[CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
-

Vine Street w Heywood, 22:46
Kobieta w dresie uniosła spolegliwym gestem jedną rękę, kciukiem drugiej wystukując jakiś numer na dotykowej klawiaturze swojego telefonu. Obserwujący ją uważnie Shawn zauważył, że nie miała tego numeru zapisanego w pamięci urządzenia, ale wstukiwała go cyfra po cyfrze z głowy - co świadczyło, że musiał być dla niej ważny, a jednocześnie przeznaczony jedynie dla jej wiadomości.
- Poczekajcie tu na chwilę, zaraz ściągnę kogoś, kto ma dojście do różnych środków na recepty - powiedziała przywołując na popękane wargi cień uśmiechu - Znacie Bonifaca? Opłaca się go znać. Sam robi dużo własnych receptur, to eksperymentator. Trochę męczydupa i uparty jak wrzód na dupie, nie odpuści jak na coś sfiksuje, ale ma dobre ceny.
Nawiązawszy połączenie starsza pani odeszła na kilka kroków od grupy, odwróciła się do pary obcych bokiem rozmawiając ledwie słyszalnie, ale z ożywieniem. Jej towarzysze przyglądali się w tym czasie Brazil i Shawnowi w wielkim skupieniu: dredziarz z wyrazem tęsknej melancholii, gość z lufką bardzo podejrzliwie.
- Już jedzie - oznajmiła kobieta w dresie głosem pełnym satysfakcji - On nocami jeździe po Vista z towarem i receptami, cały czas w ruchu i pod telefonem. Będzie do pięciu minut. To jak, odpalisz dwudziestkę za pomoc, przystojniaku? Dam ci w zamian pociągnąć z lufki, crack taki, że łeb urywa przy samej dupie.
- Termu tu nie urwał - odpowiedział chłodno Camara spoglądając na gościa opartego o sklepowy wózek - Chyba ci się trafiła słabsza działka.
- Jemu nic już dupy nie urywa - prychnęła wymijająco kobieta zabierając towarzyszowi lufkę i wyciągając ją w stronę Froga. Słyszący jej słowa dredziarz zaniósł się piskliwym śmiechem.
Brazil obejrzała się za siebie, na Dingo i Macka przechodzących właśnie w poprzek ulicy na jej przeciwną stronę, pod drzwi apartamentowca, w którym zniknął Switch.
-
Vine Street w Heywood, 22:46
Zachodziła w głowę Brazil jaki miała stara interes, że wydzwoniła dilera, pół kredytu nie przelała, zła już była jak po zrzucie MDMAC, nóżką tupała, wierciła się w miejscu. Na siebie zła, że nie miała pomysłu, że jej blef kompletnie nie trafił celu. Zacisnęła piąstki, ząbki same się zwarły, zaraz zaczęła nimi gryść się w dolną wargę z nerwów.
-Jasne, zajebiste dzięki. Będziemy w pobliżu jak gość się zjawi. Tylko myślę, że to nie ta liga. - nie wytrzymała i wypaliła. - Potrzebuję hakera, co wydrukuje mi prawdziwe recepty, na towar z aptek. I nie dla niego. - wskazała na Shawna - Coś ty sobie myślała? - pokręciła głową.-Dobra zdaje się, że ktoś się niecierpliwi. - wskazała na Dingo i Macka - Coś mi chodzi po głowie.
Chwytała się w istocie brzytwy Artemida, chwytała czego mogła, bo już miała wyrzuty sumienia, że wywlekła kolegów do szemranej dzielni w pogoni za białym królikiem.
Ceremonialnie zawinęła połą kurtki i ruszyła pewnym krokiem w kierunku wejścia do kamienicy. Pociągnęła za sobą delikatnie Camarę. Nie za mocno, jak by jednak zamierzał zostać.
-Zobaczymy jak wygląda wejście do budynku. Mam kilka pomysłów, ale nie powinniśmy zabawiać tu za długo. - widać było, że jest zdenerwowana. Postawiła kołnierz.
Podeszła do kolegów - U nas gówno się rozlewa, ćpuny dzwonią po dilerów, nie mamy dużo czasu. Luz, pod bramą nie ma kamer, ale tam jest jedna. - Kucnęła przy domofonie i sięgnęła do torebki.
Zainteresowała się bramą i systemem zabezpieczenia.
-
Shawn Camara
- Jebać to - mruknął przez chwilę rozważając, czy nie wyciągnąć klamki i nie użyć innych argumentów. Uznał jednak, że Brazil miała rację już wcześniej. Te zjeby niczego nie wiedziały. Dał się dziewczynie pociągnąć do kumpli.
- Zmiana planów - powiedział gdy usłyszał, że kurewki też były nie dość, że pyskate to i bezużyteczne - Dingo, odpal swojego bzyczka i obserwujcie budynek. Ja okrążę go i znajdę skrzynkę prądową. Rozwalę to gówno. Haker powinien mieć chyba własne awaryjne źródło prądu. I może nawet nie jakieś UPS, tylko lewy kabel pociągnięty poza głównym ciągiem, żeby zasilić wszystko. Zobaczcie na którym piętrze i na której ścianie będzie się palić światło.
-
Vine Street w Heywood, 22:47
Skulona w przyklęku i oparta plecami o ścianę naprzeciwko panelu videofonu hakerka znalazła w torebce czego szukała, najpierw się uśmiechnęła, ale zaraz spochmurniała, rozglądając się dookoła. Złym wzrokiem zgasiła elektroniczne oko wymierzone w grupę pod kamienicą. Nerwowo uniosła paluszek. - Zaczekaj! - zwróciła się do Camary - daj mi jeszcze chwilę dostępu. A poza tym to dobry pomysł.
Proteza procesowała hasła i zasięgi miejscowych sieci. Część odrzuciła z miejsca inne wydawały się prawdopodobne, znów zaprzęgła Skrybę do wstępnej selekcji. Sama zaś postanowiła zejść do poziomu jaskiń. Do wydzielin i odorów, do śladów stóp mokrych.
-Jak z panienkami? Nie poszło? Nam też kompletnie. Cholera, wiszę wam kolację. - zagadywała kolegów.
Z torebki wyjęła cylindryczny atomizer do nabijania w drogerii. Zbliżyła się do ledowego panelu i delikatnie spryskała. Dawkując micelarny płyn do demakijażu jak magiczny pyłek wróżek. Tam gdzie w ciągu ostatnich godzin odbiły się tłuste łabska białkowców płyn formował równe krople, zaś na czystej części spływał jak łzy matki zastrzelonego dzieciaka, albo pot z czoła maklera przy krachu.
Czekając na efekt przyszykowała się do wejścia - Chłopaki, wyłączyłam kamerę, spróbuje otworzyć bramę, ale nie wiem jeszcze gdzie mógł pójść Gapa. Nad tym też pracuję. Przydałby się ten nasz mały spryciarz. - w sumie trochę ją gryzło, że zostawili Hajfiego, a z drugiej strony gryzło ją, że w ogóle wyciągnęła chłopaków, a z trzeciej nie dawało spokoju, że Raze wyłączył smarta. Z każdej strony podgryzana, a Skryba już raportował.
Paradoksalnie mnogość bodźców znów wyrwała ją z zwątpienia i napędzała do działania. Popatrzyła sobie w oczy kiedy skierowała twarz na szybę w drzwiach wejściowych. ADHD, o czym zapomniała, co pomineła, bo się zapędziła, odgoniła.
Znów kucnęła i skupiła wzrok na kroplach. -
Apartamentowiec przy Vine Street, 22:48
Pozostawiwszy Artemidę przy magnetycznym zamku drzwi pod opieką towarzyszy, Shawn zapuścił się zdecydowanym krokiem w zaułek rozdzielający apartamentowiec SlimWire od następnego budynku. Przez cały czas operował funkcją zbliżenia obrazu cyberoka, uważnie przeczesując podejrzane ciemne zakamarki. Poświata neonów bijąca od głównej ulicy słabła po każdym kolejnym metrze, zastępowana znacznie słabszym światłem sączącym się z okien budynku. Pod nogami Camary zgrzytało rozbite szkło, szeleściły jakieś plastikowe śmieci. Trącona butem butelka poturlała się po brudnym betonie, by zaraz utknąć w rozerwanym zawilgoconym materacu, który ktoś najpewniej wyrzucił prosto z okna mieszkania.
Frog skrupulatnie skontrolował boczną ścianę budynku, szukając albo zewnętrznej skrzyni rozdzielczej albo przynajmniej oznakowania mogącego wskazać jej położenie. Jego plan, w istocie bardzo prosty, zakładał zidentyfikowanie mieszkania SlimWire po wyłączeniu prądu w całym obiekcie. Każdy szanujący się netrunner musiał mieć niezależne źródło zasilania i nawet jeśli własne generatory miało też kilku zaradnych współlokatorów sieciarza, każde ciemne mieszkanie automatycznie spadało z listy potencjalnych kryjówek SlimWire. Co więcej, jeżeli apartamentowiec spełniał podstawowe normy przeciwpożarowe - co w Vista del Rey nie musiało być oczywistością - wyłączenie prądu pociągnęłoby za sobą zwolnienie wszystkich magnetycznych blokad w drzwiach, aby mieszkańcy mogli bez przeszkód opuścić swoje lokum.
Odnalazł skrzynkę na jeszcze ciemniejszym placu na tyłach budynku, pod rdzewiejącą kratownicą schodów przeciwpożarowych. Jakiś wracający od kontenera na śmieci człowiek wpierw zwolnił kroku dostrzegając obcego, potem zaś przyspieszył okrążając Shawna bez słowa szerokim łukiem i znikając za rogiem. Kilka sekund później do uszu solosa dobiegł dźwięk kopniętej przypadkiem butelki, najpewniej tej samej, na którą napatoczył się Camara.
Opierając się plecami o ścianę wyciągnął z kieszeni smarthinga i zadzwonił wybierając z listy pierwszy z góry numer.
- Jak z tym zamkiem? - zapytał z wyraźnym zniecierpliwieniem - Mam przyłącze.
-
Shawn Camara
- 5 minut Ci starczy? - Shawn zapytał latynoskę, która zabierała się za gmeranie w interkomie. Wyglądał jakby nie zamierzał odpuszczać, a przeciwnie, przeciwności i kłopoty z lokalsami tylko go rozjuszały jak trzymanego na kagańcu dobremana przed walką - Jeśli nie, to odpuść. I tak już zrobiliśmy widowisko. Rozwalę skrzynkę i może drzwi się nie zatną. A jak się zatną, to je też rozwalę.
- Do otwarcia drzwi wystarczy - odpowiedziała czarując przy panelu te swoje brazylijskie voodoo, którego Żabie nigdy nie będzie dane pojąć - może nawet do wytypowania mieszkania. Otwarcie robię z czapy. Jeśli się uda.
Skinął i poszedł.
***
Przed skrzynką rozejrzał się jeszcze na boki, czy gapiów nie było i czekał. Stanął przed blaszaną obudową w odległości kilku metrów i zmierzył ją wzrokiem.
- I co się gapisz zjebie? - mruknął czując się już nieźle nabuzowanym. Błyskawicznym ruchem wyciągnął Pacifiera i wymierzył do bezbronnej skrzynki - Długo cię znajdę??
Uśmiechnął się i schował klamkę z powrotem do kabury. A potem powtórzył zabawę ze dwa razy z innych kątów i z innym tekstem. Miał ochotę coś rozwalić. Zastanawiał się jaki dzisiaj mecz w Blood Bowla... -
Vine Street w Heywood, 22:50
Nie traciła Brazil sekundy żadnej na zbyteczne działania, może pomijając mimowolne ruchy paluszków poprawiających fryzurę. Nie czekając malunku kropel na panelu uruchomiła kontroler otwierający elektroniczne drzwi. Wymagało to ledwie mgnienia skupienia, pchnięty myślą mechanizm zaklęty we wzory zer i jedynek realizował się sam. Program był jej własnego autorstwa, dość ciężki jak na kontroler, ale praktyczny i skuteczny. Zainfekowany kodem sterownik głucho odblokował magnetyczny zamek, drzwi ustąpiły pod lekkim naciskiem czubka buta.
Znów wróciła do białkowych zmysłów odczytując uzyskane wyniki, zmarniła sekundę na samozadowolenie. Łzy omijały kilka numerów. Uzyskane informacje skorelowana z wyższym menu pada, czy jakieś punkty nie pokrywają się z innymi oczywistymi wyborami. Kosmetycznym płatkiem wchłonęła nabrzmiałą na tłustych plamach wodę.
-Zróbcie chłopaki skany tych tłustych paluchów na makro - zwróciła się do kolegów i odsunęła pod ścianę. - Zwróćcie uwagę na 18, 19 na pierwszym, 25 na drugim i 31 i 36 na trzecim.
Czas uciekał, a Artemida nie zamierzała mieszać w szykach Froga. Nauczyła się już kiedy go lepiej nie denerwować. Skorelowała adresy i poziom zabezpieczeń sieci swoich i Skryby. Odrzuciła wszystkie zbyt oczywiste z datami i imionami kochanek, czy gwiazd porno. Wytypowała nieoczywiste, rozważając, które zabezpieczenie jest najsilniejsze.
Gdyby miała jeszcze czas, żeby porównać to z rachunkami za pobór energii miałaby właściwy numer. Miała trzy typy, kiedy w cyfrowym świecie czarne sople lodu wbijały się między kod bramy, brama zniknęła, Camara zrealizował swój plan, Brazil powróciła do mięsa jak wybudzona ze snu.
Nie pozostawała bierna, chaos budził nowe możliwości. Pchnęła drzwi i weszła do środka, szybkie rozglądnięcie i skierowała się za piktogramem klatki schodowej. Zdecydowana znaleźć się na piętrze nim ktoś zacznie wychodzić na korytarz. Dopiero na tam przystanęła i znów skupiła uwagę na punktach dostępu.
-
Blok przy Vine Street, 22:50
Frog odczekał jeszcze chwilę chcąc się upewnić, że nikt inny mu nie przeszkodzi w następnym kroku. Otoczony fasadami sąsiadujących ze sobą budynków, ciemny plac sprawiał wrażenie wyludnionego, chociaż zza części rozjaśnionych lampami okien dobiegały dźwięki muzyki, oglądanych w TV filmów czy inne odgłosy sobotniego życia towarzyskiego. Solo oszacował w głowie rozmiary budynku i doszedł do wniosku, że okna wychodzące na plac należały do rzędu mieszkań usytuowanych w tylnej części apartamentowca, a te nad Vine Street do przednich - co pociągało za sobą konieczność obserwacji obu części budynku, ale co samo w sobie nie nastręczało Shawnowi większego problemu.
Plac pozostawał pusty, spotkany na nim przypadkowy mężczyzna był zapewne lokalsem, który akurat teraz wybrał się do wielkiego stalowego kontenera wyrzucić śmieci i który wykazał dużo rozsądku udając, że nie widzi na placu obcego gościa.
Dłuższe czekanie mijało się z celem. Camara wyciągnął z kabury Pacifiera, złożył się płynnie do strzału mierząc lufą broni w obudowę skrzynki i zaczął pociągać za spust w jednosekundowych odstępach, po każdym razie opuszczając lufę pistoletu o dwa centymetry niżej w pionie skrzynki.
Pyknięcia tłumika zlały się w jedno z metalicznym szczękiem dziurawionej obudowy i brzękiem spadających na beton łusek, ledwie słyszalne z odległości większej niż kilka metrów.
Po czwartym strzału wewnątrz rozdzielni coś huknęło, w przestrzelinach pojawiły się iskry i Shawn w końcu doczekał się efektu, na który liczył.
W obserwowanym przez niego apartamentowcu zgasły wszystkie światła. Przez dwie sekundy w środku panowała zrodzona z zaskoczenia cisza, która prysła w trzeciej sekundzie zastąpiona pełnymi złości i frustracji krzykami płynącymi z niemal każdego mieszkania. Shawn mógł sobie wyobrazić furię ludzi, którzy właśnie oglądali finałowy mecz sezonu Blood Bowla albo nowy odcinek „Watson Whore”.
W dwóch mieszkaniach od strony placu zapaliły się światła, na trzecim piętrze niemal natychmiast po zwarciu, na parterze po dobrych dziesięciu sekundach. W pozostałych częściach obiektu panowała ciemność, która miała się tam rozgościć najpewniej do początku następnego tygodnia, jeśli brało się pod uwagę opieszałość miejskich służb energetycznych.
-
Vine Street w Heywood, 22:51
Wsparła się o ścianę hakerka uparcie szukając wejścia na raz w dwu światach. Wiele działających punktów dostępu nieco dezorientowało mięso. Puściła kody przez algorytm zostawiony Skrybie. Sama uruchomiła kontroler rozmów telefonicznych na własnego smarta, program wybrał połączenie do Shawna.
-Jestem na pierwszym w środku. Moje typy: 18, 19, 25, 31, 36. Twoje typy? Idę wyżej, jestem pierwsza.
Uwiodły Artemidę dzikie instynkty, uległa ciekawości jak amorowi, strach i wściekłość tylko pompowały adrenalinę w napięte już mięśnie i rozbudzoną wyobraźnię. Nasunęła czapeczkę na oczy i skierowała się pospiesznym krokiem znów do klatki schodowej. Jak większość zdezorientowanych lokatorów świeciła sobie latarką ze smarta, a szczególnie im po oczach. Jednocześnie do Dingo i Macka
-Jestem na drugim? Wasze typy?
Do Leifa:
-Spokój. Czuwaj.Nim wyczekała odpowiedzi dwa razy obiegła piętro sprawdzając, które drzwi się otworzyły. Stanęła w miejscu zdezorientowana uświadamiając sobie, że bez zasilania nie odrygluje żadnych zamkniętych drzwi. Do Camary.
-Czekaj. Są jakieś schody pożarowe? Nie otworzę bez prądu, chyba, że ty?
Złapała się, że panikuje. Co straciło zasilenie zdechło, a jak ktoś się zaryglował i tak była bez szans.
Do Macka:
-Masz pomysł na zatrzaski mechaniczne?Werbalnie do ludzi. Się asymilowała.
-O que é? Rodriga? Malditos ciganos. Cienki Drut kaput. Ktoś przeciążył linię. - lamentowała napotykając kobietę w zaawansowanej ciąży. - Wszystko będzie dobrze kochana. Kto mógł to zrobić? Pod którym numerem mieszka ten druciarz SlimWire? - łagodnie pomagała wrócić kobiecie do mieszkania, ale wyraźnie domagała się odpowiedzi nim ją wpuściła za próg. -
Houston "Dingo" Dawn
Dingo milczał, kiedy Frog rozwalał bezpieczniki i kiedy Brazil otwierała im drzwi. Mimo wszystko zawsze zaskakiwało go, jak szybko noc w NC mogła przejść od cywilizowanej pogawędki do dzikiej improwizacji.
Wślizgnął się za Artemidą do środka, nasuwając na twarz smartgogle. Przełącznikiem przy prawym okularze włączył opcję LowLite i pogrążony w mroku korytarz rozjaśnił się w jego oczach jaskrawozielonymi sylwetkami na nieco ciemniejszym tle. Houston uśmiechnął się i wciągnął duszne powietrze budynku - dopalacz zapachowy uderzył jego zmysły wonią wielu przestraszonych ciał, wywołując zastrzyk adrenaliny.
- Ja sprawdzę pierwsze piętro - rzucił do Brazli, nim zniknęła na górze. Chciał jeszcze dodać, żeby na siebie uważała, ale chyba nie musiał. Zamiast tego pospiesznie sparował swój smarthing z Bluetoothem w smartgoglach, żeby w razie czego słyszeć pozostałych.Dawn złapał za rękojeść prostego noża i ukrył ostrze w dłoni. Może się przydać, żeby pospiesznie sforsować jakiś zamek. Houston nie spodziewał się wrogości, ale ludzie w panice robili różne głupie rzeczy.
-

Apartamentowiec przy Vine Street
- Obstawiam 36, na samej górze, od tyłu - w głośniku smarthinga rozległ się nieznacznie zdyszany głos Shawna - Lampy się zapaliły od razu po tym jak rozdzielnia jebła. Natychmiastowe podtrzymanie zasilania. Czuć w chuj sieciarzem.
Artemida przepchnęła się pomiędzy kilkoma mieszkańcami tarasującymi wejście na trzecie piętro, odwróciła w bok głowę muśnięta snopem światła elektrycznej latarki. Zamieszanie i dezorientacja wciąż pozostawały jej atutem, pozwalały prześlizgiwać się w górę budynku bez zwracania na siebie żadnej uwagi. Ciężarna kobieta napotkana piętro niżej wspomniała coś o hakerze na trzecim piętrze, ale zaraz potem została zagarnięta z powrotem do mieszkania przez jakiegoś śmierdzącego tanim alkoholem gościa.
Drzwi numeru 31 były otwarte, padała zza nich jaskrawa poświata neonówek, dobiegały też dźwięki jakiegoś szurania, stukania i przesuwania mebli. Brazil podeszła bliżej, lecz kiedy zostało jej ledwie pięć kroków, przez futrynę wysadził bez ostrzeżenia niski krępy facet po pięćdziesiątce, lekko siwiejący, niechlujnie ogolony i mrużący przekrwione oczy.
- Wypierdalaj, pindo! - wrzasnął mierząc w skamieniałą Artemidę bliźniaczymi lufami obrzyna - Nie odetniecie mi kablówki! Zajebię was wszystkich! Każdy Amerykanin ma niezbywalne prawo do posiadania broni i telewizji kablowej! Czterdziesta Siódma Poprawka! Fox News dla prawdziwych Amerykanów! Tylko drgnij, a rozmażę cię po ścianie! Myślałaś, że jak wybijecie korki to mnie zlapiecie z fiutem w ręce?
Na chodniku przed apartamentowcem
Nieprzewidywalny bieg wydarzeń w jednej chwili jeszcze bardziej przyśpieszył, kilka rzeczy zaczęło się dziać jednocześnie absorbując do końca uwagę znerwicowanego Hartleya. Brak wyłączonego przez Froga prądu wprawił mieszkańców apartamentowca we wściekłą aktywność, wywabiając ich do otwartych okien i na korytarze budynku. Zdenerwowani ludzie wypełniali przestrzeń budynku pełnymi emocji dźwiękami angielskiego i hiszpańskiego i chociaż Hartley nie wszystko rozumiał, doskonale pojmował znaczenie ewidentnych wyzwisk.
Brazil zniknęła we wnętrzu apartamentowca, Dingo natychmiast ruszył w ślad za nią. Mack obejrzał się w stronę równie niespokojnego Leifa, machnął w jego stronę ręką dostrzegając kątem oka obie prostytutki po przeciwnej stronie ulicy. Nie paliły już papierosów ani nie oglądały filmików w sieci. Jedna gdzieś dzwoniła, druga trzymała smarthinga na wysokości oczu filmując hałaśliwe zamieszanie. Trójka ćpunów ruszyła w stronę apartamentowca pchając z metalicznym szczękiem sklepowy wózek.
Shawn wychynął zza narożnika budynku, zatrzymał się przy krawężniku ulicy obrzucając ją uważnym spojrzeniem. Mack pomachał mu ręką, wskazał dłonią otwarte drzwi budynku.
Po ulicy poniosło się dudnienie wysokoprężnego silnika, odbiło się echem w labiryncie miasta. Pomarańczowy Archer Quartz, Chińczyk z wyższej półki i na oko Froga ewidentnie z limitowanej serii Bandit, zatrzymał się z drapieżnym pomrukiem silnika przy trójce ćpunów. Babka w dresie zaczęła coś tłumaczyć kierowcy wymachując gniewnie rękami, dresiarz przerzucał siekierę z jednej dłoni do drugiej pokazując głową w stronę czerwonego Aigo i siedzącego w nim Leifa oraz widocznych po drugiej stronie ulicy Macka i Shawna.
Dresiara nie kłamała. Bonifac był punktualny i faktycznie dojeżdżał na telefon.

-
Vine Street w Heywood; Apartamentowiec; Piętro III , 22:52
Szła jak po swoje, jeszcze chwilę wcześniej miała zamiar wparować pod 25 i 24, ale zwrotka od Shawna i głos ciężarnej pchnęły ją wyżej. Czuła, że musi się śpieszyć, nie miała pojęcia dlaczego, może znów panikowała, może z kolei dobrze czuła się przebodźcowana i przyćpana hormonami, które napędzały biologiczne ciałko na granicy możliwości.
Dwururka skutecznie wybiła ją z pewności. Stanęła jak gość rozkazał na baczność, wydając przy tym teatralny pisk. Pokazała w blasku latarki skruszoną i niewinną buźkę.
-Ja pierdole. Fox News ci przerwali. Też bym się wkurzyła. Tylko weź schowaj tego pana i władcę, bo ani ja do ciebie twardzielu, a właśnie chcę ten pierdolnik ogarnąć. Foxa możesz odpalić na mobilnych przez przeglądarkę Gamix bez opłat przez dwa dni - spokojnie pokazała dwa paluszki. - bez wbijania numeru karty. - nawiązywała więzi społeczne, wdzięczna, że nie ma bioekranu. Niektórzy instalowali sobie podskórnie na twarzy, żeby pokazać jakimi są twardzielami, Brazil nie była. Była dobra w zgrywie, ale w stresie bywała nieobliczalna. Dualna..za dużo myślała.
Przewróciła główką, uśmiechnęła się, wyciągnęła rękę - Pokazać ci?
-
Hartley "Mack" Mackinaw
Rynsztok Vine Street.
Atmosfera się zagęszczała, Mack czuł się obserwowany przez każdego którego widział i przez tych, których nie mógł widzieć - dziwki, ćpunów (ten z kikutem cyberręki miał albo ordynarne uszkodzenie mechaniczne, albo styki do skalibrowania, albo po prostu prochy rozpieprzyły mu system nerwowy, a kończyna tylko reaguje na popieprzone sygnały, bez strugania za grube tysiące się nie obejdzie), teraz dojechał ktoś (ktosie? W środku mogło być ich kilku) pod sam blok. Dochodzili jeszcze ci, których nie widział.
A on stał jak kołek. Jak to się skończy wypali Brazil i Switchowi co myśli o takich sytuacjach, wystarczy że policja całkiem niedawno chciała go zabić i podstawić zwyrolowi, z różową wstążeczką wokół dupy. Chyba wolałby już wjechać rowerem na międzydzielnicową ekspresówkę.
Wywołał głosem głosem smarthinga (na smartgoglach miał pogląd) i wysłał wszystkim tym, co mogli to na spokojnie odczytać na smartgoglach lub wszczepach krótką wiadomość: NOWI GOŚCIE POD BUDYNKIEM. POMARAŃCZONY SAMOCHÓD CHYBA Z GANGU (?)
Mack starał się nie wyglądać na spiętego, choć czuł się jak tarcza na strzelnicy.
-
Habitat przy Vine Street
Rozjuszony facet w czerwonej czapce nie ruszał się przez chwilę, która zdała się netrunnerce całą wiecznością. Brazil wstrzymała oddech, zamarła w idealnym bezruchu wpatrzona w wyloty luf strzelby. Jeden ruch palca na spustach broni dzielił ją od obrażeń, przed których konsekwencjami nie ocaliłby jej ani najlepszy zespół Trauma Team ani komora kriogeniczna.
A potem nie tracąc niczego ze swojej wściekłości gość cofnął się o krok, złapał jedną dłonią za drzwi i zatrzasnął je przed nosem Brazil.
- Nigdy tu nie wracaj! - z wnętrza mieszkania dobiegł jego kipiący furią głos, który zaraz utonął w dźwięku przesuwanych z miejsca na miejsce mebli.
Uwolniona od widoku wycelowanych w swoją głowę luf strzelby, poczuła w jednej sekundzie eksplozję sprzecznych emocji, trzymanych w ryzach jedynie świadomością tego, że wciąż miała do wykonania zadanie, od którego mógł zależeć los Switcha.
Vine Street w Vista del Rey
Narkomani skończyli coś tłumaczyć kierowcy pomarańczowego Bandita. Siedzący obok pasażer nie przestawał gapić się przez cały ten czas na Hartleya i Shawna, przeskakując wzrokiem to na jednego, to na drugiego. Silnik wozu zagrał basową nutą, a kiedy ulicą przejechał jakiś dostawczy Daihatsu, Bandit ruszył z miejsca z piskiem opon, przejechał na przeciwną stronę jezdni hamując kilkanaście kroków od Froga.
Drzwi po obu stronach otworzyły się jednocześnie, z wozu wysiedli dwaj obserwujący uważnie Camarę mężczyźni. Pasażer - niższy od towarzysza Latynos w czerwonym dresie, białym podkoszulku i białych sportowych butach - ukrywał swoje oczy za półprzeźroczystymi szkłami smartgogli. Kierowca - gość obnoszący się otwarcie z pozłacanym symbolem gangu na szyi i z wizerunkiem Santa Muerte na koszulce - trzymał w rękach czarną strzelbę, chociaż demonstracyjnie w nikogo z niej nie celował.
Shawn nie miał żadnych wątpliwości, dla kogo pracował Bonifac. Wcześniej przeszła mu przez głowę myśl, że być może diler był wolnym strzelcem bez znaczących powiązań, ale obaj mężczyźni otwarcie nosili na sobie symbolikę Valentinos. Należeli do największego gangu Heywood.
- Złamas nas oszukał! - krzyknęła z przeciwnej strony ulicy podstarzałą miłośniczka cracku - Obiecał dwie dychy za pośrednictwo, ale nie dał! Dajcie mu wpierdol!
- Jak potrzebujecie pomocy, zawołajcie! - dorzucił od siebie dredziarz, ewidentnie pobudzony, ale wciąż dość ogarnięty, aby nie pchać się w pobliże Froga - Ten jest jeszcze jeden, w tym czerwonym gruchocie!
Gość w czerwonym dresie i smartgoglach położył na chodniku swoją torbę, obejrzał uważnie Shawna, potem spojrzał na wygaszony, ale rozbrzmiewający gniewnymi głosami apartamentowiec za plecami solosa. Na szkłach jego gogli przesunęły się linijki wyświetlanych na niebiesko napisów.
- Ty zamawiałeś aptekarza? - zapytał po kilku sekundach znaczącego milczenia, niskim przyjemnym głosem, który nie pasował do wyobrażenia ulicznego gangstera - Jest jakiś problem? Coś się dzieje?
Drzwi Aigo otworzyły się od strony kierowcy, Leif wysiadł do połowy pokazując coś ręką. Facet ze strzelbą odwrócił broń w stronę samochodu, pomachał lufą w sposób jednoznacznie sygnalizujący prostą wiadomość. Gundarsson pojął ją od razu, wsiadł pośpiesznie do Aigo zamykając z powrotem drzwi.
- Byłem w połowie ostatniego sezonu Gasnących Słońc, kiedy zadzwoniła Maria - dodał Bonifac - Zajebisty serial, chociaż nikt go już dzisiaj nie rozumie. Na dodatek dałem kasę Pepe, żeby ktoś w końcu obejrzał go razem ze mną i ten telefon od Marii popsuł mi inwestycję w rozrywkę. Muszę jakoś odrobić straty, więc jak to z tobą będzie, gościu?
Na wyświetlaczu cyberoka Shawna pojawiła się wiadomość tekstowa od Brazil, krótka, ale doskonale zrozumiała.
Znalazłam SlimWire. Chyba się zrzygam.

-

Mieszkanie 36, Vine Street
Mieszkanie wręcz nieznośnie cuchnęło: potem i moczem, pleśnią, psującym się jedzeniem, chemiczną wonią środków odkażających i całą paletą jeszcze innych wstrętnych zapachów, których wstrząśnięty zmysł powonienia Brazil nawet nie potrafił zidentyfikować.
Gospodarz znajdował się w samym sercu tego legowiska, w salonie o ścianach z odłażącymi tapetami, na rozpadającej się starej sofie, która z trudem utrzymywała ciężar jego groteskowo otyłego ciała. Za brudnym oknem pokoju pulsowały nikłym światłem nieliczne światła ciemnego placu na tyłach budynku, rzucające słabą poświatę na kontury leżącego w bezruchu SlimWire.
Prawie nagi mężczyzna, opleciony plątaniną komputerowych przewodów i rurek systemu podtrzymywania życia, tkwił w letargu na sofie, z zamkniętymi powiekami, pod których cienką skórą było widać poruszające się chaotycznie gałki oczne. Otaczająca go medyczna aparatura i komputerowe podzespoły składały się na całkiem solidny zestaw do głębokiego sieciowania, ale Artemida nie potrafiła poświęcić im najmniejszej uwagi, hipnotycznie wpatrzona w postać zanurzonego w Sieci netrunnera.
Sięgnęła ręką po smarthinga, wybrała numer Froga i wysłała mu krótką wiadomość.
Sieciarz poruszył się bezwiednie, zapewne pod wpływem niekontrolowanego impulsu nerwowego, odsłonił tym ruchem pachwinę i chorą od odleżyn skórę wydzielającą płyn limfatyczny zaróżowiony domieszką krwi.
Znalazłam SlimWire. Chyba się zrzygam.
-
Houston "Dingo" Dawn
Mieszkańcy budynku w rosnącym chaosie nie zwrócili większej uwagi na nomadę, który zbliżał się do wytypowanych przez Brazil mieszkań na dolnym piętrze. Houston stanął przed drzwiami z numerem 18 i starał się usłyszeć ruch - lub jakikolwiek inny dźwięk - z wnętrza mieszkania. W pokrzykiwaniach innych mieszkańców było to prawie niemożliwe.
Dingo zawahał się przez chwilę, spojrzał na nóż w swojej dłoni po czym delikatnie naparł ramieniem na drzwi, przygotowując się do wbicia ostrza między drzwi a framugę, na wysokości zamka. W tej chwili jednak jego smarthing zawibrował od przychodzących wiadomości, a na okularze smartgogli wyświetlił się tekst. Dwa SMSy, najpierw od Macka - ale o co mu chodziło? - potem od Brazil. Znieruchomiał w pół ruchu, szybko przesuwając wzrokiem po literach.
Cofnął się od drzwi, kalkulując szybko w myślach. Kto tu jest drapieżnikiem, a kto ofiarą? Trudno powiedzieć.
Ruszył na górę, wsadzając rękę do kieszeni, wyczuwając pod palcami kształt smarthinga. "Idę", odpisał na wiadomość Artemidy, dopytując szybko o numer mieszkania. Starał się nie biec, ale przychodziło mu to z trudem.
-
Hartley "Mack" Mackinaw
Na dole Vine Street
Odebrał wiadomość: "Znalazłam SlimWire. Chyba się zrzygam"
W odpowiedzi na tym samym kanale wysłał swoją:
"??? Co tam jest? Jest Switch? Pod Budynkiem dwóch gansterów pod bronią, ostentacyjni, zagadują Froga. Idę do niego."Stał z boku, jeszcze nikt mu nie przeszkadzał, więc przynajmniej "utrzymywał łączność.
Co by tu zrobić. Gangsterzy nie wyglądali na specjalnie agresywnych. Z pewnością Frog poradzi sobie z nimi lepiej od Macka, ale nie budując w głowie piętrowych scenariuszy po prostu ruszył do nich, trzymając ręce luźno na widoku. Stanął przy Frogu, załapując się na ostatnie zdania gangsterów, o aptekarzu.
- Ja nic nie wiem, my- wskazał palcem na Froga i na siebie- tylko czekamy na znajomych - wskazał ręką na blok za plecami. - do tego jeszcze prąd w bloku jebnął. Poczęstowałbym papierosem, ale niestety nie palę.No dalej, łyknijcie to, jesteśmy tylko dwoma kolesiami stojącymi na ulicy, nic do was nie mamy, mówimy prawdę, to nie my szukalismy prochów, recept czy czego tam jeszcze. No dalej... - powtarzał w myślach, prezentując gangsterom swoją miłą, nieogoloną twarz na której nie było ani cienia agresji. Starał się przyjąć taki wyraz twarzy jak sprzedawcy w luksusowych butikach, do których nieraz miał przesyłki. Spokój, opanowanie, przyjazny, ale nie przymilny uśmiech.
Bo to była prawda. Ani Frog, ani Mack prochów nie zamawiali, tylko bezskutecznie zagadywali dziwki.