[WFRP 2ed] Bögenhafen
-

Modi westchnął z ulgą kiedy kraty puściły i mogli nacieszyć się odrobiną wolności. Razem z resztą wbiegł na górę i pomógł Ulrichowi zastawić klapę, chociaż zastanawiało go jak dużo to da kiedy ich sąsiad był w stanie powalić kamienną ścianę.
Kiedy inni się uzbajali przemytnik chwycił jedno z krzeseł i walnął nim z całej siły o ścianę w nadzei, że się rozwali i zdoła uzyskać prowizoryczną pałkę z jednej z nóg.
Słuchał przy okazji co reszta mówiła i prychnął słysząc sugestię Hieronima.- A ty kiedykolwiek pływałeś łodzią? Bo z portu to ja cię kojarzę tylko, że zbierałeś podatki. - ton mężczyzny nie chował urazy do mytnika.
Słysząc słowa Nadji przemytnik pokiwał głową.
- Ladacznica słusznie mówi. Skoro strażnicy zostawili zbroje, aby zejść po linie, głupio będzie robić odwrotnie.
No to Modi próbuje rozwalić krzesło i zrobić prowizoryczną pałkę. Będzie głosował za zejściem po linie.
-
Bohaterowie zabezpieczyli klapę na ile tylko mogli bez osłabiania barykady głównego wejścia. Odgłosy walącego się drewnianego budynku skutecznie zagłuszyły ich poczynania. Każdy znalazł sobie lepszą lub gorszą broń a następnie wszyscy ruszyli w stronę dachu aby dokładniej rozeznać się w sytuacji. Po drodze Ulrich (ten co zbójem był) postanowił pozyskać miecz dowódcy, w czym miał mu pomóc Ergo. Siłą rzeczy wszyscy zebrali się przy drzwiach.
Ku zdumieniu Suma drzwi nie były zamknięte, pewny siebie były więzień pchnął je delikatnie i już miał wejść do środka, gdy usłyszał trzask. Bełt wystrzelony przez kuszę ustawioną w środku utkwił w futrynie przyprawiając bohatera o zawał.
W pokoju nie było innych przykrych niespodzianek. Na ścianie wisiała mapa z zaznaczonymi kilkoma punktami, przedstawiona wcześniej kusza z tuzinem bełtów, oraz miecz dowódcy. w tegoż trzewiach. Na stojaku wisiała pełna zbroja płytowa wraz z tarczą. Pozostałe przedmioty raczej nie mogły się przydać w walce ani być walutą wymiany.

Ulrich wziął ostrze do ręki i od razu poczuł się lepiej, mając broń z prawdziwego zdarzenia. Oręż był bardzo dobrze wykonany i widocznie używany. Oprych wytarł ostrze, przytoczył pochwę u pasa i wszyscy razem ruszyli na dach.
Zejście po linie poszło gładko. Plecionka była mocna i solidnie wykonana, nawet Kurt opakowany w kolczugę nie był w stanie jej zerwać. Ulica była pusta i cicha. Za pusta i za cicha… Najbliższe domy wyglądały na opuszczone, zamknięte na cztery spusty.
Coś wybuchło, huk był niemiłosierny, a zza strażnicy uniosła się chmura czarnego dymu. Sam budynek strażnicy zatrząsł się, lecz ciągle stał. Trzeba było zdecydować co robić dalej.
-
Ergo

- Wwii… widzieliście to??? - Ergo był zszokowany gdy bełt wbił się we framugę. To było niemożliwe! Cyrkowiec widział już różne niesamowite rzeczy w życiu, zwykle takie, które tylko wydawały się niemożliwe, a przeważnie były całkiem pospolite. Ale tak skonstruowanej pułapki, która nie wycelowała w oczywiste wejście nie widział. Nie był co prawda na tyle lotnym by wytłumaczyć ten fakt prosty uszkodzeniem konstrukcji, która co chwila była wystawiana na jakieś drgania. Ani pośpiechem zastawiającego pułapkę. Ale w kontekście tego, że tak chętnie i tłumnie wcześniej kompani ruszyli go bronić, teraz chybił go śmiercionośny bełt, a po kuszę, której zapragnął nie połasiła się nawet ona dziewka co ją Laleczką wołali, która w ewidentny sposób ustąpiła mu łupu, żyjący z wmawiania innym swoich wizji cyrkowiec mógł dojść tylko do jednego słusznego wniosku - Jestem nietykalny!
Być może naprawdę władał jakąś siłą, którą te straszne wydarzenia teraz obnażyły. Na cóż mu więc była ta wspaniała zbroja??? Ale kuszę z bełtami zabrał.
- Mówiłeś coś koleżko o porcie i łodzi… - zagadnął cicho Hieronima po zejściu na ulicę, ale zaraz poparł Modiego - Ale zostaniemy z tą łodzią jak z kuśką po szczaniu, jeśli żaden nie umie w żagle… Jaaa… - zamknął oczy jakby się na czymś skupiał - mam w głowie mapę miasta. I coś mi mówi, że w północnej części znajdziemy Przeprawę!
-
Ulrich Rotzniesser 
Oprych, mając już na podorędziu zdobyczną kolczugę, przeciął parę razy powietrze mieczem. Klinga świszczała złowrogo, świadcząc o jej kunszcie.
– Dobre to gówno – rzekł Rotzniesser. – Co tu się odwalić miało, że wszyscy karku dali, tego wiedzieć nijak… Zaraz jakaś albo jakieś cholerne czary? – zastanawiał się głośno. – Eee… Gadki szkoda. Wypieprzajmy stąd, zanim się zawali.
Kiedy wyszli ze strażnicy na zewnątrz, powszechna cisza i pustka zdenerwowały Ulricha bardziej, niż gdyby miał się tutaj na nich zasadzić tabun straży. Domysły o pladze lub też nagłym skrzywieniu umysłu przez całe miasto zdawały się potwierdzać. Dlaczego tak właśnie się stało, Ulrich nie zamierzał dochodzić. Potrzeba było po prostu uciekać.
– Kurwa! – syknął, kiedy zza strażnicy uniosła się chmura czarnego dymu. – Wynośmy się stąd czym prędzej, zanim strażnica w powietrze wyleci.
Ale co robić dalej? Uciekać? Przeklęte miasto wydawało się być niby forteca, dzielnice poprzecinane murami, całość zaś okolona kolejnym jeszcze murem. Przeczekać zarazę? Nie wchodziło w grę, jeśli tylko zjawi się ktoś, kto ujrzy w nich więźniów strażnicy, zawisną albo znowu zostaną uwiężeni.
– Przeprawę? – odniósł się do słów Ergo. – Na statkach się nie znam, pływać też nie podołam w takim nurcie – rzekł Ulrich. – Trza nam uciec mostem na południe. Chodźmy, może okaże się, że w tym zamęcie wszystko pootwierane, a nuż się powiedzie?
-

Mały Kurt vel Knut
Kolczuga ciążyła znajomo na ramionach. Kurt poprawił ją krótkim ruchem i sprawdził chwyt na rękojeści miecza. Żelazo było w porządku. To wystarczyło. Z dachu spojrzał na ulicę, potem na zamknięte domy – za cicho. Tak nie wyglądało normalne miasto.
Gdy huk eksplozji wstrząsnął strażnicą, Kurt nawet nie drgnął. Uniósł tylko głowę, śledząc czarny dym unoszący się zza murów.
– Nie podoba mi się to – powiedział nisko.
Przesunął się bliżej wyjścia z uliczki, ustawiając się tak, żeby widzieć oba kierunki.
Kurt czeka na decyzję grupy. Zachowuje czujność i zabezpiecza najbliższe otoczenie, obserwując ulicę i wejścia do sąsiednich budynków. Jest gotów osłonić grupę w razie nagłego ataku lub odwrotu. Jeśli trzeba będzie się przemieszczać – idzie pierwszy, z mieczem w dłoni.
Cel: nie dać się zaskoczyć i szybko opuścić niebezpieczną strefę.
-
Ulrich (von) Guttenluft

