Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje future
  3. Rozgrywka
  4. [Autorski storytelling] Ropa i krew
Ropa i krew
SWATS
SWAT jako
Droga
Mistrz Gry
MarrrtM
Marrrt jako
Wół
NanatarN
Nanatar jako
Noah Cohen
LynxL
Lynx jako
Fruwacz

[Autorski storytelling] Ropa i krew

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
ropa i krewstorytellingautorski
37 Posty 4 Uczestników 551 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • MarrrtM Online
    MarrrtM Online
    Marrrt jako Wół
    napisał ostatnio edytowany przez Marrrt
    #18

    - Gęstego mu babciu nałóż! Widzisz, że chłopak wymizerniały. Nooo... Co tam młody? - Wół otrzepał ręce o kurtkę zadowolony z odwalonej roboty - Jak tu siędzę już chyba trzecią godzinę tak Cię nie widziałem. Co tam znalazłeś w tym ich Jarze?

    Fruwacz zatrzymał się na chwilę w progu wypatrując celu i ruszył jak tylko spostrzegł Woła. Zapach jedzenia zrobił jednak swoje.
    Podszedł bliżej stołu i bez zbędnych ceremonii sięgnął po jedną z misek, które Wół dopiero co wyszorował. Skoro sam zachęcał to czemu nie. Fruwacz jeszcze rośnie.
    Podziękował dostając swoją porcję i wziął pierwszą łyżkę.
    - Zgubić się nie zgubiłem. - powiedział przełykając.
    Kolejna łyżka.
    - Ale trafiłem na coś ciekawego.
    Na moment podniósł wzrok na Woła.
    - I możliwe, że zrobię coś głupiego.
    Jeszcze jeden kęs, potem odsunął się pół kroku bliżej Woła, żeby nie mówić przez pół kuchni.
    Głos ściszył prawie do normalnej rozmowy przy stole starając się nie aby nie wyglądało to aż nad wyraz na konspirację.
    - Pamiętasz jeszcze o Dywizji?
    Łyżka zatrzymała się w powietrzu.
    - Chyba właśnie dostałem zaproszenie, żeby się spotkać i pogadać.
    Po czym nastąpił kolejny kęs.
    Dopiero wtedy spojrzał Wołowi w oczy.
    - Sam.
    Krótka pauza.
    - Ale ktoś musi wiedzieć, gdzie mnie szukać, jeśli wszystko pójdzie źle.
    Oparł się biodrem o stół, jakby to była zwykła rozmowa po śniadaniu.
    - Więc pomyślałem o tobie.

    Wół słuchał i słuchał, a jowialnie wyszczerzona gęba jaką zawsze bez względu na okoliczności miał zarezerwowaną dla Fruwacza, spoważniała momentalnie. Wielkolud wydawał się skupiony na tym co Młody do niego mówił. Nie przerywał, nie popędzał gdy Fruwacz robił pauzy pomiędzy łyżkami polewki. W końcu gdy ten skończył Wół kiwał przez chwilę głową intensywnie nad czymś myśląc, po czym odparł.
    - Cieszę się Młody. Że mi to mówisz. I w ogóle. Wiem, że ci ciężko. Jerycho. Gaspar. Ale wiesz… Ja się na tych sprawach nie znam. I… I dobrze, że z nas dwóch ty okazałeś się mądrzejszy. I zacząłeś. - Odetchnął - Także upraszczając temat. Na mnie zawsze możesz liczyć Młody. Fajnie, że ci się układa. Liora jest spoko. Dasz se radę. Będę tu czekał.

    Fruwacz czuł, że chyba źle to przekazał, ale przełknął ostatni kęs.
    - Na południe. Kilka kilometrów wzdłuż wyschniętej rzeki.
    Łyżka wróciła do miski.
    - Tam jest trasa którą się udam.
    Podniósł wzrok.
    - Jak nie wrócę… szukaj mnie właśnie tam.

    Jakoś wydało się Wołowi, że trochę daleko to sobie upatrzyli i że ceregiela niepotrzebna. No ale... Młodzi! Jak przypili to przypili i nie ma mocnych. No i pierwszy raz jest tylko raz!
    - Jasne. Niech no Dywizja co Wam zrobi to będzie mieć ze mną na pieńku. A wiesz, że z Wołem to nie ma to tamto. Się czaszek namiażdży, kości pogruchota... hehe... a i Babci przyniosę trochę na Czarny Rosół. - po czym zażartował naśladując jej wieszczy ton - Jaar to zapamięta.
    I zaśmiał się sam ze swojego dowcipu.

    - Aaaa... jeszcze jedno - Trochę się wahał, ale jakoś mu na Wołowym serduchu się ciepło i szczodrze zrobiło - Dostaliśmy full wachy od Włócznika. Weź se jeden kanisterek na wymianę i przygotuj coś do zabrania. No wiesz, żeby było efektownie i efektywnie... hehe. Bo samym kusiem to nie zawojujesz wiele.
    Klepnął Fruwacza w ramię. W sumie to się cieszył tak jakby sam miał iść.
    - To co? Dzień Ci starczy? Dwa?

    - Półtora. Jak dłużej to znaczy, że coś się spierdoliło. - odpowiedział oddając miskę i chcąc wyruszyć bez zbędnej zwłoki.

    - Półtora - powtórzył za nim Wół - No to do boju!

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    1
    • SWATS Niedostępny
      SWATS Niedostępny
      SWAT jako Droga
      napisał ostatnio edytowany przez
      #19

      Noa i Liora

      Aga wysłuchała Noa bez przerywania, tylko raz skinęła głową, jakby odhaczała kolejne punkty w głowie.
      — Dwie godziny — powtórzyła krótko. — Wystarczy.

      Nie było zbędnych słów. Wszystko poszło sprawnie. Liora zniknęła na chwilę i wróciła już przygotowana. Miała na sobie cieplejszą, dopasowaną kurtkę z grubego materiału, rękawy spięte paskami, żeby nie łapały wiatru. Włosy związała ciasno z tyłu, broń poprawiła odruchowo, jak ktoś, kto robi to od dawna. Nie wyglądała już jak ktoś „z zewnątrz”. Bardziej jak ktoś, kto zaraz rusza w trasę.
      — Gotowa — rzuciła krótko do Noa.

      W tym czasie ludzie Agi przynieśli sprzęt. Nic luksusowego, ale sprawdzone:
      — amunicja w dwóch pakunkach,
      — stare, ale zadbane lornetki,
      — noże i jeden krótki karabinek zapasowy,
      — grube płaszcze przeciw wiatrowi,
      — małe radio na krótkim zasięgu, zastrzeżone tylko do sytuacji awaryjnych.
      — Nie gadacie przez to, jeśli nie musicie — dodała Aga. — Jak coś nasłuchuje, to szybciej niż wy.
      Na koniec pojawił się przewodnik. Chudy, spalony słońcem facet o twarzy, która widziała za dużo wiatru i za mało snu. Corley. Kiwnął tylko głową.
      — Ruszamy — powiedział. — Lepiej zanim zmieni się wiatr.

      Droga wyjścia z Jaru nie była oczywista. Nie było bramy ani tunelu, który można by zapamiętać. Szli wąskimi przejściami, potem stromym podejściem między skałami, aż w końcu światło zaczęło się zmieniać. Z ciemnego w szare. Ze szarego w prawdziwe. Na zewnątrz uderzył ich chłód i przestrzeń. Masyw rozciągał się wokół nich jak poszarpane morze kamienia. Suche koryta rzek przecinały teren jak blizny, wiatr niósł pył i zapach zimna.
      Corley ruszył pierwszy, pewnie, bez oglądania się.
      — To nie jest teren, który wybacza — rzucił przez ramię. — Ścieżki się zmieniają. Skały się osuwają. Jak zgubisz kierunek, ciężko się wraca.
      Wskazał daleko przed siebie.
      — Punkt obserwacyjny jest tam. W linii prostej niedaleko. W praktyce… — prychnął — Zobaczycie.
      Zerknął na nich krótko.
      — I jeszcze jedno. Jak zrobi się za cicho… To znaczy, że coś was już widzi.
      I ruszyli.

      Fruwacz

      Wyjście z Jaru nie wyglądało jak wyjście. Bardziej jak przypadkowa szczelina między skałami, którą łatwo było przeoczyć, jeśli nie wiedziało się, gdzie patrzeć. Strażnik zaprowadził go tam bez słowa, tylko na koniec zatrzymał się i sięgnął do kieszeni.
      Wyciągnął coś jeszcze. Mały kawałek metalu na cienkim rzemyku. Wyglądał jak fragment starej płytki, zielonkawe ścieżki, drobne punkty lutownicze, nic szczególnego.
      — Załóż — powiedział krótko. — Nie zdejmuj.
      Fruwacz spojrzał na niego krótko, ale bez pytań przewiesił to przez szyję.
      — Jak trafisz gdzie trzeba… — dodał strażnik — …to będą wiedzieć, że nie jesteś celem.
      I tyle. Żadnych wyjaśnień. Potem już tylko skała, wiatr i przestrzeń.

      Wyjście z Jaru zniknęło za jego plecami szybciej, niż się spodziewał. Wół jeszcze coś krzyknął, coś o czaszkach i rosole, ale wiatr połknął słowa. Została tylko droga. Sucha rzeka prowadziła go na południe. Szeroka, wygodna, zdradliwie odsłonięta. Szło się dobrze. Za dobrze. Bez osłony, bez miejsca na błąd. Czas płynął nierówno. Słońce przesunęło się wysoko, potem zaczęło opadać.

      Najpierw była cisza. Potem zapach. Metal. Pył. Krew.
      Zatrzymał się na krawędzi obniżenia. W dole niewielkie obozowisko, ognisko pośrodku, jakieś auto i poszatkowany przez kule namiot ze starego brezentu. Pod brezentem na krzesełku siedziała jeden człowiek. Prochowiec, kominiarka, gogle. Nieruchomy. Zbyt nieruchomy. Głowa uniosła się minimalnie, zanim Fruwacz zdążył zejść niżej.
      Wokół tego obozu pięć ciał, umundurowanie zdradzało ich pochodzenie. Czarna Dywizja. Leżeli jak do odpoczynku, tylko krwawe otwory w ich ciałach zdradzało że to wieczny odpoczynek. Broń leżała obok ciał.
      — Półtora dnia — odezwał się głos. Prawie ludzki. Zbyt równy. — Szybciej niż zakładałem.
      Cisza. Wzrok zsunął się na szyję Fruwacza. Na płytkę.
      — Rozpoznany. – padł bardziej komunikat, niż komentarz.
      Wstał z krzesełka i zrobił kilka kroków w stronę Fruwacza.
      — Podejdź. Nie zareagują. – wskazał ciała. — Nazywam się Ravel. Przyniosłeś coś?

      Wół

      Wół jeszcze przez chwilę śmiał się z kimś przy balii, ale szybko okazało się, że praca w kuchni to dopiero początek.
      — Ty, niedźwiedziu! — krzyknął ktoś z boku. — Skoro masz ręce do roboty, to chodź, przydasz się gdzie indziej.
      To była Hanka zwana Ember.
      Stała przy wejściu do kantyny, ubrudzona smarem, z kluczem w ręce i miną człowieka, który właśnie stracił cierpliwość do świata.
      — Generator nam znowu siada — rzuciła bez wstępu. — A pompy zaczynają się dławić. Jak to puści, to będziemy mieli tu basen zamiast Jaru.
      Zmierzyła Woła wzrokiem.
      — Znasz się na tym trochę?
      Nie czekała na odpowiedź. Odwróciła się i ruszyła w dół.

      Wół poganiany przez kucharkę, a w jej mniemaniu zachęcany, poszedł za nią. Opuścili główną salę, wchodząc do tuneli z żelbetu. Zniknął zapach jedzenia, pojawiła się wilgoć, rdza, stary olej. Kanały ciągnęły się jak betonowe żyły. Generator stał w bocznej komorze. Duży, stary, rozebrany.
      — Odpala — rzuciła Hanka. — Ale się dławi. Pompy nie dostają mocy. Ciśnienie siada.
      Kopnęła obudowę.
      — Ktoś tu grzebał. I spierdolił. I chuj wie kto, czy ten jebany kret o którym tyle gada Aga czy po prostu moi ludzie to pierdoły.
      Rzuciła Wołowi klucz.
      — Wiem czym przyjechaliście, więc musicie umieć mechanikować. Twoi koledzy nie wyglądają na mechaników. Padło na Ciebie. Znajdź co. Moi technicy poszli na niższe piętra szukać jakiś części zamiennych, jakbyś się pytał czy ktoś Ci pomoże. JA CI POMOGĘ. – zakomunikowała.

      Gdzieś głębiej kapnęła woda. Raz i drugi. Echo poniosło się dalej, niż powinno.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      2
      • NanatarN Niedostępny
        NanatarN Niedostępny
        Nanatar jako Noah Cohen
        napisał ostatnio edytowany przez
        #20

        Dwie godziny musiały wystarczyć i wystarczyły. Rewolwerowiec wykorzystał je w stu jeden procentach. Cały ekwipunek starannie oglądał, ważył w ręku pociski. Sprzęt może ruszany, ale utrzymany i w doskonałej formie. Mimowolnie przeliczył jego wartość na bimber, oktany i wieprzowinę. Poczuł ciężar wyprawy po raz pierwszy.

        Widząc taką obfitość amu i sprzętu, dopiero poszedł się spakować. Wydawało mu się, że racjonalnie wyliczył, ale kiedy tylko wszystko zamontował na sobie wiedział, że przeholował. Odłożył część amunicji, tej, którą miał wcześniej ze sobą. Nagoleniki i gruby pas brzucha też poszły w odstawkę. Przebierając w drobiazgach instruował młodą towarzyszkę, jakby lepiej znał te góry niż ona.

        -Masz. Zapakuj to - powierzył jej radio - później przejmę. Na początku trzymasz się blisko, później będę szedł na szpicy. Jak nas przewodnik zostawi. Nie wyrywaj się. Masz przeżyć i donieść wieści. To twoje główne zadanie. A swój rozum masz, to ci ufam. - poklepał ja po miał nadzieję ojcowsku - Idź weź coś z kuchni, może tam Woła spotkasz, albo Fruwacza. Tylko uważać na czas zbiórki rekrucie - mrugnął.

        Wyruszając wciąż miał na sobie więcej niż by chciał. Drugi raz już poczuł ciężar misji. Zapewne dlatego nie skupił się nad rozkładem jaskiń. Organizm się przystosowuje, kiedy wyszli na powierzchnię Noa przywykł do ciężaru plecaka , odzienia i uzbrojenia. Pamiętał, że przyjdzie mu przejąć jeszcze radio od Liory, ale z każdym krokiem był na to bardziej gotów.

        Wiatr wiejący w twarze utrudniał marsz, ale równie skutecznie ukrywał wędrowców.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • MarrrtM Online
          MarrrtM Online
          Marrrt jako Wół
          napisał ostatnio edytowany przez
          #21

          Nie chciało mu się. Oj jak mu się nie chciało po tym całym zmywaniu. Ale nawet w takim stanie nie znalazł w sobie dość sił by pokazać wała mechaniczce, ani nawet nie przyszło mu do głowy by się spróbować wymigać. Zawsze miał słabość do kobiet w potrzebie. Toteż Wół wyprostował się po dokończonej robocie, aż w plerach zachrzęściły stawy i ścięgna, mruknął coś pod nosem, uśmiechnął się do Ember bez urazy, ale z niejakim przekąsem i jak to wół powlókł się za nią do siłowni Jaru.

          ***

          - Noooo… ten Wasz złomek jest chyba jeszcze starszy niż nasze V.
          Wół złapał rzucony mu klucz i aż zagwizdał na widok machiny. Nieczęsto przychodziło mu widzieć taki sprzęt na chodzie. Świat był pełen złomu tak doszczętnie skanibalizowanego, że poza zardzewiałymi skorupami trudno było o jakiekolwiek wartościowe jeszcze komponenty w pozostawionych na pastwę Pustkowi mechanicznych cudach dawnych ludzi. A i ten tutaj cud już na oko widać było nie miał już bodaj nawet ostatniej części, która pochodziłaby z pierwotnej produkcji.

          Wielkolud zdjął koszulę. Zupę jeszcze szło sprać, ale utytłany smarem nie zamierzał się włóczyć po Pustkowiach. Narzędzi było wokoło za to dość. Zaczął od przyjrzenia się takim śladom jak oczywisty sabotaż. Przecięte przewody, czy wyłamane zawory nie mogły być efektem zużycia. Nie dopatrzył się jednak niczego takiego.
          - Chyba nie kret… - powiedział po chwili namysłu - A jeśli kret to zmyślny. Musimy dziewczyno zajrzeć głębiej. Ale jak się uda, to się miską zupy nie wymigasz. Życzę sobie dłuugaaaśny masaż.
          Wyszczerzył się w uśmiechu, który mógł znaczyć, że to żart. Ale nie musiał.

          - Skoro generator odpala i pompy się włączają - powiedział po odtworzeniu na żywo opisanych przez Ember objawów dławienia się - to silnik i prądnica działają. A przynajmniej próbują. I problem macie gdzie indziej. Zbiornik pewnie już sprawdziłaś, czy coś go nie zatyka, to sobie odpuścimy. Ale ten silnik… to nie pochodzi z tego generatora. Ktoś go tu zamontował zamiennie. Chyba dawno temu. A lejecie w niego pewnie co akurat macie. Dooobra… W pierwszej kolejności zdjąłbym osłonę silnika i sprawdził, czy nie ma tam jakichś filtrów. Zapchane mogą dawać taki objaw.

          Podrapał się po czuprynie i obszedł bestię z drugiej strony.
          - Wał to druga opcja. Jeśli coś go za mocno zaciska i ma opory, to wał zwolni i ciśnienie siądzie. Trzecia - wzruszył ramionami i ponownie się wyszczerzył - Podpierdolić Czarnym ich generator.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          1
          • LynxL Niedostępny
            LynxL Niedostępny
            Lynx jako Fruwacz
            napisał ostatnio edytowany przez
            #22

            Fruwacz odebrał co trzeba i na odchodnym obejrzał się tylko raz. Nie z sentymentu, raczej z nawyku. Szczelina między skałami wyglądała jak każda inna. Samemu byłoby ciężko wskazać je jako wejście do całego kompleksu.
            Wiatr uderzył od razu. Suchy, zimny, niosący pył i zapach kamienia.
            Poprawił kurtkę, odruchowo dotknął płytki na szyi. Chłodna. Lekka. Niby nic. A jednak czuł ją wyraźniej niż większość swojego sprzętu.
            Sucha rzeka szybko stała się oczywistym wyborem. Najprostsza droga. Najgorsza też. Szeroka, odsłonięta, bez cienia. Idealna dla kogoś, kto chce iść szybko… i dla kogoś, kto chce go zobaczyć z daleka.
            Szło się dobrze.
            Za dobrze.
            To zawsze był zły znak.
            Czas rozciągał się dziwnie. Kroki wpadały w rytm. Myśli odpływały i wracały. Co jakiś czas sprawdzał horyzont, skały, niebo. Nic. Za czysto. Za spokojnie.
            A potem przyszła cisza.
            Nie taka zwykła. Ciężka. Gęsta.
            Zatrzymał się.
            Zapach dotarł chwilę później.
            Metal.
            Pył.
            Krew.
            Zszedł niżej, powoli, ostrożnie, ale nie kryjąc się przesadnie. Jeśli ktoś tu był to już go widział. Lepiej wyglądać na pewnego niż na zwierzynę.
            Obóz zobaczył od razu.
            Ognisko. Auto. Namioty.
            I ciała.
            Pięć.
            Rozrzucone jakby ktoś przerwał im rozmowę w połowie zdania. Mundury mówiły same za siebie. Czarna Dywizja. Dziury po kulach były zbyt czyste, zbyt równe. Nie walka. Egzekucja.
            Albo coś jeszcze gorszego.
            Jego wzrok zatrzymał się na tym szóstym.
            Siedział.
            Nieruchomy.
            Za nieruchomy.
            Fruwacz poczuł, jak coś w nim się napina. Jako myśliwy wiedział, że podstawa to nie okazywać strachu. To prowokuje drapieżniki. Nieznajomy bez wątpienia nim był.
            Wyprostował się minimalnie.
            Krok.
            Drugi.
            Jakby to była zwykła droga przez zwykły obóz.
            Głos zatrzymał go w pół ruchu.
            - Półtora dnia.
            Nie odpowiedział.
            Oczy same zjechały na płytkę na jego szyi, zanim zdążył się powstrzymać.
            Błąd.
            Mały, ale ktoś taki jak tamten mógł go zobaczyć.
            I zobaczył.
            „Rozpoznany.”
            To słowo nie brzmiało jak ludzka rozmowa. Bardziej jak zamknięcie jakiegoś procesu.
            Fruwacz ruszył dalej.
            Powoli.
            Każdy krok kontrolowany.
            Nie za szybki, żeby nie wyglądało jak pośpiech. Nie za wolny, żeby nie wyglądało jak strach.
            Ręce trzymał luźno, ale tak, żeby w razie czego były blisko broni. Wzrok stabilny. Oddychanie równe.
            W środku liczył.
            Szanse.
            Małe.
            Bardzo małe.
            Ale już za późno, żeby się wycofać bez pokazania pleców. To byłby wyrok.
            Zatrzymał się kilka kroków od niego.
            Wystarczająco blisko, żeby rozmawiać.
            Wystarczająco daleko, żeby jeszcze coś zrobić.
            Spojrzał na Ravela. Przynajmniej tak się mu przedstawił.
            -Przyniosłem.- Głos starał się mieć spokojny.Jakby to była normalka.
            Jakby nie stał nad pięcioma świeżymi trupami i czymś, czego jeszcze nie rozumiał.
            Dłoń powoli powędrowała do wewnętrznej kieszeni. Starał się jak mógł.
            Bez gwałtownych ruchów.
            Bez nerwowości.
            - …czy ty jesteś tym, do kogo miałem ją przynieść? – wiedział już jednak, że nawet jeśli nie to i tak już stracił fant. Lepiej rzecz nawet cenną, niż życie jak to mawiał Jerycho.
            Zastanowił się, czy to nie była głupsza decyzja jaką podjął w życiu nawet niż wtedy jak zdecydował się na polowanie podczas którego Gaspar stracił życie.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SWATS Niedostępny
              SWATS Niedostępny
              SWAT jako Droga
              napisał ostatnio edytowany przez
              #23

