Gormalesh Pluskwą zwany
-
Blaszek jest dwieście czterdzieści.
Wiszą w stróżówce przy Bramie Cedrowej, na haczykach wbitych w dębową ramę, szesnaście rzędów po piętnaście. Każda wielkości paznokcia kciuka, mosiężna, wytarta do połysku przez cudze palce, z wybitym numerem. Kto wchodzi do Parku Hesperyd, dostaje jedną. Kto wychodzi, oddaje. O zachodzie rama ma być pełna i dopiero wtedy przekręca się klucz do bramy.
Bram było kiedyś kilka. Pozostałe zamurowano tak dawno, że po trzech poznaje się już tylko wnęki w murze, a po czwartej nic. Do parku wchodzi się i z parku wychodzi jednym otworem i to jest jedyny powód, dla którego rachunek blaszek w ogóle ma sens.
Rama pełna, brama zamknięta. Tak się to tutaj mówi i tak to stoi w instrukcji, której nikt tu nie czytał, bo każdemu czyta się ją na głos przy przyjęciu, raz, i uważa się to za wystarczające.
W Stubramiu za porządek na ulicy nie płaci miasto. Płaci dzielnica. To jest pierwsza rzecz, którą trzeba zrozumieć, i nikt jej nowemu nie tłumaczy, bo wszyscy uważają, że to oczywiste. Hesperydy stać. Hesperydy mają astynomów w mundurach koloru zieleni, blaszki liczone dwa razy dziennie i stróżówkę z piecem, w której zimą naprawdę jest ciepło. W innych dzielnicach jest różnie. Na przykład w Kurzawie, tam na zachodzie, gdzie wiatr nanosi pył i mur się sypie, ma co najwyżej trzech pijaków i dzwon na alarm. Stukramie, wielki targ w dole, ma ciche porozumienie z gildiami złodziei z Podmiasta i wszyscy udają, że go nie ma.
Astynom. Tak się nazywa to stanowisko. Słowo jest stare i znaczy mniej więcej „ten od porządku". Tydzień służby, tydzień wolnego - czy to na odpoczynek, czy bardziej awanturnicze życie. Żołd wypłaca skarbnik dzielnicy, w srebrze, bez opóźnień. Robota jest nudna. Nuda jest Pluskwie znajoma, i to nie jest ta znajomość, która przychodzi po trzech miesiącach stania w bramie. Jest starsza. Gdzieś już się tak stało, coś już się tak liczyło i tak samo nic się nie działo, i wtedy też było dobrze.
Pluskwa celował wyżej.
Podwoje to dzielnica koszar. Najczystsza w mieście i najmniej lubiana, jedno wynika z drugiego. Stacjonują tam prawdziwi rycerze w zbrojach barwy starego złota, a starsi z nich mają dwie twarze: jedną z przodu i jedną z tyłu głowy, obie takie same i tak samo żywe. Zakon Janusowy. Pilnują portali, przez które się do tego miasta wchodzi, i tych nielicznych, przez które da się wyjść.
Pluskwie nie odmówiono. Przyjął go skryba, wysłuchał, zajrzał do rejestru. Potem wyjaśnił uprzejmie i bez pośpiechu, że do Zakonu przyjmuje się wybrańców lub obywateli, a obywatelem zostaje się po siedmiu latach pogłównego płaconego co kwartał, bez ani jednej zaległości, przy dwóch poręczycielach. Albo po jednej wojnie, jeśli się ją przeżyje. Powiedział, żeby przyszedł, kiedy termin minie, i to nie było kłamstwo. Nie padło ani jedno słowo o goblinach. Nie musiało.
To i tak lepiej niż inne alternatywy. Jedna z nich nazywa się Ekskubitorzy, ale tak mówią o nich tylko urzędnicy. Na ulicy mówi się: Kubły. Nocna straż, opróżnianie szamb, walka z ogniem. Przyjmują wyłącznie tych bez obywatelstwa, siedem lat służby daje obywatelstwo i to jest trzecia droga obok podatków i wojny. Gaszą pożary. Wyciągają ludzi ze studni. Nad ranem zbierają z bruku to, co zostało po nocy. Wywożą trupy.
Astynom w Parku Hesperyd brzmiał zdecydowanie lepiej. Nie ma pożarów. Nie ma szamb. Śpi się nocą. Trupy? Zdarzają się.
Praca wygląda tak. O świcie otwiera się Bramę Cedrową i wiesza tabliczkę z zakazami, których jest cztery: nie śmiecić, nie nocować, nie rozpalać ognia, nie wchodzić w dzicz bez druida. Potem stoi się i rozdaje blaszki. Numer pierwszy idzie do starej kobiety z krasnoludzkiej rodziny, która przychodzi codziennie i codziennie mówi to samo o suszy. Potem idą dzieci, potem mamki z dziećmi cudzymi, potem dwóch młodych, którzy przychodzą osobno i wychodzą razem, i myślą, że nikt tego nie zauważył. W południe przychodzą czeladnicy z Miechów, którym kazano narysować liść. Po południu starcy, psy, ktoś z lutnią i bez talentu. Raz w tygodniu przychodzi coś, co nie ma nazwy w żadnym znanym mu języku i chodzi wyłącznie po lewej stronie alei.
Nikt nikogo o nic nie pyta. Diabelstwo, niziołek, coś z trzema parami rąk, człowiek, elf, goblin... w tym mieście to nie jest temat. Połowa mieszkańców przyszła tu przez portale z odległych światów, druga połowa urodziła się z takich, co przyszli (często w wyniku naprawdę egzotycznych krzyżówek), i niewielu pamięta, skąd. Rozmawia się o pogodzie i o cenie mąki. Pluskwa rozumie ich wszystkich. Wspólny, krasnoludzki, elfi, jeszcze dwa, i nie pamięta, żeby się któregokolwiek uczył. Języków nie wynosi się z nauki, tylko z sąsiedztwa: z targu, z podwórka, ze stania obok kogoś przez lata. Ktoś stał obok niego przez lata. Nie pamięta kto.

Park jest wielki i zielony, co w tej krainie jest rzadkością, jeśli wierzyć w opowieści tych żyjących na Zamurzu lub wracających stamtąd do miasta. Zielony nie znaczy jednak uporządkowany. Drzewa są tu starsze niż miasto albo przynajmniej tak wyglądają: pnie, których dwóch ludzi nie obejmie, korzenie wyłażące z ziemi grubymi pętlami, a pod nimi jamy, w których mieszka to, co zdążyło wejść pierwsze i utrzymać legowisko. Z konarów zwisają brody porostów. Między kamieniami rośnie paproć. Woda schodzi kaskadami po omszałym kamieniu i zbiera się w strumieniach na tyle wąskich, że da się je przekroczyć, i na tyle głębokich, że nie da się ich przebrnąć. Kwiaty kwitną tu wtedy, kiedy chcą, a nie wtedy, kiedy powinny.
Ścieżki wyłożono płaskim kamieniem tak, żeby wyglądały, jakby leżały tu od zawsze. Kaskady schodzą po kamieniach, które ktoś dawno temu ustawił pod właściwym kątem. Mchowi wolno rosnąć wszędzie poza ścieżką. Drzewo, które padnie, zostawia się tam, gdzie padło, chyba że padło w poprzek alei. Dopiero kiedy się to zrozumie, widać, ile pracy kosztuje park, który udaje, że nikt go nigdy nie urządzał.
Woda schodzi tu kanałami z łaźni pod wodospadem, ciepława, i przez to trawa trzyma się dłużej, niż powinna o tej porze roku. W tym roku kanały stoją niżej niż zwykle. Widać w nich dno, kamienie i rzeczy, które ktoś kiedyś wrzucił.
Alejki są grabione co drugi dzień. Grabią je ogrodnicy w szarym płótnie, powoli, rzędem, po trzech, i kiedy nad wodą stoi mgła, widać z daleka tylko sylwetki, które suną obok siebie w równym tempie i nie odzywają się do siebie ani słowem.
Coś w żołądku Pluskwy na ten widok odzywa się wtedy wcześniej niż myśl. Za każdym razem. Nie ma do tego obrazu ani imienia, jest tylko to, co zostaje, kiedy wspomnienie usunąć, a odruch zostawić, i ten odruch mówi jedno: oko, ręka, strzała, cięciwa!
Nie, to są jednak ogrodnicy. Wiadomo, że to ogrodnicy.
Otwarta część parku kończy się grabowym żywopłotem. Przez pierwsze pół mili jest strzyżony do wysokości piersi i nie ma w nim nic niepokojącego. Potem przestaje być strzyżony. Robi się wyższy niż człowiek na koniu, wrasta w siebie, gałęzie skręcają się w dół zamiast w górę, pojawiają się ciernie długie jak palec i rosnące w złą stronę. Za żywopłotem stoją drzewa, których nikt nie sadził, i stoją zbyt gęsto. Nikt ich nie podcina, nikt spod nich nie sprząta i nikt nie wchodzi tam z grabiami.
Tę część nazywa się Stumilowym Lasem. Powiadają, że ciągnie się sto mil w głąb, a park mierzy ledwie ułamek tego. Mówi się, że to już nie jest ta sama sfera. Mówi się różnie.
Stumilowym Lasem rządzą druidzi. Nazywa się ich Ladonitami. Miasto nie ma nad nimi żadnej władzy, oni nad miastem żadnej nie chcą i taki układ trwa już długo. Astynom pilnuje, żeby nikt nie wszedł w ciernie. To wszystko, czego się od astynoma oczekuje, i to jest jedyny zakaz z czterech, przy którym nikt nigdy nie dyskutuje. W razie naruszeń tudzież kłopotów, przy ścieżce, w miejscu gdzie żywopłot się zmienia, stoi słupek z mosiężnym dzwonem. Uderza się trzy razy i czeka na nadejście druida. Z reguły ktoś przychodzi, czasem nie.
Dziś jest zwyczajny dzień pod koniec zwyczajnego tygodnia służby.
Słońce stoi nisko nad Czarnymi Urwiskami i podchodzi do krawędzi. Liście schodzą z grabów, żwir jest mokry od popołudniowego deszczu, który padał przez dwadzieścia oddechów i przestał. Ostatni spacerowicze wyszli kwadrans temu, oddając blaszki jeden po drugim, i stara krasnoludka powiedziała to samo, co mówi codziennie, o suszy:
— Sucho. Za sucho. Mój dziadek mówił, że jak kanały pokazują dno, to potem leje trzy miesiące i wszyscy nagle nie pamiętają, że narzekali na suszę. Nie doczekam.
Brakuje czterech. Sześćdziesiąt jeden. Sześćdziesiąt dwa. Sześćdziesiąt trzy. Sześćdziesiąt cztery. Numery schodzą z ramy po kolei, od pierwszego rzędu w dół, więc cztery kolejne znaczą cztery osoby, które weszły razem, jedna za drugą, bez przerwy pomiędzy.
Cztery blaszki to cztery blaszki. Ktoś poszedł między drzewa i nie wyszedł. Zdanie jest urzędowe i powinno ważyć tyle, ile waży zapis w rejestrze. Dla Pluskwy waży więcej. Nie wiadomo dlaczego i nie ma do tego twarzy.
Podobne sytuacje w Parku Hesperyd zdarzały się już wcześniej. Pluskwa pamięta zawstydzonych kochanków, którzy przespali noc pod drzewem i jest pewien, że mieli z tego więcej kłopotu niż przyjemności. Kto nie odda blaszki do zamknięcia, ten i tak kiedyś wyjdzie. Być może.
A jeśli się nie zgłosi, to rama jest niepełna, a niepełna rama idzie do rejestru dzielnicy. Z rejestru dzielnicy rzeczy zaginione i osoby zaginione idą dalej, a wracają przesłuchania, niewygodne pytania i żołd obcięty za niedbalstwo. Powtórzy taki numer drugi czy trzeci raz, to Kubły już niemal pewne.
Ciernie i słupek z dzwonem są pół mili stąd.
Do zachodu została godzina, może mniej. Klucz od Bramy Cedrowej leży na stole w stróżówce. Rama jest niepełna.
Pluskwa musiałby wytężyć głowę, żeby przypomnieć sobie, kto tak właściwie przepadł w parku. Co zrobić? Zawiadomić druidów? Rozejrzeć się po parku na własną rękę? A może udać, że nic się nie stało, zamknąć bramę i... czas na upragnione wolne?
(Narrator: Wspomniane "wytężenie" głowy to będzie test INT (Investigation) DC 10. 1d20-1 = 5-1 = 4. Niepowodzenie.)
Pluskwa zamyka oczy i cofa dzień.
Przedpołudnie wraca kawałkami i żaden z nich nie jest twarzą. Deszcz, który padał dwadzieścia oddechów. Mokry kamień pod łukiem bramy. Ktoś stał tam, przeczekując.
Ręka pamięta więcej niż głowa. Cztery razy ten sam ruch: zdjąć haczyk, podać, zdjąć haczyk, podać, jeden za drugim, bez przerwy pomiędzy, bo nikt między nimi nie wszedł. Blaszki schodziły z piątego rzędu.
I był dźwięk. Podkute buty na mokrym bruku. Dźwięk, którego przy Bramie Cedrowej nie słychać za często, bo ćwieki nabija się na trakt, a nie na spacer. Do tego coś długiego stuknęło o kamień odrzwi, raz, i ktoś to podniósł wyżej. Coś było ciężkie. Ktoś się przywitał. Ktoś nie.
Tyle.
Nie ma liczby butów ani wzrostów. Nie ma rasy, nie ma płci, nie ma ani jednego słowa, które wtedy padło. Sześć godzin temu, trzy kroki od niego, w pełnym świetle... i został z tego stuk, ciężar i cztery takie same ruchy ręki.
Pewne jest jedno. Kto idzie w Hesperydy popatrzeć na liście, nie zakłada ciężkich butów na trakt.
Słońce dotknęło krawędzi Czarnych Urwisk. Cień przeszedł przez żwir i podniósł się na pnie. Do zachodu została godzina.
Klucz leży na stole. Rama jest niepełna.
-
J Janusz Podziemi odniósł się do tego tematu
-
Żył w tym pozbawionym wszelkiej logiki kłębowisku dziwadeł już prawie trzeci miesiąc. Nie było dnia, żeby coś go nie zaskoczyło, przestraszyło czy obrzydziło, często wszystko na raz. Przez pierwszy tydzień Trzewik przynosił mu ser i ogarniał miejsce do spania. Przez pierwszy tydzień miał nadzieję, że coś w jego pamięci zaskoczy i przypomni sobie, kim jest, skąd jest, jak się tu dostał i po co. Trzewik tłumaczył, że amnezja jest normalna, wszyscy ją mają. To jednak nie negowało tego parszywego uczucia, że czegoś mu brakuje, czegoś, co powinien mieć, bo należało do niego. Czasem miał wrażenie, że coś sobie przypomina, ale wspomnienia wyślizgiwały się w ciemną głębię niepamięci jak złapany ręką węgorz.
Wracały w nocy. W koszmarach, z których budził się z krzykiem, zlany zimnym potem, a jedyne, co pamiętał, to uścisk lodowatych dłoni. Smród. Krzyki. Jakieś powykręcane ciała i twarze. Po takiej nocy gospodarz nie chciał go na kolejną, i stary niziołek musiał szukać mu innego miejsca. Po tygodniu został sam. Musiał znaleźć sobie jakieś zajęcie, jakoś się w tym tyglu niesamowitości odnaleźć. Chodził więc i pytał. Gdzie się dało. Najpierw w zakonie Janusowym. Dlaczego tam? Nie miał pojęcia. Może szukał czegoś znajomego? Nie znalazł. Widok rycerzy z dwiema twarzami sprawił, że mimowolnie się wzdrygnął. Wcale, a wcale nie chciał tak skończyć. Zajęło mu to kilka dni, ale wreszcie dotarło do niego, że nie liczyło się, co robi, ale to, gdzie to robi.
Plan wyglądał następująco: zacząć od najbogatszej dzielnicy, wypróbować wszystkie opcje; w razie porażki przenieść się do nieco biedniejszej i powtórzyć proces, aż do skutku. O dziwo, udało mu się niemal od razu. Został astynomem w Parku Hestperyd. Jasne zasady, robota tak prosta, że żelatynowy sześcian by ogarnął, ogrzewana stróżówka, porządny mundur i dziw nad dziwami: tydzień pracy i tydzień wolnego. Pluskwa był naprawdę wdzięczny. Od tamtego czasu przepracował pięć tygodni. Poznał park, jego kręte ścieżki i stare drzewa, poznał ogrodników i stałych bywalców. Zaczynał czuć się jak u siebie. Wiedział, komu czytać regulamin, a komu nie. Wiedział, gdzie pokierować czeladników w zależności od tego, jakie rośliny mieli narysować. Wiedział, kiedy spodziewać się powrotu zakochanej pary i starej krasnoludki. Starał się do gości zagadać, dowiedzieć się od nich mimochodem czegoś o nich i o mieście.
Spojrzał na tablicę z miedzianymi blaszkami połyskującymi w świetle zniżającego się słońca. Cztery osoby weszły razem i jeszcze nie wyszły. Do zamknięcia została niecała godzina. Teoretycznie mieli jeszcze czas. Intuicja podpowiadała mu jednak, że gdyby mieli wyjść, to już by to zrobili. Próbował sobie przypomnieć, komu dał te numerki, ale pamięć zawiodła go po raz kolejny. Może nad całym miastem wisiało jakieś parszywe zaklęcie blokujące wspomnienia? Pamiętał tylko podute buty i jakiś ciężar. Pluskwa potrząsnął głową. To, jak ta czwórka wyglądała, nie miało większego znaczenia. Ktokolwiek został w środku, musiał znaleźć się na zewnątrz. Poszedł ich szukać.
– Halo! Pora wychodzić. Zaraz zamykam bramę i spędzicie tu noc – wołał, rozglądając się uważnie. Jeśli ich nie znajdzie, zadzwoni w dzwon; to była jego praca. Jednocześnie zastanawiał się, czemu nie postawili muru i furtki, oddzielającej Stumilowy Las od parku. Liczenie na to, że nikt tam nie będzie wchodził, bo nie wolno, było naiwne, żeby nie powiedzieć głupie.
-
Obchód robi tak, jak się go robi. Altany, ławki, mostki. Zagląda pod krzaki, w których zwykle śpi ten, kto nie ma gdzie. Sprawdza jamy pod korzeniami, bo raz w jednej z nich siedziało dziecko i nie chciało wyjść.
Woła. Za trzecim razem słyszy własny głos wracający znad wody, cieńszy, niż wyszedł. Nikt nie odpowiada. To jest pierwsza rzecz, która nie pasuje. Ludzie, którzy zagapili się w parku, odkrzykują. Zwykle z zażenowaniem, czasem z pretensją, ale odkrzykują. Cisza jest tylko wtedy, kiedy nikogo nie ma.
Słońce jest już za pniami, kiedy dochodzi do zakola kanału, tam gdzie woda skręca i gdzie latem trzeba było pilnować, żeby dzieciaki się nie kąpały. Alejka idzie górą, wzdłuż brzegu. Żwir jest równy, zagrabiony przedwczoraj, wygładzony popołudniowym deszczem. Na długości czterech, pięciu kroków nie jest. Żwir jest rozgarnięty, rozrzucony w bok, i ktoś zszedł tędy z alei na trawę. Dziś, bo deszcz tego nie zdążył zamyć. Pluskwa nie musi umieć czytać śladów. Wystarczy, że wie, jak jego park wygląda, kiedy jest w porządku.
Trawa poniżej jest wygnieciona szerokim pasem, jakby przeszło tamtędy kilka osób jedna za drugą. Pas prowadzi w dół, wzdłuż kanału. Nie w stronę żywopłotu, nie w stronę cierni. W głąb parku. W tę część, którą zna na pamięć i którą uważał za najnudniejsze pół mili w mieście.
Sto kroków dalej leży stary buk, przewrócony dwie zimy temu i zostawiony tam, gdzie padł, bo nie padł w poprzek alei. Pod jego korzeniami ktoś się rozłożył. Zwinięty koc. Plecak oparty o pień, otwarty. Blaszana osłona latarni. Kawałek liny, jeszcze przywiązany do korzenia, ucięty albo urwany kilka stóp dalej. Nic z tego nie jest rzeczą, którą zabiera się na godzinę spaceru, i nic z tego nie jest rzeczą, którą się zostawia, jeśli się stąd odchodzi.
Ptaków nie słychać. Nie przestały nagle śpiewać, tylko gdzieś po drodze, i Pluskwa nie umie powiedzieć, kiedy dokładnie.
Słońce dotyka krawędzi Czarnych Urwisk górujących nad Stubramiem.
-
Przeszukiwał park spokojnie, metodycznie, tak jak się to robić powinno. Co jakiś czas wołał zaginionych i nasłuchiwał odpowiedzi. Dość szybko zorientował się, że nie spodziewa się jej usłyszeć. Coś, być może intuicja, być może doświadczenie, mówiło mu, że nie odpowiedzą. Nie miał pojęcia, skąd się to wzięło, ale od początku zakładał, że przytrafiło się im coś złego, coś, co sami sprowokowali. Nie zastanawiał się nad tą myślą. Po prostu szukał, a miarą jego postępów były wydłużające się cienie. Nie przejmował się tym, że dzisiejsza dniówka może się przedłużyć. Lubił las i lubił ciemność. Na kolejne wołanie odpowiedziało tylko szemranie wody.
To nad strumieniem znalazł to, czego szukał. Ślad, wyraźny i świeży. Zmianę w znajomej przestrzeni. Nie musiał znać się na tropieniu, żeby go zinterpretować i zdecydować się za nim podążyć. Zszedł ze ścieżki, odruchowo przykucnął i przyjrzał się zgniecionym źdźbłom. Starał się odczytać, ile osób tędy przeszło, jak dawno, czy któraś z nich miała ćwiekowane buty i przede wszystkim, czy ktoś wrócił tą samą drogą. Już to kiedyś robił. Zadawał te same pytania i czytał odpowiedzi z podłoża tak jak urzędnik czyta je z dokumentów.
Podążał za śladem, ale nie szedł po nim. Poruszał się wolniej, żeby niczego nie przeoczyć. Nie poszli w stronę żywopłotu. Nie wiedział, czy się z tego cieszyć, czy nie. Gdyby weszli pomiędzy ciernie, stali by się problemem druida.
Chyba nie chcieli, żeby ktoś im przeszkadzał. Ta część parku nie należała do popularnych. Tam przy przewróconym buku. Koc, plecak, lina, osłona latarni. Leżały w absolutnej ciszy. Jakby wszystko, co żyje, wstrzymało oddech w napięciu, czekając na rozwiązanie zagadki. Pluskwa też się zatrzymał. Przez kilka sekund nasłuchiwał, patrzył nie skupiając się na rzeczach. Interesowała go cała scena. Starał się wyczytać z poruszonej ściółki, zdeptanego mchu i ułamanych gałązek, co tu się stało. Czy byli tu długo? Co robili? W którą stronę odeszli? Spotkali się tu z kimś? Dopiero potem podszedł bliżej, żeby przyjrzeć się detalom i porzuconym rzeczom. Do czego potrzebna im była lina? Czemu była urwana? Dlaczego wzięli ze sobą latarnię na spacer po parku za dnia. Co było w plecaku?
-
WIS (Survival) DC 12 = 14+5 = sukces!

Czterech. Wygnieciona trawa trzyma cztery osobne pasy, a przy samym pniu ściółka jest ubita na kształt, na którym ktoś siedział. Przyszli być może przed południem i siedzieli tu dłużej, niż trwa odpoczynek. Na tyle długo, żeby rozłożyć koc, zjeść i się nie spieszyć. Jeden nosił buty z ćwiekami i to on chodził najwięcej: jego ślad wraca do pnia cztery czy pięć razy, jakby czegoś szukał albo coś przynosił.
Miejsce wybrali dobrze. Alejka biegnie górą, wzdłuż kanału, oddzielona od skarpy żeliwną balustradą. Tyle że tutaj balustrady nie ma, bo dwie zimy temu zabrał ją ze sobą przewracający się buk i nikt jej od tamtej pory nie postawił. Pluskwa pisał o tym w zgłoszeniu do dzielnicy w drugim tygodniu służby. Dzielnica przyjęła zgłoszenie.
Buk leży wzdłuż muru, konarami w bok. Korzenie wyrwane pionowo do góry. Tworzy zaciszną dziurę, której nie widać z alejki, jeśli nie zejdzie się z drogi. Tam się rozłożyli.
Nikt inny do nich nie doszedł. Mech od strony kanału jest nietknięty, mech od strony alejki zadeptany. Wszystko, co się tu wydarzyło, szło w jedną stronę. I nikt tą drogą nie wrócił. Źdźbła są położone w dół zbocza, wszystkie, bez jednego wyjątku.
Odeszli w stronę wody i odeszli jakby nagle. Nikt nie zwijał obozu. Wstali i poszli, a rzeczy zostały tam, gdzie leżały.
Pod pniem leży zwinięty koc i drugi, rozłożony na ściółce. Obok plecak, otwarty, z klapą zarzuconą na bok. W środku suchary i solone mięso na dwa dni, pusty bukłak, zawinięta w płótno lutnia z popękanym pudłem, i skórzany zwitek z narzędziami: przecinak, młotek, cienkie dłuto, zwój drutu. Osłona latarni leży obok, blaszana, poczerniała od środka. Zakłada się taką, żeby przeciąg nie zgasił płomienia i żeby światła nie było widać z boku. Koców się nie znosi sto kroków od alejki po to, żeby je tu zostawić. Mieli tu wrócić.
Lina jest przywiązana do korzenia buka, węzłem zaciągniętym mocno i sprawdzonym. Ktoś obciążał ją całym ciężarem. Przechodzi przez krawędź muru i zwisa po jego licu, a koniec dynda w powietrzu, wysoko nad dnem. Nie jest cięty. Jest rozstrzępiony na wszystkie strony, włókno po włóknie, jak sznur przetarty o kamień.
Pluskwa kładzie się na brzuchu i zagląda za krawędź. Mur schodzi w dół na trzy jego wzrosty. Kamienny, dopasowany blok do bloku, obrośnięty bluszczem, który zwiesza się z góry jak firana. W poprzek całego lica biegnie ciemny pas, równy jak od linijki, na wysokości dwóch łokci pod jego twarzą. Tak wysoko stoi woda kanału, kiedy stoi normalnie.
Pod tym pasem, u samej podstawy muru, jest wejście do podziemi. Nie dziura. Nie wylot ścieku. Łuk, wysokości człowieka, z obrobionego kamienia, z progiem i z ościeżami. I tu jest rzecz, która nie daje mu spokoju bardziej niż urwana lina. Pluskwa zna to miejsce. Przechodził tędy dziesiątki razy, bo obchód idzie wzdłuż kanału i nie ma jak go ominąć. Zna ten buk, zna wyrwę po balustradzie, wie, że latem nad zakolem stoją komary. Pod nim nie ma nic. Nigdy nie było, bo nigdy nie było widać. Łuk stoi cały poniżej ciemnego pasa na murze. W każdym innym roku patrzyłby w tym miejscu na wodę.
Więc albo tamci czterej wiedzieli o czymś, o czym nie wie astynom tego parku, a to znaczy, że dowiedzieli się tego poza parkiem, od kogoś z miasta. Albo tego czegoś do niedawna po prostu nie było widać. I dopiero teraz, leżąc na brzuchu nad rozstrzępionym końcem liny, Pluskwa przypomina sobie, co stara krasnoludka mówi codziennie przy oddawaniu blaszki. Że tak sucho nie było od lat. Że zbiorniki i cieki wodne pokazują dno.
-
Pluskwa nie miał wątpliwości, że porzucone obozowisko należy do czwórki gości, których szukał. Nie był jednak ani o krok bliżej do zrozumienia, co się tu właściwie wydarzyło. Patrzył na rzeczy, patrzył na ślady i starał się je ułożyć w jakąś hipotetycznie możliwą całość, ale mu nie wychodziło. Poszedł w stronę liny utarganej w dziwnym miejscu. O co się przetarła? Nie miał pojęcia. Wiedział za to, że nie przywiązali jej i nie spuścili do kanału bez powodu. Pewnie chcieli zejść na dno. To była logiczna hipoteza. W ramach jej sprawdzenia położył się na brzegu i wyjrzał za krawędź, starając się znaleźć jakieś ślady schodzenia po murze w dół. Znalazł coś zupełnie innego i bardzo, ale to bardzo podejrzanego.
– A niech mnie. Wercha miała rację – powiedział sam do siebie.
W łaźni bywał raz na dwa tygodnie, więc łaziebną kojarzył całkiem dobrze. Zwłaszcza że była rozmowna, a on z zaciekawieniem słuchał tego, co ludzie mają do powiedzenia. Zdobywał strzępy informacji, które miał nadzieję kiedyś zaczną się ze sobą łączyć w całość. No więc Wrecha opowiedziała mu o tajemniczym przejściu pod środkową z Trzech Sióstr, które odsłonił niski stan wody.
Kiedy zaczynał pracę w parku, kanały były prawie pełne, ale woda szybko opadała. Z tygodnia na tydzień było jej wyraźnie mniej. Widział to na własne oczy podczas obchodów, a na wypadek gdyby był ślepy albo zapomniał, przypominała mu o tym codziennie pewna uczynna krasnoludka. Teraz podziwiał w całej okazałości pokaźny kamienny łuk prowadzący bogowie wiedzą gdzie, o którego istnieniu nie miał pojęcia. Woda musiała odsłaniać go stopniowo, ale był umieszczony w ścianie kanału w takim miejscu, że trzeba było wiedzieć o jego istnieniu albo mieć sporo szczęścia, żeby go znaleźć.
Wiedział już, po co ta czwórka tu przyszła, ale niejasności bynajmniej nie ubyło. Skąd dowiedzieli się o przejściu? Przypadkiem go nie znaleźli, tego był pewien. Przyszli przygotowani. Nie szukali na oślep. Tylko dlaczego zostawili swoje rzeczy? Koce czy lutnię mógł zrozumieć. Nie były im potrzebne podczas zwiedzania podziemi. Ale narzędzia? Mogły się przecież przydać. Po co je brali, jeśli nie po to, żeby ich użyć?
Zmierzch zapadał w najlepsze, ptaki milczały, a samotny goblin wpatrywał się w ziejący w ścianie otwór. Wreszcie oderwał od niego wzrok i poszukał tego, co miał zamiar znaleźć, zanim odkrycie wytrąciło go z równowagi, a mianowicie śladów na murze i w osadzie na dnie kanału oraz reszty liny. Zerknął też na kotarę z bluszczu, oceniając, czy dałby radę po niej zejść bezpiecznie na dół i wrócić. Kanał był głęboki i za nic nie chciałby w nim utknąć.
-
Na szerokość dwóch dłoni ktoś bluszcz zerwał, a raczej zdarł, bo łodygi nie są przecięte, tylko poszarpane, i zwisają teraz strzępami razem z resztkami korzeni. Tam, gdzie spod liści wyłazi goły kamień, są rysy. Krótkie, jasne na ciemnym, równoległe, po trzy, po cztery obok siebie, powtarzające się co krótką odległość. Takie, jakie mogła zostawić podkuta podeszwa, kiedy ktoś zapiera się stopą o ścianę i ciągnie się na rękach.
Bluszcz obok zdartego pasa jest stary. Przy samym buku łodygi są grube jak kciuk i wrośnięte w spoiny tak głęboko, że nie ruszają się pod ręką. Goblina utrzymają. Trzy wzrosty w dół to niewiele. W górę to co innego, bo w górę trzeba się wciągnąć, a Pluskwa nie należy do siłaczy. Kikut liny przy korzeniu wisi na długość jednego jego wzrostu. Dalej byłby już tylko bluszcz.
Na dnie kanału jest mniej wody, niż Pluskwa kiedykolwiek tu widział, i to, co z niej zostało, stoi. Pod łukiem ktoś usypał kopiec. Czarny muł, grudy gliny, kamienie. Kopiec zatarasował strużkę, która zwykle płynie środkiem, i woda rozlała się za nim w płaską kałużę. Część kamieni na kopcu jest zwyczajna, rzeczna. Część nie. Mają równe krawędzie i płaskie lica, dokładnie takie jak bloki w murze, i leżą tam, gdzie spadły, rzucane z progu jeden po drugim. Muł między kopcem a progiem jest zdeptany. Ślady prowadzą do łuku. Z łuku wraca tylko jedna para, tam i z powrotem, raz za razem, aż wydeptała w osadzie ścieżkę. Buty ciężkie, szerokie. Pozostałe idą tylko w jedną stronę.
Liny na dole nie ma. Nie ma jej w kałuży ani na kopcu, nie leży na progu. Na górnej krawędzi łuku, tam gdzie nadproże wychodzi z muru ostrym narożem, wisi kępka jasnych włókien, zaczepiona o kamień i poruszająca się lekko. Resztę ktoś zabrał do środka?
Wtedy to słyszy. Z otworu, z daleka i nisko, jakby spod samego dna, dochodzi nikłe stukanie. Musi dochodzić z daleka. Jakby metal o kamień. Nierówne, raz szybkie, raz z przerwą. Jest go kilka taktów. Potem cichnie. Pluskwa czeka i po chwili stukanie wraca, słabsze albo po prostu dalej, a potem znowu cichnie i już się nie odzywa.
Za plecami, po drugiej stronie parku, stoi otwarta brama. Rama z blaszkami wisi w stróżówce, do zamknięcia zostało niewiele, a dzwon, którym wzywa się Ladonitów, wisi tam, gdzie zawsze. Słońce zniknęło już za pniami. Z otworu pod bukiem ciągnie chłodem i zapachem mokrego kamienia, jak z piwnicy, której nikt dawno nie otwierał.
-
Jeszcze przez chwilę leżał na krawędzi i patrzył na ślady. Starał się zapamiętać jak najwięcej, upewnić się, że nie pominął niczego istotnego. Potem wstał, otrzepał swój zielony mundur z leśnej ściółki i żwawo ruszył w stronę grabowego żywopłotu.
Był ciekaw, co też ta czwórka kombinuje w podziemiach i co z tego wyniknie. Z pewnością nic dobrego! Ale ciekawość miała swoje granice. W tym wypadku wręcz fizyczne. Wyznaczała ją krawędź kanału, ostro oddzielająca zwykłe obowiązki parkowego stróża od niepotrzebnego ryzyka.
To ostatnie zamierzał przekazać komuś innemu. Na początek druidowi.
Było już ciemno, kiedy dotarł do słupka z mosiężnym dzwonem. Uderzył trzy razy. Czekał.
-
Pierwsze uderzenie niesie się daleko. Drugie i trzecie już nie, jakby żywopłot je połknął. Grab kończy się tu nagle, w jednym miejscu, jak ucięty nożem, a dalej zaczyna się coś ciemniejszego i gęstszego, co z daleka wygląda jak żywopłot, a z bliska jest cierniem splecionym tak ciasno, że bez maczety nie przeciśnie się między nim nawet goblin. Dzwon kołysze się jeszcze chwilę na słupku, a potem przestaje.
Nic się nie dzieje. Po jakimś czasie między cierniami pojawia się światło, nie żółte jak od latarni, tylko bladofioletowe i chłodne. Nie kołysze się tak, jak kołysze się światło niesione w ręku. Płynie nisko i równo i dopiero kiedy jest blisko, widać, że to grzyby: kilka smukłych kapeluszy wyrastających z czubka kostura, świecących od środka jak porcelana, przez którą ktoś przepuścił księżyc. Ciernie rozsuwają się przed nim bez szelestu i zamykają się za nim tak samo.

Kostur jest zwykłym kijem, sękatym i oplecionym bluszczem, który żyje, bo ma świeże liście. Trzyma go dłoń czarna i łuskowata, z pazurami zamiast paznokci. Wyżej zaczynają się pióra. Postać jest niewiele wyższa od człowieka, zgarbiona pod płaszczem, który w połowie jest płaszczem, a w połowie ściółką: zeschłe liście, mech, kłosy traw, wszystko zszyte grubą nicią i spięte pod szyją klamrą z dwóch skrzyżowanych kości. Spod płaszcza wystają ramiona pokryte czarnymi lotkami. W świetle grzybów pióra mają fioletowy połysk, a na jednym ramieniu, prosto w piórach, świecą znaki. Są kanciaste i ostre, podobne do pisma, ale nie do żadnego pisma, które Pluskwa zna. Przy pasie wisi księga oprawiona w skórę, spięta metalowymi kółkami, wytarta na rogach do jasnego.
Głowa jest głową kruka. Dziób długi, czarny, lekko zadarty. Pióra na czubku stoją w nieładzie, jakby właściciel dopiero co wstał z ziemi. Oczy nie są do końca ptasie, nie takie, jakie się pamięta z drzew nad parkiem, tylko jasne, szarobłękitne, z czarną źrenicą pośrodku, i patrzą na Pluskwę rozumnie jednym, a potem drugim, bo głowa przekrzywia się raz w lewo, raz w prawo.
Kruk zatrzymuje się po drugiej stronie słupka. Przez chwilę nic nie mówi. Potem otwiera dziób i z dzioba wychodzi głos Pluskwy, taki, jakim wołał przed godziną, idąc alejką, z tym samym tchem i z tym samym lekkim zadyszeniem:
– Halo! Pora wychodzić. Zaraz zamykam bramę.
Dziób się zamyka. Głowa przekrzywia się jeszcze raz. Z gardła dochodzi krótkie, suche kliknięcie, jak od zamka, którego nikt nie przekręcił, a potem, cicho, trzy uderzenia dzwonu, jedno po drugim, bez zmiany tonu.
Druid zwany Trzaskiem czeka.
-
Na szczęście nie musiał czekać długo. Fioletowe światełko znaczyło, że ktoś idzie, choć jeszcze nie wiedział kto. Chwilę później spomiędzy cierni wyłoniła się znajoma sylwetka.
— Cześć Trzask! Fajne grzybki - przywitał się Pluskwa radośnie.
Widzieli się może ze dwa razy, przelotnie. Wiedział, że kruczogłowy druid należał do tych, którzy najczęściej odpowiadali na wezwanie. To dobrze. Potrzebował kogoś, kto nie zignoruje sprawy.
Wysłuchał kwestii, w której nie padło ani jedno słowo wypowiedziane głosem samego Trzaska, i kiwnął głową zadowolony. Druid nie tylko przyszedł, ale najwyraźniej wiedział też, o co chodzi. Może wyszeptały mu drzewa, może wyćwierkały ptaki.
— Cztery osoby. - Pokazał na palcach, nie wiadomo po co. - Nie pamiętam, jak wyglądali. Tylko że weszli razem i nieśli coś ciężkiego. Będzie z siedem godzin temu. Zrobili sobie piknik przy powalonym buku, tym, który rozwalił ogrodzenie. Potem zeszli do kanału po linie.
Streszczał przebieg zdarzeń, nie przejmując się szczególnie tym, czy Trzaska interesują szczegóły.
— Tam, w ścianie kanału, jest teraz wejście. Pewnie zawsze tam było, tylko pod wodą. Wiedziałeś o nim? - zapytał z wyraźnym zainteresowaniem. - Oni to wejście otworzyli i poszli w głąb. Nie wiem co tam robią, nie wiem czy wrócą, ani czy nie wylezie stamtąd coś innego.
Wyliczył wszystko, co uważał za istotne, i dał Trzaskowi chwilę do namysłu.
Nie wiedział też, co właściwie druid powinien teraz zrobić, ale to zachował dla siebie.
-
Na „fajne grzybki” Trzask nie odpowiada. Tylko kapelusze na kosturze rozjaśniają się na chwilę, o pół tonu, i gasną z powrotem. Słucha do końca, z głową przekrzywioną tak mocno, że dziób osiąga kąt prawie dziewięćdziesięciu stopni. Na palce Pluskwy patrzy jednym okiem i coś w tym spojrzeniu wygląda, jakby liczył razem z nim, a na pytanie, czy wiedział, odpowiada głosem... starej krasnoludki:
– Tak sucho nie było od lat. Wszystko pokazuje dno.
A zaraz po nim innym głosem, jakiego Pluskwa jeszcze nie słyszał. Starszym. Spokojnym, obojętnym, jak ktoś, kto wypowiada tę samą formułę po raz setny:
– To nie należy do Lasu.
Potem, nie zmieniając postawy, wydobywa z siebie coś, co w pierwszej chwili nie brzmi jak głos, tylko jak drewno. Długie, niskie trzeszczenie, coraz głośniejsze, suchy huk, łomot i zgrzyt żelaza. A pod tym wszystkim, kiedy huk już przebrzmiał, jeszcze jeden dźwięk, najdłuższy: tępy, chropawy zgrzyt, jak pług, który w pół bruzdy trafił na skałę i dalej nie pójdzie. Trzask kończy i stuka kosturem w ziemię, raz, krótko, tam, gdzie grunt jest twardy.
Na pytanie o to, co może stamtąd wyleźć, nie odpowiada. Zamiast tego zaczyna odtwarzać dzień. Kucie. Metal o kamień, raz za razem, cierpliwie i bez pośpiechu, z przerwami na oddech. Chlupot czegoś ciężkiego wrzucanego do wody. Znowu kucie. Znowu chlupot. Męskie stęknięcie. Zgrzyt, jakby ktoś podważał coś długim żelazem. Znowu. Wreszcie głuchy łoskot, krótki śmiech kilku gardeł naraz i męski głos, zdyszany i zadowolony:
– Jest! Puściło!
Potem cisza. Trzask trzyma ją długo, dłużej, niż Pluskwa by chciał. W tej ciszy, z bardzo daleka, jakby przez grubą ścianę, znowu kucie, ale inne. Rytm się nie zgadza, uderzenia są cięższe i rzadsze. Po chwili szept, blisko, szybki:
– Słyszałeś?
Skrzypienie liny pod ciężarem. Drugi szept, bez słów. Plusk. Znowu skrzypienie, szarpane. A potem krzyk, męski, urwany w połowie, stłumiony, jakby spod ziemi albo spod wody, i trzask pękającego sznura, który dźwięczy jak struna. Cisza, krótsza niż poprzednia. I wreszcie, z daleka, od strony alejki, głos, który Pluskwa zna lepiej niż jakikolwiek inny:
– Halo! Pora wychodzić. Zaraz zamykam bramę.
Dziób się zamyka. Grzyby świecą. Kruk unosi głowę i patrzy ponad Pluskwą, ponad bramą, ponad dachami Stubramia, na północ, tam, gdzie w ciemności powinny być lodowce. Patrzy tak długo, jakby tam coś było. Potem, bardzo cicho, jakby z bardzo daleka, z jego gardła dochodzi jakby grzmot.
-
Pluskwa skrzywił się, słysząc głos starej krasnoludki.
– Słyszę to zdecydowanie za często. Zresztą to nie jest odpowiedź. Wiedziałeś o tunelu? – powtórzył cierpliwie pytanie. Być może za życia Trzaska podobna susza się nie przytrafiła, ale to nie świadczyło o stanie jego wiedzy.– To nie należy do Lasu – padła obojętna odpowiedź. I z tym goblin był gotów polemizować, ale może nie w tym momencie.
Druid kontynuował swoją dźwiękową opowieść. To buk padł na ogrodzenie, potem chropowaty zgrzyt i stuknięcie laską o kamień. Pluskwa bezwiednie uniósł ręce do głowy, jakby to miało mu pomóc myśleć, ale nie domyślił się, co Trzask chciał mu w ten sposób przekazać. Być może musiałby się jeszcze rozejrzeć na miejscu, być może chodziło o to, że buk rósł na sklepieniu tajemniczego tunelu, być może coś naruszył, kiedy się zwalił. Interpretacja dźwięków była trudniejsza niż zwykła rozmowa. Dźwięki oddawały prawdę, ale była to prawda surowa, której sam musiał nadać znaczenie.
Im dłużej trwała opowieść, z tym większym napięciem słuchał jej Pluskwa. Krzyk sprawił, że się wzdrygnął.
– Jasna cholera! Coś ich zeżarło. Mnie też mogło zeżreć.Nagle Pluskwa, któremu do tej pory nieszczególnie się spieszyło, zapragnął jak najszybciej znaleźć się za parkowym murem, z dala od tajemniczego tunelu i tego, co w nim mieszkało.
Spojrzał za Trzaskiem w kierunku lodowców. Cichego grzmotu nie był w stanie zinterpretować.
– Ty wiesz, co to było. Co to było? Słowami! – zapytał spanikowany, chwytając druida za płaszcz i potrząsając nim, aż ściółka, z której był zrobiony, zaszeleściła. – Możesz zamknąć to przejście? Nie chcesz, żeby to weszło do parku.
Dopiero po chwili dotarło do niego, co właściwie robi. Puścił Trzaska, wciągnął głęboko powietrze i wypuścił je powoli. Przy okazji przygładził kilka listków, które zmierzwił.
Strach nie zniknął, ale został zepchnięty na bok, gdzie czekał na swoją kolej.
– Pora na mnie. Zamknę bramę i napiszę raport.
-
Trzask nie cofa się, kiedy Pluskwa łapie go za płaszcz. Nie wyrywa się ani nie unosi kostura. Pozwala się szarpać jak drzewo, w które uderzył wiatr, a liście płaszcza szeleszczą same z siebie jeszcze chwilę po tym, jak goblin go puszcza. Na „słowami!” otwiera dziób i oddaje to jedno słowo. Głosem Pluskwy, z tą samą paniką, z tym samym zdławionym oddechem:
– Słowami!
I nic więcej. Tylko głowa przekrzywia się powoli, aż dziób wskazuje w bok, i w tej ciszy jest coś, co bardzo przypomina wzruszenie ramion kogoś, kto słyszał tę prośbę wiele razy w życiu i nigdy nie mógł jej spełnić. Potem odpowiada inaczej. Z bardzo daleka, spod ziemi, znowu to ciężkie, rzadkie kucie. Uderzenie. Przerwa. Uderzenie. W przerwie ktoś stęka z wysiłku, długo, tak jak stęka człowiek, który od godzin robi coś ponad siły. Kucie cichnie. I wtedy, z tej samej głębi, obcy głos, męski, ochrypły, bez gniewu i bez pośpiechu, jak ktoś, kto nie musi podnosić głosu, bo i tak zostanie wysłuchany:
– No dalej!
Kucie wraca. Trzask je w końcu urywa.
Na pytanie o przejście długo nie odpowiada. Patrzy znowu na północ. A potem z jego gardła zaczyna padać deszcz. Najpierw pojedyncze krople na liściach, potem gęściej, potem ulewa, ciężka i równa, taka, jaka nie padała w Stubramiu od miesięcy. Pod ulewą narasta szum, niski i coraz głośniejszy, szum wody, która płynie tam, gdzie od dawna nie płynęła, i wreszcie bulgot, gardłowy i ciężki, jak w zapełniającej się studni. Bulgot trwa. Potem jest już tylko szum.
Kiedy Pluskwa mówi, że pora na niego, Trzask odwraca się bez pożegnania. Ciernie rozsuwają się przed fioletowym światłem, zanim do nich dojdzie. Na granicy ciemności kruk zatrzymuje się jeszcze na moment i z dzioba dochodzi jeden dźwięk: suchy, metaliczny szczęk klucza przekręcanego w zamku. Ten sam, który przedtem się nie odezwał. Potem światło odpływa między ciernie i gaśnie.
Park jest ciemny i cichy. Do Bramy Cedrowej jest kawałek. W stróżówce czeka rama, szesnaście rzędów po piętnaście mosiężnych blaszek i cztery puste haczyki, a na gwoździu przy drzwiach wisi klucz.
-
Pluskwa też odwrócił się bez słowa i ruszył w drogę powrotną do bramy Cedrowej, do swojej stróżówki. Z początku szedł w ciszy, ale nie trwało to długo.
– Deszcz kurza jego mać! Deszcz spadnie w marcu – narzekał, niepomny na to, że Trzask pewnie słyszy każde jego słowo. Kolejne zdania wręcz skierował do nieobecnego druida: – A co do tego czasu? Mam udawać, że tego tam nie ma?
Ruszył biegiem, najkrótszą drogą, jakby brama Cedrowa była północą na jego wewnętrznym kompasie.
Zdyszany dotarł do stróżówki. Nie biegł szybko, ale to był jednak kawał drogi. Chwycił pióro i zaczął skrobać notatkę. Była przeznaczona dla zmiennika, który otworzy park jutro rano. Trochę był zmęczony, trochę zdenerwowany, a i pisał w życiu chyba nie za często. Litery wyszły koślawe, kartkę upstrzyły kleksy, ale dało się wszystko przeczytać. Krótkimi zdaniami opisał, co się wydarzyło, a na samym końcu, literami dwa razy większymi od reszty, dopisał:
NIE WCHODŹ DO ŚRODKA!!!
Nabił kartkę na jeden z pustych haczyków.
Zgarnął jeszcze kilka czystych stron. Raport dla archiastynoma będzie znacznie dłuższy.
Wziął klucz z gwoździa przy drzwiach i wyszedł. Kiedy wreszcie przekręcił go w zamku bramy, usłyszał suchy metaliczny szczęk. Dokładnie taki sam jak ten, którym pożegnał go Trzask. Pluskwa odetchnął z ulgą.
Cokolwiek czaiło się w tym tunelu, zostało po drugiej stronie muru. Teraz musiał udać się na posterunek astynomów przy urzędzie dzielnicy, gdzie zamierzał spisać raport i zostawić go dyżurnemu.
-
Domy wokół parku Hesperyd śpią tak, jak śpią bogate dzielnice: za murami, za furtami, za ogrodami, w których nie pali się ani jedno światło. Ulica prowadzi łagodnie w dół, między wysokimi ścianami, nad którymi wznoszą się tylko kanciaste wieże wiatrowe, z otworami ciemnymi i pustymi, bo nie ma wiatru, który mogłyby złapać. Latarnie stoją co kilkadziesiąt kroków i tylko co druga się pali. Na placyku przy skrzyżowaniu jest fontanna, kamienna misa z brązowym chłopcem pośrodku, i chłopiec trzyma dzban, z którego nic nie leci. Dno misy pokrywa pył, gładki i jasny, ze śladami kocich łap.
Pluskwa zna te wieże z dziennych obchodów. Łapią wiatr i spuszczają go w dół, do pokojów, a w najlepszych domach przeciągają nad wodą w piwnicy, aż w środku robi się chłodno jak w grocie. Za murem parku nikt takich rzeczy nie potrzebuje. Tam chłód rośnie sam, z ziemi, i rzuca cień, i zrzuca liście, i Pluskwa przez pięć tygodni zdążył przywyknąć, że tak jest, aż zapomniał, że nigdzie indziej w mieście tak nie jest. Wystarczy wyjść przez Bramę Cedrową i zrobić sto kroków, a świat robi się z kamienia i cegły, a jedyne, co wystaje ponad mury najbogatszych domów, to kominy na wiatr. Drzewa są tylko w parku. Mówi się, że w całym Stubramiu nie ma drugiego drzewa, a Za Murem nie ma ani jednego. Tam stoją taksyty, zwane potocznie kikutami, szare i gładkie jak grzyby wielkości wież, które podobno rosną, obrastając to, co znajdą, i te kikuty ścina się i kładzie na stropach. Pluskwa śpi pod takim stropem. Wszyscy śpią. Prawdziwe drewno, z drzewa, które piło deszcz i miało liście, widział w mieście tylko w parku i na kilku rękojeściach u ludzi, którzy chcieli, żeby wszyscy to widzieli, bo prawdziwe drewno to bogactwo. Przyszło mu do głowy, że przewrócony buk przy kanale, który rozwalił balustradę i od dwóch zim leży, bo nikt nie wie, kto ma prawo go ruszyć, jest wart więcej niż wszystko, co ta czwórka mogła wynieść spod ziemi. A potem przyszło mu do głowy, że chyba jednak nie, bo nikt nie kopie przez cały dzień po to, żeby znaleźć drewno.
Pluskwa słyszy to wcześniej, niż czuje. Krótki, twardy trzask, jakby ktoś złamał kij na kolanie, tylko że pod ziemią. Potem drugi. Bruk przed nim, na szerokość wozu, ugina się, jakby był z płótna. Kamienie rozchodzą się w szwach i zaczynają osiadać, powoli, a potem nagle, wszystkie naraz.

Odskakuje, zanim zdąży pomyśleć. Kawał ulicy zapada się pół kroku przed jego butami z długim, suchym łoskotem, a z dziury bucha kurz, gęsty i szary, pachnący kamieniem, który od bardzo dawna nie widział powietrza. Kilka kostek jeszcze się obsuwa i stuka gdzieś w dole. Potem jest cicho.
Kiedy kurz opada, widać, że pod ulicą był kanał. Stary, sklepiony, z cegły tak ciemnej, że prawie czarnej. Trzy, może cztery wzrosty w dół. Na dnie nie ma wody. Jest spękany muł, popękany w płyty jak dno kałuży w upał, i teraz leży na nim połowa bruku. W sklepieniu, tam gdzie się zapadło, zaprawa wykruszyła się ze spoin na całą długość, sucha i jasna jak kreda, a cegły trzymają się już tylko siebie nawzajem.
Nie mija pacierz na jedną Siostrę, a zza zakrętu dochodzi szczęk i blask. Latarnia, druga, trzecia, kołyszą się nisko, niesione szybko.
-
Miasto w sąsiedztwie parku przypominało labirynt, pełne ślepych zaułków, zagrodzonych bramami i wysokich murów ograniczających swobodę ruchu. Żadnej zieleni, za to pełno pyłu. Pluskwa nie czuł się dobrze w otoczeniu wzniesionym prawie wyłącznie z martwego, suchego kamienia. Zdecydowanie brakowało mu drewna w konstrukcji budynków, jak i żywych drzew, które urozmaiciłyby widok i nadały miastu przytulności i życia. To w parku czuł, że jest u siebie. Podczas tygodnia służby, kiedy nie miał nic do zaraportowania na posterunku, nie raz zdarzało się, że zamykał bramę od środka i spał w stróżówce. Dzisiaj z tego parku uciekł; dzisiaj kamienne ulice wydawały się bezpieczniejsze. Maszerował żwawo w stronę posterunku, układając w głowie zdania, które miał zamiar przelać na papier, kiedy miasto postanowiło uzmysłowić mu, jak bardzo się myli.
Coś trzasnęło, a bruk zafalował niczym powierzchnia jeziora, w jednej sekundzie tracąc całą stabilność, której gwarantem powinien być kamień. Odskoczył instynktownie, zanim zdążył cokolwiek pomyśleć czy poczuć strach; był już poza zasięgiem zjawiska. Jak w zwolnionym tempie widział spadający z łoskotem w głąb bruk. Potem pochłonęła go chmura pyłu. Przez chwilę nic się nie działo. Kiedy kurz zaczął opadać, Pluskwa powoli i ostrożnie wycofał się znad krawędzi zapadliska. Dopiero wtedy dotarło do niego, co się właściwie stało i jak mało brakowało, żeby leżał teraz na dnie wyschniętego kanału. „To chyba przez suszę.” – pomyślał. Ktoś to będzie musiał naprawić, ktoś będzie musiał sprawdzić, w jakim stanie jest reszta kanałów, upewnić się, że na innej ulicy nie stanie się to samo. Usłyszawszy hałas, odwrócił się w stronę nadchodzących.
Kołyszące się latarnie oświetliły drobną sylwetkę parkowego astynoma w zielonym mundurze i wielką ziejącą w drodze dziurę za nim. Cały był zakurzony, a w trzęsącej się ręce ściskał pogniecione kartki papieru. Nadchodzących przywitał głośnym kichnięciem.
-
Latarnie zatrzymują się kilka kroków przed dziurą. Przez chwilę nikt nic nie mówi. Ktoś za plecami przodującego cicho przeklina, ktoś inny opuszcza bosak na bruk z głuchym stuknięciem.
Na kichnięcie odpowiada głos, za głośny jak na tę ulicę i tę porę:
– Na zdowie, zielony. Tylko mi tu nie zdychaj, bo będziemy musieli cię nieść.
Ten, który to mówi, wychodzi przed latarnie. Jest wysoki, o głowę wyższy od każdego człowieka, i tak chudy, że cały składa się z łokci, kolan i ścięgien. Ramiona ma za długie, a dłonie wąskie, z palcami spiętymi błoną aż do drugiego stawu i zakończonymi krótkimi, ostrymi paznokciami. Skóra musiała kiedyś mieć kolor płytkiego morza, niebieskozielony i lśniący, ale z tamtego koloru zostały tylko smugi w zgięciach, gdzie trudniej wyschnąć. Reszta jest wypłowiała i szara, przy łokciach i kostkach dłoni popękana jak dno kanału, a na policzkach i na czole łuszczy się płatami, jak farba ze starych drzwi. Od czoła przez czubek głowy aż po kark biegnie grzebień płetwy, cienki, prześwitujący w świetle latarni, naderwany w dwóch miejscach i zrośnięty krzywo. Na grzebieniu, na grzbietach dłoni i na przedramionach ma blizny, długie i jasne, jakby kiedyś ktoś wyciągał go z czegoś hakiem albo on sam się z czegoś wyrywał. Oczy ma duże, okrągłe i ciemne, prawie bez białek, i mruga nimi rzadko, za rzadko.
Nosi skórzany fartuch Kubłów na płaszczu tak dużym, że wisi na nim jak na kiju. Płaszcz jest pozszywany z łat, a na łatach są znaki cechów i dzielnic: kowadło, ryba, klucz, jakieś koło, nic do niczego niepasujące i nic jego. Spod kaptura wysmarowanego czymś tłustym wystaje szczyt płetwy. U pasa wisi skórzane wiadro, bukłak, a obok mały pęk błyskotek nawleczonych na rzemień: srebrna klamra, pierścionek z pustym oczkiem, kilka guzików, każdy z innej parafii. Na ramieniu opiera bosak, a trzonek bosaka, od haka aż do połowy, pokrywają równe nacięcia, rząd przy rzędzie, jak kreski, którymi więzień liczy dni. Na szyi ma szmatę, mokrą i brudną, a kiedy staje, odkorkowuje bukłak i leje na nią wodę, nie patrząc. Spod szmaty coś się porusza, otwiera i zamyka. Skrzela?

Patrzy na Pluskwę. Na kurz, na mundur, na trzęsącą się rękę z kartkami. Potem przekrzywia głowę i szarpie nią nagle w bok, w stronę dziury, jakby coś go tam ukłuło.
– No i proszę – mówi. – Trzecia w tym tygodniu.
Podchodzi do krawędzi, kuca, świeci w dół latarnią, którą ktoś mu podsunął. Patrzy długo, z wyraźnym zainteresowaniem. Ma już zamiar splunąć w ciemność, ale się hamuje, jakby oszczędzał wodę.
– Stąd widać same kamienie.
Z tyłu ktoś rzuca „kołki” i trzy cienie zaczynają wbijać w bruk żelazne pręty i przeciągać między nimi linę, żeby odgrodzić miejsce od przechodniów. Tryton się nie rusza. Wstaje, otrzepuje kolana i znowu przygląda się Pluskwie, tym razem uważniej, z góry na dół, jakby szukał na nim czegoś, co mógłby zdjąć.
– Ty z parku, nie? Ten od blaszek. – Nie czeka na odpowiedź. – Zielony mundur. Na dzielnicę robisz, a pogłówne płacisz jak każdy z nas, co? – Zęby błyskają mu w świetle latarni, małe i ostre. – Skrzela, tak mnie nazywają. Wyciągamy, co wpadnie. Mieszkańców, zwierzęta, takich jak ty. Nawet szkoda, że nie wpadłeś, mielibyśmy przynajmniej co robić.
Polewa skrzela jeszcze raz. Woda kapie na bruk i od razu wsiąka w pył.
– Czuję wodę – mówi nagle, ciszej, do nikogo w szczególności, i podnosi głowę na północ, nad wieże wiatrowe. – W górach. Blisko.
– Ty zawsze czujesz wodę, jak ci się chce pić – odzywa się ktoś z ciemności, a ktoś inny parska śmiechem.
Skrzela nie odpowiada. Jeszcze chwilę patrzy na północ, potem szarpie głową w bok i znowu jest tylko Pluskwa.
– Dobra, zielony. Astynom z parku o tej porze, cały w pyle, z papierami w łapie i trzęsie mu się ręka jak u kogoś, kto widział trupa. – Przechyla głowę. – Coś ty widział?
-
Pluskwa zadarł głowę, żeby spojrzeć na tego, który się do niego odezwał. Stubramie pełne było zadziwiających istot, jakich - mimo niepamięci był tego pewien - nigdy wcześniej nie widział. Niestety dla goblina zdecydowanie z przewagą tych wysokopiennych.
Przyjrzał się trytonowi z zainteresowaniem. Pośrodku suchej, zapylonej ulicy wyglądał wyjątkowo nie na miejscu, a stan jego skóry tylko to potwierdzał. Sam Skrzela zdawał się jednak niewiele sobie z tego robić. Zerknął na bosak i rzędy nacięć na drzewcu. Czyżby każde oznaczało kogoś wyciągniętego z podobnej dziury?Ekipa zabrała się do pracy. Kołki, lina. Wszystko szło sprawnie. Wyraźnie nie robili tego pierwszy raz.
Pluskwa wsunął pogniecione kartki do kieszeni razem z trzęsącą się dłonią.
„Jak u kogoś, kto widział trupa?” - powtórzył w myślach.
No cóż. Widział. W wyobraźni, własnego, leżącego na dnie suchego kanału z czaszką roztrzaskaną brukiem. Inne też widywał. Zdecydowanie częściej, niż by sobie życzył.
- Nic - odpowiedział, siląc się na nonszalancję.
Wskazał na dziurę.
- Mówisz, trzecia w tym tygodniu? Ja przez trzy miesiące żadnej nie widziałem. Aż do teraz.
W głosie zabrzmiało lekkie powątpiewanie. Nie dlatego, że Skrzelom nie wierzył. Chciał go zachęcić do mówienia, ale nie dał mu czasu na odpowiedź.
- Pogadamy. Jutro.
Chwycił prawą dłonią najwyższy guzik munduru, ten pod samą szyją, którego i tak nigdy nie zapinał, bo go dusił, i oderwał go jednym szarpnięciem. Starł kciukiem pył z błyskotki ozdobionej herbem Hesperyd, po czym rzucił ją Skrzeli tak, żeby ten mógł łatwo złapać.
Nie uszły jego uwadze ani kolekcja przy pasie trytona ani spojrzenie, którym wcześniej go obrzucił. Patrzył na niego jak kruk na świeżą padlinę.
- Pójdę z wami na nockę. Chcę zobaczyć to na własne oczy, a dzisiaj mam jeszcze coś do zrobienia. O której i gdzie zaczynacie?
Zapytał tak, jakby Skrzela już się zgodził.
Miał do niego mnóstwo pytań, a tryton sprawiał wrażenie kogoś, kto nie tylko lubi mówić, ale też niespecjalnie gryzie się w język. Pluskwa nie zamierzał zmarnować takiej okazji. -
Guzik nie dolatuje do bruku. Błoniasta dłoń zamyka się na nim w powietrzu, szybciej, niż ktoś tak wyschnięty powinien umieć. Skrzela obraca go pod latarnią, sprawdza herb paznokciem, potem zębem.
– Hesperydy – mówi. – Takiego nie mam.
Rozwiązuje rzemień przy pasie i zawiązuje go z powrotem. Guzik wisi teraz między srebrną klamrą a pierścionkiem z pustym oczkiem.
– Nic – powtarza. – Dobra. Nic kosztuje akurat guzik, więc jesteśmy kwita. Do jutra.
Szarpie głową w stronę dziury.
– A żadnej nie widziałeś, bo do tej pory padały tam, gdzie zieloni nie chodzą. Ta jest pierwsza, która wpadła bogatym pod okna. Zobaczysz, jak szybko znajdzie się zaprawa.
– Jak już o zaprawie – odzywa się ktoś od kołków, nie przerywając wiązania liny. – Dziura w Miechach stoi otwarta już za długo. Dziesiętnik pytał dwa razy. Trzeci raz nie zapyta.
– Jutro – mówi Skrzela.
– Wczoraj też było jutro.
Tryton polewa skrzela i nie odpowiada. Potem patrzy z góry na Pluskwę.
– Słyszałeś. Jutro Miechy. O zmierzchu, przy tym gołym z dzbanem. Wodę weź własną, nie pożyczam. I buty, których ci nie szkoda.
Lina jest naciągnięta, na skrajnym kołku ktoś wiesza latarnię. Patrol zbiera bosaki. Skrzela ogląda się jeszcze raz, na mundur.
– Zostało ci pięć guzików.
-
Pluskwa trafił idealnie. Skrzela naprawdę był łasy na błyskotki niczym sroka. Nawet sprawdził guzik zębem, jakby spodziewał się, że jest ze złota.
„Tam, gdzie zieloni nie chodzą” było frazą, która mocno się goblinowi nie podobała i którą słyszał nazbyt często.
– Zieloni powinni chodzić wszędzie. Wtedy byłby w mieście porządek. – stwierdził z przekonaniem.– Będę – potwierdził krótko.
Wiedział, o którą fontannę chodzi, ba, wiedział nawet, o którą dziurę. Faktycznie była tam za długo, na tyle długo, że uznawał ją za stały element topografii miasta, a nie coś, co czekało na naprawę.
– Ty z moim masz 7. Do jutra. Zgłoszę tę dziurę dyżurnemu, to zaprawa znajdzie się jeszcze szybciej. – powiedział na odchodne, dając Skrzeli do zrozumienia, że i on mu się uważnie przygląda. Uśmiechnął się do siebie, wyobrażając sobie jutrzejszą minę trytona, kiedy stawi się do roboty w ubraniu, przy którym nie ma ani jednego guzika.
Ominął zabezpieczone już zapadlisko, idąc pod samą ścianą, i ruszył w swoją stronę. Poza zasięgiem wzroku Kubłów zdjął z głowy czapkę, otrzepał ją z pyłu, a potem za jej pomocą otrzepał resztę munduru na tyle, na ile się dało. Nie chciał wchodzić na posterunek, wyglądając bardziej jak młynarz niż astynom. Nie w pełni mu się to udało.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się