Kultyści - Lato 2519
-
Oryginalny autor: Seachmall
- Cieszą mnie twe słowa Otto. Ale nie wybieram się za morze już zaraz. Myślę, że przygotowania jeszcze tydzień czy dwa zajmą. I też chciałabym mieć czym się pochwalić i skusić moich pobratymców do przybycia tutaj. Czyli dobrze jakby do tego czasu dało się zdobyć coś namacalnego co pozostało po Czterech Siostrach aby im pokazać. - rogata wyrocznia skinęła uprzejmie głową na słowa jednookiego kultysty. I doprecyzowała jak to zapewne może wyglądać z jej podróżą do Norsci. Po części też pewnie by miała lepszą pozycję w negocjacjach jakby do tego czasu pozostałym kultystom udało się zdobyć jakiś artefakt czy coś podobnego w tej kwestii co by mogła zawieźć za morze i tam pokazać współplemieńcom.
- A z tym wystawianiem kuperka to nie wiem czy wiesz Otto ale zwykle jak już jest po to raczej to sprzyja zawieraniu znajomości, przyjaźni i sojuszy. Więc niekoniecznie musi to być wisienka na torcie negocjacji z kopytnymi. - Łasica zaczepiła o inny wątek poruszony przez byłego mnicha. Widocznie niekoniecznie zgadzała się z jego wnioskami co do kolejności zdarzeń i kroków w razie ewentualnych kontaktów ze zwierzoludźmi.
- Nie wiem czy go jeszcze spotkam. Spróbuję. Nie przywiązywałam do tej pory wagi do niego i jego słów. Dopiero jak teraz Czcigodna wspomniała to przypomniałam sobie o nim. Wtedy jak o tym mi mówił to za bardzo więcej nie powiedział o tamtej zatoczce. Tyle, że to Salt i gdzieś na południu od miasta. - Onyx obiecała, że zrobi co się da z tym swoim znajomym artystą co jej tak opowiadał o owej zatoczce co teraz dziwnie pasowała do opisu Mergi. Ale nie była pewna czy go odnajdzie i co z tego wyniknie, czy dowie się coś więcej czy nie. Jednak obiecała spróbować.
- Z dziewczynami z klubu ja mogę popytać. Ale spróbuję ci załatwić zaproszenie na następny Bezahltag. Raczej powinno mi się udać, Kamila mnie lubi no ale to jej spotkania i ona ma ostateczne słowo. Jak nie to się nie przejmuj, zorganizuję coś w mojej galerii. Przydałby się jakiś pretekst więc jak masz jakiś nowy wiersz czy obraz to to by mogło być. - z kultystów Pirora chyba była najbardziej zagłębiona w śmietankę towarzyską miasta, zwłaszcza tą część co się interesowała szeroko pojętą sztuką no i ona zwykle była najlepiej poinformowana co tam się dzieje no i mogła właśnie pomóc pozostały zorganizować jakieś spotkania na tym wyższym, towarzyskim szczeblu. Więc była gotowa wesprzeć w zamiarach swojego kolegę kultystę.
- O, właśnie, dobrze prawisz Otto. Od razu mi wyglądałeś na inteligentnego, młodego człowieka. Nie ma co kombinować, weźmiemy moją ślicznotkę na smycz i zaprowadzi nas jak świnia do trufli do tego daru Oster. - za to Sigismundus rozpromienił się na słowa jednookiego który jak na razie jako jedyny poparł jego pomysł. Od razu potraktował go jak sojusznika dla tej sprawy.
- Nie wiem czy wiesz. Ale prowadzanie kogoś na smyczy po ulicy to jednak trochę rzuca się w oczy. - Silny parsknął nieco ironicznie zwracając uwagę na to co chyba zapomniał medykus i uczony. No i trudno było się z tym nie zgodzić.
- Poza tym nie wiadomo jak daleko by nas zaprowadziła. Może to w mieście, może rzut beretem za blankami a może tydzień drogi przez dzicz stąd. - Burgund też dorzuciła coś od siebie no ale ona jako zwolenniczka Węża raczej była zainteresowana dziedzictwem Oster czyli tymi tropami z syreną i może tą rzeczną zatoką co tam jakiś znajomy Onyx coś mówił.
- Ktoś zbiera jakichś najemników? Gdzie? Po co? Kto? Na załogę jakiegoś statku czy co innego? Bo mnie nie było w mieście to nie wiem. - Silny za to wrócił do tego o czym mówił były łowca czarownic, bo widocznie niezbyt wiedział jak ma ugryźć te wieści.
- Ja tam bym chętnie spróbowała z tymi kuperkami i zwierzoludźmi no ale ta syrena też mnie ciekawi. Ciekawe czy jest jakaś piękna. Jak od naszego patrona to chyba powinna prawda? Jakby była piękna to chciałabym się z nią kochać! No chyba, że to jakaś obślizgła maszkara i zimna ryba… No to wtedy niekoniecznie… - Łasica odwdzięczyła się za wsparcie Joachima w starciu słownym z Tobiasem obdarzając magistra słodkim i uroczym uśmiechem. No ale, że Wąż był w niej silny to wolała się zająć dziedzictwem Soren albo chociaż tymi sprawami jakie dostarczałyby jej ekscytacji i podniety. Niemniej nie była tylko wyuzdaną trzpiotką co dała wyraz zaraz potem jak wróciła do spraw dla niej służbowych czyli przeniknięciu do Akademii Morskiej.
- Na włam to się idzie na pewniaka albo prawie. Ja i Burgund możemy sforsować mur w nocy i gdzieś się włamać. Ale gdzie? To cały kompleks ta Akademia. A do włamu to potrzebny jest budynek, pietro, pomieszczenie, które to drzwi i okna. Potem to na ile się da rozpoznać, obejrzeć jak to wygląda, jak da się podejść, jakie są zabezpieczenia. i dopiero się robi włam. Zresztą włamuje się po coś. Można w ciemno, ale zwykle wiadomo chociaż mniej więcej co tam powinno być. A teraz to nawet nie bardzo wiemy czego szukać. A w zimie coś było o wybuchających głowach. Nie uśmiecha mi się podchodzić do czegoś od czego wybucha głowa. - włamywaczka wystawiła swoją fachową opinię jak to zwykle wyglądają przygotowania do włamu. Chociaż w tak ogólnych zarysach i założeniach. Patrząc na to jej oczami no to faktycznie prawie nic nie wiedzieli poza jakimiś plotkami z zimy na jakie teraz Tobias zwrócił uwagę.
- Można też na oszusta. Wtedy zależy kto. Nam to by najłatwiej było udawać jakąś służbę czy co. Tak jak w zimie Łasica Katię udawała. Albo Egon strażnika. To by można tam się rozejrzeć. Ale jeszcze łatwiej komuś kto tam po prostu może sobie legalnie wejść. - Burgund często działała w duecie z Łasicą podczas różnych numerów na mieście gdy były “na robocie”. Obie miały podobne doświadczenia i umiejętności chociaż niebieskowłosa była przy tym bardziej skradaczem i włamywaczką a rudzielec oszustką i naciągaczką. Teraz popatrzyła na Joachima i Tobiasa którzy w tym gronie powinni mieć najłatwiejszy dostęp do biblioteki Akademii a może i innych urzędów i biur jakie się tam znajdowały. Może jeszcze Sigismundus jako aptekarz i cyrulik też miał spore szanse aby tam się legalnie dostać. Niemniej podobnie jak Onyx i Łasica jakby miała wybierać to wolałaby coś bardziej pobudzajacego żądze i zmysły niż nudne udawanie praczki, kucharki czy służki dzień po dniu. W zimie widać było ile Łasicę to kosztowało i chociaż sumarycznie się bardzo opłaciło to jednak włamywaczka nie wspominała tego jako coś przyjemnego. Więc niezbyt jej i jej koleżankom uśmiechało się ponownie pakować w coś podobnego chociaż nie powiedziały “nie” w takiej opcji.
Heinrich obdarzył Joachima spojrzeniem najwymowniej wyrażającym jego podejście do młodego maga - kryła się w tym mdłym, niezainteresowanym wzroku jakaś tłumiona niechęć pomieszana z brakiem zainteresowania.
Czasy zmieniły się dla byłego Łowcy Czarownic, ale choć nie posiadał już pozycji o tym wpływie, to jednak pozostały w nim wyuczone reakcje społeczne.- Wiem. - odparł niespiesznie na pytanie Joachima - Jest też różnica między zbieraniem a zbieraniem. - skupił spojrzenie na Burzookim - Gdy bierzesz kogokolwiek, kogo skusi moneta, to cel raczej nie stanowi poważnego zagrożenia, ni wymaga dużego pomyślunku poza machaniem bronią. - wykrzywił usta w uśmiechu - A ktoś tani prędzej ucieknie z pieniądzem niż będzie pomocą w walce z większą grupą, magiem... Oczywiście o ile nie planujesz wykorzystać najemników jako mięsa armatniego. - wzruszył ramionami.
- W Kwarcie. - Heinrich zwrócił się do Silnego - Zważając na rekrutację, chętni są dość dokładnie sprawdzani nim zostaną zaakceptowani. Nie o załogę statku chodzi, szczegóły nie zostały podane niewybranym. Nie chciałem za mocno okazywać zainteresowania, jakie wykroczyłoby poza chęć zarobku. Oferowane pieniądze zachęciły wielu, więc takie działanie nie było niczym niezwykłym. Wolałem uniknąć sprawdzenia, jakie mógłby zwiększyć mój mikry staż w mieście. Najwyraźniej najemnicy są potrzebni w asystowaniu w poszukiwaniach i konieczna jest nie tylko sprawność w mieczu, ale także "siła ducha". - kolejny ironiczny uśmiech.
- Osobiście szukałbym artefaktu od Vesty. Zjawiska mogące się pojawiać, mają szansę nie tylko nam wskazać drogę, ale też zadziałać jak światło lampy olejnej, ściągającej ku sobie łowców czy innych śledczych.- Tyle możliwości, tyle możliwości… - Otto westchnął i przetarł swój pusto oczodół - Tzeentch uwielbia tego typu sytuacje. - złożył dłonie w modlitwie i zaczął cicho szeptać. Po chwili spojrzał na zgromadzonych.
- O ile nie możemy zabrać się za wszystkie artefakty na raz, możemy podzielić naszą rodzinę na kilka zadań. Za twoim przyzwoleniem Starszy, sądzę, że najlepiej będzie wysłać niewielką grupę za artefaktem a w tym czasie reszta zboru będzie szukała informacji o pozostałych. - rozejrzał się po kultystach - Strupas i Sigismundus. Jeżeli uda się wam, wypróbujcie waszą lochę. Zobaczcie jak daleko was zaprowadzi. Zacznijcie poza miastem, jeżeli będzie ciągnęła w stronę miasta… jednocześnie ułatwi i skomplikuje to sprawy. - spojrzał na Silnego i Łasicę - Jeżeli patrząc na oczywiste znaki, zwierzoludzie są pod wpływem Khorna, a to oznacza bardziej bitkę niż kuperkowanie. Dlatego ten artefakt zostawimy na później.Mnich zamknął oko.
- Władco losu wskaż mi drogę…. - westchnął - Obserwujmy na razie tylko Łowców. Wiemy czego najpewniej szukają, ale nie są świadomi ani nas, ani pozostałych darów. Jeżeli wejdziemy z nimi w wyścig o dar Vesty będziemy mieli kolejny problem na głowie. - uśmiechnął się do wyznawczyń Slaanesh.
- Co oznacza, że oddział kuperkowy najpewniej wygrał te wybory. Sądzę, że powinniśmy ruszyć za syreną, bez urazy Sigismundus. Zadanie może nam co najwyżej zabrać czas i ewentualnie doprowadzić do kilku aktywności zaciśniających więzy.Joachim spojrzał z uznaniem na Otta, którego przemyślane słowa przypadły mu do gustu.
- Zaiste, wiele możliwości i ścieżek przed nami, dlatego planuje spojrzeć w gwiezdne znaki. I zgadzam się, że jest nas teraz na tyle dużo, by badać różne tropy. Jak wspomniałem ja mogę całkiem legalnie dostać się do Akademii, przetarłem już szlaki, jestem w końcu uznanym magiem Kolegium, co otwiera wiele bram - wyprostował się dumnie.
- I choć bliżej mi do Pana Przemian niż Księcia Rozkoszy, to popieram żeby sprawę syreny potraktować jako priorytet. Już się z nią wraz z Silnym i Rupertem spotkaliśmy - spojrzał w stronę osiłka i ponurego rybaka, którego zwerbował do Kultu - więc to najbardziej namacalny trop. Wiemy mniej więcej gdzie przybywa i że można ją wywabić śpiewem, to chyba sporo?- No i cały czas podtrzymuje, żeby mieć oko na tę grupę łowców w mieście, wiesz coś o nich Heinrichu? - spojrzał znów nieco podejrzliwie na nowego członka zboru.
Heinrich spojrzał na maga zimnym wzrokiem.
- Nie. - krótko odpowiedział, jakby chcąc sprawdzić reakcję Joachima.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 02 - 2519.06.28; fst; przedpołudnie
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; koga “Stara Adele”
Czas: 2519.06.27; agt; wieczór
Warunki: ładownia, jasno, ciepło, gwar rozmów; na zewnątrz jasno, sła.wiatr, pogodnie, ciepłoZbór
- Za tydzień jest to krasnoludzkie święto sagi a potem turniej rycerski. Będzie kilkudniowy festyn na całego. Zjedzie się wielu gości, także z okolicy, pewnie i z Saltburga ktoś przybędzie aby stanąć w szranki lub obejrzeć zmagania. Więc zbór za tydzień będzie pod znakiem takiego festynu. Myślę więc, że możemy poświęcić parę najbliższych dni aby rozeznać się w sytuacji które z tropów rokują najlepiej. - gdy w końcu mistrz zboru zabrał głos po wysłuchaniu tych różnych argumenty w dyskusji swoich podpopiecznych to uznał, że mają jeszcze czas na podjęcie kluczowych decyzji zanim skoncentrują uwagę na konkretnej ścieżce.
- Co do tego turnieju to myślę, że będzie on związany z jakąś niespodzianką albo skandalem. Zdumieniem i rozczarowaniem. Może to jakoś wpływać na nasze losy i sytuację chociaż na razie nie jest to dla mnie jasne jak bardzo i w jaki sposób. - Merga pokiwała swoimi pięknymi rogami które tak imponowały Lilly dorzucając swoją ni to uwagę ni przestrogę.
Potem jak już te najważniejsze rzeczy mieli ustalone zostały sprawy organizacyjne. Kto, z kim, kiedy i gdzie. Teraz mieli okazję rozmawiać swobodnie i bez ogródek bo na zewnątrz to już nie było takie oczywiste. O ile powiedzmy Łasica czy Burgund jak się przebrały za jakieś służki to jeszcze były naturalnym widokiem w kamienicy Pirory to już taki śmierdziel jak Garbus czy obcy mężczyzna jak Henrich wzbudzali by pewnie pytające spojrzenia.
Sigismundus ochoczo zgłosił się aby razem ze Strupasem “wyprowadzić lochę” na zewnątrz. A owa “locha” jak ją nazwał Otto bardzo mu się spodobała. Aż zarechtorał radośnie na to zgrabne określenie. - Tak, tak, Locha jej pasuje. Będzie się tarzać w błocie i gnoju jak prawdziwa locha! Pokocha to! I zaprowadzi nas do daru pozostawionego przez Oster! I będzie miała zaszczyt być narzędziem i naczyniem dla błogosławieństw Ojczulka! O tak, tak, właśnie tak! Ona jeszcze nie wie jaki zaszczyt ją spotkał, jak powinna być wdzięczna za swój wspaniały los! - aptekarz i cyrulik zaśmiał się chrapliwie co nadawało mu dość szalonego wyglądu. Ale mimo wszystko zdawał się być racjonalny w swoich kalkulacjach. A Festag mu pasował na takie próbne “wyprowadzenie lochy”. Zamierzał rano, o ile pogoda pozwoli, spróbować co z tego wyjdzie. Strupas miał mu towarzyszyć bo jak zawsze był chętny do knucia i rozpowszechniania błogosławieństw Ojczulka. Ale jak ktoś miał ochotę to mógł do nich dołączyć. Dziś rano przy południowej bramie mieli się zerbać we trójkę i zobaczyć czy owa locha się nadaje do czegoś sensownego z tym szukaniem błogosławionych plagą trufli.
- No cóż, dziewczyny, to kopulowanie z koziołkami chyba będziemy musiały odłożyć na później. Ale mam nadzieję, że w zamian dostaniemy kopulowanie z jakąś ładną syrenką. - Łasica ewidentnie nie miała ochoty brać udziału w jakimś szukaniu źródeł zarazy. Za to jej była myśl o ekscytujących przygodach, zwłaszcza takich co zwykle kończyły się w alkowie. Jednak nie tak dosłownie. Widocznie miłość na łonie natury gdzieś w lesie czy na plaży też żywo ją interesowała. Zwłaszcza z tak egzotycznymi i niecodziennymi kochankami. Skoro jednak tajne spotkanie ze zwierzoludźmi nie miało takiego poparcia jak szukanie kontaktu z syreną która prawdopodbnie była jakoś związana z tym samym patronem co ona i jej koleżanki no to była skłonna pójść na kompromis dla dobra sprawy i zboru. Zwłaszcza jakby ta syrena okazała się jakaś ładna, zgrabna i powabna na co chyba miała nadzieję. Jak zwykle mówiła tak swobodnie i z uśmiechem, że nie do końca było pewne czy żartuje czy mówi na poważnie.
Co do obserwacji werbowników w “Kwarcie” zdania były podzielone. W oczywisty sposób Łasica z koleżankami wydawały się w sam raz. W końcu już nie raz wchodziły w rolę służek i kelnerek czy dziewcząt do towarzystwa. A większość najemników była mężczyznami co lubili się otaczać właśnie kobietami takiego pokroju. No ale dziewczęta nie mogły się rozdwoić więc albo by musiały bytować w “Kwarcie” albo udać się gdzie indziej. W końcu Pirora wspomniała, że ma znajomą najemniczkę którą właściwie dawno nie widziała więc może jakoś od niej uda jej się czegoś dowiedzieć. I na razie na tym stanęło z tymi werbownikami. No chyba, że Heinrich czy ktoś inny miałby ochotę sam wziąć się za śledztwo w tej sprawie to oczywiście droga była wolna.
Tobias niejako w naturalny sposób skierował się do Joachima w sprawie Morskiej Akademii. No i obaj poświęcili się temu samemu patronowi. Z całego zboru oni dwaj mieli najlepsze możliwości aby tam się udać pod jakimś oficjalnym pozorem. Przynajmniej do bibloteki. Bo większość pozostałych to już musiałaby kombinować na etapie bramy i rozmowy ze strażnikami a oni to chociaż ten pierwszy próg mieli otwarty. No ale w Festag to Akademia była zamknięta więc jak już to trzeba było zacząć od nowego tygodnia.
Silny i Egon na razie mieli pozostać w kryjówce na statku. Na wypadek gdyby było potrzebne ich siłowe wsparcie. Ale, że nadal byli poszukiwani listami gończymi to docelowo mieli opuścić miasto. Albo będą towarzyszyć Merdze w wyprawie na północ albo którejś z wypraw jeśli udałoby się zdobyć jakiś obiecujący trop.
- No to powiedzmy jutro po mszy w “Mewie”. Zastanawiam się czy szukać Nije czy lepiej nie. Albo Lilly. - Łasica ustaliła punkt i miejsce zbiórki na swoją ulubioną tawernę w porcie. Ona i Burgund były chętne wyruszyć na szukanie syreny. Onyks też ale w końcu dogadały się, że może lepiej jak spróbuje poszukać tego swojego poetę co coś tam mówił o tej zatoce miłości. Bo tylko ona go znała to miała największą szansę go odnaleźć. Zaś z Nije Simonsberg sprawa była o tyle niejednoznaczna, że poprzednio, jeszcze w zimie całkiem ładnie jej poszedł ten śpiew i muzyczne konkury z syreną. No ale nie należała do zboru. Gdyby działali tylko siłami zboru mieliby większą swobodę manewru gdyby to faktycznie chodziło o spotkanie z istotą naznaczoną przez Chaos. Zwłaszcza, że Wrakowisko nie leżało tak blisko miasta więc były spore szanse, że nawet w dzień nie będzie tam wielu gapiów. Może jacyś rybacy na morzu jak już. No ale bez Nije nie mieli żadnego zawodowego barda ani śpiewaka. Nie było więc pewne czy udałoby się tak jak jej jakoś wywabić syrenę chociaż do tego pierwszego, śpiewnego kontaktu jak to miało miejsce zimą. No a Lilly była mutantką. Do tego z mutacjami typowymi dla jej wężowego patrona. A nawet ze znamieniem ukrytym na podbrzuszu. Co robiło wrażenie na jego wyznawcach. Łasica też je miała choć nie tak wyraźne. No ale jednak z Lilly było to ryzyko, że póki byli w mieście to zawsze było ryzyko wpadki gdyby ktoś zajrzał jej pod spódnicę czy choćby jakiś nadgorliwy strażnik chciał ją przeszukać. Zwłaszcza, że ona sama, pomimo nauk Łasicy, wciąż była wręcz w dziecięcy sposób zafascynowana miastem i jej mieszkańcami, zwłaszcza księżniczkami czyli pięknymi i kolorowo ubranymi kobietami. I czasami dawała się ponieść tej fascynacji co mogło ją i jej towarzyszy wpakować w jakieś tarapaty.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; tawerna “Wesoła mewa”
Czas: 2519.06.28; fst; przedpołudnie
Warunki: główna izba, jasno, ciepło, gwar rozmów; na zewnątrz jasno, łag.wiatr, mżawka, chłodnoGrupa Łasicy
- Trochę pada. - Burgund patrzyła za okno. Widać było kawałek ulicy i wody zatoki razem z bujającymi się na falach statkami. Nie było to niespodzianką, od rana się chmurzyło no i wreszcie zaczęło padać. Chociaż raczej drobna mżawka niż pełnoprawny deszcz. W jednej z alków tawerny mieli całkiem dyskretne warunki spotkania, zwłaszcza jak się zasunęło kotarę oddzielajacą ją od głównej sali. Teraz była odsunięta bo dziewczyny chciały widzieć kto przyszedł skoro czekały na spotkanie no i by inni kultyści też mogli ich zobaczyć jakby przyszli.
- No pada. Ale słabo. Będzie błoto na tej plaży. Ciekawe czy ta syrenka by lubiła zabawy w błocie tak jak my. Jak tak to by mogło być całkiem ciekawie. - zamyśliła się włamywaczka też rzucając okiem na widok za oknem. Mżawka była pewnym utrudnieniem ale nie padało aż tak aby rezygnować z wyprawy za miasto.
- Pójdę do Cori po oliwę. - oszustka o burgundowych włosach wstała i ruszyła do szynkwasu gdzie urzędowała ich ulubiona blond kelnerka. Chwilę tam rozmawiały w przyjaznej atmosferze po czym blondynka pokiwała głową i wyszła po coś na zaplecze.
- Pożyczyłam wóz to możemy tam podjechać. Ktoś z was umie powozić? No ja mogę albo Burgund no ale jak ktoś chce to proszę bardzo. - zwróciła się do reszty czekających towarzyszy. Właściwie to byli prawie w komplecie i można było ruszać do tego wozu a potem do bramy i dalej za miasto plażą aż do Wrakowiska.
- Ja to będę się niedługo zbierać. - Onyx też z nimi siedziała. Chociaż nie zamierzała ruszać na tą syrenią wyprawę tylko miała w planie poszukać swojego piewcę ody do miłości co tak zachwalał romantyczny zakątek nad jakąś zatoczką Salt. Ale na razie jeszcze siedziała razem z nimi.
- A ja mam nadzieję, że to będzie jakaś ładna syrenka. A nie obślizgła maszkara. Jak będzie jakaś szpetna to nic z nią nie będę robić. - myśli Łasicy krążyły widocznie wokół tajemniczej istoty kryjącej się w morskich głębinach. Bo chociaż grupie Joachima w zimie udało się z nią nawiązać kontakt to jej nie widzieli więcej niż kawałek ogona bujającego się wesoło pomiędzy skałami o jakie rozbijała się wodna kipiel. I dało się poznać, że kultystka Księcia Przyjemności chętnie zawarła by bliższą znajomość z jakaś atrakcyjną syrenką no ale nie ze szpetną maszkarą.
- Jak jakaś szpetna to może Fabi by dała się namówić? Ona lubi takie ekstremalne przygody. Chyba nawet bardziej niż my. - zaproponowała rudowłosa kultystka wracając do stołu i machając wesoło zdobytą butelką oliwy. Przez chwilę trzy kultystki dyskutowały o tej interesującej możliwości ale skończyło się na tym, że trochę późno aby brać to pod uwagę na dzisiaj bo trzeba by to umówić, pewnie przez Pirorę co miała z nią najlepszy kontakt i dostęp no a gdyby syrenka okazała się jakaś taka niczego sobie to i Burgund z Łasicą by sobie pewnie z nią poradziły w jakichś wesołych karesach. Oczywiście gdyby już doszło do jakiegoś kontaktu na tyle aby dojść do tego etapu. Ale czego się można było spodziewać po istocie z Wrakowiska tego tak naprawdę nikt nie wiedział. Dlatego dziewczyny miały u pasa po długim nożu a w zapasie kostur który można było użyć jako lagi czy tępej włóczni. Jednak miały nadzieję na pokojowe a najlepiej łóżkowe rozwiązanie i, że przemoc nie będzie potrzebna.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; brama południowa
Czas: 2519.06.28; fst; przedpołudnie
Warunki: zaułek; na zewnątrz jasno, łag.wiatr, mżawka, chłodnoGrupa Sigismudna
- Dobre miejsce wybrałeś. Ładnie tutaj. Podoba mi się. - Sigismundus pochwalił kolegę w wierze co do wyboru miejsca spotkania. Podobało mu się. Odór odpadków, moczu, kału i końskiego nawozu jaki zalegał w mrocznym zaułku wabił jego zdeprawowane nozdrza. Do tego padało, lekko ale jednak. Co sprawiało, że to wszystko nasiąkało wodą tworząc ładne kałuże i błoto. Chociaż nieco tłumiło ten przyjemny zapach rozkładu.
- No. Ile czekamy? - Strupas pokiwał swoją brzydką, zniekształconą głową na znak zgody. Nie byli do końca pewni gdzie ich ta wyprawa zaprowadzi i czy ktoś dołączy do nich jeszcze czy nie. Ani czy gdziekolwiek dotrą. Nawet czy Locha do czegoś się będzie nadawać z tym tropieniem to do końca nie byli pewni.
- Jeszcze możemy trochę poczekać. Jak nikt to sami pójdziemy. - aptekarz wzruszył ramionami. Z jednej strony zdradzał ekscytację bo wiele sobie obiecywał po tej wyprawie. No ale racjonalna część jego umysłu mówiła mu, że to pierwsza próba z Lochą jako przewodniczką to nie miał pojęcia czy coś z tego będzie. Do tej pory nie używał jej w tej roli. No ale jak Starszy dał mu zielone światło na tą próbę to postanowił spróbować.
- Może zdjąć jej tą smycz? Trochę głupio tak wygląda. Rzuca się w oczy. - garbus dość gładko podporządkował się Sigismundowi doceniając go w roli swojego lidera. Po odejściu Sebastiana przez chwilę został sam jako oddany patronowi rozkładu ale wiosną do grupy dołaczył właśnie aptekarz którego aż kusiło aby nazwać szalonym i bezwzlgędnym eksperymentatorem. Ale garbus doceniał jego intelekt i wolę rozsiewania błogosławieństw ich patrona więc szybko mu się podporządkował. Razem stanowili zgrany duet i często ze sobą współpracowali. Jednak wczoraj Starszy zgodził się, że kobieta prowadzona po mieście na smyczy to za bardzo rzuca się w oczy i lepiej tego unikać. Skoro to były słowa ich mistrza to woleli się podporządkować no i brzmiało sensownie.
- Jeszcze nie. A jak gdzieś poleci? Dopiero jak wyjdziemy i będziemy szli przez bramę. Potem jak będziemy w lesie to znów jej założymy. - aptekarz popatrzył na uwiązaną do haka wbitego w ścianę kobietę. Siedziała osowiale i kiwała się w monotonnym rytmie. Ale wiedział, że potrafiła być silna gdy miała napady agresji czy pobudzenia. Faktycznie to był ryzykowny moment przechodzenia przez bramę. Mogli ją co najwyzej trzymać jakoś za rękę czy co. Bo bezpieczniej było na smyczy ale tak jak to wczoraj było mówione za bardzo rzucało się w oczy. Strażniczy mogli się przyczepić. Zwłaszcza jak chodziło o młodą i nawet ładną kobietę.
- Szkoda, że ją umyłeś. Wcześniej bardziej mi się podobała. - Garbus stanął obok niego też patrząc na tą z jaką wiązali takie nadzieje. No tak, skoro mieli wyjść z nią na miasto to Sigismundus musiał zadbać o pozory i umyć ją i ubrać jakoś by wyglądała w miarę normalnie. Co niestety w ich oczach mocno zepsuło jej atrakcyjny wizerunek no ale musieli dbać o pozory.
- Trzeba było. Ale jak się wytarza w błocie to znów będzie jak przedtem. Dobra, czekamy jeszcze trochę i idziemy. Niewiadomo gdzie to się skończy. Nie zamierzam nocować na zewnątrz. - aptekarz westchnął i spojrzał w niebo. Dzień był jeszcze dość wczesny. Niedawno dzwony były dziewięć razy więc było już po porannej mszy. A locha jakby ich gdzieś zaczęła prowadzić to nie wiadomo czy to tak na pół dnia drogi, dzień czy tydzień. Ale chciał sprawdzić czy w ogóle gdzieś ich będzie prowadzić. Na razie siedziała na podłodze opuszczonego domu i mamrotała czasem coś do siebie, albo nuciła coś lub zapadała w letarg. I ogólnie sprawiała wrażenie obłąkanej albo opóźnionej w rozwoju.
-
Oryginalny autor: Zell
Były łowca czarownic obserwował wymieniających się informacjami najemników, pijących w przerwie między zleceniami, „romansującymi” z dziewkami karczemnymi z Kwarty, które zostały oczarowane grubością opasłych sakw nakarmionych wypłatą. Heinrich nie znajdował się w mieście wystarczająco długo, aby zbudować odpowiednią siatkę znajomości wśród najemników. Nie od początku też zakładał taki obrót swojego życia. Co w sumie wtedy zakładał?
Przeżyć.Wyszarzałe jasne włosy Heinricha zostały przykryte brunatną pastą, by oszukać obserwatora co do ich barwy. Przywdziany pancerz łączył ciemną skórę z metalem napierśnika. Siedział nieopodal Jonasa, który chętnie dzielił się opowieściami o wyssanych z palca przygodach. Zabawne było słuchać niemożliwych przechwalanek starszego najemnika, a jeszcze bardziej ciekawiły reakcje osób, które się wsłuchiwały w jego słowa. Młodzi nie umieli odgarnąć z drogi tego fałszu i wchłaniali każde słowo, łatwi do przekonania kłamstwu. Heinrich zastanawiał się czy oni dożyją pierwszej swojej wypłaty, czy może polegną szukając takich sukcesów, o jakich mówił stary najemnik.
Na kolanach bajarza z mieczem, siedziała piegata białogłowa o wydatnych kształtach, której zauroczenie opowieścią trwało tak długo, jak najemnik nie zmienił jej na inną ze służek. Heinrich zobaczył w jej oczach zmianę, gdy odsunęła się od opowiadającego - ona wyraźnie nie wierzyła w większość tego, co usłyszała i tak długo, jak musiała podbijać mu ego swoją obecnością, tak długo cierpliwie znosiła uwiązanie. Wyglądało na to, że zmianę z inną dziewczyną przyjęła z ulgą, choć musiała zostać wynagrodzona przez Jonasa sądząc po monecie w dłoni, chowanej w kieszonkę skrytą między zwojami spódnicy.
Heinrich wysunął dłoń ku odchodzącej kobiecie, przywołując ją do siebie i dopijając łyk piwa z kufla położył monetę na kancie, utrzymując ją nieruchomo palcem.- Z tego co Jonas mówi, aż dziwię się, że nie został przyciągnięty przez werbowników ostatnio. -przesunął palcem monetę do przodu i do tyłu - Tak im zależało na jakości, a pogardzili?
-
Oryginalny autor: Seachmall
Dzień święty trzeba święcić. Otto ruszył z rana do świątyni Mananna pomóc Martinowi w jego przygotowaniach.
- Chciałbyś pomóc może w samych uroczystościach, Otto? - propozycja akolity zbiła kultystę trochę z toru.
- Słucham?
- Czy chciałbyś mi pomóc poprowadzić mszę? Tak dużo robisz… - jednooki mężczyzna delikatnie się zaśmiał.
- Ciągle próbujesz mnie wciągnąć z powrotem na "Boską ścieżkę"? Dziękuję Martin, naprawdę. Jednak moje życie w klerze postanowiłem pozostawić za sobą. Do tego byłem Sigmarytą, nie Mananninem. To co robię teraz… do przysługa dla ciebie. Masz dostatecznie dużo na głowie. - Otto lubił obserwować akolitę, było coś w jego czystego w jego wierze. Przykro będzie patrzeć na jego śmierć kiedy kult przejmie kontrolę nad miastem. Chyba, że do tego czasu zdoła otworzyć Martinowi oczy - Do tego nie mam takiego talentu do przemawiania do grup co ty.Otto spokojnie brał udział we mszy, obserwując również resztę zgromadzenia, starając się wycenić siłę wiary w populacji.
Po mszy ruszył na miasto zakupić dwa przedmioty..
Grupa Łasicy
Do grupy podszedł Otto, postanowił zabrać się z misją Slaaneshytów. Ufał oczywiście, że znajdą syrenę, zastanawiało go jednak czy będą pamiętać o szukaniu czegoś innego niż otworów w ciele morskiej niewiasty.
- Moje piękne panie. - przywitał się z kultystkami - Pozwolicie, że zabiorę się z wami? Jestem pewny, że pogoda nie przeszkodzi nam w tej przygodzie. - przysiadł się do kobiet - Rozważałem co proponowałaś wczorajszej nocy. - zwrócił się do Łasicy - Nije o ile przydałaby się w wybawieniu syrenki, jest nie zrzeszona. Tak… istotną misję nie możemy powierzyć osobie trzeciej. Ja oczywiście nie umiem śpiewać, ale… - wyciągnął zakupiony dziś flet - Potrafię grać na fleciku jak nie jedna ladacznica. - uśmiechnął się łobuzersko - Może muzyka przyciągnie naszą łuskowatą śpiewaczkę, a istotę o tak urodziwych wyglądach na pewno zdołamy jakoś przekupić.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim miał dużo do przemyślenia wieczorem po spotkaniu Zboru. Pojawiało się przed nim coraz więcej ścieżek, a patrzenie przez gwiazdy na ścieżki losu nie zawsze było łatwe, choć dzięki naukom Mergi jego wiedza i moc się zwiększały. Jednak tak jak powiedział, chciał zakończyć sprawę Syreny skoro ją już rozpoczął. Raz już wziął na łowy uroczą bardkę Nije, chociaż udział kogoś nie będącego w Kulcie w tej misji mógł rodzić trudności, dlatego więc zdecydował się postawić wróżbę. Pogoda dzisiaj pozwalała na obserwację gwiazd, jednak wynik, jak stwierdził z westchnieniem, wcale nie był jednoznaczny. Dobrze widoczna była Gwiazda Uroku, która zwykle oznacza coś magicznego i złowieszczego, spotkanie z czymś tajemniczym i nieznanym. Co zazwyczaj interpretuje się jako złowróżbne ostrzeżenie. Dość dobrze widoczna była Tancerka. Co zwykle jest symbolem pasji, pożądania i namiętności. Zastanawiał się, czy miało to symbolizować zarówno Nije jak i namiętne Slaneeshytki z którymi w tej sprawie połączył siły. Dobrze widoczne też były Dudy, symbolizujące oszustwo, podstęp i intryganctwo. Mogło to być ostrzeżenie przed podstępną naturą stworzenia, jak i przed tym, że zabranie Nije to niezbyt dobry pomysł skoro niej dotyczyła wróżba. Ale też te znaki mogły wynikać z tego, że poza Nije reszta grupki to byliby kultyści, więc sprawa wiązała się z oszustwem i intrygami pod adresem bardki. Postanowił się z tym przespać.
Następnego dnia rana jako przykładny obywatel miasta pojawił się na mszy w Świątyni Mananna. Nie był tam jedynym obecnym członkiem Zboru. Widział Otta, jednego z nowych członków co do którego nie zdążył jeszcze wyrobić sobie opinii, chociaż jego rozsądna postawa podczas ich wczorajszej narady spodobała mu się. Była też Pirora, z którą się przywitał oraz paru znanych mu przedstawicieli miejscowej elity. Zamienił słowo ze studentem Wolfgangiem, którego poznał na polowaniu zeszłej zimy oraz z Lady van Hansen, która przekazała mu, że jej znajoma byłaby zainteresowana wróżbą w ważnej dla siebie sprawie. Z uśmiechem odparł, że chętnie pomoże. Prowadzenie takiego podwójnego życia było dość wyczerpujące, choć miał wrażenie, ze idzie mu całkiem dobrze. Ciekawe czy i kiedy to się zmieni?
Grupa Łasicy
Kiedy dołączył do oczekującej w karczmie grupy Łasicy, byli z nim rybak Rupert i jego ochroniarz Gunther, obaj osobiście przez niego zwerbowani do Kultu. Podszedł do żartującego towarzystwa.
- Cześć dziewczyny, zawsze miło was widzieć w dobrym humorze, nawet w kiepskiej pogodzie. Po znakach które widziałem wieczorem, postanowiłem na razie nie brać ze sobą Nije, może poradzimy sobie bez niej, ostatnio zresztą nie chciała podążyć drogą morską. Lilly możemy wziąć jeśli tak chcesz Łasico, ona całkiem ładnie śpiewa. A i twoje granie na flecie może się przydać...- skinął głową Otto.
- Pytanie czy wszyscy płyniemy łodzią, czy też próbujemy zdziałać coś z lądu? Możemy też się podzielić na dwie grupy, jedna wywabi syrenę a druga w razie czego odetnie jej drogę ucieczki. Ja mogę moją mocą pozbawić ją głosu gdyby chciała nas zauroczyć.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 03 - 2519.06.28; fst; południe
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; karczma “Kwarta”
Czas: 2519.06.28; fst; południe
Warunki: główna sala, jasno, ciepło, gwar rozmów; na zewnątrz jasno, łag.wiatr, zachmurzenie, umiarkowanieHeinrich
Siedząc i siąpiąć coś z kufla były łowca czarownic nie miał za bardzo co robić. Poza podsłuchiwaniem i rozglądaniem się po okolicy. Ale nie był tu jedyny. Widział, że przynajmniej część gości też albo czeka na kogoś albo na coś bo siedzieli albo sami, albo po dwóch i też się rozglądali. Nawet z kila razy z tym czy tamtym złapali się spojrzeniami. Obserował karczmę od środka ale i sam co jakiś czas ściągał czyjeś spojrzenie. W końcu siedział sam przy stole i z nikim dłuższy czas nie rozmawiał.
Podobnie jak jakiś elf. Sądząc po zieleniach i brązach to pewnie jakiś ranger czy inny myśliwi. Miał też łuk jaki tak często kojarzył się z tą starszą rasą. Też wyglądało, że czeka na coś czy kogoś. I też chociaż raz skrzyżowali ze sobą przelotne spojrzenia. No albo na kogoś kto siedział za nim. Bo tam też jeszcze były ze dwa, w większości obsadzone stoły.
Stamtąd dolatywał dziewczęcy śmiech. Siedziała tam trójka kobiet. Ta bliżej Henrichie siedziała do niego plecami to nie widział jej twarzy. Ale sądząc po czarnej, ćwiekowanej brygantynie to pewnie była jakaś najemniczka albo łowca nagród. Rozmawiała o czymś z kobietami siedzącymi naprzeciwko niej. No i mniej więcej frotnem do Heinricha więc chociaz plecy i czarna głowa najemniczki nieco mu je zasłaniały to jednak jak siedział dłuższą chwilę udało mu się dostrzec szczegóły. To była stara i młoda kobieta. Pewnie była między nimi z pokolenie różnicy. Starsza to już powinna mieć dzieci a może i małe wnuki. Młodsza była w takim wieku, że powinna albo być zaręczona albo szukać kandydata do takich zaręczyn. Ale to własnie ona wydawała się prowadzić rozmowę z najemniczką. W pewnej chwili wszystkie trzy się roześmiały jakby padło coś zabawnego. Obie kobiety nie sprawiały wrażenia najemniczek ani kelnerek co tu pracują. Raczej jakieś mieszczki, pewnie ktoś z kupców, może rzemieślników. No i znów ta młodsza miała nieco lepszą suknię od tej starszej. Jak na taki średni standard do jakiego zdawały się należeć. No ale wtedy właśnie ta kelnerka wstała z kolan Jonasa i zawołał ją gestem.
Heinrich musiał przyznać, że trafił nie tylko na kelnerkę o interesującej aparycji ale też i kobietę interesu. Dostrzegła jego przywołujący gest i podeszła do stołu jaki zajmował. A potem popatrzyła na wysuwaną i chowaną monetę. Jeszcze obejrzała się ostatni raz tam gdzie nadal siedział Jonas z jej koleżanką na kolanach co ją zastąpiła. No i kilku młodo wyglądających mężczyn. Potem znów zwróciła się do siedzącemu przed nią gościowi ich popularnego lokalu przy Placu Targowym. Wzruszyła ramionami i popatrzyła w dół na przytrzymywaną palcem monetę. Dużo to nie było. Ale widocznie uznała, że i taki drobniak jej się przyda jak na taki szybki zarobek.
- No widać nie wzięli. Ale jak on by był takim chojrakiem jak mówi to by pewnie dawno w jakiejś gwardii służył albo setnikiem by go zrobili. - dziewczyna machnęła szczupłą dłonią na znak, że raczej nie jest zdziwiona takim obrotem sprawy. I pewnie miała o Jonasie podobne zdanie jak gość o ciemnych włosach.
- A to o których werbowników pytasz panie? Bo tu co chwila coś ogłaszają. Najwięcej na statki albo do karawan na eskortę. - dziewczyna wolała się dopytać o czym gość chce rozmawiać bo w tej karczmie krzyżowały się drogi i losy wielu najemników, łowców nagród, psów wojny, żołnierzy okrętowych i tych co szukali kogoś takiego. Zwłaszcza teraz jak był środek sezonu i tego typu najemne miecze poszukiwało wielu i wiele osób.
Miejsce: Nordland; wybrzeże na zach od Neues Emskrank; Wrakowisko; plaża
Czas: 2519.06.28; fst; południe
Warunki: ; na zewnątrz jasno, łag.wiatr, zachmurzenie, umiarkowanieGrupa Łasicy
- No. To jesteśmy. Z wozu wiara! - jako, że nikt coś nie kwapił się do prowadzenia wozu to Łasica ujęła lejce. Z początku było jej to nie wsmak no ale głównie z powodu mżawki. Ta jednak skończyła się niedługo potem jak wyjechali z miasta na północ. I jechali wzdłuż zachodnich brzegów zatoki. Brzeg był piasczysty, naturalna, długa plaża więc jak się jechało na pograniczu lądu i morza to jakoś to szło. Chociaż z kilka razy wóz się zaklinował w miękkim piachu i woźnica musiała się trochę nagimnastykować aby wyjechać. A potem jak mżawka przeszła to i humor jej się poprawił.
- Oby była taka śliczna jak ta na obrazie Pirory! - życzyła sobie i reszcie kultystów gdy już widać było Wrakowisko. A dokładnie kipiel gdzie fale rozbijały się o zatopione albo w pół zatopione wraki. W końcu dojechali do Wrakowiska. Jego odleglejszy kraniec prawie płynnie przechodził w skotłowane falę i resztki zatopionych ruin jakie pomimo stuleci smagania wiatrem i falami nie chciały runąć w te fale. Jednak niewiele ich zostało co wystawało z wody i trudno było odgadnąć co to kiedyś mogło być.
- Robimy piknik! - zaśmiała się wesoło Burgund pierwsza zeskakując w jeszcze mokry piach plaży. Zabrała rulon który jak rozwinęła okazał się kocem.
- O. Jak ładnie. A co tam jest dalej? Tak daleko to jeszcze nie byłam. - Lilly też zeskoczyła na piach plaży. Niebo było pochmurne ale już nie padało. Morze było trochę zielone a trochę niebieskie. Znaczy tam dalej. Bo przy wrakowisku to dominowała taka sama kipiel jak Joachim pamiętał z zimy. Tylko na lądzie teraz śniegu nie było. Otto właściwie też tu był pierwszy raz. Z miasta, jak się weszło na Ząb Mannana to było widać tylko białe paski fal rozbijających się o brzeg. A z reszty miasta, zwłaszcza płaskiej, zachodniej części w ogóle nie było tego widać. No i właściwie nie bardzo było po co tu chodzić. Jak ktoś chciał na plażę czy ryby to sporo miejsc było wcześniej i bliżej miasta. Zresztą spotykali takich amatorów wędkarstwa czy odpoczynku podczas pikniku. Ale jeszcze gdy jechali zatoką. Jak wyjechali na brzeg pełnego morza i skręcili na zachód to już rzadko kogoś spotykali. Bo własnie neizbyt było po co jechać aż tutaj. Chyba właśnie po to aby obejrzeć z bliska Wrakowisko. No ale tubylcy to nie raz widzieli rozbijające się o coś fale to aż tak ich to nie nęciło.
- Tam dalej to są Zatopione Wieże. - Łasica wstała z kozła i machnęła dłonią wzdłuż brzegu. - A tam, to się zaczynają słone bagna Teufelsmuf. I ciągnął się na tyle daleko, że można się zgubić. Nie ma po co tam łazić. - wyjaśniła łotrzyca. Z całej grupki ona i Burgund były rodowitymi mieszkańcami Neus Emskrank to znały je od podszefki jak spędziły tu całe życie. Joachim do pewnego stopnia też. Tyle co zapamiętał sprzed swojego wyjazdu do Altdorfu. Ale wtedy był jeszcze młodzikiem. Teraz po powrocie na swój sposób też poznawał to miasto na nowo.
- I lepiej. To tylko plażą ktoś by mógł przyjść. Nikt nam chyba nie powinien przeszkadzać. - Burgund zdążyła rozłożyć koc i rozejrzała się właśnie po osi jednej i drugiej strony plaży. Od zachodu to chyba nie było w pobliżu żadnych osad co by ktoś miał się tam kręcić. A od wschodu to właśnie przyjechali i jakoś od dłuższego czasu nie spotkali nikogo. Jeszcze czasem widzueli kołyszące się na falach łodzie rybackie. No a na cieszących się złą sławą bagnach jakie były od strony lądu też raczej nie powinny zwabiać wędrowców. Więc mimo, że plaża była dość otwartym terenem to jednak wyglądała na opustoszałą nawet w środku dnia świąntynnego.
- A właściwie to co będziemy robić? - Lilly odkąd przystała do kulty raczej zdawała się na opinię pozostałych. No i zwłaszcza Łasicę zdawała się obdarzać zaufaniem jako tą co pierwsza się nią zajęła i okazała serce. A poza tym śmigała po mieście jakie znała na przestrzał i sprawiała wrażenie, że nie można jej zagiąć i może się wykaraskać z każdych tarapatów. Przynajmniej w oczach Lilly. Chociaż i do Joachima się miło uśmiechała ale raczej wydawała się nie mieć śmiałości aby inicjować kontakt.
- No właśnie tak do końca to nie wiem. Jak to ma być jakaś ślicznotka od naszego patrona to myślę, że jęki miłości mogłyby ją skusić. Poza tym dawno nie kochałam się z nikim na plaży. Więc mi to pasuje. Tylko nie mam pojęcia czy by ją to skusiło. No i kim ona jest. Jak jakaś obśligła maszkara z mackami i morska krowa to na pewno nie będę się z nią kochać. - łotrzyca podała kolejny koc koleżankom i te powoli szykowały to miejsce na piknik. Nie ukrywała, że jakby ta półryba była taką ślicznotką jak ta z portretu Pirory to chętnie by się z nią zaprzyjaźniła. No ale dalej nie wiedzieli jak wygląda ta istota i czym dysponuje. Poza pięknym, hipnotycznym śpiewem. Nie dało się wykluczyć, że może to być coś strasznie zmutowanego albo groźnego.
- Możemy na początek coś pośpiewać. I zjeść coś. Otto ma flet to coś nam zagra. A potem zobaczymy. A jak nie wyjdzie z wody? To chyba nic nie zrobimy. Dopiero jakby na plaży była albo gdzieś blisko. - Burgund pokiwała głową, że ogólnie zamysł kamratki jej pasuje no ale wciąż jeszcze był to dość mocno teoretyczny zarys. Na razie żadnej syreny nie było widać ani słychać. Tylko spienione fale kotłujące się na Wrakowisku. Szarobure niebo nad głową. I wydmy za plecami porośnięte trzcinami i jakimiś trawami. I byli tu w nieco ponad pół tuzina i na razie to dopiero szykowali ten piknik.
Wcześniej cała trójka kultystek ochoczo powitała najpierw jednego, potem drugiego kolegę jaki się do nich dosiadł. Cieszyły się, że nie będą jechać same. Zwłaszcza za miasto i do tak nieznanego celu. Ino z tej trójki Onyx jak mówiła musiała się pożegnać i została w mieście jak miała spóbować odszukać tego swojego poetę czy pieśniarza od zatoki miłości. Za to potem zastąpiła ją Lilly która przyszła do “Mewy” na spotkanie. A potem zabrała się wozem. Po namyśle chyba wszyscy co znali Nije zgadzali się, że pod względem talentu trudno byłoby w mieście znaleźć kogoś odpowiedniejszego. No i mieli świadków w postaci Joachina i Ruperta, że już raz, zimą, zwabiła syrenę do śpiewnego odzewu. No ale po namyślę wspólnie zdecydowali, że tym razem jakby miała być jedyną osobą nie związaną z kultem to byłoby to nieco niezręczne. No i w końcu wyjechali bez szukania bardki.
A wcześniej, na porannej mszy i po, Joachim widział już całkiem sporo znajomych twarzy. Po pół roku to i on je rozpoznawał i one jego. Sporo tu pomogła znajomość z Pirorą która w ciągu pół roku całkiem płynnie wtopiła się w tą śmietankę towarzyską stając się jedną z nich. A jej salon artystyczny stał się jednym z miejsc gdzie wypadało się od czasu do czasu pokazać. No i jeszcze była zaangażowana w sprawy teatru jaki otwierał swoje podboje artystyczne. Po mszy rozmawiał chwilę z nią i nie tylko. Koleżanka z kultu była ciekawa czy rusza na wycieczkę nad morze czy do lasu. Co było dość czytelną aluzją jak się było wczoraj na zborze. Ale dla niewtajemniczonych pewnie wyglądało na zwykłą, grzecznościową rozmowę. Wolfang był ciekaw co u niego bo sam był na letniej przerwie w nauce i miło mu było spotkac kogoś kogo prawie przypadkiem spotkał na zimowym kuligu u van Hansenów.
Otto zaś mógł pomagać Martinowi jako chłopiec świąntynny. Chociaż z wieku chłopięcego wyrósł już jakiś czas temu. Ale główny ołtarz był zarezerowany dla kapłana a jego prawą reką był Martin. Więc na chłopcach świąntynnych zostawło zbierać datki od wiernych czy dzwonić dzwoneczkami gdy było trzeba. No właśnie dla Otto to było dość nowe. Bo te obrządki w świątyni pana mórz były całkiem inne niż w głębi lądu w świątyniach Sigmara. Znał co prawda podstawy z seminarium gdzie chociaż minimalnie omawiano kweste pracy kapłana u innych patronów ale tak na żywo to nadal było dla niego nieco nowe. Widział jednak podobne zachowania wiernych jak i w świątyniach w głębi lądu. Nawet jeśli psalmy i modlitwy były inne. Wierni tak samo siedzieli w ławkach, śpiewali psalmy i modlili się do swojego patrona. W przednich rzędach zacni i szanowany, w tym także Pirora w środku ci średni na a na tyłach biedota i niższe warstwy. To też było podobne do innych świątyń. A zachowania były różne. Część wiernych była wyraźnie poruszona kazaniem, część dość dobrze udwała zainteresowanie na tyle, że nie był tego pewny czy się nie myli no a część to wyraźnie była tu bo wypadało a po mszy, też jak chyba wszędzie, następowała towarzyska wymiana ploteczek ze znajomymi z jakimi czasem widywało się tylko raz w tygodniu, właśnie po mszy.
- No to chyba gotowe. - Łasica spojrzała na te koce, butelki z winem, koszyki z jedzeniem jakie zabrały na wycieczkę. Naprawdę wyglądało to jak piknik na plaży. Po części dlatego nie chciała płynąć łodzią. I tak już skombinowała wóz to chciała go wykorzystać. Do tego nie było pewne na co by było stać syrenę jeśli by doszło do starcia ale jedna większa grupa zdawała się mieć większe szanse niż jedna mniejsza. No a zimą już raz syrena łódź wywróciła i to bez większego trudu więc włamywaczka coś nie pokładała wielkiej wiary w tym środku transportu do łapania morskiego stworzenia.
- Jak lubi wino, kobiety i śpiew to chyba wszystko mamy. - powiedziała żartem Burgund też się przypatrując swojemu dziełu.
- To co teraz? - Lilly zapytała uśmiechając się nieco z podekscytowaniem. Bo skoro by chodziło o sztukę kochania to była tak samo chętna jak jej koleżanki z kultu. Ale na razie to jeszcze wszyscy stali na tej plaży, niedaleko wozu albo tych rozłożonych kocy.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
fst; południe
Joachim, wcześniej obserwujący spienione tonie Wrakowiska przez lunetę, odwrócił się i uśmiechnął się do Lily, przypominając sobie jak miło spędził z nią czas kiedy przebywali razem po pomyślnym uwolnieniu Wyroczni zeszłej zimy. Nie był zachwycony, że pozostali nie chcieli wziąć łodzi, ale skoro już dołączył do grupy kultystek Pana Rozkoszy, to mógł się chyba trochę dostosować…. tak, mogło to się okazać całkiem przyjemne, tak długo jak ktoś tutaj jednak był skupiony na zadaniu.
- Możemy próbować śpiewu i muzyki - wzruszył ramionami.
- Możemy nawet się trochę napić wina, ale z umiarem.- Umiarem? - zapytał zdziwiony Otto - Jesteśmy z misją od Mrocznego Księcia, to słowo przestało istnieć kiedy opuściliśmy miasto. - mnich delikatnie się zaśmiał - Jednak lepiej zostawmy trochę wina dla rybiej niewiasty.
- Wiesz, rzucanie zaklęć po pijanemu nie jest rekomendowane… - odparł z uśmiechem Joachim.
- No to się napijmy! - Łasica odkorkowała pierwszą butelkę i klapnęła na rozłożone koce. Koleżanki rozbawiło to i postąpiły podobnie. A, że cała trójka znała się i lubiła spędzać ze sobą czas to czuły się całkiem swobodnie w swoim towarzystwie. Szybko nad plażą z jaką sąsiadowało Wrakowisko oprócz spienionych fal rozbijających się o kamienie i wraki rozniósł się wesoły, dziewczęcy śmiech.
- Graj Otto! Zagraj nam coś! Coś wesołego! - zawołały do niego dziewczęta ze zboru gdy przepłukały gardła pierwszymi łykami wina. Rupert nie bardzo wiedząc co powinien czynić czekał na reakcję swojego pana na to wszystko. Zaś z trójki kultystek dwie zaczęły śpiewać różne wesołe piosenki. Często szanty o dość frywolnym charakterze. Lilly niezbyt znała słowa piosenek jak dwie łotrzyce wychowane na ulicach tego miasta to najwyżej im towarzyszyła gdy podłapała jakiś refren albo klaskaniem wybijała rytm. W miarę jak leciały kolejne nutki, zwrotki i śmiechy, pierwsza butelka wylądowała pusta w piachu koło koców a kolejne były w drodze. Zabawa w piknik na plaży trwała w najlepsze. Mogło dziwić miejsce bo te na wpół zatopione, smętnie wystające z wody resztki wraków przesłaniały widok na otwarte morze. Ale też powinny przysłonić z tamtej strony co się dzieje na plaży.
W pewnym momencie jednak zorientowali się, że nie są już sami. Śmiejące się i rozweselone kobiety zamachały do ociekającej wodą postaci. Pojawiła się nad jednym z wraków. Długie, ciemne włosy zasłaniały jej twarz a ona sama była widoczna tylko częściowo. Jakby wyglądała z parapetu przez ulicę. Tylko nie aż tak wysoko. Była za pasem wzburzonej wody więc nadal mogła się czuć dość bezpiecznie bo raczej nie dało jej się tam podejść. A ona sama pewnie miała wgląd na cały pas plaży. Ale widocznie interesowała ją najbardziej rozbawiona grupka na kocach. Z tej odległości to można by wziąć ją za jakąś ludzką postać jaka wynurzyła się z morza ale bez żadnych detali. Zwłaszcza, że ciemne, długie i ciężkie od wody włosy zasłaniały większość tego co było widać ponad kawałkiem skały.
- I co teraz? - zapytała cicho Burgund trochę nie pewna czego się spodziewać po tym zaskakującym spotkaniu.
- Kulturalnie byłoby nawiązać rozmowę. - spojrzał na pozostałych kultystów - Nie róbcie żadnych nagłych ruchów. - Otto wstał i powoli ruszył w stronę ich obserwatorki - Witaj, piękna. Widzę, że przykuliśmy twoją uwagę.
Kultystki dalej siedziały na kocu z zaciekawieniem obserwując co się teraz stanie. Zaś Otto musiał podnieść głos prawie do krzyku aby mieć nadzieję bycia usłyszanym przez tą odległość i łomot fal. Morska pani nie wydawała się zaniepokojona. Zresztą pewnie najlepiej zdawała sobie sprawę, że w każdej chwili może ponownie osunąć się za głaz i zniknąć lądowym dwunogom w morskich odmętach. Niezbyt było jednak po niej reakcję na wołanie jednookiego. Dalej zajmowała swój punkt widokowy za kamieniem. Chociaż odgarnęła swoje ciemne i długie włosy przez co widać było chociaż owal twarzy. Jeszcze bez detali ale wydawał się dość ludzki. No i okazało się że kurtyna z włosów odsłoniła nie tylko twarz.
- Ooo… Jak dobrze widzę to chyba ma czym oddychać… - ucieszyła się Łasica bo to pierwsze wrażenie przynajmniej nie było odstraszające. No ale dalej byli tu a istota z głębin tam.
Kultysta nie zniechęcony brakiem reakcji, spróbował jeszcze raz.
- Chciałabyś do nas dołączyć? Mamy jadło i wino, które na pewno uraczy twój język. - teraz zaczęło w sumie zastanawiać Otta, czy syrena zna mowę ludzi powierzchni.
Joachim trzymał się nieco z daleka zastanawiając się czy ta syrena może wiedzieć że kiedyś na nią polował. Ale sukcesem było samo to że już się pojawiła no i tym razem mogli zobaczyć ją wyraźnie.. W każdym razie chyba nie mieli sposobu by powstrzymać ją przed ucieczką, póki nie trafi na ląd. Poznał zaklęcie, które pozwalało ulecieć w powietrze, ale było zbyt krótkotrwałe by skutecznie ścigać syrenę.
- Może ją przywołać imionami naszych Patronów? - zasugerował Łasicy.
Jak Otto krzyknął o winie to koleżanki siedzące na kocu wesoło uniosły i zamachały butelkami z tym winem. Zachęcone tym pierwszym, pozytywnym wrażeniem też pomachały jej na przyjacielskie powitanie dodając przywołujące gesty. Morska panna obserwowała to nadal z kamienia na jakim się opierała ale było zbyt daleko aby dostrzec wyraz jej twarzy.
- Imionami patronów? - Łasica miała w całej tej grupie najdłuższy staż w spiskowej konspiracji i najwyżej stała w hierarchii. Ale o ile miała złodziejski spryt i instynkt w sprawach przetrwania w mieście to w sprawach uczonych, mistycznych czy wręcz magicznych nie znała się i zwykle nie interesowały jej za bardzo. Burgund zdawała się mieć podobne podejście z racji tego, że pochodziła z podobnego środowiska i miała podobny życiorys. Obie w gruncie rzeczy były dość prostolinijne a niebieskowłosa często bywała impulsywna. Zaś Lilly odkąd przybyła późną zimą do miasta zwykle zdawała się na zdanie koleżanek do jakich nabrała zaufania, zwłaszcza w sprawach postępowania w mieście. I najczęściej jak już wychodziła to z którąś z nich lub obiema. Więc dla całej trójki to spotkanie też raczej było mocno nietypowe.
- Szkoda, że Mergi nie ma. Albo Starszego. Oni pewnie wiedzieliby co zrobić. - sapnęła cicho Burgund też czując się niepewnie co teraz powinni zrobić.
- Chodź, chodź do nas! Zobaczysz, będzie fajnie! Nie zrobimy ci krzywdy! Będziemy się miłować i kochać! - włamywaczka wzruszyła ramionami bo mieli taki a nie inny skład i już było za późno aby coś tu zmieniać. Zawołała wesoło do sylwetki na kamieniu upijając łyk wina z butelki aby pokazać, że nie jest pusta no i bez ostrzeżenia pocałowała usta rudzielca. Ta szybko zaczęła oddawać pocałunek i wyglądało to całkiem przyjemnie dla oka. A jak się oderwały od siebie obie się radośnie i bez skrępowania roześmiały jak z udanego żartu.
- Jak mamy się powołać na naszych patronów to ten nasz to żaden sztywniak tylko przecież jest patronem dobrej zabawy. - rzuciła Łasica reszcie swoje wyjaśnienie zerkając ku morzu czy z syreną coś się zmieniło.
- A wiesz jakie Burgund ma śliczne cycuszki!? Widziałaś już takie?! No dalej, pokaż jej. - zawołała ponownie a ciszej wydała polecenie kamratce. Ta posłuchała i uniosła swoją koszulę i faktycznie te swoje atuty to miała medalowe.
- Oh… Zniknęła… - westchnęła ostrożnie Lilly stwierdzając coś co dostrzegli wszyscy. Syrena ześlizgnęła się za swój kamień i stracili ją z oczu.
- Myślicie, że… - Burgund rozglądała się jak łania co się zorientowała, że nie widać tego drapieżnika co jeszcze przed chwilą był gdzieś tam w miarę bezpiecznie i na widoku. A teraz nie.
- Jest! - zawołała niebieskowłosa wskazując palcem nieco po skosie. Tam coś było widać między falami co wreszcie wynurzyło się jako ociekająca wodą syrena.
https://i.pinimg.com/564x/3a/4a/c8/3...7aa6624239.jpg
- Eee… A to syreny ile mają rąk? - zapytała niepewnie Lilly bo nie czuła się ekspertem w morskich legendach i opowieściach. Ale widać było gołym okiem, że syrena ma więcej niż dwa ramiona.
- Nieważne, jest śliczna! Dziewczyny, zdejmować koszule! I gdzie ta oliwa? - Łasica nie ukrywała swojej ekscytacji gdy jej nadzieje zdawały się spełniać i ta syrena coś nie wyglądała na żadną maszkarę. A ta ludzka połowa, nawet jeśli z nadmiarowymi ramionami, wydawała się całkiem niczego sobie. Chociaż jeszcze oddzielał ją pas spienionej wody od suchego lądu to była już na tyle blisko, że zamiast krzyku powinien wystarczyć podniesiony głos. No i widać było więcej detali. Trójka kultystek ochoczo ściągnęła swoje koszule prezentując swoje wdzięki i złapały się za zabraną z “Mewy” butelkę z oliwą aby się nią nasmarować.
- Obserwujcie czy ktoś nie nadchodzi od drugiej strony, nie chcemy tu postronnych świadków - Joachim polecił Guntherowi i Rupertowi. Jednocześnie trudno mu było oderwać oczy od syreny, nigdy nie widział tak egzotycznej i na swój sposób pięknej istoty. Teraz musieli zwabić ją na brzeg, gdzie mogliby albo spróbować z nią paktować albo pojmać.
- Może coś zaśpiewajcie! - zawołał do rozbierających się dziewczyn. Następnie zwrócił się w kierunku gdzie właśnie pojawiła się mityczna morska istota.
- W imieniu potęg władających tym światem, Tzeentcha i Slaanesha, wzywam cię byś do nas dołączyła!Otto powoli podszedł w stronę morskiej niewiasty. Podobało mu się podejście Joachima i reszty, ale obawiał się, że pomylili tą istotę z jednym z demonów Slaanesh. Takie słowa i działania mogłyby na pewno zwrócić jej uwagę, ale niewiele ponadto.
Postanowił spróbować sił w dyplomacji, ponownie. Kiedy był pewny, że jest w zasięgu słuchu istoty i nie musi się wydzierać, starał się nawiązać rozmowę.- Witam ponownie, piękna pani morza. Cieszy nas, że zdobyliśmy twą uwagę.
Zachowanie morskiej panny trudno było jednoznacznie odczytać. Raczej nie zachowywała się agresywnie czy strachliwie. I chyba z ciekawością obserwowała to co się dzieje na plaży. Patrzyła na trójkę na w pół rozebranych dziewcząt jakie smarowały się nawzajem oliwą. Przez co te ich jędrne atuty wydawały się jeszcze przyjemniejsze do oglądania niż na sucho. Spojrzała na Joachima jaki do niej krzyknął wezwanie. Obserwowała go chwilę jakby czekała na jakiś ciąg dalszy. Albo czy zrobi coś jeszcze. W końcu jak inicjatywa przeszła w ręcę jednookiego to jego obdarzyła spojrzeniem. Przesunęła się po nim z góry do dołu i z powrotem. Ale wciąż milczała gdy unosiła się bez zauważalnego trudu w górę i w dół po pieniących się falach.
- Teraz, dół, no jazda, nie guzdrać się. - Łasica zakomenderowała towarzyszkom bo jeśli chodzi i górę ubrania to już nie miały nic do zdejmowania. A wszystkie zaczynały zdradzać objawy podekscytowania tym wszystkim. Włamywaczka sama dała przykład zsuwając z siebie spódnicę a jej koleżanki poszły za jej przykładem.
- Chcesz wina? Bardzo dobre. Chodź spróbuj! - zawołała zachęcająco Burgund upijając łyk z butelki i pomachała nią wesoło do morskiej istoty.
- O zobacz! A widzisz co Lilly tutaj ma? Widzisz jakie cudo? - zawołała do niej Łasica ustawiając mutantkę frontem do morza tak aby ciemnowłos, ociekająca morską wodą panna mogła zobaczyć jej skazę no i błogosławione znamię wężowego patrona. Lilly uśmiechała się łagodnie też zdradzając podekscytowanie. I wszystkie trzy na chwilę znieruchomiały bo ta obca istota ruszyła ponownie do przodu. Bez trudu pokonała ten ostatni przybrzeżny kawałek morskiej kotłowaniny tak niebezpieczny czy dla łodzi czy pływaków i zaczęła się zmieniać.
- O jaaa… Widzieliście to?! - Burgund była pod wrażeniem tego co widziała ale koleżanki też. I pytanie było raczej zbędne bo wszyscy to widzieli. Korpus kobiety jaki wieńczył te rybie albo gadzie sploty unosił się ponad falami. A w miarę jak się zbliżała do brzegu opadała coraz bardziej a ten ciemny korpus zmieniał się. W sporej części był skryty pod wodą więc niezbyt było wiadomo jaki naprawdę jest duży. Ale w pewnym momencie wydawał się zmniejszać, zwężać aż w ciągu kilku chwil przeistoczył się w zwiewną, mokrą od wody spódnicę. Pod którą w wycięciu było widać całkiem ładne, zgrabne, kobiece nogi. Zwłaszcza Otto co podszedł najbliżej miał na to dobry wgląd. Gdy ociekająca wodą panna wyszła z wody wydawała się być młodą, piękną kobietą co właśnie wyszła z kąpieli. Ale nie zdradzała żadnego egzotycznego pochodzenia. Nawet te wężowe włosy zmieniły jej sę w czarne, nasiąknięte wodą sploty jakichś warkoczyków czy czegoś takiego. Mało typowa fryzura ale do zrobienia przez każdego porządnego balwierza. Jak na kobietę była wysoka. Musiała być podobnie wysoka jak większość mężczyzn a może nawet o palec czy dwa wyższa. Zatrzymała się o dwa kroki przed pierwszą osobą z kultystów czyli Ottem i z bliska popatrzyła na niego z zaciekawieniem. Wysunęła bosą stopę i zaczęła kreślić na mokrym piasku jakieś linie. Które ułożyły się w glif podobny do Slaanesha. Koło było podzielone na 8 części więc wydawało się podobne do powszechnego symbolu gwiazdy Chaosu. Ale było po skosie przekreślone co upodobniało go do tego właśnie patrona. Chociaż brakowało półksiężyca z jednej i strzałki z drugiej strony co by pozwalało chociaż na taką dość prostą wersję tego glifu.
Otto spojrzał na glif i delikatnie się uśmiechnął. Wskazał na trzy kultystki i na narysowany przez syrenę symbol, po czym wskazał na siebie i Joachima i narysował palcem szybko prostą ośmioramienną gwiazdę. Zerknął na pozostałych.
- Obawiam się, że nasza syrena nie zna języka lądu.
Joachim podszedł nieco bliżej, analizując zachowanie syreny i narysowany przez nią glif, następnie skinął głową Ottowi. Najwyraźniej syrena szanowała Potęgi Chaosu, więc na razie nie było potrzeby używać przemocy. Chociaż jako ten który pojmał syrenę zdobyłby sławę….
- Witaj, jesteśmy zaszczyceni że do nas dołączyłaś - odezwał się w niedawno poznanym języku demonów.
- Witaj gromowładny. - odparła w języku niezrodzonych obdarzając rozmówcę nieco rozbawionym uśmieszkiem. Miała bardzo miękki, przyjemny głos. Popatrzyła obok, na Otto, na narysowany wzór zmywany już przez przybrzeżne fale i na trzy, już całkiem nagie kultystki spod znaku wężą.
- Co powiedziała? - zapytała zaciekawiona Burgund wystawiając ciekawie głowę do góry. -Morska panna przesunęła palcami po swoim brzuchu i na nim coś zamigotało po czym ujawnił się duży, glif Slaanesha.
- Przywitała się, chyba wie kim jest - odparł Joachim, dumny, że jest w stanie porozumieć się z tą istotą.
- O! Ona jest od nas! - Lilly wydawała się zachwycona tym odkryciem podobnie jak jej koleżanki.
- Chodź! Chodź do nas! Zabawimy się! Porozmawiajmy językiem miłości! - Łasica zawołała do nieznajomej wesołym tonem przyzywając ją słowem i gestem. Pocałowała znamię jakim ich wężowy patron obdarzył różowowłosą po czym zjechała ustami niżej i po chwili jej główka pracowicie obrabiała przyrodzenie mutantki. Panna z Wrakowiska wydawała się tym zaciekawiona bo podeszła bliżej do rozłożonych kocy i trójki nagich kochanek.
- Jak się nazywasz? - zapytała zaciekawiona rudowłosa zadzierając głowę do góry. - Ja jestem Burgund. Burgund. - wskazała na siebie. - A to Łasica. I Lilly. - łotrzyca trochę niepewnym tonem ale przedstawiła siebie i koleżanki. Te wesoło uśmiechnęły się do niej i pomachały rączkami.
- Soria. - ociekająca morską wodą panna w mokrej, granatowej spódnicy przedstawiła się równie oszczędnie.
- Soria! No cześć Soria! A tam to Joachim i Otto. No chodź, usiądź! Chcesz wina? - Łasica była rozweselona na całego i bez skrępowania namawiała nowo poznaną aby dołączyła do nich na kocu jakby to była zwykła, piękna nieznajoma spotkana na plaży. Sięgnęła po butelkę, napiła się z niej po czym podała ją ku górze. W tym czasie morska panna spojrzała ku dwóm stojącym nieco dalej mężczyznom jacy ją powitali przed chwilą i im też posłała oszczędny, przyjemny uśmiech. Po czym zwróciła się ku kultystce z butelką. Chwyciła butelkę i też pociągnęła oszczędny a potem mniej oszczędny łyk wzbudzając radosne okrzyki zachęty siedzącej na kocach trójki i sama też się uśmiechnęła ładnie.
Otto podszedł do Joachima.
- Pierwsze lody przełamane. Sądzę, że powinniśmy dać dziewczynom wkupić się w łaski naszej syreny. Masz pomysł jak podejść do sprawy artefaktu?
- Myślę, że jak się zabawią i napiją, to będzie można wypytać Sorię. Nie sądziłem, że będzie tak dobrze do nas nastawiona. Na szczęście jestem w stanie się nią porozumieć. Może dołączymy i też się trochę napijemy? - odparł Joachim, przyglądając się nagim kultystkom.
Otto chwilę się zastanowił.
- Ty idź. To, że służy Mrocznemu Księciu nie znaczy, że nam sprzyja, lepiej, żeby jeden z nas był trzeźwy. - Otto wyciągnął z plecaka kilka pustych kartek papieru i węgiel - Postaram się uwiecznić tą chwilę.
- Hej chłopaki! Chodźcie do nas! Będzie fajnie! Soria jest całkiem miła! - Łasica odwróciła się do stojących i rozmawiających mężczyzn i zawołała do nich zapraszająco póki jej zabawa nie pochłonęła całkowicie. Podobnie wcześniej jak do morskiej panny teraz do nich zamachała wesoło butelką wina. Siedziała już naga i bez ubrań na kocu, podobnie jak jej koleżanki jakie właśnie zaczynały zawierać bliższą znajomość z panną co wyszła z morza. Lilly właśnie zbliżyła ostrożnie usta do pierwszego pocałunku z Sorią a Burgund z fascynacją to obserwowała z bliska i było widać, że też ma ochotę dołączyć do tej zabawy.
Joachim nie oparł się pokusie lub może, jak sobie to wyjaśnił, jako członek Kultu łączącego wyznawców wszystkich Potęg Chaosu, nie miał powodu by odrzucać praktyki Slaanesha skoro połączył siły z jego wyznawczyniami. Dosiadł się do dziewczyn, popijając wina i objął w pasie Burgund, która ze śmiechem go pocałowała i zaprosiła do dalszej zabawy. Po chwili zrobiło się naprawdę przyjemnie….
Otto w tym czasie usiadł na przeciwko zabawy i tylko się przyglądał. Po chwili sięgnął po papier oraz węgiel i zaczął szkicować grupę.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Karesy na plaży w ten całkiem ciepły dzień właściwie się już skończyły. Chyba wszyscy odczuwali to przyjemne zmęczenie i rozleniwienie, tą błogość jaka tak pozytywnie nastawiała do świata a zwłaszcza tej częście jaka wciąż podobnie ciężko oddychała rozgrzanym ciałem i była w zasięgu rąk i ust. Coś takiego panowało właśnie na zasypanych plażowym piachem kocach jakie wcześniej rozłożyły kultystki. Nie był już tak ładnie rozłożony tylko nieźle skotłowany skoro stanowił bazę do tak intensywnej zabawy na wiele mocno zainteresowanych sobą nawzajem osób.
- Wino mi się skończyło… - mruknęła leniwie Łasica wymownie obracając butelkę do góry dnem.
- Masz. To ostatnia, na wozie jeszcze może coś zostało. - Burgund podała jej jedną, też już niezbyt pełną a kamratka bez wahania ją dokończyła i cisnęła w przyjemnie rozgrzany piach.
- No to rusz swój zgrabny tyłek i przynieś. To dam ci klapsa. - kultystka na wpół żartem pogoniła kobietę o burgundowych włosach aby ta pofatygowała się po źródełko do zaspokojenia pragnienia. A te po tak intensywnych zabawach męczyło chyba wszystkich. Burgund podobnie jak ona uważała, że każda okazja do zarobienia klapsa jest dobra a teraz było podobnie więc wstała i ruszyła leniwym krokiem do wozu.
- A ty Soria? Napijesz się jeszcze z nami? W ogóle byś chciała z nami wrócić? Do miasta? Mamy koleżankę. Ona ma w piwnicy prywatny loszek. Pejcze, kajdany, kneble, łoża boleści, dyby i tak dalej. Tam to dopiero można się zabawić. Chciałabyś wrócić z nami? Bo tutaj to jednak dla nas trochę niewygodnie. Trochę daleko. - łotrzyca pochyliła się nad równie leniwie leżącą na wznak nową koleżanką. Bez ubrań, z nogami, całkiem zgrabnymi, prezentowała się całkiem ładnie. Jak wysoka, smukła kobieta o posągowych kształtach. Łasica leniwie wodziła po jej dużym znamieniu jakie ta miała prawie na całym, płaskim brzuchu. Wydawało się, że te glify, zwłaszcza te jakimi zostali obdarowani przez patronów, całkiem ułatwiają kontakty nawet przy tak różnym pochodzeniu i barierze językowej. Joachim zaś zdał sobie sprawę, że język demonów jaki nauczała go Merga ma spore dziury do takiej zwykłej, codziennej rozmowy. Rogata nauczycielka zdążyła nauczyć go zaklęcia w tym języku i podstawowych formuł jakie najczęściej się używa. Ale nie był to język jakim się ot tak, po prostu rozmawiało. Zresztą podobnie jak język magii jaki służył głównie do zapisywania i wypowiadania zaklęć i magicznych rytuałów i nawet magowie nie rozmawiali nim między sobą. Soria zaś pogłaskała nową kochankę po policzku, pieszczotliwym gestem i spojrzała w tą stronę co pokazywała Łasica. Ale stąd to było widać tylko pas plaży i morza. Wysoki, wschodni brzeg z klifami majaczył jako grubsza, pozioma kreska a Zrąb jako trójkątna narośl na tej kresce.
- Pójdziesz z nami do miasta? - Łasica spróbowała jeszcze raz robiąc palcami gest chodzenia. I wskazała znów w stronę plaży i majaczącego wysokiego brzegu. Odebrała wino od wracającej z wozu Burgund, odkorkowała i podała je morskiej pannie. Ta przyjęla butelkę i upiła z niej kilka solidnych łyków nim przekazała butelkę dalej.
Joachim dochodził do siebie, nieco zawstydzony po tym jak dał się ponieść. Ubrał się szybko, jednocześnie z ciekawością przysłuchując się jak syrena odpowie Łasicy.
Otto nie widział powodu, aby nie zaproponować syrenie udania się z nimi. Na pewno Starszy i Merga byliby w stanie wyciągnąć od niej więcej.
Zanim zdyszana i spocona grupka na kocach i piachu plaży skończyła swoje zabawy to Otto zyskał mnóstwo okazji do uwiecznienia grupki swoich nagich modeli i modelek w swoich szkicach. Soria zdawała się w pełni integrowalna w takich zabawach. A zwłaszcza zdawały się ją fascynować wybranki Węża oznaczone jego błogosławieństwem tak samo jak ona. Wodziła po tych znamionach oczami, ustami i dłońmi. Chętnie do nich wracała jakby przykuwały jej uwagę. A gdy zabawy się skończyły wszyscy wydawali się usatysfakcjonowani. Koleżanki ze zboru leniwie i bez pośpiechu zaczynały się ubierać czekając na to co wyjdzie z tego migowego indagowania Sorii przez Łasicę.
Panna z oceanu popatrzyła na niebieskowłosą łotrzycę, potem w dal gdzie ta pokazywała. Zastanawiała się chwilę. Po czym skinęła głową i uśmiechnęła się delikatnie.
- Świetnie! To zbierajmy się na wóz i jazda! - zawołała ucieszona Łasica a dziewczyny jej zawtórowały.
- Dziękuje, że nam zaufałaś, tam gdzie jedziemy musisz udawać człowieka - astromanta spróbował przekazać syrenie w demonicznym języku.
- Zauważyliście czy ktoś się zbliżał? - spytał się Ruperta i Gunthera, którzy mieli stać na straży. -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 04 - 2519.06.28; fst; wieczór
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; koga “Stara Adele”
Czas: 2519.06.28; fst; wieczór
Warunki: ładownia, jasno, ciepło, gwar rozmów; na zewnątrz zmierzch, powiew, pogodnie, nieprzyjemnieGrupa Łasicy

https://cdna.artstation.com/p/assets...jpg?1599729363
Powrót z Wrakwoiska do miasta obył się bez większych niespodzianek i przygód. Grupa kultystów wracała w dobrych humorach jak z udanego pikniku na plaży. Z nową towarzyszką na pokładzie wozu. Nawet deszcz jaki się rozpadał gdy jechali plażą zatoki już kawałek do murów miasta nie popsuł chyba tych humorów. Przed drogę powożąca wozem Łasica zastanawiała się z resztą towarzyszy gdzie by można zawieźć nową koleżankę. Póki jechali do miasta to wszystkim było po drodze ale jak już dojechali to gdzieś trzeba było pojechać pod konkretny adres. W pewnym sensie, pomogła sama Soria bo poprzez Joahima dała znać, że wolałaby się nie oddalać od morza. Więc liderka wężowej grupy zdecydowała, że najlepiej ją będzie zabrać na starą kogę zacumowaną w porcie. Zajechali więc na “Adele”. Tam jak zwykle przywitał ich Kurt Kuternoga patrząc z góry na tych nadspodziewanie licznych gości których padający deszcz nie odstraszył od wizyty.
- Poczekajcie, spuszczę drabinę. - powiedział i pokuśtykał chwilę po mokrym pokładzie głośno stukając swoją drewnianą nogą. Po chwili po kolei mogli się wdrapać po tej drabinie na pokład i dalej do trzewi starego statku.
- To jest ta syrena? Nie wygląda. - zdziwił się cicho kulawiec gdy chwilę obserwował jak Soria rozgląda się po ładowni w jakiej nadal odbywały się zbory ich sekretnej grupy. Faktycznie syrena w swojej ludzkeij formie przypominała młodą i piękną kobietę ale zdaje się, że trudno było ją posądzić o jakieś nadnaturalne pochodzenie. Chociaż z bliska Joachim czuł czasem jak włoski jerzą mu się na karku jak zwykle gdy coś lub ktoś jakoś reagował na niewykrywalny dla zwykłych zmysłów Eter.
- Dobra, to poczekajcie tu, bądźcie mili dla naszego gościa, a my z Burgund pojedziemy zawiadomić resztę. - oznajmiła Łasica zakładając pożyczony od Kurta płaszcz z kapturem. Burgund podobnie. I obie opuściły zalewany letnim deszczem pokład. Dzień już się kończył. Kurt zaczął smażyć ryby i zaserwował jakiegoś grzańca aby się lepiej czekało. Dwie koleżanki wróciły z Mergą jaka też była w swojej ludzkiej formie więc nie rzucała się w oczy bardziej niż inna młoda, dostojna kobieta. W towarzystwie Normy jaka jak zwykle pełniła funkcję jej zaufanej i ochroniarza.
Obie, Soria i Merga, zaczęły ze sobą rozmawiać. Obie zdjęły maski i stanęły w swoich prawdziwych formach. Wiedźma Tzeentcha jako wyrocznia o niesamowicie intrygujacych złotych oczach płonących wewnętrznym blaskiem, fioletowej skórze i imponujących rogach. A Soria jako syrena Slaanesha, pół kobieta - pół żmija, o kilku zestawach ramion i wężowych włosach. Nie mogła się w pełni wyprostować bo niski sufit nawet stojącym dorosłym zostawiał niewiele miejsca nad głową.

https://i.pinimg.com/564x/3a/4a/c8/3...7aa6624239.jpg
Joachim mógł śledzić rozmowę ale musiał przyznać, że jego nauczycielka zdecydowanie lepiej radzi sobie z językiem niezrodzonych niż on sam. Często raczej domyślał się o czym rozmawiają niż rozumiał i były całe fragmenty rozmowy jakich nie mógł rozszyfrować. Ale mimo to zorientował się, że obie kobiety doszły do względnego porozumienia. Soria nazywała się Córką Soren i szczyciła się tak legendarnym pochodzeniem. Merga zaś przedstawiła się jako służka boża która wypełnia ich misję na tym południowym kontynencie. Bo sama przecież pochodziła z Norsci więc to nie były jej rodzime strony.
Deszcz w końcu ustał a noc jeszcze się nie zaczęła. W ten zmrok grupka przeniosła się na jeszcze mokre deski pokładu z widokiem na miasto, port i wody zatoki. Merga zyskała okazję aby złapać oddech i uporządkować to wszystko co się dowiedziała odkąd pod koniec dnia podekscytowane Burgund i Łasica wpadły do niej z rewelacyjnymi wieściami.
- Tak. Dobrze się spisaliście. Soria jest strażnikiem i przewodnikiem. Myślę, że może nas zaprowadzić do ołtarza poświęconego jej patronowi. Ten artefakt może być kluczem do tajemnic Soren. To musi być coś dużego, z alabastru. Jakaś rzeźba czy podobny monument. Myślę, że Soria może nas do niego zaprowadzić, mówi, że wyczuwa go gdzieś na południu, pod wodą. No ale jak to ma być takie duże i pod wodą to i tak trzeba to jakoś wydobyć i przewieźć tutaj a potem ukryć. - rogata wiedźma będąc na pokładzie ukryła swoją tkniętą przez Mroczne Potęgi naturę pod pozorami zwykłej, ludzkiej, powierzchowności. Podobnie jak Soria jaka opierała się o reling i z łagodnym uśmiechem lustrowała wody zatoki. Wyrocznia jednak była bardzo zadowolona z tak szybkiego i dużego sukcesu. W sprawie pierwszej z sióstr udało im się pozyskać cennego sojusznika i zdobyć obiecujący trop z widokami na powiększenie zdobyczy.
- Możliwe, że z dziedzictwem pozostałych sióstr może być podobnie. Jakiś strażnik czy przewodnik i potężny artefakt. Tylko trzeba je umieć rozpoznać i odnaleźć. - powiedziała w zadumie Merga opierając się tyłkiem o reling od strony nabrzeża gdy lustrowała pochyloną sylwetkę o granatowych warkoczach.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto spędził drogę powrotną w modlitwie do Wielkiej Czwórki, w szczególności składał podziękowania Slaanesh za to, iż uznała ich godnych poznania syreny.
Nie mieszał się do rozmów Wyroczni i Syreny, zanotował w pamięci, że musi nauczyć się języka demonów. Kiedy Merga przekazała informacje, które zdołała uzyskać od syreny upadły kapłan zaczął rozważać możliwości. Jego obecność na dalszych łowach artefaktu Soren była obecnie zbyteczna, był pewien, że reszta zboru da sobie radę. Jeżeli pozostałe artefakty mają podobną sytuację ze strażnikiem, to pomysł zostawienia daru Khorna na koniec był rozważny. Wątpił, aby sługa Boga Krwi dał się przekonać czymś innym niż przemocą.
To pozostawiło Nurgla i Tzeentcha i mieli już poszlakę do tego pierwszego…- Wyrocznio, Starszy… - Otto podszedł do dwójki - Za waszym przyzwoleniem, pozostawię poszukiwania Daru Soren reszcie naszej rodziny. Jestem pewny, że Łasica i pozostali podołają temu zadaniu. Jeżeli mogę coś zasugerować, nawet jeżeli artefakt jest pod wodą, to najprawdopodobniej jest w jakiejś pieczarze, a ta może mieć połączenie z głównym lądem. - zakonnik spojrzał na Syrenę - Martwi i cieszy mnie pomysł innych strażników. Możemy zyskać potężnych sojuszników… lub wrogów, jeżeli okażemy się niegodni. - skłonił się przed swoimi przełożonymi - Udam się do Sigismundusa i Strupasa, zobaczyć jak im powiodło się. Jeżeli ich dzieło może poprowadzić nas dalej, to udam się z nimi tej nocy. Przy odrobinie szczęścia pozyskamy chociaż jakieś informacje od darze Oster.
Otto udał sie do dwóch Nurglitów przywitał ich uściskiem.
- Bracia, mam nadzieję, że wasza świnka doprowadziła was do jakiegoś zgniłego trufla.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim przysłuchiwał się słowom Mergi zadowolony z sukcesu misji i swojego udziału w niej. Wyglądało na to, że zdobyli potężnego sojusznika i byli blisko odnalezienia pierwszego artefaktu. Chociaż oznaczało to, że prawdopodobnie będzie musiał utrzymywać prawdę o syrenie w tajemnicy i porzucić pierwotny plan zneutralizowania tej istoty i okrycia się w ten sposób sławą. No, ale przecież nie można było mieć wszystkiego, czyż nie?
- To wspaniałe wieści Mistrzyni - stwierdził, robiąc krok w jej stronę i lekko skłaniając głowę. Syrenie też się skłonił.
- Zdobyliśmy potężnego sojusznika i znamy lokalizację pierwszego z artefaktów. Nie będzie łatwo wydobyć go spod wody, ale zajmiemy się tym z Rupertem - spojrzał w stronę ponurego rybaka który wrócił wraz z nimi tutaj z Wrakowiska. Chociaż zejście pod wodę to chyba nie było coś co tutejsi rybacy zwykli czynić.
- Znasz może jakąś magię pozwalającą oddychać pod wodą? - spytał się Mergi.- A może i Otto ma rację z tą jaskinią i potencjalnym dostępem z lądu, spytajmy się Sorii czy wie coś o tym.
W każdym razie skoro byli już tak blisko, miał zamiar doprowadzić sprawę do końca. W drugiej kolejności planował poszukać w Akademii tropu artefaktu związanego z jego patronem, z racji swojego statusu miał tam przecież dostęp. Artefakty Khorn'a i Nurgla najchętniej pozostawił by innym, miał wrażenie że nie rozumiał do końca tych potęg i ich ścieżek. Co do Księcia Rozkoszy było inaczej, jak stwierdził, spoglądając na kultystki z grupy Łasicy i lekko się speszył przypominając sobie swój udział w orgii. Chociaż z drugiej strony co było złego w poszukiwaniu przyjemności... tak długo jak nie przysłaniało to rzeczy najważniejszych, czyli ścieżek ku wiedzy i mocy.
-
Oryginalny autor: Zell
- Tych, którzy tacy wybredni w wyborze byli. - dołożył jeszcze trzy złote monety, które przy dłoni położył - Ostatnie dni kusili dobrym pieniądzem, bardzo pieczołowicie wybierali. Pewno udało im się w końcu dojść do wyboru, co chętnych było aż nadto?
- Tu mało kto nie udaje wybrednego panie. I to nieważne, po której stronie stołu zasiada. - dziewczyna odparła uśmiechając się lekko i zgarnęła trzy monety chowając je bez pośpiechu do przypinanej u pasa kieszonki.
- Ale jak ostatnie dni i taki trudny wybór to chyba kojarzę o kogo chodzi. To szukali ludzi na wycieczkę do Saltburga. Do służby albo eskorty. Czerwony Johan się tym zajmował. - odparła bez większych ceregieli i rozejrzała się po wnętrzu głównej izby karczmy.
- Ale nie widzę go. Nie widziałam go dzisiaj. - powiedziała wracając spojrzeniem do siedzącego klienta.
- Za niewielki trud by tych pieniędzy nie oferowali. - odparł dodając jedną monetę - Dobrze sobie radzicie z karczmą, skoro nawet elfich gości przyciągacie. A zaczynałem myśleć, że oni gardzą tym samym powietrzem co my oddychamy.
- No tak. Rzadko tu zaglądają. - kelnerka spojrzała w stronę elfa siedzącego przy ściennym stole i zgodziła się z opinią gościa w tej elfiej sprawie. - Nie znam go. Pierwszy raz go widzę. - wzruszyła ramionami dając znać, że dla niej gość jest równie nowy jak dla mężczyzny który o niego pyta. - Mam mu przekazać jakąś wiadomość? - zapytała ochoczo widząc okazję do zarobienia kolejnych paru monet.
- Nie, dziękuję. - odmówił Heinrich - Ale z Czerwonym Johanem bym się rozmówił. Czy wiesz, gdzie można go znaleźć?
- Najłatwiej to tutaj. Dzisiaj go nie ma ale jest Festag. Zwykle przychodzi gdzieś w południe na obiad. No i załatwia wtedy różne sprawy. Jutro pewnie przyjdzie. - dziewczyna odparła bez zawahania jakby była pewna tego co mówi. Rozejrzała się jeszcze raz po głównej sali ale widocznie dalej nie widziała szefa najemników o jakim rozmawiali.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 05 - 2519.06.29; wlt; ranek
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; apteka Sigismundusa
Czas: 2519.06.29; wlt; ranek
Warunki: piwnica zaplecza, jasno, chłodno, cicho; na zewnątrz jasno, łag.wiatr, pogodnie, nieprzyjemnieOtto
Wczoraj zanim się wszyscy naradzili, wysłuchali co Merga przekazuje od Sorii no i od siebie to już zrobił się późny wieczór. Zbór się skończył i wszysyc kultyści rozeszli się do swoich domów gdy już było niedaleko północy. Było zbyt późno aby coś jeszcze zdziałać więc najwyżej umówili się na kolejny dzień. I tak dzisiaj całkiem pogodnego choć nieco chłodnego poranka jednooki były kapłan odwiedził swojego kolegę ze zboru. W jego aptece i sklepie z ziołami i różnymi miksturami jaki stanowiły przykrywkę dla jego prawdziwej twarzy a przy okazji źródło dochodów.
Do środka wszedł zwyczajnie, jak kolejny klient. Nikogo nie zastał za ladą ale nie czekał długo. Dzwonek uderzony otwieranymi drzwiami uprzedził o tym, że ktoś przyszedł. I zaraz potem gdzieś z zaplecza wyszła masywna sylwetka gospodarza.
- A! To ty. Witaj, witaj. Wejdź, wejdź. - Sigismundus przywitał się z Otto niczym jowialny wujek. Wyglądał jak aptekarz w swojej aptece, długie szaty, szeroki pas, równie szeroki uśmiech, nic zdawało się z pozoru nie wskazywać, że może miec on coś na sumieniu. Ot, kolejny, gruby kupiec na ulicach miasta. We dwóch przeszli na zaplecze a tam nie było niespodzianek. Mijali jakieś drzwi, w większości zamknięte i skierowali się do tych jakie prowadziły do piwnicy oświetlonej lampą na dole. A gdy tam zeszli spotkali Strupasa. Ten też się przywitał z młodszym kolegą skinieniem swojej brzydkiej, głowy z kaprawym okiem.
- Chodź, bo chyba jeszcze nie widziałeś naszej ślicznej loszki. Poznacie się. - zaśmiał się chrapliwie gospodarz nieco tracąc na wyglądzie i zachowaniu dostojnego, statecznego kupca. Otworzył kolejne drzwi, tym razem w piwnicy i weszli do pomieszczenia jakie wyglądało trochę jak warsztat, a trochę jak magazyn. A przez klatki i obręcze wmurowane w ściany trochę też jak loch. Tam zastali młodą, stojącą kobietę o czarnych włosach.

https://us.v-cdn.net/6030815/uploads...-mommy-236.png
- Musiałem ją umyć. I ubrać. Już nie wygląda tak ładnie jak wcześniej. I nie pachnie. Ale rozmawiałem wczoraj ze Starszym i mówił, że lepiej tak zrobić aby nie zwracali na nią uwagi. - Sigismundus pęczniał z dumy jakby prezentował jakąś rasową klacz czy sukę godną do założenia całej hodowli i rasy. No albo lochę właśnie. Niestety miał odmienny punkt widzenia niż standardowe kanony piękna więc czysta i ubrana w czyste rzeczy kobieta wcale nie wydawała mu się piękniejsza niż gdy była pokryta czyrakami, wrzodami i była siedliskiem wszelkich, małych stworzonek jakie tak uwielbiał jego patron. Tak wyraźnie zarażona osoba jednak rzucała by się na ulicy w oczy i byle patrol mógł się przyczepić a przecież musieli minąć obsadzoną strażą bramę przy wychodzeniu z miasta. A potem z nią wrócić. Młoda kobieta patrzyła na nich ale nie odzywała się. Właściwie nie była skrępowana ale na szyi miała obrożę jaka była zaczepiona o jedno z kółek wmurowanych w ścianę piwnicy.
- Śliczna prawda? Te puszczalskie ladacznice na pewno by ją chciały dla siebie. Ale nie, nie, moja loszka jest przeznaczona do wyższych celów! Nie dla psa kiełbasa! - aptekarz zarechotał złożliwie aż się musiał złapać za brzuch na myśl jakie wrażenie by mogła wywołać jego cenna loszka na koleżankach z kultu. A jeszcze większą, że nie zamierzał im jej oddawać. Strupas zarechotał razem z nim. A i dziewczyna uśmiechnęła się ale skromnie i niepewnie. Dalej się nie odzywała.
- Tak, tak, nasza loszka na pewno nas zaprowadzi do pięknie, dojrzałych trufli. Prawda? - aptekarz niczym dobry ojciec czy wujek chciał zmotywować niezbyt bystrą pociechę. Pokiwał głową zerkając na nią a ona znów niepewnie się blado uśmiechnęła i odparła podobnym gestem. Wydawała się, że jest bardzo zastraszona i złamano jej wolę. Albo niespełna rozumu. Co się zresztą nie wykluczało.
- Wczoraj dobrze poszło. Ciągnęła na smyczy aż miło! Musiała wyczuć ciekawy trop. Dobra, loszka, dobra! Zaprowadzi swojego tatusia do daru naszego Ojczulka i jego wysłanniczki! - gospodarz zwrócił się znów do gościa tłumacząc nieco chaotycznie jak to wczoraj im poszło z tym szukaniem.
- Tak. Ale to coś dalej. Wczoraj szliśmy z pół dnia i doszliśmy nigdzie. Sam przeklęty las dookoła. A ta dalej nas ciągnęła. To musi być gdzieś dalej. Ale przynajmniej wiemy, że może nas poprowadzić. Tylko trzeba pójść dalej. A te lasy są niebezpieczne. - garbus włączył się do rozmowy i uzupełnił o słowa swojego dostojniejszego kolegi. Obaj wyglądali jak klasyczna para mistrza i jego szkaradnego pomocnika. A jednak odkąd Otto ich poznał to obaj zdawali się dość dobrze ze sobą dogadywać. A z samym lasem zwłaszcza Strupas nie miał dobrych wspomnień. W zimie podczas jednej z wypraw prawie dorwały go gobliny na wilkach. A i bez nich można było się natknąć na bandy dezerterów, rabusiów, zwierzoludzi czy inne takie niebezpieczeństwa. Dla dwóch osób i jednej na smyczy to było spore ryzyko zagłębiać się w te lasy. Nie było dziwne, że zdecydowali się wrócić wczoraj na noc do miasta. W końcu i tak chcieli tylko sprawdzić czy Lochy można użyć jako psa przewodnika. I wychodziło na to, że tak. Tylko nie było wiadomo jak daleko są te cenne trufle i gdzie.
- No i właśnie dlatego trzeba ruszyć jeszcze raz. Ale możliwe, że nawet na parę dni. Nie wiadomo gdzie nas nasza świnka zaprowadzi i co tam będzie. Idziesz z nami? - Sigismundus rozłożył swoje szerokie ramiona i spojrzał zaczerwienionymi oczami na młodszego gościa. Zamierzali zacząć od jaskini odmieńców. Tam mogli zabrać Silnego i Egona jako eskortę. No ale jeszcze się zastanawiali czy kogoś ze zboru nie zabrać na taką wyprawę. Przy okazji nieco chaotycznej rozmowy wspomniał, że interesujące wydawały mu się te podziemne stworzenia żyjące pod miastem. Zwłaszcza to, że za użyczenie kryjówki życzyły sobie niewolników a najchętniej młode, zdrowe kobiety. To go zastanawiało ale jak chłopaki nie potrzebowali już tej kryjówki to i kontakty z tymi dziwnymi istotami osłabły i właściwie się urwały. Powierzchniowcy nie schodzili w trzewia ziemii a tamci chyba nie wychodzili na powierzchnię.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; Akademia Morska
Czas: 2519.06.29; wlt; ranek
Warunki: recepcja akademii, jasno, chłodno, cicho; na zewnątrz jasno, łag.wiatr, pogodnie, nieprzyjemnieJoachim
Kolejny ranek, pierwszego dnia nowego tygodnia, okazał się całkiem pogodny chociaż chłodny. Lepiej było nie wychodzić na zewnątrz w samej koszuli. Joachim udał się tego poranka ku centrum miasta przy rzece Salt gdzie na jej zachodnim brzegu mieścił się kompleks Akademii Morskiej. Właśnie tu szkoliły się kolejne kadry oficerów, nawigatorów i bosmanów. Joachim jako uczony i astrolog co bywał na salonach towarzyskich tego miasta był tu mile widzianym gościem. Dziś też skierował swoje kroki do recepcji. Idąc ulicami miasta miał sporo czasu aby wspomnieć wczorajsze wydarzenia.
- Myślę, że to jest nasz przewodnik i klucz do tego wodnego tropu. - Merga wskazała na Sorię i widocznie ją uważała za ważny element aby zdobyć cenny ołtarz poświęcony jej patronowi. Syrena mogła bez kłopotu poruszać się w wodzie i pod nią. To wręcz było dla niej naturalne środowisko. Więc wyrocznia chyba uważała, że będzie uczestniczyć w tych poszukiwaniach. Natomiast Soria nic nie wiedziała o dziedzictwie pozostałych sióstr i raczej jej to nie obchodziło. Poświęciła się swojemu patronowi, dla niego i jego chwały została zrodzona a na cześć swojej matki przyjęła podobne jej imię. Czy Soren faktycznie była jej matką czy tylko duchowym patronem tego chyba nawet Merga nie wiedziała. Ale nie było to dla niej istotne, uważała, że Soria jest jedną z elementów układanki jaką szykowały Mroczne Potęgi i dlatego powinni działać razem z nią. I pewnie dlatego i syrena była im tak przyjazna. Nawet wobec niedoszłego łowcy który próbował ją zimą schwytać. Widocznie go rozpoznała.

https://cdna.artstation.com/p/assets...jpg?1609717018
- Pochwalony. To co cię do nas sprowadza dzisiaj Joachimie? - Philipp był młodym cyrulikiem i często pełnił dyżur w recepcji Akademii. Więc przez ostatnie pół roku odkąd Joachim tu zachodził zdążyli się nieco poznać. Zapewne aby pójść do biblioteki co było najczęstszym powodem do odwiedzin tej placówki byłoby tylko formalnością. Ale coś więcej i mniej standardowego wymagało jednak większej inwencji i pomysłowości.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; karczma “Kwarta”
Czas: 2519.06.29; wlt; ranek
Warunki: główna izba karczmy, jasno, chłodno, gwar głosów; na zewnątrz jasno, łag.wiatr, pogodnie, nieprzyjemnieHeinrich
“Kwarta” dzisiejszego poranka niezbyt się zmieniła od wczorajszego południa. Co najwyżej zestaw gości był inny. Chociaż dominował ten sam ich typ: najemnicy, marynarze, łowcy nagród oraz ich szefowie, klienci, zleceniodawcy. A także kręcące się między nimi kelnerki jakie roznosiły jadło, napitek i wesoły uśmiech.
Pora była taka sobie. Ci co mieli zjeść tutaj śniadanie to pewnie już zjedli i wyszli. Na obiad było jeszcze za wcześnie. To i nie było w ten późny poranek tak tłoczno jak wczoraj, w dzień świąntynny.
Heinrich nie miał żadnych trudności z odnalezieniem Czerwonego Johana. Jak odwrócił głowę w stronę drzwi wejściowych gdy te otworzyły się i do środka wszedł zbrojny. Co w tym lokalu nie było niczym niezwykłym. Ale za nim wszedł starszy i łysiejący mężczyzna z mieczem u boku. Był bez pancerza, ubrany w zdobny, czerwono - brązowy, skórzany kubrak który pewnie miał pewne właściwości ochronne ale raczej był dla wygody i aby nie nosić na co dzień ciężkiego pancerza. Za nim wszedł koleny zbrojny. Szybko jednak okazało się, że to ten starszy jest z tej trójki najważniejszy a ci dwaj to pewnie jego ochrona i eskorta.

https://upload.wikimedia.org/wikiped...oni1566-69.png
Mężczyzna przyszedł jak do swojego i bez wahania zajął miejsce przy wolnym stole zdolnym pomieścić cały, rodzinny tuzin. Jeden z ochroniarzy usiadł obok niego, drugi stanął za nim. Szybko podeszła do nich kelnerka i chwilę rozmawiali pewnie przyjmując zamówienie. Wydawało się, że rozmawiają całkiem miło. Po chwili kelnerka wróciła za kontuar i zniknęła na zapleczu pewnie przekazując kuchni co mają przygotować. Henrich musiał się jeszcze dopytać jednej z dziewczyn kim jest ów mężczyzna ale nie było zaskoczenia jak się okazało, że to jest właśnie ów Czerwony Johan jaki ostatnio tak intensywnie szukał najemników spełniających jego wyśrubowane standardy.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
- W takim razie możemy spotkamy się z Sorią za kilka dni i poszukać artefaktu? Trzeba by się było się zorientować jak bardzo musimy zejść pod wodę - Joachim zaproponował Łasicy i pozostałym kiedy kończyli naradę poprzedniego dnia. Z jednej strony nie chciał pozostawiać zakończenia tej sprawy tylko Łasicy i jej ferajnie, z drugiej zaś nie do końca ufał Syrenie więc współpraca z nimi i działanie w większej grupie nadal wydawała się najlepszym rozwiązaniem.
-Miło cię widzieć Philippie. Pomyślałem sobie, że chociaż nie raz już miałem przyjemność odwiedzić waszą bibliotekę, to nie miałem okazji zwiedzić reszty Akademii, a słyszałem że to jeden z najstarszych i najbardziej interesujących budynków w mieście, zakładam że nie byłoby problemem gdybym go trochę pozwiedzał? - Czarodziej planował rozejrzeć się po Akademii i wysilić swoje magiczne zmysły w poszukiwaniu śladów magicznej aury artefaktu Pana Przemian.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto wysłuchał opowieści kultystów Nurgla. Cieszyło go, że ich eksperyment przyniósł efekty. Przyjrzał się ich dziełu, rozumiał oczywiście mądrość Starszego, czuł jednak ból, że nie ujrzał prawdziwego piękna tej istoty.
- Jeżeli trop będzie prowadził na mokradła to zdąży się jeszcze potaplać w błocku i przygarnąć kilku gryzących przyjaciół. - mnich uśmiechnął się i spojrzał na Strupasa oraz Sigismundusa - Kilka dni, jak sądzę, to dobry pomysł. Musimy obgadać z resztą zboru, kto będzie nam towarzyszył. Kilka silniejszych rąk może się przydać. Mam informacje, które mogą nam pomóc.
Otto oparł się o ścianę i "spojrzał" na loszkę tylko swym pustym okiem
- Skarb Mrocznego Księcia miał strażnika w postaci syreny. Udało nam się z nią zaprzyjaźnić i sprowadzić do miasta. Starszy i Wyrocznia uważają, że pozostałe artefakty również posiadają takich strażników, co oznacza, że możecie dostać kolejnego członka rodziny. - uśmiechnął się do Nurglitów - Będziecie mogli popisać się swym dziełem przed nimi. Mam nadzieję, że równie łatwo pójdzie z wysłannikiem Dziadka, nie chciałbym, abyśmy zostali uznani za niegodnych. - po raz ostatni spojrzał na kobietę i przygotował się do wyjścia.
- Wrócę do was za trzy dni. Do tego czasu spróbuję załatwić nam wóz i obstawę ze zboru. - Uścisnął ponownie dłoń Sigisnumdusa i Strupasa - A wy upewnijcie się, że loszka będzie ładna i reprezentatywna w dzień poszukiwań. - uśmiechnął się po raz kolejny i pozostawił dwóch wyznawców Nurgla.
Otto wrócił do swych owieczek, przechadzając się po korytarzach wsłuchując się w krzyki i zawodzenia obłąkanych dusz. Ich cierpienie i szaleństwo to testament mocy jego patronów i wkrótce całe miasto będzie wypełnione tą piękną muzyką, ale jeszcze nie dziś. Dziś ten koncert jest tylko dla niego. Ciekawiło go czy może, któryś z jego podopiecznych dobrał się do węgla lub kredy i namazał coś na ścianach swojego pokoju. Być może któryś wyryła jakieś obrzydliwie piękne słowa pazurami na swym ciele. Zamordował i zjadł innego pacjenta, albo kogoś z obsługi?
Ignoranci z zewnątrz boją się, lub jest im żal istot zamkniętych w tym budynku. Nie Otto. Otto im zazdrościł. -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 06 - 2519.06.29; wlt; zmierzch
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ulice
Czas: 2519.06.29; wlt; ranek
Warunki: - ; na zewnątrz: jasno, powiew, zachmurzenie, nieprzyjemnieJoachim
- Nie byłeś u nas na uczelni? - zdziwił się młody, łysy skryba. Pewnie próbując sobie przypomnieć co mógł odwiedzać stojący przed jego biurkiem astolog. Chwilę mu to zajęło ale on sam najczęściej pełnił dyżur tutaj, na recepcji uczelni i tylko witał się i ewentualnie nawigował gości czy umawiał ich na spotkania. Raczej nie szedł razem z nimi w głąb Akademii.
- Hmm… No może faktycznie… - Philippe pokiwał głową. No ale, że nie bardzo mógł pełnić rolę przewodnika jak miał obowiązki na miejscu to zadzwonił dzwonkiem. Po chwili do środka weszła jakaś młoda skryba czy ktoś taki. Philippe przedstawił ją jako Noel i od tej pory ona przejęła rolę przewodniczki dla astronoma.
- Pokaż Joachimowi naszą uczelnię. Zwłaszcza wydział nawigacyjny myślę powinien go zainteresować. Jest astronomem i astrologiem. Bo do tej pory odwiedzał u nas głównie bibliotekę. - poinformował recepcjonista swoją koleżankę. Ta skinęła głową i dała znać aby ruszać za nią.
Była drobnej budowy, wesołą i zaangażowaną w swoją rolę dziewczyną. Pasowała w sam raz do roli życzliwej przewodniczki. Zaprowadziła do głównego gmachu gdzie odbywały się zajęcia dla studentów. A, że był środek dnia to do większości sal nie można było wejść bo trwały tam zajęcia. Jednak w końcu trafili na przerwę i wtedy Noel weszła do kilku sal chwilowo zwolnionych od dorosłych studentów i wykładowców.
Dało się wyczuć klimat morza i to, że jest to uczelnia poświęcona temu żywiołowi. Na parterze była mała świątnynia Mananna. Zaś na wybrzeżu większa. Tam też był plac na jakim ćwiczono musztrę, albo inne zajęcia na świeżym powietrzu. Odbywały się też defilady i apele. Chociaż akurat dzisiaj to tam zbyt wiele się nie działo.
Była osobna pracownia poświęcona broni czarnoprochowej i artylerii wszelakiej. Barwne ilustracje poglądowe na budowę takiego działa z opisem poszczególnych części. A w kolejnej szkolono szkutników. Właściwie to był cały dział gdzie stały małe modele okrętów, fragmenty masztów i ożaglowania gdzie można było ćwiczyć wiązanie węzłów czy omawiać budowę poszczególnych elementów statku jakie właśnie szkutnicy albo budowali w stoczni albo naprawiali na pokładzie swojego statku. Albo dział kartograficzny. Który przypominał skrzyżowanie pracowni malarskiej i matematycznej. Na ścianach wisiały różne mapy a także skomplikowane tablice do wyliczeń odległości oraz wyznaczania szerokości geograficznej i jeszcze różne sekstanty, brody logarytmiczne i kompasy do liczenia tego wszystkiego.
No i był też dział nawigacyjny. Gdzie faktycznie ktoś kto skończył nauke w Kolegium Niebios mógł się poczuć dość swojsko. Dzięki tym wszystkim lustrom, lunetom, teleskopom, mapom gwiazd i podobnym akcesoriom. Nawigacja po części sąsiadowała z kartografią i astronomią właśnie.
W kolejnym budynku był męski akademik. Spora część studentów bowiem pochodziła spoza miasta i musiała gdzieś mieszkać. Noel zaprowadziła Joachima do jednego z pokojów jaki był akurat niezamieszkały. Wyglądało to podobnie jak pokój w karczmie policzony na dwa pojedyncze łóżka. O dość oszczędnym wystroju ale podstawowy standard był spełniony. A w razie czego studenci mogli go sobie już indywidualnie dostosować na swoje potrzeby. Ale bez przesady bo raz w tygodniu była inspekcja. Zaś dziewcząt było znacznie mniej to mieszkały w osobnym budynku który wyglądał jak trochę większy dom albo wolno stojąca tawerna. No ale z oczywistych względów tam młodemu kawalerowi nie zaproponowała wizyty bo godziłoby to w nakazy moralności i dobrego wychowania.
Później przeszli do warsztatów położonych nad brzegiem zatoki. Tu szkutnicy i nie tylko ćwiczyli swoje praktyczne umiejętności. Słychać było stukot młotków i dźwięki pracujących pił. Z drugiej strony placu apelowego były magazyny z różnymi narzędziami, zapasami belek, desek, lin, beczek i kto wie z czym jeszcze. A na koniec weszli na pokład niewielkiej jednostki jaka służyła już do ćwiczenia umiejętności żeglarskich na pełnym morzu. I kończący naukę studenci, razem ze swoimi instruktorami potrafili nią popłynąć nawet do Erengardu, Marienburga czy któregoś z północnych, bretońskich portów.
Całe to zwiedzanie zabrało całkiem sporo czasu. Przez ten czas siódmy zmysł astromanty raczej pozostał bierny. W większości miejsc nie było przedmiotów, osób ani zjawisk jakie wpływałyby na przepływ Eteru. Tylko w pracowni nawigacji coś drgnęło w okolicach biurka wykładowcy. Ale był to słaby ślad. Albo coś było ale już dawno temu, że zakłócenia eteru wróciły do normy albo było to coś względnie słabego, pewnie jakiś umagiczniony przedmiot związany z wiatrem niebios bo ten wydawał się tam kumulować lekką, niewidzialną dla zwykłych oczu mgiełką.
Noel jednak nie oprowadziła go po całym kompleksie. Tylko po tej części która była użytkowa podczas nauki studentów fachu morskiego. Poza nią widać było jakieś budynki wyglądające na gospodarcze, jakieś chyba stajnie, magazyny czy coś podobnego. Zresztą tak to nawet wspomniała przewodniczka. Ale tam nie poszli gdy chyba uznała, że to nic ciekawego do zwiedzania. Stajnia, jak stajnia, w każdym obejściu i tawernie jest jakaś to raczej nic emocjonującego do oglądania. A magazyny to miały tam być jakieś zapasy podobne do tych jakie widać było w małym magazynie przy placu apelowym, albo magazyn prochu i kolejny z artylerią ale tam już trzeba było mieć klucz albo zezwolenie aby tam wejść a ona takiego nie miała. Studenci tam raczej nie mieli zajęć. Z zewnątrz zaś te budynki nie wyglądały ciekawiej niż kolejne stajnie i magazyny w dokach czy gdzieś indziej.
W końcu mógł się pożegnać i ze swoją przewodniczką i Philippem i wyjść za bramę na ulice miasta. Tam przechodząc przez Plac Targowy, jaki był największym w mieście widział jak robotnicy ustawiają płot przy jakim mieli na siebie szarżować rycerze z kopiami. I okręgi w jakich mieli toczyć ze sobą piesze pojedynki. Turniej zbliżał się wielkimi krokami i pod koniec tygodnia czyli za parę dni już powinien się zacząć. Właśnie z tego powodu Łasica wolała załatwić sprawę z wyłowieniem ołtarza jej patrona jak najprędzej. Jakby dobrze poszło była szansa wyrobić się przed festynem. No a jak coś by nie poszło można by spróbować ponownie po. Kultystka była zniecierpliwiona i zaciekawiona co to może być. Soria obiecała pomóc i pełnić rolę przewodniczki. Potrzebna była łódź bo podróż na południe najlepiej było odbyć rzeką Salt skoro ów artefakt miał być w jednej z jej zatoczek. Ona sama nie potrzebowała łodzi i mogła popłynąć na same dno no ale dwunogi z kultu już nie miały takiej swobody w tej materii. Włamywaczka była ciekawa czy Joachim i Rupert by dołączyli ze swoją łodzią jak nie to ona i Burgund mogły skombinować własną. Merga też była zdania, że skoro mają tak obiecujący trop do jednego ze śladów po Czterech Siostrach to jak tylko naszykują się na tą wyprawę to nie ma co zwklekać. Jeszcze tylko można było poczekać na Onyx czy udało jej się zdobyć jakiś dokładniejszy namiar od tego jej znajomego poety co wspominał o jakiejś zatoczce na południu.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; hospicjum
Czas: 2519.06.29; wlt; zmierzch
Warunki: szatnia, jasno, chłodno, cicho; na zewnątrz: jasno, powiew, zachmurzenie, nieprzyjemnieOtto
Świąntynne dzwony ogłosiły miastu, że zbliża się tradycyjna pora nieszporów. Chociaż w lecie to było jeszcze jasno o tej porze. A w hospicjum dzienna zmiana kończyła swoją pracę, odkładała narzędzie i zmierzała do szatni aby się przebrać i wrócić do domu. Nocna zmiana była dość szkieletowa w porównaniu do dziennej i też już przybywała aby zacząć swoje wieczorne obowiązki. Zaś jednooki pracownik miał okazję do przemyślenia tego wszystkiego co się działo od rana. Dzień zaczął się przecież od wizycie w aptece Sigismundusa.
- Za trzy dni? Trochę późno. Trzeba to obgadać ze Starszym. Nie jestem pewien czy on nie chce nas w komplecie na ten turniej co ma być. A nie wiadomo jak daleko są te trufle do jakich nasza Loszka tak ciągnie. - chociaż ogólnie gruby aptekarz był rad co do tego co mówił jego młodszy kolega ze zboru to już jednak w detalach niekoniecznie. Trudno było zaplanować wyprawę o jakiej nie było wiadomo gdzie się skończy i kiedy. Może by był to jeden dzień za miasto i powrót. To by zdążyli przed turniejem. Ale równie dobrze mogło być tydzień w jedną i drugą stronę. No ale jakby mimo to Otto uzyskał zgodę Starszego albo Mergi to okrutny eksperymentator razem ze swoim garbatym kolegą byli gotowi ruszyć za zewem ich patrona. Raczej chodziło mu o to aby nie podpaść mistrzowi jeśli miałby jakieś plany ich względem w związku z tym turniejem. W tygodniu to Starszego nie było tak prosto znaleźć. Jak zabrakło Karlika to może tylko Merga albo Łasica wiedziały jak się z nim skontaktować. Łatwiej już było z którąś z nich. Merga zwykle była w swojej podziemnej kryjówce albo na “Adele”. A Łasica w tawernie “Wesoła mewa” lub nawet jakby jej nie było można było zostawić dla niej wiadomość. Więc z którąś z nich było się łatwiej skontaktować.
- Ale wóz to nie. Jak wczoraj nasza Loszka nas prowadziła to rwała przez las na przełaj. Wóz tam nie wjedzie. Jakiegoś jucznego muła czy osła można by skołować. - za to co do wyprawy za miasto aptekarz był pewny, że wóz to kiepski i mało praktyczny pomysł. Może jakby wiedzieli dokąd zmierzają i dało się skorzystać z dróg to jeszcze. Ale jak byli zdani na talenty czarnowłosej to musieli podążać za nią aż ich doprowadzi na miejsce.
Potem gdy zaś rozstał się z towarzyszami w spisku mógł zacząć swoje obowiązki jednego z opiekunów w hospicjum. Okazało się, że przez ten Festag co go nie było w pracy sporo się działo.
Wczoraj Marisa trafiła do małej celi. Za lubieżne zachowanie. Przyłapano ją jak się grzesznie ze sobą zabawia a podczas kąpieli nawet próbowała zbałamucić żeńską obsługę i koleżanki. Więc zaordynowano jej karę chłosty oraz tydzień zamknięcia w celi o głodowych racjach samego suchego chleba i wody aby jej to wywietrzało z głowy. Trochę tym się wszyscy dziwili bo dziewczyna miała kłopoty z pożyczaniem bez pytania różnych drobnych przedmiotów które potem zwykle znajdywano przy jej łóżku. Ale poza tym nie sprawiała raczej kłopotów swoim opiekunom i raczej trudno było uznać ją za lubieżnicę. Więc nie bardzo było wiadomo co o tym myśleć. Postąpiono więc jak zazwyczaj za takie przewinienia.
Jakby tego było mało wczoraj wybuchła też awantura przy kolacji jaka szybko przerodziła się w bójkę. Kilkoro największych prowodyrów zamknięto w osobnych celach i teraz byli sąsiadami Marisy. Wczoraj stało się tak szybko, że obsługa nawet nie zdążyła się zorientować od czego się zaczęło. I musiała wezwać prawie wszystkich co byli na miejscu aby spacyfikować tą krwawą jatkę. Annika wylądowała nawet w lazarecie po tym gdy ktoś z pozostałych wbił jej kilka razy łyżkę w brzuch. Ponoć wyglądało to dość makabrycznie jak ją opiekunowie podnosili z podłogi i odkryli właśnie tą łyżkę wbitą w jej brzuch i inne ślady ran, ugryzień i rozbitego nosa. Po tym jak grzmotnęli ją pustym wiadrem w głowę. Bo tłukła głową jednego z podopiecznych o podłogę. I on też leżał teraz w lazarecie tylko w innej sali. Taka zajadłość tej bójki zaskoczyła kolegów Otto. W sali Torna co też teraz był zamknięty w celi znaleziono wydrapaną na ścianie, wyszczerzoną czaszkę z rogami. Dziś jak go nie było bo siedział w izolatce o chlebie i wodzie to na Otto spadło zadanie zalepienia szpachlą tej makabreski i potem zamazanie tego farbą.
Istny dom wariatów. Jeszcze musiał dzisiaj posprzątać po Vigo. Sam Vigo też był w lazarecie. Pogorszyło mu się i miał dość słabe rokowania. Dziś do obowiązków Otto musiał wziać wiadro z wodą i szmatę po czym posprzątać jego bazgroły. Rano bowiem odkryto go skulonego na podłodze jak nagi ciężko dyszał i rzęził. Nie wyglądało to dobrze. Ale jakoś nie przeszkodziło mu to wysmarować własnymi odchodami ściany swojej celi. Mazał dłonią i palcami więc trudno było o finezję i artyzm jakim choćby cechowały się obrazy Pirory czy innych artystów. I raczej odchody nie należały do składników ich barwników. Wydawało się, że są to bezsensowne bazgroły szaleńca. Jednak jak się spojrzało z paru kroków o co w wąskiej celi wcale nie było tak łatwo, to wydawało się, że dwie elipsy można by uznać za oczy. A większy owal za jakąś wydłużoną głowę czy inny łeb. Tylko pionowa krecha nad tymi oczami byłaby wtedy bez sensu. Bo to ani uszy, ani grzywka, ani nie wiadomo co. Tak czy inaczej jak Otto tam przyszedł to zapaszek był już zasiedziały no i miał polecenie posprzątać to wszystko.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim szczerze podziękował Noelle i Philippowi za możliwość zwiedzenia Akademii. Budynek i jego wyposażenie zrobiły na nim wrażenie, a najbardziej oczywiście dział nawigacyjny. Kolekcja lunet i teleskopów nie dorównywała wprawdzie tej, którą dysponowało Kolegium Niebios w Altdorfie, ale i tak spędził tam sporo czasu, studiując te urządzenia.
No ale przecież nie miał zwiedzać tylko dla przyjemności. Niestety, nie natrafił na żaden ślad artefaktu. Słaby ślad w pracowni nawigacyjnej to chyba nie było to czego szukał. Czyżby powinien jeszcze sprawdzić w magazynach i stajniach? Tam musiałby się albo zakraść albo znowu znaleźć jakiś pretekst.
Żegnając się z Noelle i z Philippem, zaoferował że za fatygę może ich zaprosić na piwo albo na obiad. Spytał się też o historię Akademii, może w dawnych wydarzeniach natrafi na jakiś ślad?
Następnie miał zamiar wspomóc się wróżbą, jeśli tylko niebo pozwoli mu na odpowiednią obserwację gwiazd. Pytanie które chciał zadać, to czy powinien sprawdzić pozostałe budynki Akademii, jak stajnie i magazyny, czy może podążyć innym tropem, jak chociażby ten ślad w sali nawigacji. Stwierdził, że rozmowa z jego przyjacielem Aaronem by nie zaszkodziła, on był też przecież uczonym a w chwilach gdy nie był upojony alkoholem miewał całkiem dobre przemyślenia. No i była jeszcze Merga, z którą mógł się skonsultować podczas lekcji demonologii.
W kwestii artefaktu Slaneesha, młody astromanta zgodził się z Łasicą, że sprawę najlepiej załatwić jak najszybciej. On sam planował pokręcić się przy turnieju, gdzie pewnie będzie też Pirora i podtrzymać swoje kontakty pośród wyższych sfer miasta. Prowadzenie podwójnego życia pomimo coraz dłuższej praktyki nie było takie proste, więc wolał do tego czasu rozwiązać przynajmniej jeden z problemów.
Zaproponował, że mogą popłynąć łodzią Ruperta, na której powinno się spokojnie zmieścić kilka osób, chyba że chcieli płynąć bardzo dużą grupą. On ze swojej strony planował wziąć Ruperta i Gunthera, zakładał że z Łasicą będą Burgund i Onyx. Próbował się tez dopytać Sorii, jak duży i ciężki może być ten ołtarz i na jak dużo nurkowania powinni się nastawić.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto musiał walczyć ze sobą, aby nie uśmiechać się jak głupi słuchając zeznań z ostatnich poczynań pacjentów.
Podejrzewał, że oni jako pierwsi odczują aktywność artefaktów, ale nie spodziewał się takiego spontanicznego rezonansu.
Marisa najwyraźniej reagowała na zawołania Mrocznego Księcia.
Annika jak i kilku innych słyszą bębny Boga Krwi.
Vigo ewidentnie czuje czułe objęcia Dziadka.
Zastanawiało go czy ten wzorzec oznacza, że Torn widzi prawdy Pana Losu.
Będzie musiał obserwować swoją trzódkę, a na razie będzie musiał upewnić się, że są bezpieczni.
Zaczął od pokoju Torna, upewnił się, aby zapamiętać każdy szczegół ryciny pacjenta po czym wykonał polecenie zaszpachlowując i zamalowując dzieło szaleńca.
Następnie odwiedził Marise i prowodyrów bójki.- Witajcie dzieci. - zawołał wsuwając im ich jedzenie przez szpary w drzwiach - Nie martwcie się, niedługo będziecie mogli znowu wyjść i porozmawiać z innymi. A na razie bądźcie sami w swoich pięknych światach, z waszymi pięknymi myślami…
Został pokój Vigo. Dwa koła w owalu i pionowa kreska. Będzie musiał przedstawić rysunek Sigismundusowi i Strupasowi, albo Starszemu, być może będą posiadali wiedzę, której Otto braknie.
Kiedy zakończył to ostatnie zadanie zrobił jeszcze jeden obchód, po czym wrócił do swoich pozostałych obowiązków. Nie było sensu niepotrzebnie podpadać przełożonym.
Następnego dnia ruszył na poszukiwania Wyroczni. O ile szanował Łasicę i jej pozycję w kulcie, mógł ją jedynie wykorzystać do przesłania wiadomości. Merga oprócz własnego statusu w kulcie mogła poradzić mnichowi co do jego planów. Chciał odczekać trzy dni, aby znowu nie zniknąć na bogowie wiedzą jak długo. Zapomniał jednak o turnieju i teraz nastąpiło spięcie w większym planie.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 07 - 2519.06.30; abt; zmierzch
Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; rzeka Salz; łódź
Czas: 2519.06.30; abt; zmierzch
Warunki: - ; na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, pogodnie, chłodnoJoachim

https://thumbs.dreamstime.com/b/calm...-220393459.jpg
Początkowo dzisiaj pogoda niezbyt zdawała się sprzyjać wszelkim planom aktywności na zewnątrz. Także wycieczkom łodzią. Bo padało. Ale na szczęście przestało jak nadal było dość ranna pora. Potem się stopniowo rozpogodziło. Jednak powietrze pozostało dość chłodne. Grupka kultystów jaka zapakowała się w porcie na rybacką łódź miała okazję się o tym przekonać w ciągu całego dnia. Grzbietu morskie ani rzeczne fale im nie zmoczyło, deszcz też nie. Ale i trudno było powiedzieć by żar słoneczny smalił im karki. Więc właściwie było całkiem przyjemnie. Łasica przynajmniej tak uznała ale pewnie większość oceniała pogodę podobnie.
Załoga łodzi była zdominowana przez kobiety. Skład był podobny jak podczas wcześniejszej wyprawy na plażę przy wrakowisku. Łasica, Burgund i Lilly. Ale doszły jeszcze Onyx i Soria. Do tego Rupert jaki był właścicielem łodzi jaką płynęli no i Joachim jaki już był i wcześniej zaangażowany we wcześniejszą wycieczkę na plażę. Razem obsadzali wszystkie wolne miejsca na ławeczkach łodzi rybackiej.
Onyx znalazła tego swojego znajomego poetę i miała jego opis. Biorąc pod uwagę po co mogli płynąć to nie zdecydowała się go zabrać. Bo w końcu mógł być tylko zbędnym świadkiem którego pewnie trzeba by się pozbyć. A ani ona ani koleżanki niezbyt miały na to ochotę. Dzięki temu, że byli tylko członkowie ich zboru można było rozmawiać i zachowywać się swobodnie. A i łódź zapewniała sporą strefę komfortu bo trudno by było komuś zbliżyć się niepostrzeżenie w zasięg swobodnej rozmowy. Przez to, że nie mieli osobistego świadka gdzie była owa “zatoka poetyckiej miłości” jak to opisywał ów znajomy Onyx, dysponowali tylko jego opisem i tłumaczeniami jakie ona zapamiętała.
A wedle jego opisu to ocenił, że owo romantyczne miejsce jest “pół dnia łodzią albo trochę więcej”. Trudno było ocenić jak bardzo dokładny jest ten opis. Już pewniejsze wydawało się, że patrząc pod rzeczny prąd to ta zatoka powinna być po prawej stronie. Dlatego, przez pierwszą połowę dnia raczej mogli płynąć spokojnie w górę rzeki.
Prąd był różny więc sprawiał różne trudności przy wiosłowaniu i sterowaniu łodzią. Jak był spokój to się płynęło wręcz leniwie jak po spokojnej tafli jeziora. Ale były też zagracone kamieniami płycizne i inne takie malownicze miejsca przez jakie wymagało wysiłku i uwagi aby przez nie przebrnąć. Wtedy zwykle ktoś też musiał łapać za wiosła aby pomóc Rupertowi. Zresztą jak zapowiadał się cały dzień wiosłowania to było to na tyle męczące, że dziewczyny postanowiły pomóc i co jakiś czas ktoś się zmieniał przy wiosłach. Ale i tak można było cieszyć się widokami rzeki, obu jej zalesionych brzegów i poczuć się jak mieszczuchy co sobie robią wycieczkę w dzicz ze sporym marginesem bezpieczeństwa. W końcu jak opuścili miasto to zaraz wpłynęli w te same lasy gdzie zimą Strupas nadział się na wilcze gobliny, gdzie Lilly opowiadała o tych polujących zwierzoludziach a jak miejska plotka głosiła gdzieś tu ukrywali się wszelcy zbiedzy i bandyci z miasta. Ale póki płynęli łodzią to można było wierzyć, że są poza zasięgiem tego wszystkiego. I cieszyć się sobą i rozmową.
- To jak ci się podoba w naszym pięknym mieście Soria? - zagaiła Burgudn patrząc na ludzką formę wężowej syreny. Nawet z bliska wyglądała jak zwykła kobieta. Chociaż było w niej coś takiego, że trudno było obok niej przejść obojętnie. A Joachim czuł jak stają mu włosy na karku gdy był blisko niej. W jakiś sposób musiała być to istota związana z Eterem. Może to to powodowało to napięcie. Ale jak używał swoich zwykłych zmysłów to widział tylko całkiem ładną i zgrabną kobietę siedzącą na dziobie łodzi. Smukła, o czarnych włosach z granatowym połyskiem i fascynującym spojrzeniu. Więc nawet jak ją się oglądało wiele razy w ciągu tego dnia i znało się jej nadnaturalne pochodzenie to właściwie nie szło się do czegoś konkretnego przyczepić w jej wyglądzie czy zachowaniu. Ot, nietuzinkowej urody młoda kobieta.
- Może być. Trochę śmierdzi na ulicach. Nie lubię. Ale u Pirory jest czysto i ładnie. I ma dużo ładnych obrazów. Podoba mi się jej loszek. I tą zabawę w Księżniczkę. Poznałam Fabienne. Taka z czarnymi włosami. Też była bardzo miła, bardzo mi przypadła do gustu. Nasz patron jest w niej bardzo silny. - Soria pokiwała swoją czarną głową i opisała swoje pierwsze wrażenia w mieście. Po powrocie uznano, że najlepiej by ją było umieścić u Pirory. Chociaż widać było, że Łasica i Burgund najchętniej gościłyby ją u siebie. No ale Merga zdecydowała inaczej. Zresztą strata to wielka nie była bo przez ostatnie miesiące gdy panna van Dyke wprowadziła się już do swojej nowej kamienicy na Bursztynowej 17 to tak jej i reszcie udało się zorganizować to wszystko, że pod tym czy innym pretekstem, drogą czy roli to większość członków zboru mogła zapukać do tych czy innych drzwi. A pod względem standardu to pewnie trudno byłoby reszcie dorównać kamienicy młodej szlachcianki. I u niej nowy gość czy służąca aż tak nie rzucały się w oczy. Poza tym też służyła temu samemu patronowi co Soria i dziewczyny. No i tak toczyły się rozmowy na różne tematy. Albo wewnętrzne przemyślenia.
Joachim miał takie na temat wczorajszej wróżby. Niebiosa mu sprzyjały i wieczorem jak wrócił do siebie miał na tyle dobre niebo i gwiazdy aby postawić sobie wróżbę w sprawie poszukiwań w Akademii. Wczoraj wieczorem gwiazdy ułożyły się w nietypowo wyrazistej formacji. Formacja świetlnych punktów ułożone w sowę. Co nazywano Mędrcem Mammitem. Ten znak patronował mądrości, wykształceniu i wiedzy. Tak jakby wskazywał, że właśnie takim intencjom sprzyja w tych magazynach i reszcie jakiej dotyczyło pytanie. Ale też ciemny obszar bez żadnych gwiazd zajmował spory kawałek nieba. Tą pustkę nazywano Vobistem Ulotnym. Był symbolem ciemności i niepewnośc, tajemnic i zagrożenia skrytych w cieniu, jeszcze niewidocznych ale już się czających jak właśnie w przysłowiowej ciemności. Znak szaleńców i odmieńców, gdy świecił swoją ciemnością zwykle prawi obywatele odbierali to jako ostrzeżenie przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Także samotna, jasna gwiazda zdawała się rozświetlać swoją okolicę nieboskłonu. To była Gwiazda Uroku. Dość złowróżbny znak dla wielu przesądnych, patronował magii i związanej z nią tajemnic. Wierzono, że dzieci urodzone pod tym znakiem zdradzają tendencję do zostawania nekromantami, czarownikami i guślarzami. Ale też magami, wieszczami i cudotwócami.
- No jak tak dalej pójdzie to chyba będziemy musieli nocować gdzieś tutaj. - Łasica podniosła głowę do góry. Jeszcze był pełny dzień i jasno, trochę chłodno ale dzień. Jednak jego druga połowa. Było wątpliwe aby nawet jakby teraz zawrócili do miasta to by zdążyli przed zamknięciem bram. Więc ten nocleg w dziczy wydawał się coraz bardziej prawdopodobny.
- O, tam jest rozdwojone piorunem drzewo. Tak jak mówił. - Onyx wskazała na kierunek lewego brzegu przed nimi. Poszczególne głowy też. Z tego co mówiła ciemnowłosa hedonistka to właśnie jakieś trzaśnięte piorunem drzewo miało być znakiem rozpoznawczym owej zatoki.
- Tam dalej coś jest. Jakaś większa woda. Może to ta zatoka co mówił? - Burgund wskazała na jaśniejszy pas po lewej. Nie było widać lasu jaki potrafił podchodzić pod sam brzeg rzeki więc mogło to być jakieś rozlewisko czy zatoka właśnie. Wpłynęli tam i okazało się, że to kolejna odnoga rzeczy. Ale ślepa. Pewnie jakieś starorzecze Salz. A;e całkiem malownicze. Faktycznie aż kusiło uwiecznić go słowem czy pędzlem artysty.
- To tu. Czuję to. - rzuciła Soria gdy podobnie jak pozostali lustrowała te urokliwe wody i wybrzeża. Bo chociaż widok chwytał za serce co wrażliwszych to jednak do przeszukania to to był całkiem spory teren. Zwłaszcza dno tej wydłużonej zatoki wydawało się trudno dostępne. Dna z łodzi nie było widać. Jednak syrena zdradzała podekscytowanie jakby była w miejscu umówionej schadzki z kochankiem. Zanim ktoś zdążył coś ją jeszcze zapytać śmignęła za burtę do wody i tyle jej było widać.
- Mam nadzieję, że to znajdzie. Nie chciałabym tam nurkować przez pół dnia. - mruknęła cicho Burgund gdy już dłuższą chwilę nic się nie działo a kręgi na wodzie po skoku Sorii już dawno się rozproszyły.
- Merga mówiła, że ona jest naszym kluczem i przewodnikiem. To chyba powinna to znaleźć. - przypomniała jej kamratka co rogata wyrocznia mówiła wczoraj na temat wężowej syreny. Soria równie nagle jak wskoczyła tak i wypłynęła. Wesoło pomachała do załogi łodzi i z widoczną wprawą podpłynęła do nich. Tak szybko, że chyba najsprawniejszy pływak nie mógłby się z nią równać. Złapała się dłonią za krawędź burty ale nie zamierzała tam wskakiwać. Dla niej wodny żywioł był domem i to na powierzchni czuła się gościem.
- Jest! O tam. Jest taki piękny i wspaniały! Jest na wraku jakiegoś statku ale przegnił to i mułu tam pełno. Duży i ciężki sama nie dałam rady go ruszyć. Trzeba go jednak jakoś wyciągnąć. - Soria zdradzała podekscytowanie i wskazała mokrą dłonią na zdawałoby się losowy kierunek na tej zatoce jaki niczym się nie różnił od poprzednich. Tak na gorąco streściła co tam znalazła tak na dnie zatoki.
- A więc naprawdę tam jest? Cudownie! - Łasica nie kryła radości tak samo jak i jej koleżanki. Po wybuchu entuzjazmu, że nie przypłynęli tu na darmo zaczęły się jednak zastanawiać jak by wydobyć ten alabastrowy skarb na powierzchnię. Skoro Soria w pojedynkę nie dała rady to może coś z linami? Jakoś to obwiązać czy co? No i jeszcze trzeba było jakoś rozbić się na noc bo teraz to już w ogóle nie było nawet co myśleć o powrocie do miasta przed zmierzchem.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; kryjówka Mergi
Czas: 2519.06.30; abt; zmierzch
Warunki: podziemia, wilgotno, jasno, chłodno, cicho; na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, pogodnie, chłodnoOtto
Co prawda z Łasicą Otto się nie spotkał ani wczoraj wieczorem ani dzisiaj. Do odnalezienia Mergi nie było to jednak potrzebne. W zborze wiedziano, że zwykle przebywa w podziemnej kryjówce jaką jeszcze w zimie znalazła właśnie niebieskowłosa włamywaczka. Była pod jakaś zrujnowaną wieżą. Trzeba było tam wejść, niby na skróty albo za potrzebą. Tylko zamiast przejść na drugą stronę podnieść pewien kawałek gruzu pod jakim była ciemność i piwniczny, wilgotny zapach. Nic ciekawego. Trzeba było jednak tam zejść czy wskoczyć a potem jak się miało wprawę namacać ukrytą klapę. I zejsć po drabinie do pewnie dawnej piwnicy tej wieży co została na powierzchni. Dopiero tam można było wymacać ogarek i zapalić po czym pójść dalej do właściwej kryjówki. Ta też była połączona z kanałami ale to już głębiej i dalej. Ale nawet nie każdy z kultystow znał drogę jak z powierzchni zejść do tych kanałów i znaleźć drogę od dołu do tej kryjówki. Zresztą może poza Strupasem to chyba mało kto by wybierał dobrowolnie ten bardziej skomplikowany, brudniejszy i bardziej cuchnący wariant. A tam dalej w tych kanałach była dziura i zejście do świata podziemnych stworzeń jakie przypadkowo zimą odkryli Egon i reszta gdy szli szlakiem krwawej bestii grasującej nocami po zaułkach miasta. Okazało się to o tyle cenne, Merdze udało się wynegocjować w zamian za handel wymienny na żywych niewolników a zwłaszcza niewolnice, schwytanych na powierzchni zbiegowie tak gorączkowo poszukiwani na powierzchni mogli przeczekać w gościnie tych stworzeń. Chociaż raczej obie strony nie ingerowały sobie nawzajem poza przypadkami cotygodiowego opłacania czynszu w schwytanych nieszczęśnikach raczej się nie widywali. A gdy zima się skończyła i Egon, Silny i reszta mogli czmychnąć za miasto to bez większego żalu zostawili za sobą duszne i wilgotne kryjówki wykopane przez podziemne stworzenia wybierając pobyt w osadzie odmieńców Kopfa i Opal w jaskini w głębi lasu.
Więc Otto i bez Łasicy czy pozostałych wiedział, gdzie powinien móc zastać rogatą wiedźmę. W końcu właśnie w tej podziemnej kryjówce odbywało sie całkiem sporo zborów. Tylko nie mógł tam iść z samego rana bo musiał zacząć służbę w hospicjum. Dopiero po mógł tam się udać. Dzisiaj w przytułku dla obłakanych i ciężko chorych było względnie spokojnie. Od wczoraj sytuacja za bardzo się nie zmieniła. Annika jeszcze nie wykitowała od ran. Ale jej stan był ciężki. Leżała jak kłoda, majaczyła coś w gorączce i głównie niespokojnie spała. Przynajmniej dla opiekunów to była ulga jak nie próbowała nikomu rozstrzaskać głowy o posadzkę. Jej oponentowi się chyba pogorszyło. Chyba no zapadł w trupi letarg co nie rokowało zbyt dobrze. Wezwano kapłankę Shallyi. Przyszły we dwie, starsza w matczynym wieku i jakaś młoda nowicjuszka. Z wielką uwagą słuchały opisu wydarzeń a ta starsza wydawała się zaniepokojona. Chciała zobaczyć te bohomazy Vigo i tą czaskę Torna no ale jak wczoraj Otto to posprzątał to niezbyt miała co oglądać. Tylko opisy jego kolegów.
- A możesz młodzieńcze mi to narysować jak to wyglądało? - poprosiła matka Bethany gdy dowiedziała się kto to wczoraj sprzątał. Poza tym obejrzała chorych i rannych w lazarecie. Odprawiła modły, posmarowała rany jakąś maścią i olejkami, podała coś ziołowego do picia i na odchodne obiecała się modlić oraz prosiła aby powiadomić ją gdyby sytuacja się powtórzyła. W końcu Białe Gołebice prowadziły podobny ośrodek i działalność tylko bardziej koncentrowały się na sierotach, pomocy bezdomnym, w Domu Weterana dla byłych cieśli, stoczniowców, marynarzy i żołnierzy okrętowych jakich w mieście było sporo. No i tradycyjnie cieszyły się w społeczeństwie nieposzlakowaną opinią swojej patronki miłosierdzia i leczenia.
- To bardzo niepokojące. Taki atak zbiorowego szaleństwa. I to o tak różnych objawach. Nie można tego lekceważyć. Miejsce na to baczenie. - matka Bethany pouczyła obsługę bratniego przybytku i chyba potraktowała sprawę poważnie. Jej młodsza pomocnica także chociaż ona raczej nie wychodziła poza swoją rolę i nie odzywała się sama z siebie. Chociaż speszyła się i zarumieniła gdy odwiedzały celę Marisy i ta powiedziała jej pod wpływem chwili, że ma piękne oczy.
Sama Marisa wydawała się dzisiaj skruszona i poruszona swoim własnym wybrykiem. Nie sprawiała swoim opiekunom kłopotów, dużo klęczała i modliła się o wybaczenie. Z pokorą znosiła karę głodu i zamknięcia chyba uważając, że ponosi ją słusznie. Nawet ta uwaga do nowicjuszki Shallyi też jakby jej się wyrwała bez zastanowienia i gdy padła to wydawała się być jeszcze bardziej zmieszana od niej.
Co innego Thorn i reszta rozrabiaków. W Festag dokazywali tak samo jak Annika chociaż mieli więcej od niej szczęścia i skończyło się na tradycyjnych obrażeniach podczas bójek. Rozwalone wargi, nosy, siniaki, zdarcie knykcie, obolałe ciało. Teraz na drugi dzień po bójce wszystko im to spuchło, zsiniało ale raczej za dzień czy dwa powinno im to zejść. Nikt im nie wsadził łyżki w brzuch jak Annice to nie mieli poważniejszych obrażeń. Pomysł aby zamknąć ich w izolatkach wydawał się właściwy. Dzisiaj albo odsypiali obolałe w bójce ciała albo chodzili rozeźleni jak wilki zamknięte w ciasnej klatce. Zwłaszcza Thorn. Wczoraj przy jego łóżku znalazł tą wydrapaną, rogatą czaszkę. Taka wydłużona, jak byka, kozła czy innego takiego rogatego stworzenia. A może tylko tak ustylizowana. Torn ponoć pochodził z Ostlandu, tak mówił przynajmniej. A oni tam mieli właśnie głowę byka w wielu herbach jak i jako główny herb całej prowincji. No ale raczej głowę byka a nie czaszkę. I do końca nie był pewny czy to bycza czaszka czy jakakolwiek inna. W każdym razie wyglądała drapieżnie i groźnie.
- Ty stara to zjeżdżaj. Ale panienka młodsza to może zostać. Mam pewne wrażliwe miejsce jakie wymaga starannej i czułej opieki a ty to masz już zjechane łapy do takich rzeczy. - roześmiał się chrapliwie i znów wprawił młodą nowicjuszkę w zakłopotanie. Ale matka Bethany nie pierwszy raz musiała słyszeć takie zaczepki do siebie i swoich podopiecznych bo jej nie było zgasić tak łatwo.
- Już ja cię opatrzę. I napoję. - odparła niewzruszonym tonem. Nie musiała się obawiać bo pacjent jako jeden z tych najbardziej agresywnych był w łańcuchach a te były umocowane do kółka w ścianie. Podobnie jak Loszka w piwnicy Sigismundusa. Chociaż ona nie miała łańcuchów na nadgarstkach no i nie sprawiała takiego agresywnego wrażenia jak Thorn. Matka Shallyi jak wyszła z jego celi zaordynowała co mu podać i nieżałować. Miało to być coś na uspokojenie i ostudzenie krwi.
A jak już w porę nieszporów zostawił za sobą mury hospicjum to mógł się udać przez pół miasta do południowej dzielnicy gdzie stała zrujnowana wieża a pod nią była kryjówka rogatej wyroczni. Idąc przez miasto przechodził przez Plac Targowy. Widział jak pierwsi straganiarze szykowali się na jutrzejszy dzień handlowy gdzie dopiero będzie wielki tłok podczas cotygodniowego jarmarku. Dzisiaj plac był jeszcze w miarę pusty. Widział jednak jak przy dźwiękach młotków, rżnięciu pił i uderzeniom siekier stawiano te zagrody w jakich mieli się potykać dumni rycerze i szlachetni wojownicy nie tylko z miasta ale i bliższych i dalszych okolic. Ale minął ten plac i w końcu dotarł do zrujnowanej wieży i tajemnic jakie skrywały się pod nią.
- Witaj Otto. Tak czułam, że będę miała dzisiaj przybysza z interesującymi wieściami. - rogata wyrocznia wyszła gdzieś z trzewi kryjówki do głównej sali gdzie czekał gość. I gdzie odbywały się zbory jeśli już organizowano je w tym miejscu. To była największa sala w tych podziemiach więc wydawała się do tego w sam raz. A przy jednej ze ścian było palenisko i piec i całe to kuchenne zaplecze. Zwykle dziewczyny, zwłaszcza Lilly tam urzędowały pełniąc rolę kucharek i kelnerek podczas takich rodzinnych spotkań. Kopytna dziewczyna chyba nawet całkiem lubiła to zajęcie. Ale dzisiaj jej nie było. Najpierw spotkał Normę co była uważana za osobistą gwardzistkę wyroczni i zwykle przebywała razem z nią. Ona poszła w głąb podziemi gdzie widocznie zawiadomiła Mergę o gościu.
- I to nabazgrał jeden z pacjentów hospicjum? Interesujące. - fioletowa wiedźma usiadła przy jednym z miejsc przy stołach jakie zwykle stanowiły serce zboru podczas spotkań. Ale jak było ich teraz ledwo trójka to wyglądały na zbyt puste i duże.
- Szaleńcy bywają podatni na podszepty, wizje i sny. A bogowie szepczą do nas w snach i wizjach na mgnienie oka. Niewielu z nas potrafi się z nimi komunikować bezpośrednio. I najczęściej jesteśmy skazani na głowienie się nad takimi mglistymi wskazówkami od nich. Ale nie można zapomnieć, że bogowie południowców szepczą tak samo do swoich sług. - powiedziała tonem komentarza gdy trzymała w swoich fioletowych dłoniach kartkę z rysunkiem na jakim Otto starał się odwzorować to co odchodami Vigo namazał na ścianie swojej celi.
- Szkoda, że to twój rysunek. Daj któremuś z nich narysować co widzi. Zwłaszcza jak będą majaczyć, jak będą w amoku, ekstazie, skrajnym strachu. Wtedy będą podatni na szepty spoza naszego świata. Wtedy ich dłonie będą rysować ale niekoniecznie to oni sami będą kierować piórem. Wiele natchnionych dzieł powstaje w ten sposób. Potem ignoranci mówią, że stworzyli je szaleńcy ale oni po prostu nie umieją na to spojrzeć z odpowiedniej perspektywy i kontekście. Jak się by udało to przynieś mi taki rysunek. Może coś mi się uda z tego zrozumieć. No i spróbuj z nimi porozmawiać. Co widzieli, co pamiętają, co czują. Może coś z tego uda się wyciągnąć. A może nie. Sama bym chętnie z nimi porozmawiała jakbym miała okazję. - pokiwała swoimi potężnymi rogami które takie wrażenie wywierały na Lilly jakby w jej oczach była to najpiękniejsza korona. Zresztą plotki mówiły, że zimą te podziemne stworzenia też chyba uznały jej rogi za coś wyjątkowego i może dlatego w ogóle negocjowały z nią zamiast zwiać czy zaatakować.
- A ten rysunek… No trochę takie bazgroły… Chociaż jeśli to by miało być coś, jakieś stworzenie czy potwór… To to by mogły być oczy a to głowa… Trochę trudno powiedzieć, jak rozgryzanie rysunków małego dziecka. Albo szaleńca. Ta krecha mnie zastanawia. Ani to grzywka, ani uszy… Nie wiadomo co. Chyba, że róg. Jeden róg na środku głowy albo na czole. A może nie. Trudno powiedzieć. Stworzenia spod patronatu Ojczulka często miewają jeden róg umieszczony w ten sposób. Ale też często jest to przypadkowe błogosłowieństwo. Może chodzi o stworzenie z pojedynczym rogiem. Tak naprawdę to to może być nawet przypadkowy bazgroł. Potrzebowałabym czegoś więcej aby powiedzieć coś wiecej. Na razie to to jest tylko jakaś poszlaka którą można obrócić pod dowolnym kątem. - zastanawiała się i mówiła na głos co myśli o przyniesionym rysunku. Ale był na tyle wieloznaczny, że nawet ona tylko zgadywała i domyślała się co to może być. W końcu powiedziała swoje przypuszczenia ale brzmiało, że potrzebowała by dodatkowych pomocy do dokładniejszej interpetacji takich bazgrołów.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; mieszkanie Heinricha
Czas: 2519.06.30; abt; zmierzch
Warunki: salon, jasno, chłodno, cicho; na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, pogodnie, chłodnoHeinrich
- Proszę i smacznego. - Ilse zostawiła mu obiad na stole, życzyła smacznego i wróciła do kuchni. Dzisiaj jadł nieco później niż zwykle. Nie spał za dobrze w nocy. Coś mu się śniło, coś nerwowego ale jak się obudził to nie pamiętał co to było. Teraz nie był nawet pewien czy nie obudził się z krzykiem. Tak czy inaczej był dość zmęczony po tej nocy i to zmęczenie odbiło się destruktywnie na reszcie nowego dnia. Dopiero teraz, w porę nieszporów, jak Ilse przyszła posprzątać mieszkanie no i zrobiła obiad to czuł, że odżywa i znów jest na chodzie. A może dlatego, że przy sprzątaniu pootwierała okna i wpadło świeże, dość chłodne powietrze. Za to całkiem rzeźkie. A na zewnątrz był całkiem słoneczny, letni dzień. A może to przez jego sztywną nogę? Nie był pewien czy dziś rano jak ją uważnie oglądał jeszcze w łóżku czy metal nie pochłoną kolejnego kawałka żywego ciała. A może tylko mu się zdawało.
Tak czy inaczej przy obiedzie został sam więc miał czas sam dla siebie, swoich wspomnień, przemyśleń i planów. Jak choćby od wczorajszej rozmowy z już nie takim młodym kondotierem.
- Ha! Nasz cesarz incognito? A to by było coś! - uwaga Heinricha rozbawiła serdecznie oficera najemników. Jego towarzyszy też. Ale może roześmiali się tylko dlatego, że on to zrobił. Akurat tego stary łowca czarownic nie był pewny.
- Nie, nie chodzi o naszego kochanego cesarza. Ale blisko. Też o ważne osoby. - wciąż rozbawiony Johan pokręcił głową, że nie chodzi o najwążniejszą osobę w Imperium. Ale wciąż całkiem ważną. Dokładniej o trupę aktorów z Salzburga. To była pierwsza tak liczna i szacowna grupa gości jaka miała uświetnić to miasto. Ze stolicy prowincji to Neus Emskrank było właśnie nieco większą wioską rybacką na peryferiach. Więc przyjazd tak znamienitych gości to było coś. A przyjeżdżali na otwarcie tego nowego teatru co w zimę go zaczęto budować i niedawno go otwarto. A zbliżający się turniej to była świetna okazja aby go uświetnic występami profesjonalnych artystów ze stolicy.
- No i właśnie dlatego możni, piękni, sławni i bogaci z tego miasta zatrudnili mnie. Mam zapewnić im bezpieczny przyjazd i eskortę już tutaj na miejscu. Dlatego nie zamierzam zatrudniać byle łachmytów od przerzucania gnoju, patroszenia ryb czy wykidajłów z portowych mordowni. To musi być ktoś kto ma głowę na karku, jakąś prezencję no i zna się na swoim fachu. Zwłaszcza w bezpośrednim otoczeniu artystów. Zapłata też będzie odopowiednia oczywiście. - wjaśnił skąd i dlaczego miał takie wyśrubowane wymagania do kandydatów. I jak to powiedział to wydawało się to nawet oczywiste. Choćby Pirora i dziewczęta na zborach wspominały i ekscytowały się tym, że po pół roku prac i przygotowań udało się odremontować i zorganizować pierwszy teatr w tym mieście. I miały wspaniałe plany co do niego. I te oficjalne, artystyczne, i te kultystyczne, do korumpowania i deprawowania, zwłaszcza członków śmietanki towarzyskiej jacy pewnie byliby głównymi gośćmi takiego przybytku wyższej kultury i sztuki. Ale Pirora jakoś nie wspominała o przyjeździe gości ze stolicy prowincji. Przynajmniej nic takiego Heinrich sobie nie przypominał. Chociaż z drugiej strony nie rozmawiał z nią i dziewczynami spod wężowego patrona zbyt często. W każdym razie tak czy inaczej jak Henrich uważał, że spełnia takie warunki Czerwonego Johana i widzi się w jakiejś roli takiej eskorty to mógł przejść etap weryfikacji i jakby zrobił dobre wrażenie to droga do zarobku stała otworem. Chętnych było wielu bo raczej artyści nie zamierzali zostać tu na stałe. Pewnie przyjadą na tydzień, dwa, może parę tygodni i wrócą do Salzburga. A wraz z tym powrotem skończy się ten sezon na niezły zarobek. A Johan płacił przyzwoicie. Szeregowym ochroniarzom po 20 monet tygodniowo, tym co mieli być strażą osobistą to i 40 monet. Funkcyjni dodatkowo po 10 czy 20 monet w zależności od tego czym by mieli się zajmować. Te takie oficjalne stawki to jeszcze aż tak bardzo nie wyskakiwały ponad poziom opłat dla najemników. Ale po cichu i Johan i pewnie nie tylko on liczyli na jakieś zarobki przy okazji. Kto wie co jakiś fan mógł dać za zorganizowanie autografu czy nawet spotkania z jakaś ulubioną gwiazdą. Artyści też pewnie by mieli jakieś osobiste życzenia i pewnie nie za darmo by płacili za fatygę przy ich spełnianiu. A, że nie było ich rodzime miasto to raczej pewnie go nie znali. Nawet jak już to pewnie kogoś ze śmietanki towarzyskiej z ich wizyt w salzburskim teatrze ale teraz role miały się odwrócić. No i liczył się też splendor przebywania w takim towarzystwie który trudno było przełożyć na konkretne sumy i profity. Dlatego chętnych było aż za dużo i Johan bez trudu mógł odsiać tych którzy nie spełniali kryteriów albo po prostu mu z jakiegoś powodu nie pasowali. Heinrich kuśtykając na swojej metalowej nodze raczej od razu na rączego nie wyglądał. No ale nie wszyscy musieli pracować na przysłowiowej pierwszej linii.
- Ale jeśli wielki świat, wysokie progi i perfumowane, jedwabne chusteczki cię nie interesują to mam też parę obiektów w mieście jakie ochraniam. - wyglądało na to, że Czerwony Johan zajmuje się też ochroną cennych ładunków, transportów z banków i dla jubilerów, ochroną pięknych i bogatych, zwłaszcza na wyciekczach poza rodzime włości, nawet mieli swój punkt w Akademii Morskiej i ratuszu, gdzie też ich wynajmowano do ochrony. No ale nowych członków to na próbę wystawiano do czegoś prostego aby się mogli sprawdzić i zostać albo wylecieć z hukiem. Ta ochrona tych artystów to wpadło im dość nagle więc musiał działać nieco bardziej elastycznie i mniej standardowo.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto towarzyszył kapłankom Shallyi odpowiadając na pytania dotyczące pacjentów.
Zachowanie Thorna o ile grubiańskie, nie wykraczało ponad normy zachowania prostaka.
Cała sytuacja wydała się mnichowi dziwna. Szaleństwo nie odchodzi od tak. Oczywiście są "lepsze dni", ale w porównaniu z opowieściami z wydarzeniami z Festag, obecne zachowanie pacjentów to dzień i noc. Kolejna rzecz, z którą będzie musiał obgadać z Wyrocznią.
Otto wysłuchał wytłumaczeń Mergi.
- Podejrzewałem, że ci, których poczucie świata jest luźniejsze niż większości mogą być bardziej wyczuleni na szepty Wielkiej Czwórki. - spojrzał jeszcze raz na rysunki - Zastanawia mnie spokój pacjentów dzisiejszego dnia. Zupełnie jakby ataki i zmiany z Festag były wybrykiem młodości, bardziej niż czymś z czym się ich dusze spotykają się często. Do tego… specyfika tych zmian. Cicha dziewczyna, której największym przewinieniem była kradzież, nagle zmienia się w rozpustnicę. Grupa pacjentów przepełniona rządzą krwi. No i moich dwóch nowych artystów. A dziś? Nic ponad zwykłe grubiaństwo, brak obyczajów i agresji do której jesteśmy przyzwyczajeni… - mnich przetarł oczy rozważając tą zagadkę.
- Myślisz, że mogą reagować na artefakty? Że to nie tylko, szepty ze świata Bogów, ale energia ich darów wpływa na tych, którzy są wyczuleni? Eksperyment Sigismundusa prowadził ich w konkretnym kierunku. To by znaczyło, że specjalnie "przygotowane" okazy mogły by nam służyć w poszukiwaniach… - Otto westchnął - Coś do rozpatrzenia, nie będę zaprzątał twoją głowę tym Wyrocnio. Masz ważniejsze rzeczy do przygotowania… pytanie jeszcze… dwa nawet. - spojrzał na rysunek "byka" - Znam tylko Wielką Czwórkę, ale wyczytałem, że istnieją "mniejsze siły" w ich świecie. Czy może to być rysunek jednej z tych sił?
- Druga sprawa, to to, że chciałem zabrać Strupasa i Sigismundusa, plus małą obstawę na poszukiwania artefaktu Oster. Niestety może to się zbiec turniejem i nie wiem, czy powinniśmy poczekać, czy jednak ruszyć tego dnia. Zależy czy plany Starszego i Twoje wymagając, aby rodzina była w pełni sił. Jeżeli tak, to ruszymy następnego dnia i mam nadzieję, że osiągniemy coś przed twoją podróżą.