              Noa i Liora

              Wiatr rzeczywiście pomagał. Niósł pył, chłodził twarze, zagłuszał kroki i zapach. Corley prowadził pewnie, bez zbędnych słów, skracając drogę tam, gdzie dla kogoś z zewnątrz była tylko ściana kamienia. Noa szybko złapał rytm marszu, ciężar przestał przeszkadzać, stał się częścią ruchu. Liora trzymała się blisko, tak jak kazał, ale nie wyglądała na kogoś, kto potrzebuje prowadzenia za rękę.
              Minęli pierwsze zwężenie doliny, potem drugie. Teren zrobił się bardziej poszarpany. Wiatr ucichł. Corley zatrzymał się nagle i uniósł rękę. Bez słowa. Wszyscy zeszli niżej, między skały.
              — Patrzcie — rzucił cicho.
              Kilkaset metrów dalej, w płytkim zagłębieniu terenu, coś się poruszało. Najpierw wyglądało jak szarpanina zwierząt. Dwie duże sylwetki. Zbyt duże jak na wilki. Jedna przygwoździła drugą do ziemi, ale to nie było czyste polowanie. Za dużo ruchów, za dużo siły. Kończyny poruszały się pod złymi kątami. Jeden z mutantów wydał dźwięk, który nie był ani wyciem, ani rykiem. Coś pomiędzy. Coś, co nie powinno istnieć. Drugi jeszcze przez chwilę się ruszał.
              Potem wszystko ucichło. Zwycięzca nie odszedł od razu. Stał nad ciałem, jakby nasłuchiwał. Jakby wiedział, że nie jest sam. Corley nie ruszył się ani o centymetr. Dopiero kiedy mutant odszedł, powoli, ciężko, znikając między skałami, przewodnik opuścił rękę.
              — Mieliśmy szczęście — powiedział cicho. — Albo nie byliśmy tym, czego szukał.
              Nie tłumaczył dalej. Ruszyli.

              Ostatni odcinek był najgorszy. Podejście, luźne kamienie, brak osłony. Ale w końcu zobaczyli ją. Wieżę. Stara konstrukcja do obserwacji lasów. Drewniano-metalowa, wysoka, wyniesiona ponad skały. Na dachu kilka anten dodanych później, już po wojnie. Część pogięta, część jeszcze stała. Obok resztki zabudowań: mała szopa, zardzewiały zbiornik na wodę, ślady po ognisku. I cisza.

              Corley zwolnił, spojrzał na Noa, sięgając po lornetkę.
              — Tu coś się wydarzyło — powiedział spokojnie. — I to nie było dawno temu.
              Nie było śladów ciężkiego sprzętu. Żadnych gąsienic, żadnych kolumn. W okolicy nie było żywej duszy. Drzwi do wieży były uchylone. Poruszały się lekko na wietrze.

              Wół

              Hanka słuchała w milczeniu, ale widać było, że łapie każde słowo. Kiedy wspomniał o silniku, skinęła głową i od razu podeszła bliżej, zaglądając tam, gdzie wskazał.
              — Mówiłam, że to nie jest fabryczne — mruknęła. — Ale nikt nie wiedział, z czego to dokładnie jest.
              Kiedy Wół zaczął rozkręcać osłonę, metal zaskrzypiał, jakby miał coś przeciwko. Śruby puściły niechętnie. W środku było gorzej niż wyglądało z zewnątrz: brud, osad, stare oleje zmieszane w coś, co bardziej przypominało błoto niż smar.
              — Filtry… — Hanka prychnęła. — Jak są, to pewnie pamiętają jeszcze poprzednią epokę.
              Ale były. Zabite niemal na kamień.
              — No i masz — rzuciła. — Dławi się, bo nie ma czym oddychać.
              Wół mógł je wyjąć, oczyścić na tyle, na ile się dało, ale od razu było jasne: to rozwiązanie na chwilę.
              — Niżej mamy magazyny części — dodała po chwili Hanka, wycierając ręce o spodnie. — I stare sekcje techniczne. Jeszcze z czasów, zanim to wszystko się zapadło. Może coś tam znajdziemy. Może nie.
              Spojrzała na niego z ukosa.
              — Moi „koledzy technicy” poszli właśnie tam. Ale jak chcesz coś zrobić porządnie to będziemy musieli zrobić to sami. Pewnie siedzą tam na dole, chleją piwo i rżną w karty.

              Zeszli niżej krętą klatką schodową, a następnie korytarzem niżej ruszyli przed siebie. Beton ustępował miejscami surowej skale, potem znów wracał. Ściany były wilgotne, gdzieniegdzie woda sączyła się cienkimi strużkami. Oświetlenie robiło się rzadsze. Lampy co kilka metrów, niektóre mrugały, inne świeciły słabo jakby ostatkami sił. Dźwięk generatora z góry zamienił się w głuche, odległe dudnienie.
              — Tu kiedyś była infrastruktura serwisowa — rzuciła Hanka półgłosem. — Pompy, zawory, jakieś sterownie. Teraz to bardziej złomowisko.
              Minęli pierwsze pomieszczenie. Stare szafy techniczne, otwarte, wyprute z kabli. Dalej leżały fragmenty rur, zaworów, jakieś silniki bez obudów.
              — Szukamy filtrów, przewodów, czegokolwiek, co się nada — dodała.
              Wtedy Wół mógł to zauważyć. Ślady na podłodze, w cieniu jednej z lamp. Jakby ktoś tu niedawno przeciągał coś ciężkiego. W stronę jeszcze niższych poziomów. Ale ślady nie wyglądały, jakby ktoś coś ciągnął w panice. Raczej równo jak transport. Hanka też to zobaczyła. Zatrzymała się.
              — Moi ludzie poszli tędy… — powiedziała ciszej. Echo odpowiedziało im z dołu. Nie tylko ich własne.

              Fruwacz

              Ravel patrzył na niego przez chwilę bez ruchu. Gogle nie zdradzały niczego, twarz ukryta, sylwetka nieruchoma jak element krajobrazu.
              — Nie. Jestem pośrednikiem. — odpowiedział po chwili.
              Krótko. Bez emocji. Zrobił jeszcze jeden krok bliżej, ale nie w stronę Fruwacza. Obok, jakby ustawiał się względem przestrzeni, nie człowieka.
              — Daj.
              To nie było polecenie rzucone ostro. Raczej stwierdzenie, że tak właśnie się stanie.
              Dłoń Fruwacza z kartą zatrzymała się na moment w pół ruchu, ale Ravel nie sięgnął od razu. Najpierw spojrzenie znów opadło na płytkę na jego szyi. Minimalne skinienie głową. Dopiero wtedy wyciągnął rękę. Ruch był płynny. Karta zniknęła w jego dłoni. Bez sprawdzania, bez oglądania.
              — Zgadza się.
              Cisza. Wiatr przeszedł przez obóz, poruszył brezentem. Jedno z ciał lekko drgnęło pod podmuchem, jakby przypominając, gdzie stoją. Ravel odwrócił się.
              — Idziesz?
              Ruszył w stronę samochodu stojącego przy obozie. Stary, ale utrzymany. Nie wyglądał jak łup, raczej jak narzędzie do wypadów. Drzwi od strony pasażera już były uchylone.
              — Wsiadaj.
              Nie obejrzał się, czy Fruwacz idzie. Po prostu usiadł za kierownicą. Silnik odpalił od razu. Równo. Bez zawahania, jakby był pewien, że chłopak wsiądzie.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              1
              • NanatarN Niedostępny
                NanatarN Niedostępny
                Nanatar jako Noah Cohen
                napisał ostatnio edytowany przez
                #24

                Dzikie Góry

                Trzymał tempo, trzymał język na wodzy, trzymał się blisko Liory, choć zdawał sobie świetnie sprawę, że dziewczyna jest w lepszej kondycji od niego. W kondycji i pewności, z jaką odnajdywała właściwe miejsce dla stopy przy każdym kroku. Na krótkim popasie wziął od niej dodatkowy ciężar jak byli umówieni i mógł już tylko pomarzyć by dotrzymać kozicy kroku. Najpierw wezbrała w nim niczym nieuzasadniona ojcowska duma, zaraz się zrugał i oderwał umysł skupiając na drodze. Kierunkach, notował w pamięci licząc słońce i cienie, nie tylko ścieżki, które przeszli, ale i te, które ominęli, punkty charakterystyczne, gdzie pod nogami kamień i gleba, a gdzie piach.

                Nakładał w pamięci wymyśloną mapę na teren.

                Spotkanie z mutantem nic go nie rozproszyło, bardziej by był zdziwiony, gdyby nic takiego nie zaszło. Kiwnięciem głowy przyznał rację tropicielowi, tyle, że usunąłby albo. Mieli szczęście i nie ich szukała bestia. jeśli nie ich to czego? Zastanawiał się. Wciąż mało wiedział o tych wynaturzeniach. Gdyby miał dobrą pracownię, mógłby wiele się dowiedzieć. - Może kiedyś, kiedy będę miał dom - zwerbalizował

                -Coś mówiłeś? - spytała zaciekawiona Liora

                Corley zaś tylko przytknął palec do ust i zganił ich wzrokiem.

                Kiedy wdrapali się i zajęli wreszcie dość subtelną pozycję, z której widać było zabudowania, Cohen oddychał już nieco pośpiesznie. Sam jakby nie zauważał poniesionego wysiłku, niczym młodzik podjął lornetkę z rąk tropiciela i łapczywie chłonął każdy szczegół konstrukcji i krajobrazu.

                -Żywej duszy, albo wygląda, jakby nikogo nie było. Zaczekajmy chwilę i spróbujmy zając mniej eksponowaną pozycję do dalszych obserwacji. - delikatnie uniósł się na łokciach, żeby rozeznać się w możliwościach. Znów zbrojny w przybliżające szkła oceniał z kolei, czy była szansa by zostali niezauważeni gdyby ktoś był na wieży. Po horyzoncie patrzył, czy sępy krążą równo na padliną padłego wynaturzenia, czy wiatr kierunku nie zmienia i nowych fetorów nie niesie, czy skała oddaje jakieś echo, do ziemi ucho przytknął.

                -Ile to twoim zdaniem niedawno? - zagaił Corleya. Podał lornetkę dziewczynie.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                1
                • MarrrtM Online
                  MarrrtM Online
                  Marrrt jako Wół
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #25

                  “Chleją i rżną w karty”. Jak świat długi i szeroki każda społeczność budowana była na ludziach pokroju Agi, babci, czy tego Brana. Którzy cenili miejsce, które wydarli Pustkowiu. Traktowali je niemal z boską czcią. Potem się to przejawiało takim “Jar to… Jar tamto…”. Ale wokół nich zbierała się cała zgraja zwykłych ocalałych, którzy jak to Hanka ujęła ilekroć mają okazję to tylko “chleją piwo i rżną w karty”. I trzeba to zaakceptować. Choć tym razem coś się tu zdecydowanie nie zgadzało jak na wołowe pojęcie chlania piwa i rżnięcia w karty.

                  Wół pokręcił głową.
                  - NIe wydaję mi się. Chyba, że u was w Jarze karty ważą ze sto kilo i trzeba je przesuwać po ziemi. - wskazał Hance ślady - Ale kogoś tam słychać. Zejdźmy do nich. Ale cicho. Zobaczmy jak im te ich poszukiwania idą.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  2
                  • LynxL Niedostępny
                    LynxL Niedostępny
                    Lynx jako Fruwacz
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #26

                    Fruwacz stał przez ułamek sekundy w miejscu.
                    Cisza była zbyt czysta.
                    Ravel już siedział za kierownicą.
                    Silnik pracował równo.
                    To było złe.
                    Za łatwe.
                    Za pewne.
                    Fruwacz zerknął jeszcze raz na obóz. Na ciała. Na ślady. Na brak śladów walki.
                    -„Nie jesteś celem.”
                    Nie wiedział, dlaczego. Niewiedział kto to, ani dlaczego.
                    Otworzył drzwi i wsiadł, jakby robił to już setki razy. Jakby to była tylko kolejna podróż.
                    Zamknął je spokojnie.

                    • Jadę -rzucił krótko.
                      I dopiero kiedy samochód ruszył, pozwolił sobie na jedną myśl. Co z resztą ?
                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    1
                    • SWATS Niedostępny
                      SWATS Niedostępny
                      SWAT jako Droga
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #27

                      Noa

                      Corley przejął lornetkę od Liory i jeszcze przez chwilę obserwował wieżę w milczeniu. Potem skrzywił się lekko.
                      — Za świeżo — mruknął. — Ognisko nie zdążyło wystygnąć. Ktoś tu był kilka godzin temu. Ale ruchu nie widzę.
                      Noa nasłuchiwał. Wiatr nadal szedł w ich stronę, nie niósł ludzkiego zapachu ani dźwięków generatora, rozmów czy metalu. Coś jednak się nie zgadzało. Przy prowizorycznym stole leżało przewrócone krzesło. Nie rozwalone, po prostu odrzucone, jakby ktoś wstał za szybko. Drzwi do budynku były lekko uchylone i poruszały się przy podmuchach.
                      — Tam ktoś siedzi… — rzuciła ciszej Liora.
                      Noa przejął lornetkę. To nie był człowiek. Stary wojskowy płaszcz rzucony na krzesło. Z daleka wyglądał jak obserwator.
                      — Ktoś zostawił stracha na wróble — prychnął Corley.
                      Wtedy Cohen zauważył coś jeszcze. Jedna z linek przy antenie nadal wisiała i kołysała się na wietrze. Zerwana, ale nie przez czas czy pogodę. Cięcie było czyste.
                      — Ktoś odciął łączność ręcznie — powiedział Corley cicho. — To nie pogoda.
                      Liora spojrzała na Noa.
                      — Czyli ktoś chciał, żeby Jar nic nie usłyszał?
                      — Albo żeby ci tutaj nie mogli nic wysłać — odparł przewodnik, nie odrywając wzroku od wieży. Po chwili spojrzał na Noa. — Jeśli chcecie wiedzieć więcej, trzeba podejść bliżej.

                      Wół

                      Hanka zmarszczyła brwi i jeszcze raz spojrzała na ślady. Im dłużej patrzyła, tym mniej jej się to podobało.
                      — Moi technicy nie są aż tak pracowici — mruknęła. — Jak coś taszczą, to zwykle z jęczeniem i przeklinaniem. A tu…
                      Ruszyli niżej. Coraz niżej. Betonowe korytarze robiły się starsze, bardziej zniszczone. Lamp było mniej, część świeciła słabo, część tylko mrugała. Minęli stare przepompownie, zalane boczne tunele i magazyny dawno już wyczyszczone do gołej ściany. Wszędzie widać było ślady wieloletniego szabru. Puste szafy techniczne. Rozkręcone silniki. Kable wyrwane ze ścian.
                      — Wszystko co łatwe do wyniesienia zniknęło lata temu — rzuciła Hanka, schodząc kolejną klatką. — Jar żyje z odzysku. Jak coś leżało blisko wejść, już dawno ktoś to rozebrał.
                      Im głębiej schodzili, tym bardziej zmieniał się klimat miejsca. Coraz więcej wojskowych oznaczeń, starych numerów sektorów i zamkniętych grodzi. Powietrze było chłodniejsze. Suche. Echo ciągnęło się daleko.
                      W końcu ślady urwały się przy ciężkich drzwiach technicznych. Jedno skrzydło było uchylone. Na ścianie obok ktoś dawno temu namalował czerwonym sprayem:
                      „NIE SCHODZIĆ NIŻEJ”.
                      Hanka zatrzymała się odruchowo.
                      — Te drzwi nie powinny być otwarte. Dalej zaczynają się stare poziomy techniczne — powiedziała ciszej. — I tunele prowadzące w stronę D-14. Moi ludzie nie powinni tam łazić.
                      Hanka zajrzała za drzwi i włączyła latarkę, doświecając kąty, które pożerał mrok. Już miała zrobić krok dalej, kiedy z góry poniósł się odgłos szybkich kroków i czyjeś zdyszane przekleństwo.
                      — Ember! Ember!
                      Po chwili z półmroku wyłoniło się dwóch chłopaków z Jaru. Młodzi technicy, ledwo po dwudziestce, zziajani jak po biegu.
                      — Szukaliśmy was wszędzie… — wydyszał pierwszy.
                      Drugi oparł dłonie o kolana i złapał oddech.
                      — Kilka dzieciaków z Półmroku zniknęło. — Spojrzał nerwowo w stronę niższych tuneli. — Ludzie gadają, że poszli do D-14. „Po przygodę”.
                      Przez chwilę w korytarzu było słychać tylko kapanie wody. Hanka zaklęła cicho pod nosem.
                      — Ja pierdolę… Ilu?
                      — Czwórka. Może piątka.
                      — I kiedy?
                      — Parę godzin temu.
                      Hanka zamknęła oczy na moment, potem spojrzała w dół tunelu, tam gdzie zaczynała się ciemność starszych poziomów.
                      — No to mamy problem.

                      Fruwacz

                      Samochód ruszył płynnie, bez szarpnięcia. Koła przecięły pył wyschniętej rzeki i szybko zostawili obóz za sobą. Ravel prowadził pewnie, jedną ręką, bez zbędnych ruchów. Nie odezwał się ani razu. Tylko droga, silnik i wiatr tłukący o karoserię. Fruwacz siedział obok, czując jak napięcie nie schodzi, tylko zmienia kształt. Co jakiś czas zerkał na kierowcę. Z bliska było to jeszcze dziwniejsze. Żadnego wiercenia się. Żadnego poprawiania chwytu kierownicy. Nawet oddechu prawie nie było słychać spod kominiarki. Droga prowadziła coraz dalej na południe. Mijali wraki ciężarówek wbite w skały, stare słupy energetyczne i resztki asfaltu popękanego jak wyschnięta ziemia. Raz przemknęli obok spalonego posterunku Dywizji, innym razem obok pustego konwoju rozebranego do samego szkieletu. Ravel ani razu nie zwolnił, żeby się przyjrzeć.

                      Słońce zaczynało już schodzić niżej, kiedy teren przed nimi się otworzył. Fruwacz dostrzegł światła. Nie pojedyncze ogniska. Całe skupiska. Rozrzucone szeroko między wrakami budynków, wagonami, kontenerami i czymś, co kiedyś mogło być parkingiem albo stacją przeładunkową. Z tej odległości wyglądało to jak miasto zbudowane ze śmieci. Między światłami poruszały się sylwetki ludzi i pojazdów. Nad wszystkim górowała wielka konstrukcja z blach i rusztowań przypominająca wieżę obserwacyjną albo znak dla wędrowców. Na jej szczycie wisiał ogromny reflektor, leniwie omiatający pustkowie. Ravel dopiero wtedy lekko zwolnił, kiedy droga zaczęła przechodzić w rozjeżdżony pył zmieszany z olejem. Im byli bliżej, tym więcej szczegółów wyłaniało się z półmroku. Ostatni Przyczółek nie wyglądał jak zwykła osada. Raczej jak miejsce, które przez lata obrastało kolejnymi warstwami blachy, drewna, kontenerów i wraków.

                      Nad głównym budynkiem migotał stary neon „INN”. Wokół paliły się ogniska, między nimi stały pojazdy obwieszone złomem i zapasami. Ludzie siedzieli przy stołach, handlowali, pili, śmiali się. Kupcy, najemnicy, włóczędzy. Miejsce żyło nawet o tej porze. Ale panował tu porządek. Przy bramie stało dwóch Strażników Stołu. Takich samych jak Ravel. Szczelnie zakryci od stóp po szyję, twarze schowane pod maskami i goglami. Jeden z nich powoli obrócił głowę w stronę samochodu. Ruch był zbyt równy, zbyt dokładny. Brama zaczęła się otwierać jeszcze zanim auto całkiem zwolniło. Po wjechaniu do środka Fruwacz szybko zauważył coś jeszcze. Przy wejściu do samej tawerny nie było ludzi z wykrywaczami ani rewizji. Stał tylko długi metalowy stół, a obok niego kolejny Strażnik Stołu. Ludzie sami oddawali broń. Karabiny. Pistolety. Noże. Bez kłótni. Bez targowania. Broń trafiała do numerowanych skrzyń, a właściciele dostawali metalowe żetony. Nikt nie próbował oszukiwać.
                      Ravel zatrzymał samochód przy bocznym wejściu tawerny. Silnik ucichł.
                      Dopiero wtedy odwrócił głowę minimalnie w stronę Fruwacza.
                      — Broń zostaje na górze.
                      Krótka pauza.
                      — Bartho jest niżej.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      1
                      • LynxL Niedostępny
                        LynxL Niedostępny
                        Lynx jako Fruwacz
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #28

                        Cisza.
                        Ravel prowadził jak maszyna. Bez przekleństw na kamienie. Bez odruchowego zwalniania przy wrakach. Bez tego całego ludzkiego napięcia, które każdy kierowca nosił w barkach i dłoniach. Fruwacz kilka razy łapał się na tym, że obserwuje go bardziej niż drogę.
                        I za każdym razem czuł ten sam niepokój.
                        Im bardziej zbliżali się do świateł na horyzoncie, tym bardziej rozumiał, że wszelkie decyzje podjął dużo wcześniej. Gdzieś między obozem pełnym trupów a chwilą, gdy zamknął drzwi samochodu.
                        Teraz było już za późno na opór.
                        Za późno na ucieczkę.
                        Za późno na nagłe wyciąganie broni i sprawdzanie, kto jest szybszy.
                        Nie tutaj.
                        Ostatni Przyczółek wyrósł przed nim jak… Ciężko mu było określić czym to było.
                        Światła.
                        Ludzie.
                        Silniki.
                        Śmiech.
                        Cywilizacja ?
                        Fruwacz chłonął wszystko wzrokiem, ale nie dawał tego po sobie poznać. W środku czuł jednak dziwne ukłucie.
                        To miejsce było żywe.
                        Za bardzo żywe.
                        I przede wszystkim zorganizowane.
                        To właśnie niepokoiło go najbardziej.
                        Kiedy zobaczył ludzi oddających broń bez protestów, zrozumiał od razu, że zasady tutaj są starsze niż większość obecnych. Takich rzeczy nie buduje się strachem. Nie na długo.
                        Spojrzał na Strażników Stołu.
                        Jednakowe ruchy.
                        Jednakowe milczenie.
                        Kiedy samochód się zatrzymał, Fruwasz siedział jeszcze chwilę nieruchomo. Potem bez dyskusji sięgnął po broń.
                        Najpierw karabin.
                        Nóż na końcu.
                        Oddał wszystko według reguł.
                        Każdy ruch spokojny, kontrolowany. Bez demonstracji. Bez niepotrzebnej dumy.
                        Położył wszystko na stole.
                        Nie dlatego, że ufał temu miejscu.
                        Po prostu wiedział, że jeśli wszyscy podporządkowują się tym zasadom… to ktoś bardzo pilnuje, żeby były przestrzegane.
                        A on był tutaj sam.
                        Spojrzał na metalowy żeton, który dostał w zamian, i wsunął go do kieszeni.
                        - To którędy na dół ? – zagadnął na koniec idąc na spotkanie, którego jeszcze wczoraj nie miał jak się spodziewać.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        1
                        • MarrrtM Online
                          MarrrtM Online
                          Marrrt jako Wół
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #29

                          - Po przygodę - powtórzył Wół kiwając głową jakby z uznaniem i zadowoleniem i mruknął bardziej do siebie niż do Hanki, czy jej podkomendnych - Nie dziwię im się im. Ile tygodni można siedzieć na dupie w jednym miejscu? No ale rozumiem, że D-14 to u Was jakieś wybitnie paskudne miejsce. Dooooobra.

                          Zły, przewrotny los najwyraźniej doskonale wiedział jak podejść Woła, bo po techników-pijusów to by się w żadne bagno nie wybrał. Ale Wół ponieważ sam w głębi duszy swoim pojmowaniem świata czuł się bardziej dzieciakiem niż dorosłym, lubił gówniarzy takich jak Fruwacz, czy Elsie. I wielkie serducho mu się krajało na myśl, że jakiemuś miało się co złego przytrafić tylko dlatego, że się wybrał gdzieś po przygodę.

                          - Ja, Hanka wszystko mam ze sobą i mogę iść. A ty? Nooo... latarka by się może przydała z baterią. Albo ściskowa. Bo jakoś nie ufam tym światełkom na ścianach. W chuj daleko te miglance nie mogą być, bo się echo jeszcze przed chwilą niosło. Czegoście w ogóle nie zaspawali tych drzwi??? Taki napis, to jak lep na muchy na nich działa. Wiem, bo mój Fruwacz to tera ma ciągoty na Czarnych iść bałwan jeden. Ale trafiła kosa na kamień i go dziewczyna... - urwał, bo zdał sobie sprawę, że pierdoli od rzeczy w tej sytuacji. Machnął więc tylko ręką na znak, że nie ważne - To co? Gotowa?

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          1
                          • NanatarN Niedostępny
                            NanatarN Niedostępny
                            Nanatar jako Noah Cohen
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #30

                            Pod Strażnicą

                            Rewolwerowiec nie czuł potrzeby pośpiechu, nie znajdował ku temu przesłanek, wręcz przeciwnie wolałby przeprowadzić dokładniejszą obserwację, mimo to z uwagą wysłuchał słów doświadczonego tropiciela. Może i by go od razu posłuchał, niemniej nie ufał do końca Corleyowi. Nie na tyle, żeby zostawić z nim Liorę i nie na tyle by na jego wezwanie zabrać dziewczynę ze sobą. W końcu i nie na tyle, żeby posłać go samego przodem.

                            Nie podobała mu się dopadająca paranoja. Postanowił jednak postawić na swoim.

                            -Podejdziemy bliżej, ale jak mówiłem najpierw pooglądamy sobie jeszcze z innej strony. - rozglądnął się. - Możemy przekraść się w te wysokie trawy w cieniu tamtego wiązu. Będzie widać z innego kierunku, a wiatr dalej będziemy mieli bardziej w twarz. - zagryzł usta i kontynuował - Kabel zerwany raczej dawno, a ognisko dymi, to znaczy lada chwila może się zjawić nasz rezacz drutów. Co więcej nie kryje się ze swoją obecnością, skoro nie dogasił ogniska. Czuje się pewnie, może jest ich więcej i tylko czekają żeby złapać za kaptur ciekawskiego. Obserwujmy. Potem poszukamy tropów w okolicy.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            1
                            • SWATS Niedostępny
                              SWATS Niedostępny
                              SWAT jako Droga
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez
                              #31

                              Fruwacz

                              Strażnik Stołu nawet nie spojrzał na broń, kiedy Fruwacz odkładał ją na metalowy blat. Wszystko odbywało się szybko, niemal rytualnie. Karabin i nóż trafił do skrzyni. Żeton z cichym stuknięciem przesunął się po stole w stronę chłopaka.
                              Na pytanie odpowiedział dopiero Ravel.
                              — Zaprowadzę Cię.
                              Krótko. Jak zawsze.
                              Boczne wejście tawerny prowadziło do długiego pomieszczenia pełnego ludzi i dymu. Ostatni Przyczółek od środka był jeszcze bardziej żywy niż z zewnątrz. Zapach smażonego mięsa mieszał się z alkoholem, kurzem i potem podróżnych. Przy stołach siedzieli ludzie z różnych stron pustkowi. Kupcy liczący kapsle. Najemnicy grający w karty. Dwóch ludzi Dywizji pijących kilka stolików dalej od faceta z naszywką Srebrnych Włóczni. I nikt jeszcze nikogo nie zastrzelił.
                              To chyba najbardziej niepokoiło.
                              Za barem uwijała się rudowłosa kobieta po czterdziestce z obciętym śrutówką rękawem koszuli i twarzą człowieka, który widział już wszystko. Kiedy Ravel przeszedł obok niej, tylko skinęła głową.
                              — Nowy? — rzuciła, zerkając na Fruwacza.
                              Ravel zatrzymał się dopiero przy drzwiach prowadzących gdzieś dalej. Nie otworzył ich. Po prostu stanął obok ściany nieruchomo jak posąg.
                              Kobieta prychnęła pod nosem.
                              — To sobie chwilę postoisz. Bartho ma gości.
                              Sięgnęła po szklankę i zaczęła wycierać ją brudną szmatą.
                              — Pierwszy raz w Przyczółku? To siadaj, zanim ci nogi odpadną. Jak Bartho kogoś przyjmuje, to albo pięć minut… Albo dwie godziny.
                              Postawiła przed Fruwaczem niski kubek z ciemnym alkoholem.
                              — Na koszt firmy. Dla tych, których przywożą Strażnicy.
                              Przy jednym ze stołów ktoś właśnie wybuchnął śmiechem. Gdzieś dalej poleciały przekleństwa po przegranej ręce kart. Nad całym tym hałasem unosił się spokojny stukot wentylatorów i generatorów pracujących pod budynkiem. A pod tym wszystkim, niemal niewyczuwalnie, Fruwacz mógł usłyszeć jeszcze coś. Cichy metaliczny dźwięk dochodzący spod podłogi. Równy. Powtarzalny.

                              Wół

                              Hanka spojrzała na Woła jak na kompletnego debila.
                              — Zaspawać? — prychnęła. — A potem co? Rozwalić pół poziomu, jak znowu trzeba będzie tam zejść po części albo ludzi? Jar nie jest bunkrem wojskowym. Tu wszystko jest „na chwilę”.
                              Ale kiedy wspomniał o dzieciakach, złość trochę jej zeszła. Zaklęła tylko pod nosem i poprawiła pasek od latarki przewieszonej przez ramię.
                              — D-14 nie jest „paskudne”. — powiedziała ciszej. — Ono jest… Nie takie.
                              Jeden z młodych techników przełknął ślinę.
                              — Mój kuzyn tam był raz. Mówił, że słyszał ludzi za ścianami. Jakby ktoś chodził równolegle do nich w tunelu obok. Tylko że tam nie ma żadnego tunelu obok.
                              — Zamknij mordę — syknęła Hanka. — Teraz mi jeszcze bardziej pomożesz.
                              Sięgnęła do skrzynki przy ścianie i wyciągnęła dwie mocniejsze latarki, kilka świec chemicznych i starą, wojskową ściskową lampę z korbką.
                              — Dobra. Idziemy kawałek. Tylko kawałek. Znajdujemy bachory i wracamy. — Spojrzała na Woła. — Jak zacznie ci się wydawać, że coś słyszysz… To nie odpowiadaj.
                              Wół już miał ruszyć za nią, kiedy jeden z techników ich zatrzymał i spojrzał na Hankę.
                              — To może po kogoś polecimy? Kogoś, kto zna te tunele lepiej niż my.
                              Kobieta zaklęła cicho pod nosem.
                              — Kurwa… Racja. Lecieć po Ivana. Jak ktoś zna stare poziomy, to właśnie on.
                              Młodsi nie potrzebowali drugiego polecenia. Ruszyli biegiem ku górnym poziomom. Przez chwilę znów zostali sami. Daleko w dole coś stuknęło o beton. Raz. Potem drugi.

                              Noa

                              Corley wysłuchał Noa bez przerywania. Przez chwilę tylko patrzył na wieżę, potem skinął głową.
                              — Dobra. Rozsądnie.
                              Liora poprawiła chwyt na lornetce i bez słowa ruszyła za Noa w stronę wskazanego pasa wysokich traw. Podejście zajęło im kilka minut. Szli nisko, wykorzystując teren i cień starego wiązu, którego poskręcane konary niemal kładły się na ziemi od lat walki z wiatrem.
                              Stąd wieża wyglądała inaczej. Bardziej opuszczona. I bardziej odsłonięta.
                              Noa szybko zauważył, że od tej strony ktoś regularnie chodził pod sam budynek. Trawa była przydeptana, ale nie świeżo. Kilka różnych śladów. Żadnych ciężkich butów wojskowych. Bardziej obuwie zwiadowców albo miejscowych.
                              Ognisko nadal lekko dymiło. Drzwi do głównego budynku poruszały się rytmicznie na wietrze. Nic więcej. Żadnego ruchu. Żadnej sylwetki. Żadnego błysku szkła czy optyki.
                              Liora zmrużyła oczy.
                              — To miejsce wygląda, jakby wszyscy po prostu… Wyszli na chwilę.
                              Corley przykucnął obok nich i spojrzał na teren przez własną lornetkę.
                              — Właśnie dlatego mi się to nie podoba. — mruknął. — Gdyby był atak, byłyby ślady walki. Gdyby uciekali, coś by zabrali. A tu…
                              Urwał. Wiatr przeszedł przez trawy z cichym szelestem. Wieża nadal stała nieruchomo. Jakby czekała.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              👍
                              1
                              • MarrrtM Online
                                MarrrtM Online
                                Marrrt jako Wół
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                #32

                                Wół podrapał się po czuprynie patrząc za znikającymi technikami. Nie bardzo rozumiał o co chodziło Hance z gadającymi ścianami. Ale Pustkowia nauczyły go, że niczemu nie należy się dziwić i jeśli techniczka mówiła, że słychać głosy, to znaczy, że słychać głosy. Po prostu. Nie był od myślenia, żeby rozważać, czemu i czy to możliwe. Skoro tak było to było. I jeśli Hanka mówiła, że nie odpowiadać, to słowem się do głosów odezwać nie zamierzał. Po prostu.
                                - A jak Ivana nie będzie? - zapytał - Albo będą go szukać przez godzinę? Nie ma co tu sterczeć jak dzidy w padlinie. Taki, czy nie taki, to tylko korytarz. Gadaj do mnie, ja do ciebie i damy radę.

                                Co rzekłszy wziął jedną z mocniejszych latarek, tę ręczną wojskową i kilka świec.

                                - No. To opowiedz mi teraz skąd się taka fachura ulęgła w Jarze. Ponoć jesteś tu w jakiejś Radzie. Mów i nie przerywaj. Wół to dobry słuchacz.

                                Po czym ruszył w głąb korytarza.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                ♥
                                1
                                • NanatarN Niedostępny
                                  NanatarN Niedostępny
                                  Nanatar jako Noah Cohen
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                  #33

                                  Pod Strażnicą

                                  Pod strażnicą jakby czas się zatrzymał, rozważał Cohen czy to w ogóle jest możliwe. - Nie - pomyślał - Nie zatrzymał się, powtarzał, albo odtwarzał, tę samą chwilę. To nie było możliwe, przynajmniej wedle wiedzy naukowej Noa, która wyrastała ponad przeciętną pośród osób, które zazwyczaj spotykał.

                                  Milczał jeszcze chwilę dając wybrzmieć myślom zwerbalizowanym przez towarzyszy. Dokładnie obejrzał zostawione tropy starając się oszacować liczbę osób i częstotliwość przemarszów. Dla pewności sam się przeszedł, jakby nagle rezygnując z kamuflażu. Wrócił, z zadumą przyglądał się obuwiu Liory i Corleya.

                                  Przez głowę przelatywały jak przyspieszone filmy kolejne fantastyczne scenariusze kreatywnością przyćmiewając najśmielsze projekty sztucznych mózgów, jakie podobno wpierały ludzkość przed upadkiem. Zadął usta w zadumie, oczy zmrużył dla odmiany wpatrując się w targany wiatrem kabel.
                                  1,2,3,4,5,6,7,8...... - Liczył patrząc czy sekwencja ruchów się powtarza. To samo z dymem z ogniska. Nikt nie dokładał, byli nieopodal dłuższą chwilę, a tlące się węgle nie zgasły.

                                  W duchu już podjął decyzję. Ustalił ze sobą, że podejdzie sam i nie pozwoli na to nikomu innemu. Już sobie przemyślał i uznał, że musi przewodnikowi zaufać. Wcale nie miał na to ochoty, ale jeśli ulegali jakiejś halucynacji, trzeba było działać szybko.
                                  Wrony, wiatr, wiąz. Wrażenie, że ktoś za chwilę wyjdzie ze środka strażnicy.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • LynxL Niedostępny
                                    LynxL Niedostępny
                                    Lynx jako Fruwacz
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Lynx
                                    #34

                                    Fruwacz usiadł tam, gdzie wskazała kobieta.
                                    Kubek z napitkiem zatrzymał przed sobą, ale najpierw go powąchał. Dopiero potem upił mały łyk. Ostrożny. Kontrolowany.
                                    Korzystając jeszcze z tego, że nie zdążyła odejść, zagadnął w celu pozyskania informacji.
                                    *- Fruwacz jestem.-*powiedział, licząc na rekompensatę za to wyznanie.
                                    - Mów mi Alice. Jak podróż? - prowadziła rozmowę, w międzyczasie obsługując innych klientów.
                                    Podany alkohol był łagodny w smaku.
                                    -Miło mi Alice. Tak właściwie co to za miejsce? Mój przewodnik nie był zbyt rozmowny.- powiedział, zerkając na posągowego strażnika.
                                    - Oni wszyscy nie są, ale to porządne chłopaki. - odpowiedziała z uśmiechem.
                                    - Spod jakiego kamienia wypełzłeś, że nie słyszałeś o Ostatnim Przyczółku?
                                    *- Z daleka. Z karawany nomadów. Do czasu, aż nie trafiliśmy na tych… -*wskazał oczami mniej więcej na stoliki, gdzie siedzieli Czarni przy Włóczniarzach.
                                    Zostawił resztę w niedopowiedzeniu.
                                    -Przykro mi to słyszeć. Tutaj jesteś bezpieczny, o ile nie będziesz wszczynał awantur.

                                    • Nie zamierzam. Porządek tu macie… a ten Bartho rozumiem, że o niego dba, ze strażnikami?
                                      Alice wzruszyła lekko ramieniem.
                                      - Strażnicy robią to, o co prosi Bartho.
                                      Pytaniem było, czy kobieta zdawała sobie sprawę z tego, jak inni byli Strażnicy dla wprawnego obserwatora.
                                      Po tych słowach Fruwacz poświęcił dłuższą chwilę. Czy jakkolwiek ruszyło to ten posąg spod drzwi.
                                      Nie ruszyło.
                                      Ravel dalej stał pod ścianą jak wbity gwóźdź.
                                      *- Głośno tu u was. Stukoty, warkoty jakieś, metaliczne pogłosy. Pustkowia są cichutkie. - *zakończył, obserwując reakcję.
                                      Alice parsknęła cicho, wycierając kolejną szklankę.
                                      - Przywykniesz. Wszyscy przywykają.
                                      Młodziak uznał, że więcej nie ugra.
                                      Skupił się więc na napitku i czekaniu, aż ten cały Bartho człowiek, którego słuchali nawet Strażnicy będzie skłonny go przyjąć.
                                      Minęło trochę czasu.
                                      W tawernie zmienił się tylko układ ludzi przy stołach i poziom hałasu. Ktoś wygrał sporą pulę przy kartach, ktoś inny właśnie zaczynał kłócić się o paliwo.
                                      Fruwacz kończył powoli napitek, kiedy metalowe drzwi na końcu sali otworzyły się z ciężkim zgrzytem.
                                      Rozmowy przy kilku stolikach przycichły odruchowo.
                                      Pierwszy wyszedł Strażnik Stołu, potem drugi.
                                      Dopiero między nimi pojawił się wysoki mężczyzna w czarnym płaszczu wojskowym. Ogolona głowa, ciężkie rękawice, spokojny krok człowieka przyzwyczajonego, że inni schodzą mu z drogi.
                                      Fruwacz obserwował go znad kubka bez mrugnięcia.
                                      Nie rozglądał się po sali. Nawet nie zwrócił uwagi na Fruwacza. Minął kilka stolików i podszedł do Czarnych siedzących wcześniej przy Włóczniarzach.
                                      Krótkie słowa.
                                      Żadnych uścisków.
                                      Jeden z żołnierzy od razu wstał i zaczął zbierać resztę.
                                      Alice westchnęła cicho pod nosem.
                                      - No i po spokojnym wieczorze.
                                      Dywizja ruszyła do wyjścia, a Strażnicy Stołu odsunęli się dokładnie o tyle, ile trzeba było, żeby ich przepuścić. Żadnego napięcia. Żadnej demonstracji siły.
                                      A jednak cała sala obserwowała ich wyjście kątem oka.
                                      Fruwacz też.
                                      I właśnie to niepokoiło go najbardziej.
                                      Nie strach.
                                      Dyscyplina.
                                      Dopiero kiedy drzwi zamknęły się za Czarnymi, stojący pod ścianą Ravel poruszył głową minimalnie w stronę Fruwacza.
                                      - Bartho cię przyjmie.
                                      Fruwacz odstawił pusty kubek i wstał bez słowa.
                                      Serce przyspieszyło mu odruchowo, ale twarz pozostała spokojna.
                                      Poprawił kurtkę, aby dodać se otuchy.
                                      I ruszył za Strażnikiem, coraz mocniej czując, że wszedł do miejsca, które działa według zasad dużo starszych i dużo groźniejszych niż wszystko, co znał z pustkowi.
                                      ~ Ależ grubas~ to była pierwsza myśl jak zobaczył tego Szefa wszystkich szefów. Czuł jednak respekt i będąc sam nie miał chęci na szczeniackie wybryki.
                                      Ktoś kto spasł się tak na pustkowiach musiał dzierżyć nie lada władzę jak i bogactwo.
                                      - Miło mi Fruwacz jestem- postarał się przywitać miło kulturalnie bez zająknięcia.

                                    bartho.webp

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    1
                                    • SWATS Niedostępny
                                      SWATS Niedostępny
                                      SWAT jako Droga
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #35

                                      Wół

                                      Hanka prychnęła pod nosem i poprawiła pasek latarki na ramieniu.
                                      — Jak Ivana nie będzie, to będziemy improwizować. Jak wszystko tutaj. — ruszyła pierwsza w dół tunelu. — A gadać mogę. Tylko potem nie płacz, że cię zanudziłam.
                                      Echo niosło ich kroki dziwnie daleko. Betonowy korytarz ciągnął się łagodnym łukiem, miejscami przechodząc w surową skałę. Co kilka metrów wisiała lampa, ale coraz więcej z nich świeciło słabo albo mrugało jak dogorywające świetliki.
                                      — Urodziłam się tutaj — odezwała się Hanka po chwili. — Matka siedziała przy pompach. Ojciec przy generatorach. Jak się coś psuło, to człowiek od dziecka uczył się trzymać klucz zanim nauczył się dobrze czytać. Potem przyszły zawały, brak części, awarie… a starzy z Rady zaczęli zdychać albo głupieć. Ktoś musiał przejąć robotę.
                                      Gdzieś zza ściany dobiegło głuche stuknięcie. Hanka nawet nie spojrzała w tamtą stronę.
                                      — Jar żyje tylko dlatego, że stale ryje nowe tunele. — ciągnęła spokojnie. — Coś się zawali, coś zaleje wodą, coś zaczyna ludziom mieszać w głowach… to Ivan bierze swoich górników i drążą dalej. Jak krety.
                                      Jeszcze jedno stuknięcie. Tym razem jakby bliżej. Wół zauważył, że coraz trudniej określić kierunek dźwięków. Echo nie wracało normalnie. Raz coś brzmiało jak zza pleców, sekundę później jak z końca tunelu. Potem usłyszeli śmiech. Krótki, dziecięcy. Jakby tuż za zakrętem. Hanka zatrzymała się tylko na moment.
                                      — Słyszysz, ale ignorujesz. — rzuciła sucho. — To ważne.
                                      Ruszyła dalej. Kilka metrów dalej, przy ścianie, leżała mała kolorowa latarka oklejona wyblakłymi naklejkami. Jeszcze działała. Migotała słabym zielonym światłem.
                                      — Jednego już mamy… — mruknęła Hanka, podnosząc ją. — Bachory.
                                      Im dalej schodzili, tym bardziej powietrze się zmieniało. Suchsze. Cięższe. W tle pojawił się niski szum, ledwo słyszalny, ale drażniący. Jak odległa aparatura albo wiatr przeciskający się przez metalowe szyby.

                                      Minęli stare oznaczenie: SEKTOR D-14 — OBSZAR TECHNICZNY.
                                      Drzwi do jednego z bocznych pomieszczeń były uchylone. Hanka zatrzymała się.
                                      — Sprawdzamy.
                                      W środku znajdowało się stare biuro techniczne. Kurz i szafy. Rozbite monitory. Nadpalone segregatory porozrzucane po podłodze i plany techniczne bliżej nie określonego urządzenia. Ktoś kiedyś próbował to spalić, ale ogień zdechł z braku tlenu. Wół podniósł jeden z segregatorów.

                                      PROJEKT CHÓR
                                      Raport testów akustycznych — seria 4B
                                      

                                      Kilka stron dalej:

                                      Obiekty wykazują podwyższoną podatność na sugestię kierunkową przy ekspozycji powyżej 19 minut.
                                      

                                      Niżej ręczny dopisek czerwonym markerem:

                                      „NIE TESTOWAĆ NA PERSONELU TECHNICZNYM”
                                      

                                      Kolejna strona była nadpalona.

                                      Próby na ssakach wykazały utrzymanie efektu transmisji w drugim pokoleniu.
                                      

                                      Jeszcze dalej:

                                      …część personelu zgłaszała słyszenie znajomych głosów…
                                      …niemożliwe ustalenie źródła transmisji…
                                      …zalecane wygaszenie sektora…
                                      

                                      Kolejna strona

                                      …przy dalszych testach występuje destabilizacja percepcji u personelu pomocniczego…
                                      …zaleca się ograniczenie ekspozycji poniżej 11 minut…
                                      …Prototyp na czas konfliktu przeniesiony do Ośrodka Denver Technology Corp…
                                      

                                      Szum zza ścian stał się wyraźniejszy. Jakby coś pracowało głęboko pod ziemią. Wół zmarszczył brwi i podniósł wzrok znad dokumentów.
                                      Hanki nie było. Pomieszczenie stało puste.

                                      Noa

                                      Corley obserwował Noa przez chwilę, jakby próbował ocenić, czy rewolwerowiec właśnie wpada w paranoję, czy wręcz przeciwnie, zaczyna widzieć coś ważnego. Ale nie odezwał się. Liora również milczała. Wiatr szarpał trawy, kabel przy antenie dalej kołysał się w nierównym rytmie. Noa przeszedł kilka kroków otwartym terenem, specjalnie wychodząc z ukrycia. Nic. Żadnej reakcji. Żadnego ruchu w wieży. Wrócił powoli, jeszcze raz analizując ślady. Różne podeszwy. Różna głębokość odcisków. Ludzie rzeczywiście tu chodzili. Wielokrotnie. Ale czegoś brakowało.

                                      Chaosu. Nie było śladów walki. Ucieczki. Szamotaniny. Wszystko wyglądało… normalnie. Za normalnie. Kiedy zaczął liczyć ruch kabla i obserwować dym, sam poczuł, że zaczyna odpływać myślami za daleko. Sekwencje. Powtórzenia. Rytmy. Mózg próbował znaleźć wzór tam, gdzie może go nie było. A może właśnie był… Wrony zerwały się nagle z dachu wieży i odleciały gdzieś na północ. Tylko jedna została. Siedziała nieruchomo na antenie.
                                      Corley odezwał się cicho:
                                      — Nie podoba mi się twoja mina, Cohen.
                                      Noa już miał odpowiedzieć, ale zrezygnował. Skierował się ku wieży, a kiedy zbliżył się do pokrytych rdzą schodów, usłyszał głos. Tuż obok.
                                      — Ej, Cohen.
                                      Znajomy. Bardzo znajomy. Nie krzyk. Nie echo. Raczej ktoś, kto odezwał się półgłosem stojąc kilka metrów dalej. Liora i Corley nie zareagowali. Wiatr nadal szumiał w trawach. Wieża stała nieruchomo.

                                      Fruwacz

                                      Ravel zaprowadził go do metalowych drzwi na końcu korytarza i zatrzymał się obok nich bez słowa. Nie zapukał. Nie zameldował nikogo. Po prostu stał. Po kilku sekundach zamek szczęknął ciężko i drzwi rozsunęły się powoli. Nad drzwiami górowało oko kamery obserwującej korytarz.
                                      Pomieszczenie za nimi było ciepłe. Duszne od dymu papierosowego i zapachu starego alkoholu. Lampy wiszące nisko nad stołem rzucały żółte światło na mapy, notatki i porozrzucane części elektroniki. Za tym wszystkim siedział Bartho. Ogromny.
                                      Rozlany w fotelu bardziej jak właściciel świata niż tawerny. W jednej dłoni trzymał papierosa, drugą opierał ciężko o blat. Małe oczy przesunęły się po Fruwaczu od butów aż po twarz.

                                      — No proszę… — mruknął zachrypniętym głosem. — Ravel przywozi mi dzieci zamiast informacji.
                                      Strażnik Stołu za plecami Fruwacza nie odpowiedział. Jak zawsze. Bartho wskazał ręką krzesło naprzeciwko.
                                      — Siadaj zanim się przewrócisz od tego całego ważnego wyglądania.
                                      Dopiero wtedy odpowiedział na przywitanie chłopaka.
                                      — Bartho. Miło mi mniej niż tobie, ale pracujemy z tym co mamy.
                                      Zaciągnął się papierosem i wypuścił dym bokiem.
                                      — Słyszałem, że przynosisz ciekawe rzeczy. A ostatnio bardzo mało rzeczy robi się ciekawych. Zwłaszcza odkąd Czarna Dywizja zaczęła uważać się za właścicieli regionu.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      👿
                                      1
                                      • NanatarN Niedostępny
                                        NanatarN Niedostępny
                                        Nanatar jako Noah Cohen
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                        #36

                                        Pod Strażnicą

                                        Zanim ruszył zdążył jeszcze przestrzec dwójkę.

                                        -Nie ruszajcie za mną, nie ratujcie gdybym się przewrócił. Wróćcie do jaru zdając raport.
                                        Przynajmniej wydawało mu się, że to powiedział. W sumie nie był pewny, może tylko pomyślał. Za późno było już na powrót, za późno na wahania.

                                        Zatrzymał się pod strażnicą. Spodziewał się wiele, spodziewał się niespodziewanego. Podejrzewał działanie halucynogenów, może nawet pasożytów. Nie znalazł podejrzanych sekwencji zaklętych w czasie, ale to niczego nie przesądzało. Uznał, że ktoś musi zobaczyć wnętrze wieży, a nie chciał narażać towarzyszy.

                                        Mimo oczekiwania na niemożliwe, to nastąpiło. Nikogo wcześniej nie widział, a wyraźnie usłyszał głos obok. Głos wołający go po imieniu. Na moment zdrętwiał cały, a napięta skóra podniosła każdy włosek na jego ciele.

                                        Czy to możliwe, że dopadła go przeszłość, przemknęło mu przez myśl. W pierwszym odruchu dłoń powędrowała do rewolweru. - Nie powinna, powinna - nie mógł się zdecydować. Wracając do rytmicznego, przypadkowego stukania kabla, wrócił do podejrzeń, sięgnął po piersiówkę, zatrzymał się jednak, to też był zły pomysł.

                                        Się spróbował skupić na dźwięku i jego kierunku, modlił się żeby nie była to wrona, a realna istota z przeszłości Cohena. Nie odpowiedział. Nie odwracał się, stał w miejscu i rozglądał. Żeby kierunku nie stracić, nie zatracić się w dezorientacji.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • MarrrtM Online
                                          MarrrtM Online
                                          Marrrt jako Wół
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Marrrt
                                          #37

                                          Wół nie miał problemu ze słuchaniem prostych poleceń. “Nie reaguj na głosy” było prostym poleceniem. Toteż dziecięce śmiechy i stuki zza ściany pozostawiał bez odpowiedzi. Ale gdy Hanka zniknęła, a zza drzwi, z których był pewien, że przyszedł widać było światło dnia, uznał, że techniczka jednak nie przewidziała wszystkiego.

                                          Skoro po przeczytaniu wpisów w archaicznym segregatorze zaczęły się dziać dziwne rzeczy, spróbował przeczytać, (a raczej wydukać) je jeszcze raz jakby były zaklęciem. Niestety nie przyniosło to efektu. Nadal był sam w starym zniszczonym biurze, a zza drzwi zapraszająco świeciło słońce.
                                          - Nooo… tak to się z Wołem nie pogrywa. Hanka? - rzucił pytanie w spowitą kurzem przestrzeń.

                                          Cisza. Pomieszczenie było takie jakie Wół je zastał. Tam gdzie dosłownie przed chwilą stała Hanka była pustka. Do uszu wielkoluda zza drzwi doszedł szum wiatru buszujący pośród trawy.

                                          Wielki mężczyzna zmarszczył brwi po czym podniósł z podłogi jedno z krzeseł, sprawdził jego wytrzymałość, usiadł na tyle wygodnie na ile było to możliwe i… zaczął śpiewać.

                                          Na polanie usiadł biały mutek
                                          Idzie dróżką od kochanki Ziutek
                                          Skorpion polny przędzie złotą grzywą
                                          Wodnik topi żabę ledwie żywą
                                          Chodź tu miła będziesz ze mną bimber piła, będziesz bimber piła
                                          Chodź tu miła będziesz ze mną bimber piła, będziesz bimber piła
                                          Lecą sępy po błękitnym niebie
                                          Krowy ryczą świnki śmierdzą w chlewie
                                          Rosną jabłka, owies, oraz gryka
                                          Łapie Johnny kurę dla Włócznika
                                          Chodź tu miła będziesz ze mną bimber piła, będziesz bimber piła
                                          Chodź tu miła będziesz ze mną bimber piła, będziesz bimber piła

                                          Jeśli Hanka była w pobliżu nie mogła go nie usłyszeć. Ani pomylić.

                                          - Przestańże tak mordę drzeć.
                                          Uszu Woła dobiegł znajomy głos.
                                          - Spłoszysz nam wszystkie wiewiórki!
                                          Krótki śmiech zza drzwi. Męski. Wół z nikim nie mógł go pomylić.

                                          Ale to nie był tatuś. Ooooo nie… Tatusia szlag trafił zimą. I napewno nie w jakichś podziemiach. Jednak zaczynało Woła denerwować to całe przedstawienie i to, że Hanki nadal nie ma i się nie odezwała. A dłuższe siedzenie na dupie w tej kanciapie nie mogło przynieść niczego więcej poza kolejnymi żartami tego korytarza.
                                          Wstał i podszedł do drzwi, po czym je otworzył pamiętając by nic go nie zdziwiło.
                                          - Wychodzę na korytarz Hanka! Świecę trzy raz latarką. Jeśli mnie widzisz, może do mnie podejść!

                                          Tak jak nie było Hanki, tak samo nie było korytarza. Coś mocno ścisnęło wielkoluda za jego wielkie serce. Trawa sięgała prawie do kolan i falowała leniwie na wietrze. Gdzieś dalej szumiały drzewa. Prawdziwe drzewa, nie te rachityczne kikuty pustkowi. Pachniało ziemią po deszczu i dymem z ogniska.
                                          Kilka metrów dalej stał stary pickup. Ten sam. Obdrapany bok. Krzywo przywiązana plandeka. Jedno lusterko owinięte drutem. Ojczulek siedział na rozkładanym krześle obok ognia i dłubał coś nożem przy kawałku drewna. Nawet nie zaszczycił Cię spojrzeniem.
                                          - No, wreszcie żeś przestał wyć.
                                          Prychnął pod nosem.
                                          - Chodź tu. Mięso stygnie.
                                          Na prowizorycznym ruszcie skwierczały wiewiórki.

                                          Oczy można oszukać. Ale jak oszukać węch? A przecież Wół pamiętał ten zapach młodości i pieczonej wiewiórki. Żaden inny. Na szczęście słowa Hanki i gadanie jakiego nasłuchał się na zmywaku zrobiły swoje. To był kit. Ale jakoś nie umiał odwrócić się na pięcie.
                                          - Cześć papciu - powiedział do ojca - Taaa wiem… Czyste stopy. Ale wiesz… Ty nie żyjesz. A ja tu tylko na chwilę. Hanka powiedziała, że miałem się w ogóle nie odzywać. Ale… z papciem bym się nie przywitał???

                                          Ojciec odłożył nóż. Spojrzał na niego tak, jak patrzył setki razy wcześniej. Bez zdziwienia i bez wielkich emocji. Jakby Wół za długo zabawił na polowaniu.
                                          - Co tak stoisz? Szlak ci już chyba nogi zjadł. Siadaj.
                                          Skinął głową na wolne miejsce przy ogniu.
                                          - Jakbyś przeszedł obok i nic nie powiedział, to dopiero bym się obraził.
                                          Ojczulek odwrócił wiewiórkę nad ogniem.
                                          - Powiedz lepiej, gdzie cię droga poniosła przez te wszystkie lata.

                                          - Nie mogę papciu. Hanka zabroniła. Sam mówiłeś. Jak nie wiesz to słuchaj tych co wiedzą. Ale fajnie Cię zobaczyć. Trzymaj się papciu. I uważaj, bo ta jedna już Ci się fajczy!
                                          Co rzekłszy odwrócił się i ruszył w kierunku przeciwnym niż tatuś.

                                          Za plecami Woła przez chwilę było słychać tylko trzask ognia. Potem głos papy:
                                          - No. - krótkie milczenie. - Ta Twoja Hanka to mądra dziewucha. I dobrze pamiętasz. A ta wiewiórka...
                                          Ojczulek parsknął śmiechem.
                                          - A niech się fajczy. Jeszcze...

                                          TRZASK.

                                          Świat eksplodował bólem głowy. Percepcja wraz z przytomnością umysłu wracała szybko, zbyt szybko. Wół poczuł jakby się topił, a w ostatniej chwili ktoś wyjął mu łeb z przerębla. Przez włosy ciekła stróżka krwi, z ust ciekła ślina, a Wół stał w tym samym miejscu, z segregatorem w dłoni, w którym odpłynął. Mężczyzna poczuł jak strasznie miał spięte mięśnie i moment w którym się rozluźnił. Hanka stała obok, tam gdzie powinna stać. Mięśnie miała spięte, z ust ciekła jej ślina jakby spała z otwartą buzią.

                                          Po drugiej stronie stał facet z podeszłym wieku, w ręku ściskał kawałek gazrurki.
                                          - Wróciłeś? - zapytał i nie czekając na odpowiedź, zdzielił przez łeb towarzyszkę Woła. Ona też odzyskała przytomność. Staruszek był przewiązany liną w pasie, w dłoń miał wbity gwóźdź lub jakiś metalowy odłamek którym co jakiś czas poruszał sprawiając sobie ból.

                                          - O w psi zad... - stęknął Wół masując się po czaszce po czym żywo zaprotestował gdy staruch ździelił Hankę - Ej! Oczadział?! Czego nas tłuczesz dziadku??
                                          Inne pytania w głowie Woła formowały się znacznie wolniej. Co nie zmienia faktu, że próbował odtworzyć co się właściwie stało, a co mu się tylko zdawało, że się stało? Tylko z marnym póki co skutkiem.

                                          - Bo działa - staruch splunął pod nogi. - Jak znasz lepszy sposób, to słucham.
                                          Spojrzał na Hankę, która właśnie dochodziła do siebie.
                                          - Wy jeszcze mieliście szczęście. Staliście tu może z dziesięć minut.
                                          Poruszył odłamkiem w dłoni.
                                          - Widziałem takich, co stali dwa dni, i widziałem takich co umarli w czasie transu z pragnienia.
                                          Ivan wyciągnął z kieszeni dwa zaostrzone odłamki metalu i wyciągnął je w geście poczęstunku, jakby częstował papierosami.
                                          - Jeszcze trzeba dzieciaki znaleźć.

                                          - A pewnie, że znam - mruknął z przekąsem patrząc na Hankę - zamurować. A części Czarnym kraść. Z pożytkiem. I bez mieszania we łbie... oż by cię, dziadku, masz Ty parę w łapach... - spojrzał na wyciągnięty ku niemu gwóźdź, czy inny szpikulec i skrzywił się jeszcze bardziej, bo jasne było o co staremu chodziło - znałem kiedyś gościa, którego cięgiem całe dni ząb napieprzał. Ten to był drażliwy typ. Ale nadał by się Wam tu. Dooobra, daj to żelastwo i się śpieszmy.

                                          Hanka zamrugała kilka razy. Przez chwilę patrzyła przed siebie nieobecnym wzrokiem. Dłoń powędrowała do policzka, był mokry. Dopiero wtedy zorientowała się, że płacze.
                                          - Nie... - głos jej zadrżał. - Nie...
                                          Zamknęła oczy.
                                          - Michael...
                                          Imię wyrwało się samo, niczym odruch. Imię którego nie wypowiadała od wielu lat. Otarła twarz rękawem. Bez skutku, bo łzy dalej płynęły.
                                          - Kurwa... - wzięła gwałtowny oddech. - Kurwa mać...
                                          Przez moment wyglądała, jakby chciała gdzieś pobiec, wrócić, ale dokąd? Cokolwiek tam było. cokolwiek zobaczyła...
                                          Potem zacisnęła szczękę, jeszcze raz przetarła oczy. Spojrzała na Ivana, potem na Woła. I bardzo świadomie nie spojrzała za siebie.
                                          - Dzieciaki - głos nadal jej lekko drżał. - Mieliśmy znaleźć dzieciaki.


                                          Dzieciaki na ich szczęście (lub nieszczęście) były niedaleko. W bezruchu ze śliną kapiącą z gęby. Kilka tępych uderzeń później, mogli wracać na górę.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          💪
                                          1

                                          Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                          Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                          With your input, this post could be even better 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa