Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
SindarinS

Sindarin

@Sindarin
Moderator Obsługa
Informacje
Posty
27
Tematy
5
Udostępnień
0
Grupy
2
Obserwujący
0
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • Podsumowanie migracji
    SindarinS Sindarin

    @Alaron-Elessedil użylem bodajże Gemini, trzeba było trochę poprawiać błędy merytoryczne, ale było znośnie 🙂

    Forum

  • Gniew Burzy
    SindarinS Sindarin

    - Daruthek był za zasłoną potężnej magii. - odpowiedział Jin powoli dobierając słowa. Mówił w wspólnym, powtarzając te same zdania też w smoczym, tak aby drobny błąd w interpretacji nie ściągnął na nich gniewu przywódczyni. - Musieliśmy zniszczyć jej źródła, a widząc że nie zdąży odprawić swojego rytuału który miał anihilować nasze “gniazda” postanowił poświęcić młode by go przyspieszyć. - z premedytacją pominął fakt że gdyby go nie powstrzymywali to ten pewnie nie sięgnąłby po mroczne arkana.
    Przywódczyni jaszczuroludzi zacisnęła masywne pięści.
    - Słyszeliście to? - zawołała donośnie, by usłyszeli ją wszyscy współplemieńcy - Daruthek poświęcił naszą przyszłość po to, żeby zniszczyć przyszłość miękkoskórych! Tych, którzy wbrew jego słowom przyszli tu w pokoju! Dzieci Bagien nie mają już Mówcy, a imię poprzedniego ma zostać zapomniane! - ogłosiła uroczystym tonem.
    - Uciekł wam, prawda? Zdążył zrobić to, co planował? Co teraz zamierzacie? - już ciszej zadała kolejne pytania.
    - Ciężko powiedzieć. Rytuał nie był kompletny, jest nadzieja że Pridon’s Heart nie zostanie zrównane z ziemią. Sprawdzimy straty. Wytropimy go i zabijemy. I ustalimy skąd posiadł taką magię. To nie jest coś co można stworzyć na kolanie, wymaga lat praktyki i doświadczenia.
    - Ci, których widziano na rzece, płynęli z jej prądem, więc mają wielką przewagę, a Dzieci Bagien potrafią kryć się dżungli. Żałuję teraz, że sama nie poszłam z wami po jego głowę - warknęła cicho.
    - Byłaś wierna swoim tradycjom… A my prawie go mieliśmy, ale… niestety się wywinął w ostatnim momencie - Zod nie krył zawodu w swoim głosie.
    - Energia żywiołów została mu odebrana - włączył się ostrożnie Edward - Ale w tym miejscu, w przyszłości, mógłby próbować powtórzyć rytuał… Tylko musiałby to zrobić tutaj i… sięgnąć po więcej tej plugawej magii… Dużo… duuużo plugawej magii… - teoretyzował Edward, z rosnącymi wątpliwościami. Z chwili na chwilę przemyślenia prowadziły go dalej od możliwości powtórzenia tego wyczynu bez kryształów. - Jak ważne jest dla was to miejsce? Znaczy podziemia…
    - Nikt poza nim - Shathva starannie nie wypowiedziała imienia Darutheka - i jego sługami tam nie schodził, Dzieci bagien korzystają tylko z osłony tych ścian - gestem wskazała ruiny świątyni - A po tym, co tam się wydarzyło, nikt inny nie powinien móc tego powtórzyć
    - Będziemy wdzięczni jeśli upewnijcie się że nie wróci. Do momentu aż go nie wytropiony i zneutralizujemy. - powiedział Jin - Przekażemy co się tutaj wydarzyło naszemu wodzowi. Jest sprawiedliwy, więc nie będzie chciał was atakować za grzechy byłego Mówcy, ale sugeruję żebyście nie próbowali handlować z mieszkańcami bez kogoś kto będzie z wami i za was poświadczy. Niektórzy… miękkoskórzy zobaczą wasze łuski i zaatakują bo sami zostali zaatakowani przez podobnych wam.
    - Możecie wysłać z nami kogoś… ambasadora - proponował Zod - Kogoś kto zna wasze zwyczaje na wylot. W naszym towarzystwie będzie bezpieczny i zapoczątkuje to już proces łączenia naszych plemion… ale jeśli potrzebujecie czasu aby przebyć żałobę po nienarodzonych… możemy umówić się na inny termin.
    Jaszczurzyca przymknęła lekko oczy, zastanawiając się chwilę.
    - Wysłannik? Tak, to szczodra oferta z waszej strony, dziękuję. Ssamath pójdzie z wami - wskazała na przyglądającego się im z oddali wojownika o sporej bliźnie na twarzy oraz oku pokrytym bielmem - Rany sprawiły, że nie może polować tak łatwo jak kiedyś, ale dobrze rozumie waszą mowę.
    - Dziękujemy. Opatrzymy nasze rany i wyruszymy bezzwłocznie.
    - Ssamath pokaże wasz honor i mądrość… - zaczął Zod powoli, patrząc na wskazanego weterana - Warto pokazać też, że nie różnicie się od nas i macie także łagodność i uprzejmość… Jeśli jest to opcją, to obecność kogoś takiego jak Basheba byłaby cenna…
    Shathva zastanawiała się przez chwilę, po czym kiwnęła głową.
    - Mogę na to przystać. Basheba potrzebuje czasu z dala od tego miejsca, a towarzystwo będzie dla niej lepsze niż samotność w dżungli - zadecydowała, nieco delikatniejszym tonem - Czy Dzieci Bagien mogą coś jeszcze dla was zrobić?

    Gdy wszystko zostało już ustalone, Shathva pozwoliła drużynie przenocować w jednej z chat. Odpoczywając widzieli, jak przywódczyni zbiera swoich wojowników na naradę, pozostałym przydzielając inne zadania. Gdy opuszczali wioskę, mieli okazję zobaczyć grupkę jaszczurów zmierzających w stronę podziemi. W dłoniach dzierżyli prowizoryczne młoty i kilofy, a w ich ruchach widać było niepokój.


    Kilka dni później

    Podróż w towarzystwie znających te tereny jaszczuroludzi minęła szybko. Ssamath okazał się interesującym rozmówcą o głębokim, nieco chropowatym głosie, który w połączeniu z aparycją mógł budzić trwogę. To wrażenie szybko mijało, gdyż weteran mówił świetnie we wspólnej mowie, a także robił to chętnie, dzieląc się opowieściami o lokalnych legendach, polowaniach na wielkie gady czy potyczkach z czasów wojny z boggardami. Wydawało się, że z lubością wspomina czasy, gdy był młodszy i sprawniejszy. Basheba z kolei większość drogi milczała lub porozumiewała się półsłówkami, najwyraźniej wciąż wstrząśnięta tym, co zrobił Daruthek. Dopiero, gdy zaczęli zbliżać się do wybrzeża, odległość od miejsca tamtej zbrodni zaczęła nieco zmniejszać przygniatający ją ciężar.
    Nie zniknął on jednak zupełnie, a jego spora część zaczęła przenosić się na bohaterów. Po samej dżungli, przetrzebionej jeszcze bardziej niż po pierwszym ataku domyślali się, że Mówca Bagien był bliski dopięcia swego. Dlatego też z pośpiechem i rosnącym niepokojem pokonywali ostatnie mile drogi.

    Na szczęście, Pridon’s Hearth przetrwało. Nie było w najlepszym stanie, ale większość dokończonych budynków wciąż stała, nawet z dachami na miejscu, tak samo jak świątynia Abadara i willa hrabiego. Znacznie bardziej ucierpiały prowizoryczne chaty najbiedniejszych, z których zostały jedynie walające się resztki drewna i płócien, a także magazyny położone najbliżej morza. Tam huraganowemu wiatrowi towarzyszyły potężne fale, które najpierw powaliły nadwątlone już ściany, a potem porwały część skrzyń z towarami, unoszących się teraz w wodzie zatoki. Pozostałe budynki wymagały napraw i konserwacji, ale w ogólnym rozrachunku szalejący żywioł był “jedynie” poważnym utrudnieniem, zamiast zupełnie przekreślić szanse kolonii.

    Mijając lokalny cmentarzyk, bohaterowie dostrzegli ledwie parę nowych mogił, co w świetle tych zniszczeń także było dobrą wiadomością. Koloniści najwyraźniej dobrze już wiedzieli, że w obliczu gniewu burzy lepiej było zadbać o siebie i bliskich, a nie dobytek. Na to był czas później - mimo że minęło już kilka dni, Pridon’s Hearth ciągle wrzało pracą. Naprawy z pewnością miały potrwać jeszcze sporo czasu, ale najwyraźniej morale mieszkańców wciąż było na wysokim poziomie. Napędzani nadzieją lub uporem, pracowali wspólnie, pomagając sobie nawzajem w budującym pokazie współpracy i niezłomności. Niespecjalnie nawet zwrócili uwagę na powracającą drużynę, a ci, którzy ich zauważyli i pozdrawiali, szybko pochmurnieli na widok towarzyszących bohaterom jaszczuroludzi.
    Nie tracąc czasu (i nie chcąc ryzykować linczu), drużyna czym prędzej udała się wprost do willi hrabiego Narsusa, która i tą burzę przetrwała w bardzo dobrym stanie.


    - Dziękuję za raport i relację z wydarzeń - hrabia mówił powoli, tak jakby wciąż przetrawiał wszystko, co opowiedzieli mu bohaterowie. Chwilowo w jego biurze pozostali jedynie Jin z Zodem - Narsus dał dyskretnie znać, że chce porozmawiać w gronie “tutejszych”, a Amos z Edwardem uznali, że przypilnują jaszczuroludzich posłów na zewnątrz, tak żeby któryś z co bardziej krewkich kolonistów nie wpadł na jakiś głupi pomysł.
    - Macie też moją dozgonną wdzięczność za uratowanie kolonii - dodał ze słabym uśmiechem - Zniszczenia są spore, ale skoro niebezpieczeństwo zażegnane, będziemy mogli ją odbudować i się rozwijać - w jego głosie słychać było autentyczną nadzieję.
    Pan Blackwell, który towarzyszył hrabiemu w tym spotkaniu, siedząc w miejscu zajmowanym wcześniej przez pannę Gadd, miał znacznie bardziej sceptyczną minę, ale powstrzymał się od komentarzy.
    - A ten cały Barutek… Daruthek, jakie waszym zdaniem jest ryzyko, że jeszcze nam zagrozi? - Narsus kontynuował - I powiedzcie mi więcej o Dzieciach Bagien, nie chcę podejmować decyzji o zawarciu relacji bez pewności, szczególnie że niedawno jeszcze chcieli nas powybijać.

    Rozgrywka pathfinder spheres of power golarion

  • Gniew Burzy
    SindarinS Sindarin

    Dokładne zbadanie pozostałości po rytualnym kręgu pozwoliło obu naukowcom na wyciągnięcie równie ponurych, co uspokajających wniosków. Połączenie z planami żywiołów było praktycznie odcięte, jedynie klejnot trzymany przez Jina stanowił jego zalążek. Zauważone przez Zoda kryształy wpasowane w podstawę lewitującej platformy okazały się niczym więcej jak nośnikiem magii telekinetycznej – Daruthek nie miałby z nich większego pożytku niż ze typowych magicznych przedmiotów. Szalony jaszczur zrobił coś znacznie gorszego…

    Pozbawiony połączenia z energią planarną, wykorzystał inne, znacznie paskudniejsze jej źródło: potencjalną energię nienarodzonego jeszcze życia. Była to obrzydliwa magia, o której nawet zaznajomiony z mrocznymi sztukami Jin wolał nie wiedzieć zbyt wiele. Skąd w głębokim Mwangi pojawił się ktoś w niej biegły, to również stanowiło zagadkę. Drobnym pocieszeniem było to, że splugawiony w ten sposób rytuał przyzywający gniew burzy był znacznie słabszy, co dawało nadzieję na przetrwanie Pridon’s Hearth. Ponadto, sama jego formuła sprawiała, że nie dało się go odtworzyć w innym miejscu niż ta właśnie jaskinia. Więc o ile w przyszłości szaman nie postanowi wrócić lub nie trafi się jakiś jego naśladowca, delta Koriru była bezpieczna.

    Spakowawszy zdobycze, drużyna udała się śladem Basheby na powierzchnię, do wioski Dzieci Bagien. Jaszczuroludzie zostali już powiadomieni o tym, co wydarzyło się na dole - okazali typową dla siebie powściągliwość, z której przezierała jednak dziwna mieszanka zrezygnowania i ulgi. Niektórzy ostentacyjnie odchodzili na widok bohaterów, zaś ci będący myśliwymi i strażnikami skłaniali głowy w geście szacunku. Przede wszystkim jednak nikt nawet nie próbował rozmawiać z obcymi, dopóki ze swojej komnaty nie wyszła do nich Shathva. Na ile dało się to wyczytać z gadziej twarzy, minę miała posępną i gniewną, ale brak obstawy oraz broni sugerował mimo wszystko pokojowe intencje.
    – Powiedziano mi, że Daruthek wam umknął, uprzednio zniszczywszy naszą przyszłość. Co tam się wydarzyło? Nie zdołaliście go powstrzymać? - zapytała niecierpliwie.

    Rozgrywka pathfinder spheres of power golarion

  • Koszulka forumowa
    SindarinS Sindarin

    Logo z przodu wygląda dobrze, ale tekst poniżej trochę za długi - przydałoby się skrócić, do "Społeczność pisanego RPG" albo "Zapytaj mnie, co to PBF?"

    Forum

  • [Pathfinder/D&D] Gestalt
    SindarinS Sindarin

    Hej! Postanowiłem popełnić kolejny drobny artykuł, będący lokalizacją opcjonalnych zasad dla D&D 3.5 i Pathfindera 1e. Tym razem na tapetę trafia dość popularny gestalt - wielu z was pewnie już go zna, ale myślę, że warto mieć rozpiskę tych zasad na forum.

    Co to w ogóle ten gestalt?

    W największym skrócie, to modyfikacja rozgrywki, a dokładniej rozwoju postaci graczy w taki sposób, by każda z nich rozwijała jednocześnie dwie różne klasy, zyskując zdolności obu z nich na każdym poziomie (szczegóły mechaniki opiszę poniżej).
    Pozwala to tworzyć znacznie potężniejsze i/lub wszechstronniejsze postacie - co jest przydatne, gdy mamy zbyt mało graczy, by móc wypełnić wszystkie role w drużynie. Ewentualnie możemy poprowadzić epicką sesję, w której BG są jeszcze większymi przepakami niż w typowym D&D/PFie 🙂
    Warto w tym miejscu zaznaczyć, że zasady gestalta są identyczne w obu tych systemach.

    Jak działa gestalt?

    Tworząc taką postać, wykonujemy te same kroki co zazwyczaj, wybierając dwie klasy zamiast jednej (stają się dwiema stronami gestalta) i postępując według poniższych zasad:
    Wymagania: Musimy spełniać wszystkie wymogi obu klas - charakterowe czy np. ras w niektórych archetypach.
    Kość wytrzymałości: Wybieramy wyższą z obu.
    Premia do ataku: Wybieramy lepszą progresję.
    Rzuty obronne: Dla każdego z nich oddzielnie wybieramy lepszą progresję. Liczy się cała progresja po danej stronie gestalta, a nie bonus otrzymywany na danym poziomie.
    Umiejętności: Łączymy ze sobą obie listy class skilli, a ilość punktów na poziom wybieramy wyższą z obu klas.
    Zdolności specjalne: Dostajemy wszystkie zdolności z obu klas, z wyjątkiem tych duplikujących się (lub różniących de facto tylko nazwą) - w takim przypadku wybieramy lepszą progresję
    Magia: Jeśli obie strony gestalta są w stanie rzucać czary, ich listy traktujemy niezależnie od siebie pod kątem komórek na czary i czarów znanych. Jeśli mamy dwie klasy używające spellbooków (np. alchemist i wizard), to warto rozważyć połączenie ich w jeden.

    Dodatkowe zasady odnoszące się do Sfer:

    • Wszystkie talenty łączymy w jedną pulę, używając wyższego caster/practitioner/operative levelu.
    • Nawet jeśli mamy dwie klasy z castingiem, to na pierwszym poziomie dostajemy tylko dwa bonusowe talenty.
    • Jeśli obie klasy mają dostęp do martial tradition, wybieramy jedną (nie możemy zrezygnować z martial tradition dla jednej strony, żeby zachować biegłości) i dostajemy dwa dodatkowe talenty ze sfery Equipment: Shield Training, Armor Training lub któryś z (discipline).
    • Jeśli korzystamy z trade tradition, to jak wyżej, wybieramy jedną (i nie możemy z tego zrezygnować po jeden stronie) i dostajemy jeden dodatkowy talent (trade).
    • Spell poole łączą się w jedną: liczymy sumę z poziomów, atrybutów i drawbacków dla każdej strony, dodajemy do siebie i dopiero potem dodajemy np. dodatkowe z featów.
    • Łączymy ze sobą atrybuty kluczowe (CAM, PAM i OAM), jeśli po obu stronach mamy castera/practitionera/operative’a. Nie znaczy to jednak, że możemy automatycznie połączyć te trzy atrybuty w jeden.

    Bohaterowie graczy

    O ile nie do uniknięcia jest większy power level BG, to niektóre połączenia klas i archetypów mogą tworzyć iście mordercze kombinacje, zdecydowanie wybijające się ponad inne i mogące samodzielnie zaburzyć rozgrywkę, lub wręcz zdominować całą sesję. Dlatego też bardzo duże znaczenie ma umiar - warto pomyśleć o połączeniu, które będzie bardziej interesujące fabularnie i do grania nim, niż tak potężne jak się tylko da.

    Skalowanie wyzwań

    Gestalt jest frajdą dla graczy, ale też sporym wyzwaniem dla MG. Nie chodzi tu tylko o lepsze staty, ale też o znacznie większą “wytrzymałość”: ilu wyzwaniom BG są w stanie stawić czoła zanim będą zmuszeni do odpoczynku, leczenia czy uzupełnienia zapasów. Takie postacie będą miały więcej hp, lepsze rzuty obronne, często większy zapas czarów i innych zdolności, które będą pozwalały zapuszczać się znacznie dalej w nieznane. Dlatego też wyzwania powinny nie tylko być trudniejsze, ale i częstsze.
    To samo tyczy się przeciwników. Twórcy co prawda zalecają traktowanie gestaltowej drużyny (o standardowym 4-5 osobowym składzie) jakby miała poziom czy dwa więcej niż w rzeczywistości, ale biorąc pod uwagę wspomnianą “wytrzymałość”, warto też zwiększać liczebność przeciwników. Co do samych BNów, nie wszyscy muszą z góry być gestaltami - dając taką przewagę tylko co ważniejszym postaciom, tworzy się dość jasny podział na herosów/złoczyńców i zwyklaków.

    Moje wymysły

    Po rozegraniu i poprowadzeniu paru sesji mam kilka luźnych uwag odnośnie tworzenia gestaltowych postaci:

    • Dodatkowe notatki z opisami zdolności czy ich synergii są nad wyraz przydatne 🙂
    • Polecam ograniczenie multiklasowania, już sam gestalt daje sporą swobodę, a dorzucanie jednopoziomowych dipów albo prestiżówek może mocno zaburzyć balans
    • Z racji tego, że różni kompanioni (familiary, animal companiony, cohort itp.) będą mocno w tyle za swoim panem, warto rozważyć dawanie im jakiegoś buffa, np. w postaci darmowego archetypu
    • Prowadząc w Spheres of Power zalecałbym:
      *Wprowadzenie zasady, że Casting Ability musi być atrybutem mentalnym, o ile nie ma się boona Fortified Casting
      *W przypadku, gdy obie strony gestalta mają casting, wszelkie bonusowe SP (z drawbacków czy atrybutów) liczymy pojedynczo, tylko te z poziomów są podwajane

    To by było na tyle - możliwe, że w przyszłości będę ten tekst nieco rozwijał, jeśli pojawią się nowe przemyślenia. A tymczasem zapraszam do komentowania, albo zostawiania swoich pomysłów na ciekawe połączenia klas 🙂

    Dyskusje RPG pathfinder d&d

  • Koszulka forumowa
    SindarinS Sindarin

    A może duże logo z przodu i jakieś hasło z tyłu? "PBF not dead" albo coś w tym stylu?

    Forum

  • Podsumowanie migracji
    SindarinS Sindarin

    Można też zaprząc AI do wyciągnięcia treści postów i przeformatowania (wklejacie link do sesji, zamieniając adres LI na http://178.255.46.143) - tylko nie każcie mu robić podsumowania, kiepsko mu idzie 😛

    Forum

  • Gniew Burzy
    SindarinS Sindarin

    - Trzymajcie się z tyłu… - polecił Zod, w pełni defensywnej postawie, spoglądając przez szparę zniszczonych wrót, aby dowiedzieć się co jaszczury w tym momencie robią. Z tego punktu nie dostrzegł jednak żadnego z nich, widząc tylko fragment głównej komnaty. Zauważył, że otaczająca centralną platformę ściana wiatru zniknęła, w pomieszczeniu padał wciąż deszcz, smagany słabszym znacznie wiatrem.
    Jin posłusznie trzymał się za szerokimi plecami towarzysza i zaciskał nerwowo dłonie na swoich alchemicznych kontaktach, gotów posłać je w kierunku czegokolwiek co ma łuski i się rusza.

    Zod wsłuchał się, doszukując ponad deszczem, wiatrem i wodą jakichkolwiek dźwięków mogących dać mu informację o wrogach… ale nic nie dosłyszał. Trudno. Muszą działać z tym co mają.
    - Platforma jest teraz po przeciwnej stronie. Odczekamy na moment gdy pozwoli nam łatwo wbiec na środkową platformę i wtedy ruszamy… Przygotujcie się…
    Platforma jednak nie zbliżała się w zasięg ich wzroku, najwyrażniej coś ją unieruchamiało.
    - Cholera… to tyle z zaskoczenia… - niezadowolony Zod powoli uchylił drzwi i wszedł głębiej aby, powoli posuwając się do przodu, za osłoną ściany.
    - Edward… jakby coś mnie chwyciło i do wody miotnęło…
    - Już się szykuję.
    - Ustawię się tak abyś był w moim polu widzenia. - dodał Jin, delikatnie przesuwając się tak aby drzwi stanowiły dla niego osłonę - Korzystaj z mojej obronnej magii bez oporów.
    Docierając po mokrej posadzce do krawędzi, Zod wyjrzał za róg, szybko doliczając się całej siódemki jaszczuroludzi - ci, których zrzucili do wody, byli znów na górze, kompletnie przemoczeni, ale poza tym wydawali się dobrej formie. Platforma, która normalnie poruszała się wokół tej komory, została przywiązana na jej przeciwległym końcu, niejako więżąc drużynę w tej części kompleksu.

    Gady wyraźnie oczekiwały ich nadejścia, ustawiając się tak, by nie dało się ich łatwo dojrzeć z tunelu. Gdy tylko Zod wystawił głowę zza załomu ściany, jeden z nich wskazał go szponem i wydał ostrzegawczy okrzyk.
    - Przynajmniej wiemy, że przerwali rytuał… - skomentował Zod gdy już wyjaśnił drużynie.
    - W porządku… to co robimy?
    - Mam pewien plan…

    Wyjaśnienia zajęły krótką chwilę.
    - Ekh… - zaczął Jin nieco niepewnie - Nie chcę cię brutalnie z błędu wyprowadzać, ale nie mam moich bomb gotowych…
    Zod zatrzymał się w myśli.
    - Ile potrzebujesz by je przygotować?
    - Pół godziny?
    - Wycofujemy się. Musimy być całkowicie gotowi do walki.
    - Będę potrzebował pomocy żeby się ze wszystkim wyrobić. Edwardzie pomożesz? Jak na zajęciach z Alchemii Stosowanej. Pamiętasz jak profesor Ciemnoręki ganiał nas za używanie magii podczas moździerzowana alchemikaliów? “Nie osiągnie mistrzostwa ten co proste czynności pozostawia magii!” - nekromanta zacytował jednego z swoich dawnych mentorów.
    - Oczywiście Jin, zostaw to mi.

    Kolejne trzydzieści minut naukowcy spędzili odmierzając precyzyjne porcje poszczególnych reagentów. Prym wiódł ewidentnie Dhis, choć Edward nie odstawał daleko. Z nowymi uzupełnionymi wyrobami drużyna była gotowa do dalszej walki.

    Gdy tylko Zod zaczął wdrażać swój plan w życie, wylot korytarza rozbrzmiał istną kawalkadą zaklęć - elektryczne i lodowe pociski uderzały o ściany, gdy tylko wojownik wystawiał się choć na sekundę. Trafiły go kilkukrotnie, ale większośc była jednak kwitowana gniewnymi okrzykami jaszczuroludzi. Tak jak zakładał, w końcu musieli stracić cierpliwość lub pogubić się w tej zabawie w “pacnij goblina”.
    I rzeczywiście: po trzeciej salwie przez wiatr dało się słyszeć głos Darutheka, krzyczącego w smoczym.
    - Tchórze boją wyjść! Zajmijcie się przejściem, ja dokończę rytuał - wystarczy nam mocy, by zniszczyć chociaż ich gniazda!
    Kilka sekund później u wylotu korytarza pojawiła się gęsta mgła, kompletnie blokująca widoczność.
    - Guzik im wierzę - skwitował Zod, na tyle cicho by tylko towarzysze go słyszeli. - Mówił to do nas. Próbuje nas sprowokować.
    - Hmmm… jak nie kilofem to łopatą… - zastanowił się Edward, podchodząc ostrożnie w miejsce gdzie przed chwilą Zod stał i wizualizując sobie gdzie przed chwilą była widoczna platforma. Wielki tiefling złapał go za kurtę między łopatkami, aby na pewno nie spadł.
    Mag skupił się moment i miotnął zaklęcie w szacowany środek platformy.

    Odpowiedział mu pojedynczy krzyk bólu, a zaraz potem potężna błyskawica uderzyła w niego i Zoda. Amulet ochronny ocalił Edwarda, a wojownikowi udało się uskoczyć i elektryczność jedynie go posmyrała. Gdzieś za mgłą dało się usłyszeć, jak Daruthek rozpoczyna dłuższą inkantację.

    Jin w tym czasie wyskandował krótka mistyczną frazę i ochronna magia znowu objęła członków drużyny swoimi kojącymi splotami.
    - Nie jestem pewien czy taka zabawa zadziała na dłuższą metę. Kolejną salwę spróbujmy cisnąć razem. Amos jeśli byłbyś tak miły. - poprosił Jin.
    Po krótkiej naradzie bohaterowie spróbowali swojego nowego planu - Amos pchnął Edwarda w stronę krawędzi, a gdy mag tylko skończył inkantację i rzucił energetycznym pociskiem na oślep, Zod szarpnął go za rękaw szaty, wciągając za róg. Tym razem z głównej sali nie dobiegł ich żaden okrzyk bólu, zamiast tego usłyszeli odgłos skandowanego zaklęcia i po chwili przez korytarz przemknęła błyskawica, lecąc na wprost i uderzając w drzwi, uprzednio drasnąwszy Amosa i Edwarda.
    - To nie ma sensu - stwierdził Jin - Oni mają dużą przestrzeń do poruszania się, my mamy wąski korytarz, w który łatwo kumulować strzały. Edward, czy możesz nas wszystkich teleportować jednocześnie? W najgorszym wypadku teleportujesz nas na platformę i drugi raz do wyjścia.
    - Teoretycznie mogę tak zrobić - odparł mag - Tylko najpierw muszę tą mgłę rozwiać, muszę widzieć destynację teleportu.
    - Zróbmy tak. - powiedział Jin i spojrzał pytająco na Amosa i Zoda. Pirat wzruszył tylko ramionami i poprawił chwyt broni.
    - W porządku - zgodził się Zod - No to w tył i czekamy aż mgła zejdzie.
    Chowając się za wrotami, o które raz po raz uderzały błyskawice, bohaterowie czekali, aż Edward przygotuje się do wykonania planu. W pierwszej kolejności zaczerpnął mocy ze swego pierścienia, poszerzając zakres swoich zaklęć teleportacyjnych, po czym przywołał potężny podmuch wiatru, rozwiewając blokującą widoczność mgłę. Zaraz potem, unikając kolejnej błyskawicy, sięgnął do swej specjalizacji i w mgnieniu oka przeniósł całą drużynę na centralną platformę.

    Tam też okazało się, że miotanie zaklęciami na oślep rzeczywiście nie przyniosłoby przewidywanego efektu. Jaszczuroludzie czekali, rozstawieni na krawędziach platformy, poza zasięgiem kryształowych eksplozji Edwarda. Zasypujący ich błyskawicami mag krył się w korytarzu, z którego wydostali się wcześniej, a Daruthek usadowił się na uprzednio ruchomej platformie. Szaman nie oszukiwał wcześniej – rzeczywiście wydawał się odprawiać jakieś rytuały, mistyczne energie ciągnęły się za jego ruchami, a inkantacje splatały się z szumem wiatru.

    Rozgrywka pathfinder spheres of power golarion

  • Gniew Burzy
    SindarinS Sindarin

    Pirat skrócił dystans do źródeł dźwięków, z niemałym trudem przedzierając się przez mgłę. Przez jego oczami wyrosła gigantyczna, kryształowa sylwetka, którą wojownik natychmiast zaczął analizować, zastanawiając się jak uszkodzić taki byt. Ten zaś skupił całą swoją uwagę na Zodzie - z ogromną siłą wpadł na diabelstwo, wytrącając je z równowagi, a następnie potężnym kopnięciem posłał go prosto do zbiornika z gorącą wodą.
    Amos stracił towarzysza z oczu we mgle, a na jego miejscu, w akompaniamencie ciężkich kroków, pojawił się kolejny golem, niemal identyczny z tym pierwszym.

    Nekromanta odbiegł nieco w bok, dając miejsce Edwardowi do czynienia swojej magii, samemu wykrzykując rozkazy swoim pozbawionym inteligencji nieumarłym by ci okrążyli bajora gotującej się wody.
    W tym czasie czarodziej doskoczył do krawędzi dość blisko aby sylwetkę Zoda dostrzec.
    - Wyciągam cię stąd! - krzyknął i wyteleportował go z gotującej się wody nim ta zdążyła poczynić realne szkody.
    - Dzięki! - odkrzyknął kowal i swoją masą wbił w golema, wytrącając go z równowagi, ale sam też ją utracił. Nic to. Niedoszlifowany atak nie doszedł celu, ale Zod już rozpoznawał słabe punkty przeciwnika.

    Amos widział już całkiem wyraźnie jak walczą golemy. Wyprowadził potężny cios w miejsce które odpowiadało kolanu, ale golem zwyczajnie zignorował cios. Pirat wyprowadził kolejne dwa szybkie ciosy, odłupując fragmenty lodu, nie czyniąc jednak nic ponad to. Przynajmniej spowolniło to konstrukt na tyle, by nie zdołał wepchnąć go do wody - w przeciwieństwie do Zoda, który ponownie padł ofiarą wykonanego z mechaniczną perfekcją pchnięcia.

    Jin przygotował szybko granat którym cisnął w najbliższego golema. Eksplozja posłała odłamki lodu we wszytkich kierunkach, nieumarli natomiast obiegli w tym czasie wodę i byli gotowi do zaatakowania golemów.
    Edward zaklął. W tej mgle nic nie widział. Nadto zbliżył się do golema uderzenie wlew prawie wypompowało mu powietrze z płuc, a gdyby było cut mniej korzystne mogłoby połamać żebra. Na szczęście dał radę tego uniknąć. Splótł zaklęcie na bezdechu i kryształowy pocisk ześlizgnął się po jego krzywiznach, nie czyniąc szkody.

    Zod korzystając z topora jak z tyczki, wdrapał się na górę, korzystając z zamieszania. Był gotów przyjąć kolejne uderzenie, ale na szczęście przeciwnicy nie mieli na to czasu. Zamachnął się toporem w kryształ, z całą swoją siłą. Nie mógł oprzeć się jego uderzeniu. Przez ułamek sekundy pęknięcia zalśniły i z gwałtownością eksplodowały. Odłamki rozbijały się na pancerzy Zoda, ale kula ognia objęła wszystkich walczących. Wyraźnie najgorzej zniosły ją golemy, choć nie tak źle jak diablę miało nadzieję.
    - Wycofać się! - wykrzyknął między uderzeniami - Ten teren im sprzyja! Edward, Jin! Wy pierwsi!
    Rozkaz Zoda sprawił, że Amos zaklął pod nosem. Był już w rytmie, i nie miał zamiaru się cofać. Ale wzmianka o terenie miała sporo sensu…
    - Trza było ostrzec przed wybuchem! - odwarknął, kopiąc jednego z golemów pod kolano. Zwykle to działało, ale najwyraźniej nogi z litego lodu nie składają się tak łatwo. Pirat nie przejmował się tym, skupiwszy uwagę na drugim - tym, którego środek ciężkości zmienił się po uderzeniu ognia. Mógł go łatwo przewrócić, ale miał lepsze rozwiązanie.
    Wpadł na lodową postać cały swoim ciężarem, spychając ją z podestu wprost do wrzącej sadzawki. Okazało się to wyjątkowo skutecznie - zanim golem zdążył wspiąć się po ścianie, jego nogi rozpuściły się, a zaraz za nimi reszta cielska.

    Edward dostrzegł okazję gdy golem skupił się na którymś z jego towarzyszy, ukrytych w dalszej mgle. Nie wiedział kto zwrócił jego uwagę, ale dało mu to otwarcie. Kryształowy pocisk trafił golema i kwarcowe macki, w mgnieniu oka, rozrosły się, poważnie ograniczając jego ruchy i uniemożliwiając przyjęcia nawet poprawnej postawy obronnej. Spróbwał się wycofać, ale sytuacja mu nie pozwoliła.

    Dwójka nieumarłych złapała lodowego stwora i naparła na niego całą siłą swoich martwych ramion. Golem dzielnie stawiał opór, tłucząc pięśćmi po ich grzbietach, łamiąc kości i odrywając płaty mięsa, ale to nie starczyło. Z bulgotem wpadł do wrzącej wody szybko topiąc się w jej wnętrzu. po drodze jeszcze obrywając trzonkiem topora Zoda, co jeszcze dodatkowo go wytrąciło z równowagi, pogarszając jego stan poniżej. Diablę cofnęło się o pół kroku i zamarło, czekając na niewątpliwą próbę golema by wyjść z wody i by mu to możliwie utrudnić, gdy się stanie. Jego półorczy towarzysz nie wykazał się nawet ułamkiem tej cierpliwości - dopadł do konstruktu i potężnym uderzeniem do końca rozkruszył już i tak uszkodzone ciało istoty.

    Po zniszczeniu golemów i kryształu temperatura wewnątrz pomieszczenia zaczęła powoli opadać, a mgła szybko zrzedła, znacznie poprawiając widoczność. Uwagę bohaterów zwrócił także jeszcze jeden dźwięk, czy raczej jego brak - wszechobecny w podziemiach huk burzy zmalał znacząco, osłabiając się do nieustannego, zdecydowanie cichszego wycia wiatru.
    - Uff… - westchnął Zod, pozwalając ramionom opaść. - Amos: dobra robota. Wszyscy: wybaczcie to wysadzenie klejnotu. Liczyłem, że eksplozją oberwę tylko ja i golemy. Niedoliczyłem się. Edward, doceniam jak cholera wyciągnięcie mnie z tego wrzątku. Jin. Chciałeś coś kombinować z kolejnym kryształem? Masz jakiś konkretny plan?
    - Jeszcze nie. - odparł alchemik szczerze - Poza tym że są to potężne źródła energii. Żal je tak po prostu niszczyć. Może jeśli będę mógł obejrzeć jakieś z mniejszej odległości dam radę coś z nimi zrobić. Ewentualnie zawsze zostaje twój topór. - dodał wzruszając ramionami i obrócił się do swoich nieumarłych i szczeknął komendę - Brońcie moich boków. Idziemy dalej?
    - Wiatr ustał. Tarcza sztormu nie będzie już nas chronić - rozważał Zod - Ani ich. Na platformie będziemy jak kaczki do odstrzału. Choć twoje amulety pewnie pomogą… oni też na odległość używają głównie magii. Powinniśmy mieć jakiś plan, choćby kiepski. Może Edward zaczyna od miotnięcia im tam tych swoich wybuchających kryształów? To powinno ich przynajmniej spowolnić?
    Czarodziej podrapał się po brodzie.
    - Ta platforma w środku jest całkiem spora, wątpię, żebym mógł sięgnąć wszystkich jednym zaklęciem. Ale jeśli oni będą mogli nas sięgnąć, to może my damy radę ich?
    - To może się udać. Ale najpierw spróbujmy pozbyć się ostatniego źródła energii. Nawet jeśli nie wystarczy do wywołania burzy, to możliwe że w pełni wystarczy do usmażenia nas piorunami.
    - To jak najbardziej - przytaknął Zod - Dajcie mi dziesięć minut…
    Z przerośniętego plecaka wyciągnął małe kowadełko, dwa młotki, obcęgi i trochę jeszcze żelastwa. Ściągnął z zawiasów dwa skrzydłą drzwi i zaczął pracę.
    Niecałe dwanaście minut później miały one prowizoryczne uchwyty.
    - Edward, Jin… to dla was. Jakby zaczęli czymś w nas miotać to będziecie mieć dodatkową osłonę. Nie mam żadnych pitonów, więc zostaje nam lina i trzymać się nawzajem, bo najgorszy scenariusz to pewnie, że na zrzucą w dół. Jakby to się stało to pamiętajcie, że do drugiego pomieszczenia dało się dopłynąć.
    - Dziękuję - odpowiedział alchemik przyjmując drzwi, pod których ciężarem się zachwiał - ale skorzystajmy z naszej dodatkowej siły roboczej. Ty i ty! Trzymajcie tą tarczę i osłaniajcie mnie i maga przed pociskami. - wydał komendę nieumarłym, którzy szybko przejęli ciężar.
    - Tego się precyzyjnie spodziewałem - przytaknął Zod - Wszyscy gotowi? Ruszamy!

    Gdy tylko osłonięci bohaterowie wychynęli z korytarza okazało się, że byli już oczekiwani. Za ścianą wiatru, która zwolniła już na tyle, że bez problemu można było dostrzec wnętrze platformy. Osiem jaszczurczych postaci, gotowych do walki, stało blisko krawędzi - żołnierze i zmutowane osiłki, jeden z cięższym pancerzem z symbolem Kelizandri, jeden bez pancerza, z łuskami pokrytymi symbolami. Najwięcej uwagi zwrócił jednak unoszący się w powietrzu nad nim osobnik, który poza łuskami miał pierzastą grzywę ciągnącą się od czubka głowy do końca ogona. Wydawał się lekko rozmywać na wietrze, gdy machnął w stronę drużyny, krzycząc.
    - To nas tylko spowolni. Wieczna burza i tak nadejdzie! -
    Jak na komendę, w stronę Amosa i Zoda pomknęły oszczepy i błyskawice.
    Alchemik wychylił się na ułamek sekundy zza ochronnej pawęży, trzymanej przez zombiaka i ocenił pole bitwy. Przeciwnicy byli ładnie zgrupowani.
    - Ciśnijcie flaszkami które wam dałem między tych dwóch jaszczuroludzi! - krzyknął do nieumarłych, samemu szykując lodowy dekokt, który posłał ułamek później po swoich sługach.
    Truposze momentalnie upuściły pawęże i miotnęły trzymanymi w łapach flaszkami. Wtedy coś jednak poszło nie tak. Pierwsza została zwiana przez ścianę wiatru, spadając w kotłujące się odmęty wody. Druga leciała pięknym łukiem, przebijając się przez wichry, ale w ostatniej chwili zatrzymała się w powietrzu, pochwycona w kłąb elektryczności. Stojący niedaleko jaszczuroludź wykrzywił się w bolesnym grymasie, gdy niewielkie błyskawice przeskakiwały po jego ciele, a następnie napiął się i posłał alchemiczną bombę prosto do nadawcy. Wszyscy na platformie mogli poczuć, jak bolesny może być kunszt Jina.
    Następna minuta wydawała się bohaterom najdłuższym czasem w ich życiu. Odwiązawszy liny, drużyna powstrzymywała istną nawałę pocisków i zaklęć. Okazało się, że jaszczuroludzie potrafią być dobrze zorganizowani i wyjątkowo skuteczni - nie dysponowali też jedynie brutalną siłą. Ten, który przechwycił kwasową bombę, miał też ewidentny talent do magii błyskawic, którymi z wielką lubością miotał, szybko likwidując obu nieumarłych sługusów alchemika. Kolejny zaś był w stanie kondensować energię do wyglądających niczym małe pioruny oszczepów, które wbijały się głęboko w ciało, miotając wiązkami elektryczności na lewo i prawo. Daruthek, bo latający szaman musiał nim być, dysponował szerszym wachlarzem magii, zdoławszy wyrwać powietrze z płuc Edwarda, a także wywoływać rzęsiste opady deszczu.
    “Ochroniarze” tej grupy, składający się z pary jaszczurzych żołnierzy i pokrytych kryształem mutantów, tylko czekali, aż platforma odpowiednio się ustawi, by przeskoczyć przez ścianę wiatru i dobrać się do stojących na otwartym polu bohaterów. Tu jednak popełnili błąd, gdyż Zod i Amos szybko rozprawili się z dwójką z nich, zrzucając wprost do kotłującej się parę metrów niżej wody.
    Magia Jina, połączona z jego ochronnymi amuletami i niesamowitym talentem medycznym, pozwoliły drużynie przetrwać natarcie, które wykończyłoby niemały oddział wojskowy, jednak gdy platforma dotarła już do ostatniego korytarza, jego zasoby powoli zaczynały się już kończyć. To wciąż jednak nie był koniec - drzwi wgłąb okazały się być zamknięte, zabezpieczone nie tylko ewidentnie umagicznionym zamkiem, z którym nawet Zod miał niemały problem, ale i pułapką, która uruchomiła się chwilę później, miotając nimi po ścianach.
    Ostatecznie jednak udało się - wpadli do następnego pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi, odprowadzani jaszczurczymi okrzykami i szyderczym śmiechem Darutheka. Po chwili ucichły, a oni mogli rozejrzeć się po miejscu, w którym się znaleźli.
    Pomieszczenie było raczej przedłużeniem korytarza niż samodzielnym pomieszczeniem. Pod ścianami leżały resztki dawno zniszczonych mebli i figur, pokryte grubą warstwą pajęczyn, a z jego głębi dochodziły odgłosy wyjącego wiatru przeplatające się z nieziemsko brzmiącą muzyką.

    Rozgrywka pathfinder spheres of power golarion

  • Gniew Burzy
    SindarinS Sindarin

    Dłuższa przerwa przydała się drużynie - Zod mógł poświęcić trochę czasu na naprawę sprzętu, który chwilę temu zniszczył, Jin uzupełnił alchemikalia, a pozostali odpoczęli, rozgrzewając zziębnięte członki.
    Zebrawszy się do dalszego działania, bohaterowie działali już nieco ostrożniej. Nasłuchując przez chwilę pod drzwiami, nie dosłyszeli jednak niczego przebijającego się ponad wszechobecny hałas ciągłych trzasków i wyładowań - pewne było, że w następnym pomieszczeniu jest tylko głośniej. Po otworzeniu oczom ukazało się źródło tych wszystkich odgłosów w tej części kompleksu. Pomieszczenie to wyglądało na częściowo zawalone, szczególnie jego północno-zachodni fragment, który zapewne prowadził do środkowej jaskini kompleksu. Kiedyś wypełniała je najpewniej skomplikowana aparatura, zdewastowana przez zawał korytarza – jej szklane i stalowe fragmenty pokrywały podłogę, a z tego, co ocalało, Jin mógł wywnioskować, że służyła ona zabezpieczaniu, koncentrowaniu i przekierowywaniu ogromnej energii błyskawic. Z tych trzech funkcji działała najwyraźniej tylko ta ostatnia: ciągnący się w stronę podziemnej burzy strumień energii był dobrze widoczny, ale w tym miejscu poruszał się kompletnie chaotycznie, wręcz niczym żywa istota, miotając się od ściany do ściany. Błyskawice strzelały od niego na lewo i prawo, uderzając w każdy metalowy obiekt promieniu kilku metrów – wejście tu ze zbyt dużą ilością żelastwa nie brzmiało jak dobry pomysł…
    Źródło tej energii było łatwe do zauważenia: unosząca się w powietrzu kula z niebieskiego kryształu, znajdująca się w samym centrum zrujnowanej aparatury.

    - Wygląda na to że znaleźliśmy drugie źródło energii rytuału. Może uda mi się je rozproszyć i wyślę zombie do zniszczenia. - zaproponował Jin, dosypując opiłki srebra do swojego hukowego granatu. Dwójka nieumarłych stała po jego bokach, z bronią naszykowaną do ataku. Złożył się do rzutu, pocisk poleciał łukiem i rozbił się na powierzchni sfery. Na ułamek sekundy zdawało się że szum błyskawic zmalał, by powrócić ze zdwojoną siłą.
    - Warto było spróbować. - stwierdził Jin i obrócił się do towarzyszy - Próbujemy rozwiązać to jak poprzednią, czy postawimy na odrobinę delikatności? Myślę że mógłbym ją dezaktywować z bliższej odległości… Jeśli najpierw nie usmażą mnie pioruny.
    - Jeśli ktoś będzie tam wchodził to już lepiej ja u rozłupię to jak poprzednią. Masz tego swojego trollowego balsamu? Miło na skórę robił. - poprosił, szykując się już na kolejną nieprzyjemną przeprawę. Rozważył zdjęcie pancerza… Jin w odpowiedzi zaczął szykować swoje wywary.
    - Poprzednia dawka wciąż działa. Musiałbym zadawać ci rany do momentu aż przestanie nim zaaplikuję kolejną. Przygotuję się do szybkiej interwencji, w razie potrzeby poślę nieumarłych żeby cię wyciągnęli.
    - Tsk… Jak mnie złoży to niewiele pomogą - stwierdził obwiązując się liną w pasie - Ale nie spodziewam się.
    Odczekał chwilę, upewniając się, że wszyscy są gotowi, że lina dobrze się trzyma i nie będzie się plątała pod nogami.
    - Eh, cholera… - zaklął odwiązując linę - Amos, pomóż mi pancerz zdjąć.
    Zakładanie i ściąganie pełnej zbroi płytowej to nie była szybka i przyjemna sprawa, ale z pomocą szło znacznie szybciej.
    - Zostawcie tu nieumarłych, ale kryjcie się za ścianą. Pewnie znowu wybuchnie i nie ma sensu aby was też złapało… W porządku. To do dzieła! - warknął dwie-trzy minuty później i z bojowym warknięciem wbiegł prosto w burzę. Już dwa kroki później wiedział, że zdjęcie pancerza było rozsądnym pomysłem – dziesiątki błyskawic uziemiały się na jego toporze, nieomal wyrywając go z rąk. Przy większej ilości metalu na sobie miałby problem ze zrobieniem kroku do przodu, a tak mógł przeć, ignorując palące wiązki elektryczności.

    Tym razem kryształ nie był niczym osłonięty, czy raczej szalejąca energia zniszczyła już ustrojstwo, które utrzymywało tą miniaturową burzę w jednym miejscu. Uderzenie w niego przyniosło spodziewany efekty: potężna eksplozja odrzuciła Zoda o kilka metrów do tyłu i tym razem nawet wrodzona odporność nie uchroniła go przed obrażeniami. Zaraz potem zrobiło się zdecydowanie ciszej, tak jakby nawet odległe wycie burzy nieco się uspokoiło.
    - Haaa! - warknął Zod bojowo, okrzykiem przeganiając ból. Nie potrafił (ani nie chciał) powstrzymać satysfakcji z dobrze wykonanego zadania… i świadomości, że to co go “mocniej połaskotało” wielu by spopieliło.
    - Gotowe - poinformował drużynę, wchodząc przez drzwi. - Amos, pomożesz mi z pancerzem?
    - Yhym. Edward, pilnuj perymetru.
    - Imponujące. - stwierdził Jin, taksując wzrokiem ciało Zoda, teraz osmalone. - Wygląda na to że poprzednia mikstura osiągnęła granicę swoich możliwości. Zaraz coś przygotuję. - stwierdził i już po chwili wojak otrzymał kolejny tajemniczy wywar. W czasie gdy Zod z Amosem byli zajęci zapinaniem pasków masywnej zbroi Jin z Edwardem zajęli się przeszukiwaniem wymęczonej żywiołem komnaty. Wśród resztek jakiejś mistycznej maszynerii było jednak niczego wartego większej uwagi. Sama aparatura musiała być kiedyś fascynującym urządzeniem, zdolnym do ujarzmiania czystej, przepotężnej energii żywiołów, jednak jej pełne przebadanie, połączone z próbami złożenia elementów, było zadaniem na przynajmniej kilka dni fascynującej pracy. Jedna rzecz ciekawiła obu uczonych: czy zawał korytarza, odcinający ten fragment kompleksu od reszty, był przyczyną czy skutkiem zniszczenia maszynerii?

    - Nic tu nie ma - stwierdził w końcu Zod - Musimy wrócić szczeliną i na platformie oko cyklonu okrążyć. - na co nekromanta pokiwał głową i ruszył za wojownikiem, flankowany przez swoich nieumarłych.
    Wróciwszy do głównej jaskini w podziemiach, bohaterowie dostrzegli, że szalejące wewnątrz tornado straciło na mocy. Masy powietrza wyraźnie spowolniły, a wewnątrz dało się już dostrzec kilka jaszczurzych sylwetek. Część wykonywała jakieś energiczne gesty, sugerujące odprawianie jakiegoś rytuału, a pozostałe stały z bronią w ręku, z pewnością świadome intruzów i zbliżającej się konfrontacji.

    Jin ostrożnie wsiadł na platformę razem ze swoimi nieumarłymi i zawołał do towarzyszy
    - Wygląda na to że straciliśmy element zaskoczenia! Musimy też zastanowić się nad tym jak dostaniemy się na środek! Mam wrażenie że platforma niedługo przestanie latać! - nekromanta wciąż musiał podnosić głos, ale nie musiał już wrzeszczeć bezpośrednio do uszu kolegów.
    - Niczego innego nie oczekiwaliśmy! - odpowiedział Zod - Na razie platforma działa i to nasza jedyna droga do dalszych korytarzy! Jeśli przestanie… wtedy będziemy myśleć! Chodźmy! - Diablę weszło na platformę i lewitujący kamienny kloc i zaczęło już odwiązywać od ściany linę, mocującą ją w tym miejscu. Kilka sekund później bohaterowie przesuwali się już wzdłuż ściany, wyraźnie obserwowani przez przebywających w centrum jaskini jaszczuroludzi, sylwetki przesuwały się w ich stronę. W pewnym momencie jeden z nich zamachnął się, jakby chciał czymś rzucić, ale chyba został powstrzymany.
    Drużyna ewidentnie niszczyła źródła energii żywiołów, ale Daruthek i jego poplecznicy wyraźnie się nie śpieszyli, wręcz ignorując działania intruzów…

    Zatrzymując się przy następnym, niezawalonym korytarzu, bohaterowie poczuli uderzenie gorąca. Nim doszli do większego pomieszczenia, przystosowanego na barak dla jaszczuroludzi - pod ścianami widać było liczne posłania i różnego rodzaju drobiazgi, należące pewnie do tego brutalnego odłamu Dzieci Bagien.
    Temperatura w tym miejscu przekraczała nawet te w dżungli - powietrze wręcz falowało od gorąca, niczym w irriseńskiej bani, a na czoła momentalnie wystąpił pot. Im dalej od centrum kompleksu, tym było cieplej, a drzwi prowadzące do następnego pomieszczenia musiały być niemiłosiernie rozgrzane.
    Alchemik zatrzymał się na chwilę by poprawić rozłożenie licznych drobiazgów w swoim bandolierze i zaczął myśleć. Elektryczność - zazwyczaj kojarzona z Planem Powietrza. Lód - zazwyczaj łączony z Planem Wody. Nie trzeba było geniusza by domyślić się że po nagłym wzroście temperatury będzie można oczekiwać Planu Ognia, a potem zapewne też Planu Ziemi. Zastanawiał się tylko jaka była natura tych źródeł energii które Zod tak efektywnie niszczył. To było pytanie na później. Teraz wyjął z bandoliera kilka substratów i zaczął je mieszać. Wyglądało na to że jego lodowe wyroby będą teraz bardzo przydatne.
    - Spodziewajmy się przeciwników korzystających z płomieni. Być może jaj z młodymi. To idealne warunki do inkubacji. Z pewnością jakiegoś golema, może tutaj, może przy kolejnym źródle energii. Musimy się śpieszyć nim skończą rytuał. - nekromanta zwerbalizował swoje przemyślenia dla towarzyszy.
    - Więc naprzód! - przekrzyczał sztorm Zod i poszedł przodem, ze wzniesioną tarczą i toporem.
    Gdy Amos otworzył drzwi do kolejnej kompany, w ich twarze buchnęły kłęby gorącej pary, momentalnie pokrywając wszystko warstewką wilgoci. Opary wciąż płynęły w ich stronę, kompletnie zasłaniając jakikolwiek widok - nawet po przekroczeniu progu, poruszali się niemal po omacku, widoczność sięgała maksymalnie wyciągniętego ramienia, a za nim rozpościerała się jedynie ściana gorącej mgły.
    Na szczęście Jin był przygotowany na niekorzystne warunki. Rozkręcił osłonkę jednego ze swoich lodowych granatów, zalał zawartość jakimś tajemniczym płynem i już po chwili ze środka zaczął wydobywać się lodowaty opar, efektywnie obniżający temperaturę w pobliżu. Alchemik zawiesił prowizoryczne źródło zimna u pasa i rzucił do Zoda i odezwał się do towarzyszy.
    - Powinno nam to nieco ułatwić dalszą eksplorację. Ty, po mojej lewej, ty po mojej prawej stronie, idziecie w tym tempie co ja. - nakazał swoim nieumarłym - Zod, prowadź proszę.
    Diablę kiwnęło głową i poszło przodem, chcąc na siebie przyjąć wszelkie zagrożenia. Po kilku metrach przedzierania się przez rozgrzaną mgłę dotarło do ściany, a po skręceniu do stalowych drzwi, zza których słychać było cichy syk i głośniejsze bulgoty.

    Po ich otwarciu oczom bohaterów ukazało się …niewiele więcej, gdyż kolejne pomieszczenie również wypełnione było mgłą, będąc zapewne również jej źródłem. Jedyną rzeczą wyróżniającą się z mlecznej ściany był czerwono-pomarańczowy punkt, jarzący się kilkanaście kroków w jej głębi. Z tamtego miejsca dobiegały też syki pary, zaś bulgot rozbrzmiewał gdzieś z okolic podłogi.
    Zod już miał ruszyć w stronę czegoś, co musiało być kolejnym źródłem energii, ale po paru krokach zatrzymał się, i to w ostatniej chwili. Jeden ruch więcej, i wylądowałby w basenie pełnym gotującej się wody, który rozpościerał się w centralnej części komnaty. Z jego dna biła delikatna, pomarańczowa poświata, kojarząca mu się z schładzanym w kuźni żelazem.
    Zod przyjrzał się sytuacji. Śmierdziała mu.
    Przewiązał się liną w pasie i podał jej koniec nieumarłemu jaszczurowi.
    - Jak poprzednio. Czekajcie za rogiem, bo pewnie znów wybuchnie.
    Poinstruował drużynę i poszedł, szerokim łukiem, do domniemanego kryształu, trzymając się możliwie z dala od jakiejkolwiek krawędzi.
    - Będę w pobliżu. Moje alchemiczne wyroby zmniejszają gorąco. - ogłosił Jin i ruszył za Amosem, starając się jednak zachować dystans w stosunku do źródła gorąca. - Ty i ty. Czekajcie przy drzwiach. - rozkazał nieumarłym, mając świadomość że ci ruszyliby za nim.

    Krok za krokiem, wojownik przechodził ostrożnie nad wrzącą wodą, cały czas zerkając pod nogi. Gęsta mgła sprawiała, że w mig zniknął towarzyszom z oczu, a o jego obecności świadczyła tylko lekko napięta lina i brzęk zbroi.
    Im bliżej klejnotu, tym syk pary był głośniejszy, a mgła gorętsza i gęstniejsza - gdyby nie schładzające dekokty i naturalna odporność, Zod z pewnością nabawiłby się już poważnych oparzeń. Jej źródło wydawało się nieznane - nawet ten basen nie wyprodukowałby tyle oparów - ale poznał je po kilku chwilach.
    Był blisko centrum pomieszczenia, gdy z mgły wyłoniła się potężna, niemal przewyższająca go wzrostem sylwetka. Baryłkowaty tułów, szerokie nogi i ramiona, zakończone ogromnymi pięściami, a do tego zwieńczony niewielkimi rogami łeb o twarzy pozbawionej jakichkolwiek rysów. Przeczucia Jina okazały się całkiem trafne - to coś ewidentnie wyglądało na golema czy inny rodzaj konstruktu, jednak alchemik nie przewidział jednego: materiału, z którego go wykonano. Stwór wyglądał jak wyciosany z ogromnego bloku nieprzejrzystego, niebieskawego lodu, który nieustannie intensywnie parował, niczym po dotknięciu rozżarzonym metalem. Wydawało się jednak, że golemowi zupełnie to nie przeszkadzało - znacznie bardziej zainteresował się nowym towarzystwem, i to nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Momentalnie ruszył w stronę z Zoda, a odgłos jego uderzających o siebie lodowych pięści jasno sugerował złe zamiary.
    Był też jedynym znakiem dla pozostałych bohaterów, że coś zadziało w głębi mgły.

    Rozgrywka pathfinder spheres of power golarion

  • Gniew Burzy
    SindarinS Sindarin

    Następne pomieszczenie także wyglądało na bibliotekę, zachowaną jednak w zdecydowanie lepszym stanie. Drewniane półki stały przy ścianach, wypchane po brzegi starymi tomami i zwojami, ewidentnie w większej ilości niż planowali to projektanci tego miejsca. Część z tych ksiąg zalegała także na stole w centrum czytelni – studiowało je właśnie dwóch jaszczuroludzi z łuskami pokrytymi niebieską i zieloną farbą. Trójka jaszczurzych wojowników, w tym jeden zmutowany, podobny do tego spotkanego w okolicy kolonii, obserwowało ich z pustymi wyrazami twarzy. Ciągłe odgłosy trzasków sprawiały, że ani oni, ani bohaterowie nie zdawali sobie wcześniej sprawy z tego, że ktoś jest po drugiej stronie drzwi.
    Tak przynajmniej było do momentu, kiedy Zod ich nie otworzył. Wymalowane jaszczury zerwały się, sięgając po oparte o stół trójzęby.
    - Zabić intruzów! – warknął jeden z nich. Jin zauważył zwisający mu na piersi prosty wisior w kształcie naciętej rekiniej płetwy, który rozpoznał jako symbol Kelizandri.

    Jaszczurzy strażnik ryknął i pomknął prosto na Zoda. Będąc ledwie krok od wojownika, opadł na kolano i wykonał obrót, smagając go ogonem w kolano, a następnie zerwał się błyskawicznie, uderzając z niego terbutje. Jednak nawet zaskoczone diabelstwo nie ugięło się pod tymi atakami. Zod wstąpił jednym krokiem do pomieszczenia, wziął głęboki wdech i wydarł z gardła okrzyk wieszczący jaszczurom śmierć, co zjeżyłby im skórę na karku, gdyby nie była ukryta głęboko pod łuskami. Przerośnięty, pokryty kryształowymi naroślami jaszczurolud odpowiedział na ryk Zoda swoim własnym wyciem, które zmroziło krew w żyłach bohaterów. Stojący za jego plecami kleryk wysyczał inkantację, posyłając w diabelstwo lodowy pocisk. Zod jednak ledwo to odczuł, strząsając z siebie kostniejący chłód.

    Amos spiął się i wyprowadził serię ciosów. Najpierw zamachnął się toporem, próbując złapać jego krawędzią nogę jaszczuroludzia by go podciąć. Niestety, łuskoskóry zgrabnie uniknął ciosu, a topór zamiast tego wbił się w framugę drzwi. Wybity z równowagi pirat haniebnie spudłował swoim kolejnym atakiem, krzesząc iskry o ścianę obok, a całość zwieńczył wyrwaniem topora z drewna. Stojący parę kroków za nim Jin odpiął od pasa elegancki sześcian i cisnął nim na środek pomieszczenia pełnego wrogów. Zacisnął mocno powieki, a cichej eksplozji towarzyszył błysk mogący rywalizować z jasnością słońca. Część jaszczuroludzi zaczęła machać na oślep kończynami, starając się odzyskać wzrok.
    - Edward! Wrzuć mnie do środka! - warknął Zod do towarzysza.
    - C-co?
    - Zrób to!
    Translokator podbiegł do wielkiego diablęcia, jedną dłoń już składał w magiczne sygile, usta wypowiadały inkantacje i klepnął go w łopatkę. Tiefling zniknął, zostawiając za sobą migoczące okruszki, ale już uśmiechał się pod maską do jaszczurzych kapłanów, co nagle znaleźli się w zasięgu jego topora.
    Nie zauważywszy, że jego przeciwnika już tu nie ma, oślepiony jaszczurzy strażnik zaczął atakować powietrze. Zaraz po tym Amos przesunął się delikatnie, tak aby flankować oponenta z drugim wojakiem. Próbował przewrócić jaszczura, ten jednak mimo ślepoty utrzymał równowagę. Miast tego półork wyprowadził dwa szybkie ciosy i obydwa sięgnęły celu.

    Zod warknął gdy wbijał trzonek topora w bok burzowego giganta, ale nagle zmaterializowana kryształowa skorupa przyjęła na siebie większośc uderzenia, jednak nie dość aby uchronić go przed wytrąceniem z równowagi. Stojący obok kapłan nie spodziewał się, że to on będzie celem natarcia głowicy topora, ale odruchowo i tak wzniósł tarczę i wpół szczęściem, wpół umiejętnością ostrze ześlizgnęło się po niej, Zaraz potem cofnął się i wysyczał kolejne zaklęcie, dotykając mutanta, w którego wstąpiły nowe siły, a wraz z nimi jeszcze większa agresja.

    Alchemik wyjął z bandoliera przygotowane wcześniej granaty. Wyczuł moment kiedy szarpiący się przed nim wojacy na moment od siebie odskoczyli i cisnął pakunkiem prosto w głowę kleryka noszącego święty symbol na szyi. Granat eksplodował z hukiem gromu i jasnością błyskawicy, momentalnie pozbawiając jaszczuroludzia dwóch zmysłów, jednak jaszczur uniknął poważnych ran dzięki swojej magii, która wytworzyła lodowe płyty na skórze, osłabiające siłę odłamków.

    Burzowy mutant ryknął ponownie, a wyrastające z jego ciała kryształy zabłysnęły ostro, tworząc wokół niego wypełnioną elektrycznością aurę. Następnie z dzikością zaatakował toporem Zoda, wsparty przez oślepionego wojownika - cała trójka w ciągu sekund wymieniła kilka błyskawicznych ciosów, z których to pokryty naroślami jaszczur wyszedł w najgorszym stanie, z pyskiem obitym tarczą. Korzystając z tego zamieszania, kleryk Kelizandri wycofał się, sycząc kolejne zaklęcie, które miało osłabić ciosy bohaterów.

    Edward przestąpił krok w bok, dla lepszej widoczności.
    - Kryształy? Zobaczycie kryształ…
    Splótł dłonie w mistycznych gestach, przywołując między nie malutkie kryształowe ziarno. Wolą pozwolił mu urosnąć i tą samą wolą zgniótł je do jeszcze mniejszych rozmiarów… było gotowe… mrugnął oczami, a gdy je otworzył znajdowało się ono już w sali, pod nogami jaszczurów. Niekontrolowane niczyją wolą wybuchło ono, rozrastając się w ułamku sekundy jak kryształowy bluszcz jakby dać mu dekadę… pokrył i wrósł we wszystko czego dotknął… zarówno podłogę jak i jaszczurzego mutanta i kapłana.

    Przy wejściu do komnaty jaszczurzy strażnik wiedział już, w którą stronę ma atakować, ale Amos bez trudu unikał kolejnych jego ciosów. Pirat wykręcił dłoń z toporem abordażowym i zaczepił kolec pod kolanem gada. Szarpnął potężnie, lecz łuskoskóry nie dał się obalić. Drugą ręką przemknął nad gardą przeciwnika i ciął bark, a następnie uwolnił topór i otarł się ostrzem o udo przeciwnika zostawiając krwawiące szramy.

    Zod zwarł się z zburzowym mutantem. Wir zębów, toporów, krwi i warkotu zlał się w jeden chaos. Uderzali się cios za cios, oboje nie bacząc na swoje rany. W pewnym momencie ich ostrza się spotkały na końcu zamachów i topór Zoda udowodnił swoją wyższość nad jaszczurzym, druzgocąc go w złom. Zmutowany jaszczur z potwornym rykiem wyrwał się z kryształowego więzienia i ponownie rzucił się na Zoda. Nie mając broni, skorzystał z wypełnionej zębiskami paszczy, którą w momencie ataku otoczyła się wiązkami błyskawic.

    Alchemik szybko zmieszał kilka substratów w małej fiolce, wliczając w to kawałek niedawno pokonanego mroźnego sześcianu. Wstrząsnął miksturą i cisnął nią w pokrytego łuskami wojownika, jednak pocisk rozminął się z jego ciałem, zamiast tego trafiając w ścianę. Edward powołał kolejne kryształowe ziarno zostało translokowane w głąb pomieszczenia, w zasięgu aby objąć jaszczury, ale nie dotknąć towarzysza i wybuchło z podobnym jak wcześniej efektem. Kryształowy bluszcz wyrwał bolesny warkot z zimnokrwistych humanoidów.

    Jaszczurzy strażnik rzucił się na Amosa z nowym wigorem. Pirat przeskoczył nad ogonem próbującym zbić go z nóg, ale w ten sposób stracił oparcie, co natychmiast wykorzystał przeciwnik, brutalnym ciosem trafiając w głowę pirata. Nieprzyjemne chrupnięcie w normalnych warunkach oznaczałoby wyłączenie go z walki, albo poważne ograniczenie wydolności. Trollowe mikstury Jina, w połączeniu z jego ochroną magią sprawiły że Amos wciąż stał na nogach. I pożądał zemsty.
    Kopnął jaszczura w przód kolana. Noga łuskoskórego wygięła się i upadł z chrzęstem na podłogę, co wojownik wykorzystał niemal natychmiast. Seria brutalnych ciosów rozorała ciało strażnika, zostawiając go na granicy życia i śmierci. Jeszcze się ruszał, ale nie będzie to trwało długo.

    Zod zerwał się ziemi, przyjmując okazyjne uderzenie na tarczę i samym swoim pędem niemal odbijając je w pysk jaszczura. Zamachnął się szeroko toporem, zaporowo odganiając mutanta od siebie, by uniemożliwić mu łatwe zaciśnięcie potężnych szczęk na sobie. Wielkiego jaszczuroluda to jednak nie powstrzymało - rzucił się na niego z otoczonymi błyskawicami szczękami, gryząc, szarpiąc i rwąc ciało z mocą, która powaliłaby wołu. Na szczęście kombinacja wrodzonej odporności, wzmacniających dekoktów i magii Jina sprawiła, że bez trudu ustał, a nawet był w stanie bez większego problemu zasłonić się i grzmotnąć kolejnego jaszczurzego wojownika tarczą.

    Alchemik przesunął się delikatnie i otaksował pole bitwy. Wyglądało na to że jaszczuroludzie odzyskiwali animusz, którego brakowało im przez ostatnie kilkanaście sekund walki. Wyjął kawałek kurzej kości i cisnął nią na podłogę skandując w smoczym.
    - Obszar! Słabość! Panika! - a z ziemi wystrzelił ku górze niosący strach totem, zalewający umysły jaszczuroludzi wizjami porażki.
    Edward nie widział powodu by zmieniać działającą taktykę… kolejne kryształowe ziarno rozkwitło między jaszczurami, może nie powodując wielkich zniszczeń, ale utrudniając im poruszanie.

    Jaszczurzy strażnik próbował się podnieść i równocześnie obalić pirata, ale Amos potężnym kopniakiem posłał istotę znowu na ziemię. Z nogą opartą o klatkę piersiową jaszczura uniósł topór w górę i posłał go z impetem w dół, celując prosto między oczy przygwożdżonego. Topór wbił się w ciało z głośnym mlaśnięciem, a mózg wyzwolony z okowów czaszki wypłynął leniwie na podłogę.

    Zod skupił się na kapłanie, co zdawał się coś kombinować. Trzonek wbity w żebra spowolniony (ale nie zatrzymany) został nową lodową skorupą, zmanifestowaną w ułamku sekundy i tylko na ułamek sekundy gdy uderzał. Nie przejął się nią, zakręcił toporem rozłupując w drzazgi trójząb kapłana i tym samym ruchem utaczając jego krwi.
    Stojący kilka metrów dalej drugi kleryk wyrwał się z obrastających go, stworzonych przez Edwarda kryształów, a następnie rzucił kolejne zaklęcie.
    Przez moment nie działo się nic, aż nagle leżący pod nogami Amosa jaszczur, mimo kompletnie roztrzaskanej czaszki, z niesamowitą szybkością zerwał się na nogi, zamachując się bronią na pirata.
    - Animowanie swojego sojusznika?! Nie masz etyki zawodowej! - krzyknął Jin w smoczym, delikatnie przesuwając się w bok. Nie widział wrażego nekromanty, ale widział jego twór. Szybkimi ruchami otworzył niedawno zdobytą księgę i przekartkował ją do odpowiedniej strony, przeleciał oczami po słowach i wzniósł religijny zaśpiew.
    - Ojcze Burz, niech twe wiatry rozniosą magię naszych wrogów! - zawołał, wykonując księgą gest, jakby wysyłał coś w cztery strony świata. Zaklęcie okazało się jednak zbyt słabe, by naruszyć przepływ nekromantycznych energii.

    Edward wzdrygnął się nieprzyjemnie widząc nieumarłego. Nie był jeszcze do tego przyzwyczajony i miał nadzieję nigdy się nie przyzwyczaić.
    - Ed! - krzyknął Zod z wnętrza komnaty - Do nekromanty!
    Mag porzucił kolejne kryształowe ziarno, które ledwie rozpoczęło się formować i wycelował palcem z diablę. Gdy zakończył formułę błysnęło ono i zniknęło, pozostawiając efemeryczne iskry, ale kapłan co przywrócił do walki (no bo nie do życia) swojego towarzysza, nagle nie był oddzielony od Zoda metrami uciążliwego do przemierzenia krzyształowego bluszczu…

    Amos nienawidził nieumarłych. Nienawidził też nekromantów, a ostatnie wyczyny Jina napawały go obrzydzeniem. Szczęśliwie miał przed sobą zwłoki na których mógł się wyżyć. Złożył się i wyprowadził cios który gładko oderwał głowę trupa od torsu. Nieumarły zachwiał się i upadł na podłogę aby nigdy się już nie ruszyć. Jego twórca nie przejął się tym kompletnie, zamiast tego skupiając się na magii wzmacniającej - nie miał wielkich szans, ale najwyraźniej nie zamierzał się poddawać.

    Zod warknął i machnął toporem na odlew, ale nie celował wcale w kapłana a chciał tylko wywołać reakcję… Bojowy okrzyk obwieszczał nadchodzącą śmierć, a jaszczury, choć już raz to słyszały, to wcale nie poczuły się przyzwyczajone na ten rodzaj natarcia. Wciąż jednak nie przerywały ataków, mimo że ich próby kończyły się rozbijaniem zębów na jego tarczy. Jedynie zawzięty jaszczurolud walczący z Amosem osiągnął jakiś sukces, sprowadzając półorka do parteru.

    Jin wyjął z bandoliera przygotowaną wcześniej flaszkę kwasu. Cisnął nią na środek pomieszczenia, a płyn pod ciśnieniem wyrwał się z okowów szkła, oblewając tłum jaszczuroludzi. Pokój wypełnił się symfonią syczenia - bólu jaszczurów i kwasu przeżerającego się przez ich łuski. Edward powrócił do swego repetetywnego szaleństwa i posłał kolejne ziarno do pomieszczenia, jeszcze zagęszczając tłok i bluszczową podłogę

    Amos poderwał się na nogi, wystawiając przy tym na cios. Terbutje jaszczura uderzyło go w bok, ale ochronna magia Jina przechwyciła atak w swoje cieniste opary, tak że Amos poczuł tylko delikatnie klepnięcie. Pirat ciął jaszczura przez twarz szablą, zostawiając cienką szramę, i wybijając go z równowagi. Drugą ręką zamachnął się toporem w bok nogi, obalając jaszczura na podłogę. Próbował jeszcze wbić szablę w leżącego, ale jaszczur odtoczył się zręcznie na bok. W tym samej chwili uderzył w niego pocisk przerażającego zimna posłany przez kapłana, mrożąc mu skórę i mięśnie. Ten moment nieuwagi wystarczył, by zaraz potem dołączyć do jaszczura na podłodze.

    Zod nacierał na kapłana. Kolejne ciosy nie tylko upuszczały krwi, ale rozrywały jego pancerz. Obaj wiedzieli, że to ostatnie chwile jaszczura, ten jednak ani myślał się poddawać, nawet jeśli żałosna próba trafienia diablęcia skończyła się zderzeniem z jego tarczą…

    Alchemik wyjął kolejną flaszkę kwasu i ponownie rzucił nią na środek pomieszczenia. Eksplozja oblała niemal wszystkich walczących, nawet Zoda i Amosa, ale wyglądało na to że trollowa regeneracja którą ich obdarzył na bieżąco goiła rany. Tej ochrony nie mieli jaszczuroludzie, których ciała dalej się topiły.
    Repetytywne szaleństwo Edwarda z kryształowymi ziarnami nie zostało przerwane. Kolejne kryształowe, pnączopodobne zrosty chwytały, rozrywały i unieruchamiały chwiejące się już jaszczury.

    Pirat odtoczył się od jaszczuroludzia walczącego z nim w parterze i poderwał na nogi, bez trudu unikając kłapiącej szczęki. Mając przewagę wysokości wyprowadził dwa szybkie ciosy, przyszpilając jaszczura do ziemi. Krew buchnęła szerokim strumieniem, ale łuskoskóry wciąż się ruszał, napędzany nienawiścią.

    Zod widział, że to ostatnie chwile jego przeciwników. Poświęcił chwilę, spojrzał na jaszczurzego mutanta, korzystając z jego spowalniających już ruchów… na sposób w jaki przedstawiał nogi, jakie postawy przyjmował gdy atakował… nie było czasu na głębszą analizę… odbił tarczą kolejne uderzenie i wytrącił tym jaszczurzego mutanta z równowagi. Dostrzegł otwarcie. Topór przerżnął się przez gardziel, ale krew nie strzeliła… elektryczna struktura skrystalizowała się na ranie. Próbował krzyknąć, ale mutacja mu nie pozwoliła, jednak śmiertelna rana tylko spowolniła jego natarcie.

    Jin częścią świadomości podtrzymywał magię swojego niosącego strach totemu przez ostatnie sekundy walki, a teraz zgrabnymi ruchami przygotował kolejny granat hukowy. Cisnął nim w rekiniego kleryka, ale spudłował okrutnie. Eksplozja ukruszyła tylko odrobinę gruzu na odległej ścianie.
    Edward kontynuował stare i sprawdzone metody. Kontrolowana kontrola tłumu na większości przeciwników to bardzo poprawna forma wsparcia drużyny i wszyscy wiedzieli, że Zod nie radziłby sobie tak dobrze w środku tego kotła bez tego wsparcia.

    Otrzymawszy potężne uderzenie, od którego aż zatrzeszczało mu w kościach, Amos wciąż naprawdę się wkurwił. Uniósł szablę i topór i spuścił je razem celując w klatkę piersiową jaszczura. Obie bronie wbiły się głęboko, łuskoskóry szarpnął się jeszcze i znieruchomiał. Nie tracąc czasu Amos uwolnił swoje narzędzia pracy i wyćwiczonym krokiem pokonał dystans do wrażego kapłana.

    Zod dostrzegł otwarcie… a nawet dwa. Zakręcił się w wojennym piruecie. Kapłan próbował blokować resztkami tarczy, ale topór nie zatrzymał się ani na nich, ani na jego ramieniu ani jego szyi i jeszcze sięgnął mutanta.
    Głowa kapłana uderzyła w ziemię przed ciałem, a szelest ciała druzgocącego kryształowy bluszcz zgrał się z drugim, kończącym uderzeniem które rozszczepiło czaszkę mutanta, w sposób którego elektryczne kryształy nie potrafiły już zanegować.

    - Obezwładnijcie go! - krzyknął Jin do towarzyszy, samemu podchodząc do wciąż ciepłych zwłok jaszczura. Animował go szybką inkantacją, a trup uniósł się na nogi z werwą większą niż za życia. - Unieruchom! - wydał komendę wskazując kleryka.
    Otoczony przez przeciwników, ranny, osłabiony magią kleryk nie miał najmniejszych szans. Amos wyczuł moment kiedy uwaga jaszczuroludzia była skupiona na toporze Zoda i wbił szablę w kolano czaromiota. Ten zachwiał się, upadł i w kilka sekund został rozniesiony na ostrzach drużyny.

    Rozgrywka pathfinder spheres of power golarion

  • Gniew Burzy
    SindarinS Sindarin

    Jin rozejrzał się po pomieszczeniu, z niemałą dozą podziwu podziwiając cyklon. Magia która go przywołała była potężna. Bardziej spektakularna niż cokolwiek co widział do tej pory, ale boczne korytarze i płynące z nich strumienie energii, które zauważył Amos, sugerowały że kimkolwiek były osoby odprawiające rytuał - nie miały dość siły by samodzielnie przywołać pożądaną burzę.

    - Sprawdźmy te korytarze! - krzyknął do towarzyszy, przedzierając się przez wiatr. - Amos masz linę?! Poślę trolla żeby nas potem przeciągnął! - to powiedziawszy cofnął się o dwa kroki i wypluł z siebie zwłoki, które szybko przygwoździł swoim ciężarem - Życie! Śmierć! Odwrócenie! Prędkość! Gniew! - wyskandował, a ciało uległo animacji. Zombie wbił szpony w twarde podłoże i czekał na dalsze instrukcje.
    Amos nie słyszał wiele w tym wichrze, ale domyślał się o co pytał Jin. Warto zobaczyć pozostałe korytarze przed atakiem. Wyjął linę i z obrzydzeniem przyglądał się temu co wyczynia nekrochemista. Był użyteczny ze swoimi zabawkami, to trzeba było przyznać, ale Amos nie mógł znieść tej części tego chyba człowieka, która babrała się w nieżyciu. Z zamyślenia o tym dlaczego jeszcze nie skręcił Jinowi karku wyrwało go szturchnięcie. Podał linę Dhisowi zastanawiając się na ile niewinnie mógłby wypchnąć go z platformy. Ostatecznie jednak będzie potrzebny, więc cofnął się próbując dostrzec oko cyklonu.

    Zod najchętniej by wykorzystał Edwarda i wteleportował się prosto w oko cyklonu by zacząć machać toporem na lewo i prawo… ale nie mógł odmówić, że zarówno oszczędzanie mocy jak i sprawdzenie bocznych pomieszczeń miało sens.
    Spojrzał jeszcze raz sylwetki w cyklonie.
    - Nikt nie gwarantuje, że oni też nas już nie dostrzegli… Edwardzie… bądź może gotów nas teleportować… na wypadek jakby jakieś problemy się pojawiły, dobrze?
    Sam uchwycił mocniej topór i obniżył nieco pozycję, na wypadek gdyby rzeczywiście został nagle teleportowany między wrogów.
    - Przejdź do tamtego haka po ścianie i zawieś na nim linę, używając tej pętli! Potem wejdź do korytarza i czekaj na instrukcje! Gdyby coś cię zaatakowało - zabij! - krzyknął nekromanta do zwłok. Po otrzymaniu rozkazu troll chwycił za linę i walcząc z wiatrem ruszył po ścianie jaskini we wskazanym kierunku. Był już tuż obok haka, gdy silniejszy podmuch oderwał go od pionowej powierzchni i obijając, posłał wprost do wirującej wody, a wyjątkowo paskudne, wypowiedziane w jakimś zapomnianym języku, przekleństwo wykwitło na wargach nekromanty, porwane w dal przez wicher.

    Zwłoki przez kilka chwil w swoim bezmyślnym uporze walczyły z nurtem, z mokrą skałą i wiatrem. Czy gdyby go tu zostawił to nieumarły próbowałby wykonać swoje zadanie? Stanąć w korytarzu i zabić wszystko co zaatakuje? Czy to z tego brała się agresja zmarłych? Z nieprzemyślanej komendy? Tak czy inaczej nie mógł pozwolić na to by niekontrolowany twór został tutaj po tym gdy skończą swoje zadanie. Jin przymknął na chwilę oczy, znalazł nic nekrotycznej energii biegnącej od jego wnętrza do ciała trolla i przeciął ją jedną myślą. Troll oklapł, puścił linę i już po chwili znalazł się pod powierzchnią wody.
    - Macie inny pomysł?! - wywrzeszczał w uszy towarzyszy.
    - Dobra próba - kiwnął głową wielki Zod. Zawsze lepiej by to nieumarły tam zleciał - Edwardowe teleportacje do bocznej sali?
    Zmrużył oczy pod maską.
    - Mam pomysł! - krzyknął do drużyny - Ale nie jestem jego pewny! Edward, bądź gotów nas teleportować jakby okazał się on głupi!
    Zod podszedł do lin od nawietrznej. Uderzył jedną z nich trzonkiem topora, oceniając napięcie… Podszedł na zawietrzną i znów sprawdził naprężenie. Było… mniejsze. I zdawały się łatwe do odwiązania. Opuściół wzniesiony już do uderzenia topór i pochylił się.

    Jedna lina odwiązana. Za nią druga. Te były luźne. Przeszedł na drugą stronę po platformie, która drgnęła lekko. Spojrzał na Edwarda i kiwnięciem głowy dał mu znać, że to właśnie moment gdy może zacząć się walić. Odwiązanie tych lin było trudniejsze, bo były napięte, ale nie aż tak bardzo jakby się spodziewał…
    Minęło parę pełnych napięcia sekund, po których platforma ruszyła się. Powolnym, spacerowym tempem zaczęła przesuwać się wzdłuż ściany jaskini, pchana przez wichurę. Kilka chwil później znaleźli się już u wylotu kolejnego tunelu - po obu jego stronach znajdowały się haki podobne do tych, od których Zod odwiązywał liny.
    Przeskoczenie na stabilny grunt nie było problemem - platforma zatrzymała się, ale ciężko było stwierdzić, na jak długo.

    Zod już w trakcie zdał sobie sprawę, że powinien był odwiązać linę od haków na ścianie, a nie od platformy… i był zadowolony, że podjął się mniej destruktywnej opcj. W pośpiechu wyciągnął ze swego plecaka własną linę… gdy platforma przepływała obok haka szybko zawiązał prosty węzeł…
    Gdy platforma się zatrzymała tylko ułatwiło to dobór odpowiedniej długości. I tak zawiązał linę, bo nie wierzył by platforma był tu już na stałe. Wyprostował się zadowolony. Oszczędzanie magii przed walką z Mówcą jest warte zachodu.
    - To było odważne. Ale efektywne. - stwierdził Jin, wchodząc do korytarza gdzie wicher był “nieco” cichszy. Wyjął z bandoliera cztery mikstury w opalizującym zielono-srebrnym kolorze. Rozdał je towarzyszom. - Sugeruję szybko przełknąć, nie smakujcie. Poprawiłem nieco recepturę, powinny nas obdarzyć trollową regeneracją na dłuższy okres czasu. Grupa. Obrona. Wytrwałość. - zwrócił się do drużyny, kończąc wywód ochronnym zaklęciem.

    Przeczucie Zoda okazało się słuszne, gdyż po kilkunastu sekundach platforma drgnęła jakby miała ruszyć w dalsze okrążenie, w stronę tunelu na południu. Ten zaś wyglądał na kompletnie zasypany gruzem. Cokolwiek wywołało ten zawał, musiało także wyrwać widoczną stąd sporą dziurę w ścianie jaskini parę metrów poniżej.
    Bohaterowie jednak skupili się równo obrobionym kamiennym tunelu, przy którym zatrzymała się platforma. Z jego wnętrza wiał niewiarygodny ziąb, niczym podmuch wiatru z dalekiej północy Avistanu – im głębiej, tym było zimniej. Wszystko było pokryte warstwą lodu sprawiającą, że każdy nieostrożny krok wiązał się z ryzykiem upadku. Krótki korytarz wychodził na szerszą komnatę przypominającą nieco kaplicę. Była niemal pusta, jeśli nie liczyć dwóch posągów ustawionych po obu stronach drugiego wyjścia, idealnie naprzeciwko wchodzących bohaterów. Wyglądały …dziwnie, tak jakby ktoś przerobił, wykorzystując magię i toporną rzeźbiarkę, istniejące wcześniej statuy tak, by kompletnie zmieniły swój wygląd. Ich poprzedni kształt ciężko było wywnioskować, zaś obecny został rozpoznany przez Jina.
    Chuda, żylasta kobieta opasana delikatnym, przejrzystym szalem była Hshurhą, Panią Wszystkich Wiatrów, zaś wyprostowana smocza figura z widocznymi skrzelami przedstawiała Kelizandriego, Morskiego Imperatora. Oboje należeli do Lordów Żywiołów, małego i niezbyt znanego panteonu półbóstw reprezentujących mroczne i złe aspekty wszystkich żywiołów.
    Gdy nekrochemik przyglądał się posągom, Amos i Zod zauważyli inną ciekawostkę w pomieszczeniu. Znajdujący się jakieś dwa metry nad ich głowami oblodzony sufit okazał się być jedynie lodową barierą, nad którą znajdowała się dalsza część tej komnaty.

    - Złośliwe bóstwa, nie cieszące się niczym bardziej jak śmiercią i zniszczeniem wywołaną przez im poddane żywioły. Nie będę wypowiadał ich imion, w miejscu im poświęconym mają moc. - stwierdził Jin, podchodząc do posągów, starając się nie zaliczyć przy tym spotkania z podłożem. Ciekawe co przedstawiały oryginalnie? Ich polarne przeciwieństwa, dobrych lordów? A może Gozreha?
    - Jeśli miałbym gdzieś ulokować pułapkę to byłoby to tutaj. - dodał wskazując statuy, i przypatrując się uważnie im i ich okolicy. Nie dostrzegł jednak w pomieszczeniu niczego, co wyglądałoby bardziej podejrzanie.
    - Spieszmy się, zanim się wyziębimy - powiedział Amos. Sufit prosił się o mocne uderzenie, niestety wyglądał na zbyt wysoki żeby można było tam sięgnąć toporem. Wyjął pistolet.
    - Zobaczymy co skrywa się za tym lodowym stropem? - spytał Edwarda.
    - Dawaj - odpowiedział Zod, który przerwał rozmyślania w jaki sposób miałby jednak sięgnąć sufitu. Jakby nie lód na podłodze to podsadził by kogoś i to by problem rozwiązało, ale tak to było niebezpieczne. - Strzel tylko gdzieś tam tyłu… tak, że jakby miało się coś wylać z góry to aby nie odcięło nam drogi ucieczki.
    Huk pistoletu w zamkniętym pomieszczeniu był ogłuszający. Kula wbiła się w lód, ale jego warstwa musiała być dość gruba, gdyż poza stworzeniem sporej siatki pęknięć nie wywołała znaczącego efektu. Może kolejny strzał, albo uderzenie czymś innym, zdołałoby rozwalić ten fałszywy sufit?
    - Nie zwróciłem wcześniej uwagi na twoją broń palną. - odezwał się Jin w ciszy która zapadła po wystrzale - Chciałbym ją obejrzeć w wolnej chwili. Jestem ciekaw konstrukcji. - dodał, wyjmując coś z przepastnej torby która miał u pasa. Okazało się że było to pozbawione mięsa truchło szczura. Włożył w kości jeden z swoich granatów, tak że ten mieścił się w klatce piersiowej zwierzęcia. - Życie. Śmierć. Odwrócenie. - wyszeptał, a zwłoki uległy animacji. Ocenił szybko lód nad ich głowami i wskazał zwierzęciu punkt gdzie powinien być najsłabszy. - Podrzucę cię, masz się złapać sufitu. Następnie zdetonuj w tym miejscu.
    - Ughh… może kontrpropozycja - wtrącił Zod - Chyba nam wszystkim wciąż dzwoni w uszach po wystrzale, a ten granat ma pewnie kilkanaście razy większy ładunek, co nie? Masz coś większego zjedzone? Brakuje mi jakiegoś metra aby sięgnąć sufitu toporem. Coś rozmiarów niedźwiedzia leżące martwo na ziemi by mi chyba wystarczyło. Jakby stało to na pewno.
    Jin pokręcił przecząco głową. - Tylko te trolle, jeden został zniszczony, drugi się utopił. Po zwłoki wyznawców Gozreha nie sięgałem, byłoby to nieetyczne. Zatkajcie uszy, testowałem je wcześniej, to będzie do zniesienia.
    Zombiszczur chwycił się kurczowo szczeliny w lodzie i łaskawie poczekał, aż Jin wycofa się do towarzyszy, a następnie pisnął złowieszczo i eksplodował, rozbryzgując gnijącą materię dookoła. Eksplozja wybiła w lodowej warstwie dziurę o szerokości niemal metra, od której błyskawicznie zaczęły rozchodzić się szczeliny i pęknięcia. Zanim ktokolwiek zdołał skomentować, że to niekoniecznie mógł być dobry pomysł, cały sufit runął bohaterom na głowy.
    I nie tylko sufit. Z głuchym plaśnięciem na posadzce między posągami wylądował ogromny sześcian zmrożonej galarety, kompletnie blokując drogę. W jego przejrzystym cielsku, pokrytym lodem, unosiły się fragmenty kości i metalu.

    Jin odskoczył od sześcianu który spadł na podłogę, szybko omiatając go wzrokiem. Czytał kiedyś o takich istotach, choć ten zdawał się być znacznie potężniejszy.
    - Jest odporny na zimno i elektryczność, nie ma umysłu i nie musi widzieć! Unikajcie broni tnącej, może go podzielić na mniejsze! - krzyknął do towarzyszy, samemu odczepiając torbę z lepkim śluzem. W tak gigantyczny cel nie mógł spudłować. I miał rację. Wór wpadł do wnętrza istoty i eksplodował z cichym pyknięciem. Gęsty klej zaczął mieszać się z ciałem żelka, szybko twardniejąc i ograniczając jego ruchy.
    Się skrzywił odrzucając swój topór pod ścianę. Brak broni tnącej, to brak tnącej. Sięgnął po buzdygan, co miał “na wszelkie wypadek”. Cóż… wszelki wypadek w końcu się zdarzył. Wbiegł w przód, wyszukując jak go uderzyć, aby możliwie zdestabilizować jego formę. Potężny cios sprawił, że fragmenty śluzu rozbryznęły się po pomieszczeniu, a cała bryła aż zafalowała.
    Amos warknął, wzorem diablęcia odrzucając swoje ostrza. Rozejrzał się, szukając właściwej broni - tą okazał się kostur Edwarda. Półork wyrwał go zaskoczonemu magowi i kręcąc nim młynki, ruszył za Zodem. Czarodziej zaś ostatecznie wzruszył ramionami i posłał w sześcian kulę czystej energii. Ten próbował ruszyć się z miejsca, by wtoczyć się na wojowników, ale pęta trzymały mocno. Jednak sama jego obecność sprawiała, że Amos i Zod czuli mordercze zimno.

    Alchemik był zadowolony z dotychczasowych efektów swoich działań. Wyjął z bandoliera granat, odpalił go i cisnął pakunkiem w środek lodowej bryły. Wpadł do środka podatne ciała istoty i eksplodował, uwalniając falę gorących gazów i metalowych odłamków które zaburzyły sześcian.
    Zod i Amos przesunął się na boki, by flankować sześcian z lewej strony… nie aby flanka była cokolwiek warta przy czymś co nie broni się w żaden aktywny sposób, ale jakby się wyrwał to przynajmniej będzie musiał wybrać kogo spróbuje pochłonąć zamiast ich wszystkich razem wziętych. Ich ciosy oraz zaklęcia odrywały kolejne fragmenty śluzu, ale nie wyglądało na to, żeby miało go w jakikolwiek sposób spowolnić.
    W końcu rozerwał kruszejące już fragmenty kleju i nagłym zrywem pchnął całą swoją masę na Amosa. Półork próbował uskoczyć, ale poślizgnął się na lodzie i gdyby nie błyskawiczna praca nóg, zostałby całkiem wchłonięty.

    Alchemik został całkowicie zaskoczony tym jak szybko żelek wyrwał się z jego pęt. Spodziewał się przynajmniej kilkunastu sekund więcej. Posłał kolejny granat w lepkie odmęty istoty, starając się wypatrzeć w jego amorficznej formie coś co mogłoby mu powiedzieć jak “zdrowe” jest to coś. Było to znacznie trudniejsze niż zdiagnozowanie czegoś, co ma jakiekolwiek organy wewnętrzne, ale zauważył szczegóły, które dawały wystarczająco jasne informacje. Zdestabilizowana powłoka zewnętrzna, dziury, przez które powoli wylewała się część masy jego “cielska” - to sugerowało, że glut był już w bardzo złym stanie.
    Ledwie chwilę później tą hipotezę potwierdził Zod. Ryknąwszy pod maską, kontynuował agresywne natarcie: kolejne potężne uderzenie buzdyganem wstrząsnęło galaretowatym sześcianem, który w końcu zadrżał raz jeszcze i rozpłynął się w kałuży pełnej grud lodu.

    Alchemik odetchnął z ulgą gdy sześcian stracił swoją formę. To mogło się skończyć o wiele gorzej.
    - Wszyscy cali? - spytał rzucając okiem na rany towarzyszy, które nikły w oczach. Przygotowane przez niego “trollowe” wywary ponownie dowodziły swojej przydatności.. - Mam nadzieję że przynajmniej było warto. - dodał wskazując sufit i starając się wypatrzeć w nowo powiększonym stropie coś ciekawego.
    - Wszyscy - przytaknął Zod, zdmuchując z podniesionego topora okruchy lodu. - Śluzy często stosuje się jako pułapkę. Nie zdziwię się jeśli tam gdzie wylądował znajduje się płyta naciskowa, co by nam go na głowę zwaliła. - Zod teoretyzował, ale sam też wytężał patrzały by sprawdzić czy może się nie myli i coś będzie tam ciekawego…
    Rozglądanie się po suficie nie dało żadnych wyników - wydawało się, że sugestia Zoda była zdecydowanie sensowna. Pozostała część pomieszczenia była kompletnie pustym sklepieniem wykutym w skale jaskini.
    - Cóż… - Diablę wzruszyło ramionami - No to chodźmy zobaczyć czego bronił.
    Zaproponował, ale już kierował swoje kroki w głąb korytarza. Ostrożnie, z alchemikiem trzymającym się blisko pleców wojownika.
    Ślizgając się na zmrożonej posadzce, bohaterowie dotarli korytarzem do kolejnego pomieszczenia, również w całości pokrytego lodową skorupą. Stały w nim dwie drewniane, zamarznięte na kość ławy – siadając na nich, można było zapewne podziwiać wymalowane na ścianach sceny, teraz jednak ledwo widoczne. Panował tu jednak jeszcze bardziej przeszywający ziąb sprawiający, że ciężko było powstrzymać szczękające zęby.
    Źródło tego mrozu stało się od razu widoczne. Idealnie naprzeciw wejścia do następnej, większej komnaty, znajdował się metrowej wysokości kamienny podest, nad którym unosiła się kryształowa sfera wielkości głowy. Otoczona była lodowymi prętami tak, że ledwie można było wsunąć tam dłoń, zaś w jej wnętrzu kłębiła się istna śnieżna zamieć, emanująca na zewnątrz i formująca się w strumień energii, płynącej do głównej jaskini kompleksu. Dało się wyczuć, że samo wejście do komnaty będzie można przypłacić odmrożeniami, nie mówiąc już o próbie dostania się do tej sfery.
    - Edward, możesz to rozproszyć? Przypuszczam że rytuał ciągnie siłę z tej sfery. - odezwał się Jin, samemu przetrząsając kieszenie swojego bandoliera w poszukiwaniu opiłków srebra. - Jeśli osłabimy magię to być może Amos z Zodem dadzą radę z rozłupaniem tego artefaktu nim odzyska swoje właściwości.
    Mag pokręcił głową, drżąc na całym ciele.
    - Nie mam nic takiego - podmuchał w dłonie, przyglądając się kuli - Wydaje mi się, że to stały efekt magiczny, rozproszenie nie zniweluje go zupełnie, a jedynie stłumi na moment -
    - W takim razie ja spróbuję. Może uda się go przytłumić na chwilę i rozbić w tym czasie. Jeśli zniszczymy naczynie to wracająca magia “powinna” się rozwiać. Zatkajcie uszy. - powiedział Jin, szykując kolejny granat. Wsypał opiłki srebra do wnętrza, a na osłonce wyrył końcówką sztyletu znaki w smoczym “Magia. Cel. Zakończenie.” Odpalił lont i cisnął granatem w sferę…
    Pocisk zmieścił się jakoś pomiędzy prętami i rozbił na sferze, która zakołysała się w powietrzu, jednak jej moc zaburzyła się na zaledwie ułamek sekundy, zanim wróciła do pełnej siły.
    - Granaty do późniejszej rewizji. Edward, jakiś pomysł na podstawy teoretyczne dla działania tego artefaktu? - spytał alchemik pocierając cierpnące od zimna dłonie.

    Zod zniknął na chwilę, wracając się do platformy, gdzie zostawił swoją linę. Nie było tam potrzeba jej całej. Gdy wrócił do przemarzającej drużyny miał już jej niepotrzebną tam część obwiązaną wokół pasa. Upuścił drugi jej koniec na ziemi i obok zostawił swój plecak.
    - W razie czego wyciągnijcie mnie.
    Powiedziało krótko diablę i nie czekało na odpowiedź, a jakąkolwiek i tak zagłuszył bojowym warknięcie, połączonym z uderzeniem rękawicy w kirys. Dla dodania sobie kurażu. Wszedł do środka krokiem tak pewnym i szybkim jak podłoże pozwalało. Z każdym metrem robiło się coraz zimniej, i nawet jego diabelska odporność powoli przestawała wystarczać. W końcu jednak stanął na wyciągnięcie ręki od lodowej klatki, za którą powoli obracała się kryształowa sfera, będąca źródłem tego niesamowitego mrozu.
    - Zod rozbij ją! - zawołał Jin, szczękając zębami z zimna.
    Diablę szarpnięciem zrzuciło z przedramienia formujące się sople. Na krótki moment otworzyło szerzej oczy, które dotąd ledwie były rozwarte, aby chronić je przed zimnem. Zaparł się, wyczuwając kierunek wiatru, wzniósł topór i upuścił go z głuchym warknięciem wkładając w uderzenie całą swoją siłą…
    Pierwszy cios zdruzgotał lodową klatkę, a drugi trafił prosto w kryształową sferę, rozpaławiając ją. Zanim ktokolwiek zdążył chociażby mrugnąć pokrytymi szronem powiekami, obie połówki zatrzęsły się i eksplodowały falą potwornego zimna. Zod przyjął na siebie większość tej mroźnej energii, ale i jego towarzysze ją odczuli. Momentalnie po przejściu tej fali w pomieszczeniu zaczęło się robić cieplej. Lód na ścianach i podłodze topniał w oczach, zostawiając spore kałuże, a także ujawniając coś jeszcze.
    W korytarzu, którym szli wcześniej, Amos dostrzegł delikatne, niemal niedostrzegalne szczeliny w ścianie - wyglądało na to, że jest tam ukryte przejście, prowadzące na południe.

    Zod wstrząsnął się trochę jak zmokły ogar, z jakimś porażeniem w głowie, próbując zrzucić z siebie śnieg, lód i sople. W znacznej mierze się udało.
    - Nie promieniejecie, panowie… sprawdzamy to ostatnie pomieszczenie i przerwa by się wygrzać? - zaproponował, samemu już spoglądając w kierunku odkrytego przejścia.
    - Świetny pomysł, ale nie traćmy za dużo czasu. Jeśli jaszczuroludzie odprawiający rytuał wykażą się minimum kompetencji to wyczują że coś się stało z dopływem energii. - odpowiedział Jin, podchodząc do diablęcia. Przemrożona tkanka na jego oczach nabierała koloru, ale w tempie o wiele mniejszym niż mógłby się spodziewać. - Zod, uważaj na siebie. Moje wywary osiągają granicę swojej wydajności. Kolejne rany nie zaleczą się szybko. - po tych słowach alchemik podszedł do ukrytych wcześniej drzwi i pchnął je mocno, z niemałym trudem pokonując opór zmrożonych zawiasów. Przed ich oczami ukazał się wąski, wyglądający na dzieło natury tunel, prowadzący zakolami na południe. Najwyraźniej twórcy tego kompleksu wykorzystali już istniejącą strukturę do stworzenia dodatkowego przejścia - po kilkunastu metrach kończył się drzwiami, które doprowadziły bohaterów do kolejnego pomieszczenia.

    Było ono nieco większe od kaplicy, z której przyszli i poza ukrytym wyjściem były tu jedynie pojedyncze kamienne wrota, prowadzące na południe, chociaż możliwe, że znajdująca się w zachodniej jego części niewielka sadzawka (która najpewniej powstała naturalnie już po opuszczeniu kompleksu) prowadziła do środkowej jaskini - woda nie miała jak się tu dostać inną drogą, a do tego burzyła się delikatnie.
    Kiedyś była to jakaś biblioteka lub archiwum, jednak czasy jej świetności miała już dawno za sobą. Większość pomieszczenia wypełniały krzywe, połamane i ledwo stojące półki na książki, na których ostało się ledwie kilka podniszczonych tomów - pozostałe zostały rozszarpane na strzępy, a ich okładki i karty zaścielały podłogę. Niektóre miały jeszcze mniej szczęścia i po zniszczeniu zostały użyte w celach, które aż zmroziły naukową część drużyny. Powiedzmy, że użycie ich jako paliwa do ognia było najdelikatniejszym losem… widać było mianowicie, iż całe dekady temu ktoś wykorzystywał (czy raczej, sądząc po śladach starej krwi na wrotach, został do tego zmuszony) to miejsce jako swoje lokum. Widać nawet było resztki kości, niewątpliwe ludzkich, w wielu przypadkach ze śladami zębów.
    Powietrze przesycone było zapachem ozonu, a ciągły trzask wyładował sprawiał, że trzeba było podnosić głos, żeby się usłyszeć.

    - Nic ciekawego tu chyba nie będzie! - ocenił Zod, ale z dozą niepewności zostawiającą Jinowi i Edwardowi miejsce na ewentualny protest. Wbrew temu sam podszedł do sadzawki, w zasadzie pro forma sprawdzić czy na dnie czegoś ciekawego nie znajdzie. Ta okazała się być wylotem podwodnego tunelu, prowadzącego na zachód - Zod był pewien, że zanurzając się we wzburzonej wodzie, dopłynął by do głównej jaskini. Nie miał jednak pewności, czy byłby to dobry pomysł, widząc jakieś podłużne kształty przemykające w toniach.

    Jin natomiast pokręcił głową z rezygnacją. Tyle wiedzy zniszczone. Ktokolwiek tu był uwięziony musiał zostać doprowadzony do granicy człowieczeństwa. Albo ją przekroczył, sądząc po obgryzionych kościach. Nekromanta podszedł do zwłok, starając się ocenić do jakiej istoty mogły należeć zęby które tak pocharatały zwłoki. Szybko doszedł do nieprzyjemnej konstatacji, że były one ludzkie…
    Po oględzinach odmówił krótką, książkową, modlitwę do Gozreha, polecając mu dusze tutaj zgubionych i odezwał się do towarzyszy.
    - Nie dotykajcie niczego metalowego, ani wody. Elektryczność wisi w powietrzu, podejrzewam że zaraz natkniemy się albo na pułapkę, albo na istotę mającą związek z energią. Jak elektryczne węże które niedawno pokonaliśmy. -
    Dokładniejsze zbadanie komnaty przyniosło jedynie smutną świadomość tego, jak wiele wiedzy zostało bezpowrotnie utracone. Nawet tomy na półkach niemal rozsypywały się pod dotykiem, poza jednym - niewyróżniający się grymuał zatytułowany Hymny Wiatru i Wód był niemal nietknięty. Szybkie badanie wykazało, że został zabezpieczony magią, i to nie bez powodu. Według wiedzy Jina, tytuł ten był jednym z najważniejszych traktatów gozrehańskich i nawet jego kopie, takie jak ta, były wiele warte dla jego kościoła. Ponadto, część zawartych w nim hymnów była nasączona boską magią.

    Alchemik z niemałą dozą czci kartkował znaleziony tom. Od zawartej w nim energii swędziały go palce, a oczy z niemałą dozą głodu przeskakiwały po kolejnych kartach. Ostatecznie zamknął dzieło, zmuszając do tego całą swoją wolę i obrócił się do Zoda.
    - Idziemy dalej? - spytał retorycznie i ruszył w kierunku kolejnych drzwi.
    - Ja przodem - wypchnął się przed alchemika Zod. W swoją odporność wierzył bardziej niż jinową. Po obejrzeniu drzwi, pochylił się do nich tarczą i nacisnął klamkę, gotowy na niedostrzeżone pułapki, czy nagłe ataki. Na nic podobnego nie trafił, wrota okazały się też otwarte – najwyraźniej ktoś już wcześniej uporał się z ewentualnymi zamkami czy barykadami.

    Rozgrywka pathfinder spheres of power golarion

  • Gniew Burzy
    SindarinS Sindarin

    Poświęciwszy kilka godzin na odpoczynek, zebranie sił i przygotowania, bohaterowie stanęli w końcu przed potężnymi wrotami z czarnego kamienia. Z bliska robiły wrażenie: wysokie, masywne, praktycznie gładkie, jeśli nie liczyć otworów na pieczęcie, kompletnie nienaruszone przez czas i warunki pogodowe. Zod miał wręcz wrażenie, że prędzej połamałby wszystkie narzędzia, niż zrobiłby w nich choć najmniejszą rysę. Do tego na szczęście nie musieli się uciekać, mieli jadeitowe pieczęcie, zdobyte siłą, sprytem i zaskakującym popisem dyplomacji.

    Obie idealnie pasowały do swoich otworów, a gdy tylko zostały w nie wsunięte, wrota drgnęły, a następnie otworzyły się powoli. Za nimi znajdowała się najwyraźniej jedyna zadaszona komnata w całym kompleksie, osłonięta z góry wyglądającym na jednolitą masę blokiem granitu. To uszczelnienie sprawiało, że zdobiące jej ściany murale zachowały się w idealnym stanie. Wspaniałe, pełne jaskrawych barw malunki przedstawiały morskie i podniebne scenerie, pełne życia: wszechobecne ptaki i ryby uchwycono tak realistycznie, że wydawało się, że lada moment wyskoczą z obrazów i odlecą w dal. Wokół nich wiły się zaś linie nieznanego bohaterom pisma, otaczającego zwierzęta niczym wiry powietrza i morskie fale. Poza nimi wnętrze komnaty było puste, jeśli nie liczyć szerokich schodów prowadzących gdzieś głęboko w ciemność. Stojąc u ich szczytu, dało się usłyszeć odległy, a mimo to potężny szum i rumor burzy, dochodzący z głębi ziemi. To tam musiał być Daruthek i jego poplecznicy, i jeśli wierzyć odgłosom, pilnie pracował nad swoim planem ściągnięcia na deltę Koriru burzy stulecia.

    text alternatywny

    Schody prowadziły przez długi, liczący dobrze ponad sto metrów wykuty w skale tunel, cały czas opadając nieco w dół. Z każdym stopniem hałas i rumor narastały, by w pewnym momencie dojść do poziomu, w którym można było porozumiewać się tylko krzykiem. Powietrze zaś stawało się coraz wilgotniejsze i cieplejsze, aż drużyna dotarła do kilkumetrowego korytarza, w którym surowo ociosane ściany przechodziły w bardziej obrobiony kamień, oświetlony zawieszonymi na ścianie pochodniami, świecącymi mimo wiatru i wilgoci. Korytarz wychodził na pieczarę, w której widać było coś niesamowitego.

    text alternatywny

    Tak zapewne musiało wyglądać słynne Oko Abendego – tu jednak w nieco mniejszej wersji, zamknięte w ogromnej jaskini. Istna ściana chmur, wody, wiatru i błyskawic, wirująca z niesamowitą prędkością w jej centrum, sięgając od wzburzonej wody kilka metrów niżej aż do kopuły kilkanaście metrów nad głowami drużyny. Ten stacjonarny cyklon wypełniał niemal całe wnętrze jaskini, zostawiając tylko parę kroków wolnej przestrzeni i tak targanej niewiele słabszymi podmuchami wilgotnego wiatru. Bohaterowie, w moment przesiąknięci do suchej nitki, mieli trudność, by w ogóle ruszyć się z miejsca wbrew prądom powietrza. Huk burzy był wręcz niewyobrażalny, a po wszelkich metalowych elementach ich wyposażenia regularnie przeskakiwały drobne wyładowania. Zaś gdzieś głęboko we wnętrzu tej niesamowitej chmury burzowej dało się dostrzec unoszącą się w powietrzu platformę, na której przebywało kilka sylwetek.

    Podest, na którym stali bohaterowie, chwiał się dość mocno, targany huraganowym wiatrem. Nie był to jednak efekt jakichś uszkodzeń konstrukcji – szybko skonstatowali, że w ogóle nie jest przytwierdzony do podłoża, zamiast tego unosząc się samodzielnie w powietrzu, podobnie jak platforma na środku. Tylko kilka zawilgotniałych lin, przywiązanych do haków po obu stronach wejścia, utrzymywało go w tym punkcie. Na lewo i prawo w ścianach jaskini były podobnej wielkości przejścia, z takimi samymi hakami na bokach.

    Rozgrywka pathfinder spheres of power golarion

  • Gniew Burzy
    SindarinS Sindarin

    Wyrwa w ścianie była zarośnięta pnączami, ale zerwawszy kilka, Zod mógł zajrzeć w ten gąszcz. Nie dostrzegł jednak żadnych zagrożeń – po drugiej stronie była tylko rozciągająca się na wszystkie strony dżungla. Pewnie dałoby się tędy wkraść do świątyni niezauważonym przez jaszczuroludzi, ale z drugiej strony skończyłoby się to zaskakującym spotkaniem z gnilcem.
    W tym czasie pozostali zajęli się przeszukaniem pomieszczenia, w którym gnieździła się mordercza roślina. Musiała siedzieć tutaj od długiego czasu, gdyż posadzkę zdobiły kompletnie oczyszczone kości przynajmniej kilku humanoidów – zarówno jaszczuroludzi, jak i innych ras, w których Jin rozpoznał niziołka i półelfa. Ich ciała i ubrania zostały w większości zniszczone czy też przetrawione, ale wśród tych resztek udało się znaleźć parę skarbów: dwie fiolki z grubego szkła z korkiem ozdobionym małą tarczą, pełne gęstego niebieskiego płynu, a także parę glinianych, zręcznie rzeźbionych figurek.
    Amos również miał szczęście, w zniszczonej szafeczce w kwaterach odnalazł piękny rzemienny naszyjnik, ozdobiony drobnymi fragmentami jadeitu. To, że kawałek rzemienia był w niemal idealnym stanie mimo leżenia przez dekady w takich warunkach wydało mu się na tyle podejrzane, że od razu pokazał go Edwardowi. Przerzucie go nie oszukało, naszyjnik okazał się być magiczny, wzmacniając ciało i umysł noszącego.

    Niestety jednak, mimo tych znalezisk w pomieszczeniach nie było nawet śladu po pieczęci, która mogła im pomóc dostać się do zamkniętej części świątyni, dlatego też bohaterowie musieli udać się do południowej części kompleksu. Mijając kapliczkę zawierającą jedynie rząd ośmiu kolumn, przebili się przez gęstą ścianę pnączy i gałęzi, która osłaniała następne pomieszczenie.
    To zaś prezentowało się co najmniej niezwyczajnie: długa sala z dwoma rzędami wąskich filarów, sięgającymi niemal powyżej murów świątyni. Były ich łącznie cztery pary, a każdą z nich łączyły na szczycie wiązki czerwonych nici, trzymające się doskonale mimo takiej pogody. Zwisały z nich dziesiątki dzwoneczków i gwizdków, grających cichą melodię, która przy tym wietrze powinna być zdecydowanie głośniejsza. Zod mógłby też przysiąc, że słyszy jakieś ciche głosy, jakby modlitwy?
    Nie tylko dzwonki zwracały uwagę – na podłodze pod nimi walały się dziesiątki kości, białych już ze starości.

    - Ughh… A może mają tu gdzieś drugiego gnilca - niby-zapytał Zod - z którym można by walczyć zamiast przez to badziewie przechodzić?
    Wielkie diablę schyliło się chwytając kawał gałęzi, długo wycelował, umyślnie dając drużynie czas na protest i miotnął drewnem głęboko pomiędzy kości.
    -Raczej nie - odpowiedział Jin, obserwując łuk jaki pokonał kawał drewna nim z klekotem wylądował między kośćmi - To mi raczej wygląda na umyślne śmierci. Kości ofiar?
    Jeśli tak było, to musiały być bardzo stare i naruszone przez czas, bo gdy rzucona przez Zoda gałąź spadła na nie, dało się słyszeć trzask ich łamania. Nic się jednak nie wydarzyło, jedynie te ciche głosy na moment się wzmogły.
    Zod wstał z kucków, niezadowolony. Preferowałby aby kości powstały i była to kolejna walka. W walce dobrze się czuł.
    - To jest głupie… - szepnął niby do siebie, ale tak naprawdę tłumacząc się przed drużyną z zamiarów.
    - Hej! - podniósł głos, tak aby teoretyczne duchy, wydające te odgłosy, mogły go wyraźnie usłyszeć - Jestem Zod! To jest Jin, Amos i Edward! Jesteśmy przyjaciółmi plemienia Dzieci Bagien! Jesteśmy na misji by uwolnić je od heretyka! Aby to zrobić potrzebujemy jadeitowych pieczęci! Pierwszą już mamy, dobrowolnie, w dobrej wierze nam wręczoną przez samą przywódczynie Shathvę! Prosimy o prawo przejścia!
    Odpowiedzią był jedynie niezmieniony dźwięk dzwonków i ciche głosy. Jin zaczął powoli dochodzić do wniosków, że mogą tu mieć do czynienia z podobnym zjawiskiem nawiedzenia co to, na które natknęli się w forcie. To jednak musiało istnieć już dziesiątki, jeśli nie setki lat.
    - Warto było spróbować - wzruszył ramionami Amos. - Trzeba ruszać, im szybciej weźmiemy pieczęć tym szybciej zakończymy tę przygodę i wrócimy do rozwalania czaszki tego całego Mówcy Słońc. -
    Zod zagryzł język pod maską.
    - Spróbujmy jeszcze raz. Ale tym razem w smoczym…
    - Myślisz że duchy nie czują intencji, a czekają na słowa? - spytał półork luźno kręcąc młynki to jedna, to drugą bronią. W zasadzie było mu obojętne co odpowie Zod. Nie interesowało go kompletnie w co wierzy zamaskowany brzydal. Był zły na siebie za ostatnią walkę, co próbował zamaskować luzem. Tak napad to nie podobała mu się ta świątynia, ani ta cała sytuacja. Wolałby od razu przejść do rzeczy, ale jeśli prośba do tego przeklętego miejsca miałaby przyspieszyć odnalezienie pieczęci, był gotów spróbować.
    - A bo ja wiem czy po śmierci bym się poliglotą stał? - wzruszył Zod ramionami - Jeszcze tam nie byłem. Najpewniej nic to nie da, ale nic nie tracimy próbując… Jin, czyniłbyś honory? Mój smoczy trochę leży…
    Jin posłusznie powtórzył słowa diablęcia w pięknym akademickim smoczym i czekał przez chwilę na efekt, ale raczej się go nie spodziewał - i słusznie, żadnych efektów nie było. Zwłoki i kości były antyczne, dawni mieszkańcy tej okolicy raczej nie posługiwali się tym językiem.
    - Wygląda to na stare nawiedzenie. Dziesiątki dusz które zakończyły tutaj swój cielesny byt i ruszyły na sąd Pharasmy nasyciły to miejsce mroczną energią. Mam pomysł. Obwiążcie mnie liną, ja wejdę do środka i przeszukam pomieszczenie, a gdybym uległ opętaniu wyciągnięcie mnie i unieruchomicie dopóki nie dojdę do siebie. - zaproponował Jin.
    Półork wzruszył ramionami, ale wyciągnął linę. Spętanie nekrochemika było zbyt kuszące by sobie odmówić.
    Gdy solidnie (może nawet nieco za mocno) przewiązany Jin minął pierwszą linkę z dzwonkami, rozpętało się istne pandemonium. Wiatr zawył potępieńczo, sekundę później zagłuszyły go ciche wcześniej głosy, które teraz zmieniły się w prawdziwą kakofonię krzyków, pełnych przerażenia i cierpienia. To wszystko trwało moment, a punktem kulminacyjnym było uderzenie jednego, potężnego dzwona. Gdy ten głos przebrzmiał, zapanowała cisza, lecz nie spokój. Amos, Edward i Jin czuli się okropnie - całą trójkę zaczęło gnębić potworne uczucie wstydu z powodu wielkiego błędu, jaki popełnili, nieświadomie zdradzając wiarę w Gozreha. Żal i wyrzuty sumienia, mimo że wyraźnie nie ich, nie odpuszczały, kompletnie odbierając im wiarę w siebie. Jedynie Zod zdołał odepchnąć od siebie te emocje, zachowując siłę ducha.
    Upadając na kolana, alchemik zauważył, że wśród kości (ewidentnie należący do ludzi i im podobnych ras) leży niesamowicie zniszczony notatnik. Jedynie ostatnia strona, napisana we wspólnym, była czytelna:
    “Chitauli nas zdradził, sprzedając nasze dusze Pani Wszystkich Wiatrów, a teraz chowamy się niczym szczury w domu, który sami zbudowaliśmy, spotykając się tylko by radzić, jak je odzyskać od tego, który poprowadził nas do tej zapomnianej dżungli. Jesteśmy złamani i czuję, że nasze dni są już policzone. Gozrehu, odnajdź w swej nieskończonej słuszności chęć by oszczędzić nasze dusze, zniszczone przez pychę i ślepotę - brak mi odwagi, by przebaczyć samemu sobie za moje grzechy.”
    Amos opuścił ramiona. Nie potrafił nazwać tego co czuł. Było to obce… nie jego. Chciał coś powiedzieć, może zakwestionować ich działanie, ale było to na tyle sprzeczne z jego naturą, że otworzył jedynie usta. Nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Stasi tak przez chwilę niczym w zawieszeniu kontemplując swoją sytuację.
    Alchemik, podobnie do Amosa został przytłoczony siłą skumulowanego tutaj żalu. Była to jedna sytuacja gdy nie był zadowolony z tego że miał rację. Z trudem, trzęsącymi się dłońmi wyjął zdobyty święty symbol Gozreha i zaczął w myślach szukać odpowiedniej modlitwy, zarówno do Pani Burz, jak i do Szarej Pani, by ulżyć czekającym tu duszom. Bez trudu znalazł odpowiednie wersety, a wypowiadając je czuł, jak przytłaczające wyrzuty sumienia łagodnieją, lecz nie do końca. Udręczone dusze wciąż tu były, przywiązane do swoich doczesnych szczątków, porozrzucanych w kompletnym nieładzie.
    - Trzeba będzie ich pochować. - zwrócił się do towarzyszy, stojąc wśród kości - Biedacy dali się nabrać na machinacje jednego z złych lordów żywiołów i podejrzewam że Daruthek również padł ich ofiarą. - dodał unosząc notatnik, po czym zaczął przetrząsać kości, starając się przy tym ułożyć je w kompletne zwłoki.
    - Czy pozwolą nam przejść bez pochówku? - spytał pirat. - Moglibyśmy poprosić jaszczuroludzi o odpowiedni obrządek. -.
    - Myślę że tak, ale nie będzie to łatwe. Siła ich żalu jest przytłaczająca, a jaszczuroludzie nie znają odpowiednich obrzędów. Zrobię to jak skończymy z mówcą.
    - Ruszajmy zatem. - półork machnął szablą i ledwo powstrzymał się by nie smagnąć sznurem do którego był przywiązany Jin niczym lejcami.
    - Przywódczyni mówiła, że tutaj nie wchodzą - zauważył Zod, na którego skowyt w większy sposób nie wpłynął. Nieokreślone poczucie winy od dawna próbowało go w grunt wgnieść i jakby nie nauczył się z nim żyć, to dawno by pod nim skończył. - To będzie na naszej głowie, ale potem zostawimy Dzieciom Burzy instrukcje, dobrze? Na wypadek jakby z Mówcą nie poszło po naszej myśli. - na co Jin pokiwał głową zgadzając się z diablęciem i ruszył dalej, szukając kolejnych wskazówek. Nie zdziwiłby się gdyby gdzieś w okolicy zwłok znaleźli poszukiwany przedmiot. Tym razem jednak jego podejrzenia okazały się błędne - mimo dokładnego przeszukania kości, bohaterowie nie znaleźli jadeitowej pieczęci.
    Wciąż umęczeni poczuciem żalu, sprawdzili też następną komnatę. Było to niewielkie pomieszczenie, puste, jeśli nie liczyć drobnego gruzu zalegającego na podłodze oraz dwóch naturalnej wielkości posągów o rysach wygładzonych przez lata ekspozycji na warunki pogodowe. Widać było wciąż, że przedstawiają postać kobiety i mężczyzny, zapewne obrazując dualny, męski i żeński aspekt Gozreha. W północnej ścianie osadzono kamienne drzwi, oddzielające najpewniej ostatnie pomieszczenie w nadziemnej części świątyni. Tam musiała znajdować się pieczęć…
    No chyba, że Mówca zabrał ją ze sobą do podziemi, a wtedy nie mieli już szans go powstrzymać. Nie tylko Pridon’s Hearth, ale też całe plemię Song’O czekała niechybna zagłada w obliczu burzy, którą Daruthek chciał zdewastować całą dolinę Koriru… Ciężko było powstrzymać się przed takimi myślami (a może to tylko wpływ duchów, wlewających w ich serca poczucie beznadziei?).
    Amos przyjrzał się bliżej drzwiom starając się wyłapać potencjalne pułapki i mechanizmy otwarcia. Im dłużej tu przebywał tym mocniej miał ochotę rozbić komuś nos. Mechanizm otwarcia był prosty - wystarczyło je pchnąć. Pułapek nie dostrzegł, ale usłyszał za to trzaski dobiegające z drugiej strony drzwi, jakby wyładowania?
    - Wyładowania? W zamkniętym pomieszczeniu? Zapewne magia. Czy ktoś ma coś chroniącego przed prądem? -
    - Coś znaleźliśmy w którymś momencie… - kojarzył Zod nieprecyzyjnie - Nie zużyliśmy tego w czasie walki ze smoczydłem tam na statku?
    - Klejnot odporności na elektryczność, tak zużyliśmy. Ale między moją ochronna magią i wywarami nie macie się czego obawiać, rany się momentalnie zagoją. - wtrącił Jin, wyplątując się z lin którymi obwiązał go pirat. - Chyba że Edward może rozproszyć magię?
    Czarodziej pokręcił głową - Mógłbym osłabić czarującego, ale kompletne wyłączenie magii jest poza moim zasięgiem - stwierdził zrezygnowany.
    - Panowie przodem. - powiedział Jin, wyjmując swoje narzędzia chirurgiczne.
    Półork otworzył drzwi. Za nimi znajdowała się komora na planie kwadratu, w której centrum ustawiono sięgający kilku metrów wysokości masywny obelisk, wykuty z pojedynczego bloku zielonkawego kamienia. Z jego stożkowego szczytu w niebo wysuwał się skorodowany żelazny pręt, kiedyś zapewne długi, a teraz ułamany ledwie metr wyżej. Od niego zaś rozciągały się pokryte rdzą łańcuchy, sięgające aż do podłogi u podstawy obelisku, przytwierdzone do niej mniejszymi prętami. Tam też spoczywał szkielet w drewnianej masce, ściskając w kościstej dłoni jeden z odgromników, a drugą przyciskał do klatki piersiowej brakującą jadeitową pieczęć.
    Większą uwagę zwracało jednak coś innego - wokół obelisku i łańcuchów wciąż przeskakiwały ogromne wiązki elektryczności. Gdy tylko Amos pojawił się w drzwiach, zamarły na ułamek sekundy, a następnie uniosły się w powietrze, przyjmując formę parumetrowej długości węży, składających się z błyskawic i wyładowań.Zanim bohaterowie zdążyli zareagować, trzy z nich pomknęły w ich stronę, rozciągając się niczym poziome pioruny. Amosowi udało się odepchnąć dwa z nich, przypłacając to porażeniami, ale ostatni przebił się, przelatując na koniec pomieszczenia i osmalając kapelusz Edwarda, który w ostatniej chwili odskoczył.
    Zod szarpnął się, próbując przezwyciężyć zbytnią bliskość kompanów dla jego preferowanych - zamaszystych - ciosów, ale gdzie nie drzwiami, tam oknem… Nawet jeśli on nie był w stanie poważnego zamachu wykonać w tym ścisku i nagłości sytuacji, to jeden z węży dał się trafić, z niespodziewaną u niego uprzejmością, dodając swoją własną prędkość do momentum wielkiego kawałka stali, które Zod nazywał “toporem”. Nierówno rozcięte dwa kawałki węża uderzyły w ścianę po drugiej stronie pokoju, gdy szybko umierająca bestia nie potrafiła dokończyć manewru…
    Półork stanął na drodzę elektrycznych, latających węży blokując przejście. Poczuł trzy mocne wyładowania, które przeszły przez broń na ręce i potem całe ciało powodując chwilowe skórcze. Amos jednak był wytrzymały ponad to co mógł zaoferować przeciwnik. Dwa z węży zatrzymały się na dwóch broniach, trzeci przeskoczył ponad. Wkurzony nie na żarty pirat splunął po czym przystąpił do ataku. Nie udało mu się dowiedzieć nic konkretnego o przeciwnikach, ale wiedział że latają i rażą prądem. Skupił się więc na jednym wrogu i zasypał go gradem ciosów. Ostatni z żywiołaków pomknął w stronę drzwi, szybkim uderzeniem wytrącając Amosa z równowagi, by zaraz potem również zmienić się w błyskawicę i przemknąć obok niego za plecy Edwarda.

    Nekrochemista odskoczył od trzaskających, żywych piorunów i wypluł z siebie nieumarłego, tak aby ten odgradzał go od głodnej elektryczności. Bezrozumny troll zamachnął się na żywiołaka, ale spudłował z kretesem.
    - Grupa, wytrwałość, obrona! - wyskandował, roztaczając dookoła towarzyszy swoją ochronną magię.
    Edward postanowił trzymać się jak najdalej od zagrożenia i z pomocą krótkiej inkantacji przeteleportował się bliżej Jina, a co ważniejsze, za plecy jego nieumarłego sługi. Zaraz potem rzucił kolejne zaklęcie, posyłając w stronę obelisku kulę kryształu, która eksplodowała, raniąc walczące z Amosem żywiołaki. Te mimo ran dalej zawzięcie atakowały półorka, obijając go dość mocno, jednak dzięki kuracjom alchemika czuł się wciąż w pełni sił. Rąbnięty zodowym toporem wąż pchnął jeszcze wojownika, ale nie starczyło mu sił na poważny cios i rozpłynął się, gdy tylko Zod odepchnął go tarczą.
    Półork zaparł się nogą o framugę drzwi i skoczył do przodu wirując ostrzami. Przemknął obok zaskoczonych węży, odwrócił się i wymierzył dwa mocne ciosy w upatrzonego wroga, ciągnąc szablą wzdłuż ciał dwóch węży, a zaraz z ich drugiej strony nadchodziły straszliwe ciosy Zoda, któremu właśnie Amos zwolnił do nich dojście we framudze. Wąż zdołał się wywinąć, unikając głównego impetu, ale nie wyszedł z tego bez szwanku. Odwinął mu się za to, uderzając ogonem, ale rażące prądem szczęki nie dały rady przebić zbroi.
    Jin szybkim ruchem wyjął jeden z swoich lodowych granatów i cisnął nim w przeciwnika. Metalowa otoczka zadziałała tutaj jak samonaprowadzający pocisk, ściągnięta polem magnetycznym żywiołaka trafiła idealnie w jego środek, a detonacja rozerwała na kawałki magię która utrzymywała formę węża, zostawiając po sobie tylko garść kryształów lodu. Wierny nieumarły w tym czasie rzucił się na ostatniego “stojącego” oponenta, ale płynna forma żywiołaka pozwoliła mu z łatwością uniknąć ciosu nieporadnego trolla.
    Wytrzymawszy kolejne ciosy żywiołaka, Amos splunął, wywinął młynka szablą po czym uderzył toporem w ostatniego przeciwnika. Uderzenie trafiło w nasadę czaszki. Silnym pociągnięciem, pirat pociągnął wijącego się przeciwnika w dół jednocześnie kreśląc szablą potężne cięcie od dołu. Zanim jeszcze przeciwnik upadł na ziemię, szabla przecięła jeszcze raz skórę węża przecinając go na pół.
    Gdy kurz bitwy opadł, w pomieszczeniu zapanował spokój, wypełniony zapachem ozonu i lekkim swądem spalenizny. Zabierając jadeitową pieczęć z kościstej dłoni, bohaterowie zauważyli, że wśród ledwie trzymających się kupy ubrań szkieletu znajduje się także solidny skórzany pas, wciąż świetnie utrzymany.

    Mając obie części pieczęci, zgodnie ze słowami jaszczuroludzi, drużyna mogła zejść do podziemnej części świątyni Pasterzy Burz i w końcu skonfrontować się z Mówcą Bagien, chcącym zesłać na te tereny burzę tysiąclecia.

    Rozgrywka pathfinder spheres of power golarion

  • Gniew Burzy
    SindarinS Sindarin

    Amos popełnił jeden błąd. Jak zwykle w życiu pirata, jedna pomyłka dzieli życie od śmierci. Zbliżył się za bardzo, zbyt szybko, zbyt pewnie. Dał się złapać z zaskoczenia i niemal został uduszony. Ponownie jedna szansa, jedna pomyłka dzieliła życie od śmierci. Próby uwolnienia się spełzły na niczym, dopóki uderzenie nie poluzowało uchwytu. Wyrwawszy się z uścisku, Amos uderzył ostatkiem sił podcinając przeciwnika i posyłając go w niebyt kolejnym uderzeniem. Odkaszlnął łapiąc oddech. Przyjął miksturę od Jina nadal łapiąc oddech.
    - Idziemy - sapnął odzyskując nieco rezonu. Poprawił broń i rozejrzał się wokół. - Jak tylko sprawdzimy, czy nie kryje się tu nieco brzdęku. - dodał pirat.

    Rozgrywka pathfinder spheres of power golarion

  • Gniew Burzy
    SindarinS Sindarin

    Amos działał ostrożnie - przyjrzał się dobrze morderczemu krzakowi, podchodząc bliżej w momencie, w którym Edward zaczął inkantację. Ledwie półork uchylił się przed masywną macką, w gnilca uderzył rozbryzg kryształów,Alchemik także ocenił szybko stwora. Raczej typowy przedstawiciel swojego gatunku, zdaje się że na zajęciach z arkano-botaniki pisał na ich temat mały esej.
    - Uważajcie, jest oporny na elektryczność i ogień! - krzyknął, równocześniej wyjmując jeden z granatów. Szybko wsunął go w przygotowaną wcześniej miedzianą osłonkę, pokrytą runami w Wodnym i Płomiennym i cisnął tak przygotowanym tworem w istotę. Eksplozja zachwiała rośliną, pokrywając jej ciało warstwami szybko krystalizującego się lodu, lecz nie było go dość by spowolnić gnilca. Zombie natomiast desperacko walczył o swoje nie-życie, gryząc roślinę i wyrywając z niej obfite naręcza tkanki, lecz zaledwie chwilę później pnącze owinęło się wokół niego tak ciasno, że nie był już w stanie się ruszyć.
    Po chwili Zod dołączył do ataku, starając się ściąć wierzchnią warstwę twardych pnączy, osłaniających ciało stwora, ten jednak w ostatniej chwili odbił ostrze macką, która następnie pomknęła w stronę Amosa, chwytając go i miażdżąc z monstrualną siłą. Gdyby nie stworzona przez Jina chmura mrocznej energii, z pewnością miałby już połamane żebra. Półork próbował się bronić, wytrącić z równowagi czy ciąć wroga, ale nie zdołał zrobić nic poza delikatnym draśnięciem.
    Większy sukces odniósł Edward, gdy jego kolejne kryształowe uderzenie zraniło gnilca i sprawiło, że warstwa kryształów przygwoździła go do zniszczonej posadzki.
    Jin rzucił kolejnym granatem, tym razem surowym, bez żadnych dodatków i cicha eksplozja osmaliła nieznacznie stwora, a jego wierny sługa powoli żegnał się z egzystencją, oplątywany coraz ciaśniej przez głodną zieleń. Nekromanta postapił krok w przód i wypluł z siebie zwłoki kolejnego trolla, by ten był gotowy na reanimację.

    Zod również nie miał szczęścia - nie był w stanie zrobić stworowi żadnej krzywdy. Dopiero gdy ten zamachnął się na niego, używając nieumarłego trolla niczym pałki, zdołał zasłonić się tarczą, by zaraz potem użyć jej rantu do uszkodzenia twardych pnączy. Dopiero to uderzenie, razem z następującym po nim zaklęciem Edwarda, wydawały się w końcu solidnie uszkodzić gnilca - draństwo poruszało się już znacznie wolniej.
    Nie widząc dla siebie ścieżki na wykorzystanie swoich alchemicznych tynktur Jin rzucił kolejnym granatem, z efektem równie marnym do poprzedniego. Zaklał cicho i zaczął zbierać energię szykując się do wskrzeszenia kolejnego nieumarłego, gdyż martwe ciało dotychczasowe właśnie zostało ostatecznie zgniecione przez roślinne macki.

    Uderzenie trzonkiem zodowego topora otumaniło gnilca na moment, pozwalając tracącemu już oddech Amosowi wyrwać się z miażdżących go pnączy tuż po tym, jak został wykorzystany niczym broń przeciwko swojemu towarzyszowi. Odbiwszy się od tarczy Zoda, półork wyślizgnął się i ledwie wylądował na własnych nogach, rzucił się w stronę pniaków, które podpierały morderczą roślinę. Mocne pchnięcie pozbawiło ją równowagi, a następujące po nim cięcie szabli sprawiło, że zupełnie przestała się poruszać.

    Rozgrywka pathfinder spheres of power golarion

  • Gniew Burzy
    SindarinS Sindarin

    Zawiązawszy niepewny rozejm z Dziećmi Bagien, bohaterowie mogli czuć satysfakcję. To, co miało być walką o przetrwanie, z której przeżyliby tylko tubylcy lub przybysze, miało realną szansę na przeistoczenie się we współpracę między pozornie obcymi sobie ludami. I to wszystko, póki co, bez rozlania jednej kropli krwi, kosztem „jedynie” jednej, ściśle strzeżonej tajemnicy…

    Odebrawszy swą broń, drużyna opuściła wioseczkę jaszczuroludzi, zmierzając do drugiej części ruin, nazywanej przez tutejszych „przeklętą”. Ta znajdowała się ledwie po drugiej stronie głównej nawy – przechodząc obok znajdującej się w jej centrum fontanny, można było z bliska przyjrzeć się masywnym drzwiom z czarnego kamienia. Były one zupełnie gładkie, jedynie z dwoma okrągłymi otworami, do których idealnie pasował niesiony przez Zoda dysk z jadeitu, brakowało jedynie drugiego identycznego. Idąc w ciszy, słyszeli dochodzące gdzieś z okolicy trzaski, brzmiące niczym odległe grzmoty albo znacznie bliższe wyładowania atmosferyczne. Czyżby zbliżała się kolejna burza? Niebo wciąż pokryte było ciemnymi chmurami, ale póki co nie padał deszcz, a kamienne ściany przynajmniej częściowo powstrzymywały wiatr.

    Wyglądało na to, że świątynia jest w miarę symetryczna: zdobiony zniszczonymi już płaskorzeźbami korytarz na końcu rozdzielał się na dwa pomieszczenia. Południowe wyglądało na coś w rodzaju niewielkiej kapliczki – pusta komnata, w której jedynymi obiektami było osiem kamiennych kolumn o wysokości człowieka i średnicy około pół metra. Pokryte one były nietypowo wyglądającymi symbolami, miejscami wijącymi się niczym pismo. Były zupełnie nieczytelne, ale Edward wyczuł, że jest w nich coś niezwykłego – wydawały się w jakiś sposób powiązane z magią natury. Naprzeciw wejścia znajdowało się przejście dalej, zasłonięte jednak gęstą roślinnością.

    Północne pomieszczenia musiały zaś być kiedyś kwaterami. Cienkie, w większości zapadnięte ścianki rozdzielały maleńkie, ascetyczne wręcz cele, w których najpewniej mieszkali kapłani Gozreha. Zwisające z haków na ścianach kawałki materiału, w których Amos rozpoznał fragmenty hamaków, dodatkowo potwierdzały te przypuszczenia. Łączący je korytarz ciągnął się aż do ściany świątyni, w której ziała wielka, zarośnięta już roślinnością wyrwa. Podchodząc wcześniej do ruin, nie mieli jak jej dojrzeć, a nawet obchodząc je z każdej strony musieliby się przyjrzeć, by dostrzec tylne wejście. Dżungla wdarła się przez nie i zaczęła powolny proces wchłaniania budowli: pokryła grubą warstwą jakiś masywny przedmiot znajdujący się w rogu pomieszczenia, tworząc istną stertę zieleni. Tego, co mogło być pod nią, zupełnie nie było widać, ale Jin zauważył leżącą obok czaszkę, wyglądającą na jaszczuroludzką.

    Rozgrywka pathfinder spheres of power golarion

  • Gniew Burzy
    SindarinS Sindarin

    Jin

    Song’O, początkowo nieco onieśmieleni natłokiem informacji, okazali się całkiem pojętni – a przynajmniej potrafili zapamiętać polecenia. Problemem okazała się umiejętność czytania, gdyż w całym plemieniu jedynie znachorka posiadła tą sztukę. Perspektywa uratowania chorych uradowała ją na tyle, że nie pozwoliła medykowi odejść z pustymi rękami. Wcisnęła mu niewielki mieszek wypełniony srebrzystym pyłem.
    -Wysyp go na siebie lub towarzyszy, a przez chwilę będzie was trudniej zauważyć –

    Edward

    Muhduzi spojrzał na czarodzieja zaskoczony.
    -Zabawka? W plemieniu dzieciaki lubią bawić się w młotogona i ostroszpony… poczekaj tutaj! – stwierdził, po czym odszedł, znikając w jednej z chatek. Wyłonił się po kilku minutach, trzymając niewielką, nawet jak na jego rozmiary, drewnianą pałkę. Proste rzeźbienie upodabniało ją do gadziego ogona, zakończonego twardą, okrągłą głowicą, niechybnie wzorowaną na dinozaurze, z którym walczyli na smołowych polach.
    -Byłem najlepszym młotogonem, za jedno cięcie płaciłem pięcioma sińcami! – pochwalił się łowca - To dobra pamiątka – dodał, wręczając pałkę Edwardowi.
    Cóż, wyglądało na to, że zabawy młodych Song’O szybko uczyły ich brutalności życia w dżungli…

    Wszyscy

    Zebrawszy siły i zapasy w niziołczej wiosce, bohaterowie z samego rana zagłębili się w nieznane. Daleko znanych im terenów dżungla stawała się zupełnie inna: jaskrawe kolory przygasały, teren stawał się podmokły, a powietrze jeszcze wilgotniejsze. Drzewa i pnącza tworzyły jeszcze szczelniejszą barierę przed słońcem, pogrążając podróżnych we wciąż ciemniejącym półmroku. Maszerowali niemal na oślep, posługując się z początku wskazówkami niziołków, a następnie odrysem mapy z ruin prastarej latarni, poruszając się od jednego punktu orientacyjnego do drugiego. Zgubiwszy kilka razy drogę, zdecydowali się w końcu rozbić obóz, kryjąc się w jamie nad rzeką.

    Nie dane było im jednak spędzić nocy w pełni spokojnie. Nad ranem zaczął wiać wiatr, do którego szybko dołączył deszcz, a ledwie ruszyli w dalszą drogę, oba przerodziły się w kolejną już potężną burzę. Mimo, że mapa jasno wskazywała, że są już blisko świątyni Pasterzy Burz, dotarcie do niej zajęło im niemal cały dzień. Problemem były nie tylko warunki pogodowe, sprawiające, że każdy krok był walką z szalejącymi żywiołami, ale też położenie samego kompleksu. Jego twórcy wybrali bowiem taką lokalizację, że samo ukształtowanie terenu i gęsta roślinność stanowiły doskonałą osłonę – można było przejść kilka metrów obok i nie mieć pojęcia, że mija się właśnie dawne ruiny.

    text alternatywny

    Takie też wrażenie mieli bohaterowie, gdy w końcu, podążając wydawałoby się trzeci raz tą samą ścieżką, wydostali się na zarośniętą przecinkę, kryjącą przysadzistą budowlę z szarego kamienia, pokrytą pnączami, mchami i małymi drzewkami. Świątynia Pasterzy Burz może nie była równie potężna i imponująca, jak katedry Abadara w Absalomie, ale kiedyś z pewnością nie można było odmówić jej pewnego surowego piękna. Ciemnoszara bazaltowa podstawa wystawała nieco ponad metr nad ziemię niczym płaskowyż, ciągnąc się na czterdzieści kroków w każdą stroną, z niej zaś z kolei wyrastały kilkumetrowej wysokości ściany z jaśniejszego kamienia, ozdobione erodującymi już, acz wciąż wyraźnymi nawet z daleka malowanymi płaskorzeźbami, przedstawiającymi kobietę i mężczyznę tańczących i igrających wśród burz i morskich fal.

    Stojący w rogach budowli jaszczuroludzie wydawali się przy nich jedynie niewielkimi figurkami. Przypominający nieco napastników z Pridon’s Hearth, lecz uzbrojeni w długie włócznie, tarcze i odziani w pancerze z kamiennych płytek, niewątpliwie pełnili tu straż – obserwowali szarganą wiatrem i deszczem dżunglę, stojąc niemal absolutnie nieruchomo, tak jak potrafią jedynie zimnokrwiste istoty. Jeśli nawet zauważyli drużynę, nie dawali tego po sobie poznać, a przynajmniej nie było tego widać przez ścianę deszczu, jaka dzieliła ich od świątyni.

    Rozgrywka pathfinder spheres of power golarion

  • Gniew Burzy
    SindarinS Sindarin

    Edward nie był pewien w jaki sposób powinien spędzić czas w wiosce niziołków. Chciał liczyć na to że rzeczywiście uda im się zwyciężyć i za jakiś czas w spokoju opuścić te ziemie, w końcu jak dotąd szło im całkiem nie najgorzej. Jin zdążył zająć się najważniejszymi sprawami, samemu więc stwierdził że może spróbuje się trochę rozluźnić przed wejściem na tereny jaszczuroludzi. Uznał że dobrym pomysłem wydaje się być po prostu spędzenie nieco czasu z Muhduzim i opowiedzenie mu i każdemu kto byłby chętny posłuchać o tym jak zdążyliśmy od ostatniego spotkania natrafić na morskie smoczydło.. pomijając jedynie fakt o tym co się stało z jego ciałem już po walce.. no i nieco podkoloryzowując niektóre fakty dla lepszego efektu.

    Mag starał się skorzystać z okazji do prowadzenia konwersacji w lokalnej polyglocie i zawiązać nieco kontaktów z przyjaciółmi Muhduziego. Spodziewając się że jeśli będą wracać cali i zdrowi pewnie będą przechodzić jeszcze w okolicach wioski nie zamierzał nakupić niewiadomo czego, w końcu mieli względnie tyle ile było im potrzebne, ale miał do znajomego niziołka jedną prośbę.
    -Przyjacielu, ciężko jest mi określić co konkretnie.. ale gdy nadejdzie moment w którym załatwimy tu wszystkie sprawy i ruszymy w dalszą drogę.. chciałbym zabrać ze sobą jakiś drobiazg. Nie musi to być nic niezwykłego. Zwyczajna pamiątka, coś małego związanego z waszą wioską.. może jakaś tradycyjna zabawka? Nie jestem pewien co mogłoby dobrze pasować..

    Rozgrywka pathfinder spheres of power golarion

  • Gniew Burzy
    SindarinS Sindarin

    Półork rzucił okiem na dziwnych przeciwników. Ich ruchy były zwinne i pewne, ale brakowało im wysublimowanej taktyki. Pirat zdążył jeszcze splunąć w trawę zanim zanim rozpętało się istne pandemonium. Kompletnie nie zważając na sporą wysokość, połowa trolli rzuciła się z szaleńczymi okrzykami wprost na głowy zaskoczonej drużyny. Uderzały z pełnym impetem i głośnym trzaskiem własnych łamiących się kości, wczepiając się pazurami w swoje cele i nie puszczając, oblazły bohaterów niczym jakieś wielkie, obrzydliwe pająki.
    Zod zakręcił się w wojennym piruecie. Tym razem w ramach defensywy, by wymusić na obłażących go trollach silny chwyt w walce z siłą odśrodkową, zamiast atakować go i rozrywać ciało pazurami i zębami. Obrót też pozwolił mu rozeznać się w sytuacji i troll na Jinie był wystawiony na uderzenie. Szybkie cięcie potężnym toporem werżnęło się w bok pokraki. Przekoziołkowała ona w powietrzu ze straszliwą raną i grzmotnęła w konar… ale wciąż żyła. Cholerne trolle…

    Alchemik zaklął gdy jucha trolla zalała mu twarz, ale szybko odzyskał równowagę. W kilku susach zwiększył dystans między sobą, a chaosem który zapanował w drużynie i cisnął kwasowym konkoktem, z premedytacją celując w sojuszników. Niestety nie dość że pocisk nie trafił tam gdzie chciał, to mikstura miała o wiele mniejszą siłę niż można było się spodziewać. Widać reagenty z których korzystał były marnej jakości, ale nawet mimo tego nieludzka regeneracja rażonych trolli została zahamowana na kilka sekund.
    -Zabij trolle! - rzucił komendę do swojego nieumarłego, a sługa posłusznie zakręcił się w miejscu, brutalnie szarpiąc uczepionego drzewołaza na kawałki.
    Dopiero wtedy pozostała grupa trolli przypomniała sobie, po co tu przyszły, rzucając się z wysokości na walczących. Siła impetu pogruchotała nie tylko ich kości, ale też przywrócone do nie-życia smocze gnaty - sługa Jina rozsypał się i znieruchomiał, podczas gdy jego twórca opędzał się od obłażących go stworów. Edward również nie był w najlepszej sytuacji, ale poradził sobie z nią bez większego trudu. Wystarczyło jedno słowo inkantacji i coś jakby wciągnęło go, wypluwając z powrotem do rzeczywistości ledwie parę kroków obok, samego. Zaskoczone nagłym brakiem ofiary trolle pacnęły o ziemię, i zanim zdążyły się pozbierać i ruszyć na czarodzieja, ten skończył kolejne zaklęcie, wywołując nagły wybuch kryształów w miejscu, gdzie jeszcze przez chwilą walczył szkieletowy smok.

    Amos syknął zanurzając się w rytm walki. Machnął nogą próbując zwalić jednego z przyczepionych przeciwników, ale skurwiel trzymał się mocno. Przyklejeni do ciała przeciwnicy nieco utrudniali ruchy, ale półork znalazł kilka luk w ich taktyce i to pozwoliło mu zadać zdradziecki cios pod żebra jednego z nich. Krew trysnęła, jednak pazury wcięły się mocno nie pozwalając trollowi “odpaść”. Obaj z Zodem zawzięcie znosili kolejne szaleńcze ciosy wczepionych w nich stworów, przebijające się przez pancerze żądła i boleśnie szarpiące skórę pazury. Mimo tego pozostawali w pełni świadomi sytuacji na polu bitwy, powalając napastnika, który postanowił popędzić za Edwardem.
    Zod kontynuował wojenny wir by nie ułatwiać trollom roboty jak jakaś wyjątkowo niezgrabna i ciężka baletnica, wznosząc nad głowę topór… wirująca broń zdzieliła potworka na alchemiku wpierw drzewcem, co oderwało go od Jina i wystawiło go na właściwe kończące cięcie głownią przerośniętego topora.

    Alchemik z trudem trzymał się na nogach. W panice próbował odgonić się od trolli, ale ich brutalne szpony wyrywały fragmenty ciała, krew chlustała na lewo i prawo, a jego alchemiczne konkokty który zaaplikował wcześniej nie nadążały z łataniem zmiażdżonej tkanki. Po raz pierwszy w swoim życiu poczuł śmierć. Nie z zewnątrz, jako wysoce zainteresowany obserwator. Tylko w swoim środku, jako odbiorca zmierzający na sąd Pharasmy.
    Ledwo zwrócił uwagę na to że Zod uratował go przed jednym z trolli. Desperacko próbował zrzucić drugiego, ale nie miał dość siły. Dla tej istoty był tym czym dziecko mogło być dla niego.
    Nekrochemista czuł jak jego własna broń obraca się przeciw niemu, jak zalążek negatywnej energii który zawsze nosił w swoim wnętrzu jest świadom zbliżającego się końca i zżera go od środka, ścigając się z trollem w walce o życie…
    -Życie. Śmierć. Pochłonięcie. - wyszeptał desperacko w językach zewnętrznych planów, a jego ciało wytrzewiło się jak dawniej, ale tym razem nie pochłaniał niczego martwego. Skóra na klatce piersiowej i brzuchu alchemika pękły, a z wnętrza wystrzeliły dziesiątki głodnych ramion. Martwych ramion, które wpiły się w ciało trolla i brutalnie pociągnęły do siebie. W końcu troll był tak pełen żywotności i energii. Pysznego światła które można było zgasić. A Jin? On nie miał już prawie nic.
    Ciało alchemika z obrzydliwym chlupnięciem zamknęło się zabierając ze sobą trolla, a mężczyzna czuł teraz tylko dwie rzeczy. Ból… i zadowolenie? Ta pierwsza z nich szybko zdominowała wszystko inne, gdy jego skóra zaczęła wybrzuszać się nienaturalnie, jakby coś szamotało się w jego wnętrzu, próbując się wydostać. I prawdę mówiąc, dokładnie to się stało - ułamek sekundy później przez jego ciało, tuż poniżej żeber, przebiły się trollowe lazury. Stwór, ze skórą poczerniałą w kilku miejscach, wypełzł z wnętrza alchemika, niemalże rozrywając go od środka.

    Jego pobratymcy także nie próżnowali. Rzucały się na bohaterów, zupełnie nie zważając na zadawane im rany, które goiły się w zastraszającym tempie. Jednemu z nich udało się wbić swe przedziwne żądło w ramię Edwarda. Organizm czarodzieja nie okazał się wystarczająco wytrzymały, i w miejscu dźgnięcia tkanki zaczęły momentalnie się rozrastać, tworząc obrzydliwe, rakowate narośla. Widział jak ich smok padł, może i nieumarły, ale zdążył się już trochę przyzwyczaić po tych paru dniach że z nimi chodzi. A teraz umarł już w sumie drugi raz, małe trollomałpy nie chciały umierać, domyślił się, że zapewne tak jak ich więksi kuzyni nie lubią się zbytnio z ogniem. Zaczął inkantację i spojrzał się złowrogo na tego który postanowił się go uczepić. Gdy tylko magiczne słowa ustały uśmiechnął się w jego stronę, a za zębami zaczynał już rozgrzewać płomienie przed zionięciem.

    Wściekły na przeciwnika Amos zrobił krok w stronę Zoda stając szerzej na nogach i nagłym skrętem ciała zrzucił z pleców jednego przeciwnika. Nie zważając na bezradne ataki przeciwników, półork kopnął w szczękę leżącego aż gruchnęło, następnie uderzył zahaczył ostrzem o stopę kolejnego i ciągnąc posłał go na ziemię. Szabla idąca chwię później rozorała klatkę piersiową. Obrócił się zrzucając kolejnego, który w locie oberwał jeszcze toporem wbijając się mocno w ziemię. Amos splunął krwią i zawinął młynka bronią szykując się na przyjęcie kolejnych ataków.
    Wokół niego nagle zrobiło się luźniej, gdy pół trollowej chmary zwaliło się pokotem na leśną ściółkę. Wiedzione żądzą krwi oraz kompletnym brakiem instynktu samozachowawczego brzydale próbowały zerwać się z powrotem na nogi, dając bohaterom kolejne okazje do ciosów. Mimo to dalej atakowały – jeden połamał sobie zęby (ponownie, tylko na chwilę) na tarczy, którą Zod jakimś cudem dzierżył do spółki z ogromnym toporem, a drugi wgryzł się w łydkę Amosa.

    Kolejne pchnięcie, kolejne cięcie. Wojenna spirala Zoda kontynuowała natarcie i tam gdzie śmiercionośna głowica nie trafiła trolla co uchylił głowę (a diablę nie chciał zbyt ryzykować trafienia towarzysza) trzonek zakręcił i wyrżnął prosto w skroń, gruchocząc ją, choć regeneracyjna bestia, wbrew prawom anatomii, pozostała na nogach.
    Poturbowany alchemik wyciągnął z bandoliera flaszkę pełną opalizującego, zielonawo-srebrnego płynu. Zębami wyrwał korek i wypluł go, równocześnie oblewając się miksturą. Z cichym sykiem jego rany zaczęły się zamykać, krew przestała płynąć, pogruchotane kości powskakiwały do swoich stawów. Nekrotyczna energia w jego wnętrzu zdawała się być nasycona, przynajmniej na tą chwilę.
    -Chcę kilka żywych! - zawołał głośno, odzyskując animusz - Ich krew jest bezcenna.
    Odpowiedzią były kolejne wycia, gdy trolle na nowo oblazły Jina, dźgając go żądłami – gdyby nie wzmacniająca mieszanka, mężczyzna dawno straciłby przytomność…

    Edward zmierzył spojrzeniem umiejscowienie sojuszników i wrogich trolli. Niestety, musiał zaryzykować zranienie sojuszników, ale bez tego walka ciągnęłaby się w nieskończoność. Odskoczył od stwora, który drasnął go pazurem moment wcześniej
    -Przygotujcie się na zionięcie! – krzyknął, a następnie nabrał powietrza i bluznął szerokim wachlarzem płomieni, paląc wszystkich w pobliżu. Ciężki do zniesienia smród skwierczącego trollowego ciała momentalnie wypełnił ich nozdrza – część potworków padła na zwęgloną trawę, by już się nie podnieść. Mając już niewielu przeciwników obok siebie, Amos doskoczył do najbliższego tnąc i rąbiąc klatkę piersiową aż przestała się ruszać. Przy okazji spojrzał krzywo na Edwarda, który spalił mu ciuchy i włosy. W tym czasie Zod dopadł oblezionego alchemika i zaczął od zrzucenia jednego trolla trzonkiem toporam, a następnie dosłownie rozciął następnego na dwie podwęglone połowy, nieomal odcinając też rękę towarzyszowi.
    Teraz, kiedy widmo śmierci zostało odsunięte Jin miał chwilę na ocenę sytuacji. Wyglądało na to że wygrywali. Otaksował wzrokiem towarzyszy. Edward był ledwie zadrapany, ale pulsujący ogon wbity w jego ciało mówił alchemikowi że niedługo będzie musiał się zająć trucizną. To mogło poczekać. Rany Amosa i Zoda natomiast były bardzo poważne. Dwoma susami Jin przeskoczył między trollami, a Amosem, tak aby ten ostatni go przed nimi osłaniał.
    -Zaboli. - ostrzegł alchemik rozciągając szybko zmieszane składniki po najgorszych ranach wojownika. Krew przestała płynąć niemal natychmiast.
    Smocze płomienie wciąż powoli zbierały się w gardle Edwarda, dlatego mag posłał w stronę jednego z trolli kryształową sferę, która rozbryznęła się na niewielkim ciele, oplątując je doszczętnie. Tym samym szala zwycięstwa wyraźnie przechyliła się już na stronę bohaterów – wszyscy przeciwnicy (poza jednym, który wciąż nie wyrwał się z kryształowego więzienia kilka metrów dalej) leżeli u ich stóp, nieprzytomni, krwawiący lub zaczynający się regenerować. Amos szybkim ruchem powalił jednego, który odzyskał świadomość i próbował się podnieść, a Zod rozejrzał się.
    -Jin, jaki jest twój plan? – zapytał, z toporem wciąż wzniesionym do cięcia - Jeden ci starczy?
    -Jak najbardziej. - odparł nekromanta który odzyskał animusz. - Ogień. - rzucił w płomiennym, unosząc równocześnie ręce. Z koniuszków palców wystrzeliła malutka fala płomieni, ledwie kuglarska sztuczka, daleka od tego do czego był zdolny Edward, ale ciało jednego z leżących trolli zajęło się jak sucha trawa na prerii.
    -Uwaga nadchodzi drugie zionięcie! – zawołał zaś Edward, po czym podbiegł na południe od grupy spadotrolli by ponowić zionięcie licząc, że zatrzyma w ten sposób ich zdolności regeneracyjne. I dokładnie tak się stało – po kolejnej fali płomieni większość stworów definitywnie przestała się poruszać, a pozostałymi bez trudu zajęli się Amos i Zod.

    Pozostał jedynie ostatni, unieruchomiony troll. Temu jednak ostateczna śmierć sfory dała dodatkową motywację i w końcu zdołał się wyrwać. Nareszcie zadziałał także instynkt samozachowawczy – troll natychmiast wziął nogi za pas, unikając rzuconego jeszcze przez Jina środka zamrażającego. Alchemik nie próbował go dalej gonić, zamiast tego skupił się na ranach towarzyszy i dziwnej truciźnie, której ofiarą padł Edward.


    Zająwszy się ranami, bohaterowie mogli ruszyć w dalszą drogę. Przed nimi było jeszcze przynajmniej parę dni przedzierania się przez nieprzystępną i, jak już poczuli na własnej skórze, niebezpieczną dżunglę. Przyjemniejszą perspektywą było tylko to, że najbliższą noc mogli spędzić w nieco spokojniejszym otoczeniu.
    Zapadał już zmierzch, gdy zgrzana i zmęczona drużyna dotarła w końcu na obrzeża wioski Song’O. Jak i poprzednio, na pierwszy rzut oka wydawała się zupełnie opuszczona – przynajmniej dopóki na spotkanie bohaterów nie wyszedł sam Muhduzi, witając ich serdecznie. Jego pobratymcy, ujawniwszy się po kilku chwilach, nie patrzyli już na nich z taką serdecznością, jak gdy zwrócili im zaginionego. Wydawali się znacznie bardziej podejrzliwi i niechętni, jakby nie spodobała im się kolejna wizyta. Z tego też powodu przekonanie starszyzny, by pozwoliła drużynie spędzić tu noc, zajęło nieco czasu mimo gorącego poparcia Muhduziego.
    -Pohandlujcie trochę – szepnął traper, pomagając im rozłożyć obozowisko - Jak wioska zyska na waszych odwiedzinach, będą na was lepiej patrzeć –

    Rozgrywka pathfinder spheres of power golarion
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy