[Horror] Gruzy przeszłości
-
"Śledztwo przed domem porwanej"
część 1


Paulina Kwiatkowska || Krzysztof Komeda || Mikołaj Pogorzelski
Dziewczyny patrzyły z daleka na krzątających się policjantów. Z tej odległości cały tragizm sytuacji jakby był mniej realny. Paulina i Kasia były zdeterminowane. Ich pewność siebie nie uciekła, choć spodziewały się, że zniosą to gorzej.
— Ja nie dam rady… — cichy głos Magdy gdzieś zza ich pleców zabrzmiał jak ukłucie. Obejrzeli się na blondynkę ze współczuciem.— Magda, nic nie szkodzi… Jak chcesz to idź do domu, może zgarnij jakąś dyszkę lub dwie na tego fotografa i się po prostu o tej osiemnastej spotkamy z Kubą
Głos Pauliny był bardzo ciepły i wspierający, co spowodowało pojawienie się łez w oczach Magdy. Blondynka kiwnęła głową, gdyż nie potrafiła przez chwilę wydobyć z siebie głosu.
— Okej.
Wiśniewska przetarła ostrożnie oczy, aby nie rozwalić resztek makijażu, jaki jej się ostał. Wycofała się i zaczęła odchodzić. Kasia i Paulina spojrzały na siebie, potem na Krzyśka i w ostateczności wróciły do obserwowania policjantów.
Krzysiek patrzył na zbiegowisko jak zaczarowany. Czuł się jak na planie "Ekstradycji", nigdy nie widział tylu policjantów na raz. Na moment zapomniał o Asi i jej mamie i o mrocznej mocy, która w nim drzemała. Chłonął każdy szczegół sceny i nawet się nie zorientował, jak gliniarze się w końcu zawinęli. Dopiero gdy plac wkoło domu opustoszał zwrócił uwagę na samochód. To nim musiała wracać wieczorem Joasia. Żołądek wypełnił mu lód, bo nagle tragedia stała się dziwnie namacalna. Jeszcze gorzej się poczuł, gdy zrozumiał co znajdowało się na podjeździe a co policyjni spece od sprzątania zdążyli już wyczyścić.
Przełknął ślinę i spojrzał niepewnie na dziewczyny.— I co teraz?
Paulina przez chwilę nic nie odpowiedziała. Stała wpatrzona w to jaśniejsze miejsce na podjeździe, jakby próbowała zmusić się, żeby spojrzeć gdzie indziej, ale nie potrafiła.
— Tutaj… — powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do reszty. — To się stało tutaj.
Zacisnęła dłonie na paskach plecaka, jakby potrzebowała czegoś, co ją przytrzyma w miejscu. Podeszła nieco bliżej, przyglądając się okolicy, próbując zrozumieć całe to zajście, odnaleźć w tym sens i ślad czegoś, co by zrozumiała.
— Rozdzielamy się — rzuciła nagle, już ciszej, ale pewniej. — Ktoś sprawdza podjazd i okolice bramy. Ktoś drugi… — zawahała się na moment — …może coś zostało przy aucie.
Przeniosła wzrok na resztę, już bardziej przytomna.
— Cokolwiek. Ślad, szkło, coś co nie pasuje. Policja nie jest nieomylna.
Na ułamek sekundy znowu zerknęła na to miejsce.
— Tylko niczego nie dotykajcie bez sensu.
Kiedy Kasia kiwnęła głową i odeszła, Paulina złapała Krzyśka za łokieć i przysunęła się do niego.
— Może spróbujemy tej… mocy? Tylko nie bardzo wiem, co moglibyśmy chcieć wymusić w naszych głowach, aby się stało… Raz to zrobiłeś świadomie, może… Masz jakiś pomysł?
Szepnęła do chłopaka, zostając z nim sam na sam.
Krzysiek chciałby powiedzieć, że ma jakiś pomysł, ale prawda była taka, że czuł się jak noworodek, który dopiero co poznaje świat. Nie miał pojęcia jak działa jego moc, ani skąd się wzięła. Boskie albo demoniczne pochodzenie wydawało się teraz zbyt prostym wyjaśnieniem. Przypomniał sobie słowa Mikołaja. Pogorzelski ostrzegał , że Krzysiek może skończyć jak Asia jeśli zbyt głośno zacznie się obchodzić swoim "talentem". Ale czy zniknięcie Asi mogło mieć związek z tym co spotkało jego?
Tego też nie wiedział.Popatrzył na Paulinę drapiąc się nerwowo w potylicę.
— Jasne, mogę spróbować. — mruknął — Ale...jak niechcący rozerwę ci koszulkę to nie było specjalnie.
Przeniósł wzrok na samochód i znów ogarnęła go zimna zgroza. Co powinien teraz zrobić? Matka zawsze powtarzała, że gdy coś się zgubi trzeba pomodlić się do świętego Krzysztofa. Ale Asia się nie zgubiła i nie była kolczykiem ani pierścionkiem, tylko dziewczyną z którą spędził fajny wieczór w Miami. Dziewczyną, którą porwano.
— Nie wiem do końca jak to działa. Po prostu wyobraziłem sobie jak... — urwał nie chcąc wchodzić w szczegóły, które stawiałyby go w złym świetle — i mocno się skupiłem. Jakbym w miał mięsień w czaszce. Może gdybym znów się sprężył i wyobraził sobie, że jest wieczór, poniedziałek, że stoję tu, na podjeździe w momencie, gdy Asia i jej mama...
Krzysiek zaciął się. Nie był mistrzem gry jak Marek Koza i nie oglądał tych wszystkich filmów, które chłonął jego sąsiad, więc brakowało mu słów mogących precyzyjnie opisać jego zamiary.
— Chodzi żebym spróbował się cofnąć w czasie. Nie ciałem oczywiście, tylko duchem. Wiesz, jak wróżka czy tam medium albo jasnowidz. Nie wiem czy się uda, ale co szkodzi spróbować.
Paulina zawahała się przez ułamek sekundy, ale nie odsunęła się.
— Spróbujmy — szepnęła cicho.
Rozejrzała się odruchowo, upewniając się, że nikt na nich nie patrzy, po czym zrobiła pół kroku bliżej, jakby nieświadomie chciała zobaczyć więcej… albo być bliżej tego, co za chwilę może się wydarzyć.
Na podjeździe było cicho. Zbyt cicho.Paulina na moment wstrzymała oddech. Złapała Krzyska za dłoń, zacisnęła. Zamknęła oczy. Starannie wzięła głęboki wdech, po czym pomału wypuszczała powietrze ustami. Próbowała się skupić na tym, co tu się wydarzyło. Chciałaby zobaczyć jakies wskazówki, z przeszłości lub teraźniejszości.
— No to jazda — mruknął Krzysiek nie puszczając dłoni Pauliny. Spojrzał na podjazd i auto a potem ścisnął szczękę i zmarszczył czoło próbując sobie wyobrazić samego siebie w tym samym miejscu, lecz o innym czasie, który już się wydarzył. Naciskał na tkankę rzeczywistości z całych swoich sił próbując zajrzeć po za ciemną kurtynę tragicznych wydarzeń. Na czole pojawiły się pierwsze krople potu a w ustach poczuł metaliczny posmak krwi, ale nie zamierzał się zatrzymać.
Oględziny podjazdu i samochodu nie były obiecujące. Paulinie w oko nie wpadło nic, co dałoby im dodatkowe informacje poza tymi, które powiedziała im Renata. Policja naprawdę była skrupulatna.
A potem ją "wzięło". Przebłyski. Skupiła się na tym, jak mama Asi odwozi je do domów, chciała wiedzieć, co się stało potem. To nie było przyjemne. To były migawki, jakby ktoś raz za razem strzelał jej fleszem po oczach. Noc, ciemność, bez kolorów, mama Asi parkuje na podjeździe, gasi silnik, wtedy z ciemności (błyskawicznie! błyskawicznie!) przy samochodzie pojawiają się dwie postacie, nie widziała szczegółów. Kiedy jedna z nich uderzyła mamę Asi, Paulina aż zadygotała od emocji. Cała scena była niema, mama Asi nie zdążyła krzyknąć, a Asi od razu tamte postacie zatkały usta, gdy wyszarpywały jej przyjaciółkę z samochodu. Jak... jak... jakieś maszyny, sztywne precyzyjne ruchy. Kolejna migawka, widziała tylko, jak tamte postacie ładują Asię do innego samochodu i odjeżdżają. To musiał być samochód, ale Paulina nie widziała szczegółów. To było bardziej "czucie" istnienia tego samochodu.
Co najgorsze, Paulina nie była w stanie dojrzeć nic o tych dwóch postaciach. Były jak dwie ciemne plany, nie widziała ich twarzy.
Paulina ocknęła się, cała mokra od potu, który dosłownie po niej spływał, zostawiając mokre plamy na ubraniach, jakby biegła w upalny letni dzień. Nadal trzymała Krzysztofa za dłoń.
Krzysztof czuł, że przed dziewczynami robi z siebie durnia. Nie ważne jak się starał, nic nie wychodziło. Żadnego rozmycia świata, żadnego uczucia jakby grunt uciekał mu pod nogami, żadnych efektów mówiących, że to jest to. Tylko bezsensownie się spocił.Paulina przez chwilę nie była w stanie złapać oddechu. Puściła dłoń Krzysia dopiero wtedy, kiedy dotarło do niej, że ją ściska — za mocno, za długo.
— Nie… — wyszeptała, cofając się o krok.
Przetarła twarz drżącą dłonią, jakby chciała zetrzeć z niej coś więcej niż tylko pot.
— Byli tam. Dwóch. — urwała na moment, próbując złapać myśli. — Szybcy… jakby… jakby dokładnie wiedzieli co robią. Żadnego chaosu.
Spojrzała na podjazd, ale tym razem już nie jak wcześniej — teraz z wyraźnym lękiem.
— Nie widziałam twarzy. W ogóle. Jakby… ich tam nie było.
Zacisnęła szczękę.
— I od razu ją zabrali. Bez słowa.
Paulina spojrzała na siebie całą, koszulkę miała mokrą, jakby przebiegła półmaraton. Czuła silną potrzebę zdjęcia jej, wyrzucenia, ale w okolicznościach, w jakich się znalazła, po prostu nie mogła sobie na to pozwolić.
— Krzysiek, u-udało się… — zająknęła się zmieszana, nie była w stanie uwierzyć, że naprawdę jest to możliwe— Ale.. ale jak? Niby widziałam to, jednak mam wrażenie, że dalej wiem tyle, co nic… Nic nie wiem, choć przeżyłam koszmar razem z nimi…
Głos Pauliny pod koniec zaczął się załamywać. Jej oczy zaszkliły się, ale powstrzymywała łzy. Widać było, że chce zdusić w sobie to, co się wydarzyło. Czuła się obecna zdarzenia, a mimo to dalej wiedziała tyle co nic..
Krzysiek patrzył na Paulinę z rosnącym przerażeniem. Bał się powtórki z apelu, gdy nagle zemdlała z nadmiaru emocji. Stał blisko niej gotowy ją złapać, ale dziewczyna nadal trzymała na nogach. Dopiero po chwili dotarł do niego sens jej słów i pojął co się właśnie wydarzyło. To nie on miał wizję, tylko Paulina. Zobaczyła coś. Jemu się nie udało i przez moment czuł palący wstyd. Wstyd jaki może tylko czuć tylko młody chłopak, który wygłupił się przed dziewczynami. Szybko schował to uczucie skupiony tylko na niej i na tym co mówi. Paulina była w kiepskim stanie i cokolwiek zobaczyła nie brzmiało to dobrze. Zalała go fala współczucia i troski, chciał jej pomóc ale nie miał pojęcia jak. Objąć i przytulić? Dotknąć w ramię? Złapać za dłoń? W takich sprawach Krzysiek był beznadziejny i może gdyby Paulina Kwiatkowska nie była dziewczyną pewnie potrafiłby podjąć jakąś decyzję. A tak po prostu stał i gapił się na nią jak cielę.— Czyli ty też... — wyrwało mu się bo w końcu zrozumiał, że nie jest jedyny, że inni też zostali naznaczeni. — Ja pierdolę.
Milczał przez chwilę, próbując poskładać to wszystko jakoś do kupy. Co nie było łatwe, bo poczucie wstydu i upokorzenia, tliło się gdzieś z tyłu głowy jak nieugaszony pożar. Bał się, że w oczach Pauliny i jej koleżanek wyjdzie na kłamcę i pozera, który wymyślił historyjkę o zakonnicy i nauczycielce by się przed nimi popisać.
— Dałem ciała, nic nie zobaczyłem — przyznał szczerze i westchnął pod nosem — Może umiem tylko rwać gacie z dupy. Ale ważne że tobie się udało.
Paulina spojrzała na Krzysztofa jeszcze przez chwilę, jakby dopiero teraz do niej dotarło, co właściwie powiedział. Zmarszczyła brwi, powracając pomału emocjami na stabilniejszy grunt.
— To nie jest żadna twoja „porażka”, ani dowód na to, że nie umiesz niczego innego — odezwała się cicho, ale stanowczo. — To nie działa jak… nie wiem, zadanie z matematyki, że robisz to, co musisz i wychodzi logicznie. Dla mnie to co się dzieje nie ma żadnej logiki! Ja dziś zrobiłam chyba trzy różne rzeczy, spójrz.
Wyciągnęła rękę, aby odliczać na palcach
— Uciszyłam budzik bez dotykania go, czyli jakby… Wyciszyłam dźwięk? Zatrzymałam mechanizm? Potem, jak sami stwierdziliście, lewitowałam. Teraz miałam jakieś… wizje?
Otarła wilgotną skroń i odetchnęła głębiej, próbując się uspokoić. Wypuściła pomału powietrze drżącymi ustami. Skoro sama potrafiła robić rzeczy z różnej kategorii, to Krzysiek na pewno miał to samo.
— Może to nie ty miałeś to zobaczyć — dodała po chwili, już spokojniej. — Albo nie teraz. Może… Może dla każdego z nas jest jakiś konkretny moment w czasie, gdzie działamy. Gdy jedno działa, drugie jest w letargu?
Na moment zawiesiła wzrok gdzieś obok niego, jakby wciąż widziała tamten obraz. Potrząsnęła głową. Czuła narastającą w gardle gulę. Zastanowiła się, czy Krzysiek już nie zaczął jej oceniać. Czy zacznie się od niej odsuwać? Z niepewności dała krok w jego stronę, przybliżając się i ściszając głos.
— I to wcale nie było… — urwała, kręcąc lekko głową. — To nie było jak wspomnienie. To było jakby ktoś mi to wcisnął do głowy. Nawet nie czułam się jak widz, bardziej jak obserwator, który…czuje I jest w akcji.
Zacisnęła dłonie na paskach plecaka.
— A oni… oni byli… dziwni. Za szybcy. Za dokładni. — spojrzała z powrotem na Krzyśka. — I nie widziałam ich twarzy. W ogóle. Czuję się jakbym naprawdę nic nie odkryła!
Nastolatka zamilkła na moment, spuściła wzrok. Znowu wędrowała spojrzeniem po podjeździe, po ulicy, jakby śledziła wzrokiem kierunek, gdzie uciekli sprawcy.
— Ale to znaczy, że coś tu jest nie tak. — dodała ciszej. — I że mamy rację, żeby tu być.
Krzysiek nie został wyśmiany, nikt nie nazwał go pozorem, ani nie zarzucił kłamstwa. Wszystko co myślał o popularnych dziewczynach mógł wyrzucić do kosza, przynajmniej w przypadku Pauliny, która co raz wymykała się jego wyobrażeniom, najpierw w Miami a teraz tutaj, pod domem jej przyjaciółki. Słuchał jej wyjaśnień z ulgą, bo jej teoria miała więcej sensu niż jego, że został naznaczony mocą, z której ucieszyłby się tylko zboczeniec.
— Skoro udało ci się raz, może następnym razem zobaczysz więcej? Ja też mogę spróbować — zaproponował — Moglibyśmy też na razie po prostu się spokojnie rozejrzeć.
Wskazał skinieniem na dom zaginionej koleżanki.
—Gliny pewnie przetrząsnęli samochód, ale może przeoczyli coś w domu?
Przeniosła wzrok na podjazd, jakby coś ją tam znowu przyciągało, choć wyraźnie nie chciała patrzeć za długo.
— Rozejrzeć się… chyba możemy — dodała po chwili. — Tylko spokojnie. Bez rzucania się w oczy. Wchodzenie do domu to już chyba włamanie... Mielibyśmy przechlapane
Zawahała się na moment, po czym spojrzała z powrotem na chłopaka.
— I nie forsuj się z tym — dorzuciła ciszej, niemal półgłosem. — Jak to ma działać, to zadziała. U mnie też to nie było… zaplanowane. Choć faktycznie skupiłam się na konkretnej rzeczy. Może gdybyśmy chcieli zobaczyć powód to... Też by się udało? Ja jeszcze raz spróbuję... Bardziej spocona już nie będę.
Paulina potrząsnęła koszulką, która lepiła się do niej nieprzyjemnie. Zaśmiała się nerwowo, ale bardzo krótko.
Dziewczyna znowu odetchnęła na spokojnie, próbując złapać stabilność w emocjach. Zamknęła oczy i odwiodła dłonie od ud na parę centymetrów do boku. Skoro raz się udało zobaczyć zdarzenie, może teraz jakimś cudem pozna jego powód?Paulina już widziała, co się tam stało. Ale nie rozumiała, kto to zrobił. Skupiła się ponownie, teraz na tych ciemnych postaciach.
Udało się. I po chwili chciało jej się rzygać. To... to nie byli ludzie. Już nie. Paulina miała w ustach smak padliny, posmak trupa. Ci dwaj, to musieli być faceci, była już tego pewna, nie żyli. Ruszali się, ale nie myśleli. Coś jednak kontrolowało ich z zewnątrz, ale więcej nie zrozumiała. I po chwili to poczuła - tę moc, którą sama już poznała.
Ciągle w migawce fleszy zobaczyła zamek górujący nad miasteczkiem. Coś tam było, albo raczej pod nim, głęboko pod nim. Tak, pod nim! To ta moc! To ona pozwalała się tamtym poruszać. Zrobiło jej się jeszcze bardziej niedobrze na myśl, że ona też zamieni się w takie... coś. Ale w końcu pojęła, że oni, zostali CELOWO przemienieni, i to nagle, a za wszystkim stoi ktoś, kto pociąga za te sznurki. Skojarzenie przyszło w kolejnej migawce, gdy po raz kolejny obserwowała jak tamci wyciągają Asię z samochodu - te sztywne ruchy, jakby to były marionetki w teatrze lalek.
Okropieństwo! Odór i smak rozkładających się zwłok narastał z każdą chwilą.

