Środkowa Dura, Król Ognia
Rozróba w karczmie skończyła się ledwie kilka chwil po okrzyku i zniknięciu Syrrix. Wciąż przytomne zbiry z Daask ulotniły się błyskawicznie, pozostawiając zo sobą krajobraz jak po przejściu huraganu. Porozrzucane i połamane meble, porozbijane szkło, plamy trunków, gdzieniegdzie krew, tu i tam zalegające ciała. Burda przyniosła kilka ofiar śmiertelnych, ale najwyraźniej wszystkie po stronie napastników. Ci z gości, którzy byli w stanie iść o własnych siłach, chyłkiem umykali na zewnątrz (pewnie bez płacenia rachunków) korzystając z tego, że jednej z nich się to nie udało…
- Nie obchodzi mnie, że to on zaczął! - wkurzony Lat Horasca, właściciel tego przybytku, głośno strofował nieco przestraszoną meduzę, wskazując na posąg goblina zastygłego podczas skoku z nożem w dłoni - Twoje “dzieło”, twój problem, zabieraj go ze sobą, będę tu miał dość kłopotów i bez tego! - niziołek zamachał rękami, jakby chciał dla podkreślenia swoich słów objąć nimi całe to pobojowisko.
Gdy już upewnił się, że wężogłowa dźwignęła skamieniałego zielonoskórego, rozejrzał się raz jeszcze i z posępną miną ruszył w stronę Borina i Gundrika, stojących nad poturbowanym ochroniarzem Syrrix.
- Wasi kumple już się stąd zmyli - zaczął, bardziej zmęczonym niż wkurzonym tonem - Wam też bym to doradzał. Straż pojawi się pewnie w ciągu kilku minut, jak już się upewnią, że jest bezpiecznie - dodał z ironią, swe słowa kierując raczej do młodszego krasnoluda, najwyraźniej nie chcąc przeszkadzać w pracy Borinowi.
- Cała ta awantura będzie mnie pewnie kosztowała więcej niż mogliby mi zabrać, ale przynajmniej te pokraki zastanowią się dwa razy zanim spróbują to powtórzyć. Szepnę o was dobre słówko w klanie, jak już mi powiedzą, za co tak w ogóle im płacę - to musiała chyba być jakaś wersja podziękowań w wykonaniu niziołka.
Tymczasem, oczy zbrojnokutego znów zalśniły. Odzyskiwał przytomność powoli, bez gwałtownych ruchów, analizując wnętrze karczmy. W końcu zogniskował spojrzenie na Borinie i uniósł się na rękach do pozycji siedzącej. Wtedy też zauważył, że jego ramię z mieczem owinięte jest materiałem. Z gardła dobiegło metaliczne prychnięcie, a w postawie dało się zobaczyć rozluźnienie. Jeden z kryształów na jego piersi zapulsował i zgasł, a część obrażeń zniknęła w ułamku sekundy.
- Dzięki, dobra walka. Syrrix nie spodziewała się takiej ochrony. Czego chcecie? - szybko przeszedł do konkretów. W jego mechanicznym głosie nie było słychać złości czy zawiści, tak jakby wcale nie walczyli chwilę temu.
Dolna Dura, zaułki Złotej Bramy
Niebostatek przejęty przez Bekhesha zdecydowanie nie był jednostką ani szybką, ani wytrzymałą. Wyglądało na to, że zbiry Daasku po prostu ukradły kilka jednostek używanych przez handlarzy warzywami. Barka miała solidny udźwig, ale i tak ledwo wytrzymała ciężar pięciu osób, w tym dwóch opancerzonych konstruktów. Na szczęście cała ich podróż polegała na opadaniu i poszukiwaniu śladów spadającego Alestaira.
A tych nie było wiele i gdyby nie wyostrzone zmysły Bekhesha, prześledzenie tak pionowej ścieżki byłoby niemal niewykonalne w tym tempie. Tor jego lotu znaczyły uszkodzone markizy, zgięte słupy i barierki, wyglądający przez tarasy gapie i drobne, ale bardzo niepokojące ślady krwi, i doprowadził ich w końcu do wąskiego zaułka w Dolnej Durze, zbyt ciasnego dla niebostatku. Gdy wylądowali u jego wylotu kilkanaście metrów dalej, nozdrza mieli już wypełnione ciężkim, zatęchłym powietrzem, niosącym odór zgnilizny i dymu. Otaczające ich ściany zdawały się nienaturalnie potężne - ale były to w końcu fundamenty wież Sharn, tak masywne, że w ich wnętrzu zmieściłby się cały zamek. Niegdyś, przed stuleciami, te kamienne mury stanowiły dumne rezydencje założycielskich rodów miasta, lecz dziś porywały je głębokie pęknięcia, wykwity pleśni i prymitywne, pełne bluzgów graffiti. Podczas opadania mieli okazję dojrzeć w oddali potężny łuk bramy. Choć jej prawdziwie złote wykończenia zdarto setki lat temu, wciąż stała jako niemy świadek upadku dzielnicy, która nadała jej swą dumną, lecz dziś już pustą nazwę.
Teraz, unosząc wzrok, nie dostrzegało się ani skrawka nieba, sklepieniem była tu jedynie splątana sieć krzyżujących się mostów, platform i tarasów, zawieszonych setki stóp powyżej. Nieustanne, rytmiczne kapanie brudnej wody przypominało tylko, że Dolna Dura rzadko kiedy raczona była prawdziwym deszczem, zmuszona do zadowalania się tym, co spływało z wyższych dzielnic metropolii. Stopy ślizgały się na wytartych kocich łbach, po których szczury i robactwo przemykały z większą pewnością niż mieszkańcy dzielnicy - biedacy o zapadniętych policzkach i głodnych spojrzeniach, obserwujący nowoprzybyłych obcych z mieszanką podejrzliwości i desperackiej urazy. Gdzieś w oddali rozległ się huk spadającej skrzyni i pijackie przekleństwo.
Zaułek pogrążony był w ciemnościach. Wieczne pochodnie w większości zostały skradzione lub roztrzaskane, pozostawiając po sobie jedynie długie pasma dymiącego cienia. Jedynym źródłem światła była pojedyncza pochodnia, trzymana przez mężczyznę o posturze (a i pewnie zawodzie) robotnika portowego - potężnie zbudowanego, o masywnych dłoniach i przedramionach, odzianego w poniszczona skórzaną kurtę. Wolna dłoń owinięta była ciasno pasami materiału nabijanego żelaznymi ćwiekami. Opierał się z pozorną nonszalancją o ścianę, podczas gdy trzy mniejsze sylwetki kucały nad leżącym kilka kroków dalej ciałem. To musiał być Alestair! Pytanie, w jakim był stanie i czy w ogóle jeszcze żył? Detektyw może i dał się zaskoczyć Scrimshawowi (co już było niepokojące), ale zwykle był gotów na wszelkie ewentualności i zwykły upadek kilkaset stóp nie powinien być problemem. Żeby się o tym upewnić, należało jednak najpierw przegonić lokalnych padlinożerców…
Zostali szybko zauważeni. Stojący na czatach oderwał się od ściany i po obcięciu bohaterów wzrokiem gwizdnął przeciągle, na co jego kumple poderwali się na równe nogi, a jeden umknął w mrok. Osiłek zrobił kilka kroków w stronę intruzów, stając tak by zastawić jak najwięcej z ledwie 3-4 metrowej szerokości zaułka.
- Byliśmy tu pierwsi, fanty są nasze, wypierdalać! - warknął, robiąc groźną minę.
Trzeba mu było przyznać, umiał trzymać fason, nawet na widok zbliżających się Żelo i Varoka.