Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Pipboy79P
Pipboy79 jako
Pipboy79
Mistrz Gry
DekaresD
Dekares jako
Dekares
MirasM
Miras jako
Miras
CioldanC
Cioldan jako
Cioldan

Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
193 Posty 6 Uczestników 697 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • Pipboy79P Niedostępny
    Pipboy79P Niedostępny
    Pipboy79 jako Pipboy79
    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
    #1

    Oryginalny tytuł: Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

    Miejsce: Kislev; pn. Kislev; Północny Lynsk; bród na Krasicyno
    Czas: 2521.03.01 Aubentagl; południe
    Warunki: - na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, pogodnie, ciepło

    Krzepka, szosrstka dłoń w pośpiechu dobiła wyciorem pocisk po raz ostatni. Pomimo pośpiechu ruchy obu dłoni nie wahały się co świadczyło o sporej wprawie w tej czynności. Następnie ramię okryte grubą, ochronną warstwą przeszywalnicy i płytkami solidnej, imperialnej stali uniosło się w górę. ~ To już ostatnia. Oby się udało! Sigmarze dopomóż! ~ w głowie mężczyzny przemknęła krótka prośba do boskiego patrona. Po czym palec pociągnął za spust i pistolet lekko szarpnął, huknął a w powietrze trysnął kłąb gryzącego dymu. Mężczyzna z uwagą obserwował pocisk ale ten był niewielki, szybki i w ogólnym dymie i kurzawie jaka tu panowała szybko mu zniknął w oczu. Poprzednia nie wypaliła ale wcześniej te kilka wyjątkowych strzałów zadziałało. Ivan mu wcisnął ten pistolet na początku walki i “prikazem” a trochę prośbą aby strzelał w niebo. To miał być sygnał dla innych, że tu toczy się walka i potrzebują pomocy. Wcześniej Friedrich von Keyserling, ostlandzki baron i imperialny poseł z misją dyplomatyczną w Kislevie wystrzelił pozostałe zmodyfikowane naboje. Iwan wiedział, że umie się posługiwać bronią palną to pewnie dlatego mu wręczył ten pistolet. Poza tym Friedrich jako imperialny gość, poseł i herold, był niejako poza kislevską hierarchią i jurysdykcją. Ani to mu nie wypadało ingerować w poczynania gospodarzy ani im nie wypadało wydawać poleceń. Ale teraz, dzisiaj, już któryś tak przeklęto długi dzwon wszystko się zmieniło gdy zostali zajadle zaatakowani, przez zaskakującą duże siły wroga.

    - Jest! Dzięki ci Sigmarze! - nie mógł powstrzymać się od krótkiego uśmiechu radości gdy raca na niebie wybuchła czerwonym dymem i była widoczna nawet przez ten prochowy dym i kurzawę czynioną przez walczących na ziemi. To był kolejny kłopotliwy dylemat tej sytuacji. Wiedział, że Kislevici celowo trzymali go z tyłu nie chcąc dopuścić aby coś stało się ich gościowi a do tego posłowi. On też miał do dyspozycji tylko swoją skromną eskortę jaka w tej chwili coraz bardziej przypominała ostatnią garstkę obrońców. Zadarli głowy gdy dojrzeli czerwoną, dymną gwiazdę pod całkiem pogodnym dzisiaj niebem.

    - Wytrwamy! Pomoc wkrótce nadejdzie! - krzyknął do nich w reikspiel a ci pokiwali głowami ale miny były dostosowane do sytuacji. Czyli poważne. Zaraz krzyknął to samo po kislevsku aby dodać otuchy swoim towarzyszom. On sam nie miał już więcej rac więc zaczął przeładowywać pistolet zwykłą kulą. I starał się wyglądać, że wszystko jest w porządku i pod kontrolą. I zastanawiać się jak do tego doszło?

    Wracał właśnie z misji dyplomatycznej delikatnej natury więc potrzeba było wysłać kogoś doświadczonego. A któż by mógł być bardziej doświadczony niż Ostlandczyk o silnej domieszce kislevskiej krwi płynnie mówiący w tym języku? Więc wysłano właśnie jego, barona Friedricha von Keyserlinga.

    https://i.imgur.com/cKonIeY.jpg

    Jechał w górę Północnego Lynsku gdy spotkał tych właśnie Kislevitów. Co go zaskoczyło to na wyprawie wojennej. Postanowił do nich dołączyć bo i tak było mu po drodze. A z tak dużym oddziałem powinno być bezpieczniej. Dowiedział się od nich, że kierują się ku brodowi na rzecze jaki przekroczyła jakaś banda grabieżców z północy. Szli sprawdzić co się dzieje przy tym brodzie i go zablokować. Ale spodziewali się jeszcze przybycia kawalerii. Ta powinna odnaleźć i rozbić tych rabusiów o ile już przeszli na południe albo rozbić ich gdy przybędą nad bród. Większość oddziałów to była kozacka piechota i wozy jakie potrafili ustawić “w kosz” czyli tworzyć coś w rodzaju przenośnego fortu z jakich mogli skutecznie się bronić nawet przeciwko znacznie liczniejszemu przeciwnikowi. Humory nieco im psuła świadomość, że musieli ruszać gdy akurat trwał wiosenny festyn podczas równonocy gdy świętowano pożegnanie czasu Ulryka i oczekiwano początku tego lżejszego i łagodniejszego sezonu. A tu padł alarm i trzeba było ruszać do tego brodu. Wczoraj nie zdążyli tam dotrzeć. Więc dzisiaj zwinęli oboz w zimnym, prawie zimowym poranku i wznowili przerwany marsz. A niedługo potem czujki doniosły, że widać grupę jeźdźców. Jeszcze przez chwilę nie było wiadomo czy to ci rabusie czy to kawaleria jaka miała do nich dołączyć. Ale szybko przekonali się, że to ci pierwsi. I było ich dużo więcej niż się spodziewali! Co więcej tamci też ich dostrzegli i skierowali konie ku nim najwyraźniej nie mając zamiaru kryć się czy uciekać. Kislevici szybko rozbiegli się ustawiając w pośpiechu wozy, aby się zebrać do kupy w oddziały ale widać było, że jeśli przeciwnik uderzy od razu to będzie kiepsko. A w razie jak ten się zbliżał słychać było coraz wyraźniejszy, złowróżbny tętent koni i widać było coraz więcej szczegółów.

    https://i.imgur.com/FSDA7Ai.jpg

    Konni grabieżcy z północy zasypali ich strzałami ze swoich łuków. Padli pierwsi ranni i zabici ludzie oraz konie. Ale nie aż tak wielu. Wozy dawały przyzwoitą osłonę nawet jeśli nieco improwizowaną. Wąsaci żołnierze przypadli do wozów i odpowiedzieli ogniem ze swoich flint, arkebuzów i łuków. Teraz pierwsi jeźdźcy spadli z siodeł lub krzyknęli z bólu. Ale walka trwała dalej. Konni utworzyli ruchomy krąg z jakiego ostrzeliwali te dość przypadkowo pogrupowane oddziały. Kislevitom nie udało się zrobić to co zwykle robili podczas defensywy czyli wyprząc wszystkie konie, spiąć ze sobą wszystkie wozy linami i łańcuchami i obsadzić wozy piechotą jaka mogła się ostrzeliwać a na bliski dystans walczyć rohatynami, szablami i toporami. Taktyka najeźdźców też jednak miała swoje mocne strony. Zwłaszcza jak im się udało przyłapać piechotę na odkrytym terenie ledwo co kryjącą się za przypadkowo rozstawionymi wozami. Jeździli dookoła nich zasypując ich strzałami. Co więcej strzelali w przeciwną stronę, w plecy tych co się kryli po przeciwnej stronie wozów a nie tych co byli bliżej nich twarzami zwróceni do nich i częściowo skryci za wozami. Od początku na oko Friedricha nie wyglądało to dobrze bo przeciwników było zaskakująco wielu. To nie była jakaś przypadkowa banda rabusiów tylko całkiem spory najazd. A z każdym kolejnym pacierzem zdawali się zyskiwać coraz większą przewagę. Kislevitów od początku było mniej. A i ubywało ich prędzej niż konnych grabieżców. Co nie wróżyło zbyt dobrze imperialnym wysłannikom i ich wschodnim towarzyszom.

    W końcu przeciwnik rozzuchwalił się albo uznał, że zmiękczył obrońców na tyle, że zaatakował bezpośrednio. Jeźdźcy na jedną komendę zrobili zwrot ku obrońcom i runęli na nich z wszystkich stron. Wyjąc jak zwierzęta, dmąc w wojenne rogi jakie nie były w stanie zagłuszyć tętentu tabuna koni jaki z impetem pędził na obrońców. Dowódca Kislevitów, Iwan Dirko, pokrzywkiwał na swoich aby w tym ostatnim momencie zewrzeć obronę i dodać otuchy.

    - Wytrwajcie! To tchórze! Wyczują opór, twardej kislevskiej ręki to się cofnął! Wytrwajcie! - krzyczał do swoich po kislevicku. Ale wtedy jakby dostrzegł imperialnego posła jaki gotował swoje pistolety do boju bo zapowiadało się na to, że walka zaraz przeniesie się na bezpośredni dystans i będzie okazja ich użyć. Wtedy rzucił mu ten dziwny pistolet i kazał strzelać w niebo.

    To strzelał. Tamten atak odparli. Z trudem, walka już trwała między wozami. Te rozproszyły piechurów i kawalerzystów na mniejsze grupki a nawet pojedynczych walczących. Obrońcy strzelali i dźgali a jak się dało to strzelali z bliska stojąc na wozach. Konni odpowiadali im tym samym tylko szyjąc z bliska z łuków. Ostatecznie jednak to Kislevici okazali te przysłowiowe parę chwil determinacji więcej i zostali na placu boju. Zaś jeźdźcy odjechali aby się pozbierać. Ale czuli w powietrzu krew i zwycięstwo. Obrońcy dostali wyraźne cięgi. Najeźdźców też sporo trupów i dogorywających leżało między wozami ale w skali do całości jeźdźców to było to nie tak dużo. Dysproporcja sił zrobiła się jeszcze bardziej niekorzystna niż na początku walki. A Friedrich co jakiś czas unosił pękaty pistolet i posyłał w niebo czerwoną racę. To miało być wezwanie do pomocy dla kawaleryjskiej odsieczy. Ta wiara oraz upór godny Ostlandczyków napędzał obrońców. Liczyli, że jeśli wytrwają dostatecznie długo to doczekają tej odsieczy. Ale być może mogli mieć kłopot z ich zlokalizowaniem lub nie zdawali sobie sprawy w jak poważnych są tarapatach. To miała im rozjaśnić ta czerwona raca na niebie. Friedrich więc strzelał gdy sam nie był zajęty użyciem własnych pistoletów do wroga. Jego chłopcy zaś jego dragoni dzielnie stali przy nim siejąc słuszny pogrom gdzie sięgnęły ich bandolety albo rapiery. Jednak w skali całej bitwy nie mogło to zmienić jej niekorzystnych dla nich proporcji. Potem nastąpił kolejna fala pierzastego gradu o stalowych ostrzach. I znów bezpośredni atak. A on wystrzelił swój ostatni kolorowy nabój. Obserwował z zadartą głową jak przez kurzawę i chmury prochowego dymu rozbłyska krwiście, czerwony obłok. Ostatni rozpaczliwy krzyk dogorywającego właśnie oddziału. Oddziału w jakim był i on. Jako gość i herold z zaprzyjaźnionego państwa i sojusznika. Ale nie sądził aby najeźdźcom robiło to jakąś różnicę. Opuścił głowę, wyjął własne pistolety, chwilę celował i strzelił.

    - Dalej chłopcy! Niech nasi bracia Kislevici nie umierają dziś samotnie! Pokażmy im jak walczy Imperium! Jak walczy Ostland! Na koń! - poderwał swoich ludzi do ostatniego wysiłku. Stracił nadzieję, że wyjdą z tego żywi. Więc cisnął ją precz. Jak miał ginąć to z honorem! Z podniesionym czołem aby mógł stanąc dumnie przed swoimi przodkami w Ogrodzie Morra z których tak wielu też padło w bitwach. W walce, z podniesionym czołem. Widać dziś nadszedł jego dzień. Wsiadł na konia i spojrzał na garstkę swoich dragonów. Wszyscy mieli żółto - czerwone tuniki na pancerzach oznaczające, że są heroldami i posłami. Ale pod spodem mieli pancerze i ryngraf albo metalową pieczęć z dumną, upartą byczą głową, symbolem ich rodzinnego Ostlandu. Teraz zakrzyknęgli gromki licząc, że dowódca poprowadzi ich do ostatniej szarży na wroga.

    - Panie baronie! Słyszy pan?! - krzyknął nagle jeden z nich i uniósł się w strzemionach. Niektórzy dragoni także. Z początku nic nie było słychać. Poza kotłowaniną bitwy oczywiście. Krzyki ludzi. Te wojenne i te rannych i właśnie trafianych. Rżenie koni. Takie bolesne od kopnięć w boki, ciężki oddech po długim wysiłku, i żałosne skomlenie gdy któryś z wierzchowców został właśnie ugodzony. Do tego świsty cięciw, szczęk broni, głuche uderzenia o drewniane tarcze czy burty wozów. Ale ponad tym wszystkim…

    - Trąby! Trąby! To nasi! To nasi! Jesteśmy uratowani! - krzyknął któryś z dragonów. Friedrich musiał przyznać mu rację. Też wyłapał ten przenikliwy dźwięk piszczałek jakie były w stanie przebić się przez kotłowaninę bitwy w jakiej grzęzły ludzkie głosy czy rżenie koni zlewając się w jeden, wielki tumult. Odgłos instrumentów był jeszcze daleki ale nie ustawał. To musiała być ta kislevska kawaleria jaka miała do nich dołączyć przy brodzie! Zresztą i reszta bitwy też na to w końcu dostrzegła. Walki zaczęły się rwać ale gdy Kislevici zaczynali krzyczeć z radości i wiwatować to jeźdźcy stopniowo urywali się od nich wydając się zaniepokojeni. Wreszcie uszli zostawiając zdziesiątkowanych obrońców pośród przewróconych wozów, zabitych koni i ludzi. Odpłynęli poza zasięg skutecznego strzału z łuku i większość z nich zaczęła się formować w większe oddziały. Tyłem do obrońców. Teraz już wszyscy musieli słyszeć odgłosy wojennych trąb. Zbliżały się. Teraz sytuacja się odwróciła. To najeźdźcy ze wschodu nerwowo ustawiali swoje szyki przed przeciwnikiem jaki zbliżał się szybko a jakiego się tu nie spodziewali.

    - Mówiłem wam! Mówiłem! Wystarczy wytrwać odpowiednio długo a kawaleria przybędzie! - krzyczał triumfalnie pułkownik Dirko do swoich ludzi. Krew mu się lała z rozciętego łba więc wyglądał dość makabrycznie. I nieco się chwiał ale próbował to zamaskować trzymając się burty wozu. Kislevici wznieśli okrzyki szczerej radości.

    - Sztandar w górę! Sztandar w górę! Pokażcie naszym, że my tu wciąż trwamy i walczymy! Pokażcie im wszystkim! Sztandar w górę! - krzyknął kislevski pułkownik i któryś z jego ludzi podbiegł do zawieszonego przy jego wozie sztandaru, ujął go i zaczął nim wymachiwać.

    https://i.imgur.com/VD51wic.png

    W świetle chłodnego ale słonecznego dnia ten żółto - błękitny sztandar był dobrze widoczny. Friedrich nie widział zbyt wielu detali gdy ten przypadkowy chorąży tak nim energicznie machał ale wczoraj podczas jazdy miał okazję mu sie przyjrzeć w ciągu dnia wspólnej podróży. Przedstawiał Kislevitę w tym ich charakterystycznym kontuszu i szarawarach. Czerwonej czapce, szablą u boku i flintą na ramieniu. Z wolnym ramieniem dumnie wspartym na biodrze. I obramowanego licznymi sztandarami, armatami i buławami. Sztandar wojenny chorągwi Kozaków Leńskich. Teraz powiewał na przekór krytycznej sytuacji jaką tu przed chwilą mieli, czekając na odsiecz kawalerii. Tą jednak na razie nie widzieli bo co było dość nietypowe ale przesłaniała im wroga kawaleria jaka szykowała się do starcia dwóch konnych armii.

    - Ruszyli! - rozeszło się przez kislevskie oddziały na i wokół wozów. Słychać było jak trąby grają krótki, przenikliwy sygnał. A potem tętent. Tenten wielu setek koni jakie ruszyły zgranym rytmem. Tenten ciężkiej kawalerii stworzonej do przełamujących uderzeń. Wschodni najeźdźcy też ruszyli. Friedrich widział ich plecy. Ruszyli na spotkanie tej szarży. Korzystając z tego, że był w siodle i chyba te wozy były na jakimś lekki wzniesieniu imperialny poseł uniósł sie w strzemionach to coś widział sponad tych rozpędzonych głów szarżujących grabieżców.

    - Co? Nie, co oni… Co oni robią? Nie, to nie tak! Są za rzadko, nie będzie efektu… Są zbyt rozproszeni… - udało mu się dojrzeć tą linię rozpędzonej kawalerii jaka pędziła ku nim. Tylko z tą ławą kawalerii przeciwnika po drodze. Zdumiało go jednak to, że ładnie szli, równo, jako doświadczony kawalerzysta od razu rozpoznał zdyscyplinowanych jeźdźców jacy potrafią manewrować jak jeden oddział. Już pędzili swoje konie ale dopiero zbierając się do galopu. Ale pędzili bardzo rozproszeni. Przerwy między jeźdźcami były zbyt duże. Mógł się między nimi zmieścić ze dwa, może nawet trzy konie jeśli wziąć poprawkę na odległość z jakiej ich obserwował. A przecież kawaleria miała wtedy największy impet uderzenia gdy uderzała klinem, jak młot rozgniewanego Sigmara, wtedy najlepsze oddziały trafione takim uderzeniem szły w drzazgi. A ci… Jechali tak rozproszeni! Źle! Nie tak! Przecież nie będzie efektu uderzenia pancernej pięści!

    W tym czasie oba wrogie oddziały skróciły do siebie dystans na tyle, że konni łucznicy unieśli swoje łuki i wypuścili swoje strzały. I od razu zaczęli napinać łuki do kolejnej porcji pierzastego deszczu jaki wznosił się pod niebo a potem zwalniał i znów przyspieszał spadając z coraz większym impetem na rozpędzonych lansjerów. Jednak ku pewnemu zaskoczeniu Friedricha mało która strzała trafiła któregoś Kislevitę. Przerwy między nimi były zbyt duże. Co więcej znów odezwały się zuchwałe trąby. I druga linia jeźdźców uniosła w odpowiedzi kusze. W niebo poszybowała teraz fala bełtów. Te miały o wiele bardziej płaską trajektorię lotu więc leciały niżej. Za to były szybsze i mocniejsze. Wschodni jeźdźcy nie jechali strzemię w strzemię ale i tak było ich na tyle wielu, że byli dość mocno zagęszczeni. Więc i bełty miały w czym wybierać. Przez najeźdźców uderzających pod znakiem ośmioramiennej gwiazdy Chaosu przeszedł jęk gdy co niektórzy krzyknęli z bólu albo zwalali się z siodła gdy trafienia były poważniejsze. Ta rozpędzona ława zachwiała się od tego zamieszania ale pędziła dalej. Zaś kislevscy trębacze znów dali jakiś sygnał. I wtedy Friedrich ujrzał coś co nie spodziewał się, że jest możliwe. Może gdzieś w cyrku, na występach jakiejś grupy woltyżerów. Ale nie na rozpędzonej, żołnierskiej masie w trakcie bitwy. A jednak. A jednak widział jak niespodziewanie, z każdym kolejnym końskim susem ta rozpędzona kawaleria zaczęła równać do chorągwi jaka była w centrum szyku. Z każdym krokiem te szerokie odstępy jakie tak zaskoczyły i zirytowały imperialnego obserwatora skracały się. Na jego oczach ta rozpędzona, pancerna masa zaciskała się w pancerną pięść. Tuż przed zderzeniem się obu kawaleryjskich armii to już był zwarty, kawaleryjski oddział prowadzony biało - czerwonymi proporcami na szczycie lanc.

    https://i.imgur.com/mRkGlPr.jpeg

    - Niemożliwe… To niemożliwe… Jak oni to robią? - Friedrich nie mógł wyjść z podziwu u zdumienia nad tym popisem wyszkolenia i dyscypliny o jakiej co prawda słyszał już nie raz ale pierwszy raz widział ją na własne oczy podczas prawdziwego starcia. A to właśnie nastąpiło. Ta pancerna pięść trzasnęła w rozpędzoną kawaleryjską masę wroga. I ta poszła w drzazgi. Tak jak oczekiwał ostlandzki baron niewiele rzeczy na polu bitwy potrafiło przetrwać impet rozpędzonej ciężkiej kawalerii. Ci najeźdźcy ze wschodu widocznie do nich nie należeli. Ale było ich sporo. A lansjerom po pierwszym uderzeniu pękły drzewka. Więc sięgnęli po pistolety, szable, nadziaki, koncerze. Oraz własny pęd, dumę, odwagę i niezachwianą pewność siebie. Tego też zabrakło ich przeciwnikowi któremu pierwsze, miażdżące uderzenie przetrąciło kark. I mało który śmiał przeciwstawić się kislevskiej zemście. Najeźdźcy szybko poszli w rozsypkę ratując się ucieczką. Zaś kisleviccy piechociarze Dirko zaczęli wiwatować na ich cześć. Rzucali czapki do góry, wyrzucali ręce do góry i krzyczeli. Friedrich starał się zapanować nad swoimi emocjami ale też się do nich w końcu przyłączył. Już się szykował, że jeszcze dziś spotka się w Ogrodach Morra ze swoimi przodkami a tu jednak jeszcze nie. Jeszcze nie dziś. Na razie to było po bitwie. Imperialny poseł nie mógł się powstrzymać aby nie spiąć konia ostrogami i nie ruszyć przywitać się na czele swojej skromnej eskorty dragonów z dowódcą kislevskich kawalerzystów jacy właśnie podjechali do piechociarzy i częściowo rozbitych wozów. Pułkownik Iwan Dirko już z nim się witał i rozmawiał nie kryjąc radości.

    - A to panie bracie są nasi goście z Imperium. To właśnie pan baron tak umnie was tu wezwał tymi racami. - widocznie obaj kislevscy oficerowie mówili właśnie o nim bo spojrzeli w jego stronę gdy nadjeżdżał.

    - To jest pan baron Friedrich von Keyserling z Ostlandu. Niby imperialny ale gada i walczy jak nasz. - Iwan musiał mieć świetny humor i dość rubasznie przedstawił imperialnego posła jakiego pierwszy raz spotkał wczoraj. Ostlandczyk skłonił się podzielając ten entuzjazm z powodu zwycięstwa ale czekał na dalszy ciąg prezentacji.

    - A to jest pan pułkownik Piotr Wolski, chorągwi pskowskich lansjerów. To właśnie z nim mieliśmy się spotkać przy brodzie. Spotkalśmy się może nieco przed ale nie narzekam. - Iwan gładko kontynuował to przedstawianie sobie obu szlachciców, rycerzy i kawalerzystów. Teraz i kislevski pułkownik skłonił się swojemu imperialnemu koledze. Uśmiechał się spod wąsa przyjemnie ale dość oszczędnie.

    - Wspaniała szarża panie pułkowniku! Wspaniała! Jak żyję czegoś takiego nie widziałem! I te kusze, i ta synchroniczność! Jak woltyżerka w najlepszym cyrku! I jeszcze ten manewr scalający tuż przed uderzeniem! Wspaniałe, po prostu wspaniałe! - imperialny baron podjechał bliżej aby złożyć gratulacje kislevskiemu oficerowi. Ten przyjął to spokojnie i pokiwał głową. Ale jakoś nie tryskał entuzjazmem tak jak on albo Dirko.

    - Strzelanie nawiją. Tak na to mówimy. Takie strzelanie ponad głowami lansjerów. A to scalenie tak. Póki chorągiew jest rozproszona to wszelkie strzelanie mniej na nią działa. A my to sporo mamy zabaw z różnymi strzelcami. Tylko myk polega na tym aby się zebrać do kupy w odpowiednim momencie. To tak, długo to ćwiczymy aby działało to jak należy. - odparł pułkownik Wolski kiwając głową i uśmiechając się tym łagodnym spojrzeniem orzechowych oczu.

    - Hej ale pułkowniku! Jak rozbiliśmy tych gamoni to może już nie trzeba iść nad ten bród? Przecież ich pobiliśmy! Niech psie syny wracają do suki i kobyły jakie ich wydały na świat! - zawołał wesoło Iwan zadzierając nieco swoją wygoloną głowę aby spojrzeć to na jednego to na drugiego kawalerzystę.

    - Trzeba tam jechać. To tylko jedna z band. Jest ich więcej. Dużo więcej. Trzeba nam tam jechać i zablokować bród póki nie przybędą posiłki. - pułkownik Wolski pokiwał w zadumie głową patrząc gdzieś daleko w step albo potężną rzekę jaka przepływała w pobliżu. Ale zdradził w końcu te wieści jakie miał. I raczej nie należały do pozytywnych. Miny obu rozmówcom zrzedły.

    - A więc to prawda? Pogłoski były prawdziwe? Tym razem to coś większego? - zapytał von Keyserling. To była właśnie ta delikatna misja z jaką go tu przysłano. Zwiadowcy, maruderzy, szpiedzy, uciekinierzy jacy przybywali z Krainy Trolli mówili, że na północy zbiera się armia. Wielka armia. Tak wielka jaką od dawna tam nie widziano. Z początku nie dawano temu wiary ale jak się powtarzały i powtarzały to w końcu wysłano kislevskich konnych zwiadowców a z Wolfenburga przysłano właśnie jego aby na miejscu zbadał sprawę czy to jakieś niedorzeczne plotki czy wręcz przeciwnie. Coś jednak może być na rzeczy. I okazało się jednak, że jednak jest. I na południe ruszyło coś większego niż zwykły najazd rabunkowej bandy jaką właśnie rozbili. Ale wszystko wskazywało, że ma być ich więcej. Dużo więcej cytując Wolskiego.

    - Tak. Chyba tak. Iwan posprzątaj tu. Zbierz swoje wozy i ludzi i ruszaj za nami tak szybko jak dacie rady. My jedziemy na bród. - hetman pokiwał głową po raz ostatni i przygotował dyspozycje na drugą połowę dnia. Nie miał zamiaru tu zostawiać ze swoją chorągwią tylko ruszać w górę rzeki aby zablokować bród tak długo jak się da. Pułkownik Dirko widząc jak się sprawy mają splunął w świeżą, wiosenną trawę i spojrzał w zadumie na północ.

    - A ja? - zapytał Keyserling. Z jednej strony miał ochotę dalej podążać za tymi dzielnymi Kislevitami. Z drugiej jednak jego misja ciążyła mu na sercu i wiedział, że powinien jak najszybciej wrócić do Wolfenburga i tam zdać raport z powagi sytuacji.

    - A ty heroldzie? Ty jedź. Wracaj do domu. Wracaj do Imperium. I powiedz tam. Powiedz tam, że Kislev tu jest, trwa i walczy. Powiedz im, że przelewamy tu naszą krew za wolność waszą i naszą. Z odwiecznym wrogiem, z tyranią pełną strachu, cierpienia, z narodami niewolników co mają dla innych tylko niewolę bo nie znają wolności. Powiedz im, że czekamy na dopełnienie pradawnych sojuszy i przysiąg. Czekamy na imperialne złoto, ołów i stal. Na krew i wiarę. Aby tak jak za czasów. Magnusa Wspaniałego stanąć razem ramię w ramię. I dać odpór odwiecznemu wrogowi. Powiedzieć “Nie” niewoli, strachowi i tyrani! My, wolni ludzie Kisleva, będziemy walczyć o naszą wolność. Być może zginiemy, być może przetrwamy, to już wola bogów. Ale nie damy się zniewolić. Nie damy się ujarzmić. Będziemy walczyć o każdą piędź ziemi. I do naszego ostatniego tchu. Jedź heroldzie, wracaj do domu i powiedz tam wszystkim o tym wszystkim. Powiedz im a my tu będziemy trwać i walczyć czekając na pomoc naszych imperialnych sióstr i braci. - z początku pułkownik Wolski mówił głównie do imperialnego oficera oraz do stojącego obok regimentarza piechociarzy. Ale w miarę jak mówił to i konnych i pieszych gromadziło się wokół dowódców coraz więcej. W ich oczach na nowo rozpalał się ogień dumy i patriotyzmu. Kiwali głowami, wznosili okrzyki a gdy oficer lansjerów skończył wybuchła wielka wrzawa. Sam Friedrich też wyczuwał powagę chwili a nawet nutkę wzruszenia.

    - Dobrze! Będę jechał tak szybko jak się da! I będę świadczył wasze czyny i słowa! Że najdzielniejszy i najszlachetniejszy z narodów wzywa swych braci i siostry do walki z odwiecznym wrogiem! - herold złożył tą obietnicę i też przemówił gromkim głosem aby nie tylko obaj oficerowie go mogli usłyszeć. Taka obietnica spotkała się z gromkim aplauzem ze strony konnych i pieszych żołnierzy.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • Pipboy79P Niedostępny
      Pipboy79P Niedostępny
      Pipboy79 jako Pipboy79
      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
      #2

      Oryginalny tytuł: T 01 - 2521 Wiosna

      Wojenne wici

      Przez kolejne dnie ostlandzki baron wraz ze swoją skromną eskortą dragonów jechał na zachód. Najpierw wzdłuż południowego brzegu Lynks ku zachodnim granicom Kisleva. Aż do Leszken gdzie odbili na południe podążając beznadziejnymi, kislevskimi drogami jakie wołały o pomstę do nieba. Skierowali się ku Petragradowi i jeszcze dalej na południe aż w Gunzburgu wrócili do Imperium a nawet rodzimego Ostlandu. Ale jechali dalej poganiając konie aż w połowie drugiego tygodnia Pflugzeit dojechali do stolicy tej najbardziej na wschód wysuniętej prowincji. Tam wreszcie na elektorskim dworze mógł przedstawić raport jaki wywołał wstrząsające wrażenie. Może nawet za bardzo. Co niektórym doradcom księcia elektora trudno było uwierzyć, że z północy miałaby najechać jakaś większa armia. Przecież nie na darmo wojnę z Chaosem z czasów Magnusa Pobożnego nazywano Wielką bo wierzono, że Chaos poniósł tak wielkie straty, że już nigdy nie podniesie swojego plugawego łba. Tamta wojna miała być ostatnią. A tu przyjeżdża von Keyserling i wygaduje takie dziwne i niewiarygodne rzeczy. Zwłaszcza, że jak sam przyznawał, był świadkiem rozbicia przez Kislevitów tylko jednej, trochę większej bandy. Ale na pewno nie była w stanie zagrozić carstwu nie mówiąc już o sąsiednim Imperium jakie uważano za najpotężniejsze królestwo ludzi. Cóż to dla nich była jakaś tam jedna banda łupieżców z północy? Żart i śmiech na sali!

      Obradowali tak kilka dni. Ale elektor ostatecznie zdecydował posłać wieści dalej. Ryzyko uznał za zbyt duże aby je zbagatelizować. Zwłaszcza, że sam wysłał przecież swojego herolda na wschód aby zbadał te niepokojące plotki jakie docierały już wcześniej. Pora była bardzo wczesna jak na prowadzenie wojny. Najwygodniej było prowadzić kampanię w lecie, albo wczesną jesienią jak już było po żniwach a jeszcze nie zaczęła się jesienna szaruga. A wiosna, zwłaszcza tak wczesna nie wydawała się najszczęśliwszym rozwiązaniem. Ale kto wie co tam siedzi w spaczonych głowach wodzów armii ciemności? O ile taka rzeczywiście istniała. Tego nawet sam baron von Keysering nie mógł potwierdzić bo jedna większa banda konnych grabieżców to jeszcze nie armia. Jednak w ciągu kolejnych dni ze wschodu napływały coraz dramatyczniejsze wieści. Kislevskie regimenty wysłane na północne skraje zostały rozbite i na południe wróciły ich resztki przynosząc wieści o ogromnej armii jakiej nigdy wcześniej nie widzieli. Caryca Katarina ogłosiła pełną mobilizację i słała emisariuszy z prośbami o pomoc do swoich sojuszników. Wszystko wskazywało na to, że baron von Keyserling się nie mylił chociaż wyprzedził te dramatyczne wieści ledwo o kilka dni. To przesądziło sprawę i książę elektor Valmir von Raukov wysłał kurierów po swoim księstwie. Każdy miał w ręku wieniec z ciernistych witek co symbolizowało wojenne wici. Zbliżał się czas wojny. Zaś innych posłał dalej. Na południe, w stronę Ostermarku, Talabheim i południowych prowincji albo na zachód, do Middelheim i dalej, do samego cesarza w Altdorfie. Trzeba było ostrzec wszystkich, że zagrożenie jakiego nie widziano od dwustu lat, od czasu Magnusa Pobożnego, znów zagraża ich ojczyźnie. Plugawa bestia z północy znów podniosła swój rogaty łeb i ruszyła niszczyć i wypaczać wszystkie cywilizowane kraje i narody jakie jej ulegną.

      Kurierzy ruszyli. A wraz z nimi wieści o wojnie. Część z nich jechała na zachód. Ostatnim pogranicznym punktem na rodzimej ziemi był zamek Lenkster. Był początek trzeciego tygodnia Pflugzeit. I większość z nich po noclegu w ostlandzkim zamku, ruszyła dalej na zachód, przekraczając graniczną rzekę Wolf i jadąc przez sąsiedni Hochland a potem jeszcze dalej. Ale i z Lenkster ruszył jeden kurier kierując się na północ. W kierunku gór u stóp których wzniesiono ponury i nigdy niezdobyty zamek.

      Kurierem który ruszył w trzewia gór był Kurt. Jechał uzbrojony w żółto - czerwoną szarfę z byczą głową Ostlandu oznaczajacą, że jest elektorskim kurierem i heroldem. Szarfa powinna mu zapewnić nietykalność podobną do tych jaką mieli zagwarantowane posłowie i ambasadorzy z innych krajów. A także wszelką pomoc i gościnę. W końcu kurier wypełniał wolę samego elektora. Ale różnie na tym świecie bywało i kurierzy nie byli nieśmiertelni. A jakieś poczwary jak orki czy zwierzoludzie to zapewne niezbyt się przejmowały taką heraldyką. Kurt pierwszy raz jechał tą górską trasą bo koledzy jakim zdarzało się tędy jeźdżcić wcześniej pojechali w inne strony i jemu przypadł ten górski kierunek.

