[CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
-
Mieszkanie w H10, klitka Dingo
Odmowa Brazil mocno pokrzyżowała fikserowi plany, chociaż Switch nie żywił do dziewczyny urazy, co najwyżej leciutkie rozczarowanie. Dyski Shivy faktycznie mogły uszkodzić złośliwym oprogramowaniem jej cenny sprzęt, mogły nawet przetransferować się do neuralnego procesora netrunnerki z potencjalnie grobowymi tego konsekwencjami.
Rozważając w myślach kolejny krok Switch przeciął przestrzeń salonu, obrzucił nieobecnym spojrzeniem siedzących przy stoliku techników, pochylonych nad oplecionymi kabelkami implantami.
Musiał przemyśleć szczegóły rozmowy z Emily Dawson, aby nie popsuć głupim zdaniem potencjału tej konwersacji, zadzwonił zatem najpierw do kogoś innego.
Hector Garcia odebrał niemal natychmiast, chociaż jego głos był ledwie słyszalny w łoskocie elektronicznej muzyki o ostrym orientalnym brzmieniu. Switch docisnął aparat do ucha mamrocząc pod nosem jakiś niewybredny komentarz.
- Raze, co tam, stary? - rzucił Hector ponad szybkimi dźwiękami akustycznej kakofonii - Dopiero co gadaliśmy, coś się zesrało?
- Jest sprawa. Potrzebuję przysługi. Teraz jestem spłukany, ale się odwdzięczę. Masz cały czas dojścia do Tygersów? Do kogoś wyżej w strukturze?
- Szukasz kontaktu z yakuzą? - w głosie Garcii zadźwięczało autentyczne zdziwienie - To nie twoja liga, stary, bez obrazy. Czego od nich chcesz?
- Niech to na razie zostanie między nami, Hector. Słyszałeś o zabójstwie dwóch alfonsów gangu przy Raymond Street? Dzisiaj po południu?
- Słyszałem, to moja strefa - potwierdził ostrożnie Garcia, spoważniał w jednej chwili - A ty co o tym wiesz?
- Wiem, kto to zrobił - oznajmił Switch - Widziałem to na własne oczy i mam tych gości nagranych na Kiroshi. Pełne zbliżenie, obraz jak żyleta. Takie nagranie musi być coś warte dla Tygersów, jak myślisz?
Znajomy fikser milczał przez dłuższą chwilę analizując słowa Switcha, a jego oddech tonął w łoskocie klubowej muzyki.
- To na pewno będzie coś warte, stary - powiedział w końcu rzeczowym tonem - Nie dzwoń do nikogo innego, morda w kubeł. Odezwę się tak szybko jak tylko będę mógł. Tylko powiedz szczerze, nie wkręcasz mnie? Bo jak mnie wkręcasz i wpierdolisz w gówno to cię rozkurwię na strzępy, rozumiesz? Yakuza nie zna się na żartach, zmarnujesz ich czas to możemy bardzo marnie skończyć. Rozumiesz wszystko, co powiedziałem?
- Co do słowa - potwierdził Raze - Mam nagranie, pełny obraz tych skurwieli, nawet nagraną rozmowę. Zaufaj mi, stary, czy ja cię kiedykolwiek wystawiłem?
- Obaj wiemy, że ci czasami odpierdala, a nigdy wcześniej nie prosiłeś, żeby cię umawiać z Tygersami. Dostałeś ostrzeżenie, muszę się rozłączyć i zacząć dzwonić. Czekaj na info i nie rób z tym niczego na własną rękę.
-

Raze Switch More
Night City, Megablock 10tka
niedziela 15.07.77, rano
Javier Morales akurat był w jednym ze swoich garaży, bo kiedy odebrał, Switch usłyszał w tle wizg elektrycznych wkrętarek, stukot młotków i warkot pracujących kompresorów, a ponad nimi skoczne dźwięki płynącej z radia „Cintury” Sancheza Loco.
— Hola Raze — powiedział Kubańczyk lekko zniekształconym głosem i Switch oczami wyobraźni ujrzał Moralesa leżącego pod jakimś Villefortem ze śrubokrętem w zębach. — Como estas?
— Siemasz Torque — odpowiedział pozornie rozluźnionym tonem fikser. — Dzwonię, bo oglądam od rana wiadomości z Visty. Ta nocna uliczna wojna wygląda masakrycznie w TV. To sprawdzam znajomków czy mogę jakoś pomóc. Wiesz... Może jakieś medykamenty z MedCenter, środki przeciwbólowe albo jakąś zapasową cybernetykę z trzeciej ręki. Bo mam tam człowieka, który mógłby coś załatwić na już. Za dobrą cenę. Na WNS mówią, że tam u was było pół setki zabitych. To w chuj masakra! Ludzie mogą potrzebować pomocy. Z tobą wszystko w porządku. Z garażami? Aut ci nie spalili?
— Dzięki za telefon. Doceniam troskę — głos Moralesa odzyskał normalne brzmienie, ale mocno jednocześnie spoważniał. — Media nie kłamią, była tu w chuj rzeźnia. Wjechały w nas Szóstki, na pełnej kurwie. Ale jakoś tak dziwnie. Powiem ci, że trochę to do nich niepodobne. Taki rajd. A podobno to była bardzo mocna ekipa. Nabita wszczepami na maksa. Rozwalili grupę Trenu na Vine Street. Potem wbili się w apartamentowiec na tej samej ulicy. Zawinęli stamtąd takiego sieciarza, który tam mieszkał. Taki grubas. Chyba z pół tony waży. SlimWire. Czekaj! Ty go chyba znasz! Kiedyś gadaliśmy pod jego metą. Pamiętasz?
— SlimWire? — Switch poczuł jak na dźwięk pytania Torque oblewa go lodowaty pot. — Kurwa. Ciężko go zapomnieć. Nawet jakby się chciało. Tego nie da się odwidzieć. Raz czy dwa robiłem mu przysługę. Potrzebował lekarstw na te odleżyny i inne powikłania. Sixth Street go porwał z mieszkania? Czym kurwa? Dźwigiem? Avką DTR-u? I dlaczego?
— Ludzie gadają różne rzeczy. W połowę nie ma co wierzyć — odpowiedział Javier. - Ale ja mam swój rozum. W Vista del Rey może się zrobić nieciekawie, gringo. A ja pierdolonych garaży ot tak nie przeniosę w inne miejsce. Myślę, że jak Militech odjebał dwa tygodnie temu Nicholasa Fuentesa, Will Gunner poczuł świeżą krew i myśli, że Manuel się wydyga i ugnie przed ultimatum... Bo Gunner ma duże ambicje i chciałby sobie wykroić kawałek Vista del Rey dla siebie. Żeby tu zacząć inwestować w nieruchomości. Ale Manuel jest mocno… no wiesz... Podobno to bękart Diabła i Santa Muerte, a nie dzieciak starego Fuentesa. Ciesz się stary, że go nigdy nie poznałeś.
Javier ściszył ton głosu do konspiracyjnego szeptu.
— Ode mnie tego nie słyszałeś, ale to prawdziwy pojeb. Dla niego zabić człowieka za nic to jak strzelić palcami. Padre Ibarra i inni starsi Valentinos robią się na niego cięci. Na razie chyba tylko obserwują, co się będzie działo.
— Ale to jak, to cała ta akcja była o SlimWire? — Switch w pozornie rozluźniony sposób zmienił temat konwersacji, poprawiając kciukiem wolnej dłoni pozycję pożyczonego od HiFi Kiroshi wewnątrz oczodołu. — Streetsi załatwili pół setki waszych, żeby się dobrać do tego grubasa?
— No tak to wygląda, gringo — potwierdził Torque. — Myślę, że Wieloryb robił dla Tren de Agua. Sąsiedzi ponoć mówili, że często do niego zachodził sam młody Fuentes i jedna z jego dupci. Taka Rosita. Bardzo dobra w sieciowaniu. Grubas na sto procent coś dla nich robił. Może czesał w Sieci komunikację Szóstek? Musieli się dowiedzieć i go zwinęli, żeby to skończyć, a SlimWire'a najpierw przesłuchać gdzieś u siebie. Sprawdzaj co jakiś czas wiadomości. Dam sobie głowę uciąć, że jutro albo pojutrze ktoś powiesi jego trupa za nogi na tamie za Santo Domingo. Takiego tłuściocha będzie widać nawet z Visty.
Javier przestał mówić, ale Raze nie podjął od razu konwersacji, myśląc nad czymś intensywnie.
— Jesteś tam, gringo?
— Torque, coś ci teraz powiem. Potraktuj to jako dowód zaufania. Nie byłem z tobą do końca szczery na początku rozmowy. Bo nie wiedziałem, na ile się orientujesz w sytuacji. I czy wciągać cię w niebezpieczne sprawy. Ale jeśli to usłyszysz, będziesz musiał dobrze uważać, komu i coś powiesz. Mówić dalej?
— Weź kurwa nie pierdol, tylko dawaj! - prychnął Kubańczyk. — Po takim ostrzeżeniu muszę wiedzieć, co tam masz.
— Będziesz musiał bardzo szybko zatroszczyć się o swój biznes, amigo. Przenoś, co tylko dasz radę poza dzielnicę. Młody Fuentes jest jeszcze bardziej popierdolony niż sądzisz. On chce przejąć dla siebie całą Vista del Rey. Przygotowywał się na to jeszcze przed śmiercią Nicolasa. Rozpracowywał szlaki przerzutowe i skrytki Szóstek, żeby przejąć ich składy broni i obrócić się przeciwko Valentinosom. Do tego potrzebował SlimWire. Do czesania Sieci. Sprawdzania transportów broni.
— Ja pierdolę! Naprawdę? Ale skąd ty wiesz takie rzeczy? Kto ci dał cynk?
— Mówiłem prawdę, że znałem SlimWire. Ale nie powiedziałem prawdy, że tylko smarowałem mu odleżyny na dupie. Znaliśmy się trochę lepiej. Grubas wysypał się pod koniec roboty. Chyba się zorientował, że Streetsi go namierzyli. W końcu mają własnych sieciarzy. Zadzwonił do mnie z prośbą o pomoc jak Szóstki wypierdalały mu drzwi. Potem zerwało połączenie. Jesteś pierwszym gościem, któremu o tym mówię. Bo jesteśmy kumplami. Pakuj, co tylko możesz i wypierdalaj stamtąd, amigo. Albo, jeśli nie możesz wyjechać, zadzwoń, gdzie trzeba. Jak nie uciszycie na dobre Fuentesa, narobi w dzielnicy jeszcze większego gówna. Sam wiesz, co to za człowiek.
— Ja pierdolę! Daj mi pomyśleć. Kurwa. Robi się naprawdę nieciekawie. Dzięki za cynk. Naprawdę jestem wdzięczny. Będę musiał przekazać twoje info dalej. Oczywiście anonimowo. Kurwa! Muszę nad tym dobrze pomyśleć.
— Javier, jeszcze jedno pytanie. — Switch przestał poprawiać cyberoko. Podrapał nasadę nosa. — Vista to jeden temat w TV. Ale nawijają też o tym zamachu na wycieczkę w Japantown. Ten przystanek na Silk Road. To przecież niedaleko Mostu Kongresowego. Miasto jest pełne świrów, ale nawet świr dwa razy pomyśli, zanim wejdzie na teren Tygersów i odpali tam w biały dzień kilka dzieciaków. Myślisz, że to jakaś prowokacja była, że Trenosi chcą napuścić Tygersów na Szóstki albo na odwrót, Szóstki na Tygersów? Albo Tygersów na Valentinosów? Jak tak teraz myślę, to ostatnie wydaje się najbardziej prawdopodobne. W sumie, nie zdziwiłbym się, gdyby to była robota tego popierdoleńca Fuentesa.
Morales milczał dość długo, by „Cintura” dobiegła końca i z radia popłynęły pierwsze nuty nowego albumu Us Cracks.
— Nawet o tym wcześniej nie pomyślałem — powiedział po chwili namysłu. — Może być jak gadasz. Masz ten łeb, stary. Muszę kończyć. Muszę podzwonić w sprawie Fuentesa. I pogadam z paroma osobami, czy ktoś nie potrzebuje dostawy z MedCenter, ale pamiętaj, na krzywdzie rodziny zysku się nie robi, będziesz musiał mocno spuścić z marży, vale? Dam znać, co i jak, na razie. Ja pierdolę.
— Jasne amigo. Odviję sobie innym razem. Uważaj na ulicy. Teraz w Vista trzeba mieć oczy dookoła dupy, stary.
Switch rozłączył rozmowę. Odłożył smarthinga na kolano. Dotychczasowe konwersacje pozwalały mu zbudować w głowie obraz bieżącej sytuacji na pograniczu Vista del Rey i Santo Domingo i chociaż fikser daleki był od entuzjazmu, zaczynał pomimo pozornej beznadziejności swojej sytuacji zaczął dostrzegać pewne światełko w tunelu.
Smarthing zaczął wibrować obwieszczając przychodzące połączenie. Raze zerknął na jego ekran i z miejsca rozpoznał ciąg wyświetlonych tam cyfer.
Hector Garcia.
-
Klitka Dingo i Froga w H10
Hector starał się zachować opanowane brzmienie głos, ale Raze znał go zbyt długo, żeby się na to nabrać. Wyobrażając sobie twarz Garcii łapał uchem wyraźne nuty nerwowej ekscytacji rozmówcy.
- Switch, masz swoje pięć minut, ale to będzie ważne spotkanie, nie możesz tego zjebać. Jesteś na chacie?
Twarz Switcha w jednej chwili pobladła. A na czoło wystąpiły krople potu.
- Hector - Raze More odpowiedział drżącym głosem - Czyś ty ochujał? Podesłałeś ich do mnie na kwaterę? Nie! Nie ma mnie! Słyszysz? Nie ma mnie w domu!
W głowie w jednej chwili przewinęła się scena z mieszkania Slima. Brutalność Rozity. Fuentes. Prawie wtedy zginął.
Arte... kiedy miała wrócić? Chłopaki. Kurwa, musi ich ostrzec.
— Switch, odpierdala ci? Wciągałeś coś albo się czymś szprycowałeś? Tylko mi nie mów, że się znowu napierdoliłeś błyszczykiem. Kurwa, tylko nie dzisiaj. Siedź na pierdolonej dupie na chacie i nigdzie się do wieczora nie wybieraj. Żeby cię jakiś samochód przypadkiem nie potrącił! - krzyknął roztrzęsionym głosem drugi fikser - Musisz być o ósmej na Jig-Jig Street, będę na ciebie czekał. To mój warunek jako pośrednika, idę z tobą jako osoba towarzysząca.
Słysząc Jig-Jig Street Raze zaczął się domyślać, o jakim spotkaniu mówił mu Hector. I dlaczego wydawał się tak zdenerwowany. I dlaczego chciał towarzyszyć swojemu kumplowi. Stwierdził jednak ze zdziwieniem, że mimo tego, że powinien być w tej chwili przerażony, odetchnął z ulgą. Czyli nie stoją w korytarzu. Nie wyciągają giwer. Nie zrobią zaraz jatki na kwadracie. Opadł ciężko na fotel. Arte jest bezpieczna. Sam może rozmawiać nawet z jebaną Cesarzową. Już dwa razy wywinął się śmierci.
- Pojebańcu, prawie zawału dostałem przez ciebie - Otarł czoło rękawem, teraz już spokojny Czy to jest to co myślę? - zapytał wypowiadając powoli słowa, zrozumiale w tej sytuacji ostrożnym tonem - Jig-Jig Street?
- To nie było z góry zaplanowane, compañero - odpowiedział Hector - Zadzwoniłem do znajomego brokera, a on prosto do niej. Do samej pierdolonej Cesarzowej. Jeszcze raz cię pytam, Switch, czy ty mnie nie robisz w chuja? Szczerze, bo teraz już nie ma odwrotu. Ona chce zobaczyć twoje nagranie.
Raze nie odpowiedział w pierwszej chwili próbując zebrać myśli i choć trochę ochłonąć. Cesarzowa? Wakako Okada, niepisana władczyni fikserskiego półświatka Japantown? Wdowa po czterech wysokich statusem liderach Tygersów; kobieta, z której zdaniem liczyli się przywódcy yakuzy; o której uwagę i przychylność ludzie gotowi byli zabijać i niszczyć bez chwili wahania; której uniesiona brew mogła przesadzić w jednej sekundzie o czyimś życiu lub śmierci?
Wakako Okada, pośredniczka, mediatorka i doradczyni bardzo wpływowych osobistości w Night City, rozpościerająca uperfumowane i okryte aksamitem macki na całą metropolię.
I właśnie ona zaplanowała sobie na ósmą wieczorem w niedzielę spotkanie z Hectorem Garcią i Razem More.
- Nie mam żadnego nagrania - odparł poważnym tonem Switch.
Sięgnął po szklankę i przepłukał gardło delektując się ciszą po drugiej stronie telefonu.
- Oczywiście, że mam, ciulu jeden! - rzucił w końcu do słuchawki a Ile razy mam ci to powtórzyć?
- Kurwa, ciebie lepiej dwa albo trzy razy spytać dla pewności - odetchnął Hector - Tylko Switch, weź się zachowuj, to kurwa nie będzie bar z pierogami. Kup jakieś normalne ubranie, nie te łachy, co je nosisz codziennie. I traktuj ją z szacunkiem. Cesarzowa takimi ludźmi jak my dupę sobie wyciera bez zapamiętywania imion. Drugiej takiej szansy dla nas na wejście do wyższej ligi nie będzie..
-

Raze Switch More
Night City, Megablock 10tka
niedziela 15.07.77, popołudnie
Wieczór zbliżał się szybciej, niż by sobie tego życzył.
Switch zamknął za sobą drzwi łazienki i przez dłuższą chwilę stał bez ruchu, opierając dłonie o umywalkę.
W lustrze patrzył na niego ktoś obcy.
Jedno oko ciągle było spuchnięte. Drugie wyglądało nienaturalnie — pożyczone Kiroshi wciąż wydawało mu się cudze. Twarz pokrywały sińce, rozcięta warga zdążyła zasklepić się cienką, ciemną strużką.
— Da się sprzedać — mruknął do własnego odbicia.
Odkręcił wodę.
Gorący prysznic zmywał z niego zaschniętą krew, kurz Vista del Rey i zapach śmietnika, z którego kilka godzin wcześniej wyciągnęli go przyjaciele.
Stał pod strumieniem dłużej niż zwykle.
Pozwalał wodzie spływać po karku.
Oddychał.
Powoli.
Równo.
Jak przed każdą ważną robotą.
─── ◈ ───
Nie miał pieniędzy na nowe ubrania.
Musiał poradzić sobie tym, co znalazł w szafie.
Odrzucił skórzaną kurtkę.
Za bardzo krzyczała.
Koszulki z nadrukami również.
Wybrał ciemne spodnie, czarną koszulę i grafitową marynarkę, której nie zakładał od miesięcy. Wymagała jedynie kilku ruchów dłonią, by strzepnąć z niej kurz.
Spojrzał na siebie jeszcze raz.
Nie wyglądał dobrze.
Nie wyglądał naturalnie.
Ale wyglądał... poważnie.
To musiało wystarczyć.
Na półce odnalazł niemal zapomniany flakonik perfum.
Dwie krople.
Jedna na szyję.
Druga na nadgarstek.
Więcej byłoby przesadą.
─── ◈ ───
Usiadł przy stole.
Wyjął drzazgę i skopiował na nią nagranie.
Pasek postępu przesuwał się leniwie, jakby specjalnie chciał wystawić go na próbę.
Gdy transfer dobiegł końca, odłączył nośnik i przez chwilę obracał go między palcami.
Tyle zamieszania.
Kilka gramów plastiku i krzemu.
Przepustka do wyższej ligi.
Albo bilet w jedną stronę.
Schował drzazgę do wewnętrznej kieszeni marynarki i odruchowo klepnął się po piersi, upewniając się, że siedzi na miejscu.
Dopiero wtedy wyszedł z pokoju.
W salonie zatrzymał się na moment.
— A... jeszcze jedno.
Spojrzenia kilku osób oderwały się od swoich zajęć.
— Po Aigo nie ma już po co jechać.
Oparł się ramieniem o futrynę.
— Trensi rozebrali je do gołej blachy. Szukali śladów tych, którzy odwiedzili Slima przed całą rozpierduchą.
Wzruszył ramionami.
— Podobno jeszcze zostawili ludzi przy wraku. Liczą, że ktoś wróci po fanty albo będzie chciał zatrzeć ślady.
Krzywo się uśmiechnął.
— Więc jeśli komuś chodzi po głowie wycieczka do Vista del Rey... to lepiej, żeby ją sobie odpuścił. Wysłałem wiadomość do Froga.
─── ◈ ───
Dopiero wtedy przypomniał sobie Brazil.
Od rana praktycznie rozmawiali wyłącznie o trupach, gangach, hakach i pieniądzach.
Westchnął cicho.
— Debil...
Mruknięcie skierowane było wyłącznie do niego samego.
Przeszedł do niewielkiego aneksu.
Odnalazł kilka zapomnianych świec.
Jedna pachniała wanilią.
Druga czymś cytrusowym.
Trzecia była zwykłą, białą świecą awaryjną.
Ustawił je na stoliku w sypialni.
Nieidealnie.
Ale z wyraźnym zamiarem.
W łazience znalazł buteleczkę olejku do masażu, który kiedyś kupił bardziej z ciekawości niż z planu jego wykorzystania.
Postawił ją obok świec.
Przez chwilę przyglądał się swojemu dziełu.
Wyglądało... zaskakująco przytulnie.
Kąciki ust uniosły mu się odrobinę.
— Tylko się nie śmiej...
Powiedział to cicho, jakby Brazil już stała obok.
Po raz pierwszy od wielu godzin pomyślał o czymś innym niż Fuentes.
I było mu z tym zaskakująco dobrze.
Jedyne co psuło jego dobry nastrój, to że musiał opuścić megablok najpóźniej o siódmej wieczorem.
-
Hartley "Mack" Mackinaw
Megablok, przedpołudnie
Skończył kawę, wypłukał kubek. Jeszcze zanim zapowiedziany Leif pojawił się u nich w mieszkaniu Mack spokojnie zdążył skoczyć te kilka pięter niżej na małe zakupy, zapełniając swoją część lodówki na mniej więcej dwa dni. Odżałował te kilka eurodolców na śniadanie w chińskiej budce, która chyba była otwarta przez całą dobę.
Ponownie w mieszkaniu.
Dawno tego nie robił, ale po wczorajszych wydarzeniach chciał sprawdzić, czy na swojej (już dawno byłej) uczelni nadal ma dostęp. Musiał sobie przypomnieć tę cholerną pierwszą pomoc, coś mu ręce i mózg musiały zardzewieć ostatnim razem. Zamiast szukać w sieci czegokolwiek, co by się choć jakoś nadawało, uderzył prosto do źródła. Tam na pewno coś znajdzie. Nawet jeżeli się okaże, że jego account już dawno skasowano, to może znajdzie ogólnodostępne materiały - nie szukał niczego o neurochirurgii, tylko jebanej pierwszej pomocy, to musi tam być. Co z tego że on studiował weterynarię, ale pierwsza pomoc była zawsze dla wszystkich z kierunków medycznych i okołomedycznych.
Podszkoli się. Uda mu się.
-
H10; 15 July 2077; 12.18; Mieszkanie Paczki
Automatycznie otwarte drzwi, zapach potu i wreszcie nieprzyzwoicie swobodny uśmiech na twarzy Artemidy, nie krzyczała od progu, po prostu włączyła muzykę.
Weszła do celi mokra jak delfin zastając Raze przebranego w marynarkę i koszulę, to pierwsze spostrzegła, dwa razy zlustrowała przystojniaka uznając, że w tej wersji można by go potraktować poważnie, sama zachowywała wytrenowaną rezerwę. Upuściła torbę na podłogę, wyczuwając, a zaraz i dostrzegając świece. Jak miała wielkie oczy wchodząc, tak nic się źrenice nie zmniejszały, pozostając wciąż pod ostrzałem nowych niespodziewanych bodźców Brazil ulegała swej ambiwalentnej naturze -Pocałować go, czy okrzyczeć?
Zrugała się, za brak powściągliwości, za namiętności uleganie, wymyślanie, że to kochanie i tak zostanie.
-Spodziewamy się gości? - próbowała zaskoczyć.
-Nie, myślałem, że będzie miło.
-Jest miło. - odparła zdumiona własnymi słowami - tej marynarki nie wyjmowałeś z szafy od.. - zamyśliła się - Pogrzebu Pokigo, tego smarka od ustawek Warwasa. - podeszła i zaczęła poprawiać - Trochę ci się przytyło. - podśmiechiwała
-To Aigo, którym wczoraj przyjechaliście Trensi rozbierają na części - chwycił ją za dłonie.Brazil z miejsca stężała. Nieszczęsne Aigo powracało jak klątwa.
-W porządku?
-Tak, o czymś zapomniałam, zaraz się tym zajmę, ale muszę do toalety. - odwróciła się - Słuchaj Swich, zajrzę do tych decków wcześniej, zamknę sprawę Misty do wieczora, ale potrzebuję twojego supportu i chcę w zamian dostęp do twoich kontaktów. - urwała - Dobra, przemyśl to, zaraz wracam.Trudno powiedzieć jaką ulgą było dla Torquemady opróżnienie ciała z nieczystości. To co wydawałoby się najbardziej intymną i wstydliwą ludzką czynnością, dla Artemidy było wówczas jak magiczne odrzucenie dnia wczorajszego. Brzydząc się rozcierania nieczystości po ciele wzięła szybki prysznic, zostawiając w pospiechu kłęby piany. Te jeszcze wirowały wokół jej ciała, kiedy wróciła do celi.
-Nie będę się wpierdalała w twoje negocjacje - wycierała energicznie włosy - chcę słuchać, poznawać ludzi, miejsca. Chcę wiedzieć ile za co płacić, jak ostro negocjować, kto lubi dziwki, kto kasę, a kto krew. - ściągnęła groźnie brwi - Chcę, żebyś dzielił się ze mną wiedzą ulicy, ja podzielę się swoją.
-Chcesz…
Przytulił ją.
-Arte… - szepnął do ucha czule i odepchnął delikatnie na wyciągnięcie ręki tylko po to by spojrzeć jej w oczy. - Nie dzisiaj. Nie. To zbyt niebezpieczne. Nie chcę cię stracić
-Niebezpieczne to jest puszczać cię samego. Ale właśnie wygadałeś się, że dzisiaj idziesz coś załatwiać. Tak, nie jestem gotowa. Nie mam kiecki w szafie. - zdjęła z niego marynarkę, później koszulę, trochę czule, trochę bezceremonialnie - ta koszula - podała różową - i żadnego podkoszulka pod tym. Marynarka może być. Tylko buty. Raze, spytaj chłopaków, czy ktoś ma niesportowe, albo nie taktyczne. Frog powinien mieć. Masz mieć na stopach laczki: niewinne i lekkie. Siadaj, to trzeba upudrować. Trzeba, nie wkurwiaj mnie! Wiem co mówię. Nie rób z siebie wała - pracowała nad wyglądem Swicha. - Jak nie mogę pójść to powiedz mi z kim to spotkanie. Nie rób ze mnie idiotki.Na koniec klepnęła go mocno w policzek. - Wygląd to szacunek do osoby, z którą rozmawiasz. Masz być sobą, ale w jej wydaniu. Widzę jak jesteś spięty, to znaczy, że nie idziesz do czakasów. Przyjmuj zasady większych, aż ich przerośniesz, narzucaj swoje słabszym. Znasz ten cytat. To prawo dżungli. O której to spotkanie?
Widząc zmieszanie na twarzy towarzysza - Muszę na chwilę wejść głębiej, możesz czuwać, jak zacznę toczyć pianę z ust, albo krew z uszu to odetnij zasilanie: TU! - wskazała - Spróbuję wymazać dane najmu tego jebanego auta, nie wiem dlaczego o tym nie pomyślałam.
Położyła na materacu czyste prześcieradło i zwinęła się na nim w kłębek przytulając deck i kontroler jak noworodka. Oddech z urywanego stał się miarowy, kiedy Brazil opuściła rozemocjonowane ciało i przeniosła myśli na cyfrowe platformy.
Utartymi ścieżkami, przeszła przez serwery małych i dużych sklepów, wyłoniła się zza virtualnej czyściarki nieopodal baz danych BoldCar.
Ściana danych była bardziej reklamą, oferując użytkownikom pierwszej jakości minicar, co hakerka skwitowałaby uśmiechem w ciele, ale w digitalu nic nie poczuła, niż zabezpieczeniem, zaś brama kodowa zapraszała do holu odwiedzin i oferty specjalnej. Brazil założyła, że dokonując płatności z anonimowego konta, będzie jej łatwiej wejść do systemu. Każdy chętnie inkasuje pieniądze i księguje na serwerach, to była najłatwiejsza droga dla Brazylijskiej Skolopendry.Skończenie mało czasu później Brazil podobna kodowi fortecy danych przeniknęła zewnętrzną zaporę i dopiero w środku doznała niemalże szoku, bo pliki, wiążące je algorytmy, digitalny system immunologiczny, żyły własnym życiem, które było nie do objęcia umysłem człowieka.
-ale mają burdel w dokumentach - przeszło jej przez myśl. Dotarła do swojej transakcji bezbłędnie, chaos jakoś nie wywracał systemu. Co więcej wciąż powielał informacje, a traktując surfującą netrunnerkę jako obiekt wewnętrzny dzielił się z nią problemami. Tak dowiedziała się o "Problemie Trzech Transakcji", które były i niebyły legalne jednocześnie. W ten kuriozalny sposób Brazil trafiła na numery konta używanego przez Manuela Fuentes, a przynajmniej jego księgowego. Te numery przyczepiła do zamówionego Aigo. Będąc w środku doczepiła karty kolegów do programu dla inwalidów, dając dostęp do miejskich rowerów i hulajek na promce na trzy dni. Wynurkowała gładko, zamiast stresu głębokiego wdechu, rozentuzjazmowana.Nie patrzył na nią , ale był w pobliżu.
-I co? - spytał przez plecy, czując, że się budzi.
-Treni, już tu jadą, pakuj się. - wydyszała -
- Czy Was bez reszty posrało? - spytał Shawn zmęczony i wyraźnie rozeźlony po przejażdżce do Pacifici i niedoszłych odwiedzinach na Viście, gdy dowiedział się co go minęło i co ekipa H10 zamierza. Tylko ciężko było powiedzieć co zadecydowało o tym, że Żaba stracił temperament - Mamy na karku Trenosów, Valentinosów, Szóstki i może psiarnię… to jeszcze Wam Kretów i Brzytwiarzy brakuje???
Solos szukał czegoś w spojrzeniach domowników. Czegoś mu znajomego. Ale chyba nie był zadowolony z tego co zobaczył. Switcha w przerwie między kolejnymi telefonami. Brazil w swoim hakerskim półśnie. Macka nad hologramami podziurawionych ciał. HiFiego dłubiącego w implantach. I Dingo. Dingo, jego roomie, który też się zapalił dojeżdżać Brzytwiarzy.
- Czego kurwa nie rozumiecie w “przyczajeniu się”? Zaraz i nam mogą zrobić wjazd jak grubas nas podpierdoli! Ja pierdolę!
Kręcił się po pokoju w jedną i drugą stronę łażąc jak pies, który nie może znaleźć sobie miejsca i nie mogąc skupić wzroku na jednej rzeczy. W zasadzie Żaba wyglądał jakby chciał coś rozpierdolić. Niby nic nowego. Ale nie było wątpliwości. Pomysł z zasadzką kompletnie nie przypadł mu do gustu. Chyba, że chodziło o coś innego.
- A tobie HiFi jak tak zależy na tym Leonie, to mu powinieneś ten pomysł z głowy wybić. Ilu kurwa ten twój vigilante może Brzytwiarzy wybić zanim w końcu go namierzą i dojadą? Przecież to kurwa bilet w jedną stronę. A zrobią to w końcu stary napewno! I powiem Ci kurwa, że nie będzie to fajne, bo wtedy nie dadzą mu zemrzeć tylko dostanie analgetyki i pasy skóry będą z niego drzeć. A potem się dla przykładu za jego ziomków zabiorą. - po czym wybuchł chyba tym co mu najbardziej na dołku leżało, bo jedno ze słów podkreślił z wybitną odrazą, w której jednak nie zdołał już zataić ewidentnego żalu - Kuuurwa! Leon “n a j l e p s z y” kumpel??? A my tu to co?? Groupies HiFi’ego??? Aaaaa pies Cię jebał! Weź se ten karabin z wieżyczki.
Co rzekłszy tak jak przyszedł przedwcześnie, tak zabrał swoje manele i wyszedł. Do Kabuki. Na pitfight. Zawsze jest jakiś challange. Za dużo emocji. Za dużo presji. Za dużo rozczarowań. Za dużo… Za dużo. Za dużo!
-

Raze Switch More
Night City, Megablock 10tka
niedziela 15.07.77, popołudnie
Brazil była czystym chaosem.
To właśnie w niej jednocześnie go drażniło i przyciągało.
Pięknym, nieprzewidywalnym chaosem.
— Treni już jadą. Pakuj się — wydyszała.
Odruchowo sięgnął po koszulę, narzucił ją na ramiona i chwycił marynarkę.
Dopiero wtedy na nią spojrzał i zrozumiał, że go oszukała.
Siedziała dalej na skraju łóżka.
Westchnął.
Marynarka zsunęła się z jego dłoni prosto na fotel.
— Wariatka... — mruknął z rozbawieniem.
Usiadł obok niej.
Blisko.
Zdecydowanie za blisko, żeby dalej udawać, że się spieszy.
— Posłuchaj, Arte...
Przez chwilę milczał, szukając właściwych słów.
— Raz już popełniłem ten błąd. Zabrałem na robotę kogoś, na kim cholernie mi zależało.
Na moment uciekł wzrokiem.
— Drugi raz tego nie zrobię.
Powoli ujął między palce kosmyk jej włosów.
Bawił się nim bezwiednie.
— Przy negocjacjach nie pokazuje się wszystkich kart.
Uśmiechnął się krzywo.
— A ty jesteś jedyną kartą, której nie zamierzam nigdy wykładać na stół.
Przez chwilę patrzył jej w oczy.
— Gdyby zorientowali się, ile dla mnie znaczysz... mieliby dokładnie to, czego potrzebują.
Pokręcił głową.
— Dlatego NIGDY nie pójdziesz ze mną na takie spotkanie.
Wstał, podszedł do stolika i zapalił świece.
Zatańczyły małe płomyki.
— Zapomnijmy chwilę o tym całym gównie.
Wrócił za jej plecy.
Delikatnie odsunął włosy na bok.
Poczuł na opuszkach ciepło jej karku. Spięte mięśnie.
— Rozluźnij się — szepnął do ucha. — Bądź ze mną tutaj.
Wtarł olejek w palce. Miły zapach rozlał się po niewielkim pomieszczeniu.
-
H10; 15 July 2077; 12.30; Mieszkanie Paczki
Pozwoliła. Pozwoliła mu jeszcze chwilę się pomasować. Była spięta, bardzo spięta i zła. More nie miał szans masażem zagasić wszystkich pożarów w duszy Brazil, co tam wszystkich, przecież wciąż rozpalał kolejne. Jeden po drugim.
-Dzięki, wystarczy! - zabrzmiało jak tarta o asfalt skóra przy stu kilometrach na godzinę.
Sprawnie wykręciła się spod mężczyzny i pospiesznie ubrała bieliznę. Musiała złapać oddech, żeby nie wybuchnąć. Brewki się jej zeszły, nos zmarszczył, usta wykrzywiły ambiwalentnie w seksownym niesmaku.
-Co ty pierdolisz Raze?! Raz popełniłem błąd. Nie, nie raz. Złapać cię na kłamstwie łatwiej niż beta-hiv w slamsach Mexico City. Posłuchaj się. Rozumiem odmowę, choć mówiłam, że się nie pcham dziś nigdzie. Ale robienie ze mnie idiotki, a jeszcze gorzej ofiary, to cię grubo ponosi. Jakie karty? Czy ja ci wyglądam na kartę? Jakie, kurwa, mnie możesz stracić? Gdzie ty mnie masz? Na złotym łańcuszku? W dupie mnie masz. Nie wiesz nawet gdzie idę, co będę robiła, a twierdzisz, że martwisz czy się nie zesram jak poznam jakiś śliniących się bossów.
Zmrużyła oczy. Uznała, że nie pora jeszcze wywlekać wszystkiego.
-A co zrobisz asie jak zgłoszę się do walk na arenie, gdzie się obija Shawn? Będziesz słodkopierdział o moim bezpieczeństwie? Ja pierdolę. - Pokręciła głową.
Wyszła. Prawie, zawadziła torbą o framugę, deck wypadł i uderzył głucho o podłogę. - Jak coś się stało to będzie twoja wina - podsumowała podnosząc.
Wtargnęła do pracowni technicznej jak jednoosobowy odział do zwalczania cyborgów.
-A co wy tacy spięci? Nieważne - machnęła torebką, mało nie roztrącając ułożonych w starannym porządku cybernetycznych podzespołów - przyspieszam swoją sprawę i dziś będę mogła zajrzeć do decków Lacorix. Zdaje się, że miała tu w H10 bazę, może warto by to sprawdzić. Znamy nr mieszkania. Będę przed wieczorem. - wróciła się - Był Frog?Wyszła sztywno, stanowczo, pewnie, jak zdobywczyni z antycznych tekstów, albo rewolucjonistka Celeste. Jeszcze korytarz, jeszcze winda, jeszcze kilka kroków przed bolckhousem i się rozryczała. Łzy zalały jej oczy tak, że trudno było jej znaleźć drogę do parkingu rowerowego. Z pomocą przyszła proteza, wyciszyła delikatnie, podpowiedziała gdzie znajduje się odpowiedni dla niej bicykl. See18, nie mogła niestety obetrzeć z wilgoci twarzy młodej kobiety, nie mogła osuszyć biologicznych oczu.
Dopiero na siodełku miejskiego roweru kinetycznego zorientowała się, że poza bielizną ma na sobie tylko buty i długi letni płaszcz z mocnego purokevlaru. Torba co raz jej przeszkadzała i spadała na rękę z ramienia. Wreszcie zatrzymała się i doprowadziła do ładu. Torbę umocowała sztywno, płaszczyk zapięła w połowie. W sumie zdarzało się jej wybrać gorszą stylizację na spotkanie z przyjaciółką.
Coś rytmicznego do pedałowania
NoiseFeed Brazil do Froga Brazil Ogarnę się wcześniej Brazil O ktorej będziesz na kwadracie? Kiedy dotarła do sklepiku ezoterycznego była już zupełnie urobiona estrogenem, endorfiną, adrenaliną i noradrenaliną, a wszystko pod czułym okiem See18. Starannie odstawiła miejski bicykl na klamry, wyjęła lusterko i poprawiła makijaż.
Zadowolona z efektu, głucha na szalonego kaznodzieję, ponad zaśmieconą ulicą, Brazil przesunęła się w kierunku wejścia do sklepiku Misty Olszewski. Pchnęła klamkę. Otwarte, wpłynęła.
-Misty! - zawołała niegłośno i rozpięła nieco płaszczyk na piersiach.
-
Houston przyglądał się pracy HiFi'ego i Leifa z absolutnie niewzruszoną miną laika. Nie przeszkadzało mu to kibicować zza ich pleców i rzucać mądrym tonem uwagi.
- Nie, to nie tutaj. Ten kabel musi iść pod spodem, pod tym tamtym.
- Ten teges tutaj się jakoś nazywa fachowo...
- No, teraz lepiej. Jak się iskrzy, znaczy że działa, tak?
Mimo luzu w głosie, oczy Dingo uważnie śledziły precyzyjne ruchy dłoni technika. Przygotowywanie implantów było trochę ohydne, a jednocześnie dziwnie... kojące. Jak oglądanie BD z szumem drzew, albo wpatrywanie się w miasto nocą, gdzieś ze spokojnych peryferii Night City. Przynajmniej do momentu, kiedy człowiek nie uświadomił sobie, że każda z tych części do niedawna była w żywej osobie.Dingo oderwał się od spektaklu, kiedy do mieszkania wpadł Frog. Nomadę zaskoczył wybuch solosa. Houston miał pustkę w głowie i patrzył na tyradę Shawna tak jak psychiatra mógłby patrzeć na pacjenta, który podczas spokojnej rozmowy nagle dostał piany z ust i zaczął bredzić. Spuścił wzrok, nagle również rozdrażniony, ale nic nie powiedział. Jak miał wyjaśnić, że już za długo był na końcu łańcucha pokarmowego miasta? Jak miał powiedzieć przy wszystkich, że ma dość chowania głowy w piasek - i że jedynym sposobem, żeby odbić się od dna jest działać. Szarpać i gryźć, więcej niż można przeżuć... a potem ugryźć jeszcze więcej.
Z westchnieniem wrócił do przyglądania się jak HiFi pracuje. Miał nadzieję, że Frog jednak później do nich dołączy. Jak już się trochę uspokoi. "Jeść, albo być zjedzonym", pomyślał Dingo i zrobił się głodny.
-

Jig-Jig Street w Japantown
Hector był wyraźnie zdenerwowany, chociaż starał się za wszelką cenę nad sobą panować. Palił elektronicznego papierosa wciśnięty pod pulsujący różową poświatą szyld sklepu z erotycznymi akcesoriami, przestępując z nogi na nogę i odganiając ostrymi gestami kręcące się w jego pobliżu prostytutki.
- Nigdy nie widziałem cię w takim formalnym stroju, Raze - powiedział z zauważalną ulgę, kiedy Switch podszedł do niego przeciskając się pomiędzy betonowymi blokami blokującymi wjazd na osławioną „czerwoną ulicę” samochodom - Wyglądasz jak poważny gracz.
- Weź się kurwa nie nabijaj - fikser poprawił rękawy dawno nie noszonej marynarki, mrugnął dwa razy pożyczonym od HiFi cybernetycznym okiem kontrolując ponownie jego parametry. Implant sprawiał wrażenie fabrycznie nowego, ale Switch i tak mimowolnie odświeżał co jakiś czas puste foldery na zdjęcia i filmy poprzedniego użytkownika, wyczyszczone skrzętnie przez formatującego wszczepy HiFi - Jesteś gotowy?
- Nie wiem, czy do tego można się przygotować, stary - odpowiedział Garcia chowając papierosa do kieszeni swojego prążkowanego garnituru - To jest pierdolona Wakako Okada. Ta kobieta trzyma w szachu połowę miasta. Odcina się od yakuzy, ale co chwila ich reprezentuje. Albo wchodzi w interesy, które im przynoszą szkodę, a mimo to jest nietykalna. Ludziom, których numery telefonu ltrafiają do jej smarthinga znacznie lepiej się żyje w tym mieście. Chodźmy, to stara szkoła, punktualność jest świętością, spóźnienie oznacza niedopuszczalny brak szacunku.
Obaj fikserzy ruszyli w głąb ulicy erotycznych uciech, herbaciarni oferujących szeroki wachlarz używek i lokali z ekstremalnymi braindansami, przepychając się przez tłum spragnionych rozrywki turystów, fałszywie życzliwych pracowników seksualnych i krążących gdzieś w tle ochroniarzy, którzy niezbyt starannie ukrywali pod ubraniem tatuaże Tygersów lub powiązanych z nimi gangów. Wrzawa ludzkich głosów otuliła obu mężczyzn kakofonią słów wypowiadanych w tuzinie różnych języków, a holograficzne projekcje Lśnienia atakowały percepcję wspomaganego wzroku tak intensywnie, że Switch po chwili wyłączył opcję podglądu Nadświata.
Wakako Okada miała wiele biur rozsianych po Japantown i Little China, ale najchętniej korzystała z pachnącego kadzidłami pokoiku na tyłach salonu gier na Jig-Jig Street. Wiszące nad wejściem do lokalu orsz w środku ponad rzędami automatów kamery śledziły każdy krok obu mężczyzn, kiedy ci weszli do salonu, zamienili kilka słów ze stojącym za ladą pracownikiem i zniknęli w tylnej części lokalu.
Wakako Okada czekała na nich siedząc za lakierowanym biurkiem, otoczona orientalnymi dekoracjami i skąpana w woni ostrych zapachowych świeczek. Wyglądająca na kobietę po sześćdziesiątce, sprawiała wrażenie kruchej staruszki, uprzejmie uśmiechniętej filigranowej Chinki o nieprzeniknionym spojrzeniu rzucanym zza osadzonych w delikatnych ramkach szkieł okularów. Była w pokoiku sama i wyglądała na absolutnie bezbronną, a mimo to Raze nie mógł się pozbyć wrażenia drzemiącej w niej ogromnej siły.
- Pan Garcia, pan More - powiedziała pozbawionym cienia akcentu angielskim, wskazując zza biurka na dwa ustawione po przeciwnej stronie krzesła - Proszę usiąść. Panie More, przejdę do szczegółów, aby nie marnować pana cennego czasu. Przyniósł pan coś, co ma dużą wagę dla yakuzy. Proszę mi o tym opowiedzieć.
- Wakako-san, jeśli mogę… - Hector urwał widząc jak Chinka posyła mu jednoznaczny w interpretacji gest dłoni.
- Panie More, słucham pana z wielką uwagą.
-
– Skończone - oznajmił z dumą technik prezentując Switchowi zakończoną pracę nad cyberokiem. - Oddasz oko lub kasę, gdy staniesz na nogi - wyciągnął implant w stronę fiksera. Praktycznie w tym samym momencie rozległ się dzwonek do drzwi.
– To pewnie Leif - nie czekając na reakcję More'a Hifi podszedł wpuścić medyka. - Dzięki, że jesteś - wyciągnął dłoń na powitanie. - Chodź, rozgość się - zatoczył dłonią po pokoju, wskazał stół i stolik. - Właśnie skończyłem robić jedno oko, mam drugie, z którym wczoraj nie mogłem sobie poradzić. Albo wolisz zacząć od czegoś innego? Coś do picia?
A potem skupił się na robocie. Niby we trzech, ale jak to w życiu bywa, jeden robił, dwóch kierowało. Leif doradzał, Dingo komentował. Ktoś wchodził, ktoś wychodził, ktoś się krzątał.
Do czasu, aż wpadł wkurwiony Żaba i się na nich wydarł. HiFi był tak zaskoczony tym wybuchem, że ręka drgnęła mu w nieodpowiednim momencie. Krótki, ale intensywny błysk, gdy właśnie próbował przygotować drugie cyberoko. To, którego nie udało mu się zrobić dzień wcześniej. Z niedowierzaniem i wyrzutem spojrzał na wylewającego żale solosa. Ale ten tego nie dostrzegł. Zakończył swoją tyradę i wyszedł trzaskając drzwiami.
– Noż kurwa - zaklął po cichu technik. - Właśnie przez niego pół tysiąca poszło się jebać - oznajmił światu w postaci zgromadzonych przy nim osób. - Co mu odwaliło? Żeby to była moja dziewczyna zazdrosna o poznane kiedyś koleżanki. Ale o Leona jest zazdrosny? Co z nim nie tak? - spojrzał na kumpli.
– Czy ja kiedykolwiek powiedziałem, że Leon to mój najlepszy kumpel? - zapytał retorycznie. - Co on? Moja matka? Będzie mi mówił, komu mogę pomagać a komu nie? Nie chce się w to mieszać, to nie, jego sprawa, prawda? Już lepiej było mi nie siadać do czyszczenia tego złomu - nieco zdenerwowany takim obrotem sprawy pomstował po cichu.
Oprócz tego jednego pechowa oka, reszta implantów poszła dobrze. HiFi rozprostował plecy i rozmasował zdrętwiały kart. W brzuchu mu zaburczało.
– Dzięki, Leif. Słuchaj stary... Przez Froga zarobię na tym mniej, niż myślałem. Właściwie, to ten sprzęt jest teraz warty mniej, niż przed robotą... Ja pierdolę... Jak to spieniężę, przeleję ci stówkę? - technik czuł się zażenowany, podając kwotę. Nie chciał, aby Leif pomyślał, że stara się go naciąć. Ale faktycznie, jedno oko użyczył Razowi, drugie poszło z dymem... Miał teraz mniej grubo ponad tysiąc... - Ale jak będzie jakaś okazja do zarobienia, to będę pamiętał o tobie - dodał próbując się usprawiedliwić.– Dingo, wystawię sprzęt na sprzedaż, zjemy coś i kopsniemy się spotkać z Leonem? - zaproponował po wyjściu Leifa.
Smartfing fajna rzecz, ale porządny deck z dużym ekranem, jeszcze lepsza. Monitory z garażu Shivy wciąż owinięte przez Brazil aluminiową folią zajmowały miejsce w pomieszczeniu. Technik przesunął po nich wzrokiem z zazdrością. Westchnął. Zaczął wystawiać swoją ofertę na elektronicznym bazarku. Każdy implant starannie sfotografował z kilku stron, obejrzał dokładnie, do czego kupujący mogą się doczepić. Trochę czasu to zajęło, ale na odzew nie trzeba było długo czekać. Zanim skończył wystawiać ostatni element, były już sygnały zainteresowanych. Kilka polubień, kilka pytań, jedna konkretna oferta.
Dzieląc następną godziną między posiłek a bazarek udało mu się upłynnić wszystko i do tego jeszcze zjeść swoją porcję. Trochę czasu zajęło mu też znalezienie opakowań, w których mógł towar wysłać bezpiecznie opakowany, ale i to zadanie w końcu mu się udało.
– To my z Houstonem wychodzimy - rzucił do pozostałych w mieszkaniu. - Wrócimy wieczorem. Na razie!Stan konta HiFi: +3000e$
Stan konta HiFi: -100e$
Stan konta Leifa: +100e$
-
Magazyny All Foods w Northside
Huk potężnych turbin wstrząsnął powietrzem, wprawił w dźwięczne drżenie luźne szyby w oknach nieużytkowanego magazynu. HiFi zadarł w górę głowę i odprowadził wzrokiem kształt lecącego w stronę zatoki towarowego promu DTR. Obciążony załadowanymi w przemysłowej strefie kontenerami, ogromny Hyundai Zephyr utopił w dźwięku swojego napędu nawet zgiełk samochodowego ruchu dobiegający od strony napowietrznej obwodnicy. Dwie czerwone aerodyny należące do grupy szybkiego reagowania DTR trzymały się po obu stronach kolosa, błyskami ostrzegawczych świateł sygnalizując swoją rolę eskorty i gotowość do użycia w razie potrzeby letalnych środków obrony.
Leon Avrille przerwał na chwilę rozmowę, bo w hałasie aerodyn i tak nikt by go nie usłyszał; podążył za wzrokiem HiFi odprowadzając tercet powietrznych statków własnym spojrzeniem.
- Samuel powiedział, że więcej czasu nam nie da - powtórzył, kiedy echo silników aerodyn w końcu ucichło - Albo ogarniemy się do środy albo pójdzie do kogoś innego. Będą czekali w środę wieczorem w nowym miejscu, które nam jeszcze podadzą, bo ta miejscówka jest spalona. Ale gotów jest spuścić na zamówieniu o dwie strzelby, chce osiem sztuk, amunicję i pięć zestawów smartgogli z termowizją.
- Wielce kurwa łaskawy - burknął HiFi miażdżąc obcasem buta jakąś starą aluminiową puszkę i starając się nie okazywać radości z usłyszanych wieści. Dwie strzelby mniej oznaczały oszczędność tysiąca eurodolarów, a tysiąc był już konkretną różnicą - Pracuję nad tym, ale oszczędzę ci szczegółów.
- Ciągle nie wierzę, że oni chcą się napierdalać ze służbą oczyszczania miasta - potrząsnął głową Dingo, który programował w międzyczasie w smartfonie interfejs gotowego do użycia drona - Przecież te strzelby im nic nie dadzą, kompletnie nic. Ratusz spuści tam szwadron robopsów i cześć pieśni. Nie mają szans.
- Zagadałem o to Samuela i zaczął dziwnie kręcić - odpowiedział Leon rozglądając się jednocześnie po zapuszczonym placu załadunkowym i brudnych rampach na ciężarówki - Tu chyba nie chodzi o to trucie gazem kanałów. Krety mają kosę z kimś innym, ale Samuel powiedział tylko, że to klątwa Pentexu i uciął temat.
- Pentexu? A co to Pentex? - zdziwił się Houston - To brzmi jak nazwa marki kondomów.
- Chuj wie, co to, może kondomy - zgodził się Leon - Dobra, te skurwysyny przyjdą tu jutro wieczorem. Wolałbym już na nich czekać. Weźmiemy parę kartonów z żarciem, tak jak się umówiliśmy, ale w jednym będzie niespodzianka.
- Niespodzianka? - Dingo zmrużył podejrzliwie oczy, skrzyżował ramiona na piersiach oczekując w oczywisty sposób dalszych wyjaśnień.
- W jednym będzie granat - Avrille uśmiechnął się drapieżnie - Załatwiłem jeden od ziomka, którego nie znacie. Zapakuję go do środka i wyciągnę zawleczkę przy wymianie jak będą odbierali towar. Ma opóźnienie pięć sekund, jebnie im prosto w ryje, a my dobijemy tych, którzy nie zdechną od razu. Szybka czysta robota, z minimalnym ryzykiem. Wieczorem policja już się wycofuje z Northside, wybuch nikogo nie zainteresuje.
- Granat czy nie, jesteś pewien, że chcesz to zrobić? - zapytał powątpiewającym tonem Dingo - To nie jest zabicie szczura. Załatwisz z zimną krwią trzech gości? Nie pękniesz?
- Jak chcesz pomóc to się martw, żeby samemu nie pęknąć - sarknął Leon - Jak będzie trzeba, sam ich odpierdolę. To są śmieci, rozumiesz, chore świry. Nie mają prawa żyć, bo przez takich jak oni giną normalni ludzie. Co powiesz HiFi, dobry pomysł z tym granatem, co?
-

Raze Switch More
Night City, Megablock 10tka
niedziela 15.07.77,
Drzwi trzasnęły.
Switch siedział nieruchomo jeszcze przez kilka sekund.
Tylko mięśnie szczęki pracowały rytmicznie.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
W końcu zamknął oczy.
Powoli nabrał powietrza.
Żebra zaprotestowały ostrym bólem.
— Kurwa...
Ledwie słyszalnie. Dla niego. Nie dla niej.
Oparł łokcie o kolana.
Dłonie zacisnęły się tak mocno, że pobielały kostki.
Miał ochotę pobiec za nią.
Wykrzyczeć wszystko.
Że nie robi z niej ofiary.
Że nie uważa jej za słabą.
Że nie chodziło o nią.
Tylko o niego.
Bo już raz patrzył, jak ktoś, kogo kochał, ginie przez niego.
I drugi raz nie zamierzał do tego dopuścić.
Ale ugryzł się w język.
Za mocno.
Poczuł metaliczny smak krwi.
Przecież sami to ustalili.
Każde z nich ma prawo do własnych tajemnic.
Do własnych spraw.
Do własnych kontaktów.
On nigdy nie pytał, dokąd znikała.
Nie pytał, z kim rozmawiała. Z kim spała.
Nie zaglądał jej przez ramię.
Bo ufał.
I szanował granice, które wspólnie wyznaczyli.
A teraz...
Teraz usłyszał pretensje, że nie odsłonił wszystkiego.
Że nie zaprosił jej do świata, z którego całe życie próbował trzymać bliskich jak najdalej.
Parsknął gorzkim śmiechem.
Każdy ruch bolał.
Pęknięte żebro.
Posiniaczone plecy.
Pusty oczodół pulsował tępym bólem.
Jeszcze wczoraj leżał półprzytomny w śmietniku.
To, że w ogóle siedział teraz na tej kanapie, zawdzięczał właśnie jej.
I całej reszcie.
Wiedział o tym.
Dlatego nie pobiegł za nią.
Nie próbował wygrać tej kłótni.
Siedział tylko w ciszy.
Patrząc na tlące się świece.
W końcu zgasił je jednym dmuchnięciem.
— No pięknie, Greg...
Poklepał się ostrożnie po obolałych żebrach.
— Spierdoliłeś to koncertowo.
I później myśl. Czy to on spierdolił?
Czy ona?
Westchnął raz jeszcze. Nie chciał o tym myśleć.
Złapał marynarkę. Upewnił się, że drzazga jest na swoim miejscu. Wyszedł z pokoju.
HiFi podszedł w jego stronę z niewielkim pojemnikiem serwisowym gdy tylko go zobaczył.
— Skończone.
Technik uniósł cyberoko.
— Oddasz oko... albo kasę. Jak już znowu zaczniesz zarabiać.
Przez twarz Switcha przebiegł ledwie zauważalny uśmiech.
Nie ten cwaniacki.
Po prostu zmęczony.
— Dzięki.
Wyciągnął dłoń ostrożnie, jakby nawet ten prosty ruch sprawiał ból.
Implant był chłodny.
Lekki.
Prawie absurdalnie lekki.
Patrzył na niego przez chwilę.
Jeszcze kilka godzin temu wydawało mu się, że już nigdy nie zobaczy świata normalnie.
— Jestem ci dłużny. Dzięki.
─── ◈ ───
Jig-Jig Street w Japantown
niedziela 15.07.77,
Switch usiadł dopiero wtedy, gdy usiadł Hector.
Powoli.
Bez pośpiechu.
Wyprostował mankiet marynarki.
Dopiero wtedy spojrzał Cesarzowej w oczy.
Nie próbował wytrzymać spojrzenia.
Nie uciekał też wzrokiem.
Po prostu patrzył.
— Dziękuję za poświęcony czas, Wakako-san.
Krótki ukłon głowy.
Nie głębszy.
Nie płytszy.
— Mam nagranie. Pełny zapis zdarzenia. Obraz i dźwięk. Dobra jakość.
Wyjął drzazgę z wewnętrznej kieszeni marynarki.
Położył ją na blacie.
Nie przesunął jej jednak w stronę Cesarzowej.
— Materiał przedstawia osoby odpowiedzialne za zabójstwo dwóch ludzi Tyger Claws przy Raymond Street. Widać ich twarze. Słychać rozmowę. Nie urywa się po kilku sekundach. To nie jest przypadkowe nagranie z ulicznej kamery. Zrobiłem je osobiście.
Krótka pauza.
— Nie będę próbował zgadywać, ile jest warte. To pani oceni lepiej ode mnie. Dlatego najpierw chciałbym, żeby je pani zobaczyła. Dopiero potem porozmawiajmy o szczegółach.
-
Night City; 15 July 2077; 12.30; Sklepik ezoteryczny Misty Olszewski
Rozejrzała się po pomieszczeniu, niemal w absolutnym nieporządku jak zawsze, a jednak strącona statuetka tu, tam przewrócone krzesło opodal biurka. Z biurka wszystko zrzucone na podłogę. Stężała. Innych anomalii szukała wzrokiem, uchem, nosem, ale czuła głównie zapach własnego potu zmieszanego z Dior404.
Odruchowo wyszukała cień, skryła się w nim skulona wpół. Tworzyła w myślach czarne scenariusze: że Tygersi się zwiedzieli, albo trafił za nią Manuel. See18 starał się wypłaszczyć panikę, spłycać i bagatelizować zagrożenie, byle tylko uspokoić umysł. Walczyły w głowie Artemidy dwie siły, jedna zwierzęca, druga maszynowa.
Stupor przełamały głośne wołania, krzyki Misty, Torquemadą ruszyła empatia, nie umysł chłodny, czy instynkt zwierzęcy, ale prawdziwa troska o bliskiego. Zerwała się w trzy skoki, już nie lewitowała nad gruntem, ale leciała w kierunku źródła dźwięku jak superman. Z niespodziewaną siłą otworzyła drzwi stając, gotowa skoczyć na intruza. Zamarła w pozycji do ataku, pośród jeszcze głośniejszego wrzasku. Zamarła na szczęście dla niej i dla kochanków.
Behemot ujeżdżający na umywalce wcale temu chętną Olszewski wymierzył w Brazil Chappa107, dokładnie taki o jakim marzyła kobieta. Jackie bywał porywczy, ale nie na tyle, żeby wypalić od razu w takiej sytuacji. Chyba, że z penisa. Tak się stało, w zamieszaniu wyciągnął chwytając za broń gotową w pobliżu i dał dowód zaangażowania w związek ozdabiając piersi Misty perłowym płynem.
Uśmiechnął się rozpoznając hakerkę.
-Siem lala, mogłabyś dołączyć, ale skończyłem.
-Wreszcie. - wydyszała cała czerwona i mokra ezoteryczka - Jest świetny - pogładziła go po penisie - ale jego libido jest nieokiełznane. Zaczekaj piękna w salonie. Zaraz będę.Zgłupiała hakerka tylko kiwnęła głową, a See już wysyłał raport o nieracjonalnych decyzjach. Usiadła z głupia myśląc, że i jej przydałby się prysznic. No przecież im tam nie wejdzie, ale trochę pofantazjowała.
-Jaśminowej? - zaczepiła wreszcie Misty wracając zawinięta w ręcznik. Brazil przytaknęła. - Co jest z tobą? Chyba się nie spięłaś tą sytuacją, dobrze, że skończył, podnieciło go zagrożenie, już nie wiem co mam z nim robić.
-No, byłaś świetna z tym atakiem, musimy to powtórzyć. - żartował Jackie sadowiąc się na sofie w szlafroku, który ledwo co opinał jego muskularne ciało.
-To był ratunek - zdołała wychrypieć Artemida.
-No i fajnie się ubrałaś, rozepniesz jeszcze zameczek?
-Weź Jackie, przestań. - wtrąciła się Misty.Próbował protestować, ale gospodyni doskonale wyczuwając nastroje i zamiary hakerki dopieściła faceta śliniakiem i napojem proteinowym, ale zanim jeszcze mężczyzna wyszedł Torquemada wypaliła.
-Jackie, jak będę miała kryzys to mogę dzwonić? Jesteśmy kumplami? - wbrew prostocie słów miały one swoją wagę w świadku NighCity - To jak Jackie? - nie odpuszczała Brazil.
-Będę zawsze chciał coś w zamian? - odwrócił się gładko mężczyzna.
-Wiem. - odparła sucho. - To znaczy zgoda.Jackie wyszedł, zaś Misty miała zagniewaną minę.
-Dlaczego próbujesz umówić się z moim facetem za moimi plecami?
-Daj spokój. buduję sobie sieć powiązań.
-A to nie od tego jest Raze? Czekaj coś jest nie tak? Jesteś spięta i teraz widzę te sińce pod oczami.
-Kochana, o tym opowiem ci u fryzjera, chyba, że mnie wystawisz, ale teraz... - wyjęła deck - teraz dokończymy sprawę.
-Ale tu?
-Tu, nie jestem pewna, czy mogłabym liczyć na kogoś innego bardziej.Hakerka wytłumaczyła psychoterapełcie kiedy powinna zresetować deck. Tyle musiało wystarczyć. Brazil opita magicznymi herbatkami, najedzona dobrym słowem, ułożyła głowę na kolanach przyjaciółki i zanurkowała do cyfrowego świata.
Za każdym razem wchodziła bardziej gładko. Pozwoliła by czerń i biel, by linie znaków zastąpiły rzeczywistość, zlokalizowała się, przekradła prze kilka punktów dostępu. Wreszcie stanęła przed swoją Nemesis. Magistratem. Ruch był niewielki, Brazil odnalazła bramę wskazaną przez szpiegów jako najsłabszą. W dwie myśli od niej postawiła virtual, maleństwo pozwalające jej schować się, jeśli zostałaby odkryta.
Plan był, by wejść bramą, jej klucze powinny się z nią uporać bez trudu, ale see18 uporczywie domagał się planu B. to go stworzyła, Posłała za mur skolopendrę. Nie wykryją jej jeśli Brazil przejdzie bramę od razu, ale jeśli klucze zawiodą będzie opcją awaryjną. Hakerka dobrze wiedziała gdzie manifestują się programy strażnicze. Swoje trzymała na smyczy. Idealnie niewidzialna w nadbudowanym kodzie.
Brama otworzyła się jak na skinienie różdżki, a Brazil dostała dostęp do bazy danych, w której nieco się zagubiła. Nie dawała za wygraną.
-
Magazyny All Foods w Northside
Huk potężnych turbin wstrząsnął powietrzem, wprawił w dźwięczne drżenie luźne szyby w oknach nieużytkowanego magazynu. HiFi zadarł w górę głowę i odprowadził wzrokiem kształt lecącego w stronę zatoki towarowego promu DTR. Obciążony załadowanymi w przemysłowej strefie kontenerami, ogromny Hyundai Zephyr utopił w dźwięku swojego napędu nawet zgiełk samochodowego ruchu dobiegający od strony napowietrznej obwodnicy. Dwie czerwone aerodyny należące do grupy szybkiego reagowania DTR trzymały się po obu stronach kolosa, błyskami ostrzegawczych świateł sygnalizując swoją rolę eskorty i gotowość do użycia w razie potrzeby letalnych środków obrony.
Leon Avrille przerwał na chwilę rozmowę, bo w hałasie aerodyn i tak nikt by go nie usłyszał; podążył za wzrokiem HiFi odprowadzając tercet powietrznych statków własnym spojrzeniem.
- Samuel powiedział, że więcej czasu nam nie da - powtórzył, kiedy echo silników aerodyn w końcu ucichło - Albo ogarniemy się do środy albo pójdzie do kogoś innego. Będą czekali w środę wieczorem w nowym miejscu, które nam jeszcze podadzą, bo ta miejscówka jest spalona. Ale gotów jest spuścić na zamówieniu o dwie strzelby, chce osiem sztuk, amunicję i pięć zestawów smartgogli z termowizją.
- Wielce kurwa łaskawy - burknął HiFi miażdżąc obcasem buta jakąś starą aluminiową puszkę i starając się nie okazywać radości z usłyszanych wieści. Dwie strzelby mniej oznaczały oszczędność tysiąca eurodolarów, a tysiąc był już konkretną różnicą - Pracuję nad tym, ale oszczędzę ci szczegółów.
- Ciągle nie wierzę, że oni chcą się napierdalać ze służbą oczyszczania miasta - potrząsnął głową Dingo, który programował w międzyczasie w smartfonie interfejs gotowego do użycia drona - Przecież te strzelby im nic nie dadzą, kompletnie nic. Ratusz spuści tam szwadron robopsów i cześć pieśni. Nie mają szans.
- Zagadałem o to Samuela i zaczął dziwnie kręcić - odpowiedział Leon rozglądając się jednocześnie po zapuszczonym placu załadunkowym i brudnych rampach na ciężarówki - Tu chyba nie chodzi o to trucie gazem kanałów. Krety mają kosę z kimś innym, ale Samuel powiedział tylko, że to klątwa Pentexu i uciął temat.
- Pentexu? A co to Pentex? - zdziwił się Houston - To brzmi jak nazwa marki kondomów.
- Chuj wie, co to, może kondomy - zgodził się Leon - Dobra, te skurwysyny przyjdą tu jutro wieczorem. Wolałbym już na nich czekać. Weźmiemy parę kartonów z żarciem, tak jak się umówiliśmy, ale w jednym będzie niespodzianka.
- Niespodzianka? - Dingo zmrużył podejrzliwie oczy, skrzyżował ramiona na piersiach oczekując w oczywisty sposób dalszych wyjaśnień.
- W jednym będzie granat - Avrille uśmiechnął się drapieżnie - Załatwiłem jeden od ziomka, którego nie znacie. Zapakuję go do środka i wyciągnę zawleczkę przy wymianie jak będą odbierali towar. Ma opóźnienie pięć sekund, jebnie im prosto w ryje, a my dobijemy tych, którzy nie zdechną od razu. Szybka czysta robota, z minimalnym ryzykiem. Wieczorem policja już się wycofuje z Northside, wybuch nikogo nie zainteresuje.
- Granat czy nie, jesteś pewien, że chcesz to zrobić? - zapytał powątpiewającym tonem Dingo - To nie jest zabicie szczura. Załatwisz z zimną krwią trzech gości? Nie pękniesz?
- Jak chcesz pomóc to się martw, żeby samemu nie pęknąć - sarknął Leon - Jak będzie trzeba, sam ich odpierdolę. To są śmieci, rozumiesz, chore świry. Nie mają prawa żyć, bo przez takich jak oni giną normalni ludzie. Co powiesz HiFi, dobry pomysł z tym granatem, co?
– Pentex? No co wy? Jakie kondomy? Ale co oni mają z kretami wspólnego, to nie wiem... - zdziwił się serwisant Allfoods, po czym zaczął wysłuchiwać pomysłu kolegi z pracy.
– Sssstary! - syknął Hifi do Leona. - To ma być, kurwa, plan!?
– Jakie są szanse na to, że ten granat to nas rozerwie? Ja tu nie mówię o wypadku. Ale... może zaczną sprawdzać to przy nas? Może nie będą chcieli odejść, ale będą chcieli zostać, pogada, pojeść? A my co? Nagle damy nogę i to im nic nie powie? Rozerwie cię na strzępy i nikogo nie załatwisz. Nie... - technik pokręcił głową. - Nie...
– To trzeba lepiej przemyśleć. Wpadłeś na to, że oni mogą mieć również nieciekawe plany? Że wcale nie przyjdą na wymianę? Tylko nas raz-dwa z tych strzelb jebną?
– Tu trzeba pomyśleć o kimś, kto nas będzie zabezpieczał gdzieś z okna, z dachu - Hajfi potoczył oczyma po budynkach wokół. - Też mogą kogoś wystawić na czujce...
– Granat od ziomka? Pewne źródło? A jak nie odpali i go znajdą? Będziesz im wmawiał, że to bombonierka miała być, kurwa? Mój kumpel, solos mówi, żeby to zły pomysł się w to pchać, a solos chyba wie, co mówi nie? Ale ja mu na to, Leon, że jesteś mi jak brat i że ci pomogę. Ale bratu też bym nie pozwolił na taką manianę...
– No sam powiedz, Dingo... a może byś obleciał dronem okolice i trochę poszperał za potencjalnymi miejscami usadowienia się? Raz, żeby kogoś od nas postawić, dwa, żeby przed transakcją sprawdzić, czy kto tam nie siedzi?
– Leon... a nie dałoby się z kretami zagadać? Żeby nas wsparli przy tej transakcji? Jak sprawa pójdzie gładko, to będziemy mieli strzelby. Odstrzelisz wtedy brzytwiarzy... albo dogadasz się z kretami, aby się nimi zajęli. Bo ja nie będę strzelał, jeżeli nie będę musiał, jasne?
– Zresztą... kretom można zaproponować, że jak nas wspomogą i załatwią brzytwiarzy, to całe żarcie będzie dla nich? Taki bonus?
– A ty, Houston, co myślisz? - HiFi znowu rozejrzał się po okolicy. - I, nie ma bata, musimy mieć obcykaną drogę ucieczki. Inną, niż główne wejście. -
- Może u Kretów ciężko o gumki? Możesz im dorzucić paczkę do tych gnatów... - wzruszył ramionami z głupim uśmiechem. Skończył konfigurować drona na smarthingu, po czym sięgnął do kieszeni po maszynkę. Wypuścił ją w powietrze z głośnym "wrrrrr" i pokierował kilka metrów nad nich.
- Co myślę? - powtórzył, patrząc najpierw na HiFi, a potem zwracając się do Leona - Sorry Leon, ale HiFi ma trochę racji. Taki granat to fajna sprawa, ale w momencie, kiedy będziecie stać z nimi twarzą w twarz, cholernie ryzykowna. Nawet jeśli odpali się w dobrym momencie, możecie oberwać odłamkiem... A obstawiam, że Mack się nie będzie pisał z nami na tę imprezę, żeby was potem poskładać.
Nałożył na oczy smartgogle i obserwując teren przez kamerę z drona, mówił dalej.
- Mówię "was", bo nie mogę was pilnować tutaj. Jak tylko mnie zobaczą, domyślą się, że coś się święci. A o to właśnie chodzi, żeby się nie domyślili - uśmiechnął się szerzej po czym kiwnął głową w stronę pobliskiego budynku. To był jakiś mniejszy magazyn, albo dawne kwatery pracownicze.- Ja będę, o tam o! W oknie. A jak nie uda się wejść do środka, to na dachu, żeby mieć ogląd na sytuację. Z mojego Ronina mógłbym ich ściągnąć nawet z 400 metrów. No, może z 350...Pokierował dronem dalej, w głąb terenu. HiFi miał rację, potrzebna im będzie droga ewakuacji, kiedy już gówno wpadnie w wiatrak. Najlepiej by było, gdyby technik z Leonem uciekli jedną drogą, a on sam inną, żeby spotkali się później. Labirynt starych kontenerów i magazynów to jednocześnie błogosławieństwo i przekleństwo w tej sytuacji.
- Co do tej wybuchowej zabawki... - podjał - ...fajnie, ale przydałoby się mieć nad tym więcej kontroli. Wydaje mi się, że z jednorazowej komórki... takiej jaką kupiłem rano Switchowi... da się zrobić prosty detonator. Ekhm. To znaczy, tak słyszałem. Od kumpla z... z Badlandów. Co myślisz HiFi? - spojrzał na technika - Ale jak nie, to chyba lepiej mieć granat w kieszeni i poczęstować patałachów "tradycyjnie"... Tylko pamiętajcie, że chyba nie chcemy zniszczyć towaru, nie? -

Creek Loop w Kabuki, niedziela
Shawn wyszedł z megabloku głównym wyjściem, szerokimi brudnymi schodami, przy których tłoczyli się tarasujący chodniki obwoźni sprzedawcy sojowych przekąsek i energetycznych napojów. Przepchnął się przez tłum mieszkańców kursujących do środka i na zewnątrz mieszkalnego molocha i skręcił w Ellison Street pozwalając, aby ostry zgiełk ulicznego ruchu wypełnił jego rozgorączkowane myśli łagodząc kipiącą wciąż gniewem świadomość.
Przemierzał labirynt wysokich budynków znikając w mroku przelotowych tuneli, by zaraz ponownie wynurzać się w słoneczne światło padające z góry poprzez wolną przestrzeń pomiędzy ścianami ze stali, aluminium i szkła. Ryk silników, wizg klaksonów, gwar ludzkich głosów i ryk emitowanych w kilkunastu językach reklamowych audycji otulił Camarę kojącą kakofonią znajomych bodźców, towarzysząc mu przez całą pieszą podróż przez Little China aż po skrzyżowanie z Belleve Street, gdzie ponad ulicą wisiały girlandy czerwonych lampionów witające przechodniów w Kabuki.
Będące w dużej części najniżej położoną dzielnicą metropolii, Kabuki wypełnione było specyficzną wonią orientalnych przypraw, przypalonego tłuszczu, stęchlizny i wilgoci. Stłoczone ciasno budynki wyrastały ponad betonowe kanały burzowe, które podczas przypływów napełniały się brudną morską wodą przysłaniającą choć na krótki czas gnijące w mule zwały śmieci. Nadbudówki wznoszone bez pozwoleń i fachowego nadzoru na najwyższych kondygnacjach już istniejących budynków tworzyły prawdziwie chaotyczną tkankę dzielnicy, oplecioną tysiącami metrów elektrycznych kabli, wibrującą pomrukiem ściennych modułów klimatyzacji, lśniącą blaskiem neonowych znaków i cuchnącą odorem zgnilizny.
Frog przemierzał ten kolorowy labirynt uliczek mijając rzędy knajpek, pralni, warsztatów rzemieślniczych, burdeli, salonów masażu i lombardów; płynął w rzece ludzi, po części turystów, w większości mieszkańców kierując się do Creek Loop, gdzie mieścił się jeden z jego preferowanych klubów freak-fighterskich.
Kabuki nękane było plagą bezrobocia, to zaś pociągało za sobą wysoki poziom przestępczości w całej dzielnicy. Dogłębnie skorumpowana policja pozostawała ślepa na narkotykowe laboratoria Tygersów, na nielegalne salony cybernetyczne i pralnie pieniędzy pod postacią klubów hazardowych i ringów pięściarskich. Mieszkający tu ludzie reprezentowali biedotę i otwarcie się z nią obnosili: niedożywieni, chorujący, brzydcy, noszący wybrakowane wszczepy - i byli przez to w oczach Shawna niejako autentyczni, w przeciwieństwie do sztucznie pięknych metalowo-plastikowych ludzi z Westbrook i Śródmieścia.
Solo przeszedł po blaszanej rampie przerzuconej ponad kanałem burzowym, skręcił w stronę wejścia do „Tekkena”. Bonito i Sadr pozdrowili go kiwnięciami głów popalając papierosy w cieniu rzucanym przez zadaszenie nad wejściem.
- Miało cię dzisiaj nie być - zdziwił się Sadr - Miałeś jechać do Pacyfiki czy co. Zmiana planu?
- Wyskocz z fajki - poprosił Shawn wciskając się pomiędzy kompanów z ringu - Byłem, już wróciłem. Mam wolną resztę dnia. Coś ciekawego?
Bonito wyciągnął z kieszeni koszuli ręcznie robionego skręta, oblizał jego odklejającą się lufkę i docisnął ją do reszty papierosa, zanim podał go Shawnowi. Płomień zapalniczki błysnął w chromowanych gałkach ocznych mężczyzny.
- Dla ciebie na pewno ciekawy, stary - oznajmił pięściarz podając Frogowi ogień - Pan Lee o ciebie pytał, jakąś godzinę temu.
- Jet o mnie pytał? - Shawn rozdziawił ze zdumienia usta - A czemu? Wyrobiłem wszystkie walki i oddałem do centa zadłużenie, to chyba jakaś pomyłka.
- Śmiem wątpić, tu nie chodzi o zwykłe deale - roześmiał się Sadr klepiąc Froga po ramieniu - Szykuje się grubsza akcja z tym całym Łajzą na galę w Westbrook.
- Z jakim łajzą? Gadajcie po ludzku albo spierdalajcie. Nic z tego nie rozumiem.
- Jakbym dostał w łeb tyle kopów od karłów co ty, też bym nic nie rozumiał, ale się nie dygaj, wszystko ci wytłumaczę - zachichotał Bonito, który zdążył w międzyczasie zagwizdać na grupkę skąpo ubranych małoletnich Azjatek grzebiących w śmieciach po drugiej stronie kanału - Przyjechał jeden taki gość z Europy, Lucas Meisa, pierwszoligowy freak fighter w UE. Jego manager ugrał deala z Namakemono, że zorganizują „Hunger Games” i każda dzielnica wystawi swojego napierdalacza, który najpierw musi wygrać lokalnie, a potem będzie bił z tym Meisą. Gość jest zdrowo odpalony, będzie w tym samym czasie promował jakieś tradycyjne neochrześcijańskie wartości, bo to jest freak fighter-misjonarz, co głosi, że walki w klatce nie są dla kobiet i żeby to udowodnić, chce napierdalać się w ringu z babkami z pierwszej ligi Japantown dopóki reszta dzielnic nie wystawi mu championów do „Hunger Games”.
- Chuju złoty, gruba sprawa - Shawn zaciągnął się papierosem, wypuścił z płuc gęsty gryzący dym, od którego natychmiast załzawiło mu organiczne oko - I Jet Lee chce mnie wystawić jako championa? Po to mnie szuka?
Bonito i Sadr ryknęli jednocześnie śmiechem tak serdecznym, że jednemu z nich niedopalona fajka spadła do błota w kanale.
- Stary, ciebie naprawdę zdrowo jebnęli w ten baniak ostatnim razem - oznajmił bez cienia złośliwości Bonito - Champion już jest wybrany, podobno to będzie Stalowy Knur, no bo kto inny, ale show trzeba zrobić dla niepoznaki. Pan Lee składa ekipę, która się podłoży Knurowi, ale tak naturalnie, żeby to nie waliło po gałach. Ponoć masz być jednym z kandydatów.
Jakaś furgonetka zatrzymała się przy barierce ulicy biegnącej ponad kanałem, siedząca za jej kierownicą kobieta wyjrzała przez opuszczone boczne okno obserwując z beznamiętnym wyrazem twarzy dno kanału i grzebiące w śmieciach małolaty. Zbierający myśli po rewelacjach Bonito Shawn wykonał zbliżenie na jej twarz - a przynajmniej na to, co założyła tego dnia na przednią część czaszki, bo w obiektywie Kiroshi solos wyraźnie dostrzegał metalizowane paski tworzywa wyznaczające obrys jej uchwytu na wymienną płytę twarzową.
Sztucznie piękna pozerka, która każdego dnia mogła wyglądać inaczej, jeśli tylko miała w garderobie odpowiedni wybór twarzowych płyt. Zaciągając się ponownie papierosem Camara uświadomił sobie coś, co moment wcześniej mu umknęło. Babka nie patrzyła na małolaty w kanale. Patrzyła na niego.
I wiedziała, że się w tym połapał, bo odwróciła głowę i ruszyła z miejsca w stronę Little China, zanim ciągle myślący o Stalowym Knurze Frog zdążył jej posłać jakikolwiek gest bądź grymas. Wjechała w tunel pod opuszczoną oczyszczalnią ścieków znikając z oczu solosa, na krótką chwilę odsłaniając za kończącą się barierką cały obrys furgonetki.
- Nie każ mu czekać, bo możesz na tym dobrze zarobić - powiedział Sadr - Może nawet Knur mógłby cię wyrzucić górą z klatki jak Foxxa, ostatnio mocno zrzuciłeś z wagi.
- To jest kurwa mocny pomysł - zapalił się do propozycji pięściarza Bonito - Tylko materace trzeba będzie rozłożyć wokół klatki albo cię wsadzić w gorset, bo Foxx połamał siebie po tej akcji kręgosłup, ale pan Lee to dobry człowiek, kupił mu wózek inwalidzki w rekompensacie, taki elektryczny, tylko ze zjebaną baterią. Ale chuj, że nie jeździ, ważne, że Foxx może sobie posiedzieć, a nie tylko leżeć. Frog, co o tym myślisz?
Shawn myślał o czymś innym. O sztucznie pięknej kobiecie za kierownicą furgonetki. I o tylnej tablicy rejestracyjnej odsłoniętej na sekundę przy wjeździe do tunelu.
Znał tę furgonetkę. Tego dnia w Kabuki zobaczył ją po raz czwarty w tym tygodniu.
-
Sklep „Esoterica” w Little China, niedziela
Brazil sprawiała wrażenie pogrążonej w głębokim śnie, chociaż pod jej uchylonymi powiekami można było dostrzec poruszające się cały czas oczy. Zafascynowana tym widokiem Misty czuła mimowolny dreszcz za każdym razem, kiedy sprzęgnięty z cyberprzestrzenią system nerwowy Artemidy generował nienaturalne impulsy wywołując u niej skurcze mięśni albo niezależne względem siebie ruchy gałek ocznych, które wywierały na Misty największe wrażenie. Było coś przerażającego w widoku ludzkich oczu spoglądających jednocześnie w górę i w dół albo w ekstremalnym zezie rozbieżnym, który nie miał nic wspólnego z wadą wzroku, a wszystko z kawałkiem krzemu wszczepionym w podstawę czaszki netrunnerki. Te wymuszane symbiotyczną elektroniką grymasy mogły przeprawiać o dreszcze, jeśli wiedziało się o zamiłowaniu Brazil do azteckiej mitologii, w szczególności zaś demonologii, ale dowodziło też w paradoksalny sposób jej naturalności. Bardziej cybernetyczni sieciarze potrafili eliminować organiczne w swej naturze odruchy, bo mechaniczne oczy można było blokować w trybie spoczynku, a mikroreceptory mimiczne płyt twarzowych ustawiać w dowolnej konfiguracji - Brazil nosiła w sobie ilość hardware zupełnie nieprzystającą do jej potencjału i możliwości, przez co w każdej chwili wręcz emanowała w oczach Misty esencją niezatraconego jeszcze człowieczeństwa.
Spiritualistka zwilżyła wargi przyjaciółki odrobiną wyciśniętej z dozownika wody, poprawiła jej kosmyk włosów odnotowując z troską nieregularny rytm oddechu Artemidy. Kiedy obciążenie procesora było niższe, kiedy w trakcie rozmowy netrunnerka oglądała poprzez sprzęg neuralny rolki w mediach społecznościowych albo wchodziła w nieskomplikowane interakcje z infrastrukturą Sieci, mogła dzięki podzielności uwagi funkcjonować równolegle w rzeczywistym świecie - lecz ilości danych pobieranych i przetwarzanych przez jej wspomagany krzemem mózg w tej właśnie chwili stanowiły tak ogromne obciążenie dla umysłu, że nie sposób było operować na nich bez zaangażowania w tym celu całkowitej koncentracji.
Pozorny sen Artemidy skrywał pod półprzymkniętymi powiekami kobiety kolejne etapy złożonego procesu informatycznego, którego nieumiejętna realizacja mogła nieść za sobą poważne konsekwencje. Misty nie miała wiele wspólnego ze światem netrunnerów, ale wiedziała o LODzie, bo zdawać sobie sprawę, że oprogramowanie obronne magistratu mogło w najgorszym scenariuszu nawet zabić nieostrożnego sieciarza.
Artemida Torque pod żadnym pozorem nie mogła uchodzić za nieostrożną, ale błędy nie omijały nawet najlepszych i nawet legendy potrafiły odejść z cyfrowego świata pośród swądu spalonej tkanki i parującego płynu rdzeniowego.
Brazil drgnęła bez ostrzeżenia spazmatycznie i otworzyła szerzej oczy łapiąc jednocześnie haust powietrza. Misty zdrętwiała widząc jej pusty nieludzki wzrok i nacisnęła czym prędzej przycisk resetu na obudowie cyberdeku.
Wiedziała, że zbyt długa zwłoka mogła uwolnić drzemiącego w umyśle sieciarki Tacatecutli. Jeśli ochrzczony mianem azteckiego boga neuralny procesor Brazil zostałby podczas etapu odwrotu zainfekowany demonem pościgowym, mógłby przejąć kontrolę nie tylko nad synapsami Artemidy, ale być może nawet siecią bezprzewodową sklepu.
A Misty nie chciała umrzeć wskutek eksplozji przeciążonej umyślnie mikrofalówki, przy której siedziała trzymając na kolanach głowę przyjaciółki.
- Brazil, słyszysz mnie? Jesteś ze mną?
W oczach netrunnerki pojawił się błysk zrozumienia i Misty odetchnęła z ulgą na ten widok.
- Jak poszło, Brazil?
- Muszę pić. I sikać. Najlepiej jednocześnie.
-
Pokój Hartleya w H10
Mack odłożył tablet na krawędź materaca, po czym przeciągnął się z głośnym trzaskiem kości i niskim jękiem frustracji. Jego uczelniane konto nadal istniało i nawet nie wymagało resetu hasła, ale dostępność niepłatnych materiałów na serwerach akademii budziła uczucie gorzkiego rozczarowania. Komercjalizacja wiedzy i reglamentacja edukacji stanowiły jeden z filarów nowego porządku świata, w którym niewykształcone masy miały harować w pocie czoła za miskę ryżu na oderwaną od rzeczywistego życia korporacyjną elitę, pławiącą się w luksusach, których namiastki zwyczajni ludzie mogli oglądać z bezsilną zazdrością na rolkach w mediach społecznościowych bogatych influencerów.
Pocięta na kawałeczki Sieć, opasana słynnym Blackwallem, atakowana nieustannie przez nieprzeliczone hordy dzikich AI, ściśle kontrolowana przez NetWatch i służby IT największych korporacji, w niczym nie przypominała internetu sprzed 2022 roku. Zaprojektowany przez najbardziej znienawidzonego netrunnera wszechczasów Rache Bartmossa, DataKrash bezpowrotnie zakończył epokę sieci jako wolnej przestrzeni użytkowanej do gromadzenia i darmowej wymiany wiedzy, a największą ofiarą tej globalnej katastrofy nie były wbrew pozorom indeksy giełdowe i zasoby korporacyjnych kryptowalut - był nią dostęp do powszechnej edukacji.
Zmuszone do wyłożenia ogromnych sum na zbudowanie praktycznie od zera zupełnie nowej infrastruktury internetowej, koncerny sięgnęły po wszelaki możliwy system monetaryzacji dostępu do Nowej Sieci, ukrywając każdy wartościowy element specjalistycznej wiedzy za kosztownymi paywallami, których mnogość eliminowała z procesu swobodnej edukacji ponad osiemdziesiąt procent globalnej populacji. Standardy nauczania w publicznych szkołach podstawowych wołały o pomstę do nieba, szkoły ponadpodstawowe były płatne wszystkie bez wyjątku. Firmy za naukę zawodu i certyfikację umiejętności wiązały człowieka do siebie na całe dekady potrzebne do spłaty dedykowanego kredytu, wypychając jednocześnie z rynku pracy ludzi pozbawionych specjalistycznych świadectw i zmuszając ich do codziennej walki o przetrwanie w szarej strefie.
Hartley znał doskonale brutalną konstrukcję tego systemu i patrząc na skąpe instrukcje udzielania pierwszej pomocy zrzucone z uczelnianej witryny, mógł jedynie gniewnie przeklinać pod nosem.
Leżący obok tabletu smartfon zagrał melodyjnym dzwonkiem wyrywając weterynarza z posępnej zadumy. Rozpoznał uzupełniony zdjęciem numer i uniósł brwi zaskoczony jego widokiem.
Adeola Ogunlesi, sąsiadka z piętra wyżej i z przeciwnej strony wewnętrznej studni pionu. Mack miał okazję kilka razy załatwiać jej poprzez Leifa tanie zamienniki leków na powikłania po chemicznych poparzeniach płuc, których nabawiła się pracując w rafinerii Petrochemu. Zwolniona po wypadku ponad rok temu i bez prawa do zwrotu kosztów leczenia, biedowała jak spora część mieszkańców H10, utrzymując siebie i trzy niepełnoletnie córki z łapanych z dnia na dzień prac dorywczych. W ścianach megabloku Hartley widywał najczęściej jej dwie starsze córki-bliźniaczki, Chinwe i Nkechi, z upodobaniem wysiadujące na tarasach rekreacyjnych albo parkingach H10 w towarzystwie obwieszonych fałszywym złotem chłopaków z młodzieżowych gangów.
Telefon nie przestawał dzwonić wywierając uporczywym sygnałem coraz większą presję na Hartleya.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się