Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. [Horror] Gruzy przeszłości

[Horror] Gruzy przeszłości

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
horrorwłasnystranger thingsnastolatkowie
22 Posty 8 Uczestników 545 Wyświetlenia 2 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • Arthur FleckA Niedostępny
    Arthur FleckA Niedostępny
    Arthur Fleck
    napisał(a) ostatnio edytowany przez
    #12

    Krzysiek Komeda 100.jpg

    Krzysztof Komeda

    – Wchodzisz, Poganin?

    – Wchodzę. Ale nie o piątaka.

    – Co, za bogaty jesteś?

    – Za biedny. – Krzysiek poprawił łańcuch przy szlufce. Piątak to były dwie paczki dużych Chio Chipsów, albo dwie butelki Coca Coli. Tydzień zbierania butelek. – Gramy na wyzwanie.

    Bochenek uniósł brew.

    – Słucham.

    – Jeśli ja wygram, przez tydzień jesteś moim lokajem. Nosisz mi plecak. Stoisz w kolejce po drożdżówki. Mówisz „tak, jaśnie panie" na każde moje skinienie.

    Piotrek parsknął śmiechem.

    – A jak ty przegrasz?

    – To ty wymyślasz.

    Błąd.

    Krzysiek zrozumiał to w momencie gdy zauważył błysk w oczach kolegi, ale było już za późno by się wycofać. Bochenek potrafił wymyślać naprawdę pojebane rzeczy. Kiedyś namówił dzieciaka z 6C by wsadził język w gniazdko. Drugi zjadł żywego ślimaka a potem rzygał przez dwa dni.

    – Falkenstein – powiedział Piotrek.

    – Co?

    – Zamek. Spędzasz tam noc. Całą. Od zmierzchu do świtu.

    Krzysiek poczuł, jak coś zimnego przebiega mu po kręgosłupie. Zamek Falkenstein. Ruina pełna szczurów i legend. Miejscówka dla pijaczków, wagarowiczów i samobójców. Podobno ktoś się tam powiesił w zeszłym roku. Albo dwa lata temu. Albo dziesięć. Historia zmieniała się w zależności od tego, kto ją opowiadał.

    – Wchodzę – usłyszał swój własny głos.

    Piotrek wyciągnął rękę. Uścisnęli dłonie.

    – Nie ma odwrotu, Poganin.

    – Wiem.

    Krzysiek rozejrzał się po sali, żeby nie patrzeć na triumfujący uśmieszek Bochenka. I wtedy go zobaczył.

    Chłopak stał kilka metrów dalej. Mikołaj. Tak chyba miał na imię. Jeden z graczy Marka. Krzysiek widywał go czasem przez płot, gdy chłopak przychodził na sobotnie sesje do Kozy. „Mikołaj idzie do tego samego liceum co ty", powiedział wczoraj Marek, pochylony nad jego tyłkiem z buzującą maszynką. „Trzymaj się go. Zawsze warto się trzymać tych najbardziej prawilnych".

    Krzysiek zrobił krok w stronę chłopaka by się przywitać. Ale ktoś go ubiegł. Dziewczyna w obcisłej bluzce, z uśmiechem szerokim jak autostrada. Podeszła do Mikołaja i powiedziała coś, czego Krzysiek nie dosłyszał. Coś o „Miami". O dyskotece. Komeda wycofał się dyskretnie. Nie chciał wcinać się i psuć chłopakowi momentu.

    Stał i udawał, że bardziej interesuje go kazanie dyrektorki, kiedy drzwi sali nagle otworzyły się z trzaskiem. Nauczyciel wszedł pierwszy. Za nim czwórka uczniów. Trzy dziewczyny i jeden chłopak, który wyglądał tak, jakby zaraz miał się posikać.

    Szept przebiegł przez salę jak fala.

    „O kurwa..."

    „...podpaść Józefiakowi na rozpoczęciu..."

    „...mają przesrane do końca roku..."

    Józefiak. Krzysiek poczuł, jak świeży tatuaż pulsuję pod plastrem. Jakby chciał mu o czymś przypomnieć.

    „Józefiak to najgorszy skurwiel w całej szkole". Głos Marka odbijał się echem w pamięci. „Schodzisz mu z drogi. Nie patrzysz w oczy. Odzywasz się tylko jak cię o coś zapyta. Rozumiesz, młody? Tylko wtedy. Wierz, mi nie chcesz skończyć z nim w jednej kozie po lekcjach”.

    Wczoraj Krzysiek słuchał jednym uchem. Był zbyt zajęty zaciskaniem zębów i przeklinaniem dnia, w którym zgodził się na ten tatuaż. Ale teraz, patrząc na nauczyciela, który prowadził czwórkę uczniów pod ścianę jak skazańców na rozstrzelanie, wiedział, że Marek nie przesadzał.

    – Widzisz tę z ciemnymi włosami? – Piotrek trącił go łokciem.

    Krzysiek spojrzał, przytaknął.

    – To ta cyganka – kontynuował Bochenek. – Ta, której stary zarąbał matkę siekierą. Pewnie próbowała coś zajumać z pokoju nauczycielskiego.

    Krzysiek przyjrzał się jej uważniej. Słyszał o tym rodzeństwie. Cały Sokołów słyszał. Historia krążyła po miasteczku jak wirus. Ojciec zabił matkę, dzieci trafiły do dziadków albo wujków, albo kogoś. Szczegóły zmieniały się w zależności od źródła. Ale dziewczyna nie wyglądała jak cyganka. Była blada, jakby miała ciężką anemię albo nawet białaczkę. Albo po prostu siedziała za długo w piwnicy bez słońca.

    Komeda patrzył na nią i miał dziwne wrażenie, że nie do końca jest poczytalna.

    Ale czemu się dziwić?

    Gdyby to jemu ojciec zabił matkę już dawno siedziałby w Bolesławcu zawinięty w kaftan. Krzysiek jej współczuł, ale tylko trochę. Całe życie nasłuchał się od matki o miejscowych Romach i nie miał o nich zbyt dobrego zdania.

    “Jak będziesz niegrzeczny, porwą cię Cyganie" - powtarzała mu gdy był mały. Ale to był dopiero wstęp. Krzysiek dowiedział się później, że każdy złoty ząb u Cygana to dusza ukradzionego chrześcijańskiego dziecka, zaklęta w metal, żeby mieć szczęście w kartach. Że jak Cygan dotknie twojego banknotu, to ten banknot w nocy sam wyjdzie z portfela i wróci do taboru. Że Cyganie mają we włosach wszy, wielkości chrabąszczy, tresowane od pokoleń do wchodzenia w zamki i otwierania drzwi od środka.

    Chłopak podejrzewał, że przynajmniej część tych historii to bzdury. Ale miał też inne wspomnienie. Prawdziwe.

    Dzień Wszystkich Świętych, rok temu. Cmentarz pełen zniczy i ludzi wystrojonych w swoje najlepsze płaszcze i futra z norek. I tabor przy jednej z alei. Cyganie urządzili sobie libację na grobach bliskich. Ksiądz proboszcz wysłał jego i kilku starszych ministrantów by uspokoili towarzystwo. Krzysiek poszedł, bo i jaki miał wybór? Dostał kopniaka w dupę a na dokładkę jeszcze ktoś nasmarkał mu na buta. Wracali do proboszcza ze spuszczonymi głowami, a cyganie za ich plecami ryczeli ze śmiechu.

    Józefiak ustawił czwórkę pod ścianą i stanął obok nich jak strażnik w obozie. Apel trwał dalej, ale chyba nikt już nie słuchał dyrektorki.

    Kto szuka kłopotów, ten je znajdzie. - pomyślał Krzysiek. - I zarobi kopa w dupę.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    7
    • NamiN Niedostępny
      NamiN Niedostępny
      Nami
      napisał(a) ostatnio edytowany przez
      #13

      text alternatywny
      Paulina Kwiatkowska

      Dziewczynie zrobiło się żal Romki dosyć szybko, mimo iż ta zdawała się nie przejmować całym zamieszaniem. Paulina jednak nieświadomie zawiesiła na niej wzrok na dłużej, zamyśliła się. Przez moment wyobrażała sobie, co inni by pomyśleli, gdyby się z nią zadawała i momentalnie zrobiło jej się gorąco. Nie byłaby pewnie ani trochę lubiana, nikogo by nie interesowało “jaka jest” tylko “z kim się kumpluje”. Nawet jeśli miałaby do zaoferowania prawdziwą wersję siebie, nikogo by ona nie obchodziła. Być może też z tego powodu pytanie Kasi nie brzmiało dla niej jak pytanie, a stwierdzenie, tym bardziej, że ta zaraz odeszła werbować innych. Szybko błyszczała, co imponowało Paulinie, nie wiedziała jaka powinna być, aby ludzie też ją lubili tak po prostu - Kasia po prostu miała w sobie “coś”. Nie była pusta, nie była durna czy bez pasji, była bardzo pewna siebie, towarzyska, moze czasami przesadzała i szukała kozła, na którym mogłaby się wybić; zupełnie jak na wuefie. Jednakże… Była dobrą dziewczyną… Po części. Przynajmniej dla paczki, przyjaciółka.

      – Asia, idziesz? – Paula zagaiła do koleżanki, która nie zawsze miała takie same możliwości, jak reszta dziewczyn. Rodzice byli od niej bardziej wymagający
      – Raczej będę mogła – uśmiechnęła się lekko. Paulina odwzajemniła uśmiech, kiwnęła głową i znowu zawiesiła wzrok na Adrianie. Choć szepty wśród uczniów nieco zelżały, wciąż słyszała wokół siebie jakieś szepty i opowieści na temat nauczyciela, rzucane mimochodem. Były to raczej plotki, wymysły, podkoloryzowane opowieści grozy. Czuło się jednak ciarki na plecach i tę ulgę, że nie jest się na miejscu winowajców.

      – Do łazienki muszę, myślisz, że będę mogła wyjść? – Asia skrzywiła się lekko patrząc na Józefiaka
      – Emm… No chyba tak, to tylko apel? Nawet nie sprawdzają obecności

      Asia kiwnęła głową, że zrozumiała. Grzecznym krokiem, z rękami trzymanymi z przodu i splecionymi palcami, odeszła w stronę drzwi. Paulina zdała sobie sprawę, że została sama. Kasia bajerowała Mikołaja, Magda poszła zawieszać się na Arku Sosnowskim

      – Ta to ma radar, nie wiem jak go znalazła – Szatynka mruknęła sama do siebie otwierając szeroko oczy. Przecisnęła się dyskretnie w ich stronę tylko po to, aby się przywitać, rzucić krótkie “cześć, Miami?”.

      – Będzie! – Magda odpowiedziała za niego, ten zdawał się z tego cieszyć. Paula wzruszyła ramionami, może nawet się lekko zaśmiała. Stwierdziła, że dyskretnie przeciśnie się pod drabinki, skoro jej paczka i tak się rozeszła po całej sali, nie było już sensu stać jak kołek, trzeba było działać, pokazać się, zdobyć lepsze znajomości, niż zdawkowe kiwnięcie głową, bo “no kiedyś widziałam tę gębę i znam imię”. Chciała być lubiana jak Kasia, której nikt nie odmawiał, a nawet jeśli, to ona mówiła z uśmiechem “będziesz żałował!”. Paula odpowiedziałaby “no ok…”.

      – Siema, Buła – oparła się o drabinki tuż obok Piotrka Bochenka. Trochę głupek, ale przynajmniej zabawny, nie był nudziarzem, choć czasami wprawiał w stan zażenowania,
      – Idziecie dziś na imprezę w Miami? – zagaiła też do kolegi Piotrka, aby nie było niezręcznie. – Krzysiek, c’nie? – choć kojarzyła blondyna, nie mogła być do końca pewna, nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek wymieniła z nim choć słowo – Paulina jestem.

      Po krótkiej wymianie zdań z chłopakami, odetchnęła cicho. Nie chciała już się ruszać ze swojego miejsca, tym bardziej, że jej dziewczyny wciąż były zajęte sobą, Kaśka werbowała co fajniejsze osoby, zaś Magda włączyła tryb predatora. Paula posłuchała trochę apelu, raczej z braku lepszych zajęć niż z ciekawości, po czym zupełnie niechcący jej wzrok spotkał się ze stojącą obok blondynką, która przypominała jej kogoś, aczkolwiek nie była pewna, kogo?
      – Cześć! - powiedziała i machnęła ręką, gdyż Alicja Filipowicz na uszach miała słuchawki, więc pewnie nawet nie usłyszała, a raczej wyczytała z ruchu warg, że ktoś w ogóle coś się do niej odezwał – Nie byłaś może w to lato u Arka na domówce? Paulina jestem – wyciągnęła przyjaźnie rękę na powitanie, a jeśli dziewczyna jej nie zignorowała, to wspomniała jej o Miami i zaprosiła do spędzenia czasu w gronie jej i swoich przyjaciółek. W innym przypadku, cóż… Musiała udać, że “nie było akcji”.

      🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

      Arthur FleckA 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      4
      • Pan ElfP Online
        Pan ElfP Online
        Pan Elf
        napisał(a) ostatnio edytowany przez Pan Elf
        #14

        text alternatywny

        Alicja Filipowicz

        Akurat skończyła się kaseta, gdy do stojącego nieopodal Pogorzelskiego podeszła Kaśka Nowak, wdzięcząc się niesamowicie. Zresztą on nie pozostawał jej dłużny, napinając się jak na wystawie. Alicja parsknęła krótko i przewróciła oczami, stając się mimowolnym świadkiem wymiany zdań pomiędzy tą dwójką. Odwróciła się szybko, dla niepoznaki przeczesując plecak w poszukiwaniu nowej kasety. Nieszczególnie dbała o to, czy ktokolwiek zorientował się, że to ona wydała z siebie drwiące parsknięcie; ważne było tylko, by nikt nie potraktował tego jako zaproszenia do rozmowy.
        Zanim nowa kaseta znalazła się w walkmanie, zdążyła jeszcze usłyszeć to i owo, co skwitowała jedynie gestem udawanego zadławienia. Gdy tylko muzyka znów popłynęła w słuchawkach, odcinając ją - choćby częściowo - od świata, usunęła się w stronę drabinek, licząc na większy spokój.

        Oparła się plecami o szczeble i jeszcze raz wyszukała wzrokiem Mikołaja i Kaśkę. Coś w tej scenie nie chciało się ułożyć w jej głowie. Z pozoru żadne z nich nie wyglądało, jakby miało się interesować tym drugim. Jasne - Mikołaj był na swój sposób przystojny. Kaśka również była na swój sposób ładna. Oboje jednak pochodzili z różnych światów, tak odległych, że praktycznie nie powinni się nawet stykać.
        A jednak stali tam razem. Zbyt blisko. Zbyt naturalnie.
        Może to właśnie wystarczało. A może to tylko pozory. Alicja nie potrafiła tego nazwać, ale poczuła znajome, nieprzyjemne ukłucie gdzieś pod żebrami - coś, co na razie spychała na karb zmęczenia albo zwykłej irytacji.

        Przyglądała się im jeszcze chwilę, gdy nagle walkman przestał grać. Piosenka urwała się w połowie tak gwałtownie, jakby ktoś przeciął taśmę nożem. W słuchawkach zapadła cisza - gęsta i nienaturalna, pozwalająca całemu światu wdzierać się do środka bez zaproszenia. Dziewczyna desperacko wciskała przyciski “play” i “rewind”, ale bez skutku. Padły baterie.
        Przewróciła oczami tak mocno, że aż poczuła napięcie w karku, i ciężko oparła się o drabinki. Bez muzyki wszystko wydawało się zbyt wyraźne. Zbyt bliskie. Wtedy szkolna rzeczywistość przypomniała o sobie.

        - Kurwa… Podpaść Józefiakowi na rozpoczęciu. Mają przesrane.

        Słowa te dotarły do jej uszu, a jej oczom ukazała się grupka czterech nastolatków stojących obok starszego mężczyzny o nietęgiej minie. Alicja przechyliła głowę, przyglądając się scenie - zresztą nie ona jedyna. Przez moment zastanawiała się, co takiego lokalna grupa lesbijek z cyganką na czele mogła nawyrabiać, by podpaść szkolnej legendzie wśród grona pedagogicznego, lecz równie szybko straciła zainteresowanie.
        To nie była jej sprawa. Nikt, na kim jej zależało, nie był w to uwikłany. Jeśli wierzyć opowieściom, pewnie próbowali odprawić jakiś chory satanistyczny rytuał albo przynajmniej coś ukraść. Na pewno nie zaczęli liceum od dobrego wrażenia.

        Odwracając wzrok od zbiegowiska, napotkała machającą do niej ciemnowłosą dziewczynę o promiennym uśmiechu. Alicja zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc, czemu ta macha zamiast się odezwać, by dopiero po chwili uświadomić sobie, że wciąż ma na uszach słuchawki - mimo że nie grała w nich muzyka. Zsunęła je i posłała Paulinie nieco wymuszony uśmiech.

        - Alicja - odparła, odwzajemniając gest; tym razem już mniej sztywno, wyciągając rękę w jej stronę.

        - Masz na myśli Arka Sosnowskiego, przyszłą gwiazdę piłki nożnej? - zapytała z lekką ironią w głosie, po czym uśmiechnęła się kącikiem ust. - Tak, można tak powiedzieć. Przez moment… wciągnięta mimowolnie przez kumpla.

        Zdziwiła się, jak łatwo przyszło jej rozmawiać z Pauliną. Dziewczyna wydawała się całkiem sympatyczna, mimo że należała do paczki Kaśki Nowak. Jeśli Kaśka i Mikołaj byli z dwóch różnych światów, to Alicja miała wrażenie, że ona - w porównaniu z Nowak - funkcjonuje w zupełnie innym wymiarze. Tym bardziej zaskakiwało ją, że rozmowa z Pauliną szła tak gładko, a jej nieoczekiwanym finałem było zaproszenie do „Miami”, by spędzić czas z resztą paczki Queen Bee.

        - Jasne, brzmi jak lepsza alternatywa niż siedzenie w domu - odparła, zanim zdążyła się zastanowić, w co i gdzie właściwie się pcha.
        I zanim zdążyła ugryźć się w język.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        6
        • BrilchanB Niedostępny
          BrilchanB Niedostępny
          Brilchan
          napisał(a) ostatnio edytowany przez Brilchan
          #15

          adam-chlebowski-100-x-100-pixeli.jpg-

          Adam Chlebowski

          O wycieczce do klubu "Miami"

          W pierwszym odruchu Adam chciał odmówić... Ale to przecież był dzień nowych początków! Miał ochotę zrobić coś fajnego i zagrać Ojcu na nosie a wymówka żeby spędzić więcej czasu z ukochanymi przyjaciółmi i szansa zawarcia nowych znajomości tylko dodawało całej sprawie słodyczy: *- Super pomysł! A co powiecie jakbyśmy poszli w strojach inspirowanych tym serialem "Miami Vice" ? Trochę kolorowej krepiny, taśmy klejącej i kartonu i będą policyjne marynarki jak ta lala!

          |-Reakcja na aferę z Ariadną-|

          Chlebowskiemu zrobiło się żal Romki, że na dzień dobry podpadła jakiemuś ostremu "Gogowi" A przynajmniej, tak wynikałoby z urywek uczniowskich plotek które wyłapywał jednym uchem.... Chociaż może to ona sobie zaplanowała ? Zrobić coś ostrego na dzień dobry żeby ludzie przestali myśleć o niej jako "diabelskie nasienie Ojca Mordercy" skupiając się na "Mirga ta wariatka co ma kosę z najostrzejszym nauczycielem "? Niespełniony młody aktorzyna w Adamie był pod wrażeniem prawdziwie Stanisławowskiego oddania mistyce charakteru komedii del arte którą jego zdaniem dziewczyna sobie wybrała...

          Co było oczywiście stekiem bzdur i projekcji dzieciaka który zazdrościł innym buntu na który sam był zbyt tchórzliwy coś go ciągnęło do Ariadny niczym do otchłani czarnej dziury lub mrocznego światła antymaterii czarnej gwiazdy. Nie było to jakieś szczeniackie zadłużenie raczej, fascynacja tym, jak bardzo ich patologie rodzinne są podobne odkąd usłyszał o tej tragedii zaczął częściej fantazjować jak jego życie byłoby lepsze gdyby nie było w nim Ojca i starszego brata wyklinając własne tchórzostwo.

          Pokręcił głową jak pies który wyskoczył z wody chcąc pozbyć się czarnych myśli niczym dymu ze źle rozpalonego ogniska. Chcąc chwycić się jakiegokolwiek rozpraszacza zaczął przyglądać się ubraniom innych nastolatków ~Kryształy Czasu? Te katolickie kapele rockowe mają coraz dziwniejsze nazwy... Będę się musiał Krzyśka spytać po apelu ~ - Postanowił w myślach.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          5
          • JohnyTRSJ Niedostępny
            JohnyTRSJ Niedostępny
            JohnyTRS
            napisał(a) ostatnio edytowany przez JohnyTRS
            #16

            MG-Awatar100.jpg
            Szarzyzna


            Józefiak się nie uśmiechał, w sumie równie dobrze mógłby robić za grabarza. I jednocześnie był starym belfrem, za którym stały dziesiątki lat doświadczenia w zawodzie. Co bardziej naiwni pewnie by gadali, że on ma tam w głowie taki radar i rentgen, co wykrywa i prześwietla każdego ucznia na wylot i od razu demaskuje wszystkie szachrajstwa.

            Nie. Józefiak był tym rodzajem nauczyciela, który na uczniowskich wykrętach, kłamstwach i psikusach zjadł zęby.

            No żesz ty cholero! - mogła klnąc w głowie Ariadna, gdy Józefiak w drodze na salę gimnastyczną (nie było daleko, ot, w sumie zaraz za róg) naprawdę uważał, żeby iść z tyłu. Próba spowodowania żeby nauczyciel ich wyprzedził (Ariadna zwolniła, a Iwona szybko dostosowała się do jej kroku) nie wyszła:
            - Wracać na salę - wypowiedziane beznamiętnym głosem.

            Iwona nadal ściskała torbę. Mogła się domyślać, że jej niebieskie włosy działają na nauczyciela jak płachta na byka.

            Przy Józefiaku wszystko szło nie tak. Spróbowała z drugiej strony, wskazując na kroplę na palcu. Tu już stary Józefiak się zawahał. Niespodziewanie na pomoc przyszła jej obca dziewczyna:
            - Proszę pana, gdzie tu są toalety.
            Józefiak skapitulował
            - Ale się pospieszcie - powiedział i wskazał na najbliższą szatnię. Po chwili trzymanym w dłoni kluczem (z dużym, drewnianym brelokiem) otworzył ze drzwi (co chwila obserwując Ariadnę). Wycofał się na korytarz przy wejściu na salę gimnastyczna. Stał w takim miejscu, że jednocześnie obserwował co się dzieje w korytarzyku przy szatniach (tam też stały te szafki) oraz wejście na salę gimnastyczną (przez otwarte drzwi dobiegał głos pani dyrektor).
            - I myć ręce!

            Ta druga dziewczyna widocznie nie miała żadnych lewych interesów tylko od razu zamknęła się w kabinie.

            ***

            Apel dobiegł końca, pani dyrektor życzyła wszystkim miłego i dobrego roku szkolnego, potem zadzwoniła dużym, ręcznym dzwonkiem zaczynając nowy rok szkolny. Rozległy się brawa, nauczyciele zabrali uczniów do swoich klas, pierwsze klasy miały jeszcze zostać na sali. Została też jedna ze starszych klas, oglądająca się na Józefiaka, stojącego przy wejściu na salę z czwórką pechowych uczniów.
            - 3A, poczekajcie na boisku, zaraz do was przyjdę.
            Oprócz pani dyrektor i Józefiaka na sali był jeszcze nauczyciel i nauczycielka, oboje mniej więcej w wieku waszych rodziców (nie dotyczy mamy Poganina). Gdy tylko 3A wyszła z sali, Józefiak poprowadził pechową czwórkę (ponownie idąc za nimi) do reszty zgromadzonych.
            - Pani Doroto, mamy pierwszy przypadek wandalizmu w tym roku. Przyłapałem tych tu na niszczeniu szafek. Zechce pani to zobaczyć.
            Wśród uczniów rozszedł się szmer. Uśmiechniętej pani dyrektor zszedł z twarzy uśmiech. Józefiak przepuścił ją przodem, pani dyrektor szła bardziej nerwowo. Zniknęli z pola widzenia na minutę, może dłużej. Gdy wrócili, pani dyrektor z trudem hamowała swoją wściekłość:
            - Milczycie niepytani. I tak jak pan Józefiak wam powiedział, przychodzicie jutro rano do szkoły z rodzicami. Albo innym opiekunem prawnym - aż drżała - ósma rano. Pod sekretariatem.

            Dalej poszło już szybciej. Wśród obecnych pierwszoklasistów sprawdzono obecność, wy byliście w klasie 1B (co wiedzieliście już wcześniej). Waszym wychowawcą był pan Henryk, pani Ania miała pod sobą klasę 1A. Przy odczytaniu listy wyszło na jaw, że przyłapana czwórka jest z waszej klasy.

            ***

            Pan Henryk prowadził klasę przez szkołę (nie było możliwości żeby się wymknąć, Józefiak poprosił nauczyciela mieć całą czwórkę na widoku). Najpierw korytarzem do starego budynku, gdzie mieścił się pokój nauczycielski, sekretariat, gabinet pani dyrektor, biblioteka, potem łącznikiem do nowego budynku, do piwnicy, gdzie były szatnie, boksy wygrodzone metalowymi siatkami z której odłaziła zielonkawa farba. Korytarzem przez piwnicę poszliście na drugi koniec, mijając zamknięte pomieszczenia. Żadne z nich nie wyglądało na salę lekcyjną. Nie było tam tę żadnych toalet.
            W ten sposób nauczyciel Wrona zrobił wam rundę przez szkołę. Na parterze (oprócz sal lekcyjnych) znajdowała się też stołówka ze sklepikiem. Obecnie wszystko było zamknięte. Na korytarzach było pusto. Toalety były tutaj na każdym piętrze.

            Paulina i Ariadna wiedziały , że za budynkiem od strony drugiej klatki schodowej, jest nieoficjalna "palarnia". O tej wychowawca oczywiście nie wspomniał.

            Sala klasy 1B znajdowała się na pierwszym piętrze, mniej więcej w połowie korytarza. Mimo uchylonych okien nosy zaatakował smród świeżej farby olejnej. Pomieszczenie było świeżo po remoncie, olejna lamperia w kolorze piaskowym aż biła po oczach (wyżej ściany i sufit były po prostu białe). Okna wychodziły na boczną, wyłożoną trylinką, uliczkę. Szkolne boisko było po drugiej stronie budynku, niewidoczne z tej klasy.

            Zajęliście miejsca (Krzysztof od razu rzucił się na sam koniec, pod ścianę, żeby nie było widać, że siedzi na skraju krzesła, kilku znanych z podstawówki kujonów zagnieździło się z przodu, paczka Adama trzymał się razem, podobnie jak paczka Pauliny, Kasia co chwila rzucała spojrzenia Mikołajowi). Ławki i krzesła nie były nowe, ale odnowione, metalowe stelaże pociągnięto czarną farbą (blaty i inne elementy ze sklejki i paździerza były tylko wyczyszczone). Co bardziej ciekawscy szybko sprawdzili, że pod blatami nie ma żadnych gum do żucia.

            Zaczęło się kolejne, tym razem na szczęście krótkie przemówienie. Wasz wychowawca, pan Henryk Wrona, był nauczycielem historii oraz geografii, przy czym w tym roku szkolnym ni będzie waszym nauczycielem tego przedmiotu. Potem omówił standardowe rzeczy: Najpóźniej na początku przyszłego tygodnia przeprowadzi się wybór na przewodniczącego, zastępcy przewodniczącego oraz skarbnika klasy. Omówił szkolne wycieczki (będą dwie, jedna jednodniowa do Jeleniej Góry do teatru pod koniec miesiąca, oraz druga, dłuższa, pod koniec tego roku szkolnego). Potem przedstawił plan lekcji - odsłonił skrzydła tablicy, ukazując wyrysowaną tabelką z planem lekcji oraz wypisanymi godzinami. Było tego więcej niż w podstawówce, ale mogło być gorzej. Pierwsza lekcja zaczynała się o 8 rano, kończyli najpóźniej o 15:30. Poniedziałek i wtorek był pełen program, w środę zaczynali dopiero od drugiej godziny lekcyjnej, w środę mieli najkrócej, tylko 5 godzin lekcyjnych, a w piątek mieli o jedną lekcję krócej.

            Nauczyciel poczekał, aż wszyscy przepiszą plan lekcji. Po kilku minutach (Pan Wrona nie poganiał) spytał, czy wszyscy przepisali, kilka niewyraźnych pomruków i kiwnięć głową wystarczyło mu a potwierdzenie. Wstał zza biurka, stanął na środku klasy.

            - Teraz powinien wam powiedzieć, że na dzisiaj to już wszystko i jesteście wolni -uśmiechnął się, nawet całkiem sympatycznie. - Ale mam dla was niespodziankę. Jak pewnie już wiecie, na zamku prowadzone się prace remontowe. Dzięki uprzejmości ekipy z Pracowni Konserwacji Zabytków zorganizowałem dla was małą wycieczką po zamku. Klasa, wstajemy, ustawiamy się w pary i marsz na zamek! - był w dobrym humorze, pomijając sprawę Ariadny i jej paczki.

            Aha, temu nauczycielowi się jeszcze chciało.

            Ciężkie pióro, ograniczona fantazja, blokada twórcza, niemoc tfurcza, masa nierozwiniętych pomysłów. Długie posty praktycznie niemożliwe.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            6
            • CaiC Niedostępny
              CaiC Niedostępny
              Cai
              napisał(a) ostatnio edytowany przez Cai
              #17

              left aligned paragraph

              Mikołaj Pogorzelski

              Mikołaj przemknął na koniec sali, z gracją ducha omijając niezdecydowane zawalidrogi. Zmaterializował się na krześle w ostatniej ławce. Przekornie w linii za Kasią. Teraz by na niego spoglądać, musiała nadwyrężać kark kątem co najmniej stu dwudziestu. Daniel przebijał się na tyły metodą Bismarcka po Cieśninie Duńskiej, blokując ster i całą na przód. Brał przeszkody na pancerz w wyścigu o najbardziej atrakcyjne miejsce. Przycumował rzutem na taśmę o włos przed przedstawicielami brytolskiej floty - HMS Mazurem i Chabrem, ciężkimi krążownikami typu cunt. Usiadł podekscytowany jak tajniak na misji.

              – Stary, zadro – wyszeptał z cieniem żalu, że żadna smukła kanonierka nie wzięła go za cel. Nie wiedział co mówi.

              – Czy ona, w wyobraźni ma nas przed ołtarzem? – Pogorzelski drapał się po szyi. Próbował rozgryźć niepokojącą fiksację na punkcie swojej osoby. Rozsupłać święty węzeł małżeński.

              – Będę świadkiem – Daniel potwierdził najgorsze, klepiąc go po plecach. – Wygrałeś Randkę w Ciemno, łóżko wodne i wyjazd do Ciechocinka. Się prężyło, jak czyściciel basenu z scheisse deutsche video…

              – A to nie taka konwencja była? – na okazaniu Mikołaj odgrywał niewiniątko. Rozbawienie tłumił ból szerszych manewrów żuchwą. Prawie zszedł od ostatniego treningu, prawie. – Stary, trochę, a Felicja wbije mi siekierę w potylice. Przedziałek pięcioma kilo żelaznej głowicy.

              – Felicja kto? Taa, cały harem dla siebie – dostał na dokładkę kubłem zazdrości wymieszanej z wyrzutem w polewie z podziwu i niedowierzania. Potem radę drzemiącego w Danielu husarza-tradycjonalisty, świadomego i pogodzonego, że koła dziejów nie zatrzymasz.

              – Bądź Polakiem. Jedź na dwa fronty. Oczekuj rozbiorów.

              Napompowali mu ego jak zeppelin gazem, to i prawie odleciał. Przełożył rękę za oparcie krzesła. Bujnął się z nonszalancką niedbałością. Korzystał, roztaczając aurę szefa, któremu Bochenek w ofierze złożyłby całą kolekcję „Twojego Weekendu” byleby tylko dostać się na nauki.

              Przemalował plan lekcji na kraciastą kartkę. Na okładce Michael Jordan wbijał piłkę w obręcz. Zbezcześcił czysty, pachnący drukiem i nowością zeszyt pismem lekarskim, odziedziczonym po mamusi. Na dokładkę rozmazał grubszą kropę tuszu z długopisu, zostawiając smugę przy „jenzyk polski”. Błąd był celowy.

              Z końca sali obserwował, samemu pozostając trudnym do uchwycenia. Tak jak lubił. Ukradkiem przyglądał się nowym kolegom, klasie, wychowawcy. Teraz z głową zwróconą w stronę szyby śledził krajobraz za oknem. Spokój kontemplacji przerwał żar ognia odczuwalny na karku. Oczy Daniela płonęły na informację o wycieczce.

              – Szwab co się po zamku kręci, to stary SS-man, wiara – szturchał, zwracając uwagę. Nie potrafił powstrzymać języka przed zdradzeniem stuprocentowej teorii – Złoto z zawalonych...

              – Ale nie uprzedzajmy faktów – Mikołaj zdarł łacha stylizując głos na Wołoszańskiego. – Te, a słyszałeś o Ahnenerbe?

              Dorzucił węgla do pieca. Interesował się Drugą na tyle, by wiedzieć gdzie nacisnąć w moment taki oto jak ten. Z kamienną twarzą podkręcał atmosferę.

              – W Sudetach prowadzili badania. Z rozkazu Himmlera – dodał dla powagi. – Z odtajnionych akt wynika, że w Falkenstein mieli kwaterę.

              Daniel złapał haczyk, rozdziawiając japę jak Teresa Orlowski. Okazja, by nadziać go bujdami o innych wymiarach, mocach psionicznych i Cthulhu z kosmosu. Patrzeć jak w bezwstydnym spektaklu pochłania wszystko, została przerwana poleceniem Wrony by dobierać się w pary.

              – Trzymaj się mnie, prośba – Mikołaj wydusił desperacko, widząc co kolega zamierza.

              – Żonka czeka – odpowiedź nie znała litości. Skorupski wyszczerzył się, pchnął go w niebezpiecznym kierunku Kasi. Sam oddalił. Pokrążył jak Messerschmitt i zachęcony brakiem konkurencji, ustawił koło Justyny.

              – Siema – zza zgiełku dobiegła próba dziwnej bajery. – Daniel jestem. Nie mówisz wiele? Nic nie szkodzi. Mogę mówić za nas dwoje. Chcesz posłuchać o armatohaubicy Goździk? Ona też zazwyczaj milczy, ale jak już się odezwie…

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              5
              • NamiN Niedostępny
                NamiN Niedostępny
                Nami
                napisał(a) ostatnio edytowany przez Nami
                #18

                text alternatywny
                Paulina Kwiatkowska

                Smród farby olejnej uderzył w nos tak, jakby szkoła próbowała udawać nową, ale nie umiała ukryć, że ma pod spodem stare kości. Mimo tej chwilowej niechęci i zmarszczenia nosa, dziewczyny musiały zająć najlepsze dla siebie miejsca, wiadomo, rząd ławek na wprost biurka - martwy punkt obserwacyjny dla nauczyciela.

                Gadając ze sobą i trzymając się razem, przecisnęły się dość zgrabnie, niestety czołgista-Daniel miał szersze barki i moc wozu pancernego, przetorował drogę do sukcesu nie tylko sobie, ale i Mikołajowi. Dziewczyny jak na znak skrzywiły się jednocześnie, każda tak samo, ale nie poddały się w walce. Usiadły tak, jak było to zaplanowane, w swoich standardowych parach.
                Bardziej z tyłu siedziała Kasia z Asią, musiało tak być, ponieważ Kaśka potrzebowała mieć przy sobie najbardziej ogarniętą osobę, aby móc ściągać, przepisywać i ogólnie wiedzieć wszystko, co potrzebne do dobrych ocen, za cenę małego wysiłku. Paulina siedziała z Magdą, która po prostu była zabawna, choć niezbyt rozgarnięta, za to nauczyciele łatwiej jej wybaczali. Kwiatkowska za to była... cóż, przeciętna. Niezbyt głośna, mająca całkiem dobre oceny, ale bez rewelacji, całkiem miła. Mimo iż bardziej przyjaźniła się z Kasią, to lubiła siedzieć obok Magdy; blondynka zawsze miała mnóstwo kolorowych długopisów i ładnych rzeczy, które od niej pożyczała, prowadziła też starannie zeszyty, jakby piękne spisywanie notatek miało przynieść jej sukcesy i wyniki. Niestety też często gubiła się w myślach, była roztargniona, a to prowadziło do zabawnych sytuacji, no a Paulinę było łatwo rozbawić. W ich paczce zawsze wszystko fajnie się kręciło i spinało.

                Paulina przepisała plan lekcji starannie, równo, jakby równe linie mogły uspokoić myśli. Oczywiście wzięła różne kolory cienkopisów od koleżanki, zupełnie tak naturalnie, jakby narzędzia do pisania należały też do niej.
                – Co jest w piątek? – Kasia szepnęła do swojej towarzyszki z ławki, na co ta podsunęła swój notes bliżej jej twarzy, dając przepisać. Widać, że właśnie o to Kaśce chodziło, bo wygodniej było tak, niż podnosić ciągle głowę i wbijać wzrok w tablicę.

                Gdzieś z tyłu Krzysztof prawie chował się pod własnym krzesłem, a przy tablicy pan Wrona mówił z zapałem, którego Paulina nie umiała jeszcze sklasyfikować: czy to entuzjazm, czy niebezpieczny zapał. W końcu padła propozycja, którą aż chciało się odrzucić - niestety była tą z serii "nie do odrzucenia"

                “W pary. Marsz na zamek.”

                I wtedy sala nie była już salą. Zrobiła się mapą: kto do kogo podejdzie, kogo ominie, kogo udaje, że nie widzi.

                Paulina odruchowo poszukała wzrokiem Alicji. Blondynka siedziała trochę jak ktoś, kto już się zgodził, a teraz próbuje znaleźć w głowie instrukcję obsługi własnego “tak”.

                Z tyłu sali coś zaszurało. Daniel już wstawał, energiczny jakby ogłosili ewakuację, a obok niego Mikołaj wyglądał na dziwnie spiętego jak na kogoś, kto przed chwilą robił z siebie króla ostatniej ławki.

                Kaśka przekręciła się już na krześle. Jak sowa. Jak radar. Jak ktoś, kto nie zamierza oddać pola.

                – O, proszę. Jednak los ma gust. Chodź, Pogorzelski. – Kasia uśmiechnęła się, kiedy Mikołaj niemal na nią wpadł, popchnięty przez kolegę. Zaklepała go jak miejsce przy oknie, jak coś, co po prostu do niej należy — albo przynajmniej tak wygląda, jeśli patrzeć z zewnątrz.
                W głowie Kaśki nie istniał chłopak, który nie chciałby z nią rozmawiać. I nie chodziło nawet o podryw. Po prostu: ludzie chcieli ją znać.

                Paulina wzrokiem przemierzała salę, analizowała, wyciągała wnioski. To była czysta strategia — musiała działać sprawnie i domyślić się, czego chce lub nie chce Kaśka. Magda i Asia były elastyczne, one zawsze jakoś się odnajdywały. Paulina nie chciała blokować Kasi, więc zostawiła jej wolną rękę; ustawi się z nią tylko wtedy, jeśli Kaśka nie będzie miała nikogo lepszego na oku.

                – Planujesz mi zwiać? – zagaiła do Alicji, półżartem. Pary nie były tak sztywne jak w przedszkolu — wystarczyło wyglądać sensownie przy wyjściu, reszta miała się ułożyć w marszu.

                🥀If I had a flower for every time I thought of you, we could walk in our garden forever.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                4
                • Pan ElfP Online
                  Pan ElfP Online
                  Pan Elf
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez Pan Elf
                  #19

                  text alternatywny

                  Alicja Filipowicz

                  Alicja próbowała pogodzić się ze swoją decyzją o pójściu na wieczorną imprezę. Może to wcale nie był taki zły pomysł. Wspólna impreza to przecież najlepszy sposób, by poznać i zintegrować się z nowymi znajomymi z klasy. Poza tym, gdyby nie poszła, z pewnością dostałaby łatkę wyrzutka, a wbrew pozorom wcale jej na tym nie zależało. Może to najwyższy czas wyjść ze swojej bezpiecznej skorupy i na nowo otworzyć się na rówieśników? Przecież nie może całe życie kręcić się tylko wokół Marcina. Kochała tę przyjaźń - była jej stałym punktem, czymś pewnym. Ale gdzieś głęboko czuła głód czegoś więcej. Większej paczki. Głębszych rozmów. Ludzi, z którymi nie kończy się na „siema” rzuconym w biegu między dzwonkami.

                  Jej przemyślenia zostały przerwane, gdy stanęli przed klasą na pierwszym piętrze. Całą wycieczkę po szkole Alicja spędziła pogrążona we własnych myślach, niezbyt zwracając uwagę na otoczenie. Pod klasą pewnie dalej by odpłynęła, gdyby nie to, że ktoś w nią wpadł, a chwilę później ktoś bezczelnie nadepnął jej na stopę.

                  - Serio? - syknęła pod nosem.

                  Zaraz się rzucą jak wygłodniałe hieny na ostatnie ławki.

                  Patrzyła na nich z mieszanką pogardy i gotowości bojowej. W głowie odpalił jej się refren: Baby, I’m ready to go. I była. Gotowa. Gotowa wbić się w ten chaos łokciami, przepchnąć, zawalczyć. Nie miała zamiaru skończyć w pierwszym rzędzie jak jakiś świętoszek do odpowiadania przy tablicy.

                  Jej celem była przedostatnia ławka - idealna, by nie zwracać nadmiernej uwagi nauczycieli, a jednocześnie mieć swobodę rozmowy z ostatnim rzędem lub partnerem obok.

                  Gotowi, do startu…

                  Drzwi się otworzyły, a grupa dzieciaków wlała się do sali jak fala brudnej wody po oberwaniu chmury. Ostatni rząd zniknął w trzy sekundy.

                  - Szlag - przemknęło jej przez głowę, gdy zobaczyła, że przedostatnia pod oknem też już zajęta.

                  Zlokalizowała drugą - pod ścianą. Bez zawahania ruszyła sprintem. Plecak poleciał pierwszy, z hukiem lądując na krześle. Sekundę później siedziała już na miejscu, bokiem do tablicy, oparta o ścianę jak królowa własnego, wywalczonego terytorium.

                  Spojrzała na blondyna siedzącego w ławce za nią. Uśmiechnęła się cwaniacko i kiwnęła głową. Nie była pewna, jak ma na imię, ale kojarzyła go. Jeśli dobrze pamiętała, był ministrantem - choć nie dałaby sobie za to ręki uciąć. W kościele ostatni raz była, gdy żegnała mamę. Wspomnienie było na tyle bolesne, że starała się do niego nie wracać - choć ono i tak powracało, najczęściej w postaci koszmarów.

                  - Elo, Alicja jestem - rzuciła i wyciągnęła do niego rękę. On miał na imię Krzysiek, jak się później dowiedziała.

                  Liczyła, że się zakolegują. Że między nimi kliknie. W końcu miał być jej towarzyszem przez najbliższe lata - kimś, do kogo będzie się odwracać w trakcie lekcji, komu podkradnie gumkę do mazania albo pośle głupią minę, by rozładować napięcie podczas poważnych wykładów.

                  Niespodzianką okazało się to, co nastąpiło po sprawdzeniu obecności i przepisaniu planu lekcji. Do tej pory pierwszy września kończył się szybko - po szkolnej uroczystości rozchodzili się do domów i dzień wciąż należał do nich. Tym razem było inaczej. Wychowawca zarządził pierwszą wspólną wycieczkę.

                  Niektórzy przyjęli to z entuzjazmem - głównie klasowe kujony. Inni, jak Alicja, z wyraźnym grymasem. Miała inne plany. Umówiła się z Marcinem, że po rozpoczęciu spotkają się przed jego technikum, a potem pojadą gdzieś w trasę - on na desce, ona na wrotkach. Może mieli dołączyć jego kumple.

                  Westchnęła ciężko, zarzucając plecak na jedno ramię. Wrotki w środku ciążyły, przypominając o planach, które właśnie się rozsypywały. Miała tylko nadzieję, że Marcin nie będzie miał jej tego za złe. Zawsze dotrzymywała słowa. Bolało ją, że tym razem mogło być inaczej - i że nie miała na to wpływu.

                  Z rozgoryczenia wyrwał ją głos Pauliny. Dziewczyna o burzy brązowych włosów odezwała się, gdy wszyscy dobierali się w pary.

                  - Szczerze? Mam ochotę zwiać. Tak ogólnie - przyznała Alicja, wzruszając ramionami. - Nie spodziewałam się wycieczki. Miałam już plany. Do dupy, no ale co zrobić.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  4
                  • NamiN Nami

                    text alternatywny
                    Paulina Kwiatkowska

                    Dziewczynie zrobiło się żal Romki dosyć szybko, mimo iż ta zdawała się nie przejmować całym zamieszaniem. Paulina jednak nieświadomie zawiesiła na niej wzrok na dłużej, zamyśliła się. Przez moment wyobrażała sobie, co inni by pomyśleli, gdyby się z nią zadawała i momentalnie zrobiło jej się gorąco. Nie byłaby pewnie ani trochę lubiana, nikogo by nie interesowało “jaka jest” tylko “z kim się kumpluje”. Nawet jeśli miałaby do zaoferowania prawdziwą wersję siebie, nikogo by ona nie obchodziła. Być może też z tego powodu pytanie Kasi nie brzmiało dla niej jak pytanie, a stwierdzenie, tym bardziej, że ta zaraz odeszła werbować innych. Szybko błyszczała, co imponowało Paulinie, nie wiedziała jaka powinna być, aby ludzie też ją lubili tak po prostu - Kasia po prostu miała w sobie “coś”. Nie była pusta, nie była durna czy bez pasji, była bardzo pewna siebie, towarzyska, moze czasami przesadzała i szukała kozła, na którym mogłaby się wybić; zupełnie jak na wuefie. Jednakże… Była dobrą dziewczyną… Po części. Przynajmniej dla paczki, przyjaciółka.

                    – Asia, idziesz? – Paula zagaiła do koleżanki, która nie zawsze miała takie same możliwości, jak reszta dziewczyn. Rodzice byli od niej bardziej wymagający
                    – Raczej będę mogła – uśmiechnęła się lekko. Paulina odwzajemniła uśmiech, kiwnęła głową i znowu zawiesiła wzrok na Adrianie. Choć szepty wśród uczniów nieco zelżały, wciąż słyszała wokół siebie jakieś szepty i opowieści na temat nauczyciela, rzucane mimochodem. Były to raczej plotki, wymysły, podkoloryzowane opowieści grozy. Czuło się jednak ciarki na plecach i tę ulgę, że nie jest się na miejscu winowajców.

                    – Do łazienki muszę, myślisz, że będę mogła wyjść? – Asia skrzywiła się lekko patrząc na Józefiaka
                    – Emm… No chyba tak, to tylko apel? Nawet nie sprawdzają obecności

                    Asia kiwnęła głową, że zrozumiała. Grzecznym krokiem, z rękami trzymanymi z przodu i splecionymi palcami, odeszła w stronę drzwi. Paulina zdała sobie sprawę, że została sama. Kasia bajerowała Mikołaja, Magda poszła zawieszać się na Arku Sosnowskim

                    – Ta to ma radar, nie wiem jak go znalazła – Szatynka mruknęła sama do siebie otwierając szeroko oczy. Przecisnęła się dyskretnie w ich stronę tylko po to, aby się przywitać, rzucić krótkie “cześć, Miami?”.

                    – Będzie! – Magda odpowiedziała za niego, ten zdawał się z tego cieszyć. Paula wzruszyła ramionami, może nawet się lekko zaśmiała. Stwierdziła, że dyskretnie przeciśnie się pod drabinki, skoro jej paczka i tak się rozeszła po całej sali, nie było już sensu stać jak kołek, trzeba było działać, pokazać się, zdobyć lepsze znajomości, niż zdawkowe kiwnięcie głową, bo “no kiedyś widziałam tę gębę i znam imię”. Chciała być lubiana jak Kasia, której nikt nie odmawiał, a nawet jeśli, to ona mówiła z uśmiechem “będziesz żałował!”. Paula odpowiedziałaby “no ok…”.

                    – Siema, Buła – oparła się o drabinki tuż obok Piotrka Bochenka. Trochę głupek, ale przynajmniej zabawny, nie był nudziarzem, choć czasami wprawiał w stan zażenowania,
                    – Idziecie dziś na imprezę w Miami? – zagaiła też do kolegi Piotrka, aby nie było niezręcznie. – Krzysiek, c’nie? – choć kojarzyła blondyna, nie mogła być do końca pewna, nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek wymieniła z nim choć słowo – Paulina jestem.

                    Po krótkiej wymianie zdań z chłopakami, odetchnęła cicho. Nie chciała już się ruszać ze swojego miejsca, tym bardziej, że jej dziewczyny wciąż były zajęte sobą, Kaśka werbowała co fajniejsze osoby, zaś Magda włączyła tryb predatora. Paula posłuchała trochę apelu, raczej z braku lepszych zajęć niż z ciekawości, po czym zupełnie niechcący jej wzrok spotkał się ze stojącą obok blondynką, która przypominała jej kogoś, aczkolwiek nie była pewna, kogo?
                    – Cześć! - powiedziała i machnęła ręką, gdyż Alicja Filipowicz na uszach miała słuchawki, więc pewnie nawet nie usłyszała, a raczej wyczytała z ruchu warg, że ktoś w ogóle coś się do niej odezwał – Nie byłaś może w to lato u Arka na domówce? Paulina jestem – wyciągnęła przyjaźnie rękę na powitanie, a jeśli dziewczyna jej nie zignorowała, to wspomniała jej o Miami i zaprosiła do spędzenia czasu w gronie jej i swoich przyjaciółek. W innym przypadku, cóż… Musiała udać, że “nie było akcji”.

                    Arthur FleckA Niedostępny
                    Arthur FleckA Niedostępny
                    Arthur Fleck
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                    #20

                    Krzysiek Komeda 100.jpg

                    Krzysztof Komeda

                    @Nami napisał w [Horror] Gruzy przeszłości:

                    – Siema, Buła – oparła się o drabinki tuż obok Piotrka Bochenka. Trochę głupek, ale przynajmniej zabawny, nie był nudziarzem, choć czasami wprawiał w stan zażenowania,
                    – Idziecie dziś na imprezę w Miami? – zagaiła też do kolegi Piotrka, aby nie było niezręcznie. – Krzysiek, c’nie? – choć kojarzyła blondyna, nie mogła być do końca pewna, nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek wymieniła z nim choć słowo – Paulina jestem.

                    Miami.

                    Słowo zawisło w powietrzu jak obietnica grzechu. Jedyna dyskoteka, na jakiej był Krzysiek to andrzejkowa zabawa, którą ksiądz proboszcz organizował dla ministrantów w salce katechetycznej. Matka prędzej by go podpaliła na stosie, niż puściła do Miami. Ale nie mógł powiedzieć tego głośno. Nie przy koleżance Piotrka.

                    Wbił wzrok w czubki swoich butów i mruknął.

                    – Jeszcze nie wiem. Zobaczymy.

                    – Po prostu powiedz Pauli, że się boisz mamusi – parsknął Bochenek.

                    Szlag.

                    Krew uderzyła Krzyśkowi do twarzy. Uszy zapłonęły żywym ogniem. Prosto w podbrzusze. Przy dziewczynie. Bochenek wiedział, gdzie uderzyć.

                    – Nie boję się – skłamał.

                    – To przyjdziesz?

                    Komeda miał teraz dwa wyjścia. Albo wyjść na frajera albo na samobójcę. Wybrał to drugie.

                    – Jasne, że przyjdę – rzucił twardo.

                    Bochenek uśmiechnął się, a Krzysiek poczuł, jak oblewa go zimny pot. Był martwy. Matka nie pójdzie spać szybciej niż po powtórce “Doktor Quinn” o dwudziestej drugiej. Będzie musiał ją uśpić albo uciec przez okno. Jezu, w co on się wpakował.

                    @Brilchan napisał w [Horror] Gruzy przeszłości:

                    Pokręcił głową jak pies który wyskoczył z wody chcąc pozbyć się czarnych myśli niczym dymu ze źle rozpalonego ogniska. Chcąc chwycić się jakiegokolwiek rozpraszacza zaczął przyglądać się ubraniom innych nastolatków ~Kryształy Czasu? Te katolickie kapele rockowe mają coraz dziwniejsze nazwy... Będę się musiał Krzyśka spytać po apelu ~ - Postanowił w myślach.

                    Apel się skończył. Nareszcie.

                    Krzysiek przeciskał się do wyjścia, gdy drogę zajechał mu jakiś chłopak. Adam Chlebowski. Wskazał na jego koszulkę i zadał pytanie, którego Komeda nie zrozumiał. Coś o katolickich kapelach.

                    Zmrużył oczy. Czy to podpucha? Czy ten typ właśnie robił sobie z niego jaja? Ministranci byli łatwym celem. Wystarczyło założyć komżę, żeby w oczach kolegów stracić jajca. Kiedy inni jarali szlugi za garażami i macali dziewczyny na dyskotekach, oni machali dymiącą puszką z kadzidłem dla uciechy starych bab.

                    Przez głowę przeleciały mu słowa Marka. „A pierwszemu lepszemu cwaniakowi ze starszej klasy od razu przypierdol na dzień dobry, bez pytania".

                    Zacisnął dłoń na łańcuchu spodni. Spojrzał raz jeszcze na Adama. Chłopak wyglądał na niegroźnego poczciwca a nie cwaniaka. No i nie chodził do starszej klasy. Nie pasował do wzorca Marka. Krzysiek wypuścił powietrze z płuc, rozluźnił ramiona. Przykleił uśmiech do twarzy i odpowiedział zdaniem, który za trzy lata wykorzysta scenarzysta Mikołaj Korzyński i reżyser Olaf Lubaszenko.
                    – Historii tej koszulki i tak byś nie zrozumiał.
                    Co było prawdą, bo Chlebowski nie grał w erpegi w piwnicy u Marka ani nie kupował merchu na konwentach.

                    TERAZ

                    Krzysiek siedział na samym końcu klasy, w pozycji, którą dopiero za kilka lat osoby brzydzące się publicznych toalet nazwą „na Małysza". Pośladki unosiły się centymetr nad krzesłem, ciężar ciała spoczywał na udach i podeszwach butów. Wyglądał jak ktoś, kto zaraz wyskoczy z ławki i pobiegnie w szkolnych zawodach sportowych. Albo jak ktoś, kto ma smoka wytatuowanego na tyłku i każdy kontakt z twardą powierzchnią przypomina mu o tym fakcie.

                    Wrona omawiał plan lekcji a Krzysiek przepisywał, jednym uchem łowiąc coś o środzie i drugiej godzinie lekcyjnej.

                    – Elo, Alicja jestem.

                    Dziewczyna z ławki przed nim odwróciła się i wyciągnęła rękę. Krzysiek uścisnął jej dłoń.

                    – Krzysiek. Miło poznać.

                    Alicja kiwnęła głową i odwróciła się z powrotem. Krótko, konkretnie, bez pierdół. Krzysiek od razu poczuł, że ta dziewczyna jest okej.

                    Gorzej z Bochenkiem.

                    Ten zdrajca. Ten Judasz w za szerokich spodniach. Krzysiek wywalczył ostatnią ławkę pod ścianą. Strategiczny punkt, twierdza nie do zdobycia. Dwa miejsca, jedno dla niego, drugie dla Bochenka. Tak było umówione. Tak było ustalone odwiecznie, od czwartej klasy podstawówki, kiedy to Krzysiek osłaniał Piotrka przy ściąganiu z matmy, a Piotrek odwdzięczał się komentarzami, które sprawiały, że nawet najnudniejsza lekcja stawała się znośna.

                    A Bochenek? Bochenek usiadł z przodu. Z dziewczynami. Cztery ławki dalej, na pozycji idealnej do bajerowania, a beznadziejnej do ściągania. Krzysiek widział jego plecy i łokcie rozłożone na blacie, jakby szykował się do podrywu stulecia.

                    Drań.

                    Krzysiek wyrwał kartkę z zeszytu. Ostrożnie, żeby Wrona nie usłyszał. Ołówkiem, szybkimi kreskami, narysował bochenek chleba. Podłużny, z kreseczkami na skorupce. Fajny mu wyszedł. Krzysiek nie był takim złym rysownikiem. Potem przyjrzał się swojemu dziełu i domalował w miejscu „przylepki" męską żołądź.

                    Rebus. Komunikat jasny i czytelny nawet dla kogoś z inteligencją Piotrka.

                    Złożył kartkę na osiem części. Poczekał. Wrona odwrócił się do tablicy, plecami do klasy. Teraz.

                    Krzysiek pstrycznął karteczkę kciukiem i palcem wskazującym. Papierowy pocisk wystartował z ostatniej ławki jak rakieta ziemia-powietrze.

                    Karteczka przeleciała nad głową Bochenka.

                    O kurwa.

                    Obniżyła lot i trafiła w tył głowy jakiejś dziewczyny w pierwszej ławce. Edyta Szulc. Tak chyba miała na imię. Odbiła się od jej włosów i spadła za krzesło.

                    Krzysiek przesunął się w bok, chowając za plecami Alicji. Karteczka leżała gdzieś za krzesłem Edyty, na podłodze, ze starannie narysowanym bochenkiem chleba przypominającego fiuta i Krzysiek mógł tylko się modlić, żeby nikt jej nie podniósł.

                    Wrona dyktował dalej i gdy wydawało się że to koniec powiedział.

                    – ...mam dla was niespodziankę.

                    Krzysiek wrócił na ziemię. Niespodzianka? Od nauczyciela? W pierwszym dniu szkoły? To nie mogło być nic dobrego.
                    I nie było.

                    Wychowawca chciał ich zabrać na zamek. Komeda poczuł, jak powietrze ulatuje z niego jak z przebitej dętki.

                    Pierwszy września to był zawsze ostatni dzień wakacji w praktyce. Msza, apel, przywitanie z wychowawcą, godzina w szkole, do widzenia, do jutra, nara. A potem do domu po mrożonki z zamrażalnika, przykładane na bolący tyłek, bo akurat w tym roku tyłek tego potrzebował. Potem do Marka, posłuchać nowych kaset, pogadać o albumach. Dzisiaj, nie jutro, nie za tydzień. Dzisiaj.

                    A Wrona im każe łazić po ruinach. Za jakie grzechy?

                    – Klasa, wstajemy, ustawiamy się w pary i marsz na zamek.

                    Alicja podeszła Pauliny. Krzysiek wyłapał strzęp zdania.

                    – ...mam ochotę zwiać...

                    Podniósł się z ławki i podszedł bliżej.

                    – Ej Alicja. Jak tylko zaczniemy zwiedzać zamek urywam się na chatę - zaczął cicho – Wchodzisz w to? Tylko musimy znaleźć kogoś, kto nas będzie krył. Żeby Wrona nie połapał się od razu, że nas nie ma.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    4
                    • multikonciaraM Niedostępny
                      multikonciaraM Niedostępny
                      multikonciara
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez multikonciara
                      #21

                      EdytaSzulc
                      Edyta Szulc

                      Edyta stała w sali gimnastycznej, słuchając przemówienia pani dyrektor i filtrując je w głowie jak zestaw pakietów danych. Ostateczny werdykt: kwieciste w formie, banalne w przekazie. Nowa szkoła, a treść ta sama co zawsze. Zarejestrowała to z chłodem: spodziewała się wszystkiego i niczego, więc nic jej nie zdziwiło.

                      Jedyną rzeczą, która ją naprawdę interesowała, było to, kto będzie uczył ich informatyki. W Sokołowie Śląskim do tej pory był tylko jeden nauczyciel tej dziedziny — pan Łukasz — i myśl o powrocie do jego lekcji wpisała się w jej plan niczym przewidywalny commit w repozytorium. Szóstka na koniec roku nie stanowiła wyzwania; ciekawiło ją raczej, czy w ogóle będzie sprzęt, czas i przestrzeń do prawdziwej pracy. Znała zależności: jedno miasto, jedno stanowisko, jedno ogniwo sieci. Gdy w tłumie padło jego imię, potraktowała to jak potwierdzenie hipotezy — jeśli pan Łukasz miał się pojawić, zapewne znów niczym jej nie zaskoczy. Żałowała, że szkoły na całej linii zawodziły w kwestii rozwoju uczniowskich zainteresowań i predyspozycji.

                      Kiedy ktoś obok zadał pytanie zachęcającym tonem: „...idziesz dzisiaj na dyskotekę? W »Miami« robię imprezę na rozpoczęcie roku”; dla niej był to po prostu sygnał funkcji społecznej. Słowa odbiły się echem, nieskierowane, a mimo to dotarły. Nie odrzucała zabawy z natury — ale często wymagała ona reguł, których nie miała ochoty poznawać. Myśl o tłumie i improwizowanych zasadach interakcji społecznych wywoływała u niej napięcie: obawę, że odmienne zainteresowania, nieumiejętność „czytania” niuansów oraz odruchy poza przewidywalnymi skryptami uczynią z niej obiekt kpin. Unikała dyskotek nie z prostego braku chęci, lecz jako strategii ochrony przed niezrozumieniem; zwyczajnie kalkulowała ryzyko i potencjalne korzyści.

                      Apel dobiegł końca; dyrektor życzyła uczniom powodzenia, zadzwoniła ręcznym dzwonkiem i oficjalnie rozpoczęła rok szkolny. Edyta poczuła przesuwnik kontekstu: z sali gimnastycznej do infrastruktury szkoły, gdzie każdy nauczyciel pełnił określoną funkcję w systemie. Michał wciąż był na jej radarze — jego wcześniejsze skinienie działało jak bezpiecznik: ktoś, z kim można odpalić test w sytuacjach krytycznych. Reszta jak na razie rozmijała się z oczekiwaniami jej systemu.

                      Na chwilę w cieniu myśli pojawił się jej Krzysztof — intruz w logach uwagi: niepasujący fragment danych, który jednak wpływał na procesy. Postanowiła nie interpretować tego fragmentu. Miała plan: zbierać informacje, zapisywać, klasyfikować. I zamierzała się go trzymać. Emocje — jeśli się pojawią — miały być zarejestrowane jako wyjątki, nie jako reguły.

                      Gdy nauczyciele zaczęli prowadzić klasy — odczytywanie list, przypisania, szmer — przyjęła rolę obserwatorki. Zanim trafiła do sali wychowawczej, jej świat skurczył się do zadania: zachować neutralność, nadal kolekcjonować dane, nie dać się przepalić impulsowi. Nie była tam po to, by ulec nastrojom tłumu wynikającym z infantylnego chuligańskiego wybryku.

                      ***

                      W klasie 1B unosił się zapach świeżej farby i zimnej lamperii; wnętrze wyglądało przewidywalnie: ławki, stare stelaże, tablica z planem lekcji odsłonięta jak specyfikacja projektu. Wychowawcą był pan Henryk Wrona; niczym przewodnik po systemie omawiał standardowe sprawy: wybory przewodniczącego, wycieczki, plan lekcji. Edyta z precyzją przepisywała godziny, katalogowała kolizje, przewidywała terminy sprawdzianów — wszystko jak dobrze opisany algorytm. Jednocześnie obserwowała klasowe klastry, notowała, kto z kim się zespala, kto prowokuje, gdzie pojawiały się centra uwagi i punkty napięć. Kiedy Wrona mówił o wycieczce na miejscowy zamek, w ławkach rozległy się szepty i śmiechy.

                      I wtedy spadła papierowa karteczka, złożona na osiem. Nie przewidziała tego rzutu — była zajęta przekazem wychowawcy, a nie antycypowaniem tak nagłych gestów. Wiadomość uderzyła ją we włosy, odbiła się z ledwie słyszalnym stukiem i wylądowała za krzesłem. Jej pierwsza reakcja była natychmiastowa, lecz chłodna: zdziwienie i krótkie rozczarowanie poziomem zachowania rówieśników. Inni zapewne skrępowaliby się albo zirytowali i zareagowali natychmiast spojrzeniem lub słowem; ona wykonała procedurę — zabezpieczyła wzrokiem przestrzeń, odnotowała, kto się śmiał, kto odwrócił wzrok. Rozpoczęła rekonstrukcję trajektorii zdarzenia: czyje przygięcie tu, parsknięcie tam, gdzie ukradkowe przesunięcie sylwetki, twarz unikająca kontaktu wzrokowego. Zebrane elementy składały się w obraz osoby umiejącej być teatralnie anonimową; dla niej jednak niewystarczająco, połączenie danych z miejscem uderzenia pozwoliło przewidzieć trajektorię papierowego pocisku i wskazać źródło impulsu.

                      W wyniku incydentu w klasie zapanowało skryte zamieszanie: padło stłumione przekleństwo, ciała poruszyły się niespokojnie, rzucono po sobie nerwowe spojrzenia — panika interpretacyjna: czy podniesie, co to oznacza, kto to słał, czy będzie konflikt? Szulc nie poruszyła się od razu. Pozostała przy analizie: zapisała w pamięci personalia — Krzysztof Komeda — i włączyła procedurę „kryzys społeczny: zasób minimalnej interwencji”. Kiedy nauczyciel patrzył w inną stronę, schyliła się po papier — czuła się niezręcznie, jakby sama była uczestniczką wygłupu. Wstyd jednak szybko stracił impet, bo gdy rozłożyła sytuację na elementy, zawstydzenie nie miało już pola działania; stało się obiektem do rozpracowania. Tak działały jej algorytmy: emocje przetwarzała, nie tłumiła. To dawało jej zwycięstwo — nie pozę, lecz narzędzie.

                      Spojrzała na rysunek: karykaturalny bochenek w fallicznym kształcie, infantylna próba upokorzenia. Pojawiło się sardoniczne podsumowanie: „Typowe męskie hierarchie, wszystko zorientowane wokół penisa” — bardziej politowanie niż obraza. Starannie złożyła i odłożyła dowód chłopięcej głupoty na podłogę, po czym lekko odsunęła go stopą, by uniknąć afiliacji. Strategicznym brakiem reakcji obniżyła wartość gestu sprawcy; nie doceniła żartu, a adresat pozostał bez zasugerowanego komunikatu.

                      Lekcja toczyła się dalej; Wrona kontynuował opowieść o wycieczce. Ona odłożyła incydent do katalogu: nie osobisty afront, lecz wzorzec — kolejny element hierarchii społecznej do zmapowania. Zapisała w myśli podsumowanie: „papier — próba poniżenia — prewencja eskalacji” — i wróciła do planu lekcji, bo zadania czekały, a dane same się nie przeanalizują.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      4
                      • Pan ElfP Online
                        Pan ElfP Online
                        Pan Elf
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Pan Elf
                        #22

                        text alternatywny text alternatywny text alternatywny

                        Alicja Filipowicz, Krzysztof Komeda, Paulina Kwiatkowska

                        Alicja poprawiła plecak i wyciągnęła przygniecione paskiem włosy, kiedy obok niej i Pauliny wyrósł Krzysiek z miną człowieka, który właśnie wpadł na pomysł genialny albo kompletnie głupi.
                        Zwianie z wycieczki i odzyskanie ostatniego dnia wolności dla siebie? Brzmiało jak coś, o czym jeszcze chwilę temu tylko marzyła. Czasami wystarczyło wypowiedzieć swoje życzenia na głos, by los sam podsunął sposób ich szybkiego spełnienia.
                        Serce zabiło jej odrobinę szybciej.

                        - No jasne, że wchodzę. Jak nóż w masło, czy coś - odparła entuzjastycznie, ale konspiracyjnym szeptem, tak by nie usłyszał tego nikt poza Komedą i Kwiatkowską.

                        A skoro już o tej ostatniej mowa, to Alicja od razu spojrzała na nią wymownie, gdy Krzysiek zasugerował, że będą potrzebowali kogoś, kto będzie ich krył “w razie W”.

                        Uniesiona brew. Półuśmiech. Ciche: no dalej.

                        - To co, zgodzisz się? - zapytała prosząco Paulinę, ale w jej oczach czaiło się wyzwanie. - Ktoś musi nas uratować, jakby się wydało.

                        Czy właśnie w tej małej konspirze tworzyło się klasowe trio? Może. A może to tylko jednorazowy zryw głupoty pierwszego września. Odpowiedź wciąż nie była oczywista.

                        Piłeczka była po stronie Kwiatkowskiej.

                        Krzysiek spojrzał na Paulinę. Nie chciał narzucać na nikogo presji. Oglądał z matką co czwartek "997" i wiedział, że krycie sprawy to też przestępstwo.

                        - Bez spiny. Nie musisz się zgadzać, jak nie chcesz - powiedział konspiracyjnym szeptem. Po chwili do głowy wpadła mu myśl, której na początku nie brał pod uwagę.
                        - A może wolałabyś prysnąć z nami?

                        Paulina przyglądała im się przez chwilę, jakby naprawdę rozważała wszystkie za i przeciw. W rzeczywistości decyzja zapadła już wcześniej, tylko lubiła moment, w którym inni zaczynali się niecierpliwić.

                        Uniosła lekko brew.
                        - Zwiać? - powtórzyła cicho. - Serio?

                        Na jej ustach pojawił się krótki, rozbawiony uśmiech.
                        - Macie rozmach.

                        Spojrzała jeszcze raz na Alicję, potem na Krzyśka.
                        - Dobra. - Wzruszyła lekko ramionami. - Kryję was.

                        Powiedziała to spokojnie, jakby chodziło o pożyczenie długopisu.
                        - Ale ja nigdzie nie idę. Ktoś musi tu zostać i ogarniać sytuację. Poza tym… - zawahała się na moment, jakby dopiero teraz przyszło jej to do głowy. - Lepiej najpierw poznać takie miejsce. - W głowie miała włam na zamek z Kaśką i kilkoma fajnymi osobami. - Nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać. - Na jej buzi wymalował się słodki półuśmiech. Wyglądała niewinnie, biorąc pod uwagę, jakie plany rysowały się w jej głowie. - Zwiedzanie to też inwestycja.

                        Oparła się o szkolną ławkę i spojrzała na nich z lekką wyższością.

                        - Jak coś pójdzie nie tak, mówicie, że byliście ze mną cały czas. I że odłączyliście się na chwilę, bo Krzysiek zbladł jeszcze bardziej, niż to możliwe.

                        Alicja w milczeniu skinęła głową, ale błysk w jej oku zdradzał, że była zadowolona z ubitego targu. Spojrzała jeszcze tylko na Krzyśka, by mieć pewność, że i jemu ten plan pasował.

                        - Mi to pasuje - odpowiedział krótko Komeda. – Dzięki Paulina. Mam u ciebie dług.

                        text alternatywny

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        4
                        Odpowiedz
                        • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                        Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                        • Najpierw najstarsze
                        • Najpierw najnowsze
                        • Najwięcej głosów


                        • Zaloguj się

                        • Nie masz konta? Zarejestruj się

                        • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                        Powered by NodeBB Contributors
                        • Pierwszy post
                          Ostatni post
                        0
                        • Kategorie
                        • Ostatnie
                        • Tagi
                        • Popularne
                        • Świat
                        • Użytkownicy
                        • Grupy