[Horror] Gruzy przeszłości
-

Alicja Filipowicz
Alicja poprowadziła pozostałych do swojego domu. Nie do końca wierzyła w to wszystko, o czym rozmawiali. Supermoce i zombie-naziści wydawały jej się mocno naciągane. I owszem, przeszło jej przez myśl to, co wydarzyło się o poranku w kuchni. Jednak incydent z kubkiem uznała za wybryk wyobraźni, jeszcze nierozbudzony umysł, zmęczenie i stres. Nie mogła jednak całkowicie odrzucić wszystkich teorii, które wysnuli jej rówieśnicy. Sama przecież widziała wywołane zdjęcia i dziwną poświatę, a także Aśkę jako jedyną w negatywie. Było w tym wszystkim coś dziwnego, jakby nie z tego świata - i Alicja stała właśnie na krawędzi, bardzo bliska przekroczenia granicy swojej wiary w te wszystkie niestworzone rzeczy.
Kiedy znaleźli się przed domem, a na schodkach wejściowych siedział komitet powitalny, Alicję zalała fala zażenowania. Zupełnie nie pomyślała o tym, że jej brat i jego kumple mogą wybrać sobie właśnie to miejsce na posiadówę. Ojca musiało nie być w domu albo był kompletnie pochłonięty pracą w garażu, skoro Jarek przyprowadził kumpli. I to w takim stanie.
Skrzywiła się na komentarze patusów i rzuciła zniesmaczone spojrzenie swojemu bratu. Wydawało się, że jemu jako jedynemu narkotyki i wóda nie zlasowały jeszcze mózgu. Przeszło jej przez myśl pytanie, czy gdyby doszło do bójki, stanąłby w jej obronie.
Z jakiegoś powodu jednak nie chciała poznawać odpowiedzi.
Gdzieś podświadomie bała się, że mocno nadszarpnięta więź, jaka kiedyś ich łączyła, trzymała się już na bardzo cienkim włosku.- Lepiej zabieraj patusiarnię spod domu, zanim ojciec to zobaczy - Alicja rzuciła w stronę swojego brata. - Bo już nie będziesz miał dokąd wracać.
Trochę liczyła na to, że przemówi mu do rozsądku. Jeśli jednak Jarek nie miał żadnej siły sprawczej nad swoimi kolegami, Alicja miała przygotowany plan awaryjny.
Wąż ogrodowy całe lato podpięty był do wody. Kątem oka już wcześniej zauważyła, że nadal leżał nieopodal.
Lodowata woda pod silnym ciśnieniem powinna ostudzić zapał ćpunów, gdyby postanowili rzucić się na bandę "czubków", z którymi się trzymała. Sama też miała zostać jedną z nich... -
Szarzyzna
Sokołów Śląski, 19:00, przed domem Alicji
Takiej walki miasteczko jeszcze nie widziało. Ani nie słyszało.
Mikołaj rzucił się w wir, ignorując zasady walki fair play, to nie był boks. Alicja błyskawicznie uskoczyła w bok, Krzysztof stał spokojnie, a Paulina…
Paulina na oczach dresów rozmyła się w powietrzu, pojawiając się niemalże w tej samej chwili gdzie indziej i ponownie znikając. Dresom przepaliły się styki. Nigdy czegoś takiego nigdy w swoim życiu nie widzieli.
Mikołaj nie miał szczęścia, jego ciosy nie były szczególnie skuteczne, a sam kilka razy oberwał. Na szczęście do ciosów tulipanem nie doszło, w odpowiednim momencie zjawiała się Paulina i kopała lub waliła dresa odwracając jego uwagę. Ale to było za mało.
Alicja znalazła kran i odkręciła wodę do oporu. Strumień wody był silny, dres trafiony w twarz był autentycznie zaskoczony. Wodą po mordzie dostał też i Jaro, który jako jedyny nie próbował rzucić się na Mikołaja, który nadal dobrze się trzymał. Przewrócił się, kiedy Paulina zmaterializowała mu się dosłownie przed twarzą. Jęknął, kiedy nadział się plecami na butelkę po piwie (butelka była cała, nie wbiła się).
Apogeum miało dopiero nadejść.
Pitekantrop zapraszający na kolanka wypadł z szyku, jego ruchy stały się sztywniejsze, aż w końcu zawył i sam padł na kolana, trzymając się za krocze. Walka ustała, Mikołaj odskoczył od pozostałych, podobnie jak Paulina, który jak smuga powróciła do grupy.
Dres na kolanach zawył z bólu, wycie stopniowo przeszło w wysokotonowy jęk. Mikołaj miał wrażenie, że takie dźwięki mógłby wydać tylko Pavarotti. Gdyby tylko Pavarotti był eunuchem, dźwięk bólu aż wżynał się do mózgu. Cud że nie popękały szyby ani nie zaczęły wyć psy.
Mikołaj miał jeszcze jedno skojarzenie: jęk Lassie ze Świntucha, który to film widział z bratem na pożyczonym VHS-ie. Dodał dwa do dwóch, Krzysiek nadal stał spokojnie, ale mocno skupiony. Płynnym ruchem wyciągnął mu słuchawki:
- Co mu zrobiłeś?
Krzysztof nadal skupiony wykonał tylko ruch ręką, jakby wkręcał żarówkę. Potem ponownie założył słuchawki.Mikołaj zrozumiał.
Dres nadal jęczał. Jaro jako pierwszy oprzytomniał, otrząsając kumpli:
- Spadamy kurwa!Nie przeszkadzali im. Widzieli jak podnieśli swojego kumpla z kolan i dosłownie musieli go nieść, bo ten nie był w stanie sam iść. Alicji zdawało się, że na jego kroczu widziała krwawą plamę.
Udało się! Najbardziej cieszyła się Kaśka, która razem z Magdą nie wmieszały się w walkę.
Kiedy tylko tamci zniknęli na ulicy za krzakami, Alicja zebrała towarzystwo:
- Nie stójmy tak, dobrze? Jeszcze ktoś tu przyjdzie. Idziemy po aparat.
Tak jak się spodziewała taty nie było w domu, a polaroid zlokalizowała szybko. Nawet baterie jeszcze działały, podobnie jak w kasetce był jeszcze film do zdjęć.
- Magda, zrobisz nam zdjęcie? - poprosiła Paulina koleżankę. Ta tylko pokiwała głową nie mogąc wydobyć z siebie słowa.
Alicja pokazała co gdzie trzeba nacisnąć i upewniła się, że flesz się nie uruchomi.Magda zrobiła zdjęcie, po chwili z aparatu zaraz zaczęło się wysuwać charakterystyczne kwadratowe zdjęcie z ramką. Ale wtedy aparat był już na stole, wszyscy zebrali się dookoła. Zaraz też wyciągnęli zdjęcia z imprezy do porównania.
Poświata była też na nowym zdjęciu. Ale nadal wyglądali normalnie, nikt nie prześwitywał ani nie nabrał dziwnych kolorów. Czyli tutaj nie było żadnych zmian. To coś nie postępowało. Ale też nie znikało. Krzysiek z ulga zauważył, że na zdjęciu nie pojawiły mu się rogi ani inne diabelskie oznaki.
-

Mikołaj Pogorzelski
Pogorzelski spoglądał w dal za wojami niosącymi na swych ramionach biednego Kręciwora. Czmychającymi z bitwy. Splunął mieszaniną krwi i śliny z rozciętego o zęby policzka. Stłuczone żebra ignorował. W jego kronikach rzadko zdarzały się momenty by stare siniaki w pełni ustąpiły nim pojawią się nowe. Wniosek nasunął się jeden.
— Nasi muszą to przejąć… lub zniszczyć — zarzucił. — Gdyby wszystko się zesrało. Znajdźcie mojego starego. Aktualnie siedzi w jednostce.
Niemcy nie mogły położyć łapy i wywieźć kosmicznej technologii. Wdrożyć militarnie, bo na urzędach znów zawisną swastyki i żadne powstanie nie pomoże. Elastyczność do sytuacji. Przewaga na tyle znacząca, że paru improwizujących dzieciaków wykręciło kitę wyrośniętym kmiotom, ale dość czarnowidzenia. Ustał. Nie roztrzaskali mu łba butelką i nie zbutowali leżącego. Miał powody do świętowania.
— Dobra robota — pochwalił towarzystwo — ale racja, zawijajmy się.
Tknęła go myśl jak zwiększyć pieczenie w gaciach inwalidy. Wywołać wojnę kulturową, którą godzinami mógłby oglądać z popcornem w ręku.
— Alicja? A znajdziesz gdzieś resztkę farby? Bylejakiej?
Napis “Lubań Pany” na cygańskim bloku, pozostawiony przy powrocie do domu, byłby idealnym zwieńczeniem dnia. Deser po robocie, której jeszcze trochę zostało. Chciał poobserwować zamek. Zostawić szklaną pułapkę na podjeździe. Może cyknąć fotę szwabom. Odprowadzić dziewczyny. Porywacze wydawali się leniwi i zamiast uganiać po mieście, woleli czaić się przy domach.
— I nóż? — wyniósł ich na ranking groźniejszy od napitych odpadów ludzkiej cywilizacji.
-

Krzysztof KomedaKrzysiek ściągnął słuchawki i choć dresiarze już dawno uciekli, wyraźnie słyszał przeciągły pisk. Pomyślał, że gdyby dresiarz poszedł na casting do drugiej części “Farinnelli-ostatni kastrat” wygrałby przesłuchanie w cuglach a może nawet zdobył potem Oskara. Uśmiechnął się, ale po chwili przypomniał sobie krew na spodniach i przestało go to śmieszyć. Nie chciał go okaleczyć tylko wyłączyć z walki a przy okazji dać nauczkę. Użył mocy, ale wciąż nie potrafił jej kontrolować. Mimochodem przetarł palcem nos. Sucho, żadnej krwi. W ustach nie pozostał metaliczny posmak i wyglądało na to, że jedyny rachunek za użycie mocy zapłaci tego wieczora przyszłe potomstwo Farinellego. Próbował się pocieszyć, że dziewczyny są całe i nikomu z ich paczki nic się nie stało, ale nie umiał. Zawsze, kiedy coś zmalował szedł do spowiedzi i po zmówieniu pokuty robiło mu się lżej na sercu. Ale teraz nie mógł skorzystać z konfesjonału. No bo co powie księdzu Romanowi? Że siłą umysłu wykręcił dresiarzowi jaja?
Zdjęcie z polaroida wyszło i wszyscy zbili się nad stołem. Krzysiek najpierw obejrzał własne czoło. Żadnych rogów, ta sama gęba co rano, tylko obrysowana poświatą jak u wszystkich pozostałych. Nikt nie był w negatywie.
Powinno mu ulżyć, a zamiast tego poczuł zawód. Gdyby świecił tak jak Asia, wiedzieliby chociaż, kto jest następny w kolejce do porwania. Krzysiek wciąż wierzył w swój plan na przynętę.— Nie ma wyjścia — zaczął ostrożnie. — Zdjęcie nic nie dało a nie możemy czekać w nieskończoność na nowe znaki. Asia musi być na zamku, a jeśli nawet trzymają ją gdzie indziej, to tam prowadzi trop. Proponuję iść tam jutro, w biały dzień bo w nocy to za duże ryzyko. Jak nas przydybają powiemy, że nasz pierdolnięty kolega zgubił na wycieczce z Wroną ciupagę i teraz za nią płacze. Albo się wymyśli inną ściemę. Przy robotnikach ten Niemiaszek i tak nam gówno zrobi.
Nie czekając na odpowiedź, spojrzał na Alicję.
— Sama widziałaś, jak Paulina skakała między nimi. A tamten darł się, bo wykręciłem mu wora chociaż nie dotknąłem go nawet palcem. — postukał palcem w zdjęcie, na którym Alicja emanowała poświatą — Ty też jesteś naznaczona Alka. Potrzebujemy cię, bo osobno nikt nas nic nie zdziała. Ale razem możemy wyciągnąć Aśkę a przy okazji spuścić Helmutowi wpierdol i... — uśmiechnął się niczym najprawdziwszy diabeł — pomścić naszych dziadków.
-

Alicja Filipowicz
Odłożyła wąż ogrodowy, który opadł w kałużę wody z cichym plaśnięciem. Jarek i jego koledzy uciekli. Nie stanowili już dla nich zagrożenia ani przeszkody w dostaniu się do domu. Widziała, co się działo, kiedy celowała strumieniem w kiboli. Dostrzegła Paulinę, która wyglądała, jakby przenosiła się z jednego miejsca w drugie, zupełnie jakby potrafiła się teleportować. Widziała też Krzyśka, który w całej tej sytuacji stał opanowany jak posąg, ze słuchawkami na uszach, skupiony na czymś. I widziała również coś, co wyglądało jak świeża plama krwi na kroczu jednego z naćpanych kumpli Jarka.
W tej krótkiej chwili, kiedy jeszcze słychać było oddalające się kroki Jarka i jego kolegów, a oni stali na podwórku przed domem, Alicja czuła, jakby wpadała w króliczą norę. Nie. To było coś innego. Ona była w nią wciągana mimowolnie, prosto w nieznane, do Krainy Czarów, choć żadnych czarów w niej nie było, a zamiast absurdalnych postaci byli jej koledzy z klasy, a zamiast Królowej ścinającej głowy - stary nazista czyhający na nastolatków w swoim zamku na sokołowskim wzgórzu.
“We’re all mad here, Alice” odbijało jej się echem w głowie jeszcze przez długi czas, a ona sama przez ten czas była jak we śnie. Poprowadziła pozostałych na strych, gdzie znaleźli Polaroida, i dopiero świeżo zrobione zdjęcie wyrwało ją z tego stanu i sprowadziło do rzeczywistości.
- To wszystko jest jakieś chore - powiedziała, próbując jeszcze znaleźć w tym wszystkim jakąś logikę, ale na próżno. Nie mogła dłużej udawać, że nic niezwykłego się nie wydarzyło. Pozostało jej już tylko całkowicie zanurzyć się w tej króliczej norze.
Pokręciła głową, odwracając wzrok od fotografii, ale słowa Krzyśka i tak do niej dotarły. Nie mogła się już przed tym bronić. Miał rację - czy tego chciała, czy nie, była w to wplątana. A jeśli groziło im jakieś niebezpieczeństwo, a tak na pewno było, potrzebowali siebie nawzajem.
- Dobra, wchodzę w to.
Po tym, jak jej decyzja zapadła, Alicja znalazła Mikołajowi puszkę z farbą wśród wszystkich rupieci na strychu.
- Nie sądzę, by ojciec zauważył, więc częstuj się.
Mikołaj otrzymał też nóż, który Alicja wzięła z kuchni. Wręczyła mu go z uniesioną brwią, ale nie zadawała zbędnych pytań.
- Uważajcie na siebie, wracając do domu. Wczoraj, jak wyszłam z Miami, chyba ktoś mnie śledził… - opowiedziała im pokrótce o wydarzeniach z poprzedniej nocy, zanim się pożegnali.
A potem udała się do swojego pokoju, zamknęła się w nim i padła na łóżko. W głowie wciąż słyszała cytowany przez Mikołaja fragment.
-

Paulina Kwiatkowska
Paulina jeszcze przez kilka sekund stała dokładnie tam, gdzie zakończyła swój ostatni… skok? Doskok? Cokolwiek to właściwie było. Oddychała szybko, wpatrując się w miejsce, w którym — była tego przecież pewna — znajdowała się jeszcze chwilę wcześniej.
Spojrzała na swoje dłonie. Potem na nogi. Poruszyła palcami jednej ręki, jakby spodziewała się, że może czegoś jej brakuje.
— Ja pierdolę… — wydusiła.
Dopiero teraz naprawdę do niej dotarło. Ona tego nie zrobiła normalnie. Nie przebiegła tych kilku metrów. Nie pamiętała biegu. Nie pamiętała nawet stawiania kroków. Było jedno miejsce, myśl, że musi znaleźć się gdzie indziej — i nagle świat jakby przeskakiwał razem z nią.
Paulina odwróciła się gwałtownie, patrząc na odległość, którą przed chwilą pokonała.— Widzieliście to?
Pytanie wyrwało jej się zupełnie odruchowo. Głupie pytanie. Oczywiście, że widzieli.
Jeszcze rano zastanawiała się, czy nie zwariowała. Potem próbowała wmówić sobie, że wizje mogły być czymś, czego po prostu nie rozumiała. Zdjęcia dało się podważać, zrzucić na aparat, kliszę, wywoływanie.
Tego nie potrafiła sobie wytłumaczyć.
— Ja chciałam tylko… — zaczęła i urwała, marszcząc brwi. — Chciałam być tam szybciej.
Wskazała jedno miejsce, potem drugie.
— I po prostu tam byłam.
Na jej twarzy przestrach powoli zaczął ustępować czemuś zupełnie innemu. Niedowierzaniu podszytemu fascynacją.
— Kurwa… Ja się teleportowałam?
Kasia patrzyła na nią przez kilka sekund w absolutnym milczeniu.
— No.
Paulina przeniosła na nią wzrok.
— „No”?
— No teleportowałaś się. — Kasia wskazała ręką miejsce obok siebie. — Stałaś tutaj. Mrugnęłam i już cię, kurwa, nie było.
Magda wyglądała znacznie mniej spokojnie. Patrzyła na Paulinę szeroko otwartymi oczami, jakby właśnie pierwszy raz zobaczyła ją naprawdę. Objęła się rękami, nie wyglądała ani na podekscytowaną, ani spokojną.
— Paula… — odezwała się w końcu. — Co to w ogóle było? Ty tak wcześniej umiałaś?
— No pewnie, Magda. Od podstawówki. Po prostu nie było okazji wspomnieć.Kasia parsknęła. Magdzie niestety wciąż nie było do śmiechu. Wyglądała na przerażoną i niepewną wszystkiego, co się działo od dnia dzisiejszego. Paulina miała przez chwilę wrażenie, że najchętniej poszłaby już do siebie i zamknęła się w sypialni. Że szkolne życie i dramy były dla niej wystarczająco trudne, a to co teraz się działo, po prostu niepojęte.
Kiedy wszyscy weszli do domu Alicji i zrobili ponowne zdjęcie, żadne nowe lampki się nie zaświeciły. Mieli wciąż te same dane i ten sam pomysł, na którego realizację — według Pauliny — było już dziś za późno. Jutro było dobrym terminem. Nastolatka odwróciła się do przyjaciółek.
— Wy nie idziecie.
Kasia przez moment patrzyła na Paulinę, jakby nie była pewna, czy dobrze usłyszała.
— Co?
— Na zamek. Jutro. Wy nie idziecie.
— Aha.To krótkie „aha” zabrzmiało znacznie gorzej niż gdyby od razu zaczęła krzyczeć. Kasia skrzyżowała ręce na piersi.
— A od kiedy ty decydujesz, gdzie ja chodzę?
— Nie decyduję, tylko…
— Właśnie zdecydowałaś.Paulina westchnęła. Wiedziała, że tak będzie. Z Kasią można było dyskutować o wszystkim, dopóki nie próbowało się jej czegoś zabronić. Wtedy zwykła rozmowa błyskawicznie zmieniała się w walkę o niepodległość.
— Spójrz na zdjęcia. Ty nie świecisz. Magda też nie. Byłyście z nami w Miami, byłyście na zamku i nic wam nie jest.
— Dzięki, miło wiedzieć.
— Kasia.
— Paula.Przez chwilę mierzyły się wzrokiem.
— Nie wiem, co tam jest — podjęła ciszej Paulina. — Ale cokolwiek to jest, zrobiło coś ze mną. Z nimi. — skinęła głową w stronę pozostałych. — Asia wygląda na zdjęciach jakby już coś ją pochłonęło, doszczętnie, widziałam dwóch trupów, którymi ktoś sterował, a wszystko prowadzi pod ten cholerny zamek. I teraz okazuje się, że potrafię… nawet nie wiem co ja potrafię.
Urwała. Dopiero wypowiedziane jednym ciągiem wszystko zabrzmiało jeszcze bardziej absurdalnie.
— Więc skoro was to ominęło, nie zamierzam ciągnąć was tam tylko po to, żeby sprawdzić, czy za drugim razem będziecie miały mniej szczęścia.
Kasia zacisnęła szczękę.
— A ty możesz?
— Co ja mogę?
— Mieć mniej szczęścia.Paulina nie odpowiedziała. Poczuła zmęczenie.
— No właśnie — rzuciła Kasia. — Czyli nie chodzi o to, że tam jest niebezpiecznie. Chodzi o to, że tobie wolno ryzykować, a nam nie.
— Mnie już to dotyczy.
— Nas też, do cholery. Asia jest naszą przyjaciółką.I z tym Paulina nie potrafiła się kłócić. Zerknęła na Magdę, chyba trochę licząc, że ta poprze którąś z nich. Blondynka jednak spuściła wzrok.
— Ja… — zaczęła cicho. — Ja chyba nie chcę tam iść.
Zapadła cisza. Magda natychmiast wyglądała, jakby żałowała, że w ogóle się odezwała.
— Przepraszam.
— Za co? — Paulina zmarszczyła brwi.
— No bo Asia…
— Magda, nie...Paulina westchnęła. Tym razem chciała powiedzieć to łagodniej. Zmieniło ton z bojowo-kasiowego, na swój własny.
— Nie musisz.
Magda kiwnęła głową, ale wciąż nie podniosła wzroku. Kasia za to patrzyła na Paulinę jeszcze bardziej zawzięcie.
— No to jedna sprawa załatwiona.
— Kaśka…
— Ja idę.
— Nie.
— To spróbuj mnie zatrzymać.Paulina otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła. Miała wrażenie, jakby próbowała kopać się z koniem. Kasia uniosła brew. Wydawało się jakby triumfowała, a w głowie odtańczyła taniec zwycięstwa. Po krótkiej ciszy, jaka między nimi zapadła, zmrużyła jednak oczy i pogroziła Paulinie palcem.
— Tylko bez teleportowania mnie do domu.
Kwiatkowska westchnęła, a na jej twarzy zakwitł półuśmiech. Nie była nawet pewna czy cieszyła się, że Kasia nie ustąpiła. Nie wiedziała sama, co wolała. Z jednej strony chciała, aby ta była bezpieczna, z drugiej jej wsparcie było dla Pauli nieocenione. Całe szczęście, że chociaż Magda ustąpiła, jednak... Paulinie krajało się serce, widząc w jakim ta jest stanie.
— Chodźcie tu, wariatki
Paulina wyciągnęła szeroko ręce i zgarnęła przyjaciółki do siebie, otulając je ciepłem swoich ramion i ściskając mocno.
— Co by się nie działo, zawsze razem.
Na te słowa w oczach Magdy natychmiast pojawiły się łzy. Wtuliła się w Paulinę mocniej, jakby właśnie tego zapewnienia potrzebowała przez cały dzień.
Kasia natomiast przez chwilę nic nie powiedziała. Tylko objęła obie dziewczyny i ścisnęła je nieco mocniej. Kiedy się odsunęła, na jej twarzy pojawił się ten znajomy, pewny siebie półuśmiech.
— No. I tak ma zostać.
— Nawet jak jedna stchórzy? — wymamrotała Magda, pociągając nosem.
Kasia natychmiast spoważniała.
— Ty nie stchórzyłaś.
Paulina kiwnęła głową.
— Właśnie. Nawet tak nie mów.
— Po prostu jedna z nas ma jeszcze trochę oleju w głowie — dodała Kasia. — Najwyraźniej padło na ciebie.
-
Szarzyzna
Sokołów Śląski, 19:30, dom Alicji
Obok domu Alicji, na sąsiedniej działce, stał opuszczony budynek. Był pusty odkąd dziewczyna to pamiętała. Przez lata coraz bardziej zarastał, dach był zawalony. W ostatnich latach budynek zaczął ubywać, rozbierany nielegalnie na cegłę rozbiórkową (w końcu da się ją sprzedać, tak samo jak kradzione metale). W zeszłą zimę ktoś zaprószył ogień albo po prostu podpalił. Ogień na szczęście ugaszono na tyle szybko, że nie ucierpiały inne zabudowania, tylko teraz na działce stały osmalone ruiny, od nowa zarastające roślinnością. Teraz, przy zachodzącym słońcu, były skryte w cieniu.
Alicja gdy tylko zamknęła drzwi i wróciła do siebie do pokoju wyjrzała jeszcze przez okno: warsztat taty był zamknięty, nie było go tam. Nie widziała również ich samochodu, pewnie pojechał do kogoś lub po coś, nie pierwszy raz. Czasami wracał naprawdę późno, by następnego dnia od nowa mocno pracować.
Mikołaj intensywnie mieszał puszkę z farbą, na napis powinno wystarczyć. Dostał też zakurzony, rozczochrany pędzel. Nawet jak odprowadzą dziewczyny po domach, to nadal będzie u cyganów na tyle wcześnie, że będzie jeszcze dość jasno. Albo to odłoży, albo będzie musiał być szybki. Bardzo szybki. Jak Paulina. Już rano się okazało, że potrafi być szybki.
Wszyscy byli jeszcze przed wejściem do domu Alicji, gdy Paulina miała przeczucie. Tak, chyba tak można było to nazwać, szósty zmysł albo coś innego. Albo po prostu tamci robili tyle hałasu, że ich usłyszała. Obróciła głowę: było ich dwóch, sportowe ciuchy, wygolone niemalże na łyso głowy (Dresiarze!).
Krzysiek spojrzał tam, gdzie Paulina. Kolejne dresy, ci byli trochę starsi, w ciemnych sportowych okularach przeciwsłonecznych. Widział jak podnoszą się po skoku przez płot. Ich ruchy były… sztywne?
Paulina ich już widziała, widziała te sztywne ruchy! To byli ci, co porwali Asię! Grupa zamilkła, tamci powoli szli w ich kierunku, w całkowitym milczeniu.
Alicję po plecach przeszedł dreszcz. Nie wiedziała dlaczego, ale coś było nie w porządku. Coś w domu? Brat wrócił? Nie, za cicho. Wstała i podeszła znowu do okna: Dwóch obcych, w ciemnych okularach, zbliżało się od strony wypalonego budynku. Sztywne ruchy (ale nie powolne ani nie nieskoordynowane), kamienne twarze. To chyba nie byli kolejni znajomi Jarka, ale w sumie nie kojarzyła ich wszystkich. I chyba kuple jej brata byli trochę młodsi.
Zbliżali się do jej przyjaciół.
-

Alicja Filipowicz
Alicja stała przy oknie i w osłupieniu przyglądała się dwóm postaciom, które wynurzyły się zza zarośniętej roślinnością ruiny na działce obok. Dwóch ogolonych na łyso mężczyzn, którzy dosyć powolnym, ale pewnym krokiem zbliżali się do podwórka, na którym wciąż stali jej koledzy z klasy.
Dziewczyna poczuła nieprzyjemny dreszcz, który przebiegł przez jej ciało i zjeżył włoski na karku. Mimowolnie musnęła go dłonią, jakby miało to przynieść jej ukojenie, ale z jakiegoś powodu stres i niepokój tylko narastały.
Ruchy obcych były dziwne, niepokojące, jakby nie z tego świata, a mimo to wyglądali całkiem ludzko. Gdyby nie wcześniejsze rozmowy i teorie o zombie-nazistach z zamku, Alicja mogłaby pomylić ich z kolejnymi kumplami Jarka. Jednak kontekst, który posiadała, a który tak długo starała się racjonalizować, sprawił, że doskonale wiedziała, iż do jej znajomych zbliżało się niebezpieczeństwo.
Potrzebujemy cię, bo osobno nikt z nas nic nie zdziała.
Słowa Krzyśka zadźwięczały jej w głowie - wspomnienie, które wyrwało ją z chwilowego osłupienia. Ocknęła się, mrugnęła kilka razy i gorączkowo rozejrzała się po okolicy.
Mieli jeszcze kilka chwil, zanim dwójka obcych zbliży się na tyle, by zagrozić pozostałym. Ten czas musiał im wystarczyć, by przygotować się na najgorsze. Na starcie. Albo ucieczkę.
Alicja zauważyła, że na całe szczęście Paulina, Krzysiek i Mikołaj również zorientowali się, że coś jest nie tak. W takim razie oni także mieli chwilę, by się przygotować. Filipowicz musiała im jakoś pomóc. Dołączyć do nich. Połączyć siły. Zgodnie ze słowami Krzyśka.
I wtedy przypomniała sobie incydent z kubkiem. Oczami wyobraźni znów widziała, jak zatrzymuje się kilka centymetrów przed jej twarzą, nieruchomy. Jak kawa i fusy zawisają w powietrzu.
Jeśli pozostali mieli rację i ona również posiadała jakieś moce, to może właśnie o to chodziło? Czy dałaby radę powtórzyć to, co wydarzyło się tamtego poranka, ale tym razem świadomie? Intensywniej? Mocniej? Nie wiedziała. Ale musiała spróbować.Z impetem otworzyła okno i krzyknęła do pozostałych:
- Szybko, do środka!
Sama zaś wyciągnęła rękę przed siebie, tak jakby chciała osłonić się przed czymś - albo sięgnąć gdzieś daleko i powstrzymać coś przed natarciem. Chciała zatrzymać dwóch obcych. Tak jak zatrzymała kubek.
Chciała dać przyjaciołom czas na działanie. Jeśli zabarykadują się w domu, mogą mieć większe szanse na przetrwanie. Lub na ucieczkę przez garaż ojca.
-

Mikołaj Pogorzelski
Pogorzelski zamarł w mieszaniu farby. Niespodziewane postacie zabiły w nim radość z prowokacji. Wdeptały w ziemię poczucie bezpieczeństwa. Zrobił się nerwowy. Postąpił krok do tyłu, trącając łapami pozostałych, by nie stali jak kołki. “Dwie postacie, dziwne ruchy”. Słowa Pauliny opisujące przebieg porwania zakołotały w czaszce z budzącym dreszcze echem antaby na wrotach pałacu hrabiego Drakuli. Nie pozostawiały wątpliwości z kim przyszło się mierzyć. Trupy sterowane z zamku, jak kukły na sznurkach. Plączących się, zaczepiających, uwalniających z szarpnięciem opadające kończyny.
— Zdjęcia, zdjęcia im róbcie — wskazywał puszką napastników, by chociaż porozrzucane wydruki Polaroida świadczyły o gębach sprawców, gdyby ich samych już miało zabraknąć.Z dwóch reakcji na zagrożenie, zmrożona krew w żyłach wybierała za niego. Pragnął utrzymać dystans, ale przecież sam wiedział najlepiej, jak bardzo potrafił być złudny. Zacisnął dłoń na rękojeści noża. Wyciągał przed siebie, chcąc szpicem odgrodzić się od niebezpieczeństwa.
— LUUDZIE, RATUNKU! POMOCY! — wydarł się na całe płuca. — NIEMIECKIE PEDERASTY CO ASIĘ PORWAŁY! ZNOWU ATAKUJĄ!
Dzięki Orłosiowi, mało kto w kraju o przestępstwie jeszcze nie słyszał.
— DOBRZY LUDZIE! POMOCY!Rozejrzał się. Potrzebą chwili chciałby się znaleźć za grubą przegrodą. Jak Alicja zakluczona za drzwiami. Zazdrościł.
— Szybko, do środka! — wspomniana zawołała ich z piętra. Nie zamknęła na zamek? Niech żyje niedbalstwo.
Chłopak podbiegł do drzwi, nadusił klamkę. Zniknął we wnętrzu. Odnalazł okno z widokiem na podwórze. Nie podchodził do szyby. Z głębi pomieszczenia zza firany wypatrywał łysą parę. Nie rozumiał po co im okulary przeciwsłoneczne? Albo ukrywały kosmiczne robale siedzące w oczodołach. Albo z ich pomocą Niemiec wysyłał sygnały do ożywionych mózgów, albo tysiąc innych rzeczy. Uznał, że zmysłami kierować się muszą. Węch, słuch? Nie sądził. Wzroku musieli używać i współdzielić ze swym władcą. Postanowił wydusić im oczy, jak dryluje się wiśnie na ciasto. Pyszne, chrupiące ciasto wprost z piekarnika. Zje takie, rozrzucając wszędzie okruchy. Zje ich jeszcze wiele i nie da się zabić. Wytężył wolę, wyobrażając sobie kciuki przebijające się przez pedalskie ciemne szkła, przez oczy, wprost do głębi czaszki. Wiercące się pod powiekami jak bączek zabawka kręcący na stole.
-

Paulina Kwiatkowska
Paulina poczuła, jak wszystko w niej na moment zamiera. Nie przez wygolone głowy. Nie przez okulary. Nawet nie przez fakt, że dwóch obcych właśnie przelazło przez cudze ogrodzenie i szło prosto w ich stronę. Przez sposób, w jaki się poruszali. Widziała go już wcześniej.
Noc. Podjazd. Samochód mamy Asi. Dwie ciemne sylwetki pojawiające się przy nim niemal jednocześnie. Sztywne, precyzyjne ruchy. Dłoń zasłaniająca Asi usta. Bezwładne ciało jej matki.
A potem ten smak.
Padlina.Paulina gwałtownie cofnęła się o krok.
— To oni.Powiedziała to tak cicho, że przez moment sama nie była pewna, czy ktokolwiek ją usłyszał.
— To oni! — powtórzyła znacznie głośniej. — Ci sami. Widziałam ich. To oni zabrali Asię!
Kasia momentalnie spoważniała.
— Te trupy?
Paulina tylko kiwnęła głową. W tym czasie Mikołaj zaczął krzyczeć, aby zwrócić uwagę okolicznych mieszkańców i chyba spłoszyć napastników.
— O kurwa… — wyrwało się Magdzie. Zbladła jeszcze bardziej. — Czyli naprawdę ich widziałaś.
— A myślałaś, że zmyślam?!
— Nie! Tylko… miałam nadzieję, że się mylisz!
— Paula — Kasia nie spuszczała wzroku z nadchodzących mężczyzn. — Mówiłaś, że ktoś nimi sterował.
— Tak.
— To chyba właśnie wie, gdzie jesteśmy.
Paulina poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. No tak. Nie musieli iść na zamek. Zamek właśnie przyszedł do nich.Krzyk Alicji wyrwał ją z odrętwienia.
— Szybko, do środka!Paulina nie zamierzała dyskutować.
— Kasia, Magda, do domu. Teraz.Sama odruchowo została pół kroku za nimi, jakby te kilkadziesiąt centymetrów mogło stanowić jakąkolwiek przeszkodę dla czegoś, co nie powinno nawet chodzić. Jeszcze kilkanaście minut temu kłóciła się z Kasią o zamek. Próbowała przekonać ją, że skoro ona i Magda nie świecą na zdjęciach, nie powinny się w to mieszać. A teraz to przyszło do nich samo. Ta myśl była chyba gorsza od wszystkiego.
Paulina w głowie przerabiała rzecz, która chyba dla innych, w tej sytuacji, wydała się błaha. Po co im okulary przeciwsłoneczne o tak później godzinie? Na początku obstawiła światłowstręt, bo w sumie wyszli o zmroku, mieli okulary… ale nie. To było niespójne, bo teraz nie było aż tyle światła, zresztą wtedy i dzień by im nie wadził.
Więc co? Być może okulary ukrywają coś w oczach - martwe oczy, brak oczu, jakiś znak/przemianę?
Może są elementem sterowania nimi; ktoś za ich pomocą widzi przez ich oczy?
Chronią nie zombie przed światłem, tylko coś znajdującego się w ich oczach?
Albo są po prostu sposobem na ukrycie przed ludźmi najbardziej oczywistego dowodu, że ci faceci są trupami.— Te okulary… — mruknęła.
— Co z nimi? — zapytała Kasia.
— Nie wiem. Ale chcę zobaczyć, co jest pod nimi.Kasia spojrzała na nią jak na idiotkę.
— Oczy, Paula.
— Dzięki, Kaśka.
— Nie ma za co.
— Tylko coś mi mówi, że nie takie, jakie powinny.Wbiegła do domu razem z resztą, stanęła przy oknie jak Mikołaj. Miała wrażenie, że są bohaterami jakiegoś horroru. Nikt ze sobą nie rozmawiał, nie planował, każdy coś myślał i robił. Zerkając na Pogorzelskiego zrozumiała, że próbuje coś zrobić, wysilił się, skupił. Westchnęła. Sama stwierdziła, że zrobi “swoje”.
— Którego bierzesz? Bo chcę drugiego. Te okulary są... Dziwnie podejrzane
Zagaiła mimo zasady horrorowej o nie dogadywaniu się. Wolała wybrać drugiego zombiaka. Musieli to podzielić.
-

Krzysztof Komeda
O w mordę.
Pierwsza myśl była taka, że Farinelli poleciał po swoich i wrócił z posiłkami, bo dresiarze nie umieli honorowo przegrywać i zawsze wracali ze starszymi kolegami. Krzysiek poczuł przyjemny dreszcz. Ile razy marzył o tym by jak Jean-Cloude Van Damme w podłym barze kłaść na deski kolejnych twardzieli. Kiedy z Bochenkiem obejrzeli “Krwawy sport” postanowili, że zostaną kickbokserami i będą lać każdego frajera z podstawówki, który im podskoczy. Trenowali codziennie wykopy i półobroty, ale życie to nie film a ich wygibasy okazały się gówno warte i pierwszy lepszy szóstoklasista wybił im z głowy sztuki walki. Nie mówiąc już o cyganach, którzy parę lat później upokorzyli go na cmentarzu. Ale sytuacja się zmieniła, Krzysiek nie musiał mieć czarnego pasa by kopać draniom tyłki. Wystarczyło się tylko skupić i…
Usłyszał krzyk Pauliny.
To oni.
To oni.
I zrozumiał. To nie dresiarze. To porywacze. Porywacze Asi.
Przełknął ślinę. Tego się nie spodziewał. Stał jak kołek i przyglądał się dwóm łysym łbom. Wyglądali strasznie jak każdy blokers, ale to nie ortaliony wzbudziły w nim lęk, lecz ich nieludzkie ruchy. Jakby byli jakimiś robotami. Na oczach mieli ciemne okulary, choć słońce już dawno zaszło. Wtedy wydało mu się to nieistotne. Istotne było, czego od nich chcieli. Na kogo polowali? Czy przyszli po konkretną osobę? Obserwował ich przez chwilę, próbując coś wyczytać z tępych twarzy, ale okulary na oczach nie ułatwiały zadania. Zanim się zorientował Mikołaj już zniknął za drzwiami, za nim pobiegły dziewczyny. W końcu i on odwrócił się na pięcie i rzucił do ucieczki. Zatrzasnął za sobą drzwi, zamknął je na zasuwę.
Chciał krzyknąć do Alicji, żeby brała polaroida i robiła zdjęcia, ale nie krzyknął. Alicja stała przy oknie skupiona jakby szykowała się do ataku. Znał ten stan aż za dobrze, bo godzinę temu sam przeżył to samo.
Dobra. To on weźmie aparat. Zaczął się rozglądać po pokoju.
-
Szarzyzna
Sokołów Śląski, 19:30, dom Alicji
Alicja
Z pewnością miała moc, bo poczuła jak coś ją drenuje z sił. Tylko że chyba nie tak miało to funkcjonować. Wrogowie jak nic dalej parli do przodu. Dziewczynę ogarnęło zmęczenie i rezygnacja. To wszystko nie ma prawa się dziać. Stała tak w oknie patrząc na obcych. Jej przyjaiele byli już w środku, słyszała ich rozgorączkowane głosy. Ktoś wbiegał po schodach.
- Alicja! - To był Krzysiek.Krzysztof
- Tutaj! - odkrzyknęła Ala.
Znalazł właściwe drzwi i niemalże wbiegł do jej pokoju.
- Gdzie masz tego polaroida?
Po chwili dotarło jeszcze do niego, że właśnie jest pierwszy raz w dziewczęcej (dziewczyńskiej? sypialni.Mikołaj
Ze złośliwością pchnął rozczapierzone palce przed siebie. Zadziało na odległość, zombiak złapał się za twarz, dobrze, zabolało drania. Z czystą satysfakcją kontynuował wpychanie palców (czuł nawet opór na koniuszkach!) kiedy…
Paulina
Stali wszyscy w oknie na parterze, ona, jej koleżanki i Mikołaj. Krzysiek pobiegł schodami na górę. Ta akcja przyszła Paulinie łatwiej niż myślała, nabierała wprawy. Widziała jak jeden zombiak chwyta się za twarz, wzięła na cel drugiego. Skoncentrowała się.
Sportowe okulary przeciwsłoneczne odleciały od twarzy przeciwnika, Paulina będąc w środku budynku słyszała świst powietrza, tak szybko odleciały i zniknęły… gdzieś, straciła je z oczu.
Najgorsze, że na zombiaku nie zrobiło to żadnego wrażenia. Wasze spojrzenia się spotkały.
Wszyscy
Wszyscy spojrzeliście w jego oczy. I czwórka na parterze jak i Alicja z Krzyśkiem na górze (chłopak miał już aparat, włączony i gotowy do robienia zdjęć). To co od rana robliście, to były igraszki, napędzenie stracha dresom to była zabawa, rozdzieranie ubrań niewinnym psikusem, a odkrywanie co się działo w przeszłości może niezbyt miłym, ale jednak tylko urozmaiceniem. Gdy spojrzeliście w odkryte oczy zombiaka poczuliście, że po raz kolejny tracicie resztki niewinności.
Oczy zombiaka były czarne. I nie chodzi tylko o tęczówki. Całe gałki były jednolicie czarne. I czuliście jak to co tam siedzi patrzy się na was, przenika was.
Kiedy spoglądasz w otchłań ona również patrzy na ciebie.
Pod jego spojrzeniem przenikał was strach. STRACH. Dresy to był pikuś, cyganie to była tylko upierdliwość. Tutaj czaiło się ZŁO.
Jedno spojrzenie wystarczyło, by atak Mikołaja przestał działać. Obaj obcy ruszyli dalej, nie wydając żadnych dźwięków. Próbowali otworzyć drzwi. Na szczęście tym razem były zamknięte. Tamci się z nimi siłowali. Znaczyło to tyle, że nie posiadają nadludzkiej siły.
A was paraliżował strach.
-

Krzysztof Komeda
Normalnie pierwszy raz w pokoju dziewczyny by go ucieszył, albo przeraził, albo jedno i drugie, ale nie miał czasu sprawdzać czy Alicja zostawiła stanik na krześle i czy nad jej łóżkiem wisi plakat Bartka Wrony z Just 5. Chwycił za polaroid, chociaż nie miał pojęcia jak go obsługiwać. Odsunął pokrywę a potem stanął obok Alicji, która wciąż wpatrywała się w okno na piętrze próbując użyć swoich mocy. On też wyjrzał.
I to był błąd.
Wielki, wielki błąd.
Boże jedyny
Krzysiek Komeda szatana znał lepiej niż tabliczkę mnożenia. Diabłem straszono go od przedszkola. Widział go na obrazach w kościele, w książkach matki które kupowała w księgarniach katolickich i na okładkach kaset, które przynosił mu Marek. W każdej z tych wersji Zły miał baranie rogi, kopyta i ogon. Krzysiek nigdy nie potrafił się tego przestraszyć tak jak od niego oczekiwano. Rogaty stwór wyglądał głupio, trochę jak przebieraniec, który mógłby stawać w szranki z Chlebowskim w jego marynarce z krepiny. Czyste zło zobaczył pierwszy raz w życiu drugiego września tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku, w domu Alicji Filipowicz.
Zło nie miało rogów, kopyt ani ogona. Zło miało wygoloną na łyso głowę, ortalionowy dres i twarz, z której właśnie zleciały ciemne okulary. Oczy były czarne jakby ktoś wyciął z twarzy dwa otwory i za nimi nie było czaszki, tylko coś co ciągnie się bez końca i nie ma dna. Krzysiek nie umiał odwrócić wzroku. Miał wrażenie, że stoi nad studnią na podwórku u kuzynów w Świebodzicach i czeka aż kamień uderzy o wodę, ale kamień spada, spada, spada i nie ma to końca. I że w tej studni, gdzieś na dnie ktoś siedzi. Siedzi i czeka. Obserwuje.
Chciał powiedzieć Alicji, żeby się nie bała, że oni tu nie wejdą, drzwi są zamknięte i nic im się nie stanie. Usta się otwierały i zamykały, ale nic z nich nie wychodziło. Ani jednego dźwięku jak w przyciszonym telewizorze. Odwrócił głowę od okna, nic nie dało. Dalej miał przed sobą te dwie czarne studnie, wpatrzone w niego z bliska. Na dole ktoś zaczął walić w drzwi. Polaroid wyleciał mu z ręki na podłogę.
Nie jesteś bezbronny, myślał. Nie jesteś już dzieckiem, masz moc, masz mięsień w mózgu, który potrafi drzeć ubrania na strzępy i zadawać ból. Powtarzał to sobie bez końca, ale ani razu nie uwierzył w te kłamstwa. Z dołu znowu dobiegło głuche uderzenie, które niosło się przez schody na piętro. I wtedy poczuł, że zaraz stanie się coś gorszego niż śmierć w męczarniach. Coś gorszego niż ogień piekielny i każdy jeden koszmar.
Sekundy dzieliły go by ze strachu zeszczał się spodnie przed dziewczyną z klasy.
Złapał Alicję za ramię i odsunął od okna, mocniej, niż chciał.
— Przepraszam. Nie patrz.
Pchnął skrzydło okna, rozpiął rozporek i wychylił się nad parapetem, mierząc w dwa łyse łby na dole.
-

Mikołaj Pogorzelski
Miał ich, a teraz oni mieli jego. Stał skuty, gdy trzeba było działać. Skuty lękiem wzbudzonym ciemnością wypływającą przez zwierciadła źrenic. Mirażem drugiej strony, pożerającej całe światło i wszystko co szlachetne. Odwagę, solidarność, wiarę w zwycięstwo. Cienie obleczone w ciała próbowały ich dopaść, porwać do swojego świata, a on nie potrafił się wyrwać spod wpływu pętających, duszących macek. Niemoc napędzała lęk przed tym co go czeka. Lęk wzmacniał niemoc ściskając oddech jeszcze mocniej. Trwał w labiryncie pętli, z której nie istniało wyjście.
— Tchórz, tchórz tchórz — zanikał w swej świadomości, a im słabszy się stawał tym kpiące słowa rosły w siłę.
— Zamknij się — próbował odparować. Tak nikle, jakby go wcale nie było, rozpuszczony między ogromem galaktyk. W próżni, w której głos się nie niesie, a nawet gdyby, to wcale nie ma znaczenia.
— Się nie popłacz siuśmajtku — atak był charczący, przepalony, prawie rozkasłany.
— Kim...? — Mikołaj dopytywał.
— Jestem? Sie wcisnąłeś pod fotel. Teraz “JA” prowadzę. Patrz. Pod prąd.
Pierwsza ręka przełamała opór. Zrzuciła plecak z ramienia. Zanurzyła w głąb, pod podszewkę. Wymacała artefakt. Kanciasty. Szeleszczący folijka. Mający na koncie miliony trupów. Pięć każdego roku. Naziol mógłby w obliczu wziąć w palce lizaka, założyć czapkę ze śmigiełkiem i wrócić do piaskownicy ze swym złem pięciolatka. Nie-Mikołaj wystukał z kartonowego pudełeczka podłużny kształt, złapał między zęby. Drżącą dłonią uniósł zapalniczkę. Zaiskrzył krzemieniem. Moment, gdy przyczyna drżenia przeszła z lęku w ekscytację, rozmyła się w akcie. Tak, był wcale nie wyjątkowy, wcale nie lepszy od patusów za szkołą co klną i szlugi jarają. Zawodem rodziców. Śmierdzącym chuchem. Żółcią firanek. Tak, stary mógł go sadzać teraz do stołu i kazać palić paczkę za paczka, aż do porzygu. Matka wcisnąć twarz w otwarte, przepalone płuca denata co zszedł na raka. Z błogością odetchnął dymem. Z kiepem przyklejonym do dolnej wargi, był jak cholerny Clint Eastwood. Pierwotne instynkty nie miały już nad nim władzy. Najgorszy z nich wszystkich, wyszczerzony nałóg westchnął rozkosznie.
— Drogie dzieci, uwierzcie we mnie tak jak i ja w was uwierzyłem.
Czuł, że mógłby umrzeć szczęśliwy. Tylko, już wcale nie zamierzał. Nikotyna krążyła w krwiobiegu kojąc nerwy. Poganin lał przez okno na łyse pały, dodając mieszankę rozbawienia do fajki pokoju. Magdy i Kasi stupor nie opuścił. Potrzebowały czasu. Pogorzelski odpalił kuchenkę, nalał wodę do czajnika i postawił na palniku nad dużym płomieniem. Przecież lepsze niż szczochy będzie lanie łysych wrzątkiem. Tymczasem zaczął wznosić barykadę przy drzwiach. Wysilając mięśnie, przesuwał pod nie wszystko co wydawało się ciężkie i nie przytwierdzone do podłogi. Łącznie z lodówką i pralką, gdyby się dało. Starał się opóźnić koleżków. Pozwolić pozostałym odnaleźć totemiczne zwierzę i wrócić do obiegu.
— Noże na kije, włócznie róbcie — w międzyczasie dysponował, memlonc filtrem Davidoffa, smakiem luksusu, smakiem potęgi.
Każda reduta wymagała uzbrojonych obrońców.
-

Paulina Kwiatkowska
Paulina przez ułamek sekundy poczuła satysfakcję.
Udało się.
Okulary zerwały się z twarzy mężczyzny z taką siłą, że zniknęły gdzieś poza zasięgiem jej wzroku. Dziewczyna niemal odruchowo wychyliła głowę, chcąc zobaczyć, co takiego przed nimi ukrywały.
I wtedy spojrzała mu w oczy. Zamarła.
Wszystkie pytania, które jeszcze sekundę wcześniej kotłowały jej się w głowie, przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Światłowstręt. Choroba. Sposób sterowania. Cokolwiek.Nie powinna była ich zdejmować.
Cofnęła się od okna, ale za późno. Czarne spojrzenie zdążyło już wbić się gdzieś głęboko pod skórę. Serce waliło jej jak oszalałe, a nogi, które jeszcze chwilę temu potrafiły przenieść ją w mgnieniu oka o kilka metrów, teraz wydawały się przyrośnięte do podłogi.
— O Boże…
Nie była nawet pewna, czy powiedziała to na głos. To nie były oczy martwego człowieka. W wizji czuła rozkład. Wiedziała, że ciała były martwe. Przez cały czas myślała więc o nich jak o trupach poruszanych przez kogoś niczym marionetki. Teraz po raz pierwszy przyszło jej do głowy coś znacznie gorszego.
A jeśli w tych ciałach jednak coś było?Paulina nie potrafiła odwrócić wzroku.
Patrzyła w tę czerń i czuła, jak strach rozlewa się po całym ciele. Nie przypominał niczego, czego doświadczyła wcześniej. Nawet wizja porwania Asi, smak rozkładu w ustach i świadomość, że patrzy na martwych ludzi, nie były tym samym. Tam bała się tego, co widziała. Teraz miała wrażenie, że strach patrzył prosto na nią.
Serce tłukło jej się w piersi. Oddech zrobił się płytki. Przez kilka sekund nie była w stanie zrobić absolutnie nic.
Nie patrz. Ta myśl pojawiła się gdzieś spod paniki.
Po prostu, kurwa, nie patrz. Zacisnęła powieki.
Czarne oczy nadal tkwiły pod nimi, jak wypalone na siatkówce, ale to wystarczyło. Jeden oddech. Potem drugi. Paulina zacisnęła dłonie tak mocno, że paznokcie wbiły się w skórę.
To już widziała.Widziała tych ludzi martwych. Widziała, jak zabrali Asię. Wiedziała, że można przed nimi uciec. Wiedziała też coś jeszcze — przed chwilą szarpali za zwyczajne drzwi i nie potrafili ich otworzyć. Nie byli wszechmocni.
To, co patrzyło na nią przez ich oczy, chciało, żeby tak myślała.— Nie — wydusiła.
Tym razem zmusiła się do otwarcia oczu, ale nie spojrzała już w twarz stworzenia.
— Nie dam ci się, skurwysynu.
Dopiero wtedy poczuła dłoń Kasi. Była lodowata.
Paulina odwróciła głowę. Widok przyjaciółki przeraził ją chyba bardziej niż to, co stało za drzwiami. Kasia, która zawsze miała coś do powiedzenia. Kasia, która jeszcze przed chwilą kłóciła się z nią, że pójdzie na zamek choćby miała ją tam zaciągnąć siłą. Teraz stała nieruchomo i patrzyła.
W te oczy.— Kaśka.
Zawołała, jednak nie otrzymała żadnej reakcji. Paulina złapała ją za twarz obiema dłońmi i gwałtownie obróciła ku sobie.
— Kasia. Na mnie patrz. Nie tam. Na mnie.
Paulina zasłoniła jej sobą okno, nie pozwalając, żeby wzrok przyjaciółki znowu powędrował w stronę czarnych oczu.
— Jesteś tutaj. Ze mną. Drzwi są zamknięte. Nie wejdą. Słyszysz?
Przez kilka sekund nie wiedziała, czy w ogóle do niej dociera. Aż wreszcie spojrzenie Kasi, dotąd nieobecne i wbite gdzieś ponad jej ramieniem, zatrzymało się na twarzy Pauliny. W tym czasie Mikołaj szorował meblami, próbując zabarykadować drzwi. Kreatury wyraźnie miały z nimi problem, a to był dla nich dobry znak.
— No. Właśnie. Patrz na mnie.
Kasia zamrugała. Raz, drugi. Wzięła głębszy, urywany oddech. Paulina poczuła, jak napięcie w jej własnych ramionach odrobinę puszcza.
— Dopiero co powiedziałaś, że idziesz ze mną na ten pieprzony zamek. Nie waż mi się teraz wyłączać.
Kasia przełknęła ślinę. Jeszcze przez chwilę wyglądała, jakby próbowała przypomnieć sobie, gdzie właściwie jest. W końcu zmarszczyła brwi.
— Paula…
— Co?
— Zabierz ręce z mojej twarzy.Paulina aż parsknęła.
— Okej. Wróciłaś. Musimy coś zrobić, Kaśka!
Przyjaciółka kiwnęła głową. Obie spojrzały najpierw na Mikołaja, męczącego się z meblami. Na chwilę zawiesiły wzrok na jego prężących się muskułach, ale błyskawicznie się otrząsnęły. Nie było czasu na podziwianie mięśni kolegi, tym bardziej, że Magda stała jak sparaliżowana patrząc w otchłań oczu. Obie jak zmówione chwyciły blondynkę za ręce i pociągnęły do siebie, odprowadziły w kąt pokoju, posadziły na podłodze.
— Magda, jesteś bezpieczna. Oni nie przyszli po ciebie. Nie damy im cię zabrać, ale MUSISZ tutaj zostać, bo inaczej cię nie obronimy. Okej?
— Nie ruszaj się stąd, ogarniemy to wszystko aż będzie bezpiecznie, nie możesz teraz się stąd ruszyć, pamiętaj! Jak się ruszysz, to pogorszysz sprawę, nie możesz.Kaśka potrząsnęła nią lekko, aby dotarło. Zdawało się, że Magda nic nie rozumie, ale wierzyły, że załapała jak się ma sytuacja.
— Podpalić ich?
Paulina spojrzała na przyjaciółkę, ale wypowiedziała te słowa na tyle głośno, że wszyscy w pokoju mogli je usłyszeć.
— Jeśli to ich nie powstrzyma, to będą żywą pochodnią i przy okazji sfajczą Ali chałupę!
Kasia wzruszyła ramionami i spojrzała na Mikołaja, który miał zamiar szykować dzidy.
— Ej, a ty co o tym sądzisz?
Paulina nie została jednak na analizę i pogaduchy.
— Biegnę zobaczyć, co Ala ma w domu!
— Czego szukasz? — rzuciła Kasia.Paulina zatrzymała się na sekundę.
— Nie wiem! Czegoś do związania, ogłuszenia albo zabicia trupa!
— Bardzo precyzyjna lista.
— KAŚKA!
— Już nic nie mówię.Paulina zaczęła gorączkowo przeszukiwać szafki i schowki. Szukała czegokolwiek, co mogłoby pomóc: mocnego sznura, kabla, narzędzi, ciężkiego przedmiotu, gaśnicy, alkoholu — czegokolwiek, czym można było unieruchomić te rzeczy bez podpalania przy okazji całego domu. A może woda i płyn do naczyń, rozlać na podłogę, jak wejdą to się poślizgną?!
CHOLERA!
Paulina zaczynała panikować już przy pierwszej otwartej szafce. Jak się właściwie walczyło z trupami? W filmach zawsze wszystko wyglądało jakoś prościej.— Kurwa, nie wiem, Kaśka, dzwoń na policję!
— I co im powiem? Że zombie przyszły?
— Że dwóch łysych napierdala w drzwi! Resztę zobaczą sami! -

Alicja Filipowicz
Niepotrzebnie tak długo patrzyła przez okno i próbowała coś zdziałać mocą, w którą wciąż trochę powątpiewała. Wyciągnięta ręka i skupienie nic nie wskórały. Istoty przypominające łysych mężczyzn poruszały się dalej do przodu, za cel obierając sobie jej przyjaciół. Ci na całe szczęście zdążyli wbiec do domu i zamknąć za sobą drzwi.
Alicja czuła dziwne mrowienie. Coś się działo, coś próbowało zadziałać, ale nie miała nad tym żadnej kontroli. Nie panowała nad tym i kompletnie nie wiedziała, co właściwie robiła. Rano z kubkiem było niechcąco - teraz starała się coś zdziałać celowo i niestety nie działało. Rozbolała ją głowa i zrobiło jej się niedobrze. Chciała cofnąć się od okna, ale zamiast tego oparła się o parapet i zaczerpnęła powietrza. Musiała chwilę odsapnąć.
Niedługo później do pokoju Alicji wpadł zaaferowany Krzysiek i nim w ogóle zdążyła jakoś zareagować, zapytać o plan czy dowiedzieć się czegokolwiek, dostrzegła w dole coś, czego miała już nigdy w życiu nie zapomnieć. Najczarniejsza ciemność, pełna pierwotnego zła, patrzyła prosto na nią, ziejąc z oczu jednego z mężczyzn, którego okulary odleciały gdzieś w bok, rzucone magiczną siłą.
Zmroziło ją. Całe jej ciało zdrętwiało, niezdolne nawet wydać z siebie okrzyku przerażenia, który ugrzązł w gardle. Chciała uciekać, ale nie mogła. Chciała odwrócić wzrok, ale nie potrafiła. Czuła, że zapada się w tę głęboką ciemność, jak książkowa Alicja w króliczą norę.
I być może przepadłaby całkowicie, gdyby nie Krzysiek, który szarpnął za jej ramię, co wyrwało ją z tego przedziwnego, hipnotycznego stanu. Potem rzeczy zadziały się szybko. Alicja, szarpnięta przez Krzyśka, postąpiła kilka kroków w tył. Nie zauważyła jednak leżącego na ziemi Polaroida, który upadł Krzyśkowi kilka chwil wcześniej. Potknęła się i poleciała w tył, zdziwiona tym, co widziała przed sobą. Jednocześnie, kiedy kopnęła lekko aparat, ten pstryknął zdjęcie. Błysnął flesz. I kiedy Alicja upadała boleśnie na tyłek, z Polaroida wychodziło zdjęcie, które na zawsze uwieczniło moment, w którym Krzysztof Komeda sikał przez okno jej pokoju.
- Powaliło cię?! - rzuciła do niego, kiedy zbierała się z podłogi. Podniosła Polaroida ojca, a zdjęcie, które się wysunęło, wcisnęła w tylną kieszeń dżinsów. Dopiero później miała się dowiedzieć, co na nim było, bo jak już wstała, stała odwrócona tyłem do Krzyśka, a przodem do wyjścia z pokoju. - Spadamy na dół do reszty!
Na dole trwało oblężenie twierdzy. Alicja tylko spojrzała z uniesioną brwią na Mikołaja, który siłował się z meblami. Nie było czasu zastanawiać się, jak to wszystko wytłumaczy ojcu, kiedy ten wróci. O ile jeszcze tu będzie…
- Słuchajcie, nie wiem, czy barykadowanie drzwi coś pomoże. Równie dobrze mogą rozbić szybę i wejść oknem. Może zanim wpadną na ten genialny pomysł, to uciekniemy przez garaż mojego ojca?
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się