      Z tymi górami to była nawet ciekawa sprawa. Jeszcze z rok temu to chyba nikomu z grupy kurierów w Lenkster nie przyszło do głowy, że przyjdzie im podróżować w to górskie pustkowie. Przecież wszyscy wiedzieli, że tam nic nie było! Sama dzicz, śnieg i wiatr. Nawet krasnoludy tam nie mieszkały a one przecież lubowały się w górach. Ale właśnie w ciągu zeszłego roku się to zmieniło. Zjawił się jakiś górski margrabia, zaczął ściągać ludzi, spraszać gości, po żniwach to ponoć nawet turniej zorganizował. Kurt nie dał rady się wyrwać na te kilka tygodni ale dwóch kolegów co pojechało mówiło… No z jednej strony to podobno same ruiny. Właściwie to się nie było co dziwić jak tam od od dawna nikt nie mieszkał. W każdym razie nikt cywilizowany. No więc biedny był ten festyn. Z tym co mieli tutaj w Lenskter albo nawet za rzeką w Hochlandzie nie mówiąc już o tych wspaniałościach Wolfenburga to ten w górach się nie umywał do nich. Ale z drugiej strony chłopaki mówili, że jak przymknąć na to oko i okazać wyrozumiałość bo w końcu tam dopiero ruszyły te budowy i odbudowy to całkiem przyjemnie. Ludzie mili i gościnni, dużo dobrego i taniego piwa i wina. Ten ich margrabia wszystko fundował. No i turniej co się potykali rycerze i nie tylko, też zacny. No wiadomo, uczestników a i widowni było o wiele mniej niż na nizinach ale i tak było całkiem ciekawie. No i góry. Same góry. Góry były piękne. I darmowe! Bo ten ich margrabia to aby zachęcić do kolonizacji to dawał pierwsze 10 lat bez podatków. Tylko jeden dzień w tygodniu trzeba było odpracować społecznie. Ale to chodziło głównie o remontu murów, bram, dróg, mostów, coś co wszyscy używali a na razie było ich za mało aby się zorganizować grupę co by się tylko tym zajmowała. To Kurt nawet rozważał czy samemu się nie skusić na służbę u tak hojnego pana. Bo i stołków do obsadzenia było tam wciąż całkiem sporo. Zresztą chłopaki jak wrócili jesienią z tego festynu to też nad tym główkowali. Ale potem zrobiła się zima, teraz jak wiosną zima zeszła to te cholerne wieści o wojnie ze wschodu przyszły. Więc jechał.

      Po trzech dniach dojechał do Zelbad. Dawniej… Znaczy właściwie dawniej niż rok temu… To była zagubiona w górach osada. Ostatni okruch ludzkiej cywilizacji w tej górskiej krainie. Teraz to był pierwszy punkt przystankowy w drodze do Falkenhorst. Ale nie zrobiło na Kurcie zbyt wielkiego wrażenia. Ot parę chałup ze spiczastymi dachami typowymi dla pogórza. I obejścia. Nawet nie zasługiwało to na miano wioski, zwykłe sioło. Ale przygotował swój ciernisty wieniec i gdy wjeżdżał uniósł go w górę. Krąg cierni w połączeniu z jeźdźcem odzianym w szarfy posła wywołał odpowiednie wrażenie. Ludzie przystawali i cichli. Zupełnie jakby wraz z Kurtem na okolicę zapadła jakaś magiczna cisza. Widział jak matki przytulały mocniej swoje dzieci, jak te wyczuwały, że coś się dzieje bo też cichły ale nie aż tak jak te starsze i dorośli. Zerkały więc z beztroską i zaciekawieniem na przejeżdżającego kawalerzystę. Tylko psy ujadały na obcego jak zwykle.

      Kurt przenocował w jednej z chałup. Właściciel oddał mu swoje własne łóżko. Kurier uznał, że to lepsza oferta niż przejechać jeszcze trochę i nocować na derce i pod chmurką. Pogoda w tych górach nie rozpieszczała, zwłaszcza wczesną wiosną. Rano ruszył dalej. Drogi właściwie nie było. Ale widocznie wcześniejsi podróżni swoimi butami, nogami, kołami i kopytami wycisnęli w ziemi na tyle trwały i widoczny ślad kolein, że łatwo było domyśleć się którędy jechać nawet jak się pierwszy raz jechało. Zwłaszcza jak wszystkie inne kierunki były właściwie dziewicze.

      Kolejne trzy dni jechał doliną śladami swoich poprzedników. Aż pod koniec trzeciego dnia dotarł do jasnych ścian jakiegoś fortu na szczycie jednej z okolicznych gór jaka rozdzielała dolinę na dwie części. Jak się okazało to było Steinwald. Tutaj też zawczasu wyjął cierniowy wieniec i pokazał go strażnikom przy bramie. Ci otworzyli mu więc wjechał do środka. Okazało się, że zebrał się spory tłumek gapiów na dziedzińcu. A na jego czele stały dwie młode kobiety. Wyglądały jakby przewodziły pozostałym. W milczeniu wpatrywały się w wieniec jaki był nośnikiem złowróżbnych wieści.

      - Dobrze. Witaj gościu. Chodź, ugościmy cię. A my będziemy dziś ostrzyć nasze włócznie. - odparła jedna z nich zapraszając go do środka. Ale atmosfera była poważna. Wcale im się nie dziwił. Wszyscy w Ostlandzie jakich widział w ciągu ostatniego tygodnia przed ruszeniem tutaj wydawali się być przejęci grozą sytuacji. Wojna i to na taką skalę nie zdarzała się od pokoleń. A czasy Magnusa przeszły już do legendy.

      Spore wrażenie zrobiła na nim wieczorna msza. Co prawda nie było tu żadnego kapłana ale te dwie Porzucone, Ilsa i Gretchen wydawały się być naturalnymi przywódczyniami tej niewielkiej społeczności. Jeszcze większe wrażenie zrobiła na nim informacja, że spędziły tu same we dwie poprzednią zimę i przetrwały dzięki ostlandzkiemu uporowi, wierze w Sigmara i łasce Ulryka. I to one zapoczątkowały renowację świątyni swojego patrona. Dość niewielkiej bo musiała się zmieścić wewnątrz niezbyt dużego fortu. Ale było coś surowego i pierwotnego w rysach założyciela Imperium czego nie widział w świątyniach na nizinach. Modlił się więc żarliwie razem z nimi. Ale rano pokrzepiony tym odpoczynkiem i strawą duchową ruszył dalej, w głąb tej dzikiej górskiej krainy.

      Po drodze zatrzymał się w Liedergarten. To już był niczego sobie zamek. Też położony niczym strażnik gór mający baczenie na doliny przebiegające u jego stóp. Ale mury były stare chociaż nosiły ślady nowych napraw. Brama też była nowa. A nad nimi powiewał sztandar Falkenhorstów z górą u dołu i sokołem z rozpostartymi skrzydłami na górze. Tam wieniec też otworzył mu drogę. I czekano na niego. Czekał na niego zaniepokojony tłumek jakby przeczuwając, że nie przywozi im dobrych wieści. A gdy uniósł w górę cierniowe witki też zrobiło się jakoś ciszę. Ale podobnie jak w Zelbad i Steinwald udzielono mu gościny. Ludzie pytali co się dzieje, skąd ta wojna, z kim, o co chodzi. Był pierwszym przybyszem z nizin jaki dotarł tak daleko więc nic jeszcze nie wiedzieli. Wyjaśnił im co mógł a rano znów ruszył dalej. To miała być ostatnia dolina przed samym Falkenhorst.

      Same miasto ujrzał po kolejnych trzech dniach jazdy po tych górskich bezdrożach. I to było pierwsze miasto jakie spotkał w tych górach odkąd w nie wjechał. Z daleka w południowym słońcu nie wyglądało tak źle. Ale w miarę jak się zbliżał dostrzegał podobne ślady upływu czasu i niepogody jak w Leidergart i Steinwald. Tutaj wjechał przez otwartą bramę pozdrawiając strażników na niej a oni jego. Pokazał im uniesiony wieniec a oni obserwowali go w milczeniu. Dopiero gdy przejechał przez bramę zorientował się dlaczego koledzy co byli tu jesienią mówili, że jest dziwne i przyprawia o gęsią skórkę. Jechał główną drogą przed siebie. To nawet jakoś uprzątnięta była ta droga i przejezdna chociaż z licznymi dziurami w bruku czasem łatanych prowizorycznie przez zasypanie ziemią czy jakimiś kładkami. Ale miasto było zaniedbane, zapuszczone i bezludne. Całe kwartały mijał i czasem widując jakąś sylwetkę w oddali albo i nie. Dopiero jak ulica skierowała go na główny plac to chyba wokół niego się koncentrowało życie i cywilizacja. Bo tu dla odmiany ludzi było sporo. Fasady budynków wydawały się nowe a tam i tu widać było rusztowania i prace świadczące o renowacji albo budowie nowych budynków. Gwar głosów przyjemnie wabił ucho. Trafił na jakiś targ, że wszyscy byli na placu? Zrobiło się cicho gdy uniósł kolczasty wieniec oznaczający wojenne wici. Jakaś matka przytuliła swoje dziecko, któraś z kobiet przysłoniła usta dłonią, jakiś sąsiad obok splunął w błoto, ktoś inny zaczął się modlić. Ale naprzód wyszedł jakiś zarośnięty mężczyzna o wyglądzie górskiego zbira. Zwłaszcza, że miał czekan u pasa. Jednak nosił też podwójną szarfę jaką zwykle używano do oznaczania oficerów. To miał być oficer? Ten zarośnięty obwieś? Jednak Kurt rozpoznał godło Gebirgsjager na czapce. Niedawno je musieli dodać do tych jakie kurierzy musieli umieć rozpoznawać jako sojusznicze. Więc to chyba był ich oficer. Chociaż Kurt kompletnie inaczej wyobrażał sobie oficerów. Niemniej właśnie ten zbir z szarfą oficera odezwał się pierwszy.

      - Witaj heroldzie. Pochwalony. Nasz pan cię oczekuje. Chodź ze mną. - odezwał się chropowatym głosem i dał ręką znać aby konny podążał za nim. Oprócz niego jeszcze dwóch czy trzech ludzi ruszyło razem z nimi robiąc przejście przez ten zmarkotniały tłum. Gdy zjechali z placu i wjechali w kanion zdezelowanych ulic Kurt go zagadnął.

      - Oczekuje mnie? To wiedzieliście, że przybędę? Dotarł już jakiś inny kurier? - zagaił z siodła idącego przed nim przewodnika. To nie było niemożliwe. Jeszcze w Lenkster rozważali czy nie byłoby bliżej aby ruszył na zachód, do Hochlandu a dopiero tam odbił na północ do samego Lenkster. Ostatecznie wybrał tą wschodnią trase bo tutaj to chociaż ktoś z nich już tędy jesienią podróżował to przynajmniej z ich relacji wiedział czego się spodziewać a tej południowej trasy nie znał nikt z nich. Niemniej nie było niemożliwe, że na przykład władze Hochlandu nie wysłały do górskich sąsiadów swojego kuriera.

      - Nie. Jesteś pierwszy. Ale palimy ogniska sygnałowe na wieżach. Tylko nie mieliśmy kodu na kuriera. Więc nadawali nam “Walka, Jeździec, Jeden, Inne”. To trochę nie wiedzieliśmy czego powinniśmy się spodziewać. Ale pewnie niczego dobrego. Nasz pan kazał być nam w pogotowiu. Od Liedergart wiedzieliśmy kiedy od nich ruszyłeś. Więc spodziewaliśmy się ciebie wczoraj, dziś lub jutro. A od rana widzieliśmy cię z Wielkiej Sowy. Dali nam znak, że nadjeżdżasz. No i wreszcie jesteś. Ty i wojna. - ten zarośnięty oficer Gebirgsjager mówił przez drogę w opustoszałym mieście. Jednak mijali jakichś ludzi. W końcu dotarli do samej twierdzy. Też nosiła ślady wielowiekowego zniszczenia przez czas i surowy, górski klimat. I niedawnych remontów. Kurt musiał przyznać, że nie spodziewał się takiego poziomu organizacji. Zwłaszcza, że na pierwszy rzut oka to wszystko tu się sypało a ten oficer i jego ludzie bardziej mu pasowali na jakichś górskich rozbójników a nie regularne wojsko. Ale już byli na miejscu. Zaprowadzili go do czegoś co nazywali domem gościnnym. Rozejrzał się po tej sporej izbie a oficer gdzieś wyszedł. Zostawił swoich ludzi a ci wydawali się być poważni. Albo przybici takimi wojennymi wieściami. Nie czekali długo. Drzwi otworzyły się i ku zaskoczeniu Kurta do środka weszły dwie młode damy. Z czego jedna chyba się potknęła o swoją suknię i syknęła coś co chyba nie przystało damie. Ale szybko odzyskała równowagę i obie podeszły do niego.

      - Jestem Inez von Muller a to jest Petra von Falkenhorst. Jesteśmy przedstawicielkami naszego pana. Masz dla niego jakąś wiadomość? - przedstawiła siebie i koleżankę ta ciemnowłosa co się nie potknęła. Mówiła pewnym, dostojnym i zdecydowanym głosem. Na co jej niebieskowłosa koleżanka pokiwała twierdząco głową.

      - Jestem Kurt Bergen. Jestem elektorskim kurierem z Lenkster. Mam ważne wiadomości od lorda von Imhoff. Mam ją dostarczyć do rąk własnych margrabiego. - odparł Kurt tak dostojnie jak tylko umiał. Właściwie to widok dwóch młodych i całkiem ładnych szlachcianek to był tym czego się najmniej tu spodziewał. Wziął się jednak w garść aby wypełnić swoją misję do końca. One zaś spojrzały po sobie jakby się naradzały spojrzeniem. W końcu odezwała się potykająca się milady.

      - Naszego pana nie ma teraz w zamku. Będzie wieczorem. Więc albo oddasz nam te listy albo poczekaj do wieczora. - powiedziała krótko i treściwie. Nawet się nie zastanawiał.

      - Przykro mi milady ale mam wyraźne polecenia aby oddać listy do rąk własnych margrabiego. Więc poczekam. - odparł jej równie szybko. Ona zaś przyjęła to gładko i nawet się uśmiechnęła.

      - Dobrze to chodź z nami. Kazałam ci przygotować kąpiel. Odpoczniesz po drodze. - powiedziała wesoło jakby ta część oficjalna się skończyła i mogli rozmawiać swobodniej.

      Miejsce: Górska Marchia; sektor centralny; Falkenhorst; zamek Falkenhorst
      Czas: 2521.03.29 Konistag; wieczór
      Warunki: sala tronowa, gwar głosów, ciepło; na zewnątrz: noc, łag.wiatr, pogodnie, ciepło

      W sali tronowej panowała cisza. Chociaż zebrało się tu całkiem sporo osób. Chyba od czasu jesiennego turnieju nie było tu tak tłoczno. Pod jedną ze ścian stał tron. Tron był nowy. Zrobiono go też na potrzeby tamtego jesiennego turnieju. Obleczono w nowe pokrycia więc prezentował się całkiem ładnie. Na tronie siedział władca. Wciąż miał tą dziwną manierę przesłaniania twarzy szalem lub chustą. Chociaż głos nabrał ostrości i już nie robił tak długich przerw w mówieniu jak dawniej. Ale i tak margrabia zwykle używał krótkich, wyraźnie oddzielonych od siebie zdań. Dzisiaj też czekano na to co powie. Co ogłosi.

      Od wczoraj wszyscy już wiedzieli, że wybuchła wojna. Trudno było przegapić kuriera z wieńcem cierniowym jaki przejechał przez całe miasto. Zresztą oczekiwano go prawie od tygodnia gdy przesłano z wieży Steinwald pierwsze sygnały do Liedergart a stamtąd tutaj. Tylko kod był w trakcie opracowywania i do tej pory nie było kodu na “wojna” czy “wici wojenne”. Więc chociaż przesłano te sygnały to nie do końca wiedziano czego się spodziewać. Bo jaką wojnę może stanowić pojedynczy jeździec? Ale zgadywano, że może chodzić o kuriera z jakimiś wiadomościami. Zaś sygnał “wojna” czytany też jako “walka, napaść, zbrojne niebezpieczeństwo” zwykle wysyłano gdy chodziło o jakieś zbrojne bandy bandytów, zwierzoludzi czy orków jakie dostrzeżono tu czy tam. Niezbyt to pasowało do pojedynczego jeźdźca. Na wszelki wypadek margrabia kazał postawić milicje oraz Gebirgsjager w stan gotowości chociaż wciąż nie do końca wiedziano na co mają być gotowi. Ale wczoraj wszystko stało się jasno gdy do miasta wjechał kurier z wojennym wieńcem. Gdy wieczorem margrabia go przyjął, wysłuchał, przeczytał listy dał mu odpowiedź od razu.

      - Powiedz swojemu lordowi, że my, von Falkenhorstowie, dotrzymujemy swoich przysiąg. I spełnimy nasz obowiązek. Ruszymy do walki razem z naszymi imperialnymi i kislevskimi braćmi! - potem rozmawiali jeszcze dość długo ale tego zasadniczego punktu już nic nie zmieniło. Narada zakończyła się trochę po północy. Dziś kurier jeszcze odpoczywał po tej trudnej trasie. Ale już jutro miał ruszać dalej. Tym razem na południe, do Hochlandu. Margrabia przydzielił mu dwóch konnych Gebirgsjager jako przewodników i strażników co mieli dopilnować aby elektorskiemu herodlowi na terenie górskiej marchii nic się nie stało.

      - Inaczej to sobie wyobrażałem. - w końcu milczący lord odezwał się ze swojego tronu. Wszystkie głowy zwróciły się ku niemu. Po jego prawicy jak zwykle siedziała Hela, ta czarno - biała, tajemnicza magister i mistrzyni Inez. Po drugiej stary Thomas co był jego majordomem i najczęściej ogłaszał jego wolę oraz przyjmował petentów i go reprezentował w kontaktach na co dzień. Poza nimi w sali zebrała się większość dowódców i najważniejszych doradców skromnych liczebnie sił zbrojnych jakimi dysponował margrabia.

      - Inaczej to sobie wyobrażałem! - władca gór wstał i podniósł głos aby wszyscy go słyszeli. Odkąd zaopatrzenie z nizinami się poprawiło to stać go było aby się bardziej ubierać jak na jego godność przystało a nie tak raczej skromnie jakby hołdował echom minionej świetności zamku i rodu. Teraz wyglądał o wiele dostojniej w ciemnych, atłasowych barwach i z mieczem u pasa.

      - Oj bardzo inaczej! Miałem wielkie plany! Bardzo wielkie! Przywrócić świetność tej krainie! Przypomnieć na nizinach dobre imię moich wielkich przodków! Odbudować to miasto, osiedlić je aby było piękne i wspaniałe jak niegdyś! Aby nasze góry przyćmiewały splendorem okoliczne prowincje tak jak to niegdyś było! Tak! Takie miałem plany! - mówił gromkim głosem jaki odbijał się od wysokich, pustych ścian. Inni kiwali głowami. Chyba wszyscy mieli podobne plany. Nawet jeśli na co dzień zajmowali się swoją częścią zadań. To odbudowa i rozmach były motywem przewodnim. Cały czas trwał napływ osadników. Urwał się na zimę ale wraz z jej końcem znów zaczynali przybywać kolejni. Brak podatków, miejsce do osiedlenia, brak pańszczyzny, liczne stołki do obsadzenie, możliwość zrobienia kariery, wyrobienia sobie nazwiska czy marki, to wszystko zwabiało tutaj ludzi z okolicznych krain. Miasto się powoli zapełniało. Wciąż oczywiście straszyło całymi kwartałami bezludnych ulic. Ale zwłaszcza jak ktoś był tutaj od początku, od zeszłej wiosny, to widział ten postęp. W końcu rok temu to było ich ledwie na pół tuzina wozów. A teraz już niewiele wolnych budynków zostało przy głównym placu w mieście. A i w głębi miasta coraz więcej okien miało szyby i świeciło się ciepłym blaskiem zamieszkałego wnętrza. A te pierwsze sukcesy ściągały kolejnych osiedleńców. Aż do wczoraj. Wczoraj chyba w niejednej głowie powstała myśl, że stanęli nad przepaścią i spojrzeli w mroczną czeluść.

      - Ale wróg, odwieczny wróg, znów zagraża naszym ziemiom. Nie mamy wyjścia. Musimy znów stanąć z nim do walki. - przez chwilę tak stał wpatrzony w wąskie okno na zamkowy dziedziniec. Potem mroczne nocą blanki twierdzy. I w dalszej perspektywie miasto jakie od roku starali się zasiedlić i odbudować. W końcu rozłożył ramiona jakby po kolejnej analizie sytuacji znów doszedł do tego samego wniosku - nie ma innego wyjścia. Odwrócił się więc od okna i wspaniałych planów na przyszłość i ruszył ku zebranym oddziałom. A potem zaczął wydawać rozkazy.

      - Gebirgsjäger! Weźmiecie konie i pojedziecie przodem. Do Lenkster. Utorujecie nam drogę. Będziecie mnie reprezentować. Napiszę wam listy i resztę. - właściwie chyba nikt się za bardzo nie dziwił, że akurat lekka, górska piechota do jakiej margrabia żywił taki sentyment a i zwykle odwzajemniony, miała ruszyć jako pierwsza. Zwłaszcza konni. Bo koni nie starczało dla wszystkich górali. Ale przy patrolach czy zwiadowczych zadaniach zwykle nie trzeba było ściągać wszystkich to najczęściej tych koni wystarczało. Teraz jednak trzeba było zmobilizować wszystkich. A dla wszystkich koni nie było. Ta konna część pod wodzą Inez, Petry i Eryka miała ruszyć jak najprędzej. Czyli jutro. Miała się zjawić w Lenkster i tam przekazać listy od margrabiego. Spotkać się z Olegiem Finklem który w ciągu roku właściwie został oficjalnym ambasadorem margrabiego w Lenkster. I miał najlepsze rozeznanie co tam się dzieje. Reszta miała dołączyć do nich później. Piechota siłą rzeczy potrzebowała więcej czasu na pokonanie tej samej drogi. A i margrabia nie chciał całkiem ogałacać swojej rodzimej domeny z zaufanych zbrojnych i milicjantów. Zaś jeźdźców rycerzy i najemników jacy zgłosili się na jego służbę, najczęściej po jesiennym festynie nadal było bardzo skromnie. Nie miał co się równać pod względem siły zbrojnej z innymi arystokratami o podobnych tytułach. Ale i na to miał rozwiązanie.

      - Będziecie werbować ludzi. Do mnie na służbę. Tym razem nie aby się osiedlać ale aby walczyć. Walczyć z odwiecznym wrogiem. Jak ja tu wszystko przygotuję to dołącze do was. Poprowadzę was do walki. Ale do tego czasu musicie działać sami. W moim imieniu. Pamiętajcie aby nie splamić naszego honoru. Dla tych z nizin jesteśmy nowi. Nie znają nas i nie wiedzą czego się spodziewać. Dlatego będą nas obserwować i poddawać różnym próbom. Jesteśmy dla nich nową kartą i od nas zależy jak ją zapiszemy. Uczulam was na to. Chciałbym być z was dumny a nie się wstydzić gdy się znów spotkamy. Znacie mnie. Potrafię być hojny. Ale potrafię być i surowy. - poinstruował ich wszystkich. Ale najbardziej mówił do tych co już jutro mieli ruszyć na wschodni szlak i jechać do ponurego zamku na pograniczu z Hochlandem aby reprezentować swojego górskiego pana i walczyć z Chaosem. No i werbować nowych ochotników do hufców margrabiego.

      Miejsce: Ostland; sektor pd-zach; Lenkster; karczma “Pod skocznym zającem”
      Czas: 2521.04.10 Backertag; popołudnie
      Warunki: główna izba, jasno, ciepło, gwar głosów; na zewnątrz: dzień, łag.wiatr, pogodnie, chłodno

      - No i znów tu zaczynamy. Jej. A pamiętacie jak to było rok temu? Też tu siedzieliśmy. Tylko przy tamtym stole. No i wtedy to wy się do nas zgłaszaliście, że chciecie na tą nasza górską wycieczkę. - Petrę widocznie wzięło na sentymentalne wspomnienia gdy siedzieli już jakiś czas przy stole. Co prawda innym niż rok temu gdzie zwykle siadywała trójka wysłanników mitycznego jeszcze wówczas margrabiego z gór ale wiele się tu nie zmieniło. Ale wówczas Greta musiała się oglądać przez ramię czy ją ostatni z braci Lomów nie ściga. A teraz była jedną z Gebirgsjager na służbie u górskiego lorda. Miała odznakę w czapce i czekan u boku jaki to potwierdzała. No i siedziała między nimi. Właściwie to nawet została kapralem dla tych młodszych i głównym szkoleniowcem w strzelaniu z łuku. Eryk czy Lothar co też z nią siedzieli przy tym stole rok temu byli zwykłymi górskimi zbójami bez zajęcia. Co nie udało im się dostać do rejestru więc szukali jakiejś alternatywy. Wtedy ta wyprawa w głąb gór po prostu była im na rękę. A teraz znów tu siedzieli. Ale Eryk był przepasany podwójną szarfą oznaczającą oficera no i został dowódcą odtwarzanego regimentu lekkiej, górskiej piechoty. Z początku to wydawało się żartem. Bo ten “regiment” to było te pół tuzina jego własnej bandy z jaką doszedł aż do samego Falkenhorst. No i Greta jaka właściwie była ich pierwszą ochotniczką. Ale traktowali ją jak swoją siostrę. Tą co przebyła z nimi cały szlak od Lenkster po Falkenhorst. Nawet jeśli jeszcze nie była w ich bandzie. Czy oddziale. Reszta powoli dołączała potem, w kolejnych tygodniach i miesiącach już w Falkenhorst albo podczas którejś z wypraw do sąsiednich prowincji. Ale to było później. Na samym początku była ich siódemka.

      Nawet obie szefowe jakie znów wzięły na siebie rolę przedstawicielek margrabiego też mogły odczuć zmianę w porównaniu do zeszłego roku. Wtedy musiały przebyć tą trasę na piechotę. Jak jeszcze końcówka zimy i śniegi stały w górskich dolinach. Przyszły nie wiedząc czego się spodziewać i czy w ogóle ktoś odpowie na ich zawołanie. A teraz? Przyjechały konno, na czele małego ale własnego oddziału wiernych, sprawdzonych towarzyszy. Obie z pierścieniami szlacheckimi na palcach i “von” przed nazwiskiem. Ubrane też były w ciuchy znacznie lepszej jakości niż te jakimi dysponowały rok temu. Chociaż Petrze pozostał zwyczaj chodzenia w skórzanych spodniach zawsze gdy sytuacja nie wymagała od niej włożenia sukni i zachowywania się jak na szlachciankę przystało. Nadal jednak ją chyba takie sytuacje nieco tremowało i jak tylko mogła to dawała się wykazać Inez. Sama swobodniej czuła się w takich miejscach i towarzystwie jak to tutaj. Przez chwilę chyba wszyscy przybysze z gór pogrążyli się w zadumie nad tym co się wydarzyło w ich życiu od zeszłej wiosny. Ale sytuacja niezbyt sprzyjała zadumie.

      - No to zaczynamy. Rano byłyśmy na zamku i mamy zgodę aby werbować ochotników na własne potrzeby pod warunkiem, że będą użyci do walki z armią Lenka. - Inez westchnęła i rozejrzała się po wnętrzu głównej izby. Nie było tu tak wesoło jak rok temu czy choćby zeszłego lata gdy byli tu ostatni raz. Dało się wyczuć wojenną atmosferę. Wojna była już blisko. Armie najeźdźców nadeszły z północy i przewaliły się przez Kislev. Jak ktoś miał nadzieje, że tam zostaną, będą oblegać Praag, Erengard czy sam Ksilev jak to bywało podczas wcześniejszych wojen to te nadzieje okazały się płonne. Inwazja Chaosu przetoczyła się przez krainę carów i gdy konni wysłannicy margrabiego zaczynali podróż do Lenkster to armia Wielkiego Cara jak się tytułował wódz złowrogiej armii wbiła się we wschodnie kresy Ostlandu. Imperium zostało bezpośrednio zaatakowane. I to ponoć przez armię tak wielką jakiej nie widziano od czasów Magnusa Pobożnego. Obecnie cały Ostland prężył się i trzeszczał pod naporem chaosytów. A ci napierali coraz bardziej z każdym dniem posuwali się coraz głębiej w głąb prowincji niszcząc i plugawiąc kolejne wsie i miasteczka. Wyglądało na to, że kierują się na stolicę na Wolfenburg. Wielki Książe von Raukov mobilizował wszelkie wojska i rezerwy aby odeprzeć ten atak. Lub go chociaż spowolnić. Na tyle aby wytrwać do pomocy oczekiwanej z innych prowincji. Jak choćby od górskiego lorda.

      Sytuacja w Lenkster nie była wesoła. Widać było prace remontowe na zamku jaki przygotowywano do obrony. Obie wysłanniczki mówiły, że widziały jak jeden z magazynów przerabia się na szpital. Na Podzamczu i wokół, także w okolicznych wioskach organizowano nowe oddziały. Te rozbite się reorganizowały rekrutując nowych członków. Werbownicy stali na głównym placu zachęcając aby wstępować w szeregi obrońców. Co jakiś czas straż prowadziła na powrozie jakiegoś dezertera albo szabrownika. Ponoć większość z nich dostawała wyroki skazujące jakie wykonywano co Festag. Dlatego na tym samym placu stała zbiorowa, belkowa szubienica na jakiej spokojnie mogło wisieć z pół tuzina skazańców. Jeden tam wisiał nawet teraz. Do tego różni wieszcze zagłady i końca świata wieścili potrzebę oczyszczenia, pokuty i żalu za grzechy. Podążania za naukami dobrych bogów. Obok markietanki oferowały swoje wdzięki i usługi. Kowale przeżywali oblężenie z wykonywaniem podków i różnych detali na potrzeby armii. Często jakiś ojciec, mąż czy syn żegnał się w dramatycznych okolicznościach z rodziną gdy szedł się zaciągnąć do któregoś z oddziałów. Co jakiś czas jeździli kurierzy próbujący się dostać lub wydostać z zamku aby przepchać się, przez tą ludzką ciżbę. Albo dumni, rycerze w stalowych zbrojach też przejeżdżali wraz ze swoimi pocztami kierując się do zamku albo na wschód. Dało się nawet słyszeć zagraniczne dialekty zawodowych najemników jacy jak sezonowe ptaki przenosili się od jednej do kolejnej wojny nie znając innego życia. Tam jakaś oszalała z rozpaczy matka pytała wszystkich czy widzieli jej małego synka Stana. Tu kapłanka Shallyi razem z kapłanem Morra dawali ostatnie namaszczenie wojakowi co już dogorywał od ran i zakażenia krwi będąc już duchem bardziej na tamtym świecie niż na tym. Obok zrobiło się zamieszanie gdy z na wozie przewożącym beczki coś pękło i kilka z nich spadło tocząc się po błotnistej ulicy potrącając i przewracając jakiegoś przechodnia. Ale już ktoś zwęszył okazję i capnął pełną beczką zaczynając uchodzić między chatami ścigany krzykami woźnicy jaki jednak wolał nie opuszczać wozu i reszty ładunku.

      Tak, zdecydowanie w Lenkster nie było tak lekko jak to było podczas poprzednich wizyt mieszkańców gór w zeszłym roku. Wojna dotarła nawet tutaj. Nawet jeśli było to tylko jej odległe echo i walki toczyły się w mrocznych kniejach wschodnich rejonów prowincji. Nad Ostlandem zawisły czerwone, wojenne chmury a przyszłość rysowała się w ponurych barwach. Pojawiły się głosy, że to kolejna Inwazja Chaosu, podobna do tej z czasów błogosławionego Magnusa Pobożnego. Jej gwałtowność i szybkość tak bardzo zaskakiwała, że coraz częściej porównywano ją do burzy i zaczęto nazywać Burzą Chaosu. Jednak Ostlandczycy z tym swoim charakterystycznym uporem i wiarą w Sigmara, nie poddawali się. Skoro odwieczny wróg najechał ich domy to stawiali mu opór zgodnie z naukami Sigmara. Zaś jednym z tego objawów było Lenkster gdzie na zachodniej granicy wielkiego księstwa zbierały się siły do kontruderzenia, pod różnymi hasłami, sztandarami i motywacjami. W tym także pod znakiem Sokoła von Falkenhorstów.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • Pipboy79P Niedostępny
        Pipboy79P Niedostępny
        Pipboy79 jako Pipboy79
        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
        #3

        Oryginalny tytuł: T 00 - Ostland - Wiosna

        Ostland - Wiosna 2521

        Ostland trzeszczał. Ostland chwiał się w posadach. Ostland krawił. Ostland dostał zadyszki po serii ciosów jakie otrzymał. Gdy krwawy, kolczasty miecz Chaosu wbił mu się w trzewia. I z każdym dniem wbijał się coraz głębiej. Z ran prócz krwi sączyła się plugawa trucizna zatruwając cały organizm. Roznosiło się znamię zmian jakie go wypaczały. Choroby, zgnilizna i głód zawisły nad Ostlandem. Ale przede wszystkim wojna. Wojna z odwiecznym wrogiem wszystkich cywilizowanych ras i krain. Wojna z najazdem dzikich armii barbarzyńców z dalekiej północy i jeszcze dalszych wschodnich kresów spoza Gór Krańca Świata. Armie okrutnych najeźdźców pod wodzą Wielkiego Cara, Shurty Lenka, już ponad miesiąc temu napadły na północne pogranicze Carstwa Kisleva przynosząc ze sobą wojenną pożogę. Nad wiosenne, kislevskie stepy, rzeki i miasta spadł straszny, odwieczny wróg w liczbie w jakiej go nie widziano od czasów Magnusa Pobożnego. Pod plugawymi sztandarami swoich mrocznych bogów, oddawał cześć demonom, wznosił im ołtarze z czaszek pokonanych Kislevitów, wypruwał im serca w krwawych rytuałach, podrzynał gardła schwytanym, palił, gwałcił i mordował na setki różnych sposobów. Od ponad miesiąca Kislev pogrążony był w wojnie o skali jakiej nie widziano od dwustu lat. Na zachód kierowały się rzesze kislevskich uchodźców szukając schronienia u Imperialnych sąsiadów. Caryca Katarina słała kolejnych posłów do swoich sojuszników z prośbami o pomoc. A ci wysyłali jej swoje odpowiedzi. Zaś Kislev płonął podczas strasznej, krwawej, wojennej pożogi

        https://i.imgur.com/J285HwL.jpg

        Jednak dwieście lat temu, to właśnie Kislev stał się areną krwawych i decydujących zmianach między Armiami Chaosu a siłami Wielkiego Sojuszu. To właśnie pod stolicą tego kraju rozegrała się ta ostateczna bitwa zwana do dzisiaj Bitwą u Bram Kisleva, gdzie sojusz Imperium, Kisleva i Khazadów pokonał armię odwiecznego wroga. A potem przegnał ich z powrotem na północne pustkowia.

        Zapewne wielu, zwłaszcza w Imperium oczekiwało obecnie podobnego scenariusza. Więc mogło być sporo zaskoczonych gdy okazało się, że Shurta Lenk, zwany Wielkim Carem po wyrąbaniu sobie drogi przez zachodni Kislev nie oblegał ich stolicy, Praag czy Erengradu jak to miało miejsce podczas poprzedniej Wielkiej Wojny. Tylko skierował się na zachód. I na początku tego miesiąca konne czołówki jego armii stanęły pod Grenzburgiem jaki był już na wschodnich kresach imperialnego Ostlandu. A potem go przekroczył. Wojna dosięgła Ostlandczyków szybciej niż by się spodziewali. Bowiem co prawda wojenne wici rozesłano jak tylko dwa, trzy tygodnie wcześniej zaczęły spływać coraz bardziej niepokojące wieści z Kisleva. Ale chyba większość spodziewała się, że podobnie jak dwa wieki temu bedą wysyłać kontyngenty na wschód aby wesprzeć Kislevitów. Mało kto brał pod uwagę, że wróg tym razem zaatakuje ich bezpośrednio. Tak szybko i zmasowanymi siłami. Że wejdzie w ich granice, ich domy, lasy, będzie deptał ich drogi, palił świątynie, wywracał i rąbał posągi dobrych bogów, plugawił ich ołtarze, mordował ich siostry, braci, ojców i matki a nawet dzieci. Że będzie tu, w na ostlandzkich dziedzińcach i siołach wsnosił ołtarze swoim mrocznym bogom, zastępował dumne biało - czarne sztandary z upartą głową byka swoimi wstrętnymi wypaczonymi barwami. W ciągu pierwszych wiosennych tygodni Sigmarzeit Ostland znalazł się w ogniu wojny. Wróg stanął u jego bram i nie zamierzał od nich odejść z niczym.

        https://i.imgur.com/P0UxEnf.jpg

        Ale Ostlandczycy nie na darmo obrali sobie za godło głowę byka. Symbol uporu, nieustępliwości i wytrwałości. Ostland nigdy nie stał się perłą Imperium. To nie stąd promieniowały ośrodki kultury, strojów, mody, to nie tu tworzyli najlepsi artyści tego kraju. Tu rzadko występowały nasławniejsze diwy i pieśniarze. Ostlandzkie drogi były zakałą i pośmiewiskiem całego Imperium. Ostlandczyków uważano za zacofanych i ubogich, tak mentalnie jak i duchowo. Do tego te wschodnie kresy kraju Imperatorów były tradycyjnie biedne i jakby musiały się zadowolić ochłapami jakie do nich trafiały z modniejszych i bogatszych prowincji południa i zachodu. Prawie całą prowincję porastała pradawna puszcza. Z czego znaczną część stanowił Las Cieni, jaki pod względem złowrogiej niesławy mógł śmiało iść w konkury z mrocznym Drakwaldem. A często zwano go własnie Mroczną Puszczą. Właśnie w tym mrocznym mateczniku ponoć były miejsca gdzie nigdy nie postała stopa wolnego człowieka. Chyba, że jako posiłek czy krwawa ofiara. Tam się miały lęgnąć różne monstra i całe rzesze zwierzoludzi a minotaurów ponoć było tam najwięcej w całym Imperium. Zaś na resztę kraju promieniowała niesława pająków jakie uważały te niedostępne leśne ostępy za swój dom i polowały na wszystko co były w stanie upolować. Po tej krainie nosiły się mroczne, szarpiące nerwy opowieści o kokonach ludzkich kształtów wiszących w półmroku omotanych pajęczyną drzew. Tak, Ostland i Ostlandczycy to zdecydowanie nie był wzór do naśladowania w reszcie kraju. Ale rzadko się zdarzało aby ktoś im zarzucał brak stanowczości. Co więcej od czasów Udosesów, gdy król Wolfila w ramach wdzięczności za odsiecz Sigmara w okrutnej wojnie z Norsmenami poprzysiągł mu wieczną lojalność to jego potomkowie do dziś czcili go jako głównego patrona całej prowincji. I jego kult był tutaj jednym z najsilniejszych w całym Imperium. Dziś to miało się przydać gdy pomimo zaskoczenia zwarli się za bary z odwiecznym wrogiem. Ostamotnieni, krwawili, chwiali się, dostawali zadyszki i ustępowali w końcu pola przed naporem strasznego wroga. Ale za każdym razem zbierali się i stawali do walki ponownie. W następnym trakcie, brodzie, moście, wiosce czy mieście. Każdą jedną piędź ostlandzkiej ziemi wróg musiał zdobywać płacąc za nią krwią i śmiercią. I chociaż wciąż posuwał się naprzód to bezustanny opór Ostlandczyków sprawiał, że postępy były dość skromne. Po dwóch tygodniach od przekroczenia granicy wróg wdarł się głęboko w trzewia czarno - białej prowincji i widać już było, że kieruje się bezpośrednio ku jej stolicy. Ale był gdzieś w połowie drogi do niej. Ostandczycy zaś mobilizowali swoje siły kierując je do walki, obsadzając garnizony miast, powołując pod broń i trenujac kolejne oddziały i swoją krwią kupując czas aby reszta kraju mogła się przygotować do walki i ruszyć im na pomoc. Zaś okrzyk “Ostland walczy!” trudno było dzisiaj gdzieś nie usłyszeć chociaż raz.


        - Ostland walczy! - krzyknął klęczący mężczyzna. Miał związane powrozem ręcę na plecach ale spojrzenie harde. Zbyt irytjące dla obserwujących go zbrojnych. Krótki świst topora zakończony głóchym uderzeniem w pień drzewa i głowa hardego potoczyła się na resztki spalonej trawy. Wojownicy odziany w potężne zbroje ozdobione mrocznymi glifami chciwie wdychali zapach świeżo rozlanej krwi. Pozwalali jej się obryzgać. Któryś kopnął bezwładne ciało i dał znak aby dawać kolejnego.


        Grupa odzianych w skóry i futra myśliwych skradała się dnem mrocznej puszczy. Czuli, że zwierzyna jest blisko. Ślady były coraz świeższe. Krwawe ogary jakie prowadzili na smyczy warczały niespokojnie węsząc i strzygąc uszami. To też znaczyło, że wróg jest blisko. Dwóch zwiadowców stało już dłuższą chwilę ale nie dawali żadnych znaków. Jak się spodziewał ich lider oznaczało to, że wyczuli bliskie niebezpieczeństwo ale jeszcze niezbyt wiedzieli jakie. Nagle jeden z nich stęknął. Drugi także. Ogary zawarczały ggardłowo i zaczęły ujadać. Zwiadowcy zaś ujrzeli jak dwóch ich kamratów osuwa się na leśną ściółkę. Każdy z dwoma czy trzema strzałami wbitymi w szyję czy piersi.

        - Ostland walczy! - krzyknął ktoś niewidoczny jeszcze w tej leśnej gęstwie. Dowódca się już nie wahał. Kazał spuścić ogary wiedząc, że te zdołają lepiej od nich dorwać i rozszarpać zwierzynę. Niezbyt wiedział co oznacza ten okrzyk południowców ale w ciągu ostatnich tygodni słyszał go na tyle często by zidentyfikować go jako okrzyk wojenny zaczynający walkę. Krzyknął na swoich łowców ale już leciały w nich kolejne pierzaste pociski.


        Ciężkie, kopyta rozcapierzały się zmieniając się w szpony. Kroki wierzchowca też były ciężkie. Bez trudu deptały wypaloną leśną trawę, zgniatały karłowate krzaki, łamały porzucone drzewce włóczni czy z pewną nieludzka złośliwością rogniatały ludzkie czerepy albo zanurzały się w krwistej posoce. Kroki wierzchowca były pewne siebie, dostojne i dumne. Pasowały do mrocznej grozy rycerza jaki go dosiadał. Jechał bez pośpiechu a piesi i konni wojownicy w szacunku pochylali głowy przed jego splendorem.

        - Tu był ich ostatni punkt oporu panie. Ale już po nich. Dorwaliśmy wszystkich. - zameldował mu jeden z poruczników gdy podjechał raźno w jego stronę widząc, że nadjeżdża. Wspanialszy od niego jeździec skinął swoją rogatą głową i konteplował pobojowisko. Zapach krwi, kurzu, spalonego drewna i mięsa. Uśmiechnął się lekko gdy rozpoznał słodki zapach palonych ludzkich krwi, wnętrzności i mięsa. Z lubością oglądał zaszlachtowane ciała obrońców. Nawet wymieszane z jego własnymi wojownikami. Polegli w słusznej sprawie, już teraz będą ucztować w wiecznych salach z ich przodkami.

        - Dobrze. Ruszajmy dalej. - odparł zadowolonym tonem ciesząc się w duchu, że będzie mógł o tym małym sukcesie zameldować w dowództwie. Chociaz z drugiej strony to nie był powód do zbyt wielkiej chwały. Przydałoby się kolejne zwycięstwo.

        - Dalej jest bród. I oni. Niedobitki sie wycofały za rzekę i bronią przejścia. Umocnili się. Musieli to zrobić wcześniej. Ale już się do nich zabieramy. - porucznik zameldował nieco mniej pewnie niż przed chwilą. Bo przecież mieli się przedrzeć dzisiaj jak najdalej. A tu ledwo uporali się z tą głupią wioską a tu znów kolejna zawalidroga.

        - Sam zobaczę. - odparł sucho dowódca hordy zastanawiając się przez moment czy nie pokazać młodszemu gdzie jego miejsce. Ale uznał, że to dobry moment aby samemu rzucić okiem co się dzieje na czele jego armii. Podjechali więc obaj i ich wojownicy niczym ławica przed drapieżnikiem rozstępowali się na boki. A tam, widać było już rzekę. Nawet niezbyt pokaźną. Ale po wiosennych rozstopach prąd był wartki. Jego oddziały szykowały się do nowego natarcia a wojownicy pozdrawiali go unoszac broń i wykrzykując coś ochoczo. Ci po drugiej stronie miczeli. Widział tą cherlawą chołotę. Spora część była w biało - czarnych tunikach ale nie wszyscy. Kulili się za swoimi tarczami trzymając swoje patykowate włócznie. Ale w ich brzeg i w środek rzeki rzeczywiście tkwiły zaostrzone pale i kozły jakie miały ułatwić im obronę. Zaś za ich plecami powiewał czarno - biały sztandar z byczą głową. Ich oficer przechadzał się po swoim brzegu z mieczem w dłoni. Chyba tylko on miał jako taki pancerz z jednolitej blachy. Chociaż oczywiście nie umywał się on do wspaniałych blach z czarnego żelaza kutych w błogosławionych kuźniach i wzmacnianych runami mocy jakich używali wojownicy Mrocznych Potęg. Przynajmniej ci znaczniejsi. Oficer południowców krzyknął coś do swoich ludzi. I ku pewnemu zaskoczeniu wodza mrocznej hordy tamci zaczęli coś wrzeszczeć.

        - Ostland walczy! - nie rozumiał ich mowy ale nauczył się już rozpoznawać akurat ten okrzyk. Konny rycerz w czarnej zbroi nieco uniósł brew widząc jak te miernoty chyba im wygrażają. Niewiarygodne!

        - Nawet lepiej. Zwierzyna nie będzie nam uciekać. Ah i do wieczora chcę ten ich sztandar. I głowę tego ich oficera. - rzekł do swojego porucznika i znów się nieco zdziwił bo z lasu po przeciwnej stronie rzeki nadleciała chmara strzał. Ha! A więc łuczników też mieli! Ba! Nawet jedna strzała trafiła go w napierśnik. Roztrzaskała się w drzazgi. Kolejna wbiła się mocniej więc spojrzał na nią z pewnym zainteresowaniem. Bez trudy wyszarpał ją, przyjrzał się. Zwykła strzała. Pokręcił głową z niesmakiem. Czy oni naprawdę sądzili, że mogą go zabić takimi wykałaczkami? Uniósł strzałę w górę aby pokazać ją swoim ludziom jak i tamtym cherlakom po drugiej stronie. Po czym złamał ją na pół samymi palcami. Miał wrażenie, że obie strony odczytały ten gest prawidłowo jako wróżbę rychłego zwycięstwa.


        - Żołnierze! Spójrzcie tam. - dowódca przechadzał się przed frontem stojących piechurów. Stali uszeregowani w poszczególne oddziały. Chociaż niekoniecznie równe. Nie było to takie dziwne, wielu z nich było milicjantami lub indywidualistami nie przyzwyczajonymi do poruszania się w zwartych kolumnach. Jednak wiele głów odwróciło się do tyłu ciekawi co chce im pokazać.

        - Tam są nasze domy! Nasze żony i dzieci! Nasze gospodarstwa! Nasze świątynie gdzie zawieraliśmy nasze małżeństwa i nadawaliśmy imiona naszym dzieciom! Nasze cmentarze gdzie spoczywają nasi ojcowie i przodkowie! Tam jest nasz dom! - krzyknął masywnie zbudowany kapłan z solidnie wyglądającym młotem bojowym.

        - Nie ma odwrotu! Nie możemy tam wpuścić wroga! Musimy zatrzymać go tutaj! Tu się wszystko rozstrzygnie! Ta ziemia, nasza ziemia, będzie nas dziś tulić do snu! Żywych lub martwych! Ale nie zhańbimy sie ucieczką ani białą szmatą! Będziemy walczyć! Zwyciężymy lub zginiemy właśnie tutaj! Zwycięstwo lub śmierć! Ostland wciąż walczy! I póki będzie dychał chociaż jeden z nas wciąż będzie walczył! Zabijcie każdego kto będzie was namawiał do ucieczki lub zdrady! Zabijcie każdego kto da wam rozkaz odwrotu! A jeśli wydam go wam ja to zabijcie i mnie! Nie wycofamy się! Nie ustąpimy! Ostland trwa! Ostland walczy! Zwycięstwo lub śmierć! - krzyczał kapłan Sigmara rozbudzając dumę i entuzjazm wśród żołnierzy. Zaczęli wiwatować i krzyczeć. Aż któryś w uniesieniu zaintonował psalm pochwalny na cześć Sigmara Zwycięskiego. I po chwili śpiewała już cała polana swoimi głośnymi choć niezbyt równymi głosami. Zaś kapłan promieniał ciesząc się z ich postawy. Zdawał sobie sprawę, że śmierć dzisiaj jest bardziej prawdopodobna niż zwycięstwo. Ale zdawał sobie też sprawę, że każde takie ognisko oporu spowalnia ten napór plugastwa do ich domów i daje czas i okazję innym takim jak oni aby się przygotowali, aby ich rodziny mogły bezpiecznie uciec na zachód i schronić się za bezpiecznymi murami. Każdy dzień, noc, pół dnia, godzina dawała im większe szanse na zwycięstwo. I jeśli za to miał dziś umrzeć to był na to gotów i oddawał swe życie z radością.


        Starszy mężczyzna rzucił ostatnie spojrzenie na wnętrze chaty. Właściwie trzeba by tu posprzątać. Rzeczy powkładać do komody, łóżko zasłać, podłogę zamieść… Złapał się na tych tradycyjnych, gospodarskich myślach. Jakby miał tu jeszcze wrócić. Albo ktoś miał zaraz przybyć w gości. Trochę dziwiło go ten bezruch i cisza. Jakby wszystko ucichło i zamarło w oczekiwaniu na ten ostatni moment. To była jego chata. Sam ją wybudował razem z braćmi, swoim ojcem i sąsiadami. Gdy się ożenił i miał już jedno dziecko i drugie w drodze. To się śmiali, kłócili, świętowali i opłakiwali żałoby po zmarłych. Mieli swoje rzeczy, swoje sekrety i swój kawałek tego świata. Jak nie chcieli się z kimś widzieć to mu nie oteirali drzwi. Solidne drewniane bale dobrze w zimie chroniły przed mrozem a wnętrze chaty wypełniało wtedy przyjemne ciepło z rozgrzanego pieca. Teraz to wszystko stanęło mu przed oczami. Nie płakał. Ale coś mocno ściskało go w jego ostlandzkiej duszy. Tam w środku, w samym sercu jego osoby. Westchnął ciężko. Ostatni raz przesunął dłonią po gładkim, ciemnym, wyślizganym drewnie framugi. Żegnał się ze swoim domem co był mu od tak dawna przyjacielem. I domem właśnie. Zajrzał jeszcze ostatni raz po wnętrzu swojej izby. I zamknął drzwi jakby zamykał jakiś bardzo długi, rozdział swojego życia. Cofnął się i uniósł pochodnię. Walczył jeszcze chwilę sam z sobą i przez chwilę sądził, że nie da rady.

        - Tato, musimy już jechać. - usłyszał zza swoich pleców głos córki. Ona też się tu urodziła. Ze dwadzieścia wiosen temu. Teraz sama miała takie małe berbecie. Też się tu urodziły. Właśnie tej wiosny mieli zacząć budować im nową chatę. Już było wybrane miejsce i naszykowane bale. Tylko je pociąć i zbić do kupy. Już to robił nie raz, znów wziąłby synów, braci, sąsiadów i…

        - Tato. - znów ją usłyszał. Pokiwał głową i wymamrotał coś pod nosem. Po czym ponownie uniósł pochodnie.

        - Ostland walczy. - powiedział cicho sam do siebie. O to chodziło. O tą cholerną wojnę. Taki przyszedł prikaz. Sam kapłan tak mówił. Trzeba zostawić wrogowi gołą ziemię. Zabrać wszystko co się da. Jedzenie, zboże, zwierzaki no i siebie. I zniszczyć wszystko co się nie da. Zatruć studnie padliną i resztę spalić do gołej ziemi. Tak trzeba. Tak sam książę elektor kazał i tak mówili kapłani. Więc nie mógł im się przeciwstawić. Nawet to rozumiał i dostrzegał słuszność. Ale gdzieś tam w głowie. W serce jednak mu krwawiło gdy cisnął w końcu pochodnię na wierną strzechę swojej chaty. I wpatrywał się jak ogień zaczyna rozprzestrzeniać się po niej. Szybko bo polał ją i wnętrze olejem aby lepiej się paliło. Westchnął jeszcze raz i w milczeniu odwrócił się plecami do reszty swojego życiowego dorobku. Chlew, stodoła i obora już się paliły. Na koniec zostawił to co najcenniejsze i najtrudniejsze. Swój dom. Teraz wrócił do furmanki, usiadł na koźle i jeszcze raz spojrzał na płonące gospodarstwo. Przez chwilę wpatrywał się w coraz większy ogień i dym. W końcu strzelił lejcami i kobyła ruszyła ciągnąć przeładowany wóz. I ruszając za innymi podobnymi przez tą ogarniętą coraz większą pożogą wieś.


        Lenkster przeżywało prawdziwe oblężenie. Właściwie to Podzamcze właściwej, ponurej twierdzy granicznej. Samą twierdzę przygotowywano do obrony tak samo jak inne w ostlandzkiej prowincji. Nawet jeśli była ona na zachodnich jej krańcach, jeszcze bardziej na zachód niż Wolfenburg na który chyba kierował się wróg. Ale odkąd gruchnęła wiadomość, że stali się świadkami i uczestnikami kolejnej wielkiej inwazji Chaosu jakiej nie widziano od czasów Magnusa Pobożnego to wszystkimi to wstrząsnęło. Chociaż okazywano to w różny sposób. Na przykład graniczną twierdzę co pilnowała hochlandzkich sąsiadów no i tałatajstwa co potrafiło spłynąć z gór uznano za świetną bazę i zaplecze dla frontu. Tu gromadzono zapasy, także te jakie miano wysłać na wschód. Tutaj organizowano nowe oddziały i spływały te poszatkowane we wcześniejszych bojach z najedźcą. Tutaj urządzano szpitale i przyjmowano pomoc od zachodnich sąsiadów. Tutaj spływali różnej maści najemnicy, awanturnicy, zawodowi żołnierze, patrioci i bogobojni jacy chcieli walczyć z najeźdźcą. Tu przybywały pierwsze oddziały z Hochlandu a ponoć już i Middenland przysłał już kogoś. Nadal jednak to była dopiero subtelna zapowiedź pomocy jakiej się spodziewano po największym w końcu państwie ludzi. Jednak pełna mobilizacja musiała zająć tygodnie. Podobnie jak transport tak wielkich armii tutaj, na wschodnie kresy Imperium. Do tego czasu Ostlandczycy musieli liczyć przede wszystkim na własne siły. I tych co z własnej inicjatywy chcieli dorzucić swoją cegiełkę do walki z odwiecznym wrogiem. Tutaj też przybywali uciekinierzy z tej wojny. Początkowo głównie Kislevici uchodzący przed wojenną pożogą we własnym kraju. Ale od początku miesiąca coraz więcej było Ostlandczyków ze wschodnich rejonów Prowincji najechanej i spustoszonej przez najeźdźców. Głównie kobiet, dzieci i starców bo zdolnych do walki i pracy mężczyzn wysiłek wojenny zawsze znalazł zajęcie.

        Pod tym względem karczma na Podzamczu, z tańczącym na dwóch tylnych łapach zającem nie różniła się od innych jak i reszty tego osiedla wybudowanego u podnóża zamku Lenkster. W środku było gwarno i tłoczno. Chociaż niekoniecznie wesoło. Ale i to się zdarzało. Gdy się spotykali starzy znajomi, dawni weterani co znów brali broń do ręki, ci co pili za przyszłe zwycięstwa albo świętowali pośpieszne śluby przed ruszeniem na wojnę. Jednak i tutaj wojna już zdążyła odcisnąć swoje złowrogie piętno. Byli też tacy co upijali się na smutno. Opłakiwali śmierć bliskich lub towarzyszy broni. Zatapiali się w ponurych myślach nad swoją i ich przyszłością jaka nie rysowała się obecnie w zbyt wesołych barwach. Topili swoje obawy, wątpliwości, strach czy niepewność pod różnymi maskami i powodami. Stąd atmosfera w “Tańczącym zającu” była gwarna ale dość wymieszana. Tutaj też działali werbownicy do poszczególnych oddziałów. W pewnym sensie wyróżniała się tutaj trójka z nich.

        Dwie młode kobiety i jeden starszy od nich mężczyzna. Za nimi stał sztandar z górskim, ptakiem o rozpostartych skrzydłach. W mało typowo dla Ostlandu barwach bo w godłach tej prowincji dominowały biel i czerń. W sąsiednim Hochlandzie zieleń a Middenlandzie błękit. Zaś drapieżny ptak był krwiście czerwony, trzy drobne kwiatki u jego stóp srebrne, góra nad jaką się wznosił zielona a niebo niebieskie. Zdecydowanie mało typowe godło jak na tą okolicę. Podobnie o ile mężczyzna to jeszcze wyglądał na jakiegoś weterana ze względu na wiek to zarośnięta gęba sprawiała wrażenie raczej herszta jakichś rozbójników z gór lub traktu. Jednak skrzyżowane szarfy świadczyły, że jest oficerem. Obie kobiety jakie mu towarzyszyły były wyraźnie młodsze, pewnie by mogły być jego córkami lub chociaż młodszymi siostrami. Tylko, że w ogóle nikt z tej trójki nie zdradzał do siebie rodzinnego podobieństwa. Zaś rodowe pierścienie na palcach kobiet świadczyły, że są szlachciankami. Co też nie było zbyt typowe bo damy z towarzystwa rzadko zajmowały się werbunkiem do wojskowych oddziałów.

        Ale właśnie ta trójka, werbowała ochotników do oddziału swojego pana, górskiego margrabiego Walthera von Falkenhorsta. Dystyngowana i oczytana Inez von Muller, wesoła i bezpośrednio Petra von Falkenhorst oraz porucznik Eryk Gebirgsjager prowadzili te rozmowy z kandydatami. Oczywiście nie tylko oni werbowali do oddziałów i nie tylko w tej karczmie. Ale było w nich parę wyjątkowych szczegółów. Jak choćby to, że ich domeną nie był ani Ostland ani żadne z sąsiednich prownicji ani nawet nie byli kompanią zawodowych najemników. Tylko pochodzili z Górskiej Marchii Falkenhorst. A tę reaktywowano po całych mileniach niebytu w zeszłym roku. Stąd Marchia potrzebowała nowych kolonistów, miała sporo stanowisk do zaoferowania i było miejsce dla nowego startu w życiu. Gdyby ktoś miał ochotę osiedlić się tam po zakończonej wojnie a nic by nie przeskrobał aby margrabia i jego wojsko musiało się za kogoś takiego wstydzic to drzwi były otwarte. Do tego pierwsze 10 lat bez płacenia podatków. Domów, sklepów i kamienic było tam, w trzewiach gór wciąż sporo. Można było brać to co jeszcze nie wziął nikt inny. Oczywiście trzeba było to już sobie samemu wyremontować no ale coś za coś. Właśnie dlatego było te 10 lat bez podatków.

        Cała trójka chętnie świadczyła na korzyść swojego pana. Na przykład podawali samych siebie. Inez była młodą uczoną na dorobku a margrabia w uznaniu jej zasług w swojej służbie mianował ją szlachcianką oraz oficerem. Petra była zawodową najemniczką i awanturniczką a też dohrapała się podobnych zaszczytow. Nawet Eryk co rok temu poszedł za zewem przygody w ciemno, z pół tuzinem swoich górskich kamratów teraz jak było widac po szarfach był oficerem i głównym dowódcą odnowionego regimentu górskiej lekkiej piechoty zwanej Gebirgsjaeger. O takie warunki trudno było u innych werbowników więc mogło to skusić niejednego śmiałka co i tak myślał się gdzieś zaciągnąć. I chociaż Gebijager przybyli tutaj konno to górskich kucy używali do transportu a sami walczyli głównie jako zwiadowcy i łucznicy. Jednak mieli działać w imieniu swojego górskiego margrabiego także na rzecz wszelakich wojskowych specjalności jakie mogły się przydać w hufcach górskiego lorda. Więc było miejsce i dla piechociarzy, i konnych, i zwiadowców, i cyrulików, i wielu innych. Trzeba było zaakceptować zwierzchnictwo owej trójki wysłanników margrabiego i to, że prędzej czy później ruszą na wschód, aby pod jego sztandarami walczyć z armią najeźdźców.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • Pipboy79P Niedostępny
          Pipboy79P Niedostępny
          Pipboy79 jako Pipboy79
          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
          #4

          Oryginalny tytuł: Czas: 2521.04.19; Bezahltag; dzień

          Miejsce: pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
          Czas: 2521.04.19; Bezahltag; dzień
          Warunki: jasno; gwar karczmy; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; nieprzyjemnie (0)

          Wszyscy

          Dziś od rana czuło się w wiosennym powietrzu, że to nie będzie zwykły dzień na Podgrodziu granicznej, ponurej twierdzy. Ostlandzkie powietrze było z rana chłodne ale przejrzyste. Jednak atmosferę rozgrzewały plotki o jakichś ważnych wieściach jakie dotarły do zamku. Wkrótce po tradycyjnej porze śniadania wyjątkowo okazały się prawdą. Heroldzi i różnej maści kurierzy ruszyli na Podgrodzie aby zapowiedzieć, że w południe sam pułkownik Hochberg ma ogłosić coś ważnego. Więc ludzie zaczęli tam wędrować. Do południa to już przed główną bramą ponurej twierdzy na wzgórzu zebrała się spora, hałaśliwa ciżba. Wojacy co akurat nie mieli służby, inni z rozbitych czy reorganizowanych oddziałów, masa najemników i awanturników co w ciągu ostatnich tygodni przybyła do Lenkster do tego okoliczni mieszkańcy Podgrodzie, przybysze z pobliskich wsi co zdążyli z ciekawości przybyć albo akurat mieli jakieś sprawy do załatwienia. Także ci co zajmowali pobliskie gospodarstwa, stodoły czy po prostu mieli rozbite namioty w okolicznych miastach też przybyli. Zapewne właśnie dlatego wybrano środek dnia aby każdy z okolicy miał okazję przybyć na stoki ponurego wzgórza i wysłuchać tych ważnych wieści.

          W samo południe nastąpiło poruszenie. Na murach pojawiła się sylwetka dostojnego rycerza jaki szedł pomiędzy wartownikami z włóczniami i kuszami. Wszedł na koronę bramnej wieży i tam heroldzi trąbami ogłosili jego przybycie. Większość ciżby na dole go nie znała. A i z daleka trudno było dostrzec kto to właściwie jest. Poza tym, że to jakiś wielki pan no i swojak bo widać było godło z ostlandzką byczą głową. Tylko ci co byli bliżej a i bywali tu wcześniej na samym zamku czyli dość niewielu, miało okazję wcześniej zobaczyć z bliska hrabiego pułkownika Ulricha von Hochberga. Ale i pozostałym zostało to obwieszczone przez heroldów. Gdy skończyli a na dole ten zgromadzony na błoniach wzgórza zamkowego tłum względnie się uciszył hrabia donośnym głosem zaczął swoje przemówienie.

          https://i.pinimg.com/originals/de/ed...1fe5bdbeb2.jpg

          - Ludu Ostlandu! Ludu Imperium! Mam dla was wspaniałe wieści! Nasz czcigodny, wspaniały Imperator nie zapomniał o nas! I przysłał nam list! Nasz ojciec przybędzie z pomocą! Przywiedzie ze sobą największą armię jaką widziano od czasów Magnusa Pogromcy Chaosu! Przybędzie i razem zgnieciemy te hordy barbarzyńców! - obwieścił z blank hrabia jaki był głównodowdzącym nie tylko twierdzy Lenkster ale i całego południowo - zachodniego narożnika Ostlandu. Wszystkie oddziały wojskowe mu podlegały. A w obecnej wojnie ten rejon pełnił rolę dalekiego zaplecza dla oddziałów walczących z armią najeźdźców. Tutaj gromadzono zapasy, segregowano je przed wysłaniem na wschód. Podobnie reorganizowano rozbite oddziały, tworzono nowe, szkolono milicje i ochotników a także tych co nie przejawiali takiej prawomyślnie ochotniczej postawy. Wreszcie próbowano jakoś uporządkować tą pstrokatą hałastrę awanturników i najemników, rycerzy rządnych wojennej sławy, niesionych gorączką religijną gorliwców gotowych umrzeć w walce z odwiecznym wrogiem ludzkości. Wszyscy oni przybywali pojedynczo, w mniejszych lub większych grupach, bandach i oddziałach tworząc chaotyczną, wieloetniczną zbieraninę jaka liczebnie mogła robić wrażenie ale jeszcze trzeba było to wszystko jakoś uporządkować i wcisnąć w wojskowe rozkazy i hierarchię, wpisać w odpowiednie hufce, przypisać tabory z zaopatrzeniem i tak dalej. Co było całkiem trudnym zadaniem gdy każdego dnia przybywał w okolicę Lenkster ktoś nowy.

          A wróg coś parł naprzód. Powoli ale metr za metrem wdzierał się coraz głębiej w leśne ostępy Ostlandu. Spacyfikował już przygraniczny opór Ostlandczyków i wczoraj gruchnęła wieść, że czołowe oddziały Chaosu podeszły pod Levudaldorf. A to już mniej więcej była połowa drogi między granicą z Kislevem a stolicą Ostlandu, Wolfenburgiem. Samo Levudaldorf nie imponowało wielkością będąc na pograniczu okolic sporej wsi lub prowincjonalnego miasteczka. Ale właśnie stanowiło tradycyjny półmetek trasy ze stolicy do Kisleva. I były tam krzyżówki także na północ do centralnych i północnych rejonów Ostlandu i południe do południowych, do potężnej rzecznej arterii Talabeku i samego Talabheim. Do dziś nikt tego nie zdementował więc nawet jeśli to była tylko plotka to raczej ponura i nie nastrajała optymistycznie.

          A dziś w południe wreszcie przyszła ta od dawna oczekiwania wiadomość. Co prawda tu w Lenkster widziano ochotników różnorakich i z Middenheim, i Hochlandu, i Talabeklandu i to różnych. Od zwykłych ciurów obozowych, kramarzy i markietanki przez zawodowych najemników i weteranów wielu wojen i kampanii jacy nią żyli więc ściągali niczym kruki wojny ciągnące do odłogsu i zapachu bitwy. Aż po zacnych rycerzy z własnymi sztandarami i pocztami. Ale mimo wszystko i to była ich prywatna inicjatywa. Wszyscy byli wdzięczni za tą pomoc ale czekano na czynniki oficjalne. Na NIEGO. I wreszcie ON, sam najwyższy władca najpotężniejszego kraju ludzi na tym kontynencie przysłał swoje słowo. Swoją obietnicę. Już nie tylko do swoich elektorów i najwyższych dowódców. Ale też do zwykłych ludzi i nieludzi jacy mieszkali w Ostlandzie. Przysłał obietnicę pomocy. Zapowiedział zebranie wielkiej armii z wszystkich imperialnych prowincji i ruszenie na pomoc walczącemu samotnie Ostlandowi. Takiej armii chyba nie widziano od czasów Magnusa Poboznego i jego Wielkiej Wojny z Chaosem gdy imperialni i ich sojusznicy ruszyli wspomóc oblegany Kislev i wspólnie rozgromili armię najeźdźców. Od tamtych legendarnych wydarzeń minęło dwa wieki. Obrosły licznymi tradycjami i historiami tworząc mit założycielski zjednoczonego Imperium. Obranie bowiem dwieście lat temu Magnusa na cesarza pogodziło zwaśnione i podzielone Imperium jednocząc je ponownie w jeden organizm państwowy pod wodza jednego władcy. A teraz obecny imperator, Karl Franz I obiecał podobny rozmach i wspólną walkę. Ale czas. Na zebranie tak potężnej armii potrzebny był czas. Więc na razie Ostland musiał stawiać opór najedźcom samotnie wsparty jedynie prywatna inicjatywą okolicznych sąsiadów z jakich płynęli ochotnicy, broń, pieniądze i różnorakie wsparcie. Zwykli ludzie a nawet nieludzie czy wielcy panowie nie chcieli czekać i sami zgłaszali się do walki z odwiecznym wrogiem. I tu, w Lenkster, było to dobitnie odczuwalne. List od ich wspólnego władcy jaki dzisiaj w południe odczytał hrabia Hochberg wywołał fale entuzjazmu. Zebrany pod murami tłum skandował jego imię, imię wspaniałego cesarza, wielkiego i niepokonanego Imperium, dumnego i upartego Ostlandu, chwalił dobrych bogów i w końcu tłum powoli zaczął rzednąć wracając do Podgrodzia, do swoich kwater, placów, namiotów, karczm aby świętować te dobre wieści. Nie inaczej było w “Tańczącym zającu”.


          https://i.pinimg.com/originals/90/0a...5c9121fca4.jpg

          - No to słyszeliście co ogłosił pan hrabia? Sam Imperator ze swoją armią ruszy nam na pomoc! Jego zdrowie! I nasze! Na pohybel naszym wrogom! - roześmiała się Petra von Falkenhorst wznosząc do góry kufel. Za nią wzniosły się pozostałe i w wiele gardeł wlało się gęste, trochę gorzkie a trochę słodkawe piwo. Zgrupowali się przy tych samych stołach co wcześniej prowadzono rozmowy rekrutacyjne. Tyle, że teraz złączono dwa lub trzy aby wszystkich pomieścić. Przynajmniej tych najważniejszych dowódców lub specjalistów jacy zgłosili się w ciągu ostatniego tygodnia do służby pod sztandarami górskiego sokoła jaki był godłem margrafa von Falkenhorsta. Bo gdyby zebrać wszystkich łącznie z szeregowymi żołnierzami to pewnie by zajęli całą karczmę albo i jeszcze by brakło miejsca.

          https://i.pinimg.com/564x/4f/8f/8c/4...7376964903.jpg

          - No właśnie. Ale zanim zaczniemy świętować na całego to mamy dla was ogłoszenie. - Inez von Muller znacznie lepiej pasowała do stereotypu młodej szlachcianki niż jej koleżanka. Inez zawsze była ubrana w elegancką suknię, miała starannie ufryzowane włosy i wysławiała się jak osoba dobrze wychowana i wykształcona. Petra zaś miała dość zawadiacką i impulsywną naturę i często sprawiała wrażenie jakiejś awanturniczki czy najemniczki niż szlachcianki. Zwłaszcza było to widoczne po jej manierze chodzenia w skórzanych spodniach na co decydowało się niewiele kobiet. A u szlachcianek prawie się nie zdarzało. No ale szlachcianki rzadko służyły w armii albo bezpośrednio zajmowały sie werbunkiem do niej. Zwykle jak już jakaś dorodna matrona chciała się jakoś przysłużyć armii to zajmowała się służbami pomocniczymi jakie były na miejscu, zostawała sponsorem jakiegoś oddziału, obejmowała nad nim patronat, fundowała sztandar często przy tym zostając symboliczną dobrodziejką i matką chrzestną ale raczej rzadko się zdarzało aby kobiety walczyły i dowodziły osobiście.

          Obie młode szlachcianki prowadziły werbunek do służby a hufcach swojego górskiego patrona i miały objąć dowództwo póki margraf nie przybędzie aby przejąć to wszystko już osobiście. Na razie został w Falkenhorst organizując tam wszystko na potrzeby kampanii wojennej jakiej do początku tej wiosny w ogóle nie planował. Jak zresztą pewnie i cała reszta Imperium i Kisleva. Obie mieszkały na zamku bo w końcu były przedstawicielkami wielkiego pana. Ale wynajmowały w “Zającu” pokój w którym prawie codziennie się pojawiały i był ich główną bazą na Podgrodziu podczas werbunku ochotników. Trzecim wysłannikiem margrafa był porucznik Eryk. Jaki z kolei miał wygląd górskiego zbira co bardziej by pasował do napadania podróżnych na traktach niż do tego co zwykle się myślało słysząc “oficer”. Ale nosił szarżę na swoich szarfach, przybył do Lenkster na czele swojego oddziału górskich myśliwych zwanych Gebirgsjaeger i w przeciwieństwie do koleżanek mieszkał w “Zającu” na stałe. Więc o ile akurat nie nocowały w gospodzie to często z samego rana czy wieczorem z całej trójki właśnie jego było najłatwiej spotkać. A dziś przy tak ważnym i radosnym wydarzeniu byli całą trójką w swojej ulubionej gospodzie. Podobnie jak chyba wszyscy ważniejsi dowódcy i specjaliści jacy w ciągu ostatniego tygodnia udało im się zwerbować pod sztandary górskiego margrafa.

          - No właśnie! Mamy ogłoszenie! - podchwyciła Petra po czym powiodła wesołym spojrzeniem po zebranych ochotnikach. - Musimy kupić więcej koni, wozów i zapasów. Tu w okolicy to wszystko już wybrane albo nie ma a jak jest to takie ceny, że ho ho! Ale trochę porozmawiałyśmy tu i tam i w Hochlandzie jest jeszcze w miarę normalnie. Dlatego pojedziemy tam aby kupić te zapasy i wrócimy z powrotem. - obwieściła im szlachcianka w skórzanych spodniach jakie miało być ich pierwsze zadanie jako właśnie tworzonego hufca von Falkenhorst.

          - Tak, bo dzisiaj rano miałyśmy rozmowę w sztabie na zamku. I wszystko wskazuje na to, że wkrótce część sił, w tym nas, przesuną na wschód. Na początek do Ristedt. Raczej nie w tym tygodniu ale po Festag to już kto wie? Prawie na pewno trzeba będzie tam ruszać w przyszły Festag, tuż przed albo po. Więc stracimy okazję do takiej aprowizacji naszych oddziałów. - Inez dodała coś od siebie dlaczego się zdecydowały na taki ruch. Przez ostatni tydzień to prawie każdego dnia ktoś do nich dochodził. Z różnymi oddziałami, różnej wielkości, jakości i specjalizacji. To jeszcze nie było wiadomo czym właściwie będą dysponować. Ale po tygodniu to już się trzon tych sił zaczął krystalizować. Mieli głównie piechotę, różnoraką od włóczników, przez strzelców i szermierzy. Jedynie niektórzy oficerowie poruszali się konno a Gebirgsjaeger dysponowali podróżnymi kucami górskimi. Większość tej żołnierskiej masy to jednak byli piechurzy. I była wreszcie okazja aby wykonać pierwszy ruch w celu zdobycia zapasów jakie później na objętej wojną krainie mogłyby być trudne do zorganizowania.

          - Więc Inez i Eryk zostaną tutaj i dalej będą prowadzić werbunek. A ja wezmę paru chwatów i pojedziemy do Hochlandu na małe zakupy. Do Breder. W Marktag jest tam targ więc powinna się zjechać cała okolica. A jak mówi Stefan to tam jest koński targ i nie tylko to będzie okazja rozejrzeć się co tam mają i po ile. - tłumaczyła wysłanniczka margrafa o fioletowych włosach. Wskazała na lidera myśliwych jaki był rodowitym Hochlandczykiem a do tego całe pogranicze między rodzimą prowincją a Ostlandem znał całkiem dobrze.

          https://i.imgur.com/dH1Ve3M.jpeg

          - Tak jest psze pani! Tam jest koński targ, ludzie tam zwożą też krowy, wozy, kozy, owce i inne takie a ja mam tam kuzyna który… - brodaty Hochlandczyk wyglądał jak herszt jakiejś bandy rozbójników ale wypowiadał się raźno i pewnie. Zwłaszcza, że sprawa dotyczyła jego rodzimych okolic.

          - Dobra, dobra, po drodze nam opowiesz. No właśnie, nie swawol dzisiaj za dużo bo jutro ruszamy do Breder. - Petra roześmiała się jakby ją rozbawiło to, że myśliwy pewnie zaraz by ich uraczył jakąś rodzimą historyjką więc mu przerwała. Ale nie było dziwne, że zdecdywała się zabrać jego i jego łuczników jako przewodników po terenie jaki całkiem dobrze znali.

          https://i.imgur.com/lZI43OT.jpeg

          - I Georgij. Ty i twoi halabardnicy to też wyglądacie jak straż czy co. To będziecie się dobrze prezentować. Bo może uda nam się tam kogoś jeszcze zwerbować? - Petra wybrała jeszcze flegmatycznego ale dającego się już poznać z rozwagi sierżanta oddziału halabardników. Dzięki swojej głównej broni rzeczywiście mogli sprawiać wrażenie jakiegoś oddziału straży miejskiej. Ten przyjął to zadanie spokojnym skinieniem głowy.

          - Wszystkich mam zabrać? - zapytał dla jasności sprawy. Szefowa zastanowiła się chwilę po czym skinęła twierdząco głową.

          - Tak, wszystkich. W końcu jak będziemy wracać z tabunem koni i wozami to ktoś może mieć jakieś głupie pomysły. Lepiej to zawczasu wybić komuś takiemu z głowy. No i Renate. Ty i twoi tarczownicy też się dobrze prezentujecie. To też naszykujcie się, że jutro ruszymy w drogę. - szlachcianka w spodniach zwróciła się do ostrzyżonej na krótko blondynki z mieczem u boku i dość nonszalanckiej pozie. I też w spodniach chociaż nie skórzanych. Renate Theiss pochodziła z Nordlandu co lubiła podkreślać morskimi błękitami w swoim stroju. I stała na czele grupy zaprawionych w bojach mieczników. Przez te parę ostatnich dni gdy zdarzało jej się gościć w “Zającu” dała się poznać jako dość przyjacielska ale trzymająca rozmówców na dystans.

          https://i.imgur.com/NL0V4lu.jpeg

          - No nie wiedziałam, że dostałam tą robotę ze względu na dobrą prezencję. Myślałam, że chodzi o robienie mieczem. - zażartowała szefowa mieczników czym wzbudziła powszechną wesołość u rozmówców. Petra też się roześmiała mimo, że pewnie uświadomiła sobie, że jej argumenty zabrzmiały nieco niezręcznie.

          - Ale jeszcze parę osób by się przydało. W końcu nie wiadomo co nas może spotkać po drodze, na miejscu albo jak będziecie wracać. - Inez wtrąciła się aby nieco zmienić temat. I dała znać, że parę wybranych osób to by chętnie widziała na tej planowanej wyprawie a poza tym zawsze można było się zgłosić na ochotnika zamiast siedzieć w karczmie czy gdzieś na okolicznych gospodarstwach albo lasach.

          - Dobrze, już dobrze, jutro ruszamy w drogę ale dzisiaj się bawmy! - w końcu Petra niejako ogłosiła przejście do części mniej oficjalnej a bardziej integracyjnej. W końcu w ciągu ostatniego tygodnia czy dwóch to czasem się nawet widywali tam czy tu, nawet ktoś mógł się spotkać czy pogadać w karczmie przy rekrutacji albo przypadkiem. Ale pierwszy raz była okazja rozejrzeć się kto jeszcze zgłosił się na służbę górskiego markgrafa. I okazało się, że kompanija była dość różnorodna a całkiem tłumnie obsiadła te dwa czy trzy złączone stoły.


          W miarę jak wiosenny dzień się kończył a zbliżał zmierzch to i towarzystwo robiło się coraz śmielsze. Zwłaszcza przy hucznej biesiadzie i licznych kolejkach różnorodnych trunków. Przez ostatnie dni nad Lenkster panowała dość ponura atmosfera. Zbliżające się hordy Chaosu były jeszcze dość daleko ale kolejne dni przynosiły niezbyt wesołe wieści z toczących się walk. Bo brzmiało jakby walki toczono o coraz bliższe stolicy i zachodniego pogranicza wioski, sioła, osady i brody. Przewalające się przez Podzamcze oddziały wojska, uchodźcy ze wschodu, organizacja nowych wojsk też nie sprzyjała lekkiej atmosferze. Ale dzisiaj było inaczej. Jeszcze wojna nie była wygrana ale zapowiedź, że sam imperator się włączy do tej walki i to z przepotężną armią ze wszystkich prowincji podniosło wszystkich na duchu, że nastrój zrobił się nadspodziewanie świąteczny jak na jakimś weselu albo festynie.

          https://i.imgur.com/9qG7mlS.jpg

          - No nieźle, nieźle… - przyznała Kislevitka dowodząca grupką rzecznych marines jacy zaciągnęli się pod sztandar górskiego hrabiego licząc, że pod jego wodzą przyczynią się do walki z odwiecznym wrogiem jaki nim ruszył przeciwko Ostlandowi pierwej zaatakował ich ojczyznę. Pokiwała głową z uznaniem dla nowopoznanych kolegów. Okazało się, że potrafią rzucać nożami albo toporkami. Zrobili więc konkurs ciskając do celu jakim był charakterystyczny słój drewna na belce stanowiącą ścianę karczmy przez co był wygodnym celem. Już kilka noży i jakieś krótkie toporki były tam wbite w ścianę. A dwa czy trzy leżały na podłodze po tym jak się nie wbiły lub zdążyły już odpaść. Niektórzy próbowali swoic sił z ciekawości nawet jeśli nie mieli w tym zbyt wielkiej wprawy. A inni na odwrót, rywalizowali ze sobą zawzięcie. Wśród zwerbowanych sierżantów to Sorokina wydawała się brylować w tej rzucanej dziedzinie.

          Część gości wyszło na podwórze gospody. Gdzie na małym dziedzińcu otoczonego stajnią, wozownią i szopami urządzono sobie zawody wymagające więcej przestrzeni. A przy okazji dając okazję i miejsce dla widowni. Jak choćby strzelanie do celu. Celem było wiadro znalezione gdzieś na podwórzu i ustawione na jednej z beczek. Cel był taki sobie. Znaczy ze względu na wielkość to był znacznie mniejszy od sylwetki człowieka czy podobnego celu ale za to strzelało się na wprost i z dość bliskiej odległości. A nie jak w trakcie bitew gdzie zwykle jeden oddział strzelców strzelał dość stromo w górę a potem strzały spadały niczym pierzasty deszcz na przeciwnika. Kusz czy broni palnej używano inaczej ale przy tak bliskim strzelaniu szanse były dość równe. Czy ktoś strzelał z kuszy, łuku czy broni palnej to z tych dwudziestu czy trzydziestu kroków jakie dało się złapać na podwórzu były dość wyrównane. Tylko dla pistoletów to była już dość spora odległość. Tutaj chyba dziwne nie było, że ton nadawali liderzy zwerbowanych łuczników Paul co był sierżantem łuczniczych milicji i Stefan co jak już wcześniej dało się poznać podczas przemówienie obu szefowych był z Hochlandu i miał maniery zawodowego cwaniaka.

          https://i.imgur.com/koPWMoQ.jpeg

          - I co? Potraficie w Hochlandzie tak strzelać? - zagaił Paul zerkając pytająco na Stefana. W końcu to Hochland właśnie słynął na cały kraj z zawodowych myśliwych i pierwszorzędnych strzelców. I nie na darmo właśnie tam skonstruowano myśliwskie arkebuzy zwane “muszkietem hochlandzkim”. Niemniej teraz okazywało się, że obaj łucznicy są godnymi siebie przeciwnikami.

          - Nie no skąd psze pana! Przynosi pan zaszczyt swojej prowincji! Wreszcie w Ostlandzie nauczyliście się strzelać! Naprawdę miło poznać Ostlandczyka który łumi prawidłowo trzymać łuk w rękach! - Stefan bez wahania złożył nowemu koledze gratulacje i to takie szczere, gorąco potrząsał jego prawicą. Ten zaś miał minę jakby zastanawiał się czy nie powinien się właśnie obrazić. Rozważania przerwał mu huk arkebuza i gryzący w nozdrza dym spalonego prochu. Kula pomknęła ku już mocno podziurawionemu i naszpikowanemu strzałami i bełtami wiadru. Gruchnęła o deszczułki aż pojemnik podskoczył i przewrócił się na wierzch beczki po czym poturał się na jej brzeg i tam znieruchomiał.

          https://i.imgur.com/r2Pv2Rp.jpeg

          - Niezłe są te wasze wykałaczki chłopcy, niezłe. Ale to jest znacznie lepsze. - strzelec uniósł dumnie swój arkebuz aby się nim pochwalić. Nie był już taki młody i włosy miał przetykana siwizną. Chociaż twarz miał jeszcze w sile wieku. Kazał się nazywać Dymitri ale wcale nie był z Kisleva. Nie był nawet z Imperium gdzie te kislevskie imiona też bywały dość popularne, zwłaszcza na wschodzie. Dymitri Eger pochodził z egzotycznej tutaj krainy nazywanymi Księstwami Granicznymi jakie były położone na południe od Gór Czarnych i gdzie się kończyły to trudno powiedzieć. Nawet akcent chociaż zrozumiały w reikspiel to miał dość dziwny, że od razu dało się poznać kogoś z dalekich stron. A Dymitr był zawodowym strzelcem i dowódcą grupy podobnych sobie arkebuzerów jakich uzbierał jako swoją kompanię od Księstw Granicznych przez wojny pomiędzy tileańskimi miastami, estalijskimi księstwami, bretońskimi baroniami aż zawędrował do Imperium akurat w sam raz na nową wojnę. On sam mówił, że pochodzi z Księstwa Sodraland no ale ta nazwa tutaj chyba nikomu nic nie mówiła.

          W końcu jednak zabawę w strzelanie trzeba było skończyć jak któraś ze strzał przeleciała przez ogrodzenie i wylądowała… No nie wiadomo gdzie bo ogrodzenie zasłaniało. Ale chyba gdzieś na ulicy. Jakoś nikt nie przyleciał z wrzaskiem i pretensjami ale towarzystwo chociaż rozbawione i rozochocone to jednak wolało więcej nie ryzykować.

          - E tam te wasze zabaweczki… Chodźcie się zmierzyć jak prawdziwi mężczyźni! - zawołał radośnie któryś z osiłków. Mimo mało przyjemnego wiosnnego chłodu stał w samych spodniach i był gotów zmierzyć się z każdym śmiałkiem w zapasach. Zasady były proste. Trzeba było albo wypchnąć przeciwnika poza narysowany na ziemi krąg albo powalić go na plecy. Wtedy zdobywało się punkt. Kto pierwszy zdobył pięć to wygrywał. Szybko więc znalazło się całkiem sporo chętnych aby się sprawdzić w tak bezpośredniej i dość przyjacielskiej rywalizacji. Okazało się, że pochodzący z Ostermarku Klaus jest całkiem niezły w takich zmaganiach.

          https://i.imgur.com/t5Lp7Uj.jpeg

          - Tak to robimy w Ostmarku. - powiedział ocierając dłonie po ostatnim przeciwniku. W pewnym momencie jednak się trochę zdziwił gdy z tłumu widzów wyszła blondwłosa “ładna buzia” czyli sierżant mieczników.

          - To chodź. Zobaczymy jak sobie poradzisz z dziewczyną z Nordlandu. - powiedziała wesoło odpinając pas z bronią i podając go swojemu koledzę. Widownia zaś zafalowała oczekując ciekawego widowiska.

          Nie mogło też zabraknąć tradycyjnego siłowania się na rękę. Wystarczyło jakiś stół i dwóch chętnych i można było zaczynać. Chętnych nie brakowało. Można było w końcu popisać się krzepkością swoich ramion, zdobyć uznanie wśród nowych towarzyszy, darmowe kolejki trunku od widowni czy zalotne spojrzenia kobiet jakie były akurat w środku. Tu trudno było o zwycięzcę bo stawka była dość wyrównana. Ale koledzy, koleżanki i przypadkowa widownia wszystkich nagradzali okrzykami zachęty i uznania.

          Ale gdy ktoś wpadł na pomysł aby zrobić konkurs wspinania się po linie dość szybko okazało się, że marynarskie doświadczenie wiele znaczy. Bo gdy zarzucono linę na okno stodoły przez jaką normalnie władowywało się pakunki siana na strych i trzeba było się wspiąć po tej linie jak najszybciej to okazało się, że Sorokina nie ma sobie równych. Wspinała się z iście małpią zwynnością i nawet krzepcy mężczyźni przy jakich wydawała się drobna mieli trudności aby za nią nadążyć.

          Kolejną tradycyjną konkurencją było picie na umór. A dokładniej odwracało się klepsydrę i ochotnik miał do wypicia ogromny, pamiątkowy kufel Philippa pełen piwa. Gdy był napełniony po brzegi był tak ciężki, że trzeba było go trzymać dwiema rękami. Poza tym tak było wygodniej. I tutaj też stawka była wyrównana zwłaszcza jak obie szefowe sponsorowały trunki podczas tej zabawy. To chętnych na darmowe picie było też sporo. W końcu chyba prym zaczął wieść Lukas co bardzo spodobało się wielu Ostlandczykom. Bo nie do zniesienia była im myśl, że mieliby zostać pokonani w tej narodowej dyscyplinie i mocnych łbach z jakich słyneli na całe Imperium przez jakiegoś zagraniczniaka.

          https://i.imgur.com/MfLYk2D.jpeg

          - To była łatwizna! - rozpromienił się Lukas ocierając rękawem usta z nadmiaru trunku. Lukas był ponurym i opryskliwym dowódcą włóczników i stanowił sól tej ziemi. Wydawał się być żywym uosobieniem wszelkich stereotypów o tej imperialnej nacji. W gruncie rzeczy paliła go męka o los najbliższych i rodzinnych stron bo chociaż wojna i służba zastała go przy zachodnich kresach Ostlandu to on sam pochodził ze wschodnich. Właśnie tam gdzie obecnie uderzyła wojenna zawierucha.

          Kolejną dyscyplinę zaproponowała Petra. Właściwie była prosta. Jedna osoba przerzucała z dłoni do dłoni kamyk a druga starała się go przechwycić w locie. Do tego przydatny był dobry refleks. I okazało się, że talent do tego mają obie panie sierżant. Zarówno kislevska brunetka dowodząca swoimi marynarzami jak i krótkowłosa blondynka z Nordlandu wydawały się mieć najlepsze predyspozycje w tej dziedzinie.

          - To może coś bardziej intelektualnego. - zagadnęła Inez dla odmiany propnując konkurs zagadek. Znała ich całkiem sporo i tutaj trzeba było wykazać się dobrą pamięcią i bystrością umysłu aby skojarzyć jakąś frazę jaka była na początku wierszyka z pytaniem jakie było na końcu. Poza tym niektóre były oczywiste, że dziecko by nie miało pewnie trudności z wyłapaniem tych zależności. Ale niektóre wymagały sporej wyobraźni i trzeźwości umysłu. Tutaj przydało się doświadczenie kupieckie i organizatorskie Christiny jaka zaciągnęła się pod sztandary margrafa jako dowódca milicji.

          https://i.imgur.com/RmGHCtO.jpeg

          Spora część tych milicji to byli jej dawni pracownicy firmy handlowej razem z eskortą. A inni dołączyli do niej już tutaj, w Lenskter albo byli do niej kierowani przez nowe szefowe. Sama Christina już nie była młódką i bił z niej jakiś chłód. Wydawała się szorstka i ponura ale rzetelnie wypełniała swoje obowiązki i tego samego wymagała od swoich podwładnych i kolegów. Zupełnie jakby nadal kierowała swoją firmą. Ale pod względem pamięci i skojarzeń okazała się być w samej czołówce.

          Sprawdzano też odwagę i zimną krew ochotników. A mianowicie przerzucano przez krokiew linę a potem wiązano do niego wiadro z wodą. Delikwenta ustawiano w odpowiednim miejscu albo nawet kilku od razu tam stawało. A z przeciwnej strony ktoś puszczał rozbujane wiadro. To rozpędzone ruchem wahadłowym pruło przed siebie i gdyby kogoś trafiło, zwłaszcza w twarz, to na pewno nie byłoby to przyjemne a wręcz bolesne. Oczywiście można było w ostatniej chwili umknąć poza zasięg rażenia rozpędzonego wiadra. Ale właśnie chodziło o to, że ktoś z zimna krwią mógł wytrwać do naprawdę ostatniego momentu. Tu znów było chyba więcej zabawy niż prawdziwego ryzyka chociaż paru pechowcom napełnione wodą wiadro roztrzaskało twarz czy boleśnie ugodziło w pierś albo ramiona gdy próbowali się w ostatniej chwili zasłonić. Ale w czołówce znalazł się także Marcus.

          https://i.imgur.com/4TXeTs1.jpeg

          Spokojny i rozważny kusznik z Talabeklandu jakiego Petra wybrała aby jutro ruszył z nią do Breder okazał się mieć tą rozwagę i zimną krew także przy tej zabawie. Zawsze wydawał się wytrwać najdłużej naprzeciwko rozpędzonemu wahadłu z pełnego wiadra. Jak się okazało podobnie jak wielu ochotników co zgłosili się na służbę do górskiego markgrafa jest zawodowym żołnierzem. Kusznikiem właśnie. W swojej wojskowej karierze zwiedził większość wschodnich prowincji, od rodzimego Talabeklandu przez Ostland, Ostermark i Hochland. No a na wiosnę jak gruchnęła wieść o nowej wojnie na wschodzie to razem ze swoja grupą ruszył właśnie tam i tak znalazł się w Lenkster. Zaciągnięcie się pod sztandary z górskim sokołem wydało mu się równie dobre jak pod każdy inny a organizacja zrobiła na nim dobre wrażenie. No i miał już swoje lata więc wizja znalezienia nowego domu po wojnie jako weteran w służbie górskiego pana, może jakiś sierżant - szkoleniowiec skusiła go ostatecznie.

          A jak zabawa to nie mogło też zabraknąć tańców, muzyki, śpiewu, wina i pięknych kobiet. Okazało się, że panie i panny z szeregów górskich hufców albo te co akurat były w karczmie całkiem są skore zaznać nieco radości i rozrywki podczas tańców. Czy któraś ze szlachcianek margrafa, czy rzeczna Kislevitka, czy blondynka z Nordlandu albo nawet ponura i wymagająca wdowa i kobieta interesu z Ostlandu całkiem chętnie poszły w tany.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • CioldanC Niedostępny
            CioldanC Niedostępny
            Cioldan jako Cioldan
            napisał ostatnio edytowany przez JhnW
            #5

            Miejsce : Ostland; sektor pd-zach; Ristedt; dom Albwina
            Czas : 2521.04.11 Bezahltag; wieczór
            Warunki : główna izba, jasno, ciepło, spokojnie; na zewnątrz: wieczór, śr.wiatr, pogodnie, chłodno

            - Młody, jak tak dalej pójdzie to i my będziemy musieli się stąd wynieść - powiedział smutnym, jednocześnie bardzo melodyjnym głosem mężczyzna.
            - Wuju, nie masz co się martwić! Mówię już ci kolejny tydzień, zaciągnijmy się do armii! - odpowiedział mu inny mężczyzna, głębokim głosem, którego nie powstydziłby się żaden herold.
            - Co Ty gadasz... Już Hal'il się zaciągnął... - odpowiedział mężczyzna nazwany wujem. Zrobił pauzę na łyk piwa. Chwycił swój wielki kufel w dwie ręcę i w bardzo szybkim tempie opróżnił niemal całe naczynie. Kontynuuował wypowiedź - syn już mi przepadł gdzieś na wojnie, jeszcze brakuję, żebym ja zostawił moją Yuviel i moje dwie dziewczynki tutaj na pastwę losu...
            - Wujek! Uszy do góry, w końcu odeprzemy Burzę Chaosu - entuzjastycznie odpowiedział młodszy z rozmówców - ja na pewno się zaciągnę, trzeba pomóc ojczyźnie i przede wszystkim odnaleźć Hal'ila. Ty tu w takim razie zostań, bo mimo, że jest wojna, to jako kupiec, na pewno znajdziesz swoją niszę i dalej będziesz mógł handlować. Nie wiem przerzuć się na handel bronią albo alkoholem... Chyba jesz - nagle drzwi od izby otworzyły się, obijając się o ścianę z hukiem. Dwóch bardzo zaaferowanych mężczyzn przepychało się jakby obaj mieli do przekazania jakieś niesamowite wieści. W końcu jeden podstawił nogę drugiemu i stanął przed obliczem starszego mężczyzny.
            - Panie Albwinie, Pańska córka Lindara wróciła z Fort Korver! Pani Yuviel już ją przyjęła - dumny z siebie krasnolud przekazał informację. Drugi mężczyzna - średniego wzrostu człowiek - powli podnosił z ziemi swoje ciężkie ciało. Gdy już się wyprostował, otrzepał się i dodał od siebie - Eponia natomiast ogłosiła, że znalazła kupca na sprzęt browarniczy Hal'ila. Gdyby nie zaciągnął się do armii to mógł spłacić w ten sposób swój dług .- Powiedział spokojnie, już bez emocji.

            Dwóch elfów, a raczej eonirów wstało od stołu. U starszego w końcu zagościł uśmiech na twarzy, może ledwo widoczny, ale zawsze to uśmiech.

            - Felix, Kargun, zawsze miło was widzieć. Myślę, że z okazji powrotu mych kuzynek trzeba wystawić przyjęcie, wojsko nie zając! Panowie dołączcie do nas później i zawołajcie też Leni. Za dwie godziny tutaj... - elf już zacierał ręcę na myśl o świętowaniu.
            - Duivel, mogłem nie mówić, żebyś czuł się jak u siebie, prawda? Ale niech będzie przyjęcie, ale niezbyt duże i bez mocnych trunków. Mamy wystarczająco piwa, które Hal'il produkował i chciał sprzedawać. Dobra, zawiadomię służbę i widzimy się za dwie godziny.

            Przez dwie godziny w kuchni, która znajdowała się zaraz obok głównej izby, zrobiło się bardzo gwarno. Leni, która zastępowała szefa kuchni, wydawała rozkazy reszcie kucharzom, którzy byli przeważnie sporo wyższi od niziołkini. W głównej izbie nakryto do wielkiego drewnianego stoły, na krzesła położono specjalne płutna i rozstawili talerze, kufle i sztućce, a także trzy świeczniki. W końcu do sali wszedł Albwin ze swoją żoną Yuviel (również elfką, ale ciężko było rozpoznać, do których konkretnie elfów należała, zielarką z zawodu), za nim Duivel szedł pod rękę z Lindarą, przy stole już czekała Eponia, która dzieliła się opowieściami z podróży razem z najbardziej zaufanymi pracownikami Albwina - Felixem, Kargunem i Lenią, która to uwinęła już się w kuchni. Gdy wszyscy zasiedli do stołu, Albwin wniósł pierwszy z wielu toastów tego wieczoru. Posiadówka się zaczęła i piwo zaczęło lać się strumieniami....

            Miejsce : Ostland; sektor pd-zach; Lenkster; przed karczma “Pod skocznym zającem”
            Czas : 2521.04.13 Angestag; południe
            Warunki : droga przed wejściem, jasno, ciepło, gwar głosów; na zewnątrz: dzień, bezwietrznie, pogodnie, ciepło

            - Feli, cy to napewno tuuu hic - spytał Duivel, ubrany w całkiem elegancki strój, tyle, że mocno pobrudzony. Spodnie miał przetarte na kolanach, kurtka była lekko zniszczona przy rękawach, rozpięta, a koszula zapięta koślawo. Jego blond włosy były w całkowitym nieładzie i z jednej strony jakby posklejane. Jego kompan siedział po drugiej strone chodnika, nad wyraz zmęczony z kawałkami jedzenia na butach.
            - A Albi mówił że to ty czytasz umiesz... Ehhh ja sie nie zapisze... muszę poszukać Karguna... dzieś tu jeszt... na penwo - Odpowiedział z długimi pauzami na łapanie powietrza, jakby czynność mówienia było bardzo wymagająca. Od wschodniej strony przyjechał wóz, na którym siedziała Elfka ubrana jak szlachcianka. Poprawiła swój kapelusz i bardzo zgrabnie zeszła z wozu. Zwróciła się do mężczyzny na krawężniku.
            - Pięknie, znalazłam twojego kompana w rowie w połowie drogi do Lenkster, co wy sobie myśleliście? Naprawdę nie mogliście poczekać jeszcze dnia? Wytrzeźwieć porządnie? Mówiłam Albwinowi, że powinniśmy otoczyć się samymi elfami, a nie nawet eonirami... Mogłam stracić naszego rzemieślnika, woźnicę i członka rodziny. - wyraźnie poirytowana mówiła do Felixa, uderzając przy tym parasolką o ziemię, a czasem wymachując jak szablą. Tym razem popatrzyła na Duivela i mówiła dalej
            - Ty jeszcze jakoś trzymasz się na nogach, gdyby nie twoje kuzynki, to nie wiem czy byśmy was szybko znaleźli. Chcesz do tej armii? Dobrze, ale Felix i Kargun będą mogli co najwyżej towarzyszyć Ci z oddali. Po wojnie będę ich potrzebować... Jak się zdecydujesz zabrać swój mały obóz wędrowny, to w domu postanowiliśmy, że moje dziewczynki też mogą iść, ale nie w regularnej armii. Kto inny odnajdzie Hal'ila lepiej niż jego własne siostry. Jak one to i Leni, bo coś muszą dobrego jeść. Masz tu trochę ziółek mojej produkcji, nie pytaj, tylko jedz. Masz też trochę srebra na pokój w tawernie, może się prześpisz chwilę. Teraz zabieram twych pijackich kompanów i odstawię ich do Ristedt. Wieczorem wróć do nas.

            Yuviel weszła z gracją na wóz, poczekała aż Felix się tam wgramoli i z chrapiącym na wozie Kargunem odjechali. Duivel próbował wyłapać sens tego co się wydarzyło, ale nie był w stanie. Ziółko już pogryzł i połknął, poczuł się ciut lepiej, a na pewno stał się mniej chwiejny na nogach. Wszedł do karczmy i jak najciszej potrafił udał się do oberżysty. Poprosił o pokój ciepłą herbatę. Zapłacił pieniędzmi od ciotki.

            - Herbatę podam jak zrobię, postawię tu, a to klucz do pokoju. Idź na lewo, prosto i drugie drzwi po lewej to będzie twój. A teraz zmykaj - właściciel przybytku nie lubił obcych... albo po prostu elfów, słychać to było w jego głosie i widać w spojrzeniu jakim zmierzył eonira. Jednak klient to klient... Duivel już doszedł do pokoju, nie położył się jednak spać, tylko rozebrał się i wziął wiadro pełne lodowatej wody i polał się wodą z niego stojąc w jakiejś obskurnej wannie. Włosy były mokre, ale przynajmniej już się nie lepiły... z brudu. Wytarł się w koc z łóżka i ubrał spowrotem. Wytrzepał ciuchy, przejrzał się w lustrze. Wyglądał już lepiej. Dziwny tatuaż na jego szyi miał jakby czerwone obówdki wokół czarnego tuszu, nie pierwszy już raz w ostatnich miesiącach. Uszy mocno odstawały od głowy i miały charakterystyczne spiczaste zakończenie, tak że nikt nie mógł go pomylić z innym gatunkiem humanoidalnym. Wyszedł z pokoju, zamknął go i wrócił do oberżysty. Był już w znacznie lepszej formie, choć do trzeźwości jeszcze mu trochę brakowało. Jego herbata czekała, ale albo zdążyła całkiem wystygnąć, albo nigdy nie była ciepła. Tak czy siak wypił ją szybko i rozejrzał po karczmie. Od razu rozpoznał stół przy którym odbywała się rekrutacja.
            - Chciałem się zaciągnąć do armii Ostlandu! - krzyknął Duivel opierając się już o stół przy którym zasiadała trójka dystyngowanych ludzi.
            - Chyba do hufca pod banderą margafa von Falkenhorst?? - znajomy głos spytał zza jego pleców. Był to Jotunn, jego krasnoludzki przyjaciel. Również się zaciągał do armii. - słuchaj, dawno nie byłeś w Lenkster, a powiem Ci, że trochę się zmieniło. W każdym razie po wojnie będziemy mogli zostać sąsiadami w Górskiej Marchii Falkenhorst! No i 10 lat nie będziemy płacić podatków!
            - ale będziemy walczyć za Ostland? Nie będziemy czekać aż zaatakują ... góry? - spytał zaskoczony Duivel, który mimo swego obycia w świecie, nie słyszał o takim tworze jak Falkenhorst.
            - Przyjacielu! My zawsze za Ostland! Ale jeśli będą szły za tym inne korzyści... to czemu nie? - dodał rozbawiony krasnolud. Po chwili obaj już wpisali się na listę, a Duivel zaprosił Jotunna do Ristedt gdyż obiecał Ciotce, że tam wróci. Po chwili spędzonej na zamku, udali się do domu Albwina.

            ========

            Miejsce : pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
            Czas : 2521.04.19; Bezahltag; dzień
            Warunki : jasno; gwar karczmy; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; nieprzyjemnie

            Po kilku dniach spędzonych u wujostwa, dowiedział się, że Wuj i Ciotka opuszczają Ostland i ruszają do dalekiej rodziny. Mają tam zostać aż wojna się skończy. Kuzynki i cała służba zostają w okazałym domu, aby dopilnować interesów do ostatniej chwili. Dostali zakaz dołączenia do armii, ale może ruszą za Duivelem i pomogą mu w poszukiwaniu Hal'ila? Na tę chwilę jednak Mundo-naru był z powrotem na podzamczu przy karczmie “Pod tańczącym zającem”. Z uwagą słuchał co mają do przekazania dowódzcy małej armii do której się zaciągnął. Był zaskoczony, że tak wiele kobiet znazało się na czele poszczególnych regimentów. Jeszcze większe zdziwienie przyszło gdy zobaczył ich urodę. Gdy Petra przekazała im ogłoszenie o ochotnikach, Duivel nie wahał się ani chwili i niemal od razu podniósł ręcę i krzyknął - Ja jadę! Duivel Mundo-naru!- wręcz wyryczał z siebie głośno ale i wyraźnie. Zadowolony z siebie udał się na spacer po zamku ze swoimi przyjaciółmi, którzy również byli w armii, Jotunnem i Elarą. Tak spędzili większość dnia, a na wieczór wrócił do karczmy aby poznać innych wojaków, a przede wszystkim głównodowodzące. Przechadzając się po podwórzu gospody zobaczył jak grupka młokosów rzuca toporkami i nożami do celu. Już wiedział, że będzie się dziś dobrze bawił. Od razu podszedł do wyznaczonej liny, wyciągnął swój nóż, wycelował i cisnął nim do celu.

            - No dobra, ile mam rzutów? Użyczycie swoich noży i toporków? - spytał pełen entuzjazmu elf. Podniósł ręcę do góry, wstrzymał na chwilę konkurencję, gdyż poszedł wyciągnąć swoją własność z belki.
            - Tylko zapamiętajcie dobrze skąd wyciągam mój nożyk, jak już będziecie przyznawać nagrody! - wykrzyczał z radością pewny siebie Duivel. Nie mógł zostać dłużej, gdyż czekały go kolejne wyzwania. Strzelanie z łuku na tę chwilę odpuścił, będzie jeszcze czas na zmierzenie się z Paulem, ale najlepiej niech to będzie pojedynek korespondencyjny. To znaczy Mundo-naru wróci dopiero jak sierżant łuczniczych milicji pójdzie gdzieś dalej. Nie muszą strzelać w tym samym momencie. Arkebuzy nie interesowały go zbytnio i chociaż może by i wycelował celnie, to ten rodzaj broni wydawał mu się mało ... romantyczny. Chwilę jednek został i oglądał popisy strzelców, aż zauważył, że Paul wdał się w dyskusję z innym łucznikiem. To była jego szansa. Wziął łuk, wyciągnął swoją kolorową strzałę, napiął cięciwę i wycelował. Stał tak parę sekund żeby być pewnym i strzelił. Kilka strzał później, jeden z łuczników tak niefortunnie wystrzelił, że zawody trzeba było przerwać. Duivel spoglądał w stronę beczek z piwem, ale wiedział jednak, że najpierw trzeba dokończyć zawody sprawnościowe, a dopiero na końcu zasiąść do picia. Idąc dalej koło prężących muskuły zawodników, przystanął na chwilę, gdyż zobaczył jak w zapasach bierze udział krótkowłosa kobieta. Nie zastanawiając się, ustawił się w kolejce, aby się spróbować, a raczej stanąć oko w oko z piękną blondynką. Jednak kolejka była zbyt długa, a przecież nie miał całego wieczoru, więc odpuścił. Obok w najlepsze trwało siłowanie na ręcę. Tutaj elf chciał się spróbować, był łucznikiem, ale trochę krzepy posiadał. Po chwili spędzonej przy stole, podziękował za rywalizację i podbiegł do liny, przy której odbywała się kolejna konkurencja. Potrafił się wspinać, ale nie widział, czy górskie wspinaczki przełożą się na wejście po linie. Podjął jednak próbę, widząc, że prym wiodła tu Sorokina. Nie tyle chciał z nią wygrać, co się przed nią wykazać. Po powrocie na ziemię podszedł do stołów z pełnymi kuflami piwa.
            - Widzę, że niektórzy wybrali tylko tę konkurencję. Ale mam propozycję, zapiszcie wyniki, a będziemy kontynuować gdy już wszystkie inne zawody się zakończą. Chociaż widzę drogi Panie, że Ty nawet wtedy będziesz stał jak stoisz z kolejnym kuflem w ręku! - na koniec zwrócił się do Lukasa, który właśnie ocierał twarz z piany.

            Elf rozejrzał się, żeby sprawdzić gdzie go jeszcze nie było. Od razu zauważył jak dwie sierżantki rywalizują... w łapaniu kamyka.

            - Też chcę! - krzyknął i swoim szybkim krokiem dołączył do ochotników. To była kolejna konkurencja w której wziął udział, ale wciąż było mu mało. Niedaleko obok usłyszał jakieś głośne śmiechy. Okazało się, że to niektórzy uczestnicy konkursu piwnego brali udział w konkursie zagadek. Cała reszta uczestników śmiała się z odpowiedzi udzielanych przez owych delikwentów. Duivel oczywiście też wziął udział w tym konkursie. Zagadki to może nie był jego konik, ale głupi nie był. Zresztą kobieta imieniem Christina zaimponowała mu swoją wiedzą, więc kolejny raz chciał błysnąć przed płcią przeciwną.

            Konkurs unikania wiadra nie wydał mu się zbyt ciekawy. Może by i przetestował swoją siłę woli, gdyby zamiast wiadra latał jakiś pomiot Chaosu, ale i wtedy szkoda byłoby ryzykować utratę zęba. Szczególnie, że obok już trwały przygotowania do tańców. To oznaczało imprezę właściwą. Jeszcze tylko szybki powrót do konkursu picia.

            - Czy chodzi o to kto więcej wypije? Kto więcej wypije w określonym czasie? Czy może kto szybciej wypije jeden kufel piwa? Z tego co rozumiem, to klepsydra mierzy czas wypicia z tego cudnego kufla... To jeśli przedłużyliście konkurs, to podejmę dwie próby. - Ewidentnie podekscytowany elf mówił szybko acz wyraźnie do osób, które zapisywały wyniki. Nie dość, że świetnie się bawił przy każdej konkurencji, to jeszcze zaraz zaczynały się tańce! Zresztą muzyka już grała, skoczne melodie, które idealnie współgrały z dzisiejszymi nastrojami ochotników. Duivel wypił najszybciej jak się da oba kufle i czy konkurencja jeszcze trwała czy nie, udał się na potańcówkę, gdzie z przyjemnością prosił do tańca wszystkie panie.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • Pipboy79P Niedostępny
              Pipboy79P Niedostępny
              Pipboy79 jako Pipboy79
              napisał ostatnio edytowany przez JhnW
              #6

              W karczmie trwa głośna i pełna alkoholu celebracja po ogłoszeniu, że Imperator nadciąga z armią, by wesprzeć walkę z chaosem. Nastrój wśród żołnierzy jest jednocześnie entuzjastyczny i podszyty niepewnością. Kislevscy kozacy, zwłaszcza Aleksiej i ich dowódca Gotthard Distler, reagują na wieści z mieszanką humoru i sceptycyzmu wobec obietnic władców. Distler snuje półżartobliwe wizje nadchodzącej kampanii jako wielkiej, niemal legendarnej wyprawy różnych ras, po czym przechodzi do działania: proponuje wykorzystanie swoich ludzi przy wyprawie po konie i zgłasza się z tym do Inez von Muller. Jednocześnie, korzystając z rozluźnionej atmosfery, próbuje zbliżyć się do piratki Dany Sorokiny, zapraszając ją do tańca, co podkreśla swobodny, ale napięty klimat przed zbliżającą się wojną.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • Pipboy79P Niedostępny
                Pipboy79P Niedostępny
                Pipboy79 jako Pipboy79
                napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                #7

                Tobias podniósł wzrok znad kufla kiepskiego, rozwodnionego piwa. Harmider niósł się po izbie, zabawa trwała w najlepsze. Po wieści o nadchodzącej Imperialnej odsieczy w serca przebywających w Lenkster obywateli wlała się nadzieja a żołnierze i najemnicy od razu zaczęli zachowywać się jakby już pokonali wroga. Tobias sam też był najemnym żołnierzem - zaciągnął się dwa dni wcześniej w szeregi margrabiego Walthera von Falkenhorsta. Nie dla chwały czy z poczucia obowiazku. Pragnął zemsty.
                Zdawał sobie jak banalnie to brzmi i gdzieś w głowie głos podpowiadał mu, że nawet gdyby jakimś sposobem dokonałby jej – nie przyniesie mu ulgi. Ale póki co to jedyne co ma. Gdy zamyka oczy ciągle widzi Ottona rozrywanego na strzępy przez olbrzymie bestie. A także władców tychże bestii wymalowanych w obrazoburcze symbole i wrzeszczących jak opętani...
                Z zamyślenia wyrwał Tobiasa jeden z rzecznych marines gdy wpadł na niego rozlewając mu piwo.

                - Wybacz, Panie...eee...łuczniku? - zabełkotał marine. Barmanie nalejże temu dobremu Panu kolejne piwo, ja płacę!

                Tobias wstał i podszedł do barmana i wziął pieniący się napój i skierował swe kroki ku Petrze von Falkenhorst.

                - Jeżeli znajdzie się dla mnie miejsce to chętnie dołączę do wyprawy do Hochlandu.

                Petra spojrzała prosto w jego zielone oczy, po czym omiotła wzrokiem jego sylwetkę – wyprostowaną, szczupłą jednak muskularną ubraną spodnie tunikę i kurtę w kolorach zieleni i brązu. Po chwili wzięła do ręki pióro, zatknęła końcówkę w kałamarzu po czym spojrzała pytająco.
                Tobias po chwili dopiero ocknął się i niemal krzyknął: -Walder! Tobias Walder!
                Petra zapisała nazwisko na liście i odprawiła Tobiasa wzrokiem po czym rzuciła tylko za nim jak odchodził – Tylko się nie spóźnij Walder! W jej głosie słychać było rozbawienie.
                Mijając uśmiechnięte, pijane gęby Tobias zastanawiał się ilu z nich dożyje do przybycia wojsk Imperatora i czy ta karczma będzie jeszcze stała...Wróg jest bliżej niż się wydaje. Prawdopodobnie obserwują teraz miasto, oceniając jego siły. - Nie bądź paranoikiem – Skarcił sam siebie w myślach.
                -Dla oczyszczenia głowy może próbuję swych sił konkurując w strzelaniu z łuku. Bardziej to przydatne niż wychylanie kolejnego kufelka. Tylko czy ten długouchy mógłby się przestać tak wydzierać?...

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • DekaresD Niedostępny
                  DekaresD Niedostępny
                  Dekares jako Dekares
                  napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                  #8

                  Miejsce: pd-zach Ostland; obrzeża Lenkster; Gospodarstwo Jeagerów Czas: 2521.04.19; Bezahltag; przedpołudnie
                  Warunki: jasno; spokojnie

                  Stefan ciął nożem z wprawą i zdecydowaniem wynikłym z lat doświadczenia, oddzielając ostatni skrawek skóry jelenia od reszty wypatroszonego ciała. Przez chwilę przyglądał się swoimi niebieskimi oczami płatowi skóry po czym uśmiechnął się sarkastycznie do siebie zadowolony z efektu swojej pracy. Pamiętał doskonale że kilka lat temu narzekałby na konieczność wykonywania tego zajęcia, ale nie teraz.
                  Teraz obdzieranie upolowanego w nocy z ojcem i Ulką jelenia przypominało mu o jednej rzeczy , o domu…o tym, że był nareszcie w domu. Spojrzał w stronę ich rodzinnego domostwa i uśmiechnął się jeszcze bardziej widząc matkę z Agatą wieszającą różne zioła na stelażu do suszenia. Jego młodsza siostra Aga wyglądała przy ich matce jak niemal idealna kopią tej, słuchająca z absolutną uwagą każdego słowa matki dotyczącego różnych możliwości zastosowania danej rośliny. Widząc jakie zioła właśnie rozwieszały i widząc gestykulacje rodzicielki nawet nie musiał słyszeć wypowiadanych przez nią słów aby wiedzieć, ba pamiętać słowo w słowo jej opis zastosowania tej rośliny. Pozwolił sobie jeszcze na sekundę gapiostwa po czym powrócił do swojej pracy.
                  Musiał Jak najszybciej poćwiartować całego jelenia, bo czekało go jeszcze mnóstwo innej pracy jak choćby sterta drewna na opał do porąbania znajdująca się po drugiej stronie domu. Może i pogoda robiła się coraz cieplejsza ale to nie oznaczało, że może się ociągać z wykonaniem tego zadania. W końcu w każdej chwili mógł otrzymać informację o konieczności wymarszu wraz ze swoim nowym oddziałem. a nie miał zamiaru pozwolić aby jego rodzina znowu cierpiała z powodu braku jego rąk do pracy kiedy znowu nadejdzie mróz.
                  Tnąc ostrym rzeźnickim nożem jelenia na kawałki znowu zatopił się w myślach o tym jak mógł te pięć lat temu pozwolić sobie na odrzucenie tak wspaniałego życia jakie miał tutaj ze swoimi rodzicami, rodzeństwem i wujem na rzecz wojaczki na dalekim południu i to jeszcze nawet nie w służbie własnego władcy i obrony swojego domu tylko obcej prowincji.

                  - Głupiec z Ciebie Jeager! Skończony cymbał! Głupszy od pijanego snotlinga we mgle… -mruknął po raz kolejny pod nosem do siebie samego pewnie z setny raz po tym jak zapukał do drzwi rodzinnego domu te kilkanaście dni temu i nie został przegnany kijami jak przystało na niewdzięcznika jakim był. Zamiast tego przywitano go chlebem i solą i w zasadzie po za jego siostrą Ulryką wszyscy mu wybaczyli jego szczeniacką ucieczkę ze Stirlandzkim wojskiem.

                  Niczego bardziej nie pragnął jak zostać tu z nimi i spełniać swoje obowiązki, jednocześnie wiedział, że Sigmar ma dla niego inne plany. Trzeba było ruszać jak najszybciej na wschód i stawić czoła wrogowi który zagraża wszystkiemu co jest mu tak bardzo bliskie, wroga z którym zdarzało mu się już wcześniej krzyżować ostrza zdecydowanie zbyt wiele razy jak na jego gust. No i musiał w tym oku cyklonu jakim stał się wschodni Ostland odnaleźć Franza Jeagera i Hansa Petera. Wiedział, że Ci są tam i na pewno walczą jak rozszalałe niedźwiedzie przeciw Chaosowi…nieważne co by głosiły pochopne plotki wygłaszane w delirium … - jego rozmyślania przerwał roześmiany krzyk, za którym przez długi czas bardzo tęsknił:

                  -Mamo! MAMO!...STEFAN!... AGA! BĘDZIE…. PRZEMAWIAŁ! JUŻ NIE DŁUGO! - rozgorączkowany głos należał do jego młodszego brata który wpadł na podwórze niczym strzała wypuszczona z łuku, Kurt starał się złapać oddech aby mówić dalej ale nie wychodziło mu to zbyt dobrze biorąc pod uwagę że cały czas wręcz podskakiwał w miejscu z radości chwytając matkę za ubranie i próbując ją ciągnąć w stronę centrum osady.
                  Stefan widząc rozgrywająca się przed nim scenę starał się słuchać lawiny słów wypowiadanych przez jedenastolatka i o ile dobrze zrozumiał ten mówił o tym że sam pułkownik Hochberg będzie przemawiał do mieszkańców za niedługo.
                  Przeciągnął się, prężąc całe swoje 170 centymetrowe ciało i odwrócił się w stronę matki do której w słuchaniu chłopca dołączył ich ojciec.
                  Pójdę z nim, posłuchać co Hochberg ma do powiedzenia - powiedział podchodząc do rodziców przeczesując jednocześnie odziedziczone po nich szatynowe włosy dłonią - Jak ktoś z nim nie pójdzie to zamęczy nas wszystkich na śmierć, poza tym to może być coś naprawdę istotnego…
                  A Ja też Mogę iść prawda? Mamo? Prawda?! -rozległo się wołanie młode dziewczęcej kopii matki nagle już nie była tak zainteresowana poznawaniem tajników zielarstwa.

                  - Co się dzieje!? Gdzie idziecie i dlaczego ją też tam idę?! - zawołała Ulryka wychodząca z domu z najmłodszą z sióstr Nadią ściśle przylepioną do jej sukni.

                  Stefan spojrzał na rodziców po czym wzniósł wymownie oczy do nieba śmiejąc się od ucha do ucha:

                  - No dobrze, pójdę tam z nimi Wszystkimi zanim stratują nas niczym orcze WAAAGH!
                  - Oczywiście jeśli nie masz nic przeciwko Ojcze?

                  Ich ojciec spojrzał na niego z pozoru poważną miną ale Stefan doskonale widział że to tylko maska zatrzymująca się na poziomie roześmianych oczu:

                  - No, nie wiem… wypuszczenie naraz z domu takiej ordy może doprowadzić do tego że z Lenkster nie pozostanie kamień na kamieniu… -ojciec uśmiechnął się od ucha do ucha - A to znaczy, że idziemy wszyscy razem, w końcu ta wymówka od pracy nie przysługuje tylko Wam!

                  Wszyscy parsknęli śmiechem po czym ruszyli dokończyć na ile się dało rozpoczętą pracę zanim wyruszą pod twierdze.


                  Miejsce: pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
                  Czas: 2521.04.19; Bezahltag; dzień
                  Warunki: jasno; gwar karczmy; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; nieprzyjemnie (0)

                  Stefan z lekkim uśmiechem chłonął słowa wypowiadane przez Inez von Muller i Petrę von Falkenhorst. Pozwoliły mu one przynajmniej na chwile odpędzić od siebie przemożne zmęczenie które coraz bardziej go przekonywało że powinien iść się położyć i zdrzemnąć

                  - Nareszcie ruszamy! - pomyślał słuchając o tym, że mają ruszyć na wschód. Co prawda najpierw mają niby udać się w zupełnie innym kierunku niż by chciał ze względu na prowadzone przez niego poszukiwania, ale to i tak lepsze niż siedzenie w Lenkster bezczynnie.

                  Kiedy wzrok Petry von Falkenhorst. zatrzymał się na chwilę na nim, zawahał się co prawda przez moment czy powinien zgłaszać się na ochotnika do tej wyprawy po zapasy, ze względu na to że mógłby jeszcze przez kilka dni pomóc rodzinie na gospodarce i dalej pomagać w szpitalu polowym… ale było to tylko chwilowe wahanie. Niedługo miały ich czekać znacznie ważniejsze zadania i nadszedł czas żeby wrócił przed nimi do formy. Co prawda przechodził codziennie szkolenia z innymi rekrutami w celu wdrożenia się do oddziału, ale nigdy nie mogło to w pełni zastąpić prawdziwej walki. A biorąc pod uwagę przypuszczenia ich dowódczyń mogą się spodziewać na szlaku niemiłego towarzystwa.
                  Stefan miał niekłamaną ochotę wyślizgnąć się z całej integracyjnej części imprezy jaka właśnie zaczęła się po zakończeniu zbierania wszystkich ochotników do jutrzejszej wyprawy. Ale zmusił się do pozostania choć na trochę, w końcu miał może już jutro walczyć razem z tymi ludźmi na śmierć i życie z Sigmar wie jakimi czartem. Więc lepiej żeby poznał ich trochę lepiej… może nawet porozmawiał z kimś kogo nie zna więcej niż dziesięć sekund. Pomysł okazał się nie tak głupim jak sądził i wkrótce towarzystwo zajęło się różnymi zawodami, od zapasów po zagadki, co znacznie bardziej mu pasowało nic próżne siedzenie przy ławach i patrzenie jak inny wlewają w siebie alkohol.
                  Co prawda przez chwilę zawachał się czy tak wypada mu siłować się z kobietami i to jeszcze przewyższającymi go ranga? Ale po chwili wzruszył ramionami i zgłosił się do zapasów. Starając się jednocześnie nie zapomnieć że powinien wyjść wcześniej żeby się dobrze wyspać, przygotować swój mandżur na drogę, a przede wszystkim udać się jeszcze do świątyni Sigmara i pomodlić za powodzenie jutrzejszej wyprawy....No i powinn9en porąbać jeszcze drewno... .

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SeachS Niedostępny
                    SeachS Niedostępny
                    Seach
                    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                    #9

                    Miejsce: Ostland; Ferlangen; domostwo Ironforge
                    Czas: 2521.01.23 Angestag; wieczór
                    Warunki : droga przed wejściem, jasno, ciepło,cicho; na zewnątrz: wieczór, wietrznie, opady śniegu, zimno

                    - Musisz wrócić do rodziny. Zabierz Jensa i wróć do swoich. - krasnolud spojrzał na swoją partnerkę, która pomimo braku łez była widocznie zdewastowana. Oczywiste znaki dla Eitriego. Zaciśnięte usta i pięści, jednak ściskała jeden z wielu warkoczy na głowie kobiety. Oczy twardo patrząc na inżyniera delikatnie drżały.
                    - I co ja mam im powiedzieć? - Eitri westchnął i wsadził w dłoń Kary list
                    - Powiedz, że twój mąż nie jest już w stanie być mężem. Gdybym miał mniej rozumu w głowie, albo więcej nadziei, zszedłbym na drogę Zabójcy… wtedy też bym musiał cię pozostawić.
                    - Okropnie byś wyglądał w rudych włosach. - krasnolud zatrzymał pakowanie i spojrzał w oczy swej żony. Oboje zaczęli się śmiać i pierwsze łzy w końcu wypłynęły z ich oczu. Eitri ujął krasnoludkę i ucałował ją.
                    - Zrozum… nie jestem już w stanie tak żyć. Poczucie winy, wstyd… muszę zrobić coś inaczej oszaleje. - Kara otarła palcem łzy swojego męża.
                    - I zaciągnięcie się do wojska, to jedyne co daje ci ognik nadziei, co? Dobrze, wrócę do swoich, zabiorę Jensa, ale ty mu mówisz co się dzieje. - Eitri zachichotał.
                    - On już wie. - Kara spojrzała na niego z kwaśną miną - C hłopak jest bystry, jak na siedmiolatka. Widział jak rozmawiałem z jednym z tych naganiaczy do wojska i zapytał "Będziesz szczelał do wrogów za wujka?" - oboje delikatnie parsknęli - Więc on wie. Załatwiłem już sprzedaż domu, więc nie wrócisz do nich z pustymi rękami.

                    Kobieta uniosła dłonie w geście poddania się.

                    - D obrze, dobrze… tylko jeden warunek. Jak już wyrżniesz w pień wszystkich sukinsynów. Wróć do nas… Bartokk nie chciałby, abyś zmarnotrawił swój talent na mordowaniu szaleńców z północy.


                    Miejsce: pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
                    Czas: 2521.04.19; Bezahltag; dzień
                    Warunki: jasno; gwar karczmy; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; nieprzyjemnie (0)

                    - Umgak. - stwierdził krasnolud kiedy zobaczył jak Dymitri chwali się swoją bronią. Eitri Ironforge miał jakieś półtora metra. Kasztanowa broda i włosy były w dobrym stanie, chociaż kilka pojedynczych siwych włosków, można było dostrzec. Wydawał się cichy do momentu zabawy. Brał udział w zawodach strzelania i picia, a teraz przyglądał się osiłkom. - Ale, nie najgorsze. Jeżeli chcesz pochwalić się rurą, to wyciągnę swoją. - zanim ktokolwiek miał szansę zaprzeczyć, krasnolud postawił na stole solidny muszkiet. Chociaż lufa była nieco krótsza i grubsza od Imperialnego standardu, kunsztu nie można było jej zaprzeczyć.
                    - Co to za znaczki na nim? - Eitri westchnął na pytanie Dimitriego.
                    - Widzisz Thrumgi, to runy mego ludu. Pismo. Te, które zauważyłeś "Bak", oznaczają "Pięść", te tu - odwrócił muszkiet, aby pokazać drugi zestaw run - "Drek" oznaczają "Daleko". Więc całość oznacza "Odległa Pięść". - spojrzał na Dimitriego, który najwyraźniej starał się coś rozgryźć - W wolnym tłumaczeniu "Człowiek Pistolet". - Eitri się uśmiechnął i poklepał mężczyznę po… no po nerkach biorąc pod uwagę różnicę wzrostu - Zabiorę się z wami Umgi. Pewnie połowa z was nie wie jak się zajmować tą bronią, więc przyda wam się, ktoś kto wie jak te "zabaweczki" działają. A teraz… - podwinął rękaw i usiadł naprzeciwko pierwszego przeciwnika. Ciągłe miał na sobie rękawice, chociaż ta uniesiona delikatnie się podwinęła ukazując niebieskawy kolor skóry na nadgarstku. - Pokażcie mi słabeusze, czemu powinienem mierzyć się z waszymi siostrami.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • Pipboy79P Niedostępny
                      Pipboy79P Niedostępny
                      Pipboy79 jako Pipboy79
                      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                      #10

                      Oryginalny tytuł: Tura 02 - 2521.04.20-23; ant - wlt; dzień

                      Miejsce: pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
                      Czas: 2521.04.20; Angestag; południe
                      Warunki: jasno; gwar karczmy; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; chłodno (0)

                      Wszyscy

                      Kolejny poranek nad Lenkster okazał się zimny i pochmurny. Ale to mieli okazję przekonać się tylko ci co wstali z samego rana. Wczoraj bowiem ten nieplanowany przez nikogo festyn jaki wywołała euforia po przeczytaniu listu od samego imperatora udzieliła się chyba wszystkim na Podgrodziu. A już na pewno w “Zającu” gdzie drugą połowę dnia i wieczór spędzili ci najważniejsi dowódcy co zaciągnęli się pod sztandary markgrafa von Falkenhorsta. A i na co dzień miała reputację takiej jaką upodobali sobie różni bardowie, minstrele i poeci. Wczoraj wieczorem było całkiem gwarno i wesoło, jakby na pohybel tym ponurym i strasznym wieściom jakie spływały do zamku w ciągu ostatnich tygodni. Wreszcie była okazja to odreagować na wesoło. A i dzisiaj rano dało się to jeszcze odczuć. Na błotnistych ulicach Podgrodzia można było spotkać mocno zmęczone sylwetki idące w sobie wiadomym celu. I tak przez cały ranek.

                      Karczmy jak zwykle z rana zaczęły swoją pracę bez względu na wczorajsze wydarzenia. I pierwsi a potem kolejni goście zbierali się przy stołach zamawiając śniadanie. Nie inaczej było w “Zającu”. Gdzie od rana na śniadanie albo raczej po zaczęli się zjawiać poszczególni ochotnicy zwerbowani do hufców górskiego margrafa. Tym razem nie tylko na posiłek czy spotkanie towarzyskie jak to miało miejsce wczoraja ale część z nich miała ruszyć na zachód więc przybyła ze swoimi żołnierzami. Ci w większości zbierali się na tym samym podwórzu karczmy Philippe’a gdzie wczoraj odbywała się część zabaw i konkursów. Zresztą to postrzelane i rozwalone wiadro jakie wczoraj było celem do trafiania czy inne ślady też wskazywały na wesołą zabawę jaka miała miejsce wczoraj w drugiej połowie dnia i wieczorem.

                      A dzisiaj była dobra okazja do świeżych wspomnień z wczorajszego spotkania gdzie pierwszy raz można było spotkać większe grono przyszłych towarzyszy którzy też zaciągnęli się pod te same sztandary. Pośród weselnej atmosfery festynu można było też wykazać się kto jest w czym mocny albo nie i porównać jak to się wypada na tle nowych kolegów i koleżanek. Albo potraktować to jako pretekst do wspólnej zabawy jakiej w ostatnich tygodniach zbyt wiele nie było. Panowała raczej przygnębiająca atmosfera pełna niepewności jutra. Wczoraj była wreszcie okazja to odreagować.

                      Wśród zapaśników jacy zmagali się na tym samym podwórzu co dziś zbierali się wojacy jacy mieli pod wodzą lady von Falkenhorst ruszyć do Breder w Hochlandzie na czele znalazł się Stefan. Na samym końcu zmagań został już tylko jego pojedynek z jednym z mieczników. Ten raczej mu nie ustępował w tych zmaganiach na podwórzu. Ale ostatecznie to Stefanowi udało się o ten jeden raz więcej powalić go na plecy lub wypchnąć z narysowanego na ziemi kręgu. Chociaż sam nie był pewien jak skończyłby się ten pojedynek gdyby zmagali się ponownie. Tak czy siak został przez wesolutką publiczność okrzyknięty zwycięzcą i nagrodzony oklaskami i darmowym kuflem piwa.

                      Za to konkurencje strzeleckie zebrały o wiele więcej chętnych do wzięcia udziału. Tutaj stawka była bardziej rozciągnięta. Ale na czoło w końcu wysunęli się dwaj nieludzie. Chociaż używający całkiem innej broni. Obaj wyraźnie odstawali od reszty zawodników. Pod względem konkurencji Duivel miał większą konkurencję bo łuczników było najwięcej. Ale niejako potwierdził renomę elfich strzelców jako strzeleckiej elity. I na tym polu okazał się bezkonkurencyjny. Za to niemałe zdziwienie wzbudziły umiejętności Eitriego. Krasnolud używał nietypowego muszkietu a strzelców broni palnej było wczoraj w karczmie niewielu. Właściwie tylko Dymitri mógł z nim stanąć tutaj w szranki. Co prawda używał lżejszego arkebuza a nie muszkietu więc jego broń używała lżejszych kul o mniejszej sile niszczącej i zasięgu od ciężkich, muszkietowych. Ale na tak krótkie dystanse na jakie wczoraj strzelali to miało mniejsze znaczenie a bardziej liczyła się celność. Tutaj Eitri zdecydowanie pokonał przybysza z odległych Księstw Granicznych. Ba! Ku niemałemu zdziwieniu publiczności chociaż używał całkiem innej broni to zdawał się dorównywać elfowi pod względem celności.

                      Stefan i Tobias uzyskali przyzwoite wyniki ale jednak zbliżone do tych jakie reprezentowali ci najlepsi strzelcy więc wstydu nie było ale jednak trudno było im marzyć o wybiciu się na ich tle na tym polu. Wszystkich tutaj niejako zaskoczyła lady Petra która też wzięła udział w strzelaniu. Chyba dla samej zabawy i solidarności. Używała lekkiej kuszy ale z tych droższych i elegantszych. Widać było, że to nie jest jej pierwsze strzelanie z tego rodzaju broni ale jednak plasowała się gdzieś w górnej granicy tych lepszych strzelców jednak się ponad nich nie wybijała. Wyglądało więc na to, że w roli kuszniczki sprawdziłaby się całkiem przyzwoicie.

                      Zabawa w rzucanie nożem do celu miała o wiele mniej zwolenników. Ściągała tych jacy chcieli się popisać swoimi umiejętnościami w tej materii. Albo takich jak Duiviel jacy byli zieloni pod tym względem ale z ciekawości chcieli zobaczyć jak to jest. I o ile łucznikiem elf okazał się być wybornym o tyle miotanie nożem szło mu wyraźnie gorzej. I raczej nie mógł się równać z zawodowymi miotaczami tej broni.

                      Za to nie było wątpliwości kto wczoraj okazał się bezkonkurencyjny w siłowaniu na rękę. Krótkie ale mocarne ramiona khazada okazały się tak krzepkie na jakie wyglądały. I prędzej czy później kładł on prawice swoich przeciwników na blat stołu. Tutaj ani Duiviel, ani niektórzy ze zwerbowanych sierżantów czy po prostu gości kareczmnych mogli tylko początkowo stawiać opór temu nieubłaganemu naporowi krasnoludzkich mięśni i uporowi.

                      Podobnie ksilevicka pani marynarz nie miała sobie równych gdy chodziło o wspinanie się po linie. Widocznie to marynarskie doświadczenie coś jednak znaczyło gdy chodziło o takie wspinaczkowe sprawy. Nawet elficki łucznik, pomimo sprawności jaką się wykazywał nie był w stanie jej dorównać nie mówiąc już aby ją prześcignąć. Z kim by się w parze po tej linie Sorokina nie wspinała to na szczyt okienka stodoły zawsze właziła jako pierwsza.

                      A gdy chodziło o konkurs mocnego gardła i żelaznego żołądka jaki polegał na wypiciu ogromnego, pamiątkowego kufla jaki Philipp użyczył do tej zabawy to wyniki były mocno wyrównane a i chętnych na darmowe picie całkiem sporo. No i zdaniem publiczności jak i innych zawodników to z nowo zwerbowanych wojaków górskiego markgrafa najszybciej byli w stanie wyhylić ten wielku i pięknie zdobiony kufel Eiri i Klaus. Chociaż z pewnym zaskoczeniem stwierdzono, że i blond elf niewiele im chyba ustępuje.

                      W dziedzinie szybkiego refleksu jaki sprawdzano przez przechwytywanie rzucanego kamyka to zdecydowanie zostały zdominowane przez panie. Można by dyskutować czy trochę szybsza była tutaj szefowa mieczników pochodząca z Nordlandu czy kislevska pani marynarz wydawały się tutaj iść łeb w łeb. Właściwie tylko Duiviel na tyle się do nich zbliżył ze swoimi wynikami aby godnie reprezentować męską część chętnych zaawodników. A chętnych było sporo skoro to najczęściej właśnie Petra przerzucała ten kamyk więc była okazja aby stanąć lub usiąść naprzeciwko niej do dobrej zabawy. A przy okazji okazało się, że refleks też ma nie lichy ale jako ta która przerzucała kamyk dla wszystkich chętnych zawodników no i razem z Inez liczyły wyniki to właściwie nie startowała jako zawodniczka.

                      A gdy szło o bardziej intelektualne rozrywki czyli konkurs na zagadki, skojarzenia i wyłapywanie ciekawostek z mówionego tekstu to tutaj sędzią była druga z górskich szlachcianek czyli lady Inez. Ona zadawała najwięcej zagadek i wydawała się w nich lubować. Duiviel i Christine stanowili tutaj czołówkę bo wydawało się, że oboje mają dryg do wychwytywania takich skojarzeń i podpowiedzi zawartych w tekście. Ale i świetlista Alessia mówiąca nieco dziwnym akcentem niewiele od nich odstawała.

                      Za to sama lady Inez zaskoczyła wszystkich gdy podeszła do zawieszonego na krokwi napełnionego wiadra i kazała je rozbujać. Bo trochę to nie pasowało do zabaw dam z wyższych sfer. Ale jak się okazało młoda szlachcianka potrafiła zachować zimną krew na widok pędzącego prosto ku jej twarzy wiadra. Na tyle, że Ostermarczyk poczuł się zobowiązany stanąć w nią szranki. I przez dobre kilka tur stawali równo. Za każdym razem coraz bliżej, ociupinkę ale bliżej skracali dystans do rozpędzonego wiadra. Aż uznali, że mają dość w tym samym momencie. Więc publiczność wesoło oboje z nich ogłosiła nieustraszonymi zwycięzcami a oni sami gratulowali sobie zwycięstwa.

                      No i oczywiście oprócz wina jakie miało prawie magiczną zdolność nawiązywania nowych znajomości także podobnie działały tańce. Zwłaszcza, że była to jedna z niewielu okazji gdy mężczyzna i kobieta co nie byli w świętym związku małżeńskim, ani nijak spokrewnieni mieli niejako zezwolenie społeczne aby być blisko siebie. A, że jednych i drugich w karczmie nie brakowało, do tego muzyka też przygrywała ładnie i wesoło to część stołów odsunięto aby zrobić miejsce na te tańce i chętnie z tej okazji korzystano. Atmosfera była wesoła i przyjemna, jakby ktoś wyprawiał wesele. Można było w szumie wina i muzyki zapomnieć o ponurym świecie i tragicznych wieściach z zewnątrz i nie mniej wesołej przyszłości jaka zaczynała się jutro. Dzisiaj, można było się wyszumieć i wielu z tego korzystało.

                      Panowie podchodzili do pań prosząc je do tańca a te zwykle im nie odmawiały. Ponieważ jak to często bywało panów było więcej niż pań to te były wręcz rozrywane przez chętnych kawalerów. Ledwo któraś z dziewcząt zdołała podziekować któremuś za taniec a już podbijał do niej następny kawaler. Dziewczęta były więc mocno zmordowane pod koniec wieczoru ale równie szczęśliwe i zadwolone.

                      Swoistą furorę zrobiła Dana Sorokina gdy zaprezentowała publiczności kislevski taniec z szablą. W wykonaniu tak ognistego i zgrabnego dziewczęcia rozbudził on widownię do tego stopnia, że nagrodzili ją owacjami i domagali się powtórki. Dana też pomogła lady Petrze przełamać impas towarzyski. Bowiem status szlachcianek oraz szefowych i wysłanniczek wielkiego, górskiego margrabiego sprawiał, że mało kto odważył się do nich podbić i zaprosić do tańca. Chyba tylko gospodarz czyli Bretończyk Philipp poprosił najpierw jedną, potem drugą z nich. Ale poza tym jakoś chyba mało kto ośmielił startować do szlachcianek, oficerów i jeszcze szefowych. Dopiero jak z pewnym przekąsem Petra się odezwała do Dany po jej występie z szablą i ta dała przykład to się zmieniło.

                      - No moja piękna bohaterko z ostrą szablą! Wybaw nas smutne biedaczki od przekleństwa samotności bo tu uschniemy z zazdrości i zgryzoty! - Petra zawołała do Kislevitki wskazując na ich niedolę co wywołało śmiech i jej samej i widowni. Dana więc weszła w rolę mężczyzny jakiego obu szlachciankom brakowało, podeszła do Petry, stuknęła po oficersku obcasami, i po szarmancku poprosiła ją do tańca. Lady Petra wydawała się być wniebowzięta a po chwili już obie tańcowały do muzyki i oklasków publiczności. A potem Dana elegancko cmoknęła dłoń szlachcianki dziękując jej za taniec no i poprosiła Inez to tańca. Z podobnym skutkiem. To chyba właśnie sprawiło, że później już i inni także prosili te młode wysłanniczki górskiego pana do tańca.

                      Wydawało się, że wszystkie panie mają dryg do tańca. Ładnie, zgrabnie i zdrowo się w nim prezentowały i zwykle czuły się swobodnie. Stukały podeszwami o deski podłogi, łapały się za kibić, ruszały biodrami a spod ładnych rzęs błyskały zachęcające uśmiechy. Taniec każdą z nich zdawał się czynić piękniejszą i bardziej wyzwoloną od purytańskich rygorów codzienności. Z każdą tańczyło się całkiem przyjemnie.

                      Wśród panów najlepszymi tancerzami okazali się Gotthart i Duiviel. Okazywali się wdziękiem i płynnością ruchów jaka podobała się kobietom. Ale i mniej sprawnym tancerzom jak choćby Stefan partnerki były skłonne wybaczyć pewne potknięcia w imię wspólnej, dobrej zabawy.

                      Wśród tych wieczornych tańców między innymi Gotthart miał przyjemność zatańczyć z Sorokiną. Okazała się tak zgrabną tancerką jak to wcześniej widział gdy tańczyła z innymi. I widocznie także Aleksiej zrobił wcześniej swoją robotę ale uprzedził, że jego rodaczka ma cięty i złośliwy język. Co wczoraj Gotthard sam miał okazje się przekonać gdy szeptał jej czułe słówka do ucha. Roześmiała się wesoło i dała sobą obrócić w tańcu. Gdy wróciła z powrotem ujrzał z bliska jej roześmiane usta. Ale był to dość kpiący uśmiech.

                      - O jaki z pana oficera poeta. A ja taka prosta dziewczyna z dalekiej wsi. A pan oficer taki dzielny i odważny, tak gromko gromi wrogów i taki twardy i bezlitosny dla nich jest, że strach. Cóż może zrobić taka biedna, prosta dziewczyna ze wsi jak ja? Nic tylko drżeć z przerażenia i wrażenia jak jakaś osika, że wielki i wspaniały pan oficer raczył zwrócić na nią uwagę a nawet poprosił do tańca i czułe słówka do uszka mruczy. - powiedziała mu wesołym i nieco kpiącym tonem. Przez co nie był pewny czy raczej kpi z niego czy raczej żartuje sobie. Bo w tańcu jakoś mu nie uciekała spod rąk, okazała się świetną partnerką przy jakiej doświadczony tancerz mógł rozwinąć skrzydła. Więc mimo wszystko wydawało mu się raczej przychylna chociaż nie wyglądało aby zaraz miała mu omdleć w ramionach z wrażenia jakie na niej zrobił.

                      Podobnie Duviel miał podczas wczorajszego wieczoru zatańczyć chyba z większością chętnych kobiet. Też raczej nie przypominał sobie aby któraś mu odmówiła. A, że był przecież niczego sobie sprawnym tancerzem no a ludzie zwykle uważali elfy za tą piękniejszą i bardziej dystyngowaną rasę to te flirty podczas tańców albo szło wyszły mu całkiem przyzwoicie. Może żadna z pań nie straciła dla niego głowy ale umiał rozpoznać zachęcające spojrzenia i uśmiechy jakimi go obdarzały.


                      Ale to wszystko było wczoraj. Dzisiaj był Konistag czyli dzień po. I dało się to odczuć od samego rana. Poranek był pochmurny i panował ziąb. A do “Zająca” zaczęli się schodzić zwyczajowi goście jacy obecnie byli w zdecydowanej mniejszości. Także ci co przybyli tutaj w celach wojennych. W tym także ludzie zwerbowani przez wysłanników markgrafa.

                      Pod karczmą z rana pierwszy zjawił się Gieorgij Meister ze swoimi halabardnikami. Łącznie uzbierało się ich prawie półtorej tuzina. Rzeczywiście wyglądali w przeszywalnicach, hełmach i halabardnicach na ramieniu jak jakiś oddział straży miejskiej. Nie było dziwne, że szefowe ich wybrały do tego zadania. Jako, że zmieścić ich wszystkich w środku karczmy byłby kłopot to udali się na jej podwórze i arenę wczorajszych zmagań.

                      Niedługo po nich nadeszli miecznicy pod wodzą krótkoostrzyżonej blondynki z Nordlandu. Też ich była podobna ilość. A z tarczami, mieczami u boku i lekkich kolczugach lub przeszywalnicach prezentowali się jak zawodowe wojsko. I tak się zachowywali. Z tych samych powodów co koledzy z halabardami udali się na podwórze a Theiss do karczmy czekając na dalszy los wydarzeń.

                      Później konno nadjechały obie szefowe. Przy czym lady Inez była ubrana w suknię i bynajmniej nie sprawiała wrażenia gotowej do drogi. No ale ona miała zostać na miejscu. Za to lady Petra w swojej opończy i kubraczku ładnie obszytego futerkiem i z wyszytymi barwnymi kwiatami pasowała do obrazka drogi dużo bradziej. Prowadziła też podjezdka z bagażami. Jednak sama szlachcianka wydawała się mocno wczorajsza.

                      - No to pochwalony. I jak tam? Gotowi do drogi? - zapytała siląc się na nieco wymuszony uśmiech gdy razem z Inez weszły do środka i przywitała się z resztą ochotników na tą wyprawę do Hochlandu.

                      - Nie ma jeszcze tych nicponi Stefana. Reszta się jeszcze schodzi. - odparł Gieorgij a Theiss potwierdziła to kiwaniem głowy. Petra pokiwała głową i spojrzała za okno. Ranek już powoli przechodził w południe. Właśnie bili dziewiąty dzwon. Czekali jeszcze kilka pacierzy na przybycie Stefana i jego myśliwych. A potem jeszcze sama zbiórka na podwórzu karczmy, przeliczenie czy wszyscy co się wczoraj zgłosili albo zostali wybrani są i jak się to zgadzało to wreszcie Petra dała znak do wymarszu. Uściskała się na pożegnanie ze swoją przyjaciółką a ta pozdrawiała przechodzące obok niej oddziały przyjemnym uśmiechem i machaniem dłoni. W międzyczasie zebrała się całkiem spora ilość sierżantów i wojaków jacy zeszli się do karczmy na spóźnione śniadanie albo żeby po prostu popatrzeć na odchodzących i dodać im otuchy na pożegnanie.


                      Mecha 02

                      Flirty z kobietami (OGŁ + Przekonywanie vs SW)

                      patent oficerski +10 (Gotthart)
                      atrakcyjny wygląd +10 (Duivel)
                      komplementy +10 (Gotthart)
                      wesoła atmosfera +20 (wszyscy)
                      dumna i złośliwa +20 (Dana)
                      Ranga 4+2=6 -5 (Gotthart)
                      Ranga 4 -15 (Dana i kobiety)
                      Ranga 3 -20 (Duviel)

                      Gotthart 45+10+10+20-5=80 vs Dana 45+10+10-15=50; 50+80-50=80; rzut: https://orokos.com/roll/979090 57; 80-57=+23 > ma.suk = lekka przychylność

                      Duiviel 45+10+20-20=55 vs Kobiety 45-15=30; 50+55-30=75; rzut: https://orokos.com/roll/979091 25; 75-25=+50 > śr.suk = standardowa przychylność


                      Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                      Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                      Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                      Wszyscy

                      No więc byli w drodze. Szli mniej więcej cały czas na północ. W górę rzeki Wolf jaka stanowiła granicę pomiędzy Hochlandem a Ostlandem. Wciąż po ostlandzkim brzegu. Wedle planów szefowej to do Breder powinni dotrzeć w jakieś dwa, trzy dni marszu. Ale dwa pełne dni marszu. Jak się okazało pierwszy dzień gdy wymaszerowali z Lenkster to była raczej połowa standardowego dnia podróży bo jak zostawiali za sobą rogatki Podzamcza jakie ich gościło od paru tygodni to było już mniej więcej południe. Do wieczora nie zaszli więc zbyt daleko. Jak to ktoś zażartował jakby rano postanowili wrócić to by pewnie w południe byli z powrotem. Ale nie zawrócili.

                      Było nieco sarkania bo kolejny dzień to wypadał Festag. Dzień świątyń i bogów. Dzień wolny od pracy w jaki należało oddawać cześć dobrym bogom. A niebieskowłosa szefowa jakoś nie zdradzała ochoty aby miała zrobić dzisiaj odpoczynek w podróży.

                      - Jaki odpoczynek? Po czym? Dopiero wczoraj żeśmy w południe wyszli z Lenkster. Jak mamy zdążyć do Breder przed Marktag to nie ma co się guzdrać. - sapnęła i zdziwiona i nieco zirytowana jak usłyszała takie sarkania w obozie. Ale pozwoliła odprawić modły więc ruszyli ze dwa dzwony później niż to zwykle się zaczynało podóże czy dzień roboczy.

                      Podróż zaś nie była taka prosta. Już byli na terenie pogórza a gdy teren pozwalał to i majestatyczne góry było widać nie tak daleko. Często więc trzeba było podróżować w górę i w dół po tych różnych garbach. A drogi były typowo ostlandzkie. Czyli właściwie był to rozchodzony na dnie lasu albo wzdłuż rzeki pas błota jakie chętnie wciągało i buty, i koła i kopyta. Nie byli też sami. Często natykali się na różnych podróżnych. Oddziały milicji albo bardziej regularne jakie zmierzały na wschód. Konni strażnicy dróg w ostlandzkich czarno - białych barwach co patrolowali pogranicze wyłapując rabusiów, zbirów, bandytów i dezerterów. Uciekinierów jacy toczyli swoje wozy i garby albo ze wschodnich kresów Ostlandu albo nawet z Kisleva. Ponure, zrozpaczone, zapatrzone w siebie i swoją klęskę twarze. Na poboczach drogi leżały kupy śmieci. Resztki po posiłkach i ogniskach, utwkione błocie buty i przedmioty, zgubione ubrania, przewrócone i uszkodzone wozy, padłe zwierzęta, czasem jakiś świeży nagrobek. Wszystko to świadczyło o klęsce i odwrocie.

                      Właśnie w połowie Festag czyli wczoraj dotarli do brodu na rzece Wolf. Właśnie przez niego planowali się przeprawić do Hochlandu. Ale korek był strasznie długi. Do tego niezbyt się posuwał. Jak już to pierwszeństwo miały oddziały i różne takie pomocnicze formacje w drodze na front czyli z Hochlandu a nie do Hochlandu. Tak stracili kilka dzownów stojąc w tej kolejce. Rozbili się na obiad, ugotowali go, zjedli a jak skończyli kolejka niewiele się posunęła.

                      - Mam tego dość. Stefan! - Petra wydawała się nie słynąć z cnoty cierpliwości i bezczynne czekanie wcale jej się nie uśmiechało. Wezwała do siebie herszta hochlandzkich myśliwych.

                      - Ta je psze pani? - zapytał wesoło mysliwy kłaniając się przed szlachcianką i szefową.

                      - Jest tu jakaś inna droga do tego Breder? Tutaj nam zejdzie cały dzień w tej kolejce a kto wie czy jutro się dopchamy. Jest jakaś inna droga? - zapytała z siodła wskazując z irytacją na tą wcale nie posuwającą się do przodu kolumnę wozów, pieszych, prowadzonych zwierząt. Dopiero przy samym brodzie były posterunki strażników. Po tej stronie ostlandzkich po tamtej hochlandzkich. Oni regulowali ruch. Czyli zakazywali przeprawy zwłaszcza na zachód gdy stamtąd ktoś miał się przeprawiać tutaj.

                      - Tak psze pani! Jest Górski Bród. Bardziej na północ. Trzeba tylko dalej iść w górę rzeki. Jakieś pół dnia. Na wieczór albo jutro rano byśmy doszli. I stamtąd to już prosta droga do Breder. - myśliwemu śmiały się cwane i złośliwe oczka ale swoich wypowiedzi wydawał się być całkiem pewien. Petra popatrzyła z niechęcią na tą nieruchomą karawanę widoczną po tej i tamtej stronie rzeki i skrzywiła się.

                      - Dobra to prowadź do tego Górskiego Brodu. - oznajmiła w końcu i tak ruszyli wreszcie z miejsca. Znów na północ i w górę rzeki Wolf. Do brodu górscy Gebirgsjaeger co jechali zwykle w czołówce faktycznie dotarli wczoraj pod wieczór. Ale dla piechociarzy było to już za daleko. I rozbili się na noc obozem ze świadomością, że rano będą się przeprawiać przez ten bród.


                      Noc okazała się zimna i dżdżysta. Niektórzy sarkali, że to kara od bogów za nienależyte obchodzenie dnia świętego jaki był wczoraj. W nocy padał regularny deszcz a przed świtem przeszedł w monotonną mżawkę. Więc jak rano wstawali i wychodzili ze swoich namiotów wszystko było zimne i mokre. Tak samo jak otaczający ich las.

                      https://i.imgur.com/VaeNlzA.jpg

                      - Zbierać się, zbierać! Od brodu do Breder jeszcze półtorej dnia drogi! Dobrze abyśmy jutro tam dotarli! - Petra chociaż sama była niezbyt dobrym humorze od tej wiosennej niepogody to jednak dała znak, że nie zamierza zwlekać.

                      Rozpalili na nowo wieczorne ogniska, ugotowali strawę, pomyli gary a w międzyczasie złożyli namioty i spakowali je w poręczne pakunki. Te na szczęście można było wrzucić na jeden wóz z zapasami jaki mieli i właśnie na takie okazje. A potem jak to krzyczała szefowa trzeba było się ruszać dalej. Do brodu o jakim wcześniej mówił Stefan a wczoraj wieczorem konni zwiadowcy dotarli dzwon albo dwa później. Pewnie na upartego i wczoraj by dali radę no ale już po ciemku a obóz to by chyba w ogóle trzeba było rozbijać po nocy. Wolf w tym miejscu nie była jakąś majestatyczną rzeką. Ale była całkiem bystra zasilona wiosennymi roztopami jakich jeszcze nie osuszyło letnie słońce.

                      - O! Widzicie! Tam jest już Hochland! - ucieszył się Stefan wskazując na znaki graniczne po tamtej stronie bystrzycy. Po ten stał słup z przybitą byczą czaszką oznaczający granicę Ostlandu. A po tamtej szczerzyła się ludzka czaszka na tle białego krzyża w czerwonym polu jakie były wymalowane na tarczy. Chyba od dość dawna sądząc po stopniu zniszczenia surową pogodą.

                      - Trzeba się przeprawić. Stefan jak znasz ten bród to idź pierwszy. Potem Greta i Lotar. - Petra dość krytycznym wzrokiem spoglądała na te bystre nurty wody co jakoś nie zachęcały do kąpieli ani tego by się z nimi zapoznać lepiej.

                      - Oszywiście psze pani! - zawołał dziarsko Stefan i przy wtórze śmiechów pozostałych zaczął z siebie zzuwać buty i portki. Potem było nieco śmiechów jak trzymając je nad sobą, razem z łukiem i kołczanem balansował zanurzony po pas w wodzie. Ale jakoś przeszedł. Chociaż nie wyglądało to na takie proste zadanie. To jednak w końcu znalazł się po tamtej stronie.

                      - Ah Hochland! Czujecie? Tu od razu powietrze jest lepsze! Zdrowsze i czystsze! Od razu lepiej się oddycha! - zawołał radośnie do pozostałych. Po czym przeprawiła się dwójka konnych Gebirsjeager. Konie ostrożnie stawiały kopyta zmagając się jednocześnie z silnym prądem. Ale koniom to co najwyżej brzuchy mogło zamoczyć. Po tych paru chwilach wymagającyh uwagi oboje zwiadoców znalazło się po drugiej stronie. Zaś reszta hochlandzkich myśliwych zaczęła się rozbierać i iść śladem swojego herszta.

                      - Jedźcie dalej! Zobaczcie czy tam jest jakaś droga! Nam tu trochę zejdzie! - zawołała Petra do dwójki zwiadoców. Ci pokiwali głowami, spięli końskie boki ostrogami i po chwili znikneli w gęstym lesie. Zaś reszta kompanii pojedynczo przekraczała ten bród. Konnym było zdecydowanie łatwiej. Ale jak się okazało i lady Petra miała wprawę w forsowaniu takich bystrzyc.

                      - Tak to robimy w górach. - oznajmiła gdy ruszyła konno każąc przywiązać linę do jednego z ostlandzkich drzew. A gdy sama przejechała rzuciła linę Stefanowi i ten przywiązał ją po hochlandzkiej stronie. W efekcie powstała prowizoryczna poręcz jaka pomagała trzymać pion. Najtrudniej zapowiadało się przeprawienie wozu więc zostawiono to na koniec. Ale zanim to nastąpiło wróciła Greta.

                      - Spotkaliśmy tam jakichś dwóch cudaków. W ogóle nie mówią po naszemu. Lothar próbował z nimi coś po kislevicku ale też ni w ząb. Jedyne co mówią po naszemu to “oficer” i pokazują gdzieś w las. - Greta zameldowała szefowej na co się natknęli już tutaj w Hochlandzie. Petrę to zastanowiło. Po paru pytaniach konny zwiadowca doprecyzowała, że to chyba jacyś piechociarze w hełmach i przeszywalnicach, z kordami u boku. Ale chyba z daleka bo w ogóle nie idzie się z nimi dogadać. Oprócz tego “oficera”.

                      - Dwóch cudaków co nie gada po naszemu… - zamyśliła się szefowa i popatrzyła w mglisty, mokry las. - Ja tu muszę dopilnować wszystkiego. - popatrzyła na ostlandzki brzeg. Tam jeszcze większość mieczników Theiss dopiero miała się przeprawiać a jeszcze w kolejce czekali halabardnicy Meistera no i wóz z prowiantem i zapasami.

                      - To kto tam na rozmowach się chwalił, że zna insze języki co? - zawołała wesoło patrząc po zwerbowanych twarzach. - Alezzia? - ni to wybrała ni zapytała bo magister miała tak wyraźnie obcy akcent w reikspiel, że nie szło ukryć, że ma jakieś egzotyczne jak na Imperium pochodzenie. - No i aby nasza świetlista dama nie podróżowała sama. To jeszcze ktoś by się przydał. - rozejrzała się z siodła po okolicy czekając na resztę chętnych do tego zadania.

                      - Greta zaprowadź ich gdzie trzeba. I spróbujcie się z nimi dogadać. Nam jeszcze trochę tu zejdzie jak widzisz. Zobaczcie co to za jedni i czego chcą. - poleciła konnemu zwiadowcy o kasztanowych włosach jaka na nowo zaczynała zapuszczać swój obcięty w zeszłym roku warkocz.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • Pipboy79P Niedostępny
                        Pipboy79P Niedostępny
                        Pipboy79 jako Pipboy79
                        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                        #11

                        Miejsce: pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
                        Czas: 2521.04.20; Angestag; południe

                        Wczorajsza noc był jednak dla Tobiasa dość ciekawym doświadczeniem. Pomijając zgiełk do którego wciąż trudno mu się przyzwyczaić, było całkiem ciekawie. Zwłaszcza te próby - rywalizacja w wielu dziedzinach, sam wziął zresztą udział w konkursie strzeleckim, gdzie spisał się całkiem przyzwoicie. Zdziwiony był gdy wybuchał niekontrolowanym śmiechem raz za razem - to nie może być tylko alkohol.
                        Teraz stał przed karczmą - zjawił się jako jeden z pierwszych na zbiórce i szybko się przekonał że będzie musiał cierpliwie poczekać aż zebrani wyruszą. Przynajmniej może przyjrzeć się jego nowym ‘towarzyszom’. Kiwnął głową dowódcy halabardników, za chwilę dotarli miecznicy. Pojawił się też ten elf z wczoraj, jak mu tam - Duiviel. Mówiono mu że jest leśnym elfem. Tobias jednak w to wątpił. Pamiętał wszak opowieść swojego dziadka - po którym zresztą nosi imię - o tym jak z pułapki jaką zastawili na jego dziadka i pozostałych myśliwych zwierzoludzie. Walczyli dzielnie ale przewaga liczebna była po stronie zwierzęcych sług Chaos. Znikąd pojawiły się jednak one- niczym duchy zmarłych - ciche i zabójcze, poruszały się z gracją tancerzy a ciosy zadawały jak herosi z legend. Zakapturzeni, z twarzami zakrytymi , o ciemnych oczach były istotami niemalże z baśni - leśne elfy. Duivial był jednak taki, taki…zwyczajny. Bez tych uszu można by było go wziąć za kupca, barda… No jedynie umiejętność posługiwania się łukiem zgadzało się ze starą opowieścią. No ale będzie okazja przyjrzenia mu się w warunkach 'leśnych'.
                        Jego przeciwieństwem był Krasnolud Etri - przedstawiciel kolejnej starożytnej rasy którą miał przyjemność poznać. I był dokładnie taki jak już jako młody chłopak Tobias wyobrażał, przysadzisty z krzaczastą brodą, dziwną krasnoludzką bronią i odpornością na pite trunki. Tobias od razu go polubił. Kiedy krasnolud pojawił się rano przed karczmą łowca postanowił się przedstawić. - Witaj mości krasnoludzie - Tobias Walder, do usług - rzekł z wyciągniętą przed siebie prawicą.
                        Oprócz krasnoluda Tobias, już kurtuazyjnie przywitał się z resztą ekipy. -Niech wiedzą, że jestem z nimi, może nie odstrzelą mi głowy gdy naglę wyjdę na drogę wracając ze zwiadu.

                        Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                        Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                        Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                        Tobias szedł z przodu z resztą zwiadowców rozglądając się uważnie. Do pogody był przyzwyczajony. Chłodny i deszczowy poranek działał na niego odświeżająco. Mimo monotonii tych paru dni znowu czuł się pewny siebie. Zgodnie z rozkazem ‘szefowej’ przeczesywał okolice szukając śladów bytności wroga czy pułapek. Szybko złapał też wspólny język z Hochlandczykiem Stefanem, który szedł na przedzie. Gdy dotarli nad rzekę, oczywiście Tobias był jednym z pierwszych do przeprawy - podczas przeprawy oddziały były szczególnie wrażliwe i po drugiej stronie od razu zagłębił się w las rozglądając się ostrożnie. Nie sposób było nie zauważyć dwójki ’obcych’ którym na spotkanie ruszyła Greta w towarzystwie kilkorga ochotników, w tym z czarodziejką - jak się dowiedział. Przyprawiali go o ciarki - magowie - ale ta przynajmniej była przyjemna dla oka.

                        - Jeśli już o oku mowa, to rusz się i sprawdź skąd ta dwójka przyszła i co tam na Nas czeka…

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • Pipboy79P Niedostępny
                          Pipboy79P Niedostępny
                          Pipboy79 jako Pipboy79
                          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                          #12

                          Akcja przenosi się do opuszczonego dworku pod Lenkster, gdzie tajemniczy starzec–szeptuch przygotowuje ziołowy wywar dla kozaków po nocy pełnej hulanki. Jeden po drugim pojawiają się oni w opłakanym stanie, lecz po wypiciu mikstury zasypiają i regenerują siły. Szybko okazuje się jednak, że brakuje Aleksieja, co wywołuje niepokój starca i zmusza Gottharda Distlera do działania. Porucznik rusza jego śladem i odnajduje go w kompromitującej sytuacji – uciekającego nago przed rozwścieczonymi chłopami po nocnych amorach z wiejską kobietą. Gotthard interweniuje, ratując podwładnego z kłopotów.

                          Po tym incydencie kozacy zbierają się do drogi, a Distler profilaktycznie odwiedza znajomego śledczego, by uprzedzić ewentualne konsekwencje zajścia. Następnie dołącza do reszty oddziału i oficjalnie zgłasza swoją gotowość do służby pod rozkazami Petry von Falkenhorst. W trakcie podróży zaczyna odczuwać nieufność wobec łowcy Stefana, którego twarz wydaje mu się znajoma. Wkrótce przypomina sobie, że to Kolesnikow – syn przemytnika, którego kiedyś brutalnie przesłuchiwał i doprowadził do egzekucji jego bandy, co rzuca światło na mroczną przeszłość porucznika.

                          W dalszej drodze Distler buduje relacje z Petrą, innymi oddziałami oraz czarodziejką, jednocześnie zachowując wobec tej ostatniej ostrożny respekt. Uważnie obserwuje sojuszników i analizuje ich przydatność bojową, a także dba o bezpieczeństwo wyprawy, wykazując się doświadczeniem i czujnością. Szczególnie niepokoi go możliwość zasadzki, dlatego wysyła zwiadowców i przygotowuje swoich ludzi do ewentualnej walki. Gdy pojawia się potencjalnie podejrzana sytuacja z „cudakami” w lesie, zgłasza się do pomocy, gotów wykorzystać swoje umiejętności językowe i negocjacyjne.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • CioldanC Niedostępny
                            CioldanC Niedostępny
                            Cioldan jako Cioldan
                            napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                            #13

                            Miejsce : pd-zach Ostland; Lenkster; osiedle Krasnoludów, dom Jotunna von Bocka
                            Czas : 2521.04.20; Angestag; przedpołudnie
                            Warunki : półmrok; odgłosy gotowania z kuchni; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; chłodno (0)
                            Duivel, powoli wybudza się z transu w który się wprowadził po wieczorno-nocnym ucztowaniu w tawernie. Ocknął się otoczony unikalną atmosferą mieszkania. Dom w którym nocował to kamienne cudo, wzniesione (wykute) na obrzeżach Lenkster. Surowo ociosane ściany z dużych kawałków skały zdobią starożytne teksty krasnoludzkie i rzeźbione reliefy przedstawiające bohaterskie sceny krasnoludzkiego rzemiosła i triumfu. Elf mało z tego rozumiał, ale zawsze podziwiał wykonanie poszczególnych elementów. Wyrafinowane zbroje stoją na straży, przeplatając się z wieszakami na broń, na których wyeksponowane są precyzyjnie wykonane topory, kilofy i wszelkiego rodzaju młoty. Połyskujące kolczugi i błyszczące tarcze, ozdobione herbem Ostlandu, zdobią ściany. Kiedy Duivel wyszedł z alkowy i szedł w kierunku głównej izby, dostrzegł, że powietrze jest gęste od zapachu świeżego pieczywa, mięsa i jajka, przeplatane z aromatem dojrzałego piwa. W pomieszczeniu nie było już jednak śladu po służbie, która jak zwykle podczas obecności elfa, chowała się zaraz po zrobieniu swoich powinności.

                            - Jotunn! Mały draniu, śpisz jeszcze? - blondwłosy elf wesoło spytał niemal krzycząc.

                            Z przeciwnej strony otworzyły się masywne drzwi z których wyszedł krasnolud w słusznym wieku z siwą brodą sięgającą tylko lekko za tors, zdecydowanie zmęczony, ale jego oczy świeciły radosnym ciepłem.

                            - Spiczastouchy, nie wydzieraj się tak od rana… Mógłbyś choć raz wstać później i dać mi się wyspać, ale kur*a nie…. przynajmniej zawsze jak tu jesteś mamy świeże jedzenie i paszteciki z jajkiem… ale ja zacznę od piwa! - gdy Jotunn wypowiedział te słowa już chwycił wielki kufel wypełniony po brzegi złocisto-mętnym napojem.
                            - Ja dziś wolałbym jakikolwiek ziołowy wywar. Specjalnie się oszczędzałem wczoraj, nie wiem ile pamiętasz, ale z racji tego że Cię tu przywlokłem to raczej niewiele. W każdym razie przyjacielu, Ty się nie zgłosiłeś na wyprawę, także spokojnie dojdź do siebie. Aaa, jeden z twoich wczoraj utarł nosa temu durniowi Lechlerowi w strzelaniu, a co więcej, był tuż za mną w ogólnym rozrachunku - Duivel usiadł przy wielkim kamiennym (a jakże!) stole na wyjątkowo wygodnym drewnianym krześle, które wyglądało jakby wyciosano je w lasach Laurelorn. Wziął grubą pajdę jeszcze trochę ciepłego chleba, dwa paszteciki i zaczął jeść. Nawet tak prosta czynność w wykonaniu elfa wyglądała jakby robił to z gracją (choć się o to nawet nie starał) i elegancją godną ludzkich szlachciców. Może nie był tak taktowny czy dystyngowany jak jego wuj czy ciotka, gdyż poprzez podróże po świecie z przeróżnymi istotami (i w przeróżnych funkcjach) przesiąknął trochę cechami innych obywateli Imperium. Po śniadaniu przyjaciele uścisnęli sobie mocno dłoń.
                            - Zanim wyjdziesz, pamiętaj, że mamy spotkać się na polu walki z tymi cholernymi plugawcami … nie przepadnij na tej wycieczce po konie pięknisiu - rzucił krasnolud na pożegnanie
                            - Ejj!! Gundrik zawieź powozem naszego gościa prosto pod tańczącego zająca – krzyknął krasnolud do jednego ze swoich podwładnych. Duivel uśmiechnął się serdecznie, skłonił i już bez słowa wyszedł.

                            Gdy wyjechali z dzielnicy krasnoludów, w oddali Mundo-naru widział w oddali jakieś zamieszanie w kolonii nieopodal zamku, przyjrzał się uważnie i widział jak jakiś szlachcic na koniu grozi innym ludziom, inni z kolei biegali nago. „Ci zawsze pierwsi do awantur i bitki…” pomyślał sobie.

                            Miejsce : pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
                            Czas : 2521.04.20; Angestag; południe
                            Warunki : jasno; gwar karczmy; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; chłodno (0)
                            Duivel pojawił się nieopodal karczmy. Dziś nie ubrał swoich ulubionych ciuchów w dość jaskrawych odcieniach pomarańczy i fioletu. Na wyprawę przywdział

                            strój stworzony tak, aby płynnie wtapiał się w gęste listowie i zapewniał zarówno zwinność, jak i ochronę. Założył warstwę lekkiej odzieży wykonanej z trwałych i oddychających materiałów dodatkowo zaimpregnowaną, aby była odporna na wilgoć i tłumiła szeleszczące odgłosy, które mogłyby zdradzić jego obecność. Na to ubrał elastyczną skórzaną zbroję, wzmocnioną lekkimi płytkami z przyciemnionego metalu, naśladującą teksturę kory drzewa. Do tego skórzane spodnie, a na stopy założył miękkie skórzane buty, aby jeszcze ciszej i szybciej się poruszać. Przy sobie miał również płaszcz z kapturem. Wszystko to wykonane w leśnych odcieniach brązu i zieleni. Na plecach niósł długi łuk mistrzowskiej roboty, ozdobiony misternymi rycinami liści i gałęzi. Ma ze sobą również solidny skórzany kołczan, który zawiera pokaźny asortyment strzał z piórami (pokolorowanymi tym razem w barwy moro). Do tego z prawej strony ma szablę schowaną w rzemienną pochwę, a z lewej strony małą tarczę, która wygląda na nieco podniszczoną, ale nie od walki tylko ze starości. Na szyi nosi wisiorek – czerwoną głowę byka

                            . Przed wejściem do środka zdjął na chwilę kołczan, aby przywdziać swój płaszcz i założyć kaptur. W mieście nie czuł się tak dobrze jak w lesie czy nawet w wiejskich terenach, ale i tak potrafił dobrze się ukryć. Także wybrał dogodne miejsce i czekał spokojnie na rozwój wydarzeń. Widział jak zjawili się halabardnicy, człowiek wyglądający na zwiadowcę, miecznicy na czele z Renate, no i w końcu przybyły Petra i Inez. Wtedy dopiero wyszedł z ukrycia, podszedł powoli do reszty i zdjął swój kaptur. Jeden z ludzi witał się ze wszystkimi, Duivel rozpoznał w nim jednego z uczestników wczorajszego konkursu łuczniczego.

                            - Dzień dobry łuczniku, oby nasze strzały pozostały w kołczanie do starcia z Chaosem. - powiedział do niego elf, uśmiechając się i przyjaźnie skinął głową na powitanie.

                            Przy wymarszu zwrócił uwagę na srebrnowłosą kobietę, której nie kojarzył z poprzedniego wieczoru, albo wymazał ją z pamięci podczas swojego rytuału. Pomachał i ukłonił się przed Inez rzucając - do zobaczenia wkrótce!

                            Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                            Czas : 2521.04.20-23; podróż
                            Warunki : - ; zróżnicowane
                            Duivel czuł się jak ryba w wodzie, znów w podróży i to jeszcze większość czasu wzdłuż albo nawet przez las. Atmosfera imprezy jaka odbyła się w karczmie już dawno minęła, ale elf przez większość czasu miał lekki uśmiech na twarzy, a może po prostu zawsze tak wygląda? Każdego dnia starał się trzymać blisko wyprawy, jednak codziennie rano i wieczorem gdy obóz był już (albo jeszcze) rozbity wyruszał na zwiady, ale nie oddalał się zbyt daleko. Gdy czekali w kolejce na przeprawę próbował nawiązać lepszy kontakt z Gretą dopytując ją o Górską Marchię Falkenhorst. Podszedł też do Petry i pytał ją czy jeden z zakupionych koni będzie w przydziale dla niego oraz o parę innych spraw osobistych. Chwilę później dowódczyni postanowiła ruszyć się dalej, elf doszedł do niej, gdy oczy innych już były odwrócone od niej i zaczął mówić tak, aby tylko ona słyszała

                            - Pani Dowódco, z całym szacunkiem, niewiele czasu zyskamy, jeśli będziemy musieli jeszcze jeden raz rozbić obóz po drodze, a przecież zbiera się na deszcz. Nie podważam twej decyzji, tylko obawiam się o prawdomówność Stefana, mam nadzieję, że można mu ufać.


                            Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                            Czas : 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                            Warunki : - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)
                            Gdy lina została już przymocowana na drugim brzegu, elf już ze spokojem podszedł do brzegu, aby przeprawić się jak najszybciej. Po krótkiej pogawędce z Renate, ta pozwoliła mu przejść przed jej miecznikami. Po wysłuchaniu rozmowy Petry zgłosił się zaraz po łuczniku, którego witał dzień po imprezie pod karczmą. Zwrócił się też do Grety

                            - Dwóch cudaków w środku lasu? Mieli kaptury na głowie podobne do mojego, albo spiczaste uszy? Tak czy siak, zaskoczę was, ale uwielbiam lasy i chętnie z Wami pójdę.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • DekaresD Niedostępny
                              DekaresD Niedostępny
                              Dekares jako Dekares
                              napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                              #14

                              Miejsce: pd-zach Ostland; obrzeża Lenkster; podwórze pospodarstwa Jeagerów
                              Czas: 2521.04.20; Angestag; późny świt
                              Warunki: ciemno; chłodno, spokojnie

                              Stefan strzelił lekko w ucho swojego młodszego brata kończąc rundę braterskich “czułości” którymi się uraczyli z okazji jego wyruszenia w drogę. Pozostałe dzieci poza Urliką spały jeszcze we wspólnym łóżku o tej wczesnej porze więc młody żołnierz uniknął wygrzebywania się spod skłębionej na nim krzyczącej dziecięcej masy przez co najmniej godzinę zanim udałoby mu się wyrwać z domu. Spojrzał na siostrę która jak zwykle od jego przyjazdu patrzyła na niego z byka. Kilka razy udało mu się przebić przez jej pancerz i wywołać u niej dobry humor z jakiego zawsze ją pamiętał ale teraz nie było po nim śladu.
                              Ta odpowiedziała mu surowym spojrzeniem, po czym ku jego zaskoczeniu kompletnie zmieniła nastawienie i przytuliła go mówiąc:

                              - Wróć do nas szybko - Zaskoczony tym nagłym obrotem sprawy sam objął ją czule uśmiechając się:

                              -Obiecuje. Wrócę szybko Ulka.

                              Po chwili puścił siostrę i po raz ostatni uściskał matkę. Rozmawiali już wczęśniej więc ucałował ją po prostu w czoło i powiedział z uczuciem

                              - Uważaj na siebie Mamo, Kocham Cię, wrócę niedługo - ta odpowiedziała tym samym po czym patrzyła jak Stefan oddala się razem z ojcem w kierunku miejsca zbiórki bawiąc się oszczędnie ze biegającym dookoła nich psem.

                              Miejsce: pd-zach Ostland; obrzeża Lenkster; droga w kierunku granicy z Hochlandem
                              Czas: 2521.04.21; Festag; popołudnie
                              Warunki: jasno, pogodnie, sła.wiatr chłodno

                              Stefan stał nad bulgoczącą w kotle zupą którą szykowali z innymi żołnierzami na późną obiadokolację dla oddziału. Skończył właśnie wsypywać do potrawy skąpe ilości ziół które udało mu się znaleźć w okolicy obozowiska w celu dodania posiłkowi odrobiny więcej smaku. Teraz wrzucał do kotła pokrojone warzywa które podawała mu dwójka żołnierzy, halabardnik Martin i miecznik Vallens siedzących na kocu przy ognisku. Zanim zajęli się zupą Stefan opatrzył ich stopy po tym jak dorobili się potężnych odcisków podczas marszu a w wypadku Martina nie tyle zwykłego odcisku który wystarczyło przebić czystą igłą, a całkiem pokaźne krwawiącego obtarcia które wymagało opatrzenia. Stefan nie chciał aby zmarnowali efekt prostego leczenia które im zaaplikował od razu zakładając buty i chodząc więc wciągnął ich w stacjonarne zajęcie przygotowywania jedzenia. Rozmyślał właśnie wrzucając do kotła cebule o tym jak ma się jego rodzina gdy w kierunku ich improwizowanej kuchni zbliżyła się Pani sierżant mieczników przerywając jego rozmyślania.
                              Uczący go walczyć wuj był weteranem regimentu włóczników i wpoił Stefanowi tak samo regimentowe tradycje dlatego Stefan nie mógł sobie odmówić rozpoczęcia kolejnego rozdziału docinków pomiędzy włócznikami a ludem miecznym, szczególnie tak miłym dla oka ludem miecznym:

                              -Witam Pani sierżant! -powiedział salutując podoficer.
                              Ta zatrzymała się przy dwójce poszkodowanych wojaków i powstrzymała ich przed próbą poderwania się z ziemi na jej widok:

                              - Spokojnie, nie wstawajcie - następne pytanie zadała wymownie spoglądając także na Stefana:
                              - Jak tam wasze nogi? - Stefan pozwolił dwójce zapewnić, że są zdrowi i że to drobne ranki po czym dodał
                              - To nic poważnego u Vellesa, niech się słucha moich zaleceń a będzie śmigał jutro Prawie jak nowy, z Martinem jest troszkę gorzej ale to nic z czym odrobinę opatrunków sobie nie poradzi! Tak w ogóle Pani sierżant to muszę się spytać Pani o jedną niezwykle nurtującą mnie rzec…
                              - Tak Jeager? - zapytała się Sierżant mieczników mierząc go zaciekawionym wzrokiem
                              - Pani sierżant, nie chce Pani w żaden sposób urazić ale jako - tu Stefan zmienił głos na parodię arystokratycznego snoba - jako kolejny w rodzinie żołnierz Włócznik muszę się spytać. Jak taka rozsądna, mądra i zaprawiona w walce podoficer skończyła jako dowódca oddziału uzbrojenego w same miecze? W końcu wszyscy wiemy że My Włócznicy mamy zawsze przewagę w walce nad miecznikami - mówiąc z każdą chwilą uśmiechał się coraz bardziej bezczelnie do wojowniczki. Chciał sprawdzić na ile może sobie z nią pozwolić w docinkach i czy ma podobne poczucie humoru.

                              Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                              Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                              Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                              Słysząc że ich dowódca szuka ochotników do sprawdzenia co to za cudacznych żołnierzy spotkała Greta Stefan nie zastanawiał wcale i podniósł rękę:

                              - Zgłaszam się , zobaczmy co to za nietutejsi - Po tych słowach Stefan szybko zrzucił z siebie swój plecak odkładając go wraz z innymi zbędnymi rzeczami w bezpiecznym miejscu z dala od wody ale jednocześnie doskonale widocznym dla reszty na wszelki wypadek gdyby Ci musieli ruszyć dalej bez nich aby jego rzeczy nie zostały porzucone na szlaku. W ten sposób został tylko z bronią przy boku i zestawem przyborami potrzebnymi do udzielenia pierwszej pomocy.
                              - Azur do nogi! - zawołał do swojego psa przywołując go do siebie. Ten cały czas otrząsał się z przymusowej kąpieli jaką musiał przed chwilą odbyć spotkała go:

                              -Choć piesku idziemy na małą wycieczkę! - rzucił radośnie

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • ZellZ Online
                                ZellZ Online
                                Zell
                                Moderator Obsługa
                                napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                #15

                                Magister nie bawiła się jak inni zgromadzeni w karczmie. Jej większą satysfakcję sprawiała obserwacja zachowania innych, niż osobiste branie udziału w zabawie. Wręcz można uznać, iż magini nie odczuwa prawdziwej radości, jako że przez cały czas ograniczała się co najwyżej do przyjaznego uśmiechu czy zmarszczenia skóry przy oczach z rozbawienia... ale ciężko to było prawdziwym rozbawieniem nazywać.
                                Śnieżnobiałe włosy idealnie kontrastowały ze śniadością skóry. Już podczas zabawy w karczmie obecność magini światła zdawała się w nienaturalny sposób wpływać na zaginanie oświetlenia w jej kierunku. Nie znaczyło to, że kobieta była bardziej oświetlona od innych, tylko... bardziej miało się nieokreślone wrażenie jakby bliżej niej oświetlenie nabierało bladej poświaty... albo i nie. Wrażenie tego fenomenu było zbyt ulotne dla zmysłów, aby się na nim skupić i dokładnie określić jego istnienie... lub nie.
                                Magowie...

                                pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu; Wellentag; przedpołudnie

                                Tileańska Magister nie wydawała się być w najmniejszym stopniu zirytowana na nocną pogodę. wręcz przyjmowała wszystkie niewygody tej podróży także nieoczekiwany deszcz z niezachwianym spokojem. Kiedy rano się przebudziła jej jasne ubrania były zastanawiająco niezabrudzone, a nawet jeżeli użyła magii by się doprowadzić do czystości, to w porannym zamieszaniu umknęło to uwadze towarzyszy.

                                Jak zwykle nie opuszczał jej na krok młody Diethard, najwyraźniej zafascynowaniem jej egzotyczną urodą stanowił najbliższy element towarzyszący magini światła, który wziął na siebie opiekę nad dobytkiem Elezzii, jak i o wszelkie wygody jakie by sobie zażyczyła od mężczyzny za niespełna dochodzącego drugiej dekady. Usilnie próbował zarazić każdego z kim rozmawiał swoim humorem i pozytywnym nastawieniem, choć szybko można było się zorientować, iż sporo z jego natury w promieniuje naiwnością młodości. Niemniej choć Alezzia reagowała na jego słowa lekkim uśmiechem, to Diethardowi nigdy nie udało się wycisnąć z kobiety prawdziwego śmiechu.

                                Jednak to milczący Gotthold był większym stopniu zainteresowany bezpieczeństwem Magister niż jej urodą. Znajdował się u jej boku skuszony pieniądzem i traktował całą misję z niezachwianą powagą. Nie interesowały go pogaduszki ni to z Alezzią, nie z innymi członkami wyprawy, a jedynie cel do jakiego został wynajęty.

                                Gdy magini oddalała się sama by ustalić magiczne granice obozowiska i upewnić się że na pewno tej nocy nic nie przejdzie niezauważone, niczym cień towarzyszyła jej Katja, jaka podczas podróży była oczami i uszami przemykającymi w tle i wypatrującymi nadchodzących zagrożeń.

                                [MEDIA]https://i.pinimg.com/564x/69/70/b3/6970b3730aa2db8487c83567ef6feebc.jpg[/MEDIA]

                                Ostatnim towarzyszem Magister był jegomość, którego obecność nie była do końca zrozumiana, a i sama Alezzia nie raczyła przedstawić go bardziej niż tylko imieniem Marcel. Prawdę mówiąc kobieta nawet nie była bardzo chętna do prowadzenia rozmów z tym mężczyzną, który zdawał się nie pałać sympatią do magini. Możliwym wyjaśnieniem było, że po prostu jak większość osób w imperium nie ufał magom i ich sztuczkom. Niemniej zdawał się interesować dobrym zdrowiem Alezzii, z której zdawały się nie schodzić jego oczy, jednak w przeciwieństwie do Dietharda jego spojrzenie skrywało inny rodzaj zainteresowania.

                                Całą podróż Magister zajmowała się opieką nad bezpieczeństwem grupy podczas odpoczynku. Ustawiała magiczne alarmy wokół obozowiska, ale także zajmowała się przyziemnymi sprawami, jak pomoc w przygotowaniu posiłku. Była zawsze chętna porozmawiać, opowiedzieć, podzielić się wiedzą.

                                A gdy pojawiła się sytuacja z dwoma "cudakami" Alezzia nie wahała się wystąpić do pomocy.

                                - Zobaczę co da się w ich sprawie zrobić. - odezwała się Magister swoim silnym tileańskim akcentem. Wysłuchała słów Distlera i skinęła głową aprobując pomysł pomocy przez jego doświadczenie. - La tua conoscenza potrebbe rivelarsi utile. - odparła energicznym językiem.

                                Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SeachS Niedostępny
                                  SeachS Niedostępny
                                  Seach
                                  napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                  #16

                                  Miejsce: pd-zach Ostland; Lenkster; Podzamcze; ul. Karczemna; karczma “Pod tańczącym zającem”
                                  Czas: 2521.04.20; Angestag; południe

                                  O poranku Eitriego można było znaleźć zjadającego się śniadaniem. Solidna kiełbasa, jajka, które popijał piwem. Zaszedł go wtedy Klaus, najwyraźniej ten ciąglę męczył się z trudami picia.

                                  - Znowu pijesz? - zagaił kiedy przysiadł się do krasnoluda - Słyszałem, że krasnoludy mają silne żołądki, ale słyszałeś o wodzie?

                                  Eitrie przeżuwał spokojnie kiełbasę zanim odpowiedział.

                                  - Ano, słyszałem. Używacie jej aby rozcieńczyć wasz Grog . - zaczął, używając Khazalidzkiego słowa na kiepski trunek - Wy człeki, używacie tyle pszenicy w waszych trunkach, że robi mi za chleb. - inżynier się uśmiechnął - Natrafimy kiedyś na prawdziwą, krasnoludzką gorzelnie, to dam ci posmakować Grizdalu . Piwo, które leży odkąd, twój pradziad był niższy ode mnie. - Eitri poklepał mężczyznę po plecach - Nie próbuj przepić Dawi'ego , większe szanse masz z Ogrim.

                                  Po czym wrócił z powrotem do posiłku. Elf był nie lada dla niego zaskoczeniem, o ile spodziewał się, że łucznik będzie dobry, fakt, że ta tykwa doganiała go w piciu była niespodzianką. Będzie musiał poćwiczyć, jeżeli ma zamiar być na ciągle na szczycie.

                                  Kiedy wyszedł z karczmy spotkał go Tobias. Kojarzył zwiadowcę z konkursu strzeleckiego. Musiało go nieźle dziwić, że pokonał go krasnolud.

                                  - A, witaj Wutumgi . - Eitri uścisnął dłoń młodzieńca - Eitri Ironforge. Kowal i inżynier. Będziesz czegoś potrzebować, zawołaj.

                                  Miejsce: pd-zach Ostland; obrzeża Lenkster; droga w kierunku granicy z Hochlandem
                                  Czas: 2521.04.21; Festag; popołudnie
                                  Warunki : jasno, pogodnie, sła.wiatr chłodno

                                  Na trakcie Eitri starał się nie spowalniać pochodu, chociaż zauważał, że męczył się wolniej od ludzkich oddziałów. Kiedy rozbijali obóz krasnolud chodził od namiotu do namiotu, upewniając się, że wszystko jest odpowiednio umocowane, poprawiając gdzie widział niedociągnięcia. Upewniał się, że wszyscy zjedli posiłek, że wiedzą gdzie znajduje się ich ekwipunek.
                                  Dużo czasu spędzał z Dymitrim i pozostałymi strzelcami. Tłumaczył im jak opiekować się swoją bronią. O ile był pewny, że ich oficerowie przeszkolili ich w konserwacji arkebuzu, broń palna wymaga obchodzenia się jak z dzieckiem. Nie chcą, aby w ważnym momencie zaciął się spust.
                                  Kiedy nic nie robił Eitri siedział przyglądając się swojemu medalionowi, delikatnie głaszcząc jego wnętrze raz na jakiś czas.

                                  Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                                  Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                                  Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                                  Eitri przysiadł kiedy pochód się zatrzymał. Dwóch dziwaków na trakcie w górach?

                                  - Przygotujmy się na bitkę. - zawołał krasnolud, kiedy wszyscy na niego spojrzeli wzruszył ramionami - To może być podpucha. Mogą mieć kolegów pochowanych po krzakach. - inżynier wyciągnął swój muszkiet opierając go na kolanach - Krasnoludy nie są najlepszymi zwiadowcami, kiedy są elfy i ludzie dostępni. Ja zostanę tu.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • Pipboy79P Niedostępny
                                    Pipboy79P Niedostępny
                                    Pipboy79 jako Pipboy79
                                    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                    #17

                                    Oryginalny tytuł: Tura 03 - 2521.04.23; wlt; przedpołudnie

                                    Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                                    Czas: 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                                    Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                                    Wszyscy

                                    Te kilka dni wspólnej drogi z Lenkster, przez leśne ostlandzkie ostępy, wspólne biwakowanie pod gołym niebem, czasem tylko w jakiś stodołach czy zagrodach obok jakich się zatrzymywali sprzyjało rozmowom i lepszym poznawaniu się. Trudno było iść obok kogoś cały dzień i nie odezwać się do niego ani słowem albo o czymś nie pogadać przy wspólnym ognisku.

                                    Tobias

                                    - To tyś łucznik? I widzę myśliwy? No! To tak jak my! To dawaj, dawaj z nami kolego! - Tobias co przystał do myśliwych Stefana został przez nich całkiem ciepło przyjęty. Przynajmniej przez ich lidera. Wspólnie myszkowali po symbolicznym poboczu rozjeżdżonej i rozchodzonej przesieki gołej ziemi a jak deszcz spadł to błota jakie w Ostlandzie nazywano drogami. Wydawało się, że pod względem umiejętności i specyfiki to całkiem mu po drodze do ludzi pokroju Stefana. No i widocznie ten pamiętał go z wieczorku zapoznawczego jako jednego z łuczników jacy wówczas stawali ze sobą w symboliczne szranki w strzelaniu do wiadra albo czegoś podobnego.

                                    - No. I ty to jesteś swój. Od razu widać, żeś swój chłop. Nie jak co niektórzy. - powiedział herszt myśliwych ze złośliwym błyskiem w oku wskazując wzrokiem na plecy kilku idących z przodu Kozaków. Wcześniej to właśnie ci pojedynczy myśliwi Stefana i paru takich zawodowych rangerów jak Tobias szli na czele kolumny. Ale widać teraz ta rola spadła na część grupy kozaków Gottharta. Chociaż jak się szybko okazało Stefan nie tyle pił do idących w roli czujki Kozaków co do ich szefa co jechał z kolei za jego myśliwymi razem z szefową i kilkoma konnymi góralami.

                                    - Widziałem go wtedy w “Zającu”. Dla mnie to jakiś miglans z niego. Chodził, patrzył, słuchał, niczym się nie wychylał. No ta pani ładna też. Ale jak ona wiedźma to może nawet i lepiej. A on? Albo nic porządnego nie umie, żadnego fachu w ręku nie ma albo nie chce się chwalić tym co umie. W obu wypadkach to podejrzane. No z pannami nieco potańcował no ale hej, kto z nimi nie tańcował! Mówię ci nie podoba mi się on. I zobacz jak się szarogęsi na każdym kroku. Będą z nim kłopoty. - Hochlandczyk zdradził się, ze swoją nieufnością jaką żywił do Gottharta. Wydawało się, że ten mu jakoś nie podpasował swoim zachowaniem sprzed paru dni no i był z całkiem innej bajki. W przeciwieństwie do Tobiasa jaki wydawał się być mu znacznie bliższy.

                                    - A w ogóle byłeś już u nas w Hochlandzie? - zaciekawił się za którymś razem gdy szli obok siebie. W końcu w takim a nie innym składzie wycieczki do sąsiedniej prowincji to chyba tylko właśnie myśliwcy byli stamtąd.

                                    Gotthart

                                    Ponieważ konnych w ich ekspedycji było niewielu to siłą rzeczy Petra miała ograniczone towarzystwo kawalerzystów. Zwykle dwóch czy trzech górali jechało za nią lub przed nią. Ci co akurat mieli tą zmianę, że nie jechali z przodu jako czujka. Bo wtedy zwykle jechali na tyle z przodu, że nawet z czoła kolumny nie było ich widać. Z siodła widział idących z przodu myśliwców Stefana a jeszcze bardziej z przodu swoich Kozaków. Za nimi maszerowali miecznicy Theiss, potem jechał wóz z zapasami a za nimi halabardnicy Meistera. I za nimi jeszcze szło paru Kozaków.

                                    Sami górale pod względem ekwipunku bardzo przypominali ludzi Stefana. Albo większość chłopskiej piechoty jaką zdarzało mu się widywać. Zwykle mieli na sobie opończe albo futrzane czapki jakie dawały nadzieję, na zamortyzowanie ciosu. Niewielu z nich miało hełmy. Do tego przeszywalnice albo pikowane kurtki. Dawało to symboliczną ochronę. Znów pod tym względem przypominali oddział Hochlandczyków. Zwłaszcza, że też mieli łuki jaka chyba były ich główna bronią i rolą. Mieli też kordy czyli broń pośrednią między nożem a mieczem w jaką często wyposażali się ubożsi piechurzy. Do tego momentu łatwo było ich pomylić z jakąkolwiek łuczniczą piechotą. Nawet podczas obozów wyglądało, że obie grupy mają się ku sobie i bez trudu nawiązują wspólny język. Coś co wyróżniało Gebirgsjaeger to czekany jakie każdy z nich miał u boku. No i emblemat podobny do niezbyt regularnej gwiazdy albo kwiatu. Czasem z symbolicznie wyszytą górą. Każdy chyba sam sobie to wyszywał czy też raczej żona, córka czy matka więc były nieco inne ale ogólnie motyw był rozpoznawalny. Ze słów Lotara wynikało, że to szarotka. Kwiat jaki rośnie tylko w górach i od wieków był tradycyjnym symbolem tej formacji. Nawet jeśli tej formacji od wieków nie było.

                                    - Dopiero nasz pan na nowo utworzył nasz regiment. Ufundował nam sztandar a pani Hela została jego matką chrzestną. I dopiero on zaczął traktować jak prawdziwe wojsko. A nie jakieś najemne przybłędy. - za każdym razem gdy Gebirgsjaeger wspominali o swoim patronie to zawsze mówili o nim z szacunkiem i jawił się on jako dobrodziej i jaki przywrócił chlubę ich formacji. Bez niego to się zaciągali do różnorodnych formacji i armii na nizinach, gdzie się dało. Więc często mieli w tym wojennym rzemiośle całkiem spore doświadczenie. Zwłaszcza jako zwiadowcy i strzelcy. No ale jak tylko margraf ogłosił odtworzenie ich regimentu to górale zaczęli do niego ściągać. Więc jak wiosną zaczynali w żałosne pół tuzina to teraz było ich kilkakrotnie więcej. Dlatego nie dla wszystkich starczyło wierzchowców.

                                    Wierzchowce były kolejnym elementem jaki odróżniał Gebirgsjaeger od innej piechoty. Dosiadali bowiem małych, górskich kuców. Wydawały się mikre przy pełnowymiarowych koniach jakimi jechał Gotthart czy Petra. Ale w ich relacji brzmiało, że właśnie ta małe kuce były prawie jak górskie kozice gdy trzeba było podróżować dolinami gór. Ale na same akcje czy do walki to chodzili pieszo. W górach mieli od zeszłej wiosny sporo roboty z ich oczyszczaniem z wszelkiego tałatajstwa jakie się tam przez milenia zalęgło.

                                    - A plany naszego pana to plany naszego pana. Jak tylko przyszły wieści z wiciami wojennymi to zaraz na drugi dzień nas posał przodem. Mieliśmy werbować wojsko dla niego i pod jego sztandary. Jak on przygotuje wszystki w Falkenhorst to przybędzie i obemie dowództwo. Trochę te armii udało nam się zebrać więc będzie miał czym dowodzić. Na razie to słaliśmy mu regularnie listy aby dać mu znać jak tu nam idzie. - przez te parę dni drogi Petra miała okazję aby poopowiadać nieco o ich górskim władcy pod jakiego poza tym co mu służyli już wcześniej zaciągnęli się na służbę.

                                    - A nasz pan dzielny i mężny. Oj tak, prawdziwy rycerz z niego! Jak z legend! Jak zeszłej wiosny jakaś maszkara grasowała po okolicy Falkenhorst, rozpatroszyła owcę czy kozę. To pastuchowie z trwogą zabrali swoje stada do miasta i bali się tam chodzić. A nasz pan jak sie dowiedział to wziął zroję, konia, kopię i razem z mistrzynią Helą pojechali w ten ciemny las. Sami! Tylko we dwójkę! Co za odwaga! Jak to bym się bała wleźć na dwa kroki do lasu i to w nocy jak by tam takie paskudztwo grasowało. A oni pojechali sami. Wrócili później i pan kazał wbić łeb poczwary na dziedzińcu aby wszyscy widzieli, że już nie ma się czego obawiać. Ale radość nastała! Wszyscy chodzili oglądać ten łeb. A wielki, kosmaty, w takim brudnym białawym futrze. Potem pastuchy poszły tam znów na te hale i znaleźcli resztę truchła. Jak ktoś był ochotny to nawet prowadzili tam ciekawskich. A wielkie to było, coś jak niedźwiedź albo wlochaty troll. Trudno powiedzieć co to było. A ten łeb to potem zaczął gnić i śmierdzieć to go Eryk oskrobał, wygotował i potem samą czaszkę oddał naszemu panu. A on kazał ją przybić na pal przy wjeździe do zamku aby wszyscy co go odwiedzają to widzieli. Taki jest nasz pan. Jesienią to my byliśmy ciekawi czy sam nie wystąpi w turnieju. Na pewno by wygrał z każdym! No ale nie. Był tylko jako gospodarz i gościł tych wszystkich znamienitych gości jacy zjechali. Bo nawet stąd to kawał drogi jest i to przez góry. Pieszo to ze trzy pełne tygodnie. Konno z połowę tego. Jeszcze zależy jaka pogoda bo w górach to ostrzejsza niż tutaj. Ale widoki za to jakie! Piękne, piękne te nasze góry. Chociaż ja to wolę miasto. A miasto nasze no cóż, nie ma co ukrywać, że jak ileś tam wieków stało puste no to kiepsko wygląda. Ale po kawałku je remontujemy i stawiamy na nowo. I jak puste do dużo miejsca jest. Jak ktoś nowy przyjeżdża to co mu się spodoba to może zająć. Najwięcej to mieszka teraz przy Placu Targowym. I tam jest moja “Tańcząca nimfa”. Pierwsza karczma w naszym mieście. Strasznie się starałam aby wyglądała jak najlepiej na zeszły turniej. Tam gościłam tych co się nie zmieścili na zamku albo ich obsługę. Ale jeszcze mam dużo planów co do niej. Teraz widziałam nowe draperie takie ładne to też by pasowały do mojej “Nimfy”. A nazwa to przez Eryka. Jak jechaliśmy znów do Lenkster to on i jego chłopaki znaleźli posąg takiej ładnej, tańczącej panienki z marmuru. Strasznie mi się spodobała! No i odkupiłam ją od nich, kazałam oczyścić i postawiłam w holu aby tak ładnie witała moich gości. I mnie natchnęła na nazwę bo wcześniej się jeszcze wahałam. - Petra jadąc konno pomiędzy Gotthartem a Alezzią, mając przed sobą łuczników Stefana a za sobą paru konnych Gebirgsjaeger i mieczników Theiss ładnie opowiadała. Widocznie miała talent do gawędziarstwa. I o swoim górskim władcy opowiadała chętnie i chlubnie. Wydawała się cieszyć z jego sukcesów, swojej pozycji zaufanej współpracownicy na jego dworze no i w ogóle z tego postępu jak górska marchia zrobiła w ciągu ostatniego roku. Gdy rok temu zaczylani w tuzin wozów jakie rozparcelowały się po pustych jeszcze wówczas stanicach na trasie, że do samego Bastionu dotarło pół tuzina i nieco obstawy w tym Eryk ze swoimi chłopakami i Greta co jeszcze wówczas do nich nie należała. A teraz? No może to nie mieli tam tak jak w Lenster czy jakimś innym większym mieście. Ale w porównaniu jak zaczynali dosłownie od niczego, od szarych kamieni wysmaganych wiatrem, wysuszonych górskim mrozem i wymrożonych śnieżną pierzyną, ze sparciałym drewnem, przerdzewiałym metalem to jednak postęp był zauważalny. A wciąż uważali, że to dopiero początek ku świetlanej przyszłości jaką pod patronatem górskiego markgrafa mieli dla swojej nowej ojczyzny.

                                    Duivel

                                    Elf musiał przyznać w duchu, że ten pomysł skrytej obserwacji zbiórki na podwórzu “Zająca” sprzed paru dni to jednak niezbyt mu wyszedł tak jak to sobie pierwotnie planował. Choćby dlatego, że karczma była wciśnięta między inne błotniste ulice Podzamcza, sąsiednie budynki i obejścia. Więc niezbyt było miejsce aby obserwować z daleka. Właściwie musiałby chyba wejść na piętro z któregoś z sąsiednich budynków aby widzieć przez mur co się dzieje na podwórzu a samemu mieć nadzieję aby nie być przez nich widzianym. Właściwie jedyne miejsce aby mieć wgląd w głąb podwórza to miejsce naprzeciwko bramy. Tą bowiem zostawiono gościnnie otwartą na kolejnych uczestników wyprawy. Ale ulica ograniczała to miejsce na tyle, że właściwie trzeba było właśnie stać naprzeciwko bramy. Mógł co prawda założyć kaptur i liczyć, że wczorajsi towarzysze go nie rozpoznają gdy będą przechodzić albo z nudów zerkać w stronę ulicy gdzie zapewne dojrzeli by sylwetkę w kapturze co kolejne pacierze tam stoi czy siedzi, nic właściwie więcej nie robi ale do środka nie wchodzi.

                                    Po drodze to jak się przekonał Greta nie była zbyt rozmowna. Miał wrażenie, że łuczniczka nie przepada za rozmowami z nieznajomymi. Do tego siłą rzeczy jako jeden z niewielu konnych zwiadowców przez pół dnia jechała z górskim towarzyszem na przedzie kolumny. Tak daleko na przedzie, że zwykle nie było ich widać. Tak jechali do obiadu i wtedy podczas popasu zmieniali się rolami i poranna dwójka mogła jechać w środku szyku kolumny marszowej, zwykle w pobliżu Petry. A druga dwójka zmieniała ich na dalekiej czujce. Już bardziej jej towarzysz, Lotar, okazał się bardziej rozmowny.

                                    - A co tam gadać elfie? Jak się ta cholerna wojna skończy to przyjedź do nas to sam się przekonać. U nas dużo luda potrzeba. To i myśliwi i łucznicy też się przydadzą. Dużo roboty trzeba jeszcze zrobić. Sporo żeśmy przez ostatni rok zrobili no ale do zrobienia jest jeszcze więcej. Miasto wciąż stoi pustkami, zasiedlić je trzeba. A tu widzisz elfie, wojna teraz przyszła i te wszystkie nasze plany poszły w łeb. Od jesieni tośmy planowali, że na wiosnę jak będziemy werbować tutaj ludzi do do kolonizacji. A nie na wojnę. - stwierdził filozoficznie górski łowca dając wyraz, że mieli całkiem inne plany na ten nowy, cieplejszy sezon. I wydawał się ciepło wyrażać o swojej nowej ojczyźnie, władcy no i odtworzonym regimencie nad jakim znów margraf obrał patronat. Ale to przez ostatni dzień czy dwa drogi. A obecnie, na chwilę przeprawy przez Górski Bród to Lotar został “z tymi dwoma cudakami” zaś Greta wróciła do szefowej aby ją poinformować o tym spotkaniu.

                                    - To nie są elfy. Na moje oko to jacyś piechociarze. Tylko nie gadają po naszemu. - mruknęła do niego Greta z siodła swojego górskiego kuca na jego pytanie.

                                    A podczas wcześniejszej rozmowy z szefową ta wysłuchała jego pytań o różne sprawunki jakie planował w Breder. - Zobaczymy ile i jakie mają te konie w tym Breder. Priorytetem są te dla Gebirgsjaeger bo mamy więcej górali niż wierzchowców. No i dla naszego pana bo te konie na wojnie to się szybko zużywają to jeden dla jednego rycerza to mało. A jak coś zostanie to zobaczymy. - więc niczego mu nie obiecała ale widocznie miała dość konkretne plany co do roli zakupionych w Hochlandzie wierzchowców. Co do reszty zakupów o jakie pytał to nie widziała jakichś większych przeciwskazań. Jak go stać aby kupić sobie wierzchowca to niech kupuje. Będzie miał na czym jeździć. Jak go stać na wóz i konia to też niech kupuje. Będzie miał swój wóz i konia. Dorzuci się go do tej karawany taborów jakie zamierzali stworzyć na rzecz ich powstających hufców. Jak się sam nie czuje na siłach powozić to ją chyba nieco zdziwiło ale zapewne jakiś woźnica się znajdzie. Trudniej było o konny wóz niż kogoś do jego powożenia. Natomiast gdy okazał swoje ograniczone zaufanie do Hochlandczyków Stefana to ją nieco zdziwiło.

                                    - A czemu tak uważasz? Wczoraj powiedział, że tutaj będzie bród i pewnie pusty to jak widzisz jest ten bród i jest pusty. Czymś ci się narazili, że tak im nie ufasz? - zapytała elfa zdziwionym tonem jakby brała pod uwagę, że może wie o nich coś więcej niż ona i stąd jego brak zaufania do bandy leśnych łuczników.

                                    Stefan

                                    - Włócznik tak? I cóż wy byście mogli tymi wykałaczkami przeciwko sprawnemu mieczowi? - prychnęła rozbawiona sierżant mieczników gdy na ostatnim obozie ją zagadnął w tych szermierczych sprawach. Wydawała się mieć dość pogodną naturę co zdawało się przeczyć opinii prymitywów i srogich półnorsmenów jaką cieszyli się w Imperium Nordlandczycy. Nawet nie wyglądała na jakąś umięśnionego babochłopa czy inną kobietę z północy. Raczej na imperialnego żołnierza i oficera. Tyle, że kobieta. Co było nietypowe bo niewiele kobiet służyło w oddziałach liniowych. Zdarzało się ale jednak nie była to codzienność. Zwykle jak już to służyły w oddziałach pomocniczych. Chyba, że w obronie. Bo jak miasto było oblegane to wtedy cała ludność zwykle brało udział w tej czy innej formie obrony. To i kobiety w obronie murów zdarzały się częściej niż zwykle ale też póki się dało to raczej mężczyźni zwykle brali na siebie te najcięższe zadania. Ale widocznie sierżant Theiss należała do tej mniejszości kobiet jakie nie stroniły od męskich zawodów. A i jej podwładni zdawali się ją uwielbiać. W każdym razie tak jak włócznik wierzył w mocne strony swojego oręża tak ona zachwalała własny nie mając ochoty jej zmieniać.

                                    Rozmowa z Petrą poszła mu dość gładko. Szefowa nie widziała trudności aby ktoś miał załadować własne bambetle czy kupione zapasy na wóz. Byle bez przesady, że zajmie pół wozu swoimi rzeczami. Ale jakiś worek czy dwa to pewnie by się zmieścił. Zwłaszcza, że brała pod uwagę zakup nowych wozów.

                                    Zaś jako znachor nie miał na razie zbyt wiele do roboty. Straty marszowe były dość niewielkie. Późnowiosenna pogoda była taka sobie ale to już nie było ta wiosenna słota jaka topiła cały świat w błocie. Nie mówiąc już o zimowych mrozach zesłanych przez Ulryka. Podróżowali we względnie małej grupie a nie całą armią gdzie zagęszczenie luda było orkopne i tych chorych i kontuzjowanych siłą rzeczy było dużo więcej. No i przemieszczali się a nie obozowali w jednej ciżbie więc każdy postój wypadał w nowym miejscu. Chociaż co jakiś czas trafiali na wydeptane ślady poprzednich oddziałów jakie tędy przchodziły i obozowały.

                                    A teraz Greta przywiozła wieści o nietypowym spotkaniu jakie trafiła razem z Lotarem. I na polecenie szefowej miała tam poprowadzić grupę zwiadowczą. Jak się okazało parę osób się zgłosiło prawie od razu więc nie miał iść sam.

                                    Alezzia

                                    Podczas wieczorku zapoznawczego Alezzia musiała przyznać, że chyba jej urok osobisty zadziałał. Bo gdy nie zdradzała ochoty do integracji z innymi czy choćby tańców a do tego była osobą parającą się sztukami mistycznymi czyli w opinii pospólstwa była wiedźmą to jakoś mało kto do niej podbijał aby ją sam z siebie zaprosić do tańca. Właściwie to wyglądało to podobnie jak z obiema szefowymi i szlachciankami. Przynajmniej póki Dana nie przełamała tego stuporu na rozpaczliwe wezwanie Petry. Potem nawet podeszła do Alezzi aby pół żartem a na w pół poważnie i jej zaproponować taniec no ale tak elastycznie, że łatwo było to obrócić jako żart bez ujmy dla którejś ze stron.

                                    A podczas podróży niejako w naturalny sposób jechali we trójkę. W końcu poza nią tylko Petra i Gotthart mieli wierzchowce. Byli jeszcze Gebirgsjaeger na swoich górskich kucykach jakie wydawały się miniaturką przy pełnowymiarowych koniach. Ale i tak dzięki nim byli szybsi i mobilniejsi od piechurów. Zwykle dwójka jechała gdzies tam z przodu przepatrując drogę, że nawet z siodła nie było ich widać a dwójka jechała gdzieś trochę za Petrą. Więc młoda magini miała właśnie za towarzyszy najczęściej szefową i dowódcę pieszych Kislevitów jaki sam bynajmniej na Kislevitę nie wyglądał. A szefowa oprócz tego, że rozmawiała z Gotthartem o ich górskich włościach i władcy to znalazła też okazję dla drugiej towarzyszki podróży.

                                    - To jesteś czarodziejką tak? Znaczy tym, magistrem. Tak jak Inez. - zagaiła gdy tak sobie jechali tymi błotnistym pasem pod baldachimem ponurego, ostlandzkiego lasu jaki kończył się gdzieś przy samej granicy z Kislevem. A z tego co Tileanka wyniosła z nauk w Kolegium to jak się weszło do niego w Reiklandzie przy wschodnich krańcach Gór Szarych to właśnie można było tylko lasami przejść aż do ostlandzko - kislevskiego pogranicza ani razu nie wychodząc na otwartą przestrzeń. Do tego ten tutejszy, ostlandzki las nazywano Lasem Cieni. I w całym Imperium chyba tylko Drakwald miał gorszą reputację. Pierwszy raz go widziała z bliska ale ponure widoki pasowały do tej ponurej reputacji o jakiej nauczuali w Kolegium.

                                    - I słyszałam. To wy tam macie jak w klasztorze co? Tylko nauka, modlitwy, medytacja, posty i takie tam? Biedactwo… A taka ładna dziewczyna z ciebie… - Petra spojrzała w bok na jadącą obok świetlistą blondynkę. Jakoś tak smutno i współczująco. Jak starsza siostra czy koleżanka co powinna zaopiekować się tą młodszą i mniej doświadczoną przez życie.

                                    - Inez to się udało, że znalazła swoją mistrzynię gdzieś tutaj. To ją wzięła pod swoje skrzydła. Tylko ona została z naszym margrafem w Falkenhorst a pan nas i Eryka posłał aby tutaj uzbierać to wojsko dla niego. No ale dlatego Inez ominęły te wysokie szkoły. Ale nieco słyszała i mi opowiadała jak tam jest. - młoda szlachcianka wyjaśniła skąd ma takie a nie inne informacje o magach. I z tego co wiedziała świetlista magister to mogło tak być. Nie wszyscy kandydaci zaczynali swoje nauki w samym Altdorfie. Większe imperialne miasta miały swoje filie, już nie tak wspaniałe i sławne jak to gówne Kolegium w stolicy no ale działały na tych samych zasadach. Miało to praktyczne znaczenie bo nie każdemu było łatwo wysłać potencjalnego kandydata do odległej stolicy i jak już łatwiej było też szkolić kogoś takiego gdzieś lokalnie. No i jak taki wykształcony magister już praktykował na własną rękę to miał prawo wziąć kogoś na ucznia i go szkolić. Tak zapewne właśnie miało miejsce z Inez i jej mistrzynią. Ale sądząc po tym co i jak mówiła jej przyjaciółka to chyba musiała sobie imaginować te lata nauki jako coś strasznie trudnego i męczącego niepozwalającego na inne rzeczy, zwłaszcza rozrywki.

                                    - Ale jakby ci ktoś dokuczał to powiedz. Wiesz, nie wszyscy lubią wiedźmy. Ale teraz pracujesz dla nas więc gdyby ktoś ci dokuczał to powiedz. - powiedziała na koniec jakby chciała dodać otuchy jaśniejszej koleżance. Chociaż na oko to wydawały się być w podobnym wieku. Poklepała ją przyjacielsko po ramieniu i posłała ciepły uśmiech.

                                    A, że ktoś mógłby być dla niej niemiły to się już zdążyła przekonać sama. Póki studiowała w Kolegium to chociaż tam były podziały na poszczególne Tradycje, na różne stopnie zaawansowania wśród uczniów i profesorów to jednak panowała dość uduchowiona i braterska atmosfera światłych ludzi nauki. I tam co prawda ostrzegano uczniów, że ich moc może budzić “pewno wotum zaufania” tak u wysoko urodzonych jak i pospólstwa. Nawet jeśli będzie się ono różnie objawiać. Zapewne jakiś szlachcic nie schyli się aby ciskać w maga łajnem czy spluwać przez ramię dla odczynienia złego uroku ale zapewne też gdyby chciał potrafiłby okazać swoją nieprzychylność dla magistra. Ale dopiero jak skończyła naukę i zaczęła praktykować na zewnątrz przekonała się, że to nie były żarty ani czcze gadanie. Póki ktoś ją brał za jakąś uczoną, może szlachciankę to pół biedy. Ale jak się zdradziła albo jakoś dowiedział się o tym kim jest… No to różnie z tym bywało. Co prawda do jakichś rękoczynów czy wyzwisk to się nie dochodziło tak często ale już łagodniejsze formy okazywania niechęci, obawy, strachu, braku zaufania były dość powszechne. Pewnie to skłoniło Petrę do tego ostatniego zapewnienia. Sama chyba nie miała wcześniej doświadczeń z magami póki nie spotkała Inez z jaką się z czasem zaprzyjaźniła. Więc jej poglądy to był taki konglomerat popularnych przesądów i prawd o magach jak i własnej praktyki z życia obok jednej z takich “wiedźm”. Chyba zwłaszcza to ostatnie sprawiało, że była gotowa okazać nieco więcej zaufania i serca do nowo poznanej magister.

                                    No i tak sobie podróżowali od opuszczenia Lenkster. Dopiero jak rozbijali się na południowy popas dla koni i obiad dla siebie była okazja rozprostować kości i rozejrzeć się po pozostałych ogniskach. Albo wieczorem jak się rozbijali na nocleg czy rano przy śniadaniu zanim ruszyli w drogę. Aż do teraz jak Greta przyszła z wieściami z konnej czuki o spotkaniu tych dwóch “cudaków” co nie mówili ani w reikspiel ani w kislevskim. Chyba dwóch najpopularnieszych językach na tych wschodnich kresach. Zresztą jak się okazało chociaż szefowa niejako zgłosiła ją na ochotnika, głównie zapewne ze względu na znajomość nietypowego w Imperium języka to na je sugestię i już paru innych śmiałków się zgłosiło jako towarzysze w tej czy innej roli.

                                    Eitri

                                    Na drugi dzień po wieczorku zapoznawczym, gdy spotkał się ze swoimi nowymi towarzyszami okazało się, że całkiem sporo osób pamięta go z dnia poprzedniego. I to raczej w pozytywny sposób. Ostmarczyk Klaus dosiadł się do niego, razem z nim zjadł śniadanie i pożartował sobie trochę. Spodobał mu się pomysł spróbowania oryginalnego trunku khazadów. Zwłaszcza, że zdarzało mu się w przeszłości go próbować i miło to wspominał. Ale takie starodawne piwo o jakim mówił nowy kompan no to mu przypadło do gustu i był chętny go spróbować.

                                    - No to bywaj krasnoludzie. Powodzenia w tym Breder. - pożegnał się gdy Eitri już wychodził aby dołączyć do reszty kolumny.

                                    Ze strzelcami Dimitriego nie miał za bardzo okazji jak i gdzie pogadać. Na wieczorku towarzyskim był tylko ich szef z odległych, południowych krain a przy śniadaniu poza nim ledwo paru z nich. Ale Dimitri przedstawił go im w dobrym świetle jako niezrównanego strzelca co nawet z elfem mógł stawać w szranki no i właściciela bardzo eleganckiej i mocnej broni. Mimo wszystko jednak za wiele nie mieli do pogadania bo w końcu zebrali się wszyscy co mieli ruszać do Hochlandu więc kolumna wyruszyła w drogę.

                                    Droga zaś dla khazada była męcząca. A raczej męczące było dla niego nadążyć za długonogimi. Mógł maszerować długo, może nawet dłużej niż oni. Ale jednak krótsze nogi dawały krótszy krok a więc z każdym kolejnym zostawał trochę z tyłu. Musiał mocno i gęsto wyciągać swoje krótkie nogi aby za nimi nadążyć. Może dlatego przy wieczornym rozbijaniu obozu w Festag podeszła do niego Petra i grzecznie zaproponowała, że może by skorzystał z wozu. Na koźle obok woźnicy było miejsce.

                                    - No i czułabym się pewniej jakby krasnolud stał na straży naszego dobytku. - dodała z uśmiechem bo wóz nie jechał pusty tylko wiózł te wszystkie podróżne bambetle jakie szkoda było nieść na sobie podczas całych dni marszu.

                                    Gdy zaś przyszło przeprawiać się przez ten górski bród o jakim wczoraj mówił hochlandzki brodacz o aparycji zbira czatującego na traktach to się zaczęli przeprawiać. Napierw sam pomysłodawca jakby szefowa chciała sprawdzić czy skoro tak zachwala to przejście to aby sam dał przykład. I dał. Przeszedł mniej więcej bez większych trudności. Potem poszła reszta. Kozacy Diestlera i myśliwi Stefana a także Tobias i paru innych przeprawili się w pierwszej fali. Bród był na tyle szeroki, że pomieścili się wszyscy chętni. Teraz ociekali zimną, górską wodą na drugim brzegu no chyba, że wzorem Stefana zdjęli wcześnie spodnie i przenieśli je nad głową. Ale to było nie takie proste i zarówno jeden z Kozaków jak i myśliwych stracili równowagę na tych zatopionych kamieniach obmywanych wartkim prądem i grzmotnęli w wodę. Większość przeszła jednak raczej bez takich przygód. Potem jeszcze przejechała mała grupka konnych no a on sam przypatrywał się jeszcze z tego brzegu jak miecznicy rozbierają się ze spodni aby potem nie łazić pół dnia w mokrych. Chyba nawięcej uwagi przykuwała ich sierżant co się rozbuła i też zdejmowała swoje barwne portki ukazując całkiem zgrabne, gładkie nogi. Co w tym zdecydowanie męskim towarzystwie nie przeszło bez echa. Ale koledzy miecznicy robili pozostałym dość wymowne miny aby ich zniechęcić od jakichś głupich uwag. No i właśnie na to wszystko trafiła Greta na tamtym już brzegu gdy obwieściła o spotkaniu “z dwoma cudakami”. Petra dość szybko znalazła ochotniczkę do tego zadania i dała do zrozumienia, że lepiej aby panie nie jechały same. I na szczęście znalazło się całkiem sporo ochotników.


                                    Grupa rozpoznawcza

                                    - No to chodźcie za mną. - rzuciła Greta do ochotników na tą grupę zwiadowczą. Dała butami w boki kuca i ruszyła pierwsza. Jechała spacerowym tempem więc ani Alezzia czy Gotthart na swoich wierzchowcach ani piechurzy nie mieli trudności aby za nią nadążyć. Jechali błotnistą przesieką jaką wyżłobila niezliczona ilość nóg, kół i kopyt. Czasem trzeba było przejść nad jakimś korzeniem albo zwaloną gałęzią czyli podobnie jak na ostlandzkich drogach. Jakoś dróg jakoś skokowo nie poprawiła się tylko dlatego, że weszli na teren bardziej zachodniej prowincji.

                                    - Tam w lewo będzie droga. Oni przybiegli z tej drogi jak nas zobaczyli. I wołali do nas. No ale nie po naszemu to się nie dogadaliśmy. - wyjaśniła po drodze konna góralka. Wydawała się być dość spokojna, wręcz flegmatyczna więc chyba nie spodziewała się kłopotów. Jechali i szli tak z pół pacierza, może pacierz gdy za którymś tam zakrętem ujrzeli konnego jeźdźca. Ten pozdrowił ich uniesionym ruchem dłoni. Greta odpowiedziała tym samym. Obok niego stało dwóch piechurów. Ale jeszcze nie było widać detali. Pojawiały się w miarę jak skracali odległość. Wyglądali na dwóch piechurów z jakiejś imperialne armii albo milicji. Ale nie mieli na sobie ani zieleni Hochlandu ani czerni i bieli Ostlandu. Co jeszcze jednak nic nie znaczyło bo w różnych najemniczych oddziałach lub milicjach każdy się szykował w to co miał i było go stać a ujednolicenie wyglądu było na szarym końcu priorytetów. W każdym razie na pewno nie tak wyglądali standardowi norsmeńscy piraci i rabusie. Ani elfy.

                                    - Dobrze, że jesteście. Bo mnie cisnął. Chyba chcą aby tam gdzieś z nimi pójść. Tam chyba ten ich oficer. Bo oni to zwykłe soldaty jak na moje oko. - Lotar wyraźnie ucieszył się, że przybyło jakieś wsparcie co zdejmie z niego ciężar niewygodne dyskusji w obcym dla niego języku. Więc zostawał im jedynie ten uniwersalny migowy.

                                    Alezzia dostrzegła w nich coś znajomego jeszcze zanim się odezwali. Na piersi jednego z nich był przyszyty mały ryngraf. A na nim wizerunek kobiety z tarczą i włócznią. Na tarczy było wymalowane duże “M”. Zwykle tak przedstawiano Myrmidię. Bogini taktyki i wojny nie była zbyt popularna tutaj w Imperium. A zdecydowanie nie tutaj na północno - wschodnich kresach, zwłaszcza wśród pospólstwa. Za to była wręcz boginią i narodową patronką tak Estalii jak i jej rodzimej Tileii. Obie krainy rościły sobie prawa aby to właśnie ich kraj był ojczyzną dla tej boginni. W jednym z nich się narodziła w drugie dokończyła swojego doczesnego żywota więc prawa do niej wydawały się równorzędne. I nie raz były przedmiotem sporów tak wśród pospólstwa jak i możnych a nawet władców a i zdarzały się zamieszki czy wręcz wojny religijne właśnie z tego powodu. Ale to tam, na południu, za pasmem gór jaki oddzielał Bretonię i Imperium na północy a Estalię, Tileę i Księstwa Graniczne na południu. Ale mimo wszystko talizmany z różnymi dobrymi bogami było dość rozpowszechnione na całym świecie o jakim słyszała. Więc to jeszcze nie przesądzało sprawy. Jednak sprawa się potwierdziła gdy jeden z nich odezwał się po tileańsku do drugiego.

                                    - Guarda, uccideranno i nostri ragazzi lì prima che facciamo un patto con quegli sciocchi!* - powiedział z rozgoryczeniem jeden do drugiego a ten smutno pokiwał głową w hełmie. Pozostali w ogóle nie zrozumieli tych ich obce gadki. Poza tym, że Greta się nie myliła i rzeczywiście nie był to ani reikspiel ani kislevski.

                                    - To jak ktoś z was umie z nimi gadać to niech próbuję. - powiedział Lotar jakby był nie mniej zmęczony tym wzajemnym niezrozumieniem się jak ci dwaj piechurzy. Ci zaś mieli na sobie przeszywalnice i kaptur kolczy albo skórzany a na nim hełm. Jeden prostą, klasyczną łebkę a drugi kapalin. Co pasowało do niezbyt dostojnego wizerunku piechurów i pewnie nie byli szlachetnego pochodzenia. U boku mieli kordy. Podobnie zresztą jak niektórzy piechurzy co się zaciągnęli pod sztandar margrafa. Te długie noże były w sam raz do dobijania powalonych wojowników, prac obozowych czy dawały przewagę zasięgu przed zwykłymi nożami. A i nie były tak ciężkie i długie jak klasyczne miecze czy topory. W sam raz dla piechoty co nie jest nastawiona na bezpośrednie starcie.

                                    Ci co woleli zajść potencjalnego przeciwnika od tyłu musieli przejść się przez ten mroczny, wilgotny las. I w końcu usłyszeli rozmowy zapoczątkowane przez Lotara. A i sami przez krzaki i drzewa widzieli jednego konnego i dwóch pieszych do jakich podjechała lub podeszła reszta grupy podążającej za Gretą błotnistą przesieką. Słów nie słyszeli chyba, że ktoś podniósł głos. Ale nie widzieli też innych osób.

                                    - By mieli go zaciukać to by go zaciukali jak stali z nim sami. Wystarczyłoby aby go zadźgać, zabrać konia i resztę fantów. Zanim byśmy przyszli to już by tylko trup został. Słabo się zabierają do tego rabowania i zasadzki. A nas jest niezła kupa. Sporo by ich musiało być aby się poważyć na taki atak. - mruknął cicho jeden z Hochlandczyków jakich Stefan wydzielił do tego zwiadu. Sam został przy brodzie z większością oddziału aby zapewnić bezpieczny przejazd przez bród reszcie karawany. I sprawdzić czy ktoś nieprzyjemny się nie kryje wśród okolicznych drzew i krzaków. Ale ze dwóch ludzi posłał przodem. I jeden z nich wychylał się zza sąsiedniego drzewa obok Tobiasa i dwóch Kislevitów Gottharta aby dać swoje zdanie na ten temat. Rzeczywiście zanim Greta wróciła do brodu a potem porozmawiali chwilę i znów zawróciła z powrotem do Lotara to jednak z pół pacierza minęło. Albo pacierz. Jakby ci dwaj żywili jakieś niecne zamiary to mieli ten czas w relacji ich dwóch na jednego górala dosiadającego kuca aby zrobić mu krzywdę. A coś z tego miejsca nie wyglądało na to aby coś tam złego się działo między nimi przez ten czas. A na bocznej drodze widać było względnie świeże ślady pasujące do dwóch piechurów. Nocny deszcz pewnie zmył resztę zostawiając tylko rozjeżdżone od dawna koleiny. Widocznie nie była to jakoś za bardzo uczęszczana droga. No i tak jak mówił ten Hochlandczyk łącznie mieli z pół setki zbrojnych w kawalkadzie. To już było nieco sporo jak na jakąś przygodną bandę rabusiów. Ci woleli zwykle atakować tych co się nie mieli szans obronić. A i dobrze było aby ich było z czego obrobić. Zaś maszerujące oddziały zwykłej piechoty raczej nie dawały nadziei ani na łatwy ani na bogaty łup.


                                    *Guarda, uccideranno i nostri ragazzi lì prima che facciamo un patto con quegli sciocchi! - (wł) No zobacz! Wybiją tam naszych zanim się dogadamy z tymi głupcami!


                                    Karawana

                                    Ten bród dawał szansę na przeprawę przez Wolf. Ale jednak nie było się co dziwić, że nie jest zbyt popularny. Zwłaszcza dla wozów. Ta lina jaką rozpięła Petra była pomocna o ile się miało wolne ręce aby się jej trzymać. A nie każdy z tego korzystał zwłaszcza jeśli wolał nieść swoje ubrania i ekwipunek nad głową. To wtedy miał zajęte ręce. No i tak wśród mieczników też jeden stracił równowagę i przewalił się do tej zimnej, rwącej wody spływającej z gór. Ale jakoś się przeprawili. Już byli po hochladzkiej stronie, wycierali się do sucha, z powrotem zakładali spodnie i buty. Teraz przyszła kolej na wóz.

                                    - Weźcie chłopaki ruszcie się przodem. Macie te kijki to sprawdźcie gdzie jest najlepsze dno aby przejechać co? - Hugo co był woźnicą poprosił Marcusa o pomoc. Ten nie wahał się i posłał paru z nich aby “kijkami” czyli trzonkami swoich halabard sprawdzili gdzie tu by było najlepsze miesce aby przeprawić wóz. To zapowiadało się na trudniejsze niż przejść na piechotę czy przejechać na grzbiecie wierzchowca. Przerwał im też rozważania na temat kobiecych nóg. Chyba sierżant Theiss ich do tego natchnęła i bardzo żałowali, że ich szefowa czy magiczka były konno i nie musiały nic zdemować. Bo chociaż u szefowej było widać całkiem zgrabne kształty opięte w skórzane spodnie a u magiczki w jej długiej spódnicy niewiele to jednak po ogólnie zachęcającej aparycji zapowiadało się, że mają tam pod spodem całkiem ciekawe widoki. No ale jedna była szlachcianką i do tego szefową całej te wyprawy i jeszcze zaufaną górskiego pana. A druga była wiedźmą. Więc poza takimi okazjami nie zapowiadało się aby taki zwykły soldat miał okazję rzucić okiem na to czy owo. No i właśnie te luźne rozważania przerwał im sierżant zaganiając część z nich do rozpoznania brodu.

                                    - Tu powinno być dobrze! - zawołali gdy już ochotnicy na rozpoznanie zniknęli jakiś czas temu w trzewiach mrocznego lasu. Było to nieco niżej niż tam gdzie była rozpięta lina i przeprawiła się większość grupy. Hugo więc dał po lejcach i ostrożnie ruszył w tamtą stronę. Sierżant Aachem zagonił swoich ludzi aby utworzyli ochronny kordon wokół wozu. Po przeciwnej stronie Theiss postąpiła podobnie. Z łuczników Stefana było widać tylko jednego czy dwóch co stali najbliżej rzeki. I Petra podjechała konno z tamtej strony aby kibicować tej przeprawie.

                                    Z początku nie było tak źle. Hugo widocznie miał wprawę w powożeniu. Ostrożnie pogodnił lejcami konia i ten wszedł w wodę ciągnąc za sobą wóz. Potem dotarli do połowy. Ale wóz mocno trzeszczał i kolebał się na zatopionych kamieniach. Gibał się na wszystkie strony. Ale z mozołem parł do przodu. Aż nie wiadomo co się stało. Koń się czymś spłoszył czy koło gdzieś utknęła, coś tam się obsunęło pod nim w wodzie bo wszystko stało się na raz. Koń zarżał głośno a wóz niespodziewanie przechylił się na jedna z burt. Tak bardzo, że groziło, że zaraz się na nią przewali.

                                    - Trzymać! - krzyknął przytomnie Marcus i dwóch najbliższych halabardników co stało obok wyznaczając tor przejazdu podbiegło i zaparło się aby przytrzymać wóz.

                                    - Pomóżcie im! - krzyknęła Petra i Theiss też pognała swoich ludzi aby pomogli przytrzymać wóz. Chwilowo wspólnymi wysiłkami sytuacja została opanowana. Ale wóz nadal stał niebezpiecznie pochylony na jedną z burt i groziło, że zaraz się przewali. Tylko napór krzepkich ramion licznych wojaków zdawał się go przed tym hamować. Ale to nie mogło trwać wiecznie. Z połowa obu oddziałów została na swoich brzegach a pozostali przytrzymywali wóz.

                                    - Hugo wyjedź stamtąd! Dasz radę? - krzyknęła szefowa do woźnicy jaki siedział pod dziwnym kątem na mocno pochylonym koźle.

                                    - Spróbuję! - odkrzyknął jej i pogodnił konia lejcami. Podobnie wojacy starali się pomóc napierając na niego aby go wydobyć z tej wodnej pułapki. Ale przynajmniej tak od razu to to się nie udało.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • Pipboy79P Niedostępny
                                      Pipboy79P Niedostępny
                                      Pipboy79 jako Pipboy79
                                      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                      #18

                                      Gotthard, mimo braku wyraźnego zagrożenia, zachowuje czujność i przywołuje swoich ukrytych kozaków, którzy wychodzą z zarośli z łukami w gotowości. Nie ufa napotkanym „cudakom” i woli mieć sytuację pod kontrolą. Zwraca się do czarodziejki z pytaniem, czy rozumie ich mowę, jednocześnie w myślach odnosząc się do nich z lekceważeniem i podejrzliwością.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • CioldanC Niedostępny
                                        CioldanC Niedostępny
                                        Cioldan jako Cioldan
                                        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                        #19

                                        Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                                        Czas : 2521.04.20-23; podróż
                                        Warunki : - ; zróżnicowane

                                        - A czemu tak uważasz? Wczoraj powiedział, że tutaj będzie bród i pewnie pusty to jak widzisz jest ten bród i jest pusty. Czymś ci się narazili, że tak im nie ufasz? - zapytała elfa zdziwionym tonem jakby brała pod uwagę, że może wie o nich coś więcej niż ona i stąd jego brak zaufania do bandy leśnych łuczników.
                                        - Droga Petro, otóż podczas mojego jeszcze krótkiego życia, zwiedziłem cały Ostland i byłem już parokrotnie na południe od Ristedt, przy granicy z Hochlandem. Mógłbym przysiąc, że widziałem już twarz tego Stefana podczas moich podróży, gdy wraz z kuzynem ochranialiśmy cenne wozy kupieckie mojego wuja. Przy trzech takich wyprawach zaatakowali nas podobni do jego wojów bandyci i niemal pewny jestem, że go widziałem wśród tych pyszałków choć wyglądał młodziej. Było to jedynie jakieś 10-12 lat temu, ale przy żywotności niczym jętka na pewno zestarzał się trochę... Mój kuzyn stanął z nim twarzą w twarz, ale on już bije się za Ostland na wschodzie i na tę chwilę nie potwierdzi moich przypuszczeń .- odpowiedział Duivel, starając się zwięźle wytłumaczyć swoją nieufność wobec Stefana. Oczywiście dodatkowo Stefan był człowiekiem co ani trochę nie zwiększało poziomu zaufania do niego.


                                        Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                                        Czas : 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                                        Warunki : - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                                        Mundo-naru uważnie się przyglądał tak zwanym 'cudakom' choć dla niego wyglądali ... jak ludzie. Spodziewał się Jaszczuroludzi, Zielonoskórych, Elfów, a nawet Skavenów, a to byli ludzie, tylko mówili inaczej. Jednak musiał się przyjrzeć czy mają jakieś świeże oznaki walki. Zwrócił się do Grety i Lotara.
                                        Z całym szacunkiem, może powinniśmy wrócić do Petry i kontynuować podróż. Mamy armię Chaosu przedzierającą się przez kraj i nie powinniśmy marnować czasu. Chyba, że tych tutaj zaatakowali Zwierzoludzie czy inne pomioty, wtedy zrozumiem chęć pomocy. To tylko moja sugestia... .- skinął lekko głową i cofnął się. Czekał aż Magini Światła przetłumaczy dla nich rozmowę, więc póki rozmawiali w obcym języku rozglądał się czujnie po okolicy, ale gdy tylko zaczęli rozmawiać w znanym mu języku zaczął słuchać z uwagą.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • DekaresD Niedostępny
                                          DekaresD Niedostępny
                                          Dekares jako Dekares
                                          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                          #20

                                          Miejsce : pd-zach Ostland; droga w kierunku granicy z Hochlandem
                                          Czas : 2521.04.21; Festag; popołudnie
                                          Warunki : jasno, pogodnie, sła.wiatr chłodno

                                          Stefan słysząc odpowiedź Pani sierżant niczym jeden z tych potworów morskich co mają pływać u brzegów jej rodzimej prowincji poczuł krew w wodzie i w myślach wyszczerzył się wyimaginowaną paszczą okrutnych zębów.

                                          Oczy zabłysły mu ewidentnym rozbawieniem ale na tyle na ile potrafił zdusił w sobie śmiech po jej ripoście i sparodiował śmiertelnie dotkniętego jej słowami, teatralnie uniósł dłoń aby przesłonić sobie twarz i powiedział oburzonym głosem:

                                          - Wykałaczkami?! No tak! Nie ma się argumentów to przechodzi się do takich Straszliwych Kolumni.

                                          Pozostaje mi tylko domagać się satysfakcji w imieniu wszystkich włóczników świata Pani Sierżant!
                                          Opuścił dłoń i uśmiechnął się kontynuując już w zasadzie normalnym rozbawionym głosem:

                                          - A tak całkiem poważnie To co Pani powie na mały sparing w dogodnym momencie? Treningu nigdy za dużo, a myślę że, powinniśmy Ostatecznie rozwiązać ten spór pomiędzy Włócznią a Mieczem, ale możemy posparować też mecz na miecz… .

                                          W końcu nie chciałbym mieć cały czas nieuczciwej przewagi

                                          Miejsce : pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
                                          Czas : 2521.04.23; Wellentag; przedpołudnie
                                          Warunki : - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; chłodno (0)

                                          Młody Ostlandczyk trzymał się blisko dowódcy oddziału kiedy ruszyli rozpoznać sprawę dwóch nieznajomych. Szedł w ciszy obserwując zarówno trakt jak i swoją stronę pobocza uważnie, zakładając że druga strona jest obserwowana przez osoby idące po tamtej stronie. Trzymał Azura blisko siebie nakazując psu ciszę. Uważnie obserwował będących w jego polu widzenia żołnierzy czy nie pokazują żadnych znaków rękami oznaczających niebezpieczeństwo. W lewej ręce niósł swoją sprawdzoną włócznie, natomiast w prawej łuk . Tarcze na plecach.
                                          Widząc że ich człowiekowi nic się nie stało odetchnął z ulgą, ale nie pozwalał sobie na nieuwagę, ruszył szybszym krokiem do przodu i minął dwójkę nieznajomych pozdrawiając ich z lekkim uśmiechem w swym ojczystym języku. Po tym zatrzymał się odwrócony do nich plecami i zaczął obserwować teren dookoła ich małego oddziału koncentrując się na trakcie i kierunku z którego przyszli. Starał się przy tym pozostać na tyle blisko aby słyszeć odbywającą się rozmowę.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0

                                          Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                          Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                          With your input, this post could be even better 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa