[Horror] Gruzy przeszłości
-

Mikołaj Pogorzelski
Nie dowierzał. Odłożył słuchawkę. Najpierw Krzychu, teraz Alicja.
— “Tak bardzo się bałam, panie władzo. Próbowali mnie wciągnąć do auta, panie władzo. Wyglądali tak i tak, panie władzo” — imitował głos dziewczyny składającej zeznania. — “Uciekłam do domu. Wyważali drzwi.” Słyszysz coś nadprzyrodzonego? Nie wystarczy do ściągnięcia na łyse pały oddziałów z regionu?”Bodnął go festiwal lamerstwa, bardziej niż lewy kumpla Jarka.
— Przeciwnik się odsłania, wyprowadzasz kontrę. Nie, zamykasz oczy. Wypierajcie się. Powtarzajcie, że potwory nie istnieją. Przy okazji paląc następne 997. Powodzenia.”Spojrzał jeszcze z nadzieją na Paulinę i Kaśkę, by ogarnęły koleżankę, zanim wymsknie mu się, że on to wszystko serdecznie pierdoli i wszystkich.
-

Paulina Kwiatkowska
Paulina upadła miękko na kanapę, przecierając pot z czoła. Nie pamięta kiedy ostatnio sprzątała w takim tempie. Uwijała się jak mrówka. Była jednak zadowolona z efektów i miała nadzieję, że przynajmniej nie dadzą rodzicom kolejnych powodów do zmartwień. Nie lubiła tego, jej mama była bardzo wrażliwą osobą, przejmowała się, szukała rozwiązań. Dałaby jej szlaban na wychodzenie po osiemnastej. Z tego też powodu nie winiła Krzyśka, gdy wystrzelił jak z procy i pobiegł do domu. Nie znała co prawda jego mamy, ale domyślała sie, że może też jest przewrażliwiona, skoro tak się spieszył. Odprowadziła go jedynie wzrokiem.
— Jasne, zacznij rozpowiadać wszystkim, że ścigają nas łyse zombie z zamku. Mam nadzieję, że w psychiatryku zamkną tylko ciebie. — Odezwała się Alicja widząc, jak Mikołaj dzwoni na policję.
Kasia, która do tej pory przysłuchiwała się wymianie zdań, w końcu przewróciła oczami.
— Za to, co powiedział przez telefon? Prędzej ciebie za paranoję.
Kasia zmierzyła się z Alicją spojrzeniem, jakby właśnie weszła na ścieżkę wojenną.
— Ala, ale weź się ogarnij. On ani razu nie powiedział im o żadnych zombie.
— Kaśka… — Paulina próbowała uciszyć huragan Katarinę, ale nie miała siły przebicia. Nikt nie miał.
— No co „Kaśka”? Dwóch facetów próbowało nas porwać, dobijało się do jej domu, a potem odjechało samochodem. To się właśnie zgłasza na policję.Paulina zerknęła na Mikołaja, a potem przytaknęła.
— No akurat tutaj ma rację. Adam ma ojca policjanta, może coś się dowiemy po tym zgłoszeniu od niego?
Kasia prychnęła.
— Jeszcze trochę i będziemy chronić tych łysych przed policją, żeby przypadkiem nie pomyśleli, że jesteśmy dziwni.
— Mamy zdjęcia łysych? — odezwał się Mikołaj. — Przydałyby się.Paulina zmarszczyła brwi, próbując sobie przypomnieć całe zamieszanie.
— Chyba nie. Jak byli pod oknem, mieliśmy trochę inne problemy niż robienie im sesji zdjęciowej.
Dopiero wtedy przypomniała sobie o czymś innym.
— Ale jednemu zrzuciłam okulary. Powinny gdzieś tam być.
Wskazała w stronę podwórka. Miała zamiar ich poszukać, zanim wyjdą. Nawet jeśli były zupełnie zwyczajne, należały do jednego z tych stworzeń. To był pierwszy namacalny ślad, jaki po sobie zostawiły.
— Dobra. To spakuj się a my poszukamy przez ten czas — rzuciła do Alicji i razem z Magdą i Kasią wyszła na zewnątrz, chcąc poszukać okularów. Musiały być gdzieś blisko. Nawet czuła, że to pewnie nic takiego, że nic nie wniesie do ich śledztwa, że to zwykłe okulary za dychę. Mimo wszystko chciała spróbować.
Kiedy Alicja zeszła już ze swoimi rzeczami, Paulina odezwała się.
— Dobra. To zbieramy się, zanim wydarzy się jeszcze coś pojebanego.
Zarzuciła plecak na ramię i spojrzała na Kasię i Magdę.
— I żadnego wracania samemu. Albo rodzice, albo odprowadzamy się razem.
Poczekała jeszcze na Alicję. Dopiero kiedy wszystkie były gotowe, ruszyły w drogę.
Paulina zatrzymała się na sekundę i spojrzała na ciemną ulicę. Jeszcze godzinę temu zwyczajnie wyszłaby z domu i nawet by się nad tym nie zastanowiła. Teraz nocny Sokołów wyglądał jakoś inaczej.— Ale mamy przejebane — mruknęła. — A ty Mikołaj? W którą stronę idziesz? — zwróciła się do chłopaka. Dziwnie było go tak porzucać, ale jak to zrobić, żeby się nawzajem odprowadzić?
-
Szarzyzna
Krzysztof
Nie wiedział co bardziej dodawało mu skrzydeł w biegu przez miasteczko. Był już prawie na rynku gdy usłyszał syreny radiowozów. Złapał zadyszkę ale biegł dalej. Nadjechał samochód, Krzysiek automatycznie schował się za rogiem zanim do niego dotarło, że to tylko duży fiat, nie opel z zombiakami. W zaułku śmierdziało z kubłów na śmieci.
Musiał mieć oczy dookoła głowy: zombiaki, cyganie, dresiarze, policja - żadnych z nich nie chciał spotkać na swojej drodze. W sumie to nikogo nie chciał spotkać.I żeby jego matka nie czekała w otwartym oknie - to byłoby najgorsze. Pobiegł dalej, modląc się do św. Judy Tadeusza, bo sprawa była naprawdę beznadziejna.
Nauczyciel wuefu mógłby być z niego dumny. Dobiegł do domu, nie wykaszlał płuc ani pikawa z nerwów mu nie stanęła. Nikt go nie zaczepił. Oraz co najważniejsze, jego mama nie stała w oknie - w dużym pokoju paliło się światło, ale okno było zasłonięte. Jest dobrze. Do tego Marek był w swojej piwnicy, bo tam też paliło się światło.
Alicja
Krótka piłka, pobiegła jeszcze na górę spakować rzeczy. zbiegła, tylnym wejściem wyszła i poszła do taty pogadać. Powiedzieć mu cześć oraz to że idzie na nockę do koleżanki z klasy. Tata zgodził się bez żadnego oporu. Widziała, że jest zmęczony. Nie, Jarka nie ma w domu, tylne drzwi zostawię otwarte, te z przodu zamknę za klucz, trzeba jeszcze tylko założyć łańcuch.
Paulina, Alicja
- Zaczekajcie jeszcze - Paulina przed domem skręciła i trawnikiem ruszyła w stronę krzaków. Gdzieś tam przecież musiały tam być te okulary ściągnięte jednemu z wrogów. Było ciemno, ale wystarczyła chwila skupienia i dziewczyna ot tak wsadziła rękę w krzak, który był dla niej ciemną liściastą kulą. Trafiła bezbłędnie. Ciemne szkła, jasne oprawki, sportowe, tandetne.
Odprowadziły Kasię i Magdę. Nikt ich nie zaatakował ani nie zaczepił. Jakby nagle te "problemy" zniknęły. Po prostu kolejne spokojne upadające miasteczko z którego każdy marzy żeby wyjechać. Gdyby nie...
Gdyby nie policyjne syreny. Z Mikołaja jest świnia, przecież policja wie kim ona jest. Rano Alicja rozmawiała z policją w szkole, mieli jej dane. I jej brat też nie był nieznany. Cholera!Niepokojone przez nikogo Paulina z Alicją bezproblemowo dotarł do domu tej pierwszej.
Alicja przypomniała sobie, że w kieszeni spodni nadal ma to zdjęcie z polaroida.Mikołaj
Krzysiek zwiał, dziewczyny też sobie poszły. Stał w kuchni czekając na ojca Alicji. Ten nadal nie wszedł do domu. Minęła minuta od pójścia dziewczyn, gdy w końcu usłyszał nadjeżdżającą policję. Czyli jednak nie zignorowali. I mieli adres, psiarnia jednak nie jest taka głupia, potrafią interweniować, a nie tylko stać na wylotówce.
Tata Alicji wszedł do środka, dopiero po chwili zauważył stojącego spokojnie Mikołaja. Syreny były coraz głośniejsze. Tata Alicji wyglądał... normalnie. Nie wyglądał na porywacza, gwałciciela, innego zwyrola ani innego Jechowego. Z pewnością nie był też Niemcem.
- A ty jesteś...?
- Mikołaj, kolega Alicji z klasy.
Policyjne syreny ucichły, po chwili ktoś zadzwonił do drzwi. Jest różnica, pomyślał chłopak, zombiaki chcieli wyważyć drzwi, smerfy wiedzą do czego służy dzwonek.
- Policja! Proszę otworzyć!
Pan Filipowicz spojrzał ciężko na Mikołaja i kluczem otworzył drzwi.
Mikołaj widział tych policjantów chyba po raz pierwszy. Ich twarze nic mu nie mówiły, żaden z nich nie był tym komendantem co był w szkole. Twarze policjantów wyrażały zdenerwowanie oraz zmęczenie. Mówiły wprost: co tu się, wojskowy wzmacniacz przekazu, dzieje?
- Sierżant Węgrowski, Policja, dostaliśmy telefoniczne zawiadomienie o próbie porwania. Który z was to - zajrzał do zeszytu trzymanego przez drugiego policjanta - Mikołaj Pogorzelski?
- To ja dzwoniłem - Nie było sensu tego ukrywać.
- A pan? - policjant spytał się ojca Alicji.
- Jan Filipowicz, mieszkam tutaj.
- Sprawdzimy, w zgłoszeniu zamiast adresu było podane dom Alicji Filipowicz, na szczęście udało nam się skojarzyć nazwisko. Jest Alicja Filipowicz?
- Nie ma, przed kilkoma minutami wyszła do swojej koleżanki, za moją zgodą.Tata Alicji nadal był spokojny, być może musiał to sobie ,według Mikołaja, poukładać w głowie. Widział zmęczenie na jego twarzy. Wzięli go z zaskoczenia. Policjant kontynuował:
- Dobrze, poprosimy o wylegitymowanie się. Poproszę Pana o dowód, ty - palcem wskazał na chłopaka - daj legitymację lub kartę rowerową, jeżeli nie masz to muszę ciebie zabrać na posterunek. Dopiero stamtąd zadzwonię do twoich rodziców i tam będę przesłuchiwał. Z tego co nam przekazałeś, to była tylko próba porwania, nie porwanie. Równie dobrze możemy to zrobić tutaj. Dokumenty proszę.Z zewnątrz dobiegł go jeszcze teatralnie głośny głos sąsiadki:
- Nareszcie zabiorą się za tego chuligana!Tata Alicji z zażenowaniem spojrzał na Mikołaja:
- Co Jarek tym razem zmalował?EDIT:
Dodany fragment o znalezieniu okularów. -

Krzysztof Komeda do końca życia miał pamiętać wtorek, drugi września, tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku. Tamtego dnia pierwszy raz użył mocy i pierwszy raz zobaczył, jak wygląda prawdziwe zło. Tamtego dnia poczuł też coś, czego jeszcze nie rozumiał. A nawet jeśli rozumiał, to bał się to nazwać i schował tak głęboko w sobie, że nawet stara, ślepa babka Maciejakowej przepowiadająca niemowlakom przyszłość nie byłaby w stanie odgadnąć jego myśli. Biegł przez Sokołów, pot lał mu się z czoła a on dalej wmawiał sobie, że ucieka przed ojcem Alicji, przed policją i porywaczami w ortalionie. Mrok, który zobaczył w oczach łysego, pokazał mu bezsens ludzkiego życia. Ale chwilę później na parterze u Filipowiczów, poczuł siłę potężniejszą od wszystkiego czego doświadczył tego dnia. Potężniejsza niż mięsień w czaszce przesuwający przedmioty i mroczne, nazistowskie czary ożywiające trupy. To było jak rozbłysk, jak Wielki Wybuch który z nicości wyrzucił w kosmos gwiazdy, planety i całą resztę.
Coś się w Krzyśku Komedzie nieodwracalnie zmieniło.
I nigdy nie był tak przerażony, nawet gdy spojrzał w oczy Złu.
***
Marek Koza zasnął w fotelu Mistrza Gry gdzieś pod koniec pierwszej strony kasety „Fear of the Dark”, Iron Maiden. Usiadł tylko na chwilę, żeby przemyśleć, co zrobić z drużyną, która od trzech sesji łaziła po kanałach i nie umiała znaleźć wyjścia, a potem Bruce Dickinson zaczął śpiewać o strachu przed ciemnością i powieki same mu się zamknęły. Między palcami dopalał się Extra Mocny.
Obudziło go uczucie, że nie jest sam w piwnicy. Otworzył oczy i wtedy go zobaczył. Krzysiek stał przed nim, niczym młody Antychryst z filmu "Omen" i gapił na niego jak na nieboszczyka w otwartej trumnie. Marek zerwał się z fotela.
— Kurwa! Pojebało cię młody?! W zawał mnie chcesz wpędzić?
— Sorry— wydukał Krzysiek. — Drzwi były otwarte.
Marek skiepował niedopałek w popielniczce i zaklął jeszcze raz. Dopiero wtedy przyjrzał się sąsiadowi porządnie.
— Co się stało, Krzychu?
Chłopak klapnął na skrzynkę po piwie. Przez długi czas milczał a potem zebrał w sobie i opowiedział mu wszystko. Zaczął od dresów pod domem Alicji, a skończył na oczach, które wyglądały jak dwie zatrute studnie bez dna.
— Wszyscy coś robili — powiedział na koniec i wbił wzrok w czubki swoich butów. — Dziewczyny ciągały meble pod drzwi, Mikołaj wstawił wodę na wrzątek a ja stałem na górze jak niedorozwój i lałem przez okno.
— Trafiłeś?
— Co?
— Pytam czy naszczałeś im na te durne łyse pały.
— Nie pamiętam.
— Kurwa, szkoda. Należało im się za porwanie tej małej.
— Ale ja nie o tym Marek. Myślałem, że mam moc a okazało się, że dalej jestem zwykłym frajerem. Po co mi ten mięsień w mózgu, jak ja w życiu się z nikim nie biłem! Boję się własnej matki a dresiarzom schodzę grzecznie z drogi.
Marek zapalił kolejnego szluga. Przez chwilę nic nie mówił, zaciągnął się tylko mocno i wydmuchał dym prosto w twarz młodszego kolegi. Potem klapnął z powrotem w swoim fotelu, w którym poprowadził dziesiątki epickich kampanii.
— Kojarzysz Ignacego Trzewiczka? — zapytał.
— Trzewiczka? Z Jarzębinowej? Tego co miał operację stulejki?
Marek przewrócił oczami.
— Nie tego głupolu. Ignacy Trzewiczek to najlepszy Mistrz Gry w Polsce. Na tym ostatnim konwencie w Choroszczy udało mi się dostać do jego sesji Warhammera. Takich rzutów na postać nie miałem nigdy w życiu. Same dziesiątki, jedna po drugiej. Gdybym takie numery skreślił w kolekturze, siedziałbym teraz na Florydzie, a nie w tej piwnicy. Myślałem, że w tak epickimi współczynnikami będę wymiatał przy stole, ale wystarczyło że wyrzuciłem krytyczną porażkę i mój paladyn na widok Krwiopuszcza zesrał się w płytowej zbroi. Przez pół sesji nikt nie chciał z nim jeździć w jednym wozie. Trzewiczek się cieszył i mnie chwalił bo on lubi takie brudne, realistyczne jesienne gawędy, ale mi do śmiechu nie było. A wiesz jak skończyła się sesja?
Krzysiek pokręcił głową.
— Wygraliśmy. Każdy dołożył swoje i demon rozsypał się w kupkę popiołu. Na koniec jeszcze zdążyłem napluć mu w ryj. Ja, ten, co na początku sesji obsrał zbroję.
— Ale to nie jest gra. Ja nie mogę podziękować i wstać od stołu.
Marek pokiwał głową i wypuścił dym z płuc.
— Przecież wiem. Próbuję ci tylko powiedziedzieć, że nie musisz być kozakiem młody. Masz prawo do porażek. Najważniejsze, by przed wyruszeniem w drogę zebrać drużynę. Sam bym nigdy mnie ubił tego demona i nie zmazał swojej hańby, ale razem, wspólnymi siłami nam się udało. Tak to działa. I w życiu i w RPG. Ty dzisiaj stałeś jak słup soli, ale ktoś inny cię z tego wyciągnął, tak?
Krzysiek nie odpowiedział. Uszy zrobiły mu się czerwone aż po same końce, a Marek nagle zrozumiał, że trafił w coś, w co wcale nie celował.
— Czego mi nie mówisz?
— Nie rozumiem.
— Przecież widzę, że coś ukrywasz młody.
Krzysiek podciągnął rękaw i zerknął na zegarek.
— Muszę lecieć, bo matka mnie zabije.
Krzysiek zerwał się ze skrzynki, ale Marek nawet nie drgnął. Patrzył, jak młody biegnie do drzwi i łapie za klamkę. Jednak zamiast wyjść chłopak nagle zamarł w bezruchu i stał tak przez dłuższą chwilę, odwrócony plecami.
— Marek?
— No?
— Mam pytanie. Ale tak teoretycznie.
— Dawaj.
— Co byś zrobił, jakby ci się spodobała najfajniejsza dziewczyna w liceum?
— Ja? Nic. Nie jestem aż taki głupi. Od tych najfajniejszych trzeba trzymać się z daleka, dzieciaku. Zawsze. To pierwsza zasada przeżycia w szkole, ważniejsza niż ściąganie u Józefiaka.
— Nawet jak jest miła?
— Zwłaszcza jak jest miła.
Krzysiek odwrócił się do niego przez ramię. Marek pierwszy raz tego wieczoru nie potrafił odczytać jego miny.
— Czytałeś wogóle „Carrie”? Przecież ci dawałem.
— Czytałem.
— To przeczytaj jeszcze raz. Lepszej instrukcji na życie w liceum nikt nie napisał. Najpierw wszyscy są dla ciebie mili, ktoś cię zaprasza na bal, stawiają cię na scenie i biją brawo. A potem dostajesz na łeb wiadro świńskiej krwi.
Krzysiek nic nie odpowiedział. Kiwnął tylko głową i wyszedł. Marek posiedział jeszcze chwilę, a potem wstał i odwrócił kasetę na drugą stronę.
-

Mikołaj Pogorzelski
Mikołaj stał w przejściu. Nie do końca sam. Były tam jeszcze - ojciec Alicji i głębokie zażenowanie podzielane przez obu. Bezimienny człowiek, którego spotkał pierwszy raz w życiu. Nie wiedzący co się dzieje, bo dowcipy o blondwłosych okazały się zbyt prawdziwe. Na szczęście dłużące się sekundy krępującej ciszy pomiędzy ostatnimi w budynku, przerwał sygnał radiowozu. Pogorzelskiego trawiło zdenerwowanie i zawód. Zdrada. Pozostawiony na placu boju przez tych, którym zaczynał ufać. Wiedział jedno. Nigdy im nie wybaczy. Wziął głęboki oddech. Przetarł dłońmi twarz. Musiał trzymać fason. Nie mógł się posypać. Od rozmowy zależało przytłaczająco wiele. Gdy policjant się przedstawiał i zajmował formalnościami, chłopak poganiał i układał myśli, by mu z ust bełkot nie wyleciał.
— Dziękuje za szybkie przybycie — nie zaszkodziło jawić się dobrze wychowanym. Przekazał dokumenty. — Nie chodzi o Jarka, gorzej. Możemy usiąść w kuchni?
Pytanie skierował tak do policjanta jak i pana Filipowicza. Wolałby usiąść. Miałby wtedy wsparcie chociaż ze strony krzesła.
— Nie wiem co w nią wstąpiło. Próbowała wyrywać słuchawkę. Potem niemal wybiegła. Niechęć do policji odgapiona od brata? Chore. Chyba, że troska o bliskich. Wszyscy wiemy co spotkało mamę Asi Kowalczyk.
Silił się. Wspinał na wyżyny elokwencji, wypatrywał w ciemności bezpiecznego szlaku. Porzucony na mroźnym szczycie przez pozostałych uczestników wyprawy. I bardzo dobrze. Do niczego nie byli potrzebni. Durnego zdjęcia nie umieją zrobić. A Krzysia tak wpierdoli, że na kolanach wokół kościoła cztery rundy zrobi. Ale jeszcze nie teraz. Trzymać linię, trzymać…
— Z ojcem kontakt może być utrudniony. Wezwali go do jednostki. Niezły kierat. Reorganizacja. Wiecie panowie jak jest.
Próbował podbić wiarygodność grając kartą wojskowych tradycji rodzinnych, solidarności służb.
Policjant spojrzał ciężko na Mikołaja:
— Przejdź do rzeczy. Co się stało i dlaczego zadzwoniłeś po policję?— Chcieli złapać Alicję — odparł krótko i rzeczowo jak tylko się dało.
Nie przenieśli się do kuchni, to przysiadł w przedpokoju, na szafce na buty, wciśnięty między kurtki na haczykach. Przystąpił do szerszego rysu sytuacji.
— Nadeszli od strony spalonego budynku — Bramy, kurwa, Powroźniczej. — Dwóch. Obstawiałem, że kumple Jarka na początku. Dresy, wygolone głowy, tandetne okulary przeciwsłoneczne.
