
Ariadna Mirga
Ariadna zatrzasnęła szafę i przejrzała się we wbudowanym lustrze. Mocno podkreśliła oczy ciemną kreską i rozblendowanym cieniem. Jej spojrzenie stało się ciężkie, chłodne i przykuwało uwagę. Nie cieszyła się z tego powodu, ale również nie miała za bardzo innego wyjścia. Bez makijażu jej rysy wydawały się takie delikatne, dziecięce. Wyglądała na ofiarę. Na kogoś, kogo można wyśmiać lub wykorzystać. Valentino cieszył się wzrostem, mięśniami i wielkimi pięściami. Ona miała mascarę. Była zarówno jej tarczą jak i orężem.
– Skarbie, czy nie jesteś podekscytowana? – zapytała ciocia Helena, przynosząc jeszcze ciepłą, wyprasowaną, białą koszulę.
– Dziękuję ciociu, odłóż ją proszę na komodę – odparła Ariadna. – Czy Val jest już gotowy?
Poprawiła usta szminką w skromniejszym, matowym odcieniu. Tak jak od samego początku planowała. Wpierw postraszyła ciotkę dziwkową czerwienią, a potem zgodziły się na kompromis, który tak naprawdę stanowił docelową preferencję dziewczyny.
– Brat czeka już na ciebie na dole – odparła starsza pani. – Jesteś pewna, że chcecie iść pieszo? To żaden problem, odpalić auto – dodała, choć tak naprawdę prawie w ogóle z niego nie korzystała. Biały fiat był zawsze czysty i błyszczący, ale nie jeździła nim nawet na myjnię.
– Jak wyglądam? – Ariadna znowu zignorowała pytanie ciotki i zadała własne.
Zobaczyła zmarszczkę formującą się na czole staruszki. Nie podobała jej się na pewno fryzura dziewczyny. Brązowe, lekko falujące włosy, potargane w stylowej niedbałości. Nie wybrałaby również czerwonej, kraciastej spódnicy, a tym bardziej przepasującego ją czarnego paska z nitami. Nie lubiła czarnych rajstop, a także całego tego „cygańskiego złota” – kolczyków, łańcuszka i bransoletki. Wiedziała jednak, że Ariadna w szafie miała dużo gorsze pozycje.
– Pięknie, słonko – ciężko westchnęła. – Jak zawsze.
Ariadna nie cieszyła się z powodu rozpoczęcia roku szkolnego. Ostatnie dwa miesiące były spokojne. Otaczała się ludźmi, z którymi czuła się komfortowo. Wychodziła z domu wtedy, kiedy chciała. Szła tam, gdzie miała na to ochotę. Pierwszy września opadł na nią ciężko niczym łańcuchy. Zaciągnęły ją do tego okropnego skrawka Sokołowa. Spojrzała na gmach, w którym przyjdzie spędzić jej kolejne cztery lata życia. Lokalne liceum przypominało trochę dżunglę, a trochę więzienie. Brzydki, eklektyczny potworek, złożony z kilku niepasujących do siebie budynków. Świetnie to odzwierciedlało zawartość placówki. Spoglądała na szeregi mrówek, posłusznie zmierzających ku atrium. Poszczególne indywidua niemające z sobą wiele wspólnego. Niechętnie łączące się w grupki, żeby przetrwać. Ona również musiała uczestniczyć w tym całym cyrku. Jeśli nie możesz ich pokonać, to do nich dołącz.
– Powinniśmy się rozdzielić – powiedziała do brata. – Za bardzo przyciągamy uwagę, gdy jesteśmy razem.
Valentino lekko przegryzł wargę.
– Widziałem przed wejściem vana. Trzeba spodziewać się jakiejś transmisji lokalnej telewizji... a w każdym razie po prostu dziennikarzy – mruknął.
– Myślisz? – odparła. – Nie sądzę, żeby chciało im się fatygować na rozpoczęcie roku szkolnego.
– Może wyremontowali salę albo otwarli nowe skrzydło. Albo będzie wśród gości ktoś ważny, jakiś poseł, wojewoda, znany absolwent.
– Albo ktoś medialny. Jak my – odparła.
– Nie, bez przesady – rzekł Valentino. – Powinniśmy dziękować Bogu za powódź tysiąclecia. Już nikt o nas nie pamięta.
Niby tak, ale kiedy rozdzielili się, jakieś dziesięć minut potem, faktycznie podeszła do niej kobieta. Zapytała ją, czy jest Ariadną Mirgą.
– Często nas mylą – pokręciła głową. – Ale ja jestem Aishe Mirge, Ariadna stoi o tam – wskazała sylwetkę oddalonej od nich Romki.
– Dziękuję, przepraszam – odparła nieznajoma, a Ariadna prawie poczuła wyrzuty sumienia.

Wydawało się, że przemowa dyrektorki nigdy się nie skończy. Okazało się, że liceum w Sokołowie Śląskim nie przypominało amerykańskich szkół. Uczniowie nie mieli powszechnie przypisanych szafek. Przynajmniej nie wszyscy. Otóż istniała grupka wybrańców. Pani dyrektor wspomniała, że ufundowano kilka obdrapanych (nie tak to określiła) skrytek dla laureatów zeszłorocznych konkursów oraz osób na stypendiach sportowych. Obdarzono nawet pierwszoroczniaków, którzy do tej pory nie mieli jeszcze nic wspólnego z tym liceum.
Ariadna o tym wszystkim bardzo dobrze wiedziała. Mniejszymi rzeczami chwaliły się dumne matki w salonie urody rodziców Iwony. Podobno skrytki były już nawet podpisane.
Dziewczyna cały czas stała przy wyjściu i w pewnym momencie cichutko rozwarła drzwi i wymknęła się na korytarz. Spojrzała na zegarek. Nie wiedziała, kiedy dokładnie apel się skończy, ale miała nadzieję, że będzie trwał jeszcze chwilę. O ustalonej godzinie spotkała się na korytarzu przy szafkach, o których wspominała dyrektorka. Zza załomu korytarza wyszła Iwona.
– Przyniosłaś? – zapytała Ariadna.
– Oczywiście – odparła przyjaciółka, związując gumką niebieskie włosy.
Minęli ich Agnieszka i Rafałek.
– Idziemy na czaty – powiedzieli, zajmując strategiczne miejsca po przeciwnych stronach korytarza.
Ariadna odnalazła szafkę, do której przylepiono tymczasową kartkę z ręcznym napisem „Katarzyna S”. Nie była jeszcze zamknięta kłódką. Szkoła nie była aż tak bogata, by dodatkowo fundować finalistom kłódki. Mieli przynieść własne. I również z tego powodu pani Stobiecka żaliła się w salonie urody.
– Pokaż – mruknęła Ari.
Iwona otworzyła torbę i wnet uśmiech wyrósł na twarzy obu dziewczyn. Zaczęły ozdabiać wnętrze szafki laureatki. Ulubienicy nauczycieli, ale jednocześnie niepopularnej kujonki, która ciągle w podstawówce prosiła o zadawanie prac domowych. Jednak nie z tego powodu Ariadna postanowiła sprawić psikusa dziewczynie. Tak właściwie to bardziej mściła się na jej matce, pani Stobieckiej, która cały miesiąc temu poszła do niej na wróżby. Kiedy przyszło do płacenia, zaśmiała jej się w twarz i wyszła. Od tego czasu kłamliwie wypierała się kontaktów z Ariadną, a ona po prostu nie mogła na to pozwolić. Nawet nie chodziło o pieniądze. To była kwestia szacunku.
Do szafki Kasi Stobieckiej trafił mech, potłuczone znicze, upiorne dziecięce lalki, kasztanowe ludziki z przerażającymi minkami. W piwnicy Agnieszki znalazły się dwa martwe szczury. Sama Ariadna od tygodnia hodowała na mielonce grzyba. Rozsmarowana po szafce przypominała nieco mózg. Natomiast Rafałek zakosił z garażu ojca resztkę czerwonej farby.
„ODDAJ KASĘ SZMATO”, napisała Mirga. Kasia raczej nie zrozumie, ale jej matka już tak.
– Dobra robota kochani – zaklaskała, oceniając pozytywnie efekty wspólnej pracy. – Spadamy stąd.




Gdyby ktoś zarzucił mi, że Ariadna zachowuje się jak postać z Netflixa, to mogę zapytać, ile w tamtych czasach znał półcyganek osieroconych przez morderstwo/samobójstwo XD
️ Miło mi, że podłapałaś ten wątek, ekscytujący był ten koniec
). Wydaje się, że jest całkiem poukładany i lepiej radzi sobie ze wszystkim niż Ariadna. A przynajmniej mniej mówi o swoich problemach. O dziwo jest dość popularny wśród rówieśników (nie licząc pojedynczych osób najbardziej rasistowskich) - najpewniej przez to, że jest świetny w sporcie, no i dobrze wygląda.