[Autorski storytelling] Ropa i krew
-
Pod Strażnicą
Zanim ruszył zdążył jeszcze przestrzec dwójkę.
-Nie ruszajcie za mną, nie ratujcie gdybym się przewrócił. Wróćcie do jaru zdając raport.
Przynajmniej wydawało mu się, że to powiedział. W sumie nie był pewny, może tylko pomyślał. Za późno było już na powrót, za późno na wahania.Zatrzymał się pod strażnicą. Spodziewał się wiele, spodziewał się niespodziewanego. Podejrzewał działanie halucynogenów, może nawet pasożytów. Nie znalazł podejrzanych sekwencji zaklętych w czasie, ale to niczego nie przesądzało. Uznał, że ktoś musi zobaczyć wnętrze wieży, a nie chciał narażać towarzyszy.
Mimo oczekiwania na niemożliwe, to nastąpiło. Nikogo wcześniej nie widział, a wyraźnie usłyszał głos obok. Głos wołający go po imieniu. Na moment zdrętwiał cały, a napięta skóra podniosła każdy włosek na jego ciele.
Czy to możliwe, że dopadła go przeszłość, przemknęło mu przez myśl. W pierwszym odruchu dłoń powędrowała do rewolweru. - Nie powinna, powinna - nie mógł się zdecydować. Wracając do rytmicznego, przypadkowego stukania kabla, wrócił do podejrzeń, sięgnął po piersiówkę, zatrzymał się jednak, to też był zły pomysł.
Się spróbował skupić na dźwięku i jego kierunku, modlił się żeby nie była to wrona, a realna istota z przeszłości Cohena. Nie odpowiedział. Nie odwracał się, stał w miejscu i rozglądał. Żeby kierunku nie stracić, nie zatracić się w dezorientacji.
-
Wół nie miał problemu ze słuchaniem prostych poleceń. “Nie reaguj na głosy” było prostym poleceniem. Toteż dziecięce śmiechy i stuki zza ściany pozostawiał bez odpowiedzi. Ale gdy Hanka zniknęła, a zza drzwi, z których był pewien, że przyszedł widać było światło dnia, uznał, że techniczka jednak nie przewidziała wszystkiego.
Skoro po przeczytaniu wpisów w archaicznym segregatorze zaczęły się dziać dziwne rzeczy, spróbował przeczytać, (a raczej wydukać) je jeszcze raz jakby były zaklęciem. Niestety nie przyniosło to efektu. Nadal był sam w starym zniszczonym biurze, a zza drzwi zapraszająco świeciło słońce.
- Nooo… tak to się z Wołem nie pogrywa. Hanka? - rzucił pytanie w spowitą kurzem przestrzeń.Cisza. Pomieszczenie było takie jakie Wół je zastał. Tam gdzie dosłownie przed chwilą stała Hanka była pustka. Do uszu wielkoluda zza drzwi doszedł szum wiatru buszujący pośród trawy.
Wielki mężczyzna zmarszczył brwi po czym podniósł z podłogi jedno z krzeseł, sprawdził jego wytrzymałość, usiadł na tyle wygodnie na ile było to możliwe i… zaczął śpiewać.
Na polanie usiadł biały mutek
Idzie dróżką od kochanki Ziutek
Skorpion polny przędzie złotą grzywą
Wodnik topi żabę ledwie żywą
Chodź tu miła będziesz ze mną bimber piła, będziesz bimber piła
Chodź tu miła będziesz ze mną bimber piła, będziesz bimber piła
Lecą sępy po błękitnym niebie
Krowy ryczą świnki śmierdzą w chlewie
Rosną jabłka, owies, oraz gryka
Łapie Johnny kurę dla Włócznika
Chodź tu miła będziesz ze mną bimber piła, będziesz bimber piła
Chodź tu miła będziesz ze mną bimber piła, będziesz bimber piłaJeśli Hanka była w pobliżu nie mogła go nie usłyszeć. Ani pomylić.
- Przestańże tak mordę drzeć.
Uszu Woła dobiegł znajomy głos.
- Spłoszysz nam wszystkie wiewiórki!
Krótki śmiech zza drzwi. Męski. Wół z nikim nie mógł go pomylić.Ale to nie był tatuś. Ooooo nie… Tatusia szlag trafił zimą. I napewno nie w jakichś podziemiach. Jednak zaczynało Woła denerwować to całe przedstawienie i to, że Hanki nadal nie ma i się nie odezwała. A dłuższe siedzenie na dupie w tej kanciapie nie mogło przynieść niczego więcej poza kolejnymi żartami tego korytarza.
Wstał i podszedł do drzwi, po czym je otworzył pamiętając by nic go nie zdziwiło.
- Wychodzę na korytarz Hanka! Świecę trzy raz latarką. Jeśli mnie widzisz, może do mnie podejść!Tak jak nie było Hanki, tak samo nie było korytarza. Coś mocno ścisnęło wielkoluda za jego wielkie serce. Trawa sięgała prawie do kolan i falowała leniwie na wietrze. Gdzieś dalej szumiały drzewa. Prawdziwe drzewa, nie te rachityczne kikuty pustkowi. Pachniało ziemią po deszczu i dymem z ogniska.
Kilka metrów dalej stał stary pickup. Ten sam. Obdrapany bok. Krzywo przywiązana plandeka. Jedno lusterko owinięte drutem. Ojczulek siedział na rozkładanym krześle obok ognia i dłubał coś nożem przy kawałku drewna. Nawet nie zaszczycił Cię spojrzeniem.
- No, wreszcie żeś przestał wyć.
Prychnął pod nosem.
- Chodź tu. Mięso stygnie.
Na prowizorycznym ruszcie skwierczały wiewiórki.Oczy można oszukać. Ale jak oszukać węch? A przecież Wół pamiętał ten zapach młodości i pieczonej wiewiórki. Żaden inny. Na szczęście słowa Hanki i gadanie jakiego nasłuchał się na zmywaku zrobiły swoje. To był kit. Ale jakoś nie umiał odwrócić się na pięcie.
- Cześć papciu - powiedział do ojca - Taaa wiem… Czyste stopy. Ale wiesz… Ty nie żyjesz. A ja tu tylko na chwilę. Hanka powiedziała, że miałem się w ogóle nie odzywać. Ale… z papciem bym się nie przywitał???Ojciec odłożył nóż. Spojrzał na niego tak, jak patrzył setki razy wcześniej. Bez zdziwienia i bez wielkich emocji. Jakby Wół za długo zabawił na polowaniu.
- Co tak stoisz? Szlak ci już chyba nogi zjadł. Siadaj.
Skinął głową na wolne miejsce przy ogniu.
- Jakbyś przeszedł obok i nic nie powiedział, to dopiero bym się obraził.
Ojczulek odwrócił wiewiórkę nad ogniem.
- Powiedz lepiej, gdzie cię droga poniosła przez te wszystkie lata.- Nie mogę papciu. Hanka zabroniła. Sam mówiłeś. Jak nie wiesz to słuchaj tych co wiedzą. Ale fajnie Cię zobaczyć. Trzymaj się papciu. I uważaj, bo ta jedna już Ci się fajczy!
Co rzekłszy odwrócił się i ruszył w kierunku przeciwnym niż tatuś.Za plecami Woła przez chwilę było słychać tylko trzask ognia. Potem głos papy:
- No. - krótkie milczenie. - Ta Twoja Hanka to mądra dziewucha. I dobrze pamiętasz. A ta wiewiórka...
Ojczulek parsknął śmiechem.
- A niech się fajczy. Jeszcze...TRZASK.
Świat eksplodował bólem głowy. Percepcja wraz z przytomnością umysłu wracała szybko, zbyt szybko. Wół poczuł jakby się topił, a w ostatniej chwili ktoś wyjął mu łeb z przerębla. Przez włosy ciekła stróżka krwi, z ust ciekła ślina, a Wół stał w tym samym miejscu, z segregatorem w dłoni, w którym odpłynął. Mężczyzna poczuł jak strasznie miał spięte mięśnie i moment w którym się rozluźnił. Hanka stała obok, tam gdzie powinna stać. Mięśnie miała spięte, z ust ciekła jej ślina jakby spała z otwartą buzią.
Po drugiej stronie stał facet z podeszłym wieku, w ręku ściskał kawałek gazrurki.
- Wróciłeś? - zapytał i nie czekając na odpowiedź, zdzielił przez łeb towarzyszkę Woła. Ona też odzyskała przytomność. Staruszek był przewiązany liną w pasie, w dłoń miał wbity gwóźdź lub jakiś metalowy odłamek którym co jakiś czas poruszał sprawiając sobie ból.- O w psi zad... - stęknął Wół masując się po czaszce po czym żywo zaprotestował gdy staruch ździelił Hankę - Ej! Oczadział?! Czego nas tłuczesz dziadku??
Inne pytania w głowie Woła formowały się znacznie wolniej. Co nie zmienia faktu, że próbował odtworzyć co się właściwie stało, a co mu się tylko zdawało, że się stało? Tylko z marnym póki co skutkiem.- Bo działa - staruch splunął pod nogi. - Jak znasz lepszy sposób, to słucham.
Spojrzał na Hankę, która właśnie dochodziła do siebie.
- Wy jeszcze mieliście szczęście. Staliście tu może z dziesięć minut.
Poruszył odłamkiem w dłoni.
- Widziałem takich, co stali dwa dni, i widziałem takich co umarli w czasie transu z pragnienia.
Ivan wyciągnął z kieszeni dwa zaostrzone odłamki metalu i wyciągnął je w geście poczęstunku, jakby częstował papierosami.
- Jeszcze trzeba dzieciaki znaleźć.- A pewnie, że znam - mruknął z przekąsem patrząc na Hankę - zamurować. A części Czarnym kraść. Z pożytkiem. I bez mieszania we łbie... oż by cię, dziadku, masz Ty parę w łapach... - spojrzał na wyciągnięty ku niemu gwóźdź, czy inny szpikulec i skrzywił się jeszcze bardziej, bo jasne było o co staremu chodziło - znałem kiedyś gościa, którego cięgiem całe dni ząb napieprzał. Ten to był drażliwy typ. Ale nadał by się Wam tu. Dooobra, daj to żelastwo i się śpieszmy.
Hanka zamrugała kilka razy. Przez chwilę patrzyła przed siebie nieobecnym wzrokiem. Dłoń powędrowała do policzka, był mokry. Dopiero wtedy zorientowała się, że płacze.
- Nie... - głos jej zadrżał. - Nie...
Zamknęła oczy.
- Michael...
Imię wyrwało się samo, niczym odruch. Imię którego nie wypowiadała od wielu lat. Otarła twarz rękawem. Bez skutku, bo łzy dalej płynęły.
- Kurwa... - wzięła gwałtowny oddech. - Kurwa mać...
Przez moment wyglądała, jakby chciała gdzieś pobiec, wrócić, ale dokąd? Cokolwiek tam było. cokolwiek zobaczyła...
Potem zacisnęła szczękę, jeszcze raz przetarła oczy. Spojrzała na Ivana, potem na Woła. I bardzo świadomie nie spojrzała za siebie.
- Dzieciaki - głos nadal jej lekko drżał. - Mieliśmy znaleźć dzieciaki.
Dzieciaki na ich szczęście (lub nieszczęście) były niedaleko. W bezruchu ze śliną kapiącą z gęby. Kilka tępych uderzeń później, mogli wracać na górę.
-
– Jeśli mam być szczery, to z Czarną Dywizją nie jest mi po drodze. Zabili ludzi, którzy byli mi bliscy, więc trudno oczekiwać, żebym żywił do nich sympatię.
– Mam tylko kartę, a tam może coś być.
Bartho spojrzał na Fruwacza spod ciężkich powiek.
– To nic wyjątkowego. Dywizja narobiła sobie więcej wrogów niż przyjaciół.
Prychnął i strzepnął popiół do przepełnionej popielniczki.
– No i widzisz. To już jest konkret.
Machnął palcami.
– Kartę dawaj. Nienawiści mam na magazynach całe skrzynie. Informacje są rzadsze. – Krzywo się uśmiechnął.
– A czasem znacznie cenniejsze od amunicji.
Karta i tak była już jego od momentu, gdy Fruwacz zdecydował się wsiąść do samochodu Ravela. Ta strata była więc do przewidzenia.
– Masz ją. Co służy do odczytu, nie wiem. Mam jednak wiedzę, gdzie i jak ją pozyskałem.
Przez chwilę się zawahał.
– Wpierw może sam coś opowiesz? Sam mówiłeś, że informacja jest cenna.
Bartho parsknął cicho.
– Już mi się podobasz. Jeszcze nic nie masz, a już próbujesz handlować.
Sięgnął po kartę i wsunął ją do starego, grubego laptopa stojącego z boku biurka. Maszyna wyglądała jak zabytek, ale uruchomiła się bez protestów. Przez chwilę w pomieszczeniu słychać było jedynie cichy stukot klawiszy.
Bartho zmrużył oczy.
– No proszę... Wiedziałem, skąd to przyszło. Nie wiedziałem tylko, jak dużo udało się wynieść.
Zapadła chwila ciszy.
– Chór.
Wypowiedział nazwę bez emocji.
– Kojarzysz coś?
Nie czekając na odpowiedź, pokręcił głową.
– Nieważne. Mało kto kojarzy.
Odchylił się w fotelu.
– Przed wojną ktoś wpadł na pomysł, że łatwiej kontrolować ludzi niż do nich strzelać. D-14. Eksperymenty. Percepcja. Sugestia. Głosy. Takie rzeczy.
Spojrzał na Fruwacza.
– A najlepsze jest to, że wygląda na to, że część tego gówna nadal działa.
Laptop zamknął się z cichym kliknięciem.
– I właśnie dlatego Wielki Komandor siedział tu dzisiaj przez trzy godziny i próbował przekonać mnie, żebym stanął po jego stronie.
Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
– Czasem informacje są rzeczywiście cenniejsze od amunicji. Dzisiaj jest jeden z tych dni.
– Ekhm...
Fruwacz przełknął ślinę, próbując poskładać wszystko w całość. Chór. D-14. Eksperymenty. Wielki Komandor.
– Tooo rozumiem, że zainteresowany.
Po chwili dodał:
– Tak przy okazji, to jakie masz kontakty w Jarze?
Starał się nie uronić ani słowa.
Bartho prychnął.
– Zainteresowany? Młody, ja wiedziałem o tej karcie, zanim przekroczyłeś bramę.
Strzepnął popiół.
– Mam człowieka w Jarze. To od niego ją dostałeś. Poznaję po tej płytce, co ci dynda na szyi.
Spojrzał na ekran laptopa.
– Chór. Ciekawe gówno. Wiesz, co jest najciekawsze? To nie jest nawet finalna wersja. Tę zabrali kiedyś do Denver.
Spojrzał ponownie na Fruwacza.
– A teraz Komandor zaczyna się tym interesować. To już jest problem również dla mnie.
– Eeee...
Fruwacz miał coraz większe wrażenie, że szczęście wyjątkowo mu sprzyja. Bartho nie tylko go nie wywalił za drzwi, ale jeszcze dzielił się informacjami.
– Póki nie trzymasz z kompanią, to dla mnie spoko.
Zastanowił się przez chwilę.
– Mogę pomóc w czymś jeszcze?
Po czym dodał:
– Iiii? Jak to jest z tymi Strażnikami? Reval sam wystrzelał całą bandę Czarnych...
Bartho parsknął śmiechem.
– I właśnie dlatego lubię takich jak ty.
Zaciągnął się papierosem.
– Odpowiedzi też mają swoją cenę, młody. Uznajmy, że kartą właśnie opłaciłeś kilka.
Na wzmiankę o Ravelu machnął ręką.
– Strażnicy Stołu są dobrzy w swojej robocie. Tyle powinno ci wystarczyć. Czarni musieli prosić się o lanie.
Po krótkiej pauzie przyjrzał mu się uważniej.
– A skoro pytasz, czy możesz pomóc... Masz ekipę? Ludzi, którym ufasz? Takich, którzy pójdą za tobą w złe miejsce i nie spanikują po drodze?
Strzepnął popiół.
– Bo być może będę miał dla ciebie propozycję.
– Tak!
Fruwacz wyprostował się odruchowo.
– Jeśli nie wrócę w ciągu dwóch dni, mieli mnie zacząć szukać. Więc powiedz co, gdzie i kiedy.
Bartho uniósł brew.
– Tak? To albo masz dobrych ludzi, albo bardzo głupich.
Krzywy uśmiech przeciął jego twarz.
– Lubię obie grupy.
Postukał palcem w kartę pamięci.
– Na razie wiem tylko tyle, że trop prowadzi do Denver. Ty wrócisz do swoich. Ja sprawdzę resztę danych.
Wstał ciężko z fotela.
– Jak obaj uznamy, że warto ryzykować życie, pogadamy dalej. Ravel odwiezie cię do miejsca, w którym się spotkaliście. Teraz albo jak odpoczniesz. Chcesz pokój?
– Wolę wracać od razu.
Raz, że nie miał czasu. Dwa – jeśli miał odpoczywać, to zdecydowanie wolał pustkowia niż miejsce, gdzie nadmiar hałasu mógł skutecznie ukryć kroki zbliżającego się drapieżnika.
– Pewnie sam najlepiej będziesz wiedział, jak się skontaktować.
– Jasne. Idź do Ravela. Pewnie jest gdzieś koło baru. Jak naradzisz się ze swoją ekipą, ja będę tutaj. Nigdzie się nie wybieram.
Fruwacz skinął głową i opuścił pomieszczenie.
Ravel rzeczywiście czekał niedaleko baru. Nie zadawał pytań. Nie komentował. Gdy tylko młody zwiadowca pojawił się obok, ruszyli.
Bez słowa zaprowadził go do punktu odbioru broni. Fruwacz odebrał karabin jak i resztę swojego sprzętu. Sprawdził wszystko odruchowo. Magazynki. Pasy. Kabury. Wydano bez problemu. Standardowa procedura.
Dopiero wtedy ruszyli do samochodu.
Droga powrotna upłynęła niemal tak samo jak przyjazd.
Cisza.
Silnik.
Pył.
Tym razem jednak Fruwacz częściej zerkał na Ravela. Próbował wychwycić drobne ludzkie odruchy. Drganie dłoni. Zmęczenie. Niewygodę.
Cokolwiek.
Niewiele znalazł.
Im bardziej się przyglądał, tym bardziej rozumiał, dlaczego ludzie w Jarze mówili o Strażnikach półgłosem.
W końcu dotarli do miejsca spotkania.
Samochód zatrzymał się przy znajomym obozowisku.
A raczej tym, co po nim zostało.
Ciała zniknęły.
Broń zniknęła.
Zapasy zniknęły.
Nawet część brezentów ktoś zabrał.
Pustkowia nie lubiły marnotrawstwa.
-Tak to już jest... - mruknął pod nosem, wysiadając z auta.
-Jak nie żywisz się na czyimś trupie, to często sam kończysz jako czyjś posiłek.
Ravel nie odpowiedział.
Po prostu odjechał.
Fruwacz patrzył jeszcze chwilę za oddalającymi się światłami samochodu, aż zniknęły za skałami.
Dopiero wtedy wrócił do obozu.
Przeszukał go dokładnie.
Może ktoś przeoczył amunicję.
Może nóż.
Może cokolwiek.
W końcu dał sobie spokój.
Słońce dawno zaszło, a noc na pustkowiach nie była dobrym momentem na samotne marsze.
Po niedługich poszukiwaniach znalazł niewielką szczelinę między skałami. Wystarczająco głęboką, żeby osłonić od wiatru i ukryć sylwetkę. Nie była wygodna, ale nie musiała.
Zjadł trochę zapasów.
Sprawdził broń.
I oparł się o zimną skałę.
Sen nie przychodził łatwo.
Zamykał oczy tylko na chwilę. Budził się co jakiś czas, nasłuchując wiatru, kroków albo czegoś gorszego.
Między jednym półsnem a drugim wracały myśli.
O karcie.
O człowieku w Jarze.
O tym, że Bartho wiedział o wszystkim jeszcze zanim on sam dotarł do Przyczółku.
O Wielkim Komandorze, który najwyraźniej szukał czegoś więcej niż kolejnego kawałka pustkowi do podbicia.
I o tym, że nagle znalazł się w środku spraw znacznie większych od siebie.
Kiedy pierwsze światło świtu zaczęło rozjaśniać skały, Fruwacz był już na nogach.
Zmęczony.
Niewyspany.
Ale gotowy do drogi.
Zarzucił karabin na ramię i ruszył z powrotem w stronę Jaru.
A przez całą drogę towarzyszyło mu jedno pytanie.
Co powiedzieć, aby reszta nie uznała, że zdebilał doszczętnie? -
Noa
Pod wieżą było cicho i spokojnie. Wiatr poruszał trawą, zerwana linka przy antenie stukała o maszt w nierównym rytmie, a uchylone drzwi skrzypiały lekko przy każdym mocniejszym podmuchu. Nic więcej. A jednak głos był wyraźny.
— Ej, Cohen.
Nie z wieży. Nie zza pleców. Nie z żadnego miejsca, które dałoby się wskazać. Po prostu był. Znajomy. Niepokojąco znajomy. Noa stał nieruchomo, walcząc z odruchem odwrócenia głowy. Chwilę później usłyszał jeszcze coś. Nie słowa. Krótkie parsknięcie śmiechem. Takim, jakie pamięta się po latach bardziej niż twarz właściciela.
I wtedy wszystko ucichło. Jakby nic się nie wydarzyło. Wieża stała przed nim tak samo opuszczona jak wcześniej. Drzwi kołysały się na wietrze. Ognisko dogasało. Żadnego ruchu. Żadnych sylwetek. Daleko za sobą dostrzegł Corleya i Liorę. Zostali tam, gdzie kazał. Obserwowali, coś między sobą szeptali ale zbyt cicho by doszło to do uszu Cohena.
Jeżeli miał znaleźć odpowiedzi, były przed nim. Na górze. W strażnicy. Nie w głosach. Nie we wspomnieniach. W wieży.Wół
Powrót był znacznie szybszy niż droga w dół. Dzieciaki szły jak we śnie, obolałe od kilku solidnych uderzeń Ivana, ale przytomne i przede wszystkim żywe. Im wyżej się wspinali, tym bardziej wracały znajome odgłosy Jaru. Szum generatorów. Odległe rozmowy. Stukanie narzędzi. Zwykłe dźwięki. Prawdziwe.
Na jednym z wyższych poziomów czekała już grupka ludzi. Najpierw rodzice. Potem sąsiedzi. Potem wszyscy ci, którzy jeszcze godzinę temu byli przekonani, że dzieciaki przepadły na dobre. Ktoś zaczął płakać. Ktoś inny ściskał syna tak mocno, że ten zaczął protestować. Hanka bez słowa oddała ostatniego z młodych pod opiekę rodziny.
— Idę do Agi. — rzuciła tylko.
Nie wyglądała najlepiej. Oczy miała czerwone, a głos nadal odrobinę drżał. Nie czekała na odpowiedź. Po prostu odeszła. Ivan również nie zamierzał świętować.
— Jak ktoś będzie chciał schodzić niżej, to niech najpierw przyjdzie po mnie. — mruknął. — A najlepiej niech nie schodzi. - po czym zniknął równie szybko, jak się pojawił. Dopiero wtedy Wół zorientował się, że nadal coś trzyma pod pachą. Segregator. Spojrzał na niego ze zdziwieniem.
— Oż kurde...
Jakim cudem taszczył go przez pół drogi? Nie pamiętał. I właśnie wtedy ktoś zwrócił na niego uwagę.
— Co tam masz, bohaterze?
Bran stał kilka kroków dalej. Wzrok miał wbity nie w Woła, ale w nadpalone kartki wystające spomiędzy okładek.
— Pokaż.Fruwacz
Droga powrotna dłużyła się bardziej niż wcześniej. Może przez niewyspanie. Może przez myśli. Słońce powoli wspinało się nad skały, a Fruwacz szedł znajomym korytem wyschniętej rzeki, co jakiś czas odruchowo sprawdzając horyzont. Nic się nie zmieniło. Te same kamienie. Ten sam pył. Te same pustkowia. A jednak wszystko wydawało się trochę inne.
Przez większość życia problemy były proste. Znajdź jedzenie. Znajdź wodę. Znajdź bezpieczne miejsce do spania. Nie daj się zabić. Teraz nagle pojawili się ludzie, którzy rozmawiali o rzeczach sprzed wojny tak, jakby wydarzyły się wczoraj. Chór. D-14. Denver. Wielki Komandor. Bartho.
Słowa krążyły mu po głowie jak muchy nad padliną.
Westchnął ciężko.
— Oż ja pierdolę...
To było chyba najlepsze podsumowanie całej sytuacji. Przez chwilę zastanawiał się, jak opowie o tym reszcie.
Potem przypomniał sobie Woła. Przez kilka minut próbował wymyślić wersję, przy której wielkolud nie wybuchnie śmiechem. Nie wymyślił.
Potem przypomniał sobie Noa. Tutaj problem był odwrotny. Cohen prawdopodobnie uwierzy w każde słowo. Potem zacznie zadawać pytania. Dużo pytań. To było chyba jeszcze gorsze.Pod wieczór dostrzegł znajome skały. Czuł na sobie wzrok strażników i widział odbijające się od szkieł lornetki świetlne zajączki. Jar był już niedaleko. A wraz z nim konieczność wytłumaczenia wszystkim, że pojechał spotkać się z ludźmi, których nikt nie rozumie, rozmawiał z człowiekiem, którego wszyscy się boją, a wrócił z informacją o miejscu oddalonym o setki kilometrów. I że to wszystko miało jakiś sens.
Przynajmniej miał nadzieję, że miało. -
Droga do Jaru była cicha, ale w jego głowie już dawno zrobiło się głośno.
Słowa Bartho nie układały się w jedną historię, a raczej w pokraczną mapę pełną braków i niedomówień: Chór, D-14, Denver, Komandor. Za dużo nazw jak na jeden dzień i za mało odpowiedzi, żeby udawać, że to tylko przypadek.
Nie miał gotowego planu, jak to wszystko wyjaśnić. Miał tylko jedną pewność, że prawda w tej wersji, którą usłyszał, była zbyt ciężka, żeby rzucać ją ludziom bez przygotowania.
Widział tą ciasną szczelinę. Bramy Jaru były tuż tuż. Liczył, że to ta właściwa i nie zarąbał się po drodze.
Zatrzymał się jeszcze na moment przed wejściem…oddech. Uspokoić się.
Strategia była prosta.
Nie mówić wszystkiego od razu.
Zacząć od faktów, które da się udźwignąć: spotkanie, Przyczółek, Dywizja. Resztę zostawić na później.
I wejść do Jaru tak, jakby wiedział, co robi.
Nie do końca był pewien ile czasu minęło od jego wyruszenie na tą dziwaczną przygodę. Może już zaczęli go szukać. Tyle rzeczy nie wiedział. Widział jednak tyle, że musi ruszyć do Denver jeśli chce się zemścić na Czarnej Dywizji.
Teraz po kolei. Zameldować wtyczce, że robota wykonana i przekonać, że są po tej samej stronie i ma pomagać. Dwa odnaleźć swoich i ustalić co teraz. Trzy zdecydować co przekazać szefostwu Jaru. Bartho nie wydawał się do nich wrogi, ale raczej nie zechcą mieć jego kreta u siebie i tak.
Potem się zobaczy. Fruwacz miał przeczucie, ze te plany rypną szybciej niż się spodziewa, więc za daleko w przyszłość nie ma co wypływać. -
Wieża
Wstrzymał i osiągnął efekt. Nie szedł za głosem szaleństwa, choć go ciągnęło. Ten głos, ten śmiech, coś za czym tęsknił, gdzie mógł bezpiecznie wrócić. Nie, pozostawił ten rozdział za sobą, miał teraz inne obowiązki. Złożył obietnice w Jarze, złożył obietnicę przed swym sumieniem, że będzie chronił Liorę.
Ten głos mu się tylko zdawał. Uznał. To tylko zjawy, mary tęsknego umysłu. Zamachał rękami w powietrzu koło uszu dając znać obserwującej go dwójce, że coś mu się zdawało.
Pomyślał, że jeśli jest poddawany jakiejś chemicznej substancji wywołującej halucynacje, powinien się z jednej strony zabezpieczyć fizycznie, naciągnięta na usta chusta była jakąś namiastką maski tlenowej, ale ważniejsze odciągnąć uwagę od omamów. Potrzebował fetyszu, niezapominajki.
Zdjął z głowy kapelusz i włożył do środka zerwaną garść traw porastających podnóże wieży. Kręcił ręką jak w żarnie śpiewając piosenkę.
Do ukrytych towarzyszy dobiegły słowa piosenki
Noa z uśmiechem na twarzy wszedł do środka strażnicy.
Nie strzela rewolwer, ani dłoń, która go prowadzi, nie strzela oko, strzela świadomość, przekonanie o konieczności.
-
No i tyle z tego masowania. No ale taki już wołowy los był. Nie narzekał. Z resztą nie było tak źle i zdarzało mu się mieć gorszy odjazd po źle przedestylowanym bimbrze. A i to co czasem wagranci palili na pustkowiach, żeby dodać sobie otuchy też potrafiło przenieść na koniec zorzy. Także Wół nie rozpamiętywał specjalnie wypadków z korytarza. Taki był. Wszystko było drogą. A ten dziwny kawałek przeszedł i miał za sobą. Nie rozumiał posępności Ivana i Hanki. Czasem mu przychodziło do łba, że może to on jest nienormalny. Ale jak mawiał tatuś, "poznasz pierdolniętego po czynach jego". No a Wół miał się za całkiem racjonalną osobę.
Nawet wtedy gdy przypadkiem coś skądś wynosił. Jak ten segregator. Spojrzał na staroć, potem na Brana.
- Pokazywałem dawno temu jak byłem mały - powiedział nadal niezadowolony, że ten cały Jar to może i pamięta, ale nie jak mu się przysługi wyświadcza - Papierzyska jakieś zgarnąłem z dołu. A skąd ciekawość?
- Rzadko się zdarza by ktoś wracał z pamiątkami z D14. - rzucił Bran pół żartem, pół serio. - Może się z tego dowiemy co tam się czai?
- Może, może. Ale na razie to u was zmywam zwały misek, babram się w maszynerii i łażę po piwnicach, a ich nie lubię, bo lubię mieć niebo nad głową. A na koniec dostaje pałką w łeb i muszę se gwoździem robić dziurę w łapie. Oooo tu. - co rzekłszy pokazał Branowi nową wcale nie imponującą ranę - Także postawiłbyś Bran jakiejś gorzałki i byśmy usiedli, popatrzyli w te papiery, a nie do Woła od razu "pokaż" jak do lafiryndy jakiej.
-
Noa
Wnętrze wieży przywitało go ciszą. Nie było śladów walki. Krzesło przewrócone przy stole. Kubek z zaschniętym osadem po kawie. Na kuchence stał garnek z czymś, co dawno wyschło na twardą skorupę. Jedno z łóżek było rozścielone, drugie starannie zasłane. Jakby ktoś wyszedł tylko na chwilę. Kurz zdążył osiąść na większości sprzętu, ale nie wszędzie. Na blacie stołu leżały porozrzucane kartki. Część spadła na podłogę, część porwał wiatr wpadający przez uchylone okno. Wszystkie zapisane były na starej maszynie do pisania.
Noa przykucnął i zaczął je zbierać. Większość była niekompletna. Meldunki. Listy zmian. Krótkie raporty z obserwacji okolicy. Dopiero kilka kartek zwróciło jego uwagę. Stenogramy rozmów.
"...potwierdzam otrzymanie nowych współrzędnych przemarszu Grupy Grahama..."Kolejna.
"...nasz konwój zmieni trasę zgodnie z ustaleniami..."Następna była naderwana.
"...Dywizja przejmie kontakt z celem około godziny 17. Opóźnienie naszego konwoju pozwoli uniknąć..."Reszta zdania zniknęła wraz z wyrwanym fragmentem kartki. Noa odnalazł jeszcze jedną stronę, przygniecioną nogą przewróconego krzesła.
"...w imię Światłości stratę Grupy Grahama uznaje się za dopuszczalną, jeżeli umożliwi to bezpieczne przejście transportu...""...namiar na konwój Grupy Grahama został podany, ...agent potwierdził odbiór współrzędnych..."Pod raportem były odręczne dopiski, zapewne operatora radia, który przechwytywał różne meldunki Srebrnych, jak i Czarnych.
"...kimkolwiek jest ten Graham, to ma srogo przejebane..."Poza szelestem kartek i stukaniem linki o maszt, wieża pozostawała martwa. Ludzie zniknęli. Dokumenty zostały. Stare CB radio było wielkie i nieporęczne, a zarazem martwe. Agregat prądotwórczy już jakiś czas temu wypalił resztki benzyny, jakie w sobie miał.
Wół
Bran parsknął pod nosem.
- Dobra. Gorzałka będzie. - skinął głową w stronę jednego z bocznych korytarzy. - Ale nie tutaj.
Ruszył pierwszy. Minęli główny plac Jaru i zeszli w spokojniejszą część osady. Chata Brana nie wyróżniała się niczym szczególnym. Drewniane ściany, stół zbity z grubych desek, dwa krzesła i półki zastawione mapami, starymi księgami oraz częściami, których przeznaczenie znał chyba tylko właściciel. Bran postawił na stole butelkę i dwa kubki.
- No. - rozlał po trochu. - Teraz pokaż te papierzyska.
Wziął segregator, przekartkował kilka stron i zatrzymał się na jednej z nadpalonych kartek.
- Denver Technology Corp... - zmarszczył brwi. - Kojarzę nazwę. Nie miejsce.
Zamknął segregator i odstawił go.
- Opowiadaj. Wszystko. Od momentu, kiedy zszedłeś z Hanką na dół. - spojrzał na Woła. - I nie opuszczaj niczego. Nawet jeśli brzmi głupio.Fruwacz
Strażnicy przy wejściu rozpoznali go od razu. Jeden skinął tylko głową i odsunął ciężką kratę.
- Wróciłeś. - krótko. Bez pytań.
Jar wyglądał tak samo jak wtedy, gdy go opuszczał. Ktoś taszczył skrzynki z częściami. Ktoś kłócił się o paliwo. Z jednego z warsztatów dochodziło rytmiczne stukanie młotka. Życie toczyło się dalej.
Nikt nie wyglądał, jakby właśnie szykowano wyprawę ratunkową. Przynajmniej nie po niego. Fruwacz odetchnął nieco spokojniej.
Przy wejściu do głównego tunelu dostrzegł znajomą twarz. Strażnik, który wskazał mu drogę do człowieka z płytką, zauważył go i podszedł kilka kroków.
- I? - spojrzał krótko na szyję Fruwacza. - Dotarłeś?
Nie było w tym ciekawości. Raczej pytanie człowieka, który chciał wiedzieć, czy robota została wykonana. -
- Ech…
Tak jak chętnie wypił bimberek, tak westchnął ciężko na indagowanie o wspomnienia z korytarza. No ale słowo się rzekło. Wziął papierzyska i raz jeszcze je przeczytał wysilając mózgownicę. A ta niechętnie skupiała się na literkach, które Wół znał jako tako i tylko dzięki ciężkiej robocie tatusia i wytrzymałości kija, którym stary ździelał w łeb syna, gdy ten się mylił, lub lenił.- Szukaliśmy jej ludzi na dole. Widać było po śladach, że coś taszczyli za sobą w dół… Ale szybko ci jej ludzie przyleźli z góry. Choć to oko - pokazał na prawy oczodół - dałbym sobie wydłubać, że słychać było z dołu głosy. Jeszcze przed zejściem do D14. No ale przyleźli i gadają o tych waszych dzieciakach, że poszły po przygodę. Technicy poszli po Ivana, a my na dół do D14. Powiedziałem Hance, żeby gadała cały czas. Ale widać nie pomogło. Najpierw słyszeliśmy szuranie za ścianą. Potem śmiechy dzieciaków. A w końcu jak wlazłem do jakiegoś pokoju gdzie te papierzyska leżały, to Hanka mi zniknęła. A za drzwiami… no jak ciebie tu teraz Bran, zobaczyłem pustkowia pod otwartym niebem. Taaa. “zobaczyłem”. Co ja gadam. Poczułem! Grillowaną wiewiórkę papcia mojego. I papcia jak żywego jak je piekł.
Wół pokręcił głową.
- Wiedziałem, że to pic. A raczej pamiętałem, żeby o tym wiedzieć. Bo papcio dawno już po drugiej stronie drogi. To się z papciem pożegnałem. Ale zanim zdążyłem gdzieś pójść, to mnie Ivan zdzielił w łeb. No i się Hanka znalazła. A chwila potem wasze dzieciaki.
Odłożył papiery.
- Się mnie widzi, że możecie sobie sprawdzić, co tu piszą. Te 11 minut. Albo 19. A Denver? - pokręcił głową - Wół wie. Zna. Zapomnij. Trupy dawnych dużych miast to grobowce. Trzymajcie się Jaru. I pustkowii.
-
Powrót do Jaru okazał się zaskakująco... zwyczajny. Ludzie pracowali, ktoś się przekrzykiwał przy warsztacie, gdzieś stukotały młotki. Nikt nie wszczynał alarmu oraz nie formował zespołu poszukiwawczego, lub co gorsza egzekucyjnego. Może Wół jeszcze nie zdążył postawić całego Jaru na nogi, a może liczył że pozbył się irytującego gówniarza, a może wszyscy zwyczajnie uznali, że skoro wyszedł o własnych siłach, to i wróci o własnych. Możyć tu można było pod dostatkiem.
Tak czy siak tak było najlepiej. Te akcje szpiegowskie i całe to gówno w które wdepnął lubią cisze. Fruwacz lubi cisze.
Strażnika, tego Strażnika spostrzegł od razu.
-Zrobione. Wszyscy zadowolenie. - spojrzał przelotnie w głąb tunelu.
-Teraz muszę znaleźć swoich. Mielibyśmy robotę... od sam wiesz kogo.- nie rozwijał tematu. Jeśli człowiek przed nim naprawdę wiedział, to więcej słów nie było potrzebnych, a jeśli nie tym bardziej lepiej milczeć.
-Coś działo jak mnie nie było? Wiesz gdzie są?- poprawił pas znów tak luźny bo broń mu znów odebrali. Był gotów ruszać w głąb Jaru jak tylko się dowie gdzie, mając nadzieję, że Wół i reszta jeszcze są z nim, a nie zostali lokalsami Im szybciej usiądą razem, tym szybciej będzie mógł uporządkować cały ten bałagan, który przywiózł ze sobą z Ostatniego Przyczółku. -
W Martwej Wieży
Dokonując rekonesansu wciąż ucierał trawy w kapeluszu nucąc piosenkę.
-Numm, nana num, nana num...
Zasłane łóżko zaniepokoiło Noa, bo wywrócone krzesło, potargane drugie łóżko i porozrzucane dokumenty, były na miejscu jak radio pozbawione energii. Przemknęło mu tylko przez głowę, że można by zrobić generator na wiatrak. Wciąż czujny i w melodii powąchał łóżko, ledwo powstrzymał się by się położyć. Zapraszało. Może przypadek, może położy się później. Pozbierał notki i zamarł.
"...potwierdzam otrzymanie nowych współrzędnych przemarszu Grupy Grahama..."
"...nasz konwój zmieni trasę zgodnie z ustaleniami..."
"...Dywizja przejmie kontakt z celem około godziny 17. Opóźnienie naszego konwoju pozwoli uniknąć..."
"...w imię Światłości stratę Grupy Grahama uznaje się za dopuszczalną,
jeżeli umożliwi to bezpieczne przejście transportu...""...namiar na konwój Grupy Grahama został podany, ...agent potwierdził odbiór współrzędnych..."
"...kimkolwiek jest ten Graham, to ma srogo przejebane..."
Chciał to widzieć, czy to widział? Zadawał sobie pytanie. Adrenalina strzeliła tak, że żadne halucynogeny nie miały prawa się przebić. Powróciły wspomnienia rozmów z Wółem i wściekłość Fruwacza, chwilowa przyjaźń z Gasparem. Schował nieszczęsne zapiski za kurtkę i już czuł nieodpartą ochotę, żeby wyjść i jak najszybciej podzielić się odkryciem z ocalałymi z rzezi, będącej przykrywką jak się wydawało dla grubszego dilu. Napędzany hormonami mózg prędko zasymulował możliwe implikacje. Dotarło do Cohena, że powinien być ostrożny w temacie.
-bang! zakrzyknął, żeby się odkleić.
Raz jeszcze bez mantry przeszukał pomieszczenie w kierunku lokatora od zasłanego łóżka. Artefaktów strażników wyszukiwał, broni, zapasów. Zanotował w pamięci na jakiej częstotliwości działało radio, lub jakie były kody zmiany częstotliwości.
Będąc gotów wyszedł kierując się w miejsce gdzie zostawił towarzyszy. Zwrócił przy tym uwagę na miejsce słońca, cienie, wysokość traw, krążące sepy i wrony. Zmieloną trawę wysypał na wietrze.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się