Pogorzelski wyszedł z kręgu kamienic. Przemierzał chodnik, przyglądając się tabliczkom z nazwami ulic. Na skrzyżowaniu wypatrzył właściwą, przekazaną przed rozdzieleniem. Pozostało podążać za malejącą numeracją domów, aż do adresu Asi. W końcu na podjeździe po drugiej stronie drogi rozpoznał kręcone loki i jasną czuprynę młodocianych z grupy poszukiwawczej. Ściągnął mocniej smycz, wskazując czworonożnemu ziomowi kierunek. Zwiększył tempo. Lekko zdyszany zatrzymał się u celu.
— Ogar, poznaj Poganina i…— dziewczyna nie miała dobrej ksywy. Nie dokończył, wybity zastanym obrazem. Wyglądali na ludzi wyprażonych pełnym słońcem przy żarze z nieba rzędu czterdziestu stopni. Oboje przepoceni do nitki. Paulina krzywiła się jakby zjadła karalucha i walczyła z powstrzymaniem wymiotów. Krzychu mus doznał objawienia piekieł. Patrzył spojrzeniem zbitego psa z miną cierpiętnika wyrażającą “moja wina” wszystkich grzechów świata. Brakowało wora pokutnego i zdartych kolan pielgrzyma z Medjugorje.
— Co się odwaliło?Paulina odbiegła niezgrabnie pod ogrodzenie i zwymiotowała między bujnymi tujami. W ustach czuła smak zgnilizny, jakby właśnie pożywiła się surowym, starym mięsem. Wyobrażenie sobie białych robaków, które zwykle po takiej padlinie pełzają, sprawiło jedynie, że ponownie zebrało jej się na wymioty.
Słysząc te charakterystyczne odgłosy zaraz zza domu przybiegła Kasia. Była nie tylko zdziwiona, widząc Paulinę w takim stanie, ale i wściekła.
— Coście jej zrobili?! — uniosła się gniewnie podbiegając do przyjaciółki i zgarniając jej włosy.
Paulina kaszląc przeszła do defensywy.— To... ekhe... nie ich... ekh ekh... wina — nabrała gwałtownie powietrza i przetoczyła się z asystą Kasi pod ścianę domu, gdzie osunęła się siadając na ziemi z wyprostowanymi nogami. Głowa była dla niej tak ciężka, że oparła ją o zimne mury.
— To działa...— wymamrotała słabo — Nie wierzyłam, ale bez kitu to działa, Mikołaj.
Nastolatka wyglądała jakby przebiegła wspomniany półmaraton i dodatkowo zatruła się śląskim powietrzem. Można było nawet pokusić się o przypuszczenie, że potrzebuje pilnie karetki.
— Paulina, co się stało? — zapytała Kasia, kucając przy koleżance i odgarniając przylepiające się do jej mokrego czoła włosy.
Dziewczyna wyciągnęła rękę przed siebie, chcąc pogłaskać psa, którego przyprowadził Mikołaj. Sądziła, że to futerko da jej namiastkę poczucia bezpieczeństwa. Niestety nie wiedziała, ani czy pies zechce podejść, ani czy nie jest groźny.
— Cześć, Ogar — przywitała się siląc się na słaby uśmiech — Wiecie, zastanawiam się, czy my serio, mając te jakąś moc czy co... Widzimy prawdę? A co jeśli to tylko jakieś, nie wiem, psychopatyczne wizje? Choć przysięgam, że wydawało się takie… prawdziwe. Jakbym tam była, jakbym była w tej akcji czynna…
Zrobiła krótką przerwę na oddech, aby móc kontynuować, nie trzymając innych w niepewności. Postanowiła zacząć od początku, od pierwszej wizji, bo póki co, tylko Krzysiek ją znał.
— Najpierw widziałam cały moment porwania. Były dwie postacie, miały takie… dziwne, mechaniczne ruchy, ale myślałam, że po prostu tak to widzę, bo jest to niezbyt płynny obraz. Zabrali Asię do auta i odjechali, w tamtym kierunku
Paulina wskazała drogę, którą widziała w wizji.
— I teraz ta gorsza część… A raczej dziwniejsza. Gdy skupiłam się po raz drugi, czułam… Smak i zapach padliny. Trupa. Te postacie, których wcześniej nie widziałam, a teraz tak, to właśnie, to… Jakieś zombie. Ktoś sterował martwymi ciałami, wydał komendy, nie wiem! Nie uwierzycie mi, ja sama nie wierzę, to absurdalne, ale nie wymyśliłam sobie, ja nawet nie jestem fanką horrorów! Ta moc, nie wiem czy nasza też, ale te trupy, ktoś sterujący nimi, wszystko ma swoje podstawy w… Zamku. Pod zamkiem. Gdzieś tam, głęboko, coś tam… Jest.
Paulina mówiąc to błądziła nerwowo wzrokiem po wszystkich, a na koniec opuściła spojrzenie. Zwinęła nogi, zginając je i przyciskając je do siebie, brodę oparła o kolana, a rękami objęła podudzia. Myślała nad tym, co właśnie powiedziała. Zastanawiała się, czy dobrze zrobiła mówiąc to. Nie chciała wyjść na kretynkę. Niestety zaczynała się tak czuć.
-
część 2
Mikołaj nadął policzki. Drapnął się po szyi. Podpora rzeczywistości leciała na łeb ciężkimi proporcjami doryckiej kolumny. Pies zaciągnął powietrze. Szarpnął w stronę Pauliny. Kontrolował go czujnie i nieufnie, próbując przewidzieć następny ruch. Czy bardziej interesowała go dziewczyna, czy to co z niej wyleciało?
— Ani mi się waż — pogroził wyprzedzająco. Zluzował smycz, pozwalając czystorasowemu o nieczystych zamiarach się zbliżyć. Byle nie do tui. Obwąchać wyplutą wieszczkę bez możliwości wytarzania.— Są powody do mruczenia — ironizował. — Ogólnie grubo. Wiecie co jest słabe? Nie ważne jak mocno i celnie przywalisz w trupa, pójdzie dalej. Siekiera w plecach? A wsadź mi drugą. Wolę parzyście.
Plan awaryjny z przewidzeniem szóstki w lotto i opuszczeniem przeklętego Sokołowa wyrastał na horyzoncie dumnie niczym trójmasztowy żaglowiec, radujący oczy rozbitka.
— Zamek to szwab. Sługusy szwaba… wiadomo. Kloce z kołami w dupie jak ten od Merola.Nie miał dobrych wieści. Posmak padliny z rana przebijał się do tej pory. Wyciągnął z plecaka butelkę. Jeżeli coś mogło złagodzić objawy to tylko ona. Podrzucił Kwiatkowskiej.
— No to Frugo — pojechał reklamą. — Świeży smak zielonych owoców bez żadnych ograniczeń.Paulina złapała niezgrabnie napój. Wciąż lekko drżały jej ręce, ale dopiero teraz stało się to bardziej widoczne.
— Dzięki — mruknęła krótko i odkręciła butelkę. Słodki smak faktycznie pomagał. Popijała niespiesznie, co by znowu nie wywołać wymiotów.— Ej, o jakiej mocy wy mówicie? — Kasia wtrąciła się do rozmowy. Przecież cały czas stała przy Paulinie.
— Ludzie too ni widzo jakie sily drzymiom w naturze — Pogorzelski przyniósł odpowiedź niczym mistrz krzyżacki dwa nagie miecze.
— Że jak? — Kasie nie zrozumiała.
Krzysiek chciał uwierzyć Paulinie na słowo, ale słysząc o żywych trupach porywających nastolatki jego umysł po prostu odmówił posłuszeństwa. Próbował sobie wyobrazić scenę, którą opisała koleżanka, ale miał zbyt małą wyobraźnię by przywołać obraz martwych kidnaperów. Wtedy jednak przypomniał sobie książkę "Religie świata", którą kiedyś przydybał na plebanii w biblioteczce księdza proboszcza i przekartkował ją zatrzymując się na rozdziale kulcie praktykowanym na Haiti.
Szczególnie wrażenie zrobił na nim fragment o kapłanach, którzy za pomocą magicznego proszku doprowadzali ciało ofiary do pozornej śmierci a gdy nieszczęśnik został pochowany przez rodzinę, mag wykopywał jego zwłoki z grobu i od tego czasu truposz był pod jego kontrolą.
— Voodoo — wyszeptał przypominając sobie nazwę tej mrocznej religii po czym spojrzał na zdezorientowaną Kasię. — Oni mówią o voodoo. Chyba.— Och — Kasia mruknęła wciąż nie odstępując Pauliny na krok — A to nie jest z Afryki? Niemiec i Voodoo?
Paulina otworzyła szerzej oczy wciąż popijając napój od Mikołaja.
— Krzysiek, to genialne! Masz rację!— Paula, a ty… Nie zaczęłaś z nimi ćpać czy coś? — Kaśka spojrzała podejrzliwie na przyjaciółkę, która mało co nie opluła się podarowanym frugo. — Kurde, odkąd poszłyśmy do tego liceum i poznałaś nowe osoby…
— Zwariowałaś?! — Paulina przerwała jej gwałtownie — Ja serio rozumiem, że to co mówię jest… Idiotyczne. Sama sobie ledwo wierzę! Ale to na pewno da się udowodnić! Prawda?
Paulina spojrzała na chłopaków, jakby licząc na wsparcie. Że oni w to wierzą i będą podążać tym tropem razem z nią, aż udowodnią, że mieli rację! Kasia zamilkła, jakby próbowała sama dojść do jakichś wniosków.
Pogorzelski nie wyglądał jakby zamierzał cokolwiek wyjaśniać. Niech się paple tłumaczą. Zajął się robotą.
— Tu stało auto porywaczy? — wskazał ręką, wywołując Paulinę do tablicy. Upewniał się do miejsca postoju. — Jeżeli pachną jak smakują, pies będzie miał używanie. Uwielbia smród padliny.Rozejrzał się, czy nie odbili śladu bieżnika na podjeździe przy gwałtownym manewrze.
— Niuchaj Ogarku, niuchaj — przywołał gończego, zachęcał. — Zapamiętaj dobrze woń naszych wrogów.Głośno myślał, starając się nakreślić jakikolwiek plan. Siedzenie z podkulonymi nogami nie było w jego stylu. Albo stoisz, albo leżysz nieprzytomny.
— Może idąc na zamku za smrodem trupa, znajdziemy wejście do podziemi? Może przekonamy jakiego Mietka, by zeznał na policji, że widział jak ją tam wciągają.Pstryknął.
— Może sami powiemy, że znaleźliśmy tam jaki drobiazg, który miała na dyskotece, ale nie na szkolnej wycieczce. Inne pomysły? Nosz ruszcie łepetynami.— A myślicie, że ja też mam takie moce? — odezwała się Kasia, wstając na równe nogi i dając krok w stronę Mikołaja. Nie podeszła jednak blisko. Widać było, że czuje się niepewnie ze względu na psa.
— W sensie… No bo czemu wy je akurat macie? Ja też byłam wtedy na tym zamku. Asia była… — dodała krzyżując ręce pod piersiami. — I w sumie, jeśli to wszystko ma związek z nazistowskim eksperymentem, to Asia jest dobrym celem, nie? No bo wiecie, jej ojciec był biznesmenem gdzieś w Berlinie, ona ma kasę, była z nami wtedy na zamku, może też ma jakieś moce? Może… Może ktoś chciał napromieniować Asię, a że staliśmy wszyscy obok siebie, to dostaliśmy rykoszetem?
Kasia zaczęła się głośno zastanawiać nad powodem, póki co nie mówiąc nic o dalszych pomysłach na akcje. Paulinie kamień spadł z serca, że jej przyjaciółka zaczęła myśleć o tym wszystkim jakby próbowała uwierzyć. Czuła dzięki temu wsparcie, choć wiedziała, że nie swoim opowieściom nie ułatwiła tego nikomu. Były niewiarygodne. Upiła ostatni łyk frugo i podniosła się z ziemi.
— To po odebraniu zdjęć wbijamy na zamek? Ja… Chciałabym się najpierw umyć, mówiąc szczerze… Ale myślę… Myślę, że pójście tam to dobry pomysł…— Dobry pomysł?! — Kasia spojrzała na nią uważnie — Paula, to chore! A jak nas złapią i będą na nas eksperymentować?
Paulina wzruszyła ramionami. Nie wiedziała nawet, co odpowiedzieć.— A, zdjęcia — Mikołajowi kliknęło. Mieszał w kieszeni przyglądając się uważnie Kasi i Paulinie. Dwa piątaki obijały mu się o palce. Zdecydował. Ocenił, że dziewczyny są zaradne i bez problemu zorganizują brakującą kwotę. Wyciągnął monetę. Druga była jego przepustką do lepszego świata.
— Moja dola — wyprostował rękę z krążkiem na dłoni.— Spokojnie, nie ugryzie — zachęcił, widząc obawę wywołaną obecnością czworonożnej bestii. Igrał — Chyba, że wyczuje cygańską krew.
Dziewczyny przyjęły pieniądze od Mikołaja. Kasia posłała mu lekki uśmiech.
— Dzięki. To sporo dla nas znaczy, że chcesz pomóc… I próbujesz.
Choć wiedziały, że daleko im do cyganów, nie odważyły się podejść do psa.Krzysiek przełknął ślinę. Przypomniał sobie zakład z Bochenkiem. Miał spędzić sam noc na zamku, jeśli przegra. Już wtedy Falkenstein był straszny, a po tym co usłyszał wydawał się jeszcze bardziej przerażający. Mimo to zwrócił się do Kaśki.
— Ale jeśli Asia tam jest to nie mamy wyboru. Nikt przecież nie uwierzy, że porwały ją jakieś zombie voodoo. Tylko my możemy jej pomóc.Spojrzał na psa, którego przeprowadził Mikołaj. Nie odważył się go pogłaskać, choć był niemal pewien, że nie płynie w nim żadna cygańska psa i jest bezpieczny.
— Zawsze możemy zabrać ze sobą Ogara do obrony. I zostawić komuś wiadomość, na wypadek gdyby nas złapali. Chlebowskiemu, Bochenkowi albo Alicji.Po pierwszych kilkunastu sekundach, gdy wydawało się ze Ogar złapał trop, ekscytacja opadła. Pies złapał jakiś trop, ale od razu było widać, że nie może to być trop samochodu. Pokręcił się trochę po ulicy, zachęcany przez Mikołaja, ale potem zaczął łapać własne tropy, te wzdłuż płotów i pod latarnią, którą z dumą obsikał. Mikołaj musiał pogodzić się z porażką pomysłu, który był przecież dobry.
Ślepy zaułek.
Musiało to oznaczać kilka rzeczy. Po pierwsze, o ile zombie śmierdzieli, to sam samochód w ogóle nie śmierdział, co raczej nie było prawdą, po smród padliny przenika wszystko. Po drugie, truposze mogli mieć dostęp do bardzo dobrego niemieckiego dezodorantu, a nie byle czego z bazaru (choć w sumie niektóre rosyjskie wynalazki z pewnością zabijały zapach wraz użytkownikiem). Po trzecie, porywacze nie śmierdzieli.
Tylko czy to była dobra, czy zła wiadomość?
— Paula — odezwał się Mikołaj zwracając się do Pauliny tak jak Kasia. — Jesteś pewna że oni śmierdzieli? I co był za samochód?
Paulinie już na samo przypomnienie tego co odczuwała zrobiło się niedobrze. A samochód? Po prostu samochód, w swojej "wizji" nie widziała szczegółów.
— Możesz zapytać te tuje, co je obrzygałam… Chyba nie sądzisz, że mnie zbiera z byle powodu? Padlina, trup… Weź nie przypominaj.Paulinę znowu zemdliło na samo wspomnienie. Miała ochotę zabić Mikołaja wzrokiem. Mimo iż wydawało jej się, że dowiedziała się wiele, wciąż okazywało się, że to było zbyt mało. Choć nie miała ochoty na więcej prób oraz naprawdę czuła się już źle i wstrętnie, bo pot dalej nie wysechł, to spróbowała skupić się ponownie. Miała nieodparte wrażenie, że musi udowodnić, że jest coś warta. Chciała móc ponownie coś podpowiedzieć, czuła ogromną presję ze strony rówieśników, jednak im bardziej się starała, tym jedynie gorzej się czuła. W pewnym momencie jedynie zakręciło jej się w głowie i musiała usiąść na ziemi.
— Nie mogę… Chcę wrócić do domu… Potrzebuję przerwy…Mikołaj przyklęknął przy zwierzaku.
— Starałeś się — tarmosił futrzaka za uszami. — No nie bądź smutny. Kto jest najlepszym Nieogarem? No kto? Piesek jest!
Piesek polizał go po twarzy.— Spadamy — ogłosił reszcie załogi. — Albo zgnilizna jest metaforycza, albo trzeba jej szukać tam gdzie wysiedli z auta.
Nie mówił głośno, że wraca do budy, żeby nie wzięli go za mięczaka. Zwyczajnie nie chciało mu się przepisywać tony notatek i świecić oczami przed starymi.
— Widzimy się z wieczora? — upewniał się na odlocie.Paulina kiwnęła głową. Nie miała już nawet sił, aby odpowiadać. Kasia chwyciła ją pod ramię i pomogła wstać z ziemi.
— Jasne. Dzięki — odpowiedziała za nią Kaśka, uśmiechając się przy tym do Mikołaja. Wciąż, jak widać, miała do niego jakąś słabość, lecz teraz były rzeczy ważniejsze do ogarnięcia.— My idziemy do Pauli, jej rodziców nie ma w domu o tej godzinie, a brat jest raczej… Niegroźny.
Paulina uśmiechnęła się słabo.
— Mój brat zawsze pomoże, ma tyle dojść… Możecie wpaść, jeśli nie wiecie co ze sobą robić.Paulina podała adres zamieszkania, tak gdyby naprawdę ktoś potrzebował. Wsparła się na Kasi tylko delikatnie, nie chciała się do niej przylepić swoim spoconym ciałem.

Mikołaj wracał przez rynek, odprowadzając psa. Przystanął przy blaszanej budce. Niebieskie ściany, żółty daszek z wielkim napisem LOTTO. Kolektura kusiła otwartymi drzwiami. Zacisnął pięść na pięciozłotowej monecie, aż zrobiła się ciepła i zaczęła wgryzać w wnętrze dłoni. Skupił się na obrazie studia, Komisji Kontroli Gier i Zakładów, głosie Rembiszewskiego.
“Komora maszyny losującej jest pusta. Następuje zwolnienie blokady.”
Próbował wychwycić liczby na tańczących kulkach, które dadzą mu zwycięstwo, majątek, wolność i… nic. Zupełnie nic. Kropli potu na czole. Strużki krwi z nosa. Kapcia w ustach. Wizji, podpowiedzi.
— Bieda — zmielił pod nosem. Durna szwabska moc. Żydowska, na pewno przyniosłaby kasę. — W dupę se ją wsadźcie.Zawiedziony ruszył przed siebie.
-
cześć 3
Krzysiek patrzył na Paulinę a na samą samą myśl, że znów miałby użyć tego niewidzialnego mięśnia w czaszce obleciał go strach. A co jesli następnym razem pęknie mu jakieś naczynko i dostanie udaru? Albo co gorsza zsika się w gacie na środku ulicy przy koleżankach? Nie miał pojęcia jak działają te moce, ani kto wystawia rachunek za takie sztuczki. Bo musiała być jakaś cena, jakiś drobny druczek. Matka bez przerwy mu powtarzała, że w życiu nie ma nic za darmo. Rzadko się z nią zgadzał, ale w tej kwestii mogła mieć jednak rację.
— Odpuśćmy na dzisiaj. — rzucił do Pauliny widząc w jakim dziewczyna jest stanie. Odprowadził Mikołaja wzrokiem po czym pożegnał się z koleżankami, obiecując, że później przyniesie część ściepy na fotografa.
-
Szarzyzna
Sokołów Śląski, 11:00 - 15:30
Krzysztof i Mikołaj
Mieszkali w sąsiedztwie, poszli razem. Krzysztof ponownie nerwowo zaczął się rozglądać wypatrując matki, księdza proboszcza i moherowych beretów, a dodatkowo od chwili gdy Paulina powiedziała mu co widziała, także Czarnej Wołgi, które w nocy porywała uczennice, a w środku były zombie.
Czarna Wołga. Nawet jeżeli nie była to wołga, ani nawet czarny samochód, to nazwa pasowała.
Pomijając ogólne problemy, to cygańskie problemy tym razem nie dały o sobie znać i droga do domów minęła spokojnie.
Krzysztof
Pierwszy oddzielił się Krzysztof, do sąsiada poszedł trochę naokoło, żeby tylko nie być widocznym ze swojego domu. Ta piwnica miała osobne wejście z zewnątrz. Krzysiek pchnął pomalowane olejną farbą drzwi i znalazł się w czarnym (od koloru ścian) królestwie sąsiada, gdzie zapach papierosów był jak najbardziej wyczuwalny. Od razu na wejściu uderzył go heavy metal wydobywający się z tonsilowskich głośników. Tego zespołu jeszcze nie znał.
Marek Koza zauważył go, ale pochłonięty muzyką nie odezwał się do niego. Dopiero po minucie zatrzymał odtwarzanie kasety i przywitali się.
- Co to? - Krzysztof wskazał na wieżę Unitry, w domyśle "co to za zespół".
- Manowar. O co chodzi, tatuaż ci się paprze?Mikołaj
W domu już był jego brat, samochód stał na podjeździe. Zamknął psa i wszedł do domu. Jeszcze w przedpokoju słyszał, że w kuchni jest kilka osób, zaraz też rozpoznał że koleżanki babci wpadły na kawę. Babcia miała wiele koleżanek czy przyjaciółek, ale Mikołaj nie kojarzył wszystkich, niektóre były stałymi gośćmi, inne widział tylko raz. Teraz w kuchni były dwie: pani Marysia, sąsiadka z domu naprzeciwko oraz inna kobieta, której w ogóle nie mógł sobie przypomnieć. On ich nie widział, one nie widziały jego. Stanął w pół kroku, gdy tylko odezwała się ta druga:
- (...) Krzysztof to dobry, grzeczny chłopiec.
- A do której klasy już chodzi? - zapytała pani Marysia.
- On już jest w pierwszej klasie liceum.
- O, to może się zna z moim wnukiem, on też właśnie poszedł do liceum - babcia włączyła się do rozmowy.
- A ma jakąś pannicę na oku? - pani Marysia drążyła dalej.
- Ależ nie, Krzysztofowi nie takie rzeczy w głowie. On będzie księdzem - w jej głosie Mikołaj usłyszał prawdziwą pasję.Mikołaja lekko zamurowało. Nie wiedział, czy w równoległej klasie jest inny Krzysiek, ale ten z którym właśnie urwał się z lekcji, był chyba ministrantem, miał tatuaż, znał Marka Kozę, zrywał nauczycielkom spódnice i na dodatek siedział w jednej ławce z Piotrkiem. Czy ta tam to była jego mama? Przecież musiała być w wieku mniej więcej babci Teni!
Paulina i przyjaciółki
Paulina i Kasia uzgodniły, że na razie nie będą wtajemniczać Magdy w to co się wydarzyło - Magda jeszcze na początku spasowała i niczego nie widziała. Dziewczyny poszły do domu Pauliny. Jak się można było spodziewać, nie było tam nikogo.
- Dobra, zróbmy tak - Paulina zamknęła za Kasią drzwi - idę pod prysznic, w kuchni w pudełku przy chlebaku są pieniądze, znajdź dychę, dobrze? - Ne czekając na odpowiedź pobiegła na górę. Najpierw do pokoju, po świeże ubrania, potem do łazienki.Gdy skończyła suszyć włosy z dołu usłyszała rozmowę. Zbiegła na dól i zobaczyła w kuchni tatę. Kasia wielokrotnie bywała u niej w domu wiec on ją znał. Czy zobaczył ją, jak bierze pieniądze?
- Cześć córeczko. Nie powinnyście być teraz w szkole? - zapytał tata. Pytanie o pieniądze nie padło, a samo pytanie nie było wyrzutem. Ale Paulina była pewna, że tata zobaczył jak Kasia bierze pieniądze.Alicja
Zauważyła, jak po drugiej lekcji Paulina z Kasią i Magdą oraz Krzysiek i Mikołaj nie wrócili do klasy. Lekcja polskiego była omawianiem co ich czeka oraz wpisywaniem do zeszytu dyktowanej listy lektur, z których pierwszą mieli przeczytać do końca września. Na Alicji podstarzała nauczycielka w tlenionych włosach nie zrobiła dobrego wrażenia.
Żal jej było Adama, którego nie było w ogóle na tym skrawku pierwszej lekcji. Chłopak był cały przybity, był przeciwieństwem tego wyluzowanego szaleństwa które widziała wczoraj wieczorem. Na przerwie przed matematyką (musieli przejść do innej sali) zagadnęła go o to. Wyszło na to, że ten nieprzyjemny policjant, komendant, jest ojcem Adama, i że Adam dostał szlaban do końca tygodnia za to, że poszedł bez zgody do klubu Miami. Alicja czuła, że to jest coś więcej niż szlaban, ale po minie Adama było widać, że lepiej będzie tego nie drążyć.
Mikołaj
Wyrobił się na tyle szybko (albo wolno) że był ponownie w szkole przed szóstą lekcją. Na spokojnie na planie lekcji odczytał, w której sali to będzie. Plastyka. Jak się można było spodziewać, tego dnia na lekcjach było tylko gadanie, wprowadzenia do przedmiotów itepe. Nudy. Niewiele stracił.
Wyjątkowo usiadł w ławce z Piotrkiem.
- Jak było na matmie? - Mikołaj pamiętał o rozdartej spódnicy nauczycielki.
- Spokojnie, matematyczka cały czas siedziała sztywno za biurkiem. Ale spódnicę miała zszytą. Teraz ty, co się tam stało?
- Gdzie? - Mikołaj udawał że nie wie o co chodzi.
- No z Aśką.
Mikołaj w konspiracyjny sposób nachylił się do "Buchaja":
- Czarna Wołga.
Zgodnie z przewidywaniami Piotrek parsknął zduszonym śmiechem, biorąc to za żart.Alicja i Mikołaj
Po ostatniej lekcji (gdy Alicja była już myślami na wrotkach, bo nic im przecież nie zadano) dopadł do niej Mikołaj:
- Cześć, słuchaj, Paulinie udało się załatwić błyskawiczne wywołanie zdjęć z Miami. Będą gotowe dzisiaj wieczorem. Odbiór o osiemnastej. Idziesz z nami? Wszyscy składamy się po tych kilka złotych.
EDIT: usunięcie Magdy.
-

Mikołaj Pogorzelski
Pierwotnie nie zamierzał wchodzić do domu. Potem uświadomił, że wyzbył się Frugosa, a Hobbit musi zrobić kolejne “z powrotem”, w warunkach postępującego przesuszenia ogniem Góry Przeznaczenia. Brat był, ale siedział na piętrze. Za to babcia? Nono, jak nikt nie patrzył oddawała się spotkaniom towarzyskim z brydżem i likierkiem. A bardziej spirytusem. Spirytus Santusem. Wyszło, że Krzychu jest z rodu dewoty co krzyżem leżała przed spreparowaną Maryjką. Łzami płaczącej krwią Pogorzelskiego. Ale jaja i to była jego matka a nie babka. Księdzem byłby zacnym. “Odrzućcie dobra doczesne. Zrzućcie szaty i żyjcie jak w raju. Czekajcie, pomogę, trrrrrrr”.
Wypadły tylko trzy, Polski, matma i chemia. Dość ważne dla biedaka, który musiał własnymi rękami dorobić się pierwszego miliona. Na plastyce spisywał z pożyczonego od Daniela zeszytu listę lektur i inne dyrdymały, odnotowując, że będzie trzeba w miarę szybko polecieć do biblioteki, nim wszystkie egzemplarze wyjdą. Kolega bazgrolił nie gorzej od niego, lecz innym typem hieroglifów. Z górnego biegu Nilu. No i gdzie dajesz “oko Ra”, zmokły papirusie? “Ankh” z początku zdania? Analfabetyzm, ale nie wybrzydzał. “Mamo, mamo, potrzebna bibułka i farbki na jutro”. Akcesoria artysty malarza też skrupulatnie wyłapywał ze słów nauczycielki, by potem nie truć dupy z wieczora o dwudziestej drugiej. Nie oblać przedmiotu i zostać kolejnym niespełnionym akwarelistą.
Na angielskim miał już ogarnięte zaległości, to zaczął kminić. Pomiędzy “maj nejm is szur nie nejtiw spiker”, and “tudejs topik is…”. A może by tak pojechać do szpitala? Spróbować uzdrowić matkę Asi? Wypytać o szczegóły? Tylko A - połer mógł mieć ograniczenia zasięgu wokół zamku, nie łapał przykładowo totalizatora sportowego… bądź przyszłości. B - kobiecina tak szybko dostała w dyńkę, że nic nie zarejestrowała. Zamiast po omacku błądzić po Falkensteinie, najpierw by wypytać kumpla Wrony? Tego się złapał, a nim wszyscy rozeszli się po ostatnim dzwonku, w oko wpadła mu Alicja.
— Cześć, słuchaj, Paulinie udało się załatwić błyskawiczne wywołanie zdjęć z Miami. Będą gotowe dzisiaj wieczorem. Odbiór o osiemnastej. Idziesz z nami? Wszyscy składamy się po tych kilka złotych.
Łańcuszek szczęścia. Dawaj kasę, wyślij wiadomość do dziesięciu osób, albo twój chomik… UMRZE. W sumie nie wiedział czemu zagadał? Jakiś spontaniczny odruch. Być może chciał ją wkręcić w temat, bo widział jak na dysce się razem bujają. Może nie groziło jej inne niebezpieczeństwo poza krzywą brukówą i chciał to rozszerzyć o voodoo zombie esesmanów?
Siedząc w domu nad talerzem ogórkowej, wertował tomiszcze książki telefonicznej. Bałecki, Bałkłarzański, Bałwański… Adresu i numeru domowego Bałuckiego nie było. Typ musiał pochodzić spoza Sokołowa. Dojeżdżał, albo nocował w jakim pensjonacie dla roboli. Znalazł tylko kontakt do Polskiej Pracowni Konserwacji Zabytków, instytucji dla której pracował. Przeniósł się w pobliże stacjonarnego aparatu przy końcu przedpokoju. Usiadł na schodku, przeczesał włosy, układając rozegranie konwersacji.
— Dzień dobry — obniżył głos by wydawał się bardziej dorosły i poważny. — Czy zastałem magistra Bałuckiego?
Kobieta po drugiej stronie brzmiała, jakby wybijała jej godzina, szykowała się do domu i nie zamierzała zostać w pracy ani chwili dłużej.
— W sprawie ekspertyzy drewna parkietu. Poza obiektem? A czy może mi pani powiedzieć, gdzie mógłbym go zastać?
— To chuj ci w dupę, stara — to już powiedział do odłożonej słuchawki. — Ja tu na deszczu, wilki jakieś!
Pomachał wyprostowanym środkowym palcem w kierunku telefonu, wywołując skonsternowane spojrzenie brata, który cały czas obserwował go znad kotleta w kuchni.
— O, siema — Mikołaj się przywitał. Zaabsorwowany, nie zauważył wcześniej niemego, bo napchanego mizerią, świadka. — Jak ta polska kinematografia wulgaryzuje młode pokolenia.
Nie wysiedział. Musiał co zrobić. Poszedł szukać Poganina. Nawet jak żadnego planu nie ułożą, pocieszy się darciem z niego łacha, “Darciem łacha”.
-

Paulina Kwiatkowska
Dziewczyny przez pewien czas szły w milczeniu. Im dalej od miejsca zbrodni, tym lepiej się czuły, spokojniej. To co się wydarzyło nie mieściło się w głowie żadnej z nich. Dotychczas ich jedynym problemem była szkoła, chłopcy, ciuchy i imprezy. Dzisiaj dowiedziały się, że jedną z nich spotkało nieszczęście. Kilka minut temu zaś zorientowały się, że drugą nękają jakieś niezrozumiałe wizje.
— Słuchaj… Co do tego…
Paulina nie wiedziała jak zacząć. Długo zbierała myśli i miała po części przygotowaną wypowiedź, ale gdy już otworzyła usta, składnia zdań, którą przed chwilą ułożyła, rozjechała się z braku logiki.
— Ty to w ogóle kontrolujesz?
Kasia przeszła do konkretów. Szła jednak cały czas przed siebie i też tam miała skierowany wzrok.
— To znaczy… Ja…
— Do jasnej cholery, Paulina, przestań się jąkać!Kasia zatrzymała się. Paulina od razu zrobiła to samo. Spojrzały na siebie. W oczach Kasi widać było pewność siebie, zawziętość, jakby była nie do powstrzymania. Paulina zaś przypominała zbitego kundla, którego ktoś dodatkowo oblał wiadrem wody.
— Nie wiem. Dziś pierwszy raz mi się przytrafiły te rzeczy. Same.
— Czyli nie kontrolujesz — stwierdziła konkretnie Kasia.
— No… Raczej nie. To chyba… tak samo. Ale serio, czułam się jakbym tam była, jakbym… Weszła w umysł jednej osoby, która tam była i przez chwilę też była… Nią.
— Ale posrane. Przykro mi.
— Co? Czemu?
— Bo nie masz na coś wpływu. Nienawidzę nie mieć wpływu na to, co się wokół mnie zaczyna dziać. Na myśli, czyny, sytuacje.. nawet ludzi. Wiesz, to co się stało z Asią dotknęło i zaskoczyło nas wszystkich, ale teraz rozumiem, czemu ciebie bardziej. Czemu zemdlałaś, wtedy w szkole.Paulina jedynie kiwnęła głową. Ponownie ruszyły przed siebie, idąc razem równym krokiem. Nastolatka wciąż się bała, że w pewnym momencie Kasia ją wyśmieje. Dlatego serce niemal wyskoczyło jej zza żeber, gdy ta kontynuowała.
— Jakbyś mi powiedziała, że masz moce, to bym cię wyśmiała. Ale skoro mówisz, że coś widzisz i nie możesz tego zatrzymać… to już inna rozmowa. Widziałam cię, Paula… I to nie było udawane. Wierzę ci.
Kasia zerknęła ukradkiem na przyjaciółkę i uśmiechnęła się półgębkiem.
— Powiem więcej. To jest dla mnie bardziej wiarygodne, niż to, że twój brat dostał kontrakt na koncert w Bolesławcu.
Obie parsknęły śmiechem. Chyba tylko Kaśka nie wierzyła w te wszystkie historie na temat Michała, jakie Paulina sprzedawała ludziom wokół.
Kiedy dotarły do domu plan był już bardzo prosty. Paulina potrzebowała się umyć i przebrać, zdobyć jakieś zaskórniaki, potem zastanowić się czy mogą zrobić więcej. Kasia przez chwilę nieobecności koleżanki miała po prostu poszukać naczynia z oszczędnościami. Pech chciał, że miejsce wskazane przez Pauline było pozbawione jakiegokolwiek słoika czy pudełka. Były tam tylko talerze.
— Nosz cholera!
Stojąca na krześle z jadalni Kasia grzebała w górnej szafce kuchennej, gdy nagle kątem oka dostrzegła stojącego w progu ojca Pauliny. Zaskoczona podskoczyła gwałtownie i zamknęła z hukiem szafkę.
— Ale mnie pan przestraszył!
— Dzień dobry, Katarzyno.
— Dzień dobry…Kasia uśmiechnęła się i zeszła z krzesła, otrzepała ręką siedzisko, które wydeptała butami.
— A pan w domu?
— A ty nie w szkole? Paulina jest?
— A na górze… Wie pan, tragedia się stała.
— Doprawdy?Marek odłożył swoją torbę na podłogę obok siebie, dając znać Kasi, że chętnie ją wysłucha.
— Asię porwano. Jej mamę pobito.
— Jezu… Jak to?Marek się zaniepokoił. Kasia widziała, że wygrywa bitwę na “a ty nie w szkole?”
— No, wczoraj, wieczorem. Paulina zemdlała na apelu jak usłyszała.
Tym razem Marek milczał, jakby uznał, że jej córka lekko przesadziła z reakcją. Zupełnie jakby ta była od niej aż tak bardzo zależna. Słuchał dalej.
— Nie będę kłamać, zerwałyśmy się. Żadna z nas nie czuje się dobrze przez to, to początek szkoły więc sam pan wie jak lekcje wyglądają
— No tak, szkoda czasu.
— No właśnie! I tak pomyślałyśmy, że może jakieś kwiaty chociaż kupimy, do szpitala pójdziemy, wie pan… To okropne… Zbiórkę zrobimy, coś się na bazarze zawsze znajdzie…Marek pokiwał głową ze zrozumieniem. Wiedział, że jego żona byłaby oburzona widząc dziewczyny w domu. Zerknął na zegarek i westchnął. Sięgnął do kieszeni, wyciągnął portfel i wyjął dwadzieścia złotych. Dał krok w kierunku Kasi i wyciągnął banknot.
— Kupcie też jakieś czekoladki, choć żadna słodycz nie zamaże tragedii. I Katarzyno, jeśli można…
— Tak?
— Mów nam, gdyby coś było z Pauliną. Zawsze wszystko strasznie przeżywała. Jesteś dla niej wsparciem od zawsze.Kasia uśmiechnęła się szerzej i kiwnęła głową.
— Dziękujemy.
W tym momencie Paulina zeszła z góry, mając jeszcze mokre włosy, ale będąc ubrana w nowe i pachnące ciuchy. Zatrzymała się w połowie drogi widząc swojego ojca.
— Oj…
— Cześć córeczko. Nie powinnyście być teraz w szkole?
— Powinnam, ale…Marek podniósł torbę z podłogi i zarzucił na ramię.
— Katarzyna już mi wszystko wyjaśniła. Ale musisz powiedzieć mamie. Usprawiedliwienie trzeba wypisać, po co ci problemy. Trzymajcie się, dzieciaki. Czas to pieniądz.
Kwiatkowski pomachał dziewczynom i wyszedł z domu. Nastolatki odetchnęły z ulgą. Paulina podbiegła do Kasi zdenerwowana.
— Co ty mu powiedziałaś?! Kasę masz? Widział jak podbierasz?
— Wyluzuj — rzuciła od niechcenia — Powiedziałam o Asi, że kwiaty kupimy jej mamie do szpitala i o, masz. Dwie dyszki — pomachała banknotem.
— Ja pierdziele, ale przypał…
— No, trochę. Ale i tak dobrze, że twojej matki nie było. Ta jak się odpali…
— Wiem, nawet nie gadaj. Idę włosy wysuszyć.
— Luzik.Paulina poszła do łazienki na parterze po suszarkę i została tam chwilę, aby doprowadzić włosy do ładu. Słyszała warkot silnika na podjeździe, a dźwięk ten zaczął się od nich oddalać, co oznaczało, że ojciec pojechał i problem sam się rozwiązał.

Reszta dnia rozmyła się dziwnie szybko.
Paulina próbowała zająć czymś głowę — najpierw włosy, potem szafa, potem bezsensowne przekładanie rzeczy na biurku — ale myśli i tak uciekały w jedno miejsce. Podjazd. Ciemność. Te ruchy. Za każdym razem, gdy zamykała oczy, miała wrażenie, że zaraz znowu to zobaczy.
— Ej — odezwała się Kasia z progu, oparta o framugę. — Nie odleciałaś mi tam znowu?
Paulina pokręciła głową i sięgnęła po gumkę do włosów.
— Nie. Po prostu… nie mogę przestać o tym myśleć.
Kasia westchnęła cicho i weszła do środka.
— To dobrze — rzuciła, siadając na łóżku. — Bo ja też nie.
Na chwilę zapadła cisza.
— Słuchaj — dodała po chwili, już bardziej rzeczowo. — Jak mamy coś z tym zrobić, to musimy działać, a nie się zapętlać.
Paulina kiwnęła głową, choć nie wyglądała na przekonaną.
— Najpierw Kuba — powiedziała w końcu. — Zdjęcia. Może coś tam będzie.
— No — przytaknęła Kasia. — A jak nie, to przynajmniej będziemy wiedzieć, że to ślepa uliczka. Ale mamy, dzięki tobie, jeszcze kilka poszlakPaulina zerknęła na zegarek. Było już po szesnastej. Serce zabiło jej trochę szybciej.
— To co? — zapytała ciszej. — Idziemy?
Kasia podniosła się z łóżka i poprawiła włosy.
— No raczej. — uśmiechnęła się krzywo. — Przecież nie odpuścimy teraz.
— W ogóle... może nie mówmy Magdzie o tym, co się stało na podjeździe? Mam wrażenie, że nie zrozumie.
— Póki co to nasza tajemnica. Oby chłopaki wierzyli, bo jak nie... To już życia nie mająKaśka rzuciła groźbą na pożegnanie, uderzyła pięścią w otwartą dłoń na znak, że jest dla przyjaciółki obrońcą. Paulina kiwnęła głową, sięgając po plecak i wysiliła się na uśmiech. Tym razem wychodziła z domu z zupełnie innym uczuciem niż zwykle. Nie jak na spotkanie. Jak na coś, co może zmienić wszystko.
-

Alicja Filipowicz
- Adam? Wszystko okej?
Alicja podeszła do samotnie stojącego pod ścianą chłopaka. Miał bardziej wychudłą twarz niż zwykle; policzki i oczy jakby zapadły się głębiej, nadając mu niemal trupiego wyglądu, którego dopełniały długie czarne włosy opadające na twarz. Wrażenia nie poprawiała przygarbiona postawa ani uporczywe wpatrywanie się we własne buty. Był zupełnym przeciwieństwem przebojowego Adama, który poprzedniej nocy wparował na dyskotekę w fikuśnej marynarce z zamiarem świetnej zabawy.
Chłopak odburknął coś pod nosem, wyraźnie niezainteresowany rozmową, ale po krótkiej chwili wrodzony urok Alki najwyraźniej rozwiązał mu język.
Zdziwiła się, gdy dowiedziała się, że jeden z policjantów - ten mniej przyjemny - był jego ojcem. Chwilę później okazało się, że na tym niedola Chlebowskiego wcale się nie kończyła.
- Szlaban za “Miami”? Dżizas, współczuję. - Pokręciła głową całkiem szczerze. Sama nie bardzo potrafiła wyobrazić sobie coś takiego. Jej ojciec nigdy nie karał ani jej, ani Jarka, a perspektywa szlabanu wydawała jej się czymś kompletnie abstrakcyjnym. - Ej, nie ma tragedii. Tydzień to jeszcze nie koniec świata. Poza tym popatrz na to z tej strony: szlaban jest strasznie amerykański. Jesteś teraz jak bohater jakiegoś filmu.
W końcu zadzwonił dzwonek, zwiastując początek lekcji. Alicja posłała Adamowi pocieszający uśmiech i nie drążyła tematu. Czuła, że chłopak powiedział jej i tak więcej, niż początkowo zamierzał. Nie miała mu za złe, że nie chciał mówić więcej - w końcu praktycznie się nie znali.
Nie potrafiła jednak pozbyć się wrażenia, że za tym wszystkim kryło się coś więcej. I że miało to sporo wspólnego z faktem, iż ojciec Adama nie sprawiał wrażenia człowieka, z którym chciałoby się mieszkać pod jednym dachem.
Kiedy odchodziła, jeszcze raz obejrzała się przez ramię. Adam nadal stał dokładnie w tym samym miejscu, jakby zapomniał, że zadzwonił dzwonek.
Pozostałe lekcje minęły spokojnie. I potwornie nudno. Alicja zaczęła zastanawiać się, gdzie podziała się cała paczka Kaśki. Żadna z tych dziewczyn nie wyglądała na typowe wagarowiczki, a już na pewno nie pierwszego dnia szkoły.
Dziwnym zbiegiem okoliczności zniknęli również Krzysiek i Mikołaj. O ile po tym drugim można było się czegoś takiego spodziewać - wyglądał na człowieka, który z wagarów zrobiłby dyscyplinę sportową - o tyle Komeda trochę ją zaskoczył.
Co ciekawsze, z całej trójki tylko Mikołaj wrócił jeszcze na lekcje.- Cześć, słuchaj, Paulinie udało się załatwić błyskawiczne wywołanie zdjęć z Miami. Będą gotowe dzisiaj wieczorem. Odbiór o osiemnastej. Idziesz z nami? Wszyscy składamy się po tych kilka złotych.
Dopadł ją zaraz po ostatniej lekcji, kiedy już zbierała się do wyjścia. Marzyła tylko o tym, żeby założyć wrotki i poczuć wiatr we włosach.
Nie spodziewała się ani jego, ani tego, że właśnie wyjaśni zagadkę tajemniczych nieobecności.
- Spoko. Może być. To gdzie się spotykamy o tej osiemnastej? - odpowiedziała niemal odruchowo, znowu zapominając ugryźć się w język. Zupełnie jak poprzedniego dnia z dyskoteką.
Cóż. Słowo się rzekło. Pozostało jej tylko potwierdzić krótkim:
- Będę.
Chwilę później każde z nich ruszyło w swoją stronę.
Resztę popołudnia Alicja spędziła na mieście. Czyli dokładnie tak, jak lubiła najbardziej - na wrotkach.
Bez większego celu krążyła ulicami Sokołowa, aż w końcu niemal odruchowo skręciła w trasę, którą poprzedniego wieczoru wracała z "Miami". Zwolniła dopiero w miejscu, gdzie po raz pierwszy dopadło ją irracjonalne wrażenie, że ktoś idzie za nią.Przez ułamek sekundy wydawało jej się, że ktoś stoi między drzewami. Mrugnęła. Nikogo tam nie było. Rozejrzała się. Nic. Tylko puste chodniki. Kilka samochodów. Szumiące drzewa.
Nie wiedziała nawet, czego właściwie szuka. Może śladów? Może odpowiedzi? A może najbardziej liczyła na to, że nie znajdzie absolutnie nic.
Przez całą drogę nie dawała jej też spokoju sprawa zdjęć. Po co właściwie je wywoływali? I dlaczego zamieszany był w to Mikołaj, skoro praktycznie nie spędzał wieczoru z dziewczynami? Co wydarzyło się po tym, jak wyszła z klubu? I wreszcie… Czy oni wszyscy próbowali na własną rękę rozwikłać zagadkę zaginięcia Asi?
Paulina i jej przyjaciółki jeszcze miały sens - w końcu porwano jedną z nich. Ale Krzysiek? Mikołaj? No i teraz jeszcze ona. Coś zaczynało się składać w całość. Tylko Alicja nie miała najmniejszego pojęcia, jaki obraz ostatecznie z tego powstanie.
W umówionym miejscu pojawiła się jako ostatnia. Zatrzymała się przed grupką rówieśników.
- Brakuje wam jeszcze hipisowskiego busa i doga niemieckiego - zagadnęła, odgarniając włosy z ramion i posyłając im zadziorny uśmiech. - To jaki jest plan? -

Krzysztof Komeda
— O co chodzi, tatuaż ci się paprze?
— Tatuaż? Nie. Wczoraj ledwo mogłem chodzić, ale dzisiaj jest okey. Chyba. Ja w innej sprawie.
Krzysiek klapnął przy stole, na którym sąsiad prowadził sesje do Kryształów Czasu. Marek zapalił papierosa i rozsiadł się na swoim wysłużonym fotelu Mistrza Gry.
— To nawijaj.
— Kurcze, nawet nie wiem od czego zacząć.
— Najlepiej od początku młody.

Krzysiek nie był pewien gdzie zaczyna się początek opowieści. Od szkolnej wycieczki do zamku, od imprezy w Miami, czy może porannej mszy? Postanowił, że zacznie od szkolnego apelu, na którym pojawił się miejscowy komendant.
— Powiedział, że w nocy porwali Asię, moją koleżankę z klasy. A jej mamę pobili i leży teraz w szpitalu w Legnicy.
Koza zamarł z dymem w płucach i pochylił się w fotelu w stronę młodszego kolegi.
— O kurwa. Kogoś porwali? Tutaj, u nas, w Sokołowie?
Chłopak skinął głową.
— Mów dalej.
— Tak się składa, że wczoraj byłem z tą Asią w Miami. Jej przyjaciółka, Paulina przez cały wieczór robiła zdjęcia. Chce je wywołać u typa ze starszej klasy. Obiecałem się dorzucić na odbitki, tylko nie mam z czego. Może ty mnie poratujesz jakimś groszem?
Krzysiek popatrzył na sąsiada bez większych nadziei. Marek z definicji był biedakiem. W Sokołowie nikt nie chciał dać mu roboty, a już na pewno nie po tym jak Kozie przyklepano żółte papiery. Żeby się wywinąć od kamaszy, Marek podczas komisji wojskowej bezczelnie udawał wariata a jego występ przed lekarzami obrósł legendą, która żyła własnym życiem. Komeda słyszał różne wersje wydarzeń, każda równie szokująca i trudna do uwierzenia. Sam Koza nigdy nie potwierdził, która jest prawdziwa.
— A stara?
— Od matki brać nie chcę, bo zaraz się zaczną pytania. Jak się dowie, że po szkole bujam się z dziewczynami to mnie już z domu nie wypuści.
Marek wstał z fotela. Wywrócił kieszenie na drugą stronę. Wyleciała z nich tylko zapalniczka i strzępek bibułki.
— Pomógłbym młody, ale sam widzisz, że jestem pod kreską. Wszystko w tym miesiącu poszło na nowe kostki i kasety.
Krzysiek pokiwał głową i już godził się z porażką, kiedy sąsiad nagle coś sobie przypomniał. Otworzył jedną z szufladek w stole i wyciągnął zmięty banknot. Chłopak przez pół sekundy poczuł ulgę i wdzięczność, zanim dotarło do niego, że z papieru o nominale 100 000 złotych patrzy na niego Moniuszko. Ten sam papier wujek Andrzej z Jeleniej Góry wciskał mu ostatnio do ręki „na lody’.
— Spokojnie, to legalny hajs — rzucił Marek, widząc jego minę. — Fotograf se wymieni w banku i będzie miał dychę.
Krzysiek popatrzył na banknot i oczami wyobraźni zobaczył, jak podaje go dziewczynom, a one patrzą na niego z politowaniem i wybuchają śmiechem. Ale pusta ręka wyglądałaby jeszcze gorzej. Wziął, podziękował i wcisnął zwitek do kieszeni. Nie ruszył się jednak z miejsca. Dopiero po chwili Koza zauważył jego wyraz twarzy i uniósł brew. Ministrant przełknął ślinę i spytał.
— Mogę ci zadać jedno pytanie Marek?
— Od razu mówię, to nie ja narobiłem na wycieraczkę przed drzwiami Chlebowskiego. Kto twierdzi inaczej, po prostu pierdoli głupoty. Nie lubię psów, ale to nie w moim stylu.
Krzysiek zamrugał. Nie miał pojęcia o jakiej wycieraczce mówi jego sąsiad.
— Ja nie o tym. Wierzysz w rzeczy, których nie da się wytłumaczyć?
— W sensie fizyka kwantowa? Teorie strun?
Chłopak pokręcił głową.
— Chodzi mi raczej o duchy, czary, albo…zombie. Wierzysz w takie rzeczy?
Marek usiadł z powrotem w fotelu. Dmuchnął mu dymem prosto w twarz a potem uśmiechnął krzywo.
— Bardziej niż w moje sto baniek od Wałęsy. A czemu pytasz?
Krzysiek zaczął mówić. Mówił szybko, bo bał się, że za chwilę straci odwagę i urwie w połowie. Opowiedział o habicie siostry Faustyny i matematyczce. O Paulinie lewitującej na apelu i jej wizjach na podjeździe przed domem Asi. O Mikołaju i jego teoriach. Cały czas czekał, aż Marek parsknie śmiechem albo puknie się w czoło, ale sąsiad tylko słuchał. Gdy Krzysiek doszedł do końca, Koza znów zaciągnął się szlugiem a cisza w piwnicy ciągnęła się niemiłosiernie.
— Czyli twierdzisz — zaczął ostrożnie Mistrz Gry z Sokołowa — że potrafisz podrzeć komuś ciuchy, samą myślą, bez dotykania. A twoja koleżanka lewituje i widzi rzeczy, które już się wydarzyły.
— Wiedziałem, że mi nie uwierzysz.
— Tego nie powiedziałem. Po prostu zaskoczyłeś mnie dzieciaku.
Marek pochylił się w swoim wysłużonym fotelu, w którym poprowadził dziesiątki niezapomnianych kompanii.
— Pokaż mi. Zrób coś, cokolwiek. Podrzyj mi tę bibułkę, przesuń kostkę, obojętnie. Muszę to zobaczyć.
Krzysiek zawahał się i przygryzł wargę. Chętnie by zaimponował starszemu koledze, ale sama myśl o naciskaniu na ten niewidzialny mięsień w czaszce sprawiła, że robiło mu się niedobrze.
— Wolałbym nie. Pod domem Asi próbowałem i nie wyszło, tylko się spociłem. A Mikołajowi poleciała wcześniej krew z nosa. Boję się, że jak przesadzę, strzeli mi jakaś żyłka i zostanę warzywem.
— Rozsądnie. — Marek skinął głową i już nie naciskał. — Sam bym nie rzucał zaklęć, gdybym wiedział, że moja postać zaraz zginie.
— Masz jakąś teorię skąd się to w ogóle wzięło? — spytał chłopak — Bo ja już nie wiem czy jestem opętany, czy zwyczajnie oszalałem.
Marek długo nie odpowiadał. W końcu podrapał się po karku.
— Diabeł by cię tak tanio nie kupił, dzieciaku. Teorii nie mam, ale jedno ci powiem z doświadczenia. W żadnym systemie magia nie jest za darmo. Zawsze czymś płacisz.
Krzysiek przypomniał sobie Paulinę trzęsącą się pod tujami i nie mógł odmówić mężczyźnie racji.
— Weź takie Kryształy Czasu. Tam mag, żeby rzucić porządne zaklęcie, czerpie z własnej Żywotności. Jak poszarżuje pada na pysk, mdleje, czasem umiera z wyczerpania. A w Warhammerze jest jeszcze weselej, bo każda zabawa z magią to otwieranie furtki dla Chaosu.
Marek strzepnął popiół prosto na blat, nie celując nawet w przepełnioną popielniczkę.
— Lewitacja, telekineza, jasnowidzenie — wyliczał sąsiad na palcach ręki — To są efekty z wyższych poziomów. Dla postaci, które dostają potężny czar już na starcie, Mistrz Gry szykuje zawsze coś kurewsko paskudnego.
Krzysiek przełknął ślinę.
— A kto jest Mistrzem Gry?
Koza spojrzał na niego poważniej niż zwykle.
— No właśnie… Tego nie wiemy. Dlatego nie szarżuj. Nie odkrywaj wszystkich kart naraz. Jak masz moc, to fajnie, ale najgłupsze, co możesz teraz zrobić, to rozpowiadać o tym na lewo i prawo. Zwłaszcza, że ktoś porywa ludzi.
To akurat Krzysiek zrozumiał aż za dobrze, bo Mikołaj ostrzegał go dokładnie o tym samym.
Mimo że Marek nie rozwiązał żadnej z jego zagadek, poczuł się lżejszy, jakby ktoś zdjął mu z pleców worek wypchany cegłami. Sąsiad wysłuchał go bez kpin, głupawych uśmieszków czy straszenia egzorcyzmami. Traktował go jak równego sobie. Komeda podniósł się z krzesła i posłał sąsiadowi pełne wdzięczności spojrzenie.— Okey, chyba wszystko jasne. Dzięki Marek.
— Uważaj na siebie, młody. W razie problemów, wiesz gdzie mnie szukać
Chłopak kiwnął głową, pchnął drzwi piwnicy i ruszył naokoło, żeby przypadkiem nie mignąć matce w oknie.
-
Szarzyzna
Sokołów Śląski, godzina 17:00, TVP 1
Wtorek 2 września, Maciej Orłoś witam w Teleexpressie (...)
- Porwanie nastolatki w Sokołowie Śląskim na Dolnym Śląsku. W nocy z pierwszego na drugi września doszło do napadu i porwania dziewczynki z samochodu jej rodziców. Zaatakowana matka nastolatki odniosła obrażenia i obecnie przebywa w szpitalu. Jej stan lekarze określili jako stabilny i nie zagrażający życiu (...)Nagranie z Sokołowa, reporter TVP stoi przed komendą policji wraz z komendantem Janem Chlebowskim (wyświetlone na pasku):
- Do zdarzenia doszło pod domem poszkodowanej.
- Co widzieli świadkowie?
- Zeznania świadków nie naprowadziły nas na porywaczy.
- Wiadomo kto stoi za porwaniem? Czy porywacze zażądali okupu.
- Policja monitoruje sytuacją, jak dotąd nie zażądano okupu, co do tożsamości sprawców jest prowadzone śledztwo.
- Czy będą kolejne porwania?
- Niczego nie mogę wykluczyć, ale obraz grasujących psychopatów jak na zachodzie jest mocno przesadzony i zdaniem policji mija się z prawdą.
- Dziękuję za rozmowę. Wraz z policją z Sokołowa Śląskiego sprawę prowadzą przydzieleni funkcjonariusze śledczy z Komendy Wojewódzkiej Policji.
(...)O ile porwanie nie było znane wszystkim mieszkańcom Sokołowa, to teraz już na pewno było. Jutro będzie o tym w gazetach: Wyborczej, Legnickiej, Wrocławskiej, Nowinach Jeleniogórskich jak i innych regionalnych i krajowych.
Sokołów Śląski, godzina 18:00
Nie zwrócili na to uwagi wcześniej, to jednak teraz nie sposób było tego przeoczyć, że Kuba mieszkał na drugim brzegu rzeki, po tej samej stronie co zamek, ale nie przy samym zamku. Stojąc przed jego domem (zaniedbana trzykondygnacyjna poniemiecka kamienica z odpadającym tynkiem) widać było dach zamku przebijający się nad drzewami.
Na śmierdzącą klatkę schodową weszli bez problemu, drzwi były otwarte, zapukali do właściwych drzwi mieszkania (przycisk dzwonka wyglądał tak, jakby chciał ich porazić prądem). Otworzyła im kobieta, pewnie matka Kuby:
- Tak?
- Dzień dobry, my do Kuby.
- Kuba jest nadal w swojej szopie na podwórzu, trzecia od lewej, to ta obita papą.
- Dziękujemy - i wszyscy ruszyli schodami na dół, na podwórze, nie różniące się wiele od innych podwórzy w miasteczku.
Szopa stała w rzędzie innych szop, garaży i altanek, mniej lub bardziej prowizorycznych. Znalezienie właściwej nie było problemem. Drzwi były zamknięte, nie było okien, ale stalowy płaskownik mający dodatkowo zabezpieczać drzwi przed włamaniem był opuszczony i nie było na nim kłódki. Zapukali, tym razem mocniej.
- Kuba! To my!
Chłopak z trzeciej klasy otworzył drzwi.
- Mówiłem że lepiej o dziewiętnastej, odbitki jeszcze schną. macie pieniądze?Zapłacili, Krzysztof nie odważył się wcisnąć starego banknotu, na szczęście nie był potrzebny. Kuba od razu oddał Paulinie aparat i prosił żeby jeszcze poczekać. W jego szopie paliła się normalna żarówka, mogli zobaczyć stoły (zbieranina różnych), na nim plastikowe kuwety, butelki z chemikaliami i urządzenie wyglądające dla niektórych jak część od szpitalnego rentgena. Albo coś z bazaru, co ktoś przywiózł z byłego Związku Sowieckiego. Co bardziej uważni widzieli pod sufitem jeszcze jedną, czerwoną żarówkę, co już bardziej odpowiadało wyobrażeniom ciemni fotograficznej skąpanej w czerwonym świetle.
Nie musieli czekać długo, już po kilku minutach (Mikołaj wykorzystał ten czas żeby drzeć łacha z Poganina, oczywiście odchodząc kilka metrów dalej, żeby reszta nie słyszała). Kuba dał im zdjęcia w prowizorycznej kopercie ze zwykłej kartki. Były tam i odbitki, jak i pocięte na krótsze odcinki negatywy.
- A tak w ogóle niezły efekt uzyskałaś, bo to nie jest feler aparatu - powiedział Kuba do Pauliny, dając jej zdjęcia, ale po chwili się spłoszył - ale oczywiście nie musisz się swoim sposobem dzielić.Po chwili zdjęcia zaczęły krążyć z rąk do rąk. Kuba (Renata mówiła, że jest trochę dziwny) na spokojnie zamknął swoje królestwo i zostawił ich samych. Zdjęcia były intrygujące i niepokojące. Nie znaleźli tam nikogo, kto by wyglądał na porywacza albo się interesował Asią. Nawet te dresy, co zaczepiły Adama a załapały się na jedno, lekko rozmazane ujęcie, nie byli ciekawi. Wyglądali normalnie i skupiali się na bramkarzu i na Adamie.
Problemem była sama Asia. Na zdjęciach nie była normalna. Była w negatywie. Ale jej ubrania wyglądały normalnie. Przejrzeli też pod zachodzące słońce negatywy. Tam, zgodnie z logiką, wszystko było negatywem. Oprócz Asi, która to tam wyglądała tak, jak wyglądać powinna na normalnym zdjęciu.

Do tego Paulina, Krzysztof i Mikołaj (załapał się na kilka zdjęć) mieli wokół siebie dziwną poświatę. W sumie mogli się czegoś dziwnego spodziewać. Ale nie to była tutaj ważne. Taką samą poświatę miał wokół siebie Adam. Oraz Alicja. Inne osoby na zdjęciach wyglądały zwyczajnie, łącznie z Kasią, Magdą i kilkoma innymi osobami z klasy, które też tam były.
Alicja dosłownie czuła wzrok reszty na sobie.
EDIT: grafika powstała we współpracy z @nami
-
Paulina, Magda i Kasia wpatrywały sie w zdjecie jak sroka w gnat. Jeszcze ten tekst Kuby o niespotykanym efekcie i tajemnicy jak powstał sprawił, ze w ogóle nie bardzo rozumiały co sie tu stalo.
— Czyli ona juz przepadła a my jesteśmy następni? — Wymamrotala Paulina. — Emm… Kuba… To na pewno dobrze sie wywołało? Dziwnie wygląda.Kasia nie do końca byla przekonana, co do jakości zdjec, wiec wywołała osobę, która powinna znać sie na tym najlepiej.
— Ej, a co jest z wami nie tak, ze swiecicie? I czemu Aśka to w ogóle swieci, ze ojacie? — Magda wziela zdjecie do ręki i zaczela patrzeć na nie pod różnym kątem wyraźnie zdziwiona.
Kuba zawrócił na pięcie.
— Nie, z wywołaniem jest wszystko w porządku, film i aparat też były w porządku.Patrzyli na niego domagając się dalszych wyjaśnień.
— Gdyby coś było z tym nie tak, to ta wada byłaby na wszystkich zdjęciach dokładnie w tym samym miejscu, ale ten błąd cały czas się przesuwa, jest tylko tam, gdzie ta dziewczyna.Wziął od nich zdjęcia i znalazł takie, na którym nie było Asi.
— Gdyby to był błąd, to i to zdjęcie miało by tą wadę. Dlatego się pytałem, jak to zrobiłaś, ja nie mam dla tego wyjaśnienia. Na odbitce nie może wyjść negatyw, a na negatywie.Oddał zdjęcia i wziął jeden z pasków z wywołanym filmem.
— Nie może wyjść pozytyw, czyli to, co chcecie mieć na odbitce. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Tej poświaty wokół was też nie, to nie jest prześwietlony film ani brudny obiektyw, ten efekt jest cały czas przyczepiony do was. I jeszcze do niego — palcem wskazał Adama, którego teraz z nimi nie było.Wychodziło na to, że to nie wina zdjęć. Albo inaczej - aparat uwiecznił coś, co nie jest widoczne gołym okiem. Asia wyglądała wczoraj zupełnie normalnie, podobnie jak nikt z nich nie świecił jak po Czarnobylu.
Krzysiek patrzył na zdjęcie ponad ramieniem Magdy i czuł, jak robi mu się zimno. To nie mógł być przypadek ani partactwo Kuby. Coś się z nimi stało, a poświata, która ich otaczała w Miami stanowiła koronny dowód. Zostali naznaczeni. On, Paulina, Mikołaj, a nawet Alicja i Chlebowski. Z Asią też stało się coś strasznego. Od razu przypomniała mu się matka. Chociaż chodził wtedy do przedszkola do dziś pamiętał jak próbowała wciskać mu na łyżce ten obrzydliwy płyn. Lugola, tak się chyba nazywał. Krzesiek darł się, płakał, kopał ale Helena Komeda niczym rzeźnik wlewała mu lek do gardła.
— Chcesz świecić na zielono Krzysiu? Chcesz, żeby wyrosła ci druga głowa? Nikt się nie będzie chciał z tobą bawić w przedszkolu! — groziła.Krzysiek wtedy niewiele z tego wszystkiego ogarniał, nie wiedział, że na Ukrainie wybuchł reaktor atomowy. Dopiero gdy był starszy a matka wracała wspomnieniami do tamtej katastrofy zaczął rozumieć, że chciała go ratować przed promieniowaniem.
— Czy to możliwe, że jestem popromiennym mutantem? — pomyślał przerażony. Może gdzieś w Sokołowie składują radioaktywne odpady? Nie powiedział jednak tego głośno, dalej wpatrując się w zdjęcie z imprezy.Alicja przysłuchiwała się rozmowie, przyglądając się szopie, przed którą wszyscy się zgromadzili. W dłoniach trzymała niewielki pęk kilku kluczy z prostym brelokiem, którymi bezwiednie się bawiła, przekładając z jednej dłoni do drugiej. Ostatecznie jej wzrok padł na omawianą fotografię, trzymaną przez Magdę.
— Słuchajcie, być może coś w tym jest — zagadnęła, podchodząc bliżej. — Obiektyw aparatu zdaje się widzieć więcej, ale efekt widoczny jest dopiero po wywołaniu. Te zdjęcia zrobione zostały wczoraj, a dopiero dzisiaj je wywołaliśmy. To dosyć szalona teoria, ale co jeśli prześwietlona Aśka to znak, że ona była pierwsza?Alicja zamilkła na chwilę, bo dotarło do niej jak szalony i kompletnie z kosmosu był to pomysł. Czuła jednak, że z jakiegoś powodu nie było to wcale najdziwniejsze, co pozostali dzisiaj usłyszeli lub czego doświadczyli.
— Masz tutaj jakiegoś polaroida? — zapytała Kubę. — Jak nie masz, to mój ojciec kiedyś miał, pewnie leży nieużywany gdzieś na strychu… Moglibyśmy zrobić sobie fotkę i zobaczyć czy ktoś ma podobny efekt.Kuba przecząco pokręcił głową.
— Nie mam polaroida.Pogorzelski wiedział o wywoływaniu tyle co zobaczył w telewizji. Potrzebne były wanny z dziwną cieczą, sznurki, na których suszył się papier fotograficzny, no i specjalna żarówa. Żeby nie prześwietlić, bo szkoda wysiłku włożonego w pół godzinne stanie w bezruchu, gdy stary poprawiał pokrętła w aparacie. Potem zdziwiony, że matka na zdjęciach zabijała wzrokiem. Przeważnie czerwonym.
— Odjazd — wpatrywał się w fotę, trzymaną przed sobą obiema rękami. To bliżej, to dalej. — Mamy aureole jak święci z księżulowych obrazków. Nowy, lepszy święty Mikołaj. Rózga dla każdego.Adama się spodziewał. Alicja maskowała się najlepiej ze wszystkich. Zgodził się z mistrzynią w chowanego.
— Polaroid byłby świetny — przytaknął. Znalazł już dla niego kilka zastosowań, o których nie chciał głośno mówić przy kolejnym postronnym. Jeszcze spalą mu budę, a jego razem z nią. Wystarczy, że sami byli zagrożeni.— Asi bym tak nie przepadał, ona jest… jak dla mnie… — nie miał pojęcia jak aparat mógłby nawet coś takiego uchwycić? — W świecie negatywu. Po drugiej stronie lustra. Inaczej się nie klei.
Alicja spojrzała na Mikołaja, unosząc lekko brwi. Ta teoria była jeszcze bardziej z kosmosu, niż to co sama wymyśliła chwilę wcześniej. Normalnie roześmiałaby się, postukała w głowę i odeszła jak najdalej od takich czubków, twierdząc, że musieli się zjarać lub być bardzo naćpani. Tym razem jednak coś mówiło jej, że to wcale nie efekt przepalonego zielskiem mózgu. Nie tylko fakt, z jaką powagą i przejęciem podchodzili do tego Mikołaj, Krzysiek, Paulina i jej przyjaciółki, ale też pozostałe elementy układanki sprawiły, że Alicja zrozumiała, że to wszystko nie jest żartem.
— Dzięki za fotki. Będziemy pamiętać, żeby o tobie wspomnieć, że pomogłeś w szkolnym projekcie — powiedziała do Kuby, widząc, że pozostali z jakiegoś powodu nie chcą go wciągać w zbyt wiele. Chciała ukrócić więc temat i zmylić chłopaka, by nie nabrał podejrzeń.— Może Paulina kiedyś podzieli się swoim fotograficznym sekretem — dodała, spoglądając wymownie na koleżankę.
Alicja liczyła, że wkrótce dowie się więcej. I że wszystko w jakiś sposób łączy się z tym, że poprzedniej nocy ktoś ją śledził. I jeszcze ten kubek…
— A ten? Gdzie i kiedy najlepiej cię łapać, gdybyśmy chcieli sprawdzić jeszcze kilka efektów? — Mikołaj podchwycił, ustawiając się z Kubą, przyszłościowo i ewentualnie.
Gdy odsunęli się nieco od wywoływacza, pozostawiając go jego szopie i autyzmowi, wyszczerzył się do wrotkary, bodnięty uniesioną brwią niedowierzania.
— Łi’r all mad here, Alice — koślawo cytował, bo starał się przy tym nie zdjąć ani na chwilę uśmiechu kota z Cheshire. — Podążaj za białym królikiem.Czasem warto za nim pobiec. Być znowu jak dziecko i w nic nie wątpić. Jak w bazie ekspedycji po amazońskiej dżungli, zrobionej z foteli i kocy. Na poszukiwaniach zaginionej arki.
— Na moje, strzelić dziadzię i przydupasów — zawyrokował wskazując aparat. — Niby wszystko się bierze z zamku. Oni są z zamku. Sprawdzić ich aury, ocenić czy też… no wiecie.Trącił dziwną Asię na zdjęciu.
— No i może to się zmienia, myślicie, że się zmienia? Wczoraj chodziła zupełnie po ziemi. Gdy ją odwiedzą, wejdą w negatyw? Byłaby pewność.Paulina wpatrywała się jeszcze chwilę w zdjęcie, marszcząc brwi.
— To nie zaczęło się w Miami… — powiedziała w końcu cicho. — My byliśmy tam razem, ale wcześniej… byliśmy też na zamku.
Uniosła wzrok na resztę.
— I tylko część z nas świeci.Kasia zmrużyła oczy, patrząc na zdjęcie.
— Byliśmy w dwóch miejscach — rzuciła. — Miami i zamek.
Wzruszyła ramieniem.
— W Miami była połowa miasta. Na zamku już nie.Na chwilę zapadła cisza. Paulina znowu spojrzała na zdjęcie Asi.
— Czyli to tam coś się zaczęło. Ktoś lub coś nas wybrało i… Chyba będzie zgarniać po kolei. Musimy codziennie robić sobie zdjęcie, aby wiedzieć czy coś się zmienia. A te aktualne, grupowe, sobie zostawię. Gdyby ktoś z nas… Zniknął… Może coś się na nim zmieni też.Potem przeniosła wzrok na Mikołaja
— Myślę, że to dobry trop, skoro zdjęcia potrafią obnażyć, że “coś” jest nie tak, możemy pójść na zamek aby po prostu porobić zdjęcia. Ale czy zastaniemy tam tego dziada? Nie wiem, nie przesiaduje tam przecież… Ale chyba warto pójść, tylko, że dziś już za późno, nie będzie tam ludzi. Możemy przejść obok, cyknąć kilka zdjęć jeśli jest jakaś ochrona i wrócić do domu. Ale musielibyśmy ciągle zbierać kasę na wywoływanie tych zdjęć.Paulina sięgnęła do kieszeni i wyjęła jeszcze resztę pieniędzy, która jej została ze zbiórki.
— Trochę jeszcze mamy, na jedno wywoływanie wystarczy.Pogorzelski nie był Hannibalem, a nadchodził czas na muzyczkę z “Drużyny A”. Spawanie, cięcie i wdrożenie genialnego planu pułkownika. Zresztą, zawsze wolał Murdocka.
— Farba — wystrzelił. Człowiek-biedrona służył za muzę. — Noście puchę farby. Gdy spróbują porwania, oblejcie się. Wszystko w farbie. Wy, oni, chodnik, samochód i macajcie łapami każdą ścianę, drzwi, powierzchnię.Codzienne wypatrywanie na zdjęciu czy kto znika? To zbyt wiele co mógł zaoferować, tyle to nie. Konieczne były działania zaczepno-obronne.
— Ciągną ofiary na zamek? — drugie co wymyślił, z rzeczy tanich i nawet bezpiecznych dla psotnika. — Wysypać podjazd Falkensztajnu kolcami. Takimi co to zawsze jeden w górze. Merol uziemiony, porwania trudniejsze, więcej szans na ucieczkę, reakcję świadków.Nie było tragedii. Powstańcy Warszawscy w młodszym wieku wchodzili na wojenną ścieżkę, z wrogiem liczniejszym, uzbrojonym w czołgi.
— Nóż, warto mieć przy sobie nóż na lamusów — kontynuował. — Niby martwi, ale warto próbować. No i, zakładając, że będą Asi donosić jedzenie i wodę, mam nadzieję. Że jest gdzieś na zamku? Raczej w nocy, gdy mniej ludzi wkoło.Miał jeszcze parę. Ten niósł spore ryzyko, ale też duży zysk.
— Najszybsze — ostateczność, choć może lepiej wdrożyć go, gdy byli jeszcze w miarę w komplecie? Zanim wyciągną ich pojedynczo jak kury na rzeź. — Dopaść starego i wykopać z niego, gdzie i po co trzymają Asię?Krzysiek słuchał tego wszystkiego z narastającym niedowierzaniem. Zdjęcia jako proroctwo, złowróżbna przepowiednia kto zniknie następny. Kiedyś Marek podrzucił mu kilka książek Stephena Kinga, i chłopak teraz czuł się jak jeden z bohaterów jego powieści. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej trzymało się to kupy. Skoro Asia świeciła jako pierwsza i zniknęła jako pierwsza, to reszta pewnie była na liście, tylko w innej kolejności.
— Z farbą i kolcami może być problem — odezwał się w końcu. — Zróbmy sobie zdjęcie grupowe. Zobaczymy, kto jest w negatywie, i tę osobę zostawimy jako przynętę. Zastawimy pułapkę na tych, co przyszli po Asię.
Popatrzył po wszystkich.
— Nie jesteśmy już bezbronni. Mamy moce. Jak potrenujemy, możemy skopać zombiakom dupsko.— Najgorsze, że oni też — Mikołaj przyjmował poze do foty, w której chciał zostać uwieczniony. — Zobaczycie, Helmut na zdjęciu będzie miał aureolę wielką jak Jezus Krystu, kurwa Zbawiciel.
Zreflektował się. Klepiąc ministranta Krzycha w ramię.
— Sorry stary, bez urazy — wytrzeszczył oczy, wywalił język i ułożył palce w rogi szatana. — Zuoooo!Niespodziewanie do rozmowy włączyła się Magda, jak dotąd cicho stojąca obok wszystkich, tylko w milczeniu oglądając zdjęcia.
— Właściwie to tylko WY macie te moce — zaczęła mocno niepewnie. — I skąd wiecie że Alicja też je ma? Bo aureola? — spojrzała się na Alicję, kryjąc się przy tym niepewnie za plecami zdziwionej tym Kasi. Zupełnie jakby Ala miała ją tu zaraz na miejscu spopielić, albo zamienić w kamień.Alicja odwzajemniła spojrzenie, choć jej mina wyrażała raczej skonfundowanie, niż zamiar zamiany Magdy w kupkę popiołu. Nie odpowiedziała nic z początku, przenosząc wzrok na pozostałych, by w końcu wzruszyć ramionami z lekkim rozbawieniem na twarzy.
— Moce i zombie? Wy tak na serio? — przyjrzała się im, ale chyba żadne z nich nie żartowało. No, może poza Mikołajem, którego potok słów ciężko było pojąć.— Bo chyba zdajecie sobie sprawę jak brzmicie? Jak banda czubków. I okej, fotka jest faktycznie dziwna, Aśka serio zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach i to super dziwne, że jako jedyna jest w negatywie na zdjęciu. No ale zombie z zamku to chyba drobna przesada. Zjaraliście się czymś?
— Jak chcecie fotkę grupową, to oferta Polaroida mojego ojca wciąż aktualna. Czubki. — Alicja dodała po chwili, wciąż przyglądając się im z lekkim rozbawieniem.
Krzysiek spojrzał na Paulinę a potem na Mikołaja. Marek ostrzegał go by nie nadużywał swojej mocy, ale skoro Alicja potrzebowała dowodów, ktoś musiał jej pokazać, że wcale nie żartują i to wszystko jest prawdą.
— Mogę powtórzyć mój popisowy numer z matematyczką. Kto na ochotnika?— Trenuj, trenuj — Pogorzelski ironizował. — Będzie nas gonił voodoo zombie. Zsuniesz mu gacie, se głupi ryj rozwali. A Polaroida chętnie, daleko jest?
-
Szarzyzna
Sokołów Śląski, 2 września, 18:30 – 19:00
Schowaliście zdjęcia i ruszyliście za Alicją. Automatycznie spojrzeliście w kierunku zamku, gdy go mijaliście. Na drodze i przed samym zamkiem nie było widać żadnego samochodu tego hitlerowca, ani też żadnego innego. Tak samo sam park poza terenem ogrodzonym wyglądał na opustoszały. Mikołaj próbował wypatrzyć jakiegoś żulika, ale żadnego nie widział. Choć w sumie wcześniej to można było takiego spotkać rano, jakby w nocy skończył pić gdzieś w ruinach zamku, i idąc przez park zasnął po drodze. Pamiętał też, że przy wejściu na ogrodzony teren, robotnicy ustawili przyczepę Niewiadów, która wyglądała jakby była przeznaczona dla ochrony, albo dla ciecia.
Przeszli przez most. Nikt ich nie śledził, ale trudno było ignorować obecność zamku. Minęli Dom Kultury, zatrzymali się na chwilę niedaleko „Miami” - pod lokalem stały radiowozy, migały niebieskimi światłami. Były to polonezy, czyli policja z Sokołowa. Widzieli, jak policjanci prowadzą kogoś do radiowozu, ale nie widzieli, żeby ten mężczyzna był zakuty w kajdanki. Czyżby ten policjant w szkole naprawdę ich posłuchał? Że to wszystko zaczęło się w „Miami”?
Szli dalej, Ala skręciła jeszcze przed rynkiem, minęli umieszczoną w starej kamienicy bibliotekę miejską, Paulina myślała że idą do niej, ale Ala mieszkała dalej. Dom wyglądał niepozornie, pomijając dobudowany do niego przerośnięty garaż.
I nie byli sami.
Jaro, brat Ali, wraz z kumplami, okupowali schody przed wejściem. Widać było opróżnione butelki po piwie i pewnie jedną po czystej. Wszyscy wyglądali podobnie, niemalże łysi, w dresach z bazarku, jeden miał szalik klubu piłkarskiego „Sokół” z Sokołowa. „Sokół” był, jakby to powiedzieć, kompletnym nielotem, szczególnie po porażce w meczu z „Łużycami” Lubań, i to na własnym boisku. Sześć do zera.
Alicja od razu zauważyła, że jeden z nich, ten który próbował się wczoraj dostać do „Miami”, musiał być naćpany. Zachowywał się inaczej niż inni. Krótko mówiąc, mieli przed sobą czterech osobników, w wieku mniej więcej 20 lat, którym komórki mózgowe przydzielała maszyna losująca. I to oszczędnie. Przy czym Jaro, jej brat, wyglądał na najbardziej trzeźwego z nich wszystkich. I z czego się tu cieszyć?
- A wy co, macie problem?! Spieprzać, nikt was kuźwa nie zapraszał!
- Czekaj, czekaj, dziewczyny mogą z nami zostać, tylko wy, ciule, spieprzać! - butelką piwa wskazał na Krzysztofa i Mikołaja – hej dziunie, chodźcie na kolanka, napijecie się, kurwa, browca.Wśród hitlerowców, porywaczy-zombie i mocy magicznych w Sokołowie poruszały się inne dwunożne problemy, jak cyganie i zwykłe dresy-kibole. Agresywne, z pewnością napakowane, z którymi rozmowa nie była możliwa, a słowo „dialog” był rozumiany jako obelga, której jeszcze nie znali.
- Co się gapicie?! Wypierdalać fraglesy, kurwa! - jeden z nich wstał, i przyjął bojową postawę.
- Mazur kurwa, daj kurwa na luz, to moja siora – odezwał się Jaro, który próbował uspokoić sytuację.
- Kurwa Jaro, to bierz siostrę, nie zbiedniejemy kurwa, będzie jedna na głowę! - ryknął śmiechem, a za nim dwóch pozostałych.Paulina bardziej poczuła niż zobaczyła, jak Magda chowa się za jej plecami.
Wszyscy wiedzieli jedno: tu nie ma miejsca na gadki, tamci zaraz się na nich rzucą.
-
Krzysztof Komeda

Pierwsza myśl była prosta: w tył zwrot i spierdalać.
Ciało wciąż pamiętało pierwszy listopada 1995 roku, gdy cyganie pogonili go na kopach spod swoich grobów, gdzie urządzili sobie libację. Cyganie byli straszni, ale dresów bał się jeszcze bardziej. Krzysiek całe życie schodził takim z drogi na drugą stronę ulicy, z głową spuszczoną w dół, byle go nie zaczepili, nie zapytali o papierosa albo komu kibicuje.
Cofnął nogę o pół kroku i wtedy dotarło do niego, że Paulina, Alicja i Magda wszystko widzą. Gdyby uciekł, pamiętałyby to do końca liceum. Wtedy jednak coś zrozumiał. To nie o reputację tu chodzi. Nie o reputację, tylko o strach. Całe życie się bał. Matki, księdza, cyganów, dresiarzy, dziewczyn z klasy, a ostatnio nawet własnego ciała. Nagle coś w nim stwardniało, a do życia zaczął budzić się psotnik, który namówił Chlebowskiego, by przyszedł do Miami w marynarce z krepiny. Marek mówił, żeby nie szarżować, że magia nigdy nie jest za darmo ale Krzysiek miał to teraz w dupie.
Ściągnął plecak z ramienia, wyjął walkmana i założył słuchawki spokojnie, jakby czekał na autobus. Nacisnął play, przekręcił kółko głośności do oporu i "Whiplash" zalał mu głowę tak, że z całego „wypierdalać fraglesy" zostały same otwierające się usta.
Wybrał tego z butelką, tego który kazał dziewczynom przyjść na kolanka. Nie zamierzał mu zdzierać gaci. Wbił wzrok w miejsce między nogami dresa a potem wyobraził sobie, jak niewidzialna pięść zaciska się na jego jajach. Pierwsze krople potu pojawiły się na skroni a potem z całej siły jaką miał pod czaszką wykręcił mu wora.
Idźcie w pokoju Chrystusa, skurwysyny.
-

Paulina Kwiatkowska
Paulina szła chwilę w milczeniu, obracając w dłoniach kopertę ze zdjęciami, jakby samo patrzenie na nią mogło coś jeszcze zmienić. To nie miało sensu. Nie w taki sposób, w jaki świat powinien mieć sens. Zdjęcia nie kłamały. A jeśli nie kłamały… to znaczyło, że coś ich wybrało.
Nie wszystkich.
Tylko ich.Zacisnęła mocniej palce na papierze.
— To nie wygląda jak przypadek… — odezwała się w końcu, bardziej do siebie niż do reszty. — To wygląda jakby… ktoś albo coś nas zaznaczyło.Na moment spojrzała w stronę zamku, który majaczył gdzieś ponad dachami. Nie była pewna ile ze swoich myśli powinna w ogóle przekazać pozostałym, a ile zostawić dla siebie. Nie miała nic nowego czy mądrego do powiedzenia, ciągle przetwarzała w głowie strzępy niepewnych informacji, domysły. Najpierw zamek. Potem Miami. A teraz… to.
Przełknęła ślinę.
Asia była pierwsza. I jeśli to się… rozprzestrzenia, albo działa etapami…to my możemy być następni. Asia gdzieś tam jest. Może jeszcze żyje. Ale jeśli to, co widziała… było prawdą... Czy oni byli czyimś eksperymentem? Czy w nocy zdarzyło się coś, o czym nikt z nich po prostu nie pamiętał? A może... Może coś dosypano im do drinków?
— Nie możemy czekać — dodała ciszej. — Jeśli to ma coś wspólnego z zamkiem… to tam trzeba wrócić.
Odezwała się po długiej chwili milczenia, ale powiedziała coś, co i tak wszyscy juz wiedzieli.

Sytuacja pod domem Alicji była zaskakująca i to w niezbyt przyjemny sposób. Dziewczyna myślami była już przy planie ratowania Asi, poznaniu prawdy, tajemnicy jaka była do odkrycia. Mieli na głowie tyle ważnych spraw, a wyrosły przed nimi jakieś niezbyt inteligentne pokurcze. Było to stratą czasu...
Paulina momentalnie zesztywniała, kiedy jeden z nich wstał. To było zupełnie inne napięcie niż przy zamku czy zdjęciach. Prostsze, bardziej przyziemne, niepokojąco niebezpieczne… i przez to też gorsze.
Odruchowo zrobiła pół kroku w bok, zasłaniając Magdę i Kasię, która i tak od boku wychyla swoje aroganckie oblicze.
— Spokojnie — rzuciła cicho Magda, bardziej do swoich niż do nich.
Kasia prychnęła pod nosem, ale nie uśmiechała się już. Zadarła tylko lekko brodę, patrząc na nich z góry, jakby to oni byli problemem, który zaraz się rozwiąże sam.
— Serio? — powiedziała chłodno.
— Czterech na kilku ludzi pod domem własnej siostry?
Kasia zrobiła krótką pauzę, mierząc ich w tym czasie swoim pełnym pogardy spojrzeniem.
— Jakby żenada była sportem, to byście w końcu coś wygrali.
Paulina poczuła, jak serce wali jej szybciej. To nie był moment na pyskówki… ale też nie było już odwrotu.
Przesunęła ciężar ciała lekko do przodu, uważnie obserwując każdy ich ruch. Każde drgnięcie ramienia, każdy krok. Jeśli którykolwiek ruszy — zareaguje. W końcu była gotowa

-

Mikołaj Pogorzelski
— Może być przypadkiem — Mikołaj się odniósł do słów koleżanki. — Jeżeli nie panują nad tym co wygrzebali.
— Słyszeliście o Ahnenerbe? — zagaił, chcąc urozmaicić monotonną drogę pośród wąskich uliczek ściśniętych pnącymi się ścianami kamienic. W towarzystwie pogrążonych w myślach, zasępionych twarzy. — Oddziały pod wodzą Himmlera. Od parapsychologii. Okultystycznego gówna. Się kojarzą, nie?
Nie czekał na potwierdzenie. Pewnie, że się kojarzyły. Ślepiec by nie dostrzegł. Oddawał się układaniu intelektualnych klocków. Nie miał kompletu w zestawie, to i krąg ze Stonehenge chwiał się niedomknięty. Widać lubił snuć teorie. Zabijały czas, stymulowały mózg.
— W czasie wojny, przewaga za wszelką cenę — rozkminiał, idąc za wątkiem. — Znaczy znaleziona za późno. Teraz po zbóju. Osobista potęga, chyba że wskrzeszenie trzeciej rzeszy i zombie Adiego.
Minęli chawirę Pauliny, pobłądzili jeszcze aż ukazał się kolejny ropny pryszcz na mapie Sokołowa. Gniazda patologii rozprzestrzeniały się szybciej niż trąd. Nie zazdrościł Alicji rodzeństwa. Doceniał, że żyjąc w tym bagnie, nie dała się wciągnąć i nie łoi z nimi na schodach.
Twarz Pogorzelskiego stężała na widok zapijaczonych ryjów. Przeczuwał zakończenie. Doświadczenie podszeptywało. Po tym jak zaczęli wyrzucać z siebie mądrości, pewność ścisnęła go wokół przepony. Był jak lustro. Prezentowaną agresję kumulował i odbijał zogniskowaną w miejsca, które bolały. Tętno podskoczyło. Oddech przyspieszył. Rozszerzone źrenice przeskakiwały po źródłach zagrożenia. Stojąc w rozkroku bezwiednie balansował na lekko ugiętych nogach.
Butelka, tulipan, rzut. Czterej, więksi. Nachlani, gorsza reakcja, równowaga. Mózg radził uciekaj, serce kusiło walcz - czas oczyścić "Gotham". Kątem pola widzenia złapał Poganina. Blondas się zawziął jak Gandalf na moście z Balrogiem. Wbił chorągiew, ogłaszając zajmowany grunt swoim królestwem. Paulina zasłoniła koleżanki i nawet cieszył się, że ma przeciwko sobie dresów, a nie wściekłą osę. Gotową żądlić i wydrapywać oczy, wszystko by chronić rój i królową.
Z dwóch opcji jedna została wykopana jak “Sokół” Sokołów z szans na IV ligę. Nie ustępowali. Chłopak wsunął palce w kastet. Ustawił się przed Krzychem. Miał większe szanse na przytankowanie, tak sądził. Dając magowi ze szkoły w "Gacie Starej", więcej czasu na ułożenie zboczonego zaklęcia. Uniósł gardę. Wypuścił powietrze, oczyszczając umysł z rozpraszaczy. Instynkt. Pamięć mięśniowa wyuczonych odruchów. Rozluźnił się. Sprężysta szybkości kobry. Czekać na atak. Lepiej wyglądało na psiarni. Obrona własna. Spłakane prawilne dresy pierwsze leciały się rozpruć. Uwaga na cep prawą. Zawsze zaczynają cepem. Szykował się na zejście w dół pod ramię i kontrę lewym hakiem w odsłoniętą wątrobę. Podanego z naprężonego w skręcie tułowia ostro jak kebab z “Alibaby”.
-

Alicja Filipowicz
Alicja poprowadziła pozostałych do swojego domu. Nie do końca wierzyła w to wszystko, o czym rozmawiali. Supermoce i zombie-naziści wydawały jej się mocno naciągane. I owszem, przeszło jej przez myśl to, co wydarzyło się o poranku w kuchni. Jednak incydent z kubkiem uznała za wybryk wyobraźni, jeszcze nierozbudzony umysł, zmęczenie i stres. Nie mogła jednak całkowicie odrzucić wszystkich teorii, które wysnuli jej rówieśnicy. Sama przecież widziała wywołane zdjęcia i dziwną poświatę, a także Aśkę jako jedyną w negatywie. Było w tym wszystkim coś dziwnego, jakby nie z tego świata - i Alicja stała właśnie na krawędzi, bardzo bliska przekroczenia granicy swojej wiary w te wszystkie niestworzone rzeczy.
Kiedy znaleźli się przed domem, a na schodkach wejściowych siedział komitet powitalny, Alicję zalała fala zażenowania. Zupełnie nie pomyślała o tym, że jej brat i jego kumple mogą wybrać sobie właśnie to miejsce na posiadówę. Ojca musiało nie być w domu albo był kompletnie pochłonięty pracą w garażu, skoro Jarek przyprowadził kumpli. I to w takim stanie.
Skrzywiła się na komentarze patusów i rzuciła zniesmaczone spojrzenie swojemu bratu. Wydawało się, że jemu jako jedynemu narkotyki i wóda nie zlasowały jeszcze mózgu. Przeszło jej przez myśl pytanie, czy gdyby doszło do bójki, stanąłby w jej obronie.
Z jakiegoś powodu jednak nie chciała poznawać odpowiedzi.
Gdzieś podświadomie bała się, że mocno nadszarpnięta więź, jaka kiedyś ich łączyła, trzymała się już na bardzo cienkim włosku.- Lepiej zabieraj patusiarnię spod domu, zanim ojciec to zobaczy - Alicja rzuciła w stronę swojego brata. - Bo już nie będziesz miał dokąd wracać.
Trochę liczyła na to, że przemówi mu do rozsądku. Jeśli jednak Jarek nie miał żadnej siły sprawczej nad swoimi kolegami, Alicja miała przygotowany plan awaryjny.
Wąż ogrodowy całe lato podpięty był do wody. Kątem oka już wcześniej zauważyła, że nadal leżał nieopodal.
Lodowata woda pod silnym ciśnieniem powinna ostudzić zapał ćpunów, gdyby postanowili rzucić się na bandę "czubków", z którymi się trzymała. Sama też miała zostać jedną z nich... -
Szarzyzna
Sokołów Śląski, 19:00, przed domem Alicji
Takiej walki miasteczko jeszcze nie widziało. Ani nie słyszało.
Mikołaj rzucił się w wir, ignorując zasady walki fair play, to nie był boks. Alicja błyskawicznie uskoczyła w bok, Krzysztof stał spokojnie, a Paulina…
Paulina na oczach dresów rozmyła się w powietrzu, pojawiając się niemalże w tej samej chwili gdzie indziej i ponownie znikając. Dresom przepaliły się styki. Nigdy czegoś takiego nigdy w swoim życiu nie widzieli.
Mikołaj nie miał szczęścia, jego ciosy nie były szczególnie skuteczne, a sam kilka razy oberwał. Na szczęście do ciosów tulipanem nie doszło, w odpowiednim momencie zjawiała się Paulina i kopała lub waliła dresa odwracając jego uwagę. Ale to było za mało.
Alicja znalazła kran i odkręciła wodę do oporu. Strumień wody był silny, dres trafiony w twarz był autentycznie zaskoczony. Wodą po mordzie dostał też i Jaro, który jako jedyny nie próbował rzucić się na Mikołaja, który nadal dobrze się trzymał. Przewrócił się, kiedy Paulina zmaterializowała mu się dosłownie przed twarzą. Jęknął, kiedy nadział się plecami na butelkę po piwie (butelka była cała, nie wbiła się).
Apogeum miało dopiero nadejść.
Pitekantrop zapraszający na kolanka wypadł z szyku, jego ruchy stały się sztywniejsze, aż w końcu zawył i sam padł na kolana, trzymając się za krocze. Walka ustała, Mikołaj odskoczył od pozostałych, podobnie jak Paulina, który jak smuga powróciła do grupy.
Dres na kolanach zawył z bólu, wycie stopniowo przeszło w wysokotonowy jęk. Mikołaj miał wrażenie, że takie dźwięki mógłby wydać tylko Pavarotti. Gdyby tylko Pavarotti był eunuchem, dźwięk bólu aż wżynał się do mózgu. Cud że nie popękały szyby ani nie zaczęły wyć psy.
Mikołaj miał jeszcze jedno skojarzenie: jęk Lassie ze Świntucha, który to film widział z bratem na pożyczonym VHS-ie. Dodał dwa do dwóch, Krzysiek nadal stał spokojnie, ale mocno skupiony. Płynnym ruchem wyciągnął mu słuchawki:
- Co mu zrobiłeś?
Krzysztof nadal skupiony wykonał tylko ruch ręką, jakby wkręcał żarówkę. Potem ponownie założył słuchawki.Mikołaj zrozumiał.
Dres nadal jęczał. Jaro jako pierwszy oprzytomniał, otrząsając kumpli:
- Spadamy kurwa!Nie przeszkadzali im. Widzieli jak podnieśli swojego kumpla z kolan i dosłownie musieli go nieść, bo ten nie był w stanie sam iść. Alicji zdawało się, że na jego kroczu widziała krwawą plamę.
Udało się! Najbardziej cieszyła się Kaśka, która razem z Magdą nie wmieszały się w walkę.
Kiedy tylko tamci zniknęli na ulicy za krzakami, Alicja zebrała towarzystwo:
- Nie stójmy tak, dobrze? Jeszcze ktoś tu przyjdzie. Idziemy po aparat.
Tak jak się spodziewała taty nie było w domu, a polaroid zlokalizowała szybko. Nawet baterie jeszcze działały, podobnie jak w kasetce był jeszcze film do zdjęć.
- Magda, zrobisz nam zdjęcie? - poprosiła Paulina koleżankę. Ta tylko pokiwała głową nie mogąc wydobyć z siebie słowa.
Alicja pokazała co gdzie trzeba nacisnąć i upewniła się, że flesz się nie uruchomi.Magda zrobiła zdjęcie, po chwili z aparatu zaraz zaczęło się wysuwać charakterystyczne kwadratowe zdjęcie z ramką. Ale wtedy aparat był już na stole, wszyscy zebrali się dookoła. Zaraz też wyciągnęli zdjęcia z imprezy do porównania.
Poświata była też na nowym zdjęciu. Ale nadal wyglądali normalnie, nikt nie prześwitywał ani nie nabrał dziwnych kolorów. Czyli tutaj nie było żadnych zmian. To coś nie postępowało. Ale też nie znikało. Krzysiek z ulga zauważył, że na zdjęciu nie pojawiły mu się rogi ani inne diabelskie oznaki.
-

Mikołaj Pogorzelski
Pogorzelski spoglądał w dal za wojami niosącymi na swych ramionach biednego Kręciwora. Czmychającymi z bitwy. Splunął mieszaniną krwi i śliny z rozciętego o zęby policzka. Stłuczone żebra ignorował. W jego kronikach rzadko zdarzały się momenty by stare siniaki w pełni ustąpiły nim pojawią się nowe. Wniosek nasunął się jeden.
— Nasi muszą to przejąć… lub zniszczyć — zarzucił. — Gdyby wszystko się zesrało. Znajdźcie mojego starego. Aktualnie siedzi w jednostce.
Niemcy nie mogły położyć łapy i wywieźć kosmicznej technologii. Wdrożyć militarnie, bo na urzędach znów zawisną swastyki i żadne powstanie nie pomoże. Elastyczność do sytuacji. Przewaga na tyle znacząca, że paru improwizujących dzieciaków wykręciło kitę wyrośniętym kmiotom, ale dość czarnowidzenia. Ustał. Nie roztrzaskali mu łba butelką i nie zbutowali leżącego. Miał powody do świętowania.
— Dobra robota — pochwalił towarzystwo — ale racja, zawijajmy się.
Tknęła go myśl jak zwiększyć pieczenie w gaciach inwalidy. Wywołać wojnę kulturową, którą godzinami mógłby oglądać z popcornem w ręku.
— Alicja? A znajdziesz gdzieś resztkę farby? Bylejakiej?
Napis “Lubań Pany” na cygańskim bloku, pozostawiony przy powrocie do domu, byłby idealnym zwieńczeniem dnia. Deser po robocie, której jeszcze trochę zostało. Chciał poobserwować zamek. Zostawić szklaną pułapkę na podjeździe. Może cyknąć fotę szwabom. Odprowadzić dziewczyny. Porywacze wydawali się leniwi i zamiast uganiać po mieście, woleli czaić się przy domach.
— I nóż? — wyniósł ich na ranking groźniejszy od napitych odpadów ludzkiej cywilizacji.
-

Krzysztof KomedaKrzysiek ściągnął słuchawki i choć dresiarze już dawno uciekli, wyraźnie słyszał przeciągły pisk. Pomyślał, że gdyby dresiarz poszedł na casting do drugiej części “Farinnelli-ostatni kastrat” wygrałby przesłuchanie w cuglach a może nawet zdobył potem Oskara. Uśmiechnął się, ale po chwili przypomniał sobie krew na spodniach i przestało go to śmieszyć. Nie chciał go okaleczyć tylko wyłączyć z walki a przy okazji dać nauczkę. Użył mocy, ale wciąż nie potrafił jej kontrolować. Mimochodem przetarł palcem nos. Sucho, żadnej krwi. W ustach nie pozostał metaliczny posmak i wyglądało na to, że jedyny rachunek za użycie mocy zapłaci tego wieczora przyszłe potomstwo Farinellego. Próbował się pocieszyć, że dziewczyny są całe i nikomu z ich paczki nic się nie stało, ale nie umiał. Zawsze, kiedy coś zmalował szedł do spowiedzi i po zmówieniu pokuty robiło mu się lżej na sercu. Ale teraz nie mógł skorzystać z konfesjonału. No bo co powie księdzu Romanowi? Że siłą umysłu wykręcił dresiarzowi jaja?
Zdjęcie z polaroida wyszło i wszyscy zbili się nad stołem. Krzysiek najpierw obejrzał własne czoło. Żadnych rogów, ta sama gęba co rano, tylko obrysowana poświatą jak u wszystkich pozostałych. Nikt nie był w negatywie.
Powinno mu ulżyć, a zamiast tego poczuł zawód. Gdyby świecił tak jak Asia, wiedzieliby chociaż, kto jest następny w kolejce do porwania. Krzysiek wciąż wierzył w swój plan na przynętę.— Nie ma wyjścia — zaczął ostrożnie. — Zdjęcie nic nie dało a nie możemy czekać w nieskończoność na nowe znaki. Asia musi być na zamku, a jeśli nawet trzymają ją gdzie indziej, to tam prowadzi trop. Proponuję iść tam jutro, w biały dzień bo w nocy to za duże ryzyko. Jak nas przydybają powiemy, że nasz pierdolnięty kolega zgubił na wycieczce z Wroną ciupagę i teraz za nią płacze. Albo się wymyśli inną ściemę. Przy robotnikach ten Niemiaszek i tak nam gówno zrobi.
Nie czekając na odpowiedź, spojrzał na Alicję.
— Sama widziałaś, jak Paulina skakała między nimi. A tamten darł się, bo wykręciłem mu wora chociaż nie dotknąłem go nawet palcem. — postukał palcem w zdjęcie, na którym Alicja emanowała poświatą — Ty też jesteś naznaczona Alka. Potrzebujemy cię, bo osobno nikt nas nic nie zdziała. Ale razem możemy wyciągnąć Aśkę a przy okazji spuścić Helmutowi wpierdol i... — uśmiechnął się niczym najprawdziwszy diabeł — pomścić naszych dziadków.
-

Alicja Filipowicz
Odłożyła wąż ogrodowy, który opadł w kałużę wody z cichym plaśnięciem. Jarek i jego koledzy uciekli. Nie stanowili już dla nich zagrożenia ani przeszkody w dostaniu się do domu. Widziała, co się działo, kiedy celowała strumieniem w kiboli. Dostrzegła Paulinę, która wyglądała, jakby przenosiła się z jednego miejsca w drugie, zupełnie jakby potrafiła się teleportować. Widziała też Krzyśka, który w całej tej sytuacji stał opanowany jak posąg, ze słuchawkami na uszach, skupiony na czymś. I widziała również coś, co wyglądało jak świeża plama krwi na kroczu jednego z naćpanych kumpli Jarka.
W tej krótkiej chwili, kiedy jeszcze słychać było oddalające się kroki Jarka i jego kolegów, a oni stali na podwórku przed domem, Alicja czuła, jakby wpadała w króliczą norę. Nie. To było coś innego. Ona była w nią wciągana mimowolnie, prosto w nieznane, do Krainy Czarów, choć żadnych czarów w niej nie było, a zamiast absurdalnych postaci byli jej koledzy z klasy, a zamiast Królowej ścinającej głowy - stary nazista czyhający na nastolatków w swoim zamku na sokołowskim wzgórzu.
“We’re all mad here, Alice” odbijało jej się echem w głowie jeszcze przez długi czas, a ona sama przez ten czas była jak we śnie. Poprowadziła pozostałych na strych, gdzie znaleźli Polaroida, i dopiero świeżo zrobione zdjęcie wyrwało ją z tego stanu i sprowadziło do rzeczywistości.
- To wszystko jest jakieś chore - powiedziała, próbując jeszcze znaleźć w tym wszystkim jakąś logikę, ale na próżno. Nie mogła dłużej udawać, że nic niezwykłego się nie wydarzyło. Pozostało jej już tylko całkowicie zanurzyć się w tej króliczej norze.
Pokręciła głową, odwracając wzrok od fotografii, ale słowa Krzyśka i tak do niej dotarły. Nie mogła się już przed tym bronić. Miał rację - czy tego chciała, czy nie, była w to wplątana. A jeśli groziło im jakieś niebezpieczeństwo, a tak na pewno było, potrzebowali siebie nawzajem.
- Dobra, wchodzę w to.
Po tym, jak jej decyzja zapadła, Alicja znalazła Mikołajowi puszkę z farbą wśród wszystkich rupieci na strychu.
- Nie sądzę, by ojciec zauważył, więc częstuj się.
Mikołaj otrzymał też nóż, który Alicja wzięła z kuchni. Wręczyła mu go z uniesioną brwią, ale nie zadawała zbędnych pytań.
- Uważajcie na siebie, wracając do domu. Wczoraj, jak wyszłam z Miami, chyba ktoś mnie śledził… - opowiedziała im pokrótce o wydarzeniach z poprzedniej nocy, zanim się pożegnali.
A potem udała się do swojego pokoju, zamknęła się w nim i padła na łóżko. W głowie wciąż słyszała cytowany przez Mikołaja fragment.
-

Paulina Kwiatkowska
Paulina jeszcze przez kilka sekund stała dokładnie tam, gdzie zakończyła swój ostatni… skok? Doskok? Cokolwiek to właściwie było. Oddychała szybko, wpatrując się w miejsce, w którym — była tego przecież pewna — znajdowała się jeszcze chwilę wcześniej.
Spojrzała na swoje dłonie. Potem na nogi. Poruszyła palcami jednej ręki, jakby spodziewała się, że może czegoś jej brakuje.
— Ja pierdolę… — wydusiła.
Dopiero teraz naprawdę do niej dotarło. Ona tego nie zrobiła normalnie. Nie przebiegła tych kilku metrów. Nie pamiętała biegu. Nie pamiętała nawet stawiania kroków. Było jedno miejsce, myśl, że musi znaleźć się gdzie indziej — i nagle świat jakby przeskakiwał razem z nią.
Paulina odwróciła się gwałtownie, patrząc na odległość, którą przed chwilą pokonała.— Widzieliście to?
Pytanie wyrwało jej się zupełnie odruchowo. Głupie pytanie. Oczywiście, że widzieli.
Jeszcze rano zastanawiała się, czy nie zwariowała. Potem próbowała wmówić sobie, że wizje mogły być czymś, czego po prostu nie rozumiała. Zdjęcia dało się podważać, zrzucić na aparat, kliszę, wywoływanie.
Tego nie potrafiła sobie wytłumaczyć.
— Ja chciałam tylko… — zaczęła i urwała, marszcząc brwi. — Chciałam być tam szybciej.
Wskazała jedno miejsce, potem drugie.
— I po prostu tam byłam.
Na jej twarzy przestrach powoli zaczął ustępować czemuś zupełnie innemu. Niedowierzaniu podszytemu fascynacją.
— Kurwa… Ja się teleportowałam?
Kasia patrzyła na nią przez kilka sekund w absolutnym milczeniu.
— No.
Paulina przeniosła na nią wzrok.
— „No”?
— No teleportowałaś się. — Kasia wskazała ręką miejsce obok siebie. — Stałaś tutaj. Mrugnęłam i już cię, kurwa, nie było.
Magda wyglądała znacznie mniej spokojnie. Patrzyła na Paulinę szeroko otwartymi oczami, jakby właśnie pierwszy raz zobaczyła ją naprawdę. Objęła się rękami, nie wyglądała ani na podekscytowaną, ani spokojną.
— Paula… — odezwała się w końcu. — Co to w ogóle było? Ty tak wcześniej umiałaś?
— No pewnie, Magda. Od podstawówki. Po prostu nie było okazji wspomnieć.Kasia parsknęła. Magdzie niestety wciąż nie było do śmiechu. Wyglądała na przerażoną i niepewną wszystkiego, co się działo od dnia dzisiejszego. Paulina miała przez chwilę wrażenie, że najchętniej poszłaby już do siebie i zamknęła się w sypialni. Że szkolne życie i dramy były dla niej wystarczająco trudne, a to co teraz się działo, po prostu niepojęte.
Kiedy wszyscy weszli do domu Alicji i zrobili ponowne zdjęcie, żadne nowe lampki się nie zaświeciły. Mieli wciąż te same dane i ten sam pomysł, na którego realizację — według Pauliny — było już dziś za późno. Jutro było dobrym terminem. Nastolatka odwróciła się do przyjaciółek.
— Wy nie idziecie.
Kasia przez moment patrzyła na Paulinę, jakby nie była pewna, czy dobrze usłyszała.
— Co?
— Na zamek. Jutro. Wy nie idziecie.
— Aha.To krótkie „aha” zabrzmiało znacznie gorzej niż gdyby od razu zaczęła krzyczeć. Kasia skrzyżowała ręce na piersi.
— A od kiedy ty decydujesz, gdzie ja chodzę?
— Nie decyduję, tylko…
— Właśnie zdecydowałaś.Paulina westchnęła. Wiedziała, że tak będzie. Z Kasią można było dyskutować o wszystkim, dopóki nie próbowało się jej czegoś zabronić. Wtedy zwykła rozmowa błyskawicznie zmieniała się w walkę o niepodległość.
— Spójrz na zdjęcia. Ty nie świecisz. Magda też nie. Byłyście z nami w Miami, byłyście na zamku i nic wam nie jest.
— Dzięki, miło wiedzieć.
— Kasia.
— Paula.Przez chwilę mierzyły się wzrokiem.
— Nie wiem, co tam jest — podjęła ciszej Paulina. — Ale cokolwiek to jest, zrobiło coś ze mną. Z nimi. — skinęła głową w stronę pozostałych. — Asia wygląda na zdjęciach jakby już coś ją pochłonęło, doszczętnie, widziałam dwóch trupów, którymi ktoś sterował, a wszystko prowadzi pod ten cholerny zamek. I teraz okazuje się, że potrafię… nawet nie wiem co ja potrafię.
Urwała. Dopiero wypowiedziane jednym ciągiem wszystko zabrzmiało jeszcze bardziej absurdalnie.
— Więc skoro was to ominęło, nie zamierzam ciągnąć was tam tylko po to, żeby sprawdzić, czy za drugim razem będziecie miały mniej szczęścia.
Kasia zacisnęła szczękę.
— A ty możesz?
— Co ja mogę?
— Mieć mniej szczęścia.Paulina nie odpowiedziała. Poczuła zmęczenie.
— No właśnie — rzuciła Kasia. — Czyli nie chodzi o to, że tam jest niebezpiecznie. Chodzi o to, że tobie wolno ryzykować, a nam nie.
— Mnie już to dotyczy.
— Nas też, do cholery. Asia jest naszą przyjaciółką.I z tym Paulina nie potrafiła się kłócić. Zerknęła na Magdę, chyba trochę licząc, że ta poprze którąś z nich. Blondynka jednak spuściła wzrok.
— Ja… — zaczęła cicho. — Ja chyba nie chcę tam iść.
Zapadła cisza. Magda natychmiast wyglądała, jakby żałowała, że w ogóle się odezwała.
— Przepraszam.
— Za co? — Paulina zmarszczyła brwi.
— No bo Asia…
— Magda, nie...Paulina westchnęła. Tym razem chciała powiedzieć to łagodniej. Zmieniło ton z bojowo-kasiowego, na swój własny.
— Nie musisz.
Magda kiwnęła głową, ale wciąż nie podniosła wzroku. Kasia za to patrzyła na Paulinę jeszcze bardziej zawzięcie.
— No to jedna sprawa załatwiona.
— Kaśka…
— Ja idę.
— Nie.
— To spróbuj mnie zatrzymać.Paulina otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła. Miała wrażenie, jakby próbowała kopać się z koniem. Kasia uniosła brew. Wydawało się jakby triumfowała, a w głowie odtańczyła taniec zwycięstwa. Po krótkiej ciszy, jaka między nimi zapadła, zmrużyła jednak oczy i pogroziła Paulinie palcem.
— Tylko bez teleportowania mnie do domu.
Kwiatkowska westchnęła, a na jej twarzy zakwitł półuśmiech. Nie była nawet pewna czy cieszyła się, że Kasia nie ustąpiła. Nie wiedziała sama, co wolała. Z jednej strony chciała, aby ta była bezpieczna, z drugiej jej wsparcie było dla Pauli nieocenione. Całe szczęście, że chociaż Magda ustąpiła, jednak... Paulinie krajało się serce, widząc w jakim ta jest stanie.
— Chodźcie tu, wariatki
Paulina wyciągnęła szeroko ręce i zgarnęła przyjaciółki do siebie, otulając je ciepłem swoich ramion i ściskając mocno.
— Co by się nie działo, zawsze razem.
Na te słowa w oczach Magdy natychmiast pojawiły się łzy. Wtuliła się w Paulinę mocniej, jakby właśnie tego zapewnienia potrzebowała przez cały dzień.
Kasia natomiast przez chwilę nic nie powiedziała. Tylko objęła obie dziewczyny i ścisnęła je nieco mocniej. Kiedy się odsunęła, na jej twarzy pojawił się ten znajomy, pewny siebie półuśmiech.
— No. I tak ma zostać.
— Nawet jak jedna stchórzy? — wymamrotała Magda, pociągając nosem.
Kasia natychmiast spoważniała.
— Ty nie stchórzyłaś.
Paulina kiwnęła głową.
— Właśnie. Nawet tak nie mów.
— Po prostu jedna z nas ma jeszcze trochę oleju w głowie — dodała Kasia. — Najwyraźniej padło na ciebie.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się
