[CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
-

Mieszkanie paczki w H10, 23:08
HiFi obrócił w palcach lewe cyberoko Rodrigueza, poprawił wtyczkę kabelka łączącego implant ze smarthingiem, mruknął coś z rozczarowaniem pod nosem. Nieboszczyk z garażu Shivy nosił dwa różne modele mechanicznych oczu i przynajmniej jedno z nich - to trzymane właśnie w palcach - strzeżone było naprawdę mocnym firewallem. Piracki soft technika nie potrafił sforsować zabezpieczeń wszczepu ani nawet wygenerować podglądu pełnej listy funkcji cyberoka. Jedynym, co osiągnął było uruchomienie wewnętrznej baterii implantu w trybie default, w nienaturalnie czerwono-żółtym układzie kolorystycznym mającym przyciągać uwagę bardziej ekstrawaganckich klientów.
Podbudowany wcześniejszym udanym hakowaniem procesora HiFi zdusił w sobie ukłucie rozczarowania, zerknął ponownie na nie dające mu spokoju słowa wiadomości przysłanej przez Brazil.
Przepełniony zrozumiałym niepokojem, HiFi sięgnął ręką w stronę leżącego na pobliskim futonie kieszonkowego radyjka Hartleya, włączył je załapując się na końcówkę bloku informacyjnego na 88.9 Pacific Dreams.
Kolejny cud korporacyjnej inżynierii genetycznej. Majestatyczny tygrys bengalski, przywrócony do życia w laboratorium Biotechniki przedstawiciel wymarłego gatunków azjatyckich drapieżników szczytowych, zostanie w najbliższy weekend wystawiony na aukcję w prestiżowym nowojorskim domu aukcyjnym Nauroki. Zwycięzca aukcji uzyska prawo do własnoręcznego upolowania tego unikatowego stworzenia w dowolnym wybranym przez siebie miejscu na świecie.
Jakość powietrza w San Francisco spadła do najniższego odnotowanego w bieżącej dekadzie poziomu. Lokalne władze rozpoczęły społeczną kampanię zniechęcania mieszkańców do opuszczania domów bez uprzedniej instalacji ofpowiednio skalibrowanych sztucznych płuc.
A teraz najświeższe wieści ze świata rozrywki! Długo wyczekiwana egzekucja Joaquina Schmidta, znanego opinii publicznej pod przydomkiem „Rzeźnika z Watson”, została oficjalnie zatwierdzona na jutrzejszy dzień. 27-letni obywatel Night City przyznał się do 21 morderstw, w tym siostry i matki. Egzekucja skazańca będzie miała charakter publiczny, a osoby chcące śledzić jej przebieg z domu mogą skorzystać z livestreamu dostępnego pod linkiem wyświetlanym na dole ekranu. Organizator tego wydarzenia, Capital Corrections Inc, gwarantuje zarówno emocjonujące widowisko jak i liczne nagrody dla widzów uczestniczących w loterii stanowiącej dodatkową oprawę rozrywkową egzekucji.
Smarthing młodzieńca pisnął głośno wieszcząc odbiór kolejnej tekstowej wiadomości. HiFi spojrzał na wyświetlacz pewien updatu w temacie Switcha, ale nadawcą okazał się ktoś inny.
”Śpisz? Ciągle mogę na ciebie liczyć?”
Leon Avrille.
NoiseFeed HiFi, Leon Arville Leon Arville „Śpisz? Ciągle mogę na ciebie liczyć?” HiFi No chyba HiFi Stary, cały wieczór zasuwam, żeby jakoś kasę na transakcję uzbierać HiFi Siedzę teraz i dłubię HiFi Na 3 strzelby powinno się udać HiFi Gdyby trzeba było zebrać 5szt i 5 smartgogli... HiFi Też chyba dam radę HiFi Jutro będę wiedział coś więcej HiFi A co do tego drugiego... HiFi Jak chcesz coś obgadać, to jestem sam na chacie HiFi Reszta wybyła, nie wiem, o której wrócą HiFi Ja jeszcze chwilę będę pracował HiFi Jak wolisz osobiście, to adres znasz -
Houston "Dingo" Dawn
Houston przez dłuższą chwilę walczył ze sobą, zanim otworzył kontener, ale po prostu musiał sprawdzić. Musiał, bo by oszalał.
Poskręcana masa odpadków, metalu, plastiku... i wśród tego wszystkiego: pokrwawiony i poobijany mężczyzna. Oczy mogłyby się pomylić, ale nos Dingo nie kłamał. Chciał wyć do księżyca na wiecznie zasłoniętym chmurami i smogiem niebie Night City. Jednak tym razem w pojedynku dwóch wewnętrznych wilków zwyciężyło człowieczeństwo.
- Chryste Panie na bananie, Switch! - zawołał Dingo, rzucając się w stronę leżącego - Kurwa, jego oko, ale masakra...
Spojrzał na przyjaciela, starając się ocenić czy jest w stanie mu pomóc. Czy Switch miał biomonitor? Nie pamiętał. Sprawdził na przedramionach, ale nie widział. Czy oddychał? Chyba tak.
- Trzymaj się, stary, zabierzemy cię z tych śmieci - powiedział Houston i spojrzał na Brazil - Gdzie chłopaki? Musimy go wpakować do wozu.Rozejrzał się po tylnym placu. Skoro był tu kontener, musiała dojeżdżać tu śmieciarka... a skoro śmieciarka się zmieści, to ich pożyczone Aigo też.
Sięgnął do kieszeni po smarthing i wybrał numer Froga.
- Mamy Switcha, ale źle z nim. Potrzebujemy was tutaj, na tyłach. -
Frog odłożył smarthinga, wstał z krawężnika gdzie zbierani wokół mieszkańcy mimo gniewu zaczęli się ze sobą witać i swobodniej gadać. Wystarczyło wyłączyć Nightflixa. Jeszcze chwila, a ogniska rozpalą...
Przyłożył paluchy do ust i zagwizdał przeciągle na Leifa i Maca w Aigo. Nie przejmując się, że zwraca na siebie uwagę, zamachał ręką wskazując kierowcy kierunek na zaplecze budynku. I ustawił się z ręką wymownie schowaną za połą kurtki, tak by mieć na widoku oba gangi. Szczególnie treniarzy. -
Vine Street w Heywood; Na podwórcu Apartamentowa; godzina: 23:15
Zostawiła SlimWira, bez cienia tęsknoty, choć ledwie chwilę temu deklarowała szczerze, że jest kontent z poznania bliżej, zostawiła niebezpieczeństwa, obawy zostawiła, a koliber pod piersią trzepotał równiutko, na myśl, że może odnaleźć swojego faceta. Już wiedziała, że coś mu się stało, już się martwiła mieszając uczucia kochanki i matki.