Cyrulik nie widząc chętnych, dobrał się do zbroi płytowej, tylko po to aby wyciągnąć spod niej najdelikatniejszą część ochrony - przeszywnicę którą zaczął na siebie ubierać, stawiając na nieco lżejszą ochronę, lecz nie ograniczającą ruchów. W tak zwanym międzyczasie, odezwał się do towarzyszy niedoli.
- Gdyby któremuś się zapomniało lub później do więżenia dołączył, to jestem cyrulikiem. Jak oberwiecie czymś w trzewia i do was podlecę, to nie z rękami do mnie i mordą tylko cieszyć się, że macie mnie przy sobie. Laleczka - machinalnie wskazał na Najdję obwiązując rękaw kaftana - też coś tam wie, podczas burzy zdarzało się jej nawet pracować... czasami - mruknął z lekkim uśmiechem.
- No i... Pamiętasz Najdia jak rozdzielili oddziały? No to kurwa - rzucił do wszystkich - tak to wtedy wyglądało. Wszystkich popierdoliło, że rzucę fachowym terminem...
Gdy zeszli na dół, poza zachowaniem czujności, zaproponował aby udać się w kierunku świątyni Sigmara. Wierzył, że zło będzie słabsze im bliżej uświęconego miejsca, a i może tam skupili się ocaleni, tacy jak oni. -

Nadja Schmidt
.
"Ladacznica?!" Nadja była wściekła za słowa, jakie wyszły z gęby przemytnika. Jak on w ogóle śmiał ją tak nazywać?! Należała do niezastąpionego elementu każdej imperialnej armii, jakiego członkowie zajmowali się wszystkimi potrzebami żołnierzy i samej armii podczas postojów! I nie ograniczało się to do grzania im posłań!Nie było jednak celu w kłóceniu się w tej sytuacji, musieli działać. Najpierw udało się uciec poza więzienie najwyraźniej nie zbyt późno i nie spaść na kamienie oraz tłum niezdolnych umysłowo szaleńców chodzących wokół więzienia. To był plus. Pewnym minusem był brak ustalonej drogi jaką trzeba podążyć... a mytnik ze swoją propozycją wypłynięcia nie do końca do niej przemawiał. Nie chciała ryzykować i sprawdzić czy się utrzyma sama na wodzie w razie co. Utonąć jak już się zdołało uciec z tego piekielnego więzienia?
Posłała cyrulikowi zirytowane spojrzenie jak ten ją opisał dodając to "czasami" i gdy już znaleźli się na zewnątrz wygarnęła panu Gluttenluft co myśli o tych słowach.
- A kto ci te noże czyścił w wodzie z koryta pomieszanej z wódą, jaką zabrałam z worków od jednego żołnierza, co? Kto ci to żółte zielsko z kolcami znalazł? Kto pomagał szyć rany? Więcej wdzięczności.
Mimo wszystko poszła za pomysłem wierząc, że skrycie się w świątyni czy obok niej będzie najlepszym sposobem i może są tam inni ocalali. -

Modi WagnerModi zdołał rozwalić krzesło i uzbroić się w prowizoryczną pałkę. Przynajmniej będzie wyglądał jak jakieś zagrożenie. Skulił się odrobinę słysząc eksplozję na zewnątrz.
- Bogowie miejcie nas w opiecie... - rozejrzał się dalej w głąb ulicy, starając się dostrzec co tam się dzieje.
- Wygląda jak koniec świata...Ruszył za resztą ekipy, wiedząc że miał większe szanse na przetrwanie z nimi. Na dole nie spierał się z pomysłem, aby udać się do świątyni Sigmara. Manaan mógł być w złym humorze patrząc na zniszczenie w mieście portowym, więc wyruszenie w morze byłoby zbyt ryzykowne.
-

Oswald BraunPusto wszędzie, cicho wszędzie.
Miasto wyglądało, jakby wszyscy mieszkańcy nagle zniknęli. Idelna okazja dla bandy rabusiów, ale rozsądek nakazywał jak najszybsze opuszenie mało gościnnego miasta.
- Most jest kiepskim pomysłem - powiedział. - A jeśli o statki chodzi, to wszak na każdym niemal załoga jest, można do współpracy namówić.
Uśmiechnął się, może nieco krzywo.
- Ale skoro większość chce do świątyni... - Wzruszył ramionami. - Już widzę, jak kapłani chętni są do pomocy. Ale lepiej się nie rozdzielać... -
Dla wszystkich
Kto zbroje miał ten ją założył i po krótkiej analizie sytuacji, grupa uciekinierów udała się wąskimi uliczkami w stronę świątyni. Grupie przewodził Kurt, ochroniarz znał drogę, a przynajmniej właściwy kierunek, jednakże nie to było problemem. Grupa miała zagwozdkę, mimo ostrożności Kurta i ciągłych postojów na analizę sytuacji za rogiem, zdawało się że są otoczeni, może nie nie wiadomo jakimi tabunami, ale cholera ich wie co było w następnym zaułku? Bez większych analiz widać było iż mają do czynienia z istotami podobnymi do tych w celi oraz na podwórzu strażnicy. Póki możliwe było kluczenie bez konfrontacji to to robili, lecz w pewnym momencie zostali “zagonieni”. Więźniowie znaleźli się na skrzyżowaniu, w każdej z odnóg stała grupka 12,4,4 oraz 6 ludzi, z czego ta największa przyszła z kierunku z którego przybyli również bohaterowie. Każdy z nich poruszał się powoli i w ręce miał coś co mogło posłużyć za broń, niekoniecznie z prawdziwego zdarzenia, a nawet głównie nieprofesjonalną.
Dla Kerma
Widzisz jakby mieszkańcy zwracali uwagę na Ciebie oraz na Kurta bardziej niż na innych. Niby jesteście w grupie, ale widzisz i czujesz spojrzenia, z lekka obłąkane ale jednak.
Dla Searcha
Idziesz w grupie, ale zupełnie jakby cię tam nie było. Mieszkańcy patrzą się na Was, ale nie stricte na ciebie.
Dla Keta
Coś zaczęło ci chodzić po głowie. Zrobiłeś mały eksperyment. Kurt zawsze poruszał się najpierw sam, aby wyjrzeć, a dopiero później wołał resztę. Za każdym razem reakcja mieszkańców była zdecydowanie mocniejsza. Masz wrażenie że Kurt, ale również Oswald zwracali na siebie szczególną uwagę. Owszem, w mieście było cicho, owszem kolczugi hałasują, ale żeby aż tak? Nie jesteś w 100% pewien, ale … wszystko na to wskazuje. Tylko czemu nie zwracają uwagi na Ulrycha-bandytę?
Dla Arbuza
Zakładając przeszywanice Ulrich zauważył liczne naprawy wykonane na plecach. Cieć było bardzo dużo, większość w okolicy osi kręgosłupa, a same naprawy wykonane niedbale. Mimo raczej wyższej jakości materiału naprawa musiała zostać zlecona komuś kto niespecjalnie umiał posługiwać się igłą. Same miejsca poprzednich cięć naznaczone były żółtą mazią - zapewne pochodzącą od ropiejących ran, oraz oczywiście krwią.
Dla wszystkich
Początkowo mieszkańcy tylko stali, lecz po chwili ruszyli w stronę bohaterów. Wolno, miarowo, wszyscy na raz jak na rozkaz, a przynajmniej takie sprawiali wrażenie.
W oddali widać było ciągle utrzymywany ogień świątynnej wieży - byli już stosunkowo blisko. -
Ulrich Rotzniesser 
Ubrawszy kolczugę i mając na podorędziu tarczę, razem wyśmienitym mieczem wyciągniętym z plugawego, sączącego krwią bebecha kapitana straży, czuł, że ma kontrolę. Jakąś. Przynajmniej, jeśli przyjdzie mu umrzeć, zrobi to machając owym mieczem. Za każdym razem, kiedy jakaś sylwetka obcego przybliżała się, jego wychudła łapa wędrowała do rękojeści.
Pomysł z udaniem się do świątyni uważał za co najmniej wątpliwy. Klechy i wzywanie Sigmara nie pomogą im teraz. Z drugiej strony, czy mogli dokądkolwiek iść? Całe miasto wydawało się być przesiąknięte dziwną zarazą.
Było jeno kwestią czasu, zanim wreszcie okrążyli ich. Ulrich szybko rozglądał się i liczył ludzi, którzy przybliżali się. Ostrze kapitańskiego miecza wydostało się z pochwy, Ulrich sieknął powietrze, na próbę.
– Czas wyrąbać se drogę do tej świątyni, te-he-he. Może mi odpust za grzechy jaki dają, jak odrobię łby paru dziadom proszalnym, fhe-he-he. Za mną, łatwo im odpór damy!
I puścił się w stronę grupy, która blokowała przejście do świątyni.
-
Ergo

Miasto sprawiało, że Ergo nawet uzbrojony w kuszę i przeświadczenie o dotyku przeznaczenia, czuł dreszcz z każdą uliczką. Poza tłumami cienowatych ludzi snujących się bez celu, na ulicach nie było dokumentnie niczego. Żadnych zwierząt. Żadnych ciał. Żadnych dźwięków kogo lub czegokolwiek. Jakby coś wzięło i zabrało ludzi. I choć te sylwetki wyglądały niezbyt groźnie to była w nich… jakby obietnica. Wszyscy w Bogenhafen już do nich dołączyli. I oni też dołączą?!
- Brrr… - wzdrygnął się i szepnął do idącego obok wspólnego znajomego panny Weroniki - A może oni wszyscy to… nieumarli??? Patrz koleżko jak się ruszają…***
Ostatecznie szczęście przestało im dopisywać. Ludzkie cienie ich dopadły! Na szczęście poza Ergo, w ich grupie było kilku osiłków, których należało się trzymać. Jeden zadecydował o przedarciu się. Proste i łatwo zapamiętać. Ergo uniósł kuszę i wystrzelił w zbliżający się od strony świątyni tłumek. Potem miał zamiar przerzucić kuszę przez plecy i ruszyć w rozsądnym zapleczu Ulricha z młotkiem do mięsa.
-

Mały Kurt vel Knut
Skrzyżowanie było złe. Za szerokie, za otwarte. Spojrzał w każdą z odnóg po kolei, licząc sylwetki, patrząc na sposób, w jaki się poruszali. Wolno. Równo. To mu się nie podobało.
Zerknął w stronę wieży świątyni. Zdawała się nie być daleko.
Kurt opuścił głowę, wysunął bark do przodu i wyszczerzył zęby w krótkim grymasie.
– Przez nich. Teraz. Bez stania.Kurt stara się utorować drogę do świątyni. Wykorzystując swoją masę, impet i ciężar kolczugi, taranem stara się przebić przez szyk przeciwników.
Nie cofa się i nie wiąże walką, chyba że nie będzie miał wyboru. Zamiast tego odpycha, przewraca, łamie drogę, uderzając mieczem krótko i brutalnie, by zrobić przejście.
Jeśli któryś przeciwnik upadnie – depcze go i idzie dalej. Gdy tylko powstanie luka –pomaga przedostać się reszcie do przodu i rusza dalej biegiem w stronę świątyni, nie oglądając się. -
Ulrich (von) Guttenluft

Ulrich zakładając kaftan był zbyt zestresowany aby w pełni zrozumieć jego historię. Podejrzewał pozostałości jakiejś zarazy, ale wyglądało na zaschnięte i martwe, a nawet gdyby nie (wszak czytywał o zarazach które potrafiły przetrwać nawet wygotowanie pościeli!) sprawa była prosta, prędzej no piachu pośle go żelazo niż choroba. Może nie dożyje tych zmartwień...
W tak optymistycznym nastroju wkroczył z resztą uciekinierów na skrzyżowanie. Ci poruszali się wolniej od współwięźniów z którymi przyszło stoczyć im bój. Chciał wierzyć, że jest to wpływ obecności świątyni.
Ruszył za torującymi natarcie towarzyszami, starając się nie wyjść na czoło, bardziej skupiając się na nie pozwoleniu się pochwycić niż wyrządzeniu komuś szkód. W ręce ściskał broń, a w drugiej drewniany sigmarycki amulet. Niesłyszalnie modlił się, przynajmniej dopóki z wysiłku będzie dyszał. -

Oswald BraunJak to powiadają - żarło, żarło i zdechło. W końcu nie udało się wiecznie uciekać, a liczba osób, niezbyt pozytywnie nastawionych do uciekinierów zrobiła się nagle dziwnie duża. A Oswald miał wrażenie, że, na demony, znaczna część tych nieprzychylnych spojrzeń skierowanych było właśnie na niego.
- Wygląda, jakby ich zaczarowano - skomentował.
Na czarach się nie znał, ale zachowanie napotkanych mieszkańców miasta było zdecydowanie nietypowe.
Dziwne.- Nie ma co z nimi rozmawiać - skomentował słowa kompanów.
Z tasakiem w dłoni ruszył na oponentów. Miał nadzieję, że w razie kłopotów kolczuga uchroni mu skórę.
-

Hieronim Bosch nie poczuł się zaskoczony ignorancją i szorstkimi manierami otaczających go degeneratów, wszak przedstawiciele motłochu pozostawili wiele do życzenia pod każdym względem i jedynie względem sprzedajnej dziewki mytnik żywił uczucia cieplejsze niźli wobec reszty przez wzgląd na jej powabną powierzchowność, zwłaszcza kształtne łydki.
Zarzucony przez kogoś pomysł pójścia do świątyni Sigmara - Hieronim nawet nie wiedział, przez kogo, tak podobni do siebie byli wszyscy ci zwyrodnialcy - przypadł sędziwemu urzędnikowi bardzo szybko do gustu, zajmując w jego myślach miejsce portu i łodzi. Świątobliwa aura przybytku Młotodzierżcy mogła odstraszać opętanych mieszkańców miasta, mogła też strzec swoją mocą pobożnych praworządnych obywateli cesarza… co najpewniej oznaczało, że tylko on sam miał zostać obalony jako jedyny niewinny spośród gromady zbiegłych więźniów.
Kiedy przemierzał w otoczeniu złoczyńców i sprzedajnej dziewki cuchnące spalenizną uliczki miasta, w głowie poczęła mu kiełkować podejrzliwa i nie do końca jeszcze jasna myśl, lecz porzucił ją na chwilę widząc jak cała jego grupa wpada znienacka w potrzask odmieńców.
- Nie łza nam tracić czasu i trza się w kupie trzymać! - sarknął przywołując do siebie nowe pokłady wściekłej determinacji uwolnione własnoręcznym zabójstwem współwięźnia - Za rzezimieszkami, a żwawo!
Tyle z siebie wyrzuciwszy, ruszył truchtem za najtęższymi oprychami w grupie.
-

Nadja Schmidt
.
Nie podobało jej się co tu się odwalało, nie podobało! Dziewczyna nie była przystosowana do radzenia sobie w takich sytuacjach, gdy nie było przed wrogiem stada opancerzonych, uzbrojonych wojaków... A teraz była wokół niej ta zbieranina z zakamarków ścieków Imperium! Na co jej biednej przyszło...
Nie miała zamiaru walczyć. Nie miała zamiaru wychodzić na przód i przebijać się, co też pozostawiła reszcie ich zgrai sama ustawiając się otoczona swoimi przypadkowymi sojusznikami z których lepiej znała tylko cyrulika, jaki do tego miał zbroję, więc powinien dłużej wytrzymać jako jej tarcza mięsna, temu przy nim się trzymała. Trzymała w dłoni jeden z kamieni z torby by w razie absolutnej potrzeby użyć dla odwrócenia uwagi, choć najważniejsze było dla niej po prostu uciec z okrążenia.I wiać ile sił ku świątyni. Nie z powodu silnej wiary, ale z nadzieją, że tam będzie mniej zagrożenia. Może coś było prawdziwego w bredzeniu kapłanów na ambonie i szaleństwo nie opanowało poświęconej ziemi...
...miała nadzieję...
-

Modi WagnerModi podążał z resztą ekipy co jakiś czas rozglądając się za mieszkańcami miasta, nie możliwym było, aby przespali takie wybuchy.
W końcu dotarli do skrzyżowania i zostali otoczeni.
- Kruca fuks... - splunął na ziemi - No to nie obejdzie się bez mordobicia...
Kilka razy uniósł i opuścił swoją prowizoryczną pałkę, miał nadzieję, że posłuży mu dostatecznie długo, aby przejść przez to co ich czeka.
Ruszył na początku z równą prędkością co reszta, zauważywszy jednak, że jest ignorowany przez nadchodzących ludzi spowolnił. Nie był bohaterem, nie był też wybitnie odważny. Miał za to oko do okazji.- Ranaldzie... obiecują rzucić część następnej wypłaty dla twego ołtarza, jeżeli to przeżyję... - powolniejszym krokiem ruszył za Kurtem i resztą, nie miał zamiaru wystawiać się na bęcki.
Modi będzie bardziej dobijał powalonych oponentów niż wchodził w szramki z kimkolwiek.
-
Pomimo tego że Ergo nie biegł na przedzie, to jako pierwszy zdjął przeciwnika znajdującego się na drodze. Bełt wleciał przez nos i po same lotki utknął w czaszce. Wróg nie zdążył wydać z siebie ani jednego piśnięcia.
Okuty w kolczugę Ulrych również miał wiele szczęścia. Z pozostałych trzech osobników stojących mu na drodze, jednym skomplikowanym ruchem położył dwóch. Kurt również nie próżnował, nie zatrzymując się wykosił ostatniego z czwórki, nie zostawiając Oswaldowi pola do popisu.
Z czasem gdy Bohaterowie ruszyli do biegu, również ich przeciwnicy zdecydowanie zwiększyli tempo. Drogę dalej torowali opancerzeni towarzysze. Na drodze stanęła kolejna czwórka, Ulrich zdjął jednego i był już o krok dalej, jednakże reszta nie miała takiego szczęścia. Trzech pozostałych nie dało się tak łatwo odtrącić. Bohaterowie łupali w nich w w biegu, czym tam mieli pod ręką, lecz na niewiele się to zdało. Modi zamachnął się na człowieka stojącemu mu na drodze, lecz nie trafił, zamiast tego ów odwdzięczył się mu silnym ciosem pałką w żebra. Wagner momentalnie zgiął się wpół, poczuł silny ból w klatce piersiowej i leżąc na bruku desperacko próbował złapać oddech. Towarzysze zauważyli co się stało, widzieli że ów nieszczęśnik żyje i zdecydowanie, lecz marnie się porusza.
Dla Arbuza
Jesteś na 50% pewien że trzasku żeber nie słyszałeś, krwi też nie wypluł. A wierzga się bo mu powietrze z płuc zeszło i oddechu złapać nie może. Jeśli nie mylisz się co do żeber to po chwili wstaje i ruszy dalej. Ktoś mu tylko musi tą chwilę dać.
Dla Zell
Trzask! Ten nieszczęśnik ma połamane żebra jak nic. Lada chwila wypluje coś czerwonego, to bardziej niż pewne. No rusza się jakby już płuca przebite były. Nawet w szpitalu miałby marne szanse na ratunek. Za chwilę zejdzie.
Dla Seacha (nie Searcha)
Uderzenie gasi powietrze w płucach jak zdmuchniętą świecę. Każdy oddech tnie od środka, jakby żebra były połamanymi haczykami. Świat zwęża się do świstu w uszach, mdłości i strachu przed kolejnym wdechem, bo ten boli najbardziej. Czujesz ciężar na piersi, kaszel bez siły i świadomość, że ciało odmawia współpracy.
-

Nadja Schmidt
.
Czyli kolejny przywita się z Morrem, ale przynajmniej to ten dupek co ją od ladacznic wyzwał! W takich chwilach zastanawiała się czy jednak istnieje jakaś sprawiedliwość na tym zarzyganym żałością świecie.
Nadja nie była jednak pozbawiona serca, co to to nie. Pewnie ten jak mu tam zemrze tak czy inaczej, ale ona też nie miała wolnej drogi by uciec, więc mogła chociaż jednego z przeciwników spróbować zdjąć z odległości, żeby nie zeżarł żaden już ciała Modiego póki ten jeszcze dycha i to nie krwią. Wrzaski pożeranego żywcem były czymś, czego nie chciałaby więcej słyszeć, nigdy więcej...
Lecz nie chciała też szarpać się z prawie martwym ciałem tego gnojka, gdy wokół tylu siłaczy. Wolała zachować siły na ucieczkę, sama jedynie ciągnąc cyrulika za ramię i wskazując mu leżącego.Poświęciła trzymany kamień by nim rzucić w któregokolwiek wroga znajdującego się zbyt blisko przemytnika. Może reszta oczyści drogę w tej chwili i dziewczyna czmychnie bez obawy o przypadkowe wpadnięcia w łapska co będą chwiały rozerwać jej skórę.