Dobrze, że grywał w erpegi. Pierdolnie opis, że Koza się nie powstydzi.
— Tylko starsi jacyś, dziwni. Nic nie mówili, ani słowa. Żadnego “wyskakuj z kasy”, “ej, zabłądziłeś?”, “Ala, stoi mi fujara”. Wiecie panowie jak jest. Szli jak automaty.
Nadszedł czas, by podkręcić dramatyzm.
— Rzucili się na nas. Alicja się wyrwała. Ja zacząłem krzyczeć o pomoc. Uciekliśmy do budynku i zatrzasnęliśmy drzwi. A ci dawaj w nie naparzać. Łup, łup… aż się bałem, że z framugą wpadną. Odpuścili, gdy sąsiedzi zaczęli wyglądać co się dzieje.
I swoje bohaterstwo.
— Wyglądam zza okna czy poszli? Słysze - dźwięk silnika się niesie, gdzieś od bocznej drogi. Myśle, nie można tak zostawić, nic o nich nie wiemy, zaraz znów zaatakują. Dawaj z tego okna się opuszczam. Biję rekord na setkę. Zdążam. Wystrzelają na główną, jak Olisadebe na brame. Opel Kadet, wrocławskie blachy, w stronę rynku.
Uderzył pięścią w otwartą dłoń, podkreślając trafienie. Spojrzał dumnie na policjanta, licząc na co najmniej pochwałę.
Węgrowski patrzył na Mikołaja jakby nie do końca mu wierzył, ale ostatecznie nie oponował. W tym samym czasie drugi policjant bezceremonialnie zamknął drzwi przed nosem wścibskiej sąsiadki, która była na tyle pewna siebie, że aż chciała wejść do środka.
— W porządku, dalej, napastnicy, opis dałeś mocno ogólny, widziałeś ich już wcześniej? I sąsiedzi... Co dokładnie zrobili że przepędzili porywaczy? I czy był jeszcze ktoś z wami?
Trzy pytania, pytanie czy na trzecie warto powiedzieć prawdę. Jak na razie tekst o próbie porwania dziewczyny kupił, a dziewczyny nie było na zewnątrz. Tata Alicji nadal milczał.
Więcej pytań, a czuł się jak dętka, z której uchodziło powietrze. Balon, który niezawiązany frunie pod sufitem, by sflaczałym opaść w sylwestrową sałatkę. Dobrze, im marniej wyglądał, tym większe usprawiedliwienie dla ulotności faktów.
— Wcześniej?
Zastanowił się. Może rzeczywiście gdzieś się przewinęli? W klubie bokserskim? Na dyskotece? W próbie wymuszenia na ulicy? Byli mieszkańcy Sokołowa zamienieni przez Niemca w zombie? Zmarszczył czoło, ale tylko echo rezonowało, odbijając się od krawędzi pustki.
— Nie kojarzę… — odpowiedział niezadowolony, bo przecież bardzo chciałby skojarzyć.
Podał więcej szczegółów, które zapamiętał. Co do wzorów, kolorów dresiwa i adików. Wzrostów, sylwetek, kształtów ryja, cokolwiek świtało.
— Ten, jak wbiegliśmy do domu, mówię “zdjęcia im róbcie” — dopowiedział. — Alicja się chwaliła, że ma polaroida, to czemu nie, ale chyba nikt nie zrobił. Wszystko działo się za szybko, w chaosie.
Co tam jeszcze chcieli? Sąsiadów...
— Zaczęli się gromadzić — samą prawdę objawił jak Jezus rany przed Tomaszem. — Jak dla mnie, przyciągnięci nowym tematem do sadzenia plot. Bo raczej nie chęcią pomocy. Widać wystarczyło.
Najwyraźniej, bo nadzorca wydał sługusom rozkaz odwrotu. Skład ekipy… Krzycha pragnął podsadzić na minie, ale blondas zachował się tak absurdalnie, że jednocześnie nie mógł. Najpierw naszczał z okna. Potem wybiegł w mrok wprost w objęcia porywaczy. Nie dało się go sensownie wyjaśnić, nie zamieniając całej historii w farsę.
— Kasia Nowak i jej paczka, znaczy Magda i Paulina — Kasię wymienił jako pierwszą. W ostatnim akcie okazała się najbardziej rozsądna. Do tego rządziłą grupą, jeśli zechce, pozostałe potwierdźą co mówi. A z policją, gdy wpadnie z wizytą? Obstawiał, że najlepiej sobie poradzi.
— Poszły razem z Alicją, chyba nie chciały zostawić jej samej. Magda bardzo wszystko przeżyła, ledwo stała na nogach, cała trzęsła.
Spauzował, bo już więcej nic konkretnego nie przychodziło mu do głowy.
— Odwiozą mnie panowie do domu? Boję się wracać sam — zapytał wykończony. Marzył by się zamknąć za grubymi drzwiami i zapomnieć o świecie.
Tata Alicji wtrącił się do rozmowy:
— Córka mi o nich nie mówiła jak z nią rozmawiałem. Myślałem że jest w domu sama.
— Czy pana córka — policjant zajrzał do notesu. — Alicja, przejawiała oznaki strachu lub zdenerwowania?
— Nie, jak wróciłem, bo musiałem wyjechać do Zgorzelca po części, to Ala przyszła do mnie i się spytała czy może nocować u koleżanki. Nie miałem powodu żeby jej odmawiać.
— A jej matka? Jej się nie spytała?
Ojciec Alicji przecząco pokręcił głową:
— Marzena nie żyje.Policjanci nie zadawali więcej pytań.
— Dobra Mikołaj, odwieziemy ciebie. Gdzie mieszkasz?W radiowozie przed domem posiedzieli jeszcze chwilę, bo Sierżant Węgrowski kazał temu drugiemu przepytać jeszcze sąsiadów, a raczej sąsiadkę, z tego co chłopak zdołał usłyszeć, sąsiadka nieźle się rozkręciła. I pewnie z połowę wymyśliła. Drugi z policjantów wsiadł do radiowozu.
— No i co młody, pasażer mówi prawdę?
— Ehm... jeśli założę, że tylko połowa z tego co ta pani mówiła jest prawdą, to tak, słyszała krzyki o pomoc, potem ona plus kilku innych sąsiadów podeszli sprawdzić co się dzieje i tak, widziała kogoś kto uciekał na posesję z tą ruderą.Policjanci nie zadawali mu innych pytań, tylko "zagrozili", że w razie czego może zostać wezwany jako świadek. Odstawili go pod sam dom.
Nigdy nie jechał radiowozem. W temacie policyjnych zestawów, to brat kolekcjonował miasto i miał furgonetkę z Lego. Odchylał się dach i można było włożyć do środka ludzika. Byle nie z krótkofalówką. Antenka wystawała i dach się nie domykał. Wsadził głowę między nagłówki, na ile siatka oddzielająca pozwoliła. Przyjrzał się radiostacji i karbowanym pokrętłom. Z tymi miewał koszmary. Ojciec łącznościowiec, z fiołem na punkcie nadawania i odbierania, trzymał w piwnicy różne graty pozyskane z Agencji Mienia. Przenośne R-105, samochodową R-123. Próbował zarazić go pasją, lecz sprzedał mu tylko obrzydzenie do herców i pasm ultrakrótkich. Chłopak zaciekawił się, gdzie jest przycisk włączania syreny? Rzucił okiem, czy mają szotgana między siedzeniami? W Ameryce by mieli, jak na VHS’ach.
Z tylnej kanapy, z czołem wspartym o szybę, zimną i wibrującą, wypatrywał Opla. Wahał, czy może by użyć mocy? Spróbować namierzyć porywaczy jak Sauron Froda - ektoplazmowym, nigdy nieśpiącym okiem. Skierować policmajstrów pod dom, drogą zupełnie przypadkowo przebiegającą w pobliżu? Tylko dlaczego, gdy wszyscy mieli wysrane? Odechciało mu się.
W szklanym odbiciu widział swą zniekształconą twarz. Ujawniała się i gasła rozpraszana światłem mijanych latarni. Przymknął oczy i ze zmęczenia odpłynął w szumie szutru i kołysaniu wybojów. Przemierzał stepy. Pogorzelski, herb Krzywda, na któryś z frontów, do wyboru. Koń się potknął. Jeździec osunął z siodła i ocknął z głową na korbie szyby. Wytarł z ust strużkę śliny. Był pod domem. Podziękował grzecznie. Wysiadł. Rozejrzał się, czy nikt nie czai się w ciemności. Pokonał furtkę. Buda Ogara prezentowała się wygodnie. Wyobraźnia namalowała na drewnianej ściance cztery hotelowe gwiazdki. Ogar w surducie zachęcał, by olać schody na ganek i ułożyć koło niego. Tylko na tego przyjaciela zawsze mógł liczyć. Nie wszystko mu wychodziło, ale zawsze starał się w pełni używać tych kilku komórek w musku, z których jedna odpowiadała za jedzonko, druga za spanko, a trzecia była od pokładów miłości i machania ogonem. Gdyby który z psów sąsiadów oczywiście pytał, to za przegryzanie gardeł i picie krwi. Dał mu się polizać.
Nikt nie spostrzegł, że przyjechał radiowozem. Nikt nie zadawał nadmiaru pytań, co zgrywało się, bo i jemu nie chciało się już gadać. Mikołaj z przyjemnością oddał się odgrywaniu normalnego wieczoru. Jaki powinien on być i będzie znowu, gdy już pośle Niemca pod tonę gruzów sokołowskiego zameczka, a przodkowie ze spalonych przed wiekami portretów z aprobatą pokiwają głowami, przyjmując do swego grona.
Jeszcze tylko zadzwoni do Felki. Umówi się na czwartek w Złotoryi. Wcześniej skończy szkołe to i dłużej spędzi czas w przyjemnym towarzystwie. Z dala od klasowych lebiod.
-

Paulina Kwiatkowska || Alicja Filipowicz
część 1
Po odprowadzeniu Magdy i Kasi, Paulina z Alicją udały się do domu. W drodze starały się nie rozmawiać, tylko przyspieszyć kroku. Nie chciały zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi, widać obie miały ochotę jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznych, czterech ścianach za drzwiami zamkniętymi na cztery spusty.

Dom był typowym przykładem polskiego budownictwa jednorodzinnego z lat 80., charakterystycznym dla spokojnych, podmiejskich osiedli. Miał prostą, zwartą bryłę na planie prostokąta, dwa piętra i lekko spadzisty dach pokryty ciemną dachówką. Jego elewację wykończono chropowatym, jasnobeżowym tynkiem, który z biegiem lat nieco poszarzał.
Na piętrze znajdował się niewielki balkon z prostą, metalową balustradą pomalowaną na ciemnobrązowy kolor. Ustawiono na nim skrzynki z czerwonymi pelargoniami. Duże, prostokątne okna miały białe ramy, a za szybami można było dostrzec koronkowe firanki. Do domu prowadziły ciężkie, drewniane drzwi wejściowe, nad którymi wisiała niewielka, kulista lampa. Obok wejścia umieszczono numer 14.
Posesję otaczał niski betonowy murek z metalowym ogrodzeniem z pionowych prętów. Od ulicy prowadziła wąska furtka oraz dwuskrzydłowa brama wjazdowa. Niewielki ogródek przed domem był zadbany, choć nieco staromodny. Rosły w nim iglaki, krzewy ozdobne, róże i pojedyncze kwiaty, a pomiędzy nimi rozciągał się krótko przystrzyżony trawnik.
Po prawej stronie budynku biegł wąski podjazd wykonany z dwóch równoległych pasów betonowych płyt, pomiędzy którymi rosła trawa. Prowadził do wolnostojącego garażu z ciemnobrązowymi, drewnianymi wrotami. Na podjeździe stał stary, bordowy samochód osobowy o kanciastej sylwetce.
Całość sprawiała wrażenie domu zamieszkiwanego od wielu lat przez tę samą rodzinę. Nie był ani szczególnie okazały, ani nowoczesny, ale miał w sobie coś swojskiego i przytulnego. Paulina otworzyła drzwi z klucza i zaprosiła koleżankę do środka.
— Jestem! — krzyknęła dając znać o swojej obecności. Dała parę kroków do przodu, aby wychylić głowę w stronę salonu, gdzie spodziewała się zastać swoich rodziców.
— To jest Alicja, z klasy. Zostanie dziś u mnie, dobra? — pytanie brzmiało bardzo retorycznie. Rodzice odwrócili się od telewizora patrząc na dziewczyny przez ramię.
— Byle byście do szkoły rano wstały — najważniejsza rzecz dla mamy Pauliny. Dziewczyny kiwnęła głową. — I kanapki masz na stole.
Po przekroczeniu progu domu wchodziło się do niezbyt szerokiego, prostokątnego przedpokoju. Podłogę wyłożono brązowymi płytkami ceramicznymi, a ściany pokrywała jasnokremowa tapeta z delikatnym, geometrycznym wzorem. Po lewej stronie stała drewniana szafka na buty, nad którą wisiało prostokątne lustro i kilka haczyków na kurtki. Nieco dalej znajdowała się wysoka szafa z przesuwanymi drzwiami, wypchana płaszczami, parasolami i rzeczami, których nigdy nie było gdzie schować. Na niewielkiej półeczce przy wejściu leżały klucze, rachunki i książka telefoniczna.
Na wprost drzwi wejściowych znajdowały się schody prowadzące na piętro. Były drewniane, pokryte ciemnobrązowym lakierem, z solidną balustradą i poręczą, która od wieloletniego użytkowania stała się niemal idealnie gładka. Na ścianie wzdłuż schodów wisiały oprawione w ramki rodzinne fotografie, głównie z wakacji, uroczystości i szkolnych akademii.
Po lewej stronie przedpokoju mieściła się kuchnia. Było to pomieszczenie średniej wielkości, urządzone praktycznie, bez szczególnej dbałości o modę. Ściany częściowo pokrywały jasne kafelki z drobnym kwiatowym wzorem, a podłogę brązowawa wykładzina PCV. Wzdłuż jednej ze ścian ustawiono szafki kuchenne z jasnego drewna, z ciemnymi uchwytami. Na blacie stały czajnik, chlebak i elektryczny młynek do kawy, a nad kuchenką gazową wisiał emaliowany okap.
Pod oknem znajdował się prostokątny stół przykryty ceratą w kolorowe kwiaty, otoczony czterema krzesłami. Na parapecie rosły pelargonie i kilka doniczek z ziołami. W kącie stała biała lodówka, ozdobiona magnesami i drobnymi karteczkami.
Po prawej stronie przedpokoju znajdował się salon, największe pomieszczenie na parterze. Jego podłogę pokrywał lakierowany parkiet ułożony w jodełkę, częściowo zasłonięty dużym dywanem w bordowo-beżowe wzory. Pod ścianą stała rozbudowana meblościanka z ciemnego drewna, zajmująca niemal całą jej długość. Za przeszklonymi drzwiczkami eksponowano kryształowe kieliszki, porcelanowe filiżanki i pamiątki rodzinne. Na półkach znajdowały się książki, albumy fotograficzne oraz kasety VHS.
Centralne miejsce zajmował kineskopowy telewizor, pod którym ustawiono magnetowid. Naprzeciwko stała obszerna kanapa obita brązowym materiałem, dwa fotele i niski stolik kawowy. Obok kanapy stała lampa z brązowym abażurem, oświetlając skromnie całe pomieszczenie. W oknach wisiały białe firanki i cięższe, beżowe zasłony, a parapety zajmowały paprotki i inne rośliny doniczkowe.
Salon był pomieszczeniem przechodnim. W jego głębi znajdowały się drzwi prowadzące do sypialni rodziców oraz osobne wejście do łazienki.Dziewczyny rozebrały się z wierzchniego okrycia. Paulina zaprowadziła Alicję na górę, do swojego pokoju. Schody miały półpiętro i zakręcały prowadząc na piętro. Kończyły się na niewielkim korytarzu, z którego prowadziły drzwi do dwóch pokoi oraz wspólnej łazienki. Podłogę pokrywała jasnobrązowa wykładzina dywanowa, a ściany pomalowano na kremowy kolor. Na końcu korytarza znajdowały się drzwi balkonowe i okno, wychodzące na ogród.
Paulina zauważyła, że drzwi do pokoju jej brata były lekko uchylone. Machnęła ręką do Alicji, żeby za nią szła i zakradła się. Wsunęła głowę i delikatnie popchnęła drzwi, aby mieć lepszy pogląd na pomieszczenie Michała.
— To pokój mojego brata — szepnęła do koleżanki, która miała okazję poznać część osobowości osoby, której w sumie nie widziała jeszcze na oczy.
W pokoju Michała dominowały ciemniejsze kolory, a ściany niemal całkowicie pokrywały plakaty zespołów rockowych i metalowych: Metalliki, Iron Maiden, Nirvany, Guns N’ Roses czy Slayera.
Pod oknem stało biurko z ciemnego drewna, na którym znajdował się niewielki magnetofon, sterty kaset, czasopisma muzyczne i kilka pustych pudełek po płytach CD. Na półkach ustawiono kolekcję albumów, książek Kinga i różnych drobiazgów związanych z muzyką.
Przy jednej ze ścian znajdowało się łóżko przykryte ciemną narzutą, a obok niewielka szafka nocna. W rogu stała gitara elektryczna oparta o wzmacniacz. Podłogę pokrywała ciemnoszara wykładzina, na której walały się czasem czasopisma, ubrania i pudełka po kasetach.
Na drzwiach szafy wisiała czarna skórzana kurtka, a obok niej kilka flanelowych koszul. W pokoju znajdował się również niewielki regał z książkami, głównie fantastyką, horrorami i magazynami muzycznymi.
Po tej prezentacji Paulina przymknęła drzwi, zostawiając je w stanie, w jakim je zastała.— Jego prawie nigdy nie ma, więc nie wiem, czy go poznasz, ale w sumie to dobrze. Bo kibel zajmuje i czekać trzeba — skomentowała i zaprowadziła Alicję do swojego pokoju.

Pokój Pauliny był inny niż Michała. Jasny, kolorowy i pełen życia. Ściany pomalowano na delikatny brzoskwiniowy kolor, a jedną z nich niemal całkowicie zajmowały plakaty ulubionych zespołów, aktorów i gwiazd muzyki pop. Pomiędzy nimi wisiały fotografie przyjaciół, zdjęcia z dyskotek, szkolnych wycieczek i wakacyjnych wyjazdów. To z nich Alicja mogła poznać wygląd Michała.
Przy oknie stało drewniane biurko, na którym piętrzyły się zeszyty, podręczniki, kolorowe długopisy i drobiazgi. Obok znajdowała się niewielka tablica korkowa, przypięta zdjęciami, planem zajęć, pocztówkami i karteczkami od znajomych, którzy sami je tam przypięli. Na jednej z półek leżał aparat fotograficzny na kliszę, kilka rolek filmu i albumy wypełnione zdjęciami.
Pod ścianą stała rozkładana, duża kanapa przykryta kolorową narzutą, na której leżały poduszki i pluszowe maskotki. Obok znajdowała się niewielka szafka nocna z lampką z mozaikowym, szklanym abażurem i budzikiem. Naprzeciwko ustawiono szafę na ubrania, której drzwi ozdobiono naklejkami z młodzieżowych czasopism.
W rogu pokoju stała wieża stereo z odtwarzaczem kaset magnetofonowych i CD. Obok niej piętrzyły się kasety z nagraniami ulubionych piosenek, często przegrywanymi od koleżanek lub nagrywanymi z radia. Na podłodze pozostawiono sporo wolnej przestrzeni, dzięki czemu Paulina mogła ćwiczyć układy taneczne przed lustrem zawieszonym na drzwiach szafy lub bawić się z przyjaciółkami w pokazy mody.
Na parapecie stały kolorowe doniczki, a przy łóżku leżały numery „Bravo”, „Popcornu” i innych młodzieżowych czasopism. Pokój nie zawsze był idealnie uporządkowany. Na oparciu krzesła często wisiały ubrania przygotowane na kolejne wyjście.— Wyjmę dodatkową kołdrę i rozłożę łóżko, to będziemy miały dużo miejsca i wygodę. Tylko na poważnie musimy do budy wstać normalnie, bo matka to ma fioła na punkcie edukacji, także bez kombinowania z rana. A, no i tamte drzwi co widziałaś w korytarzu to łazienka, gdybyś potrzebowała. Ogólnie czuj się swobodnie, możesz zejść do kuchni bez skrępowania o której godzinie chcesz. W sumie zrobić nam herbaty, chcesz coś do picia lub jedzenia?
Paulina uśmiechnęła się do Alicji, rzuciła swój plecak koło biurka. Chciała, żeby koleżanka czuła się tutaj dobrze i nie musiała się krępować.
Alicja przyglądała się zdjęciom rozwieszonym pomiędzy plakatami, kiedy akurat Paulina zaproponowała coś do picia. Filipowicz odwróciła wzrok w jej stronę i skinęła lekko głową.— Jasne, może być herbata. Poza tym mam wciąż tak ściśnięty żołądek, że nie sądzę, bym cokolwiek innego mogła przełknąć — powiedziała, po czym usiadła na kanapie i rozejrzała się po pokoju.
Alicja westchnęła ciężko, dopiero teraz, w brzoskwiniowym pokoju Pauliny, czując jak mocno była spięta i jak powoli schodzi z niej adrenalina i stres. Rozbolała ją głowa, a sama poczuła się ogromnie zmęczona i miała wrażenie, że powieki same jej się zamykały. Przeczesała włosy dłońmi, jakby próbując się lekko rozbudzić, by nie paść bez przytomności przed wypiciem ciepłej herbaty.
— Wezmę szybki prysznic jak będziesz robić herbatę, jeśli to okej? — powiedziała, po czym sięgnęła po swój plecak, w który spakowała na szybko kosmetyki, coś do spania i świeże ciuchy na rano.
— Ale powalony dzień, co? — rzuciła jeszcze, zanim Paulina wyszła robić herbatę.
Kwiatkowska spojrzała na blondynkę i kiwnęła głową. Mimo uśmiechu, jej oczy zdawały się zdradzać zmęczenie. Gdy adrenalina puściła i poczuła się bezpieczna, zaczęła odczuwać zmęczenie. Musiała jeszcze powlec Alicji pościel.
— Jeśli zapomniałaś ręcznika, to w łazience w szafce są świeże. Wybierz sobie któryś. Niektóre mogą wydać ci się dziecinne, bo to jeszcze z czasów naszego dzieciństwa, ale wiesz… Mam sentyment — Paulina uśmiechnęła się mrużąc oczy. Musiałaby wskazać wiele rzeczy w swoim pokoju, które zostały tutaj “z sentymentu”. Dziewczyna zeszła schodami na dół do kuchni, aby zrobić herbatę. Chwyciła przy okazji kanapkę leżącą na przykrytym talerzyku na stole i zaczęła jeść czekając aż zagotuje się woda. Rodzice w tym czasie oglądali w telewizji jakąś komedię. Paulina wychyliła się zerkając na ekran telewizora, ale nie dostrzegła w rogu żadnego znaku stacji.
— Co wypożyczyliście? — podniosła głos, aby być słyszaną. Rodzice bez odwracania się do niej odpowiedzieli.
— Zakonnica w przebraniu.
— A mi coś wzięliście?
— Tak, jakieś dwa filmy jeszcze.
— A jakie?
— Jakieś… nie wiem. Fargo?
— A o czym?
— O porwaniu chyba.
— Aha…Paulina pokiwała głową na boki bardziej z przyzwyczajenia. Wyczucie wyboru filmu było średnie, nie była pewna, czy w ogóle będzie miała ochotę to oglądać. Kiedy woda się zagotowała, zalała dwa duże kubki, posłodziła miodem, dorzuciła cytrynę i zabrała na górę. Ponieważ Alicja korzystała jeszcze z łazienki, w międzyczasie zdążyła rozłożyć kanapę i zaczęła wlec drugą kołdrę świeżą poszewką.
Alicja wróciła niedługo później, ze związanymi włosami, ubrana w szary, rozciągnięty t-shirt z wizerunkiem kreskówkowego żółtego kanarka o wielkiej głowie i pastelowo-różowe bawełniane szorty.— Kurde, mogłam ci pomóc jakbyś zaczekała — powiedziała, kiedy dostrzegła zaścielone łóżko. Odłożyła swój plecak gdzieś nieopodal i pozwoliła sobie powiesić swoje ubrania na oparciu krzesła. — Dzięki wielkie za wszystko.
— Na luzie. Chcę żebyś się dobrze czuła. Masakra było to, co się stało. Ja bym się bała być we własnym domu, gdyby to mnie dotyczyło — Paulina starała się brzmieć pocieszająco. Poklepała puchową poduszkę, żeby była bardziej miękka i wygodna, po czym rzuciła ją na stronę, po której spać miała Alicja.
-

Paulina Kwiatkowska || Alicja Filipowicz || Mikołaj Pogorzelski
część 2
Kiedy blondynka już miała usiąść na krawędzi łóżka, z kieszeni spodni przewieszonych przez oparcie krzesła wysunęło się polaroidowe zdjęcie, które cicho spadło na podłogę. Paulina uniosła brew z zainteresowaniem przyglądając się koleżance i rzeczy, którą znalazła. Jej serce nieznacznie przyspieszyło, kiedy Alicja sięgnęła po fotografię, zaskoczona, zupełnie nie pamiętając momentu jej wykonania, ani chowania go do kieszeni.
— Ciekawe co… — zatrzymała się, patrząc na zdjęcie i po chwili wykrzywiając twarz, czymś ewidentnie obruszona. — O ja jebie, co za oblech.
Pokręciła głową i wyciągnęła rękę ze zdjęciem w kierunku Pauliny. Fotografia przedstawiała nikogo innego jak Krzysztofa Komedę, przykładnego ministranta, stojącego tyłem do aparatu, w otwartym oknie, w pozycji bezwzględnie wskazującej na czynność fizjologiczną.
Paula niemal wyrwała jej zdjęcie z ręki. Miała nadzieję, że jednak mają to! Mają tych łysych dzbanów na tacy, udało się, Krzysiek na pewno nie zawiódł, zrobił to cholerne zdjęcie, po prostu był w szoku i zapomniał wspomnieć.— Co to, udało się?! — ucieszona spojrzała na zdjęcie i zobaczyła TO. Ale nie to “TO”, które zobaczyć chciała. Na fotografii widniał półdupek Krzyśka, z którego ział ogień piekielny wytatuowanego smoka. Poślad był czerwony, a Paula zastanawiała się przez chwilę, w jak głębokim musiał był szoku i strachu, że aż zsunął lekko w dół spodnie. Kolejną myślą, która przyszła jej do głowy było “ciekawe czy trafił?”.
— Ja jebie… — szatynka przytuliła zdjęcie do piersi i zaniosła się śmiechem. Nie czuła obrzydzenia, nie czuła zażenowania. — Przecież to jest kozackie, haha!
Alicja jedynie podniosła brew.
Paula padła na łóżko zanosząc się cichym śmiechem. Zerkała na fotografię, a potem znowu się śmiała. Nie wiedziała czemu nie może przestać. W kąciku oka zabłądziła łza.
— No nie wierzę, ej, mogę to zatrzymać? Ja to chcę mieć na swojej tablicy, muszę to powiesić, haha — spojrzała na Alicję nakręcona jak bączek, podekscytowana i wyraźnie uchachana.
— Zobaczymy czy dalej będziesz uważać go za kozaka, jak wyciągnie siura w twoim oknie, żeby podlać kwiatki — odparła, wzruszając ramionami na pytanie o zatrzymanie fotografii.— Co ty gadasz, bronił cię jak lew! Własną maczugę wyjął, haha — szatynka nie mogła zrozumieć, jakie procesy myślowe Komedzie przeszły przez łeb, ale musiała przyznać, że było to lepsze niż ciuchy Adama.
Alicja usiadła obok Pauliny i pokręciła głową i przewróciła oczami z lekkim rozbawieniem, przyglądając się uchachanej koleżance. Mimo że do śmiechu jej nie było, humor Pauli trochę udzielił się też i Alicji.
— On serio ma tatuaż na dupie? — zapytała, wskazując palcem na uwieczniony na fotografii pośladek Krzyśka. — Przypał.
I o ile z początku uważała Komedę za całkiem spoko ziomka, tak teraz Alicja powoli zmieniała o nim zdanie. Choć wciąż plasował się wyżej niż Mikołaj po tym co odwalał, najarany na bycie Brucem Willisem.
Paulina przybliżyła fotkę do twarzy po czym oddaliła na wyciągnięcie ręki. Wykrzywiła usta w udawanej powadze, zmrużyła oczy, pomachała zdjęciem aż wydało z siebie charakterystyczny brzęk dobrego papieru fotograficznego, który przecina powietrze.
— Zdecydowanie ma. Już nie musimy się z nim umawiać, aby znać jego tajemnice — rzuciła półżartem i zerwała się z łóżka jednym susem. Z dumą, pinezką przytwierdziła dowód do swojej tablicy korkowej, znajdującej się niedaleko biurka.
— Boże, jak pięknie… — mruknęła przecierając zbłądzoną w kąciku oka łezkę. — Masz talent fotografa, zazdroszczę!Paulina powróciła na łóżko. Usiadła wyciągając nogi i wzięła do rąk herbatę. Jeszcze zdarzyło jej się wewnętrznie zarechotać, przez co jej ciało podskakiwało, więc musiała stabilnie ją utrzymać.
— Kurde… — spoważniała nagle — Co my teraz zrobimy? Nie chciałam już o tym myśleć, ale… Ale trochę się boję, wiesz?
Kwiatkowska sięgnęła po plecak i wyjęła z niego okulary przewisłoneczne, które zrzuciła jednemu z napastników.
— Chyba nic w nich specjalnego nie ma — westchnęła cicho, machając okularami — Nie mam pomysłów. W sumie w filmach, policja często jest przekupiona przez jakiegoś mafiozę. Myślisz, że może tak być? Trochę się martwię o Mikołaja też, zostawiłyśmy go samego ale… Powiem ci, że jak w szkole gadałam z glinami, to… Nie poczułam się bezpieczniej. Czułam, jakby mieli nas i Asię w dupie. — zwierzyła się z lekkim smutkiem w głosie. Widać, że wcześniejszy atak śmiechu był tylko zasłoną, reakcją obronną, próbą przekierowania myśli na pozytywne tory. Niestety nie pomogło to na długo. — A ty?
Alka spojrzała na okulary przeciwsłoneczne, którymi wymachiwała Paulina. Przed jej oczami znowu ukazało się dwóch łysych mężczyzn, których widziała z okna na piętrze. Przez jej ciało przebiegł nieprzyjemny dreszcz, jakby echo po nieprzeniknionym uczuciu strachu, które jej towarzyszyło, gdy widziała ich po raz pierwszy.Zamrugała kilkakrotnie i ocknęła się z zamyślenia. Wciągnęła głośno powietrze przez nos i sięgnęła po kubek z herbatą.
- Miałam zupełnie to samo odczucie, jeśli nie gorsze - przyznała, wspominając szkolną spowiedź przed policjantami. - Opowiedziałam im, że ktoś mnie śledził, kiedy wracałam z Miami… Nic sobie z tego nie zrobili. Nawet jeśli nikt za mną nie szedł, to w okolicznościach porwania Aśki, chyba powinni to wziąć bardziej na poważnie, co nie?
Wzruszyła znowu ramionami i upiła łyk herbaty.
- Wydawało mi się, że bardziej im zależy na tym, żebym już sobie stamtąd poszła, niż na tym, co mogłam wiedzieć na temat zaginięcia Aśki.
- To jest strasznie posrana sytuacja, Paula. Nikt nam w to nie uwierzy… Ja sama nie wierzyłam wam, przynajmniej do czasu spotkania przed moim domem. Obawiam się, że jesteśmy z tym sami. Ja, ty, Krzysiek, Mikołaj, no i Kaśka i Magda poniekąd też.
Alicja zatrzymała się na chwilę, wpatrując się wciąż w okulary. Potem spojrzała na Paulinę.
- O cholera… Adam! Przecież on też miał taką samą poświatę. Paula, a co jeśli pójdą po niego? Przecież on nawet nic o tym wszystkim nie wie.
Paulina wybałuszyła oczy
— Ożesz w dupęZaklęła i odstawiła herbatę. Wstała szybko z łóżka.
— Idę po książkę telefoniczną, spróbujemy go znaleźć i zadzwonić. Jego stary to dzban, a nie policjant. Czy przesadzam? Czasami jestem za bardzo, ale no naprawde… On tam sam jest, ja zapomniałam o tym, że na zdjęciu to widać!
- Dzban to za mało powiedziane. To zdecydowanie nie jest ojciec roku. Rozmawiałam chwilę z Adamem na korytarzu w szkole, mówił coś o szlabanie, ale… Nie wiem, mam wrażenie, że to coś gorszego niż zwykła kara na wychodzenie z domu.
Alicja również wstała i ruszyła za Pauliną.Dziewczyny zeszły na dół i zgarnęły potężną księgę leżącą w przedpokoju. Przeniosła ją na stół w kuchni i tam usiadły.
— Chyba będzie sporo dzwonienia, pamiętasz jak jego ojciec ma na imię w ogóle?
- Spróbuj pod Dupek. - Alicja wzruszyła ramionami, a na jej twarzy pojawił się łobuzerski uśmieszek.
Paulina zaczęła wertować księgę. Znalazła nazwisko Chlebowski, ale było nieco więcej informacji do analizy, aby znaleźć prawidłowy numer.
— Może kanapkę sobie zjesz? — zapytała Kwiatkowska, wskazując kiwnięciem głowy na talerz z kolacją leżący na środku stołu.
- Dzięki, ale nie. Wciąż mam ściśnięty żołądek i obawiam się, że nic dobrego z tej kolacji by nie wyszło. Masz coś? Ile w Sokołowie może być Chlebowskich?
Paulina wzruszyła ramionami. Nie wiedziała, jak dużą rodzinę może mieć Adam. Próbowała sobie przypomnieć imię jego ojca, poprzez czytanie tych dostępnych w książce. Okazało się to być zbędnym wysiłkiem, gdyż Chlebowski z Sokołowa był tylko jeden.
— Ale łatwo. A co mu powiemy? — zapytała i wzięła kanapkę. Poklepała miejsce w książce, gdzie znajdował się poszukiwany i przysunęła ją do Alicji. Wzięła pierwszego gryza patrząc na koleżankę. — Ty dzwonisz?
- Staremu? Nic, że chcemy z Adamem rozmawiać. A Adamowi? - Alicja zastanowiła się chwilę, chwytając za słuchawkę telefonu, po czym nachyliła się nad książką i wykręciła numer. - Nie wiem. Żeby uważał. A jutro w szkole się spotkamy i pogadamy.
Nie od razu odebrano po drugiej stronie. To nie był Adam. Odebrał mężczyzna, ale to nie mógł być ten komendant który przesłuchiwał ją w szkole. Ten po drugiej stronie linii był o wiele młodszy.
- Słucham?
Alicja spojrzała na Paulinę i wskazała na słuchawkę telefonu, jakby chcąc przekazać “ktoś odebrał” i przysunęła się bliżej niej, by i ta mogła słyszeć całą rozmowę.
- Dobry wieczór, czy jest może Adam? - spytała głos po drugiej stronie słuchawki.
- Jest, czekaj. - Alicja słyszała jak ten ktoś odkłada na bok słuchawkę a następnie po prostu krzyczy: - Ej brat! Telefon do ciebie! Jakaś cizia dzwoni!
Cizia?!
Alicja słyszała jeszcze kroki, ktoś schodził po schodach.
-Cześć tu Adam kto dzwoni? - To był on.
- Siema, Adam. Tu Alicja. Filipowicz. Z klasy - zaczęła, spoglądając na Paulinę, jakby ta miała zainspirować ją do tego, co dalej przekazać chłopakowi. - Jest ze mną Paula i em… Jak by ci to powiedzieć…
— Adam, twój stary to dzban roku, sytuacja z Asią jest poważna. Możemy być na liście porywaczy — Paulina improwizowała. Chciała, aby zabrzmiało to na tyle mocno, żeby chłopak się przejął — Adam… Zastanów się czy nie wydarzyło się ostatnio coś, co cię zaskoczyło, coś nietypowego, dziwnego, coś czego nie możesz wyjaśnić. Co cię zdziwiło i było trudne do uwierzenia. Bo jeśli jest coś takiego, to ktoś na to coś poluje. Musisz na siebie uważać. Kumasz?
- Dobra dzięki że mówicie i skąd wiecie nikomu o tym nie mówiłem - zaczął ściszonym głosem Adam, jakby się bał że ktoś go usłyszy - to było rano teraz mam szlaban niepotrzebnie mówiłem z ojcem no bo byłem na dyskotece bez jego zgody i ta sprawa z rana i w ogóle co to za porywacze?
Paulina nie wytrzymała i wyrwała Ali słuchawkę.
— Ale co wiemy? No właśnie gówno wiemy, jakieś łyse łebki chciały Alkę porwać z jej chaty. Byliśmy u niej, bo wywołałam te fotki z klubu, jutro ci pokażę, no i na tych fotach każdy z nas ma dziwną poświatę, jakby nas ktoś napromieniował czy coś! No i się okazuje, że ci świecący odpierdzielają dziwne rzeczy — podczas użycia przekleństwa Paulina ściszyła lekko głos. Z salonu dobiegało Halleluja śpiewane przez Whoopi Goldberg — Wyobraź sobie, że Krzysiek siłą umysłu chyba komuś kule wyrwał, wykręcił parówę, nie wiem, ale coś się odwaliło. A ja zrobiłam takie szybkie YŚ YŚ, czaisz? No że tak wiesz… Kurde, no dziwnie przez telefon, uważać musisz. To takie łyse, śmierdzące cmentarzem typy przypominają trochę dresów, mają okulary przeciwsłoneczne i chodzą jakby mieli kijasa w dupie, dobrze mówie Ala, no nie? — śpiewy Zakonnicy w Przebraniu przybierały na głośności. Chyba ktoś użył pilota, aby lepiej wybrzmiało.
Piosenka z filmu
- Jasne sztywne dresy ale spoko w razie co dam sobie radę szczele ich ciupagą... pogadamy więcej jutro muszę kończyć do jutra cześć. - zakończył rozmowę.Paulina chwilę siedziała ze słuchawką przy uchu, jakby nie dowierzała, że zamiast Adama słyszy już tylko sygnał przerwanego połączenia.
— Rozłączył się.Zakomunikowała Alicji i rzuciła na nią przeciągłe spojrzenie niezrozumienia. Najszybsza rozmowa telefoniczna jaką przeprowadziła. Alicja odwzajemniła spojrzenie, wyczekując jakiegoś rozwinięcia.
— Powiedział, że rozumie, pogadamy w szkole i musi kończyć. On chyba w jakimś patusiarstwie się wychowuje… Ej a zadzwonimy do Mikołaja? W sumie to się o niego martwię, był bardzo pomocny, a go porzuciłyśmy jak psa… Ale no się martwiłam o Magdę i Kaśkę, głupio abyśmy wszyscy tam zostali.
- Jasne, dzwoń - odparła trochę obojętnie Alicja i podsunęła książkę telefoniczną bliżej Pauliny.
Paulina odłożyła słuchawkę i zaczęła w książce telefonicznej szukać numeru do Pogorzelskiego. Jak zwykle nie znała imion rodziców, więc liczyła na szybki fart jak w przypadku Chlebowskiego, albo po prostu kilka prób.
— Dzień dobry, tu Paulina Kwiatkowska, zastałam może Mikołaja? — zapytała grzecznie głos po drugiej stronie.
Milczenie w słuchawce się przeciągało, choć nie można było nazwać go ciszą. Szum transmisji przerywały miarowe stuknięcia. Prawdopodobnie rozgryzanych skorupek słonecznika.
— Mikołaj w psychiatryku — odpowiedział w końcu zjadliwy głos. — Odwiedziny w soboty między 14, a 17.Paulina chwilę milczała, trawiąc w głowie co właściwie usłyszała i czy głos po drugiej stronie był jej w ogóle znajomy. Nie umiała jednak stwierdzić tego ze stuprocentową pewnością.
— A jakbym chciała go przeprosić i zapytać czy wszystko ok, to go wypuszczą na chwilę, albo przedłużą godziny do dwudziestej drugiej? I to na dziś?
— Przeprosiny nic nie zmienią — druga strona linii sarknęła. — Wiesz co zmieni? Na początek? Wbity w łby przebieg wydarzeń.
Miał dość emocjonalnych wtrętów. Przeprosin-srosin, histerii, gówna, od którego wszystko się zaczęło. Nieracjonalnych, przesadzonych reakcji sabotujących cały wysiłek.
— Próbowali złapać Alicję. Wyrwała się. Uciekliśmy do domu. Wyważali drzwi. Spłoszyli ich zbierający się po krzykach sąsiedzi. Nic o barykadzie, nic o szczochu z półpiętra. Sczaicie?
W końcu Paulina miała pewność z kim rozmawia. Nie musiała już próbować na około wymyślać gładkich słówek.
— Ja pierdzielę, czyli to ty? Nie mogłeś normalnie odpowiedzieć? Się martwiłam o ciebie i nawet nie próbuj tam parskać na mnie jak kot! Przekażę dziewczynom wersję zdarzeń. Dobrze, że nic ci nie jest. I dzięki, że zostałeś sam. Wiem, że nie znasz Aśki, nas, masz to w dupie więc… Serio mówię. Nam udało się wszystkich odstawić pod dom. Naprawdę dzięki za pomoc, policja coś mówiła? Nie wydawali się na przykład wiesz… że są po stronie przestępcy, może go znają? A wiesz czy Krzysiek też w domu?
— Gdybym miał w dupie to bym się nie spinał — sarknął ponownie. — Dzięki, że zostałem? Jakbym miał, kurwa, wyjście? Ile się napociłem, żeby zlepić całość i sprzedać dwóm nieufnym glinom, to moje. A wiesz co nie pasowało? Wszystko. Czemu nikt inny nie został? Czemu ojciec Alicji nic nie wie? Dlaczego pytając o pidżama party była cała w skowronkach? Zero stresu, zero strachu? Dorzuć gościa wybiegającego w noc z fujarą na wierzchu, lejącego na wszystkie strony, śpiewając alleluja i masz dołek za głupie żarty z urzędu. Idźcie w chuj. Zero pomocy, kłody pod nogi. Czekaj chwilę…Wrócił po paru minutach szurania i zgrzytu podnoszonych rolet.
— Z okien nic nie widać. Za daleko mieszka. Na ulicy spokojnie, żadnych zawodzących dewot dzwoniących po domach w poszukiwaniu Krzysztofuniunia, co zaginął w objęciach nierządnic. Chyba dobrze.Paulina musiała zakryć słuchawkę dłonią, gdyż mało nie posikała się ze śmiechu. Nawet nie wiedziała, czemu ją to wszystko bawiło. Może tylko sposób, w jaki Mikołaj to opowiadał? A może tylko ta część o Krzyśku? Przestawało ją dziwić, że spodobał się Kaśce. Ta to zawsze miała dobre oko, bez poznawania bliżej, jakby przejrzała go na wylot już dawno. Kwiatkowska miała nadzieję, że Alicja też słyszy tę opowieść.
— Przecież mogła być w szoku. Ludzie w stresie różnie reagują. Akurat tutaj sprzedamy im taką baję, że wszystko się zepnie. Zrobiłeś fundament, my ogarniemy resztę. Alkę złapali, próbowali porwać, wyrwała się, uciekliśmy do domu, oni wyważyli drzwi, spłoszyli ich sąsiedzi. Krzychu z dupy nie ział ogniem, twoje wytrenowane łapy niedźwiedzia nie przesunęły połowy umeblowania parteru. Wszystko jasne. — powtórzyła Paulina. Zdążyła opanować głos, choć miała wrażenie, że lekko zawodzą jej struny i próbują wymknąć się z objęć powagi. — Dobrze, że jesteś w domu. Widzimy się jutro w szkole. Nie obrażaj się tylko na nas, widziałeś Magdę, no nie wyobrażam sobie aby tam czekać jeszcze miała. No Kaśka mogła z tobą w sumie zostać, masz rację. Jutro to ogarniemy lepiej, obiecuję. -
Szarzyzna
Noc 2 / 3 września
Paulina leciała. Szybowała w pełni księżyca nad spokojnym miasteczkiem, lekkie ruchy dłońmi i zrobiła pętlę wokół wieży kościoła, wychodząc na drugą wokół wieży ratusza. Sokołów spał, z tej wysokości widziała wszystkie szczyty Sudetów i kominy elektrowni w Turowie. Sięgała gwiazd. Zamek był pod nią. Ciemny, nieprzyjazny. Nie żeby ją odpychał, ale też i nie zapraszał, był jak taki spokojny pies za płotem, który nigdy nie zaszczeka, ale gdy tylko wejdzie się na jego teren skoczy ci do gardła i będzie przy tym merdać ogonem.
Jak kometa rzuciła się na zamek przenikając stropy, jak wiatr przelatując przez piwnice i niknąc w litej skale. Poczuła ciepło, poczuła moc która pomagała jej od rana. Nie była wroga, była po prostu... obca. To nie było fizyczne coś, to nie były lochy pod zamkiem.
I poczuła coś jeszcze. Pustkę jakby ktoś nagle rozładował akumulator. Oraz nienawiść i złość kogoś, kto dostrzegł że ten akumulator został rozładowany. Ten ktoś był teraz w Złotoryi, wiedziała to. Niemiec.
Nie widziała nigdzie Asi. Przeniknęła wszystkie pomieszczenia (wszystkie w pięknym stanie, nie przypominającym obecnej ruiny) ale jej nie dostrzegła. Tylko ją czuła.
***
Mikołaj biegł na zamek. Ubrany w wojskowe ciuchy moro i czerwoną opaskę na włosach, uzbrojony w karabin maszynowy od Daniela (Daniel ma go od wujka który przywiózł mu go z Jugosławii). Kosił kolejne zastępy zombiaków w Stahlhelmach które hordami wyłaziły z zamku. Felicja podawała mu amunicję, nad zamkiem w powietrzu unosiła się wielka, zaokrąglona swastyka wpisana w okrąg. Rzucił granat, wywalił wielką dziurę w ścianie. Minął barakowóz Bałuckiego i wkroczył do zamku. Kosił kolejne zastępy wrogów, jak w Wolfenstein 3D. Gdzieś tam Bałucki i jego ekipa z pędzelkami pochylali się nad kawałkiem kolumny czy czegoś takiego, jakby nie widzieli co się dookoła nich dzieje. Zszedł do lochów i wbiegł do kolejnej plugawej komnaty. Widział tam ubraną na biało Asię (to musiała być Asia, nie było innej opcji) przykutą do wielkiego kamiennego ołtarza. Stał nad nią ten zasrany szkop, Von Hochtalberg czy jak się ten hitlerowski kundel nazywał. Tu już nie krył się pod garniturem, o nie. Szata, peleryna, spiczasta czapka na głowie, determinacja i obłęd w oczach, po prostu legitny czarnoksiężnik, nie taki jak z Oz. Mikołaj ruszył na niego z furią.
***
Alicja była w szkole. Biegała po korytarzach, szukając nauczyciela. TEGO nauczyciela, Wronę. Znalazła, wyjaśniła problem, kazał jej iść za nim. Chodziło o szkolną bibliotekę. Nauczyciel od razu podszedł do bibliotekarek i zaczął kreślić w powietrzu dziwne gesty rękami, które z pewnością nie były językiem migowym. Bibliotekarki błyskawicznie wygoniły resztę uczniów z czytelni (dziwne, nie było żadnego między regałami z książkami), zamknęły drzwi od środka na klucz, spuściły żaluzje. Dopiero wtedy szarpnęły za ukrytą dźwignię. Masywny regał stojący przy ścianie odsunął się i Ali ukazały się schody prowadzące do piwnicy. Betonowe ściany, przewody biegnące pod sufitem, zimno. Ale było wysprzątane, w końcu to biblioteka. W podziemnym pomieszczeniu stały kolejne regały z książkami. Niektóre z nich wyglądały jak normalne książki. Reszta to były stare, opasłe księgi oprawione w skóre, z mosiężnymi okuciami. Wzięła pierwszą z brzegu, musiała być po niemiecku, strony zadrukowane gotykiem albo inną niezrozumiałą szwabachą. Dziewczyna wzdrygnęła się.
***
I wtedy pokonali smoka. Postać Krzyśka zadała ostateczny cios, pokonując bestię terroryzującą małe górnicze miasteczko. To była dobra sesja. Krzysztof szedł teraz przez miasto, mijał bydynek zamieszkały przez cyganów, z czymś się do niego pluli, ale chłopak się tym nie przejął, mały ruch rękę i wszyscy trzech padli na kolana zwijając się z bólu. Minął na ulicy pod kościołem starę Maciejakową która nie zdążyła nic powiedzieć jak zobaczyła jak jest ubrany, gdy na jeden ruch jego głowy uschła jej ręka. Dobrze jej, starej prukwie. Wszedł do biblioteki, mijał regały, mijał kolejne schody. Teraz świat nie miał już znaczenia. Mijał kolejne regały z książkami, same brednie. Skręcił, to był odpowiedni dział. Smoki może i nie istnieją, ale to było realne. Po chwili był otoczony otwartymi książkami. Na stronie jednej z nich zilustrowana była zaokrąglona swastyka wpisana w okrąg. Nagle cień padł na niego i książki.
***
O boże, co za posrane sny. Wszyscy je mieliście.
3 września, rano.
Nikt z was nie został porwany, nad nikim nie stał ksiądz z krucyfiksem, rodzice też zachowywali się normalnie. Pogoda się zepsuła, szare niebo i paskudna mżawka. Była środa, według planu lekcji mieliście dopiero na drugą lekcję.
Cyganie nikogo nie zaczepili, widocznie nawet oni nie byli w stanie ignorować pogody.
Kaśka czekała na Paulinę i Alicję przed wejściem. Od razu wypaliła:
- Magdy dzisiaj nie będzie, byłam u niej. Ona serio się boi i naprawdę wygląda na chorą.W klasie przed samą lekcją gwar - kilka osób widziało wóz transmisyjny telewizji. A nawet dwa.
-

Paulina Kwiatkowska
Obudziła się dziesięć minut przed budzikiem, lekka i świeża, jakby sen o lataniu napełnił ją spokojem i nadzieją. Czuła się jak Nemo w Krainie Snów, na szczęście tym razem, na samym końcu nie czekał żaden koszmar. Sen jednak sugerował, że w ostateczności będzie musiała pokonać Króla Koszmarów.
Budzik zostawiła dla Alicji, wstała, aby się umyć i ubrać. Nie powinno jej to zająć wiele czasu, ale akurat do budzika się wyrobi, a wtedy blondynka będzie miała łazienkę dla siebie. Paulina miała nadzieję, że Michał jednak nie wrócił do domu. Wkurzało ją to, gdy siedział i zajmował prysznic. Wiadomo, że ona potrzebowała go bardziej.
Wyszła chyba równo z budzikiem. Powiedziała Alicji, żeby zeszła na dół jak się przygotuje. Sama spakowała plecak i zeszła do kuchni, gdzie czekała już mama i Kaśka.— Paulinka, zobacz kto na ciebie czekał tak z rana.
Mama wskazała przyjaciółkę, która siedziała przy stole i jadła śniadanie. Zdarzało się, że Nowak przychodziła wcześniej, gdyż z własnymi rodzicami nie potrafiła się dogadać. Często się kłócili, bo Kaśka bywała arogancka, bezczelna i bardzo buntownicza.
— Kurde, szkoda — odpowiedziała na wieść o Magdzie. Czuła się winna za jej samopoczucie. Wciągnęła ją w to, zupełnie niepotrzebnie. Jeszcze te cholerne zombie! Nastraszyli ja wczoraj tak, że cała się trzęsła. Wiedziała, że po szkole będą musiały zajrzeć do niej, sprawdzić jak się czuje.
— A jak tam pierwszy dzień w szkole, dziewczyny? Jak klasa? — zagaiła mama, robiąc w międzyczasie kanapki dla całej trójki. — Kasia, ty lubisz ser?
— Lubię, dziękuję Pani Aniu. A w szkole całkiem dobrze, ale wie Pani… Asia…
— Ach, no tak. Pamiętam. Mam jednak nadzieję, że sprawa szybko się rozwiąże. Znajdą ją. Może nawet udało jej się uciec, gdzieś się chowa. To silna dziewczyna, bardzo wyedukowana, inteligentna. — próbowała pocieszyć.— Fajne macie osoby w klasie? — Pani Kwiatkowska starała się zmienić temat.
— Niektóre tak, niektóre nie. Przynajmniej chłopaki fajne.
— Taaaak?
— No, taki jeden to się by Pani spodobał. Ponoć ministrant. Blondasek, grzeczny, miły, dzień dobry mówi, kłania się w pas — Kaśka zagryzła kanapką, aby nie pęknąć ze śmiechu. Paulina tylko kopnęła ją pod stołem, ale ta kontynuowała — Na Błoniach mieszka. Pasuje do Paulinki… Aua. — drugi kopniak był mocniejszy.
— Weź mamo, Kaśka bredzi. Normalny kolega. Tak samo jak Mikołaj, Adam, Arek. Wymyśla.
— Na Mikołaja to ty nawet się nie czaj, ja byłam pierwsza — Kaśka upiła herbatkę. Pani Ania wyraźnie się zaśmiała, rozczuliła.
— O, a co to za Mikołaj? Arusia znam, fajny chłopak.
— A wie Pani — zaczęła Kaśka odkładając na chwilę kanapkę. Rozmarzyła się. Zaczęła wymieniać jego zalety na palcach jak zaczarowana — Silny, pewny siebie, bojowy. Widać, że zawsze ma coś do powiedzenia, stawia na swoim. Szybki w działaniu. Taki buntownik trochę.
— O, to tak jak ty.
— No raczej!Paulina tylko pokręciła głową, jedząc śniadanie. Wolała się zbyt wiele nie odzywać, jeszcze matka naprawdę zaczęłaby się interesować jej znajomymi, a tego wolała uniknąć. Im mniej wie, tym lepiej. Kaśki chyba nie traktuje poważnie. Wie, że ona to lubi trochę podkoloryzować, podokuczać, coś pokręcić. Ale rozmowa się kleiła, było miło i to chyba było teraz ważne dla jej mamy. Aby jakoś wyciągnąć z dziewczyn ten smutek, wrócić do codzienności. Bo świat dalej istniał. Nie zniknął, nie zatrzymał się ze względu na Asię. W tym momencie zeszła do nich Alicja. Cześć, dzień dobry. Mama Pauliny zaprosiła ją do stołu na śniadanie. Wszystkim trzem dziewczynom wcisnęła też kanapki zapakowane w sreberko, aby na przerwach miały co jeść. Dała im też po jednej buteleczce tarczynu pomarańczowego lub jabłkowego.
— No dobrze dziewczynki, ja lecę do pracy. Proszę was tylko, żebyście do tej szkoły dotarły, dobrze? Już żadnych wagarów. Tobie Paulinka w dzienniczku usprawiedliwienie napisałam, to pokaż tam wychowawcy. Trzymajcie się!
Pożegnały się, skończyły jeść, spakowały prowiant i z plecakami wyszły z domu. Paulina nie wytrzymała długo i od razu zaczęła im opowiadać, co się działo w nocy. “Ale miałam pokręcony sen!”. Powiedziała wszystko ze szczegółami, zaznaczając, że nie ma pojęcia co to Złotoryje, ale dokładnie pamięta tę nazwę. Od razu przeszła do interpretacji, jakoby Asia była nośnikiem energii i ten Niemiec z niej korzysta, aby coś zasilić, ale chyba oni tę energię od niej też czerpią i pewnie szkop się o to wkurza, bo rozładowują mu akumulator. Boże, ale to pokręcone!

Paulina i Kasia
Droga do szkoły minęła zdecydowanie spokojniej niż poprzedni dzień. Sokołów od rana tonął w szarości. Mżawka osiadała na włosach, kurtkach i plecakach drobnymi kropelkami, chodniki błyszczały od wilgoci, a niebo wyglądało tak, jakby ktoś rozciągnął nad całym miastem brudne prześcieradło.
Paulina szła między dziewczynami w krótkiej jeansowej kurtce, bordowej bluzce i ciemnej spódnicy w kratę. Co jakiś czas omijała większą kałużę, choć jej cięższe buty i tak zdążyły już zebrać z chodnika połowę Sokołowa.
Po tym wszystkim, co wydarzyło się wczoraj, zwyczajny widok liceum powinien chyba działać uspokajająco. Nie działał.Przed wejściem było jakoś więcej ludzi niż zwykle.
— Co oni się tak gapią?
Dopiero po chwili Paulina dostrzegła zaparkowany kawałek dalej samochód z anteną na dachu. Potem drugi.
— O nie. — zwolniła nieco, przyglądając się wozom z niesmakiem — To jest telewizja?Jeszcze wczoraj policja urządzała apel w sprawie Asi. Dzisiaj pod szkołę zjechały wozy transmisyjne. Najwyraźniej zaginięcie przestało być już tylko lokalną plotką.
— Zajebiście — mruknęła pod nosem. — Jeszcze nam tylko Teleexpressu brakowało. Po co ta sensacja… Dowiedzieliby się czegoś, a nie kręcą tylko afery.
Fuknęła i weszła do szkoły. W klasie panował większy harmider niż pierwszego dnia. Paulina odwiesiła kurtkę na oparciu krzesła, poprawiła wilgotne od mżawki włosy i odruchowo rozejrzała się po sali, szukając znajomych twarzy. Kogo znajdzie, do tego podejdzie najpierw. Była podekscytowana tym, co przyśniło jej się w nocy. Czuła, jakby to była prawda i musiała powiedzieć o tym chłopakom! Teraz przede wszystkim chciała wiedzieć jeszcze jedno. Czy tylko jej śniły się w nocy takie pojebane rzeczy?
-

Alicja Filipowicz
Poranek minął na przygotowaniach do wyjścia do szkoły. Chwilę po przebudzeniu, Alicji towarzyszyło dziwne uczucie zagubienia, póki jej umysł nie rozbudził się na tyle, by przypomnieć sobie, że nie zasypiała wcale we własnej sypialni.
Leżąc jeszcze na łóżku, z głową wtuloną w poduszkę, Alicja próbowała przypomnieć sobie każdy szczegół ze snu, który miała wrażenie zakończył się jej przebudzeniem. Był bardzo realistyczny i o dziwo, żadne szczegóły nie ulatniały się z każdą kolejną chwilą, jak to bywało ze zwykłymi snami.
Nie chcąc jednak ryzykować, że coś jej umknie, Alicja pośpiesznie sięgnęła do swojego plecaka, który miała tuż obok. Wyciągnęła pierwszy lepszy zeszyt i wyszperała długopis z samego dna, po czym zaczęła gorączkowo notować na jednej z ostatnich stron. Zapisała każdy szczegół, który przyszedł jej do głowy - z jakiegoś powodu czuła, że było w tym śnie coś wyjątkowego.
- Co robisz? - usłyszała za sobą głos Pauliny.
Alicja odruchowo chciała zamknąć zeszyt i udawać, że nic takiego, ale w ostatniej chwili powstrzymała się przed skrywaniem tajemnic. Mimo że dziewczyny znały się zaledwie kilka dni, to połączyła je ta dziwna nić, wykreowana przez ostatnie wydarzenia. Nić, która zdecydowanie przyspieszyła proces zawężania relacji do przyjaźni.
- Zapisuję swój sen - odparła Alicja, wskazując na swoje zapiski. - To nie tak, że robię to na co dzień. Po prostu miałam zajebiście realistyczny sen, który… Nie wiem, po prostu czuję, że to coś ważnego. Jakby wizja?
Alka wzruszyła ramionami, bo dopiero kiedy wypowiedziała to na głos, poczuła jak głupio to brzmi. Chociaż z drugiej strony ścigani byli przez łyse zombie, a oni sami posiadali ponoć nadnaturalne moce.
- Nie sądzę, żeby w bibliotece kryło się jakieś tajne przejście, ale może… Nie wiem, coś, cokolwiek? Hm… Tak teraz myślę, to przecież nasza szkoła ma nową i STARĄ część. A jeśli ma to jakiś związek z zamkiem? Kurde, może rzeczywiście wypadałoby poszukać jakichś historycznych książek o Sokołowie i w ogóle?
Alicja wyrzuciła z siebie potok myśli, kiedy razem z Pauliną i Kasią szły do szkoły. Było to zaraz po tym, jak Paulina podzieliła się swoim snem - Alicja również opowiedziała dziewczynom to, co miała zapisane w zeszycie.
Kiedy zbliżały się do swojego liceum, Alka dostrzegła kogoś w oddali, na chodniku po drugiej stronie ulicy, który wiódł w kierunku sokołowskiego technikum.
- Spotkamy się później, okej? - rzuciła do dziewczyn, zatrzymując się i poprawiając kaptur rozciągniętej i spranej bluzy, która kiedyś była czarna. - Sprawdźcie czy Adam jest cały. Spotkajmy się w bibliotece, za dwie lekcje, hm? - zaproponowała jeszcze, zanim uniosła dłoń i skinęła dziewczynom głową na pożegnanie.
Alicja pobiegła za osobą, którą zauważyła w oddali. Przebiegła przez ulicę i niedługo później dogoniła wysokiego chłopaka, który skrywał się pod kapturem. Szturchnęła go w ramię i uśmiechnęła się przyjaźnie, gdy ten odwrócił się i spojrzał na nią spod ciemnobrązowej czupryny.
- Siema, Marcin - zagadnęła. - Możesz się urwać?
- Alka, no siema! - Jego brązowe oczy rozświetliły się lekko, kiedy i on się uśmiechnął. - No jasne, dla ciebie zawsze. Chociaż pierwszą mam matmę, a Borowska się uwzięła na mnie, ale w sumie jebać. Cho, przejdziemy się.
Odbili w bok, zostawiając za sobą pobliski budynek technikum i sznur uczniów zmierzających na lekcje. Spacerowali dłuższą chwilę w milczeniu, oboje mając wiele do powiedzenia, a jednocześnie nie do końca wiedząc, od czego zacząć.
Marcin ciekawy był, gdzie Alicja podziewała się przez ostatni czas. Starał się to ukrywać i być może nawet wypierać przed samym sobą, ale martwił się, że coś się stało. Przez ostatni rok, a w szczególności wakacje, widywali się bardzo często. On jeździł na desce, ona na wrotkach. Niby nie łączyło ich nic głębszego, ale czas, który ze sobą spędzali - nawet w milczeniu, jeżdząc jedynie po sokołowskich i okolicznych ulicach - był dla niego ważny.
Alicja natomiast zastanawiała się, co właściwie chciała mu powiedzieć. Czuła, że coś powiedzieć musiała, żeby to z siebie wyrzucić, żeby komuś się zwierzyć, żeby poczuć czyjeś oparcie - i to właśnie Marcin był tym kimś, w kim wiedziała, że to oparcie miała.
W końcu usiedli na jakiejś ławce, nie do końca przejmując się tym, że była lekko wilgotna. Rękawami wytarli kawałek, na którym mieli usiąść i przez chwilę jeszcze milczeli.
- Słuchaj, sorry, że nie spotkaliśmy się po rozpoczęciu. Przedłużyło się, a potem nie mogłam cię znaleźć - zaczęła Alicja.
- Luz. Chwilę z chłopakami czekaliśmy na ciebie, ale domyśliliśmy się, że coś musiało ci wypaść, więc pojechaliśmy sami - odparł Marcin, posyłając jej pokrzepiający uśmiech.
Alicja wpatrywała się w niego chwilę. Ton jego głosu, spojrzenie jego oczu i ciepły uśmiech były jak kojący opatrunek położony na oparzoną skórę. Czuła, że mogłaby się teraz w tym wszystkim zatopić, jak w przytulnym kącie kanapy, pod kocykiem, z herbatą w deszczowy jesienny wieczór. Odetchnęła głęboko, czując jak powoli uchodzi z niej całe napięcie. Na chwilę zapomniała o wszystkim, co ją trapiło odkąd rozpoczął się rok szkolny.
Nie wiedziała kiedy, ale przysunęła się bliżej do niego, oparła głowę na jego ramieniu i objęła go, wtulając się. Czuła jego ciepło i zapach jakichś tanich męskich perfum, które pewnie dostał na urodziny od matki.
Marcin przez chwilę siedział nieruchomo, zaskoczony tym gestem. Potem jednak objął ją i przytulił do siebie, czując, że z jakiegoś powodu tego właśnie potrzebowała. Być może on również. I choć wciąż nie wiedział, co ją trapiło, cieszył się w środku, że mógł w jakiś sposób stać się dla niej oparciem.
- Dzięki… - powiedziała cicho Alicja.
Nie była jeszcze gotowa, by podzielić się z Marcinem tym, co siedziało w jej głowie.
Nie dlatego, że bała się, że jej nie uwierzy. Nie to ją powstrzymywało. Obawiała się tego, że mówiąc mu o ostatnich wydarzeniach, wciągnie go w ten cały wir, narażając go na śmiertelne niebezpieczeństwo. Chciała go w jakiś sposób ochronić przed losem Magdy, choć gdzieś w głębi czuła, że pewnie nie tak łatwo byłoby go przestraszyć. Nie chciała jednak narażać go niepotrzebnie, choć wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała mu powiedzieć więcej.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się
