Żył w tym pozbawionym wszelkiej logiki kłębowisku dziwadeł już prawie trzeci miesiąc. Nie było dnia, żeby coś go nie zaskoczyło, przestraszyło czy obrzydziło, często wszystko na raz. Przez pierwszy tydzień Trzewik przynosił mu ser i ogarniał miejsce do spania. Przez pierwszy tydzień miał nadzieję, że coś w jego pamięci zaskoczy i przypomni sobie, kim jest, skąd jest, jak się tu dostał i po co. Trzewik tłumaczył, że amnezja jest normalna, wszyscy ją mają. To jednak nie negowało tego parszywego uczucia, że czegoś mu brakuje, czegoś, co powinien mieć, bo należało do niego. Czasem miał wrażenie, że coś sobie przypomina, ale wspomnienia wyślizgiwały się w ciemną głębię niepamięci jak złapany ręką węgorz.
Wracały w nocy. W koszmarach, z których budził się z krzykiem, zlany zimnym potem, a jedyne, co pamiętał, to uścisk lodowatych dłoni. Smród. Krzyki. Jakieś powykręcane ciała i twarze. Po takiej nocy gospodarz nie chciał go na kolejną, i stary niziołek musiał szukać mu innego miejsca. Po tygodniu został sam. Musiał znaleźć sobie jakieś zajęcie, jakoś się w tym tyglu niesamowitości odnaleźć. Chodził więc i pytał. Gdzie się dało. Najpierw w zakonie Janusowym. Dlaczego tam? Nie miał pojęcia. Może szukał czegoś znajomego? Nie znalazł. Widok rycerzy z dwiema twarzami sprawił, że mimowolnie się wzdrygnął. Wcale, a wcale nie chciał tak skończyć. Zajęło mu to kilka dni, ale wreszcie dotarło do niego, że nie liczyło się, co robi, ale to, gdzie to robi.
Plan wyglądał następująco: zacząć od najbogatszej dzielnicy, wypróbować wszystkie opcje; w razie porażki przenieść się do nieco biedniejszej i powtórzyć proces, aż do skutku. O dziwo, udało mu się niemal od razu. Został astynomem w Parku Hestperyd. Jasne zasady, robota tak prosta, że żelatynowy sześcian by ogarnął, ogrzewana stróżówka, porządny mundur i dziw nad dziwami: tydzień pracy i tydzień wolnego. Pluskwa był naprawdę wdzięczny. Od tamtego czasu przepracował pięć tygodni. Poznał park, jego kręte ścieżki i stare drzewa, poznał ogrodników i stałych bywalców. Zaczynał czuć się jak u siebie. Wiedział, komu czytać regulamin, a komu nie. Wiedział, gdzie pokierować czeladników w zależności od tego, jakie rośliny mieli narysować. Wiedział, kiedy spodziewać się powrotu zakochanej pary i starej krasnoludki. Starał się do gości zagadać, dowiedzieć się od nich mimochodem czegoś o nich i o mieście.
Spojrzał na tablicę z miedzianymi blaszkami połyskującymi w świetle zniżającego się słońca. Cztery osoby weszły razem i jeszcze nie wyszły. Do zamknięcia została niecała godzina. Teoretycznie mieli jeszcze czas. Intuicja podpowiadała mu jednak, że gdyby mieli wyjść, to już by to zrobili. Próbował sobie przypomnieć, komu dał te numerki, ale pamięć zawiodła go po raz kolejny. Może nad całym miastem wisiało jakieś parszywe zaklęcie blokujące wspomnienia? Pamiętał tylko podute buty i jakiś ciężar. Pluskwa potrząsnął głową. To, jak ta czwórka wyglądała, nie miało większego znaczenia. Ktokolwiek został w środku, musiał znaleźć się na zewnątrz. Poszedł ich szukać.
– Halo! Pora wychodzić. Zaraz zamykam bramę i spędzicie tu noc – wołał, rozglądając się uważnie. Jeśli ich nie znajdzie, zadzwoni w dzwon; to była jego praca. Jednocześnie zastanawiał się, czemu nie postawili muru i furtki, oddzielającej Stumilowy Las od parku. Liczenie na to, że nikt tam nie będzie wchodził, bo nie wolno, było naiwne, żeby nie powiedzieć głupie.

