruję wam przyjemność mojego życia, aby umilić wam drogę. - następnie wyciagnął nóż i rozciął sobie dłoń, pozwalając krwi skapnąć na podłogę wagonu - Duchy i istoty nie z tego świata. Ofiaruję wam krew mego życia, aby zasilić waszą ciekawość światem żywych. - przytrzymał i obwiązał ranę chustą, jednocześnie zaczął gwizdać melodię żałobną.
Po kilku chwilach ujrzał pierwsze ze zjaw. Faktycznie, martwi niewolnicy, wielu z nich pewnie dokonało żywota na tej trasie. Były też inne zmory, najpewniej duchy lokalnych terenów, czy istoty uosabiające grzechy i przywary podróżnych.
Elias westchnął. Opcji miał nie wiele. Duchy co prawda nie wydawały się na razie agresywne, mogły zostać rozjuszone działaniem śpiących.
Na razie sięgnął do kieszeni i wyciągnął swój modlitewnik.
Westchnął zerkając na zmory. Zagwizdał ponownie wysyłając swoją pieśń na drugą stronę rękawicy.
- Jeżeli ktoś mnie słyszy i chce porozmawiać, nigdzie się nie ruszam.
Czekał i czekał, ale żadnej odpowiedzi nie uzyskał. Na pewno go usłyszały, ale żadne z nich nie okazało się chętne do rozmowy. Co było naturalne u zmór, ale inne duchy? Może odstraszała je natura Eliasa. Miejscowe duszki mogły nie przepadać za przedstawicielami Ukrzyżowanego. Nawet jeśli mag był tylko przebierańcem i nie był powiązanym z tym kultem, to nosił na sobie dość znaków, by zniechęcać miejscowe, “pogańskie” w sumie, byty. To był zapewne jeden z możliwych powodów, niekoniecznie jedyny.
Chórzysta ruszył przez wagony, sprawdzając w przedziałach jaki jest stan pasażerów.
Nie znajdował jednakże żadnych problemów. Bądź co bądź duchy nie wydawały się zainteresowane krzywdzeniem śmiertelników, czy przebijaniem Rękawicy… a ich pasywny wpływ na razie nie wywoływał żadnych niepokojących zmian wśród nich.
Mimo wszystko nie mógł zostawić tego od tak. Wyciągnął z kieszeni tytoń i szybko skręcił i odpalił papierosa, którego zapalił i postawił na parapecie okna.
- Duchy i zmory zaklinam was, aby dym palonego ziela tego świata był jedynym co poczujecie tej nocy. - jego umysł sięgnął do rękawicy wplótł swoją modlitwę i rozkaz w nią, zwiększając grubość bariery między Umbrą a światem żywych. To samo zrobił w kolejnym wagonie.
Zadowolony ze swego dzieła oparł się o ścianę wagonu i wyczekiwał, cokolwiek rozjuszyło duchy pewnie zrobi to ponownie. -
David wrócił do przedziału i usiadł na podłodze. Zaczął wykonywać ćwiczenia oddechowe, które pozwalały oczyścić umysł. Znacznie łatwiej było wypędzać negatywne emocje, jeśli nie mogły się o nic zaczepić. Po chwili do rytmu oddechów zaczął składać mudry dłońmi i recytować Osiemdziesiąt Osiem Imion Buddy. Była to uświęcona praktyka, stosowana przez mnichów w trakcie egzorcyzmów. Nawet jeśli nie potrafił wypędzać upiorów, mógł po prostu utrzymać je na dystans.
Niestety pociąg trząsł mocniej niż Smok się spodziewał i młody kultywator nie był w stanie osiągnąć wystarczająco głębokiego skupienia by objąć oba wagony jednocześnie. Oznaczało to, że musiał udać się do strzeżonej części pociągu osobiście. Przeszedł do innego ćwiczenia, by dostroić umysł. Wpływanie na percepcję śmiertelnych wymagało innego stanu, niż wpływanie na ich emocje, a teraz tego właśnie potrzebował. Wchodząc do wagonu pocztowego użył zmącił umysły strażników, dzięki czemu wydawało im się, że jest po prostu jednym z członków personelu. To powinno dać mu dość czasu by odprawić rytuał również tutaj, gdy już zniknie im z oczu za jakąś skrzynią. W połączeniu z jego naturalnymi talentami, po wszystkim wartownicy mogliby nawet zapomnieć że tu był.
Szczęśliwie, wartownicy okazali się podatnik na jego wpływ, bo gdy przechodził w głąb wagonu, nikt go nie zaczepił. Niemniej, istniało ryzyko że nie zdąży wyrecytować całej litanii, zanim zamglenie ustąpi z ich umysłów, musiał wymyślić coś innego. Zaczął wykonywać sekwencje ruchów, które normalnie miały zastosowanie w przekierowaniu energii przeciwnika, przechwytywał wibracje, które tworzyła aura sąsiedniego wagonu i będąc niczym kamerton nastroił nimi ten. -
Krążące wokół pociągu zmory i duchy były problemem. Szczególnie w takiej liczbie. Nawet jeśli nie próbowały się przedrzeć przez dość cienką Rękawicę. Nawet jeśli nie były agresywne… przynajmniej w tej chwili, nadal były kłopotem. Magowie nie mieli permanentnego rozwiązania tego problemu. Nie odkryli przyczyny takiego nagromadzenia duchów. Same byty nie wiedziały co przyciąga ich do tego pociągu.
Niemniej czwórka agentów wysłana przez lożę zabrała się za tymczasowe rozwiązania mające wzmocnić Rękawicę i zabezpieczyć Śpiących przed ich wpływem. Każde z nich na miarę swoich możliwości. Wymagało to jednak czuwania w wydzielonych częściach pociągu.
A kryzys nie następował. Co prawda do czasu wyznaczonego przez wróżby było jeszcze kilka godzin, ale…zmory, a tym bardziej inne duchy nie przejawiały ochoty testowania siły nowych barier. A choć oddaliły się nieco od pociągu to nadal otaczały go niby ruchliwy kokon.
Nadchodziła godzina w której miał nastąpić szczyt tej podróży. Niemniej sytuacja wokół pociągu się nie zmieniła. “Kokon” trochę urósł, gdyż nowe duchy zostały przyciągnięte do pociągu, ale agresja istot zza Rękawicy nie wzrosła. Takoż i nie próbowały przebić się przez nią. Ogólnie zachowywały się jak ćmy latające wokół świecy. Nie próbowały dotknąć ognia, ale były zafascynowane światłem by uciec.
Nikt z jadących pociągiem nie zwrócił uwagi na nowy detal który pojawił się w polu widzenia pasażerów pociągu.

No bo co dziwnego jest w trójce kowboi jadących przez prerię? To w końcu już Dziki Zachód. Kraina hodowców bydła. Bardziej było to, że prowadzili ze sobą, siedem osiodłanych luzaków. I zobaczywszy pociąg zaczęli pędzić w jego kierunku prowadząc za sobą luzaki.
11:56
11:57
11:58
11:59
12:00Huk broni w pociągu. Krzyki mężczyzn.Piski kobiet.
-To jest napad! Ręce w górę. Nie udawajcie bohaterów!- krzyki rozległy się w całym pociągu. Sześciu mężczyzn uzbrojonych w rewolwery i z bandami zakrywającymi twarz wstało ze swoich miejsc i zaczęło terroryzować bronią pasażerów. Po dwóch na każdą część pociągów. Ci w środkowej części, zaczęli zbierać “datki” od pasażerów. Ci w przedniej części ruszyli na podbój lokomotywy. Ostatnia dwójka na cel wybrała sobie wagon towarowy. Ten w którym z pewnością ukryty był prawdziwy cel tego napadu na pociąg. -

MATTHEW RYLAND
- To jest napad! Ręce w górę tak żebyśmy je widzieli! I z dala od kabur!- tym słowom towarzyszył huk broni palnej. - Nie bawcie się w bohaterów, to nikomu nic się nie stanie. Dwójka pasażerów nałożywszy na twarze bandany zerwało się ze swoich miejsc i wymachując rewolwerami strzeliło w sufit by zapanować nad piskami spanikowanych kobiet jadących w tym przedziale. Doświadczony rewolwerowiec od razu ocenił sytuację. Obaj stali na końcu przedziału z bronią w dłoni. Mogli bez problemu dostrzec każde podejrzane zachowanie i strzelić. Sądząc po zachowaniu, wiedzieli co robią i umieli obchodzić się z bronią. Ale… było ich tylko dwóch. Za mało na cały pociąg. A to oznaczało, że było ich tym pociągu więcej.
Matthew nie był zachwycony martwymi problemami, ale też nie był zachwycony tymi żywymi. Na pewno były głośniejsze niż duchy w Umbrze były i aktualnie stanowili większe zagrożenie dla Śpiących w wagonie.
Euthanatos obserwował innych pasażerów sam siadając tak, aby znajdować się na drodze do innych, a jednocześnie wcisnał paznokcie we wciąż nie zasklepioną całkowicie ranę na wnętrzu dłoni powodując taki ból jaki był mu teraz potrzebny, by nie musieć cierpieć bólu kul.
- Chcecie pieniędzy? O to wam chodzi? - odezwał się bez paniki w głosie, jednocześnie unosząc się w tym momencie z siedzenia, nie okazując silnych uczuć, a jedynie trzymając dłoń blisko swojego rewolweru - Czy to naprawdę musi tak być?
- Oczywiście że chcemy pieniędzy i kosztowności. Jakbyś nie zauważył paniczyku to jest napad! - wrzasnął jeden z bandytów kierując broń na Matthew. - Niemniej, niech nikt nie zgrywa bohatera to na stracie paru dolarów wszystko się skończy. Nikt tu nie chce rozlewu krwi.
- A co jeżeli... - mag skupił się na dwóch przeciwnikach chcąc określić emocje, jakie w tym momencie są w nich, jednocześnie trzymając wciąż rękę w pogotowiu przy broni - ...nie zgodzę się byście kogokolwiek okradli?
- Nie bądź głupcem. Nie trać życia dla paru dolarów.- bandyta wycelował broń maga wyraźnie poirytowany oporem Matthew. Obaj czuli się profesjonalistami i nie podobały im się wszelkie nieprzewidziane komplikacje. Takie jak buntujący się pasażer. - Odsuń tą łapę od broni.
- Wolałbym byście wy grzecznie odłożyli broń na ziemię. - Matthew położył dłoń na pistolecie wciąż uważnie obserwując bandytów. I rozmówca “strzelił” do niego. A przynajmniej próbował. Broń się zacięła. Sięgnął więc po drugi rewolwer. Jego kompan w tym czasie wycelował broń w Euthanatosa i sięgnął po długi wąski nóż, wyglądało na to że potrafi nim rzucać.
- Ręce przy sobie!- krzyknął przy okazji wykazując się zarówno gniewem widocznym w głosie. Jak i nutką paniki.Matthew zdawał sobie sprawę, że jest tu dwóch przeciwników i zakładał, iż bandyta poszukujący zapasowej broni może być większym problemem. Ten wszak nie wahał się nacisnąć spustu jako pierwszy. Drugi z nich ciągle tego nie zrobił i choć miał nóż to większa szansa była, że on też spróbuje strzelić najpierw niż rzucić nożem. Niemniej nutka paniki w jego głosie oraz fakt nie okazywania takiej chęci strzelenia od razu do pasażera dały mu więcej dobrego spojrzenia od medyka. Ale niewiele.
Nie zareagował na krzyk bandyty, a jedynie bez emocji wystrzelił ze swojej broni do nieruchomego celu sięgającego po swój zapasowy rewolwer. Strzelał by zabić szybko. Nie czekając nacisnął spust jeszcze raz by posłać kulę w stronę drugiego z bandytów chcąc trafić go w rękę trzymającą nóż.
Krew się polała, a mężczyźni krzyknęli z bólu. Gdy ich rewolwery zawiodły, a nóż wypadł ze zranionej dłoni, zrobili coś… rozsądnego. Rzucili pozostałą broń i poddali się.
Euthanatos ze spokojem odkopnął z dala od bandytów broń i wciąż w nich celując na krótką chwilę zerknął na mężczyzn w przedziale i bez widocznych emocji odezwał się do nich jakby wydawał wojskowy rozkaz.- Wziąć ich pod areszt. Pilnujcie, ale nie krzywdźcie bardziej. - powiedział sam zbierając broń do torby medyka wojskowego, jaką postawił przy siedzeniu.
Teraz, gdy zagrożenie minęło, w zastraszonych dotąd mężczyznach obudziły się “lwy”. I rzucili się na dwójkę bandytów z pięściami. Aresztowanie zaczęło bardziej przypominać lincz, gdy nie stawiający oporu bandyci zostali powaleni na kolana i obijani pięściami przez “odważnych” pasażerów chcących udowodnić swą dzielność przed płcią piękną.Matthew bez zdziwienia patrzył na zachowanie niedawnych zastraszonych mężczyzn z pociągu.Wciąż bez pośpiechu układał broń w torbie, gdy odezwał się w ich stronę ze spokojem, jakby nic właśnie nie miało miejsca.
- Są ranieni, nie trzeba więcej ich krzywdzić. Nie zadawajcie niepotrzebnego bólu już pokonanym. - powiedział i kątem oka obserwował, czy prośba wystarczyła.
Nikt specjalnie nie zwrócił uwagi na jego słowa. Bo w końcu nie chodziło tu zneutralizowanie zagrożenia tylko cóż… zemsta to może słowo nie pasujące, ale wyładowanie frustracji jak najbardziej. Dzielni mściciele jeszcze trochę pastwili się nad tymi, którzy ich poniżyli nim Matthew ich rozpędził. Po prawdzie jednak, bandyci nie dorobili się żadnych poważnych obrażeń. Ot, kilka siniaków i podbite oko. Bądź co bądź… nie próbowano zrobić im poważnej krzywdy.Euthanatos jedynie kątem oka obserwował działania mężczyzn, aby w razie czego zareagować i powstrzymać zagrożenie dla bandytów, jeżeli zbyt się rozochocono odbić sobie uczkniętą dumę.
-

Huk broni palnej w pociągu był niewątpliwie niespodzianką. Bądź co bądź niecodzienna sytuacja ich środka podróży sprawiła, że Milena spodziewała się bardziej nadnaturalnego zagrożenia. A tu… zwykły napad. Odgłosy te słyszała z wagonu za sobą. Z części którą opiekował się Matthew. Jednakże ruch który dostrzegła kątem oka sprawił, że odruchowo spojrzała w drugą stronę. W kierunku lokomotywy. Dwójka “pasażerów”, właśnie nałożyła bandany na twarz i sięgnęła po rewolwery. Jeden ruszył przodem, drugi za nim… i kierowali się ku lokomotywie.
Wiedźma wydała z siebie ciche westchnięcie. Prawdę mówiąc to liczyła na coś o wiele bardziej emocjonującego. Z drugiej strony, na pewno wolałaby uniknąć emocji związanych z oglądaniem Srebrnego Kła który rozprawia się z bandytami. Zrobiła więc to, co zrobiłaby każda rozsądna wiedźma na jej miejscu, nieszczególnie tracąc czas samą tylko oświeconą wolą sięgnęła wzorców dwójki bandytów i korzystając ze swej znajomości tego jak życie działa, wypruła z ich ciał pojedyncze, kluczowe wątki ich jestestwa. Gdy to się stało, ruszyła za nim, stanowczo, lecz nie szarżując, zachowując zdolność schowania się w przedziale.
Mężczyźni wyraźnie zwolnili, drżąc i pocąc się mocno. Mieli problemy z utrzymaniem równowagi czy też skupieniem się na czymkolwiek.
- Cholera… wiedziałem że ten sprzedawca susz.. onej wołowiny wyglą…dał podejrzliwie.- wydukał jeden bandzior.
- Podob…niee… jak jego wołowi…na. - odparł drugi. Nie zauważyli zbliżania Mileny zwróceni plecami do niej. Ich całą uwagę poświęcali utrzymaniu się na nogach. Co nie było łatwe w trzęsącym się pociągu, nawet gdy można było oprzeć się o ściany korytarza.
Verbena przystanęła na moment robiąc cichy, głęboki oddech, lekko uderzając się prawą ręką w mostek, powyżej biustu. Runy były jedną z jej potężniejszych broni. Po tym po prostu podeszła do mężczyzn i z prawą męża, a siłą niedźwiedzia stuknęła ich głowami o siebie, aż bryznęła krew z pękniętych nosów i brwi, a ci odsunęli się na ziemię. Po tym zabrała się do ich przeszukania w celu odebrania broni i potencjalnego zdeponowania jej, wraz z prośbą o posiadanie na celu bandytów, u kogoś z obsługi pociągu lub godni wyglądającego dżentelmena.
Obmacywanie obcych mężczyzn nie było co prawda godne dobrze wychowanej damy. Niestety, było wiele osób które nazwałoby Milenę wieloma “przydomkami” ale nie damą. Kobieta zyskała więc dwa noże i trzy nabite rewolwery.
Milena spędziła chwilę przeszukując przedział. Kątem oka zauważyła bandytów jadących na koniach z luzakami. I desperacko próbujący dogonić coraz bardziej przyspieszający pociąg. Zapewne obsługa lokomotywy też ich zauważyła i nie zamierzała ułatwiać im dostanie się do wagonów. Na razie więc nie byli problemem.
Milena znalazła ogłuszonych mężczyzn, w jednym z pustych przedziałów. Nieprzytomni pracownicy kolei, byli fachowo skrępowani liną i zakneblowani. Najwyraźniej bandyci kiedyś parali się i kowbojskim rzemiosłem. Rozwiązanie ich zajęło chwilę. Ocucenie zdecydowanie dłużej. Wyraźne guzy na potylicy były dowodem, że bandyci przyłożyli się do swojej roboty atakując ich z zaskoczenia. Co jednak sprawiło, że obudzenie ich zajmowało więcej czasu niż planowała. Niemniej… w końcu ocknęli się na tyle, by mogła wyjaśnić im sytuację.
Milena przekazała broń obsłudze wyjaśniając to w krótkich, zdawkowych słowach, po czym ruszyła w kierunku lokomotywy chcąc sprawdzić czy nikt niechciany mimo wszystko tam się nie przedostał. Jak spodziewała się, sprawa była czysta. Spokojna tym, Milena po prostu wróciła do swego przedziału, zostawiając sprawębandytów komu innemu, i licząc, że naturalna tajemniczość magów zapewni jej spokój od pytań obsługi... -

Huk broni palnej i krzyki dochodzące z przedziału Rylanda wyrwały Eliasa i Davida z rozmyślań. Coś się wydarzyło niepokojącego w pociągu. Wychylając się ze swoich zauważyli dwójkę mężczyzn z zakrytymi przez bandany twarzami. Obaj uzbrojeni i obaj wymachując bronią. Zastraszając ciekawskich pasażerów, zmuszali ich do schowania się w przedziałach… co bardziej krewkich ogłuszali kolbami rewolwerów.
Ich intencją z pewnością nie było zabicie kogokolwiek, acz… nie wyglądali też takich co zawahają się użyć broni w przypadku zagrożenia. A ich celem nie był przedziały pasażerskie. Wyraźnie kierowali się w kierunku wagonu towarowego, w którym przebywali strażnicy. W końcu, strażnicy są po to by pilnować czegoś cennego, prawda?
Elias postanowił na razie schować się w jednym z przedziałów i pozwolić bandytom przejść. Będzie miał większe szanse aby jakoś ich powstrzymać jeżeli weźmie ich z zaskoczenia.
Dwóch napastników w wagonie, w całym pociągu pewnie pięć, albo sześć razy więcej. Broń palna, zmora kultywatorów, zwłaszcza w zamkniętej przestrzeni. Trzeba było ich zneutralizować zanim kule zaczną latać. Smok zwizualizował w głowie odpowiednią technikę, by się przygotować. Mógł z łatwością zabić bandytów i bez tego, ale chodziło o to, żeby nie musiał. Zaatakował więc błyskawicznie, szybki cios przesłał energię przez ciało zaskoczonego bandyty łącznie z delikatnymi wyładowaniami elektrycznymi. Potraktowany tak bandzior jęknął cicho i osunął się na ziemię. Drugi, choć zaskoczony sytuacją, zareagował błyskawicznie strzelając w kierunku Davida. I ów strzał okazał się celny, lewy bark został przestrzelony zostawiając plamę krwi na ubraniu. I lekcję by nie lekceważyć miejscowych… zwłaszcza jeśli mają w dłoni rewolwery.
Elias westchnął i wymruczał cichą modlitwę.
"Panie… ofiaruję ci w opiekę duszę tego grzesznika. Spraw aby moja ręka była silna i sprawna, a mój cios celny. Niech się dzieje twa wola."
Po czym wyszedł z przedziału i podszedł do ostatniego napastnika, wymierzając cios prosto w twarz bandyty.
Młody Akashita uchylił się do wnętrza przedziału, niestety nie był dość szybki, pocisk przeszedł na wylot. Jedno trzeba było mu przyznać, nawet nie syknął, choć bolało jak diabli. Zanim zdążył odgryźć się napastnikowi, duchowny zaatakował z ukrycia, rychło w czas, by dać mu chwilę na opanowanie złości. Niestety, cios kaznodziei nie był zbyt skuteczny, Smok musiał po nim poprawić. Złożył ponownie mudrę i uderzył w bandytę, by pozbawić go przytomności.
Zaatakowany z dwóch stron bandzior, najpierw przyjął cios na szczękę. Bardzo twardą szczękę. I ten cios bynajmniej nie pozbawił go przytomności. Musiał brać udział w niejednej bójce. Kolejny cios od Dawida między żebra, też nie załatwił by bandyty, gdyby nie to że przynosił w darze moc gromu. I błyskawice przeszyły jego ciało pod ubraniem przeskakując po skórze w postaci rozlicznych łuków elektrycznych. To wystarczyło by ogłuszyć go. Drugie ciało osunęło się na ziemię.
Gładko poszło, pomijając postrzał. Smok odsunął kopnięciem rewolwer pierwszego bandyty i usiadł mu na plecach, złożył dłonie w wyjątkowo dziwnej mudrze i przycisnął nimi napastnika do podłogi.
-Dwóch na raz nie utrzymam, ogarnij jakoś tego w korytarzu. - Zwrócił się do kaznodziei.
Elias odetchnął.
- Przydałby się jakiś sznur, aby naszych nowych znajomych odpowiednio ugościć… - zaczął się rozglądać za pustym przedziałem, aby tymczasowo tam przechować bandytów.
Prostując się, Elias spostrzegł za sobą mężczyznę celującego w niego z rewolweru. Elias wypowiedział szybką modlitwę.
- Panie, w twe ręce oddaję swój los. - po czym odwrócił się w stronę oponenta.
I los miał zdecydować, bowiem bandyta kryjący się w cieniu wymierzył broń. Ten sam, który był przecież tak współpasażerem Eliasa, strzelił. Kowboj miał pecha… Może tą odrobinę pecha zrekompensowałby swymi umiejętnościami, lecz nie w momencie gdy magya Eliasa do już obecnego fatum dołożyła swoje. Strzelił niecelnie, słaby chwyt wyrwał mu rewolwer z dłoni który przefrunął nad ramieniem atakującego wprost na podłogę.
Świetnie, kolejny napastnik… Davidowi powoli kończyły się pomysły, jak to wszystko rozwiązać bezkrwawo, ale liczył że wciąż da radę obejść się bez zabijania. Nie mógł jednak sam utrzymać dwóch leżących, kiedy kaznodzieja walczył, zwłaszcza że porażenie mięśni miało wkrótce ustąpić. Puścił bandytę jedną ręką, po czym dziwnie powolnym ruchem uderzył go w ramię, by je wybić.
Uderzenie było silne, celne i zakończyło się krzykiem bólu. Ręka z bronią zwisła bezwładnie… ból zresztą po chwili sprawił, że mężczyzna cofnął się do tyłu i osunął na fotel zdrową ręką łapiąc się za zwichnięte ramię.
- Mogło pójść lepiej… - mruknął Elias przeszukując pokonanych oponentów. Uśmiechnął się znajdując przy nich liny - Przynajmniej przyszli przygotowani. - zerknął Smoka rzucając mu jedną linę - Zacznijmy ich wiązać i zamknijmy w jednym z przedziałów. Później może znajdźmy resztę naszej ekipy. -
Pociąg przyspieszył, maszynista widząc pędzących jeźdźców nakazał dołożyć węgla do kotła. i choć się starali, to żywe konie nie mogły wygrać z mocą koni mechanicznych. Zrezygnowali z dalszego pościgu po około dwudziestu minutach porzucając kamratów leżących pokotem w pociągu. I odjechali w dal. Napad zakończył porażką, a związani bandyci spędzili dalszą podróż skrępowani w wagonie towarowym. Nie trwała ona długo, wszak do następnego miasta było już blisko. A potem…

Forth Worth w Teksasie. W końcu, po tak długiej podróży, dotarli na miejsce. Stacja kolejowa w tym mieście wyglądała całkiem imponująco jak na peryferie cywilizacyjne. Stacja była dość spora i panował na niej spory ruch. Powód tego faktu, “bohaterowie” pociągu poznali już nieco wcześniej. W pociągu potajemnie przewożono żołd dla pułku kawaleryjskiego stacjonującego w mieście. Widocznie ktoś jednak wypaplał ten sekret niewłaściwej osobie, skoro nastąpiła próba napadu na pociąg. Te jednak kwestie nie były szczególnie ważne dla samych magów. Bądź co bądź nie interesy Śpiących były dla oświeconych trywialne. Niemniej zyskali na sławie. Konduktor wspomniał, że przekaże miejscowego zawiadowcy stacji informacje o ich czynach. Czy ten zastrzyk popularności pomoże czy przeszkodzi w misji? Czas pokaże.
Na razie pociąg zatrzymał się na stacji, z wagonów pasażerowie wylewali się niczym fala. Bądź co bądź była to stacja końcowa tej podróży. W tym chaosie jednak przyszło czwórce magów zmagać się z pytaniem… co dalej? Byli wszak w całkowicie obcym im mieście.
To pytanie szybko znalazło odpowiedź. Impuls przeszedł przez ich głowy. Mentalny rezonans o dość prostej treści. “Posłańców Loży szukam.”
Ich spojrzenia odruchowi skierowały się ku “latarni” emitującej ten sygnał. Był to niespecjalnie wyróżniający się spośród miejscowych mężczyzna o bujnej kasztanowej brodzie i przenikliwych niebieskich oczach.
Dość spory kapelusz na jego głowie osłaniał go przed palącym popołudniowym słońcem. I trzymał się z dala od tłumu zmieszanych ze sobą pasażerów pociągu z witającymi ich osobami. Mag niewątpliwie się rozglądał w ich poszukiwaniu, ale nie wiedząc jak wyglądają, posłużył się tą prostą acz subtelną sztuczką by zwrócić ich uwagę na siebie.
Elias przyglądając się nieznajomemu szybko zauważył parę ważnych detali. Mag był nieuzbrojony. Nie nosił pasa z koltem co oznaczało że nie był ani kowbojem, ani człowiekiem prerii. A choć ubrany był jak urzędnik, to dłonie wyraźnie miał nawykłe do ciężkiej pracy. -
Całkowite opuszczenie pociągu Milenie zajęło odrobinę więcej czasu niż reszcie, wszak wiedźma musiała jeszcze odebrać z wagonu towarowego psy, które mimo, że odwiedzane, ucieszyły się z widoku swej pani, a także ze świeżego powietrza. Kobieta była pewna, że będzie musiała im to wynagrodzić dobrym polowaniem.
Elias opuścił właśnie wagon kiedy usłyszał sygnał. Potrząsnął głową starając się rozgonić nieprzyjemne uczucie inwazji. Podążył w kierunku mężczyzny upewniając się najpierw, że jego towarzysze podążają za nim. Zbliżywszy się do ich kontaktu uchylił kapelusza.
- Witam… - rozejrzał się po peronie - To nas pan oczekuje.
- Goście z Nowego Jorku?- zapytał i wyciągnął dłoń na powitanie.- Horace jestem. Horace Grimes do usług. Witamy w Fort Worth. Podróż zapewne była męcząca? Współczuję, niemniej wybierając się na Zachód trzeba przywyknąć do niewygód.
Smok nie czekał z wyjściem na Matthew, im szybciej mógł się rozprostować tym lepiej, zwłaszcza że w przedziale wciąż pachniało krwią. Podszedł do osobnika, który zakomunikował, że na nich czeka. Złożył ręce w tradycyjnym geście powitania i lekko skłonił głowę.
- Amithaba, miło Pana poznać Panie Grimes. - Przywitał się krótko, używając nazwiska, które zasłyszał.
Milena dołączyła do grupy po dłuższej chwili, stając za mężczyznami i na razie bez przedstawienia wsłuchując się do czego doszli.
- Taaa… - miejscowy mag wyraźnie nie wiedział jak zareagować słysząc te obce słowo. Przesunął spojrzeniem zgromadzonych osobach. - Więc, jesteście głodni? Spragnieni? Czy może potrzebujecie spoczynku?
- Ano… - odparł Elias - Kilka kojotów, próbowało się dostać na pociąg. - zerknął na pozostałych - Zakładam, że hotel jest pana, skoro pan składa ofertę?
- Teoretycznie hotel jest tylko dla pracowników umysłowych kolei. Inżynierów, kierowników, notariuszy…- odparł konfidencjonalnym tonem Grimes.-... i nie jest hotelem. Ale de facto to “karczma” dla magów należących do mojej fundacji i ich przyjaciół. Plusem tego, że odpoczynek tam będzie za darmo… minus jest taki, że nie ma tam służby. Ścielić musicie sobie sami, przynosić wodę do balii też. Posiłki poza obiadem, też trzeba będzie przygotowywać sobie samemu.
Milena wzruszyła ramionami.
- Tym lepiej - podała mężczyźnie dłoń - Milena Hagendahl - przedstawiła się - wie pan czy wywieszono już świeżą porcję listów gończych? I czy trafiły w świat?
- Aaaa nieee… to dopiero jutro. Taka popołudniowa imprezka po spędzie bydła. Zaprowadzę was na miejsce, gdy przyjdzie czas na to. W sumie to rzut kamieniem od biura burmistrza.- wyjaśnił z uśmiechem Horace.
- A widzisz Horace - wiedźma uśmiechnęła się w tak diabelski sposób, że momentalnie swą mimiką obudziła inkwizycyjne wspomnienia tradycji w okolicznych chórzystach - nam zależy na czymś trochę innym - spojrzała porozumiewawczo po towarzyszach.
- Czy powinienem wiedzieć? Wydaje mi się że nie. - odparł nowo poznany mag.
- Jeśli cokolwiek zaburzy znacznie teren którym uważasz, że się opiekujesz, to cię poinformujemy. To do tego się nie zalicza - uspokoiła wiedźma.
- Ja się tym terenem nie opiekuję. Tylko musicie uważać, by nie podpaść Oświeconym z pułku. Nie mam nic gorszego niż wkurzony mag mający za sobą militarną siłę i autorytet państwa. - wyjaśnił Horace.
-Na moje przyzwyczajenia, takie warunki to wręcz luksus. - Odezwał się David, gdy Milena na chwilę przerwała. - Nie planujemy nikomu podpadać Panie Grimes, ale jak wiadomo życie pisze różne scenariusze. A tutaj karma splata się tak chaotycznie, że pewnych tarć zapewne nie da się uniknąć.
- Nooo to…- zaczął Horace rozglądając się dookoła. - Może resztę spraw omówimy już w hotelu, co? To niedaleko… zabraliście już swoje rzeczy?
Verbena widzą brak zainteresowania sweym niezwerbalizowanym pomysłem, kiwnęła głową nowo poznanemu magowi.
Smok poprawił tylko torbę podróżną na ramieniu.
-Niech Pan prowadzi.
Pozostali milczeli, więc Horace uznał że podobnie jak David mają wszystko przy sobie.
- No to za mną.- rzekł i ruszył przodem uznając, że podążą za nim. -
Hotel robotniczy, bo tak można było określić to miejsce, był dużym drewnianym budynkiem ustawionym rzut kamieniem od dworca. Właściwie to naprzeciw dworca, po drugiej stronie torów. Obok budynku ustawiona była zajezdnia przeznaczona, sądząc po prowadzących do niej torach, na dwie lokomotywy. Budynek ów był zamknięty na kilka kłódek… w przeciwieństwie do hotelu który był otwarty.
I tak jak w normalnym hotelu, był tutaj hol z salą jadalną, oraz kontuarem. Tylko że w przeciwieństwie do hotelu, na kontuarze nie leżała duża otwarta księga do zapisywania personaliów gości. Tu, zamiast kluczy znajdowały się półki z trunkami. A nad półkami wisiała czarno-biała reprodukcja portretu jakiegoś mężczyzny.
- Założyciel naszej fundacji, której my jesteśmy tylko skromną odnogą. Obecnie jest tu nas czterech członków. Było sześciu, ale niedawno…- tu spochmurniał dodając ciszej.- … nasz mistrz popadł w Ciszę, a dwóch adeptów zginęło podczas konfrontacji z jakimś Manitu.
Wzruszył ramionami.- Cóż poradzić. Preria bezlitosna jest. I wymaga czujności oraz zdrowego rozsądku… nawet od maga.
Milena zatrzymała na moment wzrok przy portrecie. Znowu uśmiech zagościł na jej obliczu, tym razem trochę wilczy, gdy szczerzyła zęby.
- W rzeczywistości wydawał się przystojniejszy - stwierdziła do Horace.
- Możliwe… - zastanowił się Horace, po czym dodał głośniej.- Eeemm… to znaczy, nie żebym znał się na kobiecych gustach. Tak czy siak, proszę unikać ostatniego pokoju w korytarzu na górze. Tam spoczywa Gustaw… nasz mistrz. I cóż, potrzebuje spokoju, do czasu aż przybędzie specjalista do niego.
- Statyczna cisza, przynajmniej nie lata nago po fundacji - verbena rzuciła coś, co zdecydowanie nie było taktowne - życzę powrotu do równowagi - dodała nieco bardziej kurtuazyjnie i naprawdę szczerze, od serca.
- Zazwyczaj jest spokojnie… ale zdarzają się… hałasy. Więc czujcie się ostrzeżeni.- dodał Horace.
- Można zaciągnąć od wasz informacji w materii naszych spraw czy też wolicie nie wiedzieć więcej, a przez to i pytania są naruszeniem tego stanu?
- Pomożemy na tyle na ile będziemy mogli.- odparł dyplomatycznie miejscowy mag.
- Dobrze - wiedźma zamyśliła się - jeśli nie macie naglących obowiązków, to wypakuję się i pójdę z psami na spacer, biedakom coś się należy po tej podróży. Wrócę do godziny, może półtora, wtedy porozmawiamy - powiedziawszy to oddaliła się. A Horace spojrzał wyczekująco na pozostałą trójkę magów.
Elias westchnął i spojrzał w kierunku schodów prowadzących na górę.
- Zakładam, że przez specjalistę macie na myśli kogoś, kto pomoże mu wyruszyć w dalszą drogę? - złożył krótką modlitwę pod nosem i spojrzał na Matthew - Nie żebym wyrażał jakieś uprzedzenia, ale czy to nie jest specjalizacja twojej Tradycji? Nie licząc twoich własnych profesjonalnych przekonań.
- Nie wiem. Szczerze powiedziawszy nie mamy procedur na takie sytuacje. Wysłaliśmy telegram prywatną linią do centrali. Czekamy na ich odpowiedź i przedstawiciela.- westchnął posępnie Horace.
Coś w spojrzeniu Euthanatosa jakim zaszczycił Eliasa sugerowało jednocześnie nic, jak i wszystko... oraz miało w sobie niewypowiedzianą odpowiedź.
- Co spotkało waszego mistrza? - odezwał się zwracając wzrok na ich rozmówcę, nie odpowiadając Chórzyście.
- Manitu. To takie lokalne określenie na wszystko co wyłazi zza Rękawicy. Większość tego bowiem ma powiązanie z lokalnymi wierzeniami. Szczerze powiedziawszy nie mam pojęcia jakie to manitu pokonało trzech w miarę doświadczonych magów, ale z pewnością było potężne.- odparł Grimes. - Oświeceni z lokalnego pułku pomogli mi przewieźć mistrza i dyskretnie pochować pozostałych. Samego manitu już nie znaleźli. Być może walka wyczerpała jego siły i nie mógł się dłużej manifestować w naszym wymiarze. Być może ulotnił się gdzieś dalej.-
Po czym spojrzał na Eliasa. - Wypadałoby też wyjaśnić że moja tradycja i tradycje większości moich kolegów oraz przełożonych to Porządek Rozumu, a dokładniej jego odnoga: Porządek Voltariański… albo jak zwą nas inni… inżynierowie elektrodynamiczni. Sfera ducha jest nam w zasadzie obca. Ja… tworzę w materii i korespondencji! - opuścił wstydliwe pięść którą uniósł w górę w przypływie entuzjazmu. - Poza moim mistrzem, jedynie magowie z fortu potrafią sobie radzić z duchami. Ja co najwyżej mogę postawić parę pułapek eterycznych na zmory i pomniejsze manitu.
- Jak objawia się jego cisza? - zapytał Matthew - Czy widzieliście już jakieś hobgobliny? Jakieś inne symptomy, objawy?
- Nic mi o tym nie wiadomo. Zdarza mu się zrywać z łóżka i tocząc pianę z ust pędzić przewracając wszystko na swojej drodze, ale póki co to jedyny poważniejszy objaw. Poza tym… stupor katatoniczny.- wyjaśnił Horace.
Katatonia przerywana napadami, gdyby to nie była Cisza, David najpewniej dałby radę pomóc Gustawowi stanąć na nogi.
-Tutejsze duchy zawsze są takie agresywne? - Nikt o to nie zapytał, a jego ta kwestia dręczyła. Nie był ekspertem w tej dziedzinie, ale trzech doświadczonych magów raczej nie ruszało walczyć z taką istotą dla rozrywki. Musiał być powód, a agresywne byty z innego świata mogły utrudnić im pracę.
- O tak. Bardzo agesywne.- potwierdził Horace splatając dłonie razem.- Musicie wiedzieć, że Dziki Zachód jest jak Europa z czasów mitycznych. Pełen duchów i nadnaturalnych stworzeń. I ten świat kurczy się pod naporem cywilizacji. A te istoty instynktownie czują to, więc są wrogie wobec “białego człowieka”. To naprawdę niebezpieczna kraina, nawet dla Przebudzonych.
- Czyli te wydarzenia to coś niesłychanego, czy raczej interes jak zawsze? - zapytał Euthanatos.
- Raczej ryzyko które należy brać pod uwagę podczas przebywania na Dzikim Zachodzie. Jeśli się jest ostrożnym i nie wciska nosa tam gdzie nie trzeba… to można spokojnie żyć tutaj. To jak z uderzeniem pioruna…- wzruszył ramionami Horace.-... większość z nas nigdy nim nie oberwie, ale niektórzy… po prostu mają pecha.
Elias zastanowił się chwilę nad informacją o duchach z pociągu.
- Skoro mowa o "białych ludziach", jak wyglądają relacje z lokalnymi plemionami? - kaznodzieja spojrzał na ich gospodarza - Jest szansa nawiązać z nimi kontakt, czy na odległość strzelby?
- Nie mam zbyt wielu własnych doświadczeń w tej materii. - przyznał wprost Horace i splótł ramiona razem dodając. - Ale z tego co wiem z relacji naszych “misjonarzy” pośród dzikich… bywa różnie, zależnie od wioski. Generalnie najgorzej jest z Apaczami. Ci to w ogóle najwyżej tolerują obecność białych na swoich terenach łowieckich. W przypadku innych plemion bywa lepiej, ale nie oczekujcie zbyt wiele. Zalecam ostrożność i starajcie się nie irytować ich szamanów. Pamiętajcie, że wioski indiańskie są albo pod wpływem, albo pod kontrolą wilkołaków i… czasem innych łaków. Nie wiem na ile znacie mity zmiennokształtnych… niemniej dzika przyroda jest dla nich ważna, a cywilizacji… zatem szczególnie nas… - tu wskazał na siebie podkreślając ten fakt.- … ogólnie nie lubią.-
- Wiem tyle, że jeżeli coś ma futro, ktoś potrafi się w to zmienić. - odparł Elias - Mimo wszystko, jeżeli nasz zbieg nie trzyma się miast i ma… groźny wpływ na każdego, kto chce go znaleźć. Dobrze byłoby popytać lokalnych. Może coś widzieli.
- Nie zostałem poinformowany o naturze waszej misji, więc nie mam pojęcia o czym mówisz. - odparł Horace i potarł brodę zastanawiając się.- Może przejdziemy do biura projektowego. Tam mam trochę map.
-Zmiennokształtni są dziwni, choć rzucają się w oczy znacznie bardziej niż my, świat o wiele chętniej akceptuje ich istnienie. - Ciężko było stwierdzić, czy David mówi do kogoś czy myśli na głos. - Czy wasza fundacja zajmuje się ochroną tras kolejowych Panie Grimes?
Horace przez dłuższą chwilę przyglądał się Davidowi nim rzekł. - Nie. Nie zajmujemy się tym. Rozwijamy sieć przepływu informacji w postaci telegrafu. Rozbudowujemy sieć kolejową i staramy się połączyć inne fundacje w we wspólnym działaniu, ale przemoc nie jest częścią naszego modus operandi.
Elias delikatnie prychnął.
- No to radzę ją dodać. Wątpię, aby wszyscy byli szczęśliwi, z tym co robicie. - klecha pokręcił głową - Czapki z głów dla tego co robicie, ale trochę zdrowego rozsądku wam by się przydało.
- Nie jesteśmy głupcami. My nie działamy w branży misjonarskiej. Jakby się pojawiły w mieście kłopoty, to na pierwszej linii będzie kawaleria i magowie nią kierujący. Nie my.- odparł Horace i podrapał się po karku.- Co nie znaczy, że nie potrafię przygotować paru paskudnych niespodzianek. Duch nie jest moją specjalnością, ale potrafię używać kwinty do produkcji paskudnych zabawek które mogą napsuć metaforycznej krwi duchom. Nie jesteśmy całkiem bezbronni.
- Jak użyteczne będą wasze zabawki, kiedy dzikusy, czy zwykli bogobojni ludzie przyjdą po was uzbrojeni w zwykłą broń i ogień w sercu? - Elias uśmiechnął się - Zaznaczam, że nie próbuję zastraszyć ani nic takiego. Wiem natomiast, że ludzie kiepsko znoszą próbowanie poprawienia im życia, na siłę.
- Przypominam o pułku kawalerii stacjonującym w mieście. Nie ma w tej chwili wioski dzikusów która nawet z wilkołaczą pomocą mogłaby skutecznie najechać Forth Worth. A i kolej ma swoich ochroniarzy. - wyjaśnił ze śmiechem Horace. - Ja bym się martwił raczej o was, jeśli jedziecie dalej na Zachód to będziecie zdani tylko na siebie.
- Pewnie tak. Coś konkretnego czeka nas na zachodzie, czy standard z tubylcami, łakami i wszystkim pomiędzy?
- Dorzuć do tego renegatów z każdej tradycji, infernalistów zbiegłych sprawiedliwości… szamanów, którzy nie zapanowali nad własną magyią i stali się maruderami. Ci są najgorsi bo nie tylko są niebezpieczni, ale też mają całą wioskę na swoje rozkazy. Do tego byty różnego rodzaju, od niegroźnych jackalopów po była bóstwa pozbawione wyznawców i pragnące zemsty. Wampirów za to w ogóle nie ma. Ponoć miały jakieś królestwa w Mezoameryce, ale tu ich raczej nie znajdziecie. Za dużo pustej przestrzeni i za dużo słońca i za mało pożywienia. A co gorsza większość ofiar krwiopijców jest pod ochroną wilkołaków, które z radością zapolują na coś innego niż zmory i siebie nawzajem.- tłumaczył Horace.
David miał zupełnie co innego na myśli, kiedy zadawał swoje pytanie, ale wymiana między kaznodzieją i ich gospodarzem i tak była pouczająca.
-Współczesna interpretacja Podróży na Zachód. - Mruknął pod nosem, przywołując klasyczną powieść, którą znał praktycznie każdy mnich.
- Ano… - odparł Elias - I my w tym wszystkim mamy znaleźć jednego śmiertelnika… igła w stogu siana… Gdzie siano jest zatrute.
- Wielu… “buntowników” w naszych szeregach właśnie z tego powodu wybiera Dziki Zachód. Bo jest dziki… i żadna Fundacja nie sprawuje nad nim nadzoru.- potwierdził jego obawy Horace i nagle zmienił temat.- My tak gadamy i gadamy, a przecież wyście długo podróżowali. Jesteście głodni może?
Euthanatos nie zabrał głosu, jedynie patrząc po innych magach.
- Ja chętnie coś bym zjadł. Nie wiem jak reszta. - zerknął na towarzyszy.
Na co Matthew jedynie skinął głową.
- To usiądźcie przy stole, a ja wam coś przyniosę. - po tych entuzjastycznych słowach Horace się oddalił w kierunku prawdopodobnie kuchni.
Elias kiwnął na pozostałych.
- Więc… jakieś propozycje, co teraz? Przyznam to całe robienie ze mnie "przywódcy", to trochę mnie przerasta.
-Cóż, jako przedstawiciel stanu duchownego zapewne masz najwięcej doświadczenia w prowadzeniu innych. - W tonie Davida nie było ironii ani uszczypliwości, nawet jeśli sama wypowiedź mogła się taka wydawać. - Mam doświadczenie w polowaniu na bandytów, ale z reguły robiłem to w pojedynkę. Grupy łatwiej wypatrzyć i stanowią trudniejszy cel, więc potencjalne zwabienie poszukiwanego w pułapkę też jest utrudnione.
- Zdziwiłbyś się. Jestem bardziej nauczycielem niż przywódcą. Szerzę prawdę, tym którzy chcą słuchać. - Elias westchnął - I też nie jestem najlepszy w zabawę grupową… ostatnio spróbowałem to się sparzyłem.
- A tym którzy nie chcą sugerujesz leczenie ogniem na stosach? Czy już się na pistolety przerzuciliście? - lekko monotonny głos Euthanatosa wbił się w rozmowę.
- Ej, ej proszę nie porównywać mnie do Inkwizycji. Jestem do tego prawie pewny, że oni byli zainspirowani pijawkami niż nami. Co do tych, którzy nie chcą… - Chórzysta wzruszył ramionami - Ich wola, grzeszenie z umiarem nie jest mi niemiłe.
- Błędów nie popełnia jedynie ten, który nie robi niczego. - Mruknął Smok. - Matthew, jesteś lekarzem, na ile wyznajesz się w kwestiach logistycznych? - Zwrócił się do Euthanatosa. Milena lubiła rozstawiać ludzi po kątach, ale w jego odczuciu była to raczej kwestia charakteru niż umiejętności, a potrzebowali kogoś kto ogarnie ich pomysły w jakiś przemyślany sposób.
- Kwestiach logistycznych? - zapytał Euthanatos zdziwiony pytaniem - O jakich kwestiach mówisz jakie powiązujesz z moim powołaniem? Zaopatrzenie na podróż?
Mówi się, że magowie przybywają zawsze na czas, gdy ich potrzeba, nigdy nie są spóźnieni. Osoby posługujące się tym stwierdzeniem musiałaby się mocno zdziwić gdyby były świadkami przybycia Mileny w sam raz, na czas podawania ciepłej wieczerzy. Verbena bez słowa przywitała się ze zgromadzonymi kiwnięciem głową, zasiadając przy stole. Psy posłusznie zajęły miejsca w przeciwległych rogach sali.
-Organizację pracy zespołu. - Odparł David. Po chwili odwrócił głowę do Mileny i lekko jej skinął na powitanie. - Każdy z nas ma swoje doświadczenia i pomysły, ktoś musi to posortować i rozplanować w miarę sensowny schemat. Zakładając, że Elias jest przywódcą, ta osoba byłaby strategiem.
Matthew spojrzał z lekkim zdziwieniem na Davida. Nie do końca mu się to kleiło.
- Mogę zawsze wspomóc swoim zdaniem czy radą, ale nie miej błędnego zrozumienia. Byłem wsparciem moich oddziałów, nie strategiem, a klinikę sam ogarniałem, czasem zatrudniając do pomocy w razie potrzeby.
Oferowanie Euthanatosowi pozycji mającej wpływ na cele mogło przez niektórych brzmieć jak pomysł, delikatnie mówiąc, ryzykowny. Oczywiście Matthew był medykiem, ale to nie znaczyło, że Euthanatosem tylko z nazwy.
Tymczasem w końcu pojawił się gospodarz niosąc kociołek przykryty kilkoma cynowymi talerzami.
- Gulasz wołowy z kapustą i grochem.- rzekł stawiając go na stole.- I kilkoma papryczkami. Długo się gotuje, ale jest tego warty. -
Wskazał kciukiem na butelki za kontuarem.- I piwo do tego. Słodowe z odrobiną chmielu, warzone na miejscu.
Wyciągnął z kieszeni kilka drewnianych łyżek.- To częstujcie się, a ja zaraz doniosę chleba.
Milena podziękowała serdecznie, i będąc trochę na bakier z etykietą, nałożyła sobie pierwsza jedzenie.
Euthanatos podziękował i powoli sam zaczął nakładać sobie jedzenie.
Elias przyłączył się do spożywania posiłku.
- A jaką widzisz swoją rolę, Smoku?
- Ja jestem łowcą, znam się na technikach śledzenia i maskowania, potrafię też skutecznie obezwładnić cel bez zabijania, jak miałeś już okazję zobaczyć. Nie nazwałbym się mistrzem, ale radzę sobie w tym fachu. - Odparł młody Akashita, nie brzmiało to jak przechwałki, raczej stwierdzenie.
Milena milczała, nieszczególnie przysłuchując się rozmowie.
Tymczasem wrócił Horace przynosząc pokrojony chleb i położył go na środku stołu. Usiadł na stole obok tego, przy którym jedzono posiłek.
- Więęęęc nie wiem czy powinienem o to pytać. I nie oczekuję odpowiedzi jeśli wasza misja jest tajna lub… z jakiegoś innego powodu nie możecie nic wyjawiać. Niemniej… po co w ogóle przybyliście do Forth Worth?- zapytał pozwalając swojej ciekawości wypłynąć na powierzchnię. Przy czym szybko dodał.- Oczywiście nie musicie mnie wtajemniczać, jeśli nie chcecie. W zasadzie nie macie powodów ku temu.
- Z tego co możemy się podzielić? Poszukujemy kogoś. Bandziora. Tyle powinno wystarczyć - powiedział Elias.
- Noooo bandziorów… to pełno jest na dzikim zachodzie. Tych bliżej cywilizacji łapie wojsko i czasem agencja Pinkertona. Tych znajdujących się dalej od cywilizacji, albo wiesza miejscowy szeryf, albo robi to tłuszcza w ramach samosądu.- wyjaśnił Horace siadając.
Milena nie wtrącała się w rozmowę, przynajmniej na razie. Przez moment wyglądała jakby się zawahała nad zabraniem głosu, lecz finalnie tego nie uczyniła.
A Horace kontynuował. - Nie zamierzam naciskać na szczegóły waszej misji. Pamiętajcie jednak, że moja pomoc w waszej sprawie może być ograniczona przez brak informacji z waszej strony. Tak czy siak. Pokoje dla was są przygotowane, podobnie będą posiłki. Zatrzymać się tu możecie tak długo jak… loża będzie płacić wasze rachunki.
- Proszę nie uważać mojej… wstrzemięźliwości, jako brak zaufania. Po prostu nie wiem ile bezpiecznie mogę się podzielić. - Elias westchnął - Cel jest… niebezpieczny nawet na odległość.
- W pełni to rozumiem.- zgodził się z nim Horace.- Pomogę oczywiście w miarę moich możliwości. Nie oczekuję też pełni zaufania. Znam metody działania waszej Fundacji i jej przywiązanie do dyskrecji.
- To nie nasza Fundacja - Milena wtrąciła pomiędzy jednym gryzem a drugim - podejmujemy tylko pracę ku wspólnemu dobru, włączając w to dobro zleceniobiorców…
- To skomplikowane… - przyznał Eliasz - Chociaż pewnie częstsze niż sądzimy.
- Nie aż tak… skomplikowane - machnął ręką Horace. - Wiem że loża z Nowego Jorku lubi wykorzystywać najemników. Tamtejsze tłuste koty niechętnie ruszają się ze swojej komfortowej siedziby, nieprawdaż?
- I tak właśnie zaczyna się zima każdej fundacji - verbena wtrąciła z uśmiechem dając znać, że spodobało się jej określenie tłustych kotów.
- Dzięki temu osobnicy naszego pokroju zawsze mają coś do roboty. - Odezwał się znad swojego posiłku Smok. Z racji że jego klasztor był zależny od darczyńców, taki stan rzeczy mu odpowiadał.
- A co to za pokrój? - zapytał dyplomatycznie Horace.
- Sam już sobie odpowiedziałeś. - przypomniał Euthanatos - Tłuste koty niechętnie ruszają się ze swojej siedziby, a czy my na takie wyglądamy?
- Nie. Ale… pierwszy raz słyszę o Fundacji, która zrzesza magów do wynajęcia.- wyjaśnił zakłopotany Horace. - Przyznaję, że to dość… cyni… eeem… praktyczne podejście do rzeczywistości.
- Loża wynajęła magów których miała pod ręką - Milena wtrąciła się z odrobiną irytacji w głosie - nie stanowimy fundacji, a kabałą nas można nazwać tylko temu, że mamy wspólny cel. Poznaliśmy się pierwszy raz w budynku Loży. No może z małym wyjątkiem - puściła lekkie spojrzenie w stronę eutanatosa.
- Och… przyznaję tego się nie spodziewałem. Jeśli magowie przybywają do nas w większej liczbie, to zwykle należą do tej samej Fundacji.- odparł zaskoczony Horace. -
Milena wybrała się z psami daleko poza skraj miasta, lecz zamiast spokoju i natury, przywitał ją zgiełk i wielkie stada bydła wraz z ich opiekunami, słusznie zwanymi cowboyami. Pozwoliła wybiegać się psom, korzystając mimo wszystko ze sporej przestrzeni, sama kucając przy piaskowym głazie.
Jak każda wiedźma, wiedziała, że należy przywitać się w nowym miejscu. Wbrew temu, co wielu pomyślałoby, nie miała zamiaru witać się z duchami, a przynajmniej nie z tymi, które są najaktywniejsze, duchami płytko zakorzenionymi w kulturze, plemionach i polityce… To ją nie interesowało, była verbeną, a jej korzenie sięgały głębiej. Nacięła dłoń nożem i skropiła głaz swoją krwią. Witała się z samą ziemią, tym co postrzega całe ludzie cywilizacja jak migracje plemion ptasich, zanuciła stary rytm, bez słów witając się z tutejszą emanacją matki ziemi, żywiołakami skał, gór, podziemnych źródeł, a przez z nie czyniąc mały pokłon przed samym korzeniem tej ziemi.
I po tym zostawiła na schnących śladach krwi pajdę czerstwego chleba, a na koniec wszystko zmyła wodą z manierki. I została jeszcze chwilę przed pastwiskami, mając obowiązek za sobą, pozwalając wyszaleć się wilczakom.
Szybko zauważyła, że niespiesznie dwaj jeźdźcy kierują się ku niej. Szerokie kapelusze, skórzane kamizelki na kraciastych koszulach. Płaszcze przerzucone przez siodło, rewolwery u pasa z nabojami. Trzydniowy zarost na ogorzałych twarzach. Blondyni, jeden koło dwudziestki, drugi dziesięć lat starszy. Może bracia, może spokrewnieni… z pewnością kowboje. Verbena w zasadzie to zignorowała, trochę inaczej postąpiły psy, biegając nieco bliżej swej pani.
- Witam.- odezwał się starszy z nich przyjaźnie i ujął palcami rondo kapelusza w geście powitania. - Panienka się zgubiła? Preria to niebezpieczne miejsce na samotne wycieczki.
- Rzeczywiście, temu nie jestem sama - Milena powiedziała z lekkim uśmiechem szczerząc zęby delikatnie.
- Z całym szacunkiem panienko, ale dwa pieski, nawet tak duże i potężne, to mimo wszystko niewielka pomoc w razie zagrożenia. My mamy ósemkę do pilnowania stada i co z tego… sami też musimy czuwać.- zażartował młodszy. A starszy się zapytał.- A czemu panienka tak daleko od miasta się zapuściła?
- Miałam na myśli was, dżentelmeni - wiedźma stwierdziła tonem który był trochę kpiący, a trochę jednak… nie? Na pewno mieszający w głowi. - Po podróży pociągiem postanowiłam wyprowadzić psy męża.
- Szczęśliwy małżonek. Nie dość, że piękna, to jeszcze uczynna.- rzekł młodszy kończąc słowa gwizdnięciem. A starszy dodał.- Pewnie by się zmartwił, gdyby dowiedział się jak daleko panienka się zapuściła. Tu w okolicy obecnie pełno wilków, które pociągnęły za stadami bydła, a i ślady pumy żeśmy znaleźli. Starego rosłego samca.
- Psy męża to półwilki - Milena rzuciła z podniesioną brwią - duża ta puma? Mąż przyjechał tu na polowanie, co prawda zaproszenie od znajomych obejmowało inne atrakcje, ale w tak zwanym międzyczasie może połakomić się na próby tropienia czegoś na własną rękę, co nie jest z kontynentu.
- Całkiem spora sądząc po śladach.- odparł młodszy z entuzjazmem.- Dopadła byka starego Rodgersa jakieś dwie noce temu. I ubiła. Co prawda byk był już stary i ślepy na lewe oko, ale…
- Niech panienka nie lekceważy miejscowych wilków. Widziałem raz takiego co był wielki jak koń.- rzekł staszy z kowbojów. A młodszy dodał ze śmiechem.- Po pijaku i z daleka.
- Wiem co widziałem! - obruszył się starszy.
- Takie i w Norwegii mamy - wiedźma zamyśliła się, pumę raczej kładła na karb zwyczajnych zwierząt, ale wilk wielkości konia to musiał być wilkołak.. lub pijackie zwidy - dziękuję za ostrzeżenie. Ja się zbyt daleko nie zapuszczam, tu wszędzie wokół stada, panowie pracujący, to i bezpiecznie.
- Trzeba uważać w dziczy panienko. Owszem teraz jest nas tu sporo, bo jutro spęd bydła na targ, ale każdy z nas ma kilkadziesiąt krów na głowie. Trzeba je przede wszystkim pilnować. Także… młody. - tu starszy skinął na swojego.- Dopilnuj by panienka bezpiecznie wróciła do miasta i objedź stado od strony parowu kojota.
- Nie ma problemu.- odparł “Młody”.
- Nie prosiłam - Milena odpowiedziała swobodnie ale też zadziwiająco ostro z czymś, co do tej pory nie wybrzmiało w rozmowie, stanowczością która potrafiła rozpruć człowieka na kilka części… a teraz po prostu uciekła z czarownicy jako pomruk delikatnej irytacji. Cowboye byli dość mili ale też z jakiegoś powodu ich towarzystwo wydawało się jej męczące. Może po prostu dziś łatwiej się irytowała niż zazwyczaj…
- Ciężko by mi było na sercu, gdyby się okazało że coś panience się stało… tylko dlatego, że nie wykazaliśmy się tym no… szarmanctwem…?- stwierdził starszy z mężczyzn, a Młody spytał. - Norwegia? To gdzieś w Appalachach, prawda?
- Panowie nie mogą porzucać swej pracy dla każdej damy - uśmiechnęła się - Europa, skandynawia. Zimno, śnieg, jeszcze zimniej i więcej śniegu.
- Aaaaa… Europa. To za oceanem, prawda?- zapytał Młody. A drugi mężczyzna rzekł.- Młody podprowadzi panienkę bliżej miasta. Niech się panienka nie martwi. Opuści panienkę zanim stać się może powodem do plotek.
Verbena westchnęła lekko i przystała na propozycję z zamiarem wpytania młodego o wielkie wilki w drodze.
Podróż z nim nie trwała zbyt długo, bo szybko zobaczyli światła miasta w blasku zmierzchu. I Młody nie okazał się szczególnie pomocny, jeśli chodzi o wilka. Wszak to nie on go widział. I zapewniał, że kuzynowi się przywidziało. Aż tak wielkich wilków nie ma na prerii.***
Odrobinę później, blisko czasu snu, Milena postanowiła odwiedzić ich gospodarza.
- Ja jeszcze z prywatą - jeśli można - zapytała kurtuazyjnie.
- Och… czy ta prywata wymaga tak konkretnego czasu?- zapytał zaskoczony mężczyzna zbierając naczynia po kolacji ze stołu.
- Nie - wiedźma odparła szczerze - ale jak nie macie nikogo do zmywania, to pomogę - dodała.
- To nie będzie konieczne. - przyznał wprost Horace wzruszając ramionami.- Przywykliśmy do domowych obowiązków. No chyba że ta prywata wymaga od mnie jakichś… prac?
- Nie, spokojnie… Jak mówili moi towarzysze, szukamy kogoś. Lecz poza pracą dla Loży, szukam też jednej przebudzonej. Stwierdziłam, że może u was zaciągnę języka..
- Pamiętam wszystkie niewiasty które zawitały pod ten dach.- zaśmiał się Horace ciepło. - Mogę je policzyć na palcach jednej dłoni.
- Wątpię aby tu nocowała, ale może słyszałeś coś. Moja uczennica, Olga, chociaż pewnie posługuje się innym imieniem wedle potrzeb. Pełnych kształtów, niższa ode mnie, blondynka. Gdy ją ostatni raz widziałam była już prawie adeptką życia więc wygląd być może też dopasowuje, ale raczej nie będzie fatygować się aby całą sylwetkę zmieniać. Jest rusinką, ma dość silny akcent które raczej nie ukryła. Być może jest całkiem dobra w Duchu, ale raczej nie adeptką… Chociaż trochę czasu minęło, a miała do tego smykałkę.
Milena rzuciła zgrubny opis magowi nieśpiesznie.
- Nie. Żadna Olga nie zawitała pod ten dach. Niemniej wiele osób zatrzymuje się w mieście, bo to dobre miejsce na przystanek przed wyruszeniem na naprawdę dziki zachód. - Horace odłożył na bok naczynia. - Linia czasowa… hmmm… do trzech lat wstecz wystarczy. Odrzućmy Sfery… to co potrafi nie ma znaczenia. To jak wygląda, jak się ubiera, co nosi przy sobie… bardziej. Możesz dostarczyć takie detale? - przymknął oczy i zaczął wykonywać ruchy palcami, jakby przesuwał korale na niewidzialnym liczydle.
- Blond włosy, końcówki lekko kręcone, możliwe, że nie równo podcięte. Blada karnacja, z wyraźnymi rumieńcami pod wpływem emocji, równe zęby, oczy bladobłękitne. Silny rezonans witalności, szersze uda. Lubi spódnice, w tym dłuższe. Krótkie paznokcie, jest dość młoda. Na pewno ma dwa sztylety - Milena sięgnęła po swoje noszone za plecami - będą podobne, athame i boline, typowe narzędzia wiedźm. Pewnie też miała podręczny kociołek. Nie pachnie ziołami, lubi nowoczesne perfumy.
Jej wypowiedź przerwało parsknięcie mężczyzny.- Doprawdy, uważasz mnie za tak śmiałego wobec kobiet, bym się mógł zbliżyć od obcej… na tyle wyczuć zapach?
- Może was przeceniłam, a może nie doceniłam - wiedźma odparła z błyskiem w oku.
- Nie.. ta… nie ta… oooo… Nie miała sztyletów przy sobie, ale miała kuferek, którego nie wypuszczała z dłoni. Kociołek mógł się tam zmieścić, sztylety też. Blada karnacja z brzydką opalenizną… ale poza tym pasuje do twojego opisu. Widziałem ją… jakieś ćwierć roku i dwa tygodnie temu, raz.. nie… dwa razy… Nie wymieniliśmy żadnych słów. Nawet nie wiem czy mnie zauważyła. Co robi…ła? No tak. Widziałem ją z Harrym Welshem. Zwą go Harrym Oposem. To traper i okazjonalny przewodnik do wynajęcia. Raczej solidna firma. Aaaa.. i miała wyraźnie podkrążone oczy. Dziwne jeśli życie jest jej domeną. Oczywiście nie mogę zagwarantować że to twoja Olga… niemniej to jedyna magiczka pasująca do twojego opisu.
Otworzył oczy.
Milena słuchała wypowiedzi mężczyzny z rosnącą uwagą. To był pierwszy solidny trop (to znaczy potencjalny, ale jedyny który wychodził poza skrawki rezonansu i silne wróżby) jaki dostała od długiego czasu. Widać było, że jej oczy się ożywiły.
- Dziękuję - powiedziała gdy skończył - z rana znajdę tego trapera?
- No z tym będzie problem, z którego sobie zdałem sprawę przed chwilą. - zamyślił się ponuro Horace.- Ostatni raz widziałem Oposa…. ćwierć roku i dwa tygodnie temu.
Wiedźma rzuciła krótkie, norweskie przekleństwo pod nosem.
- Nienawidzę przesłuchiwać trupy - powiedziała szczerze - strasznie konfabulują. Oby jednak żył…
- Może żyje…- wzruszył ramionami Horace.- Wasz lider potwierdzi moje słowa, że traperzy oddani swojemu rzemiosłu nie mają domów. Cały stan jest domem Oposa. Pewnie się gdzieś włóczy po prerii. I zapewniam że Harry nie próbował jej zrobić krzywdy. To żarliwy Irlandczyk i równie żarliwy katolik. Dlatego miejscowi nie lubią go.
- O to się nie martwię. Olga w obronie potrafi wywrócić człowieka na drugą stronę, w końcu to moja uuczennica - verbena zamyśliła się - ale zaprowadzenie w głuszę to co innego, dobrze wiedzieć, że nie należy do ludzi sprzedających innych bandytom. Dziękuję Horace… Naprawdę - wciąż o czymś myślała.
- Nie ma sprawy. Rzadko mam okazję wertować moją pamięć w poszukiwaniu czegoś innego niż techniczne detale. - zażartował mag.
- A właśnie… Nie mam zamiaru poszatkować wam zasłony, ale jeśli po drugiej stronie kręciłby się wieeelki wilk, to nie ma co panikować. On też szuka Olgi, zwykle zostawiamy sobie informacje, ale czasem musimy się spotkać.
- To co jest za zasłoną jest zmartwieniem miejscowych plemion. Wilkołaki kręcą się po okolicy i pilnują miejsc mocy z przyzwanymi przez siebie duchami. My… unikamy zaglądania tam. Na razie nie jesteśmy jeszcze gotowi na to.- wyjaśnił Horace.
- W takim razie macie jedno zmartwienie mniej. Chcesz coś za przysługę czy sobie to zapamiętamy? - Milena rzuciła standardową formułę honorową magów.
- Zapamiętamy. Poza tym co to za przysługa? Odpowiedziałem tylko na twoje pytanie.- wzruszył Horace podnosząc naczynia. - Chyba że… nadal jesteś gotowa na to zmywanie?
Milena zaśmiała się i po prostu wzięła od przebudzonego naczynia gotowa zająć się obowiązkiem domowym. -
Posiłek się skończył i Horace wstał by robić za przewodnika dla magów po swojej posiadłości. Bądź co bądź był zapracowanym człowiekiem i nie mógł niańczyć czwórki dorosłych ludzi przez cały dzień. Toteż po posiłku pokazał im najważniejsze lokacje. Oczywiście kuchnię i wychodek… ze spłuczką! Po pociągnięciu łańcuszka zamontowanego nad drewnianym kiblem woda spływała by spłukać odchody. Ani chybi magia nowoczesnych technologii.
- Nie przyzwyczajajcie się do tego. To rzadki rarytas w tych stronach. Nawet najlepsze hotele w Teksasie tego nie mają.- rzekł z dumą.
Ciekawszym miejscem było “biuro projektowe”… Duża sala ze stołem bilardowym, zawalonym mapami, planami, schematami i setkami karteczek z różnymi notatkami. Liczne mapy różnych obszarów Stanów Zjednoczonych i Teksasu wisiały na ścianach. Była tu też także olbrzymia szkolna tablica na której ktoś napisał dziesiątki równań. Ten totalny chaos połączony z wyjątkowo techniczną naturą ich badań sprawiały, że ciężko było ocenić co miejscowi magowie tu robili.
Poza tym były cztery biura prywatne, po jednym na każdego miejscowego maga. Obecnie każde zamknięte. Horace wskazał położenie swojego acz nie pokazał jak biuro wygląda w środku. Takoż i nie rozwodził się na tym, kim są pozostali członkowie jego Fundacji.
Następnie wszyscy udali się na piętro. Horace pokazał przeznaczone dla nich pokoje dodając.
- Sami zdecydujcie kto gdzie śpi. Wszystkie są takie same. To pokoje gościnne.-
Cóż… gościna to było za duże słowo. Każdy pokój zawierał proste łóżko, niewielką szafę na ubrania, pusty kufer na prywatne rzeczy, nieduży stolik z miską do obmycia twarzy krzesło i… w sumie nic więcej. Żadnych ozdób, żadnych detali, żadnych świec… nic.
Smok rozpakował swój skromny dobytek w pokoju, który miał znacznie więcej udogodnień, niż to było potrzebne komuś takiemu jak on. Podejrzewał, że skończy śpiąc na podłodze, bo łóżko było znacznie bardziej miękkie niż futon.
Wprawdzie to miasteczko miało być tylko punktem wypadowym, ale jego instynkty mówiły mu, że powinien rozeznać się w terenie. I może przy okazji wyłapać jakieś potencjalne informacje. Przebrał się w ciuchy podróżnicze, które były o niebo wygodniejsze niż garnitur, usiadł by wyregulować oddech, potem wyszedł z budynku. Przemierzał uliczki trzymając się cieni, poznawał rozkład otoczenia, nasłuchiwał, obserwował ludzi.
Okazało się szybko, że jutrzejsza impreza związana z listami gończymi nie zajmuje szczególnej uwagi mieszkańców miasta. Ci bowiem ekscytowali się czymś innym… spędem bydła. Ta impreza miała nastąpić koło południa i miała przebiegać przez główną ulicę miasta. Potem miało się odbyć niewielkie rodeo z tej okazji na jednym z dużych pustych placów. Smok natknął się na mężczyzn sprawdzających właśnie ten obszar i naprawiających ewentualne usterki w ogrodzeniu. Tam też rozstawiło swe wozy się kilku cudotwórców sprzedających eliksiry i leki na wszelkie dolegliwości. Ani chybi szarlatanów bez jakichkolwiek zdolności magicznych. Oraz stanęły tam wozy z rozrywkami dla starych i młodych. Rzucaniem obręczy na paliki, strącaniem butelek celnie zaciśniętą piłką oraz nawet strzelaniem do tarcz z wiatrówki. Ba… była nawet kobieta z brodą (sądząc po plakacie na wozie), oraz tajemniczy Caligiostrio… wróżący przyszłość z kuli i kart. W każdym razie ich wozy były. Bo samego maga i kobiety z brodą David tam nie wypatrzył.
Poza tym w mieście były dwa bary oferujące różne rozrywki… obecnie oba oblegane przez przyjezdnych oraz hotel z ofertą kabaretową dla bardziej zasobnej klienteli. Była też oczywiście siedziba szeryfa z całkiem sporym aresztem oraz niedostępne dla przypadkowych przechodniów koszary kawalerii, chronione zarówno przez wartowników jak i subtelnie umieszczone, ale dość silne magiczne bariery.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się