Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
красота требует жертв
-
Siergiej nie wiedział czy patrzeć na Vsevoloda, czy na Michaiła, ale w końcu skupił wzrok na kowalu.
- Tak, tak... Rozkaz przyszedł.
Siergiej wedle słów kowala wniósł posiłek do celi i postawił na stole zastawionym narzędziami tortur tuż obok obcęg jakimi zęby musiano rwać.- Zostanie rozkuta. - zawyrokował Vsevolod wciąż stojący bez najmniejszego ruchu - Ale Dragos będzie przy drzwiach stał. Dziewczyna może być wroga i chcieć zrobić ci krzywdę, dobry Michaile. Nie możemy pozwolić na taki przebieg wydarzeń. Gdy tylko będziesz gotów wejść i Dragos wejdzie ją rozkuć. Dziewoja może mieć trochę w głowie nie na miejscu, obawiam, się. Lub udaje.
-

— Niech stoi — przystał Władimirowicz skinąwszy głową, — tolko dyskretnie.
Nie zamiarował się z vładyką wadzić.
— Gotów jestem — rzekł ciężko. — Rozkujcie ją a potem zostawcie nas samych.
Wszedł do celi powoli, bez pośpiechu.
Usiadł na zydlu po drugiej stronie stołu. Drewno zaskrzypiało pod jego ciężarem. Narzędzia leżały obok — obcęgi, żelazo, łańcuch. Miękkie jadło i mięsiwo położone tuż przy nich. Jakby to wszystko było jednym zestawem.
Flaszka przyciągała wzrok. Błyszczała szkłem. Obietnica. Ogień zamknięty w gardle.
Nie sięgnął.
Nie przy jednookim.
Szczęk łańcuchów przeciął powietrze. Metal o metal. Znajomy dźwięk. Za dobrze znany.
Drgnął tylko lekko.
Z trudem przeniósł wzrok na dziewczynę. Teraz bez żelaza. Lżejsza — a może właśnie groźniejsza.
— Posadźcie ją tu — powiedział ciszej, gardło miał suche jak popiół po wygasłym palenisku. — I ostawcie nas.
Na moment uniósł oczy ku Vsevolodowi.
— Jak będzie trzeba — dodał spokojnie — zawołam.
Dłonie położył na stole. Otworzył je powoli. Puste.
Jakby chciał pokazać, że nie młotem tym razem będzie kuł.
Ale w spojrzeniu było coś innego.
Czekanie.
-
Vsevolod bez słowa opuścił pomieszczenie, a za nim posłusznie Dragos. Dziewczyna była w pewien sposób zdziwiona, ale nie bardzo, jakby się wszystkiego spodziewała. Jakby pobyt tutaj ją nauczył oczekiwania każdej możliwości.
Niczym czujne zwierzę nie drgnęła pierwsza. Obserwowała. Analizowała Michaiła, jaki był nieznanym jej elementem. Nim zadziała musiała wiedzieć z czym się mierzy.
Wciąż czujna.
Wciąż ostrożna.Ale nie pchłochliwa jak zając czy sarna.
Czujna jak dziki kot. Gotowy do ataku. -

— Jeśli ci chodzi po głowie mnie zabić albo grozić zabiciem — toś durak nad duraki. I znaczy, żem się w tobie pomylił.
Ułamał pętko kiełbasy grubymi palcami i wrzucił do ust. Żuł powoli, patrząc na nią spod ciężkich brwi. Potem kiwnął głową w stronę mięsiwa na stole i sięgnął po butelczynę.
— Częstuj się — mruknął. — Kto wie, ile ci życia zostało. Lepiej się chwilą nacieszyć.
Pełna flaszka miała przyjemny ciężar w dłoni. Prawdziwy. Zrozumiały. Odszpuntował ją krótkim ruchem.
Ostry zapach samogona uderzył w nozdrza.
Michaił skrzywił się lekko i pociągnął ostrożny łyk.
Ogień spłynął gardłem.
— Oj… — westchnął przez zęby. — Jak miło pali.
Pociągnął drugi raz, już pewniej.
— Oj, matuszko…
Odstawił butelkę na stół. Szkło stuknęło o drewno. Podsunął ją dziewczynie dwoma palcami.
— Będziemy się tu trochę poznawać — powiedział spokojniej. — Bliżej, niżbyś pewnie chciała.
Oparł się na zydlu, który jęknął pod jego ciężarem.
— Michaił — rzucił. — Michaił Władimirowicz Kuzniecjew.
Beknął krótko, bez skrępowania.
— A ty?
Chwilę patrzył, jakby ważył jej twarz, oczy, oddech.
— Jeśli myślisz, że stąd uciekniesz… — parsknął cicho — to muszę cię rozczarować.
Machnął ręką.
— Jeb twoju mat’... Bez urazy. — Pochylił się trochę bliżej stołu. — Co to za miejsce, hm?
-
Kobieta przypatrywała się Michaiłowi bez słowa. Możliwe trochę mniej spięta była aczkolwiek wciąż niczym zaszczute zwierzę. Nie chciała z nim rozmawiać, nie ufała mu. Nie tknęła jedzenia ni picia.
- Fałszywe gesty. Fałszywe słowa. - odezwała się w końcu - Kazali to mówisz. Pewnie sam nie rozumiesz, prawda?
Wzrok delikatnej więźniarki spoczął na kowalu, który wtedy zobaczył, że spojrzenie tej niewieściej istoty nosi w sobie więcej siły, niż widział u wielu.
-

— Co tu rozumieć? — Michaił wzruszył ciężko ramionami. — Gospodin posłali po mnie, zabrali. Na wóz wsadzili, przywieźli.
Machnął ręką gdzieś w bok, jakby to była sprawa tak zwyczajna, że aż nie warta większej uwagi.
— Teraz mnie kazali z tobą gadać. Wydłubać, co wiedzieć chcą. A ty… — spojrzał na nią uważniej — …ty tu zdechniesz, jeśli nic nie powiesz. Jak powiesz może i też zdechniesz, tyle że szybciej. Mniej boleśnie. Ot i cała mądrość.
Zamilkł na chwilę. W jego spojrzeniu nie było okrucieństwa — tylko zmęczenie i coś na kształt ciężkiej, niewygodnej uczciwości.
Sięgnął po pieczyste, odłamał kawał i wsadził do ust. Przeżuwał powoli, nie spuszczając z niej wzroku.
— Nie jesz? — mruknął w końcu, już mniej wyraźnie.
Popił z flaszki, ostrożnie, skrzywił się lekko, ale zaraz kiwnął głową z uznaniem.
— Dobre. Powinnaś spróbować.
Otarł usta wierzchem dłoni i oparł łokcie o kolana, pochylając się ku niej odrobinę.
— Mnie nada wracać do domu. — powiedział ciszej. — A ty tu siedzisz i się upierasz…
Pokręcił głową, jakby naprawdę nie rozumiał.
— Po co? Myślisz, że kogoś to obejdzie? Że ktoś po ciebie przyjdzie?
Krótka pauza.
— Lepiej powiedz, co chcą usłyszeć. Szybciej się skończy. Dla mnie… i dla ciebie.
-
Lekkie skrzywienie przecięło usta białogłowy, jakiej zmrużone oczy wyrażały jakieś ironiczne rozbawienie.
- Rozumiem. Rozumiem. - oparła się plecami o ścianę - Ale czy ty rozumiesz? - przymrużyła oczy jakby chcąc tak lepiej dojrzeć odpowiedź na jakieś pytanie, jakiej próbowała odnaleźć w przyszłym oprawcy - Chyba nie... ale może?
W nerwowym ruchu zaczęła drapać dłoń jakiej palce wyginała. -

— Co tu rozumieć…
Podrapał się po czerepie, pazury zaskrobały o skórę. Samogon zaczynał przyjemnie szumieć — ciepło rozlewało się po karku, luzowało mięśnie. Napięcie puściło. Za szybko.
Odsunął butelkę z ciężkim westchnieniem. Spojrzał na nią tęsknie.
Jeszcze wrócę. Po robocie.— Co tu… rozumieć — powtórzył ciszej.
Zmarszczył brwi.
Już to mówił.
Już tu siedział.
Ten stół. Ta cela. Ta dziewucha.Było.
Coś zaskrobało pod czaszką. Jak pazur od środka. Jakby myśl próbowała się przebić, ale nie mogła.
Potrząsnął łbem, jak koń odganiający muchy.
— Tfu…
Sięgnął po kawał tłustego mięsa. Palce śliskie od tłuszczu. Aromat wkręcał się w nozdrza.
— Dlaczego jesteś taka… uparta?
Wepchnął mięso w usta i żuł, nie odrywając od niej wzroku.
-
Kobieta spojrzała głęboko w oczy Michaiłowi utrzymując milczenie przez dłuższy czas. Badając go? Oceniając.
- Więc nie rozumiesz... Z czyjej miski jesz. A może w ogóle nie jesz, a tylko się jak dureń patrzysz w żarcie. A może... nawet nie wiesz, jeszcze co przed tobą jest.Niewielka wsza schowała się między włosami kobiety.
-

Skołowaciała — przemknęło przez głowę kowalowi. — Ktoś ją przez łeb za mocno trzepnął i zdurniała… albo strach jej w głowie wszystko pomieszał.
— Coś mi się widzi, że na durno ja się starał, żeby ciebie od ściany odpiąć…
Władimirowicz powiedział to z ciężkim, szczerym smutkiem. Nie udawanym. Dziewucha zdawała się nie pojmować, jaki koniec ją czeka. A jeśli jej się w głowie poprzewracało — to i robota z nią będzie jak z krzywym żelazem. Niby jest, ale kuć nie ma jak.
Skrzywił się.
— Nie ty mnie — warknął nagle — lecz ja ciebie mam tu indagować!
Irytacja podeszła pod skórę. Za szybko. Za łatwo.
Źle. To idzie źle.— Nie pojmujesz, głupia — ciągnął już niżej, twardziej — że przez twój upór nie tylko ty zginiesz? W mękach. Długo.
Pochylił się lekko nad stołem.
— Ale i mnie wciągniesz za sobą.
Krótka pauza.
— A ja mam do czego wracać.
Spojrzenie mu stężało.
— Mam Nadiejkę. Niebogą. Ona beze mnie...
Uderzył dłonią w stół, zabijając niewypowiedzianą myśl jak muchę. Wyprostował się powoli.
— I nie będę patrzył, jak przez twoje milczenie ktoś mi ją na szwank naraża.
Dłonie zacisnęły się na blacie.
— Więc zacznij gadać.
W ostatnim zdaniu zawrzeć miał groźbę, lecz głos mu się załamał, podły zdrajca, i zabrzmiała jak prośba.
-
Kobieta jedynie patrzyła na kowala dłuższą chwilę nim w końcu odbiła się dłońmi od ściany na jakiej się wspierała, aby w ten sposób przysunąć się ku Michaiłowi i wyciągając ku niemu szyję odezwać się głosem zawierającym w sobie ociupkę wyzwania.
- Nie. I co teraz? -

Skołowaciała.
— Dlaczego?Zmarszczył brwi. Nie składało mu się to w całość.
— No, poczemu ty taka durna…
Umysł kowala nie nadążał. Kręcił się w kółko, jak pies na łańcuchu.
Nie pojmował, czemu baba tak uparcie milczy.Nie ze strachu. Nie z bólu.
To było gorsze.
— Nie rozumiem — mruknął już ciszej, bardziej do siebie niż do niej.
-

— Zaoferowali? Zagrozili? — Michaił spojrzał na nią jak na niespełna rozumu. — Dobrodiej każe, człowiek czyni. Tak to idzie.
Wstał. Ława zaskrzypiała.Machnął ręką.
— Nie chcesz gadać… trudno.
Westchnął. Długo. Nie z gniewu. Smutno.
— Zapamiętaj jedno.
Odwrócił się jeszcze na moment.
— Chciałem ci pomóc.
Pauza.
— Sama nie chciałaś.
-
Niespodziewanie powietrze przecięło pytanie, jakiego Michaił by się pewnie nie spodziewał, a wychodzące od dziewuchy, jaka szła w zaparte mając przed sobą malujące się zagrożenie bólu i cierpienia.
- Czemu ta Nadiejka jest tak bardzo nieboga dla ciebie? -

Zatrzymał się w pół kroku, w drodze po strażnika.
Jakby ktoś go chwycił za kark i cofnął.
Powoli odwrócił głowę. Nie od razu cały się obrócił. Najpierw spojrzenie. Ciężkie.
— Czemu…
Słowo zawisło. Obce. Durne. Nie na miejscu.
Zmarszczył brwi. Coś w nim się zacięło. Jak źle spasowane żelazo.
— Tobie co do tego? — warknął odruchowo, ostro.
Ale nie wyszedł.
Stał.
Przełknął ślinę. Gorzała jeszcze grzała żołądek.
— Nadiejka… — powtórzył ciszej.
Potarł kark.
— Bo jest moja.
Krótko. Twardo. Jak uderzenie młota.
Milczał chwilę.
— Bo bez niej… — urwał. Skrzywił się, jakby coś go ukuło pod żebrami. — Bez niej dom to tylko ściany. Bo ona moja. Tylko moja i ona jedna mi została.
Odetchnął ciężko.
— Bo nikt jej nie podniesie, jak upadnie. Nikt jej wody nie przyniesie. Nikt ognia nie rozpali.
Spojrzał na dziewczynę uważniej.
— A czemu pytasz?
Głos miał niższy.
— Co ty możesz o tym wiedzieć, a?