[WFRP 2ed] Bögenhafen
-

"To załatwione" pomyślał Modi kiedy ostatni z atakujących padł nieruchomy na ziemie.
Kolejny wstrząs zachwiał przemytnikiem a jego oczy podążyły za pęknięciem w budynku.- Ranald znowu szczy mi w śniadanie... - mruknął widząc, że ich sąsiad zaraz się przebije przez ścianę i pewnie będzie chciał zobaczyć jak szybko pójdzie mu z nimi.
Nic nie mówiąc dołączył do Małego Kurta i reszty, która starała się sforsować kratę. -
Ulrich Rotzniesser 
Oklepawszy mordy, aż miło, oprych-Ulrich pokraśniał z nagle odzyskanego animuszu. Spuszczanie łomotu drabom, tutaj, w tym przeklętym mamrze, na tym wygnaniu! Schował gwóźdź z powrotem do kabzy, potrząsając kułakiem jeno:
– Ino bez sztuczek, bo następnym razem taki miły nie będę!
Okręcił się jak fryga. Ten wielki, zwany Kurtem, zdawał się wrzeszczeć coś, aby mu pomóc.
– Dawaj, bracie! – Ulrich krzyknął – Czas sforsować ten mur...
I jął się ku pomocy Kurtowi i pozostałym, aby sforsować kraty wreszcie.
-
|-
-|Hieronim Bosch był przerażony. Nie potrafił zrozumieć, co właściwie zawładnęło jego umysłem, kiedy fala wściekłej czerwieni znienacka zalała mu oczy. Jakby jakiś demon wziął go we władanie, dokładnie wedle mrożących krew w żyłach przestróg sigmaryckich kapłanów.
Stary mytnik jeszcze nigdy nikogo nie zabił. Widywał rzecz jasna śmierć zadawaną rękami innych: podczas publicznych egzekucji więźniów, podczas obław na przemytników, w trakcie festiwali palenia czarownic - jednak jeszcze nigdy nie odebrał go nikomu za pomocą własnych rąk.
- Słodka Shallyo, zmiłuj się nade mną! - jęknął podnosząc dłonie do ust w wyrazie nieudawanego przerażenia.
Shallya nie okazała zmiłowania, bo zaraz potem ściana dzieląca celę i karcer zaczęła się rozsypywać odsłaniając oczom mytnika jakiegoś potwora w kolczudze spoglądającego na więźniów upiornie czerwonymi oczami.
- Demon! - wrzasnął na całe gardło zapominając w jednej chwili o zamordowanym przez siebie łachmaniarzu - To jest demon! Wyrwijcie tę jebaną kratę, chędożone łachmyty, na łaskę Shallyi! A ty nie podchodź, demonie! Zabiję cię jak tego tam!
Wskazawszy trzęsącą się ręką trupa swojej ofiary, Hieronim podniósł z brudnej posadzki kawał gruzu mogący mu posłużyć od biedy za prowizoryczny tłuczeń.
- Wyrywajcie tę kratę!
Deklaracje
Uzbroiwszy się w kawał gruzu Hieronim będzie szaleńczo zagrzewał do działania najsilniejszych współwięźniów! Dawać tę chędożoną kratę!
-

Oswald BraunMądrzy ludzie powiadali, iż po wygranej potyczce należało łupy zbierać. W tym jednak przypadku Oswald uznał, iż po pierwsze - raczej trudno było się spodziewać czegoś wartościowego u współwięźnia, a po drugie - jakiś przyodziany w żelazo osobnik usiłował się przebić przez mur, co wychodziło mu dość składnie. A że mordę ów osobnik miał niesympatyczną i mało przyjazną, Oswald dołączył do tych co usiłowali wyważyć kratę.
-
Ściana po lewej robiła się coraz gorętsza, jednakże póki co pożar nie rozprzestrzenił się zbytnio. Ku uciesze więźniów, nic również nie wybuchło. Wspólnymi siłami udało się wyważyć mocno osłabione kraty. Później poszło już zdecydowanie prościej. Przemknąć przez z lekka zadymiony korytarz, następnie schody na górę oraz klapa - ciężka gdy otwiera się ją od dołu, lecz siły ani motywacji nikomu nie brakowało. Można było obawiać się strażników, lecz ci nie interweniowali, a gdy więźniowie wyszli na górę pewne rzeczy rozjaśniły się nieco.

Pomieszczenie wspólne było opuszczone, ni żywego ducha. Wszystko wyglądałoby dość normalnie, gdyby nie solidna barykada blokująca otwarcie głównych wrót oraz okna zabite czym tylko się dało i było akurat pod ręką. Sprzęty kuchenne były na swoich miejscach, podobnie jak narzędzia warsztatowe, chociaż te ostatnie z lekka w nieładzie.

Piętro wyżej również było opuszczone, dwoje drzwi było zamkniętych ( chociaż nikt nie próbował ciągnąć za klamkę). W jednym, na podłodze klęczał strażnik z insygniami dowódcy, w trzewia miał wbity miecz - tyle było widać przez dziurkę od klucza. W drugim jakiś spasły wieprz, również w stroju strażnika, lecz bez zbroi, leżał bez życia na ziemi, przy suficie wisiał sznur. W obu pomieszczeniach coś jeszcze było, lecz mały otwór nie pozwalał na zbyt szeroki pogląd.
Kwatera wspólna … To było ciekawe, strażników co prawda nie dane było uświadczyć, lecz ich pancerze były na miejscu. Brakowało broni, lecz na stojakach lub bezpośrednio na ziemi, przy każdym z posłań znajdowały się kolczugi. Wyjście na dach było otwarte. Szybki rzut oka: ktoś przywiązał linę do blanki, a jej drugi koniec zwisał po zewnętrznej stronie muru, spuszczając się bezpośrednio na ulicę.
Okna, zarówno na parterze jak i na piętrze, były na tyle małe ażeby nie dało się przez nie wygodnie przejść, lecz na tyle szerokie aby swobodnie przez nie wyjrzeć…gdyby tylko nie zamknięte okiennice. Przez szpary bohaterowie dostrzegli niemały tłum ludzi wałęsających się po podwórzu. Na oko licząc było ich ze dwa tuziny, a może i więcej. Jednakże problemem nie byli sami ludzie, co ich dziwne zachowanie, w jednym momencie wyglądali jak bezwładna masa, aby w drugim zareagować jak jeden mąż na niewidzialne i niesłyszalne polecenie.

Pożar domu po drugiej stronie ulicy szalał w najlepsze. Drewniany budynek nie opierał się ogniu, co innego murowana strażnica. Płomienie muskały ściany i wdzierały się wolniej, lecz prędzej czy później strawi również posterunek. Nikt nie gasił pożaru, na ulicach nie było widać ludzi, chociaż osąd mógł być zniekształcony przez dym i dość małe szpary w okiennicach.
-

Mały Kurt vel KnutKurt zatrzymał się w kwaterze wspólnej i rozejrzał uważnie. Pancerze na miejscu, broni brak. To mu się nie podobało. Przez chwilę patrzył przez szparę w okiennicy na tłum na podwórzu – zbyt równy ruch, zbyt zsynchronizowany. Znał takie spojrzenia. Nie były normalne.
– Coś tu jest nie tak – mruknął. – Lepiej mieć żelazo niż go nie mieć.
Kurt szuka sprawnej broni lub czegokolwiek nadającego się do walki oraz kolczugi lub innego pancerza, który mógłby szybko założyć.
-
Ulrich Rotzniesser 
Ulrich, wygramoliwszy się z klapy, rozejrzał się wokół. Spodziewał się oporu, krzyków, krwi i wyjątkowo tęgiej walki, wszechobecna pustka zaś sprawiła, że nabrał podejrzeń co do tego, co może się tu dziać.
– Ejże, ludzie, pomóżcie mi kto... – rzekł Ulrich. – Trza zawalić klapę, po temu, żeby czasem ten łyczek, co tam był, czasem nam w plecy nie wbił czego...
Zanim jednak zaczął przesuwać stół, podskoczył do miejsca, które zdawało się służyć do przygotowywania posiłków. Wziął nóż, który natychmiast przewiązał do pasa podręcznym rzemieniem. Ukontentowany, że ma więcej, niż zakrzywiony gwóźdź, jął się przesunięcia stoła.
Kiedy rzecz się ogarnie tylko, zamierzał wziąć także kolczugę i uzbroić się w on miecz, który dojrzał przez dziurkę klucza. Spodziewał się, że wyjście z mamra pociągnie ze sobą potężny bój, tym gorszy, że tamci na zewnątrz wydawali się być tak samo niespełna rozumu, jak drab w lochu. Czemu tak było? Poniechał domysłów, prawda miała bowiem zły zwyczaj bycia jeszcze okropniejszą od wyobraźni.
Najbliższe plany:- Ulrich zabiera nóż z kuchni
- Przesuwa stół na klapę, jeśli jest jeszcze parę sprzętów (skrzynie i podobne), wrzuca na klapę
- Ubiera kolczugę
- Próbuje otworzyć drzwi, żeby dostać się do miecza.
-

Oswald BraunPokonanie opornej kraty nie równało się z ucieczką z więzienia, a znaleziony w kuchni pokaźnych rozmiarów tasak, który Oswald przyczepił do pasa, nie stanowił poważnej broni. W każdym razie nie w razie walki z groźnym przeciwnikiem.
Włóczący się po podwórzu tłum wyglądał co najmniej dziwnie i nie zachęcał do pójścia w tamtą stronę.
- Lepiej trzymać się od nich z daleka - rzucił Oswald. - Zejdźmy po linie - zaproponował, wskazując na drogę, którą, zapewne, uciekli strażnicy. Ci, którzy przeżyli.
Przygarnął jedną kolczugę, ale nie zamierzał jej jeszcze ubierać.
Lepiej zrzucić kolczugę na ulicę, potem zejść
-
Ulrich (von) Guttenluft

Cyrulik wyglądał na dziwnie spokojnego. Za bardzo, jak ludzie do których wracają złe wspomnienia, ale w jakiś dziwny sposób potrafili je oswoić. Porzucił myśl o kolczudze, i bez niej był wystarczająco ciężki i niezgrabny, a przy liczebności tłumu, spotkanie z nimi oznaczało śmierć. Przy mniejszych potyczkach liczył, że nie będzie stał na froncie...
...myśląc o tym postąpił podobnie jak drugi Ulrich, ten co oprychem był, tylko zamiast ruszyć na buszowanie w kuchni, udał się do warsztatu poszukując narzędzia mogącego służyć jako broń, spodziewając się odnaleźć odpowiednio ciężki młotek bądź młot. Po tym Ulrich przyłączył się do Urlicha aby w mocy dwóch Urlichów zawalić klapę do piwnicy.
Kiedy tylko ogarnie te sprawunki, poszuka w kwaterach strażników alkoholu oraz czystych ubrań aby stworzyć prowizoryczny zestaw opatrunkowy, w głębi ducha modląc się do Shally aby puściła doń oczko w postaci jakiś prawdziwych medykamentów i opatrunków z których mogli korzystać strażnicy. Szukał też igły i nici, do ewentualnego, barbarzyńskiego szycia ran. -
Ergo

- Nie musisz powtarzać, koleżko! - Ergo od razu wyrósł obok łotra o kanciastej gębie. Tego, który mu pomógł z wariatem. Cokolwiek zostało ze sprzętu, który nie poszedł na barykadę pomógł wstawić na klapę - Widzieliście te jego gały? Ja się nie znam, ale one nie były zalane krwią! Tu się rrwa mać odpierdala coś całkiem zaprzańskiego! I gdzie są strażnicy psia ich mać skoro barykada jest od wewnątrz???
Zaraz jednak odpowiedź na to pytanie stała się jasna. Piętro wyżej było otwarte wyjście na dach. Ergo nie miał w planie zamieszkać w opuszczonej strażnicy otoczonej przez dziwnie krążące postaci. Ani bronić jej gdy strażnicy uznali jej obronę za niemożliwą. Ale i nie śpieszył się z opuszczeniem jej póki zdawała się względnie bezpieczna.
Z możliwości założenia kolczugi nie skorzystał. Ale zgarnął z kuchni przykładem Ulrichów nóż i po chwili wahania także coś co wyglądało jak tłuczek do mięsa. Podrzucił go w powietrze i uśmiechnięty zatknął obie bronie za pas.
- Taaa - przytaknął Oswaldowi - Ten tłumek to jakoś się mnie widzi taki jak tych trzech dupków z celi. Ale przydałby się też ten miecz dla jednego z naszych. A i liną byśmy nie pogardzili. Ja tam mogę drzwi otworzyć… Eeee! - syknął głośno do tych, z którymi klapę zastawiał - Wy tam dwa Ulrichy! Albo ty! Tak ty! Knud? I ty koleżko. Po tym czerowonogałym to sam do tych pokoi nie wlezę, ale razem…
-

Bögenhafen padło ofiarą jakiegoś straszliwego przekleństwa, które odebrało jego mieszkańcom wolną wolę i przemieniło ich w upiorne marionetki Mrocznych Bogów.
Otoczony przetrząsającymi więzienie więźniami, Hieronim Bosch cofnął się od szpary pomiędzy dwoma okiennicami i zaczął gorączkowo wymachiwać jedną dłonią, drugą przykładając do ust w nakazie zachowania daleko posuniętej dyskrecji.
- Chodźcie tutaj wszyscy - powiedział półgłosem stając pośrodku piętra - Posłuchajcie starego człowieka, jeno nie czyńcie hałasu. Otacza nas opętany motłoch, tłuszcza zawładnięta czarną magią. Kapłani Młotodzierżcy po wielokroć przestrzegali nas o strasznym losie tych, którzy słabą mają wolę i łase na pokusy umysły. Tak jak ci tam na dziedzińcu. Byliśmy pod ziemią, przez co być może nas owa klątwa nie dosięgła, ale tamci są już straceni.
Mytnik urwał na chwilę pozwalając, aby jego słowa zapadły w jaźń tych, którzy nadstawili mu ucha.
- Widzi mi się, że całe miasto jest zgubione. Musimy uciekać na morze, tam będzie dla nas najbezpieczniej. Znam port, całe życie w nim pracowałem. Bez trudu znajdziemy tam łódź, a na niej choćby i do Marienburga ujdziemy. Tylko trza nam stąd uchodzić, zanim więzienie zapłonie.
Deklaracje
Jeśli w kuchni wciąż są jakieś mordercze instrumenty, Hieronim chętnie uzbroi się w tasak lub siekierę, w ostateczności w nóż albo porządną pałkę (poproszę MG o info, co się tam znalazło). Mytnik będzie namawiał do opuszczenia się po linach na ulicę (pod warunkiem, że jest na pewno pusta), a następnie do przedarcia się do portu w poszukiwaniu jakiejś łodzi.
-

Nadja Schmidt
Gdy tylko uciekli z celi nadja poczuła rozpierającą ją radość, która nie wykiełkowała nim nie zamknęli klapy na górnym piętrze i dopiero wtedy pozwoliła sobie zatrzymać się i wziąć głębszy oddech chwilowej ulgi. Zdjęła przytroczoną wokół twarzy krótki materiał spódnicy i wepchnęła go do swojego worka pod resztą dobroci, jaka mogła się zawsze przydać jeszcze.
Nie miała zamiaru zakładać żadnej zbroi, jaka mogłaby jedynie ją spowolnić i krępować ruchy, a zważając na akrobacje jakie ich zapewne czekają to byłoby tylko problemem.
- Ktokolwiek by o zbroi myślał - odezwała się szczególnie w kierunku Kurta i Rotznissera - Nie zakładajcie nic jeszcze. Może to być kwestia życia i śmierci, jeżeli nie będziecie w stanie uciec ze zbroją na plecach krępującą wasze ruchy. Ciężkości też by mogła nie wytrzymać lina. Możliwie temu strażnicy zostawili zbroje i uciekli bez nich, a tylko z bronią by nie pękła lina, a oni przeszli bezpiecz... niej. - poprosiła i stanęła na środku by dodać - Nie ryzykujcie ze zbrojami. Mniejsze obciążenie może nam dać większe szanse. Lepiej uciekać niż na walkę się przygotowywać, a na dole wciąż krąży ten wariat.Miała nadzieję, że przemówi komu do rozsądku, ale sama zaczęła szukać czegokolwiek co byłoby zastępstwem na miecz, jak przynamniej odpowiedniej wielkości nóż kucharski.
Nadia szuka w kuchni noża kucharskiego, może jakiś przypraw w proszku, jakimi by można komuś w oczy rzucić. Woda w bukłaku. Może być alkohol jakiś do ran. Jakieś ściery czyste. Będzie chciała uciec liną, jak to straż nawiała.
-

Modi westchnął z ulgą kiedy kraty puściły i mogli nacieszyć się odrobiną wolności. Razem z resztą wbiegł na górę i pomógł Ulrichowi zastawić klapę, chociaż zastanawiało go jak dużo to da kiedy ich sąsiad był w stanie powalić kamienną ścianę.
Kiedy inni się uzbajali przemytnik chwycił jedno z krzeseł i walnął nim z całej siły o ścianę w nadzei, że się rozwali i zdoła uzyskać prowizoryczną pałkę z jednej z nóg.
Słuchał przy okazji co reszta mówiła i prychnął słysząc sugestię Hieronima.- A ty kiedykolwiek pływałeś łodzią? Bo z portu to ja cię kojarzę tylko, że zbierałeś podatki. - ton mężczyzny nie chował urazy do mytnika.
Słysząc słowa Nadji przemytnik pokiwał głową.
- Ladacznica słusznie mówi. Skoro strażnicy zostawili zbroje, aby zejść po linie, głupio będzie robić odwrotnie.
No to Modi próbuje rozwalić krzesło i zrobić prowizoryczną pałkę. Będzie głosował za zejściem po linie.
-
Bohaterowie zabezpieczyli klapę na ile tylko mogli bez osłabiania barykady głównego wejścia. Odgłosy walącego się drewnianego budynku skutecznie zagłuszyły ich poczynania. Każdy znalazł sobie lepszą lub gorszą broń a następnie wszyscy ruszyli w stronę dachu aby dokładniej rozeznać się w sytuacji. Po drodze Ulrich (ten co zbójem był) postanowił pozyskać miecz dowódcy, w czym miał mu pomóc Ergo. Siłą rzeczy wszyscy zebrali się przy drzwiach.
Ku zdumieniu Suma drzwi nie były zamknięte, pewny siebie były więzień pchnął je delikatnie i już miał wejść do środka, gdy usłyszał trzask. Bełt wystrzelony przez kuszę ustawioną w środku utkwił w futrynie przyprawiając bohatera o zawał.
W pokoju nie było innych przykrych niespodzianek. Na ścianie wisiała mapa z zaznaczonymi kilkoma punktami, przedstawiona wcześniej kusza z tuzinem bełtów, oraz miecz dowódcy. w tegoż trzewiach. Na stojaku wisiała pełna zbroja płytowa wraz z tarczą. Pozostałe przedmioty raczej nie mogły się przydać w walce ani być walutą wymiany.

Ulrich wziął ostrze do ręki i od razu poczuł się lepiej, mając broń z prawdziwego zdarzenia. Oręż był bardzo dobrze wykonany i widocznie używany. Oprych wytarł ostrze, przytoczył pochwę u pasa i wszyscy razem ruszyli na dach.
Zejście po linie poszło gładko. Plecionka była mocna i solidnie wykonana, nawet Kurt opakowany w kolczugę nie był w stanie jej zerwać. Ulica była pusta i cicha. Za pusta i za cicha… Najbliższe domy wyglądały na opuszczone, zamknięte na cztery spusty.
Coś wybuchło, huk był niemiłosierny, a zza strażnicy uniosła się chmura czarnego dymu. Sam budynek strażnicy zatrząsł się, lecz ciągle stał. Trzeba było zdecydować co robić dalej.
-
Ergo

- Wwii… widzieliście to??? - Ergo był zszokowany gdy bełt wbił się we framugę. To było niemożliwe! Cyrkowiec widział już różne niesamowite rzeczy w życiu, zwykle takie, które tylko wydawały się niemożliwe, a przeważnie były całkiem pospolite. Ale tak skonstruowanej pułapki, która nie wycelowała w oczywiste wejście nie widział. Nie był co prawda na tyle lotnym by wytłumaczyć ten fakt prosty uszkodzeniem konstrukcji, która co chwila była wystawiana na jakieś drgania. Ani pośpiechem zastawiającego pułapkę. Ale w kontekście tego, że tak chętnie i tłumnie wcześniej kompani ruszyli go bronić, teraz chybił go śmiercionośny bełt, a po kuszę, której zapragnął nie połasiła się nawet ona dziewka co ją Laleczką wołali, która w ewidentny sposób ustąpiła mu łupu, żyjący z wmawiania innym swoich wizji cyrkowiec mógł dojść tylko do jednego słusznego wniosku - Jestem nietykalny!
Być może naprawdę władał jakąś siłą, którą te straszne wydarzenia teraz obnażyły. Na cóż mu więc była ta wspaniała zbroja??? Ale kuszę z bełtami zabrał.
- Mówiłeś coś koleżko o porcie i łodzi… - zagadnął cicho Hieronima po zejściu na ulicę, ale zaraz poparł Modiego - Ale zostaniemy z tą łodzią jak z kuśką po szczaniu, jeśli żaden nie umie w żagle… Jaaa… - zamknął oczy jakby się na czymś skupiał - mam w głowie mapę miasta. I coś mi mówi, że w północnej części znajdziemy Przeprawę!
-
Ulrich Rotzniesser 
Oprych, mając już na podorędziu zdobyczną kolczugę, przeciął parę razy powietrze mieczem. Klinga świszczała złowrogo, świadcząc o jej kunszcie.
– Dobre to gówno – rzekł Rotzniesser. – Co tu się odwalić miało, że wszyscy karku dali, tego wiedzieć nijak… Zaraz jakaś albo jakieś cholerne czary? – zastanawiał się głośno. – Eee… Gadki szkoda. Wypieprzajmy stąd, zanim się zawali.
Kiedy wyszli ze strażnicy na zewnątrz, powszechna cisza i pustka zdenerwowały Ulricha bardziej, niż gdyby miał się tutaj na nich zasadzić tabun straży. Domysły o pladze lub też nagłym skrzywieniu umysłu przez całe miasto zdawały się potwierdzać. Dlaczego tak właśnie się stało, Ulrich nie zamierzał dochodzić. Potrzeba było po prostu uciekać.
– Kurwa! – syknął, kiedy zza strażnicy uniosła się chmura czarnego dymu. – Wynośmy się stąd czym prędzej, zanim strażnica w powietrze wyleci.
Ale co robić dalej? Uciekać? Przeklęte miasto wydawało się być niby forteca, dzielnice poprzecinane murami, całość zaś okolona kolejnym jeszcze murem. Przeczekać zarazę? Nie wchodziło w grę, jeśli tylko zjawi się ktoś, kto ujrzy w nich więźniów strażnicy, zawisną albo znowu zostaną uwiężeni.
– Przeprawę? – odniósł się do słów Ergo. – Na statkach się nie znam, pływać też nie podołam w takim nurcie – rzekł Ulrich. – Trza nam uciec mostem na południe. Chodźmy, może okaże się, że w tym zamęcie wszystko pootwierane, a nuż się powiedzie?
-

Mały Kurt vel Knut
Kolczuga ciążyła znajomo na ramionach. Kurt poprawił ją krótkim ruchem i sprawdził chwyt na rękojeści miecza. Żelazo było w porządku. To wystarczyło. Z dachu spojrzał na ulicę, potem na zamknięte domy – za cicho. Tak nie wyglądało normalne miasto.
Gdy huk eksplozji wstrząsnął strażnicą, Kurt nawet nie drgnął. Uniósł tylko głowę, śledząc czarny dym unoszący się zza murów.
– Nie podoba mi się to – powiedział nisko.
Przesunął się bliżej wyjścia z uliczki, ustawiając się tak, żeby widzieć oba kierunki.
Kurt czeka na decyzję grupy. Zachowuje czujność i zabezpiecza najbliższe otoczenie, obserwując ulicę i wejścia do sąsiednich budynków. Jest gotów osłonić grupę w razie nagłego ataku lub odwrotu. Jeśli trzeba będzie się przemieszczać – idzie pierwszy, z mieczem w dłoni.
Cel: nie dać się zaskoczyć i szybko opuścić niebezpieczną strefę.
-
Ulrich (von) Guttenluft

Cyrulik nie widząc chętnych, dobrał się do zbroi płytowej, tylko po to aby wyciągnąć spod niej najdelikatniejszą część ochrony - przeszywnicę którą zaczął na siebie ubierać, stawiając na nieco lżejszą ochronę, lecz nie ograniczającą ruchów. W tak zwanym międzyczasie, odezwał się do towarzyszy niedoli.
- Gdyby któremuś się zapomniało lub później do więżenia dołączył, to jestem cyrulikiem. Jak oberwiecie czymś w trzewia i do was podlecę, to nie z rękami do mnie i mordą tylko cieszyć się, że macie mnie przy sobie. Laleczka - machinalnie wskazał na Najdję obwiązując rękaw kaftana - też coś tam wie, podczas burzy zdarzało się jej nawet pracować... czasami - mruknął z lekkim uśmiechem.
- No i... Pamiętasz Najdia jak rozdzielili oddziały? No to kurwa - rzucił do wszystkich - tak to wtedy wyglądało. Wszystkich popierdoliło, że rzucę fachowym terminem...
Gdy zeszli na dół, poza zachowaniem czujności, zaproponował aby udać się w kierunku świątyni Sigmara. Wierzył, że zło będzie słabsze im bliżej uświęconego miejsca, a i może tam skupili się ocaleni, tacy jak oni. -

Nadja Schmidt
.
"Ladacznica?!" Nadja była wściekła za słowa, jakie wyszły z gęby przemytnika. Jak on w ogóle śmiał ją tak nazywać?! Należała do niezastąpionego elementu każdej imperialnej armii, jakiego członkowie zajmowali się wszystkimi potrzebami żołnierzy i samej armii podczas postojów! I nie ograniczało się to do grzania im posłań!Nie było jednak celu w kłóceniu się w tej sytuacji, musieli działać. Najpierw udało się uciec poza więzienie najwyraźniej nie zbyt późno i nie spaść na kamienie oraz tłum niezdolnych umysłowo szaleńców chodzących wokół więzienia. To był plus. Pewnym minusem był brak ustalonej drogi jaką trzeba podążyć... a mytnik ze swoją propozycją wypłynięcia nie do końca do niej przemawiał. Nie chciała ryzykować i sprawdzić czy się utrzyma sama na wodzie w razie co. Utonąć jak już się zdołało uciec z tego piekielnego więzienia?
Posłała cyrulikowi zirytowane spojrzenie jak ten ją opisał dodając to "czasami" i gdy już znaleźli się na zewnątrz wygarnęła panu Gluttenluft co myśli o tych słowach.
- A kto ci te noże czyścił w wodzie z koryta pomieszanej z wódą, jaką zabrałam z worków od jednego żołnierza, co? Kto ci to żółte zielsko z kolcami znalazł? Kto pomagał szyć rany? Więcej wdzięczności.
Mimo wszystko poszła za pomysłem wierząc, że skrycie się w świątyni czy obok niej będzie najlepszym sposobem i może są tam inni ocalali. -

Modi WagnerModi zdołał rozwalić krzesło i uzbroić się w prowizoryczną pałkę. Przynajmniej będzie wyglądał jak jakieś zagrożenie. Skulił się odrobinę słysząc eksplozję na zewnątrz.
- Bogowie miejcie nas w opiecie... - rozejrzał się dalej w głąb ulicy, starając się dostrzec co tam się dzieje.
- Wygląda jak koniec świata...Ruszył za resztą ekipy, wiedząc że miał większe szanse na przetrwanie z nimi. Na dole nie spierał się z pomysłem, aby udać się do świątyni Sigmara. Manaan mógł być w złym humorze patrząc na zniszczenie w mieście portowym, więc wyruszenie w morze byłoby zbyt ryzykowne.