Eleonora patrzyła na pana Tanakę i słuchała go w skupieniu. Czy było jednak możliwe, by ten człowiek był w stanie im pomóc? To by bardzo posunęło do przodu ich poszukiwania, i wreszcie dało Eleonorze jakiś sukces w misji, którą, obawiała się, tylko spowalniała swoją niekompetencją.
Z bijącym sercem w piersi, mając u swych stóp Violet, Eleonora ruszyła za wojskowym do ogrodu.
Wieczór był ciepły, a ogrody francuskiej antropolog piękne i okazałe. Miło było być w takim miejscu, miło było rozmawiać z japońskim wojskowym o celu ich misji i miło było się cieszyć na pomoc która miała nadejść.
To jest… do momentu, aż eleonorze wyjaśniono, w jaką grę gra jej rozmówca...
Eleonora wysłuchała pana Tanaki. Bardzo, bardzo ostrożnie.
- Ah... - zaczęła - Więc mamy napaść na własność naszej gospodarzyni, tak? Tak pan to widzi, panie Tanaka? - spytała, rzucając pioruny z oczu - Czy gościnność nie jest japońską domeną?
- To by było na tyle, uważam. Do widzenia panu - odwróciła się i odeszła na pięcie.
Była wprost wściekła. Zostali zaproszeni na tak wystawne przyjęcie, wśród gości było tyle znakomitości i uczonych, a ten tutaj chciał, by one elonora i Violet, włamały się do jej sekretnych komnat i ukradły z nich cenny eksponat muzealny. Nosz! Co za tupet ma ten człowiek!
Po pierwsze, to co proponował to poważne pogwałcenie zasad gość – gospodarz, ale także… gdyby zostały złapane – oh, z pewnością zostałyby złapane! – on, ten tchórz kompletny, miałby czyste łapki, a Violet i Eleonora problemy z prawem w jego miejsce.
Boże, co za oślizgły wąż!
Tak więc Eleonora wracała na przyjęcie, przechodząc przez ogród, coraz szybsza i coraz bardziej wściekła na tego człowieka i to, jakim okazał się być rodzajem osoby. Boże, za jakie grzechy? – pytała samą siebie, nieźle wkurzona.