Adrenalina prowadziła ją równo, pewnie stawiała kroki, przemknęło jej przez myśl, że dobre buty wybrała, przez sekundę jeszcze puściła wodze fantazji w kierunku nowej kolekcji Heresy, którą jutro już zamówi, ale schody się skończyły co na powrót skupiło ją na zadaniu. Spoglądając na nomadę, miała wrażenie jakby i ona czuła trop Raze. Drażniącą woń jego perfum: Niemożliwe. Dopadła do kontenera tuż za mężczyzną. Nie miała odwagi otworzyć. A kiedy to się stało, rozpoznała go od razu, emocje lekko puściły, puściły się łzy, przetarła spodniami wciąż bezwiednie ściskanymi w prawej ręce, od kiedy zdjęła je z twarzy.
Nie miał znaczenia fetor, bo już do niego przywykła i przesiąkła, teraz dopiero ją zatkała gula w gardle, wdzięczna była Dingo za kontakt z resztą ekipy, wdzięczna bo niema, a jaskrawość verite, nie pozwalała jej na kontrolę virtu.
Nie zastanawiała się długo, czy był to instynkt, czy błyskawiczna decyzja, założyła spodnie na rant śmietnika i wskoczyła do środka.
-Puta merda. Eu te mato se você sobreviver. - wychrypiała wreszcie.
Bezwstydnie wspomagając się skradzioną z wszechwiedzącej przestrzeni wiedzą sprawdziła puls i oddech, starając się mimo obietnic nie zaszkodzić bardziej Swichowi.
Switch, mój Swich,
Nie jest lojalny,
Nie jest normalny,
Kłopotliwy jest i poryczy,
Odbiera smarta podczas orgazmu,
Ale jest mój,
Kto inny by chciał? -
Hartley "Mack" Mackinaw
Vine Street, w pojeździe
Nerwowo obserwował budynek, starał się nie skupiać na czarnym wozie Trenów. Wszystko było i tak tłem dla komunikatów jakie miał w polu widzenia swoich smartgogli, sam swoje wiadomości wysyłał wydając komendy głosem (wszystko sparowane ze smarthingiem).
Houston:
- Mamy Switcha, ale źle z nim. Potrzebujemy was tutaj, na tyłach.- Co jest? - Mack odruchowo wysłał zapytanie wiedząc, że to jest zbędne. Potem już zapanował nad komendami i powiedział do Leifa (nie wiedział, czy on też widzi wiadomości): znaleźli Switcha, żyje, zły stan zdrowia, jedź na tył budynku.
I sam otworzył drzwi i wskoczył na siedzenie (bo fotelem trudno to było nazwać, wyprofilowana płyta plastiku, żeby łatwo było czyścić i zmywać wszystko, w podłodze był nawet widoczny "korek" w odpływie)
- Jedź tam, gdzie Frog pokazuje!
Sam obrócił swoją torbę z pleców i wyjął swoją "apteczkę", improwizowany zestaw wszystkiego co potrzebne. Nie było to wiele, Trauma Team nawet by spojrzał na to badziewie, ale lepsze to niż nic.
Nie patrzył się na wóz Trenów.
-
Apartamentowiec na Vine, 23:15
Aigo ruszyło z miejsca na wysokich obrotach zdezelowanego silnika, zapiszczało ostrą nutą zużytego paska rozrządu skręcając w poprzek jezdni w stronę zaułka będącego drogą wjazdu na tylny plac budynku. Słysząc te dźwięki część mieszkańców obejrzała się natychmiast w kierunku czerwonego autka, a stygnące już emocje przeszły w podejrzliwe okrzyki, kiedy parę osób niewątpliwie zadało sobie w myślach to samo pytanie.
Shawn nie poczuł się reakcją lokalsów zaskoczony, bo będąc na ich miejscu sam też byłby podejrzliwy wobec obcych kręcących się na terenie uważanym za własne terytorium, zwłaszcza przy okazji wyłączenia prądu późnym wieczorem w całym budynku.
Opuszczając rękę w pobliże ukrytego pod ubraniem pistoletu, solo odprowadził wzrokiem znikający za rogiem apartamentowca samochodzik, zmienił nieznacznie pozycję na widok pierwszych ruszających jego śladem lokalsów. Szukał wzrokiem śladu broni, gotowy do siłowego odpędzenia najbardziej ciekawskich od zaułka w razie takiej potrzeby.
I wtedy z miejsca ruszył ciemny van, który przez cały ten czas pozostawał w polu widzenia Shawna. Furgonetka wjechała po skosie na ulicę, by zahamować po kilkunastu metrach przed wejściem do budynku i grupą mieszkańców. Odciągane na prowadnicach boczne drzwi pojazdu stanęły otworem przed wyskakującymi z nich ludźmi.
Od chwili pojawienia się furgonu na ulicy Frog miał niezbitą pewność, że obecność pojazdu nie ma w sobie niczego z przypadku i że za przyciemnionymi szybami pojazdu kryje się mnóstwo obserwujących ulicę oczu. I że w każdym momencie ich właściciele mogą się wysypać na zewnątrz furgonetki sprowokowani odpowiednim bodźcem.
Ale kiedy ukryci dotąd w wozie ludzie znaleźli się na chodniku, Shawn Camara uświadomił sobie w jednej chwili jak bardzo się w jednej kwestii pomylił.
Tyły apartamentowca
Leif przeklinał z pasją pod nosem, podciągając się na kierownicy Aigo dla uzyskania lepszej widoczności za przednią szybą. Zderzak czerwonego autka uderzył w jakieś skrzynki, w plastikowe opakowania po jedzeniu i kartony, podskoczył na czymś, co wpadło pod samochodzik waląc metalicznie i zgrzytając o jego podwozie.
- Co to kurwa było? - wyrzucił z siebie Hartley - Jakieś rury?!
Leif nie odpowiedział zakręcając za tylnym narożnikiem apartamentowca i hamując raptownie. Mętne światło przednich reflektorów Aigo padło na odrapany metalowy kontener na śmieci i kształty znajdujących się na nim ludzi.
- Kurwa - stęknął Gundarsson łapiąc za klamkę drzwi - Czy to Switch?!
Vine Street przed budynkiem, 23:16
Było ich pięciu, może sześciu - Shawn nie miał w tym względzie pewności, bo zbyt wiele rzeczy zaczęło się dziać w tym samym czasie wystawiając na próbę podzielność uwagi solosa. Poruszali się w ewidentnie wcześniej przećwiczony sposób, ubezpieczając się wzajemnie, błyskawicznie identyfikując źródła zagrożenia. Sam ich widok już w pierwszych sekundach wywołał wybuch paniki na chodniku, nie tylko świadomością tego, że byli ciężko uzbrojeni, ale i barwami ich przynależności.
Paramilitarne stroje, kuloodporne kamizelki z nadrukowanymi symbolami gangu, palące się intensywną czerwienią bojowego oprogramowania cyberoczy, pomruk serwomechanizmów wspomagających kończyny.
6th Street.
Jeden mieszkaniec bloku okazał się człowiekiem szaleńczo odważnym w oczach sąsiadów, chociaż w opinii Shawna skończonym idiotą. Zamiast pójść w ślady pierzchających na wszystkie strony ziomków wrzasnął na całe gardło wyciągając spod kurtki jadowicie żółtego Streetmastera. Idący na szpicy napastników mężczyzna w nałożonej na kamizelkę uprzęży taktycznej zmiótł go w jednej sekundzie śrutowym pociskiem wystrzelonym z przyłożonego do ramienia Tactiirna, obryzgał krwią Latynosa fasadę apartamentowca.
Nim jeszcze ciało człowieka upadło na płyty chodnika, Sixth Streeci już wbili się pomiędzy uciekających z krzykiem mieszkańców bloku zwalając ich z nóg uderzeniami pięści i kolb karabinów.
Poruszali się w zawrotnym nadludzkim tempie, wspomagani najpewniej nie tylko podskórnymi generatorami adrenaliny, ale i Sandevistanami. Cofający się odruchowo Shawn z trudem potrafił uwierzyć w to, że wszystko rozegrało się dotąd dosłownie w kilka sekund, od momentu ruszenia furgonu z przeciwnej strony ulicy po szarżę napastników na główne wejście budynku. Solo nawet nie zdążył wyciągnąć swojej własnej broni, w kolejnej sekundzie uświadamiając sobie, że tylko dzięki temu nie zyskał jeszcze w oczach gangsterów statusu uzasadnionego celu.
Sixth Streeci musieli korzystać z jakiegoś niewerbalnego systemu komunikacji, najpewniej na poziomie neuralnym, bo z płynnością przeczącą ludzkim ograniczeniu w ułamku chwili złamali szyk i dwóch z nich runęło poprzez tłumek lokalsów w stronę wjazdu do zaułka, w którym zniknęło Aigo tłukąc na wszystkie strony kolbami automatycznych Ajaksów.
Najpierw pojawił się pomalowany w krzykliwe kolory dron, który nadleciał od strony Republica Ave, a zaraz za nim dwa pędzące na złamanie karku pod prąd samochody, osobówka i jadąca za nią odkryta półciężarówka. Staranowany przez ściskającą w ramionach dziecko kobietę Frog zachwiał się w połowie ruchu, oparł dłoń na rękojeści Pacifiera gotów w akcie desperacji rzucić wyzwanie napastnikom biegnącym do zaułka.
Sixth Streeci ponownie zmienili szyk, dwaj mężczyźni na flance grupy zawrócili w jednej sekundzie w przeciwną stronę i zaczęli strzelać pomiędzy uciekającymi mieszkańcami w stronę nadjeżdżających pojazdów. Trzeci z gangsterów przyklęknął w progu wejścia, w którym zniknęła połowa jego grupy i zasypał pociskami ze swojego Copperheada pikującego w dół labiryntu ulicy drona.
Pogrążona w półmroku sobotniej nocy Vine Street przemieniła się w ułamku chwili w piekło autentycznej strefy wojennej.
-
Vine Street w Heywood; Na podwórcu Apartamentowa; godzina: 23:16
Nie robiło już różnicy Brazil brodzenie po kostki w śmieciach, opętana cybernetyczną protezą rozszerzającą świadomość wpakowała dłoń między skrawki plastikowej foli wysmarowanej resztkami sosów bezbłędnie wyczuwając puls na szyi Raze. - Słabo, stabilnie. - Igrając z większymi odpadkami wykonała interfacem swoich paluszków palpacyjny skan kluczowych kości i organów. Kończyny bez widocznych złamań otwartych, ukłuła w paluchy, odruchy, rdzeń nie złamany. Przynajmniej tego kręgosłupa ci nie przetrącili - pomyślała. Twarz Swicha wyglądała koszmarnie, ale język był na miejscu, jedno oko też, tyle musiało wystarczyć.
Używając spodni jak nosidła zdołała podać głowę i ramiona Raze tak by Dingo mógł je dźwignąć. Przesunęła nogi do krawędzi kontenera, wyskoczyła na zewnątrz i kiedy wyciągali fiksera ze środka dostali światłami w oczy. Dostała w sumie Brazil, bo nomada był tyłem, ale podobnie jak ona zdrętwiał na chwilę.
Ciałko uwolniło całą paletę hormonów, zalewając się zimnym potem. Część z wachlarza musiała zaistnieć w przestrzeni zapachowej. Zrobiło się jej głupio, Houston na pewno poczuł. Ona z kolei poczuła się trochę rozebrana, ale to odwróciło jej uwagę od strachu i znów skierowało do jutrzejszego wyboru kolekcji ciuchów Heresy.
Swich legł ciężko na betonie. Artemida nie miała dość krzepy, by go dłużej dźwigać. Nadwyrężone mięśnie krzyczały ogniem.
Kiedy z kontry światła wyłonił się Leif miała już w pogotowiu swą śmiercionośną broń wysuniętą na jeden cal. Cal dzielący życie od śmierci.
Odpowiedziała prędko, nawet nim wybrzmiały ostatnie dźwięki słów medyka.
-Tak, żyje, do auta z nim.
Sama minęła Aigo, pozwalając facetom uporać się z rannym, jednocześnie sprawdziła kto jest w środku, powinno być tłoczno. Było, ale nie dość. Jednocześnie usłyszała strzały z broni maszynowej dobiegające z przed budynku.
-Gdzie Shawn? - wypowiedziała, ale jednocześnie już procesowała
NoiseFeed Brazil do Froga Brazil Mamy kolesia, żywy, obity, skład pełny na tyłach. Brazil Co tam się dzieje? Możesz dołączyć? Wprawdzie Torquemada osiągnęła co chciała, to nie zamierza stosować podwójnych standardów. Nie zostawiła Swicha, nie zamierzała porzucać Shawna.
-Jedźcie z nim do konowała, wiecie co robić. Na razie weźcie ze wspólnego, resztę później ureguluję.
Normalnie Brazil miałaby miękkie nogi i szum w głowie, normalnie nie była tak spompowana adrenaliną. Owej chwili bardziej bała się co się stanie jak nadludzka pewność ją opuści. Kiedy siądzie w brudnej poczekalni jakiegoś ripperdocka i będzie mogła tylko trzymać Raze za rękę. Kiedy będzie musiała zjeść, sam pomysł wkładania do ust żarcia wydał się jej obrzydliwy, kiedy będzie musiała zasnąć i się obudzić, i zmierzyć z całym szlamem, który wypłynął. A o dziesiątej była umówiona na siłce.
Czekając zwrotki, zapuściła zmysły w lokalne serwisy informacyjne, chociaż może należało się skupić na rejestrowanych uszkami odgłosach strzałów. Niespokojny umysł przypomniał sobie o zatrzymanej kamerze. A może to była podpowiedź od protezy, nie potrafiła odróżnić.
-Zostawić? Uruchomić? A najlepiej na wyłączność. - wyszeptała. Niezaspokojona. Chwilowo przekonana o swej nieśmiertelności.
-
Dingo musiał użyć myślowej komendy, żeby stonować intensywność zapachów, ustawioną na maksa podczas węszenia za Switchem. Smród śmieci i zapach krwi uderzyły w niego jak młotem zanim blokery zaczęły działać. Otrząsnął się i przelotnie zastanowił czemu ostatnio dane jest mu odwiedzać wyłącznie najbardziej smrodliwe obszary Night City...
Przyglądał się szybkim ruchom Brazil, która sprawdzała podstawowe funkcje życiowe Raze'a. Razem dźwignęli ledwie żywego Switcha ze śmietnika na beton - niewielka poprawa jego sytuacji, ale zawsze coś. Houston spojrzał tylko przelotnie na Brazil i kiwnął jej głową, zanim pochylił się znów nad rannym. Spojrzał na wysiadających z auta Leifa i Hartleya.
- Mack, dobrze, że jesteście - powiedział - Pomóżcie mi wpakować go do wozu, zanim tu wykorkuje.Jak zły omen, od strony ulicy rozległ się ostry trzask broni maszynowej. Ekosystem miasta się ożywił, drapieżcy wyciągnęli pazury po zwierzynę.
- Zaje... uch... biście - stęknął Dingo, trzymając Switcha. Kto do kogo strzelał? Czy to było w ogóle ważne? W ich sytuacji, istotne było jedynie, by nie strzelał do nich.
Może gdyby ruszyli z kopyta, udałoby im się przedrzeć bez większej szkody... Dingo spojrzał na Aigo i zastanawiał się ile wyciągnie ta maszyna z sześcioma osobami na pokładzie. Myśl nie napawała optymizmem.Pospiesznie ściągnął na dół unoszącego się na wysokości trzeciego piętra drona i schował do kieszeni.
- Gdzie Frog? Wszedł do środka? - spytał chłopaków, spoglądając na budynek i podchodząc do drzwi kierowcy. Rzucał pospieszne spojrzenia ku wylotowi uliczki. Karabiny grzmiały nadal, ale dotyk chropowatej, nadal lekko ciepłej karoserii Aigo nieco go uspokajał. -
Vine Street, 23:17
Goście byli dobrzy, naprawdę dobrzy - Frog pojął to w ułamku chwili przyciskając się biodrem do pokruszonej fasady apartamentowca i patrząc jak dwaj Sixth Streeci zawracający od wylotu zaułka z nadludzką celnością eliminują z akcji pierwszy nadjeżdżający samochód. Nisko zawieszony Thorton Colby CX-410, ewidentnie dociążony domowej roboty płytami pancerza chroniącymi blok silnika, nie miał równie odpornej na uszkodzenia przedniej szyby. Dwaj mający do dyspozycji M251s Militechu strzelcy pokryli ją w ciągu trzech sekund pajęczyną pęknięć po celnych trafieniach, aby sekundę później przełamać balistyczną odporność pancernego szkła i wypełnić wnętrze samochodu krwawymi rozbryzgami dezintegrowanych ołowiem ludzkich ciał. Strzelali w ruchu i będąc pomiędzy ogarniętymi paniką lokalsami, a mimo to uzyskali skupienie rozrzutu tak dokładne, że Shawn poczuł na ten widok dreszcz trwożnej fascynacji.
Musieli mieć cyberoczy bardzo dobrej generacji i porządne koprocesory balistyczne, nie pospolity hardware rozprowadzony w Watson przez większość podrzędnych handlarzy czarnorynkową bronią.
Thorton skręcił gwałtownie w bok prowadzony agonalnym spazmem kierowcy, podskoczył na krawężniku jezdni i wbił się maską w opuszczone rolety jakiegoś rzemieślniczego warsztatu. Obaj strzelcy władowali po serii w przednie i tylne drzwi osobówki, a potem przenieśli ogień na hamującą gwałtownie półciężarówkę, nie zwracając pozornie żadnej uwagi na spadający z góry na środek ulicy dron, podziurawiony jak sito pociskami trzeciego strzelca.
Kierowca półciężarówki i jadący obok niego pasażer podzielili w jednej chwili los ludzi z osobówki, ale z paki natychmiast posypały się w odpowiedzi długie serie wystrzeliwane przez większą grupę napastników, którzy zaczęli zeskakiwać z pojazdu znikając po jego przeciwnej stronie.
Huk wystrzałów, brzęk łusek, ludzkie krzyki, zapach prochu strzelniczego.
I dostrzeżone kątem oka poruszenie w oknach budynku po przeciwnej stronie ulicy. Wciąż przyciśnięty do fasady apartamentowca Frog pojął w jednej sekundzie, co się zaraz wydarzy.
Vista del Rey była silnie z sobą zżytą latynoską społecznością. Nie wszyscy mieszkańcy dzielnicy należeli do miejscowych gangów, ale niemal wszyscy nienawidzili obcych gangów. I niemal każdy lokals trzymał w mieszkaniu jakąś broń. A ludzie wyglądający z okolicznych okien już zdążyli się zorientować, że spokój sobotniej nocy zburzyła im niezapowiedziana wizyta konkurencyjnego gangu z Santo Domingo.
-
Shawn jęknąłby coś oniemiały. Ale nie był w stanie. Wiedział co to jest strzał adrenaliny. Znał to doskonale. Ale nie do tego stopnia. Kuuuurwa… nie do tego stopnia. Czuł jak dłonie oblał mu zimny pot. Pikawka waliła jak rozgrywający Blood Bowla. Przyśpieszony oddech świszczał jakby laskę dziko posuwał… No prawie mu chuj stanął na widok tych gości, którzy wysiedli z vana i w standardowej formacji 2 x 3 wkroczyli do akcji. A potem było już tylko lepiej…
Nie sięgnął po broń. Korciło. W pierwotnym podnieceniu korciło złapać za nią jak za tyłek prężącej się niuni. Ale wiedział, że wtedy na neuronowych HUDach Szóstek rozbłyśnie radosną i zapewne bardzo krótkotrwałą czerwienią frajera. Nie. Może i był ochroniarzem w Żabce, ale wiedział, że bycie solosem to wiedzieć nie tylko kiedy gnata wyciągnąć, ale i kiedy tego kurwa pod żadnym pozorem nie robić. Smarthing pingnął wiadomością. Od Brazil. A Shawn błyskawicznie patrzył po okolicy pozwalając by zmysł walki przejął nad nim pełną kontrolę. Rozpoznając setki beznadziejnie martwych punktów i przewidując na ułamki sekund wyniki poszczególnych starć. Gangusy spod znaku Tren byli bez szans. A mieszkańcy byli zbyt głupi by wyciągnąć z tego wnioski. Szóstki przyszły tu po coś i bez tego nie wyjdą. A wszystko co im wejdzie w drogę rozsmarują po ścianach bloku. I szczerze mówiąc jakaś część Shawna Camarry chciała tu zostać, żeby zobaczyć ten pokaz zabójczej perfekcji do końca. Ale druga część miała wygrawerowane na duszy ulicznego kundla kilka zajawek, które jak reklamowe dżingle wbiły się w mózg i nie odpuszczały. Jak wyli z Dingo niczym psy do księżyca. Jak Mack go zszywał na swoim materacu. HiFi’ego, który gdy wszyscy byli pod kreską, przyniósł wyżerę ze SlowFoods’a. Brazil, która… nieważne. I w końcu tę psią pałę Switcha, którego w końcu znaleźli i teraz musieli stąd wydostać.
Wydostać.
Normalnie spróbowałby szczęścia z obstawieniem stron. Wypaliłby do treniarzy, licząc, że HUDy Szóstek dokonają walidacji jako potencjalnego sprzymierzeńca. Ale wcześniej Szóstki szły na zaplecze. Nie bez powodu. A znikające tam Aigo może nie było oczywistym powodem, ale za to bardzo prawdopodobnym. I bardzo łatwo mogło podzielić los Thortona Colby’ego i półciężarówki gdyby próbowało się przedrzeć.
Przemykając się wzdłuż ściany budynku, na której rozbryznął się latynos ze Streetmasterem, Shawn wiedział jak ma wyglądać. Jak umykający random. Widział jak się zachowują Szóstki nie poświęcają kul, ani milisekund tam gdzie nie muszą. Rozwalili i potrzaskali kolbami tylko tych na swojej drodze. Za to bał się, że oberwie przypadkową kulkę od gangusów z Trenu. Trudno. Od stania w miejscu niejeden już zginął.
Dotarłszy do winkla puścił się pędem do Aigo.
- Spierdalamy! Z buta! Tam jest bitwa! Szóstki nawalają się z Trenem! -
Hartley "Mack" Mackinaw
Vine Street, strzelanina gorącej latynoskiej nocy
- Kurwa, kurwa, kurwa! - Mack klnął mimowolnie, kiedy pakowali Switcha na tylne siedzenie wozu.
Do Ripperdocka. Skasuje ich jak za zboże. Potem Mackowi przyszło na myśl, że jak Switch przeżył już tyle, to jeszcze wytrzyma. Nawet dobrze, że był nieprzytomny, ostatnią rzeczą jaką chciał było, żeby w tym stanie się obudził.
Siedząc na tylnym siedzeniu wozu, na ekranie okularów miał co chwila wyświetlane komunikaty, które reszta wysyłała sobie mimowolnie, krzycząc do siebie.
- Leif! Słyszałeś Froga, spierdalamy!
Sam skulony na tylnym siedzeniu oglądał Switcha. Ma w ogóle biomonitor? Krwawienie? To w razie czego trzeba będzie szybko prowizorycznie opatrzyć. Jak przeżyją to może mu przykleić kilka derm, żadnych injekcji i bardziej zaawansowanych środków (co przy sprzęcie Macka nie było niczym zaawansowanym, a raczej prymitywnym.
W szarpiącym wozie (to plastikowe gówno nie zatrzyma nawet komara! Jedna seria i po nich!) Obejrzał głowę Switcha. Jego wyłupiony oczodół. Co on tam miał? Własne czy wszczep?
Dopiero jak wyjadą zdecyduje co potem. Do jednego z Ripperdocków, których kojarzył Mack, czy do kogoś kogo zna Leif? A może uda im się samemu wszystko ogarnąć?
-
Ulga na widok Froga walczyła w głowie Dingo o pierwszeństwo z lękiem, kiedy zrozumiał co takiego chce im przekazać Shawn.
- To sobie wybrali dobry moment, żeby się pozabijać... - powiedział Houston, pocierając ręką oczy. Animozje między 6th Street a Trenami nie były niczym nowym, ale ich obecność tu i teraz była dziwna. A może to tylko paranoja? Albo ich przyjaciel Slim wezwał wsparcie? Nie było co nad tym dumać.- Z buta? - odparł w końcu Dingo, patrząc na Froga - To kawał drogi, a po drodze jest jeszcze kanał. Widziałeś jak on wygląda? Będzie trzeba go nieść...
Wskazał na Switcha, przedstawiającego sobą obraz nędzy i rozpaczy.
- Jak się pospieszymy, to może damy radę stąd prysnąć - dodał, wskazując na Aigo - Głowy między nogi i gaz do dechy. Im szybciej tym lepiej... chyba, że chcecie stawiać zakłady kto wygra?Spojrzał ponownie w stronę ulicy. Może przeczekanie do końca strzelaniny też było jakimś pomysłem... ale starcie mogło w każdej chwili przenieść się w stronę na razie bezpiecznej uliczki.
-
- Trzech Szóstków tu szło do Was! - wysapał Shawn. Nie wyglądał na zmęczonego, ale oczy miał szeroko otwarte, a źrenice powiększone jakby się naćpał. Chyba nie do końca pojmował zamysł ziomków, ale zaczął energicznie kręcić głową gdy Mack układał delikatnie Switch na tylnym siedzeniu. - Ale zawrócili jak treniarze przyjechali. Podziurawili ich wozy na sito! Z szoferek nic nie zostało. Dopiero z paki zaczęli żywi treni wyłazić i pruć z czego popadnie. Szóstki mają sprzęt z najwyższych półek. Tego naszego rzęcha przestrzelą na wylot. Zubożony uran, albo lepiej. Neuronalna komunikacja, HUDy... Nie wiem co Switch odpierdolił, ale mówię wam wiejmy z buta i to już...
-
Vine Street w Heywood; Na podwórcu Apartamentowa; godzina: 23:18
Bang, bang - odliczała wystrzały, ściskała w spoconej dłoni nóż do PCV z wysuniętym na cal ostrzem skryta za ścianą apartamentowca, odcięta wzrokowo od głównej sceny wydarzeń, polegać musiała na werbalnych i sejsmicznych bodźcach, kilka ledwo kroków dzieliło ją od bezpośredniej kontroli kamery na placu przed budynkiem, już gotowa była ową granicę przekroczyć, kiedy wkroczył Shawn. Spotkały się ich oczy, ich źrenice powiększone.
Milisekunda radości z odzyskania przyjaciela prędko minęła. Brazil wiedziała, że ostrzeżenia Camary nie są pustymi słowami. Dość go znała, dość czytała, żeby wiedzieć kiedy zaufać jego ocenie zagrożenia. Odliczyła kolejne strzały, kolejne kroki na schodach, obliczyła, sugerując się rachubą Żaby, że uzbrojeni napastnicy są na drugim piętrze. Liczyła w duchu na tradycjonalistę na trzecim.
Zawróciła na pięcie napędzana hormonami. Sfochowana na siebie że wydała złe dyspozycje. Foch rozlał się niczym telepatyczny wirus.
-Zmiana planów. Czas się skurczył, a nasze opcje jeszcze bardziej. Szans na wyjazd ulicą jest trzydzieści procent, szansa na na ucieczkę zaułkami osiemdziesiąt sześć, już osiemdziesiąt pięć. Mack, Leif bierzcie go, Dingo droga przez zaułki, Camara czujka. Jebać to autko, kredyt spłacę później. Przyszliśmy po Swicha i z nim wyjdziemy, nikt tu nie zostanie z mojej winy. Nikt nie zginie przynajmniej do świtu. - mówiąc, wpierw sama zabrała się za wyciąganie Raze, ale po trzech sekundach zmusiła do tego Leifa.
Rozejrzała się czujnie.
-Mamy minutę. Proszę was o jeszcze raz o zaufanie. Za łeb go i w nogi. Puknę autem w ścianę, że se ktoś źle cofnął. - ostrzegła, żeby nikt nie odczytał niewłaściwie jej intencji.
Pod czaszką przemknęło jej, że to zamieszanie, o którym mówił Shawn, to nie nie zasługa Raze, tylko jej, ale wolała nie prostować sprawy, by nie podważać zaufania do ledwo wypowiedzianych słów. Frog mógł mieć i swoje za uszami w tym całym bałaganie, a już na pewno Hajfi, którego strategicznie zabrakło.
Wszystko to myśli, goniące myśli, tylko po to by zapełnić pustkę, między wyciągnięciem Swicha, a manewrem, który wymyśliła. Małe puk, puk autkiem. Między drzwiami, a kierownicą, Skryba wysłał wszystkim mapkę okolicy z satelity. Brazil zaś barbarzyńsko kasowała historię czarnej skrzynki Aigo, w sposób którego nie powstydziłby się Atylla.
-
Plac za budynkiem na Vista del Rey
Czas wydawał się uciekać w szaleńczym tempie, kiedy wciśnięty już na tylne siedzenie Aigo Switch został złapany za nogi i wyciągnięty ponownie na zewnątrz wprost w ręce swoich towarzyszy. Mack i Leif zaczęli go wlec w kierunku jednego z licznych zaułków, wspierani przez Dingo i ubezpieczani przez ściskającego kurczowo pistolet Froga.
Huk wystrzałów od strony Vine Street uległ spotęgowaniu, świadcząc dobitnie o eskalacji ulicznej bitwy. Szóstki wysłały do apartamentowca doborową ekipę i wskakująca za kierownicę Aigo Brazil raz jeszcze wykrzyczała w rozemocjonowany umysł pytanie, dlaczego Streetsi znaleźli się w apartamentowcu SlimWire akurat tego konkretnego wieczoru i czy wizyta Artemidy i Houstona w tym miejscu naprawdę mogła być wyzwalaczem jatki po przeciwnej stronie budynku.
Netrunnerka nie mogła się wyzbyć złowieszczego przeczucia, że w dramatycznych wydarzeniach całego sobotniego wieczoru nie było absolutnie niczego z przypadku.
Czerwony samochodzik zawył na przegazowanym pierwszym biegu, pojechał do przodu uderzając maską w pryzmę palet rzuconych byle jak tuż obok kontenera. Plastikowy zderzak pękł z głuchym trzaskiem, posypało się szkło rozbitego reflektora. Brazil wyjęła ze stacyjki Aigo drzazgę kontrolną, wyskoczyła na zewnątrz i nie siląc się na zamknięcie wozu pobiegła w ślad za kompanami.
Niewiele później pamiętała z przeprawy pomiędzy kontenerami na odpady, namiotami bezdomnych, stertami pustych palet i pojemników na chemikalia. Bijące szaleńczo serce dziewczyny zwolniło swój rytm dopiero, gdy cała grupka wychynęła na sprawiającą pozory całkowitej normalności Skyline East, pełną ludzi i samochodów, dźwięków reklam, muzyki i klaksonów.
Nie widząc za sobą śladu pościgu Shawn schował do kieszeni pistolet, którym chwilę wcześniej przepędzał z zaułków mniej skorych do współpracy włóczęgów, obejrzał się ponad ramieniem w stronę labiryntu przejść i skrótów dzielących go od Vista del Rey. Betonowa dżungla stłumiła swoją gęstą zabudową ostatnie dźwięki strzelaniny, zamknęła za zbiegami dramatyczny rozdział pozostawiając ich z półprzytomnym zakrwawionym druhem, którego ktoś bezceremonialnie pozbawił cybernetycznego oka.
- Posadźcie go na ławce - wydyszał Leif Gundarsson - Tam w cieniu, tam gdzie ta rozbita lampa. Muszę pomyśleć.
Mężczyzna przeczesał palcami włosy, przeciągnął wzrokiem po czteropasmowej ulicy w stronę widocznej po drugiej stronie kanału niskiej zabudowy Arroyo i górującym nad nią megablokiem H7.
- Zabieramy go do mieszkania czy w jakieś bezpieczne miejsce? - zapytał przenosząc spojrzenie na resztę towarzyszy - HiFi już wie, co się stało?
-

Raze Switch More
Night City
Vista del Rey
Ruch. Głosy.
Ktoś go niesie.
Nie.
Pociąg. Wagony. Stalowe koła. Dworzec.
Nie.
Ktoś trzyma go pod ramieniem.
Boli.
Strasznie boli.
— Nie... nie dotykaj...
Głos ugrzązł mu w gardle.
Krew miała smak rdzy.
─── ◈ ───
— Keira...
Szept.
Ledwie słyszalny.
— Nie strzelaj... nie strzelaj jeszcze...
Palce zacisnęły się bezwiednie na czyimś rękawie.
— Poczekaj... jeszcze minuta...
─── ◈ ───
Świat przechylił się na bok.
Neony.
Ulica.
Jastrzębie-Zdrój.
Nie.
Night City.
Nie.
Nie wiedział.
— Mówiłem ci... kurwa... mówiłem...
Nerwowy śmiech.
— Polska jest prawdziwa...
─── ◈ ───
Ktoś coś do niego mówił.
Kobiecy głos.
Znajomy.
Tak znajomy, że aż bolało.
— Keira?
Powieka drgnęła.
Jedno oko.
Tylko jedno.
Malowana twarz.
— Nie gniewaj się...
Przełknął ślinę.
— Miał być ten pierdolony drink... z palemką...
─── ◈ ───
Biomonitor.
Punkt.
Zgasł.
Nie.
Nie zgasł.
Przecież siedziała obok.
Przecież słyszał jej głos.
— Kotku?
Pusty oczodół zapiekł żywym ogniem.
— Gdzie jesteś...
─── ◈ ───
Ktoś sadza go na ławce.
Cement.
Metal.
Chłód.
Nie rozumie.
Dlaczego jest sam?
Przecież przed chwilą...
Przed chwilą była tutaj.
─── ◈ ───
— Arte...
Zmarszczył brwi.
Nie.
— Kei...
Urwał.
— Arte.
Znowu.
Jakby próbował przypomnieć sobie własne imię.
— Nie taguj mnie...
Bełkot.
— Nie wrzucaj... nie wrzucaj tego...
Krótki chichot.
— Wyjdę jak idiota...
─── ◈ ───
Otworzył oko.
Twarze.
Za dużo twarzy.
Nie znał ich.
Znał.
Nie znał.
— Spectra?
Wyciągnął rękę.
Nie trafił.
Dłoń opadła bezwładnie.
— Nie bierz... chipa...
─── ◈ ───
Oddychał ciężko.
Płytko.
— Nie zostawiaj mnie tam...
Szepnął.
Nie wiadomo do kogo.
— Nie tym razem.
─── ◈ ───
Nagle poderwał głowę.
Przerażenie.
Prawdziwe.
Surowe.
— Granat.
Szept.
Potem głośniej.
— KEIRA, NIE!
Urwało się.
Powietrze uciekło z płuc.
Został tylko cichy jęk.
─── ◈ ───
— Jestem zmęczony...
Mruknął.
— Chcę do domu.
Długa chwila ciszy.
— Kei... Arte, zabierz mnie do domu.
Odpłynął.
-
Nomada odetchnął głęboko, kiedy wyszli na Skyline East, przez moment rozkoszując się zwyczajowym gwarem nocnego życia. Po wystrzałach z karabinów zostały jedynie odległe echa w anonimowym harmidrze Night City.
- Dobra jest - powiedział bardziej do siebie, niż do przyjaciół - Teraz będzie już z górki.Spojrzał na posadzonego na ławce Switcha, który wydawał się powoli kontaktować, po dawce leków przeciwbólowych, które zaaplikował mu Mack. Dingo pokręcił głową i zwrócił się do Gundarssona.
- Mieszkanie to bezpieczne miejsce - powiedział, kiedy zwyciężył w nim zwierzęcy atawizm. Schować się w norze i przeczekać - Zadekujmy się i doprowadźmy go do stanu używalności. Mack, w jakim on jest stanie? Poskładacie go z Leifem?Houston zastanawiał się, jak poważne są obrażenia Raze'a. Brak oka rzucał się w, hehe, oczy, ale jak reszta? Dobrze by było, gdyby Switch wylądował na łóżku u ripperdoca, ale może w tej sytuacji wystarczy stół w ich melinie i wycieczka do apteki po niezbędne środki.
Houston podszedł do ławki, na której siedział Raze. Wydawało mu się, że jego usta się poruszyły, jakby coś mówił, ale może to tylko światło tak padało na jego twarz.
- Hej, Switch? Słyszysz mnie? - zapytał, wystawiając dłoń z uniesionymi trzema palcami - Ile palców widzisz? I czemu dałeś się tak załatwić?Dingo patrzył na posiniaczoną twarz przyjaciela i czuł jak powoli uchodzi z niego adrenalina. Jeszcze nie byli bezpieczni, nadal czuł się odkryty i widoczny, jak pies preriowy w pełnym słońcu.
-
Skyline East; Około północy; ławeczka
Czujne zwierzątko przejęło kontrolę nad ciałem Brazil, nie wychylała się podczas drogi nie zostawała na końcu, zdawało się skupiona rozglądała czujnie, ale czujność była tylko ułudą bo główka procesowała niezliczone scenariusze, przeszłe i przyszłe. Głowa była już głodna, tak pracowała i pracowała, a nie dostała jedzenia. Artemida była równie głodna jak i nie miała kompletnie apetytu. Prędko złajała się za tak próżne instynkty jak głód.
Odtwarzała w pamięci sekwencje zatrzymanych programów, obracała “na języku” nazwy plików, korelowała czas swoich działań z czasem przybycia ekipy gangów. - Dlaczego strzelali się pod kamienicą? Spodziewała się Trensów, a Szóstki wparowały armią, jaką w tym rolę grali Valentinos, którzy się podobno wycofali - Zadawała sobie pytania i znów brakowało jej informacji do pełnej analizy. Uznała, że Frog musi jej dokładnie opowiedzieć co się tam wydarzyło.
Się nagle zatrzymali. Posadzili Swicha na ławce. Nie roztrząsała po co. Znali się lepiej na klejeniu ciała. Znali się na pewno, tylko, czy wystarczająco byli przejęci. Nie miała siły wydusić słowa.
Poczuła, że jest jej zimno, w lewej dłoni wciąż kurczowo ściskała zmięte i brudne spodnie, ręka się trzęsła, prawa tak samo. Torquemada trzęsła się cała. Mimowolnie poddała analizie swój stan: schodząca adrenalina, strach, wygłodzony i wyeksploatowany organizm, wstrząs psychiczny. - Jeszcze jej wstrząsu brakowało. - pomyślała.
Stała tak czując się kompletnie bezradną. Kiedy niemoc wstąpiła w kolana i te się ugięły usiadła na krawędzi ławeczki, na krawędzi żeby nie przeszkadzać Leifowi. Zakręciło się jej w głowie, odwróciła się, licząc, że nikt nie spostrzeże jak zwymiotowała żółcią. Podniosła głowę, spojrzała na duchołapów, wciąż tchu brakowało na słowa. Uśmiechnęła się niepewnie, zaklęcia na policzkach rozmazały się, makijaż spłynął w po policzkach strużkami z potem i łzami. Brazil przypominała arlekina.
Sama oczywiście nie zdawała sobie sprawy ze swego wyglądu. Wciąż uparta żeby grać twardą i stanowczą. Po kilku oddechach udało się jej przełknąć ślinę i zwilżyć gardło na tyle żeby wychrypieć.
-Trzeba zrobić te USG i RTG. Jak się da na kwadracie to spoko. - zwiesiła głowę - Jak trzeba kase to mam. - usta jej drżały, bladą maskę arlekina przyozdobiły sińce pod oczami. - Musimy to wszystko sobie przegadać. To co się tam wydarzyło.
Mogłaby jeszcze nieco perorować odzyskując pewność, ale jej śliny w ustach zabrakło, co przekonało, że może jeść nie musi, ale wypić elektrolity to z pewnością.NoiseFeed Brazil do HiFi Brazil Mamy Swicha, jest ranny Brazil Będziemy wkrótce, zorganizuj co trzeba Splunęła brzydko gęstą flegmą. - Wysłałam do Hifiego, że będziemy. - spróbowała odwrócić się w stronę skupionych nad Razem przyjaciół zamieniając wygodną ławeczkę w przyklęk. Trochę się zachwiała. Podparła dłonią o brudną ulicę. - Jak z nim? Klinika, czy H10? Ma przeżyć, jest nam to winien. Ruszamy? - pospieszała, bo facet jednym, a goniły ja terminy, na poczet których się zadłużała.
Zła, tak bardzo była zła na Swicha, że nie chciał zastawić nerki za jej sandvistana, a teraz ona odda swoje gniazdo chipów za leczenie gapy. Złość na faceta jakoś jej pomogła się pozbierać do kupy, a może było to wspomnienie zadania, którego się podjęła. Spojrzenie szersze nad aktualny stan ekipy.
-

Mieszkanie paczki w H10, 23:45
Klimatyzacja w megabloku znowu szwankowała i HiFi zmarszczył nos czując jak po plecach spływa mu kropla gorącego potu. Piaskowe burze z zeszłego tygodnia naniosły do Night City mnóstwo pyłu znad Badlandsów, pokryły grubą warstwą piaskowych drobin metropolitalne instalacje fotowoltaiczne i zatkały wiele filtrów wentylacyjnych. Gorące lato dawało się we znaki zwłaszcza rezydentom wyższych partii miasta, zamieszkujących wysokie budynki wyrastające ponad dającą choć trochę cienia za dnia i więcej chłodu nocą litą zabudowę miejskiego labiryntu.
Leon Avrille dotąd nie odpisał, chociaż to było akurat do niego podobne - kiedy dopadała go tłumiona psychotropami depresja, potrafił milczeć całymi godzinami. Piśnięcie smarthinga zdradziło nadejście kolejnej wiadomości i tym razem to również nie był Leon.
Brazil.
Mam Switcha jest ranny. Będziemy wkrótce zorganizuj co trzeba
Młodzieniec zastygł w bezruchu, porażony enigmatyczną w swej naturze treścią wiadomości. Jego wyobraźnia, wciąż pełna bodźców będących efektem ubocznym ćwiartowania ludzkiego ciała w garażu Shivy Lacroix, natychmiast zaczęła technikowi podsuwać obrazy rannego na mnóstwo różnych sposobów Switcha.
Smarthing zaczął dzwonić, na jego wyświetlaczu pojawiło się kolorowe zdjęcie twarzy Leifa.
- Młody, sprawa strasznie się zjebała - Gundarsson wyrzucał z siebie słowa w zawrotnym tempie, nie mogąc się ewidentnie powstrzymać od wylania swoich ogromnych emocji na kogoś innego - Chuj wie, w co Switch się władował, ale tutaj się rozpętała prawdziwa bitwa. Powinni już coś mówić w wiadomościach, bo Sixth Street wjechali na Vistę na pełnej kurwie. Trup na trupie, ledwie z tego wyszliśmy żywi. Wygląda jakby go napierdalała banda bokserskich botów, oko stracił, to sztuczne.
Leif urwał na chwilę, do uszu HiFi dobiegły dźwięki niezrozumiałej rozmowy, w których rozpoznał głos Artemidy i Houstona.
- Weź idź do bocznej windy na parkingu po drugiej stronie ulicy, pilnuj terenu, wjedziemy tamtędy, bo tam jest mniejszy ruch. Do później.
-
- A pewnie, że jest winien - przytaknął skwapliwie Żaba chowając gnata do kabury - Kurrwa. W głowie mi się kręci... Co tam się odjebało!
Solos kręcił się dookoła ławki jak pies, co chwila zawracając i nerwowo oglądając się za siebie. W głowie nadal miał widok kolesi, których większość z nich może co najwyżej pooglądać w necie, lub w holo newsach. Jednego minął na odległość... półtora metra? Może dwóch... Mógł sobie pomyśleć, że Szóstka nawet nie zwrócił na niego uwagi, ale Żaba wiedział lepiej. Nie był godny ich uwagi. Była to myśl dziękczynna. Ale jednocześnie w jakiś sposób irytująca. Znaleźć się wśród tych gości... Albo naprzeciw nim... Ciary kurwa, ciary.
Potrząsnął głową. Wiedział, że te myśli nie zaprowadzą go w żadne rozsądne miejsce teraz. Odpalił Smarthinga.
- Trzeba stąd zjeżdżać. Mam dość tej okolicy. Wezwę taksę.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się