Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje future
  3. Rozgrywka
  4. [Autorski storytelling] Ropa i krew
Ropa i krew
SWATS
SWAT jako
Droga
Mistrz Gry
MarrrtM
Marrrt jako
Wół
NanatarN
Nanatar jako
Noah Cohen
LynxL
Lynx jako
Fruwacz

[Autorski storytelling] Ropa i krew

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
ropa i krewstorytellingautorski
51 Posty 4 Uczestników 1.1k Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • LynxL Niedostępny
    LynxL Niedostępny
    Lynx jako Fruwacz
    napisał ostatnio edytowany przez Lynx
    #38

    – Jeśli mam być szczery, to z Czarną Dywizją nie jest mi po drodze. Zabili ludzi, którzy byli mi bliscy, więc trudno oczekiwać, żebym żywił do nich sympatię.
    – Mam tylko kartę, a tam może coś być.
    Bartho spojrzał na Fruwacza spod ciężkich powiek.
    – To nic wyjątkowego. Dywizja narobiła sobie więcej wrogów niż przyjaciół.
    Prychnął i strzepnął popiół do przepełnionej popielniczki.
    – No i widzisz. To już jest konkret.
    Machnął palcami.
    – Kartę dawaj. Nienawiści mam na magazynach całe skrzynie. Informacje są rzadsze. – Krzywo się uśmiechnął.
    – A czasem znacznie cenniejsze od amunicji.
    Karta i tak była już jego od momentu, gdy Fruwacz zdecydował się wsiąść do samochodu Ravela. Ta strata była więc do przewidzenia.
    – Masz ją. Co służy do odczytu, nie wiem. Mam jednak wiedzę, gdzie i jak ją pozyskałem.
    Przez chwilę się zawahał.
    – Wpierw może sam coś opowiesz? Sam mówiłeś, że informacja jest cenna.
    Bartho parsknął cicho.
    – Już mi się podobasz. Jeszcze nic nie masz, a już próbujesz handlować.
    Sięgnął po kartę i wsunął ją do starego, grubego laptopa stojącego z boku biurka. Maszyna wyglądała jak zabytek, ale uruchomiła się bez protestów. Przez chwilę w pomieszczeniu słychać było jedynie cichy stukot klawiszy.
    Bartho zmrużył oczy.
    – No proszę... Wiedziałem, skąd to przyszło. Nie wiedziałem tylko, jak dużo udało się wynieść.
    Zapadła chwila ciszy.
    – Chór.
    Wypowiedział nazwę bez emocji.
    – Kojarzysz coś?
    Nie czekając na odpowiedź, pokręcił głową.
    – Nieważne. Mało kto kojarzy.
    Odchylił się w fotelu.
    – Przed wojną ktoś wpadł na pomysł, że łatwiej kontrolować ludzi niż do nich strzelać. D-14. Eksperymenty. Percepcja. Sugestia. Głosy. Takie rzeczy.
    Spojrzał na Fruwacza.
    – A najlepsze jest to, że wygląda na to, że część tego gówna nadal działa.
    Laptop zamknął się z cichym kliknięciem.
    – I właśnie dlatego Wielki Komandor siedział tu dzisiaj przez trzy godziny i próbował przekonać mnie, żebym stanął po jego stronie.
    Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
    – Czasem informacje są rzeczywiście cenniejsze od amunicji. Dzisiaj jest jeden z tych dni.
    – Ekhm...
    Fruwacz przełknął ślinę, próbując poskładać wszystko w całość. Chór. D-14. Eksperymenty. Wielki Komandor.
    – Tooo rozumiem, że zainteresowany.
    Po chwili dodał:
    – Tak przy okazji, to jakie masz kontakty w Jarze?
    Starał się nie uronić ani słowa.
    Bartho prychnął.
    – Zainteresowany? Młody, ja wiedziałem o tej karcie, zanim przekroczyłeś bramę.
    Strzepnął popiół.
    – Mam człowieka w Jarze. To od niego ją dostałeś. Poznaję po tej płytce, co ci dynda na szyi.
    Spojrzał na ekran laptopa.
    – Chór. Ciekawe gówno. Wiesz, co jest najciekawsze? To nie jest nawet finalna wersja. Tę zabrali kiedyś do Denver.
    Spojrzał ponownie na Fruwacza.
    – A teraz Komandor zaczyna się tym interesować. To już jest problem również dla mnie.
    – Eeee...
    Fruwacz miał coraz większe wrażenie, że szczęście wyjątkowo mu sprzyja. Bartho nie tylko go nie wywalił za drzwi, ale jeszcze dzielił się informacjami.
    – Póki nie trzymasz z kompanią, to dla mnie spoko.
    Zastanowił się przez chwilę.
    – Mogę pomóc w czymś jeszcze?
    Po czym dodał:
    – Iiii? Jak to jest z tymi Strażnikami? Reval sam wystrzelał całą bandę Czarnych...
    Bartho parsknął śmiechem.
    – I właśnie dlatego lubię takich jak ty.
    Zaciągnął się papierosem.
    – Odpowiedzi też mają swoją cenę, młody. Uznajmy, że kartą właśnie opłaciłeś kilka.
    Na wzmiankę o Ravelu machnął ręką.
    – Strażnicy Stołu są dobrzy w swojej robocie. Tyle powinno ci wystarczyć. Czarni musieli prosić się o lanie.
    Po krótkiej pauzie przyjrzał mu się uważniej.
    – A skoro pytasz, czy możesz pomóc... Masz ekipę? Ludzi, którym ufasz? Takich, którzy pójdą za tobą w złe miejsce i nie spanikują po drodze?
    Strzepnął popiół.
    – Bo być może będę miał dla ciebie propozycję.
    – Tak!
    Fruwacz wyprostował się odruchowo.
    – Jeśli nie wrócę w ciągu dwóch dni, mieli mnie zacząć szukać. Więc powiedz co, gdzie i kiedy.
    Bartho uniósł brew.
    – Tak? To albo masz dobrych ludzi, albo bardzo głupich.
    Krzywy uśmiech przeciął jego twarz.
    – Lubię obie grupy.
    Postukał palcem w kartę pamięci.
    – Na razie wiem tylko tyle, że trop prowadzi do Denver. Ty wrócisz do swoich. Ja sprawdzę resztę danych.
    Wstał ciężko z fotela.
    – Jak obaj uznamy, że warto ryzykować życie, pogadamy dalej. Ravel odwiezie cię do miejsca, w którym się spotkaliście. Teraz albo jak odpoczniesz. Chcesz pokój?
    – Wolę wracać od razu.
    Raz, że nie miał czasu. Dwa – jeśli miał odpoczywać, to zdecydowanie wolał pustkowia niż miejsce, gdzie nadmiar hałasu mógł skutecznie ukryć kroki zbliżającego się drapieżnika.
    – Pewnie sam najlepiej będziesz wiedział, jak się skontaktować.
    – Jasne. Idź do Ravela. Pewnie jest gdzieś koło baru. Jak naradzisz się ze swoją ekipą, ja będę tutaj. Nigdzie się nie wybieram.
    Fruwacz skinął głową i opuścił pomieszczenie.
    Ravel rzeczywiście czekał niedaleko baru. Nie zadawał pytań. Nie komentował. Gdy tylko młody zwiadowca pojawił się obok, ruszyli.
    Bez słowa zaprowadził go do punktu odbioru broni. Fruwacz odebrał karabin jak i resztę swojego sprzętu. Sprawdził wszystko odruchowo. Magazynki. Pasy. Kabury. Wydano bez problemu. Standardowa procedura.
    Dopiero wtedy ruszyli do samochodu.
    Droga powrotna upłynęła niemal tak samo jak przyjazd.
    Cisza.
    Silnik.
    Pył.
    Tym razem jednak Fruwacz częściej zerkał na Ravela. Próbował wychwycić drobne ludzkie odruchy. Drganie dłoni. Zmęczenie. Niewygodę.
    Cokolwiek.
    Niewiele znalazł.
    Im bardziej się przyglądał, tym bardziej rozumiał, dlaczego ludzie w Jarze mówili o Strażnikach półgłosem.
    W końcu dotarli do miejsca spotkania.
    Samochód zatrzymał się przy znajomym obozowisku.
    A raczej tym, co po nim zostało.
    Ciała zniknęły.
    Broń zniknęła.
    Zapasy zniknęły.
    Nawet część brezentów ktoś zabrał.
    Pustkowia nie lubiły marnotrawstwa.
    -Tak to już jest... - mruknął pod nosem, wysiadając z auta.
    -Jak nie żywisz się na czyimś trupie, to często sam kończysz jako czyjś posiłek.
    Ravel nie odpowiedział.
    Po prostu odjechał.
    Fruwacz patrzył jeszcze chwilę za oddalającymi się światłami samochodu, aż zniknęły za skałami.
    Dopiero wtedy wrócił do obozu.
    Przeszukał go dokładnie.
    Może ktoś przeoczył amunicję.
    Może nóż.
    Może cokolwiek.
    W końcu dał sobie spokój.
    Słońce dawno zaszło, a noc na pustkowiach nie była dobrym momentem na samotne marsze.
    Po niedługich poszukiwaniach znalazł niewielką szczelinę między skałami. Wystarczająco głęboką, żeby osłonić od wiatru i ukryć sylwetkę. Nie była wygodna, ale nie musiała.
    Zjadł trochę zapasów.
    Sprawdził broń.
    I oparł się o zimną skałę.
    Sen nie przychodził łatwo.
    Zamykał oczy tylko na chwilę. Budził się co jakiś czas, nasłuchując wiatru, kroków albo czegoś gorszego.
    Między jednym półsnem a drugim wracały myśli.
    O karcie.
    O człowieku w Jarze.
    O tym, że Bartho wiedział o wszystkim jeszcze zanim on sam dotarł do Przyczółku.
    O Wielkim Komandorze, który najwyraźniej szukał czegoś więcej niż kolejnego kawałka pustkowi do podbicia.
    I o tym, że nagle znalazł się w środku spraw znacznie większych od siebie.
    Kiedy pierwsze światło świtu zaczęło rozjaśniać skały, Fruwacz był już na nogach.
    Zmęczony.
    Niewyspany.
    Ale gotowy do drogi.
    Zarzucił karabin na ramię i ruszył z powrotem w stronę Jaru.
    A przez całą drogę towarzyszyło mu jedno pytanie.
    Co powiedzieć, aby reszta nie uznała, że zdebilał doszczętnie?

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    2
    • SWATS Niedostępny
      SWATS Niedostępny
      SWAT jako Droga
      napisał ostatnio edytowany przez
      #39

      Noa

      Pod wieżą było cicho i spokojnie. Wiatr poruszał trawą, zerwana linka przy antenie stukała o maszt w nierównym rytmie, a uchylone drzwi skrzypiały lekko przy każdym mocniejszym podmuchu. Nic więcej. A jednak głos był wyraźny.
      — Ej, Cohen.
      Nie z wieży. Nie zza pleców. Nie z żadnego miejsca, które dałoby się wskazać. Po prostu był. Znajomy. Niepokojąco znajomy. Noa stał nieruchomo, walcząc z odruchem odwrócenia głowy. Chwilę później usłyszał jeszcze coś. Nie słowa. Krótkie parsknięcie śmiechem. Takim, jakie pamięta się po latach bardziej niż twarz właściciela.
      I wtedy wszystko ucichło. Jakby nic się nie wydarzyło. Wieża stała przed nim tak samo opuszczona jak wcześniej. Drzwi kołysały się na wietrze. Ognisko dogasało. Żadnego ruchu. Żadnych sylwetek. Daleko za sobą dostrzegł Corleya i Liorę. Zostali tam, gdzie kazał. Obserwowali, coś między sobą szeptali ale zbyt cicho by doszło to do uszu Cohena.
      Jeżeli miał znaleźć odpowiedzi, były przed nim. Na górze. W strażnicy. Nie w głosach. Nie we wspomnieniach. W wieży.

      Wół

      Powrót był znacznie szybszy niż droga w dół. Dzieciaki szły jak we śnie, obolałe od kilku solidnych uderzeń Ivana, ale przytomne i przede wszystkim żywe. Im wyżej się wspinali, tym bardziej wracały znajome odgłosy Jaru. Szum generatorów. Odległe rozmowy. Stukanie narzędzi. Zwykłe dźwięki. Prawdziwe.
      Na jednym z wyższych poziomów czekała już grupka ludzi. Najpierw rodzice. Potem sąsiedzi. Potem wszyscy ci, którzy jeszcze godzinę temu byli przekonani, że dzieciaki przepadły na dobre. Ktoś zaczął płakać. Ktoś inny ściskał syna tak mocno, że ten zaczął protestować. Hanka bez słowa oddała ostatniego z młodych pod opiekę rodziny.
      — Idę do Agi. — rzuciła tylko.
      Nie wyglądała najlepiej. Oczy miała czerwone, a głos nadal odrobinę drżał. Nie czekała na odpowiedź. Po prostu odeszła. Ivan również nie zamierzał świętować.
      — Jak ktoś będzie chciał schodzić niżej, to niech najpierw przyjdzie po mnie. — mruknął. — A najlepiej niech nie schodzi. - po czym zniknął równie szybko, jak się pojawił. Dopiero wtedy Wół zorientował się, że nadal coś trzyma pod pachą. Segregator. Spojrzał na niego ze zdziwieniem.
      — Oż kurde...
      Jakim cudem taszczył go przez pół drogi? Nie pamiętał. I właśnie wtedy ktoś zwrócił na niego uwagę.
      — Co tam masz, bohaterze?
      Bran stał kilka kroków dalej. Wzrok miał wbity nie w Woła, ale w nadpalone kartki wystające spomiędzy okładek.
      — Pokaż.

      Fruwacz

      Droga powrotna dłużyła się bardziej niż wcześniej. Może przez niewyspanie. Może przez myśli. Słońce powoli wspinało się nad skały, a Fruwacz szedł znajomym korytem wyschniętej rzeki, co jakiś czas odruchowo sprawdzając horyzont. Nic się nie zmieniło. Te same kamienie. Ten sam pył. Te same pustkowia. A jednak wszystko wydawało się trochę inne.
      Przez większość życia problemy były proste. Znajdź jedzenie. Znajdź wodę. Znajdź bezpieczne miejsce do spania. Nie daj się zabić. Teraz nagle pojawili się ludzie, którzy rozmawiali o rzeczach sprzed wojny tak, jakby wydarzyły się wczoraj. Chór. D-14. Denver. Wielki Komandor. Bartho.
      Słowa krążyły mu po głowie jak muchy nad padliną.
      Westchnął ciężko.
      — Oż ja pierdolę...
      To było chyba najlepsze podsumowanie całej sytuacji. Przez chwilę zastanawiał się, jak opowie o tym reszcie.
      Potem przypomniał sobie Woła. Przez kilka minut próbował wymyślić wersję, przy której wielkolud nie wybuchnie śmiechem. Nie wymyślił.
      Potem przypomniał sobie Noa. Tutaj problem był odwrotny. Cohen prawdopodobnie uwierzy w każde słowo. Potem zacznie zadawać pytania. Dużo pytań. To było chyba jeszcze gorsze.

      Pod wieczór dostrzegł znajome skały. Czuł na sobie wzrok strażników i widział odbijające się od szkieł lornetki świetlne zajączki. Jar był już niedaleko. A wraz z nim konieczność wytłumaczenia wszystkim, że pojechał spotkać się z ludźmi, których nikt nie rozumie, rozmawiał z człowiekiem, którego wszyscy się boją, a wrócił z informacją o miejscu oddalonym o setki kilometrów. I że to wszystko miało jakiś sens.
      Przynajmniej miał nadzieję, że miało.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      1
      • LynxL Niedostępny
        LynxL Niedostępny
        Lynx jako Fruwacz
        napisał ostatnio edytowany przez
        #40

        Droga do Jaru była cicha, ale w jego głowie już dawno zrobiło się głośno.
        Słowa Bartho nie układały się w jedną historię, a raczej w pokraczną mapę pełną braków i niedomówień: Chór, D-14, Denver, Komandor. Za dużo nazw jak na jeden dzień i za mało odpowiedzi, żeby udawać, że to tylko przypadek.
        Nie miał gotowego planu, jak to wszystko wyjaśnić. Miał tylko jedną pewność, że prawda w tej wersji, którą usłyszał, była zbyt ciężka, żeby rzucać ją ludziom bez przygotowania.
        Widział tą ciasną szczelinę. Bramy Jaru były tuż tuż. Liczył, że to ta właściwa i nie zarąbał się po drodze.
        Zatrzymał się jeszcze na moment przed wejściem…oddech. Uspokoić się.
        Strategia była prosta.
        Nie mówić wszystkiego od razu.
        Zacząć od faktów, które da się udźwignąć: spotkanie, Przyczółek, Dywizja. Resztę zostawić na później.
        I wejść do Jaru tak, jakby wiedział, co robi.
        Nie do końca był pewien ile czasu minęło od jego wyruszenie na tą dziwaczną przygodę. Może już zaczęli go szukać. Tyle rzeczy nie wiedział. Widział jednak tyle, że musi ruszyć do Denver jeśli chce się zemścić na Czarnej Dywizji.
        Teraz po kolei. Zameldować wtyczce, że robota wykonana i przekonać, że są po tej samej stronie i ma pomagać. Dwa odnaleźć swoich i ustalić co teraz. Trzy zdecydować co przekazać szefostwu Jaru. Bartho nie wydawał się do nich wrogi, ale raczej nie zechcą mieć jego kreta u siebie i tak.
        Potem się zobaczy. Fruwacz miał przeczucie, ze te plany rypną szybciej niż się spodziewa, więc za daleko w przyszłość nie ma co wypływać.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • NanatarN Niedostępny
          NanatarN Niedostępny
          Nanatar jako Noah Cohen
          napisał ostatnio edytowany przez
          #41

          Wieża

          Wstrzymał i osiągnął efekt. Nie szedł za głosem szaleństwa, choć go ciągnęło. Ten głos, ten śmiech, coś za czym tęsknił, gdzie mógł bezpiecznie wrócić. Nie, pozostawił ten rozdział za sobą, miał teraz inne obowiązki. Złożył obietnice w Jarze, złożył obietnicę przed swym sumieniem, że będzie chronił Liorę.

          Ten głos mu się tylko zdawał. Uznał. To tylko zjawy, mary tęsknego umysłu. Zamachał rękami w powietrzu koło uszu dając znać obserwującej go dwójce, że coś mu się zdawało.

          Pomyślał, że jeśli jest poddawany jakiejś chemicznej substancji wywołującej halucynacje, powinien się z jednej strony zabezpieczyć fizycznie, naciągnięta na usta chusta była jakąś namiastką maski tlenowej, ale ważniejsze odciągnąć uwagę od omamów. Potrzebował fetyszu, niezapominajki.

          Zdjął z głowy kapelusz i włożył do środka zerwaną garść traw porastających podnóże wieży. Kręcił ręką jak w żarnie śpiewając piosenkę.

          Do ukrytych towarzyszy dobiegły słowa piosenki

          Noa z uśmiechem na twarzy wszedł do środka strażnicy.

          Nie strzela rewolwer, ani dłoń, która go prowadzi, nie strzela oko, strzela świadomość, przekonanie o konieczności.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • MarrrtM Online
            MarrrtM Online
            Marrrt jako Wół
            Mecenas
            napisał ostatnio edytowany przez Marrrt
            #42

            No i tyle z tego masowania. No ale taki już wołowy los był. Nie narzekał. Z resztą nie było tak źle i zdarzało mu się mieć gorszy odjazd po źle przedestylowanym bimbrze. A i to co czasem wagranci palili na pustkowiach, żeby dodać sobie otuchy też potrafiło przenieść na koniec zorzy. Także Wół nie rozpamiętywał specjalnie wypadków z korytarza. Taki był. Wszystko było drogą. A ten dziwny kawałek przeszedł i miał za sobą. Nie rozumiał posępności Ivana i Hanki. Czasem mu przychodziło do łba, że może to on jest nienormalny. Ale jak mawiał tatuś, "poznasz pierdolniętego po czynach jego". No a Wół miał się za całkiem racjonalną osobę.

            Nawet wtedy gdy przypadkiem coś skądś wynosił. Jak ten segregator. Spojrzał na staroć, potem na Brana.

            - Pokazywałem dawno temu jak byłem mały - powiedział nadal niezadowolony, że ten cały Jar to może i pamięta, ale nie jak mu się przysługi wyświadcza - Papierzyska jakieś zgarnąłem z dołu. A skąd ciekawość?

            - Rzadko się zdarza by ktoś wracał z pamiątkami z D14. - rzucił Bran pół żartem, pół serio. - Może się z tego dowiemy co tam się czai?

            - Może, może. Ale na razie to u was zmywam zwały misek, babram się w maszynerii i łażę po piwnicach, a ich nie lubię, bo lubię mieć niebo nad głową. A na koniec dostaje pałką w łeb i muszę se gwoździem robić dziurę w łapie. Oooo tu. - co rzekłszy pokazał Branowi nową wcale nie imponującą ranę - Także postawiłbyś Bran jakiejś gorzałki i byśmy usiedli, popatrzyli w te papiery, a nie do Woła od razu "pokaż" jak do lafiryndy jakiej.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            1
            • SWATS Niedostępny
              SWATS Niedostępny
              SWAT jako Droga
              napisał ostatnio edytowany przez SWAT
              #43

              Noa

              Wnętrze wieży przywitało go ciszą. Nie było śladów walki. Krzesło przewrócone przy stole. Kubek z zaschniętym osadem po kawie. Na kuchence stał garnek z czymś, co dawno wyschło na twardą skorupę. Jedno z łóżek było rozścielone, drugie starannie zasłane. Jakby ktoś wyszedł tylko na chwilę. Kurz zdążył osiąść na większości sprzętu, ale nie wszędzie. Na blacie stołu leżały porozrzucane kartki. Część spadła na podłogę, część porwał wiatr wpadający przez uchylone okno. Wszystkie zapisane były na starej maszynie do pisania.

              Noa przykucnął i zaczął je zbierać. Większość była niekompletna. Meldunki. Listy zmian. Krótkie raporty z obserwacji okolicy. Dopiero kilka kartek zwróciło jego uwagę. Stenogramy rozmów.

              "...potwierdzam otrzymanie nowych współrzędnych przemarszu Grupy Grahama..."
              

              Kolejna.

              "...nasz konwój zmieni trasę zgodnie z ustaleniami..."
              

              Następna była naderwana.

              "...Dywizja przejmie kontakt z celem około godziny 17. Opóźnienie naszego konwoju pozwoli uniknąć..."
              

              Reszta zdania zniknęła wraz z wyrwanym fragmentem kartki. Noa odnalazł jeszcze jedną stronę, przygniecioną nogą przewróconego krzesła.

              "...w imię Światłości stratę Grupy Grahama uznaje się za dopuszczalną, 
              jeżeli umożliwi to bezpieczne przejście transportu..."
              
              "...namiar na konwój Grupy Grahama został podany, ...agent potwierdził odbiór współrzędnych..."
              

              Pod raportem były odręczne dopiski, zapewne operatora radia, który przechwytywał różne meldunki Srebrnych, jak i Czarnych.

              "...kimkolwiek jest ten Graham, to ma srogo przejebane..."
              

              Poza szelestem kartek i stukaniem linki o maszt, wieża pozostawała martwa. Ludzie zniknęli. Dokumenty zostały. Stare CB radio było wielkie i nieporęczne, a zarazem martwe. Agregat prądotwórczy już jakiś czas temu wypalił resztki benzyny, jakie w sobie miał.

              Wół

              Bran parsknął pod nosem.
              - Dobra. Gorzałka będzie. - skinął głową w stronę jednego z bocznych korytarzy. - Ale nie tutaj.
              Ruszył pierwszy. Minęli główny plac Jaru i zeszli w spokojniejszą część osady. Chata Brana nie wyróżniała się niczym szczególnym. Drewniane ściany, stół zbity z grubych desek, dwa krzesła i półki zastawione mapami, starymi księgami oraz częściami, których przeznaczenie znał chyba tylko właściciel. Bran postawił na stole butelkę i dwa kubki.
              - No. - rozlał po trochu. - Teraz pokaż te papierzyska.
              Wziął segregator, przekartkował kilka stron i zatrzymał się na jednej z nadpalonych kartek.
              - Denver Technology Corp... - zmarszczył brwi. - Kojarzę nazwę. Nie miejsce.
              Zamknął segregator i odstawił go.
              - Opowiadaj. Wszystko. Od momentu, kiedy zszedłeś z Hanką na dół. - spojrzał na Woła. - I nie opuszczaj niczego. Nawet jeśli brzmi głupio.

              Fruwacz

              Strażnicy przy wejściu rozpoznali go od razu. Jeden skinął tylko głową i odsunął ciężką kratę.
              - Wróciłeś. - krótko. Bez pytań.
              Jar wyglądał tak samo jak wtedy, gdy go opuszczał. Ktoś taszczył skrzynki z częściami. Ktoś kłócił się o paliwo. Z jednego z warsztatów dochodziło rytmiczne stukanie młotka. Życie toczyło się dalej.
              Nikt nie wyglądał, jakby właśnie szykowano wyprawę ratunkową. Przynajmniej nie po niego. Fruwacz odetchnął nieco spokojniej.
              Przy wejściu do głównego tunelu dostrzegł znajomą twarz. Strażnik, który wskazał mu drogę do człowieka z płytką, zauważył go i podszedł kilka kroków.
              - I? - spojrzał krótko na szyję Fruwacza. - Dotarłeś?
              Nie było w tym ciekawości. Raczej pytanie człowieka, który chciał wiedzieć, czy robota została wykonana.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              ⚡ 🔝
              3
              • MarrrtM Online
                MarrrtM Online
                Marrrt jako Wół
                Mecenas
                napisał ostatnio edytowany przez
                #44

                - Ech…
                Tak jak chętnie wypił bimberek, tak westchnął ciężko na indagowanie o wspomnienia z korytarza. No ale słowo się rzekło. Wziął papierzyska i raz jeszcze je przeczytał wysilając mózgownicę. A ta niechętnie skupiała się na literkach, które Wół znał jako tako i tylko dzięki ciężkiej robocie tatusia i wytrzymałości kija, którym stary ździelał w łeb syna, gdy ten się mylił, lub lenił.

                - Szukaliśmy jej ludzi na dole. Widać było po śladach, że coś taszczyli za sobą w dół… Ale szybko ci jej ludzie przyleźli z góry. Choć to oko - pokazał na prawy oczodół - dałbym sobie wydłubać, że słychać było z dołu głosy. Jeszcze przed zejściem do D14. No ale przyleźli i gadają o tych waszych dzieciakach, że poszły po przygodę. Technicy poszli po Ivana, a my na dół do D14. Powiedziałem Hance, żeby gadała cały czas. Ale widać nie pomogło. Najpierw słyszeliśmy szuranie za ścianą. Potem śmiechy dzieciaków. A w końcu jak wlazłem do jakiegoś pokoju gdzie te papierzyska leżały, to Hanka mi zniknęła. A za drzwiami… no jak ciebie tu teraz Bran, zobaczyłem pustkowia pod otwartym niebem. Taaa. “zobaczyłem”. Co ja gadam. Poczułem! Grillowaną wiewiórkę papcia mojego. I papcia jak żywego jak je piekł.

                Wół pokręcił głową.

                - Wiedziałem, że to pic. A raczej pamiętałem, żeby o tym wiedzieć. Bo papcio dawno już po drugiej stronie drogi. To się z papciem pożegnałem. Ale zanim zdążyłem gdzieś pójść, to mnie Ivan zdzielił w łeb. No i się Hanka znalazła. A chwila potem wasze dzieciaki.

                Odłożył papiery.

                - Się mnie widzi, że możecie sobie sprawdzić, co tu piszą. Te 11 minut. Albo 19. A Denver? - pokręcił głową - Wół wie. Zna. Zapomnij. Trupy dawnych dużych miast to grobowce. Trzymajcie się Jaru. I pustkowii.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                1
                • LynxL Niedostępny
                  LynxL Niedostępny
                  Lynx jako Fruwacz
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #45

                  Powrót do Jaru okazał się zaskakująco... zwyczajny. Ludzie pracowali, ktoś się przekrzykiwał przy warsztacie, gdzieś stukotały młotki. Nikt nie wszczynał alarmu oraz nie formował zespołu poszukiwawczego, lub co gorsza egzekucyjnego. Może Wół jeszcze nie zdążył postawić całego Jaru na nogi, a może liczył że pozbył się irytującego gówniarza, a może wszyscy zwyczajnie uznali, że skoro wyszedł o własnych siłach, to i wróci o własnych. Możyć tu można było pod dostatkiem.
                  Tak czy siak tak było najlepiej. Te akcje szpiegowskie i całe to gówno w które wdepnął lubią cisze. Fruwacz lubi cisze.
                  Strażnika, tego Strażnika spostrzegł od razu.
                  -Zrobione. Wszyscy zadowolenie. - spojrzał przelotnie w głąb tunelu.
                  -Teraz muszę znaleźć swoich. Mielibyśmy robotę... od sam wiesz kogo.- nie rozwijał tematu. Jeśli człowiek przed nim naprawdę wiedział, to więcej słów nie było potrzebnych, a jeśli nie tym bardziej lepiej milczeć.
                  -Coś działo jak mnie nie było? Wiesz gdzie są?- poprawił pas znów tak luźny bo broń mu znów odebrali. Był gotów ruszać w głąb Jaru jak tylko się dowie gdzie, mając nadzieję, że Wół i reszta jeszcze są z nim, a nie zostali lokalsami Im szybciej usiądą razem, tym szybciej będzie mógł uporządkować cały ten bałagan, który przywiózł ze sobą z Ostatniego Przyczółku.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  2
                  • NanatarN Niedostępny
                    NanatarN Niedostępny
                    Nanatar jako Noah Cohen
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #46

                    W Martwej Wieży

                    Dokonując rekonesansu wciąż ucierał trawy w kapeluszu nucąc piosenkę.

                    -Numm, nana num, nana num...

                    Zasłane łóżko zaniepokoiło Noa, bo wywrócone krzesło, potargane drugie łóżko i porozrzucane dokumenty, były na miejscu jak radio pozbawione energii. Przemknęło mu tylko przez głowę, że można by zrobić generator na wiatrak. Wciąż czujny i w melodii powąchał łóżko, ledwo powstrzymał się by się położyć. Zapraszało. Może przypadek, może położy się później. Pozbierał notki i zamarł.

                    "...potwierdzam otrzymanie nowych współrzędnych przemarszu Grupy Grahama..."

                    "...nasz konwój zmieni trasę zgodnie z ustaleniami..."

                    "...Dywizja przejmie kontakt z celem około godziny 17. Opóźnienie naszego konwoju pozwoli uniknąć..."

                    "...w imię Światłości stratę Grupy Grahama uznaje się za dopuszczalną,
                    jeżeli umożliwi to bezpieczne przejście transportu..."

                    "...namiar na konwój Grupy Grahama został podany, ...agent potwierdził odbiór współrzędnych..."

                    "...kimkolwiek jest ten Graham, to ma srogo przejebane..."

                    Chciał to widzieć, czy to widział? Zadawał sobie pytanie. Adrenalina strzeliła tak, że żadne halucynogeny nie miały prawa się przebić. Powróciły wspomnienia rozmów z Wółem i wściekłość Fruwacza, chwilowa przyjaźń z Gasparem. Schował nieszczęsne zapiski za kurtkę i już czuł nieodpartą ochotę, żeby wyjść i jak najszybciej podzielić się odkryciem z ocalałymi z rzezi, będącej przykrywką jak się wydawało dla grubszego dilu. Napędzany hormonami mózg prędko zasymulował możliwe implikacje. Dotarło do Cohena, że powinien być ostrożny w temacie.

                    -bang! zakrzyknął, żeby się odkleić.

                    Raz jeszcze bez mantry przeszukał pomieszczenie w kierunku lokatora od zasłanego łóżka. Artefaktów strażników wyszukiwał, broni, zapasów. Zanotował w pamięci na jakiej częstotliwości działało radio, lub jakie były kody zmiany częstotliwości.

                    Będąc gotów wyszedł kierując się w miejsce gdzie zostawił towarzyszy. Zwrócił przy tym uwagę na miejsce słońca, cienie, wysokość traw, krążące sepy i wrony. Zmieloną trawę wysypał na wietrze.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SWATS Niedostępny
                      SWATS Niedostępny
                      SWAT jako Droga
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #47

                      Wół

                      Bran przez chwilę kartkował nadpalone dokumenty. Zatrzymał się dopiero przy wzmiance o Denver Technology Corp.
                      - Denver... - potarł brodę. - To będzie Ostoja.
                      Przewrócił jeszcze jedną stronę.
                      - Nigdy tam nie byłem. Mało kto z Jaru był. Ale karawaniarze od lat opowiadają to samo. W ostatnim stojącym wieżowcu dawnego Denver żyje kilka tysięcy ludzi. Handlują. Naprawiają. Walczą. Normalne miasto, jak na nasze czasy.
                      Zamknął segregator.
                      - Czyli nie szukamy miejsca, którego już nie ma. - spojrzał na Woła. - Jeśli ten projekt rzeczywiście tam przenieśli, to albo od dawna ktoś go pilnuje... Albo nikt jeszcze nie wiedział, czego szukać.
                      Odstawił papiery na stół.
                      - Jedno wiem na pewno. Ostoja nie jest ślepą uliczką. Ludzie tam docierają. I ludzie stamtąd wracają.

                      Fruwacz

                      Strażnik skinął głową.
                      - Dobrze. - na wzmiankę o Bartho nawet nie drgnął. - Wiedziałem, że wrócisz.
                      Rozejrzał się odruchowo po tunelu, po czym ściszył głos.
                      - Na razie cisza. Nikt niczego nie podejrzewa. - spojrzał na Fruwacza. - Twoich nie widziałem od wczoraj. Mówili, że mają jakieś sprawy z Agą i Hanką.
                      Wzruszył ramionami.
                      - Pewnie kręcą się gdzieś po Jarze.
                      Po chwili dodał:
                      - Jak będziesz z nimi rozmawiał... nie wspominaj o mnie. - krótka pauza. - Ani o Bartho.
                      Skinął głową w stronę głównego tunelu.
                      - Idź. Jak będę miał coś ważnego, sam cię znajdę.

                      Noa

                      Wieża nie kryła już wiele więcej. Przy zasłanym łóżku znalazł plecak. W środku trochę ubrań, manierkę, konserwy, zapas amunicji do wojskowego karabinu i niewielki notes. Większość stron była pusta. Ostatni zapis urywał się w połowie zdania.

                      "Od trzech dni mam wrażenie, że ktoś mnie woła po imieniu..."
                      

                      Dalej kartka pozostawała czysta.
                      Przy radiostacji wisiała kartka z rozpiską częstotliwości i godzin nasłuchu. Nic niezwykłego. Standardowa procedura posterunku obserwacyjnego. Broń również była na miejscu. Jeden wojskowy karabin oparty o ścianę, pistolet w otwartej kaburze i nóż wbity w blat stołu. Jakby właściciele byli pewni, że zaraz po nie wrócą.

                      Noa wyszedł na zewnątrz. Słońce przesunęło się ledwie o kilkanaście minut. Corley i Liora nadal czekali tam, gdzie ich zostawił. Kiedy go dostrzegli, oboje odruchowo podnieśli się z ziemi.
                      Poza tym... Nic.
                      Wiatr dalej poruszał wysoką trawą. Linka przy antenie nadal uderzała o maszt tym samym nierównym rytmem. Jakby miejsce znowu było tylko opuszczoną strażnicą.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      1
                      • NanatarN Niedostępny
                        NanatarN Niedostępny
                        Nanatar jako Noah Cohen
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Nanatar
                        #48

                        Pod Wieżą

                        Trawa przed wieżą szumiała do gwizdu rewolwerowca. Przeklął w myślach, po co werbalizować. Nikt przez szum wiatru w trawach nie usłyszy. Zawrócił. Zabrał karabin, amunicję, pistolet, nóż, nawet dwie dobre konserwy i oczywiście notes. Musiał jakoś podeprzeć się dowodami w jarze.

                        Liorę i Corleya napotkał, gdzie mieli być.
                        -W porządku. W pobliżu nie ma zagrożenia. Chyba, że sama wieża. Możemy wracać.
                        -Co tam znalazłeś? - dopytywał się tropiciel.
                        -Radio sprawne, maszt jest uszkodzony, nie naprawię go. W środku pusto. Zabrałem broń. Po co miałaby paść łupem rabusiów. Poniosę.

                        Objuczony był jak muł, ale traktował jak wyzwanie. Zaparł się, że poniesie łupy. Odpowiadał na pytania towarzyszy ciężko dysząc pod ciężarem. Postanowił, że powinni oddalić się od wieży i przenocować w bezpieczniejszym miejscu.
                        Corley bezbłędnie wytyczał drogę, zaś objuczony Noa notował w pamięci klucz wyboru ścieżek.

                        -Ale co tam było? - nie dawała za wygraną Liora
                        -Pusto, bałagan. Jedno łóżko równo zaścielone. To było dziwne.
                        -Jak dziwne?
                        -Jakby ktoś chciał tam wrócić, nie, był pewny, że wróci. - zawahał się - Pogadamy w jarze.

                        Umiejętności tropiciela pozwoliły bezpiecznie dotrzeć do Jaru. Przeszli punkty kontroli, Cohen kategorycznie odmówił oddania broni, twierdząc, że to dowody. Aga była chwilowo zajęta, toteż Noa dołączył do towarzyszy w kwaterze.

                        -Patrzcie ile dobra przyniosłem. - wyłożył na podłodze łupy. Karabin amunicję, nóż, konserwy. Pistolet zatrzymał dla siebie. - Liora była świetna, porusza się w terenie cicho jak łasica i zwinnie jak koziołek. - młoda kobieta dała mu kuksańca.
                        -Się nie śmiej. Noa sam poszedł do wieży. tam było jakby: upiornie. Jeszcze sobie pogwizdywał.
                        -I co w tej wieży było? - zapytał Wół, raczej z grzeczności.
                        -Dziwnie, jakby ktoś.., nie nie zatruł pomieszczenie, to siadało na głowę prosto. A wy co robiliście? - próbował odwrócić Cohen.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        1
                        • LynxL Niedostępny
                          LynxL Niedostępny
                          Lynx jako Fruwacz
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #49

                          Fruwaczowi, wiele nie zostało. Skinął głową na zgodę i ruszył poszukać ziomków, a jeśli ich nie ma to przynajmniej coś do jedzienia. Posłuchać o czym huczy w Jarze też nie zaszkodzi. Ewentualnie coś zrobić jeśli miejscowi by go potrzebowali. Zawsze warto nabić dodatkowe punkty.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • NanatarN Niedostępny
                            NanatarN Niedostępny
                            Nanatar jako Noah Cohen
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #50

                            Bezpieczne miejsce w Jarze

                            Ile mógł przewijał Cohen utarte słowa, kolegów wypytywał, uważny, gdzie się wahają, w pamięci notując, a ponad wszystko szukał miejsca dobrego do rozmowy. Miał już ciągnąć na niskie poziomy do techników, ale przyszło mu do głowy, głowy dość prostej, choć uczonej, że najlepsze będzie miejsce publiczne. Jadalnia. Tam kompanów zaciągnął.

                            Ruch dość nieduży o tej porze. Dostali zupę, Dotarło do niego jak był głodny. Dopiero jak skończył swoją miskę, nachylił się nad stołem. - Znalazłem coś więcej niż wszystkim powiedziałem w opuszczonym posterunku. Proszę was byście byli spokojni - wyczekał - Mam telegramy, w których mowa o waszej starej ekipie. Tu wam nie pokażę. Zaraz wezwą mnie do tutejszych mądrych i trzeba będzie podejmować decyzję, dobrze, że przynajmniej z pełnym brzuchem. - zażartował.

                            Spojrzał na wchodzących do jadalni mężczyzn - Tymczasem muszę chyba wyspowiadać się szefowej - odpiął pas z bronią i wręczył Wołowi. - przechowaj proszę, to więcej niż tylko rewolwer.

                            Cohen udał się z ochroną na sprawozdanie do Szept. Sam był bardzo ciekawy co powie na jego rewelacje. Broń działająca na myśl.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • MarrrtM Online
                              MarrrtM Online
                              Marrrt jako Wół
                              Mecenas
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez Marrrt
                              #51

                              - Jak to "Liora była świetna"? - zdziwił się Wół gdy w końcu dotarł do niego sens słów Cohena - Przecież poszła z Młodym...
                              Spojrzał na milczącego Fruwacza nierozumiejącym niczego, klasycznie wołowym wzrokiem.
                              - Co Wyście odpierdolili jak Was nie było???


                              - Daj - burknął niechętnie i wziął bandolier od Cohena.
                              Zły był na kompanów, że szwendali się kompletnie bez sensu po ruinach i pustkowiu, zamiast spać i bimbać. Choć trzeba było przyznać, że przynajmniej Noa nie wrócił z tego wszystkiego z niczym. Bo Wół poza kilkoma szklankami berbeluchy zarobił tylko parę blizn na łapach i garść bezużytecznych informacji. Nie śpieszyło mu się do Denver. Tysiąc ludzi w jednym kilkusetletnim budynku... Czego miałby tam szukać?
                              - A Ty... - wskazała palcem Fruwacza z miną bynajmniej przyjazną - Jak jeszcze raz gdzieś znikniesz, to Cię na tydzień zwiążę w baleron.

                              Stara ekipa... Wół starą ekipę pogrzebał już w głowie. Tak jak pogrzebał papcia. A potem Starego. Tak było słusznie. Byli. A teraz ich nie ma. Ale żyć trzeba nadal. Jeść trzeba nadal. Pić. Spać. To są ważne rzeczy i o tych rzeczach trzeba pamiętać. A nie znowu o Czarnych i Grupie Grahama. W jakiś sposób drażniło go to wszystko. Wywoływało dziwny ból, choć nie wiedział skąd, bo nawet nie miał nigdzie rany. Chyba. Właściwie to nawet wolał mieć ranę. To prosta sprawa. Leje się krew. Trzeba owinąć, albo ziemią obłożyć. I się lać przestaje. Proste. A tu? Takie gmeranie paluchem w strupach i paćkanie bez sensu...
                              - Kurwa mać - warknął ni z tego ni z owego - Mam dość tego Jaru. Tu też coś siada na głowie. A pod nami w korytarzach... Tam to dopiero dzika preria bez trzymanki. I nawet nie chcę słyszeć, że chcecie jechać do Denver, czy tej Ostoji!

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              1

                              Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                              Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                              Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                              Zarejestruj się Zaloguj się
                              Odpowiedz
                              • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                              Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                              • Najpierw najstarsze
                              • Najpierw najnowsze
                              • Najwięcej głosów


                              • Zaloguj się

                              • Nie masz konta? Zarejestruj się

                              • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                              Powered by NodeBB Contributors
                              • Pierwszy post
                                Ostatni post
                              0
                              • Kategorie
                              • Ostatnie
                              • Tagi
                              • Popularne
                              • Świat
                              • Użytkownicy
                              • Grupy
                              • Strona startowa